Przerost formy nad treścią w grach cRPG.

Tutaj wrzucamy teksty publicystyczne.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
CyfrowyFaszysta
zbanowany
Posty: 372
Rejestracja: 22 wrz 2011, 03:48
Lokalizacja: Republika Okrągłego Stołu
Kontaktowanie:

Przerost formy nad treścią w grach cRPG.

Postautor: CyfrowyFaszysta » 16 sie 2012, 01:51

Gry cRPG – niezależnie od podgatunku – swoje korzenie mają w grach wyobraźni typu pen 'n' paper. Pojawienie się komputerów i dalej ich rozwój otworzyły nowe możliwości dla niewątpliwie wspaniałej rozrywki, jaką jest odgrywanie ról. Wygląd wirtualnych światów zmieniał się wraz z postępem technologicznym, jak i pomysłami coraz liczniejszych grup developerskich. Gry stawały się nie tylko coraz ładniejsze, czy lepiej udźwiękowione, ale sama warstwa fabularna zyskiwała na prężnym rozwoju technologii komputerowej. Czy jednak po latach wspinania się na szczyt, komputerowe gry fabularne nie doświadczyły w ostatnim czasie bolesnego upadku? Czy technologia, za pomocą której niegdyś przecierano nowe szlaki, nie okazała się aby bronią obosieczną, która zabiła ducha prawdziwego roleplayu?

Historia gier cRPG jest dłuższa niż wydaje się większości graczy, jednakże zdecydowana większość z nas, z tego czy innego powodu, nie pamięta raczkowania gatunku z lat '70 czy '80. Sam zaliczam się do tej większości, dlatego też niewłaściwym byłoby opisywanie przeze mnie gier, w które nie miałem okazji zagrać, czy epoki, w której stawiałem swoje pierwsze kroki na tym świecie. Postanowiłem więc skupić się na przedziale czasowym najbardziej nam współczesnym, niemniej jednak dającym świetny obraz sytuacji, na którą chciałbym zwrócić uwagę.

Gier takich jak Baldur's Gate 2, Planescape: Torment, czy Fallout 2 nie trzeba nikomu przedstawiać. To właśnie one uważane są za najlepsze gry cRPG kiedykolwiek wydane. Nie bez powodu, wszak powstały u samego szczytu chwały gatunku, w najbardziej optymalnym momencie, a zaskarbiając sobie serca rzeszy graczy osiągnęły status kultowych. Przyjrzyjmy się jednak ograniczeniom, jakie napotkali twórcy tych tytułów. Trzeci wymiar w grach komputerowych był wówczas jeszcze czymś rozwijającym skrzydła, robiącym karierę przede wszystkim we wszelkiego rodzaju grach FPS. Fotorealistyczna grafika, wygładzanie krawędzi, czy bardzo efektowne prerenderowane przerywniki były czymś, o czego pojawieniu się dopiero spekulowano. Kanciaste modele czy niskiej rozdzielczości tekstury nieznające filtrowania anizotropowego nie pozostawiały wątpliwości, że gry komputerowe od prawdziwego wizualnego realizmu dzielą lata świetlne.

Jednak erpegi wcale nie musiały ścigać najnowszych trendów, a wręcz przeciwnie – rzut izometryczny, sterowanie point & click i masa tekstu do czytania sprawdzały się znakomicie. Ten gatunek nie musiał i nadal nie musi ścigać najnowszych nowinek technicznych, gdyż jego esencja leży gdzie indziej, a mianowicie w szeroko rozumianej fabule i gameplayu, choć wydawać się może, że z czasem to przekonanie odeszło do lamusa. A przecież ręcznie rysowane, dwuwymiarowe poziomy nie tylko były w zupełności wystarczające, lecz z perspektywy czasu okazało się, jak wielki miały czar. Absolutnie nie staram się powiedzieć, że powinno się unikać postępu. Nie, powinniśmy korzystać z jego dobrodziejstw, jednak nie kosztem tego, co najważniejsze. Wyolbrzymianie każdego napotkanego w grze wyboru do rangi „wielkiego dylematu moralnego” jest po prostu niedorzeczne, a i tak często się okazuje, że ostatecznie i tak nie miał on większego znaczenia. Jesteśmy niewątpliwie świadkami przerostu formy nad treścią, kiedy to marketing tworzy w graczach oczekiwania, których końcowy produkt nijak nie ma szans spełnić, a nierzadko okazuje się zwykłym rozczarowaniem. Odnoszę nieodparte wrażenie, że jeszcze wcale nie tak dawno temu developerzy tworzyli tytuły, w które sami chcieliby grać, nie zaś takie, które lepiej sprzedadzą się na rynku konsolowym i zagwarantują duży przychód z „zawartości dodatkowej” lub – jeśli wola – wyciętych fragmentów gry.

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi mentalność i gusta graczy. Gry cRPG na stałe zagościły na konsolach, co niestety wpłynęło również na to, jak wyglądają ich pecetowe wersje. Tym samym definicja gry cRPG stała się nieco niewyraźna. Nie do końca wiadomo co nazwać grą cRPG, a co zwykłą fabularyzowaną zręcznościówką czy strzelanką. Teoretycznie każda gra, w której wcielamy się w kogoś lub coś może być grą cRPG, gdyż faktycznie w pewnym sensie odgrywamy jakąś rolę. Wiadomo jednak, że dopiero wtedy, kiedy mamy rzeczywiste możliwości odgrywania danej postaci wedle uznania, czy stworzenia jej od podstaw, możemy mieć do czynienia z komputerową grą RPG.

Złote czasy erpegów przeminęły. Naprawdę trudno teraz o dobrą grę fabularną, wciągającą od początku do końca i zapadającą w pamięć na dłużej. Co prawda gry mają teraz szersze grono odbiorców, gdyż z niszowej rozrywki ewoluowały w niezwykle dochodowy biznes generujący astronomiczne kwoty, więc, siłą rzeczy, podejście wydawców i developerów do sprawy zmieniło się. Ale czy musi to oznaczać zaprzedanie duszy biznesowemu diabłu? Weźmy chociażby przykład BioWare, które obecnie jest własnością Electronic Arts. Wystarczy porównać Baldur's Gate do Dragon Age, które jest rzekomo jego duchowym następcą. Owszem, nie jest źle, gdyż Dragon Age to dobra gra, ale to, czym uraczono nas w jej kontynuacji jest po prostu jedną wielką pomyłką. I dlaczego? Żeby sprzedać więcej kopii na konsole, czy przyciągnąć inny rodzaj publiczności, wychodząc z założenia, że fani części pierwszej i tak kupią tę grę? Do tego dochodzą zaskakująco wysokie oceny wystawione przez media, co z kolei podaje wątpliwości ich niezawisłość. Dobrze, że nie powstało Baldur's Gate 3, gdyż boję się nawet pomyśleć, z czym moglibyśmy mieć do czynienia. Nie wspominając już o DRM, DLC, czy Online Pass. Brr.

Sytuacja na naszym podwórku również uległa pogorszeniu. Pierwszy Wiedźmin zrobił ogromne wrażenie na wielu graczach, w tym na mnie, stając się jedną z moich ulubionych gier. Rodzimy produkt zdobył wiele branżowych nagród i osiągnął bardzo dobre wyniki sprzedaży, będąc grą tylko na komputery osobiste. Niestety, Wiedźmin 2 nie tylko napsuł krwi i nerwów uciążliwymi zabezpieczeniami, które utrudniały aktywację lub wręcz uniemożliwiały grę, lecz okazał się grą niedokończoną. Pierwszy akt zachwycił mnie, drugi wydawał mi się już dość pusty, zaś po ukończeniu trzeciego zastanawiałem się, czy aby nie przysnąłem gdzieś w trakcie i obudziłem się na końcu. Cóż, mam wrażenie, że wprowadzono do sprzedaży wersję beta, aby dowiedzieć się, co należy naprawić w nadchodzącej wersji na konsolę Xbox360. Edycja Rozszerzona pierwszej części Wiedźmina była faktycznym ulepszeniem gry, lecz Edycja Rozszerzona Wiedźmina 2 powinna chyba nosić nazwę Edycja Skończona, jeśli faktycznie wprowadza tyle nowego contentu, ile zapowiadają developerzy.

Czasami zastanawiam się, z jakim odbiorem spotkałaby się klasyczna gra cRPG w nowoczesnym wydaniu. Mam na myśli rzut izometryczny, mnóstwo linii dialogowych, minimalizm technologiczny i fabułę pokroju tej z Planescape: Torment. Całkiem niezłą pozycją jest pierwszy dodatek do Neverwinter Nights 2 o nazwie Maska Zdrajcy. Jednym z powodów może być fakt, że w Obsidian Entertainment pracuje część byłych pracowników Black Isle Studios, odpowiedzialnego właśnie za Tormenta. Niestety, wielkiego sukcesu i szumu nie było. Co prawda dokładnie to samo spotkało Planescape: Torment, dopiero z czasem gra otrzymała należny jej poklask. Lecz czy opisana przeze mnie gra miałaby szansę na wydanie przez jakiś większy koncern i właściwą promocję? Czy trafiłaby w gusta obecnego pokolenia graczy i przekonała do siebie starych wyjadaczy? Obawiam się, że nie dane będzie mi poznać odpowiedzi na te pytania ani zagrać w tego typu grę. A szkoda, wszak niejedno wielkie studio zaczynało swoją drogę na szczyt od piwnicy jednego z jego członków. Pozostaje zatem tylko ukończyć po raz n-ty Planescape: Torment czy Baldur's Gate, przepełnione licznymi modami.

Wciąż mam niewielką nadzieję, że gry cRPG, które pokochało tak wielu graczy, jeszcze przeżyją swój renesans. Nie oczekuję wielkich, wysokobudżetowych przedsięwzięć, zapierających dech w piersiach efektów graficznych, czy systemu walki składającego się z setek ciosów, finisherów i kto wie jeszcze czego. Chciałbym znów przenieść się do Zapomnianych Krain czy Wieloświata i pogrążyć się we wciągającej fabule, przy klimatycznej ścieżce dźwiękowej, nie musząc przy tym uiszczać dodatkowych opłat za brakujące elementy gry. Lubię wiele współczesnych tytułów, gdyż mają swoje mocne strony, ale termin „cRPG” jest zdecydowanie nadużywany, a to, jakie produkty noszą ten tytuł, niejednokrotnie woła o pomstę do nieba.

Chętnie poznam Waszą opinię na ten temat. Również wszelakie komentarze mniej lub bardziej krytyczne dotyczące typowo tekstu chętnie przyjmę.

Link do wersji oryginalnej.

Tekst jest oczywiście mojego autorstwa. Postanowiłem jednak i z Wami podzielić się swoimi przemyśleniami na ten temat.
Ostatnio zmieniony 17 sie 2012, 01:44 przez CyfrowyFaszysta, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek
Taki właśnie, brutalnie rzecz ujmując, mamy przed sobą wybór -- albo być patriotą, albo idiotą. Kto nie jest jednym, jest siłą rzeczy drugim.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 16 sie 2012, 11:59

zAlmightyMeehow pisze:Gier takich jak Baldur's Gate 2, Planescape: Torment, czy Fallout 2 nie trzeba nikomu przedstawiać.

Dziwne, że wspomniałeś o Fallout 2, a o jedynce nie. Przecież te gry są do siebie bardzo podobne, zrobione w tym samym stylu.
zAlmightyMeehow pisze:Jednak erpegi wcale nie musiały ścigać najnowszych trendów, a wręcz przeciwnie – rzut izometryczny, sterowanie point & click i masa tekstu do czytania sprawdzały się znakomicie.

Zgadzam się.
zAlmightyMeehow pisze:Czy trafiłaby w gusta obecnego pokolenia graczy i przekonała do siebie starych wyjadaczy?

Starych wyjadaczy nawet nie trzeba przekonywać. A obecne pokolenie? Myślę, że gdyby je zachęcić, to by się zainteresowało. Dzieciaki wcale nie są takie głupie, tylko serwuje się im odmóżdżającą papkę.
zAlmightyMeehow pisze:Wciąż mam niewielką nadzieję, że gry cRPG, które pokochało tak wielu graczy, jeszcze przeżyją swój renesans.

Już teraz kończą się pomysły na gry, więc myślę, że prędzej, czy później sięgną do starych.
Obrazek

Awatar użytkownika
CyfrowyFaszysta
zbanowany
Posty: 372
Rejestracja: 22 wrz 2011, 03:48
Lokalizacja: Republika Okrągłego Stołu
Kontaktowanie:

Postautor: CyfrowyFaszysta » 16 sie 2012, 17:00

Vampircia pisze:Dziwne, że wspomniałeś o Fallout 2, a o jedynce nie. Przecież te gry są do siebie bardzo podobne, zrobione w tym samym stylu.

O pierwszym Falloucie nie mówi się w kategoriach najlepszego ceerpega.

Vampircia pisze:Starych wyjadaczy nawet nie trzeba przekonywać. A obecne pokolenie? Myślę, że gdyby je zachęcić, to by się zainteresowało. Dzieciaki wcale nie są takie głupie, tylko serwuje się im odmóżdżającą papkę.

Ja (i przypuszczam, że wielu bohaterów takich jak Chris Avellone) się najbardziej obawiam tego, że starzy gracze stwierdziliby, że to nie to samo, a nowi by tego po prostu nie załapali. Mój kumpel na przykład mówił jaką to świetną grą jest Torment, ale, że jej minusem jest... dużo czytania. *mem z Jackie Chanem łapiącym się za głowę*
Obrazek

Taki właśnie, brutalnie rzecz ujmując, mamy przed sobą wybór -- albo być patriotą, albo idiotą. Kto nie jest jednym, jest siłą rzeczy drugim.

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 16 sie 2012, 18:09

zAlmightyMeehow pisze:Również wszelakie komentarze mniej lub bardziej krytyczne dotyczące typowo tekstu chętnie przyjmę.

Ja się skupię na tekście, bo na grach cRPG, nie znam się w ogóle i jestem skazana na opinie osób, które się tym pasjonują.
Sam tekst zachowuje wszystkie kryteria felietonu. Czuć, że znasz się na tym o czym piszesz. Czyta się przyjemnie, bez zgrzytów. Ponieważ jestem czepialska udało mi się znaleźć jeden drobniutki błąd.
zAlmightyMeehow pisze:Absolutnie nie staram się powiedzieć, że powinno się unikać się postępu.

Ale łatwo go poprawić.
Jak przeczytałam Twój felieton to skojarzyło mi się z opinią jaką ja mam na temat filmów. Kiedyś, gdy efekty były bardzo kosztowne producenci musieli skupić się na fabule, a teraz dobry film to taki, który zawiera mnóstwo efektów a treść może być sztampowa do bólu. Takie czasy.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Aquma
pisarz
Posty: 154
Rejestracja: 28 maja 2010, 17:22
Lokalizacja: Kraków

Postautor: Aquma » 17 sie 2012, 11:41

Ciekawy tekst. Poniekąd odbija moje własne przemyślenia, pozwolę sobie jednak na parę zdań polemiki i pobawię się troszkę w adwokata diabła.

Po pierwsze, nie uważam, by winnym obecnej sytuacji był postęp technologiczny (przynajmniej nie bezpośrednio), a chciwość producentów i robienie gier "by się sprzedały" jest dla mnie raczej symptomem, a nie przyczyną. Tradycyjny rzut izometryczny rzeczywiście się sprawdzał, ale możliwe jest robienie również trójwymiarowych produkcji, które będą prawdziwie głębokimi i ciekawymi cRPGami. Kłopot w tym, że tworzenie gier jest dziś po prostu znacznie droższe i bardziej czasochłonne niż kiedyś, szczególnie, jeśli do układanki dodać jeszcze dźwięk (i w tym sensie technologia rzeczywiście ponosi część winy). Tym sposobem, o ile w 2000 roku wielkim sukcesem było sprzedać kilkaset tysięcy kopii gry, a kilkadziesiąt najczęściej wystarczało by tytuł się spłacił, to dziś, gra zaczyna zarabiać dopiero po paru milionach sprzedanych egzemplarzy. Cóż więc dziwnego w tym, że producenci starają się uczynić swoje produkcje bardziej przystępnymi, bardziej mainstreamowymi, by przyciągnąć więcej klientów? Przecież dla nich to często sprawa życia lub śmierci studia. Gry stają się więc takie, jak większość ludzi - mnie wymagające.

Oczywiście, ktoś zapyta: "a kto im broni robić tańsze gry i sprzedawać je mniejszej, bardziej sprecyzowanej grupie ludzi?" Ano, problem polega na tym, że Ci, którzy tworzą gry, a Ci, którzy je finansują, to najczęściej dwie kompletnie różne grupy ludzi, nawet w obrębie tej samej firmy. Wyobraźcie sobie spotkanie biznesowe, na którym młody przedsiębiorca mówi: "zrobimy mały i tani projekt dla kilkuset tysięcy osób", a jego potencjalny inwestor odpowiada "no tak, to fajny pomysł, ale dlaczego nie zmienić go trochę i nie wykorzystać tak, by przyciągnął nie kilkaset tysięcy, a kilka do kilkunastu milionów?" Przecież dla nich w całej sprawie chodzi o biznes - czym większy tym lepszy. I młody przedsiębiorca najczęściej staje przed dylematem - albo zmodyfikuje swój pomysł by przyciągnął więcej klientów, albo poszuka inwestora gdzie indziej. Dokładnie z taką sytuacją mamy tu do czynienia.

I tu właśnie pojawia się "Po drugie". Dziwi mnie trochę, że ani słowem nie wspomniałeś o Kickstarterze, czyli niezależnym systemie finansowania, który robi ostatnio furorę w branży. Z grubsza chodzi o to, że gry finansowane są przez samych fanów i de facto spłacają się jeszcze przed premierą, z zupełnym pominięciem roli wydawcy. Właśnie dzięki Kickstarterowi już w przyszłym roku doczekamy się paru tradycyjnych, rozbudowanych produkcji RPG (przede wszystkim Wasteland 2). Ten serwis i pomysł to praktycznie mała rewolucja i może przynieść zarówno branży, jak i gatunkowi, prawdziwy renesans.

Po trzecie, szkoda, że nie wspomniałeś też o Troice. Gry tego studia (choćby Arcanum, czy Vampire the Masquerade: Bloodlines) są może mniej znane niż tytuły Black Isle, ale mają nie mniej fanatycznych miłośników.

Podsumowując: według mnie gry (każdego gatunku, nie tylko RPG) padły po prostu ofiarą własnej popularności. Przestały być postrzegane jako rozrywka dla nielicznych, stały się gigantyczną, mainstremową maszyną rozrywkową (wartą już przecież więcej, niż przemysł filmowy). Właśnie to i wynikające z tego powiększenie rynku jest w moich oczach przyczyną obecnej sytuacji. Mentalność dawnych graczy wcale zbytnio się nie zmieniła. Po prostu pojawiło się wielu, wielu nowych, którzy oczekują już zupełnie czegoś innego. Jeśli będziemy mieć szczęście (patrz Kickstarter), to za jakiś czas rynek się spolaryzuje, podobnie jak np. kinematografia, w której z jednej strony pełno jest corocznych, brylujących w kinach blockbusterów, ale z drugiej, miłośnicy filmu ambitnego też są w stanie znaleźć coś dla siebie - po prostu w nieco innych miejscach. Jeśli nie będziemy mieć szczęścia, to pozostanie nam się przyzwyczaić, albo porzucić to hobby i wykorzystać czas na coś innego ;)
In the end, it's not going to matter how many breaths you took, but how many moments took your breath away

It's the cruelest of things to catch a glimpse of heaven
Only to, a moment later, be barred from it forever


Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość