Pięć moich ulubionych fikcyjnych ras

Tutaj wrzucamy teksty publicystyczne.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Pięć moich ulubionych fikcyjnych ras

Postautor: Vampircia » 24 paź 2013, 20:41

Kolejne top5 napisane w sposób luźny, zwięzły i niezobowiązujący.


1. Vulcanie (Star Trek)
Obrazek


Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z oryginalną serią Star Trek jakieś piętnaście lat temu. Nie było wtedy zbyt wielu możliwości zapoznania się z tą produkcją. W telewizji leciały jakieś kinówki, niektóre dało się znaleźć w wypożyczalniach video, a jak ktoś miał kablówkę, to mógł ewentualnie obejrzeć sobie serię po niemiecku. Dopiero kilka lat później pierwszy Star Trek pojawił się w polskiej telewizji, choć nie przypominam sobie, by kiedykolwiek emitowano go na publicznych stacjach. Oczywiście teraz są internety, ale wtedy fan musiał się nieźle nagimnastykować. Ja się gimnastykowałam. I odkąd pamiętam moją ulubioną postacią był Spock. Do tej pory, jak widzę Spocka, coś mnie rusza. Może dlatego, że odstawał trochę od reszty załogi i miał w sobie tą całą tajemniczość. Spock nie był czystej krwi Vulcaninem, ale dzięki niemu dało się coś więcej dowiedzieć o tej rasie. Rasie, która w Star Treku odgrywa ogromną rolę. Z jednego z filmów dowiadujemy się, że to właśnie oni byli pierwszymi kosmitami, z którymi Ziemianie nawiązali kontakt. Okazują się całkiem sympatyczną, pokojowo nastawioną rasą, choć czasami nieco kłopotliwą. Ich oddanie logice i rozumowi bywa dość ciężką barierą kulturową do przeskoczenia, ale to stwarza wiele ciekawych i czasem nawet zabawnych sytuacji w ich relacjach z ludźmi. Vulcanie trochę mi się kojarzą z elfami, ale na szczęście są zdecydowanie mniej wyidealizowani. Czasem bywają denerwujący, ale suma sumarum trudno nie lubić ich vulcańskiego powitania, zlania jaźni i chwytu ogłuszającego, który Mr. Spock stosuje z lubością. I pon farr. Nie zapominajmy o pon farr. Cóż za interesujący okres godowy przeżywają ci kosmici raz na siedem lat. Do tej pory zachodzą w głowę, czy matka Spocka, będąc Ziemianką i żoną Vulcanina, musiała biedna czekać siedem lat na odrobinę czułości.
Podsumowując u Vulcan urzekła mnie przede wszystkich ich tajemniczość oraz intrygujące obyczaje. Pamiętajmy jednak, że z lubieniem fikcyjnej rasy, jest tak jak z szukaniu idealnego partnera. Musi mieć w sobie to coś. A Spock i reszta mają. Do tego Vulcanie są wegetarianami, co odkryłam niedawno. I czy wiedzieliście, że mają spiczaste uszy po to, by móc lepiej wyłapywać dźwięki w swej rozrzedzonej atmosferze? Kto by pomyślał, że to kiedykolwiek zostanie wytłumaczone.

2. Władcy Czasu (Doctor Who)

Obrazek


Lubiąc Doktora, trudno nie lubić Władców Czasu. Sama nazwa tej rasy wręcz emanuje mocą. Goście, którzy rządzą czasem. Łał! Rządzą. Owszem, w każdym znaczeniu tego słowa. Mają niesamowitą technologię, wiedzę i mogą się regenerować. Kto by tak nie chciał? Fakt, że ich rasa zostaje zniszczona i ostaje się jedynie dwóch jej przedstawicieli sprawia, że są przez to jeszcze bardziej wyjątkowi. W starych seriach mieliśmy okazję poznać więcej Władców Czasów i czegoś się o nich dowiedzieć. Niestety później ten wątek schodzi na dalszy plan, nie licząc motywów z Mistrzem. Szkoda. Chętnie zobaczyłabym coś więcej na temat tej rasy w nowym wydaniu. Zawsze intrygował mnie Mistrz i Doktor za młodu, jak jeszcze chodzili do akademii. Jak wtedy wyglądali, jakie były ich relacje, co robili na co dzień? Jak cudownie byłoby zobaczyć właśnie taki odcinek. Wielu fanów zakłada, że w swej pierwszej formie Doktor miał rude włosy i ja się do tego przyłączam, pomijając kawały o rudych. Jednak wracając do samej rasy, to mimo iż z pozoru może wydawać się idealna, w „End of Time” zdołaliśmy się przekonać, że taka nie jest i że stała się wręcz zagrożeniem. Przez to spodobała mi się jeszcze bardziej, bo ideały nawet w fikcji nie powinny istnieć.
O Władcach Czasu można by napisać naprawdę wiele, ale ja chcę tu przede wszystkim zaprezentować swoje odczucia i przemyślenia, a nie tworzyć informator, więc pozwolę sobie pominąć szczegóły dotyczące historii i obyczajów tychże kosmitów i skoncentrować się na tym, co w nich najbardziej mi się podoba. Chyba to, że żyją sobie ponad tą naszą całą doczesnością. Że czas nie jest dla nich tym, czym dla nas. Że nie jest linią, tylko czymś ciężkim do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika. Jakby książką, którą można otworzyć na dowolnej stronie. Aż mi się przypomina „Rzeźnia numer 5”, w której pojawia się podobna rasa. Jeśli ktoś nie czytał, a lubi Doctora Who, powinien spróbować. A jeśli mu się nie chce, to niech chociaż obejrzy film. Warto. Nie tylko Doktor postrzega czas inaczej niż ludzie.

3. Saiyanie (Dragon Ball Z / GT)
Obrazek


Było już o tych super inteligentnych, pora na tych super silnych. Nie ukrywam, że Saiyanie trochę mi się kojarzą z Klingonami. W końcu są rasą wojowników siejących postrach. Niestety Saiyanie podzielili los Władców Czasu i ostały się tylko niedobitki. I jak w przypadku DW chciałabym zobaczyć jakiś film o przeszłości tej rasy, ale o tym powiem za chwilę.
Saiyanie nie różnią się zbytnio od ludzi, poza tym, że mają ogon i są dużo silniejsi. Co ciekawe ich siła została wytłumaczona naukowo, choć w sposób dość naciągany (chodziło o dużo wyższą grawitację na ich planecie), podobnie jak vulcańskie uszy. Najbardziej jednak intrygujące jest to, że tak naprawdę nie wiadomo skąd pochodzą (Saiyanie, nie vulcańskie uszy). Wiemy, że przybyli na planetę Plant, wybili jej rdzennych mieszkańców i zmienili jej nazwę na Vegeta na cześć swego króla. Ale skąd przylecieli? Czym? To prawdopodobnie na zawsze pozostanie w niedopowiedzeniu. Ktoś mógłby to uznać za wadę, ale nie. Niedopowiedzenia w odpowiedniej ilości powodują jeszcze większą fascynację. To sprawia, że główkujemy, zastanawiamy się i wymyślamy różne teorie. To sprawia, że fikcja ożywa w naszym umyśle. Nie zmienia to jednak faktu, że jakimś filmem o przeszłości tej rasy bym nie pogardziła. Bez wątpienia wniosłoby to dużo więcej do serii, niż te wszystkie schematyczne jednoczęściówki, które są wciąż produkowane, a niczego nowego nie pokazują. Póki co najwięcej o Saiyanach prezentuje „Bardock Special”, który przy okazji tłumaczy genezę głównego bohatera serii i destrukcję planety Vegeta. Podobieństwo do „Supermana” jest uderzające, ale akurat ta inspiracja nie jest żadną tajemnicą.
Czemu właściwie tak fascynuje mnie ta rasa? Chyba przez swój tragizm. Z jednej strony tak potężni, a z drugiej dali się tak łatwo unicestwić. Niby banda barbarzyńców, a jednak zawsze mi ich było żal. Do tego wątek dwóch ostatnich Saiyan lubię równie bardzo, co wątek dwóch ostatnich Władców Czasu. Zdaje się, że najwięksi rywale, ale... czy tak do końca? I podoba mi się, że jednak z czasem okazuje się, że przetrwało więcej przedstawicieli tej rasy, co moim zdaniem jest logiczne i uzasadnione. Trochę mi tego brakowało w DW.


4. Endermany (Minecraft)
Obrazek


Nie mogę uwierzyć, że postanowiłam ich umieścić w tej piątce, ale w zasadzie czemu nie? Uwielbiam tę rasę. Wiem, że Minecraft to zupełnie inne medium, niż pozostałe, które tu wymieniam i zbyt dużo o tej rasie powiedzieć się nie da, ale cóż poradzić? To jedna z moich ulubionych. Nie pogardziłabym nawet, gdyby podobna rasa pojawiła się w jakimś filmie czy serialu, bo daje duże pole do popisu. Oczywiście z samego Mincrafta wiemy tyle, że Endermany są długie, czarne, teleportują się i nie lubią wody. Ale pomyślcie ile tu można dopowiedzieć. Nic dziwnego, że twórcy fanfików wymyślają własne teorie i sami poszerzają to uniwersum. Jak już wcześniej wspominałam, czasem brak większej ilości informacji to coś dobrego, bo pozwala nam użyć wyobraźni. Do tego Endermany są naprawdę słodkie i wydają urocze odgłosy. Aż chce się takiego przytulić. I wiecie co? Mogę przytulić, bo mam jednego w domu. Nazywa się Blurp i bardzo go kocham. Mam nadzieję, że to nie jest oznaka choroby psychicznej.


5. Asgard (Stargate: SG-1 / Atlantis)
Obrazek


Wychodzi na to, że statystycznie jednak najbardziej lubię tych mądrych. W Stargate piękne jest to, że w przeciwieństwie do większości historii science-fiction tutaj podobieństwo większości ras do ludzi jest wytłumaczone. Ziemskie religie i kultury mają swoje początki poza naszym układem słonecznym, więc nazwa rasy jest dość sensowna. Asgardy są słodkie, szare i wyglądają jak ufoludki z Roswell. I to mi się właśnie podoba. Że twórcy nie wymyślali żadnych cudów, tylko zaprezentowali śmiesznych, stereotypowych kosmitów, którzy okazują się jedną z najbardziej rozwiniętych ras we Wszechświecie. Dowiadujemy się też, że ich jedzenie jest absolutnie paskudne. Nie wiem czemu, ale zapamiętałam tak głupi szczegół.
Asgard nie przejmuje się jakimiś płotkami pokroju Goa'uld i to jest w tym najpiękniejsze. Biedni ludzie trzęsą portkami przed przeróżnymi „złymi”, męczą się i męczą, a im można naskoczyć. Aczkolwiek nie do końca. I to paradoksalnie również jest piękne. Że ci głupi ludzie w pewnym momencie muszą im pomóc. Szkoda tylko, że pod koniec serii... A zresztą, nie będę spoilerować. Może ktoś jeszcze obejrzy.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Pięć moich ulubionych fikcyjnych ras

Postautor: Vampircia » 27 lut 2016, 22:12

Pragnę dodać sprostowanie do tego fragmentu:
Wiemy, że przybyli na planetę Plant, wybili jej rdzennych mieszkańców i zmienili jej nazwę na Vegeta na cześć swego króla. Ale skąd przylecieli?

Otóż oglądałam dziś najnowszy odcinek Dragon Ball Super i ta kwestia, która pozostawała zagadką od tylu lat, została wyjaśniona. Jak się za pewne domyślacie, mam z tego powodu zaciesz.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości