[DBZ / Star Trek] Potwór

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

[DBZ / Star Trek] Potwór

Postautor: Vampircia » 26 wrz 2013, 20:40

Niby mogłabym to wrzucić do "Nowych i starych Tipringów", ale stwierdziłam, że ten fanfik jest w trochę innym klimacie i bardziej nastawiony na czytelnika z zewnątrz, więc niech będzie oddzielnie. Występują same postacie oryginalne.

tytuł: Potwór
autor: Vampircia
fandom: Dragon Ball Z / Star Trek
kategoria: 16+
ostrzeżenia: wulgarny język, przemoc, same OC
znajomość fandomu: nie trza znać
opis: Po śmierci lorda Friezy rząd Planet Zjednoczonych postanawia wyłapać niedobitki jego ludzi i wymierzyć sprawiedliwość. Niestety nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.
status: skończony


Rozdział I

Na taki moment Sharen czekał od chwili, gdy zaczął studiować medycynę. Zawsze miał wysokie ambicje, ale nieco inne, niż większość jego kolegów po fachu. Podczas gdy ich marzeniem były ciepłe posadki w renomowanych szpitalach, on łaknął nietypowych wyzwań. Takich, o których mógłby w przyszłości opowiadać dzieciom i wnukom pewien, że uda mu się wzbudzić niemałe zainteresowanie. Owszem, idea niesienia pomocy innym przyświecała mu w szczególności, ale chciał czegoś więcej. Chciał jakiejś odmiany, ucieczki od nieciekawego życia Lazurianina wychowanego w ubóstwie i dążył do tego wytrwale. A do tego ta pogoń za dreszczykiem emocji. Pewnie dlatego przyjął pracę więziennego medyka. Odradzano mu ten wybór. Postura niewielka, twarz chłopięca, a niebieskie włosy miękkie i delikatne. Postrachu to on nie budził. Ale o dziwo tkwił przy swoim w zaparte. Teraz, gdy obserwował te wszystkie osoby podczas odprawy, dostrzegał, jak bardzo się wyróżniał. Połowa komandosi, połowa obsługa statku, i on, sam jeden, młody lekarz. Porucznik K'yp, który właśnie przemawiał, na pierwszy rzut oka mógłby go złamać jednym palcem. Był rosły, nawet jak na Klingona. Długie włosy i wąsy opadały mu na kewlarową zbroję przewiązaną grubym pasem, a rękawice i naramienniki zdawały się tak twarde i ciężkie, że dałoby się nimi zabić. Siedząca obok Sharena Romulanka, mimo że była kobietą, ubrana w ten sam toporny uniform sprawiała równie groźne wrażenie. Że też w ogóle przysłali tu komandosów? Młody lekarz spodziewał się raczej oddziału policji.
- Dobra. Jakieś pytania? - rzucił porucznik, zbliżając się do końca swojego wywodu.
Jeden z komandosów podniósł rękę.
- Po co aż tyle załogi? Przecież to tylko jedna osoba, sir – odezwał się.
- Bo takie są przepisy! Nie czytałeś regulaminu, gamoniu? - ryknął Klingon.
Komandos natychmiast zamilkł. Był równie młody, co Sharen i najwyraźniej nie zorientowany w sytuacji na tyle, na ile powinien.
- Jeszcze jakieś odkrywcze pytania? - rzekł donośnie K'yp. Odpowiedziała mu cisza. - Nie? To ładujcie swoje dupska na stanowiska i ruszamy! Jak będziecie dobrze wykonywać swoją pracę, to te dziesięć dni minie nam jak na wakacjach u babci. Ale niech ktoś spróbuje skrewić, to będzie pokład mordą szorować. Zrozumiano?
I wystartowali. Wreszcie. Dla Sharena rozpoczęła się pierwsza prawdziwa przygoda. I nawet jeśli przez następne dziesięć dni miało się nic szczególnego nie wydarzyć, odczuwał dumę na samą myśl, że bierze udział w tak poważnym przedsięwzięciu.


Sharen wziął tacę z jedzeniem i rozejrzał się po mesie. Mimo entuzjazmu czuł się tu trochę wyobcowany, bo nijak nie pasował do pozostałych członków załogi. Piloci i inżynierowie mieli swój własny świat, komandosi również. Zauważył jednak, że przy stoliku porucznika K'ypa było jeszcze jedno wolne miejsce. Opanował nieśmiałość i podszedł do niego.
- Można? - spytał niepewnie.
Klingon był zbyt zajęty jedzeniem, by cokolwiek odpowiedzieć, ale odsunął krzesło na znak zaproszenia. Sharen usiadł naprzeciwko Romulanki, którą pamiętał z odprawy. Rzuciła mu znudzone spojrzenie swymi lśniącymi jak onyksy oczami i przeczesała czarną, nieuczesaną czuprynę. Koło niej siedział młody komandos o zielonkawej skórze i włosach w kolorze wodorostów. Nie był tak postawny, jak K'yp, ale raczej nie wyglądał na typ osoby, której Sharen chciałby podpaść. Jedno oko zakrywała skórzana przepaska, z której wyzierała sporych rozmiarów szrama. Na szyi nosił rzemień z czymś, co przypominało ząb dzikiego zwierza, a do rękawiczek przytwierdzone miał kastety. Głośno wysiorbał zupę z łyżki i również spojrzał na Sharena.
Przez chwilę jedli w ciszy. Trudno było nawiązać rozmowę w takich okolicznościach. Młody lekarz, nigdy wcześniej nie przebywał w towarzystwie żołnierzy i nie do końca wiedział jak powinien z nimi rozmawiać. Chciał się o coś spytać, ale bał się, że wyjdzie na tchórza. Z drugiej strony nie zadanie pytania z powodu strachu przed reakcją, było jeszcze większym tchórzostwem. A tak przynajmniej to sobie interpretował.
- Rozejrzałem się po statku. Zauważyłem, że nie ma szalupy ratunkowej. - Przemógł się wreszcie.
- Ano nie ma – odparł K'yp ze spokojem. - Została wymontowana na czas tej misji.
- Dlaczego?
- Chorąży Khellian, opowiedzcie.
Zielonoskóry wyczyścił sobie zęby wykałaczką i chrząknął.
- Kojarzysz Zenka Dzikie Pięści? - spytał medyka.
- Nie bardzo.
- Był oskarżony o zbrodnię przeciwko wszechświatowości, tak jak Oczko. I transportowali go właśnie takim statkiem więziennym, jak ten. Wszystko szło zgodnie z planem, Zenek skuty, zamknięty w celi dla przestępców klasy S i nafaszerowany jakimś gównem. Wszystko cacy i dopięte na ostatni guzik. Ale jakiś palant dał ciała i czegoś nie dopatrzył. Nie wiadomo czego, bo wciąż trwa dochodzenie w tej sprawie. W każdym razie Zenek jakimś cudem się wymknął i zgadnij co zrobił. Zwiał szalupą. Tak więc od tej pory, przy misjach tego typu nie może być szalup. Polityka Planet Zjednoczonych jest taka: lepiej żeby całą załogę szlag trafił, niż żeby skurwysyn zwiał.
- Dokładnie. Dlatego lepiej nie spierdolić, bo jak nam się Oczko wydostanie, a sytuacja będzie nie do opanowania, to nam tylko przycisk autodestrukcji zostanie – podsumował porucznik.
Brzmiało to dość przerażająco, ale Sharen domyślił się, że pewnie chcą go tylko nastraszyć.
- Wiecie co Oczko potrafi, prawda sierżancie Hannam? Braliście udział w obławie – zwrócił się K'yp do Romulanki.
- Zgadza się, sir.
- No, to jakbyś coś jeszcze chciał wiedzieć, doktorku, wal śmiało. Pani Hannam pomoże ci zobrazować z czym mamy do czynienia – rzucił Klingon i dopił kompot z owoców ksuk.
Chyba jednak Sharen nie do końca chciał znać szczegóły.


Nie pierwszy raz szedł takim korytarzem, ponurym, ciemnym i ascetycznym. Ale nigdy jeszcze nie widział tylu pustych cel. Widok zdawał się wręcz niewiarygodny, biorąc pod uwagę fakt, ile osób było zaangażowanych w tę misję.
- Aż nie do wiary, że nas jest prawie dwudziestu, a więzień jeden – skomentował Sharen, gdy kroczył korytarzem w towarzystwie porucznika.
- Takie przepisy. Przestępców klasy S trzeba transportować oddzielnie – odparł K'yp. - Jak dla mnie poronione to wszystko. Tyle kasy władowane po to, żeby przewieźć takiego w miejsce, w którym można legalnie wykonać egzekucję. Jakby się nie dało na miejscu odstrzelić. Oszczędność czasu i pieniędzy podatników.
Trudno było się nie zgodzić, ale skoro już ustalono jakieś reguły, należało ich przestrzegać. Sharen cieszył się, że bierze udział w tym przedsięwzięciu i może się jakoś przysłużyć społeczeństwu.
Doszli do wielkich, pancernych drzwi i zatrzymali się. Tutaj znajdowała się cela, w której przewożono najgroźniejszych kryminalistów.
- A teraz słuchaj, bo to ważne – powiedział Klingon stanowczo. - Masz zrobić swoje i nic poza tym, chyba że zostaniesz poproszony. Nie rozmawiaj z więźniem, nie kombinuj. Jak będzie udawać zawał serca, czy jakiś atak, czy cokolwiek... Cholera, nawet gdyby nie udawała, nie robisz nic, póki nie otrzymasz wytycznych, bo może próbować różnych sztuczek. Rozumiesz?
- Tak. Pracuję w więzieniu od pół roku, więc miałem już do czynienia z mordercami.
- Pół roku? No to rzeczywiście w chuj – skomentował porucznik z sarkazmem i odpiął od paska blaszkę.
Przyłożył przedmiot do zamka i drzwi się otworzyły. Pierwsze drzwi. Dopiero teraz Sharen zdał sobie sprawę z ich grubości. Miały ponad ćwierć metra. A przed nimi stały kolejne. Tym razem młody lekarz musiał przyznać, że poczuł się zaskoczony. Nie spodziewał się aż takich zabezpieczeń. Cóż za potwór musiał kryć się w środku? Po raz pierwszy od rozpoczęcia misji Sharena przeszły go ciarki.
Tym razem porucznik K'yp wstukał kod i otworzyły się drugie drzwi, równie grube, co pierwsze. W niewielkim pustym pomieszczeniu, na krześle przytwierdzonym do ściany siedziała postać, a właściwie tkwiła przykuta. Jej korpus pętał kaftan bezpieczeństwa, który do tego obwiązano łańcuchami. Głowę miała pochyloną, tak jakby spała, a długie blond włosy zasłaniały twarz i ramiona. Co ciekawe kobieta w żadnym calu nie przypominała siłaczki. Była średniego wzrostu i dość drobna. Sharen przez chwilę stał bez ruchu i wpatrywał się w nią z mieszanką przeróżnych emocji. Owszem, widywał już morderców, ale ta sytuacja, to było coś nowego. Coś, na co nie do końca zdołał się przygotować mentalnie.
Porucznik podszedł do kobiety, chwycił ją za włosy i uniósł jej głowę, odsłaniając twarz. Twarz delikatną i łagodną z na wpół przymkniętymi powiekami.
- Wiem, że dobrze ci się drzemie, Oczko, ale pora wziąć lekarstwo – oznajmił z przekąsem Klingon.
Sharen otrząsnął się z letargu i otworzył apteczkę. Napełnił dozownik płynem i nałożył jednorazową igłę.
- Buzia aniołka, co? Dałbyś wiarę? - rzucił porucznik, wciąż trzymając kobietę za włosy. Ta zdawała się całkowicie nieobecna, wręcz otumaniona.
Sharena nie dziwił jej stan. Musiano podawać jej preparat dwa razy na dobę, żeby utrzymać ją w ryzach. Nachylił się nad nią, odgarnął jej włosy z szyi i zaaplikował środek. Poszło szybko i gładko. Bał się, że jeśli jego praca tutaj będzie ograniczać się tylko do tego, to zanudzi się przez te dziesięć dni. Na szczęście miał dobrze zaopatrzone laboratorium.
- Mogę pobrać próbkę krwi? Prowadzę badania nad genami morderców i...
- Nie krępuj się.
Po otrzymaniu przyzwolenia Sharen szybko się uwinął, spakował swoje rzeczy i był gotów do wymarszu. Może i dostał to, czego chciał, ale cieszył się, że opuszcza tę upiorną celę. Miał tylko nadzieję, że szybko się z nią oswoi.


Porucznik K'yp, chorąży Khellian oraz kapitan statku siedzieli przy stole i grali w karty. Sharena trochę zdziwiła ich beztroska, ale z drugiej strony cóż innego mieli do roboty? Komandosi czuwali tu tylko na wypadek problemów, które mogły nigdy nie nadejść, zaś rola Sharena ograniczała się do podawania zastrzyków dwa razy na dobę. Nie mógł narzekać na przepracowanie i oni za pewne też.
- Potrzebujesz czegoś, doktorku? - spytał K'yp na widok Sharena.
- Chciałem tylko sprawdzić, czy nie jestem komuś potrzebny.
- Czyżby nuda doskwierała?
Sharen zakłopotał się i nie odpowiedział.
- Doceń tę nudę. Uwierz mi, nie chcesz przygód z panią Oczko – skomentował Khellian.
- Właściwie to czemu wszyscy mówią na nią Oczko? - zaintrygował się lekarz.
- Dwadzieścia jeden – odparł spokojnie chorąży, nie odrywając wzroku od kart.
- Hmm?
- Tyle ma podbojów na koncie.
- Znaczy się... czystek etnicznych?
- Właśnie. Dwadzieścia jeden planet wyczyszczonych z ludności rdzennej i sprzedanych jakimś pojebom.
Najbardziej Sharena uderzyło to, że Khellian o wszystkim wypowiadał się z takim spokojem, jakby to się już stało jego chlebem powszednim.
- Chorąży jest ekspertem od Oczko. Trochę chora fascynacja – zauważył z przekąsem Klingon.
- Nazwałbym to zawodową dociekliwością, sir.
- Czy zawodowa dociekliwość obejmuje znajomość rozmiaru stanika? - zaśmiał się kapitan.
Sharen stwierdził, że nic tu po nim. Wolał porobić coś konstruktywnego. Co prawda analizę krwi chciał sobie zostawić na później, jak już naprawdę braknie mu zajęć, ale wyglądało na to, że plany się zmieniły.


Praca, cudowna praca. Nie wszyscy swoją lubili, ale Sharen należał do tych, którzy zakochali się w zawodzie, który wykonywali. A gdy nie miał pacjentów pozostawały mu próbki i laboratorium. Mało kto mógł zrozumieć jego fascynację analizowaniem, oglądaniem i badaniem, ale dla niego było to coś porównywalnego z czytaniem dobrego kryminału. Znajdował poszlaki, łączył fakty, poszukiwał odpowiedzi i niekiedy je otrzymywał. Jedna kropla krwi potrafiła odkryć przed nim niezbadanie tajemnice i zdradzić znacznie więcej, niż najlepiej napisana biografia. Sęk w tym, że nawet gdy nieustępliwie dążymy do poznania prawdy, może ona okazać się tak przerażająca, że wolelibyśmy jej nie znać.
- Poruczniku!!!
Sharen wpadł na mostek zdyszany, a na jego twarzy malował się obraz skrajnej trwogi. Uniósł w dłoni tablet i potrząsnął nim nerwowo, jakby chcąc dać coś do zrozumienia, nim zdąży złapać oddech i cokolwiek powiedzieć.
- Zbadałem krew... Niedobrze... Jest w niej spore stężenie rtęci... - wydyszał.
- Zaraz... Wpadasz w panikę, bo odkryłeś, że baba, którą wieziemy ukatrupić czymś się przytruła? - zdziwił się K'yp.
- Nic nie rozumiecie... Rtęć niweluje działanie antyenergetyka... To nie może być przypadek... Musiała przewidzieć, że może zostać złapana i... Słyszałem o takich, co potrafili truciznę między zębami ukryć, żeby nie wyśpiewać nic, jak ich złapią... Ale w tym przypadku...
Większość osób wciąż wpatrywała się w Sharena z zaskoczeniem i niedowierzaniem, ale chorąży Khellian jako pierwszy się zreflektował i zerwał na równe nogi.
- Wykonywała misje dla wywiadu, na pewno nauczyła się takich sztuczek – syknął wściekle.
K'yp na razie zachowywał spokój, ale zadziałał szybko i sprawnie. Poprawił słuchawkę komunikatora na swoim uchu.
- Monitoring, jak tam sytuacja? Odbiór.
Wszyscy wpatrywali się w porucznika w skupieniu, jak na szpilkach oczekując werdyktu.
- Dzięki, bez odbioru. - Klingon szybko załatwił sprawę. - Mówi, że nic się nie dzieje, ale lepiej to sprawdzić.
Choć Sharen wciąż się bał, poczuł się trochę lepiej widząc, z jakim opanowaniem i sprawnością działa porucznik. Dwóch uzbrojonych po zęby komandosów zostało wysłanych na zwiady, reszta zaś na razie cierpliwie czekała.
- Jak bardzo ta rtęć niweluje działanie tego gówna, co jej podajesz? - spytał K'yp lekarza.
- Trudno powiedzieć, zależy od osobnika, od metabolizmu... Na pewno nie niweluje go całkowicie. Zbyt duża dawka rtęci zabija, ale... Nie rozumiem, jak mógł nikt nie zauważyć objawów zatrucia.
- Wiesz... jak chcesz przede wszystkim, żeby więzień się nie wyrywał, to nie bawisz się w kompleksowe badania, tylko faszerujesz go czym się da i cieszysz się, gdy słania się na nogach.
Być może Sharen przesadził ze swoją histeryczną reakcją. Nie miał żadnego dowodu na to, że działanie antyenergetka zostanie osłabione na tyle, by więzień zdołał się oswobodzić. A nawet, gdyby się oswobodził, w tym stanie mógł nie poradzić sobie z oddziałem komandosów. Póki co wszyscy, poza lekarzem, wykazywali względny spokój. No i może jeszcze poza Khellianem, ale on sprawiał bardziej wrażenie wściekłego, niż przerażonego. Sharen starał się uspokoić. Jak na razie sytuacja była pod kontrolą.
- Do wszystkich: więzień się uwolnił! Powtarzam, więzień się uwolnił! - usłyszał nagle lekarz w komunikatorze.
Tyle by było z sytuacji pod kontrolą.


Wszystko działo się niezwykle szybko i powoli jednocześnie. Szybko, bo komandosi zbroili się z niezwykłą sprawnością i żwawością. Powoli, bo dla Sharena czas, jakby się wydłużył. Całe otoczenie zdawało się wręcz surrealistyczne. Czy to mu się śniło? Niektóre fakty wciąż ledwo docierały do jego świadomości. Kiedy zgłosił się do tej misji, brał różne możliwości pod uwagę, ale teraz jego umysł nie potrafił zaakceptować tego, co się dzieje. A działo się naprawdę, bez względu na to, jak nierealistyczne wydawało się to Sharenowi.
Nigdy nie widział takiej ilości broni. Miotacze, które dzierżyli komandosi przypominały bardziej przenośne działka, niż karabiny. Aż trudno było sobie wyobrazić, że potrafili je podnieść z taką łatwością. A jeszcze trudniej, że potrzebowali takiego uzbrojenia przeciwko jednej osobie.
- Musisz iść z nami. Mogą być ranni – oznajmił stanowczo porucznik i wyrwał Sharena z transu.
Wszystko do niego docierało, wykonywał polecenia bez mrugnięcia okiem, ale wciąż czuł się tak, jakby śnił. Może dlatego nie bał się już tak bardzo. Po prostu nie do końca umiał objąć umysłem to, co przed chwilą się wydarzyło.
Porucznik wychylił się ostrożnie i dał znać, że droga wolna. Szli powoli, przez ciemny więzienny korytarz, rozświetlając drogę latarkami wbudowanymi w miotacze, i dopiero teraz Sharen zaczął w pełni odczuwać, czym jest prawdziwa trwoga. Gdy zobaczył te puste cele, skupienie na twarzach komandosów, kropelki potu na czołach, strach spadł na niego niczym meteoryt. W ustach zrobiło mu się sucho, serce podeszło mu do gardła, a kończyny zaczęły drętwieć i już tylko resztkami silnej woli zmuszał je do posłuszeństwa.
Dotarli pod drzwi celi. Były otwarte, nie wyważone. Porucznik wszedł pierwszy, trzymając palce na spuście. Skinął na resztę. Sharen przełknął ślinę. Serce mu waliło. Przemógł się. Zrobił krok. Jeden. Drugi. Trzeci. I kolejne drzwi. I kolejny krok. Jeden. Drugi. Trzeci. A serce waliło dalej. Łup. Łup. Łup. Następny krok. Jego zawodowy profesjonalizm zwyciężył ze strachem. Podbiegł do dwójki leżących bez ruchu mężczyzn. Nie potrzebował dużo czasu na postawienie diagnozy.
- Ten ma przetrącony kark. Natychmiastowa śmierć. Ten... - Sharen zauważył wielką dziurę w brzuchu żołnierza. - Prawdopodobnie zginął od broni tego drugiego.
- Zasłoniła się nim – rzucił Khellian ponuro.
I znowu Sharen miał wrażenie, że śni. Nie rozumiał, jak drobna, osłabiona kobieta mogła powalić w ten sposób dwóch uzbrojonych mężczyzn.
- Spójrzcie.
Klingon wlepiał wzrok w sufit. Sharen uniósł głowę i przeszył go niepokojący dreszcz, gdy zauważył nad sobą sporych rozmiarów dziurę. Porucznik skierował tam strumień światła. Gołe okablowanie i przeróżne przewody straszyły swoją ascetycznością.
- Szyb wentylacyjny. Niezła kryjówka – skomentował Khellian.
Choć w jego głosie znać było podziw, wcale nie wyglądał na zadowolonego. Jak wszyscy pozostali.


K'yp zrzucił wszystko ze stołu i rozłożył plan statku. Wyglądał dość skomplikowanie, ale bez niego nie dało się opracować strategii. Sharen siedział na uboczu i dopiero po dość długiej chwili złapał się na tym, że intensywnie obgryza paznokcie. Nie pamiętał nawet, kiedy to robił po raz ostatni. Natychmiast wepchnął rękę do kieszeni. Nie był tchórzem. Oni jakoś sobie radzili, on też potrafił. Jego strach, nie ważne, jak duży by nie był, musiał pozostać w ukryciu. Sharen łaknął przygody, to ją dostał. Pod żadnym pozorem nie mógł okazać słabości.
- Rozdzielimy się. Musimy złapać sukę, póki jest osłabiona – stwierdził porucznik.
- Akurat w jej przypadku nie siłą bym się przejmował. Jest zajebiście szybka i zajebiście cwana. Będzie stosować dywersję i atakować z ukrycia. Jak się nie pospieszymy, to zacznie nas wykańczać jeden po drugim – zauważył Khellian i przeładował broń.
- My ją wykończymy pierwsi.
Sharen naprawdę chciałby umieć podzielać optymizm porucznika.
- Straciliśmy kontakt z bazą. Musiał paść nadajnik – oznajmił nagle łącznościowiec.
- Co, kurwa? - Klingon nie wyglądał już na tak beztroskiego.
Khellian wskazał palcem na plan.
- Tutaj. Pewnie rozwaliła połączenie z anteną. Mówiłem, że jest zajebiście cwana.
Nie, nie mógł okazać słabości. Ani strachu. Przecież sam tego chciał. Sam chciał. Będzie dobrze. Wiedzą, co robią. Wyjdzie z tego cało, bo zawsze mu się udawało. Dostawał to, czego chciał. Będzie dobrze. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Wcale się nie boi. Da radę. Tak, Sharen w to wierzył.
- Masz się zamknąć w swoim laboratorium i z niego nie wychodzić, chyba że ci powiem – rzekł do niego K'yp z pełną stanowczością. - Łap. - Rzucił mu zwykły fazer. - To niewiele, ale chociaż poczujesz się bezpieczniej.
Nie chciał zamykać się w laboratorium. Nie chciał zostawać sam. Tylko nie sam. Ale to był rozkaz. Nie stawiał się. A gdy już znalazł się w środku... Ten strach, co za paraliżujące, okropne uczucie. Ale Sharen nie zamierzał się mu poddać. Cały czas walczył ze swoimi emocjami i powtarzał sobie, że da radę. Zawsze miał silną wolę. Musiał się opanować. Wdech, wydech. I znowu.
Poczuł się lepiej. Skoro umiał zapanować nad swoim umysłem, to umiał też nad emocjami. Wciąż się bał, ale względnie trzymał je na wodzy. Początkowy paraliż mijał. Tylko ta cisza. Cisza była najgorsza. I trwała tak niesamowicie długo. Właśnie, ile tak właściwie tu siedział? Nawet nie patrzył już na zegarek. Ale miał wrażenie, że minęło naprawdę dużo czasu. Cała wieczność. A on siedział dalej i czekał. Czekał na jakiekolwiek informacje, na jakiekolwiek znak życia, na cokolwiek. I wciąż tylko cisza.
Coś usłyszał. Dochodziło z góry. Jakby kroki. Chwycił fazer trzęsąca się ręką i wybiegł z laboratorium. I szybko zdał sobie sprawę, że sprzeciwił się rozkazom. Ale nie mógł tak dłużej, to samotne wyczekiwanie doprowadzało go do szału. Co jeśli inni go potrzebowali, ale nie mogli się z nim skontaktować? Co jeśli zostali ranni? Przecież był lekarzem, ratował ludzi, a nie przesiadywał bezczynnie. Coś musiał zrobić.
Znowu nastała kompletna cisza. Kiedy był mały zwykli z bratem opowiadać sobie w nocy straszne historie. I często łapał się na tym, że gdy leżał w ciemności, nie mogąc zasnąć, przerażało go to znacznie bardziej, niż opowiastki o potworach. Nienawidził ciszy.
Przeszedł korytarzem kilka kroków. Nawet nie do końca wiedział co robić, dokąd się udać, ale nie chciał stać w miejscu. Więc się poruszał. Powoli, niepewnie, z wahaniem, jednak brnął do przodu. Póki jego uszu nie doszedł nagły stukot. Podskoczył jak oparzony i odwrócił się gwałtownie. Na szczęście nie wystrzelił. Sierżant Hannam siedziała pod ścianą i trzymała się za krwawiący na zielono prawy bok. Sharen natychmiast do niej podbiegł i przyjrzał się ranie.
- Co się stało? - spytał z trwogą.
- Suka... - wydyszała Romulanka. - Khellian miał rację...
Sharen pomógł kobiecie wstać i zabrał ją do ambulatorium. Na chwilę zapomniał o rozgrywającym się tuż obok horrorze i skupił się na swojej pracy. Na szczęście rana nie okazała się zbyt głęboka. Podał Romulance znieczulenie i założył szwy.
- Mój komunikator szlag trafił. Muszę znaleźć porucznika – rzekła Hannam.
- Z taką raną nie należy szarżować – skomentował Sharen, kończąc zakładać opatrunek.
- Nie ma sprawy. Położymy się razem i będziemy czekać, aż nas pozabija – odgryzła się kobieta i wstała.
Nie zważając na protesty medyka, chwyciła broń i wyszła. Sharen ani myślał znowu zostawać sam, pomijając fakt, że nie mógł spokojnie patrzeć, jak jego pacjentka wraca na pole boju wbrew jego zaleceniom. Pobiegł więc za nią, ponownie zapominając o niebezpieczeństwie, które otaczało go ze wszystkich stron. Zatrzymał się, gdy zauważył, że Romulanka stoi bez ruchu i nasłuchuje.
- Co się...
- Ciiii.
Sharen nic nie słyszał, ale to go wcale nie uspokoiło. Romulanie mieli czulszy słuch. Na pewno coś się stało, coś nadciągało, a on nawet nie wiedział co. Znowu poczuł, że ciało zaczyna mu drętwieć, a serce dudnić. Teraz słyszał tylko jego łomot i Hannam bez wątpienia też. Przełknął ślinę. Zacisnął pięści. Czemu nagle zrobiło się mu tak gorąco?
Łup! Metalowy fragment sufitu spadł na podłogę z wielkim hukiem, odsłaniając kawałek szybu wentylacyjnego. Sharen zastygł i poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Miał wrażenie, że z góry wypadnie zaraz na niego jakieś przerażające monstrum, ale nic takiego się nie stało. Nic a nic. Romulanka skierowała broń w stronę dziury i położyła palec na spuście.
Łup! Spadł kolejny odłamek, tym razem kilka metrów dalej. Hannam zrobiła parę kroków, cały czas gotowa do strzału. Łup! Runął następny. A potem kolejny. I kolejny. I kolejny...
- Pokaż się, kurwo! - wrzasnęła Romulanka i zaczęła strzelać w sufit na oślep.
Zaś Sharen stał bez ruchu. Myślał o ucieczce, ale ogarnął go taki paraliż, że nie był w stanie zrobić ani kroku.
Łup! Dostał odłamkiem w głowę. Wszystko znikło.


Bolało. Przez pierwszy moment Sharen nie był pewien, czy w ogóle powinien się ruszać. Pamiętał, jak dostał w głowę. Mogło dojść do wstrząsu mózgu. Ale z drugiej strony, co miał robić? Leżeć i czekać, aż mu się polepszy? Podniósł się bardzo powoli, oparł na przedramionach i pierwsze, co zauważył, to czerwień. Umarł? Trafił do piekła? Nie, to korytarz jarzył się na czerwono. Zasilanie awaryjne. Coś musiało się stać.
Usiadł i dokładnie wymacał swoją głowę. Bolało jak cholera. Nabił sobie rekordowego guza, ale nie krwawił. Dobrze. Wstał. Trzymał się na nogach bez większego problemu. Jeszcze lepiej. Rozejrzał się dookoła. Wokół postrzępionych odłamków poszycia leżała sylwetka Romulanki. Sharen podbiegł do niej i sprawdził tętno. Nie żyła.
- Szlag!
Był zdenerwowany. Wściekły, zrozpaczony i zrezygnowany. A do tego cisza. Teraz zdawała się jeszcze straszniejsza, niż wcześniej.
Zaczął iść. Na razie powoli, ostrożnie, potem coraz szybciej, co raz bardziej nerwowo, aż rzucił się pędem w stronę mostka. Wpadł do środka i przystanął. Nie żyli, kapitan, łącznościowiec, wszyscy, którzy się tu znajdowali. Upewnił się. Liczył na to, że wykryje u kogoś choćby słaby puls, ale nie. Było już za późno. I wtedy dotarło do niego coś jeszcze. Ekran wciąż działał, ale to, co pokazywał, nie było przestrzenią kosmiczną. Woda, błękitna woda, ryby, dno, roślinność... Światło tu dochodziło, nie mogło być bardzo głęboko.
- Jesteś lekarzem, prawda? - usłyszał nagle damski głos.
Zamarł. Na chwilę wstrzymał oddech, a dłonie mu zadrżały. Kto? Ona? Odwrócił się bardzo powoli. Zaschło mu w ustach.
Tak, stała tam, ubrana w granatowy, więzienny kombinezon. Nawet w tej poświacie nie wyglądała upiornie, ale jej widok sparaliżował go tak, jakby ujrzał potwora. Zauważył, że jej lewe ramię pokrywa wielka, wypalona rana. Za pewne po wystrzale z miotacza.
- Napraw mnie – rzekła kobieta beznamiętnie.


Nie mógł uwierzyć, że jej pomaga, ale jakby na to nie patrzyć, jego powinność lekarska w założeniu miała obejmować każdego. Pomijając fakt, że nie chciał skończyć, jak pozostali i wolał się nie sprzeciwiać. Pytanie, co dalej? Co, jak przestanie być jej potrzebny? Nic dziwnego, że zakładał opatrunek bardzo powoli. A ona nawet nie drgnęła. Siedziała bez ruchu, patrzyła się przed siebie, a jej twarz przypominała wyzutą z emocji maskę.
- Wszyscy nie żyją? - spytał młodzieniec drżącym głosem.
- Tak.
- Czemu mnie oszczędziłaś?
- Nie stanowisz zagrożenia.
Spodziewał się nieco innej odpowiedzi. Taka powinna go ucieszyć, ale niestety nie miał żadnych podstaw, by wierzyć Oczko.
Skończył i o dziwo żył dalej.
- Co się stało? - spytał już nieco pewniej.
- Kapitan chciał włączyć autodestrukcję, ale powstrzymałam go, nim wpisał kod. Niestety zdążył spuścić całe paliwo. Włączył się automat i przywlokło nas tu na silnikach awaryjnych. Ledwo przywlokło.
No tak, musieli spaść do jakiegoś morza albo jeziora. W tej chwili Sharen sam nie wiedział, czy miał wielkie szczęście, czy nieszczęście. Chyba jedno i drugie po trochu.
- Co dalej? - spytał z przestrachem.
Nie był pewien, czy chce znać odpowiedź.
- Musimy opuścić statek, nim skończy się powietrze.
- Musimy?
Zaintrygowało go, że użyła liczby mnogiej.
- Jak chcesz możesz zostać tutaj. Mnie to obojętne – odparła oschle.
- Nie, nie... Pójdę z tobą.
- Świetnie. Nie lubię samotności.
Był pewien, że wyczuł nutkę sarkazmu w jej głosie. Sytuacja wydawała mu się wręcz kuriozalna. On na obcej planecie z morderczynią. Poniekąd z własnej woli. Brzmiało to jednak lepiej, niż pewna śmierć na pokładzie. Nie ważne, jaką decyzję by podjął, dobry wybór po prostu nie istniał.
- Zbierzesz zapasy i leki. Ja zajmę się resztą. Tylko nie bierz żadnej broni. Nie chcę, żeby cię kusiło – powiedziała kobieta i wstała.
Sharen cały czas żywił cień nadziei, że to wszystko mu się śni. Że zaraz obudzi się w ciepłym łóżku, a to wszystko będzie tylko mętnym wspomnieniem. Ale czas upływał i nic takiego nie następowało. Wprost przeciwnie, sytuacja, w której się znalazł zdawała się coraz bardziej realna. Kiedy pakował zapasy nawet nie myślał już o panice i śmierci. Myślał tylko o tym, żeby przetrwać. Z Oczko, czy bez, musiał sobie jakoś poradzić.
- Gotowy?
Kobieta stanęła przed nim z plecakiem. Włosy spięła w kok. Gdyby nie workowaty uniform i beznamiętny wyraz twarzy, sprawiałby wręcz wrażenie uroczej.
- Tak – odparł.
Woda była lodowata, ale jakoś to przebolał i zdołał wypłynąć na powierzchnię. Ucieszył się, gdy zdał sobie sprawę, że ląd znajduje się niedaleko.


Ogień wesoło skwierczał, dając namiastkę bezpieczeństwa. Prawie jak na biwaku. Na biwaku z potworem. Ściemniło się tu szybko i Sharen nawet nie zdążył przyjrzeć się obliczu planety, na której wylądowali. Wiedział tylko, że nie jest tu zbyt ciepło.
Oczko bez najmniejszego skrępowania rozebrała się do rosołu i powiesiła przemoczone ubranie na kiju wbitym w ziemię, tak, by przeschło. Sharen odruchowo odwrócił wzrok. Był lekarzem, nagość stanowiła dla niego chleb powszedni, a jednak w tej sytuacji uznał to za wyjątkowo krępujące. Najwyraźniej ona miała zupełnie inne pojęcie wstydu. Usiadła na kocu, po drugiej stronie ogniska i wygrzebała z plecaka dwie puszki z napojem. Jedną rzuciła Sharenowi.
- Wody mamy tu pod dostatkiem, więc nie musimy racjonować – wyjaśniła.
Spojrzała na niego. Bez wątpienia zauważyła, jak trzęsie się z zimna.
- Jesteś lekarzem, więc zakładam, że wiesz, co to hipotermia.
Domyślił się do czego pije. Sęk w tym, że głupie przyzwyczajenia i uwarunkowania kulturowe potrafiły czasami przyćmić wolę przetrwania i zdrowy rozsądek. Ale nie w jego przypadku. Nie zamierzał zginąć tu, jak jakiś nieprzystosowany kretyn. Zdjął mokre ubranie, zasłonił krocze i usiadł. Przy ogniu było ciepło. Naprawdę przyjemnie. Pomijając fakt, że cała sytuacja zdawała mu się jeszcze bardziej kuriozalna niż do tej pory.
Oczko otworzyła napój i wzięła łyk. Wyglądała na tak spokojną i opanowaną, że Sharena aż to przerażało. On przeżywał koszmar, a dla niej był to chyba dzień, jak co dzień.
- Opowiedz o sobie – rzuciła niespodziewanie, a że jej głos zdawał się odrobinę mniej beznamiętny, Sharen się zdziwił.
- To znaczy... Co?
W tej chwili niewiele słów przychodziło mu do głowy. Nie zdążył się nawet oswoić z sytuacją, w której się znalazł.
- Masz rodzinę?
- Uh... no.
- Żonę?
- Nie... Dziewczynę.
- Rodzeństwo?
- Brata.
I nastała cisza. Ona przestała zadawać pytania, a on naprawdę nie wiedział, co mógłby jeszcze powiedzieć. Prawdę powiedziawszy, mimo że nie lubił ciszy, nie za bardzo miał ochotę na rozmowę. O czym niby mógł rozmawiać z nią? Samo jej towarzystwo było dlań skrajnie niekomfortowe.
- Boisz się.
Jakby czytała mu w myślach.
- Wyrżnęłaś całą załogę.
- Nie miałam wyjścia. Jeszcze się przekonasz, co to wola przetrwania.
- Dwadzieścia jeden planet, to też była wola przetrwania?
Przeszyła go przenikliwym spojrzeniem. Aż zadrżał. Po co w ogóle się odezwał?
- Można tak powiedzieć – odparła ze spokojem i napiła się.
Nie wyglądała na wściekłą, ale kolejnego pytania już nie zadał. Nie rozumiał jej i nie sądził, by w ogóle mógł zrozumieć kogoś takiego, jak ona.
- Widzisz, Sharen... Wola przetrwania to dość szerokie pojęcie. I przekonasz się o tym szybciej, niż myślisz, bo może nam być dane spędzić tu naprawdę dużo czasu. A jak spędzisz tu wystarczająco dużo czasu... W dziczy, zdany na siebie... To ani się obejrzysz, a będziesz robić rzeczy, które kiedyś by ci nawet do głowy nie przyszły.
Mógłby przysiąc, że się uśmiechnęła. Ale nie był to rodzaj uśmiechu, który chciałby zobaczyć.
- Myślisz, że nikt nas nie znajdzie? - wymamrotał.
- Straciliśmy łączność daleko stąd. Pewnie będą szukać, ale może im to zająć sporo czasu.
- A jak znajdą?
Zapomniał o najważniejszym. Przecież ona miała zupełnie inne priorytety, jak on. Na pewno nie chciała zostać odszukana.
- Zabijemy ich i zajebiemy im statek. Wiem, brzmi prosto, ale takie nie będzie.
- My?
I znowu ta liczba mnoga. Nie przypominał sobie, żeby stał się jej pomocnikiem. Wspólna chęć przetrwania to jedno, ale to...
- Ujmę to tak: masz dwa wyjścia. Możesz być moim sprzymierzeńcem, albo moim wrogiem. Które wybierasz?
Zmarszczył brwi. No tak. Nie dała mu zbyt wielkiego pola manewru. Nie miał przeciw niej najmniejszych szans, widział, do czego jest zdolna, więc jeśli chciał przeżyć, musiał się z nią sprzymierzyć. Mógł ewentualnie próbować ją wykiwać, ale nie był pewien, czy ryzyko jest tego warte.
- A jeśli ci pomogę i uda nam się stąd wydostać, puścisz mnie wolno?
- Bez mrugnięcia okiem.
Nie wiedział, ile warte jest jej słowo, ale to jedyne, co miał.
Ostatnio zmieniony 08 paź 2013, 21:15 przez Vampircia, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Natka
pomocnik
Posty: 605
Rejestracja: 07 sty 2010, 19:56
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn

Postautor: Natka » 03 paź 2013, 17:16

Przeczytane :D
Trochę szkoda K'ypa, miałam wrażenie, że go polubię (właściwie to go polubiłam praktycznie na wstępie za tekst o szorowaniu pokładu) Jednak moją ulubioną postacią (na chwilę obecną) jest nie on, a Oczko.
No to dalej mam komu kibicować.
OC-holic

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 04 paź 2013, 09:57

Dzięki. Mnie też było szkoda K'ypa, ale fabuła wymagała ofiar :-P A tak w ogóle, to orientujesz się w którymś z tym fandomów? Bo jeśli nie, to mam pytanie, czy jest to zrozumiałe.


Rozdział II

Planeta nie wyglądała zbyt przyjaźnie. Gleba miała tu czerwonawy kolor, a większość okolicy pokrywały równie rdzawe skały. Roślinność występowała niezbyt licznie, a lokalnej fauny uświadczyli także niewiele. Dziwne, biorąc pod uwagę bliskość jeziora. Nabrali więc wody i postanowili poszukać innych terenów, z nadzieją, że znajdą coś, co w jakiś sposób mogłoby się im przydać.
- Muszę to zbadać.
Sharen zatrzymał się przy krzaku pokrytym małymi, czarnymi owocami. Wyjął skaner, zbliżył go do rośliny i nacisnął wyświetlacz. Urządzenie wydało nieprzyjemny, mechaniczny dźwięk.
- Pięknie. Woda musiała go uszkodzić – rzekł ze zdenerwowaniem lekarz.
Kobieta jak gdyby nigdy nic zerwała garść owoców i wepchnęła sobie do ust.
- Mogą być trujące! - wrzasnął Sharen.
- Ufam instynktowi.
Lekarz nawet nie skomentował. Szybko zajrzał do torby, żeby upewnić się, czy spakował jakieś leki na obecność toksyn w organizmie. Coś tam miał. Uniósł głowę i zdał sobie sprawę, że jego przymusowa towarzyszka zniknęła.
- Oczko?! Gdzie jesteś?! - krzyknął zaniepokojony.
- Mam na imię Ti Pring! - odpowiedział mu głos dochodzący z góry.
Nie sądził, że ujrzy ją w powietrzu, ale w ciągu ostatniej doby widział już tyle, że chyba nic nie powinno go dziwić.
- Idź do tego wąwozu! Coś tam zauważyłam! - dodała.


Miejsce przypominało pobojowisko. Kiedyś musiała to być wioska. Teraz wyglądała, jak zbieranina białych kości i potłuczonych, glinianych skorup. Sharen przykucnął i podniósł z ziemi podłużną czaszkę. Nie znał tej rasy, nie znał tej planety. Wszystko zdawało się tak tajemnicze i upiorne, że aż ciarki przechodziły po plecach. Co tu się wydarzyło, na Boga? Kiedy się wydarzyło? Na pewno nie wczoraj, ale to akurat nie stanowiło zbytniego pocieszenia.
- Masz jakiś pomysł, co ich zabiło? - zwrócił się do Ti Pring.
- Trudno powiedzieć. Może wrogie plemię?
- Wrogie plemię? Myślisz, że tu są jakieś wrogie plemiona?
Nie ważne, jak bardzo Sharen chciał trzymać fason, tym razem strachu po prostu nie umiał ukryć. Utknął na obcej planecie, sam na sam z morderczynią i być może wrogim plemieniem na karku. Tylko czubek by się nie bał.
- Skąd mam niby wiedzieć? - warknęła kobieta.
- Ale poradziłabyś sobie z nim, jakby co?
- Nie wiem. Może.
- Jak to może? Masz dwadzieścia jeden planet na koncie!
Nie mówiąc już, że wykończyła całą załogę transportowca. Nie chciał o niej myśleć, jak o swoim obrońcy, ale innego pod ręką nie było.
- Myślisz, że zawsze szło, jak po masełku? Uwierz mi, we wszechświecie jest mnóstwo istot dużo silniejszy ode mnie.
Wolał tego nie wiedzieć.
- Dobre miejsce na obóz.
Tego również wolał nie wiedzieć.
- Tutaj?
- A co? Boisz się duchów?
Sharen zamilkł. To nie był dobry moment na okazywanie słabości. W zasadzie żaden nie był dobry. Nie przy niej.
- Zostań tu. Poszukam jakiegoś drewna na opał – oznajmiła Ti Pring.
I znowu miał ochotę coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Dziwne. Tutaj z dwojga złego wolał przebywać z nią, niż sam. Ale nie mógł wiecznie zdawać się na nią. Był mężczyzną, do cholery. Potrafił radzić sobie bez niczyjej pomocy. A na razie miał tylko siedzieć i czekać, raczej nic trudnego. Sięgnął do plecaka i wyjął oijnab, dość popularny instrument strunowy. Niby miał zabrać tylko jedzenie i leki, ale ta zabaweczka zajmowała tak niewiele miejsca, że co mu zależało? Muzyka przynosiła ukojenie. Dzięki niej może uda mu się nie zwariować.
Położył sobie instrument na kolanach i pociągnął za struny. Nie był w tym zbyt dobry, ale kilka prostych utworów umiał zagrać. Poczuł się prawie, jak cywilizowana istota.
- Chodź ze mną, coś znalazłam. - Przerwał mu głos Ti Pring.
Wyglądała na poruszoną. Po raz pierwszy widział u niej tyle emocji, więc sam się ożywił, zerwał na równe nogi i pognał za nią. Biegł wzdłuż wąwozu, w zasadzie samemu nie wiedząc, czy powinien się cieszyć, czy bać, aż zauważył, że coś wystaje z ziemi. Zatrzymał się. Ti Pring musiała ją świeżo rozkopać, bo dostrzegł obok płaski kamień, jak łopata. Jednak to, co odsłoniła... To był grób. Ten szkielet. Nie przypominał tamtych istot z wioski. Z ciała zostały tylko kości, ale zbroja armii friezeriańskiej zachowała się całkiem nieźle. Sharen przycupnął i przyjrzał się znalezisku. Nie mógł w to uwierzyć.
- Gdyby tylko mój skaner działał... Nie wiem co to za rasa, ale wygląda człowiekoidowato – stwierdził.
- To zbroja starego typu. Ze trzydzieści lat to tu leży – zauważyła Ti Pring.
- Czyli teorię z wrogim plemieniem chyba możemy wykluczyć – mruknął Sharen.
- Nie bądź taki posępny, jest z czego się cieszyć. To znaczy, że na tej planecie wciąż może być działająca kapsuła. A może nawet więcej niż jedna, bo sam ten koleś raczej się nie pochował.
- Zaraz... Nie żebym się na tym znał, ale... Czy takich planet się nie sprzedawało? Nie powinna tu być jakaś nowa cywilizacja, czy coś?
- Nie zawsze dochodziło do transakcji. Możliwe, że nikt nawet nie pamięta tego miejsca.
Nie ważne, jeśli to znalezisko rzeczywiście dawało nadzieję na wydostanie się z tego pustkowia, to reszta się nie liczyła.


Noc zapadała tu szybko, więc wrócili do obozu i rozpalili ognisko. Bez widoku na pobojowisko za ich plecami było tu prawie przytulnie. Siedzieli na kocach i jedli konserwy. Dobrze, że tym razem w ubraniu. Nawet zniknęło napięcie z poprzedniej nocy. Sharen domyślał się, że to przez dobre wieści i fakt, że powoli się przyzwyczajał. Myśl o możliwości rychłego wydostania się stąd tak podnosiła go na duchu, że prawie zapomniał, kim jest jego towarzyszka niedoli.
- Podasz mi ten oijnab? - spytała Ti Pring i odstawiła puszkę. - W takich chwilach tylko dwie rzeczy odróżniają nas od zwierząt.
- Jakie?
- Wrzątek i rzępolenie.
Eksperymentalnie pociągnęła za kilka strun. Zadowolona z brzmienia, spróbowała zagrać coś więcej. Sharen nie sądził, że dojdzie do tego wokal.

O Panie, nie jest to Twój raj,
O nie, o nie,
Nadzieję innym głupcom daj,
Tylko przetrwać chcę.
Chociaż już mi wystarczy,
Już dość, już dość,
Dam Ci jeszcze jedną szansę,
Potem wrócić chcę.

Gdzieś to już chyba słyszał, tylko w trochę innej wersji. Nie mógł uwierzyć, że nagle poczuł się tak błogo. Jakby walka o życie naprawdę zeszła na dalszy plan. Jednak dobrze zrobił, że zabrał ze sobą instrument. Nawet Oczko... Ti Pring wydawała mu się teraz taka ludzka. Na moment zapomniał o wszystkim, co go tak w niej przerażało.
- Opowiedz coś o sobie – wypalił nagle, poddając się nastrojowi.
Popatrzyła na niego zmieszana i zdawało się, że jej dawne beznamiętne ja powróciło.
- Imię: Ti Pring, rasa: pół Vulcanca, pół człowiek, stopień: podporucznik, numer identyfikacyjny...
- Nie, nie o takie coś mi chodziło – powstrzymał ją. - Chodziło mi o coś... No nie wiem... Co lubisz robić w wolnym czasie?
- Nie lubię mieć wolnego czasu.
- Czemu?
Ti Pring wydłubała nożem resztkę konserwy. Oblizała ostrze, oparła rękę o kolano i spojrzała niechętnie na Sharena.
- Wiesz... Gdybym tak strasznie chciała, żebyś mnie lepiej poznał, dokonałabym vulcańskiego zlania jaźni. Ale tego nie zrobię. Wolałbyś nie mieć w głowie tego, co ja, uwierz mi.
- Ale możesz powiedzieć...
- Nie mam w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia.
Rozmowa urwała się dość nagle. Sharen myślał, że udało się przełamać lody, ale chyba jednak nie do końca. Zabawne. Na początku nawet nie chciał próbować zrozumieć Ti Pring, a teraz był naprawdę ciekaw, co siedzi w jej głowie.
- Więc... Robiłaś to dla pieniędzy? - wypalił nagle.
- Co to, przesłuchanie?
Posłała mu zirytowane spojrzenie i po raz kolejny wyskrobała z puszki to, co zostało po konserwie. Otarła usta i zaczęła bawić się nożem.
- Chyba wiem, o co ci chodzi... Co chcesz usłyszeć – rzekła. - Że nie jestem tym, za kogo wszyscy mnie mają, że mam miękkie serce, że jestem ofiarą jakichś paskudnych manipulacji, że od samego początku zmuszano mnie do tego wszystkiego... Cóż... Rozczaruję cię. Sama podpisałam kontrakt z Friezą. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Więc przykro mi, Sharen, ale obawiam się, że jestem właśnie tym potworem, za którego wszyscy mnie mają.
I wtedy Sharen, o dziwo, uśmiechnął się. Tak jakby sprawdziły się jego przewidywania.
- Wiem, że pół roku pracy w więzieniu to nie jest dużo – powiedział. - Ale spotkałem różne osoby. Różnych paskudnych zbrodniarzy. I wszyscy mieli cechę wspólną: żaden z nich nie uważał się za potwora. Nie widzieli niczego nieetycznego w swoich działaniach. Ale ty chyba masz sumienie i mam wrażenie, że zjada cię od środka.
- Idź już spać – usłyszał tylko oschłą odpowiedź.


Następnego dnia znaleźli jaskinię. Sharen miał pewne opory przed wejściem do środka, ale nie chciał być gorszy od Ti Pring, więc poszedł. Po pokonaniu niewielkiego korytarza dotarli do wnęki, a tam... Promienie słońca wpadały przez okrągły otwór w sklepieniu, oświetlając salę. Ten prowizoryczny komin prawdopodobnie nie powstał w sposób naturalny, biorąc pod uwagę fakt, że dokładnie pod nim znajdowało się palenisko. To jednak nie wszystko. Miejsce obfitowało w ślady bytności istoty rozumnej. Dookoła leżały naczynia i inne przedmioty mogące pochodzić z tubylczej wioski, a nawet prowizoryczne posłanie.
Ti Pring przykucnęła przy miejscu po ognisku i rozgrzebała popiół patykiem.
- Świeże – oznajmiła.
Sharen nie wiedział, czy to powód do radości, czy do strachu. Czuł się po prostu dziwnie. Nie żeby od początku swej przygody choć przez moment cokolwiek było normalne, ale tym razem po prostu zgłupiał. Żył tu ktoś jeszcze? Kto? Jeden z tubylców? Raczej nie. Zaczynał wzbierać w nim niepokój. Miał naprawdę złe przeczucia. Do tego nie pachniało tu najładniej.
- Idę się przewietrzyć – stwierdził.
Wyszedł na zewnątrz i... Łup! Nie zdążył nawet zauważyć skąd to nadeszło. Dostał solidnie w kark. Upadł. Nie stracił przytomności, ale ból sparaliżował całe jego ciało. Co to było? Co się dzieje? Spanikował. Rany, jak bolało. Wstać, musiał wstać. Zaczął się czołgać. Próbował się podnieść. Coś chwyciło go za łydkę. Podniosło.
- Nie... - jęknął.
Mężczyzna, który go trzymał był dość wychudzony, ale wysportowany i żylasty. Długie czarne włosy i równie długa broda sprawiały, że wyglądał jeszcze bardziej dziko, niż można by się spodziewać, a wysłużony, zniszczony pancerz musiał mieć już wieki. Czy to był...
Sharen upadł. Ti Pring zjawiła się tak szybko, że ledwo ją zauważył. Widział tylko, jak wymierza solidnego kopniaka mężczyźnie, który go trzymał. Spanikowany lekarz podczołgał się tyłem za pobliski głaz i obserwował wszystko z ukrycia. Mężczyzna atakował w szale, ale na szczęście Oczko była na tyle szybka, że robiła uniki. Całe szczęście, bo ciosy obcego miały taką siłę, że miażdżyły skały. Ti Pring wymierzyła prawy sierpowy, ale napastnik chwycił jej pięść i złapał kobietę za ubranie. Podniósł ją i cisnął o podłoże.
- Przestań! Nie jesteśmy wrogami! Rozbiliśmy się tu statkiem! Proszę... - Sharen zerwał się na równe nogi.
Na moment mężczyzna zastygł bez ruchu i popatrzył na niego z obłędem w oczach. Stał tak kilka sekund, kompletnie zbity z tropu i przez chwilę wydawało się wręcz, że teraz to on jest bliski paniki. Nagle się zreflektował i po prostu wszedł do jaskini. Sharen szybko wyskoczył ze swojej prowizorycznej kryjówki i podbiegł do kobiety.
- Rany, nic ci nie jest? - spytał z przejęciem.
- Wszystko w porządku.
Ti Pring podniosła się i usiadła po turecku. Przez moment wyglądała na nieźle zmieszaną.
- Skąd się te skurwysyny biorą? - wymamrotała.
- Hmm?
- Nie zauważyłeś ogona? To Saiyanin.
Wstała, otrzepała się z kurzu i na nowo spięła włosy. Spojrzała na jaskinię.
- Chyba nie chcesz tam wrócić?! - zaprotestował Sharen.
- Jakby chciał nas zabić, to by się nie wycofał. Chodź.
Nie brzmiało to zbyt pocieszająco, ale cóż. Lekarz przełknął ślinę i podążył za Ti Pring. Kiedy weszli do wnęki, zachował bezpieczną odległość. Mężczyzna siedział przy zgaszonym palenisku i coś do siebie mamrotał. Zdawał się wręcz w ogóle nie świadom faktu, że ma towarzystwo.
- Coś ty za jeden? - spytała Ti Pring bez owijania w bawełnę.
Zero reakcji. Kobieta zrobiła parę kroków do przodu, powoli. Sharen nie ruszał się z miejsca. Dobrze było mu tam, gdzie stał. Blisko do wyjścia. Z bezpiecznej odległości obserwował poczynania Ti Pring. Zbliżyła się jeszcze bardziej do obcego i przykucnęła przed paleniskiem.
- Ma'h naar keedam faar? - Ponowiła pytanie w innym języku.
Nawet Sharen musiał przyznać, że zaczynało robić się ciekawie. Ostatnie słowa Ti Pring chyba zwróciły uwagę obcego, bo przestał ją ignorować. Rzucił jej jednocześnie zaskoczone i podejrzliwe spojrzenie.
- Jestem Latis – powiedział we wspólnym.
Przez chwilę sprawiał wrażenie całkiem normalnego w porównaniu z tym, co pokazał wcześniej. Po czym zaczął bezmyślnie dłubać patykiem w popiele i drapać się po zadzie.
- Mam na imię Ti Pring, a ten tchórz z tyłu to Sharen – wyjaśniła kobieta.
Tchórz? Lekarz zmarszczył brwi. Gdyby nie to, że miała nad nim przewagę, dałby jej nieźle popalić.
- Ile lat tu jesteś? - spytała Ti Pring. Ponownie zero reakcji. - Jaka była data gwiezdna kiedy tu przyleciałeś?
Latis zaczął uderzać patykiem w popiół rozsypując go na boki.
- Siedem... trzy... - Zaczął mamrotać, bawiąc się dalej. - Pięć... zero... cztery...
- 735.04? Ten facet siedzi tu od trzydziestu trzech lat – rzekła Ti Pring do Sharena, ale nie odrywając wzroku od Latisa.
- Nieźle się trzyma – skomentował lekarz.
- Saiyańska żywotność.
- Ale jego mózg chyba nie trzyma się już tak dobrze.
Latis zostawił patyk w spokoju, chwycił jakąś starą kość i zaczął ją obwąchiwać. Następnie polizał ją parę razy, podłubał sobie w nosie i znowu zaczął coś do siebie mamrotać.
- Statek... Macie statek... - wydukał nagle, wlepiając wzrok w palenisko.
- Leży na dnie jeziora i nie ma w nim paliwa – wyjaśnił Sharen, nie chcąc robić Latisowi złudnych nadziei.
- Zaraz, a co z kapsułami? Musieliście tu w czymś przylecieć – zauważyła Ti Pring.
- Burza magnetyczna... Nic nie działa... - wymamrotał Saiyanin i zaczął grzebać w rupieciach, które walały się dookoła. Znalazł jakiegoś niedojedzonego skorupiaka i włożył go sobie do ust.
Sharen i Ti Pring popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Lekarz zdążył na tyle oswoić się z sytuacją, że sam podszedł do paleniska.
- Myślisz, że to przez to nie działa?
Wskazał na swój zepsuty skaner.
- Nie sądzę. Burza magnetyczna pewnie była tu dawno temu – stwierdziła kobieta.
- Nieodwracalne uszkodzenia – dodał Latis, przeżuwając skorupiaka.
Dla Sharena zabrzmiało to jak wyrok. Cała jego nadzieja została podarta na strzępy.
- Ale części ze statku... Tak... części... może się udać.
Z jednej strony Latis zdawał się brzmieć coraz bardziej składnie i sensownie, a z drugiej strony, to co sugerował, było wręcz irracjonalne.
- Sharen, znasz się na elektronice i innych takich? - spytała Ti Pring.
- Nie.
- No właśnie, ja też nie.
Nic tylko gorzko się zaśmiać.
- Ja się znam – rzucił od niechcenia Latis, który usilnie szukał czegoś w swoich rupieciach.
- Ty? - rzekła Ti Pring, a w jej głosie znać było nie tyle niedowierzanie, co rozbawienie.
W końcu Saiyanin chyba znalazł to, czego szukał, bo wygrzebał jakiś kolczasty owoc. Wydłubał z niego jedną długą igłę i dosłownie wyrwał Sharenowi skaner z ręki .
- Hej! - zaprotestował lekarz.
Latis kompletnie go zignorował i ku jego przerażeniu rozebrał urządzenie. Podłubał coś igłą, w skupieniu wysuwając język, złożył wszystko z powrotem i oddał zdumionemu młodzieńcowi. Zdziwienie Sharena było jeszcze większe, gdy zdał sobie sprawę, że jego skaner działa. Spojrzał na Ti Pring. Wyglądała na równie zmieszaną. Z pewną dozą ostrożności i niepewności zeskanował Saiyanina.
- Hmm... Całkiem wysokie IQ – skomentował.
- Jaja sobie robisz? – wycedziła Ti Pring.
W odpowiedzi podał jej skaner. Spojrzała sceptycznym wzrokiem najpierw na ekran, potem na Sharena, a na końcu na Latisa.
- No dobra... Załóżmy, że jesteś zajebiście mądrym Saiyaninem – rzekła. - Jak cię zaprowadzimy po te części, to pomożesz nam się wydostać?
- Są tylko dwie kapsuły.
- Pozwól, że później będziemy się tym martwić.
Latis nic nie powiedział. Powrócił do zabawy kijem i popiołem, kompletnie ignorując towarzystwo.
- Podaj plecak – poleciła beznamiętnie Ti Pring Sharenowi.
Lekarz uczynił to, o co prosiła. Kobieta wyjęła konserwę i rzuciła Latisowi. Niby zdawał się kompletnie pogrążony we własnym świecie, ale puszkę złapał bez problemu. Otworzył ją zębami i zaczął wydłubywać zawartość paluchami. Widok jak je do apetycznych nie należał, a mimo to Sharen poczuł, że robi się głodny. Ti Pring najwyraźniej też, bo wygrzebała racje również dla nich. Jedno lekarz musiał przyznać: jeszcze nigdy nie spożywał kolacji w takiej ciszy. Sądził, że rozbitek po tylu latach będzie miał mnóstwo pytań. Gdyby on znalazł się w podobnej sytuacji, pewnie chciałby wiedzieć wszystko, co działo się w świecie zewnętrznym podczas jego nieobecności. Jednak Latis zdawał się być zainteresowany jedynie swoją konserwą. Nawet gdy skończył jeść, minęło sporo czasu nim się odezwał.
- Więc... pracujesz dla Friezy? - rzucił nagle do Ti Pring, jak zwykle unikając kontaktu wzrokowego.
Sharen zachodził w głowę, skąd mógł się domyślić? Po stylu walki może? Zaskakujące. Ale z drugiej strony, czy miało to jakiekolwiek znaczenie?
- Pracowałam. Chuj kopnął w kalendarz – wyjaśniła Ti Pring ze spokojem, powoli wyjadając konserwę nożem.
Nastała chwila ciszy, po czym Latis zaczął się śmiać. Ale nie w złowieszczy sposób, raczej z rozbawieniem. Rechotał jak wariat. A potem nagle zamilkł.
- Moi ludzie... Są wolni?
- Można tak powiedzieć. Nie żyją od ponad trzydziestu lat. Frieza rozpierniczył całą planetę.
Nie, nie, nie, to chyba nie był dobry pomysł. Mówić czubkowi coś takiego? W takiej chwili? Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic? Zamknąłby jej usta, gdyby nie było już za późno. Co jej strzeliło do głowy?
- Aha...
Latis po prostu zamilkł. Trudno było określić, czy próbuje uczcić pamięć poległych minutą ciszy, czy po prostu nie wie, co powiedzieć. Nie wyglądał na zdruzgotanego. Z drugiej strony trudno było oczekiwać sensownej reakcji po kimś takim jak on.
- Więc zostałem... tylko ja? - wymamrotał.
- W tym momencie to już sama nie wiem ilu was zostało. Ale jak sprawdzałam po raz ostatni, to jeden jeszcze żył.
- Kto?
- Dupa ci odpadnie ze śmiechu, jak ci powiem.
- Kto?
- Jebany książę.
- Mały książę Vegeta?
- Pewnie już nic nie urósł, więc tak, mały książę Vegeta.
Jak na razie Sharen milczał, ale bacznie obserwował. Zauważył, że Latis ożywał się nieco, a jego oczy zabłysły.
- Wiesz gdzie jest?
- Nie i chuj mnie to obchodzi.
Sharen musiał przyznać, że Ti Pring była szczera do bólu i niezbyt uprzejma. Ale Latisa najwyraźniej to nie zniechęcało. Oczy wciąż mu błyszczały. Wyglądał wręcz trochę przerażająco.
- Muszę go odnaleźć... Będę mu służyć...
- Skoro jesteś masochistą...
Ciekawa rozmowa, nie dało się zaprzeczyć. Za każdym razem, gdy Latis zdawał się odzyskiwać zdrowe zmysły, wkrótce znowu zachowywał się jak czubek. Po raz kolejny zaczął grzebać w swoich rzeczach. Wydobył garść skorupiaków, rzucił przed swych gości, spojrzał na nich z głupim uśmiechem i sam poczęstował się jednym z tych małych, czarnych żyjątek. Sharen ani myślał iść w jego w ślady i zrobiło mu się niedobrze, kiedy zauważył, że Ti Pring chwyciła „przekąskę” i bez zastanowienia wpakowała sobie do ust.
- Trochę twarde – skomentowała.


Ogień przyjemnie grzał. Tutaj spało się dużo lepiej, niż na zewnątrz. Przede wszystkim dało się spać. Choć trochę. I nawet to psychopatyczne towarzystwo już tak bardzo Sharenowi nie przeszkadzało. Chyba tylko dlatego, że zmęczenie wzięło górę nad emocjami. Poza tym otaczające skały dawały pozorne poczucie bezpieczeństwa i zatrzymywały ciepło. A w tej chwili tylko to się liczyło: możliwość odpoczynku bez odmrożenia sobie tyłka.
- Psyt, wstawaj.
Ti Pring wyrwała go z płytkiego snu. W poświacie ogniska Sharen ujrzał jej sylwetkę. Słyszał też, jak Latis chrapie miarowo.
- Musimy pogadać sam na sam – szepnęła.
Nie za bardzo miał ochotę wstawać, ale mogło chodzić o coś ważnego, więc wolał nie protestować. Zwlókł się z posłania i ziewnął. Po cichu, tak by nie obudzić Saiyanina, wyszli na zewnątrz.
- Musimy ustalić jakiś plan działania – rzekła kobieta, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości. - Powiedział, że są tylko dwie kapsuły.
- Nie da się zmieścić do jednej w dwójkę?
- Zmieścić to może i by się dało, ale system podtrzymywania życia zaprojektowany jest tylko na jedną osobę. A to znaczy, że skończy nam się powietrze szybciej, niż zdążysz powiedzieć „kurwa”.
- Więc co proponujesz?
- Cóż... Ten chuj Latis jest nam na razie potrzebny. Bez niego nie naprawimy kapsuł. Ale potem wypadałoby go jakoś unieszkodliwić. Sęk w tym, że... Pamiętasz jak ci mówiłam, że w kosmosie jest mnóstwo istot silniejszych ode mnie? Cóż, to jedna z nich. A to znaczy, że będziemy musieli wykazać się kreatywnością.
- Zaraz... Chcesz wykorzystać tego biedaka, a potem zostawić go tu na pastwę losu? - zbulwersował się Sharen.
- Biedaka? To jebany potwór. Takich jak ty zjada na śniadanie. I nie, to nie była przenośnia.
- Myślałem, że to ty jesteś potworem.
- Nie ważne kto jest potworem. Ty akurat masz tu najmniej do gadania – zdenerwowała się Ti Pring. - Mogłabym cię tu po prostu zostawić i mieć problem z głowy, ale jakoś uważam, że ty bardziej od niego zasługujesz na to, żeby się wydostać. Ale jeśli chcesz zgrywać szlachetnego męczennika, to proszę bardzo. Mi to wisi. Ty albo on, co wybierasz?
Sharen przygryzł wargę. Oczywiście, że chciał się wydostać. O niczym innym nie marzył. Sęk w tym, że nie znosił takich sytuacji. Naprawdę było mu żal osoby, która spędziła ponad trzydzieści lat na odludziu, dowiedziała się, że jej planeta nie istnieje i właśnie miała zostać wykiwana w najokrutniejszy sposób. Nawet jeśli miała wiele grzechów na sumieniu. Ale zgrywać męczennika? Nie, wola przetrwania była zbyt silna.
- To jaki masz plan? - mruknął lekarz.
- Wziąłeś ze sobą antyenergetyka?
Właściwie od samego początku nie chciał się do tego przyznawać. Zabrał go na wypadek sytuacji podbramkowej. Teraz chyba nie było już sensu się z tym kryć.
- Taa... - wyznał.
- Świetnie. Miej go cały czas w pogotowiu. Kiedy wyłowimy te części, jestem pewna, że Latis będzie próbował się nas pozbyć, bo już nie będziemy mu potrzebni. Ale ja postaram się być szybsza. Może uda mi się go zaskoczyć. Przytrzymam go, nie wiem na ile, pewnie nie na długo, ale ty musisz mu wtedy to wstrzyknąć. I od razu przygotuj sobie dawkę dwa razy silniejszą niż na mnie.
- Czekaj... Mam się do niego zbliżyć? - Sharen przełknął ślinę.
- Tak, masz się do niego zbliżyć i mu to zaaplikować. Drugiej szansy nie będzie. Dasz radę?
- Uh... postaram się.
- Świetnie. Nie spierdol, bo będzie po nas.
Brzmiało prosto, ale... Nawet nie chciał myśleć, jak to będzie w rzeczywistości wyglądać.
- Wracajmy – rzuciła beznamiętnie Ti Pring.
- Poczekaj!
Coś mu się przypomniało. Coś, co zaintrygowało go już wcześniej, ale nie miał okazji o to spytać.
- Skąd znasz saiyański?
- Z dupy.
I znowu zrobiła się dla niego niemiła. Zmarszczył brwi. Zdenerwowało go to. Już nie bał się pokazywać, co naprawdę myśli.
- Skoro mamy współpracować, to chociaż rozmawiaj ze mną normalnie – warknął.
Prychnęła, ale chyba była pod wrażeniem jego odwagi. Podeszła do niego.
- Wyobraź sobie, że jesteś młodym rekrutem i nagle zostajesz pozostawiony na pastwę losu. Wyobraź sobie, że nikt nie dba o to, co czujesz, co myślisz... Wyobraź sobie, że wszyscy tylko marzą o tym, by położyć na tobie swoje łapska i wyjebać cię w każdy otwór twojego ciała. Co robisz?
Sharen zgłupiał. Takiego pytania się nie spodziewał, ale ona najwyraźniej traktowała to całkiem poważnie, bo czekała na odpowiedź.
- Hmm... Ja wiem... Poszukałbym protekcji.
- Właśnie. Wolałbyś być w stadzie niż sam.
- Więc... Jak trafiłaś do stada?
- Przysięgam, że jeśli zadasz jeszcze choć jedno pytanie, to zostawię cię na tej pierdolonej planecie.
Chyba mówiła serio. A Sharen za żadne skarby nie chciał tu zostać. Wszystko tylko nie to. Wolał zamilknąć i wrócić do jaskini z nadzieją, że zażyje jeszcze choć odrobinę snu przed wielką próbą.

---

Fragment piosenki pochodzi z tej szanty https://www.youtube.com/watch?v=QMnQF7hjsbI
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 08 paź 2013, 21:14

Rozdział III

Sharen wstał jako pierwszy. Właściwie spał niewiele. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt emocje, które nim targały. Tego dnia miało się wszystko rozstrzygnąć, jego być, albo nie być. Denerwował się bardziej niż przed swoim egzaminem końcowym i pierwszym dniem praktyk. Stres go po prostu zżerał. Tym razem nie chodziło o zdanie testu, czy rozwikłanie skomplikowanego problemu. Nie. Chodziło o jego życie. I najwyraźniej Ti Pring myślała podobnie, bo wstała niedługo po nim. Tylko Latis chrapał beztrosko.
- Denerwujesz się? - spytała kobieta.
Tylko przytaknął.
- Ja też – odparła.
Nie pocieszyło go to ani trochę. Znaczyło jedynie, że czeka ich prawdziwe wyzwanie.
Napili się słodzonego napoju, żeby dodać sobie energii i animuszu. Siedzieli w milczeniu. Sharen pamiętał wczorajszą groźbę i wolał się nie wychylać, choć chętnie zadałby mnóstwo pytań. Był z natury dociekliwą osobą, a Ti Pring intrygowała go coraz bardziej. Ile jeszcze tajemnic skrywała ta kobieta? Bez wątpienia nie była bezmyślną maszynką do zabijania, jak z początku sądził. Ale do tej pory nie mógł dociec, co siedzi jej w głowie. Zdziwił się ogromnie, gdy to ona pierwsza zabrała głos, a już tym bardziej nie spodziewał się, że usłyszy takich słów.
- Przepraszam, że byłam dla ciebie niemiła.
Spojrzał na nią zmieszany i zauważył, że Ti Pring zaczyna się śmiać. Trochę gorzko, trochę beztrosko.
- O rany... nie pamiętam, kiedy ostatni raz użyłam tego słowa – zachichotała z rozrzewnieniem. - W saiyańskim nawet go nie ma.
- Co? Przepraszam?
- To znaczy... niby jest, ale w trochę innym znaczeniu. Można powiedzieć „mareehee”, ale to bardziej oznacza skruchę za rozczarowanie kogoś o wyższym statucie. Ja wiem... coś w stylu: „zawiodłem i jestem śmieciem”. Eh... semantyka... nigdy nie byłam dobra w te klocki.
- Ile zajęło ci nauczenie się saiyańskiego? - Zaciekawił się Sharen.
- Niewiele. Pół roku może. To prosty język. A ja jestem bystra.
- I na pewno nie skromna.
- Cóż, nigdy nie otaczali mnie skromni.
Ti Pring wzięła duży łyk, otarła usta i spojrzała na Sharena z serdecznością, której u niej nie widział jeszcze ani razu.
- Miły z ciebie gość. To coś nowego – rzekła z gorzkim rozbawieniem.
- Jestem pewien, że przede mną znałaś jakichś miłych.
- Mój tatko jest miły, ale zawsze miał obsesję.
- Jaką?
- Na punkcie władzy.
- To przez niego podpisałaś ten kontrakt?
- Heh... Kiedyś tak myślałam. Próbowałam go obwiniać za każdą złą decyzję w swoim życiu. Ale wiem, że sama jestem sobie winna. Masz dużo, chcesz więcej, robisz wszystko, żeby to więcej do ciebie przyszło, a potem gówno dostajesz. A potem to gówno tak narasta, że nie możesz od niego uciec. Choćby nie wiem co. I marzysz tylko, żeby cofnąć się w czasie i zabić samego siebie zanim wpadłeś na pomysł zawarcia jakiegoś kretyńskiego układu. Rany... po co ja to wszystko mówię... - westchnęła Ti Pring, zgniotła puszkę i wrzuciła do paleniska.
Sharen już miał powiedzieć, jak dobrze mu się jej słucha, ale jego uwaga nagle przeniosła się na Latisa, który właśnie się przebudziła. Saiyanin wstał, ziewnął i podrapał się po głowie. Następnie rozpiął rozporek i zaczął sikać, nie przejmując się towarzystwem. Lekarz odruchowo się skrzywił.
- Zignoruj go. Oni tak mają – rzuciła mu Ti Pring i spakowała zapasy.


Stali na brzegu jeziora, które w blasku czerwonego słońca lśniło przepięknie. Niestety nie przybyli tu, by podziwiać widoki, a szkoda, bo było na co popatrzeć. Drugi brzeg majaczył daleko na horyzoncie, a przepiękne klify i urwiska gdzie nie gdzie tworzyły strome ściany wyrastające prosto z wody, przecinające wąskie, kamieniste plaże. Woda była krystalicznie czysta, ale zimna jak diabli. Na całe szczęście Sharen nie musiał do niej wchodzić.
- Mogę sam – oznajmił Latis, rozbierając się.
- Nie ma mowy – rzekła stanowczo Ti Pring.
Najwyraźniej mu nie ufała. Zdjęła ubranie, na szczęście tylko do bielizny, zacisnęła zęby i wskoczyła do lodowatej wody. Sharenowi pozostawało tylko siedzieć na brzegu i czekać. Nerwowo ściskał dozownik ukryty w kieszeni. Wszystko było przygotowane poza odpowiednim nastawieniem psychicznym. Nie chodziło już nawet o kwestie moralne. Sharen najzwyczajniej w świecie bał się niepowodzenia. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, co się stanie, jeśli się nie uda.
Czekanie dłużyło mu się niesamowicie i przypominało mu się, jak na statku siedział w swoim laboratorium, gdy na pokładzie rozpętał się horror. Bez wątpienia to uczucie było podobne, choć teraz cisza już mu tak nie przeszkadzała. Byle tylko się udało. Musiało się udać. Nie mógł umrzeć, miał jeszcze tyle do zrobienia.
W końcu wojownicy wyłonili się z wody, niosąc skrzynię wypełnioną najwyraźniej tym, co było potrzebne. Wzrok Sharena spotkał się ze spojrzeniem Ti Pring i przez moment młody lekarz myślał, że ta chwila właśnie nadeszła. Ale nie, jeszcze nie. Latis ubrał się ze spokojem, podobnie jak kobieta. Czas jakby spowolnił jeszcze bardziej. Ti Pring znowu zerknęła na Sharena porozumiewawczo, a on przełknął ślinę. Jego serce zaczęło głośno dudnić. Wysunął lekko dozownik, zasłaniając go dłonią. Czoło zrosił mu pot. Minęła sekunda, może dwie. Latis zamachnął się gwałtownie na Ti Pring. Skubana, przewidziała to. Pochwyciła jego rękę i wygięła, sprowadzając go na kolana. Musiało boleć.
- Teraz! - wrzasnęła.
Ale Sharen się zawahał. Ręka mu zadrżała i prawie upuścił dozownik. Kiedy się przemógł, było już za późno. Ta jedna sekunda bezruchu wystarczyła, by Latis się wyszarpał. Wymierzył Ti Pring solidnego kopniaka i choć zasłoniła się skrzyżowanymi rękami, siła ciosu odrzuciła ją na dobrych kilka metrów. Sharen zamarł, ale, o dziwo, Saiyanin w ogóle się nim nie zainteresował. Zaczął zmierzać spokojnie w stronę leżącej kobiety. Ti Pring skoczyła na równe nogi i przybrała postawę bojową, ale po minie widać było, że daleko jej do przekonania o własnym zwycięstwie.
Co robić? Co robić? Sharen nie mógł tak po prostu stać i się gapić. Wdrapał się na pobliską skałę i obserwował wszystko z góry. Gdyby się wcześniej nie zawahał... A zresztą, po co gdybać? Lepiej by zaczął działać. Ale jak? Przecież nie miał szans.
Latis wziął jeden zamach, drugi. Na szczęście Ti Pring była dobra w robieniu uników. Wymierzyła mu cios. Trafiła go w żuchwę. Nawet się nie zachwiał, tylko uśmiechnął wrednie. Czym on był, do diabła? Traktował tę walkę, jak zabawę. Kobieta dawała z siebie naprawdę wiele. Trafiła go nie raz. Sęk w tym, że na nim nie robiło to żadnego wrażenia.
O nie, o nie... Nie dobrze. Sharen chętnie by pomógł, ale nie chciał zostać zmasakrowany. A Latisowi najwyraźniej znudziły się gierki, bo uderzył Ti Pring w brzuch i posłał ją na łopatki. Kobieta zwinęła się z bólu i wbiła palce w ziemię. Latis stanął nad nią, uśmiechnął się i potarł dłonie. Między nimi wytworzyła się kula energii. Pewnie myślał, że to już koniec. Sharen również. Ale nie. Jeszcze nie. Ti Pring rzuciła przeciwnikowi ziemią w oczy. To wystarczyło. Kopnęła go z całej siły w kroczę, aż zgiął się z bólu. I wtedy Sharen się przemógł. Zeskoczył prosto na Latisa i wbił mu igłę w kark. Poszło wszystko, cała zawartość dozownika. Co za ulga. Ale lekarz nie cieszył się długo. Saiyanin zamiast osunąć się na ziemię, stał dalej, a jego czarne oczy lśniły z wściekłości. Sharen nie zdążył nawet przełknąć śliny. Aż cud, że nie stracił przytomności po ciosie, który otrzymał. Na chwilę go zamroczyło, oparł się na przedramionach i wypluł dwa zęby. Nie możliwe? Co się stało? Taka dawka musiała zadziałać choć trochę.
Wstał i zobaczył, że Latis trzyma Ti Pring w żelaznym uścisku, dusząc ją przy okazji. Ale jego wzrok się zmienił. Nie był już taki pewny siebie. Zdawało się wręcz, że mężczyzna za wszelką cenę próbuje zwalczyć narastające osłabienie. Gdy poluzował uścisk, Ti Pring rozprostowała palce, przyłożyła dłoń do klatki piersiowej Latisa i wystrzeliła strumieniem energii. Mężczyzna upadł, a w jego pancerzu zrobiła się spora dziura.
Czy już po wszystkim?


Nawet teraz Sharen chciał nieść pomoc medyczną. W końcu od tego są lekarze. Co prawda Latis wybił mu dwa zęby, ale to nie znaczyło, że ma go zignorować. Saiyanin wyraźnie się męczył. Antyenergetyk zadziałał, a do tego dochodziło uszkodzone płuco. To wymagało natychmiastowej interwencji medycznej, ale Ti Pring na to nie zezwoliła. Mało tego, rozpaliła ognisko i wyjęła racje żywnościowe. Zdawała się wręcz czerpać atawistyczną przyjemność z obserwowania jak Latis cierpi.
- Mam deja vu – stwierdziła i ugryzła sprasowaną rację. - Tylko perspektywa trochę się zmieniła. Na lepsze. Zawsze zastanawiałam się, jak to jest siedzieć sobie przy ognisku, wpierdalać i patrzyć jak ktoś zdycha. I zastanawiać się: pomóc, nie pomóc, pomóc, nie pomóc? A może dobić? Heh...
Wyglądało na to, że zwraca się do Latisa, ale on chyba jej zbytnio nie słuchał. Bardziej skupiał się na tym, żeby złapać oddech i nie zakrztusić się krwią.
- Muszę mu pomóc! - zaprotestował wściekle Sharen.
- Nie bój. Wytrzyma przynajmniej godzinę, może nawet dwie – rzuciła ze spokojem Ti Pring, przeżuwając.
Znowu jej nie rozumiał. Czy ona próbowała się za coś odegrać?
- Przejebane, co? - zwróciła się znowu do Latisa. - Nie możesz wziąć normalnego oddechu, boli jak cholera i tylko zastanawiasz się, kiedy zdechniesz. Ale nie zdychasz. A jakiś chuj siedzi, wpierdala i ma cię w dupie.
- Ti Pring, proszę... - Tym razem Sharen błagał.
- Poczekaj. Niech franca wie, że to nie są żarty. On by ci litości nie okazał.
- Ale ja nie jestem nim.
- Cicho! Teraz ja ustalam zasady gry. Znam się na małpach trochę lepiej od ciebie.
Sharen zamilkł. Ti Pring wstała, podeszła do Latis i stanęła nad jego dygocącą sylwetką z triumfem w oczach.
- A teraz posłuchaj, smrodzie – rzekła władczo. - Chcesz żyć, to rób to, co każemy. Po tym specyfiku możesz nam naskoczyć, więc nie próbuj głupot. My nie gramy fair play, więc gatki szmatki o honorze możesz sobie wcisnąć w dupę. Zrobimy wszystko, żeby się stąd wydostać i ty nam w tym nie przeszkodzisz. Ale jak będziesz współpracować, to masz moje słowo, że po ciebie wrócę. A jak będę w zajebiście dobrym nastroju, to może nawet pomogę ci odnaleźć naczelnego smroda alias księcia jebanych Saiyan. Pasi? - Ti Pring przeniosła wzrok na Sharena. - Możesz go poskładać do kupy.


Nie sądził, że kapsuły zachowają się w tak dobrym stanie. Poza tym, że pokrywała je spora warstwa pyłu, zdawały się nietknięte. Nadzieja wzrosła, zwłaszcza, że Latis nie sprawiał jak na razie problemów i kooperował. Sharen z zaciekawieniem przyglądał się jego poczynaniom. Obserwował każdy jego ruch, nie tylko po to, by upewnić się, że Saiyanin czegoś nie knuje, ale także ze względu na swój wrodzony pęd do wiedzy. Nie znał się na mechanice, ale starał się wyciągnąć jak najwięcej wniosków z tego, co obserwował. I co najciekawsze, zaczynał coraz więcej rozumieć. Ale Sharen zawsze szybko się uczył.
Ti Pring siedziała na skale nieopodal i obserwowała wszystko w milczeniu. W przeciwieństwie do Sharena nie kipiała entuzjazmem. Wkrótce zresztą lekarz również spochmurniał. Zaczynał się denerwować. Miał nadzieję, że pójdzie znacznie szybciej, ale praca Latisa zdawała się nie mieć końca. A już się ściemniało. Sharen podszedł do Ti Pring i dyskretnie pokazał jej zawartość apteczki. Została mu tylko jedna porcja antyenergetyka. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Najwyraźniej myśleli dokładnie to samo.
W pewnym momencie Ti Pring wstała i podeszła do Saiyanina.
- Długo jeszcze? - warknęła.
- Może...
Chwyciła go za włosy i odgięła mu głowę tak, by spojrzał jej prosto w oczy.
- Myślisz, że nie wiem, co kombinujesz, Latis? Nie próbuj grać na zwłokę. Jak będzie trzeba, to ci nogi połamię i nigdzie się stąd nie ruszysz. Współpraca to dla ciebie jedyna szansa na wydostanie się stąd, więc lepiej się pospiesz.
Puściła go. Sharena zadziwił spokój, jaki Latis zachowywał od samego początku. Spodziewał się po nim wielu emocji, wściekłości, strachu, urazy, ale nie. On po prostu siedział i robił swoje. Zdawał się nie przejmować niczym. I ta jego beztroska najbardziej Sharena przerażała.
- Skończyłem – oznajmił w końcu Saiyanin, wywołując niemałe poruszenie.
- Świetnie. Odsuń się – rozkazała Ti Pring.
Latis wstał i stęknął. Rana wciąż musiała boleć. Ale wyglądał na dziwnie zadowolonego i Sharena to zaniepokoiło. Czuł, że chodzi o coś więcej, niż satysfakcję z wykonanej pracy.
- Tylko jedna jest sprawna – powiedział nagle Saiyanin.
- Słucham? - wycedziła Ti Pring.
- Jedna rozleci się, nim dotrze na orbitę i tylko ja wiem która – wyjaśnił Latis i zaczął rechotać, jak szaleniec.
Kobieta przywaliła mu prawym sierpowym, posyłając go na ziemię. Ale na nim nie zrobiło to wrażenia. Usiadł i rechotał dalej. To nie był gorzki śmiech. To był śmiech histerycznego triumfu, szyderstwa i czegoś jeszcze. Kompletnego obłędu.
- Myślisz, że coś tym osiągniesz?! Prędzej cię zabiję, niż pozwolę ci uciec! - wrzasnęła Ti Pring z wściekłością.
Latis śmiał się dalej. Tak przeraźliwie, że Sharena na moment sparaliżowało. A potem nagle Saiyanin zamilkł i coś się stało. Sęk w tym, że lekarz nie do końca wiedział, co. To było jak rodzaj transu, jakby wszystko nagle stanęło w miejscu, jakby czas się zatrzymał. Ti Pring... Ona coś wyczuła, ona coś wiedziała, ona... Odwróciła się, ale nie patrzyła na Sharena. Na co patrzyła?
Lekarz odwrócił się i ujrzał nad horyzontem wschodzący księżyc. A może to była planeta? Nie ważne, widok był ujmujący. Dziwne, wcześniej tego nie widział. Z drugiej strony nie znał przecież tutejszego czasu rotacji ciał niebieskich.
- Daj nóż! - Usłyszał desperacki wrzask Ti Pring.
Spojrzał na nią zmieszany. Rzeczywiście, miał nóż przy pasku, ale do czego był jej... Zaraz. Z Latisem działo się coś dziwnego. Sharen mógłby przysiąc, że jego postura uległa zmianie.
- Kurwa! - zaklęła Ti Pring i rzuciła się w stronę lekarza.
Chwyciła go pod ramię i pociągnęła go za sobą. Biegła tak szybko, że zmieszany Sharen z trudem dotrzymywał jej kroku. Miał wrażenie, że jeśli kobieta zaraz nie zwolni, to będzie wlec go za sobą. I prawie tak się stało. Mało brakowało, a złamałby sobie nogę, gdy Ti Pring wskoczyła z nim do długiej rozpadliny. Przykucnęła i zaczęła iść wzdłuż, jakby się ewidentnie przed czymś chowając, przy okazji nie puszczając Sharena.
- Co się...
- Zamknij ryja – uciszyła go.
W końcu puściła go i przysiadła, przyciśnięta plecami do skały. Sharen postąpił podobnie, tylko że on w przeciwieństwie do niej nie wiedział, co się dzieje. Ale domyślił się, że coś bardzo niedobrego. Nigdy nie widział Ti Pring tak przerażonej. Kobieta, która sama wybiła prawie całą załogę statku teraz dosłownie dygotała. Gdy Sharen usłyszał potężne kroki i poczuł drżenie skał, sam zaczął panikować.
- Co jest grane? - szepnął.
- W wielkim skrócie: Saiyanin plus księżyc równa się transformacja w wielką małpę.
- Czyli, że Latis...
- Trzeba mu odciąć ogon, żeby wrócił do normalnego stanu, albo mamy przejebane.
Kroki były coraz bliżej. Jeśli Ti Pring mówiła prawdę, a raczej tak, sądząc po strachu na jej twarzy, to prawdziwy koszmar dopiero się zaczynał. Latis musiał to wszystko przewidzieć. Cwany skurwiel. Sharen momentalnie zapomniał o całym współczuciu, którym go darzył.
- Jak chcesz to zrobić? - spytał lekarz przez zaciśnięte gardło.
- Masz nóż?
- Tak.
- Dobrze. Jedna osoba musi odwrócić jego uwagę.
Czyli nie istniało proste rozwiązanie. Sharen nigdy nie był szczególnie religijny, ale teraz właśnie odmawiał w duchu modlitwę. Nic więcej mu nie pozostało. A co gorsza, wyglądało na to, że Ti Pring czuje dokładnie to samo, co on.
- Zrobię to... - wydukał Sharen. - Spróbuję odwrócić jego uwagę.
- Musisz być bardzo szybki.
- Wiem.
Nie mógł uwierzyć, że sam się na to zgodził, ale innej opcji nie widział. Przynajmniej nikt go już nie nazwie tchórzem.
- Nie jesteś tchórzem.
Ti Pring jakby czytała mu w myślach. Nawet się uśmiechnęła. Szczerze i serdecznie. Ale widział też żal w jej oczach. Żal i współczucie. Czyżby żałowała, że go w to wszystko wciągnęła?
- Polubiłam cię – rzekła.
Powinien się ucieszyć z jej słów, ale przez nie poczuł jeszcze większy ucisk w sercu. Zabrzmiała tak, jakby mieli właśnie udać się na pewną śmierć. Nie mogło być aż tak źle, prawda? Chyba istniała jakaś szansa powodzenia?
Zabrała mu nóż i wzięła głęboki wdech.
- Mam nadzieję, że jest ostry – stwierdziła.
Nadszedł czas. Popatrzyli na siebie raz jeszcze, porozumiewawczo. Czas zatrzymał się na moment, a potem... Potem adrenalina całkowicie przejęła kontrolę nad ciałem. Sharen wyskoczył z rozpadliny i zaczął biec. Nie spojrzał na bestię. Nie chciał jej widzieć, bo wiedział, że jeśli się odwrócić, to strach go sparaliżuje i koniec nadejdzie w ułamku sekundy. Musiał biec i nie myśleć. Ale jak miał nie myśleć? Całe życie stanęło mu przed oczami. Niby banał, ale tak właśnie się stało. Nie sądził, że to w ogóle możliwe, że tak się naprawdę dzieje w obliczu śmierci, ale teraz wątpliwości zniknęły.
Miał nadzieję, że Ti Pring się pospieszy, bo zaczynało brakować mu tchu. Potknął się i wtedy poczuł, jak wielkie paluchy zaciskają się wokół jego tułowia. Chciał krzyknąć, ale z jego gardła nie dobył się nawet cichy pisk. Bestia uniosła go i wlepiła w niego swe czerwone ślepia. Sharen nawet nie czuł bólu. Nic już nie czuł, zupełnie jakby pogodził się z losem. Czy to już koniec?
Latis wydał z siebie przerażający ryk i wypuścił Sharena z dłoni. Kątem oka lekarz zauważył, że Ti Pring próbuje odciąć ogon bestii. Przy pomocy noża, nawet tak dużego, wcale nie było to proste. Rozkroiła go częściowo, pociekła krew, ale Latis zdążył ją strącić jak owada, nim skończyła. Teraz to ona stała się głównym celem bestii. Saiyanin próbował zmiażdżyć ją stopą. Na szczęście przeturlała się, nim ją trafił i zrobił wielką dziurę w podłożu. Nóż leżał na ziemi. Musiała go upuścić. Była jeszcze szansa. Sharen nie mógł pozostać bierny. Teraz albo nigdy. Chwycił nóż, doskoczył do ogona i wykonał precyzyjne cięcie. Jako lekarz znał się na amputacji, wiedział, w jaki punkt trafić. Wielkie łapsko powaliło go na ziemię. Ale Sharen nie puścił. Ogon został mu w dłoni. Latis się nie poddał, mimo odwróconej transformacji. Rzucił się na lekarza w szale. I wtedy Sharen to zrobił. Nie wiedział nawet kiedy. Po prostu odruch. Wcale nie chciał, ale się bronił. Ostrze noża przecięło gardło Saiyanina, a ten upadł, dygocząc, charcząc i dławiąc się własną krwią. Nie trwało to długo, ale dla Sharena minęło pół wieczności. Wstał i ujrzał swoje dzieło. Wszelki ruch ustał i wpatrywał się teraz w parę pustych oczu. Zabił. Odebrał mu życie. To nie był sen.
Sharen znowu przysiadł, jakby ciężar tego wszystkiego, co się przed chwilą wydarzyło, był zbyt wielki, by dźwigać go na stojąco. Poczuł dotyk dłoni na swym ramieniu. Ti Pring.
- Zabiłem... - wyszeptał.
- Na początku to zawsze przeraża – rzekła ze spokojem kobieta.
- Będę teraz z tym żyć...
- Owszem. Ale dasz radę. Nie zrobiłeś nic złego.
Właściwie miała rację, więc czemu czuł się tak nieswojo? Zawsze ratował życie, a nie odbierał. Ale czy rzeczywiście powinien żałować? Teraz nie było sensu tego roztrząsać. Mieli dużo ważniejsze rzeczy na głowie.
- Kapsuła... Powiedział, że tylko jedna jest sprawna – uświadomił sobie.
- Poczekajmy do rana. Wtedy się tym zajmiemy.
I tak też zrobili.


- Jestem lekarzem, nie mechanikiem, ale trochę się przyglądałem. Nie wiem. Spróbuję. Może coś uda mi się wykombinować. W sumie to trochę jak organizm.
Lepszego pomysłu Sharen nie miał. Liczył na to, że uda mu się znaleźć jakąś nieprawidłowość w konstrukcji. Zdał się na logikę. Przynajmniej widział, jak Latis przy tym majstrował, więc chociaż wiedział, jak to rozkręcić i z powrotem zebrać do kupy. Robił, co mógł. Nie znał się na tym dobrze, ale przynajmniej zdążył skojarzyć to i owo. W międzyczasie Ti Pring pochowała ciało. Dobrze. Nie chciał zostawiać trupa, jak zwierzę. I tak już wystarczająco przeżywał fakt, że odebrał komuś życie. Wiedział, że nie miał wyjścia, ale nie potrafił wygrać z własną naturą. Taki już był.
- I co? - spytała Ti Pring, zaczynając się niecierpliwić.
- Sam nie wiem... Wszystko wygląda tak samo. Sprawdzałem wiele razy. Niczym się od siebie nie różnią – westchnął Sharen.
Był bliski poddania się. Ti Pring usiadła przy nim po turecku i zamyśliła się. Cisza trwała dość długo. Kobieta musiała dumać intensywnie, pytanie nad czym. Sharen wolał jej nie przeszkadzać. I tak niewiele mógł zrobić.
- To był blef – oznajmiła nagle Ti Pring.
- Że jak?
- Latis blefował. Obie są sprawne.
- Skąd to możesz wiedzieć?
- Mam przeczucie.
Sharen przewrócił oczami.
- Chcesz ryzykować życie, bo masz przeczucie? - rzekł z dezaprobatą.
- Latis wiedział, że w ten sposób nas powstrzyma przed opuszczeniem planety. Był cwany.
- Ale to jeszcze nie dowód.
- Dla mnie wystarczający.
Ti Pring wstała. Ona naprawdę zamierzała to zrobić.
- Poczekaj! Może jest sposób...
- Zaufaj mi, Sharen. Ja zaufałam tobie.
Ten wzrok. To nie był wzrok potwora. To był wzrok przyjaciela. Sharen miał wrażenie, że chyba oszalał. Czemu się już nie bał? Czemu był gotów jej posłuchać?
Objaśniła mu działanie maszyny. Wciąż nie mógł uwierzyć, że zgodził się postawić wszystko na jedną kartę. Czy to był właśnie ten instynkt, o którym kiedyś mówiła Ti Pring?
- Jest tu wewnętrzny system komunikacji, więc będziemy mieli ze sobą łączność, póki się nie rozdzielimy – wytłumaczyła.
Tak, zamierzali to zrobić bez dwóch zdań. Bez strachu, bez wahania, bez zbędnych pytań. Po prostu uciec. I tak też się stało. Wydostali się. Nareszcie. W końcu opuścili to przeklęte miejsce. Sharen poczuł się wspaniale. Wolny, jak nigdy dotąd. I bez żalu. Tak, niczego już nie żałował.
- Wciąż tam jesteś? - spytała Ti Pring, gdy opuścili pole grawitacyjne planety.
- Cały i zdrowy – odparł lekarz beztrosko.
Poczuł się tak błogo.
- Zaraz pójdę w hibernację, więc chyba pora się pożegnać – rzekła kobieta.
- Co dalej? Gdzie się udasz?
- Do domu.
- Na Vulcana? - zdziwił się Sharen.
Niemożliwe. Od razu by ją tam pojmali.
- Nie, do drugiego domu. Tego, co nigdy nie wiedziałam.
- Powodzenia.
- Wzajemnie.
Rozłączyli się. Przygoda dobiegła końca. Tak, przygoda. Choć momentami koszmarna, Sharen nie miał już żadnych wątpliwości: stał się tym, kim zawsze chciał być.
Obrazek

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1180
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Potwór

Postautor: Miryoku » 06 mar 2016, 22:42

Żałuję, że nie przeczytałam tego wcześniej, bo to chyba jeden z Twoich lepszych tekstów. I trochę szkoda, że fanfik, bo jakby ciut to wszystko przerobić, to mogłoby być tekstem autorskim. A faktycznie mało fika w fiku, i dobrze, bo wiesz, że nie znam fandomów i nie mam ochoty poznawać.

Naprawdę dobrze mi się to czytało. Sceny akcji porywały i śledziłam je z napięciem. Fabularnie nie mam się do czego przyczepić. Bohaterowie też mi się podobali. Ti Pring faktycznie jest ciekawą postacią i polubiłam ją, choć momentami męczyło mnie trochę jej przeklinanie, jak widziałam za dużo wulgaryzmów koło siebie. Poza tym podoba mi się jej imię.

Drobne błędy typu przecinek albo źle zbudowane zdanie, ale nie chciało mi się ich wypisywać, bo wybijałabym się za bardzo z czytania.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Potwór

Postautor: Vampircia » 06 mar 2016, 22:45

A nawet kiedyś chciałam to przerobić na opowiadanie, ale jakoś wtedy nie miałam koncepcji jak to umiejętnie zrobić. Ti Pring to nie jest imię wymyślone przeze mnie, tylko vulcańskie imię ze Star Treka. Baaardzo się cieszę, że ci się spodobało. Naprawdę, bardzo.
Obrazek

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1180
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Potwór

Postautor: Miryoku » 06 mar 2016, 22:48

To się cieszę :) Bo ten fik naprawdę jest super :) I przepraszam, że komentarz mało szczegółowy, jak byś coś chciała konkretnie wiedzieć, to pytaj.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Potwór

Postautor: Vampircia » 06 mar 2016, 22:51

Najbardziej mnie ciekawiło, czy spasuje ci postać Ti Pring, więc myślę, że komentarz jest bardzo satysfakcjonujący:) W sumie możesz jeszcze mi powiedzieć, jak ci się podoba koncepcja survivalu na obcej planecie, bo ja uwielbiam takie klimaty, a wiem, że ty za s-f nie przepadasz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1180
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Potwór

Postautor: Miryoku » 06 mar 2016, 22:52

Koncepcja fajna i nawet jak dla mnie trochę mało rozbudowana. Tzn nie czułam niedosytu czy coś, ale chętnie bym ich potrzymała jeszcze na tej planecie i popatrzyła, jak sobie radzą.
Hyuu~!


Wróć do „Dragon Ball/Z/GT/Super”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość