18+ [DBZ / Star Trek] Co komu przeznaczone

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 09 kwie 2014, 09:22

ale mnie to nie było... czyta się to tak jakoś lekko, przyjemnie, jak nowelę. To oczywiście komplement. Zaczyna się dziać, to dobrze,bo DB zostanie DB czyli typową nawalanką :mrgreen:
jak zwykle błędów nie wytykam, w sumie to ich nawet nie było...
Spodobał mi się motyw z Pan. Ale żę w Goku :?: :!: to był chyba największy szok jak na razie.
Każdy wiedział, że Gohan ma wybuchową naturę,
dobrze wykorzystany szczegół.
A rozmowa Vegety z Goku była jakby żywcem wyjęta z oryginału. Odnoszę nawet wrażenie że coś podobnego było w anime, też Vegeta niby był ostry ale nie pokazywał żę się zgadzał.
No. moja wypowiedź nie ma łady i składu ale jak na 2 min to chyba w miarę zrozumiale. :lol:

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 09 kwie 2014, 19:26

Niby się cieszę, że udało mi się zszokować czytelników, a z drugiej strony szokowanie osoby w twoim wieku to nie do końca mój cel :-(
Obrazek

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 11 kwie 2014, 19:13

ej! nie żebym miała za złe, bo szczylem jestem, no ale nie jestem taka płytka u nie uważam się za najlepszą i wszechwiedzącą jak większość małolat w moim wieku. Tak, wiem jak wygląda moje tłumaczenie się ale już nie mam pojęcia jak poprzeć swoje racje. :-/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 21 kwie 2014, 18:08

Rozdział II

Pan czuła jak serce jej wali. Nie ze zmęczenia lecz z emocji. Pierwszy raz znalazła się w tak niebezpiecznej sytuacji. Bała się, ale poza strachem było coś jeszcze. Dziwne podekscytowanie, silniejsze, niż podczas turnieju. Ale jednak przerażenie dominowało. Przerażenie i determinacja, by ujść z tego cało.
- Ti Pau... - Pan zatrzymała się, gdy zauważyła, że kobieta zgięła się w pół i oparła o drzewo.
No tak, przecież mocno oberwała. Musiało strasznie boleć. Podeszła do Ti Pau i zauważyła, jak ta strasznie pobladła. Oddychała szybko, nerwowo. Była spocona i wyglądała na poważnie zaniepokojoną.
- Chyba krwawię... - wydyszała.
- Gdzie?
Ti Pau była biała jak prześcieradło, wręcz wydawało się, że zaraz zemdleje. I chyba nie ból stanowił główny problem. Wszystko wskazywało na to, że jest przerażona. Tylko czym? Przecież udało się im uciec. Stęknęła i przysunęła nogi bliżej do siebie. Rzeczywiście, na jej spodniach pojawiły się ślady krwi. Teraz Pan to zauważyła. I sama się przeraziła. Nie wiedziała nawet, co się dzieje.
- Co mam zrobić?! - wykrzyknęła z desperacją.
- Nic nie rób – usłyszała nagle głos i poczuła dłoń na swoim ramieniu.
Odwróciła się i zamarła. To była matka Ti Pau. Skąd nagle się tu wzięła?
- Szybko, schronimy się w moim statku – rzekła Ti Pring i wzięła córkę na ręce. - Tam będzie bezpiecznie.


Musiała na chwilę stracić przytomność, bo nie pamiętała, jak znalazła się w łóżku. Pamiętała jednak zagrożenie, które pojawiło się znikąd. Ti Pau uniosła się gwałtownie do pozycji siedzącej i ujrzała przed sobą swoją matkę, która popijała coś z kubka.
- Jak się czujesz? - spytała Ti Pring.
Ti Pau nic nie odpowiedziała, tylko zerwała się na równe nogi.
- Muszę mu pomóc – rzekła nerwowo i rzuciła się do wyjścia.
Jednak Ti Pring zagrodziła jej drogę i pchnęła ją z powrotem na łóżko.
- Nigdzie się stąd nie ruszasz. Nie martw się, twój ojciec mu pomoże – oznajmiła stanowczo.
Wtedy ustał chwilowy napływ adrenaliny i Ti Pau ogarnęło osłabienie. Chwyciła poduszkę i zwinęła się w kłębek. Czuła się obolała, ale nie to było najgorsze. Przed oczami stanęło jej wszystko, co tego dnia zdążyło się wydarzyć.
- Nie dobrze mi – stęknęła.
- Będziesz rzygać?
- Nie... chyba nie... Już lepiej...
Ti Pau udało się trochę opanować. Zaczęła myśleć o przyjemnych rzeczach, uspokajać oddech. Serce już jej tak nie kołatało. Westchnęła. Już lepiej, dużo lepiej. Byle się tylko odpowiednio nastawić psychicznie. Poczuła coś zimnego na swoim karku. Nie wiedziała nawet, kiedy matka zdążyła zrobić okład i znaleźć się przy niej.
- Gdzie jest Pan? - spytała Ti Pau.
- Jest bezpieczna.
Ponieważ poczuła się dużo lepiej, Ti Pau na chwilę zamknęła oczy z błogością. Matka nigdy jeszcze nie traktowała jej z taką troską.
- Musimy porozmawiać... - rzekła nagle Ti Pring.
- Wiem, co chcesz powiedzieć, więc pozwól, że cię ubiegnę. Tak, wiem, co się stało. Nie, nie wiedziałam, że byłam w ciąży. Nie przeżywam tego, więc nie musisz się nade mną użalać – padło z ust Ti Pau, która starała się brzmieć jak najbardziej beznamiętnie. Na razie szło jej nieźle. Może nawet ktoś dałby się nabrać.
- Ja się nigdy nie użalam.
Zadziwiające jak spokojna i nie wzruszona potrafiła być Ti Pring bez względu na sytuację.
- Powiedz mi lepiej, co to za jedni i czego chcieli. - Ti Pau zmieniła pozycję i położyła się na plecach, tak, by widzieć swoją matkę. Dalej starała się brzmieć beznamiętnie. Miała w końcu tego nie przeżywać.
- Nie wiem. Wykryliśmy statek zmierzający w stronę Ziemi i to nas zaniepokoiło, ale nie wiemy kim są i jaki jest ich cel, poza tym, że model statku pochodzi z Metamorfis.
- Wyglądali, jak żołnierze, których mi kiedyś opisywałaś. Myślałam, że ta armia nie istnieje od dawna.
- Cóż, nie śledzę wszystkich wydarzeń w galaktyce. Może uchował się jakiś oddział, kto wie? Ale naprawdę nie wiem, czego mogliby od was chcieć.
Ti Pau miała tylko nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. I że szybko zapomni o dzisiejszym dniu.


- Ylyth, Ylyn, nie pozwólcie im uciec! - wrzasnął rosły dowódca na błękitnoskórych wojowników.
- Tak jest! - krzyknął ścięty na jeża Ylyn i wraz z kompanem wzbił się w powietrze.
Goku ze spokojem obserwował jak obaj mężczyźni rzucają się w pościg. Wiedział, że nie dosięgną celu. Wyczuł w pobliżu znajomą ki. Nie było takiej możliwości, by Vegeta pozwolił im dopiąć swego. Bardzo dobrze się złożyło. Goku mógł skoncentrować się na jednym przeciwniku.
- Coś ty za jeden? - rzucił na wstępie.
- Dla ciebie kapitan Epcho. Więcej nie musisz wiedzieć – oznajmił mężczyzna.
- Czego chcecie od Pan i Ti Pau?
- Powiedziałem ci, że więcej nie musisz wiedzieć.
Goku zmarszczył brwi i przeszył przeciwnika spojrzeniem zarezerwowanym tylko dla największych wrogów. Zastanawiał się, czemu nie wyczuwa od niego żadnej energii. Czy to przez tę bransoletkę, którą miał na nadgarstku? Wcześniej takich nie widział. Cała trójka je nosiła.
- Odejdź! - oznajmił Goku niespodziewanie.
Mimo swego zamiłowania do walki, wolał dać przeciwnikowi szansę na wycofanie się.
- Obawiam się, że nie mogę. Mam swoje rozkazy – rzekł ze spokojem Epcho. - Nie bierz tego do siebie. Będę z tobą walczył, bo nie mam wyjścia, nie dlatego, że mam takie widzi mi się.
- Rozumiem – odparł Goku z powagą. - W takim razie do dzieła.
Obaj byli niesamowicie szybcy. Ich pięści spotkały się ze sobą w pierwszym ataku, a potężna fala energii przeszyła całą okolicę. Odskoczyli od siebie, po czym dokonali kolejnego natarcia. Walczyli jak równy z równym. Mogłoby się wręcz wydawać, że przećwiczyli wcześniej cały układ. Tak zsynchronizowane były ich ruchy. Gdy jeden uderzał, drugi od razu blokował. I tak przez dobrych kilka minut.
Gdy Goku z grubsza wyczuł już styl walki przeciwnika, doszedł do wniosku, że pora przejść do konkretów. Przeszedł w formę super saiyanina i zaatakował z większą brutalnością. Jego ciosy silniejsze. Szybsze. Przeciwnik nie nadążał. Wzbił się w powietrze, ale to tylko otworzył Goku furtkę to potężniejszego ataku. Saiyanin złożył nadgarstki.
- Kame... hame... ha! - Wystrzelił strumieniem energii.
Nie włożył w to nawet całej swojej siły, ale wystarczyło. Przeciwnik runął na ziemię. Goku nie mógł uwierzyć, że poszło mu tak łatwo. Spojrzał na leżące bezwładnie ciało, gdzieniegdzie rozorane i przypalone. Nawet jeśli przeżył, nie było szans by...
Goku cały się napiął, gdy poczuł dłoń zaciskającą się na jego łydce.


- Dokąd się wybieracie? - Vegeta zastąpił drogę dwóm pędzącym przed siebie wojownikom.
Aż miał ochotę powiedzieć: „nie przejdziecie”. Zamiast tego jednak rzucił pogardliwie:
- Dlaczego mnie się zawsze muszą trafiać pionki?
Przeciwnicy nie wyglądali na zadowolonych. Zmarszczyli brwi i wlepili w księcia Saiyan nieprzychylne spojrzenia.
- Co to za jeden? - mruknął Ylyn.
- Nie ważne, załatwmy go – rzucił Ylyth.
- Bierzemy go razem, czy jak?
- Mogę go sprzątnąć sam.
- Czemu akurat ty?
- A czemu akurat ty?
- Dobra, niech sam wybierze, z którym z nas chce walczyć. Tak będzie fair.
- Okej.
Vegeta przewrócił oczami.
- Ja pierdolę – mruknął i nie patyczkując się przeszedł w super saiyanina.
Szkoda było jego czasu na takich przeciwników. Nie zamierzał się z nimi bawić. Wyciągnął obie dłonie i zalał ich gradem pocisków energetycznych. Przeciwnicy nie zdążyli nawet zareagować. Nie sądził, by wyszli z tego żywi.


Ti Pau siedziała na łóżku z brodą opartą o kolana. Czuła się podle. Była trochę poturbowana, ale ból fizyczny nie doskwierał jej jakoś bardzo. A przynajmniej nie stanowił największego problemu. Po prostu nie mogła się pozbierać, a w głowie jej huczało od natłoku myśli. Zbyt wiele wydarzyło się w tak krótkim czasie. Powtarzała sobie, że wszystko będzie dobrze, że nie ma czym się załamywać, ale w obecnej chwili jej mózg zdawał się wyjątkowo odporny na pozytywne myślenie.
W końcu Ti Pau wzięła głęboki wdech i zwlokła się z łóżka. Nie mogła tkwić w letargu w nieskończoność. Otworzyła drzwi i weszła do mesy. Poczuła zapach kakao. Zauważyła, że jej matka podaje kubek siedzącej przy stole Pan. Nie umknęło też jej uwadze, że obie pary oczu natychmiast skierowały się w jej stronę. Z troską i ulgą jednocześnie.
- Napijesz się czegoś? Jesteś głodna? - spytała od razu Ti Pring.
- Myślisz, że byłabym w stanie cokolwiek przełknąć? - Ti Pau zrobiła parę kroków do przodu i położyła dłonie na oparciu krzesła, jakby zastanawiając się: „siadać czy nie siadać”?
- Czy... czujesz się lepiej? - spytała niepewnie Pan.
- Tak... lepiej – odparła równie niepewnie Ti Pau, ale przynajmniej zdobyła się na uśmiech.
W końcu zdecydowała się usiąść. Ale gdy Ti Pring postawiła przed nią kubek gorącego kakao, zdała sobie sprawę, że wszystko jest nie tak, jak być powinno.
- Jak możemy tu siedzieć i popijać kakao, podczas gdy oni walczą na śmierć i życie? - zaprotestowała.
- Wiesz jaki jest twój ojciec i Kakarotto. Nie chcieliby, żebyśmy się w to mieszały – odrzekła Ti Pring.
- Mimo to nie potrafię tak siedzieć bezczynnie!
Ti Pau poderwała się z krzesła, ale matka momentalnie położyła jej dłoń na ramieniu, dając jej do zrozumienia, że lepiej aby usiadła.
- Lekarz ze mnie żaden, ale jestem święcie przekonana, że po tym wszystkim, co dzisiaj się stało, nie powinnaś się forsować – rzekła stanowczo Ti Pring.
Ti Pau przygryzła wargę. Zwiesiła głowę i usiadła. Rany, czemu czuła się tak podle?
- Żałuję, że nie jestem silniejsza – odezwała się nagle Pan z równie posępną miną.
- Byłaś bardzo dzielna – zapewniła Ti Pau i uśmiechnęła się.


Nie pozostawało już żadnych wątpliwości, że kapitan Epcho posiadał jakąś dziwną zdolność do regeneracji. Zaatakował Goku z determinacją i choć saiyanin miał teoretycznie przewagę, obrażenia, które zadawał, nie spowalniały przeciwnika, a tylko rozjuszały go bardziej. Już teraz Goku był w stanie oszacować, że wróg daje z siebie wszystko. On zaś nie pokazał jeszcze wszystkich swoich możliwości. Z pozoru wyglądało na to, że walka jest już przesądzona, ale Goku nigdy nie działał pochopnie, a zbytnia pewność siebie mogła okazać się jego zgubą. Nawet walcząc na niepełnej mocy cały czas zużywał energię. Wiedział, że prędzej czy później zacznie odczuwać zmęczenie. Zaś Epcho zdawał się być zdolny do całkowitej regeneracji nie tylko ciała, ale też sił witalnych, bo jego szybkość i siła nie zmniejszyły się ani trochę, a po takim czasie powinny. W tej chwili Goku może i miał przewagę, ale jeśli będzie ciągnąć walkę w nieskończoność, prędzej czy później rozłożenie sił się odwróci. Nie mógł sobie na to pozwolić. Pozostawało jedno: atak na tyle mocny, by z przeciwnika nie został nawet pył.
Teraz najbardziej liczyła się szybkość i element zaskoczenia. Goku wiedział, że jeśli przeciwnik zdoła wykonać unik, utrata energii może okazać się zbyt duża, by dokonać drugiego podejścia. Znalazł się za plecami Epcho. Uderzył go w kark splecionymi pięściami. Mężczyzna runął w kierunku ziemi. Ale jej nie dosięgnął. Goku mu na to nie pozwolił. Musiał zakończyć to tu i teraz. Nie dawać szansy na kontratak. Zmaterializował się przed przeciwnikiem, nim ten zdążył dosięgnąć podłoża. Tym razem wybił go w powietrze. Nie było miejsca na błąd. Jedyna szansa. Goku wystrzelił potężną kamehą w kierunku nieba.


Vegeta dostał w twarz, kiedy najmniej się tego spodziewał. Co u licha? Jakim cudem wyszli z tego cało? Saiyański książę lubił wyzwania, ale nie podobało mu się ani trochę, że przeciwnicy potrafili momentalnie wyleczyć się ze wszystkich obrażeń. Nawet nie wyglądali na zmęczonych. Vegeta raczej nie lubił się patyczkować. Dość szybko dał wrogom do zrozumienia, co to znaczy super wojownik. Ale to nie zmieniło faktu, że nie ważne, ile razy udało mu się ich trafić, ci zawsze dochodzili do siebie. Nie było wyjścia, musiał to zakończyć szybko. Kiedy Ylyn i Ylyth próbowali go trafić prawym sierpowym z obu stron, Vegeta zrobił szybki unik, przez co mężczyźni znokautowali siebie nawzajem. Siła ciosu odrzuciła ich w przeciwnych kierunkach. Nadeszła pora, by położyć kres tej farsie.
- Big Bang Attack!
Ylytha Vegeta miał już z głowy. Należało rozprawić się z tym drugim, nim ten zdąży się zreflektować. I gdy książę już szykował się do kończącego ataku, potężny strumień energii zmiótł jego przeciwnika z mapy wszechświata. No tak. Głupi Kakarotto musiał zawsze się mieszać.
- Mogłeś mi go zostawić, durniu! - warknął Vegeta.
Kakarotto tylko lewitował w powietrzu i nie odzywał się. Biorąc pod uwagę fakt, że dopiero co zwyciężyli, minę miał wyjątkowo niezadowoloną.
- To było zbyt proste – stwierdził z powagę i dało się zauważyć, że jego zmartwienie nie wzięło się stąd, że liczył na dłuższą walkę.


I pomyśleć, że skończyło się tak szybko. A przynajmniej na razie nic nie zapowiadało dalszych problemów. Co nie zmieniło faktu, że widmo niebezpieczeństwa pozostało. Wszakże ci wojownicy przybyli w jakimś celu. Co jeśli było ich więcej? Nikt nie mógł sobie pozwolić na utratę czujności, ale życie musiało toczyć się dalej. Po tak silnych przeżyciach Pan zdecydowała się wrócić do domu, a Goku i Ti Pau zostali sam na sam z niepewnością tego, co przyniesie kolejny dzień.
- Powinienem poprosić Karina, żeby zaczął znowu uprawiać senzu. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą – stwierdził Goku, wodząc palcem wzdłuż ramienia Ti Pau, które Ti Pring zdążyła elegancko opatrzyć.
- Nie naprawisz wszystkiego senzu – mruknęła Ti Pau i wstała.
Wyszła na zewnątrz, właściwie bez celu. Po prostu stanęła i potarła ręce, bo zrobiło się chłodno. Nie wiedziała już nawet, czy lepiej czuje się w samotności, czy w towarzystwie.
- Masz prawo być zmartwiona – usłyszała za plecami.
- A co ty możesz wiedzieć? - warknęła.
Nie chciała być opryskliwa, ale robiła to odruchowo. Goku jednak zdawał się niezrażony i bardzo wyrozumiały. Położył dłoń na jej ramieniu.
- Chichi też się to kiedyś przytrafiło. Jeszcze przed Gohanem – powiedział.
- Jest dobrze, jak jest – ucięła Ti Pau zirytowana.
Kiedy spojrzała na Goku, zauważyła, że ten patrzy się na nią pytająco.
- Wiem, że nie chciałbyś się znowu pakować w coś takiego – oznajmiła oschle.
Nie sądziła, że Goku zrozumie enigmatyczną wypowiedź, którą go uraczyła, ale chyba nie był aż tak tępy, jak mogło się wydawać. Tym razem czytanie między wierszami szło mu całkiem dobrze. Może uznał, że to nie najlepszy moment na zgrywanie naiwniaka?
- Nigdy nie powiedziałem, że nie chcę.
- Że chcesz, też raczej do zrozumienia nie dałeś. - Ti Pau zdenerwowała się jeszcze bardziej. Nagle zapragnęła wylać z siebie wszystkie żale, które wzbierały miesiącami. - Odrzuciłam wymarzoną pracę, żeby mieć dla ciebie więcej czasu i jakoś ani razu nie odczułam, żebyś to docenił.
- Doceniam. Naprawdę.
- To okaż to jakoś! Zawsze tylko ja się dostosowuję! Zawsze wszystko jest po twojemu!
Ti Pau opanowała się trochę, gdy zdała sobie sprawę, jak bardzo podniosła głos. Ale zdenerwowanie nie minęło.
- Przynajmniej miałeś z kim walczyć. Jesteś zadowolony? - podsumowała jadowicie.
- Nie jestem zadowolony, kiedy krzywdzą mi bliskich.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
Odpowiedź nigdy nie padła, bo żarliwą wymianę zdań przerwał dźwięk zbliżającego się pojazdu oraz blask świateł. Panował już półmrok, ale Ti Pau zdołała odczytać rejestrację samochodu, który zaparkował tuż przed nią. Numery ze stolicy, ale kto to był? Nie kojarzyła, żeby ktoś z bliskich jej osób jeździł takim autem.
Kiedy drzwi się otworzyły, z samochodu wyszedł mężczyzna w dżinsach i bluzie. Jego postrzępione białe włosy od razu rzuciły się Ti Pau w oczy.
- Ace?! - wykrzyknęła z niedowierzaniem.
- Kto to? - zdziwił się Goku.
- Kumpel Gotena – odparła Ti Pau, zachodząc w głowę, czego może od nich chcieć.
- Tak... - odparł niepewnie mężczyzna i zbliżył się.
Było coś dziwnego w jego zachowaniu. Wyglądał na zdenerwowanego. Jakby wcale nie chciał tu przyjeżdżać, ale nie miał wyjścia. Jakby próbował coś z siebie wykrztusić, ale się bał. Włożył ręce do kieszeni bluzy i wlepił wzrok w podłoże. Wziął głęboki wdech, uniósł głowę i dopiero wtedy skierował swe czerwone oczy na Ti Pau.
- Muszę wam coś powiedzieć. Coś, co wam się nie spodoba, ale obiecajcie, że pozwolicie mi powiedzieć do końca – oznajmił z wyraźnym dyskomfortem.
- Mów – rzekła nerwowo Ti Pau.
Ace znowu wziął głęboki wdech i przełknął ślinę.
- To moja wina, że was dzisiaj zaatakowano – oznajmił.
- Co?! - Ti Pau myślała, że to jakiś chory żart.
- To ja przekazywałem im informacje o was. Obserwowałem was od dłuższego czasu. Przepraszam. Nie miałem wyjścia. Zmuszono mnie do tego.
Ti Pau straciła nad sobą panowanie. Chwyciła albinosa za gardło i przycisnęła go do drzewa.
- Śledziłeś nas?! To ty ich na nas nasłałeś?!
- Ti Pau, uspokój się! Daj mu dokończyć! - Goku próbował ją powstrzymać.
- Wiesz, co narobiłeś?! Wiesz, co narobiłeś?!!! - wrzasnęła histerycznie kobieta.
- Nie miałem wyjścia. Błagam, pozwól mi dokończyć.
Mężczyzna chwycił Ti Pau za nadgarstki i odsunął jej ręce od swojego gardła. Z pozoru nic niezwykłego, ale dopiero po chwili kobieta uświadomiła sobie, że jakimś cudem zdołał się z nią siłować. Żaden człowiek nie mógłby... Kim on był, do cholery?
- Proszę, wysłuchaj mnie... - ciągnął albinos. - Zostałem do tego zmuszony przez przyrodniego brata. Groził mi śmiercią. Ale przychodzę teraz do was, bo wiem, że możecie go pokonać. Musiałem im pozwolić... Musiałem mieć pewność, że dacie radę, bo inaczej, skończyłoby się to źle dla nas wszystkich.
- Zaraz... kim ty tak właściwie jesteś? Twoja twarz wygląda znajomo. - Goku podrapał się po głowie.
- Pokonałeś kiedyś mojego ojca – wyznał albinos.
- Znaczy się kogo?
- Coolera.
Ti Pau zaczynała się zastanawiać, czy jej się to wszystko nie śni, bo sytuacja robiła się coraz bardziej irracjonalna.
- Nie wyglądasz mi na jaszczurowate coś – rzekła sceptycznie.
- Jestem bękartem pół krwi. Dlatego brat zmusił mnie do tej misji. Bo wyglądam tak, jak wy.
- Jaja sobie robisz, czy coś?
- Mówię prawdę. Nie mam na imię Ace, tylko Ice. Mój brat Snow stanowi poważne zagrożenie dla galaktyki. Musicie mi pomóc.
- Nic nie musimy. Czemu niby mamy ci wierzyć? Może to twój kolejny podstęp?
- Twoja matka... Umie dokonywać zlania jaźni, prawda? Jeśli mi nie wierzycie, to niech zajrzy mi do umysłu.
Obecnie Ti Pau była zbyt wzburzona, by kogokolwiek wysłuchać w spokoju. Już miała chwycić albinosa za bluzę, ale Goku stanął między nią, a nim.
- Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale powinniśmy go wysłuchać – uspokoił ją. Nawet mu się udało, bo Ti Pau dała za wygraną. - Wytłumacz nam najpierw, czego ci kolesie chcieli od Pan i Ti Pau – zwrócił się do mężczyzny.
- Mój brat finansuje wiele badań genetycznych. Jego naukowcy pracują nad hybrydami różnych ras, żeby stworzyć idealnych wojowników. Testują też przeróżne modyfikacje, ulepszenia... Mój brat od dawna marzył o zdobyciu saiyan do badań. Ma obsesję na punkcie siły. Chce być niepokonany. Teraz już rozumiecie, że trzeba go powstrzymać?
- Ja mu nie ufam – mruknęła Ti Pau.
- Więc zróbmy tak, jak powiedział. Skontaktujmy się z twoją matką – zasugerował Goku. - Ona nam pomoże.


- Mówi prawdę – rzekła Ti Pring, odrywając dłonie od twarzy Ice'a. - I ma powód, żeby nienawidzić swojego brata.
- To znaczy? - spytał Vegeta sceptycznym tonem.
Albinos oparła się łokciami o blat stołu mesy i westchnął.
- Moja matka była służącą... A właściwie niewolnicą – podjął. - Gdyby mój ojciec żył, możliwe, że uznałby mnie za prawowitego spadkobiercę, ale niestety, gdy mój starszy brat przejął pałeczkę, ja również stałem się dla niego tylko niewolnikiem. Kiedy miałem piętnaście lat, moja matka próbowała ze mną uciec, ale Snow pokrzyżował nam plany i ją zabił. Pozwolił mi żyć, bo uznał, że będę dla niego przydatny.
- To musiało być dramatyczne przeżycie. Aż dziw, że mówisz o tym tak beznamiętnie – skomentowała z przekąsem Ti Pau.
Cały wieczór była w złym humorze. Siedziała przy stole naburmuszona i z założonymi rękami. Dokładnie ta sama poza i wyraz twarzy, co u jej ojca. Ten jeden raz naprawdę dało się między nimi zauważyć podobieństwo. Ice spojrzał na nią spode łba, gdy usłyszał jej nieprzychylną uwagę.
- Co mam jeszcze zrobić, żebyście mi uwierzyli? - spytał z desperacją.
- Ja ci wierzę – oznajmił Goku z powagą. - Ilu ludzi ma twój brat?
- Wielu, ale to głównie pionki. Nimi nie musicie się przejmować. Ma jednak kilku przybocznych na podobnym poziomie, co kapitan Epcho.
- A on sam jaki jest silny?
- Dużo silniejszy od mojego ojca, ale po tym, co o tobie słyszałem, jestem pewien, że dasz mu radę – powiedział Ice i wyraźnie się ożywił.
Vegeta chrząknął, chyba niezadowolony z faktu, że został zignorowany.
- Wyjaśnijmy sobie jedno – wycedził. - Nie ufam ci i na pewno nie zrobię tego dla ciebie. Ani dla galaktyki. Ale chętnie skopię parę tyłków, więc wchodzę w to. Brakowało mi porządnej bitki. Założę się, że tobie też, Kakarotto.
Ti Pau zmarszczyła brwi. Po tym, jak Goku zobaczył jej minę, wolał już chyba się nie odzywać.
- Żebyśmy mieli jasność: jeśli wy się tam wybieracie, to ja też – oznajmiła beznamiętnie. - Nawet nie próbujcie mnie powstrzymywać.
Rzeczywiście, nie próbowali. Ostatnie zdanie Ti Pau wypowiedziała tak groźnie i z taką determinacją, że nawet jej ojciec dał za wygraną, nim jeszcze doszło do ostrzejszej wymiany zdań.
- Och, i żeby nie było... Ja też ci nie ufam – dodała jadowicie i przeszyła Ice spojrzeniem bardziej lodowatym niż jego imię.
Rozmowy na moment przycichły. Zrobiło się niezręcznie.
- To jak? - Goku zatarł ręce, próbując rozładować atmosferę. - Mam nas tam przesłać? Bo jak ten Snow ma podobny wzorzec energetyczny co Ice, to może uda mi się go zlokalizować.
- Nie da rady – odparł pół-changeling. - Nosi opaskę maskującą, taką jak ta. - Podwinął rękaw i wskazał na nadgarstek. - Musi być ostrożny. Nie tylko wy macie ochotę dobrać mu się do tyłka. Ale to nic. Na Ziemi wciąż jest nasz statek. Spodziewają się naszego powrotu za jakiś tydzień. To nam da element zaskoczenia. Nie będą wiedzieli, że wy jesteście na pokładzie. Na statku można trenować, więc nie zmarnujecie tego czasu. I zdążymy opracować jakąś strategię.
- Brzmi rozsądnie – stwierdziła Ti Pring i spojrzała na każdego po kolei.
Na szczęście tym razem nikt nie protestował.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 494
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 22 kwie 2014, 18:54

Dobra, nadrabiam. Jestem po dwóch rozdziałach. O drugim akcie strasznie ciężko jest mi coś napisać. Nie podobał mi się tak do końca. Pod względem opisy, emocje, wszystko starannie. Nie jestem fanem Ti Pau i głównie przez jej postać ciężko było mi przebrnąć przez większość aktu II. Trzeci czyta się znacznie lepiej. Pojawia się Pan i z miejsca rozluźnia atmosferę swoimi "problemami życiowymi", pojawiają się nowi przeciwnicy, trochę dynamiki. Jest ok.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 05 maja 2014, 14:03

Drugi akt był po prostu bardziej babski ;-)


Rozdział III

Podroż trwała dopiero jeden dzień, a Ti Pring już czuła, że będzie ciężko. Przy obiedzie panowała grobowa atmosfera. Ice wyglądał na mocno wyalienowanego. Nie rozmawiał z nikim, nie nawiązywał kontaktu wzrokowego i w ogóle zdawał się pogrążony we własnych myślach. Ti Pring wcale mu się nie dziwiła. Po tym, co zobaczyła w jego głowie, wiedziała, jak musiało mu być ciężko. Przeniosła wzrok na Goku i Vegetę. Cała ich uwaga skupiała się na posiłku i jak zwykle dopisywał im saiyański apetyt. Czego nie dało się powiedzieć o Ti Pau. Ta tylko dłubała w jedzeniu i podpierała się ręką, a jej mina wskazywała na podły nastrój. Co jakiś czas rzucała Ice'owi nieprzychylne spojrzenie, a pozostałych ignorowała całkowicie. Ti Pring się to nie podobało. Niestety nie należała do zbyt uczuciowych i wyrozumiałych matek. Dziesięć lat u Friezy i kolejne kilkanaście uciekania skutecznie stłumiły w niej ludzkie odruchy.
- To jak silny jest ten Snow? - zwrócił się Goku do Ice'a w przerwie między czwartym, a piątym daniem.
- Tego nikt dokładnie nie wie, ale dzięki badaniom genetycznym na pewno zwiększył swoje możliwości – odparł mężczyzna.
- Już nie mogę się doczekać – oznajmił ochoczo Goku i wziął się za piąte danie.
Ti Pau rzuciła łyżką i wstała od stołu. Saiyanie byli zbyt pochłonięci jedzeniem, by to zauważyć, zaś Ice uniósł tylko na chwilę beznamiętne spojrzenie. Ti Pring podążyła za Ti Pau do jej kajuty.
- Mam dosyć twoich fochów! Albo zaczniesz się zachowywać, jak saiyanka, albo wracaj do domu! - oznajmiła groźnie Ti Pring, nim jeszcze przekroczyła próg.
Młodsza kobieta spojrzała na matkę z niedowierzaniem. Pewnie nie takich słów się spodziewała.
- Wiem, że jest ci ciężko, ale tam, gdzie lecimy, nikogo to nie będzie obchodzić. Skoro sama chciałaś lecieć, pokaż, że jesteś twarda – dodała Ti Pring, już nieco łagodniej. - Uwierz mi, ja musiałam radzić sobie ze znacznie cięższym gównem, niż ty. Wygodne życie cię rozpieściło.
Przez chwilę Ti Pau wpatrywała się w swoją matkę ze zmieszaniem, wstydem i bólem. Chyba chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła, bo dziwny hałas wydobywający się ze schowka przykuł uwagę obu kobiet. Ti Pring zmarszczyła brwi położyła dłoń na uchwycie i powoli podniosła metalową klapę. Z szafki niespodziewanie wypadło młode dziewczę.
- Pan?! Jakżeś ty się tu znalazła?! - uniosła się Ti Pau w szoku.
Nastolatka wstała, splotła dłonie za plecami i zrobiła zakłopotaną minę.
- No... jak tata robił przegląd statku, to się zakradłam i schowałam – wyjaśniła, wbijając wzrok w podłogę. - Jakbym się spytała, czy mogę lecieć, to i tak byście mi nie pozwolili.
- A żebyś wiedziała!
Ti Pau wyglądała na zdenerwowaną. Chwyciła Pan za ramię i zaprowadziła przed oblicze Goku, który dopiero wtedy oderwał się od jedzenia i zrobił równie zdziwioną minę, co jego partnerka wcześniej.
- Pan, jak ty tu...
- Schowała się. - Ti Pau wyprzedziła jego pytanie.
- Dziadku, chcę lecieć z wami. Proszę, proszę, proszę, proszę... - Pan uwiesiła się na ubraniu Goku i zaczęła go tarmosić.
- To nie jest dobry pomysł. Użyję teleportacji i odstawię cię do domu – odparł łagodnie saiyanin.
- Ale obiecałeś, że będziemy trenować. Że potraktujesz to na poważnie – protestowała dziewczynka.
- Jak wrócimy, to obiecuję...
- To nie fair! Tata mógł lecieć na Namek! Mógł ci pomagać w walce! I był młodszy ode mnie! I nie miałeś z tym problemu! Czemu nie ja?! W czym jestem gorsza?! Bo jestem dziewczyną?!
Pan naprawdę się zdenerwowała. Wszystkich na moment zatkało. Goku podrapał się po głowie z zakłopotaniem i westchnął. Wyglądał na kompletnie pokonanego.
- Chyba masz rację... To byłoby nie fair. Możesz zostać – powiedział wreszcie.
Nikt nie wierzył własnym uszom. Stwierdzenie Goku było jeszcze większym szokiem, niż pojawienie się pasażera na gapę.
- Czy tobie, kurwa, odbiło do reszty?! - wycedziła Ti Pau, na jej twarzy wyraz totalnego zwątpienia.
- Pan ma tyle samo zapału do walki, co Gohan kiedyś. I podobny talent. To by było rzeczywiście nie fair, gdybym ją traktował inaczej – przyznał Goku.
- Nie życzę sobie, by jakaś gówniara plątała mi się pod nogami – zaprotestował Vegeta.
- Biorę za nią pełną odpowiedzialność. Będę ją miał cały czas na oku.
- A co z jej rodzicami? Będą odchodzić od zmysłów! Co jeśli stanie się jej krzywda? - ciągnęła wzburzona Ti Pau.
- Zawsze pozostają smocze kule, no nie? - rzucił Goku z beztroską, która jeszcze bardziej rozwścieczyła młodą kobietę.
- Jesteś świr. Kompletny czubek – wymamrotała jadowicie i potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
Ice obserwował całe zajście w milczeniu i ze spokojem, podobnie jak Ti Pring, która nie widziała sensu zabierania głosu w tej dyskusji. Najchętniej powiedziałaby: „nie mój cyrk, nie moje małpy”, ale doszła do wniosku, że zabrzmiałoby to zbyt ironicznie.

Pan i Ti Pau wylądowały w jednej kajucie, podczas gdy Goku przyszło zamieszkać z Ice'em. Była to najrozsądniejsza konfiguracja. Choć Ti Pau miała ochotę chwycić Pan i osobiście odesłać ją do domu. Tylko resztki lojalności wobec Goku ją powstrzymywały.
- Jesteś zła na dziadka? - spytała niepewnie Pan przed snem.
Ti Pau leżała na wznak z założonymi za głową rękami i otwartymi oczami. Nie chciało jej się spać. Targało nią zbyt wiele emocji.
- Jest skrajnie nieodpowiedzialny – mruknęła.
- Moja babcia też tak zawsze mówiła.
Komentarz Pan nie przypadł do gustu Ti Pau, ale zachowała to dla siebie.
- Wiesz... - podjęła dziewczynka po chwili ciszy. - Jak się dowiedziałam, że jesteście razem, to się ucieszyłam. Pomyślałam, że teraz będzie nas częściej odwiedzać, bo ty jesteś taka towarzyska i zawsze przychodzisz, jak jest okazja.
- Idź już spać – skwitowała Ti Pau, choć sama wiedziała, że prędko nie uśnie.


W mesie panowały pustki. Większość osób była zajęta treningiem, ale nie Ti Pau. Jeszcze jej się nie udało do końca wziąć w garść. Dobrze, że dostała od matki mentalnego kopa. Ti Pring nie pomyliła się co do niej. Wygodne życie ją rozpieściło. W takich chwilach Ti Pau zastanawiała się, jak to byłoby w skórze osoby, która naprawdę się nacierpiała.
- Nie trenujesz z innymi? - usłyszała, gdy wyciągała wodę z lodówki.
Tolerowanie Ice'a przychodziło jej z wielkim trudem.
- Mogłabym ci zadać to samo pytanie – rzuciła beznamiętnie.
- Nie jestem wojownikiem. Brzydzę się przemocą. - Na dźwięk tych słów Ti Pau miała ochotę gorzko się zaśmiać.
Napiła się wody i usiadała przy stole, unikając kontaktu wzrokowego.
- To jaką w takim razie pełnisz funkcję? - mruknęła.
- Jak coś się zepsuje, to naprawiam.
- Niewolnik inżynier? Pierwsze słyszę.
- Co mam zrobić, żebyś mi wreszcie uwierzyła?
- Nie powiedziałam, że ci nie wierzę. Powiedziałam, że ci nie ufam.
Ice zrobił coś niespodziewanego. Zdjął podkoszulek i odwrócił się tak, by Ti Pau widziała jego plecy. Na bladej skórze widniały wyraźne, podłużne blizny.
- Zgadnij, kto mi to zrobił po tym, jak próbowałem uciec – oznajmił posępnie.
Dla Ti Pau to było wciąż za mało, by zdobyć jego zaufanie.
- Póki nie zobaczę na własne oczy, że jesteś po naszej stronie, nie wybaczę ci tego, co zrobiłeś – rzekła oschle i wyszła.


Kiedy Ti Pring wyszła spod prysznica, zauważyła, że Ice siedzi na podłodze i dłubie w jakiejś maszynerii. Zauważyła też, że nie uśmiechnął się ani razu, odkąd wyruszyli. Wcale mu się nie dziwiła.
- Izolowanie się od całej reszty w niczym ci nie pomoże – rzuciła.
- Obawiam się, że twoje zapewnienia, że nie gryzę, chyba nie są dla nich wystarczające – odparł mężczyzna ironicznie.
- Ti Pau się nie przejmuj. Potrzebuje czasu. A Vegeta... cóż, on mało kogo lubi – zapewniła Ti Pring i podeszła bliżej. Zmieniła temat. - Jak to możliwe, że jesteś taki ludzki?
- Moja matka sama była zdziwiona. Cieszę się, że taki jestem. Nie chciałbym wyglądać, jak... on.
- Masz na myśli brata czy ojca?
- Chyba obu.
- Twój ojciec był skurwielem i rozpustnikiem.
- Wiem. Ale nie znałem go. Zginął, kiedy byłem bardzo mały.
Ti Pring spojrzała na Ice'a z wielką powagą.
- Musimy zacząć obmyślać strategię. To może wcale nie być taka prosta misja, jak się niektórym wydaje – powiedziała.
- Uwierz mi, myślę o tym bez przerwy.


Początkowa niechęć do treningów przerodziła się w fanatyczny wręcz zapał. Ti Pau dawała upust swoim frustracjom, ćwicząc ciosy przy asyście matki. Robiła to tak zawzięcie, jakby chciała przede wszystkim skrajnie się zmęczyć i dokonać zniszczeń. Vegeta wolał trenować sam, jak zwykle zresztą, zaś Goku wreszcie poświęcał czas swojej wnuczce. Miał rację co do jej talentu i dobrych chęci. Zaczynał żałować, że wcześniej ją zaniedbywał. Dziewczynka bez wątpienia miała szansę doścignąć swojego ojca, a że wykazywała się ogromną wolą walki, należało dać jej możliwość rozwoju. Goku uważał, że dobrze postąpił pozwalając jej zostać. W końcu on będąc w jej wieku miał już na koncie wiele poważnych potyczek. Tylko walcząc na poważnie saiyański wojownik miał szansę poczynić wyraźne postępy. Szkoda że nie wszyscy to rozumieli.
- Zróbmy chwilę przerwy – oznajmił.
Nie chciał przeforsować wnuczki. Nie mieli pod ręką senzu, więc musieli uważać, by nie zrobić sobie krzywdy, nim zacznie się prawdziwa walka. Pan otarła pot z czoła i napiła się wody, a Goku spojrzał na Ti Pau, która właśnie się rozciągała.
- Hej, masz ochotę na mały sparring? - rzucił do niej.
- Nie – odparła beznamiętnie kobieta. Nawet na niego nie spojrzała.
Goku się zmieszał. Uświadomił sobie nagle, że Ti Pau unikała go od samego początku podróży. Wcześniej na to nie zwracał uwagi, bo koncentrował się na treningu, ale prędzej czy później nawet on to musiał zauważyć.
- Jest na mnie zła, czy coś? Co ja takiego zrobiłem? - rzekł do siebie i podrapał się po głowie.
Nie rozumiał kobiet, gniewały się z dziwnych powodów. A może był po prostu tak głupi, że za mało dostrzegał? Zachodził w głowę, co mógł zrobić nie tak. Czyżby chodziło o to, że nie zareagował wcześniej, gdy źli kolesie zaatakowali Pan i Ti Pau? Tak, to miało sens. Albo o to, że pozwolił Pan zostać na statku. No i Ti Pau wspomniała coś jeszcze o tym, że nie okazuje jej wdzięczności. Choć nie do końca wiedział, czego od niego oczekiwała.
- Jak mama jest zła na tatę, to on robi jej jakąś miłą niespodziankę i potem jest okej. - Pan nagle przerwała jego potok myśli.
- To znaczy jaką?
- No na przykład robi obiad.
- Ale ja zawsze robię obiad.
Pan popatrzyła na dziadka zniecierpliwiona.
- Możemy trenować dalej? - spytała.
- Och... jasne – przytaknął Goku i powrócił do tego, co umiał najlepiej.


Był środek nocy. Umownie, bo trudno mówić o zjawisku nocy w przestrzeni kosmicznej. Wszyscy jednak spali. Prawie wszyscy. Vegeta obudził się, czując nagły przypływ saiyańskiego głodu. Wstał więc i poszedł do mesy, żeby coś przekąsić. W brzuchu mu burczało i gdy już miał się ochoczo rzucić do spiżarni, zauważył, że ktoś go ubiegł. Kakarotto siedział przy stole i napychał się, czym popadło.
- Też zgłodniałeś?! - zawołał z zadowoleniem.
- Zamknij się, Kakarotto.
Vegeta wcale nie cieszył się z faktu, że ma towarzystwo. Liczył na przekąskę w spokoju. Próbował sobie wyobrazić, że oprócz niego nikt tu nie siedzi. Wziął pieczonego udźca, miskę fasoli i usiadł przy stole. Kakarotto mlaskał. Nie dało się zignorować jego obecności, choćby się starało z całych sił. A może i dobrze się złożyło, że znaleźli się tu razem? Mogli sobie przynajmniej wytłumaczyć parę rzeczy.
- Żebyśmy mieli jasność, ten cały Snow jest mój. Tym razem się nie wtrącaj – wyraził się stanowczo Vegeta, choć trochę niewyraźnie, bo właśnie się napychał.
- Ale to nie w porządku – zaprotestował Goku głosem zawiedzionego dziecka.
- Co nie w porządku? Co nie w porządku?! To przez niego ucierpiała moja córka. I miała dziecko w drodze! Mojego wnuka! Dopuścili się najgorszego i mam prawo do pomsty!
- No ale ja też chyba mam. Nawet większe. No nie, Vegeta?
Przez chwilę dało się słyszeć jedynie odgłosy mlaskania i połykania. Saiyański książę zamilkł, gdy zdał sobie sprawę, że Kakarotto w tym jednym przypadku może mieć rację. Vegeta zmarszczył brwi i wydał z siebie głęboki pomruk, zirytowany faktem, że jego argument okazał się niewystarczający. Cholera, cały czas zapominał, że Kakarotto... Uh, nawet nie chciał o tym myśleć.
- Chcesz, żebym dalej cię tolerował, to lepiej się nie wtrącaj w moją walkę! - huknął w końcu i zaczął dalej się napychać.
Obaj mężczyźni przestali na chwilę jeść, gdy usłyszeli kroki. Zerknęli w stronę wejścia i ich spojrzenia spotkały się z równie zaskoczonym wzrokiem Ti Pau. Dziewczyna wyglądała na nieco zaspaną i sądząc po minie nie spodziewała się zastać kogokolwiek w mesie, podobnie jak jej ojciec wcześniej. Spuściła wzrok i nic nie mówiąc podeszła do lodówki.
- Dobrze, że apetyt ci wreszcie wrócił – skomentował wesoło Kakarotto.
Nie odpowiedziała. Wyjęła z lodówki laskę kiełbasy i wykonała szybki odwrót. Ale wyjść nie zdążyła.
- Stój! - zatrzymał ją Vegeta.
Zatrzymała się i niepewnie spojrzała na niego.
- Siadaj!
Ti Pau przewróciła oczami, westchnęła i zajęła możliwie najdalsze miejsce od pozostałych.
- Ten debil zalazł ci czymś za skórę? - rzucił Vegeta wylizując miskę przy pomocy bułki.
- Nie – mruknęła beznamiętnie Ti Pau, unikając kontaktu wzrokowego.
Za to saiyański książę spojrzał Kakarotto prosto w oczy i to w bardzo groźny sposób. Chciał dać mu do zrozumienia, że nic nie ujdzie jego uwadze.
- Ty, Kakarotto uważaj. Jeden niewłaściwy ruch i znowu lądujesz na szczycie mojej czarnej listy.
- Ale ja nie zrobiłem nic złego – odparł niewinnie młodszy saiyanin.
Vegeta nic nie odpowiedział, tylko dokończył jeść. Atmosfera była napięta, ale jemu to nie przeszkadzało. Przywykł.
- Jeszcze jedno, Ti Pau. Jak przylecimy na miejsce, masz się trzymać z dala od kłopotów – dodał stanowczo.
- Nie było cię przy mnie całe życie. Nie masz prawa mi rozkazywać – ucięła kobieta i wstała od stołu.
Na moment księcia ogarnęła wściekłość, ale nie przyszła mu do głowy żadna rozsądna riposta, nim Ti Pau zdążyła wyjść. Tym razem musiał dać za wygraną.


- To jaki jest w końcu plan? - spytała Ti Pring przy ostatnim posiedzeniu przed lądowaniem.
- Kontaktuję się z bazą. Tłumaczę, że pozostali są ciężko ranni i wymagają pomocy medycznej – zaczął wyjaśniać Ice. - Po wylądowaniu ja wychodzę, wy zostajecie i czekacie. Postaram się odciąć zasilanie, żeby wywołać chaos w bazie. Wy unieszkodliwiacie medyków i wychodzicie na mój sygnał. No a potem... potem to już będzie bijatyka.
- O tak. - Goku zatarł ręce.
- Średni plan – mruknęła Ti Pau.
- Masz lepszy? - rzucił Ace.
- Poradzimy sobie z palcem w dupie – dodał Vegeta, jak zwykle pewny siebie.
- Czy oprócz tego Snowa jest ktoś jeszcze, na kogo trzeba uważać? - spytał Goku.
- Mój brat ma jak na razie kilku silnych wojowników, na których pomyślnie udało się przeprowadzić modyfikacje genetyczne. Ale to nie ich bałbym się najbardziej. Uważajcie na Dale. Ten Nameczanin jest niebezpieczny.
- Nameczanin? - zdziwił się Goku. - Po co Nameczanin miałby pracować dla twojego brata?
- Mnie nie pytaj. Nikt nie wie, co mu siedzi w głowie. To psychol – wyjaśnił Ice.
- Żaden Nameczanin nie może się z nami równać – prychnął Vegeta.
- Nic nie rozumiesz. On nie jest wojownikiem. Jest przebiegły, inteligentny i uwierz mi, ma swoje sposoby.
- Wystarczy tych pogadanek. Zaraz lądujemy – oznajmiła Ti Pring, spoglądając na konsolę.


Wylądowali. Jak na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem, ale najtrudniejsze mieli dopiero przed sobą. Ice wziął głęboki wdech, życzył pozostałym powodzenia i wyszedł na zewnątrz. Kopuła nad lądowiskiem została już zamknięta, a wewnątrz było bardzo jasno, co podkreślała wszechobecna biel. Na moment Ice musiał zmrużyć oczy, by je przyzwyczaić.
Drzwi się rozsunęły i do środka wszedł ten, którego Ice wystrzegał się najbardziej zaraz po bracie. Dale był szczupłym Nameczaninem średniego wzrostu. Ubrany cały na czarno, kontrastował z wszechobecną bielą. Wysokie, czarne buty, w które wpuszczone miał nogawki wąskich spodni, miały tak wypolerowane cholewy, że dało się w nich przejrzeć. Dale nie pozwoliłby sobie na choćby drobinkę kurzu na swym ubraniu.
- Słyszałem, że mieliście kłopoty – oznajmił beznamiętnie.
- Aha...
Ice spuścił wzrok. Kątem oka zauważył grupkę sanitariuszy w maskach przeciwgazowych udających się na pokład statku. Jeden z nich wręczył też maskę Dale. Ice zmarszczył brwi. Nie przypominał sobie, by procedury wymagały ich zakładania. Coś tu nie pasowało.
- Po co wam te maski? - rzucił nerwowo i sceptycznie.
Dale nic nie odpowiedział, tylko ubrał swoją. I wtedy wszystko stało się jasne. I przerażające, gdy Ice poczuł dziwny, kwaśny zapach. Szybko zakrył sobie twarz rękawem, ale było już za późno. Chciał jeszcze rzucić jakąś obelgą, ale nie dał rady. Świat zawirował i zamroczyło go.


Kiedy Vegeta się ocknął, zdał sobie sprawę, że coś musiało pójść kompletnie nie tak, jak powinno. Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że dali złapać się na zwykły fortel. Czy była to wina Ice'a, czy nie, w tej chwili go nie obchodziło. Myślał tylko o tym, jak się stąd wydostać. Cela w ogóle nie miała drzwi, ani choćby krat. Ściany i podłoga przypominały białe szkło lub porcelanę. Wydawało się, że wystarczy po prostu wyjść na zewnątrz, ale Vegeta szybko zorientował się, że pole siłowe skutecznie to uniemożliwiało. Spróbował posłać ki blasta w stronę ściany, ale nie zdołał z siebie wykrzesać absolutnie nic. Co się działo, do cholery? Czyżby środek, o którym Ti Pring nie raz wspominała?
Kakarotto leżał obok. Jeszcze się nie obudzi. Obaj saiyanie ubrani byli w białe fartuchy, jak ze szpitala. Okropność. Vegeta wzdragał się na samą myśl o tym, co mogło się dziać, gdy był nieprzytomny. Skoro Ice mówił prawdę i Snow chciał ich zmienić w króliki doświadczalne, to sytuacja zrobiła się bardzo niegodna księcia.
- Wstawaj, Kakarotto! - Vegeta potrząsnął swym kompanem.
Kakarotto ziewnął, mlasną i przetarł oczy.
- Cosięstałosię... - wymamrotał zaspany.
- Zostaliśmy pojmani, to się stało się!!!
- Ale jak?
- Musieli nas potraktować jakąś chemią.
Już nieco bardziej otrzeźwiały Kakarotto usiadł i przetarł oczy.
- Zaraz... gdzie pozostali?! - wykrzyknął z przejęciem.
- Nie wiem. Sam chciałbym wiedzieć. Wiem tylko, że jesteśmy w dupie! Albo Ice nas zdradził, albo nas wyczaili.
- Nie możemy stąd po prostu wyjść?
- Spróbuj, życzę powodzenia.
Podczas gdy Kakarotto próbował, Vegeta sprawdzał, czy nie zdoła przebić ściany. Skończyło się na tym, że potłukł sobie dłonie. Ten środek, o którym wspominała Ti Pring był skuteczniejszy niż myślał. Co za ujma na honorze, ostateczne poniżenie. Vegeta nie miał wątpliwości, że jak już złapie tego, co mu to zrobił, to nie okaże litości. Jak śmieli go tak potraktować? Jak śmieli doprowadzić go do takiego stanu?
- Jak myślisz, czego od nas chcą? - spytał Kakarotto.
- Pewnie naszych organów, genów, wszystkiego... Nie pamiętasz, co mówił Ice? Chcieli saiyan do badań.
Po raz pierwszy odkąd tu trafili, Kakarotto wyglądał na przerażonego.
- Ale to... oznacza zastrzyki, prawda? - wymamrotał.
- Tak, Kakarotto, całą masę zastrzyków, więc lepiej zacznij myśleć, jak się stąd wydostać! - huknął wzburzony Vegeta. Chętnie sam by wymyślił, ale na razie nie przychodziły mu do głowy żadne pomysły.


Ice obudził się na kozetce w gabinecie lekarskim, ale nie zastał tam żadnego medyka. Przed oczami miał jedynie wypraną z emocji twarz prawej ręki swego brata. Nameczanin nie uraczył go żadnymi wyjaśnieniami. Po prostu wstał.
- Czemu? Co tu się dzieje? - spytał z trwogą albinos.
- Chodź – padło z ust Dale.
Po wielu latach niewoli Ice zdążył się nauczyć, że pewnym osobom lepiej się nie sprzeciwiać. Posłusznie ruszył za Nameczaninem. Serce podchodziło mu do gardła, niepokój rósł z każdym krokiem, a gdy weszli do salonu, osiągnął apogeum. Snow siedział na na kanapie, popijał drinka i oglądał holowizję. Jego skóra miała kolor purpury, nie licząc białej jak ściana twarzy. Biorąc pod uwagę jego jaszczurze cechy nikt nie uwierzyłby, że on i Ice są spokrewnieni. Jedynie oczy mieli takie same.
Snow wyłączył holowizję i skiną na brata, każąc mu usiąść naprzeciwko. Ice uczynił to z trudem, jego ciało niemalże sparaliżowane strachem. Dale stał posłusznie, niewzruszony jak zwykle.
- Brawo. - Snow zwrócił się do Nameczanina. - Nie sądziłem, że twój pomysł wypali. Jesteś geniuszem. Szkoda tylko, że musiałem poświęcić naprawdę dobrych ludzi.
- Zapewniam, że korzyści będą niewspółmiernie większe, sir – oznajmił Dale.
- Jak... skąd wiedzieliście, że... - próbował wydusić z siebie Ice.
Snow odstawił kieliszek i uśmiechnął się z satysfakcją.
- Cóż, doszliśmy do wniosku, że po co męczyć się z przywiezieniem tu saiyan, skoro mogą sami do nas przylecieć – powiedział. - Nie mogłeś się oprzeć pokusie, prawda? Szkoda byłoby nie wykorzystać takiej możliwości.
Ice'a zmroziło, bez względu na to, jak ironicznie by to nie brzmiało.
- Wiedziałeś? - wymamrotał.
- Muszę przyznać, nie doceniałem Dale, ale skubany zna się na ludziach. Przewidział każdy twój ruch. Właściwie mógłbym cię nagrodzić. Jakby na to nie patrzyć, przywiozłeś mi czwórkę w pełni sprawnych saiyan. Problem w tym, że dopuściłeś się zdrady. Myślisz, że powinienem go zlikwidować, Dale?
- Jeśli wolno mi zasugerować, on może się jeszcze przydać. Podobnie jak podporucznik Ti Pring. Możliwe, że doktor Miu znajdzie dla nich jakieś zastosowanie.
- Masz rację, lepiej nie działać pochopnie. Zamknij go w celi.
- Tak jest.
Ice nie protestował, bo wiedział, że to na nic. Czuł się kompletnie zrezygnowany. Właściwie nie zrobiłoby mu to różnicy, gdyby został zabity tu i teraz. Już czuł się martwy. Został pokonany w każdy możliwy sposób. Nawet wolałby zginąć.
Kiedy trafił do celi, zauważył, że będzie ją dzielić z Ti Pring. Kobieta siedziała po turecku, zadziwiająco spokojna, choć wyraźnie niepocieszona. Ice ukrył twarz w dłoniach i również usiadł.
- Przepraszam... przepraszam... - załkał, wściekły, że nawet nie umie zachować się jak mężczyzna.
- To nie twoja wina – rzekła Ti Pring.
- Rozpracowali moje zamiary... przepraszam...
Musiał przyznać Ti Pring, że była bardzo cierpliwą kobietą. Dała mu czas na to, by się wypłakał i uspokoił. Nie powiedziała mu, że jest mięczakiem, chociaż wiedział, że pewnie tak sobie o nim pomyślała. Nic nie powiedziała. Czekała aż da jej do zrozumienia, że wziął się w garść.
W końcu Ice przetarł twarz i wziął kilka głębokich wdechów. Serce powoli mu się uspokajało, ale wciąż czuł się podle.
- Co z nami zrobią? - spytała Ti Pring, rzeczowo, krótko, opanowanie.
- Pewnie to samo, co z twoimi saiyańskimi przyjaciółmi. Poświęcą nauce.
- Ale zachowają nas przy życiu?
- Tak sądzę.
Dla Ice'a było to żadne pocieszenie. Nawet coś gorszego niż śmierć. Nie rozumiał, czemu Ti Pring się uśmiechnęła. Nie rozumiał, póki nie wyjaśniła:
- To znaczy, że wciąż jest szansa.
Obrazek

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 17 maja 2014, 11:43

w końcu przeczytałam. nie będę dużo mówić (pisać) powiem tylko, że uśmieszek Ti Pring zapowiada niezłą akcję.
Takie pytanie, czy doktor Miu to nie ten o Baby'ego? To będzie ciekawe :-)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 17 maja 2014, 12:58

Tak, stwierdziłam, że po co wymyślać nową postać, jak można użyć tych z GT.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 19 maja 2014, 18:51

Rozdział IV

- Kurwa, jeśli to jego sprawka, to go zabiję! - krzyknęła Ti Pau zdruzgotana swoim położeniem.
- Myślisz, że Ice nas zdradził? - jęknęła Pan, skulona w kąciku.
- Zdradził, nie zdradził... Teraz bardziej istotne jest jak się stąd wydostać.
Sprawy nie miały się dobrze. Ti Pau próbowała użyć techniki teleportacji, ale nie była w stanie zebrać wystarczająco energii. Coś musieli im zrobić. Miała nadzieję, że nie zostanie już tak na zawsze.
- Boję się... chcę do dziadka... - wydukała Pan łamiącym się głosem.
Ti Pau od samego początku zastanawiała się, gdzie przebywali pozostali. Przed sobą widziała tylko ścianę i korytarz. Nie była w stanie dojrzeć, co znajduje się obok.
- Goku, tato, jesteście tam?! - krzyknęła.
Cisza mówiła sama za siebie. Ti Pau przygryzła wargę i zamknęła oczy. Nie mogła się rozkleić. Nie teraz. Nie przy Pan, dla której powinna być wzorem i opoką. Podeszła do dziewczynki, usiadła przy niej i przytuliła ją. Czuła, że jej mała sylwetka cała się trzęsie.
- Co z nami będzie? - załkała Pan.
- Nic nie będzie. Moja matka coś wymyśli i nas uratuje. Wychodziła już z gorszych opresji. No i jest jeszcze twój dziadek i mój ojciec... Wszystko będzie dobrze.
Nieprzerwanie pocieszała Pan, ale sama nie czuła się do końca przekonana własnymi słowami. Ktokolwiek ich schwytał, musiał działać w sposób bardzo przemyślany. Wszechobecna biel, białe, sterylne stroje... Wszystko kojarzyło się ze szpitalem. A do tego słowa Ice'a. Nie było wątpliwości, że pojmani saiyanie mieli stać się obiektem badań. Ti Pau wzdragała się na samą myśl, ale nie mogła dać po sobie znać, co naprawdę czuje. Nie przy przerażonej Pan.


Kiedyś Sharen uwielbiał swoją pracę, ale teraz wykonywał ją tylko dlatego, że nie miał wyjścia. Owszem, przyjął ją z własnej, nieprzymuszonej woli, ale nie dlatego, że marzył by ją wykonywać. Chodziło tylko o pieniądze, o nic więcej. Jego rodzina narobiła sobie tak wielkich długów, że poczuł się w skrajnie podbramkowej sytuacji. Lord Snow płacił naprawdę dużo, ale badania, które Sharen musiał prowadzić często stały w sprzeczności z wszystkim tym, co szanował w cywilizowanym świecie. Czasami był na skraju rezygnacji i zawsze gdy już miał ochotę rzucić wszystko, uświadamiał sobie, że najważniejsze jest dobro jego rodziny.
Tego dnia szedł na dyżur w podłym nastroju, tak jak zwykle. Ubrał biały uniform, przeczesał swoje niebieskie włosy i wszedł do gabinetu swego przełożonego. Doktor Miu przeglądał jakieś dane na holograficznym wyświetlaczu i wyglądał na wyjątkowo podekscytowanego.
- Sharen, dobrze, że jesteś. Dzisiaj będziemy mieć ręce pełne roboty. Otrzymaliśmy nową dostawę – oznajmił.
- Dostawę? - Sharen się skrzywił. Słowo kojarzyło mu się ze sklepem spożywczym, a nie laboratorium.
- Czterech zdrowych saiyan. Dwóch samców i dwie samice. Nie są one czystej krwi, ale wstępne badania pokazały większy potencjał u hybryd, więc nawet lepiej. Jest też jedna dodatkowa osoba. Mamy zdecydować, czy nam się przyda. - Doktor podał Sharenowi wyświetlacz z danymi. - Jeśli chcemy, możemy też wziąć brata lorda. Nie ma wobec niego dalszych planów.
Gdy Sharen spojrzał na holograficzny ekran, jego oczy rozszerzyły się, a ręce zadrżały. Ti Pring? Znał ją przecież. Nigdy by jej nie zapomniał. Dzielili kiedyś razem trudy. Bez wzajemnej pomocy nigdy by się nie wydostali z tego pustkowia. Fakt, była przyczyną, dla której tam wylądowali, ale też wiele jej zawdzięczał. Co miał zrobić? Przecież nie mógł skazać jej na taki los. Nie po tym wszystkim, co razem przeszli.
- Coś się stało? - zdziwił się doktor na widok jego reakcji.
Musiał coś szybko wymyślić. Sharen nie mógł pozwolić, by prawda wyszła na jaw.
- Byłem święcie przekonany, że ta osoba nie żyje – powiedział. - Kiedyś o niej było głośno.
- Teraz to nieistotne, prawda? Pytanie czy nam się przyda.
- Cóż... warto spróbować. Za pozwoleniem... pobrałbym krew do wstępnej analizy.
Sharen przygryzł wargę, czekając na odpowiedź. Całe szczęście doktor się odwrócił i nie zobaczył jego miny, która zdradzała wiele.
- Zezwalam – rzucił, ku uldze Sharena.


Książę wszystkich saiyan był wściekły. Nie dość że został bezgranicznie poniżony, to jeszcze znalazł się w potrzasku, bez możliwości ucieczki. On i Kakarotto bezskutecznie próbowali utorować sobie drogę ucieczki, ale nie zdołali wykrzesać z siebie choćby ułamka energii do tego potrzebnej. Cień nadziei jednak się pojawił, gdy do celi weszło trzech sanitariuszy w białych uniformach. Vegeta nawet nie próbował dochodzić, po co tu przybyli. Dostrzegał tylko możliwość ucieczki, której nie mógł zmarnować.
- Kakarotto, to może być nasza jedyna szansa. Bierzmy ich – szepnął nerwowo do towarzysza.
Młodszy saiyanin przytaknął, w jego oczach pojawiła się determinacja dorównująca tej księcia. Obaj mężczyźni natychmiast rzucili się do ataku. Ataku, który trwał mniej więcej pół sekundy. Vegeta sądził, że cokolwiek im podano, stłumiło tylko ich siłę. Nie przypuszczał, że wpłynęło też na refleks, czas reakcji i właściwie wszystko. Uświadomił sobie to dopiero wtedy, gdy użyto na nim paralizatora. Ból był nie do opisania, nawet dla wojownika, który przeszedł już wiele. Vegeta upadł w konwulsjach na podłogę i kątem oka dojrzał, że jego towarzysz został potraktowany w podobny sposób. Sęk w tym, że w przeciwieństwie do księcia, Kakarotto rzucono na lewitujące łóżko i zabrano Bóg jeden wie gdzie. Vegeta miał ochotę krzyczeć z bezradności i frustracji. I tak też zrobił.


Dostanie się do skrzydła więziennego nie sprawiło Sharenowi większego kłopotu. Wylegitymował się, przedstawił powód swojej wizyty i został zaprowadzony do celi, w której przetrzymywano Ice'a oraz Ti Pring. Z trudem zachował kamienną twarz, gdy ujrzał dawną towarzyszkę niedoli. Nie zmieniła się prawie wcale. Czy ona go poznała? Tak, musiała, dostrzegł to w jej oczach. Musiała też wiedzieć lepiej od niego, że nie może dać się zdradzić. Towarzyszyło im dwóch strażników. Nie mogli poznać prawdy.
- Muszę pobrać krew do analizy. Radziłbym współpracować i nie próbować żadnych sztuczek – oznajmił Sharen, na tyle stanowczo, na ile potrafił.
Ti Pring była lepszą aktorką od niego. Podziwiał jej opanowanie i brak jakichkolwiek emocji w jej wyrazie twarzy. Zrobił, co miał zrobić, schował sprzęt i chwycił ją za nadgarstek, udając, że mierzy puls. Gdy skończył, celowo musnął jej dłoń od wewnętrznej strony. Miał na dzieję, że nikt nie zauważył. Podjął bardzo ryzykowny krok przekazując Ti Pring kapsułkę, która mogła ją ocalić. Postawił na szali własne życie, ale gdyby tego nie zrobił, sumienie nie dałoby mu spokoju.
Nikt nic nie mówił, nikt nie zadawał pytań. Chyba się udało. Sharen wrócił do laboratorium i zauważył, że jeden z saiyan zdążył już trafić „pod lupę”. Ten widok jak zwykle nie należał do przyjemnych. Biedak miał desperację w oczach i wyraźnie próbował się uwolnić, ale w jego obecnym stanie liczne pasy wystarczyły, by utrzymać go w pozycji leżącej.
- Żadnych zastrzyków... Nie pozwolę... - krzyczał rozpaczliwie saiyanin.
- Jakoś wierzyć mi się nie chce, że to ten najsilniejszy – skomentował doktor Miu. - Z reguły próbują zgrywać twardzieli, ale ten drze się jak dzieciak.
- Wszystkie dane wskazują jednak na to, że to ten najsilniejszy – odparł Sharen. - Ma dwóch synów, ale nie udało się ich pozyskać.
- Nic nie szkodzi, dopilnujemy, żeby miał jeszcze dużo potomstwa. Przynieś suplement.
- Tak jest.
Sharen wyjął ze schowka woreczek z pomarańczową substancją i powiesił na stojaku do kroplówki. Widział jak doktor świeci w oczy swemu obiektowi badań i dokonuje oględzin. Wszyscy na początku protestują, ale saiyanin swą niepokornością przebił poprzedników.
- Nie, nie, nie... Nie ma mowy! Spróbujcie mi tylko wbić jakąś igłę! Nie chcę! Zostaw mnie w spokoju! - Skutecznie uniemożliwiał doktorowi jego pracę.
Nie on pierwszy, ale bez wątpienia z największą zażartością. Sharen widział już do czego jest zdolny Miu i sądził, że wpadnie w szał. Ku jego zdumieniu, doktor przybrał zupełnie niespodziewaną strategię.
- Po co te nerwy? Otwórz buzię, powiedz „aaa” i obiecuję, że nie będzie żadnych zastrzyków – powiedział zadziwiająco łagodnie.
- A ten drugi? Chce mi to wbić, prawda? - lamentował wojownik.
- Nic ci nie wbije, prawda?
Kiedy doktor rzucił mu wymowne spojrzenie, Sharen się zmieszał. Stał tuż obok, z igłą od kroplówki w ręku, i zastanawiał się, co powinien zrobić.
- Uh... prawda... - wydukał.
- Widzisz? A teraz powiedz „aaa”.
Cokolwiek doktor planował, Sharen czuł, że nie wyniknie z tego nic przyjemnego. Włos mu się zjeżył i dostał gęsiej skórki, choć to nie on leżał na laboratoryjnym stole. Początkowo w działaniach doktora nie dało się dostrzec niczego podejrzanego. Zbadał stan uzębienia saiyanina i poświecił mu do gardła. Ale gdy sięgnął po obcęgi, Sharen zacisnął pięści i z trudem powstrzymał się przed odruchową reakcją. Nauczył się już, że próby powstrzymania swego przełożonego nie kończą się dobrze.
W tej pozycji saiyanin nie mógł widzieć, co się święci. Wydał z siebie zaskoczony jęk, kiedy doktor ścisnął obcęgami jego język i wyciągnął na wierzch.
- A teraz słuchaj uważnie, śmieciu – syknął Miu, przestając udawać miłego. - Wkurza mnie twoje biadolenie. Albo się zamkniesz, albo ci go wyrwę.
Pociągnął mocniej, nie na tyle by dokonać uszkodzeń, ale Sharen wyobrażał sobie, jakie to musi być uczucie. Bolało go na sam widok. Saiyanin zacisnął powieki, a jego rozpaczliwe stęknięcia i desperackie pojękiwanie nie zniechęcało okrutnego naukowca.
- Przyjemnie? - Miu ścisnął bardziej, czego potwierdzeniem były wywołujące ciarki odgłosy. - Uwierz mi, nie potrzebujesz tej części ciała. Jak i wielu innych. Umówmy się, że za każde odezwanie się bez pozwolenia, za każdą odmowę współpracy pozbawię cię jednej z nich.
W końcu puścił, a Sharen otarł pot z czoła. I pomyśleć, że przez ten cały czas jeszcze się nie przyzwyczaił. A najgorsze w tym wszystkim było to, że miał związane ręce. Wykonywał tylko rozkazy, nie miał nic do gadania. Widok wykrzywionej w strachu twarzy saiyanina ściskał go za serce. Doktor Miu naprawdę potrafił złamać każdego. Nawet najdzielniejszego wojownika.
- Jakiś problem?
Szorstko zadane pytanie przywróciło Sharena do rzeczywistości. Prawie zapomniał o swoich obowiązkach. Spojrzał na igłę, którą wciąż trzymał między palcami i zbliżył się do skrępowanej postaci. Saiyanin spojrzał na niego błagalnym i skrajnie przerażonym wzrokiem. Te oczy. Prawie przekonały go, by rzucić wszystko i wyjść. Ale nie mógł.
- Co to jest? - wydyszał wojownik. Serce waliło mu tak mocno, że Sharen aż stąd słyszał jego łomot.
- To...
Nie dokończył, bo doktor nagle chwycił obcęgi i złapał saiyanina za szczękę.
- Otwieraj! - warknął.
Choć nic nie powinno już go dziwić, Sharen spojrzał na doktora z niedowierzaniem. Dawno nie widział u niego takiej furii. Przeniósł wzrok na skrępowanego mężczyznę, który wstrzymał na chwilę oddech, a krew odpłynęła mu z twarzy.
- Otwieraj! Mieliśmy umowę!
Brak reakcji sprawił, że doktor zatkał saiyaninowi nos i czekał aż zabraknie mu powietrza. A gdy to wreszcie nastąpiło, gdy ten nie mógł już dłużej wytrzymać, Sharen odruchowo odwrócił wzrok. Szkoda tylko, że nie mógł zrobić tego samego ze słuchem. Zatkałby sobie uszy, ale nie chciał kompletnie się ośmieszyć. Codziennie musiał udawać, jaki jest niewzruszony. Udawać, że to, co widzi i słyszy nie ma na niego żadnego wpływu. Ale niestety miało.
Nie trwało to długo, wiedział o tym. Krzyki i jęki w końcu ustały, ale on wciąż słyszał je w swoim umyśle. Przemógł się, spojrzał i mu ulżyło. Owszem, przyspieszony oddech, wyraz bólu i zrezygnowania, zakrwawione usta – wszystko to mogło napawać grozą, ale na szczęście okazało się, że doktor pozbawił swego „pacjenta” jedynie zęba.
- To było ku przestrodze – oznajmił lodowato Miu. - Ale zapewniam, że następnym razem pozbawię cię części, której będzie ci bardziej brakować.
Saiyanin już nie protestował. Wypluł trochę krwi, zamknął oczy i najwyraźniej próbował opanować panikę, która w nim musiała wzbierać. Wydał z siebie jedynie cichy jęk, gdy Sharen wbił mu igłę w żyłę. Dało się jednak zauważyć, że całe jego ciało napięło się jak struna. Musiał przeżywać koszmar.
- A teraz mogę odpowiedzieć na twoje pytanie, bo w sumie czemu nie – stwierdził doktor Miu. - Podajemy ci ten sam środek, co innym. Podnosi jakość materiału genetycznego. Sęk w tym, że nie każdy reaguje na niego tak samo, więc musimy cię monitorować. Zajmij się tym, Sharen. - Doktor przeniósł wzrok na swego podwładnego.
- Oczywiście.
W głębi duszy Sharen miał nadzieję, że Ti Pring znajdzie sposób, by wyzwolić swoich przyjaciół. Bo jeśli nie, ich życie stanie się długim pasmem cierpień i on w żaden sposób tego nie zmieni.


Stary, dobry Sharen. To się nazywa szczęście w nieszczęściu. Ti Pring czuła, że nadszedł czas. Wyciągnęła dłoń i wystrzeliła w róg celi. Pole siłowe padło momentalnie.
- Szybko, musimy dostać się do zasilania – ponaglił Ice.
Plan był z grubsza opracowany, ale liczyła się każda sekunda. Ti Pring mogła sobie bez problemu poradzić ze zwykłymi strażnikami, ale nie pozostawało wątpliwości, że w sytuacji kryzysowej lord prędzej czy później wyśle kogoś znacznie silniejszego. Nie mogli zwlekać.


Niekiedy Sharenowi udawało się trzymać emocje na wodzy, ale tym razem widok związanego saiyanina wyjątkowo chwytał go za serce. Wojownik miał niesamowitą wolę walki i jeszcze na tyle wigoru, by próbować się wyszarpać z pętających go pasów. Niestety dla niego bezskutecznie. Mimo to się nie poddawał, tak jakby cały czas żywił nadzieję, że jeśli napnie mięśnie wystarczająco mocno, to się uwolni.
- To na nic. Doskonale znamy twoje możliwości i dopasowaliśmy do nich środki bezpieczeństwa – skomentował Sharen, widząc, że saiyanin tylko niepotrzebnie traci energię.
Lekarz wyjął z szuflady dwie małe sondy w postaci metalicznych krążków. Jeden przykleił wojownikowi do skroni. Następnie rozpiął przód jego fartucha i umieścił drugi na klatce piersiowej, w okolicach serca.
- To pomoże nam monitorować twój stan – wyjaśnił.
Na tym zabiegi się nie skończyły. Sharen sięgnął po tubkę z żelem i wycisnął trochę na końcówkę palca wskazującego. Zbliżył się do obiektu badań i nachylił nad nim.
- Co to? - spytał sceptycznie saiyanin.
- Środek przeciwbólowy. Utrata zęba to nic przyjemnego – wyjaśnił lekarz.
Nie sądził, że spotka się z zaufaniem. Wojownik bez wahania otworzył usta i pozwolił Sharenowi wetrzeć żel w dziąsło. Lekarz dobrze znał działanie tego środka i wiedział, że ulga musiała nastąpić od razu.
- Jesteś inny – rzucił niespodziewanie saiyanin.
Sharen nie odpowiedział i odłożył żel na miejsce.
- Pomóż mi się uwolnić – powiedział wojownik z determinacją.
Gdyby tylko mógł Sharen powiedziałby mu, że Ti Pring być może idzie już z odsieczą, ale nie chciał ryzykować. Nie wiedział kiedy wróci doktor Miu, a pod wpływem obcej substancji obiekty badań potrafiły utracić nad sobą kontrolę i wygadywać różne rzeczy.
- Rób co ci każą, nie stawiaj oporu, a twoje życie tutaj nie będzie takie straszne – odparł Sharen.
- Musisz mi pomóc. Inaczej Snow będzie zagrożeniem dla całej galaktyki. Proszę... - Wojownik znowu zaczął się szarpać.
- Nie mogę.
- Obiecuję, że nie stanie ci się żadna krzywda.
Sharen próbował go zignorować. To bolało, ale uznał to za najlepsze rozwiązanie. Sprawdzał odczyty, notował ewentualne zmiany i starał się nie myśleć o niczym innym.
- Jeśli mi nie pomożesz, to będziesz w niebezpieczeństwie. Wszyscy będą w niebezpieczeństwie. Tylko ja mogę go powstrzymać – kontynuował niezłomnie saiyanin.
- To nie jest dobry moment – szepnął mu Sharen na ucho i wrócił do swoich obowiązków.
Miał nadzieję, że tyle wystarczy, by przekonać wojownika. Musiało. Więcej powiedzieć nie mógł. Zauważył nagłą zmianę mimiki, zmieszane, świdrujące go spojrzenie. Trochę pytające. Może coś saiyaninowi zaświtało? Zamilkł, a to był dobry znak.
- Czujesz jakieś zmiany? Dreszcze, gorąco, nadmierną potliwość, nudności? - spytał profesjonalnie Sharen, powracając do swych obowiązków.
- Nie dbam o to w tej chwili – mruknął obiekt.
- Współpracuj. - Tym razem Sharen przemówił tak groźnie i stanowczo, że sam się zdziwił.
Nie wiedział czy to przez ton jego głosu, czy przez wcześniejszy komentarz, ale saiyanin posłuchał.
- Jest mi gorąco – padło z jego ust.
- To wszystko?
- I tyłek mnie swędzi.
Lekarz przyjrzał się odczytom na holograficznym panelu.
- Temperatura w normie. Bicie serca trochę nierówne – skomentował Sharen. - Miałeś kiedyś problemy z sercem?
- Raz.
- Co dokładnie?
- Jakiś wirus. Dali mi lekarstwo i przeszło.
Sharen skrupulatnie zanotował wszystko w głównym komputerze.
- Czy moi bliscy są bezpieczni? - spytał nagle saiyanin.
- Nic im nie jest. Jeszcze nie przeprowadzaliśmy na nich eksperymentów.
- Jeśli coś im się stanie, nie wybaczę.
Tyle Sharen potrafił się domyślić. Dalej wykonywał swoje obowiązki, z cichą nadzieją, że wszystko jakoś się ułożyć. Zaczynał się coraz głębiej zastanawiać, czy dokonał właściwego wyboru, decydując się na pracę tutaj. Skoro Snow rzeczywiście stanowił zagrożenie dla galaktyki, to czy te wszystkie pieniądze były warte wspierania go w jego chorych dążeniach? Z jednej strony Sharen chciał zrobić swoje, odebrać wynagrodzenie i mieć święty spokój. Z drugiej, w głębi duszy liczył na to, że Ti Pring wkroczy do akcji, uwolni przyjaciół, a oni raz na zawsze pozbędą się całego tutejszego zła.
- Yh... uh... hmh...
Uszu Sharena doszło niepokojące stękanie. Spojrzał na odczyty. Tętno wzrosło niepokojąco. Przeniósł wzrok na saiyanina. Ten pocił się i dyszał. Na jego twarzy malował się niepokojący grymas.
- Czujesz ból? Masz problemy z oddychaniem? - Sharen nachylił się nad obiektem badań.
- Umieram... ja umrę... - wykrztusił z siebie wojownik.
Jego twarz zrobiła się biała jak prześcieradło, oczy gapiły się w pustkę, mięśnie naprężyły tak, że spod skóry wyzierał zarys żył. Saiyanin dyszał szybko, niczym w panice. Wyglądało to tak, jakby znalazł się na skraju histerii.
- Nie umierasz, to stan lękowy. Suplement wykazuje działanie środka psychoaktywnego – wyjaśnił ze spokojem Sharen, ale to raczej na niewiele się zdało.
Chwycił latarkę medyczną i poświecił obiektowi w oczy. Jego źrenice były wyraźnie rozszerzone. Do tego doszły gwałtowne ruchy mięśni i niekontrolowane jęki. Nie pierwszy raz Sharen widział taką reakcję, ale wolał poinformować zwierzchnika.
Doktor Miu przybył natychmiast i przyjrzał się obiektowi. Krzyki się nasiliły, gwałtowne zrywy ciała również. Wyglądało na na to, że wojownik jest w agonii. Oczy prawie wywrócone białkami na wierzch, dłonie tak zaciśnięte, że zaczęły krwawić, a do tego doszło rzężenie, tak jakby saiyanin z trudem nabierał powietrza w płuca. Sharena przeszły ciarki po plecach. Wyglądało to coraz bardziej upiornie. Spojrzał na odczyty.
- Tętno jest niebezpiecznie wysokie – powiedział.
- To saiyanin, wytrzyma – odparł doktor.
Przez kilka następnych minut mężczyźni biernie obserwowali rozgrywający się na ich oczach horror. Póki nie zrobiło się naprawdę groźnie. Doktor zareagował dopiero wtedy, gdy stało się jasnym, że pacjent może się zaraz udusić.
- Odłączaj! - wrzasnął.
Sharen natychmiast odpiął wojownika od kroplówki, ale to wciąż było za mało. Ciało saiyanina zaczęło wyginać się w potwornych konwulsjach, jego twarz tak mokra, jakby ktoś oblał go wodą. O ironio doktor robił wszystko, by obiekt nie odgryzł sobie języka.
- Neutralizator, szybko!
Kolejne polecenie Sharen również wykonał bez mrugnięcia okiem. Załadował fiolkę do dozownika, przystawił go do szyi saiyanina i podał mu sprężony środek prosto przez skórę. Konwulsje ustały, ale krew wciąż lała się obwicie z nosa wojownika. Do tego Sharen zauważył coś jeszcze.
- Czy to jest... - wymamrotał.
Albo miał przywidzenia, albo saiyaninowi wyrósł ogon. Tak, wyrósł ogon. Musiał, skoro jego przełożony również to zauważył.
- Cudowne... Niesamowite... – zachwycił się doktor Miu biorąc do ręki futrzaną końcówkę. - Natychmiast sprowadź mi tu pozostałą trójkę!
Najpierw Sharen otarł pot z czoła i spojrzał na wojownika. Był nieprzytomny, ale jego stan się stabilizował. Co za ulga.
- Tak jest – powiedział w końcu asystent, wyszedł z sali i skinął na sanitariuszy.


Podczas gdy nieprzytomny saiyanin leżał w sali obok, do laboratorium trafiła pozostała trójka. Dziewczynka wyglądała na skrajnie przerażoną, kobieta na przerażoną i wściekłą, a mężczyzna sypał wyzwiskami.
- Zabiję was, śmiecie! Jesteście zakałą galaktyki! Śmieliście poniżyć księcia saiyan! Zapłacicie za to! - wrzeszczał.
Sharen nawet nie zdążył ostrzec, czym grozi takie zachowanie. Doktor Miu powtórzył swój trik z obcęgami, choć nawet to nie zniechęciło księcia przed wściekłym porykiwaniem.
- Tato, przestań! W niczym nie pomagasz! - uniosła się w końcu kobieta z niepokojem.
- To twoja córka, zgadza się? - spytał doktor. - Lepiej jej posłuchaj. Twój język nie jest mi do niczego potrzebny. Ani nawet twoje kończyny. A jak jestem zdenerwowany, to nie znieczulam przed amputacją.
Saiyanin się uspokoił, choć nie wiadomo, na jak długo. Doktor przyjrzał się najpierw jemu, potem pozostałej dwójce.
- Gdzie jest Goku? Co mu zrobiliście? - wycedziła kobieta, gdy zaglądał jej w oczy.
- Odpoczywa w sali obok – odparł beztrosko doktor.
- Co się z nami stanie?
Sharen zauważył strach w oczach kobiety, kiedy doktor się wyprostował i chwycił obcęgi. Nie użył ich jednak.
- W sumie dobre pytanie – stwierdził. - Przede wszystkim chcę się jak najwięcej dowiedzieć o waszym gatunku. Ale wasza rola w tym całym przedsięwzięciu jest znacznie ważniejsza. Będziemy krzyżować was z innymi silnymi gatunkami, dając początek potężnej armii. Właściwie można powiedzieć, że dostąpiliście wielkiego zaszczytu. Służycie szczytnej sprawie.
- Błagam... wypuśćcie chociaż Pan... To jeszcze dziecko... - wydusiła z przestrachem kobieta.
Doktor pokazał jej obcęgi i nachylił się nad nią.
- Ten samiec w sali obok... Jest ci bliski? - spytał prawie szeptem.
- T... tak...
- Dobrze. Wygląda to tak: jesteś grzeczna, jestem dla was miły. Może nawet zezwolę wam na wspólną prokreację. Jesteś niegrzeczna, ja jestem niemiły.
- Spróbuj ją skrzywdzić, a będziesz zdychać w męczarniach – syknął książę.
Z zadziwiającym spokojem doktor przyjrzał się obcęgom, jakby były dziełem sztuki. Powoli zrobił kilka kroków w stronę mężczyzny i zakleszczył jego mały palec u nogi.
- Tym razem zacznę chyba od drugiej strony – rzekł z opanowaniem.
Nawet Sharen na moment wstrzymał oddech. Widział sparaliżowane strachem twarze i uśmiech formujący się na ustach doktora.
I zgasło światło. Nagle, całkowicie. Czerń ogarnęła wszystko. Po chwili włączyło się zasilanie awaryjne. Choć lampy działały, było zdecydowanie ciemniej, niż wcześniej. Doktor odłożył sprzęt i włączył intercom.
- Co jest do cholery grane? - spytał przez mikrofon.
- Więźniowie zbiegli. Dobrali się do głównego zasilania – padło z głośnika.
- Jak to zbiegli?
- Albo antyenergetyk nie zadziałał, albo... sam nie wiem.
Przez chwilę doktor stał bez ruchu, pogrążony we własnych myślach. Sharen zadrżał, gdy ten odwrócił się i zmierzył go sceptycznym spojrzeniem.
- Byłeś u niej dopiero co. Nie zauważyłeś niczego podejrzanego? - spytał.
Sharen przełknął ślinę i w głębi duszy cieszył się, że jest ciemnawo. Może nie było tak dokładnie widać jego zdenerwowania.
- Nie – odparł najspokojniej, jak potrafił.
Doktor przestąpił parę kroków do przodu. Sharen odruchowo zrobił kilka w tył i natrafił na stół.
- Dziwne... Strasznie zależało ci, żeby złożyć jej wizytę. Coś mi tu śmierdzi.
Gdy Doktor był już na tyle blisko, że Sharen prawie czuł na sobie jego oddech, coś zaskoczyło. Tak jakby nagły impuls tchnął asystenta do działania. Chwycił butelkę z wodą destylowaną, pierwszy przedmiot, jaki wpadł mu w ręce, i rozbił na głowie Miu. Jeszcze przez chwilę Sharen drżał, gdy widział, jak doktor leży nieprzytomny na podłodze. W końcu zreflektował się i rzucił w kierunku spętanych saiyan. Teraz postępował już instynktownie. W pośpiechu zaczął odpinać pasy.
Jako pierwsza oswobodziła się kobieta i z zawziętością pobiegła do drugiej sali. Sharen podążył za nią. Saiyanin wciąż leżał spętany i nieprzytomny. Krew przestała sączyć się z jego nosa, ale zdążyła ubrudzić pół twarzy. Ta na ustach, pochodząca z wyrwanego zęba, zakrzepła.
- Goku... - Zatroskana kobieta ujęła w dłonie twarz wojownika. - Co mu zrobiliście?!
- Nic mu nie będzie – uspokoił Sharen.
- Dziadku... - Dziewczynka pociągnęła nosem i chwyciła mężczyznę za rękę.
- Czy mi się wydaje, czy wyrósł mu ogon? - rzucił książę.
Nim Sharen zdołał cokolwiek wytłumaczyć, wszystkie światła zgasły i nastała kompletna ciemność.
Obrazek

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 24 maja 2014, 09:03

Wraca akcja ;-) Obserwując twoje fiki myślę, że rozwiążesz tę akcję zupełnie niespodziewanie.

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 494
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 29 maja 2014, 15:30

Po długiej nieobecności wreszcie zabrałem się za kolejne rozdziały. Cóż mogę powiedzieć akt trzeci ocieka zajebistością. Rozdział 3 jest zdecydowanie najlepszym z dotychczasowych rozdziałów. Ogólnie akcja akcja zaczęła posuwać się bardzo szybko. Mamy jedno wydarzenie za drugim. Zaskakuje mnie też wysyp nowych postaci - nameczanin, synowie Coolera - oraz ich cel. Dobrze, że Ti Pring ponownie odgrywa ważniejszą rolę i zdecydowanie z tej szóstki jest moją faworytką. Chociaż Ice też wydaje się godną uwagi postacią. Jak już jestem przy Ice/Ace nie wiem, czy to błąd, ale podczas lądowania statku najpierw pojawia się imię Ice, a potem Ace. Nie wiem, czy żyłaś wtedy Ace jako zamiennika, czy po prostu wkradła ci się literówka. W każdym razie czytało się bardzo dobrze.
Vegeta przewrócił oczami.
- Ja pierdolę – mruknął i nie patyczkując się przeszedł w super saiyanina.
Dokładnie.
Mój brat od dawna marzył o zdobyciu saiyan do badań. Ma obsesję na punkcie siły. Chce być niepokonany. Teraz już rozumiecie, że trzeba go powstrzymać?
na punkcie (ich) siły?
Najchętniej powiedziałaby: „nie mój cyrk, nie moje małpy”, ale doszła do wniosku, że zabrzmiałoby to zbyt ironicznie.
To autentycznie mnie rozbawiło.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 10 cze 2014, 20:26

Skorpion pisze:Cytat:
Mój brat od dawna marzył o zdobyciu saiyan do badań. Ma obsesję na punkcie siły. Chce być niepokonany. Teraz już rozumiecie, że trzeba go powstrzymać?
na punkcie (ich) siły?

Nie, ogólnie na punkcie siły.
Skorpion pisze:Jak już jestem przy Ice/Ace nie wiem, czy to błąd, ale podczas lądowania statku najpierw pojawia się imię Ice, a potem Ace

To pewnie błąd.
Skorpion pisze:W każdym razie czytało się bardzo dobrze.

To dobrze ;-)


Rozdział V

Jedynym światłem, które Ti Pring i Ice zastali, wpadając do laboratorium, była słaba poświata lekarskiej latarki. Na szczęście sami zdążyli zaopatrzyć się w znacznie lepszą. Ti Pring poświeciła przed siebie i z ulgą zauważyła, że zastała wszystkich. Goku nie był chyba w najlepszej formie, ale mieli teraz większe zmartwienia.
- Mamo! - uradowała się Ti Pau i przeniosła sceptyczne spojrzenie na Ice'a.
- On jest po naszej stronie – wytłumaczyła Ti Pring. - Szybko, nie ma czasu.
- Idę z wami – oznajmił dzielnie Sharen.
Chaos i fakt, że Ice doskonale znał budynek, dawały przewagę. Większość kompleksu znajdowała się pod ziemią, więc brak zasilania zmieniał wiele. Także wielu innych więźniów zdołało się oswobodzić, co skutecznie pomagało w dywersji. Ice zdawał się mieć dokładnie opracowany plan. Dopadł do windy, wyrwał klapę do wewnętrznej maszynerii i umieścił w środku jakiś czarny sześcian. Gdy drzwi się rozsunęły, zabrał go.
- Mam nadzieję, że zasilania nie braknie – powiedział i wszedł do środka.
Na szczęście wystarczyło miejsca dla nich wszystkich i na lewitujące łóżko z nieprzytomnym saiyaninem. Ice nacisnął coś na panelu i dało się wyczuć ruch.
- Dokąd nas to zabiera? - spytał Vegeta.
- Do schronu. To najgłębiej położone i najlepiej zabezpieczone miejsce w tym kompleksie. Pozwoli nam kupić trochę czasu – wyjaśnił inżynier. - Na szczęście posiada własny system zasilania, odcięty od całej reszty.
Zjechali na dół w półmroku. Zatrzymanie się windy wywołało niepokojący zgrzyt i wstrząs. Ale gdy drzwi się otworzyły, wszystkich czekała miła niespodzianka. Choć miejsce, w którym się znaleźli, bez wątpienia wyglądało jak schron, było na swój sposób przytulne i dawało poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony gołe, pancerne ściany nie zachwycały, a z drugiej kolorowe dywany i ozdoby, zadbane meble oraz półki pełne książek i innych drobiazgów ocieplały pomieszczenie.
- Mój brat kazał stworzyć to miejsce na czarną godzinę – wyjaśnił Ice. - Nie wiem, ile czasu zdołamy zyskać, ale na razie jesteśmy tu bezpieczni.
- Jest tu jakieś ambulatorium? - spytał Sharen.
- Tak, zaprowadzę cię. Poszukam też jakiegoś ubrania na zmianę.
Wszystko było lepsze od szpitalnych fartuchów. Na szczęście Ice znalazł czarne uniformy, oraz zbroje, zarówno damskie, jak i męskie.
- Ja dziękuję. Mam dosyć tych mundurów – stwierdziła Ti Pring, choć paradoksalnie jej obecny strój przypominał jednolite uniformy, które przyniósł Ice.
W schronie znajdowało się bogate zaopatrzenie, więc Sharen nie miał problemu z wydzieleniem każdemu po tabletce, którą wcześniej uraczył Ti Pring. Jednak pozostawała jeszcze kwestia Goku. Przytomności dalej nie odzyskał. Lekarz sprawdził jego stan i wytarł mu krew z twarzy, ale na tym na razie jego zabiegi się skończyły.
- Nie możesz czegoś zrobić? - spytała Ti Pau, która tkwiła u boku saiyanina w ambulatorium.
- Został już potraktowany tyloma środkami, że wolę mu na razie niczego nie podawać – wyjaśnił Sharen. - Lepiej, żeby jego organizm sam się z tym uporał.
Pan przygryzła wargę i spojrzała na Ti Pau, która trzymała jej dziadka z rękę, wpatrując się w niego z troską.
- Co dalej będzie? - szepnęła z przejęciem.
Ti Pau na moment wlepiła wzrok w podłogę.
- Będzie dobrze – odparła trochę bez przekonania. - Ale jeśli chcesz... Jak odzyskam siły, mogę teleportować cię do domu – wyznała.
- Nie.
Na dźwięk tego jednego słowa Ti Pau rozszerzyła oczy ze zdumieniem.
- Może czasami za dużo płaczę, ale nie jestem tchórzem – dodała Pan z determinacją.
- Uszanuję twoją decyzję tylko ze względu na niego – odparła beznamiętnie kobieta, a potem znowu przeniosła wzrok na nieprzytomnego partnera.


Ti Pring chodziła wte i we wte, zastanawiając się nad strategią. Nawet jeśli wszystkim wrócą siły na czas, nie dawało jej to pewności przewagi. Wolała nie lekceważyć przeciwnika i przygotować się na każdą okoliczność. Jej myśli zostały przerwane przez nagły, tajemniczy zgrzyt. Spojrzała na Ice'a pytająco. Ten uniósł palec wskazujący, jakby dając do zrozumienia, że musi coś sprawdzić. Jego mina nie dodawała otuchy. Ti Pring przeniosła wzrok na Vegetę, który tylko wzruszył ramionami.
- Wiedziałem, że to zrobią – rzekł z niepokojem Ice, gdy wrócił z inspekcji. - Zablokowali wentylację. Chcą nas wykurzyć.
- Ile mamy czasu? - spytała Ti Pring.
- Trudno powiedzieć. Godzinę, może dwie.
Ti Pring bez zastanowienia pomaszerowała do ambulatorium. Kakarotto wciąż leżał nieprzytomny, a Ti Pau tkwiła zatroskana przy jego boku. Pan przysnęła na fotelu, a Sharen czekał cierpliwie.
- I nic? - odezwała się Ti Pring.
- Na razie nic – odparł lekarz.
- Musisz coś zrobić. Zablokowali wentylację. Nie możemy czekać.
- Większa dawka neutralizatora mu zaszkodzi.
Tym razem Ti Pring zignorowała słowa Sharena. Podeszła do saiyanina i nachyliła się nad nim.
- Masz jakiś pomysł? - spytała Ti Pau z nadzieją w głosie.
Przez chwilę Ti Pring tylko wpatrywała się w leżącego badawczo. Położył dłoń na jego policzku, po czym odsunęła ją nieco. Wzięła zamach i uderzyła go w twarz nie na żarty.
- Mamo!
Protesty córki na nic się nie zdały. Ti Pring potraktowała tak samo drugi policzek. Następnie znowu uderzyła w prawy. Tak mocno, że głowa Kakarotto odskoczyła w bok.
- Myhhh... - jęknął sayianin i skrzywił się.
Jego brwi oraz dłonie poruszyły się. Coś chyba zaczynało do niego docierać.
- Wstawaj! - Ti Pring powtórzyła swe poczynania już trochę łagodniej, aż wreszcie Kakarotto podniósł powieki. - Dawaj mu tą tabletkę, co innym. Musi być na chodzie – poleciła Sharenowi.


Lord Snow zaczynał się denerwować. Co prawda był pewien swej potęgi, ale więźniowie zdążyli narobić niemałego zamieszania. Dobrze, że chociaż miał Dale. On zawsze umiał coś wymyślić.
- Jak bardzo są silni? Myślisz, że mógłbym mieć z nimi problemy? - spytał changeling, z niesmakiem na samą myślę, że ktoś śmiałby stawić mu czoła.
- W grupie mogliby stanowić zagrożenie, ale nie, jeśli będą rozproszeni. W pojedynkę nie mieliby z panem żadnych szans. Nawet ten najsilniejszy w swym najwyższym stadium.
- Tylko jak ich rozdzielić?
- O to bym się nie martwił. Sami się rozdzielą.
Opanowanie i pewność siebie Dale nie przestawała zaskakiwać Snowa, choć do tej pory lord powinien się już przyzwyczaić do jego niezwykłych umiejętności.
- Skąd możesz wiedzieć? - spytał.
- To proste. Nie użyją windy, by wydostać się na powierzchnię w obawie, że zastawimy na nich pułapkę. Pozostanie im użycie szybów wentylacyjnych. A rozproszenie mogłoby im dać pozorną przewagę. Proszę się nie martwić. Mam już wszystko przemyślane. Jedyne, co musi pan zrobić, to zająć się najsilniejszym. Ja zajmę się resztą.
- Dale, najlepsza rzecz, jaką mój ojciec kiedykolwiek uczynił, to że pozwolił ci tu zostać.


Każda grupa wymaga przywódcy i choć Vegeta najchętniej wszystko robiłby po swojemu, mimowolnie podporządkował się Ti Pring. Ona zaś nie pchała się do władzy, ale jej naturalne zdolności strategiczne zwyciężyły.
- Wydostaniemy się na zewnątrz przez szyby wentylacyjne – oznajmiła.
- A nie lepiej rozwalić to wszystko w pizdu? - zasugerował Vegeta i skrzywił się zniecierpliwiony.
- Pamiętajcie, że w tym budynku są niewinne osoby. Musimy uważać – ucięła Ti Pring.
Kakarotto dochodził do siebie, ale łóżka jeszcze nie opuścił. To było największe zmartwienie.
- Zaraz skończy nam się powietrze. Co z nim? - spytał Ice, wskazując na saiyanina z niepokojem.
- To nasz główny zawodnik. Nie możemy pozwolić, by odpadł z gry, nim ta się na dobre zacznie. Sharen, muszą tu być jakieś butle z tlenem – oznajmiła Ti Pring.
- Są – potwierdził lekarz.
- Świetnie, to pozwoli wam kupić trochę czasu. Zostaniesz tu z Kakarotto, póki nie wydobrzeje.
- Ja też zostanę – postanowiła Ti Pau, która nie odstępowała partnera na krok.
- Nie, ty pójdziesz z Pan południowym szybem. Geta pójdzie zachodnim, a ja i Ice wschodnim. - Ti Pring miała już opracowany plan i nie zamierzała od niego odstępować.
- Posłuchaj matki. Dobrze to obmyśliła. I nie martw się o mnie, dołączę do was lada moment – uspokoił Kakarotto.
- Czemu się rozdzielamy? - spytał jeszcze Ice.
- Trudniej im będzie zastawić zasadzkę – wyjaśniła Ti Pring. - Ruszajmy.
- Jeszcze to. Przyda się do komunikacji. - Ice wręczył każdemu nowiutki skauter.
Cokolwiek czekało na górze, trzeba było temu stawić czoła. A ucieczka nie wchodziło w rachubę, bo oznaczałaby, że przybyli tu na marne. Ti Pring pochwyciła Ice'a i poleciała wzdłuż wąskiego szybu. Wyłamała klapę i wydostała się na zewnątrz.
Trafili do korytarza bez okien. Pustego, białego i rozświetlonego ze wszystkich stron. Takiego, jakich było tu wiele. Ti Pring zachowała czujność i rozejrzała się dookoła. Jak na razie wszystko zdawało się w porządku.
- Tu wszędzie są kamery. Na pewno znają nasze położenie – wytłumaczył Ice, ewidentnie spięty.
- Jednak bezczynnie stać tu nie będziemy. Prowadź do południowego szybu – poleciła stanowczo kobieta.


Vegeta wyszedł z szybu i znalazł się w korytarzu, który byłby całkowicie pusty, gdyby nie kobieta, oparta o ścianę. Nawet na niego nie spojrzała. Za bardzo pochłaniało ją jej odbicie w lusterku i usta, które skrupulatnie malowała na czerwono. Nosiła tego samego koloru obcisły kombinezon, niczym żywcem wyjęty z filmu erotycznego. Krótkie czarne włosy okalały z pozoru niewinną twarzyczkę z małym noskiem i mocno wymalowanymi oczami. Vegeta nawet nie chciał zachodzić w głowę, skąd się tu wzięła. Interesował go tylko lord Snow.
- Jak się dostać do tego waszego naczelnego jaszczura? - spytał zniecierpliwiony.
- Jeśli chcesz stawić czoła memu panu, najpierw musisz pokonać mnie – oznajmiła kobieta w iście dramatycznym stylu i schowała akcesoria za dekolt.
W swoim życiu Vegeta widział już wielu zgrywających się cudaków, ale to przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Machnął ręką i udał się korytarzem przed siebie, oddalając się od osobliwej kobiety.
Usłyszał świst powietrza i odruchowo uniósł rękę, blokując cios, którego nie musiał nawet widzieć, by wiedzieć, gdzie padnie. Kolejny świst. Vegeta odwrócił się i pochwycił w dłonie obie pięści. Uśmiechnął się wymownie.
- Bez względu na to, jak bardzo się wymalujesz i jak wyzywająco ubierzesz, to mnie nie powstrzyma przed spuszczeniem ci łomotu – oznajmił.
- Chyba nigdy nie słyszałeś o Karmazynowej Wojowniczce.
Vegeta prawie parsknął śmiechem.
- To twoja ksywka? Bardziej kiczowatej wymyślić się nie dało? - zadrwił. - Czemu nie Mroczna Dama, albo... ja wiem... Krwawa Mary?
Kobieta zmarszczyła brwi i odskoczyła.
- Zapłacisz mi za tę zniewagę – oznajmiła groźnie. - Szykuj się na śmierć!
Co za oryginalność. Vegeta przewrócił oczami. To naprawdę zaczynało być nie w porządku. Zawsze trafiały mu się największe pajace.
- Okej. Dajesz – rzucił od niechcenia.
Nie chciało mu się patyczkować. Od razu przeszedł na wyższy poziom.


Gdy Ti Pau i Pan wydostały się na zewnątrz, nie zastały nikogo, ale ich radość nie trwała długo. Z przyległych korytarzy dosłownie wysypali się żołnierze Snowa, otaczając je. Saiyanki stanęły blisko siebie, plecy w plecy, bacznie obserwując wojowników. Trudno było oszacować ich siłę, ale co do jednego Ti Pau nie miała wątpliwości: nie mogła się poddać.


Ti Pring z Ice'em podążali pustym korytarzem. Do czasu. Na drodze niespodziewanie napotkali Nameczanina. Zatrzymali się. Kobieta zmarszczyła brwi i zmierzyła osobnika sceptycznym spojrzeniem. Od razu skojarzyła, kim jest. Zerknęła na Ice'a. Wyglądał na przerażonego i zrezygnowanego. Musiał mieć ku temu powód. Ale Ti Pring nie zamierzała dać się zastraszyć. Nie z takimi miewała już do czynienia.
- Czego chcesz? - rzuciła pogardliwie, od samego początku zaznaczając, że nie będzie się patyczkować.
- Nie zamierzam się z nikim bić, ani nie zależy mi na waszej krzywdzie – odparł spokojnie Nameczanin. - Ale nie mogę pozwolić wam uciec. Skontaktuj się z przyjaciółmi i powiedz im, że mają się poddać.
- A zmusisz mnie do tego... jak?
Dale otworzył dłoń, ukazując małą kostkę, którą następnie nacisnął. Nad nią pojawił się holograficzny obraz czegoś, przypominającego pojazd kosmiczny lub torpedę.
- To pocisk najnowszej generacji. Wycelowany w Ziemię i gotowy do wystrzelenia. Siła rażenia równa się mocy dziesięciokilometrowej asteroidy. Jest w stanie dotrzeć do waszej planety w trzy dni. Wystarczy wcisnąć jeden guzik. Zostanie wystrzelona, jeśli dalej będziecie stawiać opór – wyjaśnił.
Choć Ice cały drżał, Ti Pring nawet nie drgnęła powieka.
- Skąd mam wiedzieć, że to nie blef? - spytała niewzruszona.
- Nie możesz wiedzieć. Masz pięćdziesiąt procent szansy, że mówię prawdę. Pytanie czy to wystarczające prawdopodobieństwo, żeby zaryzykować.
Był dobry. I choć Ti Pring tego nie okazywała, w głębi duszy zaczynała się denerwować.
- Dam wam pół minuty na podjęcie decyzji – rzekł Nameczanin, beznamiętnie, jak zawsze.
- Naprawdę dysponują taką technologią? - szepnęła szybko kobieta do Ice'a.
- Nie wiem... Nigdy nie zdradzali mi szczegółów uzbrojenia... Jest to możliwe...
- Szlag.
Zrobiło się niemiłosiernie gorąco. Ti Pring przygryzła wargę i zacisnęła pięści. Nie mogła dać się podejść w tak prosty sposób. Musiało istnieć jakieś wyjście.
- Wiem, że nigdy nie trzymałaś się vulcańskiego stylu życia, ale tym razem radzę zdać się na logikę – oznajmił ze spokojem Dale. - Pięć sekund.
I kiedy zaczęło się odliczanie, Ti Pring uświadomiła sobie, że Ice miał co do Nameczanina całkowitą rację.
- Poddajcie się. Jeśli tego nie zrobicie, zagrożona będzie nasza planeta – rzekła w końcu Ti Pring przez skauter.


Kiedy Vegeta dołączył do Ice'a i Ti Pring, kobieta zamiast ucieszyć się na jego widok, jeszcze bardziej się zdenerwowała.
- A gdzie dziewczyny? - spytała groźnie Dale.
- Nic im nie grozi. Są zbyt cenne, by mielibyśmy je skrzywdzić. Po prostu lord Snow lubi... teatralne zagrania – odparł Nameczanin
- Proszę, powstrzymaj mnie, bo ręka mnie świerzbi – wysyczał Vegeta i zacisnął pięści.
Ti Pring rzuciła mu błagalne spojrzenie. Wiedziała, jak ciężkie musiało być dla Vegety dobrowolne złożenie broni. I tak zdołał jej już dzisiaj zaimponować niespotykaną jak na niego zdolnością kompromisu.
- Chodźcie za mną – polecił Dale.
Jeśli ktokolwiek miał ochotę zadać jakieś pytanie, powstrzymał się. Krocząc pustym korytarzem, Ti Pring nie przestawała myśleć o groźbie Dale. Próbowała za wszelką cenę rozpracować jego sposób działania i dociec, czy blefował. I gdy już łamała się w sobie, czy nie podjąć drastycznych kroków, Nameczanin się zatrzymał.
- Zostańcie tam, gdzie jesteście – polecił i sam zrobił kilka kroków w tył.
I nagle Ti Pring coś zaświtało. Wyciągnęła rękę przed siebie i już miała zaatakować, gdy część podłogi niespodziewanie uniosła się i skutecznie zasłoniła jej cel. Wkrótce cała trójka znalazła się w potrzasku. Jakiś mechanizm skutecznie zamknął ich w sześcianie. Vegeta cisnął kulką energii w obudowę, ale ta skutecznie ją wchłonęła. W środku panowała całkowita ciemność, więc Ti Pring skumulowała energię, by ją rozświetlić.
- Kurwa! - wrzasnęła i z całej siły uderzyła w ścianę, choć nic to nie dało. - Tak niewiele brakowało... Jestem głupia. Głupia, głupia, głupia! Nawet jeśli nie blefował... kurde, trzy dni! Goku albo Ti Pau zdążyli by się teleportować na Ziemię i coś by się wymyśliło... Szlag! Jak mogłam o tym od razy nie pomyśleć?!
- Uspokój się! To jojczenie ci teraz nic nie da! - huknął Vegeta, przywracając partnerkę do porządku. - Lepiej się zastanówmy, jak stąd wyjść.
- Ciekawy stop – rzekł Ice, macając ścianę. - Wygląda tak, jakby wszystkie krawędzie zespoliły się ze sobą. Pierwszy raz widzę coś takiego.
- Jesteś kompletnie bezużyteczny. Radzę ci coś wymyślić i to szybko – warknął Vegeta.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 02 sie 2014, 18:51

Miał to wrzucić już jakiś czas temu, ale zapomniałam.


Rozdział finałowy

- Czuję, że wróciły mi siły – oznajmił Goku, zdejmując maskę z tlenem.
Jego determinacja sięgała zenitu. Nie mógł już doczekać się walki. Ale najpierw musiał zrobić coś jeszcze.
- Odstawię cię w bezpieczne miejsce – powiedział Sharenowi i chwycił go za rękę, nim ten zdążył zaprotestować.
Dla Goku bezpieczne miejsce kojarzyło się przede wszystkim z pałacem Wszechmogącego. Nic dziwnego, że odruchowo teleportował się właśnie tam, wywołując niemałe poruszenie.
- Zostawiam tu na chwilę przyjaciela Ti Pring. Mam pewną sprawę do załatwienia – wyjaśnił, już chcąc teleportować się z powrotem.
Dende zdawał się zorientowany w sytuacji, ale to Piccolo zabrał głos.
- Weź mnie ze sobą – oznajmił.
- No nie wiem, czy to dobry...
- Pomoc się przyda. Zrób to! - warknął Piccolo bardzo stanowczo, chyba zdenerwowany, że Goku nie zgłosił się do niego jeszcze na samym początku.
- No dobra.
Goku westchnął i chwycił Nameczanina, następnie przyłożył dwa palce do czoła. Szukał znajomych wzorców energii. Pan i Ti Pau... Znalazł je. Znajdowały się tuż obok siebie. Musiał sprawdzić, czy nic im nie jest.
Pojawił się w marmurowej komnacie. Ogromnej. Może była to jakaś sala balowa, choć wyglądała bardzo pusto. Na białej kanapie siedziały Ti Pau z Pan. Nie wyglądały na ranne, ale na przerażone jak najbardziej. Nie odezwały się ani słowem, choć patrzyły z nadzieją na swego wybawcę. Goku zmarszczył brwi. Wyczuł ich trwogę. Ktoś musiał je skrajnie zastraszyć.
- Gdzie pozostali? - spytał.
- Nie wiem – wydusiła z siebie Ti Pau.
- Piccolo, idź ich poszukać. Mogą mieć kłopoty – zareagował szybko saiyanin.
Nameczanin przytaknął i udał się na zwiady. Goku zaś przez moment wpatrywał się w dziewczęta, zachodząc w głowę, czy nie stała się im jakaś straszliwa krzywda, których znamion nie dało się dostrzec na pierwszy rzut oka.
- Zaczynałem się niecierpliwić – Goku usłyszał nagle głos i odwrócił się gwałtownie.
Lord Snow stał na tle purpurowej kurtyny, która przysłaniała wejście do sąsiedniej komnaty. Kolor jego skóry zlewał się z barwą materiału. Rysy twarzy miał bardzo rozpoznawalne, choć minęło wiele lat od ostatniej konfrontacji Goku z jego ojcem.
- Wypuść moich bliskich. Natychmiast! - warknął saiyanin.
- Kiepski miałbym w tym interes, prawda? - rzekł ze spokojem Snow i zbliżył się do przeciwnika.
Goku rzucił okiem na dziewczęta. Całe drżały. Co on im zrobił?
- Skrzywdziłeś je? - syknął saiyanin.
- Nie śmiałbym. Są dla mnie zbyt cenne. Jedynie wyjaśniłem im parę rzeczy.
- Powiem raz jeszcze, jeśli ich nie uwolnisz...
- Oj, aleś ty tępy. Co próbujesz osiągnąć? Zastraszyć mnie? Myślisz, że stawałbym teraz tobą twarzą w twarz, gdyby nie znał wszystkich twoich słabości i rozłożenia sił? Gdybym chciał, mógłbym cię wykończyć już dawno, ale w tym również nie miałbym żadnego interesu. Potrzebuję cię żywego. Tak więc odpuść już sobie te cyrki i się poddaj, to zaoszczędzisz każdemu niepotrzebnego bólu.
Taka opcja w ogóle nie wchodziła w grę dla Goku. Nie sądził, by przeciwnik rzeczywiście znał w pełni jego możliwości. Od razu przeszedł na poziom drugi, gotując się do walki.
- W takim razie rozwiążemy to jak wojownicy. Ale je odeślij w bezpieczne miejsce – wskazał na saiyanki.
- O nie, co to, to nie. Zaprosiłem je tu nie bez powodu. To obecnie najbliższe ci osoby, prawda? Wnuczka i kochanka. W przyszłości jedna z nich da mi silnego potomka, ale najpierw chcę, żeby poznały prawdę o tobie.
- Co masz na myśli? - mruknął Goku.
- To że nie jesteś takim wspaniałym bohaterem, jak wszystkim się wydaje. Dbasz o swoje interesy, tak samo, jak ja. I nie lubisz, gdy ktoś próbuje ci w nich namieszać.
- Ja nie porywam niewinnych osób, żeby robić na nich eksperymenty.
- To, co robię, to tylko konieczność w drodze do postępu. Myślisz, że wasza cywilizacja cieszyłaby się tyloma przywilejami, gdyby nie poświęcenia dla dobre nauki? Lepiej zadać sobie pytanie, po co ty tu przybyłeś.
- Żeby cię powstrzymać. Jesteś zagrożeniem dla galaktyki.
- Serio? Zagrożeniem dla galaktyki? A kto ci tak powiedział? Koleś, który was szpiegował i okłamywał? I ty mu uwierzyłeś? A może posłużył się wami, żeby mnie obalić i przejąć władzę? To ci nie przyszło do głowy? A może po prostu wygrała chęć walki? Nie oszukujmy się, wy saiyanie po to żyjecie. To dla was sens istnienia. Walka. Możesz sobie do tego dopisywać górnolotne idee, obronę uciśnionych i inne takie brednie, ale obaj wiemy, że walczysz przede wszystkim dla siebie, a nie dla innych. Nadarzyła się okazja na porządną bitkę i nie mogłeś się powstrzymać. Ale nie martw się. To nie powód do wstydu. W końcu do tego zostałeś stworzony. Tylko nie udawaj, że chodzi o coś więcej.
Goku zacisnął pięści. Fakt, było ziarno prawdy w tym wszystkim, co mówił Snow. Saiyańska natura robiła swoje. Goku marzył o tej walce, marzył o silnym przeciwniku i sporej dawce wrażeń, ale bezpieczeństwo bliskich stało ponadto. Nie miał wątpliwości, że Snow chce go poniżyć i sprowokować. Podkopanie morale przeciwnika, to w końcu jedna ze strategii.
- Wcale mnie nie znasz – wysyczał.
- Czyżby? Wiem, że zostawiłeś chorą żonę, wiem, że zostawiłeś synów, wiem, że zostawiłeś wnuczkę. Wiem, że wyładowujesz swoje saiyańskie chucie na byłej wychowance. Ale to jeszcze mogę zrozumieć, bo zwierzęta tak mają. Jak wyczują feromony samicy swojego gatunku to nie przepuszczą okazji. Od jak dawna to w tobie wzbierało? Od dziesięciu lat? Dwunastu? Musiało być ciężko.
- Walczmy wreszcie! - krzyknął Goku zdenerwowany.
- Jak chcesz. Dla mnie to tylko formalność – mruknął Snow znudzony.


Piccolo biegł korytarzem, próbując wyczuć ki znajomych mu osób, coś jednak musiało się stać, bo nie czuł nic. To było jak błądzenie po omacku. Dokąd właściwie zmierzał, nie posiadając żadnych wskazówek? Że też nie znalazł się tu wcześniej. Nie był to jednak odpowiedni moment, by przeklinać Goku za to, że nie wziął go ze sobą na samym początku.
Zatrzymał się gwałtownie, gdy ujrzał przed sobą smukłą postać Nameczanina. Piccolo zmierzył go zaskoczonym spojrzeniem. Było coś tajemniczego w tym osobniku. I nie chodziło tylko o fakt, że Piccolo nie spodziewał się tu zastać przedstawiciela swojej rasy. Osobnik miał wyprany z emocji wyraz twarzy i ewidentnie nie bał się. Ewentualnie umiał to dobrze ukryć.
- Nie sądziłem, że się spotkamy. Przyznaję, że nasza wtyczka nie dostarczyła zbyt wielu informacji na twój temat. A szkoda – oznajmił obcy Nameczanin.
- Nie mam czasu na pogawędki. Coście zrobili z resztą Ziemian? - uniósł się Piccolo.
- Nic im nie jest, ale stamtąd, gdzie ich umieściłem, nie uwolnią się sami.
- To ich uwolnij.
- To byłoby zbyt proste, nie sądzisz?
- Szukasz guza?
- Nie, nie jestem, wojownikiem.
- No to naprawdę będzie dla ciebie lepiej, jeśli ich uwolnisz.
Piccolo mógłby przysiąc, że po jego stwierdzeniu Nameczanin na moment się uśmiechnął.
- Cieszę się, że cię poznałem. Jesteśmy do siebie podobni. Dwóch samotników – oznajmił ze spokojem osobnik.
- Nie podlizuj się, tylko powiedz, gdzie są.
- I tak nie zdołasz ich uwolnić bez znajomości kodu do sześcianu.
- To mi podaj ten kod.
I znowu ten niby uśmiech.
- Właściwie mógłbym. Nie czuję się w żaden sposób przywiązany do lorda Snowa i myślę, że jego koniec już nadszedł. Ale chcę czegoś w zamian.
- Czego?
- Twoje jajo.
Piccolo zgłupiał.
- Słucham? - wypalił.
- To co powiedziałem. Daj mi swoje jajo, to uwolnię twoich przyjaciół i nigdy już mnie nie zobaczycie.
To był jakiś absurd.
- Po kiego grzyba ci moje jajo? - parsknął Piccolo.
- Nie muszę ci się tłumaczyć.
- Nie możesz sobie zrobić swojego?
- Tak czy nie?
Mimo wściekłości, Piccolo się opanował. Rozszarpanie przeciwnika w żaden sposób nie pomogłoby mu uwolnić Ziemian.
- Muszę wiedzieć, jaki masz w tym interes – powiedział stanowczo.
- Nie, nie musisz. Za to musisz się spieszyć, bo niebawem twoim kolegom zabraknie powietrza. Mogę cię jedynie uspokoić, że moją ambicją nie jest przejęcie władzy nad wszechświatem. Zresztą sam wiesz, że nie dysponuję żadną potężną mocą. To jak będzie?


Ti Pau z przerażeniem obserwowała rozgrywającą się na jej oczach walkę. Goku dostawał cięgi, to nie ulegało wątpliwości. Nie sądziła, że przewaga Snowa będzie tak ogromna. Gdyby tylko mogła pomóc... Czuła, że powinna, ale strach sparaliżował ją na tyle, że tkwiła w miejscu, trzymając Pan za rękę. To wszystko co Snow im powiedział, to co im uczyni, jeśli się sprzeciwią, zbyt ją przerażało. Tak, dała się zastraszyć i teraz czuła się z tym podle.
Najwyraźniej Goku pojął, że musi podjąć drastyczne kroki, jeśli chce mieć jakiekolwiek szanse. Gdy przeszedł na trzeci poziom, zawirowania energii dało się wyczuć w całym pomieszczeniu. Nie było czasu na patyczkowanie się. Saiyan wykorzystał moment, gdy Snow uniósł się w górę, prawdopodobnie chcąc zaatakować z większym impetem i użył swej najmocniejszej techniki.
- Kamehameha! - krzyknął i wystrzelił oślepiającą falą światła.
W kopule, która wieńczyła komnatę, powstała ogromna dziura. Coś huknęło. Ti Pau cała się napięła. To Snow leżał prze jej oczami. Jego ciało porozdzierane w wielu miejscach. Wyglądał na pokonanego. Na moment kobieta wstrzymała oddech. Coś podpowiadało jej w duchu, że jeszcze za szybko, by wpadać w radość. Miała rację. Snow się podniósł. Początkowo chwiejnie, ale gdy jego rany zaczęły znikać, zupełnie jak u wojowników, których wcześniej wysłał na Ziemię, stanął pewnie na obu nogach. Uśmiechnął się złośliwie, a Goku spojrzał na niego z przerażeniem.


- Skąd się tu wziąłeś i jak udało ci się nas uwolnić?! - wykrzyknęła zaskoczona Ti Pring na widok Piccolo.
- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Goku może mieć kłopoty.
Wszyscy pobiegli za Nameczaninem. Już teraz dało się wyczuć niepokojące fluktuacje energii, ale dopiero gdy wpadli do głównej komnaty, Ti Pring w pełni zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Choć saiyanin przebywał obecnie w swej trzeciej formie, wyglądał już na mocno zmęczonego walką. A może właśnie dlatego, że zdecydował się na tę wycieńczającą strategię? W każdym razie musiał znaleźć się w sytuacji podbramkowej skoro porwał się na ostateczność. Przynajmniej dziewczęta wyglądały na względnie bezpieczne. Niestety po krótkiej obserwacji walki dało się wyciągnąć przerażające wnioski. Snow nie przegrywał, bo umiał się regenerować, podobnie jak jego ludzie. Bez wątpienia jeden z rezultatów eksperymentów genetycznych.
- Nie dobrze, musimy mu pomóc. Razem mamy szanse – rzekła Ti Pring do pozostałych wojowników.
Zaatakowali wspólnie. Kobieta użyła techniki manipulacji, by osłabić przeciwnika, a Vegeta i Piccolo wsparli Kakarotto z obu stron, biorąc Snowa w ogień krzyżowy. Wyglądało na to, że role się odwróciły. Teraz to changelling wyglądał na przerażonego. Najwyraźniej nie spodziewał się całkowitej utraty kontroli nad swym ciałem połączonej ze zmasowanym atakiem. Wkrótce zaczął zbierać tak silne obrażenia, że coraz mniej nadążał z regeneracją. Niestety technika manipulacji również miała swoje ograniczenia.
- Ti Pau, pomóż im! - krzyknęła Ti Pring do córki, ale ta dalej tkwiła w miejscu w przestrachu.
Nie było teraz czasu na silniejsze próby perswazji. Samo skoncentrowanie się na technice manipulacji pochłaniało wystarczająco energii. Ti Pring czuła, że wytrzyma jeszcze tylko kilka sekund. Oby to wystarczyło. Na szczęście Vegeta skumulował całą energię w pięści i jednym potężnym ciosem przebił przeciwnika na wylot. Snow upadł bez życia.
Ti Pring na moment wstrzymała oddech. Wstanie czy nie wstanie – to jedno pytanie kotłowało jej się w głowie.
Wstał. Powoli. Wszyscy obserwowali go w szoku. Jego rozerwane ciało zaczęło już zarastać, ale nie to było najbardziej przerażające. Jego rubinowe oczy zdawały się teraz tak oziębłe, że samo spojrzenie mogło zmrozić.
- Dobra, wkurzyłem się – oznajmił.
Zacisnął pięści, jego mięśnie jakby napęczniały i po chwili nie pozostawało już żadnych wątpliwości, że zaczął się transformować. Pozostali wojownicy gapili się ze zdziwieniem zamiast zareagować. Typowe. A czasu było mało. Dlatego Ti Pring zrobiła jedyną rzecz, jaka jej pozostała. Sama zaatakowała. Nie mogła dopuścić do zakończenia transformacji.
Wymierzyła przeciwnikowi solidnego kopniaka, ale było już za późno. Snow chwycił ją za łydkę, a ich spojrzenia spotkały się. Jego twarz przysłaniał teraz naturalny pancerz, a z czaszki wyrosła okalająca głowę wypustka. I to wszystko, co Ti Pring zdążyła zauważyć, nim pochwycił ją w obie ręce i wbił kolano w kręgosłup, łamiąc go przy okazji. Kobieta wrzasnęła z bólu, a po chwili nie czuła już nic. Jakby stała się nagle maszyną, z której ktoś wyjął baterie. Ale świadomość pozostała. Ti Pring zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół niej. Snow cisnął nią o ścianę jak szmacianą lalką.
- Mamo! - Ti Pau wreszcie się przemogła i podbiegła do matki.
Ale teraz kiepska to była pociecha. Ti Pring widziała, jak wojownicy padają poturbowani jeden po drugim. Nawet Kakarotto nie dał rady stawiać dłużej opory. Jego włosy wróciły do normalnego stanu, jego ciało zostało ciśnięte w marmurową kolumnę, niszcząc ją doszczętnie. Wojownik leżał pokonany w stercie gruzów, gapiąc się mętnym wzrokiem w kawałek nieba, który wyzierał zza zniszczonej kopuły. Czyli koniec. Zostali pokonani. Nic nie mogli już zrobić. Mieli pozostać więźniami do końca ich dni. To już lepsza była śmierć.
Czas zatrzymał się na moment lub spowolnił niemiłosiernie. Tak czy owak chwila ta ciągnęła się w nieskończoność. Chwila między całkowitą utratą nadziei, a pojawieniem się nowej. Coś działo się z Kakarotto, coś niepokojącego, ale Ti Pring szybko uświadomiła sobie co, gdy zdała sobie sprawę, że zza zniszczonej kopuły wyziera księżyc.
Transformacja nastąpiła szybko i gwałtownie. I nie byłoby powodu do zdziwienia, gdyby nie to, że wielka małpa, w którą zamienił się Kakarotto nie przypominała tego, co Ti Pring widziała do tej pory. Nie pokrywało go brązowe futro lecz złote. Ale niestety na tym różnice się kończyły. Potwór zachowywał się dokładnie tak, jak dało się przewidzieć, czyli niszczył wszystko dookoła.
- Tylko nie zdjęcie mamusi! - wykrzyknął Snow, gdy zauważył, że przez poczynania małpy wszystko pospadało ze ścian.
Pozbierał z podłogi potłuczoną ramę, bardziej przejmując się nią, niż siejącym zniszczenie saiyaninem. Może ta niespodziewana przemiana jednak nie okazała się promykiem nadziei?
- Dziadku, przestań! - Pan zerwała się na równe nogi i pobiegła w kierunku Kakarotto.
- Nie rób tego, Pan! - wrzasnęła Ti Pau, ale było już za późno.
Małpa pochwyciła dziewczynkę w swe wielkie łapska i uniosła na wysokość ślepi. Przy okazji wydała z siebie przerażający ryk. Ale Pan to nie zniechęciło. Błagała dalej. Płakała, lecz nie były to łzy strachu. Prosiła i łkała, a małpa wpatrywała się w nią nieprzerwanie, jakby zastanawiając się, co dalej robić. Zjeść czy nie zjeść? Zmiażdżyć czy nie zmiażdżyć?
- Błagam dziadku... Chcę wrócić do domu... Chcę żeby to wszystko się skończyło, żebyśmy znowu byli razem, żebyśmy trenowali... Proszę, zrób coś... - Pociągnęła nosem.
Trudno powiedzieć, jak długo trwały te usilne błagania i prośby, ale w końcu Kakarotto rozluźnił uścisk i wypuścił wnuczkę z rąk. Stał tak przez chwilę, jakby zamyślony, jakby skonfundowany. I stało się coś czego nie mógł spodziewać się nikt. Z wielkiej małpy zostało jedynie wspomnienie. Mężczyzna powrócił do swej normalnej postury, ale nie przypominał już Kakarotto, którego wszyscy znali. Zza zbroi i uniformu wystawało czerwonawo-różowe futro, czarne włosy znacznie się wydłużyły, a oczy przybrały barwę jasnego bursztynu. Najbardziej jednak zmienił się jego wyraz twarzy. Był poważny i bezwzględny, jak nigdy dotąd. Ti Pring zauważyła, że Ti Pau aż rozdziawiła usta ze zdumienia. Zaś Snow przestał interesować się zniszczonym zdjęciem i spojrzał na odmienionego saiyanina z niedowierzaniem. Moment, w którym ich spojrzenia skrzyżowały się, również dłużył się w nieskończoność, zupełnie, jak na starym westernie.
W końcu Kakarotto zaatakował. Jego prędkość niewyobrażalna, siła niesamowita. Komnata balowa stała się ruiną. Uderzając w ścianę, Snow rozbił ją całkowicie. Ale Kakarotto nie zważał na to, czy przeciwnik miał dosyć, atakował dalej. Trudno powiedzieć czy z furią, czy z opanowaniem, ale na pewno z zawziętością. W końcu Snow się postawił i pochwycił jego pięści. Mocowali się przez moment, po czym saiyanin kopnął przeciwnika w podbródek, pozbawiając go sporej części zębów. Jego miażdżąca przewaga wróciła. Kopał i bił nawet się nie męcząc. Cisnął przeciwnika w powietrze, gdyż sufitu praktycznie już nie było i przyjął postawę do ataku kończącego.
- Kamehameha!
Tym razem moc techniki zdawała się niewyobrażalna, a Kakarotto najwyraźniej dobrze wiedział, gdzie celować. Strumień energii porwał Snowa i pchnął prosto w kierunku jednego ze słońc. Saiyanin tkwił w niezmienionej pozycji, kontynuując swój atak. Dopiero po kilku minutach zaprzestał swych poczynań i oficjalnie zakończył walkę, jeszcze przez chwilę wpatrując się w niebo. Minęła dłuższa chwila, nim do Ti Pring dotarło, że jest już po wszystkim. Ti Pau wciąż wpatrywała się w Kakarotto w zdumieniu, a Pan rzuciła mu się na szyję.
Saiyanin powrócił do swej pierwotnej formy i rozejrzał się dookoła. Podrapał się po głowie, gdy zdał sobie sprawę, jakich zniszczeń narobił.
- Spadajmy stąd – zasugerował.
- Ekhem... - Ice chrząknął, zwracając na siebie uwagę. - Czy mógłbym... wrócić z wami? Na Ziemi ułożyłem sobie życie... Tutaj nie mam nic... - wydukał niepewnie.
Najpierw Kakarotto zmierzył go poważnym spojrzeniem. Wydawało się wręcz, że zaraz powie coś niemiłego. Ale jego twarz szybko złagodniała.
- Jasne – powiedział z uśmiechem.


Dende uleczył rannych wojowników i wyglądało na to, że wszystko wróciło do normy.
- Nie martw się, Sharen. Pomożemy ci spłacić długi. Kilka nielegalnych walk i po bólu – rzekła Ti Pring i poklepała kolegę po ramieniu. Uśmiechnął się.
Kobieta przeniosła wzrok na córkę, która siedziała na schodach pałacu i wyglądała na pogrążoną w myślach. Z nikim nie rozmawiała i z nikim nie nawiązywała kontaktu wzrokowego. Ti Pring podeszła do niej i stanęła nad nią, ale nic nie powiedziała. Czekała na jakąkolwiek reakcję.
- Miałaś rację, wygodne życie mnie rozpieściło – wymamrotała Ti Pau. - Nie jestem twarda jak saiyanka.
Ti Pring przykucnęła, by móc spojrzeć córce w oczy. Bardzo smutne oczy.
- Wygodne życie to nie grzech – odparła. - Zareagowałam tak, a nie inaczej, bo ci zazdroszczę.
Ti Pau spojrzała na matkę z niedowierzaniem.
- Nie musisz mnie pocieszać. To nie w twoim stylu i kiepsko ci wychodzi – rzekła i dodała po krótkiej pauzie. - Potrzebny mi statek.


Był już późny wieczór, ale Ti Pau czuła, że ona i Goku mają sobie jeszcze wiele do powiedzenia. Zaparzyła herbatę i usiedli razem przy stole. Saiyanin po raz pierwszy gościł w jej mieszkaniu. Ale w tej chwili nie czuła entuzjazmu z tego powodu.
- Zamierzasz zachować ogon? - podjęła, niby od niechcenia.
- Nie wiem. Muszę to dokładnie przemyśleć.
A może jednak nie było sensu owijać w bawełnę i grać na zwłokę? Może lepiej było od razu powiedzieć prawdę?
- Muszę zniknąć na jakiś czas – wypaliła Ti Pau.
- Gdzie się wybierasz? - zdziwił się Goku.
- Nie wiem. Gdzieś. W kosmos.
- Ale po co?
- Bo mam dosyć bycia rozpieszczoną panienką. Mam dosyć bycia tchórzem. Wy wszyscy... Ty, mój ojciec, moja matka... Nie baliście się wyzwań... Umieliście przetrwać wszędzie, zawsze... Wasz trening był zupełnie inny niż mój.
- Ale o czym ty mówisz? Ostro cię trenowałem. Nie mogłaś się na początku ruszać, pamiętasz?
- Ale i tak na mnie chuchałeś i dmuchałeś. Żebym sobie przypadkiem krzywdy za dużej nie zrobiła.
- Bo twoi dziadkowie by mnie obdarli ze skóry.
- I teraz jestem tym, kim jestem. Panną, która świetnie radzi sobie na turniejach, ale gdy nadchodzi prawdziwe niebezpieczeństwo... Sam widziałeś. Nie mam do ciebie pretensji, Goku. Po prostu muszę wreszcie sama podjąć ryzyko.
Przez moment saiyanin milczał i gapił się na kobietę zaskoczony.
- Na jak długo? - spytał z powagą.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Póki nie uznam, że jestem gotowa wrócić.
- Polecę z tobą.
- Nie. Muszę sama. Muszę polegać tylko na sobie. Obiecaj mi, że nie będziesz za mną podążać.
To było wręcz nie do pomyślenia. Ti Pau zawsze uważała, że prędzej czy później to Goku ją zostawi i uda się, gdzieś, nie wiadomo gdzie, by trenować. A tymczasem role całkowicie się odwróciły.
- To ma jakiś związek z tym, co powiedział o mnie Snow? - spytał Goku niepewnie.
- Nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo.
- A jednak w jednym miał rację.
Ti Pau popatrzyła na Goku pytająco.
- Jedenaście lat. To było jedenaście lat temu – odparł.
- Co?
- Kiedy po raz pierwszy poczułem ten twój zapach i myślałem, że zwariuję.
- Jaki zapach?
- Pamiętasz? Była pełnia. Biwakowaliśmy z chłopakami. I twój zapach... zrobił się taki silny i nęcący. Zniknąłem wtedy nagle, pamiętasz? Nie dało się inaczej. Poszedłem do żony i wmawiałem sobie, że to ty.
Przez moment Ti Pau wpatrywała się w Goku z otwartymi ze zdumienia ustami. Takie coś? Z jego strony?
- Miałam wtedy szesnaście lat – wymamrotała.
- Dlatego od tamtej pory upewniałem się, że nie ma cię w pobliżu podczas pełni.
Rzeczywiście, pełnia księżyca wpływała na czystej krwi saiyan, nawet jeśli nie mieli ogona. Goku stawał się wtedy nad wyraz... pobudzony. Ale jakoś nigdy nie przyszłoby Ti Pau do głowy, że już wcześniej miało to z nią związek.
- To nie twoja wina, tylko feromonów. Pewnie przez to, że jestem w połowie saiyanką – wyjaśniła ze spokojem.
A jeśli chodziło tylko o chemię i o nic więcej? Jeśli ich związek opierał się tylko na tym?
- Nie chodzi tylko o zapach. Przysięgam. - Goku jakby przewidział jej myśli.
Nie sądziła, by kłamał. Ale to i tak w żaden sposób nie mogło jej powstrzymać przed tym, co jej zdaniem musiała zrobić.


Rano Ti Pau obudziła się pierwsza. Goku spał obok i postanowiła go nie budzić. Ubrała szlafrok i poszła zrobić sobie kawę. Wczorajsza rozmowa przebiegła spokojnie, wyjaśnili sobie różne rzeczy i teraz, gdy się z tym wszystkim przespała, Ti Pau mogła ze spokojem stwierdzić, że podjęła właściwą decyzję.
Gdy kończyła jeść śniadanie, zadzwonił dzwonek do drzwi. Ti Pau poszła otworzyć i okazało się, że to Goten postanowił złożyć jej wizytę.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale w ogóle nie można się do ciebie dodzwonić – powiedział młodzieniec.
No tak, do tego czasu komórka musiała się wyładować. Ti Pau zupełnie o niej zapomniała.
- Wejdź – zaprosiła kolegę do środka.
Spojrzenie Gotena spoczęło na jednej z par butów.
- Czy jest u ciebie...
- Twój ojciec? Tak, śpi.
- Och...
Mimo wszystko Goten nie zniechęcony wszedł do środka.
- No i? Działo się coś ciekawego, jak mnie nie było? - spytał od niechcenia.
- Hmm, pomyślmy... Pan uciekła z domu, zamieszkała chwilowo z nami, potem przylecieli goście z kosmosu i chcieli nas porwać, poroniłam, nasi starzy ich pokonali, potem okazało się, że twój kumpel Ace, a właściwie Ice, to syn Coolera i że nas szpiegował, potem przyłączył się do nas i polecieliśmy na planetę changellingów, żeby skopać tyłek jego bratu, ale nas uwięzili i chcieli na nas robić eksperymenty, ale uciekliśmy, twój stary osiągnął czwarty poziom super saiyanina i wygrał, wróciliśmy, a ja postanowiłam samotnie udać się w kosmos.
Aż dziw, że Ti Pau prawie wszystko udało się powiedzieć jednym tchem. Przy czym cały raport przedstawiła możliwie najmniej emocjonalnie. Goten musiał sobie usiąść. Chyba chciał coś powiedzieć, ale każda próba kończyła się tylko na otwarciu ust. Wpatrywał się w koleżankę kompletnie zbity z tropu.
- A jak tam rejs? Znalazłeś miłość swojego życia? - spytała Ti Pau jak gdyby nigdy nic.
- Uh... Nie... nie znalazłem... - wymamrotał Goten. - Ale Trunks znalazł.
- Serio? Co to za jedna?
- Raczej co to za jeden.


Czerń kosmosu – tylko tyle widział przed sobą Dale, prowadząc statek w czeluści pustej przestrzeni. Na fotelu obok siedział mały Nameczanin o wielkich oczach i również wlepiał wzrok w rozciągającą się na ogromne odległości pustkę.
- Wiesz czemu tu jesteś? - spytał Dale, przerywając ciszę. Jak zwykle w jego głosie nie było znać żadnych emocji.
Dziecko nie odezwało się, jedynie popatrzyło na niego pytająco swymi wielkimi oczami.
- Jesteś tu, bo wiesz rzeczy, o których ja również chciałbym się dowiedzieć. To się nazywa pamięć genetyczna.
- I to wszystko? - zapytał mały Nameczanin.
- Nie. Chodzi o coś więcej. Jesteś do mnie podobny, a jednocześnie inny. Rozumiesz rzeczy, których ja nie rozumiem, ale chciałbym zrozumieć. Emocje... Strach, radość, nienawiść, przywiązanie... O co w tym wszystko chodzi? Tylko ty mnie możesz tego nauczyć. A ja w zamian nauczę cię innych rzeczy. O to w tym wszystkim właśnie chodzi.
Dalsze pytania były zbędne. Pomknęli przed siebie, ku nowemu życiu.
Obrazek

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 02 sie 2014, 20:45

Okej. Akcja szybka. Trochę wydaje mi się za szybka, jak na Dragon Balla, ale mimo to podobało mi się. Widzę ze faktycznie przedstawiłaś swoją wersję przemiany w ssj4.
Cała opowieść kończy się tak, że aż się prosi o kontynuację (czyżbyś zrobiła sobie furtkę? ;-) )
przy jednym jebłam
- A jak tam rejs? Znalazłeś miłość swojego życia? - spytała Ti Pau jak gdyby nigdy nic.
- Uh... Nie... nie znalazłem... - wymamrotał Goten. - Ale Trunks znalazł.
- Serio? Co to za jedna?
- Raczej co to za jeden.

Na nic więcej sie nie wysilę bo nie mam pomysłu. Były ze dwie literówki ale mało istotne.
Jedna rzecz będzie mnie nurtować. Co z Dale'em. :roll:

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 02 sie 2014, 23:09

Niby zaczęłam pisać następną część, ale słabo to idzie, więc na razie się niczym chwalić nie będę.
Obrazek


Wróć do „Dragon Ball/Z/GT/Super”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość