18+ [DBZ / Star Trek] Co komu przeznaczone

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

18+ [DBZ / Star Trek] Co komu przeznaczone

Postautor: Vampircia » 05 sty 2014, 22:46

Można powiedzieć, że jest to sequel do "Potwora", który jest sequelem do "Desperacji". Ewentualnie rimejk dawnego sequela do "Historii Ti Pring". W każdym razie warto najpierw obczaić ten temat viewtopic.php?t=821

tytuł: Co komu przeznaczone
fandom: Dragon Ball Z / Star Trek
opis: Rok po pokonaniu Buu Ziemia zdaje się spokojnym miejscem. Ale to nie znaczy, że dla każdego bezpiecznym. OC.
kategoria: 18+
ostrzeżenia: lekka erotyka, przemoc, wulgaryzmy, marysuizm
status: nieskończone


Akt I

Rozdział I

Posadzili ją w małym pustym pokoju. Bez okien, bez klamek. Przed nią tylko prosty, metalowy stół i siedzący za nim mężczyzna. Romulanin. Jakoś nie widziała ich w tej roli. Zawsze uważała ich za mało przyjazną rasę. Nie nadawali się do wymierzania sprawiedliwości. Z drugiej strony, czy rzeczywiście chodziło o sprawiedliwość? Może bardziej o zemstę? Rządy się zmieniały, jedni sądzili drugich, drudzy myśleli, że są lepsi od tych pierwszych, i tak dalej. Ale w gruncie rzeczy niewiele się zmieniało.
- No, pani doktor, można powiedzieć, że wpadła pani jak śliwka w kompot – stwierdził mężczyzna, opierając brodę na złożonych dłoniach.
- Niczym nie zawiniłam – syknęła Anola.
Była wściekła. Odebrano jej rodzinę, wszystko.
- Rząd Planet Zjednoczonych widzi to trochę inaczej – rzekł oschle Romulanin.
- Nigdy nie odebrałam nikomu życia.
- Ale pracowała pani dla Friezy. Pomagała pani tym, którzy je odbierali.
- W moim zawodzie pomaga się każdemu.
- Owszem, a w szczególności sobie.
Nie miała siły się z nim kłócić. Dosyć. Chciała, żeby to się wreszcie skończyło.
- Proszę... Mam rodzinę... - wydukała zrozpaczona.
- Cóż, nie sądzę, by ten argument mógł tu cokolwiek pomóc, ale to nie znaczy, że wszystko stracone. Ma pani jeszcze szansę się zrehabilitować.
Anola spojrzała na mężczyznę ze zdumieniem i nadzieją w oczach. Chyba nie kłamał. Tak jej się przynajmniej zdawało. Jeśli mogła coś zrobić, cokolwiek, żeby się wybronić, była naprawdę gotowa poświęcić wszystko.
Romulanin podsunął jej zdjęcie. Wzięła je do ręki. Jej oczy rozszerzyły się. Znała tę osobę.
- Podporucznik Ti Pring, skazana za zbrodnie przeciwko wszechświatowości daty gwiezdnej 766.05 – powiedział mężczyzna. - Mieliśmy ją w garści, ale udało jej się zbiec.
- Co za niespodzianka – rzuciła Anola z sarkazmem.
- O ile się nie mylę, znałyście się dość dobrze.
- I co w związku z tym?
- Myślę, że może nam pani pomóc w jej pojmaniu.
Anola zmarszczyła brwi. A więc to tak? Zamierzali się nią posłużyć.
- Rozczaruję pana. Nie widziałam jej od trzynastu lat. Nie mam pojęcia, gdzie przebywa.
- Ale my mamy pewne przypuszczenia – odparł mężczyzna z uśmiechem satysfakcji.
- Więc co niby mam zrobić?
- Sprowadzić ją tu.
Kobieta się zaśmiała.
- Ja? - spytała z pełnym politowania rozbawieniem.
- Zgadza się.
- Co, mam ją ładnie poprosić?
- Jeśli to pani uzna za najlepszą metodę, to proszę bardzo.
- Śmiechu warte.
- Wręcz przeciwnie. Sprawa jest całkiem poważna. Na szali stawia pani własne życie. Sprowadzi ją pani, to wyrok zostanie cofnięty. Jeśli nie... Cóż, będziemy musieli wprowadzić w życie plan B.
- A mogę wiedzieć cóż to jest ten plan B?
- Zapewniam, że coś, czego wolałaby pani uniknąć.
Po minie mężczyzny widać było, że to nie są żarty.


Joe Masters był prostym człowiekiem, ale miał wielkie serce. I w sumie co z tego? W Dzikiej Iguanie nikogo nie obchodziły jego przymioty. Pracował tu, bo kredyty same się nie spłacą. Liczył na to, że w stolicy łatwiej znajdzie dobrą robotę, ale niestety na razie musiał się zadowolić tym, co miał. Nie płacili źle, jednak praca na czarno nie dawała stabilizacji, której szukał, a towarzystwo było tu mało sympatyczne. Każdego dnia to samo. Nalewał, podawał, wycierał, nalewał, podawał, wycierał i tak w kółko. Gdyby chociaż trafił mu się bardziej przyjazny lokal, pewnie by tak nie narzekał, ale w tym przybytku mało co działało legalnie, a wpakować się w kłopoty było nietrudno. Właściwie działo się tu wszystko, od czego porządny człowiek wolał stronić. Podejrzane używki, kurwy za pięćdziesiąt zeli, nielegalne walki, zakłady i Bóg wie, co jeszcze. Ale Joe jakoś sobie radził. Zawsze sobie radził. Robił swoje, przy okazji szukając bardziej godziwego źródła zarobku.
Chuchnął do kufla, przetarł go szmatką i odstawił na swoje miejsce. Ruch o tej porze, jak zwykle był spory, ale on miał już doświadczenie i sprawnie obsługiwał klientów. Wielu z nich kojarzył, takich twarzy się nie zapominało. Stali bywalcy nie przypominali miłych gości i z reguły w ich przypadku pozory nie myliły. A o nowych mógł w zasadzie powiedzieć to samo. Czasem zdarzył się jakiś wyjątek, ale rzadko kiedy Joe widział te osoby po raz drugi. I nagle zjawiła się ona. Usiadła przy barze, wyjęła zza podkoszulka plik pomiętych banknotów i zaczęła je liczyć. Joe nie raz miał okazję oglądać prostytutki oddające się temu samemu rytuałowi, ale ona do nich nie należała. Od razu to zauważył. Wyglądała skromnie, bez biżuterii, czy makijażu. Jej jasne krótkie włosy zasłaniały uszy i czoło, dodając specyficznego uroku. Ubrana była prosto, w kurtkę koloru moro i czarne dopasowane spodnie. Ale największą uwagę przykuwały jej oczy, błękitne i zadziwiająco dojrzałe, choć kobieta wyglądała młodo. Zupełnie jakby nie pasowały do całej reszty.
- Danie firmowe i najlepszego łyskacza – oznajmiła, wręczając barmanowi banknot. - Nie wydawaj reszty.
Joe przyjął gotówkę i krzyknął na kucharza w poplamionym fartuchu. Następnie sięgnął po butelkę.
- Dużą, małą? - spytał.
- Całą – odparła kobieta i podała mu jeszcze jeden banknot.
Wzięła butelkę, wyjęła korek zębami i nalała sobie konkretnie. Joe chętnie by jej potowarzyszył, ale musiał obsłużyć pozostałych klientów. Uwijał się więc jak pszczoła, robiąc to co zawsze, nalewając, podając, wycierając. Kątem oka zauważył, że do sali wtoczył się Henio Parszywiec. Joe zaklął w myślach. Paskudny typ, chyba najgorszy z nich wszystkich. Barman miał nadzieję, że nie spije się i nie urządzi sceny. Zwłaszcza, że nie wyglądał na zadowolonego, a jego nos najwyraźniej ktoś rozkwasił. Ciekawa odmiana. Z reguły to on wygrywał nielegalne walki i zgarniał całą pulę. Widocznie miał zły dzień. Wydawało się, że jego niedomyte czerwone włosy zaraz naprawdę zapłoną. Podszedł do baru, on i jego karczycho jak opona beemki. I jego potargany dres.
- Żądam rewanżu! - wrzasnął, ewidentnie kierując swe słowa do kobiety, która spokojnie sączyła swoją whisky.
Joe obserwował całą sytuację w ciszy i spokoju, jak gdyby nigdy nic wykonując swoją pracę. Nie raz był świadkiem takich scen. Choć musiał przyznać, że ta trochę różniła się od poprzednich. Kobieta nawet nie zareagowała, tylko dalej delektowała się trunkiem.
- Rozszarpię cię na strzępy, suko! - krzyknął Henio, najwyraźniej niezadowolony z braku reakcji i trzasnął dłonią w blat.
Jakiś mężczyzna siedzący przy barze jadł kotleta. W ułamku sekundy kobieta wyrwała mu nóż i wpakowała w sam środek dłoni Henia, przybijając ją do blatu. Mimo nieludzkiego wycia z bólu agresor był tak nabuzowany, że wyrwał ostrze i nie odpuścił, a z jego paskudnej mordy popłynęła fala wyzwisk. Kobieta ze spokojem stanęła twarzą do niego, wyjęła z kieszeni kurtki papierosa i zapaliła. Wzięła jeden głęboki wdech, wypuściła dym nosem i wbiła w mężczyznę swoje spojrzenie. I tyle. Nie zrobiła nic więcej. Po prostu tam stała i śrubowała go wzrokiem, jakby czekając na jego kolejny krok. Z tej perspektywy Joe nie umiał dokładnie stwierdzić, co takiego było w jej oczach, że podziałało, ale Henio nagle dał za wygraną i odszedł. Kobieta zaś ze spokojem usiadła z powrotem.
Mogłoby się wydawać, że Joe powinien się zdumieć, zszokować, nie dowierzać, ale nie. Troszkę się zdziwił, ale generalnie całe zajście nie zrobiło na nim jakieś ogromnego wrażenia. Widział tu już praktycznie wszystko. Jednak nie krył zadowolenia i zaśmiał się pod nosem.
- Brawo, należało mu się – powiedział i wystawił dłoń, by kobieta przybiła piątkę.
Zrobiła to. Joe obsłużył kilku kolejnych klientów, po czym podał jej danie firmowe, składające się z frytek i czegoś trudnego do zidentyfikowania.
- Jesteś stąd? - spytał.
- Nie, przyjechałam dzisiaj – odparła kobieta i dolała sobie whisky.
- Na długo?
Wzruszyła tylko ramionami.
- Joe jestem – przedstawił się i podał jej dłoń.
- Ti Pring.
Oderwał się od niej na chwilę, by dalej obsługiwać, ale wkrótce znowu skupił na niej swoją uwagę.
- Musiałaś dać mu niezły wycisk. Szkoda, że tego nie widziałem – rzucił.
Kobieta nie odpowiedziała, tylko schrupała frytkę.
Joe czuł, że nie może przepuścić takiej okazji. Nigdy nie był dobry w te klocki, ale postanowił zaryzykować.
- Słuchaj... Dziś mam tu niezły zapierdziel, ale jutro mam wolny wieczór, więc, gdybyś chciała pogadać na spokojnie...
Nie był pewien, czy nie robi tego za szybko. Dopiero co się poznali. Ti Pring lustrowała go spojrzeniem, przeżuwając jedną frytkę, za drugą, jakby powoli przygotowując się do werdyktu.
- Okej – rzuciła i zapiła jedzenie whisky.
Joe uśmiechnął się szeroko.


O rany, nie sądził, że będzie aż tak dobrze. Liczył na miłą rozmowę, ale to przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Jak wspaniale, naprawdę, dawno nie czuł się tak wspaniale. Wszelkie troski i frustracje nagle przestały istnieć, a on posmakował kawałka nieba. I wszystko wydarzyło się tak szybko i tak nagle, że z trudem w to wierzył. Ekstaza, euforia i tysiąc różnych doznań razem w jednej sekundzie wypełniło jego świat. A Ti Pring tak uroczo i cudownie przygryzała poduszkę.
Joe padł wyczerpany na plecy i wzięła głęboki wdech. Co za kobieta, wyssała z niego chyba całą energię, ale warto było. Teraz wszystko zdawało się piękne. Mógł tak leżeć i nigdy nie wstawać. Och, gdyby tylko tak się dało. Ten cudownie błogi stan został przerwany dźwiękiem telefonu komórkowego.
- Kurwa – rzuciła Ti Pring.
Zwlekła się z łóżka i odebrała, a Joe leżał dalej, delektując się miłym mrowieniem w kończynach, które jeszcze nie ustało.
- Jest druga w nocy – mruknęła kobieta do telefonu. - Tak, w Zachodniej Metropolii. Inna strefa czasowa. Nie wiem. Nie wybieram się tam w najbliższym czasie. Do widzenia.
Zakończyła rozmowę w nie najlepszym humorze.
- Niech zgadnę, rodzina – skomentował Joe.
- Zawsze wie, kiedy wybrać najlepszy moment.
Ti Pring ubrała się iwyżłopała pół butelki wody.
- To co? Wiesz już do kiedy zostajesz? - spytał mężczyzna.
- Nie.
Miał nadzieję, że może uda mu się ją usidlić i przekonać, by nie wyjeżdżała, ale takie nagłe schadzki pewnie rzadko kończyły się czymś poważnym.
- Jest chociaż jakaś szansa, że dostanę twój numer? - spytał.
- Jak chcesz, to ci go podam.
Oczywiście, że chciał.


Tego dnia Joe założył swoją najporządniejszą koszulę i garnitur. Musiał zrobić jak najlepsze wrażenie. To była jego życiowa szansa. Większość rozmów nie kończyło się sukcesem, ale kiedyś wreszcie musiało się udać. Może właśnie teraz miało to nastąpić? O tak, niech to będzie teraz. Niechże wreszcie wszystko zacznie układać się po jego myśli.
- Widzę, że kwalifikacje są. Chociaż miał pan długą przerwę – skomentowała szefowa, przeglądając jego CV.
- Zapewniam, że nie wyszedłem z wprawy. To jak jazda na rowerze. Nie zapomina się – odparł z uśmiechem Joe.
- Przepraszam, że zadam osobiste pytanie, ale to dość istotne. Jest pan żonaty?
- Nie.
- Rozumiem. Czyli z dyspozycyjnością nie ma problemów?
- Żadnych. Jestem przyzwyczajony do elastycznych godzin pracy.
- To dobrze. Wymagam sumienności i poświęcenia. Ale oczywiście doskonale rozumiem potrzebę odpoczynku, więc zakładam, że jakoś dogadamy się w kwestii dni wolnych.
- Nie jestem kapryśny. Mam dużo młodszego rodzeństwa, więc przywykłem do ciężkiej pracy i wiem co to odpowiedzialność. Nie zawiodę pani.
Kobieta uśmiechnęła się i podała mu dłoń na znak porozumienia.
- W takim razie witam w rodzinie Briefsów.
I wtedy Joe zrozumiał, że szczęście wreszcie zaczęło się do niego uśmiechać.


Ti Pring siedziała za barem i liczyła kolejną wygraną. To były łatwe pieniądze, ale wiedziała, że nie może robić tego w nieskończoność. Przynajmniej nie tutaj. Wolała nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. W końcu przybyła tu po to, by słuch wreszcie o niej zaginął. I na razie się udawało. Przez ostatnie kilka lat w końcu mogła zaznać trochę spokoju, chociaż... No właśnie, czym w ogóle był spokój? Niby nikt jej już nie ścigał, a jednak miała niekiedy wrażenie, że przez cały czas przed czymś ucieka. Tak, jakby to już weszło w jej krew i stało się integralną częścią jej jestestwa. I nienawidziła tego.
Zadzwonił telefon, odebrała i usłyszała głos Joe. No tak, zapomniała, że dała mu swój numer. Ale nie żałowała tego. Facet był na swój sposób uroczy. I nawet przystojny. Ciemnofioletowe włosy często układał w irokeza przez co wyglądał dość ekstrawagancko i nawet jej się to podobało. Choć trzeba przyznać, że ubierał się przeciętnie i skromnie. Był już chyba po trzydziestce, ale zachował dość chłopięce rysy twarzy. Może dlatego, że często uśmiechał się pogodnie. Prosty człowiek, trochę naiwny, ale w gruncie rzeczy Ti Pring zazdrościła mu z jaką lekkością szedł przez życie, nawet jeśli coś mu się nie udawało. Pewnie dlatego dała mu szansę. Miała nadzieję, że choć trochę zarazi ją swym optymizmem.
- Masz czas? Kupiłem szampana – oznajmił z wyraźnym zadowoleniem.
- Będę za pół godziny – odparła.
I tak nie miała nic innego do roboty. On przynajmniej odwracał jej uwagę od przeróżnych rzeczy, o których wolała zapomnieć.
Tryskał energią, kiedy się z nim spotkała. I szampan. Rzeczywiście go kupił. Ciekawe czemu.
- Jaka to okazja? - spytała Ti Pring.
- Mam pracę. Legalną – rzekł z dumą Joe i strzelił korkiem.
- Gdzie?
- Jak ci powiem, to nie uwierzysz.
- Postaram się.
- Nie będę już podawał piwa mętom, tylko drinki szefowej Capsule Corporation.
- Znaczy się... zostałeś służącym? - Ti Pring jakoś nie podzielała jego entuzjazmu.
- Pomocą domową – sprostował Joe i nieco spochmurniał. - To dobra praca.
Pewnie liczył na to, że Ti Pring wpadnie w zachwyt i mu pogratuluje. Zrobiło jej się trochę wstyd, że nie zareagowała bardziej po ludzku. Zapomniała, że on miał w życiu inne priorytety niż ona.
- Przepraszam... Oczywiście, że to dobra praca. Jeśli ci odpowiada. - Zdobyła się na uśmiech.
Tak, zazdrościła mu. Zazdrościła mu tego prostego życia i tej niesamowitej radości. Zastanawiała się, jak to jest. Być zwykłym szaraczkiem ze zwykłymi problemami i zwykłymi marzeniami.
- Ciebie chyba coś gryzie – wypalił niespodziewanie Joe.
- Hmm?
- Nie jesteś szczęśliwa, co? Jakoś od samego początku rzuciło mi się to w oczy i nie mogę przestać o tym myśleć.
Nie sądziła, że aż tak bardzo było to po niej widać. Albo po prostu on miał nosa do ludzi. Tylko co niby miała mu odpowiedzieć?
- Cóż... zrobiłam w życiu parę rzeczy, z których nie jestem dumna – westchnęła i opróżniła kieliszek.
- Ja też. Wszyscy tak mają.
Gdyby tylko mogła mu powiedzieć... Nie wiedziała czy śmiać się, czy płakać. Och, tak cudownie żyło się w niewiedzy.
- W moim przypadku te rzeczy są ciut większe – wytłumaczyła, zachodząc w głowę, jak mu wytłumaczyć, co czuje.
- To znaczy?
Dlaczego musiał drążyć temat? Co za uparciuch. Przecież nie mogła powiedzieć mu prawdy. Nawet by jej nie uwierzył.
- Powiedzmy, że... złe doświadczenia z poprzedniej pracy – odparła i naprawdę miała nadzieję, że to już mu wystarczy.
- Z jakiej pracy?
Chciała obrzucić go wyzwiskami, ale się powstrzymała. W sumie nie mogła go winić za to, że chciał ją lepiej poznać.
- Wojsko – rzuciła i wtedy chyba wreszcie coś do niego dotarło.
- Serio byłaś w wojsku? No tak, to by wiele tłumaczyło. Rzeczywiście, to musi być ciężki kawałek chleba. Przepraszam... byłem strasznie natrętny. Jak nie chcesz o tym gadać, to spoko.
Ti Pring odetchnęła z ulgą. Niektóre sprawy naprawdę chciała zostawić za sobą i już nigdy do nich nie wracać. Dobrze, że Joe okazał się wyrozumiały. Zaczynała go coraz bardziej lubić.


Ziemia – taka mała planeta, a tak duża jednocześnie. Od czego miała zacząć? To było, jak szukanie igły w stogu siana i te wszystkie wszczepy i ulepszenia tego nie zmieniały. Ale rządu Planet Zjednoczonych nie interesowało, jak tego dokona, musiała ją po prostu przyprowadzić. I doskonale wiedzieli, że zrobi wszystko, by wykonać zadanie. Łajdacy. Miała zbyt wiele do stracenia, by dać za wygraną. Więc zasymilowała język i wszystko się zaczęło. Gdzieś w głębi serca, jakaś jej cząstka pragnęła, by Ti Pring tu nie było, by nigdy jej nie odnaleźć. Ale wtedy przypominała sobie, co stoi na szali, i od razu wszystkie opory znikały. Nie miała wyjścia, nie istniało dobre rozwiązanie, nie ważne, co by zrobiła, ktoś musiał ucierpieć, ktoś musiał zapłacić. Jeśli istniał jakiś zwycięzca, był nim jedynie rząd Planet Zjednoczonych. I niestety, niestety, nie ważne, jak tego nienawidziła, tak miało już pozostać.


Życie w stolicy zaczynało coraz bardziej przypominać coś zbliżonego do tego, co Ti Pring nazywała normalną egzystencją. Nie darzyła Joe jakimś szczególnie płomiennym uczuciem, a w łóżku spisywał się dość przeciętnie, ale dzięki niemu przynajmniej czuła się prawie jak człowiek. Na razie postanowiła nigdzie nie wyjeżdżać i obserwować rozwój spraw. Kiedyś wymazała sobie pamięć i upozorowała własną śmierć, żeby zasmakować prostego życia z prostymi troskami. Może nadszedł właśnie czas na drugie podejście? Choć bez tak drastycznych działań, jak poprzednio.
- Pyszne – skomentowała zupę, którą ugotował Joe i wcale nie udawała. - Jesteś świetnym kucharzem.
- Hehe, dzięki. Pochodzę z wielodzietnej rodziny, więc zawsze musiałem pomagać w domu.
- W twojej pracy te umiejętności pewnie się przydają.
- No właśnie, dlatego takiej szukałem. Trzeba robić to, w czym jest się dobrym, a nie stawiać sobie jakieś wygórowane marzenia, które nigdy się nie spełnią.
Jakże ona mu zazdrościła podejścia do życia. I do tego ta zupa. Zajadała ją ze smakiem.
- Podoba ci się w tej nowej pracy? - spytała.
- O tak, jestem bardzo zadowolony. Trochę ekscentryczna rodzina, ale okej.
Zadziwiające jak niewiele potrzeba było mu do szczęścia. Już wcześniej sprawiał wrażenie pogodnego, ale teraz dosłownie tryskał energią.
- Aaa i poznałem kogoś – oznajmił z nagłym błyskiem w oku.
- Poznałeś kogoś?
- To znaczy... to nie miało tak zabrzmieć – zaśmiał się Joe. - Chodziło mi o to, że skumplowałem się z kimś.
- Z kim?
- Przyjaciel pani Briefs. Super koleś. Pokochałabyś go. Facet do rany przyłóż.
Ti Pring popatrzyła na Joe z zaskoczeniem.
- Zaprzyjaźniłeś się z kolegą swojej szefowej?
- No i co w tym dziwnego? To prosty człowiek, a nie jakiś lord.
- No cóż, to chyba ostatnio masz dobrą passę.
- Dzięki tobie.
Tym razem Ti Pring zdziwiła się jeszcze bardziej. Zastygła z łyżką w połowie uniesioną i wbiła w Joe swoje spojrzenie.
- Odkąd cię poznałem, wszystko zaczęło mi się układać. To znaczy, że przynosisz szczęście – wytłumaczył.
Kobiecie chciało się śmiać. To, co powiedział Joe, zabrzmiało tak niedorzecznie, że aż zabawnie.
- Ja przynoszę szczęście – wydukała z politowaniem.
- Nie wiem jak innym, ale mnie przynosisz. Nie wiem, co się wydarzyło, że masz takie podłe mniemanie o sobie. Nie będę w to wnikać, jeśli nie chcesz. Ale trochę optymizmu, babo.
Babo... Prawie jak za starych, niekoniecznie dobrych czasów.
- Jest super. Mam nową towarzyszkę, nową pracę i nowego kumpla. A... właśnie. Goku powiedział, że jak chcemy, możemy do niego wpaść – wyjaśnił Joe.
- My?
- Uh... - Mężczyzna zaczerwienił się. - No... Musiałem gdzieś tam wspomnieć, że mam dziewczynę.
Popatrzył na nią wzrokiem zbitego szczeniaczka. Zupełnie niepotrzebnie. Nie była na niego zła.
Ostatnio zmieniony 21 sty 2014, 20:32 przez Vampircia, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 12 sty 2014, 22:44

Rozdział II

Zgodziła się na ten wyjazd, bo właściwie czemu miałaby się nie zgodzić? Chciała zwykłego, prostego życia, to je dostała. Dobrą partię już znalazła, doszedł do tego miły wypad za miasto... Dokładnie to, czego pragnęłaby każda dziewczyna. Co prawda Ti Pring nie była „każdą dziewczyną”, ale mogła przynajmniej spróbować.
Na pewien sposób się rozluźniła, wszakże zieleń uspokajała. Ziemia bez wątpienia była piękną planetą i teraz Ti Pring zaczynała doceniać jej uroki. Aż dziw, że nie odwiedziła jej wcześniej, nim jej życie stałą się drogą przez mękę. Wszystko tu rozkwitało, rosło i tętniło życiem. Chyba już rozumiała, czemu ludzie z miasta kochali wypady na wieś. Tutaj mogli odpocząć, zapomnieć, oderwać się od doczesności. Takie miejsce pozwalało się wyciszyć i nawet Ti Pring poczuła się tu lepiej. Przynajmniej na chwilę.
Chyba już rozumiała, czemu Joe tak łatwo zaprzyjaźnił się z Goku. Był równie prostolinijny, naiwny i beztroski, co on. Szkoda tylko, że ona tak nie potrafiła. Pasowała tu, jak pięść do nosa. Rodzinna sielanka zdawała się dla niej czymś tak obcym, że aż trudnym do uwierzenia. Ale jednak istniała, skoro właśnie miała to przed oczami.
- Gohan, skarbie, czemu nie zaprosiłeś swojej dziewczyny? - spytała matka starszego syna, kończąc nakrywać do stołu.
- Zaprosiłem. Mówiłem, że nie da rady – wytłumaczył się chłopak.
- Nasz Gohan znalazł sobie bardzo dobrą partię do żeniaczki – pochwaliła się kobieta.
- Ale ja się nie żenię, mamo. Mam dopiero osiemnaście lat – zaprotestował syn i zrobił się czerwony ze wstydu.
- Ja w twoim wieku już byłam zamężna.
- Długo jeszcze z tym jedzeniem, bo jestem głodny? - wtrącił się ojciec i w subtelny sposób spacyfikował pozostałych.
Kiedy obiad przywędrował na stół, Ti Pring się zdziwiła. Nie spodziewała się aż tyle dla tak niewielkiego grona. Doszła do wniosku, że pewnie pani domu chciała się popisać przed gośćmi, ale najwyraźniej nie chodziło tylko o to. Wszystko nabrało sensu, gdy ojciec z synami zabrali się do konsumpcji. Wielu mężczyzn szczyciło się dużym apetytem i jadło tak, że im się uszy trzęsły, ale ci stanowili kompletnie odrębną ligę. Dało się to jedynie porównać do czarnej dziury wsysającej wszystko w pobliżu. I do głodnych Saiyan. Właśnie. Saiyanie. Ti Pring miała nadzieję, że ten obraz już nigdy więcej nie stanie jej przed oczami, ale spadł na nią jak grom z jasnego nieba. Trójka Saiyan w kantynie, ten widok... Tyle razy miała go przed sobą i poza nimi nigdy nie spotkała nikogo, kto również by tak potrafił. Ale oni... Podobieństwo było przerażające. Gdyby tylko dodać im ogony... Nawet wyglądali trochę podobnie. Co za niedorzeczność. Że też przeszło jej przez myśl coś takiego. Skąd mieliby się tu wziąć Saiyanie? Niby Raditz coś kiedyś wspominał, że ma brata, choć nie pamiętał nazwy planety, na którą go wysłano. Nie. Bez sensu, że teraz sobie to nagle przypomniała. To nie miało związku. Takie zbiegi okoliczności nie istnieją. Aż chciało jej się śmiać na myśl, że na moment uwierzyła w tak kuriozalne wytłumaczenie. Najprostsze rozwiązanie zawsze są prawdziwe, zgadza się? Prawie zawsze. Ludzie też miewali wielkie apetyty. Może nie aż takie. A może jednak? Czemu w ogóle miała jakiekolwiek wątpliwości? Oczywiście, że nie mogli być Saiyanami. Chyba cierpiała na jakąś manię prześladowczą, skoro wszędzie ich widziała. Ale przecież nie zaszkodziło się upewnić. Ti Pring wyjęła z kieszeni kurtki papierosa. Nie chciało jej się palić, ale potrzebowała jakiegoś pretekstu.
- Choć – skinęła na Joe.
Sądząc po nie za bardzo chciało mu się wychodzić, ale to zrobił. Była ładna pogoda, więc nie zaszkodziło się przewietrzyć.
- Co wiesz o tym swoim kumplu? - spytała Ti Pring.
- Ale w jakim sensie?
- No w ogóle. Co o nim wiesz?
- Hmm... W sumie to na razie niezbyt dużo.
- No to o czym wy, do chuja, rozmawiacie? O schabowym z kapustą?
- Też.
Mogła sobie darować sarkazm.
- Słuchaj... znamy się od niedawna, poza tym... No wiesz, jak jest z facetami. Nie gadamy tyle, co wy – wytłumaczył Joe.
- Ile ma lat?
- Ja wiem? Pewnie koło czterdziestki.
- Nie wygląda.
Właściwie ona również nie wyglądała, ale starzała się wolniej niż ludzie. To co innego. A on był przecież tylko człowiekiem. Chyba. Z drugiej strony Joe również dałaby mniej, więc żaden dowód. Jak miał na imię ten brat Raditza? Kakarotto? Dziwne, że jeszcze pamiętała. Dzisiaj miałby trzydzieści osiem lat. Czyli wiek się zgadzał. Ale zgodność ze zdrowym rozsądkiem już nie. Po co w ogóle o tym myślała? Niedorzeczny pomysł. Naprawdę miała manię prześladowczą.
- O co w ogóle ci chodzi? - spytał nagle Joe.
- A... nie ważne. Wracajmy.
Weszli z powrotem do środka, ale długo tam nie zabawili. Szkoda było marnować tak ładny dzień na siedzenie w domu. Goku wpadł na pomysł, że pójdzie z synami na przechadzkę po lesie i przy okazji pokaże gościom okolicę. Brzmiało zachęcająco. Ti Pring na moment przestała snuć swoje dziwaczne teorie. Żaden Saiyanin nie traktowałby ludzi z taką serdecznością. Chyba mogła się nieco uspokoić.
Młodszy syn miał niespożyte pokłady energii. Podczas gdy oni szli sobie spokojnie, on zdawał się być dosłownie wszędzie. Ale w końcu u dzieci w tym wieku to nic dziwnego. Choć musiała przyznać, był pierońsko szybki. Niesamowicie szybki. No i znowu się zaczęło. Skąd brały się te myśli i skojarzenia? Przecież nic już nie łączyło jej z tamtym życiem i tamtym światem. Czemu ciągle do tego wracała? Czemu we wszystkim musiała to widzieć?
- Chyba się zdrzemnę – stwierdził Goku, gdy dotarli nad rzekę i ziewnął. - Gohan, zajmij się gośćmi.
- Dobrze, tato.
Oddalili się. Ti Pring czuła się coraz bardziej niekomfortowo. Przeróżne pytania nie przestawały jej dręczyć. Wiedziała, że niepotrzebnie się przejmuje, że to tylko jej chora imaginacja i jakieś głupie odruchy, ale nie mogła przestać o tym myśleć.
- Mam pytanie – zwróciła się do nastolatka. - Twój tata ma jakieś rodzeństwo?
Bez sensu, że w ogóle pytała, ale nie zdołała się powstrzymać. Gohan zatrzymał się i spojrzał na nią lekko zmieszany. Otworzył usta, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Goten pociągnął go za rękaw.
- Nuuuda. Pobawmy się, czy coś – jęknął chłopiec.
- A w co byś chciał się pobawić? - spytał wesoło Joe.
Ti Pring musiała przyznać, że dobrze radził sobie z dziećmi. Pewnie przez liczne rodzeństwo. Czasami miała wrażenie, że jest jej kompletnym przeciwieństwem. Ale to chyba dobrze. W końcu mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają.
Postanowiła oddalić się od reszty i pobyć przez chwilę sam na sam z własnymi myślami. Możliwie pozytywnymi. Powinna się cieszyć, a nie snuć bezpodstawne teorie spiskowe. Przecież dostała to, czego chciała. Żyła sobie jak zwykły człowiek. Spotykała się ze swym sympatycznym chłopakiem i odwiedzała jego równie sympatycznych przyjaciół. Spacerowała po lesie i napawała się pięknem przyrody. Czegóż chcieć więcej? Tylko czemu wciąż nie czuła się szczęśliwa? Przecież prawie udało jej się zapomnieć.
Wróciła nad rzekę i zauważyła, że Goku wciąż śpi na trawie. Szczęściarz. Zdawał się taki beztroski. Życie tutaj musiało być wyjątkowo spokojne.
Ciekawe jaki był silny, wyglądał na dość muskularnego. Życie na wsi zapewne sprzyjało pracy fizycznej. Bez wątpienia jeśli chodzi o powierzchowność miał w sobie coś z Saiyanina, ale akurat ci wyglądem nie różnili się zbytnio od ludzi, więc chyba niepotrzebnie zaprzątała sobie tym głowę. Choć musiała przyznać, było pewne podobieństwo między nim i Raditzem. Niewielkie, ale jednak. I znowu. Po co w ogóle o tym myślała? Po co brała to pod uwagę? Ale gdyby tak mogła przekonać się o jego prawdziwej sile i odporności, to przynajmniej miałaby spokój.
Podniosła kamień. To chyba nie był dobry pomysł, ale lepiej rozwiać wątpliwości. Zawahała się. Co za idiotyzm. Ale raz kozie śmierć. Rzuciła.
- Agghhh!!!
Goku zerwał się i złapał za skroń. Przywaliła mu dość mocno i najwyraźniej zabolało go, jak cholera.
- Czemu wszyscy to robią? - jęknął, trzymając się za głowę. - Za co?
- O rany, przepraszam!
Przestraszyła się nie na żarty. Naprawdę mogła mu zrobić krzywdę. Teraz czuła się kretyńsko. Jakim w ogóle cudem strzeliło jej coś takiego do głowy? Saiyanie na Ziemi. Już chyba zidiociała do reszty. Co za wstyd, jaki wstyd.
- Wszystko w porządku?
Z przejęciem podbiegła do mężczyzny. Na szczęście źle to nie wyglądało.
- Co to miało być? - spytał z wyrzutem Goku, cały czas pocierając sobie obolałą skroń.
- Naprawdę mi przykro... Celowałam w co innego – skłamała.
- Dobra... Nic się nie stało... Zdrzemnę się jeszcze, okej?
Zadziwiająco szybko puścił całą sprawę w niepamięć. Wyglądało na to, że nie żywi do niej żadnej urazy. Ti Pring odetchnęła z ulgą. Przynajmniej po głowie przestały jej chodzić głupie myśli.


Anola usiadła przed komputerem, położyła na nim dłoń i dzięki swym wszczepom zaczęła zbierać dane na temat tutejszej technologii. Była dość prymitywna, ale i tak powinna znacznie ułatwić poszukiwania. Na pewno istniał tu jakiś rodzaj ogólnoświatowej sieci. Gdy kobieta wiedziała już, jak obsługiwać ziemski sprzęt, wpisała do wyszukiwarki „Ti Pring”. Nie miała gwarancji, że to coś da, ale lepiej było spróbować. Tylko jeden odsyłacz przykuł jej uwagę, więc postanowiła przyjrzeć mu się bliżej. Był to fragment rozmowy z jakiegoś portalu. „Uważajcie na Ti Pring. Ta kobieta to zło wcielone.” Anola przeczytała raz jeszcze i nie miała już żadnych wątpliwości, że trafiła na właściwy trop.


Ti Pring szła ulicami miasta. Zrobiło się zimno i paskudnie, a do tego zaczął padać zacinający deszcz. Zapięła kurtkę moro i chwyciła komórkę. Nie miała gwarancji, że Joe odbierze, ostatnio dużo pracował i rzadko się widywali, ale nie zniechęciła się. Czekała.
- Halo? - usłyszała w końcu jego głos.
- Masz wolny wieczór? Będę w Dzikiej Iguanie – oznajmiła.
- Nie mam wolnego wieczoru. Zresztą i tak nie chcę mieć już nic wspólnego z tym miejscem. I ty też powinnaś trzymać się od niego z daleka.
- Ostatnia walka. Jak zgarnę jeszcze jedną pulę, to będzie mnie stać na godziwe lokum.
- Wiesz, Ti Pring, powinnaś poszukać sobie uczciwej pracy, tak jak ja.
- Zrobię to, ale po tej walce. Wierzysz mi? Ten jeden raz i nawracam się na prawego obywatela.
- W porządku. Tylko uważaj na siebie, Ti Pring, dobrze? Słuchaj, muszę kończyć, bo właśnie nakrywam do kolacji i jak ktoś zobaczy, że gadam w czasie pracy, to będzie nieciekawie. Pa, Ti Pring. Może uda mi się wpaść jutro rano.
Słodkie. Gdyby znał o niej prawdę, to by się tak nie przejmował. Zaśmiała się w duchu i pożegnała.


Przejmował się. Ta kobieta igrała z ogniem i najwyraźniej nic nie robiła sobie z jego przestróg. Ale starał się być dobrej myśli. Ostatnio mu się dobrze układało, więc liczył na to, że tak pozostanie. Jemu udało się wyjść na prostą, więc czemu nie Ti Pring? Chyba miał na nią dobry wpływ i może wreszcie zaczynało do niej docierać, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki.
- Pa, Ti Pring. Może uda mi się wpaść jutro rano.
Joe wyłączył telefon i schował go do kieszeni. Odwrócił się i jego wzrok spotkał się z drugą parą oczu.
- Ja tylko... Nagły telefon od dziewczyny – wytłumaczył się szybko.
Dziwne, takiej reakcji się nie spodziewał. Zdenerwowania owszem. Może nawet obojętności. Ale nie tego.


Ostatnia walka poszła jak po masełku. Czyli nie różniła się zbytnio od pozostałych. Ti Pring wyskoczyła z ringu, zgarnęła pulę i skierowała swe kroki do baru, by opić finałowe zwycięstwo, choć specjalnym wyczynem nie było. Powinna się cieszyć, ale czuła jakąś dziwną pustkę. Nie żeby ten przybytek w jakiekolwiek sposób wypełniał lukę w jej życiu, ale już teraz miała wrażenie, że czegoś stąd jej będzie brakować. Ale czego, tego już nie umiała określić. Było to miejsce parszywe, więc nie rozumiała, czemu miałaby za nim tęsknić. A jednak coś sprawiało, że nie do końca chciała się z nim rozstawać.
- Piweczko – rzuciła do barmana.
Chwyciła butelkę i napiła się z gwinta.
- Ktoś o ciebie pytał – oznajmił mężczyzna za barem.
- Kto?
Barman tylko wzruszył ramionami i powrócił do czyszczenia kufli. Ti Pring zmarszczyła brwi i poczuła się bardzo niekomfortowo. Może i miała manię prześladowczą, ale po latach uciekania, to nic dziwnego. Nie podobały jej się takie sytuacje ani trochę. Nawet jeśli chodziło o coś niewinnego, a prawdopodobieństwo, że ją ktoś tu znajdzie było nikłe, i tak momentalnie wyobraziła sobie najczarniejsze scenariusze. Zacisnęła dłonie na butelce i nerwowo rozejrzała się dookoła. Wszystko wyglądało jak zawsze. Mężczyźni pili, grali w karty, śmiali się i obściskiwali kobiety. Nikt zdawał się nie zwracać na nią szczególnej uwagi. A mimo to poczuła kropelki potu na czole.
Wyszła z podziemi prosto do night clubu, gdzie rozebrane kobiety wiły się przy rurach, a pijani mężczyźni ślinili się i wygadywali sprośności. W stłumionym niebiesko-fioletowym świetle trudno było przyjrzeć się ich twarzom. Właściwie to Ti Pring nawet nie wiedziała kogo szuka i czy w ogóle jeszcze jest kogo szukać. Uwaga bywalców bardziej skupiała się na erotycznym show, niż na jej osobie. Owszem niektórzy z nich wyglądali na typów spod ciemnej gwiazdy, ale ci nie zdawali się stanowić żadnego zagrożenia.
W końcu wyszła na zewnątrz. Przed wejściem prostytutki uwodziły klientów i robiły sobie przerwę na papierosa. Ti Pring ponownie rozejrzała się dookoła, ale nie znalazła nic, co w jakiś sposób odstawałoby od tego, co tu z reguły widywała. Na chwilę zamknęła oczy i wyostrzyła zmysły, próbując wyczuć jakieś niepokojące wzorce energetyczne. Nie opanowała jeszcze w pełni tej techniki, ale mogła przysiąc, że w okolicy nie znajdowało się nic, co mogłoby jej zagrażać. Westchnęła, napiła się piwa i zaczęła zmierzać przed siebie.
- Ti Pring?
Na moment stanęła jak zamurowana, a jej powieki zadrżały. Odwróciła się i butelka wypadła jej z dłoni. Co to ma być? Czy to jakiś podstęp? Jakaś sztuczka? Zrobiła nerwowy zwrot, jakby chcąc stąd, jak najszybciej uciec.
- Hej, zaczekaj!
Złapał ją za ramię, co tylko wzbudziło w niej jeszcze większą panikę.
- Puszczaj, puszczaj... - Zaczęła się szarpać.
- Co z tobą, babo? Przecież ci nic nie zrobię.
Zreflektowała się i jeszcze raz na niego spojrzała. Może to rzeczywiście był on? Ale jakim cudem? Niemożliwe, przecież. Niby jak by ją odnalazł? I po co miałby to robić? Już wszystko zdawało się nie mieć sensu. A do tego ten wzrok. Czyżby na jej widok mężczyzna zdziwił się prawie tak, jak ona na jego?
- Geta? - wydusiła z siebie wreszcie Ti Pring.
- Ten wszechświat robi się coraz mniejszy – skomentował Sayianin.
- Ale jak... Dlaczego musisz to robić?! Dlaczego?! - krzyknęła ze wściekłością, której chyba się nie spodziewał, bo spojrzał na nią zaskoczony.
- O co ci chodzi? Wciąż masz do mnie wąty o ten motyw z dezercją? - warknął.
Przygryzła wargę. Jej zdenerwowanie zamieniło się w ból.
- Nie... to nie to. Nawet nie wiesz, ile wysiłku mnie kosztowało, żeby zostawić to wszystko za sobą – jej przepełniony żalem głos znowu przeszedł w złość. - I wiesz co? Prawie mi się udało. Prawie udało mi się zapomnieć i jakoś to gówno poukładać, ale ty... Ty musiałeś się pojawić. I wszystko wróciło, kurwa... - wysyczała przez zaciśnięte zęby, gestykulując przy tym nerwowo
- Weź nie pierdol. Co niby wróciło? Nie wolno się nawet przywitać?
- Nie... To mi się na pewno śni. Na pewno... - mamrotała Ti Pring. - Uderz mnie.
- Co?
- Uderz mnie.
Spoliczkował ją bez większego namysłu. Poczuła. Jej twarz odskoczyła na prawo i Ti Pring zdała sobie sprawę, że nic się nie zmieniło. Cały czas się tu znajdowała. I on również.
- Ochłonęłaś?
Jakim cudem to wszystko mogło dziać się naprawdę? Miała wręcz wrażenie, że to jakiś chory żart.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? - spytała ze zdenerwowaniem, choć odrobinę się już opanowała.
- Joe mi powiedział.
- Joe? Ten Joe? Joe Masters? W jaki, kurwa, sposób?
- Bo pracuje w moim domu.
Ti Pring tak rozszerzyła oczy, że gdyby mogła zrobić to choć odrobinę bardziej, pewnie wyszłyby jej na wierzch.
- To ty jesteś pan Briefs? - spytała z takim niedowierzaniem, jakby ktoś jej właśnie powiedział, że Księżyc jest zrobiony z sera.
- Wolałem już jak mówiłaś na mnie Geta.
Zatkało ją. Przez chwilę próbowała pozbierać myśli do kupy i jakoś zrozumieć niedorzeczność całej tej sytuacji, w której zaistnienie wciąż nie do końca chciało jej się wierzyć.
- Chodźmy w jakieś inne miejsce. Nie mam ochoty rozmawiać w towarzystwie kurew i dilerów – rzekł w końcu Vegeta.
Nie była pewna, czy to dobry pomysł, ale zaprowadziła go do siebie. Skoro już nie było odwrotu i doszło do tego spotkania, to przynajmniej chciała dowiedzieć się czegoś więcej. Jakby na to nie patrzeć, mieli naprawdę dużo do nadrobienia.
- Co za nora – skomentował Sayianin, gdy weszli do środka.
- Wybacz, że nie posprzątałam. Nie spodziewałam się królewskiej wizyty – mruknęła Ti Pring.
Rany, ale chciało jej się palić. Jak nigdy dotąd. Zrobiła to, ku dezaprobacie gościa. Ten jeden raz naprawdę musiała, żeby zachować nerwy na wodzy.
- Dobra, opowiadaj – rzuciła oschle.
I opowiedział. Całe dziesięć lat ze swojego życia. Nie sądziła, że pójdzie mu tak szybko. Ani że dowie się tyle kuriozalnych rzeczy. Jeśli tak dalej pójdzie, naprawdę zacznie wierzyć, że Księżyc jest z sera.
- Chcesz powiedzieć, że ten kretyn, któremu przywaliłam kamieniem w ryj, to Kakarotto?
- Przywaliłaś mu kamieniem w ryj?
Ti Pring przewróciła oczami i machnęła ręką.
- Nie ważne. To wszystko jest zbyt pojebane. Albo ciąży na mnie jakaś klątwa, albo... sama nie wiem. Rozumiem zbiegi okoliczności, ale to...
- Lepiej powiedz mi, co się z tobą działo przez ten cały czas.
- Szkoda gadać. Myślałam, że jak Frieza odwali kitę, to będzie cacy, ale nie, wszystko pojebało się jeszcze bardziej. Rząd Planet Zjednoczonych postanowił zabawić się w obrońcę sprawiedliwości i zrobić porządek z każdym niedobitkiem armii Friezy. Nie było nawet procesu. Uznali mnie za winną zbrodni i wyznaczyli karę śmierci. Udało mi się zwiać z Vulcana, ale uwierz mi, nie przebierali w środkach. Życie w armii było przy tym jak sielanka. Nasyłali na mnie kogo się dało, komandosów, agentów, łowców głów... Prawie im się udało. I po latach ciągłego uciekania i czajenia się wreszcie trafiłam tutaj. Zaczęło się jakoś układać i... nagle pojawiłeś się ty – rzekła na koniec z irytacją.
- Nie wiem, co do mnie masz, Ti Pring, ale ja ci się w życie prywatne wpierdalać nie zamierzam.
- To świetnie. Więc skoro już nadrobiliśmy te tragicznie stracone lata i wyjaśniliśmy sobie wszystko, to ty teraz wrócisz grzecznie do swojego wspaniałego domu, bogatej żony i kochanej latorośli, a ja do swojego nieco skromniejszego, ale względnie normalnego życia i wszystko będzie po staremu – wyjaśniła z sarkazmem.
Nie spierał się, nie wydziwiał, nie urządzał scen. Po prostu to zrobił. Poszedł. A ona zastanawiała się, czy to, co powiedziała na końcu, jest rzeczywiście możliwe.


Obudziło ją radio, które zawsze automatycznie włączało się o tej samej porze. Ti Pring uniosła głowę z na wpół przymkniętymi oczami i zdała sobie sprawę, że usnęła na brzuchu, nie racząc się nawet przebrać i przykryć. W ustach czuła suchość i nie miły posmak. Na tak, strzeliła sobie szklaneczkę whisky na dobranoc. Mlasnęła dwa razy, mruknęła i podczołgała się do radia, by je wyłączyć. Tak lepiej. Z powrotem legła na brzuch. Równie dobrze mogłaby dziś w ogóle nie wstawać. Czuła się jak kłak wyrzygany przez kota. Co w ogóle się wczoraj działo? Chyba miała jakieś urojenia. Albo to wszystko jej się przyśniło. Nic dziwnego, że była niewyspana.
Zadzwonił dzwonek do drzwi i Ti Pring ponownie wydała z siebie znudzony pomruk. Przekręciła się na plecy i przetarła sobie zmęczone oczy. Boże, ale nie chciało jej się wstawać. Ale to zrobiła. Zwlekła się z łóżka i niechętnie poczłapała do drzwi. Joe przywitał ją radosnym uśmiechem. W ręku trzymał siatkę z zakupami.
- Obudziłem cię? Przepraszam – rzekł na jej widok i wszedł do środka.
Od razu skierował swe kroki do maleńkiej kuchni, nastawił wodę na kawę i zaczął przygotowywać śniadanie. Ti Pring skorzystała z chwili, by pójść do łazienki i się nieco oporządzić, po czym przecisnęła się za plecami Joe, chwyciła butelkę wody i napiła się zdrowo.
- Co tak właściwie wczoraj się działo? - spytał mężczyzna z zaciekawieniem.
- Z czym? - rzekła Ti Pring między łykami.
- Pan Briefs strasznie wczoraj o ciebie wypytywał. A jak już mu powiedziałem, gdzie jesteś, to od razu się zmył. Znacie się, czy coś?
Ti Pring prawie zakrztusiła się wodą. Zaraz! To nie był sen? O kurwa.
- Uh... Taa – odparła, nie za bardzo wiedząc, co innego mogłaby odpowiedzieć.
- Z wojska?
- Yhy...
- Tak myślałem. Od razu wyczułem, że macie ze sobą coś wspólnego.
Miała ochotę walnąć go w łeb za to stwierdzenie.
- Dziwne, był strasznie zdesperowany, żeby się z tobą zobaczyć – zauważył Joe. - Jakaś stara miłość?
- Oczywiście, że nie, głupku. To pojebany człowiek jest. Uraz czaszki. Nie przejmuj się nim.
Ti Pring miała nadzieję, że uda się jej definitywnie zakończyć konwersację na ten temat. Na szczęście Joe wyglądał na przekonanego.
- Wcale się nie przejmuję. Przecież mnie znasz – odparł spokojnie.
Rzeczywiście, trochę już go znała. I ta jego beztroska czasami ją przerażała. Ale przynajmniej nie drążył więcej tego tematu. Nakrył do stołu i Ti Pring mogła odetchnąć z ulgą. Przynajmniej na razie.


Już od ponad miesiąca jej noga nie postała w Dzikiej Iguanie. Joe pewnie był z niej dumny. Czyżby Ti Pring rzeczywiście mogła stać się szanującym, prawym obywatelem? Sama nie wiedziała. Po tylu latach nieustannej walki o przetrwanie, to mogło okazać się trudniejsze, niż myślała. Ale przynajmniej próbowała. Tylko co z pracą? Jakoś nie wyobrażała sobie siebie w żadnej. Przez większość życia zajmowała się tylko jednym, a do tego już wracać nie chciała. Cały dzień włóczyła się po mieście, mając nadzieję, że ją olśni, ale poczuła się jeszcze bardziej podle. To na nic.
Wróciła. Wjechała na dwudzieste pierwsze piętro i podeszła do drzwi swojego mieszkania. I wtedy coś ją uderzyło. Były otwarte. Ktoś wyłamał zamek. Pięknie, brakowało tylko tego, by ją okradziono. Nie wyczuła niczyjej obecności, ale odruchowo spięła się i wyostrzyła wszystkie zmysły. Wolała się mieć na baczności. Już weszło jej to w krew.
Delikatnie pchnęła drzwi i wsunęła się do środka. Bardzo powoli i bezgłośnie przestąpiła z nogi na nogę. W przedpokoju wszystko zdawało się na swoim miejscu, ale w sumie, co tu można było ukraść? Zrobiła kolejny krok. Potem następny. Cały czas bardzo powoli. Zbliżyła się do otwartych drzwi i zamarła.
- Co do kurwy... - wymamrotała.
Na kanapie siedziała wysoka, niebieskoskóra kobieta, zupełnie tak, jakby na nią czekała. Anola? Skąd się tu nagle wzięła? Co to? Zlot absolwentów? Musiała mieć zwidy. Musiała. Nie było innego logicznego wytłumaczenia.
- Cześć – rzekła ze spokojem medyczka.
Ti Pring dostrzegła coś niepokojącego w jej głosie i zmarszczyła brwi. To nie było serdeczne powitanie. Wyczuła żal, ból, niepewność. Co tu się wyprawiało? Czyżby zwariowała i miała urojenia?
- Jak mnie znalazłaś? - wycedziła Ti Pring, czując, że to nie jest przyjacielska wizyta i kryje się za nią coś paskudnego.
- Przez sieć. Jeden osobnik przestrzegał przed tobą bywalców Dzikiej Iguany.
- Nie o to mi chodziło. Skąd wiedziałaś, że jestem akurat na tej planecie?
Anola przygryzła wargę i spojrzała na Ti Pring z jeszcze większym bólem.
- Oni wiedzą. Rząd. Przesłuchali każdego, kto miał z tobą jakikolwiek kontakt. W końcu musieli znaleźć trop.
Ti Pring zacisnęła pięści i poczuła, jak wzbiera w niej wściekłość.
- I nasłali cię na mnie? Kto jeszcze? Kto ci towarzyszy?! - krzyknęła wzburzona.
- Nikt. Jestem sama, ale śledzą każdy mój ruch – wyjaśniła ze spokojem Anola.
- I co? Masz mnie schwytać? Ty?
Nie sądziła, by Anola mogła stanowić dla niej zagrożenie. Była lekarką, nie wojowniczką. Coś tu śmierdziało. To musiał być jakiś podstęp.
- Znam cię najlepiej. Uznali, że mi zaufasz.
- A ty się oczywiście zgodziłaś?
- Ti Pring ja... Skazali mnie, tak jak ciebie... Mam rodzinę i... Nie mogę umrzeć, Ti Pring – wydukała kobieta łamiącym się głosem. Była bliska łez. - Powiedzieli, że mnie uniewinnią, jeśli pomogę...
Aż dziw, że Anola jej to wszystko powiedziała.
- Myślisz, że weźmiesz mnie na litość? Chcę ocalić skórę równie bardzo, co ty.
- Wciąż jest szansa... Jeśli pójdziesz na współpracę i pomożesz wytropić pozostałych, zmniejszą ci wyrok.
- Nie wiem nic o pozostałych. A nawet jakbym wiedziała, to i tak bym nie powiedziała. Nie jestem takim kapusiem, jak ty.
- Myślisz, że to była łatwa decyzja?! Myślisz, że robię to z lekkim sercem? Do końca życia będę się za to nienawidzić, ale nie zostawię męża i dzieci! - wrzasnęła Anola.
- Błagam, tylko nie rób z siebie męczennika – rzuciła Ti Pring z pogardą. - Nawet nie wiesz, z czym ja musiałam się użerać.
- Wiem.
- Gówno wiesz! A jeśli znasz mnie choć trochę, to zrobisz najmądrzejszą możliwą rzecz i sobie po prostu pójdziesz.
- Nie mogę... Nic nie rozumiesz... Albo wrócę z tobą, albo nie wrócę wcale... Wiem, że ich skrzywdzą, jeśli...
Ti Pring nie mogła powiedzieć, że wyzbyła się całego współczucia. Było jej żal koleżanki, wyobrażała sobie, co musi przeżywać, ale to niczego nie zmieniało. Za żadne skarby nie zamierzała dać się złapać. Nawet jeśli to oznaczałoby najgorsze.
- Odejdź – rozkazała z powagą. - Wiesz do czego jestem zdolna, więc po prostu odejdź.
I wtedy Anola spojrzała na nią takim wzrokiem, jakby od samego początku bała się, że do tego dojdzie.
- Zmienili mnie... na wypadek użycia siły... Wszczepy... - wydukała trzęsącym się głosem.
Ti Pring zmarszczyła brwi i wlepiła w koleżankę pytające spojrzenie.
- Jesteś cyborgiem?
- Proszę... nie zmuszaj mnie.
Anola patrzyła na Ti Pring błagalnie, jakby licząc na to, że ją jeszcze przekona do współpracy. Ale ta nie odwzajemniała jej zbolałego spojrzenia. Była śmiertelnie poważna i zdeterminowana, i miała nadzieję, że dała to doskonale do zrozumienia. W ułamku sekundy uświadomiła sobie, że Anola nie kłamała. Lekarka kopnęła stolik tak, by trafił Ti Pring. Następnie poderwała się i przeszła do bezpośredniego ataku. Ta mała chwila zaskoczenia pozwoliła jej trafić koleżankę. Prosto w twarz. Potężnym prawym prostym. Ti Pring wbiła się w ścianę i natychmiast zrobiła unik przed kolejnym ciosem. Co za szybkość. Czegoś takiego się nie spodziewała. Tylko czemu nie wyczuwała energii? Żadnej. Nie miała czasu na rozważania. Skoro Anola zyskała aż taką siłę, to nie było sensu się patyczkować. Ti Pring natychmiast ją podcięła. I choć przeciwniczka uskoczyła, ona to przewidziała. Jej pięść już czekała w pogotowiu i spotkała się z twarzą lekarki, nim ta zdążyła wylądować. Tym razem w strzępy poszła cała szafa. Ale kto by się teraz przejmował? Ti Pring atakowała bez litości i musiała przyznać, nie łatwo było trafić. Niesamowita szybkość. Ale to za mało. W końcu ją uderzyła. Mocno. Anola musiała to odczuć, ale mniej, niż Ti Pring się spodziewała. Lekarka znowu ją zaskoczyła i zdołała chwycić za włosy. Jej kolano boleśnie spotkało się z twarzą wojowniczki, a potem z brzuchem. Cisnęła Ti Pring w stronę kredensu. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Spory odłamek wbił się wojowniczce w dłoń, ale to zignorowała. Skrzyżowanymi przedramionami zasłoniła się przed kolejnym ciosem lekarki i znowu przeszła do ofensywy.
Po kilku minutach wyrównanej walki Anola odskoczyła i przyjęła postawę bojową, jakby próbując zmienić strategię. Kobiety okrążyły się wzajemnie, bacznie się sobie przypatrując, gotowe do kolejnego ataku. Ti Pring czuła pod stopami odłamki szkła, porcelany i innych części wyposażenia, które zmieniły się gruz. Krew spływała jej z dłoni wzdłuż przedramienia, ale z tego, co zauważyła, jej również udało się nieźle pokiereszować oponentkę.
- Darujmy sobie... Mają cię w szachu. Nawet jak mnie zabijesz, to wyślą kolejnych – wydyszała Anola.
W tym momencie Ti Pring wiedziała już, że ma przewagę i może to szybko zakończyć. Zaatakowała bez ostrzeżenia. Początkowo Anola robiła uniki, ale Ti Pring walczyła z taką determinacją, że w końcu jej szybkość okazała się dla przeciwniczki barierą nie do przeskoczenia. Trzy ciosy. Dwa pięściami, jeden nogą. To wystarczyło. Ti Pring znalazła się za plecami dawnej koleżanki i unieruchomiła ją. Jedna z jej rąk zacisnęła się wokół szyi lekarki, druga spoczęła na głowie, gotowa skręcić kark w ułamku sekundy.
- Wystarczy... - szepnęła Ti Pring. - Obiecaj, że dasz mi spokój, to pozwolę ci odejść.
- Uciekaj. Uciekaj póki...
Drugiej szansy nie było. Jednym szybkim ruchem Ti Pring skręciła lekarce kark i wypuściła ciało z rąk. Upadło z hukiem na stos potłuczonego szkła.
- Mam dosyć uciekania – powiedziała jeszcze, choć nikt jej już nie słyszał.
Ostatnio zmieniony 21 sty 2014, 20:32 przez Vampircia, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 500
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 16 sty 2014, 16:07

Jedziem z tym śledziem.

Na razie przeczytałem pierwszy rozdział i w zasadzie mam kilka rzeczy do powiedzenia. Zaskoczył mnie powrót pani doktor i chyba tym razem odegra ona nieco większą rolę może nawet czarnego charakteru, chociaż bardziej z przymusu. Pojawia się też Joe i właściwie większość widziana jest z jego perspektywy, co jest ciekawym zabiegiem. Widać, że jest inaczej, jest więcej postaci tzn. w armii Freezera była w zasadzie tylko Ti Pring, jej losy, spostrzeżenia... Tu widać, że nieco śmielej operujesz innymi postaciami. Fajnie. Zapewne los znowu połączy Ti z Vegetą. Szkoda, tylko że już w pierwszym rozdziale zdradziłaś imię "kolegi" Joe. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby pozostało to zagadką (chociaż i tak niemal od razu wiedziałem o kogo chodzi)XD


Kobieta ze spokojem stanęła twarzą do niego, wyjęła z kieszeni kurtki papierosa i zapalił.
zapaliła
Trzeba robić to, w czym jest się dobrym, a nie stawiać sobie jakieś wygórowane marzenia, które nigdy się nie spełnią.
Zgaduję, że to będzie motto tej serii :)
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 17 sty 2014, 10:12

A ja wiem, czy motto? Jakoś tak samo mi się napisało.
Skorpion pisze:Szkoda, tylko że już w pierwszym rozdziale zdradziłaś imię "kolegi" Joe. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby pozostało to zagadką

W sumie to nie miało być wielką tajemnicą, czy cliffhangerem.
Skorpion pisze:Widać, że jest inaczej, jest więcej postaci tzn. w armii Freezera była w zasadzie tylko Ti Pring, jej losy, spostrzeżenia... Tu widać, że nieco śmielej operujesz innymi postaciami.

Taa, aż za śmiało. Cholernie trudno piszę się o Goku. Cholernie trudno jest przedstawić go w sytuacjach, o których piszę, tak, żeby nie był za bardzo OOC. Ale z nim to będzie więcej w późniejszych rozdziałach.

To wrzucać kolejny, czy jeszcze się wstrzymać? Wolicie dłuższe czy krótsze rozdziały?
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 500
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 17 sty 2014, 12:37

A ja wiem, czy motto? Jakoś tak samo mi się napisało.
Ti Ping jest dobra w byciu wojownikiem, a wygórowane marzenie to bycie normalną XD
Taa, aż za śmiało. Cholernie trudno piszę się o Goku. Cholernie trudno jest przedstawić go w sytuacjach, o których piszę, tak, żeby nie był za bardzo OOC. Ale z nim to będzie więcej w późniejszych rozdziałach.
Na razie się o nim nie wypowiadam, bo było go strasznie mało.
To wrzucać kolejny, czy jeszcze się wstrzymać? Wolicie dłuższe czy krótsze rozdziały?
Dla mnie 7 stron jest ok, zaś dłuższe teksty źle się czyta przed monitorem.

Part 2
Ti Pring popada w paranoję i to niezłą :D Wcześniej brakowało mi jakiegoś wyjaśnienia, co działo się pomiędzy częścią pierwszą, a drugą i dobrze, że Ti chociaż skrótowo opowiedziała Vegecie o swoich losach. Co do Anoli myślałem, że będzie miała większą rolę.

- Zaprosiłem. Mówiłem, że nie da rany – wytłumaczył się chłopak.
rady
- No to o czym wy, do chuja, rozmawiacie? O schabowym z kapustą?
- Też.
Mogła sobie darować sarkazm.
To samo pomyślałem.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 17 sty 2014, 16:01

Wcześniej brakowało mi jakiegoś wyjaśnienia, co działo się pomiędzy częścią pierwszą, a drugą i dobrze, że Ti chociaż skrótowo opowiedziała Vegecie o swoich losach.

Ale przecież jest fanfik o tym, co się działo pomiędzy http://forum.vampirciowo.pl/viewtopic.php?t=837
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 19 sty 2014, 12:51

Rozdział III

Nie mogła wręcz uwierzyć, że tu przyszła, ale nie miała wyjścia. Znalazła się w skrajnie podbramkowej sytuacji. Trudno. Jakoś przeżyje. I tak już wszystko zdążyło stanąć na głowie, więc nie było sensu prowadzić bezproduktywnych rozważań i użalać się nad sobą. Musiała działać, nawet jeśli oznaczało to powrót do spraw, które wolała zapomnieć. W grę wchodziło jeszcze opuszczenie planety, ale to w żaden sposób nie rozwiązałoby jej problemów, którym prędzej czy później musiała stawić czoła. Uciekała już zbyt długo.
- Hej... - rzekła bez entuzjazmu, gdy Joe otworzył drzwi.
W białej, wyprasowanej koszuli i z przylizanymi włosami prawie go nie poznała.
- Ti Pring... Co za niespodzianka... - wydukał zaskoczony. - Trochę zły moment wybrałaś... Mamy właśnie gości i... - Spojrzał na jej zabandażowaną rękę. - Co ci się stało?
- To tylko oparzenie. Mieszkanie mi się spaliło – skłamała kobieta.
Zdawała sobie sprawę, jak to musiało zabrzmieć, ale nie zdołała wymyślić żadnej lepszej wymówki. Spodziewała się, że Joe dozna szoku, ale gdyby powiedziała mu prawdę, byłby w jeszcze większym.
- O mój Boże, nic ci się nie stało?! - wykrzyknął.
- Przecież widzisz, że nie – mruknęła.
Sam fakt, że tu przyszła wystarczająco działał jej na nerwy. Brakowało tylko głupich pytań.
- Słuchaj, nie wiesz, gdzie mogłabym się tymczasowo zatrzymać? Moja chata wymaga remontu – powiedziała Ti Pring z wyraźną niechęcią.
- Kurde... Tak w tej chwili nagle... Ciężko powiedzieć... - Joe złapał się za głowę.
- To się zastanów – rzekła kobieta i przestąpiła przez próg. - I jeszcze jedna sprawa...
Przyszła kolej na najgorsze, ale już postanowiła, że to zrobi. Nie chciała, ale zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że tak będzie najlepiej.
- Muszę porozmawiać z twoim szefem – oznajmiła beznamiętnie.
Właściwie nie była pewna, czy słowo „szef” do końca pasuje, ale Joe na pewno zrozumiał, kogo miała na myśli.
- Jest zajęty – wyjaśnił mężczyzna.
- Trudno.
Ti Pring zrobiła parę kroków w głąb domostwa, dając do zrozumienia, że nie zamierza czekać.
- Nie lubi, gdy mu się przeszkadza – dodał Joe.
- Wiem.
Spojrzenie Ti Pring mówiło samo za siebie. Nie obchodziły jej żadne tłumaczenia i ewidentnie postawiła na swoim. Joe przygryzł wargę.
- No dobra, spytam. - Wreszcie dał za wygraną. - A o co...
- Po prostu to zrób!
Kiedy irytacja Ti Pring wreszcie znalazła ujście, Joe najwyraźniej stwierdził, że lepiej już o nic nie pytać i posłusznie się wycofał.
Ti Pring czekała, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Naprawdę nie chciała tu być, ale sprawy zaszły za daleko, by mogła sobie pozwolić na luksus dalszego ignorowania wszystkiego dookoła.
- Chodź – oznajmił Joe, gdy wrócił.
Zaprowadził ją do ogrodu, po czym szybko dał nogę i za pewne powrócił do swoich obowiązków. Piękne okoliczności przyrody w tym momencie nie specjalnie interesowały Ti Pring. Chciała jak najszybciej załatwić to, co miała do załatwienia i zaznać chwili spokoju. Jeśli jeszcze się dało.
Zauważyła go. Wycierał twarz ręcznikiem, a gdy podeszła bliżej poczuła zapach potu. Pewnie przerwała mu trening. Aż dziw, że w ogóle zgodził się z nią porozmawiać. Chyba zaintrygował go sam fakt, że w ogóle się tu zjawiła.
- Myślałem, że nie chcesz mnie znać – rzucił z przekąsem Vegeta.
Ti Pring wiedziała, że tak będzie. Dlatego tak strasznie nie chciała tu przychodzić. Ale co poradzić? Postanowiła, że nie będzie owijać w bawełnę. Chciała już to mieć za sobą.
- Muszę stać się silniejsza – oznajmiła stanowczo lecz beznamiętnie.
Saiyanin popatrzył na nią zmieszany, tak jakby nie do końca zrozumiał, jaki to ma z czymkolwiek związek.
- Mogłabym trenować sama, ale z tobą będzie dużo efektywniej – wyjaśniła Ti Pring tonem, który wskazywał, że sama idea średnio jej się podoba.
- Co się stało? - spytał Vegeta podejrzliwie.
Musiała mu powiedzieć. W życiu by nie uwierzył, że to tylko jej niespodziewana fanaberia. Westchnęła i przygryzła wargę.
- Rząd wie, że tu jestem. Przysłali kogoś. Poradziłam sobie, ale oni nie odpuszczą – wycedziła grobowym tonem.
Spodziewała się nieco większego poruszenia ze strony Saiyanina. Ten nie zdawał się przejmować ani trochę i jak gdyby nigdy nic wycierał sobie włosy.
- Jak się pojawią problemy, to daj znać. Zajmę się tym – rzekł ze spokojem.
Ti Pring poczuła, że wzbiera w niej wściekłość.
- Nie mogę tego zwalać na innych! - zaprotestowała. - Zresztą... Wszyscy myślą, że nie żyjesz. Jak się ujawnisz, to staniesz się celem tak, jak ja.
- Przesrane – rzucił ironicznie książę.
- Czy ty wiesz, co to znaczy być na listach gończych w całej galaktyce?!
Podczas gdy ona się wściekała i unosiła, on patrzył na nią z coraz większym rozbawieniem.
- Chciałbym zobaczyć, jak próbują założyć mi kajdanki – stwierdził i zaśmiał się.
- A zresztą, czym ja się tak przejmuję? Rób ze swoim życiem, co ci się podoba. - Ti Pring zmieniła ton ze wzburzonego na pogardliwy. - Tylko pomóż mi się wzmocnić. Chociaż tyle jesteś mi winien.
- Nic ci nie jestem winien.
Wściekłość wróciła. Ti Pring zacisnęła pięści i nerwowo oblizała wargi.
- Wiesz co... Chuj ci w dupę, pójdę do Kakarotto – warknęła i odwróciła się.
Naprawdę zamierzała to zrobić. Zamierzała wyjść i nigdy nie wracać, ale gdy zrobiła kilka kroków usłyszała: „czekaj”. Zatrzymała się i spojrzała na Saiyanina. Był nieziemsko rozzłoszczony, ale próbował to w sobie tłamsić.
- No dobra, dobra, niech ci będzie – warknął. - Będziemy trenować. Tylko potem nie płacz, że nie dajesz rady.
Ti Pring zmarszczyła brwi. Zawsze uważał ją za słabeusza, ale ona się zmieniła. Przez lata prześladowań musiała stać się silniejsza. I to o wiele. Tylko on tego nie widział. I miała ogromną ochotę pokazać mu, że nie jest tą samą osobą, co kiedyś. Że nie należy jej lekceważyć. Nawet powinna to zrobić, jeśli się mieli wzajemnie traktować poważnie. I zrobiła. Zaatakowała. Bez ostrzeżenia.
Zdała sobie sprawę, że to przede wszystkim ona nie doceniła jego. Wiedziała, że on również zrobił postępy, ale nie sądziła, że aż takie. To nawet nie był zwykły unik. Po prostu zniknął z jej pola widzenia, a gdy zdołała cokolwiek zrobić, był już za jej plecami i trzymał ją za nadgarstki, wyginając jej ręce. Przez moment była w szoku i nie wiedziała nawet, co się stało. Ale szybko się zreflektowała. Był silny, ale ona miała asa w rękawie. Nie sądziła tylko, że pokaże go tak szybko. Żałowała, że nie może widzieć jego miny. Pewnie nie sądził, że to w ogóle możliwe, ale poluzował uścisk, więc musiało zadziałać. A przecież fizycznie Ti Pring niczego nie zrobiła. Jeszcze nie. Uśmiechnęła się z satysfakcją i przyłożyła przeciwnikowi z półobrotu. To nie wystarczyło, by go powalić, ale teraz mogła ujrzeć jego zszokowaną twarz. Musiał zachodzić w głowę, co przed chwilą się stało. Wiedziała, jakie to uczucie stracić kontrolę nad swoim ciałem. Szkoda tylko, że ta technika tak straszliwie męczyła. Ti Pring musiała być z nią naprawdę ostrożna.
I znowu ta szybkość. Nawet nie zauważyła, kiedy do niej doskoczył. Na szczęście zdążyła zastosować ten sam trik po raz wtóry. Tym razem przyłożyła przeciwnikowi kolanem w brzuch, aż zgiął się w pół. Założyła mu nelsona i liczyła na to, że odcięcie dopływu powietrza dość szybko spowoduje u niego utratę przytomności. Trochę brutalnie, ale z nim się inaczej nie dało wygrać. A chciała wygrać. Tak. Po raz pierwszy w życiu chciała z nim wygrać. Na samą siłę nie miała co liczyć, ale ta nowa umiejętność dawała jej szansę. Sęk w tym, że już zaczynała ją bardzo męczyć. Rany, ależ on był wytrzymały. Jeszcze kilka sekund i będzie musiała dać za wygraną.
Wspominał o tym, ale Ti Pring sądziła, że to tylko zwykłe przechwałki. Cóż, myliła się. Nie sądziła, że Vegeta ją czymś jeszcze zaskoczy, ale gdy jego włosy zmieniły kolor i poczuła tę niesamowitą moc, wiedziała już, że mówił prawdę od samego początku. Ti Pring otworzyła usta ze zdumienia i w jednej chwili role całkowicie się odwróciły. Nim się obejrzała, leżała z twarzą w trawie, z kolanem wciśniętym między łopatki i boleśnie wygiętymi rękoma. Tak naprawdę jednak zamarła dopiero wtedy, gdy usłyszała oklaski. Uniosła głowę na tyle, na ile była w stanie i zauważyła dwójkę dzieci w towarzystwie Kakarotto. Podczas gdy chłopcy beztrosko bili brawo, najwyraźniej uradowani widowiskiem, mężczyzna patrzył na nią kompletnie zbity z tropu i drapał się po głowie. Ti Pring westchnęła i bezradnie ukryła twarz w trawie. No to się zaczęło.


Dobrze, że chociaż Joe niczego nie widział. Już i tak miała wystarczająco problemów z tłumaczeniem mu różnych rzeczy. Siedziała przy stole i marzyła tylko tym, żeby sobie poszedł. Nie mógł poznać prawdy. Nigdy, przenigdy. Dała to do zrozumienia swym rozpaczliwym spojrzeniem.
- Joe, zabierz chłopców do parku. Za dużo siedzą przed telewizorem – powiedziała nagle Bulma.
- Oczywiście.
Ti Pring odetchnęła z ulgą. Dzięki Bogu istniały jeszcze mądre kobiety. Co i tak nie zmieniało faktu, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż sobie tego życzyła. Im mniej osób znało prawdę, tym lepiej. Niestety w tym przypadku nie było już odwrotu. Szkoda, że nie mogła po prostu zniknąć.
- Naprawdę pracowałaś dla Friezy? Nie wyglądasz. Tamci kolesie byli brzydcy i dziwni. I byli kolesiami – zauważył Kakarotto, dość zaskoczony, ale nie aż tak, jak można by przypuszczać.
- Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Vegeta miał przyjaciół – stwierdziła Bulma i nalała wszystkim wody z dzbanka.
- Bo nie miał – sprostowała Ti Pring i doszła do wniosku, że chyba lepiej będzie trochę ponaginać fakty. - To były czysto służbowe relacje.
- To dzisiaj było super. Jak to zrobiłaś? No wiesz, to z unieruchomieniem? - wypytywał Kakarotto z podekscytowaniem małego chłopca.
Tylko Vegeta jak na razie milczał i minę miał ewidentnie nietęgą.
- To technika manipulacji. Nauczyłam się jej, gdy ukrywałam się u takich jednych... - wytłumaczyła Ti Pring. - W każdym razie pozwala na chwilę przejąć kontrolę nad przeciwnikiem, ale jest bardzo obciążająca.
- Chcę się jej nauczyć – oznajmił nagle książę i jeszcze nigdy Ti Pring nie widziała u niego takiej determinacji. Niestety musiała go rozczarować.
- Nie możesz. Ani ludzie, ani Saiyanie nie mają do tego umysłowych predyspozycji. Mnie się udało tylko dlatego, że mam vulcańskie geny, a i tak było ciężko.
Tak, jak myślała, tylko go rozwścieczyła.
- Ty wiecznie czegoś ode mnie chcesz, ale żeby coś dać w zamian... - huknął.
- Opanuj się. To nie czas na kłótnie – żona przywróciła go do porządku. - Lepiej powiedz, czy jest się czego obawiać - zwróciła się do kobiety.
- Wy nie macie się czego obawiać, to mnie szukają – wyjaśniła Ti Pring. - Pod warunkiem, że nie będziecie się ujawniać.
- Zaraz... Ja też? - zdziwił się Kakarotto.
- Technicznie rzecz biorąc pracowałeś dla Friezy, kiedy cię tu wysłali.
- Ale ja byłem wtedy mały i nic nie pamiętam.
- Ich to nie obchodzi.
Kakarotto nie wyglądał na specjalnie przejętego.
- W sumie to powalczyłbym z kimś silnym. Myślisz, że przyślą kogoś silnego? - powiedział i popatrzył na Ti Pring takim wzrokiem, jak dziecko pytające, kiedy przyjdzie święty Mikołaj.
- Ani mi się waż! Jak się jakiś zjawi, to jest mój! - krzyknął Vegeta i aż wstał.
Ti Pring czuła, że zaczyna tracić nad sobą kontrolę. Ona również się zerwała.
- To nie jest zabawa! Nie mieszajcie się do tego! - warknęła.
Byli silni, byli chętni, a ona jednak nie odpuszczała. Głupota? Duma? Jedno i drugie? Nie ważne. Czuła po prostu, że musi wziąć sprawę w swoje ręce. Raz na zawsze przestać uciekać.


Ti Pring leżała na łóżku i wpatrywała się w sufit. Ale się porobiło. Przynajmniej miała gdzie się zatrzymać. W służbówce Joe. Pięknie, po prostu. Nie chodziło o fakt, że pokoik ciasny, tylko o to, że zamiast coraz bardziej oddalać się od przeszłości, ona się do niej zbliżała. Ale skoro i tak uparła się na te treningi, to chyba to różnicy nie robiło. Musiała zacisnąć zęby i jakoś wszystko przeboleć. Tylko pozostawało pytanie, czy rząd Planet Zjednoczonych kiedykolwiek da sobie spokój. Zaczynała w to szczerze wątpić. Jednak uciekać już nie zamierzała.
- Hej... - Joe wszedł do pokoju i spojrzał na nią.
Na jej widok od razu zrobił zatroskaną minę. Chyba za bardzo uzewnętrzniała swoje emocje.
- Coś się stało? - spytał.
- Nie, nie... Jest w porządku – zreflektowała się Ti Pring i usiadła, próbując zdobyć się na uśmiech. - Wiesz, jak się człowiekowi chata spali, to jest trochę nie w sosie.
Joe usiadł na łóżku i ją pogłaskał.
- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć Może nie mam zbyt wiele, ale z chęcią się tobą zaopiekuję – wyznał, po czym ugryzł się w język i zarumienił się. - To znaczy... to nie miało tak zabrzmieć... Wiem, że sama umiesz o siebie zadbać, ale po prostu... Jakby to powiedzieć... Nie robię się coraz młodszy, nie? I jest mi z tobą dobrze. Pomyślałem... że może kiedyś...
- Czy ty właśnie próbujesz mi się oświadczyć?
Pytanie Ti Pring doprowadziło Joe do stanu skrajnego zawstydzenia, jeśli bardziej czerwonym w ogóle się być dało.
- Znaczy się... Nie ma pośpiechu. Ja nie naciskam, czy coś... - tłumaczył się nerwowo.
- Zgadzam się – wypaliła ze spokojem Ti Pring, do reszty zbijając go z tropu.
- Uh... Na co się zgadzasz?
- Na chajtanie, głupku.
Chyba powinna była włożyć w to wyznanie nieco więcej serca, bo biorąc pod uwagę z jaką beznamiętnością to powiedziała, Joe mógł pomyśleć, że wcale tego nie chce. Ale chyba nawet nie zwrócił uwagi na ton jej głosu, bo rozdziawił usta, a jego oczy zabłysły.
- Poważnie? - wymamrotał.
- Jasne.
- O mój Boże! - wykrzyknął podekscytowany mężczyzna, po czym zaczął się śmiać, jak kretyn.
- Tylko obiecaj mi jedno. Jak już to zrobimy, wyprowadźmy się gdzieś daleko stąd. Gdzieś na wieś. Mam dosyć miasta.
- Cóż... Polubiłem tę pracę, ale dla ciebie wszystko.
Joe promieniał radością i tryskał energią. Szkoda, że Ti Pring nie mogła się poczuć podobnie.


Ciężko było żyć z wyrokiem, zwłaszcza, gdy nie znało się ani dnia, ani godziny. Ale Ti Pring jakoś z tym sobie radziła. Zdążyła się już przyzwyczaić. Teraz najważniejsze było jak najbardziej się wzmocnić, reszta schodziła na dalszy plan. Dzięki Bogu Joe nie zadawał żadnych kłopotliwych pytań i dalej żył w błogiej niewiedzy. Ti Pring zdołał przekonać wszystkich, by nie mówili mu prawdy i na razie jakoś się to sprawdzało. Miała nadzieję, że pozostanie już tak do końca.
Treningi przypomniały jej o dawnych czasach i choć tak bardzo bała się wspomnień, te, o dziwo, wywołały u niej zupełnie inną reakcję, niż się spodziewała. Myślała, że powróci strach, desperacja, ale w zamian za to, poczuła zaskakującą nostalgię. To nie było złe doznanie, zrobiło jej się cieplej na sercu i w pewnym sensie ją to przerażało. Czy ona za czymś tęskniła? Przecież nienawidziła tamtego życia. Chyba zaczynała dziwaczeć.
- Dobry patent z tą grawitacją – skomentowała, gdy weszli do kuchni po treningu.
Vegeta nalał wody do szklanki i podał ją Ti Pring. A przynajmniej chciał podać, bo kobieta tylko stała bez ruchu i gapiła się na niego zbita z tropu.
- Usługujesz mi... - wydukała z niedowierzaniem.
- Nie usługuję, tylko podaję ci szklankę.
- Nigdy nawet nie podałeś mi ręki.
- Nie przesadzaj, babo.
Ti Pring dalej stała i obserwowała go wnikliwie, jakby próbując rozwikłać łamigłówkę.
- Zrobili ci pranie mózgu na Ziemi, czy co? - powiedziała.
- Ja pierdolę...
Książę przewrócił oczami i sam wyżłopał zawartość szklanki. Ti Pring nie przestawała mu się bacznie przyglądać. Stanowił dla niej jeszcze większą zagadkę niż kiedyś i zastanawiała się, czy uda jej się kiedykolwiek odkryć, co tak naprawdę siedzi mu w głowie.
Usiedli przy stole.
- Zmieniłeś się – stwierdziła i nalała sobie wody.
- Ty też.
- W jakim sensie?
- Coś potrafisz.
Ti Pring uśmiechnęła się z nieukrywaną satysfakcją. Dobrze wiedzieć, że wreszcie mu czymś zaimponowała.
- Co zrobisz, jak będzie już po wszystkim? - spytał, po czym wepchnął sobie do ust garść orzeszków.
- Wyjdę za Joe i przeprowadzę się na wieś – wyznała.
Wyraz twarzy Saiyanina z pełnymi ustami wyglądał dość komicznie. Zrobił taką minę, jakby nie był pewien, czy traktować stwierdzenie Ti Pring, jak absurdalny żart. Przeżuł, przełknął i jeszcze przez chwilę gapił się na nią z niedowierzaniem.
- Chcesz wyjść za służącego – wydukał, jakby próbując się upewnić, czy przypadkiem się nie przesłyszał.
- To nie przestępstwo, wiesz?
- Za służącego...
- To bardzo miły człowiek!
- Owszem, aż do porzygu. Gdyby nie był taką miernotą, nazwałbym go Kakarotto 2.
- Licz się ze słowami!
Jak on śmiał? Ti Pring naprawdę się zdenerwowała. Choć musiała przyznać, Vegeta miał trochę racji w tym swoim dziwnym stwierdzeniu. Ale co z tego? Przecież bycie miłym to dobra cecha.
- Nie żartuj sobie ze mnie, babo.
- Nie żartuję.
Chyba do niego dotarło, bo na jego twarzy pojawił się wyraz skrajnej dezaprobaty.
- Z twoim mózgiem wszystko w porządku? - spytał.
Ti Pring zmarszczyła brwi, ale zachowała spokój.
- O co ci chodzi, Geta? - syknęła.
- To ma być twój wielki życiowy cel? Zamieszkać na zadupiu z jakimś prostakiem i przez resztę życia smażyć kotlety?
- A co w tym złego?
- To nie jesteś ty.
- Cóż, sam stwierdziłeś, że się zmieniłam.
Dopiła wodę i nerwowo przegryzła orzeszka, żeby się czymś zająć. Vegeta trafił w czuły punkt. Naprawdę nie miała ochoty z nim o tym dyskutować.
- Chyba wiem, o co ci chodzi, Ti Pring – stwierdził z przekąsem. - Myślisz, że jak upodobnisz się do innych wieśniaków, to twoje życie będzie równie proste i przyjemne, co ich. Tylko jest jeden problem. Nie jesteś taka, jak inni przedstawiciele tej żałosnej rasy. Jesteś Ti Pring. Podporucznik. Wojownik. Elita. I choćbyś się zesrała, w żaden sposób tego nie zmienisz.
- Jedno pytanie: co cię to obchodzi?
- Hmm?
- Zawsze miałeś w dupie wszystkich i wszystko, więc co cię to obchodzi?
Vegeta nic nie odpowiedział, tylko siedział z naburmuszoną miną. Ti Pring spojrzała na niego pytająco i w pewnym momencie ją olśniło.
- No tak... - rzekła niemalże z rozbawieniem. - Że też wcześniej na to nie wpadłam.
- Co? - mruknął książę.
Kobieta uniosła rękę i przyłożyła palec wskazujący do jego czoła.
- Tutaj wciąż masz zakodowane, że jestem twoją własnością. I ból dupy cię bierze na samą myśl, że dostanie mnie ktoś inny.
- Jakbyś nie zauważyła, to mam żonę.
- No i?
- No i chyba niewiele wiesz o Saiyanach.
- To oświeć mnie, proszę. Powiedz mi, czego takiego nie wiem o Saiyanach, co wiedzieć powinnam.
- Jesteśmy bardziej monogamiczni niż ludzie.
- To czemu wciąż traktujesz mnie, jak swoją samicę?
- Nie traktuję.
- Traktujesz.
- Nie wiem... Może tak było ci tęskno, że to sobie wmówiłaś.
Ta żarliwa wymiana zdań mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, ale Ti Pring zamilkła, gdy zdała sobie sprawę, że ich rozmowa prowadzi donikąd. Bez wątpienia nie zachowywali się w sposób dojrzały i po części wina leżała po jej stronie. Może rzeczywiście zbyt surowo oceniała swego dawnego towarzysza? Nie chciała nosić w sercu urazy za cokolwiek.
- Dlaczego my zawsze musimy się kłócić? - westchnęła. - Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek odbyli normalną konwersację.
- Bo zawsze na mnie naskakujesz.
- Może masz rację... Ale ty dobrym rozmówcą też nigdy nie byłeś.
Nie zdenerwował się. Chociaż tyle. Zaczął zajadać orzeszki, a ona podparła się ręką i obserwowała, zachodząc w głowę, co powiedzieć, by nie wywołać kolejnej burzy.
- Jaka jest w łóżku? - rzuciła nagle Ti Pring, a Vegeta prawie się zakrztusił.
- Kto? - wycedził z pełnymi ustami.
- No jak to kto? Twoja żona?
Patrzył na nią z zakłopotaniem i niedowierzaniem jednocześnie.
- A co to ma, kurwa, do rzeczy?! - wypalił.
- Próbuję nawiązać normalną konwersację między dwójką dorosłych ludzi. Skoro mamy się wzajemnie znosić, to przynajmniej chcę zdrowej atmosfery.
- I to jest pierwszy temat, który ci przyszedł do głowy?
- Dobry, jak każdy inny.
Dalej patrzył na nią z niedowierzaniem. Czasami potrafił być taki pruderyjny.
- No dalej. W skali od jeden do dziesięć – ponagliła Ti Pring. Nawet zaczynało ją to bawić.
- Uh... - Saiyanin przeżuł resztę orzeszków. - Siedem.
- Łał. Siedem. W skali ziemskiej, czy międzygalaktycznej?
- Nie wiem, jak hulaszcze życie prowadziłaś, ale ja nie robiłem z tego badań.
- Hmm... Czyli nie było nikogo innego? Więc to o Saiyanach to jednak prawda.
- Ciebie to bawi?
- Bawi. Chcę, żeby bawiło. Teraz mało co mnie bawi.
- To zdecydowanie nie jest zdrowa atmosfera.
Wstał. Chyba miał już dosyć. I wtedy Ti Pring uznała, że przynajmniej co do jednego musi mieć pewność.
- Tak szczerze, obiektywnie... Naprawdę uważasz, że nie powinnam się chajtać? - spytała.
- Jeszcze do niedawna większość czasu spędzałaś w podejrzanych mordowniach i na nielegalnych walkach. Czemu?
- Żeby zarobić.
- Czemu nie zarabiałaś uczciwie?
- O co tym razem ci chodzi?
- O to, że lubisz walczyć. Lubisz adrenalinę. Właśnie do tego cię ciągnie. Nie jesteś materiałem na żonę.
- A ty jesteś materiałem na męża?
- Nie dbam o to – skwitował, o dziwo ze spokojem.
- No widzisz, ja też o to nie dbam. Zrobię to. Już postanowione.
I na tym Ti Pring raz na zawsze zakończyła temat.
Ostatnio zmieniony 25 sty 2014, 13:00 przez Vampircia, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 500
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 25 sty 2014, 12:29

Zdecydowanie historia jest znacznie bogatsza od tej z czasów służby w freezerowej armii - dzieje się dużo, fabuła idzie do przodu. A Ti-Pring znowu musi działać z Vegetą. Cóż... Chyba nie wypada powiedzieć, że stara miłość nie rdzewieje? W każdym razie ich rozmowy są bardzo zabawne, niby niezręczne, przepełnione jakąś złością, ale zabawne. Ostatni dialog po prostu mistrzowski - każda wypowiedź trafna, chociaż i tak najlepszy był komentarz o Kakarotto2.
- To tylko oparzenie. Mieszkanie mi się spaliło – skłamała k.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 26 sty 2014, 12:31

Kurcze, bałam się, że powiesz, że ta część jest dużo gorsza od "Desperacji". Cieszę się, że jest inaczej. Przynajmniej na razie. Niestety w opisach walk nigdy nie byłam dobra, dlatego czasami mam wrażenie, że sobie za wysoko poprzeczkę tym fikiem postawiłam. I dzięki za miłe słowa odnośnie dialogów. Są dla mnie bardzo ważne (słowa i dialogi).

Zdaję sobie sprawę, że pojawia się tu trochę oklepanych motywów, ale w końcu to Dragon Ball :-P


Rozdział IV

Czas upływał spokojnie. Nic na razie nie zapowiadało burzy, ale Ti Pring wiedziała, że mogą minąć tygodnie, a nawet miesiące, nim cokolwiek się wydarzy. Joe miał teraz dużo pracy, czyniąc przygotowania do przyjęcia urodzinowego swojej szefowej, więc Ti Pring mogła skoncentrować się na sobie. Czasami zastanawiała się, czy istnieje coś takiego, jak przeznaczenie i czy ono właśnie ją tu sprowadziło, ale nie chciała zaprzątać sobie głowy bzdurami. Nie sądziła, by cokolwiek rządziło jej losem poza nią samą i tej właśnie myśli wolała się trzymać. Że ma na cokolwiek wpływ.
Jej mieszkanie zostało prawie wyremontowane i miała nadzieję, że szybko do niego wróci. Źle się czuła pod jednym dachem z tymi wszystkimi osobami. Jak ryba wyjęta z wody. Jak kosmita, dosłownie i w przenośni. Co o niej myśleli? Co chodziło im po głowie na jej widok? Unikała towarzystwa, bo nie chciała wiedzieć. Nic dziwnego, że gdy wreszcie nastał dzień przyjęcia, ona zaszyła się w służbówce, mimo protestów narzeczonego. I po raz kolejny ciężko jej było mu wytłumaczyć, co tak naprawdę czuje.
Paradoksalnie nie lubiła samotności, ale często sama siebie na nią skazywała. Czego tak właściwie się bała?
Mając dość bezczynności wstała i wyszła na zewnątrz. Przyjęcie odbywało się w przedniej części ogrodu, więc na tyłach było pusto, nie licząc meandrów krzewów, drzew i egzotycznych roślin, które momentami tworzyły istny labirynt. Przypominało to trochę dawny ogród jej ojca i coś ścisnęło ją w sercu na samo wspomnienie. Tak pięknie. Zapadł już zmrok, ale poświata lamp solarnych podkreślała tu i ówdzie bogactwo nietypowej roślinności.
- Ti Pring, szukałem cię! - usłyszała głos Kakarotto.
Zaklęła pod nosem. Nic do niego nie miała, ale akurat teraz wolała pobyć sama.
- Co się stało? - spytała z lekki znudzeniem.
- To wiesz kiedy przybędzie ten silny? - powiedział saiyanin z takim zniecierpliwieniem, jakby strasznie chciało mu się sikać i pytał gdzie jest toaleta.
- Nie wiem. Ziemia jest dla nich daleko. To może potrwać – odparła beznamiętnie kobieta.
- A tak mniej więcej?
Musiała się go jakoś pozbyć. Musiała. Spojrzała na zegarek.
- Ooo, zaraz będą tort podawać – wypaliła.
- O rety!
Kakarotto natychmiast czmychnął, zostawiając Ti Pring w spokoju. Odetchnęła z ulgą. Był w porządku, ale irytowało ją jego podejście do niektórych spraw.
Zapuściła się w głąb zielonych meandrów. Byle jak najdalej od reszty towarzystwa, byle się schować. Doszła do niewielkiej podświetlanej fontanny i zauważyła, że jednak nie jest sama. Vegeta leżał na trawie i gapił się w gwiazdy. Wcale nie zdziwił jej fakt, że nie świętuje z innymi. Usiadła przy nim. Zabawne, jeszcze do niedawna nie chciała mieć z nim nic wspólnego, a teraz tolerowała go najbardziej ze wszystkich. Oczywiście nie licząc Joe.
- Jednak tak bardzo się nie zmieniłeś – stwierdziła. - Twoja żona musi być bardzo tolerancyjna.
- Raczej samolubna. Zupełnie tak jak ty.
Tym razem Ti Pring ani myślała się kłócić. Nawet zachichotała.
- Mimo wszystko, to trochę chamskie olać urodziny swojej żony – rzekła.
- Proszę...
Fakt, Vegeta nigdy nie przywiązywał wagi do takich rzeczy. Ti Pring uniosła głowę i również spojrzała w gwiazdy. Pomyśleć, że odwiedziła tak wiele z nich. W jej życiu wydarzyło się już tyle, że czasami odnosiła wrażenie, iż ma przynajmniej sto lat.
Trawa była mokra i chłodna. W powietrzu dało się wyczuć wilgoć. Do tego zapachy przeróżnych roślin stanowiły niesamowitą mieszankę. I ta wszechogarniająca cisza. Niektóre wspomnienia stawały przed oczami, jak żywe.
- Miałeś rację, brakuje mi przygód – wyznała wreszcie Ti Pring i poczuła się tak, jakby zrzuciła z serca ogromny ciężar. - Nie zrozum mnie źle, większość tego, co działo się kiedyś, była okropna. Przenigdy nie chciałabym do tego powrócić. Ale zdarzały się przebłyski. Takie niesamowite chwile, którymi mogłabym żyć bez przerwy, dzień w dzień, w niekończącej się pętli.
- Na przykład jakie?
- Ceresis 15.
- To było po tej akcji z płucem?
- Zatrzymaliśmy się tam w drodze powrotnej.
- Rzeczywiście, było coś takiego.
- Pewnie chciałeś mi zadośćuczynić za to cierpienie – zaśmiała się Ti Pring.
- Nie, chciałem odreagować.
- Tak czy siak, chyba źle cię oceniłam i jestem ci winna przeprosiny – przyznała z zakłopotaniem kobieta. - Nie zrozum mnie źle. Dalej uważam, że jesteś chujem, ale przynajmniej nie aż takim, jak myślałam.
Dziwne, że Vegeta nawet nie zareagował na obelgę.
- Za co jesteś mi winna przeprosiny? - zdziwił się.
- Byłam wściekła, gdy mi pokrzyżowałeś plany dezercji. Tak wściekła, że nosiłam urazę przez wiele lat. Ale teraz wiem, że chciałeś dobrze na swój pokrętny saiyański sposób. I wtedy, gdy powiedziałam, żebyś nigdy nie wracał... cóż... Przepraszam.
Milion razy zachodziła w głowę, co by było, gdyby mu wtedy tego nie powiedziała. Ale to minęło dawno temu i już do tego nie wracała.
- Wiesz ile słowo „przepraszam” znaczy dla saiyan – odparł Vegeta.
- Mareehee.
Vegeta popatrzył na Ti Pring zdumiony. Pewnie nie słyszał tego języka od lat.
- Masz dobrą pamięć – stwierdził.
- To nic trudnego.
Dziwne, ale Ti Pring czuła się teraz tak błogo. I nawet się nie kłócili. Wszystko zdawało się tak osobliwe, a jednocześnie doskonale na swoim miejscu. Ti Pring nie sądziła tylko, że cisza stanie się taka krępująca.
- Powiedziałabym coś mądrego, ale nic mi nie przychodzi do głowy – wyznała.
I po co mówić cokolwiek? On to musiał wiedzieć, bo złapał ją za kurtkę, przyciągnął ją do siebie brutalnie i pocałował tak łapczywie, że zabrakło jej tchu. W jednej sekundzie świat stanął na głowie. Nic już nie było takie, jakim być powinno. A może nie? Może takim się stało?
Jej ciało miało własny rozum i czasem Ti Pring pozwalała mu dojść do władzy. Nie potrzebowała wiele. Jeden impuls wystarczył. Jeden bodziec i nie myślała już o tym, co wypada, a czego nie. Dała się ponieść, całkowicie zapomnieć, odrzucić to wszystko, co skrywało jej prawdziwe pragnienia. Nie była ze szkła i on o tym wiedział. Och, doskonale o tym wiedział. Pozwalał sobie na wiele, ona pozwalała mu na wiele. Czuła mokrą trawę pod nagą skórą, czuła ten żelazny uścisk i niedelikatne pieszczoty, które uwielbiała. Mieszanka bólu i przyjemności, brak wstydu i zahamowań, brak jakichkolwiek barier – jakże tego jej brakowało. Mogła umrzeć ze szczęścia tu i teraz. Umrzeć z rozkoszy. Oszalała. To był prawdziwy zew. Nie bała się użyć paznokci, zębów i siły. On również się nie bał. Wtargnął brutalnie i głęboko. Zakrył jej usta, by nikt nie usłyszał, co wyczyniają. Gdyby ktoś ich zobaczył, mógłby pomyśleć, że dzieje się jej straszna krzywda. Ale nie. Dla niej to było jak morze perwersyjnej rozkoszy, której łaknęła, a której żaden człowiek dać jej nie potrafił. Jak cudownie. Chciała więcej. Więcej, więcej i więcej. I dostała to, czego pragnęła.


Naprawdę lubił tę pracę. Wszyscy byli tacy mili, bawili się, jedli, a on im podawał przekąski, zbierał szklanki i brudne naczynia, i czuł się bardzo dumny. Dumny, bo wiedział, że jest dobry w tym co robi, nawet jeśli to tylko zwykłe usługiwanie. A za swą dobrze wykonaną pracę, poza wynagrodzeniem, dostawał podziękowania, uśmiechy i pochwały. To dawało satysfakcję. Tak, Joe był szczęśliwym człowiekiem, zaręczonym. Miał tylko nadzieję, że jednak Ti Pring zmieni zdanie i zostaną tu. Nie chciał rozstawać się z tą pracą.
- Moi drodzy, cieszę się, że tu przybyliście – solenizantka wzniosła toast. - Minęło już tyle lat. Sama nie będę mówić ile. W każdym razie po mnie nie widać – zachichotała.
- To nie fair, że Vegeta się wypiął. Skoczę po niego – oznajmił Goku, gotów do użycia techniki teleportacji.
- Nie fatyguj się. On już tak ma – wyjaśniła Bulma ze spokojem. - Nawet lepiej. Ten tort jest za mały dla was dwojga.
Wszyscy zaśmiali się z jej żartu, a Goku najwyraźniej uznał, że jej argument jest wystarczająco dobry, bo dał sobie na wstrzymanie.
- W każdym razie chciałabym podziękować za to, że zawsze byliście przy mnie przez te wszystkie lata. Chciałam też podziękować Joe za przygotowanie wspaniałego przyjęcia. Joe niedawno się zaręczył, więc wypijmy jego zdrowie. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, Joe.
- Dobrego, dobrego! Przyślij fotki! - wypalił podpity Roshi.
I jak tu nie kochać tej pracy. Joe spotkał się tu z taką życzliwością. Uśmiechnął się i zarumienił.
- To może ja przyniosę tort? - zasugerował.
- Tak, zrób to – ucieszyła się Bulma.
Joe poszedł do kuchni i przygotował duży nóż. Ale będzie krojenia. Tort był naprawdę wielki, taki jak weselny. Sam go nie przygotował, został zamówiony w cukierni. Ależ to ekscytujące. Joe jeszcze nigdy nie usługiwał na tak hucznym przyjęciu. Wyjął z szuflady świeczki i zaczął je układać na torcie, pogwizdując wesoło. Wcześniej w radiu leciała jakaś skoczna piosenka, ale niestety zaczęli nadawać wiadomości.
- Wciąż badana jest sprawa braku łączności z satelitami na wyższych orbitach. Pojawiły się teorie, jakoby tajemnicze wyładowania ponad atmosferą nie pozwalały...
Joe wyłączył radio, zapalił świeczki, włożył nóż do szklanki z wodą i, wciąż pogwizdując wesoło, wywiózł tort na zewnątrz.


Wciąż nie mogła złapać tchu, a jej serce biło jak szalone. Choć ostatnie fale rozkoszy zdążyły już przeminąć, dalej oplatała go nogami i czuła go w sobie. Póki co nigdzie jej się nie spieszyło, mogli tak leżeć i leżeć. Chwyciła jego twarz i uraczyła go soczystym pocałunkiem, który nieco się przeciągnął. Nawet bardzo przeciągnął. Dopiero po chwili zauważyła, że umazała mu policzek krwią. Spojrzała na swoją dłoń. Musiała ją wcześniej tak mocno zacisnąć, że przebiła paznokciami skórę. Stopniowo zaczynała sobie uświadamiać, jakiego bałaganu narobili, zwłaszcza, gdy partner wreszcie wypuścił ją spod swego ciężaru i legł obok, równie wyczerpany, co ona. Siniaki, otarcia, zadrapania, a nawet ślady zębów – takimi mniej więcej pamiątkami się uraczyli.
Ti Pring próbowała się podnieść, ale ciało wciąż odmawiało jej posłuszeństwa. Dała za wygraną i stwierdziła, że jeszcze trochę sobie poleży. Z oddali dochodziły dźwięki „Sto lat” śpiewanego przez gości. Gdyby nie to, pewnie zapomniałaby gdzie jest. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że praktycznie każdy mógł ich przyłapać na gorącym uczynku. Co za lekkomyślność. Ale w sumie, kto by myślał w takiej chwili? Szkoda tylko, że zdolność logicznego pojmowania zaczynała jej wracać.
- Właśnie zrobiliśmy największe świństwo, jakie można sobie wyobrazić. Zdajesz sobie z tego sprawę? - wydyszała.
- I tak pójdziemy do piekła.
Słuszna uwaga, ale mało pocieszająca.
- Cóż... Twoja teoria o saiyanach chyba się nie sprawdziła – dodała Ti Pring po chwili, już odrobinę ochłonąwszy.
Chwila ciszy. Moment na złapanie oddechu. Zimne powietrze tak przyjemnie chłodziło rozpaloną, oblepioną potem skórę.
- Jak się to wszystko z nami zaczęło... Nappa coś mi powiedział – rzucił Vegeta.
- Co?
- Że już się od ciebie nie uwolnię. Że nie będę chciał się uwolnić. I że tak powinno być.
- No i? Jest w tym jakaś puenta? Morał?
- Założyłem, że już się nie spotkamy.
Chyba zaczynała go trochę rozumieć. Ti Pring podniosła się wreszcie i pozbierała rozrzucone cześci garderoby.
- Nie martw się... - Zaczęła się ubierać. - Jeśli nie będziesz się mógł ode mnie uwolnić, to ja to zrobię za ciebie.
Stanęła przed nim, gotowa do wymarszu.
- Wybierasz się gdzieś? - spytał Vegeta.
- Moje mieszkanie powinno być już zdatne do użytku. Przenocuję tam. Dzisiaj wolę już nikomu czoła nie stawiać – wyjaśniła Ti Pring. - Ty też lepiej doprowadź się do porządku.
Nie przeciągała. Jeszcze tylko jej brakowało, żeby ktoś ją tak zobaczył. Postanowiła tym razem się nie patyczkować z tradycyjnymi środkami transportu i od razu poleciała do swojego apartamentu. Wylądowała na balkonie i weszła do środka. Było późno, więc raczej nikt jej nie zauważył.
W pierwszej kolejności poszła pod prysznic. Dopiero teraz poczuła, że wszystko ją boli. Ale to był rodzaj bólu, który dawał jej perwersyjną satysfakcję. Uśmiechnęła się nawet na moment, ale mina jej zrzedła, gdy zdała sobie sprawę, że nie łatwo będzie wytłumaczyć Joe, skąd wzięły się te wszystkie ślady. Zwłaszcza pogryzione ramię, z którego sączyła się krew, barwiąc wodę na różowo. Na samo wspomnienie bladło przy tym najśmielsze klingońskie porno.
Usiadła, oparła się o ścianę i pozwoliła, by woda zmyła wszelkie pozostałości dzisiejszych ekscesów, nie licząc tych, które musiały się zagoić. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Ti Pring wcale nie żałowała. Może i postąpiła lekkomyślnie, nie mówiąc już, że skrajnie niemoralnie. Może i przyjdzie jej kiedyś smażyć się w piekle, ale, cholera, warto było. Tym razem zabrakło skali.
Wyszła spod prysznica, wytarła włosy i ubrała szlafrok. Legła na łóżko i przez chwilę tkwiła nieruchomo w pozycji na wznak, zachodząc w głowę, jak dalej sprawy się potoczą. Spojrzała na ścianę, która wciąż nosiła jeszcze oznaki poprzedniej walki i zaczęła się zastanawiać, kiedy pojawią się kolejne kłopoty. I wtedy coś zauważyła. Jakiś punkt przesuwający się po białej powierzchni z wielką prędkością. Zmierzał prosto na nią. Wskoczył na stolik, jak pchła. Ti Pring zareagowała natychmiastowo, chwycił szklankę, cisnęła na blat i zdołała uwięzić tajemniczy obiekt. Przyjrzała się mu. Wyglądał trochę jak pająk, dużo mniejszy od jej paznokcia. Wygrzebała z szuflady lupę i zaczęła bacznie go oglądać. Dziwne. Nie przypominał niczego organicznego. Miał metaliczną barwę, ale poruszał się, jak normalny insekt. Pierwszy raz widziała coś takiego. Pozostawało tylko pytanie, co z tym zrobić. Jeśli pojawiło się w jej mieszkaniu nieprzypadkowo, to mogło zwiastować niemałe problemy. Zadrżała. Coś podpowiadało jej, że lepiej nie siedzieć z założonymi rękami.


Pusta uliczka nocą mogła przyprawiać o dreszcze, ale Ti Pring i tak czuła się tu bezpieczniej niż w domu. Dokąd tak właściwie zmierzała? Wciąż nie miała konkretnego planu. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaniesienie tajemniczego nanobota osobie, która rzeczywiście się na takich rzeczach znała. Sęk w tym, że jedyna, jaka przychodziła jej do głowy, teraz pewnie wlewała w siebie morze alkoholu. Pomijając fakt, że była ostatnią osobą, z którą Ti Pring chciałaby się teraz spotkać. Z drugiej strony... Miała jakiekolwiek inne wyjście? Cholera. Wbiegła w przecznicę i...
Bum! Zderzyła się z kimś. Mężczyzna, który stanął jej na drodze, nie wyglądał na przejętego i przez moment chciała zignorować całe zajście, i biec dalej. Ale wtedy coś ją uderzyło. Zero. Żadnej energii. Nic nie wyczuwała, jak wcześniej w przypadku Anoli. Sparaliżowało ją. Spojrzała na niego. Wyglądał przeciętnie, skrajnie przeciętnie. Jak zwykły, młody blondyn w szarym garniturze. Jego twarz nie wyróżniała się absolutnie niczym. Aż ciężko byłoby jej ją zapamiętać. Ale jego oczy zdawały się tak puste i zimne, że w jednej sekundzie Ti Pring uświadomiła sobie, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem. Czy nawet w ogóle z człowiekiem.
- Już czas – oznajmił mężczyzna, bardziej beznamiętnie i sztucznie, niż jakakolwiek istota żywa.
Miał w sobie coś takiego, co nie pozwalało Ti Pring się poruszyć. Co się działo? Skąd ten strach? Przecież dopiero co się spotkali.
- Przyszedłeś mnie zabrać? - wydukała przez zaciśnięte gardło.
- Nie, przyszedłem wykonać egzekucję.
I wtedy Ti Pring tchnęło do działania. Momentalnego. Nie zamierzała nawet się patyczkować. Wystawiła obie dłonie i wystrzeliła. Nie aż tak mocno, by narobić zniszczeń dookoła, ale na tyle silnie, by przeciwnik to odczuł. Zatkało ją. Mężczyzna zniknął, nim fala zdążyła go dosięgnąć. A właściwie rozsypał się. Ti Pring sama nawet do końca nie była w stanie stwierdzić, co się stało. Przez chwilę gapiła się przed siebie ze zdumieniem, z wciąż wyciągniętymi rękoma, po czym kątem oka zauważyła, że podłoże się porusza. Spojrzała w dół i zdała sobie sprawę, że to nie podłoże. Tysiące małych obiektów pełzło i zmierzało prosto na nią. Natychmiast wzbiła się wysoko w powietrze. Zatrzymała się i obserwowała wszystko z góry. Była noc, więc nie widziała zbyt wiele. Ale w pewnym momencie zauważyła, jak coś przyćmiło światła miasta. Jakby ciemna mgiełka. Ti Pring wzbiła się jeszcze wyżej i poleciała za obręb zabudowań. Jeśli miała walczyć z tym czymś, to wolała tego nie robić nad zamieszkałym obszarem.
Zatrzymała się, gdy znalazła się w odpowiedniej odległości od miasta. W końcu miała już nie uciekać. Nawet jeśli nie wiedziała z czym ma do czynienia, nie zamierzała poddać się bez walki. Nie ważne, jaki strach to coś w niej budziło, postanowiła, że się nie ugnie. Skoro już tyle przetrwała, teraz również musiało się udać.
Nie wiedziała nawet kiedy zmaterializował się na tle czarnego nieba. Chciał ją pochwycić, ale ona wymknęła się w ostatniej chwili. Zaatakowała. Próbowała wbić mu pięść prosto w brzuch. I udało się. Nawet nie starał się uchylić. I nawet nie drgnął. Jej dłoń weszła w jego korpus jak w cement, który potem momentalnie zakrzepł. Nie mogła jej poruszyć. Utknęła. A Ti Pring z przerażeniem obserwowała, jak mężczyzna unosi palec wskazujący i wytwarza nad nim kulkę energii.
- Czym jesteś? - wymamrotała kobieta, próbując za wszelką cenę się wyszarpać.
- Prototypem.
- Chyba potworem! - wrzasnęła Ti Pring.
- Według zgromadzonych danych, to ty jesteś potworem. Wymordowałaś mieszkańców dwudziestu jeden planet, dopuściłaś się aktów inwigilacji i szpiegostwa, porzuciłaś wszystkich swoich bliskich, nawet rodzoną córkę.
Jego głos był tak monotonny i pozbawiony emocji, że to, co wygadywał, bolało Ti Pring jeszcze bardziej, niż powinno. Ale nie mogła dać mu wygrać. Nie mogła. Nawet jeśli to, co mówił, było prawdą.
- Nie mieszaj do tego Ti Pau! - krzyknęła i uruchomiła wszystkie pokłady energii, jakie posiadała.
W tułowiu Prototypu powstała wielka wyrwa. Część elementów, z których był zbudowany, posypało się. Ti Pring wiedziała, że musi działać szybko. Znowu wysunęła dłonie, ale tym razem wystrzeliła znacznie potężniejszym strumieniem energii, niż poprzednio. Niestety w ciemności nie była w stanie dojrzeć, czy udało jej się obrócić przeciwnika w proch, czy znowu zdołał uciec. Odpowiedź przyszła niespodziewanie. Ti Pring poczuła mocne uderzenie w kark i runęła prosto w skały pod sobą. Nie wystarczyło to, by pozbawić ją przytomności, ale na moment ją zamroczyło i nim zdołała oprzeć się na przedramionach, Prototyp już stał nad nią, gotów cisnąć w nią kulą energii. Wszystko działo się tak szybko. Wszystko bolało. Czy to był już koniec? Nie mógł. Nigdy! Ti Pring skoncentrowała się. Technika manipulacji. W tej chwili tylko to jej pozostało. Spojrzała na niego. Już miała zatriumfować. I nic. Jej oczy rozszerzyły się w szoku. No tak. Co za idiotka. Nie był żywą istotą. Jak mogło zadziałać? Po raz pierwszy ujrzała uśmiech na jego twarzy. Uśmiech bynajmniej nie serdeczny.
Więc jednak koniec? Pomyśleć, że tyle razy ocierała się o śmierć. Kiedyś musiał nadejść ten ostatni. Nie, nie musiał. Zawsze kurczowo trzymała się życia. Nie chciała zginąć. Nie, gdy już wszystko zaczęło się układać. Ale ten przeciwnik zdawał się niezniszczalny. Co miała robić?
Łup! Tak skoncentrowała się na walce, że nie zdążyła nawet wyczuć, że ktoś się zbliża. Saiyański książę wymierzył Prototypowi potężnego kopniaka. Twór nie zdążył się nawet rozsypać, tylko wbił się w pobliską skałę. Ti Pring ze zdumieniem spojrzała na stojącego nad nią mężczyznę. Był tak szybki, że nawet nie zauważyła, kiedy się pojawił. Pewnie wcześniej wyczuł wzrost jej mocy i od razu zaczął jej szukać. Spojrzał na nią i wyciągnął do niej dłoń.
- Mówiłaś, że nigdy nie podałem ci ręki. No to właśnie to robię – rzekł.
Przez chwilę Ti Pring przyglądała mu się w osłupieniu, jakby wciąż nie mogąc się nadziwić jego natychmiastowym działaniem. A on stał dalej z wyciągniętą dłonią i czekał. Kobieta wciąż była oszołomiona, jednak uniosła rękę i powoli zbliżyła do jego. Ale dotknąć już nie zdążyła. Chwila nieuwagi wystarczyła.
- Uważaj! - krzyknęła Ti Pring, ale było już za późno.
Prototyp rzucił się na saiyanina i dosłownie uwięził go w żelaznym uścisku.
- Zostałeś zeskanowany i zidentyfikowany. Mam rozkaz wykonać egzekucję – oznajmił twór, jak zwykle bez emocji.
Vegeta warknął i próbował się oswobodzić, ale ku zdumieniu Ti Pring Prototyp nie puszczał. Część nanobotów, z których był zbudowany, zaczęło obłazić ciało saiyanina wywołując na jego twarzy wyraz skrajnego zdegustowania. Najwyraźniej jednak postanowił się nie patyczkować. Jego włosy momentalnie zmieniły barwę, a sama energia, którą wytworzył przy tym przejściu wystarczyła, by zrzucić z siebie wszystkie niepożądane obiekty.


Wszyscy już poszli spać. Wszyscy pozostali. Nie oni. Wcześniej ciężko było o odrobinę prywatności bez ryzyka, że zostanie ona nagle zakłócona. Teraz przynajmniej nie musieli się przejmować. Choć trzeba przyznać, ławka w altanie nie należała może do najwygodniejszych miejsc, ale kto by wybrzydzał w takiej chwili? Chwili, która mogłaby trwać wieczność. Ale niestety wszystko się kończy. Czasem za szybko i nie w taki sposób, w jaki by się chciało. Gohan zdał sobie z tego sprawę, gdy dotarło do niego, że dzieje się coś bardzo niepokojącego i w jednej sekundzie cała magia prysła.
- Co jest grane? - spytała Videl, najwyraźniej zaniepokojona faktem, że chłopak nagle zastygł bez ruchu i ewidentnie nad czymś rozmyślał.
- Coś poczułem – wytłumaczył.
- O to chodzi, głupku!
- Nie... nie to...
Wstał i podciągnął spodnie. Szkoda, że tak wyszło. Teraz już i tak by nic z tego nie było.
- Żartujesz sobie? - warknęła dziewczyna.
- Przepraszam – powiedział ze skruchą i pognał w stronę domu.
Musiał iść po ojca. Na szczęście Bulma przenocowała go tak, jak całą resztę. Tylko żeby przy okazji matki nie obudził. Och, to będzie ciężkie. Wszedł do sypialni na paluszkach i zbliżył się do łóżka.
- Tato – szepnął i potrząsnął swym ojcem.
Tak, jak myślał, łatwo nie będzie.
- Tato – powtórzył próbę, tym razem trochę głośniej.
Niestety sprawdziły się jego obawy i zamiast ojca obudziła się matka.
- Gohan, czemu jeszcze nie śpisz? - padło dość groźnie.
Na szczęście pomogło to nieco w budzeniu ojca, bo wydał z siebie zaspany pomruk.
- Tato...
Chłopak spróbował raz jeszcze, chwilowo ignorując matkę. Były teraz ważniejsze rzeczy, niż jej zrzędzenie.
- Co ty wyczyniasz o trzeciej nad ranem? Marsz do łóżka! - rozkazała Chichi.
- Tato, coś się stało.
W końcu Goku się przebudził. Ziewnął i podrapał się po głowie. Chyba zaczynało do niego docierać.
- Ja się z nim porachuję – skłamał, chwycił Gohana za ramię i wyciągnął na zewnątrz.
- Nie możemy tego tak zostawić, tato – oznajmił chłopak.
- Masz rację, ale najpierw muszę się wysikać.


Problem nie leżał w sile Prototypu, tylko w fakcie, że praktycznie żaden atak nie robił mu krzywdy. Vegeta już kilka razy próbował go trafić i rezultat zawsze był taki sam. Księcia Saiyan ewidentnie zaczynało to denerwować, zwłaszcza, gdy przeciwnik rozsypał się na pojedyncze elementy, które następnie przepadły gdzieś bez śladu.
- Pokaż się, tchórzu! - warknął, ale nic to nie dało.
Ti Pring niepokoiła się coraz bardziej. Z jednej strony Prototyp jak na razie nie pokazał szczególnie niszczycielskiej siły, ale w sposobie jego działania było coś bardzo podejrzanego.
Prawie podskoczyła, gdy Kakarotto z synem zmaterializowali się tuż obok. No tak. Teleportacja. Pewnie zorientowali się, co jest grane. Tylko tego jej jeszcze brakowało. Niby wsparcie mogło się przydać, ale nie chciała by oprócz niej kolejne osoby narobiły sobie kłopotów.
- Co wy tu robicie?! - krzyknęła zdenerwowana.
- To gdzie jest ten silny? - spytał Kakarotto, najwyraźniej zawiedziony, że żadnego wroga tu nie zastał.
- Znikajcie, gamonie! Nie jesteście tu potrzebni!
Tym razem zaprotestował Vegeta, ale na pozostałych mężczyznach nie zrobiło to wrażenia. Rozglądali się dookoła ze zmieszaniem, jakby usilnie szukając przeciwnika.
- Może być wszędzie – rzekła Ti Pring. - Te nanoboty, z których jest zbudowany są szybkie, jak cholera. Może się składać i rozkładać do woli. Nawet nie chcę wiedzieć, do czego są zdolne.
- Pewnie do niczego – parsknął Vegeta.
- Nie bądź zbyt pewny siebie. Znalazłam jednego w swoim domu. Po coś tam musiał...
Ti Pring urwała, gdy Prototyp zmaterializował się nagle przed nimi wszystkimi, wlepiając swe zimne spojrzenie prosto w Kakarotto.
- Zostałeś zeskanowany i zidentyfikowany. Mam rozkaz wykonać egzekucję – padło równie oschle, co poprzednio.
- Ja? - zdziwił się Kakarotto.
Prototyp przeniósł wzrok na Gohana.
- Nie zostałeś zidentyfikowany. Odejdź – przemówił.
- To akurat dobra rada – skomentowała Ti Pring i przybrała pozycję obronną. Atak mógł nastąpić w każdej chwili.
- No okej. To walczmy – rzucił beztrosko Kakarotto i zatarł ręce.
Nie wydarzyło się absolutnie nic nowego. Prototyp zaatakował go dokładnie w ten sam sposób, jak saiyańskiego księcia na samym początku.
- Jeśli to nie potrafi niczego innego, to chyba w tym roku żadnej egzekucji nie wykona – skomentował Vegeta.
Ti Pring zmarszczyła brwi. Czyżby tylko ona miała złe przeczucia?
Kakarotto przeszedł w formę super saiyanina i oswobodził się tak samo, jak jego poprzednik. Zaś Prototyp zdematerializował się i po prostu zniknął. I tkwili tak, stali, czekali i po prostu nic. Nic a nic. Jakby zapadł się pod ziemię i nie zamierzał wracać.
- To żałosne – mruknął Vegeta. - Pewnie zorientował się, że sobie nie poradzi i zwiał.
- Nie byłabym tego taka pewna – odparła Ti Pring. - Myślę, że taką ma strategię. Że sprawdzał, które z nas jest najsilniejsze. Kto wie, może właśnie ustala sobie kolejność, w jakiej będzie nas wykańczać?
- Albo właśnie zwiewa.
- Lepiej bądźcie czujni, bo nie wiemy, co to tak naprawdę potrafi. A ty, gówniarzu, wyrywaj!
Gohan już miał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo jego ojciec sam się wtrącił.
- Racja, lepiej będzie, jak wrócisz do domu.
- Ale, tato...
- Chodzi mu tylko o nas. Tym razem to nie twoja walka.
Przez chwilę Ti Pring myślała, że chłopak się zbuntuje, ale po chwili wahania w końcu dał za wygraną i posłuchał ojca. Bardzo dobrze. Nawet jeśli był silny, nie potrzebowali tu osób trzecich. Lepiej żeby nikt się nie mieszał do tej walki.
Stali dalej, nasłuchiwali i wyczekiwali. Ti Pring nie wierzyła, żeby poszło tak łatwo. Prototyp coś planował, wiedziała to. Problem leżał w tym, że po raz pierwszy w życiu miała do czynienia z czymś takim. Nie znała jego strategii, musiała przygotować się na wszystko.
- Arghh! - jęknął nagle Kakarotto.
Ti Pring odwróciła się gwałtownie.
- Co się stało? - spytała ze zdenerwowaniem.
- Nie wiem... Coś mi chyba wlazło do ucha – odparł saiyanin, dłubiąc we wspomnianej części ciała.
- Co?!
Sama nie wiedziała czemu, ale spanikowała. Działo się coś dziwnego. Coś niedobrego. A ona nawet nie miała pojęcia, czego się spodziewać.
I znowu czas przyspieszył. Nawet nie zorientowała się, kiedy dostała w twarz. Tak mocno, że aż poszybowała i runęła z hukiem na ziemię.
- Co ty wyprawiasz, Kakarotto?! - krzyknął Vegeta.
Ti Pring zdołała zauważyć, jak zmierza prosto na nią. Na szczęście książę dopadł go i założył mu nelsona, nim ten zdołał uderzyć ją po raz drugi.
- Odpowiadaj, Kakarotto!
- Nie wiem! To nie ja! Nie mogę tego opanować! - wrzasnął mężczyzna i zacisnął zęby.
Oczy Ti Pring rozszerzyły się w szoku.
- To nanoboty! Mogą przejąć nad kimś kontrolę! - wyjaśniła z desperacją. - Kurwa mać! Jebany cwaniak! Po co nas wykańczać, jak sami możemy?!
Kakarotto przywalił księciu łokciem w brzuch i poprawił lewym sierpowym. Ale Vegeta nie upadł i zablokował kolejny cios.
- Zwiewaj! - krzyknął do Ti Pring.
- Co?
- Dowiedz się, jak dezaktywować to cholerstwo!
Miał rację. To mógł być jedyny sposób. Nie chciała ich tu zostawiać, ale nie znalazła innego rozwiązania. Nie miała czasu. Nie mieli czasu. Posłuchała.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 500
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 02 lut 2014, 11:22

Dobra, nie wiem od czego zacząć, bo trochę się wydarzyło. Myślałem, że to będzie jakiś zapychacz fabuły w stylu debezetowego "trenujemy dalej", ale nie. Zaskakują mnie twoje pomysły, ale pewnie to nie koniec niespodzianek. Zacznę od cytatów - błędów nie znalazłem, ale cytat i tak będzie XD:

Wymordowałaś mieszkańców dwudziestu jeden planet, dopuściłaś się aktów inwigilacji i szpiegostwa, porzuciłaś wszystkich swoich bliskich, nawet rodzoną córkę.
Rozmowy w sb na temat kobiet ssj nabrały właśnie nowego znaczenia.
Spojrzał na nią i wyciągnął do niej dłoń.
- Mówiłaś, że nigdy nie podałem ci ręki. No to właśnie to robię – rzekł.
Pisząc, pewnie nawet nie zwróciłaś uwagi na ten fragment, ale kurde, bije z niego hollywodzka epickość. Moja ulubiona cześć rozdziału.

Pojawia się Prototyp. Ogólnie fajny z nim motyw; zapowiada się interesująco. Jestem ciekawy jak dalej poprowadzisz ten watek. Cały czas będzie on Goku, czy może szykują się jakieś większe jaja. Z resztą może wreszcie ktoś poza Goku będzie miał szanse się wykazać? Z drugiej strony nie rozumiem dlaczego wysłali najpierw panią doktor. Chyba łatwiej było by wysłać na niczego lub mało niespodziewająca się Ti takiego robota.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 02 lut 2014, 12:00

Skorpion pisze:Pisząc, pewnie nawet nie zwróciłaś uwagi na ten fragment, ale kurde, bije z niego hollywodzka epickość.

Nie wiem czy mam uznać to za przytyk, czy komplement:P
Skorpion pisze: nie rozumiem dlaczego wysłali najpierw panią doktor

Będzie później wyjaśnione.

Od razu zaznaczam, że moje walki nigdy nie są równie długie i epickie co w DBZ ponieważ:
1) Uważam, że w wersji pisanej szybciej się robią nudne, jeśli opisy są zbyt rozwleczone
2) Nigdy nie lubiłam zbyt długaśnych walk
3) Walki nie są moją mocną stroną

Ale się staram, żeby było choć odrobinę w klimacie serii:)
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 02 lut 2014, 17:31

Rozdział V

Zaczynało świtać, kiedy Ti Pring wpadła do swojego apartamentu. Na szczęście nanobot wciąż był tam, gdzie go zostawiła. Pozostawało jeszcze go jakoś przetransportować. Wzięła z kuchni pierwszy lepszy słoik i w kliku szybkich ruchach udało jej się zamknąć draństwo w środku. Wiedziała, gdzie powinna go zanieść. Teraz opory zniknęły. Chociaż tyle. Kiedy w grę wchodziło życie i śmierć raczej trudno było rozmyślać o tym, kto za czyimi plecami jakie świństwo zrobił. Ti Pring się nawet nie zastanawiała. Od razu pognała do Capsule Corporation.
Jedyną osobą, jaką zastała na nogach był Joe, który z uporem maniaka sprzątał po całonocnej imprezie. Na widok Ti Pring rozdziawił usta i prawie upuścił mokre talerze.
- Mój Boże, co ci się stało?! - wykrzyknął.
No tak. Zapomniała, że zdążyła stoczyć walkę. Miała potargane ubranie, pył we włosach i właściwie wszędzie, nie mówiąc już, że musiała być nieźle poturbowana. Przynajmniej świeże rany ukryły te, których nabawiła się wcześniej.
- Dawaj tu natychmiast swoją szefową! - oznajmiła stanowczo.
- Śpi i przypuszczam, że będzie jeszcze spać przez najbliższych kilka godzin.
- Byłeś barmanem. Na pewno znasz się na jakichś wywarach trzeźwiących. Masz ją w minutę postawić na nogi!
- Ale co się stało?
- Joe, błagam, nie teraz. Po prostu to zrób!
Ti Pring była tak zdesperowana i zdeterminowana, że Joe nawet nie śmiał się wykłócać. Przerwał natychmiast swoje zajęcia i zrobił to, o co go prosiła narzeczona.
Ti Pring musiała przyznać, była pod wrażeniem. Joe naprawdę znał się na „eliksirach”, bo niedługo później Bulma rzeczywiście była już na nogach. Wyglądała na zaspaną, zdezorientowaną i mocno wkurzoną, ale ważne, że już nie spała.
- Co tu się wyrabia? - mruknęła, przecierając oczy.
- Mamy przejebany problem – wyjaśniła Ti Pring, pokazując słoik.


Ti Pring miała nadzieję, że Bulma jest rzeczywiście taka mądra, jak wszyscy mówią, i rozgryzie tę technologię, bo jeśli nie, to mogło zrobić się nieciekawie. Niestety reszcie pozostawało jedynie czekać. Ti Pring wolała jednak przyglądać się biernie poczynaniom uczonej, zamiast uspokajać Gohana i odpowiadać na pytania Joe. Jakoś nie miała teraz siły użerać się z jednym i drugim. Czuła się, jak podczas operacji, która miała raz na zawsze zadecydować o życiu i śmierci. Ti Pring po prostu nie była w stanie zająć się niczym innym.
- Dobra, chyba mniej więcej rozumiem, jak to działa – stwierdziła wreszcie Bulma. - Wszystkie elementy połączone są jedną siecią, zarówno ze sobą, jak i z bazą, do której ciągle przesyłają nowe dane. Są wytrzymałe, jak cholera, ale to nie znaczy, że nie mają słabych punktów. Pewności nie mam, ale wydaje mi się, że ten cały Prototyp nie jest w stanie jednocześnie kontrolować kogoś i samemu wykonywać bardziej skomplikowanych czynności. Przypuszczam, że gdzieś się zaszył, być może w swoim statku, żeby nie być narażonym na atak, i wszystkim steruje z ukrycia.
- Możesz go wytropić?
- Bezpośrednio nie, ale teoretycznie dałoby się to coś zmodyfikować i wszczepić komuś tak, by ta osoba stała się świadomą częścią sieci, a nie marionetką.
- W takim razie zrób to.
- Nie ma pewności, czy Prototyp mimo wszystko nie wykorzysta tego i nie będzie próbować przejąć kontroli.
- Skoro sam nazywa się Prototypem, to znaczy, że jest niekompletny. Gdyby rzeczywiście był taki niezniszczalny, to wysłaliby go od razu, nie bawiliby się pionkami. Sądzę, że to był ostatni desperacki krok Rządu i że właśnie znaleźliśmy słaby punkt. Pewnie... mogę się mylić, ale... kurde... Mam tu największe możliwości umysłowe. Wszczep mi to ustrojstwo! Poradzę sobie!
Aż trudno uwierzyć, że Ti Pring była gotowa się porwać na coś takiego, ale zamierzała to zakończyć raz na zawsze. Skoro innej drogi nie znaleźli, musiała obrać tę.


Nie wyglądało to najlepiej. Co prawda Prototyp nie był w stanie wykrzesać z Kakarotto wszystkiego, ale i tak potyczka do łatwych nie należała. Vegeta nie chciał zanadto go uszkodzić, ale nie chciał też, by Kakarotto uszkodził jego, więc postępując trochę wbrew sobie skupiał się przed wszystkim na unikaniu i odpieraniu ataków. Czasem wychodziło to lepiej, czasem gorzej, ale i tak prowadziło do jednego rezultatu: miał dosyć.
- Nie możesz tego jakoś zwalczyć?! - krzyknął, kiedy Kakarotto ponownie rzucił się na niego z pięściami.
- Myślisz, że nie próbuję?!
Musiał mówić prawdę. To było w tym wszystkim najgorsze. Że cały czas był świadom swoich poczynań, a jednak nie był w stanie zapanować nad ciałem. Vegeta od samego początku dostrzegał, że jego przeciwnik się męczy. Nie wiedział, czy to jedynie psychiczne cierpienie, czy też fizyczne, ale Kakarotto praktycznie cały czas zaciskał zęby i sprawiał takie wrażenie, jakby dręczyły go nieustanne fale bólu.
Chwila nieuwagi i Vegeta dostał kolanem w brzuch. Zachwiał się i kaszlną. Niedobrze. Zmęczenie dawało o sobie znać. Nie wiedział, jak długo jeszcze będzie w stanie ciągnąć tę walkę. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek będzie polegać na Ti Pring, ale teraz naprawdę na nią liczył.


Co za dziwne uczucie. Tak, jakby nagle otrzymać dodatkowy zmysł. Niesamowity przepływ informacji, tyle informacji. Jej umysł nie był w stanie przetworzyć wszystkich, ale w swoim życiu zdołała go wyćwiczyć na tyle, bo odfiltrować to, co najważniejsze. Skoncentrowała się, próbując oswoić się z nowymi doznaniami i zacząć je należycie interpretować. Z początku zdawało się to ciężkie, ale techniki, które Ti Pring zdołała poznać nie tylko na Vulcanie, pomogły jej wejść w symbiozę z nowym urządzeniem w jej głowie.
- Chyba działa – stwierdziła w końcu i wstała.
- Potrafisz go zlokalizować? - spytała Bulma.
- Tak sądzę.
Nie było ani chwili do stracenia. Ti Pring wybiegła z laboratorium i natknęła się na Joe.
- Powiesz mi wreszcie, co się dzieje? - spytał zdezorientowany mężczyzna.
- Jak już się uporam z tą chujnią, to przysięgam, że opowiem ci wszystko. Ale teraz nie mam czasu.
Zostawiła go tak, wypadła na zewnątrz i wzbiła się w powietrze. Pewnie później będzie żałować, że obiecała mu wyjaśnienia, ale teraz miała większe problemy, by zaprzątać sobie tym głowę.


Kakarotto wyglądał na równie wykończonego, co Vegeta, ale to nie zmieniało faktu, że coś wciąż go kontrolowało i nie odpuszczało. Chwycił sponiewieranego księcia za włosy i zaczął tłuc jego głową o podłoże. Sprawy nie miały się źle. Miały się fatalnie. Nawet jeśli w tym momencie różnica ich sił nie była zbyt duża, nie zmieniało to faktu, że walka nie będzie trwać w nieskończoność. Prędzej, czy później ktoś zginie. Vegeta czuł, że może to nastąpić szybciej, niż by sobie tego życzył. Potrafił znieść wiele, ale już cienka granica dzieliła go od utraty przytomności. Nie mógł jednak jej stracić, bo to oznaczałoby nieubłagany koniec. Co z tą Ti Pring?


Do jej mózgu docierało coraz więcej informacji i coraz lepiej radziła sobie z ich segregacją. Widziała, czuła, niektóre doznania zdawały się wręcz namacalne. Przypominało to trochę vulcańskie zlanie jaźni, ale rozłożone w czasie rzeczywistym. Stała się częścią tej tajemniczej sieci, skrupulatnie ukrywając swoje istnienie. Ale wciąż otrzymywała sygnały z innych jej elementów. To, co działo się na placu boju, to co jeden saiyanin czynił drugiemu, starając się to za wszelką cenę powstrzymać. Zobaczyła to. Poczuła to. I przeraziła się, bo zdała sobie sprawę, jak niewiele czasu jej zostało. Musiała zaryzykować.
- Kakarotto, słyszysz mnie?
Użyła nanobota jako przekaźnika. Miała nadzieję, że jej plan się powiedzie i że przy okazji nie zdradzi swojej pozycji, ale to drugie było bardzo mało prawdopodobne.
- O nie! Nie dość, że coś mnie kontroluje, to jeszcze słyszę głosy! - dotarło do jej umysłu.
- To ja, Ti Pring. Nie pytaj jak to zrobiłam, bo nie ma na to czasu. Chyba mogę dezaktywować to chujstwo w twoim mózgu, ale będziesz musiał mi bardzo zaufać.
- Okej, okej, po prostu to zrób.
- Spróbuję dokonać zlania jaźni na odległość. Krótko mówiąc, ty będziesz mógł zajrzeć do mojej głowy, a ja do twojej, ale teraz to chyba małe zmartwienie.
- A co? Jest jakieś inne?
- Istnieje możliwość uszkodzenia mózgu, ale nie jakaś strasznie duża.
- Rany, po prostu to zrób!


Vegeta czuł, że zaczyna powoli odpływać w niebyt, gdy Kakarotto nagle puścił jego włosy, pozwalając mu runąć bezwładnie na ziemię. To zdecydowanie nie był czas na odpoczynek. Książę podniósł się z trudem, stęknął i spojrzał na przeciwnika. Ten klęczał, trzymając się kurczowo za głowę i dyszał rozpaczliwie. Cokolwiek mu się działo, musiało być wyjątkowo nieprzyjemne. Vegeta obserwował całe zajście ze zdumieniem i niepokojem. Włosy Kakarotto stały się z powrotem czarne, a z jego nozdrzy zaczęła kapać krew. Zawył, jak patroszone żywcem zwierzę, jeszcze mocnej zacisnął palce na swojej czaszce, po czym stęknął bezradnie i upadł. Vegeta podczołgał się do niego i dotknął jego szyi. Żył. Trzeba było go stąd jak najszybciej zabrać.


Tak blisko. Była już prawie na miejscu. Najważniejsze, że Kakarotto i Vegeta byli bezpieczni. Przynajmniej nie prowadziła już wyścigu z czasem.
Zatrzymała się i spojrzała pod siebie. Nic. Tylko skały. Zgłupiała. Sygnały, które otrzymywała, wyraźnie wskazywały na to, że statek musi znajdować się gdzieś tutaj. Sęk w tym, że nie było po nim śladu. Żadnego, najmniejszego śladu.
Ti Pring czuła coś jeszcze. Czuła obecność Prototypu. Odkąd miała w sobie to dziwne ustrojstwo, była w stanie go wykryć, jak każdy, normalny wzorzec energetyczny. Odwróciła się gwałtownie, zmarszczyła brwi i odruchowo przybrała pozycję boją. Zmaterializował się tuż przed nią i wcale nie wyglądał na zaskoczonego.
- Nawet jeśli jakimś cudem uda ci się mnie zniszczyć, już nigdy się stąd nie wydostaniesz. Tylko ja mogę dezaktywować pole siłowe wokół planety – wyjaśnił.
- Cóż, nigdzie się nie wybieram – odrzekła Ti Pring i wystrzeliła z dłoni strumieniem energii.


- Wszystko wskazuje na to, że nic mu nie jest, poza tym, że został nieco poturbowany – stwierdziła Bulma, choć Kakarotto wciąż leżał nieprzytomny.
Dobrze, że Vegeta znalazł w sobie na tyle siły, by go tu przetransportować. Sam zachodził w głowę, co tak naprawdę się stało, choć jego żona miała pewną teorię. Jeśli to rzeczywiście była sprawka Ti Pring, to chyba wszystko zmierzało w dobrym kierunku.
- Tato, ocknij się.
Gohan wciąż próbował ocucić swojego ojca. Musiał się naprawdę o niego martwić i na pewno nie chciał go stracić po raz kolejny. Nie odstępował go ani na krok. Vegeta zresztą też. Pomimo obrażeń i wycieńczenia stał tu z uporem maniaka. Ale w jego przypadku nie wiązało się to z troską, tylko z ciekawością. Chciał wiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło.
- Uh...
Nagłe stęknięcie zaalarmowało obu mężczyzn. Gohan zerwał się na równe nogi i złapał ojca za rękę.
- Hej, tato... Słysz mnie?
Vegeta w napięciu wlepiał wzrok w swego dawnego rywala i czekał. Ze zniecierpliwieniem obserwował, jak Kakarotto marszczy brwi w grymasie ni to bólu, ni zdegustowania, po czym powoli otwiera oczy.
- Co się stało? Gadaj! - Książę jak zwykle się nie patyczkował.
Kakarotto stęknął, podciągnął się nieco do góry, wciąż z tym samym grymasem, co wcześniej i spojrzał na drugiego saiyanina.
- Dobrze się czujesz, tato? - spytał Gohan z desperacją, ale ojciec go zignorował.
Cały czas wlepiał wzrok w księcia. Przez moment wydawało się wręcz, że widzi go po raz pierwszy w życiu, ale na szczęście okazało się to tylko złudzeniem.
- Vegeta, ty... - wydukał i urwał.
Podciągnął się jeszcze bardziej, aż do pozycji siedzącej i momentalnie zreflektował. Tak jakby nagle powrócił do rzeczywistości.
- Co ja? - spytał książę podejrzliwie.
- Nic... Już nic.
Kakarotto potarł skroń.
- Chciałeś coś powiedzieć.
- Nie... już w porządku.
- Jesteś pewien? - spytał Gohan.
- Tak. I mam prośbę, żebyś nas na chwilę zostawił samych.
Chłopak popatrzył na ojca ze zmieszaniem, ale posłuchał i wyszedł. Wzrok Kakarotto ponownie spotkał się ze wzrokiem Vegety.
- Zrobiła jakieś zlanie jaźni i wyłączyła to coś – wytłumaczył młodszy saiyanin. - Tylko że przez to... chcąc nie chcąc... No wiesz, to było tak, jakby znaleźć się w czyjejś głowie – dodał z zakłopotaniem.
Vegeta zmarszczył brwi. Cokolwiek Kakarotto chciał mu powiedzieć, książę czuł, że mu się to nie spodoba. Bo jeśli rzeczywiście Ti Pring otworzyła przed nim swój umysł... Zrobiło mu się niedobrze na samą myśl. Akurat jego w ich sekrety wolał nie wtajemniczać.
- Dlaczego nigdy nie powiedziałeś, że masz córkę? - wypalił nagle Kakarotto.
- O czym ty bredzisz?
Vegeta miał taką minę, jakby usłyszał kiepski żart. Za to Kakarotto zgłupiał, zastygł z otwartymi ustami i zrobił się cały czerwony. Próbował coś powiedzieć, jakoś wybrnąć z sytuacji podbramkowej, w którą sam się nieświadomie wpakował, ale nie zdołał wydusić z siebie słowa. Za to Vegeta coraz bardziej świdrował go swoim spojrzeniem.


Jej atak nie podziałał, ale Ti Pring miała jeszcze asa w rękawie. Kiedy Prototyp znalazł się tuż przy niej, gotów do zadania ciosu, ona skoncentrowała się. Ostatnim razem poniosła porażkę. Myślała, że ma go w garści, podczas gdy on uśmiechnął się szyderczo, kiedy jej technika okazała się bezużyteczna. Tym razem stało się dokładnie na odwrót. Dzięki wszczepionemu nanobotowi zdołała tak zmodyfikować technikę manipulacji, by dostosować ją do specyficznych uwarunkowań swego przeciwnika. Cudownie było widzieć zdumienie na twarzy Prototypu, gdy znieruchomiał, znajdując się niespełna pół metra od niej. Przyłożyła mu w głowę złączonymi pięściami i wbiła go w ziemię, tworząc krater. Nie zamierzała dawać mu jakiejkolwiek szansy. Zaczęła zalewać przeciwnika gradem pocisków energetycznych, aż wielka chmura pyłu przysłoniła całe pole widzenia. Poczuła dziwne zawirowania. To Prototyp musiał się znowu zdematerializować. Na szczęście już go wyczuwała. Zrobiła unik, gdy był za jej plecami, ponownie użyła techniki manipulacji i powtórzyła poprzedni atak.
Strategia zdawała się dobra, ale tylko do czasu. Ti Pring nie przewidziała, że używanie na przemian techniki manipulacji i zmasowanych ataków energetycznych będzie tak szybko wysysać z niej siły. Przy kolejnym razie nie zdołała już powstrzymać jego ruchów. Uderzył ją, a potem zrobił to drugi raz, trzeci. I Ti Pring szybko zdała sobie sprawę, że role znowu się odwróciły.
Kolejny cios posłał ją daleko, aż uderzyła o coś twardego, odbiła się i upadła. Spojrzała w bok, ale nie zauważyła niczego, żadnej przeszkody, na którą mogłaby wcześniej natrafić. Więc w co uderzyła? Chyba nie w powietrze.
Olśnienie spadło nagle. Klingoński system maskujący. To dlatego nie widziała wcześniej statku. Spojrzała na Prototyp. Zmierzał w jej kierunku, ale nie atakował. Czyżby bał się, że uszkodzi to, co znajdowało się za jej plecami?


- Natychmiast nas do niej teleportuj – warknął Vegeta, nie dając nawet dojść Kakarotto do siebie.
- Spokojnie, spokojnie... Zrobię to.
Mężczyzna przyłożył dwa palce do czoła i westchnął. Wiedział, że to, co zaraz uczyni, nie spodoba się księciu, ale narobił takiego bigosu, że nie widział lepszego rozwiązania. Teleportował się więc, tyle że sam. Cóż, jakoś później zniesie ten szał i obelgi.
Ti Pring klęczała pośród gruzów i fragmentów czegoś, co prawdopodobnie było statkiem kosmicznym. Przyjrzał się jej. Była ranna, ale nie jakoś bardzo poważnie. Zdumiał go jej wyraz twarzy. Taki spokojny. Jakby popadła w zadumę. Nawet nie zdziwiło jej jego przybycie.
- Statek był jego słabym punktem. Wszystko było z nim sprzężone. Pole siłowe wokół ziemi, jego źródło zasilania... - wytłumaczyła powoli i ze spokojem.
- Czyli już po wszystkim?
- Wysłałam sygnał do bazy. „Egzekucja wykonana, uszkodzenia uniemożliwiają powrót, uruchamiam system autodestrukcji.” Może to łykną.
Wstała, otrzepała się z kurzu i spojrzała na saiyanina.
- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zajrzałam do twojego umysłu – powiedziała.
- No właśnie, jak już przy tym jesteśmy... - Kakarotto podrapał się po karku, zrobił się cały czerwony i zaśmiał się z zakłopotaniem. - Jakby to powiedzieć... Coś mi się wymsnęło na twój temat... Nie wiedziałem, że to tajemnica i...
Spokój i opanowanie zniknęły z twarzy Ti Pring. Najpierw pobladła, potem zmarszczyła brwi i zaczęła coraz bardziej czerwienieć.
- Co powiedziałeś? - wysyczała.
- No... o Ti Pau... Ale chyba i tak nie uwierzył.
- Powiedziałeś mu o Ti Pau?! - wrzasnęła.
Tak skruszonego Kakarotto jeszcze nie widziała. Była wściekła, a on zdawał się wręcz przerażony jej nagłym wybuchem.
- Przepraszam... Myślałem, że wie... Naprawdę...
Miała ochotę kopnąć go w krocze. Co za kretyn! Jak mógł?! Ale z drugiej strony, czy to rzeczywiście była jego wina? Ti Pring opanowała się nieco.
- Chciałeś dobrze... Zawsze chcesz dobrze... - westchnęła i nerwowo przeczesała włosy. - Kurwa! - Złapała się za głowę i przesunęła dłońmi po twarzy. - Widzisz... Kiedy spotkałam się z nim ostatnim razem, zaraz później zaczęła się ta cała nagonka i musiałam uciekać. I Ti Pau się urodziła i... Moi rodzice też musieli uciekać. Nie byli już na Vulcanie mile widziani. Oddałam im ją. Mieszkają na Ziemi. I omijam ich szerokim łukiem, bo nie chcę, żeby żyła ze świadomością, że jest córką potworów.
- Chyba trochę przesadzasz z tymi potworami. Przecież zajrzałaś do mojego umysłu. Widziałaś prawdziwe potwory.
Cholera, coś w tym było. Ale to i tak wiele nie zmieniało.
- Wracajmy. Czeka mnie ciężka rozmowa z pewnymi osobami – mruknęła.
- Mnie też – dodał Kakarotto równie niechętnie.


Ti Pring stanęła przed drzwiami i zamknęła oczy. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek tu przyjdzie, ale zawsze wywiązywała się z obietnic. Gdyby nie Kakarotto, pewnie by do tego nie doszło, ale nie winiła go już za to. Widocznie tak musiało się stać.
Wzięła głęboki wdech. Szkoda, że nie istniało proste rozwiązanie, że nie dało się tego przeprowadzić w białych rękawiczkach. Joe. Biedny Joe. A miało być tak pięknie. Powiedziała mu wszystko, ale on nie wierzył. Więc zrobiła jedyną rzecz, którą mogła go przekonać. Dokonała zlania jaźni. Ostrzegła go wcześniej, ale nic nie mogło przygotować go na to, co ujrzał. Wiedziała, że to może być dla niego ciężar nie do udźwignięcia, a jednak to zrobiła. I nie odezwał się od tamtej pory ani słowem. W ogóle nie chciał z nikim rozmawiać. Miała nadzieję, że nie zafundowała mu traumy na całe życie.
A teraz stała tutaj i próbowała zebrać się w sobie. Wzięła głęboki wdech i zadzwoniła do drzwi. Czekała z zaciśniętymi pięściami. Czekała i czuła, jak serce jej wali.
Otworzyła jej matka. Postarzała się. W przeciwieństwie do Ti Pring, na której widok oniemiała. Na moment zakryła twarz dłońmi, otworzyła usta i ożywiła się niesamowicie.
- Wejdź... wejdź... - Zaprosiła ją natychmiast do środka.
Gdy Ti Pring znalazła się wewnątrz, ujrzała swojego ojca. Ten z twarzy nic się nie zmienił, ale przypominał teraz niemalże zwykłego człowieka. Nawet zapuścił włosy, by zakryć spiczaste uszy. On również doznał pozytywnego szoku na widok córki i nie próbował tego ukryć. Uściskał ją i nie chciał puścić. Dopiero Ti Pring po chwili się delikatnie oswobodziła.
- Chciałam porozmawiać z Ti Pau – rzekła prosto z mostu. - Ostatnio mam maraton szczerości.
- Ona o wszystkim wie – wypaliła niespodziewania matka.
Ti Pring spojrzała na nią zbulwersowana.
- Powiedzieliście jej prawdę?! - spytała z niedowierzaniem.
- Od samego początku mówiliśmy jej prawdę. Nie ma nic gorszego niż życie w kłamstwie – wyjaśnił ojciec.
- Tak po prostu? Nie pomyśleliście nawet jak ona z tym będzie żyć?!
- Radzi sobie świetnie – odparł ze spokojem Sybok.
- Chcę się z nią zobaczyć.
- Przyprowadzę ją. - Matka poszła na górę, a Ti Pring przełknęła ślinę.
Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Dla niej nawet lepiej się złożyło. Oszczędziło jej to wyjaśnień.
Wkrótce kobieta wróciła w towarzystwie dziewczynki. Jak na dziesięciolatkę była dość niewielkiej postury. Spod burzy czarnych włosów wyzierała para dużych, błękitnych oczu, które wpatrywały się w kobietę ze zmieszaniem. Ti Pring musiała przyznać, że z twarzy były do siebie podobne. Postanowiła zachować spokój i ograniczyć nadmiar emocji. Przyszła tu po to, by wyjaśnić parę spraw, a nie po to, by urządzać ckliwe sceny. Ckliwe sceny nie były w jej stylu.
- Ti Pau, jestem twoją matką – oznajmiła z niebywałym wręcz opanowaniem. - Nie martw się, nie zamierzam wywracać twojego życia do góry nogami. Chciałam się po prostu przywitać. Pomyślałam, że pewnie chciałabyś mnie poznać.
Trudno jej było odczytać wszystkie emocje dziewczynki. Chyba była zbyt onieśmielona, by zareagować w bardziej ekspresywny sposób. Rozszerzyła jedynie oczy i grzecznie się skłoniła.
- Dzień dobry – rzekła cicho.
Trudno było spodziewać się cieplejszej reakcji. W końcu były dla siebie obcymi osobami.
- Powiedz mi, chciałabyś poznać swojego ojca? - spytała Ti Pring.
Ti Pau jedynie przytaknęła niepewnie.
- Czeka na zewnątrz.
Ti Pring wiedziała, że ostatnim stwierdzeniem zaskoczy wszystkich. Jej matka natychmiast spojrzała przez okno i zrobiła jeszcze bardziej zdziwioną minę, niż w momencie, gdy powitała swoją córkę. Natomiast Ti Pau po chwili wahania wybiegła z domu.
- Dlaczego nie weszliście razem? - spytała matka zmieszana.
- Nie jest zbyt towarzyski, poza tym przyszliśmy tylko na chwilę. Najlepiej będzie, jeśli Ti Pau zostanie z wami. Nie chcę niczego zmieniać – wytłumaczyła Ti Pring.
- Naucz ją chociaż panować nad jej mocą. Mnie to zaczyna przerastać – powiedział Sybok.
- Coś wymyślę.
Ti Pring nie kłamała mówiąc, że przyszła tylko na chwilę. Pożegnała się niedługo później. Jej rodzice protestowali, próbowali ją zatrzymać na dłużej, ale ona szła w zaparte. Wyszła i rzuciła Ti Pau jeden, krótki uśmiech.
- Nie martw się. Jeszcze się zobaczymy – rzekła i oddaliła się wraz ze swym saiyańskim towarzyszem.


Ti Pring nie spodziewała się gości, ale dzisiaj Joe złożył jej niespodziewaną wizytę. W jego spojrzeniu nie było gniewu, czy żalu. Nie było też bólu, który widziała po ich wspólnym zlaniu jaźni. Wyglądało na to, że oswoił się wreszcie z tym wszystkim, co mu pokazała.
- Ti Pring... chciałem ci powiedzieć... Że moja propozycja jest wciąż aktualna – wyznał.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem i niedowierzaniem.
- Wciąż chcesz się ze mną ożenić?
- Tak.
I co miała mu odpowiedzieć? To było słodkie. To było kochane. To w pewnym sensie podniosło ją na duchu. Ale nie umiała się już dłużej oszukiwać. Ktoś musiał cierpieć. Albo ona, albo on. Sęk w tym, że już dosyć się nacierpiała. Chyba nadszedł czas, by sobie odpuścić.
- Przepraszam, Joe... Przepraszam...


Ta decyzja nie należała do łatwych, ale w końcu ją podjęła. Długo myślała, rozważyła wszystkie za i przeciw, i nie miała już wątpliwości. Pozostawało pytanie, jak zareaguje Kakarotto.
- Chcę żebyś nauczył Ti Pau panować nad jej siłą – przedłożyła mu bez owijania w bawełnę.
Zdziwienie to za mało, by określić jego reakcję.
- Ale czemu ja? Przecież to twoja córka.
- Ty do tego najlepiej się nadajesz, jesteś dobrą osobą. Kiedy połączyłam się z tobą umysłem, dowiedziałam się o tobie wystarczająco. Ufam ci. Oczywiście możesz odmówić.
Miała nadzieję, że jednak tego nie zrobi.
- No nie wiem... Wydaje mi się, że to ty powinnaś się tym zająć.
- Zamierzam zniknąć na jakiś czas.
Nastała chwila ciszy, podczas której Kakarotto wyglądał na uroczo zakłopotanego. Podłubał w nosie, podrapał się po głowie, westchnął, a potem uśmiechnął.
- A zresztą... Może być wesoło – przyznał.
Ti Pring uścisnęła mu dłoń na znak porozumienia.


- Zamierzam zniknąć na jakiś czas.
Miała tu już więcej nie przychodzić, ale uznała, że jemu również należy się godne pożegnanie.
- Zniknąć gdzie? - spytał Vegeta beznamiętnie.
- Polecieć w gwiazdy. Tak jak kiedyś. Tylko mam nadzieję, że tym razem nikt mnie nie będzie ścigać.
- Lecę z tobą.
Przez moment Ti Pring nie wierzyła własnym uszom. Vegeta powiedział to kompletnie bez zastanowienia. Bez wahania. Tak, jak gdyby nigdy nic.
- Dlaczego? - wydukała.
- Bo chcę.
- Tak po prostu porzucisz rodzinę? To podłe.
- Zrozumieją.
Nie, nie sądziła, by zrozumieli, ale dla niego najwyraźniej nie miało to znaczenia. Rzeczywiście. Był podły. Ale ona chyba też, bo już nie protestowała. Może nadszedł czas, by zrobić coś tylko dla siebie. Przecież i tak mieli pójść do piekła.

Koniec Aktu Pierwszego


Teraz zastanawiam się, czy od razu wrzucać akt drugi, w którym jest spory przeskok czasowy, czy najpierw krótki special o tym, co działo się z Ti Pring zaraz po zakończeniu aktu pierwszego.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 500
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 04 lut 2014, 16:34

Koniec pierwszego aktu wypada jakoś podsumować. Całość czyta się dobrze i wypada całkiem nieźle w klimacie DBZ. Historia skończyła się powiedzmy... szczęśliwie. Sam rozdział 5 czytało się bardzo szybko przez mnóstwo akcji. "Nie pobił" może wcześniejszego epizodu, ale nadal był interesujący.
- Ti Pau, jestem twoją matką – oznajmiła z niebywałym wręcz opanowaniem. - Nie martw się, nie zamierzam wywracać twojego życia do góry nogami.
Hej, właśnie to zrobiłaś :) !

Teraz zastanawiam się, czy od razu wrzucać akt drugi, w którym jest spory przeskok czasowy, czy najpierw krótki special o tym, co działo się z Ti Pring zaraz po zakończeniu aktu pierwszego.
Rób jak uważasz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2482
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 05 lut 2014, 10:39

To jednak postanowiłam najpierw wrzucić speciala, żeby było chronologicznie. Pojawiają się w nim elementy z "SG1" i "The One".


Ti Pring po drugiej stronie lustra (odcinek specjalny)


Kiedy Vegeta powiedział „lecę z tobą”, Ti Pring nie protestowała. Wiedziała, że i tak go nie powstrzyma i w głębi duszy nie chciała go powstrzymywać. Jej własny egoizm wziął górę, ale miała dosyć udręczania się. Wreszcie była wolna, wreszcie mogła zacząć cieszyć się życiem. Być może powinna więcej uwagi poświęcić Ti Pau, ale uznała, że nie jest jej potrzebna, że jej córka doskonale poradzi sobie bez niej. Nie każdego stworzono do rodzicielstwa, a Ti Pring nigdy nie uważała się za matczyny typ.
Już kiedyś posmakowała wolności, ale dopiero teraz Ti Pring zdołała się wyzwolić spod ciężaru własnej przeszłości. Przede wszystkim nie była już pozostawiona sama sobie. Razem na statku raźniej, a był to dość luksusowy statek. Z na tyle dużą wanną, że bez problemu mieściły się w niej dwie osoby. Nic tak nie odprężało, jak wspólna kąpiel.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobiliśmy – rzekła Ti Pring i oplotła partnera nogami.
- Co zrobiliśmy? - spytał Vegeta, wygodnie oparty o klatkę piersiową Ti Pring.
- No zostawiliśmy wszystko za sobą i sru w kosmos. Nawet się zastanawiam, czy to aby na pewno był dobry pomysł.
- Co ci znowu nie pasuje?
- Po prostu czuję się tak... jakbym... rozwaliła twoją rodzinę.
- To był mój wybór, nie twój.
Cóż, chyba miał rację. Ale Ti Pring i tak miała do siebie żal, że nie rozegrała tego inaczej.
- Powinniśmy wrócić i spróbować jakoś to naprostować – stwierdziła.
- Co?! Dopiero żeśmy stamtąd uciekli!
- No właśnie, tak bez słowa wyjaśnienia. To nie w porządku. Wciąż jesteś żonaty, Geta, czy to ci się podoba, czy nie. Nie możesz tego tak zostawić. Musicie ustalić, co z tym fantem zrobić.
- Musimy teraz o tym gadać? Relaksuję się właśnie.
- Nie musimy, ale prędzej czy później wypadałoby wrócić.
- Dajmy im trochę czasu, niech przetrawią to wszystko.
Ti Pring zamilkła, bo poruszony przez nią temat wyraźnie rozdrażnił saiyańskiego księcia. Zamierzała do niego wrócić innym razem. Przeczesała dłonią czyste, pachnące włosy swego partnera i coś przykuło jej uwagę.
- Auć! Czemu wyrwałaś mi włosa? - obruszył się Vegeta.
- Był siwy, popatrz.
- Niemożliwe, saiyańskie włosy nigdy się nie zmieniają.
- Bzdury pleciesz, oczywiście, że się zmieniają. Jak cię poznałam, to miałeś taką uroczą grzywkę, a kilka lat później zaczęły ci się robić zakola.
- No może troszeczkę się zmieniają. Ale saiyanie się nie starzeją. Nie wiem skąd się wziął ten włos.
- Wyluzuj, to tylko jeden głupi włos.
- I nie ma ich tam więcej, prawda?
Fakt, że Vegeta naprawdę zaczynał się przejmować, trochę Ti Pring rozbawił.
- No może ze dwa lub trzy.
- Jak to?
Kobieta zachichotała.
- Może to ze stresu? - rzekła.
- Niby jakiego stresu?
- No odkąd pojawiłam się na nowo w twoim życiu, to chyba musiało być dla ciebie trudne. Musiałeś dokonać wyboru.
- I dokonałem.
- Myślisz, że to był dobry wybór?
- To instynkt. Saiyanie zawsze przywiązują się do pierwszej samicy.
- To czemu zostawiłeś mnie na Vulcanie?
- Bo sama tego chciałaś. Powiedziałaś: „nigdy nie wracaj”.
- I tak to wziąłeś sobie do serca?
- Wiedziałem, że byłaś na mnie wściekła, zresztą... W życiu nie zniżył bym się do poziomu błagania ciebie o zmianę zdania.
Saiyańska duma wiele tłumaczyła, ale Ti Pring i tak trudno było uwierzyć, że już wtedy Vegeta brał ją pod uwagę, jako życiową partnerkę.
- Co byś zrobił, gdybym tego wtedy nie powiedziała? - spytała z ciekawością.
- Plan był taki, żeby rozprawić się z Kakarotto, a potem wrócić. Tyle że i tak się wszystko pokomplikowało.
Teraz Ti Pring sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Chyba nie warto było roztrząsać swoich dawnych wyborów.
- Nigdy nie dałeś mi do zrozumienia, że ci na mnie zależy – rzekła.
- Dałem wiele razy, tylko że ty nie rozumiesz saiyan.
No tak, wszystko sprowadzało się do jednego. Ale fakt faktem, Vegeta zawsze traktował ją nieco inaczej niż pozostałych. I tak grubiańsko w jej mniemaniu, ale jednak bardziej protekcjonalnie. Z powodu różnic kulturowych Ti Pring wielokrotnie mogła nie dostrzec jego intencji. Teraz, gdy nabył nieco ziemskich cech, było łatwiej.
- Nigdy nawet nie powiedziałeś mi komplementu – stwierdziła.
- Saiyanie nie prawią komplementów.
- Nawet swojej żonie nie mówiłeś miłych rzeczy?
- Hmm... Kiedyś chyba coś powiedziałem. Tak. Raz powiedziałem: „Bulma, super grillujesz kurczaka”.
- Łał.
- Ty też nigdy nie byłaś dla mnie szczególnie miła. Wyzywałaś mnie od chujów i w ogóle – mruknął książę.
- Zasłużyłeś sobie na to.
Ti Pring nie mogła zaprzeczyć, że zawsze byli wobec siebie dość opryskliwi. Może nadszedł najwyższy czas, żeby to zmienić i zacząć zachowywać się bardziej po ludzku.
- Zawsze lubiłam twoje włosy – rzekła Ti Pring i oparła brodę o głowę saiyanina. - Nawet jeśli zrobi się więcej siwych, to i tak będą mi się podobać.
Zastanawiała się, co powie Vegeta. Czy czymś ją zaskoczy? Na razie milczał.
- Robisz dobrą kawę – powiedział w końcu.
Ti Pring uśmiechnęła się głupawo. Zanosiło się na naprawdę ciekawą podróż. Wyszła z wanny i chwyciła ręcznik.
- Tak sobie myślałam... Jest parę miejsc, które wiele dla mnie znaczą. Chciałabym je odwiedzić – rzekła, wycierając się.
- Na przykład?
- Najbliżej jest Ceresis 15. Chcę jeszcze raz zobaczyć tamten wodospad.
- Trochę tam nudno.
- Ostatnim razem nie narzekałeś.
Przekomarzał się tylko. Ti Pring widziała w jego oczach, że też chce tam wrócić. Wiadomo już było, gdzie następny przystanek.


Cudownie było wrócić na Ceresis 15. Wiązały się z tym miejscem miłe wspomnienia, coś wyjątkowego jak na tamten okres. Niczym perła wśród zgnilizny. Życie pod rządami Friezy nie należało do łatwych, ale na Ceresis 15 dało się o wszystkim zapomnieć. Teraz Ti Pring nie musiała przed niczym uciekać, ale i tak w tym miejscu poczuła się wyjątkowo. Stanęła na szczycie dwudziesto-metrowego wodospadu i spojrzała w dół. Pamiętała to turkusowe oczko wodne, otoczone dziką, wielobarwną roślinnością i postanowiła powtórzyć swój skok sprzed lat. Zgięła nogi w kolanach, wysunęła ręce do przodu i odbiła się. Jednak nie wyszła z wprawy. Przebiła taflę wody i weszła w nią głową w dół, z idealną precyzją. Wypłynęła na brzeg, wytarła się ręcznikiem i zaczęła się ubierać.
- Geta, gdzie jesteś? - krzyknęła.
No tak, znowu się gdzieś zapuścił. Ostatnim razem było dokładnie tak samo.
Ti Pring zostawiła ręcznik na trawie i postanowiła się przespacerować. Ceresis 15 słynęła ze swych pięknych widoków. Roślinność przybierała tu najróżniejsze barwy i kształty. Licznie występowały tu drzewa pokryte różnokolorowymi płachtami, utkanymi z bardzo cienkich pnączy, które razem tworzyły jakby naturalną gazę. Ti Pring przeszła właśnie pod zielonym baldachimem i znalazła się na polanie. Zauważyła skały okolone różowo-pomarańczowych mchem, a wśród nich wejście do groty. Ciekawe, poprzednim razem nie znalazła tego miejsca.
Kierowana dociekliwością Ti Pring weszła do jaskini, oświetlając sobie drogę kulką energii. Wnętrze nie nęciło barwami tak jak to, co znajdowało się na zewnątrz, ale przykuwało uwagę pod innym względem. Podłoże zdawało się zadziwiająco równe, jakby wyszlifowane, wręcz nienaturalne. A gdy Ti Pring dotarła do sporej komory, zauważyła coś jeszcze. Obiekt, który się tam znajdował miał ponad metr wysokości i wyglądał tak, jakby został wykuty w skale. Nieregularne krawędzie otaczały coś, co wyglądało jak lustro, sęk w tym, że Ti Pring nie wiedziała w nim swojego odbicia. Spojrzała za siebie, skierowała wzrok z powrotem na obiekt i była pewna, że widzi w nim to, co znajduje się za jej plecami. Czemu więc nie dostrzegała siebie? Rzecz bez wątpienia stworzyła istota inteligentna, ale po co? Jak to działało i co tak naprawdę robiło? Żeby lepiej to zbadać Ti Pring dotknęła kamiennej krawędzi i poczuła delikatne mrowienie w palcach, które szybko ustało. Nie zdołała jednak znaleźć niczego, co w jakikolwiek sposób pomogłoby jej znaleźć odpowiedzi na pytania. Może przydałyby się jakieś narzędzia ze statku? Z tą myślą Ti Pring wyszła z jaskini.
Być może dziwny obiekt pełnił tylko funkcje dekoracyjne, ale Ti Pring miała przeczucie, że odkryła coś znacznie ciekawszego. Nie chciała tak tego zostawiać. W pierwszej kolejności udała się nad wodospad po ręcznik i trochę się zdziwiła, gdy go tam nie znalazła.
- Geta?! - zawołała.
Znowu nikt jej nie odpowiedział. Ti Pring wzruszyła ramionami i poszła do statku. Minęła wielkie, czerwone drzewo, przeskoczyła strumień i przedarła się przez gąszcz pnączy, tworzących niemalże tunel. Przeszła jeszcze parę kroków, wyszła na otwarty teren i... nic. Statek zniknął. Ti Pring stała przez chwilę zdębiała i wpatrywała się w łąkę. Tylko kwiatki i trawa. A była pewna, że właśnie tutaj zaparkowali. Przecież Vegeta by jej nie zostawił. To było kompletnie bez sensu. Ale statku nigdzie nie widziała. Stała więc dalej, zachodząc w głowę, co robić. Musiało istnieć jakieś proste wytłumaczenie. Przecież na tej planecie nikt nie mieszkał. Kto mógłby ukraść statek?
Ti Pring zamarła, gdy nagle poczuła czyjąś obecność. I to nie jednej osoby, lecz kilku rozproszonych. Zdawały się dużo słabsze od niej, ale i tak generowały energię znacznie przekraczającą przeciętną. Co tu się działo, u licha? Ti Pring zaczęła się nerwowo rozglądać, próbując kogokolwiek dostrzec. Usłyszała szelest i podskoczyła. Wytężyła zmysły i odruchowo przybrała postawę bojową. Co to? Kto to?
Na moment Ti Pring wstrzymała oddech, a potem zbladła. Z zarośli wyłonił się mężczyzna. Znała go. Ale przecież to nie mógł być on. Niemożliwe. I stał tam, z takim samym wyrazem twarzy, jak ona. Jakby również nie wierzył.
- Ti Pring... - wymamrotał.
Wyglądał tak, jakby zobaczył ducha. A właściwie razem tak wyglądali.
- Raditz... Co do chuja? - wydusiła z siebie kobieta, czując się tak, jakby ktoś chciał jej zrobić bardzo niesmaczny kawał.
- Przecież ty nie żyjesz – powiedział.
- Co?
Ti Pring gapiła się na mężczyznę w szoku. Nie cofnęła się przecież w czasie. Chyba. Zwłaszcza, że Raditz miał opaskę na lewym oku, której sobie nie przypominała. Ale wolała się upewnić.
- Jaka jest data gwiezdna? - spytała.
- 776.2.
Zgadzało się. Podróż w czasie odpadała. Ale musiało przecież istnieć jakieś wytłumaczenie.
- Co jest grane? To jakaś halucynacja? - wydukała Ti Pring.
- Jeśli to halucynacja, to też ją mam.
- Co tu się, kurwa, wyprawia? To jakiś żart? Trafiłam do piekła? Czemu wyczuwam obecność innych?
- Lord Frieza kazał nam znaleźć lustro kwantowe.
- Co takiego?!
- No takie urządzenie, co niby przenosi do innego wszechświata.
Ti Pring zamarła po raz kolejny. Tamten przedmiot... Dotknęła go tylko. Czyżby to wystarczyło? Skąd się tu w ogóle wzięło coś takiego? Jakim cudem istniało?
- To musi być to... O mój, Boże, to musi być to... - mamrotała. - Ale nic się nie stało, jak go dotknęłam... Albo się jednak stało... Ja pierdolę, tutaj Frieza wciąż żyje?
Ti Pring była w takim szoku, że aż musiała sobie przysiąść.


- Co to ma znaczyć, Bunać? Śmiesz wracać z pustymi rękami?
Szeregowy skłonił się nisko i w przestrachu przełknął ślinę.
- Przepraszam, poruczniku. Przeszukałem cały kwadrant i nic nie znalazłem. Może lord Frieza się pomylił?
Silny cios w szczękę dał żołnierzowi do zrozumienia, że to nie była poprawna odpowiedź. Mężczyzna wypluł dwa zęby i otarł usta.
- Albo wrócisz z lustrem, albo nie wrócisz wcale. Spróbuj sprzeniewierzyć się moim rozkazom, a wyrwę ci rękę i każę ci ją zjeść. Zrozumiano?!
- T...tak jest.
Bunać pognał przed siebie, a porucznik Ti Pau odprowadziła go wzrokiem i splunęła z pogardą. Miała dopiero dziesięć lat, a już budziła grozę wśród swoich podwładnych. I pomyśleć, że wyglądała tak niewinnie, nie licząc szramy przecinającej dolną wargę i ciągnącą się wzdłuż brody.
- Niech to, Frieza tu będzie lada moment – mruknęła. - Kakarotto, idziemy! Musimy się spieszyć! - skinęła na swego podwładnego.
- Tak jest!
Niższej rangi saiyanin podążył za swą panią na zwiady bez cienia wahania.
- Z całym szacunkiem, Bunać mógł mieć rację. Możliwe, że lord Frieza pomylił się w swoich oszacowaniach i nic tu nie znajdziemy.
- Wiem, ale wtedy cała wina spadnie na mnie – warknęła Ti Pau.
- Wstawię się za tobą, pani.
- Nie potrzebuję wstawiennictwa takiego śmiecia, jak ty. Jestem księżniczką saiyan! Sama sobie poradzę!
- Oczywiście. - Kakarotto z pokorą zwiesił głowę.
- Przysięgam, że ten jaszczur kiedyś zginie.


- Ti Pau tutaj jest? - zdumiała się Ti Pring, gdy wstępny szok minął i zdołali względnie normalnie porozmawiać.
Raditz przytaknął.
- Dowodzi grupą poszukiwawczą.
- Czemu Frieza tak bardzo chce to lustro?
- Bo usłyszał teorię, że jeśli zabije swoich sobowtórów, to przejmie ich moc.
Wszystko zaczynało nabierać sensu, bez względu na to, jak dziwacznie by nie brzmiało.
- Mówiłeś, że nie żyję. Jak to się stało? - spytała Ti Pring zaciekawiona.
- Kiedy wyszło na jaw, że jesteś w ciąży, Frieza nakazał ci pozbyć się problemu. Ale ty przekonałaś go, że twoje dziecko będzie idealnym wojownikiem i że warto je zostawić. Zgodził się. Oczywiście ty miałaś inne plany. Postanowiłaś zdezerterować, zabierając ze sobą Ti Pau. Jakimś cudem udało ci się namówić do tego Vegetę. I rzeczywiście, udało się wam. Frieza szukał was przez dwa lata. Ale gdy już was znalazł... Zginęliście, ty i Vegeta. A Ti Pau zabrali.
Kiedyś Ti Pring uważała, że spotkało ją w życiu wiele nieszczęść, ale to brzmiało jeszcze potworniej. Zmarszczyła brwi i zacisnęła zęby. Nawet ta beznamiętna relacja ją poruszyła. Abstrakcja stała się rzeczywistością. Ti Pring przeszły ciarki na samą myśl, co jej drugie ja musiało doświadczyć.
Nagle Raditz zdjął z małego palca coś, co przypominało czarną obrączkę.
- Brałem udział w poszukiwaniach i znalazłem to w waszym domu – powiedział.
- Co to?
- Dziennik.
Ti Pring wzięła pierścień do ręki. Widziała już wcześniej takie urządzonka. Pytanie, czy chciała poznawać jego zawartość? Pewnie każdy był ciekaw, na jakie jeszcze sposoby mogło potoczyć się jego życie, ale Ti Pring nie była pewna, czy chce wiedzieć. Czy to dobry pomysł poznawać tę straszną historię? Widziała wiele, ale to mogło przerosnąć nawet ją. To było jak skrzynka Pandory. Ale jednak Ti Pring miała dociekliwość w swojej naturze. Mogła zaprzeć się rękami i nogami, powiedzieć sobie, że nigdy nie zajrzy do środka, ale wtedy te myśli nie przestałyby jej dręczyć.
Ścisnęła pierścień i ujrzała holograficzny obraz. Ujrzała siebie. Przełknęła ślinę. To było upiorne samo w sobie.
- Zrobimy to. Dzisiaj to zrobimy. Uciekniemy – przemówiła postać z hologramu.
Co za pewność siebie. Co za desperacja. Ti Pring zastanawiała się, czy właśnie tak wyglądała, gdy postanowiła wymazać sobie wspomnienia.
Przewinęła nagranie. Nie miała teraz czasu oglądać wszystkiego. Interesowała ją przede wszystkim końcówka. Zatrzymała kilka minut przed końcem zapisu. I znowu ujrzała siebie, ale tym razem nie w mundurze. Trzymała na rękach dziecko, na oko dwu letnie. A jej wyraz twarzy był już daleki od pewności siebie. Widziała strach.
- Będziemy musieli opuścić to miejsce. Doszły mnie słuchy, że...
Alternatywna Ti Pring urwała. Rozległ się huk. Na nagraniu nie było widać wszystkiego, tylko jej przerażenie, gdy się odwraca. I głos, dało się usłyszeć głos. Chyba należał do Dodorii.
- Oddaj ją, to nie stanie się jej krzywda.
- Nie.
Oglądająca nagranie Ti Pring z przejęcia aż przygryzła paznokieć. Widziała wyraźnie, jak jej odpowiedniczka się waha, jak cała drży, jak kurczowo trzyma przy sobie Ti Pau.
- Chcesz żeby zginęła razem z tobą i dołączyła do ojca?
- Nie...
Widząc to wszystko Ti Pring nerwowo odgarnęła włosy i złapała się za głowę.
- Policzę do trzech. Jeden... dwa...
Zrobiła to w końcu. Zrobiła to łkając i ją oddała. A potem... Ti Pring odruchowo zasłoniła oczy i usłyszała tylko huk. Nagranie trwało jeszcze przez jakiś czas, ale już nie zwracała na nie uwagi. Wyłączyła urządzenie i wzięła głęboki oddech. Cała się spociła. Nie sądziła, że oglądając to, poczuje się aż tak parszywie. Z jednej strony to było takie surrealistyczne, a z drugiej takie prawdziwe. Straszne. Nie mogła się otrząsnąć. Prawie tak, jakby przytrafiło się to jej samej.
- Zatrzymaj ten dziennik – powiedział Raditz.
Ti Pring nie była pewna, czy powinna mu dziękować.
- Ilu saiyan jest jeszcze w armii Friezy? - spytała.
- Oprócz Ti Pau tylko ja i Kakarotto.
- Kakarotto? - zdziwiła się Ti Pring, ale szybko zreflektowała. - No tak, to wszystko wyjaśnia. Pewnie wszystko poszło zgodnie z planem. Podbił Ziemię i wrócił.
- Tak było.
- A przez to ty nigdy tam nie poleciałeś. Ani Vegeta, ani Nappa. I nigdy nie dowiedzieliście się o istnieniu... - urwała.
- Istnieniu czego?
- Teraz to nie istotne. Co się stało z Nappą?
- Pomógł wam uciec, więc został stracony. Mnie też Frieza podejrzewał, ale upiekło mi się. Wyłupił mi tylko oko – wyjaśnił Raditz z zadziwiającym spokojem.
Ti Pring westchnęła głęboko. Potarła kark i skronie. To było zdecydowanie zbyt wiele, jak na jeden dzień. Ale nie mogła pozostawić spraw niedokończonych.
- Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale... Zaprowadź mnie do swojego przywódcy – rzekła stanowczo.


Ti Pau zacisnęła zęby i pięści, kiedy lord Frieza przybył ze swoimi gorylami. Musiała powitać go z pustymi rękami, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Najważniejsze to nie okazywać żadnego strachu, ale w takich sytuacjach to zawsze przychodziło z trudem.
- Macie coś dla mnie? - spytał Frieza słodkim, spokojnym głosem.
Ti Pau przełknęła ślinę.
- Jeszcze nie, sir, ale pracujemy nad tym.
Uśmiech lorda zmienił się w groźny grymas.
- Doprawdy? A myślałem, że wyraziłem się wystarczająco jasno, mówiąc: „Znajdźcie mi lustro do mojego przylotu, głupie małpy”.
- Z całym szacunkiem, potrzebujemy więcej czasu...
- Mieliście wystarczająco czasu! Mam dosyć twojej impertynencji! Jesteś równie bezczelna i bezużyteczna, co twój ojciec, niech spoczywa w gnoju. Rób tak dalej, a oddam cię mojemu bratu.
- To się więcej nie powtórzy, sir.
Choć Ti Pau robiła wszystko, by udobruchać swego pana, ten zdawał się coraz bardziej wzburzony. Uniósł rękę, najwyraźniej zamierzając się do zdzielenia swej podwładnej w twarz.
- Ja wiem, gdzie jest lustro – rozległ się nagle głos.
Z lasu wyłoniła się Ti Pring w towarzystwie Raditza. Na jej widok zamarła większość towarzystwa, jedynie Ti Pau wyglądała na zmieszaną i nie za bardzo rozumiała, co się dzieje. Ti Pring natomiast zachowywała stoicki spokój. Kroczyła powoli, niespiesznie, jakby niczym się nie przejmowała. Zatrzymała się naprzeciwko zszokowanych żołnierzy i spojrzała na swą córkę. Na moment posłała jej ciepły uśmiech i zatroskała się. Następnie przeniosła wzrok na równie zszokowanego, co reszta, lorda i zmarszczyła brwi. Wiedziała, że jej obecność spotka się z niedowierzaniem, więc czekała, aż pozostali nieco ochłoną.
- Co to za sztuczka?! - warknął w końcu Frieza.
- Żadna sztuczka. Przeszłam przez lustro kwantowe, niedługo przed tym, jak tu przybyłeś – wyjaśniła ze spokojem Ti Pring.
Frieza potrzebował kolejnej chwili, by przetrawić nowe informacje, po czym uśmiechnął się z satysfakcją.
- Rozumiem... W takim razie ten dzień nie będzie kompletną katastrofą. Powiedz mi, gdzie jest lustro, to może pozwolę ci znowu dla mnie służyć – rzekł.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić.
Tym razem Ti Pring uśmiechnęła się na widok miny Friezy i jego przybocznych. Ewidentnie nie wierzyli własnym uszom.
- Och, a mogę wiedzieć, czemu nie może pani tego zrobić? - spytał sarkastycznie lord, gdy się zreflektował.
- Ponieważ jesteś zakałą wszechświata i nie pozwolę, żebyś srał na moim podwórku – odparła Ti Pring, z tym samym niezachwianym spokojem, co do tej pory.
Dla Friezy to było już za wiele. Nie wytrzymał.
- Dodoria, załatw ją! - wrzasnął.
- Ale, sir, jeśli ją załatwię, to nie powie nam, gdzie jest lustro.
- Racja, racja... Zmuś ją do mówienia!
- Tak jest.
Dodoria uśmiechnął się wrednie, zatarł dłonie i zaczął zmierzać w stronę kobiety. Ti Pau najwyraźniej zdążyła pojąć całą prawdę, bo krzyknęła.
- Matko, nie rób tego!
Jednak Ti Pring niewzruszona wpatrywała się w swego przeciwnika. Ani drgnęła.
- Zginiesz w dwie sekundy – oznajmiła oschle.
Tak, jak się spodziewała, jej stwierdzenie spotkało się jedynie ze śmiechem. To tylko zaostrzyło jej apetyt. Zamierzała rozerwać drania na strzępy w najbardziej finezyjny i okrutny sposób, jaki mógł istnieć. Zamachnął się na nią. I nie zdążył wykonać pierwszego ruchu. Jedna sekunda – Ti Pring wysunęła dwa palce i wymierzyła nimi kilka niebywale szybkich ciosów. Każdy w inny punkt tułowia. Druga sekunda – Ti Pring pstryknęła palcami. Przeciwnik eksplodował, dosłownie rozerwany na strzępy, tak, jak sobie tego życzyła.
- Co to za diabelska technika... - wymamrotał Kakarotto.
Ti Pring uśmiechnęła się z satysfakcją. Cieszyła się, że wreszcie miała okazję wypróbować na kimś to cudeńko. Frieza i jego ludzie, choć przywykli do takich widoków, tym razem byli w absolutnym szoku i przez chwilę nikt nie odezwał się ani słowem.
- Na co czekasz, Zarbon! Transformuj się i do roboty! - krzyknął Frieza na drugiego podwładnego.
Biedny oficer wcale nie palił się do walki. Nie wyglądał na tyle zszokowanego, co przestraszonego. Ale wyboru nie miał. Sprzeciwienie się szefowi sprowadziło by na niego jeszcze więcej kłopotów. Zmienił się w bestię, choć nienawidził tego robić i rzucił się na Ti Pring. Ta odbiła się i wykonała nad nim skok. Zacisnęła łydki na jego szyi. Opierając się dłońmi o podłoże, podniosła przeciwnika nogami i wbiła w ziemię z całej siły. Następnie podskoczyła i zmiażdżyła mu stopą czaszkę.
- Dwie i pół sekundy – skomentowała.
Frieza wpadł w furię. Wyskoczył ze swego pojazdu i cisnął w nią ki blastem. Ti Pring mogła uskoczyć, ale nie musiała. Zasłoniła się skrzyżowanymi rękami i przyjęła atak na siebie. Poza przypaleniem rękawów, nie zrobił jej żadnej krzywdy. Frieza nie zdążył nawet w pełni wyrazić swego niedowierzania. Ti Pring w ułamku sekundy znalazła się tuż przy nim i posłała go kopniakiem w powietrze. Poprawiła jeszcze kilkoma pomocniczymi ciosami, upewniając się, że przeciwnik będzie zbyt oszołomiony, by zdołać wykonać kontratak. Gdy ten wciąż znajdował się w powietrzu, ona wylądowała i uniosła dłoń.
Szkoda, skarbie, że tego nie widzisz – pomyślała.
- Big Bang Attack!
Po chwili Frieza i w tym wszechświecie był już historią, bo został z niego jedynie popiół. Jego ludzie wciąż nie do końca pojmowali, co tak właściwie się stało. Ti Pring musiała ich uświadomić.
- Jesteście wolni – oznajmiła.
Podeszła do wciąż zdezorientowanej Ti Pau i położyła jej dłoń na ramieniu.
- Nie musisz już robić tego, co Frieza ci kazał. Nie jesteś materiałem na zabójcę – powiedziała. - Kakarotto, opiekuj się nią. Ty też, Raditz. - Z tymi słowy Ti Pring odwróciła się i zaczęła zmierzać w stronę lasu.
- Mamo, zostań! - usłyszała nagle rozpaczliwy krzyk Ti Pau.
Tak chwycił ją za serce, że nie mogła go zignorować. Co robić? Zatrzymała się i zacisnęła pięści. Odwróciła się. Westchnęła i podeszła z powrotem do córki.
- Nie mogę zostać, ale jeśli ten wszechświat jest tak podobny, do mojego, to powinny w nim istnieć smocze kule na Namek. Dzięki nim możesz przywrócić do życia mnie i ojca – wytłumaczyła.
Ponieważ Ti Pau nie za bardzo wiedziała, o co chodzić, Ti Pring postanowiła wytłumaczy jej w najszybszy możliwy sposób – poprzez vulcańskie zlanie jaźni.


Po tym jak Ti Pring z powrotem przeszła przez lustro kwantowe, zniszczyła je. Wolała się upewnić, że tak potężne narzędzie nie dostanie się w niepowołane ręce.
To był szalony dzień. Ti Pring miała mętlik w głowie. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Za wiele tego. Zdecydowanie za wiele. Wróciła nad wodospad, podniosła ręcznik i usiadła. Westchnęła głośno i przeciągle. Teraz myślała o tych różnych alternatywnych rzeczywistościach, w których jej życie potoczyło się inaczej. Zastanawiała się, jak mogły wyglądać. W ilu spotkało ją cierpienie, a w ilu szczęście. Nie żeby te rozważania miały jakikolwiek sens.
- Mogę wiedzieć, gdzie się podziewałaś przez ten cały czas? - usłyszała za sobą znajomy głos.
Ti Pring spojrzała na partnera i uśmiechnęła się.
- Pomściłam nas – wytłumaczyła enigmatycznie, czując, że czeka ją cała noc wyjaśnień.

--------

Kiedyś się zastanawiałam, czy nie napisać o tym, jak wracają na Ziemię naprostować sprawy, ale pomyślałam, że byłoby zbyt telenowelowato :-(
Obrazek

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 08 lut 2014, 18:16

więc... wcześniej mówiłaś że masz nadzieję, że nie tylko Skorpion to czyta, otóż nie, ja też i stwierdzam że masz totalnie popierd*loną wyobraźnię :mrgreen: poprzednich wpisów komentować nie będę, bo Skorpion zrobił to mistrzowsko ale ten sobie pozwolę. Ja nie zauważyłam błędów. chyba...
- Hmm... Kiedyś chyba coś powiedziałem. Tak. Raz powiedziałem: „Bulma, super grillujesz kurczaka”.
- Łał.
moja reakcja była taka sama
Zastanawiała się, co powie Vegeta. Czy czymś ją zaskoczy? Na razie milczał.
- Robisz dobrą kawę – powiedział w końcu.
komicznie to brzmi, kiedy mówi to Vegeta :D
- Raditz... Co do chuja?
uwielbiam te reakcje. ciekawi mnie co będzie w drugim akcie, i przyznam(choć zabrzmi to wazeliniarsko) że cała ta historia mogłaby zostać nakręcona ;-)


Wróć do „Dragon Ball/Z/GT/Super”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 1 gość