[Naruto] Moja Księga Bingo

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Teresa O.D.U.
amator
Posty: 5
Rejestracja: 07 gru 2014, 12:15

[Naruto] Moja Księga Bingo

Postautor: Teresa O.D.U. » 07 gru 2014, 22:10

Tytuł: Moja Księga Bingo
Fandom: Naruto
Kategoria: 15+
Opis: Historia pewnej łowczyni głów i jej konfrontacja z członkami Akatsuki.
Ostrzeżenia: przemoc, wulgaryzmy
Znajomość fandomu: niekonieczna
Status: niedokończony



I. W SROCZYM GNIEŹDZIE



Od dawna nie byłam zmuszona do improwizacji. Ten stary Sho mimo swojego posuniętego wieku był specjalistą w dziedzinie kamuflażu. Chciał zapewne resztę swojego życia spędzić spokojnie w tych górach. Nieszczęśliwie za jego głowę wyznaczono wystarczająco wysoką nagrodę, by mnie skusić. Informacje, które od niego otrzymałam, no cóż ...

- Ta przeklęta Księga Bingo. - powiedziała w euforii, zaśmiała się głośno i przyspieszyła kroku energiczniej bujając workiem przewieszonym przez lewy bark.

Od punktu wymiany dzieliło ją jakieś pięć godzin drogi. Zdawała sobie jednak sprawę, że skwar lejący się z nieba nie będzie miał dobrego wpływu na odciętą głowę Sho, którą ze sobą niosła. Sprawą priorytetową było jak najszybsze dokonanie transakcji i zasilenie zrujnowanej sakiewki brzęczącymi monetami. Tego upalnego dnia wszystko co żyło skrywało się w cieniu, nie wykonując zbędnych czynności, nie wydając dźwięków, czekając z utęsknieniem na chłód wieczora. Nawet rośliny zdawały się przytłoczone taką ilością promieni słońca. Niektóre uginały się ku ziemi, jakby wydawały ostatnie tchnienie. Łowczyni głów pomimo piekielnego wręcz klimatu skrzętnie okrywała swoje ciało. Ubrana w ciemny, obszerny, ziemisty płaszcz kończący się tuż nad linią kolan. Jego rękawy były luźne, jakby bardziej służyły do przechowywania czegoś niż miały taki krój ze względu na wygodę noszącego. Czarne, dopasowane spodnie wyłaniające się spod wierzchniego okrycia zdawały łączyć się w jedno z sandałami tej samej barwy. Twarz zakrywana przez luźno otaczającą ją chustę pełniącą funkcję maski. Utkana z lekkiego materiału z łatwością przepuszczała powietrze, poruszając się nieznacznie pod wpływem oddechu. Niezidentyfikowany kolor tego włókna, pomiędzy brązem a szarością doskonale współgrał z odcieniem oczu kobiety. Duże, o migdałowym kształcie, teraz lekko przymrużone z powodu oślepiającego światła słonecznego kusiły swą żywą zielenią. Zielenią młodych, wiosennych traw, jako pierwszych pieszczących zmysł wzroku po zakończeniu surowej zimy. Mogłoby się wydawać, że te oczy do dwa zwierciadła spokoju i nadziei, sprawiające, że gdy raz w nie spojrzysz nie będziesz chciał przestać, bojąc się, że znikną bezpowrotnie. Patrząc w nie byłoby się skłonnym uwierzyć w każde słowo ich posiadaczki. Jednak za zasłoną tego hipnotycznego refleksu krył się mroczny cień, zwodniczy jak syreni śpiew. Niezależnie od tego co kryła maska, to, co przyciągało uwagę nie było zakryte. Kasztanowe włosy, dość misternie upięte wysoko i obwiązane cienką tasiemką opadały delikatnymi falami na plecy, sięgając łopatek kobiety. W intensywnym świetle zdawały się mienić odblaskami ognistej czerwieni. Kosmyki przy twarzy, ewidentnie krótsze otulały policzki i momentami zakrywały oczy. Od dawna nikt nie widział jej twarzy. Nikt nie był też w stanie jej zmusić by zdjęła maskę. Czasami miała wrażenie, że sama nie pamięta jak wygląda. Ci, których spotykała nie powinni pamiętać jej twarzy, a tym, którym odbierała życie nic by nie dało to, że znaliby jej oblicze. Od kiedy urwana została jej więź z mistrzem i zaczęła żyć w ten sposób pragnęła pozostać anonimowa i nierozpoznawalna. Rościła sobie wyłączne prawo do tego, by decydować komu będzie dane stanąć z nią twarzą w twarz. Gdziekolwiek się pojawiała nie zostawała na długo. Ukrywając swą obecność podróżowała samotnie przez kraje. Teraz kierowała się do punktu wymiany na terenie Kraju Ognia.

Te upały są dobijające. Mam nadzieję, że ten stary oszust nie zainteresuje mnie jakimś zleceniem. Pierdziel doskonale wie jakiego typu wyzwania lubię podejmować (choć prawdopodobnie nie kłopocze się próbą poznania mojego motywu) i umie to wykorzystać. Tym razem nie dam się podpuścić choćby nie wiem co.

W ramach krótkiego odpoczynku po wykonaniu zadania postanowiła odwiedzić okoliczne gorące źródła, by ukoić zmęczone ciało i obmyślić dalszą trasę podróży. Informacje od Sho były przy tym bardzo pomocne. Myślenie o tym co powiedział jej stary shinobi odnośnie rodzimego klanu zajmowało ją tak skrzętnie, że zapomniawszy o upale nawet nie zauważyła jak szybko minęła jej droga do punktu wymiany.

Już dotarłam? No tak, znów przyłapuję się na tym, że myślę o przeszłości. Nadal odczuwam pokusę, by ją zbadać mimo tego, że dawno ją odrzuciłam. Cholera. Kogo ja chcę oszukać? Skrycie liczyłam na to, że na tej górze dowiem się czegoś istotnego o moim klanie. To wszystko sprawia, że tracę rachubę czasu. Chociaż w tym przypadku to chyba nie było najgorsze. - pomyślała i przymknęła oczy podczas gdy delikatny podmuch wiatru musnął jej przykurzone czoło.

Słońce chyliło się już nisko nad horyzontem. Niedługo miało zniknąć całkowicie, a jego miejsce miał zająć księżyc. Wyraźnie się ochłodziło. W tym momencie uświadomiła sobie, że nie uzupełniała płynów przez całą dzisiejszą wędrówkę. Poczuła nieznośną suchość w gardle. Postanowiła wstrzymać się z sięgnięciem po menażkę do czasu, aż rozmówi się z jeszcze jednym staruchem, którego musiała dziś odwiedzić.

Niewielki budynek, wyglądający na opuszczony był jej punktem docelowym. Upewniwszy się wcześniej, że nikogo nie ma w pobliżu postanowiła wejść. Nie pierwszy raz odwiedzała to miejsce i inne do niego podobne. Ludzie nieświadomi tego, co może się w nim kryć powinni trzymać się od niego z daleka. Tak było najrozsądniej. Już podczas mijania podziurawionych w dość niezwykły sposób drzwi frontowych wyczuwało się zapach gnijących ciał i zaschniętej krwi. Pomimo tego, że idąc przez ten długi korytarz nozdrza drażnił odór śmierci, nic poza tym nie wskazywało, że miejsce to jest swego rodzaju osobliwym targiem ludzkiego mięsa. O to właśnie chodziło. Wiele pomieszczeń połączonych było z korytarzem, jednak każdy, kto miał tutaj do załatwienia jakąś sprawę wiedział, że należy kierować się na sam koniec budynku. Tam właśnie ubijało się interesy ze zgrzybiałym Kasasagim. Przygarbiony, pomarszczony i siwy starzec sam zajmował się swoim biznesem. Nie miał przy sobie żadnego pomocnika, który mógłby być istotnym wsparciem podczas nieoczekiwanych komplikacji w negocjacjach. Nie musiał. Kobieta wiedziała już takich ludzi. Na przekór wszystkim przeciwnościom, a nawet swojemu wiekowi byli gotowi podjąć walkę, wręcz szaleńczą walkę. Szare oczy dziadunia emanowały młodzieńczym zapałem i porywczością. Duży, szeroki nos odznaczał się na mizernej twarzy przeoranej licznymi bruzdami. Niektóre były bliznami z młodości lecz reszta bezwarunkowo pojawiła się z mijającymi latami. Mimika twarzy pozostała nienaganna. Krzaczaste brwi żwawo poruszały się pod wpływem zmiany nastroju. Ubiór starca pozostawiał wiele do życzenia. Niewątpliwie uszczknięte zębem czasu spodnie oraz koszula były znacznie poprzecierane, miejscami załatane wręcz komicznie odróżniającymi się kawałkami materiałów. Geta na jego stopach zdawały się krzyczeć, że ich właściciel mimo krępej postury stara się rozpaczliwie dodać sobie kilka centymetrów w metryce. Zważając na niepozorną aparycję jedno było pewne. Nikt nigdy nie próbował go oszukać, a tym bardziej wykluczyć z interesu. Żaden z łowców głów nie wiedział nic o jego przeszłości, o tym dlaczego podjął się tego fachu, dla kogo pracował i dlaczego mimo tylu przeżytych wiosen nadal trudnił się wymianą ciało - pieniądze. W tym interesie nikt nie zadaje zbędnych pytań. Tak jest szybciej i bezpieczniej.

Na widok znajomej postaci przechodzącej przez drzwi starzec rozpromieniał. Doskonale wiedział kto go odwiedził. Posłał kobiecie szeroki uśmiech, za szeroki, odsłaniający pożółkłe dziąsła i resztki zębów. Łowczyni skrzywiła się i w krótkim grymasie obrzydzenia. Podeszła bliżej. Pomieszczenie nie miało okien. Wątłe światło lampy tliło się na niewielkim stoliku tuż obok prowizorycznego szpitalnego łóżka. Nie licząc tego nikłego blasku resztę powierzchni pochłaniał półmrok niezależnie od pory dnia. Nikt kto się tam kiedykolwiek znajdował prawdopodobnie nigdy się tym nie interesował, ale dało się zauważyć, że ta sala znacznie różniła się od reszty budynku. Ściany były w nienaruszonym stanie. Surowe i skromne wnętrze wyglądało na zadbane. Przy najrozleglejszej ścianie stał rząd chłodni rodem z kostnicy, ustawionych ściśle jedna przy drugiej sięgając aż na wysokość sufitu.

Ciekawe czy ten stary lis przywykł do tego odoru, czy może sam już upodobnił się do swojego towaru w ten sposób, że wydziela identyczny zapach? - uśmiechnęła się i nic prócz wyrazu jej oczu nie zdradzało tej przelotnej emocji.

- Ho,ho! Szybko się uwinąłeś, mój drogi. Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. - rzucił Kasasagi na powitanie.
- Czyżby? Wydaje się wręcz przeciwnie. - odpowiedziała ze zniżonym tonem. Nie przeszkadzało jej, że uważano ją za mężczyznę. Przeciwnie, tak było nawet lepiej.
- Cóż, podejrzewałem, że to zadanie bardzo cię zainteresuje. Ale czy w tym fachu nie chodzi głównie o zarobek? Będziesz usatysfakcjonowany tylko taką nagrodą?

Zaczyna. Chce mnie wmanewrować. Nie tym razem. Nie mam zamiaru grać teraz w tą grę. Muszę mu przerwać jak najszybciej.

Odpowiedziała natychmiastowo:
- Liczy się to, że teraz nie będę musiał jeść wyłącznie tego co znajdę w lesie i odpocznę w końcu pod jakimś dachem. Oczywiście jeśli nie będziesz zwlekał z przekazaniem nagrody.
- Och, pieniądze. Pokaż towar bym mógł go sprawdzić. - staruszek mimo chwilowej zmiany torów rozmowy nie zrezygnował jeszcze ze swoistej zabawy z tajemniczym klientem.

Podczas jednej z wcześniejszych konwersacji doskonale wychwycił, że nieznajomy interesuje się klanem Yasuda. Biorąc pod uwagę również zdolności shinobi, którym ten częsty gość stawiał czoła doszedł do pewnych wniosków na temat zamaskowanej postaci. Do jakże trafnych wniosków.
Posiniała głowa Sho zgrabnie wysunęła się z worka. Precyzyjne cięcie oddzieliło tą część od reszty ciała. Trofeum poturlało się po blacie w kierunku starca, który zatrzymał je wysuszoną jak stara gałąź ręką w momencie, gdy twarz denata skierowała się w jego stronę.

- Widzę, ze ograniczyłeś się wyłącznie do samej głowy. Taka pogoda była dla Ciebie uciążliwa - znów obnażył zęby w uśmiechu. - To bez wątpienia Sho Taka, jednak nie mogę w tym przypadku wydać ci pełnej nagrody - czekał na reakcję niezadowolenia. Pochylił się nad blatem w kierunku rozmówcy, niemal prowokując do gwałtownego odzewu.
- Jak uważasz. Nie miałem ochoty taszczyć tu całego truchła. Jeśli to problem, odejmij od kwoty tyle ile uważasz za stosowne. Nie mam zamiaru narażać twojego interesu na szwank.
Kasasagi przyjrzał się baczniej i zaskoczył go fakt, że interesant nie ma zamiaru się targować. Spodziewał się innej odpowiedzi. W tej sytuacji to on został przedstawiony jako oszust, lecz nie przejął się tym. Biznes to biznes. Nawet tu obowiązują pewne zasady.
- Hmm ... Biorąc pod uwagę jak cenne jest ciało shinobi i ile tajemnic odnośnie technik właściciela odkrywa odejmę od wynagrodzenia 40%. Miej na uwadze, że to wyłącznie ze względu, iż jesteś jednym z moich ulubionych klientów.
- Więc masz ulubionych klientów? Nie jestem pewien czy uznać to za komplement.
- Ha ha ha. Cóż, zdradzę ci jeden z łączących was szczegółów: lubicie ukrywać się za maskami.
Staruszek podniósł głowę Sho i z uśmiechem na twarzy spojrzał na jego sine i spokojne lico. Był pewny, że zginął od jednego śmiertelnego ciosu. Odwrócił się, by włożyć "towar" do chłodni w swojej prywatnej kostnicy. Robił to powoli, jakby z rytualnym oddaniem.
- Gdybyś chciał zapoznać się z najnowszymi zleceniami, to chętnie ... - gdy znów skierował się w stronę blatu i rozmówcy nie zobaczył nikogo. Postać w płaszczu kierowała się w stronę wyjścia, trzymając w ręce walizkę z pieniędzmi, którą wcześniej przygotował.
Poczuł się zignorowany, jednak wiedział, że dziś nie byłby w stanie nakłonić tego klienta do dłuższej rozmowy. Nie dłuższej niż to konieczne.

Ktoś się zbliża. I to szybko. Albo to jeden wielki zbieg okoliczności, że dziś jest tu taki ruch, albo ... przeklęta sroka. Ulubieni klienci - dobre sobie.

Mogła się spodziewać, że mężczyzna, którego minęła w drzwiach będzie miał maskę na twarzy. Włosy również skrzętnie skrywał pod kapturem materiału. Przez bark przerzucone miał dość niezgrabnie ciało, obficie zakrwawione.

Rzeźnik. Więc takich ludzi lubisz, co?

Zirytowana rozmową z Kasasagim nie zwróciła wcześniej uwagi na obecność kolejnej osoby w budynku, która ewidentnie musiała mieć taki sam cel jak ona. Chakra tej persony była dziwna. Nie, ona nie była normalna aż nadto. Chaotyczna, jakby nie pasowała do swojego właściciela i chciała się wyrwać z jego organizmu. Potrafił ją wytłumić, ale niewystarczająco, by umknęło to jej zmysłom. Wszystko okazało się jasne, gdy jej wzrok powędrował z twarzy przybysza na jego strój. Ciemny płaszcz z wzorem czerwonych chmur ostatecznie rozwiązał zagadkę tożsamości gościa. Mężczyzna spojrzał pospiesznie na mijaną postać, ewidentnie zaskoczony, że spotkał tu kogoś prócz właściciela lecz zignorował to. Liczyła się tylko owocna wymiana. Planował jak najszybciej wymienić ten zbędny balast na gotówkę.

- Kakuzu. Znowu ranga S. Nie chodzisz na łatwiznę - zaczął senior.
- Kieruję się wyłącznie cennikiem. Umiejętności nie mają znaczenia.
Ramol postanowił poruszyć temat poprzedniego gościa:
- Wygląd na to, że spłoszyłeś mi klienta. A tak miło się gawędziło - zaczął narzekać. - Może więc opowiesz mi coś o walce z tym tutaj - wskazał na zwłoki, nowy towar godny pertraktacji.

Zapewne był ciekaw okoliczności śmierci denata. Dało się go rozpoznać, jednak widniały jasne znaki, że jego agonia nie nastała szybko i bezboleśnie. Podziurawiona klatka piersiowa miejscami odsłaniała organy ofiary. Liczne cięcia na rękach i nogach miały na celu uniemożliwienie osobnikowi poruszania się. Jedno ramię trzymało się torsu praktycznie na kilku ścięgnach. Całą wizję tego makabrycznego obrazu koronowała rana wlotowa w miejscu, gdzie powinno znajdować się serce. Mimo nieludzkiego potraktowania tego człowieka jego twarz była nietknięta. Nie wyglądało nawet na to, by został w nią uderzony chociaż raz. Cóż za profesjonalizm. Kasasagi uśmiechnął się na myśl o trafnym porównaniu zmaltretowanych zwłok do ulubionego kawałka mięsa zdjętego z szaszłyka.
Stary pryk nie wahał się nawet zaczynać rozmowy z członkiem Akatsuki, znanym z nikłej cierpliwości do ludzi, którzy mieli w zwyczaju mówić za dużo i nie na temat. Kakuzu wzdrygnął się na myśl o tym, że kolejny raz musiał oglądać rytuały swojego towarzysza, który lubił je przedłużać niepotrzebnie i celowo, by tylko go rozjuszyć. Wycedził szorstko:
- Cóż, to był kompromis. Zaczynam coraz bardziej nienawidzić tego słowa.

Dziadka fascynowały odpowiedzi tego człowieka. Jakby w ogóle nie słuchał drugiej osoby lub po prostu ją ignorował podczas konwersacji. Domyślił się, że zielonooki, postawny klient mógł mieć na myśli swojego partnera, który pojawił się z nim w tym pomieszczeniu tylko raz, niewykluczone, że z ciekawości. Od tamtego czasu pozwalał Kakuzu zajmować się interesami samemu, czekając na niego na zewnątrz.

- Udany dzień. Wliczając w to twoją zdobycz i nieuchwytnego jak dotąd Sho Taka.
- Mówisz o Tace z Wodospadu? Ktoś był w stanie go odnaleźć i zabić? - wyraźnie zainteresował go ten fakt.
- Klient, którego minąłeś przyniósł mi jego głowę.
- Samą głowę - powiedział twierdząco.
- Nie wszyscy w taki upał jak dziś mają ochotę na taszczenie ze sobą zwłok.
Obaj wiedzieli, ze nie o to w tym przypadku chodziło. Przynajmniej nie wyłącznie o to.
- Och, no tak. Twój krajan - zauważył stary.
- Od bardzo dawna nic nie łączy mnie z Wioską Wodospadu - Kakuzu chciał go zbić z tropu i odwieźć od drążenia tego tematu.

Zaczął się zastanawiać kto miałby wystarczające umiejętności, by być w stanie odnaleźć i pokonać Sho. Pamiętał go jeszcze jako zasmarkanego dzieciaka. Zdawał się mieć wielkie predyspozycje, by stać się dobrym zwiadowcą i specem od kamuflażu. Znał również dobrze jego ojca, z którym często udawał się na misje. Kilka lat po tym jak opuścił wioskę usłyszał pierwsze wieści o Sho Taka. Kiedy ostatnia z najbliższej rodziny umarła jego matka odszedł z Wodospadu, by się szkolić. Posiadał aspiracje, by pobierać nauki od klanu Yasuda. Klan ten żył w odosobnieniu. Nie mieszał się oficjalnie w sprawy żadnej z wiosek. Nieliczni domyślali się, że gotowi byli poprzeć idee Wioski Ukrytej w Liściach. Ściśle określona wspólnota bardzo dokładnie ukrywała swoje tajemnice i techniki. Nikt spoza komitywy nigdy nie byłby w stanie pobierać u nich nauk. Nie wspominając nawet o tym, jaką trudność sprawiało odnalezienie któregoś z członków klanu. W mało ewidentny sposób Sho osiągnął pośrednio swój cel. Z niejasnych przyczyn dostał się pod skrzydła tego rodu. Oczywiście nie zostały mu wyjawione najznamienitsze techniki, lecz te które opanował były i tak wystarczające, by zwodzić najlepszych shinobi. Po jakimś czasie powrócił do swojej ojczyzny. Budził jednak lęk u starszyzny. Został wyrzucony, lecz przypominano sobie o nim gdy wioska stanęła naprzeciw zagrożeniu zniszczenia. Dzięki swoim zdolnościom potrafił wcześniej zdemaskować spiski, kończyć spory nim się zaczęły. Nieuchwytny niczym mgła. Jego profil umieszczono w Księdze Bingo dawno temu. Nikt nie był w stanie odnaleźć nawet jego tropu po tym jak ponownie wyemigrował z Wodospadu, gdy nastał czas pokoju. A teraz ktoś tak po prostu przynosi jego głowę w celu wymiany.

Ta osoba ... Nie, to nie jest możliwe, by ... - Kakuzu zdawało się, że zatracił się tylko na chwilę w rozmyślaniu. W rzeczywistości ta chwila była o wiele dłuższa. Staruszek nie przeszkadzał mu w tym. Powoli ułożył nowe ciało w chłodni i przygotował odpowiednią kwotę dla swojego klienta. Już otworzył usta, by przerwać ciszę, gdy nagle otrząśnięty z zadumy przybysz zapytał:
- Wiesz coś o tamtym człowieku? Tym który był tu przede mną?
- Hmm ... nie wiem czy mogę udzielać informacji o swoich klientach - chciał zagrać na cienkich strunach cierpliwości swojego rozmówcy i tak nadwyrężonych już przez Hidana. I udało mu się. Kakuzu posłał mu oziębłe spojrzenie, nic jednak nie powiedział. Zdawał sobie sprawę, że Kasasagi z łatwością powiązał ze sobą nitki tej historyjki, którą teraz on pragnął przeanalizować.
- Cóż, zapewne słyszałeś, że ostatnio ktoś sukcesywnie pozbywa się shinobi zasłużonych na rzecz każdej z poszczególnych wiosek. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt jakich przeciwników sobie wybiera. Nie kieruje się wysokością nagrody lecz zwraca uwagę na mało powszechne zdolności. Eliminuje wybitnych tropicieli i zwiadowców. Osoby, z którymi przeciętny łowca głów nie chciałby mieć do czynienia, gdyż ich pokonanie wiązałoby się ze sporządzeniem skomplikowanego planu działania i byłoby ryzykowne. Zbędnym jest ryzyko w tym fachu. Nie zauważyłem ani razu, by Enenra wydawał się być ranny lub wycieńczony. Z Sho poradził sobie w dwa dni od podjęcia zlecenia.
- Enenra?
- Och, pozwoliłem sobie tak go nazwać. Pojawia się i znika. Nie zostawia śladów swojej obecności. I jak widać nie lubi konkurencji - dodał patrząc znacząco na Kakuzu, który nie zwrócił na to uwagi.
- Ktoś z takimi umiejętnościami ... - zaczął mówić jakby do samego siebie. Dziadyga przerwał mu i dodał:
- Zastanawiasz się, czy ma on powiązania z klanem Yasuda. Sam w to powątpiewam. Uważam jednak, że w tym schemacie ukryta jest metoda ... Chyba i tak za dużo już powiedziałem.
Wręczył mężczyźnie walizkę i uśmiechnął się dziwnie, poniekąd serdecznie, bez ukrytych intencji. Bez wątpienia czekał na jeszcze jedno pytanie. Wiedział, że ono padnie:
- Zlecenie? - odparł szybko członek Akatsuki i łypnął na dziadka.
- He? - staruch udał z wielkim przerysowaniem, że nie ma pojęcia o co chodzi w tym skrócie myślowym. Wciąż się uśmiechał zawadiacko unosząc brwi.
- Wziął kolejne zlecenie? Jeśli tak, ...
- To chcesz wiedzieć jakie. Nie mogę ci pomóc, mój drogi. Nie podjął się kolejnego zadania mimo moich starań, by go czymś zainteresować. Zasilił sakiewkę, więc raczej na pewien czas gdzieś się zaszyje i "nie będzie musiał jeść tego co znajdzie w lesie"- dodał parskając śmiechem.

Kakuzu zastanowił się nad tym przez chwilę i złapał za rączkę walizki. Nie wiedział jak długo trwała ich rozmowa, ale Hidanowi niewątpliwie wydawało się to wiecznością. Ruszył bez słowa w stronę drzwi. Sho, Yasuda, Enenra, jak to się łączy? Czy to w ogóle się łączy? Pewien był tylko jednego, o kimś takim opowiadał mu Pain. O łowcy głów, dość specyficznym, wystarczająco, by zainteresować sobą lidera Akatsuki. Nawet Zetsu nie był w stanie go wytropić, a to już mówiło samo za siebie. Nie spodziewał się, że spotka tego shinobi tak szybko.
Jak gdyby w tle słyszał głos Kasasagiego. Niewykluczone, że wołał coś na pożegnanie lub być może urażony lekceważącą postawą klienta wykrzykiwał jakieś obelgi. To było nieistotne. Czuł, że natychmiast musi stamtąd wyjść.





II. PRZYWDZIANIE NIEDŹWIEDZIEJ SKÓRY


On był z Akatsuki. Shinobi z Wioski Wodospadu, tak wskazywał ochraniacz. Zebrałam trochę informacji na ich temat. Za jego głowę otrzymałabym pokaźną nagrodę. Tylko nie jestem przekonana czy byłby dla mnie odpowiednim przeciwnikiem. Przeklęty staruch miesza w moim życiu jakby był moją matką.

Kierowała się szybkim krokiem ku wyjściu, nie odwracając się za siebie. Przez szpary w drzwiach nie przedzierały się już nitki światła. Na zewnątrz zmierzchało. Słońce nie było już widoczne z nad horyzontu. Upalny dzień przeistaczał się w chłodny, przyjemny wieczór. W porę, w której nocni myśliwi wychodzą na łowy. Enenra energicznie odepchnęła drzwi, przekroczyła próg i stanowczo postawiła stopy na pisaku. Wzięła głęboki wdech. Wyziębione cząsteczki powietrza wypełniły jej płuca pozbywając się jednocześnie odoru, który w nich zalegał. Stała tak przez kilka sekund z zamkniętymi oczami. Po krótkiej chwili zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Ktoś tam jeszcze był. Patrzył na nią, analizował, zapewne ciekaw co zrobi. Wyczuwała od tej osoby zupełnie inną energię niż od chwilę temu spotkanego shinobi. Rozwarła gwałtownie powieki i spojrzała w kierunku kilku odłamków skalnych leżących leniwie po lewej stronie od wyjścia. Na głazie zajmującym największą powierzchnię spośród pozostałych, lecz niewątpliwie najniższym z nich siedział mężczyzna, którego ciało ułożone było w wręcz wyzywającą pozę. Początkowo z lekkim zdziwieniem przyglądał się postaci, która wyszła z budynku. Jakby spodziewał się kogoś innego. Nie wzbudziło w nim to rozczarowania, wręcz odwrotnie.
Również jak poprzedni ninja, i ten ubrany był we wzorzysty płaszcz. Nie zapiął go jednak dokładnie jak tamten zamaskowany. Rozchylony materiał odsłaniał bladą pierś, po której z każdym, nawet nieznacznym ruchem przemieszczał się medalion. Przywieszony do łańcuszka emblemat w kształcie okręgu z trójkątem w środku. Ten człowiek z pewnością byłby gotów robić absurdalne rzeczy byleby ów kawałek metalu najbardziej wyróżniał się na tle jego samego. Ze smukłej, kredowo białej twarzy wyłaniały się lawendowe oczy. W tym momencie otwarte szeroko, tak, że mimo zapadających ciemności i bardzo rozszerzonych źrenic można było dostrzec kolor tęczówki. Kobieta nie widziała jeszcze nigdy takich oczu. Chociaż sposób w jaki na nią patrzył wydawał jej się znajomy. Bezsprzecznie łączyło się to ze znakiem na jego piersi.

Chciała odejść stamtąd jak najszybciej lecz coś w tym mężczyźnie, w jego prezencji sprawiało, że odezwał się w niej zwierzęcy zew. Zawsze starała się trzymać emocje na wodzy. Kiedy była młodsza nie panowała nad swoją rządzą krwi. W amoku raniła nawet swoich kompanów. Z nieświadomego i niekontrolowanego szału przerodziło się to z czasem w uzależnienie od zabijania. Cieszyło ją samo odbieranie życia, często makabrycznie. Zmieniło się to gdy na swojej drodze spotkała ninja, którego nie była w stanie zabić - przyszłego mistrza. Teraz gdy patrzyła na postać naprzeciw siebie znajome uczucia wracały, uderzając spienionymi falami o wybrzeże zaleczonej samoświadomości. Nie chciała, by ta część jej osobowości wyrwała się znów z więzów i ordynarnie przejęła kontrolę nad jej umysłem. Wtedy nie będzie odwrotu. Ręce same sięgną po broń, ciało niezależnie od rozumu poruszać się będzie w rytm symfonii morderczej frenezji. Wiedziała, że ciężko będzie jej nad sobą zapanować w obliczu walki z wymagającym przeciwnikiem (w dodatku tak nieznośnie do niej podobnym, ale czy wyłącznie do niej?). Ten niewątpliwie takim był. Wskazywało na to kilka czynników. Shinobi otwarcie szukał zaczepki. Chciał się zabawić, jakby robiąc to komuś na złość. Jeżeli przybył tutaj z tamtym zamaskowanym człowiekiem pewnikiem to ten tutaj zajmował się szlachtowaniem ich zdobyczy. Można było zauważyć liczne zabrudzenia na jego płaszczu, ewidentnie naznaczone krwią. Na jego srebrnych włosach również miejscami widniały ciemniejsze, nienaturalne plamy.
Ten symbol. Łowczyni niewątpliwie już kiedyś go widziała. Takich rzeczy się nie zapomina. Pewne było to, że jakichkolwiek technik ten osobnik używa, robi to przez wzgląd na swojego boga - Jashina. Pomimo tego, że owa wiara wymagała wielu rytuałów, równocześnie przynosiła specyficzne korzyści wyznawcy.

Zdobyłam nieco informacji o Akatsuki, ale nie przypuszczałam, że wnikliwsze analizowanie umiejętności ich członków w najbliższym czasie mi się przyda. Oczywiste jest to, że ten typek będzie chciał mnie sprowokować lub po prostu zaatakuje bez uprzedzenia. Biorąc pod uwagę, że czeka na swojego towarzysza, nie powinien raczej ruszyć za mną jeśli postanowię teraz odejść. Jeśli mam to zrobić, to natychmiast, póki tamten nie wrócił.

Hidan niewątpliwie zamierzał przejść do konkretów. Poprawił przekrzywiony ochraniacz z przekreślonym znakiem Wioski Gorących Źródeł, który przewieszony był wokół jego smukłej szyi. Po czym przeczesał rozczapierzonymi palcami swoje srebrne włosy.
- Przez chwilę myślałem, że to ten pieprzony dusigrosz Kakuzu. Jakieś nieudolne przebieranki i tym podobne. Jednak wzrost mi się nie zgadzał - roześmiał się głośno mając w umyśle wizję swojego towarzysza jako autora takiej zabawy. - Wnioskuję, że również jesteś osobą, która zabija wyłącznie dla pieniędzy. Cóż za barbarzyństwo. O ironio bardzo przypominasz mi o tamtym niepoprawnym grzeszniku, co jeszcze bardziej sprawia, ze mam ochotę upuścić ci krwi. W przeciwieństwie do niego, ciebie jestem w stanie zabić - łuk obnażonych, białych zębów błysnął w półmroku.

Podpierał się teraz obydwoma rękami przechylając tułów do przodu. Jego prawa dłoń znajdowała się bardzo blisko trzonu kosy o trzech ostrzach, która oparta była o krawędź skały. Czekał na reperkusję, gotowy rzucić się do ataku w każdej chwili. Kobieta nie zareagowała na otwarte wyzwanie shinobi. Przyglądała mu się bacznie, każdemu nawet najdrobniejszemu gestowi, jednocześnie czujnie obserwując drzwi budynku.

- To był pracowity dzień, ale coś sprawia, że mam jeszcze ochotę na odrobinę zabawy. Och, no tak. Najwyraźniej przeraziłeś się, bo kojarzysz wzory z tego płaszcza - dotknął materiału w miejscu gdzie chmura była najlepiej widoczna. - Nie mogę cię za to winić - nie zaobserwował żadnego odzewu na te słowa. Zaczynało go to irytować coraz bardziej. Nie lubił być ignorowany. Nienawidził za to Kakuzu, który robił to machinalnie.
- Skoro wiesz kim jestem, to zdajesz sobie sprawę, że nie ma sensu uciekać. Nie mogę obiecać, że nie będzie bolało, gdyż mam zupełnie przeciwny cel. Śmieci takie jak ty i on nie powinny stąpać po tej ziemi - nawet bez wyraźnego światła widziała, że jego oczy są przeszklone niczym ślepia dzikiego zwierza gotującego się na swoją ofiarę.

Delikatność jego mlecznej skóry w połączeniu z grymasem twarzy psychopaty oddawała w pełni to, co w tym czasie działo się w umyśle Hidana. Każdy na miejscu kobiety byłby sparaliżowany przez strach. Każdy, lecz nie ona. W tym momencie uświadomiła sobie, że przed laty wiele osób musiało widzieć ten sam obraz patrząc na nią. Tak, to mogło przerażać.

Doniosły śmiech rozniósł się we wszystkie strony, zagłuszając nawet odgłosy chmary nocnych owadów. Odbił się głośnym echem w czaszce srebrnowłosego. Spodziewał się odzewu ze strony swego oponenta, ale z pewnością nie takiego. Przez chwilę nie był w stanie zrobić niczego. Wręcz odsłonił się i jeśli zostałby wtedy zaatakowany nie udałoby mu się uniknąć ciosu. Przeciwnik jednak nie miał zamiaru tego wykorzystać. Wypuszczał drgające dźwięki ze swojej krtani jeszcze przez moment, z głową odchyloną do tyłu. Gdyby nie obszerny płaszcz można by wnioskować, że trzyma się za brzuch. Zupełnie jak małe dziecko, które w akcie radości śmieje się do rozpuku, aż po policzku nie spłyną mu łzy szczęścia. Hidan zmieszany wpatrywał się w zamaskowaną postać z rozdziawionymi szeroko ustami. Przyłapał się na tym i szybko to opanował. Zaczynał odczuwać wściekłość. Teraz nie z powodu ignorowania go, lecz jawnej drwiny z jego postawy. Kiedy już miał złapać za swoją broń i rzucić się na rozbawionego kpiarza, usłyszał:
- Chyba mnie poniosło - zwróciła się do niego z ciężkim oddechem, jakby dopiero co ukończyła bieg w maratonie. Nie było odwrotu. Enenra chciała już tylko skrzyżować ostrza z tym mężczyzną, bez względu na konsekwencje. Słowa, które do niej skierował były kluczem do puszki Pandory. Uważał, że ją sprowokuje - i tak się stało. Jednak nieświadomy tego odgadł również skomplikowane hasło do swoistej krzyżówki zapędów i nieprzekraczalnych barier.
Ewidentnie ten ninja był jej lustrzanym odbiciem sprzed lat, ale nie wyłącznie jej. Istniał KTOŚ jeszcze o podobnej kompleksji. Nieznośnie bliźniaczy. A kreślenie wizji o JEGO śmierci przysłaniało trzeźwe myślenie. Tak, ten shinobi jest zupełnie jak ON.


Muszę z nim walczyć. To pewne. Zginie. On zginie.


- Mówił ci ktoś, że jesteś zabawny? - zerknęła czujnie na mężczyznę i uspokoiwszy nieco swój oddech dodała - och, niewątpliwie. Pozwól, że teraz ja ci coś powiem. W zupełności nie interesuje mnie kim jesteś i nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia. Miałem zamiar zignorować cię w zupełności, bo nie wydajesz się bardziej interesujący niż mały kundel szczekający najgłośniej ze swoich pobratymców. Obelgą dla mnie byłoby wyciągnąć ostrze przeciwko komuś takiemu jak ty. Skoro sam szukasz śmierci to chętnie pomogę ci dostać się w jej objęcia. Co prawda właśnie otrzymałem zapłatę, ale myślę, że kwota jaką za ciebie dostanę nie będzie najniższa. Zwracając uwagę na to, że dobrodusznie oszczędzasz mi czasu na poszukiwania jestem skłonny przyjąć tą swoistą darowiznę - zrobiła krótką przerwę, by przeanalizować pozę Hidana. Pauza była niedługa, by nie pozwolić mu podjąć żadnego działania. - Podsumowując, skoro twoja głowa jest na tyle pusta, by zalęgły się w niej pomysły o zaatakowaniu mnie, mniemam, że jeśli oddzielę ją od reszty ciała, nie zrobi ci to większej różnicy. Nie licz na wsparcie partnera. Zanim usłyszy twoje jęki skończę już robotę. Cóż, może nawet podzielę się z nim łupem. Wygląda mi na człowieka, dla którego pieniądze mają większe znaczenie niż życie bezwartościowego towarzysza. Liczę na to, że nie poddasz się bez walki. Będziesz mi wdzięczny. Jeszcze tej nocy spotkasz się ze swoim bogiem. Ciekawe czy po porażce przyjmie cię z otwartymi ramionami? - nie chciała, by nawet najmniejsza zmiana tonu głosu uzmysławiała co tak naprawdę czuje. Miało to wyglądać jak ganienie nierozgarniętego dziecka.
Zaśmiała się krótko.


Muszę z nim walczyć. Chcę z nim walczyć. On zginie. To pewne. Zginie. ... ON zginie.


Cały czas patrzyła uważnie na Hidana. Podczas tego monologu mężczyzna nie zmienił postawy. Jedynie głowę pochylił w dół tak, że cień przykrywał jego twarz. Nie można było w tym położeniu nic z niej wyczytać. Jednak jego reakcje fizyczne były wystarczająco ekspresyjne. Całe jego ciało drżało. Miała wrażenie, że coś wewnątrz niego buzuje i za chwilę wybuchnie, dając ujście nieposkromionym płomieniom wściekłości. Wiedziała, że zagrała na odpowiedniej strunie. Jashiniści są nad wyraz wrażliwi na punkcie swojej wiary i boga. Miała w tym temacie pewne doświadczenia. Srebrnowłosy nie był wystarczająco bystry by pojąć, że jego przeciwnik zastosował wobec niego tą samą taktykę. Prowokację mającą na celu doprowadzenie do przejęcia przez emocje władzy nad trzeźwą oceną sytuacji. Nie spodziewał się, że ktoś zamiast brać nogi za pas będzie pragnął stanąć z nim w szranki.

Pojawiły się pytania: kto pierwszy oswobodzi się z okowów samokontroli, kto zechce zaatakować, dając początek temu starciu? Żadne z nich jeszcze nie wiedziało. Ona - tocząca zaciekły bój w swojej jaźni, ukrywająca skrzętnie pierwotne żądze rozsadzające jej czaszkę od środka, powierzchownie opanowana. On - rozjuszony, zatracony w paranoicznej kontemplacji, wypełniony po brzegi cierpkim roztworem furii i pasji.
Mężczyzna od dawna nie był tak rozsierdzony i podniecony. W myślach widział już obrazy masakry. Skąpany w szkarłatnej jusze tego bezczelnego bluźniercy. Tak, chciał to zobaczyć, a nawet bardziej poczuć. Godzinne tortury wystosowane względem więźnia mamony były jedyną możliwą do realizacji wizją niedalekiej przyszłości. Łaknął metalicznego posmaku krwi na swoim języku.

Zatopić kły w tętniącym życiem gardle, łamać kości, szarpać trzewia, dotrzeć do ostatniego bastionu ludzkiej jaźni i zrównać go z ziemią. Być katem, dręczycielem, posłannikiem śmierci, kreatorem dezolacji, szerzycielem gehenny.

Drgawki się wzmocniły, stały się zauważalne bez dłuższego przypatrywania się. Napięte mięśnie odznaczały swój bieg pod cienką skórą. Nie był już w stanie utrzymać na wodzy tej bestii wewnątrz siebie. Nie, on chciał ją uwolnić. Wychylił z cienia swoją twarz i spojrzał na zamaskowanego człowieka, który zadrwił z niego ponad miarę. Zmyślne, zielone oczy w kontakcie wzrokowym zmieniły wyraz z bacznie obserwujących na prowokujące. Samą postawą ciała powodowała u Hidana skurcze żołądka. Enenra liczyła na to, że uraczy się takim widokiem. Lico obiektu jej kpiny zmieniło kolor. Niewątpliwie podwyższone ciśnienie krwi miało na to wpływ. Z jego oczu emanował zaraźliwy obłęd. Cienkie brwi uniesione nadzwyczaj wysoko stanowiły ramę tej maniakalnej kreacji negatywnych emocji. Rozszerzone nozdrza wypychały energicznie powietrze. Usta wygięte w łuk uśmiechu rozwarły się nieznacznie.

- Dokładnie ... - wyszeptał do siebie. - Dokładnie jakbym ... jakbym to JEGO miał wypatroszyć - syknął przez zęby. Wystarczająco, by adresat tych słów to usłyszał. W tym samym momencie zręcznie i pewnie złapał trzon swojej kosy i bez mrugnięcia okiem ruszył w kierunku nieprzyjaciela.

ZABIĆ

WYPATROSZYĆ

ROZCZŁONKOWAĆ

DZIŚ FORTUNA CI NIE SPRZYJA
- kotłowało się w łbach dwóch rozsierdzonych, piekielnych ogarów.
Ostatnio zmieniony 16 maja 2015, 16:28 przez Teresa O.D.U., łącznie zmieniany 2 razy.
TeresaODelikatnymUśmiechu

Awatar użytkownika
Teresa O.D.U.
amator
Posty: 5
Rejestracja: 07 gru 2014, 12:15

Postautor: Teresa O.D.U. » 26 gru 2014, 23:09

III. MEMENTO: KOSZMAR NA JAWIE


Iść. Musiała iść. Jak najszybciej. Byle przed siebie. Zostawiając za plecami wszystko to co kochała i to czego nienawidziła. Nie było odwrotu. Przeznaczenie dogoniło ją szybciej niż się tego spodziewała, podstawiając jej perfidnie nogę właśnie wtedy gdy myślała, że wysuwa się na prowadzenie w tym maratonie zwanym życiem. Drobne ciało spowiły konwulsje, oddech stał się nierówny, wytrzeszczone oczy nadal odbijały w swym szklanym poszyciu fatalistyczne obrazy, które dane było jej ujrzeć chwilę temu. Umysł zamknął się na świat zewnętrzny, nękany tuzinami pytań, na które nie sposób było znaleźć w tej chwili odpowiedzi. Nogi kierowane pierwotnym instynktem przetrwania poruszały się dość opornie, jednak sukcesywnie oddalając swoją właścicielkę od miejsca zagrożenia. Spojrzała na swoje małe dłonie. Drżały. Nie podjęła nawet próby opanowania tego odruchu. Nagle coś mokrego spadło na jej śródręcze. Spowodowało to, że na chwilę była w stanie przejąć kontrolę i stanowczo, z uporem osła wbić niepokaźne stópki w ziemię.

Płakała. Przez cały ten czas słone łzy spływały po policzkach. Lecz to, co wyznaczyło mokre ślady na skórze nie było wyłącznie wydzieliną pochodzącą z jej organizmu.


Krew.


Powoli uniosła mizerną rękę i opuszkami palców przetarła ślad na szkarłatnej masce ulanej z żylnej posoki.
Krew, ale nie jej. Zanim została niechlujnie rozchlapana należała do kogoś, kogo ta dziewczynka kochała. Ponad życie. On umarł, a ona popychana pośpiesznie przez strach uciekała chcąc po prostu ujść cało.

Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w lesie, w którym zwykła przebywać nawet całymi dniami. Znajome drzewa, wzniesienia, dolinki, wątły strumień przedzierający się leniwie przez runo - to wszystko było w tym momencie nadzwyczaj obce. Konary, które w upalne dni dawały schronienie przed palącymi promieniami słońca teraz starały się pochwycić ją swoimi suchymi szponami, by zatrzymać swoją wybrankę w tym miejscu na zawsze. Trawa delikatna i wiotka stała się sztywna i niczym drobne ostrza zakorzenione w ziemi, gotowa do cięcia wszystkiego z czym wejdzie w kontakt. Szum wody prześlizgującej się po kamieniach nie zachęcał już do ugoszczenia się orzeźwiającą cieczą lecz szeptał złowrogie klątwy zapowiadające nieuniknioną śmierć.

Nie miała pojęcia, która mogła być godzina. Może koło północy? Przez korony drzew przebijały się nieznacznie gwiazdy. Te niebiańskie ozdobniki były świadkiem tych wydarzeń, świadkiem nieszczęścia dziesięciolatki. Cóż jednak przyjdzie za korzyść z ich biernej postawy? Nie wyjawią prawdy, nie przekażą tej opowieści przechodniom, nie pomogą odnaleźć winowajcy. Przeklęła w duchu tych bezczelnych gapiów. Obróciła się w kierunku z którego przybyła. W oddali żółto-czerwone kształty pochłaniały budynki, drzewa i ludzi. Trzaskające belki wydawały dźwięki ogłaszające ich limity wytrzymałościowe. Odgłosy walących się budynków co jakiś czas docierały do uszu bezsilnych słuchaczy. Ten pożar spali wszystko do cna, zatrze ślady.

Czy to kara? Czy to dlatego, że była butna, zbyt wybredna? Nie brała sobie do serca krytyki i rad. Ignorowała nawet polecenia ojca - największego autorytetu i głowy klanu. Robiła to na co miała ochotę i unikała treningów. Była tylko dzieckiem. Czyż to nie jest przywilejem pętaka, by tak się właśnie zachowywać? Mimo pokładanych w niej wielkich nadziejach za nic miała świat shinobi. Nie chciała walczyć, nie chciała być kunoichi. Więc? Czy to kara? Odebrano jej to czego wcześniej nie doceniała. Boleśnie wyrwano kawałek serca pozostawiając w piersi rozognioną ranę. Do tego niezdolna nikogo obronić. Nawet jego. Nawet siebie. Gdyby mogła chociaż się poruszyć, złapać za ostrze, może chociaż on wciąż by żył. Czuła się jakby to ona wymordowała tych wszystkich ludzi. Traciła zmysły. Upadła na kolana i z szaleńczym porywem złapała się za rozpuszczone włosy wbijając paznokcie w skórę głowy. Chwilowy ból nie otrzeźwił jej. Jeszcze raz spojrzała w górę. Strach. Żal. Nienawiść. Emocje miotały się w wątłym ciele. Musiała dać im ujście. Rozpaczliwy krzyk, pochodzący gdzieś z głębi trzewi wydostał się na zewnątrz. Bez znaczenia było to, czy jakiś krążący w pobliżu wróg usłyszy ten horrendalny wrzask. Może nawet chciała, by ktoś ukrócił jej agonię i tym razem realnie wyciął ten pogrążony w szaleńczym pędzie, bezustannie pompujący krew mięsień.

Dlaczego ja żyję? Powinnam była tam skonać! Jako pierwsza! To co widziałam nie miało przecież prawa się stać. Nawet matka i ojciec … Wszyscy bez wyjątku. Już nie istnieją. Ich zwłoki spłonęły, dusze uleciały. A ja? Co mam zrobić? Kogo winić? Co teraz, gdy nawet jego przy mnie nie ma? Może ktoś mnie tu znajdzie. Tak, na pewno. Znajdzie i dokończy dzieła. Przyjdź. Po prostu zakończ tą nędzną, parszywą egzystencję. No chodź!

W tym momencie przypomniała sobie o czymś. Coś co zabrała ze sobą, ostatnia rzecz która łączyła ją z tamtym zwęglonym światem. Dwa, długie na 40 centymetrów sztylety. Zdobione jednakowo, metalowe rękojeści zdawały się być unikatowe, wykonane kunsztownie przez mistrza. Głownia zaostrzona z obydwu stron schodziła się w ostry szpikulec. Jeden płaz ulany był z grubszej ilości metalu, drugi znacznie cieńszy i bardziej kanciasty. Krzyżowy jelec wygięty ku dołowi miał na środku, tuż przy stylisku wtopiony emblemat kwiatu jaśminowca. Broń była niezwykle lekka, wydawała się być morderczym przedłużeniem ramienia. W dłoniach dziecka wyglądała nienaturalnie.
Uśmiechnęła się obłąkańczo.

Po co czekać?

Złapała pewnie kordzik i przytknęła grot do szyi. Znów zadrżała. Była wściekła, że nie jest w stanie bez wahania zranić się śmiertelnie. Bała się żyć, ale śmierci bała się o wiele bardziej. Tak powinno być. Ludzkie odruchy były prawidłowe, sprzeciwiając się temu czego pragnął udręczony umysł. Nacięła delikatnie skórę i poczuła przeszywający chłód ostrza. Zamknęła oczy.
Nie, nie to chciała ujrzeć, nie to usłyszeć. Jego głos rozbrzmiał pod jej czaszką. Dostrzegła w plątaninie myśli jego oblicze. Twarz zdjętą grymasem bólu. Mimo tego tak spokojną, wręcz dostojną. „Żyj. Uciekaj stąd. To nie jest miejsce w którym zakończy się twój żywot. Stań się realnym marzeniem klanu. Moim marzeniem.”

Żyć? Marzenie? Klan?
Zrobię to ... Niech to szlag! Zrobię to wyłącznie dla CIEBIE!

Odsunęła gwałtownie sztylet. W tym samym momencie pojawiła się przed nią tajemnicza postać ubrana na czarno. Skrytobójca.

HA HA HA.
Los śmiał jej się w twarz. Dostała to czego jeszcze chwilę temu pragnęła najbardziej.

Materiał hebanowej barwy otaczał skrzętnie całe ciało mężczyzny, włączając w to kaptur i maskę. Cienki pasek odsłaniał zaledwie jego oczy. Nic w jego wyglądzie nie zdradzało do jakiej wioski lub klanu przynależał. Nie nosił ochraniacza. Stanął naprzeciwko niej w odległości kilku metrów. Mógł wystarczająco szybko wykonać ruch i zadać cios lecz nie poruszył się nawet o centymetr. Wydawało się, że jest zaskoczony tym kogo spotkał, lecz ona wiedziała, że kimkolwiek jest, jeśli kręcił się w tej okolicy o tej porze mogła śmiało uznać go za wroga. Odruchowo wstała i trzymając pewnie rękojeści sztyletów przybrała postawę bojową. W jej oczach nie gościł już strach, przynajmniej nie taki jak przedtem. Miała zamiar walczyć, nawet jeśli wynik tej potyczki był dawno przesądzony. Wytrzeszczone oczy ciskały żywiołowe iskry. Mimo, iż liche umiejętności nie miały tu większego znaczenia, pragnęła zyskać przewagę szokując przeciwnika swoim zapałem i duchem walki.

Uciekłam tylko po to, by tu zginąć? Powstrzymałeś mnie przed samobójstwem tylko po to, by odwlec moje spotkanie z przeznaczeniem o kilka minut? Nie. Nie poddam się teraz. Nawet jeśli nie mam szans nie ustąpię. On nigdy by mi tego nie wybaczył.

Nie planowała pierwsza zaatakować. Chciała odwlec ten moment jak najbardziej. Lękała się tej chwili, w której zmuszona będzie ruszyć naprzeciw wyszkolonego mordercy.


***



Kierował się w miejsce, z którego dobiegł go ten przeszywający krzyk. Ktoś przeżył i zbiegł. Być może kona z bólu i ujada niczym ranne zwierze. Nie, ten ryk przepełniony był bezsilnością przeplataną z grubymi nićmi nienawiści. Ta osoba może chcieć się przeciwstawić. Liczył, że dotrze tam przed którymś z towarzyszy i wykończy niedobitka. Przedzierał się przez gąszcz coraz bardziej podekscytowany. W pełnej gotowości wyskoczył na wprost … dziecka? Ukazała mu się mała, klęcząca osóbka, która gdy go zauważyła podniosła się energicznie i rzuciła gniewne spojrzenie. W drobnych dłoniach trzymała dwa ostrza niewątpliwie mierząc w niego. Wątłe ciało było napięte niczym struna, która zerwie się pod zaledwie muśnięciem. Jednak nie to wprowadziło mężczyznę w osłupienie. Panienka ubrana była w kwiecistą, błękitną yukatę sięgającą kostek. Zabrudzoną na kolanach i miejscami porozdzieraną. Wokół pasa miała przewiązane niezgrabnie granatowe obi. Bose stopy naprężone niczym pazury wbijały się w błotniste podłoże. Łypała na shinobi wydatnymi, zielonymi ślepiami. Zarówno jej calusieńka twarz jak i część stroju powyżej talii zalana była zasychającą już krwią. Rozpuszczone włosy sięgające podbródka skleiły się w nierówne, sztywne frędzle. Kiedy przyjrzał się baczniej broni, którą dzierżyła rozszyfrował jej tożsamość. Zwyczajny ninja nie miałby w posiadaniu tak wymyślnego i dopracowanego oręża. Kwiat jaśminowca przyozdabiający jelec trwał jako symbol głównej rodziny przewodzącej klanowi Yasuda. To dziecko niewątpliwie musiało być potomkiem głowy rodu - Kigaia Yasudy.
Zdawał sobie sprawę z tego co widziała i doświadczyła. Nadal posiadała w sobie siłę do walki. Misją była całkowita eksterminacja, ale nie spodziewał się, że jego ostatnia ofiara będzie sponiewieranym szczeniakiem. W jej obliczu mimowolnie dostrzegł swojego syna. Mniej więcej byli w tym samym wieku. Zmroziło mu to krew w żyłach. Nie zastanawiając się dłużej zdjął maskę.

Co ja wyprawiam? Co ja planuję zrobić? Nie mogę jej ocalić. Lepiej będzie jeśli zginie szybko z mojej ręki. Nie. Musi być jakiś sposób. W końcu ja jestem … Muszę spróbować.

- Jestem Kirakuna. Nie bój się. Nie skrzywdzę cię - odezwał się i delikatnie uśmiechną by wzbudzić zaufanie.
Wyraźnie zaskoczona tym gestem cofnęła się odruchowo do tyłu wyszczerzając zaciśnięte zęby. To zbyt piękne. Wątpiła w to, że przeraził się takiej niepozornej małolaty. Jaki więc mógł mieć cel mówiąc to do niej? Dodatkowo pokazał swoje oblicze. Mógł mieć około trzydziestu lat. Kruczoczarne, nastroszone włosy zdawały układać się niezależnie od woli mężczyzny. Wyglądało to wręcz niechlujnie. Jednak coś w jego postawie powodowało, że czuła jakby sympatię, chęć zaufania jego słowom. Był obyty w stosunkach międzyludzkich, otwarty i pewny siebie. Kilkudniowy zarost i podkrążone oczy potwierdzały, że już parę nocy nie przespał we własnym łóżku. Błękitne źrenice ujmowały uspakajającym kolorytem. Nie tego się spodziewała. Morderca nie powinien mieć takiej twarzy. To nieuczciwe. Prawdopodobnie za dnia objawiał się jako kochający i czuły ojciec, a nocą szlachtował takie dzieci jak ona wraz z całymi rodzinami.
- Nie jestem tu, by cię zabić. Należę to klanu Washinotsume. Niewątpliwie wiesz o nas wiele. Przynajmniej to, że jesteśmy podobni do Yasuda. Pomogę ci. Zabiorę cię w miejsce gdzie będziesz bezpieczna. Po to tu jestem - skłamał.

Wiedziałam, że to podstęp. Washinotsume konkurują z nami od wieków. To ich sprawka. Oni za tym stoją. Jesteś naiwny jeśli myślisz, że w ten sposób mnie zwiedziesz. Wszystko już przesądzone.

Odbiła się sprężyście od ziemi i ruszyła na napastnika. Niewątpliwie zaskoczyła go tym. Czy coś to zmieniło? Niekoniecznie. Oponent z łatwością unikał chaotycznych cięć obserwując każdy grymas, który malował się na jej zakrwawionym licu. Nie kontrował. Uskakiwał tylko zgrabnie i lekko niczym kot. Jak długo będzie w stanie to ciągnąć? Jeśli z nim nie pójdzie i to jak najszybciej, przekreśli swoją szansę na ujście cało. Jak ją przekonać? Domyślił się, że wieść o jego pochodzeniu mogła spowodować tą wzburzoną reakcję. W głębi duszy cieszył się, że potrafiła odróżnić wroga od przyjaciela. Teraz jednak było to nie na rękę. Dziewczynka powoli zaczęła opadać z sił. Ociężale wymachiwała szczupłymi ramionkami próbując trafić swój cel. Nagle rzuciła jednym ze sztyletów. Nadzwyczaj dokładnie. Ostrze otarło się o czuprynę ruchliwej, żywej tarczy i wbiło w pień drzewa tuż za nią. To znak - czas kończyć tą zabawę. Ninja podbiegł do niej i złapał pewnie za przeguby jej dłoni. Uniósł ją delikatnie do góry, tak by ich twarze znajdowały się na identycznej wysokości. Mimo wyczerpania starała się wyrwać z tego uścisku.
- No zabij mnie! Zabij! Bawi cię ta gra w kotka i myszkę? - wykrzykiwała piskliwym głosem.
- Bądź ciszej. Niezależnie od tego co myślisz o mnie i o tej sytuacji mam zamiar ci pomóc, nawet jeśli sama tego nie chcesz. Udało ci się uciec, prawda? Ktoś ci w tym pomógł. Chcesz odrzucić to poświęcenie i znieważyć tą osobę? Biegnij i żyj! Coś lub ktoś już zadecydował, że tu nie umrzesz. Jeśli akurat na mnie padło, by cie w tym wspomóc podejmę się tego brzemienia.
Te słowa. Już je słyszała. Przestała się wyrywać, a błękitnooki postawił ją na ziemi. Popatrzyła na niego pytającym wzrokiem.
- Od tej pory musisz robić wszystko co ci powiem. Rozumiesz? - kiwnęła porozumiewawczo głową. - Z góry za to przepraszam.
Nie zdążyła zapytać co miał na myśli, bo precyzyjny cios w tył głowy pozbawił ją przytomności.
- Nie mogę ryzykować, że się rozmyślisz. Tak będzie o wiele sprawniej. Mam nadzieje, że mi wybaczysz moje szorstkie obycie.

Pochwycił ją zanim runęła na ziemię. Zgrabnie przerzucił sobie przez ramię szczuplutkie ciałko i ruszył w zachodnim kierunku. Zabrał ze sobą dwa lekkie sztylety. To jedyna pamiątka dziewczynki i powinna ją zatrzymać.

Lepiej zacznij myśleć, Kirakuna. Znajdź dobre wytłumaczenie a przede wszystkim przekonujący powód, dzięki któremu ten dzieciak ma przeżyć. Nie musi być wiarygodny dla ciebie. To przywódca ma w niego bezspornie uwierzyć. Yasuda w obozie Washinotsume - trzeba było zostać komikiem, przyjacielu. Wplatałeś się w niezłą kabałę. Nie wiadomo czy nawet ty wyjdziesz z tego cało. Więc? Co teraz dobroduszny głupcze? - ganił go wewnętrzny głos.





IV. NOC BEZSILNOŚCI


W ułamku sekundy Hidan znalazł się przy swoim wrogu, który w tym momencie stanowczo i z rozmysłem odrzucił w bok walizkę, którą trzymał w ręce. Mimo wszystko kobieta stała nieruchomo i wnikliwie spoglądała mu w oczy napawając się i chłonąc jak gąbka jego każdy gest. Poruszyła się dopiero gdy zamaszysty cios kosą rozciął poły powietrza bardzo blisko jej piersi. Zastanawiało ją to, że ten rozszalały shinobi wymachiwał swoją bronią aż nadto nieskładnie. Zdawał się nie celować w punkty witalne lecz pragnął zadać choćby jedno draśnięcie, by woń utoczonej krwi bardziej wyostrzyła jego zmysły. Szaleńczy uśmiech nie zniknął z jego twarzy. Wyszczerzył białe zęby i wydał z siebie dziwne burknięcie. Coś między warknięciem rozjuszonego psa a miłym pomrukiem kota. Ale to nie było to co chciała ujrzeć. Nie, on jeszcze nie zatracił się całkowicie.

Lekko i zwinnie unikała kolejnych ataków. Zachowywała się jak starsza siostra, która zabrawszy młodszemu bratu zabawkę droczy się z nim, aż ten nie pobiegnie z płaczem do matki, by się poskarżyć. Pragnęła popchnąć jego rozchwianą jaźń w kierunku cienkiej granicy między człowiekiem a dziką bestią i uświadomić mu bezceremonialnie czym naprawdę jest. By to osiągnąć …

Muszę mieć pewność, że dajesz z siebie wszystko. Czas na gwóźdź programu, przygłupie.

Z rękawa jej płaszcza wystrzeliło kilka igieł, które wbiły się w wyciągnięte ramię i w udo mężczyzny. Nie zdezorientowało go to, ani nie spowolniło. Nie zwrócił na to większej uwagi. Dostrzegł jednak coś w dłoniach oponenta. Dwa sztylety, skierowane ostrzem ku dołowi – czas na kontrę. Enenra ruszyła naprzód z taką samą szybkością z jaką on zbliżał się do niej. W tej sytuacji nie było miejsca na pomyłkę czy zawahanie. Liczyła się precyzja. Już kiedy wybijała się pewnie w jego kierunku przewidywała jaki cios przyjdzie jej odeprzeć. Ten obustronny, równomierny pęd miał mu dodać pewności siebie i zaręczyć o jego przewadze. Kosa zdecydowanie przewyższała te smukłe nożyki biorąc pod uwagę promień rażenia. Trzy ostrza runęły bezdźwięcznie w zamachu wyprowadzonym pionowo, zza głowy Hidana. W powietrze wzbiły się tumany kurzu.

Co? Jak to? Ta gnida powinna klęczeć tu przede mną z wielką dziurą wyrytą tuż nad obojczykiem. Gdzie ten parszywy bluźnierca? Nie uniknął tego, więc … – myślał intensywnie srebrnowłosy i skołowany patrzył w pustą przestrzeń przed sobą podczas gdy drobinki pyłu powoli opadały na ziemię poprawiając stopniowo widoczność. Machinalnie odwrócił głowę za siebie. Nie poruszył tułowiem. Nienaturalny odruch przypominał zachowanie sowy, która ma nadzwyczajną zdolność do skrajnych odchyleń łebka, nieosiągalną przez inne gatunki. Za swoimi plecami ujrzał shinobi. Stał przodem do niego w nienaruszonym stanie, nietknięty, nawet nieubrudzony. Lewą dłoń wyciągniętą w kierunku członka Akatsuki zaciskał w pięść. Próbował przypomnieć sobie co się zdarzyło lecz okazało się to niemożliwe. Nieważne. To nieważne. Tak było lepiej. Zabawa okazała się ciekawsza.
Postanowił to zignorować. Popełnił błąd – jej plan się powiódł. Za bardzo skupił się na tym co chciał zobaczyć, żeby dostrzec rzeczywisty przebieg zdarzeń. Więc co się stało chwilę temu?

Enenra ryzykując doznaniem ciężkich obrażeń odłożyła sztylety do pokrowców– nie miała zamiaru ich użyć, to był swoisty wabik. W momencie gdy oręże wroga przyciężkawo opadało ku jej ramieniu zatrzymała się na ułamek sekundy. Ostrza minimalnie chybiły celu i wbiły się w podłoże. Wykorzystując swój pęd odbiła się w górę zwinnie omijając napastnika. Teraz mogła zrobić co tylko zapragnęła, a rozszalały przeciwnik zdany był na jej łaskę. Jak postąpiłby ktoś w tej sytuacji i na jej miejscu, no jak? Z pewnością odmiennie.

Z bliska twarz Hidana wykrzywiona w grymasie wręcz chorej euforii wydała jej się pociągająca niczym lico jakiegoś bóstwa. Odczuła nagłą potrzebę, by chociaż opuszkami palców musnąć tą delikatną i nieskalaną skórę. Jeśliby to zrobiła niewątpliwie jawiłoby się to jako istne błogosławieństwo. Ostatni dotyk zanim ten obiekt zmieni się w istotę o wiele gorszą, pierwotnie nieograniczoną samokontrolą i wartościami etycznymi. Wiedziała co robi i czym to zaskutkuje. Kreator – nim teraz była. Tylko ona miała wpływ na to co uformuje się z ciała i ducha mężczyzny obecnego w zasięgu jej ręki. Może jednak to boska moc? A istnienie tego dzieła, żywego przez ulotną chwilę uzależni się wyłącznie od jej woli.

Powściągnęła swoje pożądanie i ograniczyła do minimum kontakt fizyczny z agresorem poprzez subtelne zsunięcie wisiorka z jego szyi. Tak, w tej karkołomnej akcji chodziło wyłącznie o to. Odebrać mu to co traktował niemalże jak jeszcze jedną część swojego ciała, bez której niemożliwe jest jego życie i funkcjonowanie. Coś co przypomina komu służy i czyją wolę wypełnia. Drogowskaz kierujący rozchwianą psychikę na tory w pełni uzasadnionej, chwalebnej przemocy. Coś co definiuje ten poddańczy byt i w pewien sposób odświeża łączność ze srogim bogiem, który odbiera krwawe ofiary przez ręce swojego oddanego sługi.

Ktoś kiedyś powiedział, że należy obawiać się szaleńców wyłącznie wtedy, gdy jeden z nich spotka drugiego. Jakże trafne stwierdzenie.

Stała pewnie trzymając w dłoni święty skarb swojego przeciwnika, który zdezorientowany próbował odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Kiedy nadnaturalnie przekrzywił głowę i spojrzał na nią wymownie poczuła przenikliwe ukłucie w piersi. Ciało uświadamiało jej, że to już ta pora. Pora, by wyciągnąć asa z rękawa. Rozluźniła uścisk i z pięści wysunął się medalion. Opadał jakby w zwolnionym tempie. Jego majestatyczny lot przerwało lekkie szarpnięcie w momencie, gdy łańcuszek do którego był przywieszony napiął się pod nikłym ciężarem metalowego okręgu. Bujając się finezyjnie wprowadzał zainteresowanego niejako w hipnozę. Hidan odruchowo dotknął swojej piersi w miejscu gdzie powinien znajdować się wisior. Palce nie napotkały niczego o innej strukturze niż jego własna skóra. To nie zwidy.
Nie pozwolił jej dłużej napawać się ciszą:
- Spadnie na ciebie kara boska. Nie zdajesz sobie nawet sprawy coś uczynił … W imię najwyższego, w imię Jashina przeprowadzę cię przez ścieżkę nieopisanych katuszy! - wykrzyczał szybko i dobitnie niczym modlitwę, a może błagalne życzenie.
Nieświadomy, że doskonale wpasował się w scenariusz opracowany przez wrogiego shinobi wydarł niezgrabnie kosę z wysuszonego podłoża i odwrócił się gniewnie. Nogi rozstawione w szerokim rozkroku przeszył skurcz, aż całe ciało zachwiało się wydatnie. Obie dłonie zaciśnięte na trzonie broni pobielały nienaturalnie i wyglądały wręcz niezdrowo. Pojedynczy kosmyk misternej fryzury zawadiacko uwolnił się z odgórnie narzuconego uczesania i opadł na przepocone czoło mężczyzny. Szaleńczy uśmiech przeistoczył się w prostą poziomą linię szczelnie zamkniętych, napiętych warg, które posiniały zgoła odpychająco. A oczy? Szeroko rozwarte powieki odsłaniały wyłącznie wytrzeszczone, przekrwione białka. Żywa furia – tak teraz go odbierała. W tym stanie nie mogła go już ignorować.

Momentalnie pojawił się tuż przed nią i zadał cios, zmuszając ją do sparowania go oboma sztyletami. Nadzwyczaj mocne uderzenie przesunęło ją o kilka centymetrów do tyłu. Wokół jednej dłoni owinięty miała łańcuszek, który w tej chwili znajdował się bardzo blisko głowy członka Akatsuki. Nadszedł czas, by i ona przestała się pohamowywać. Ataki i kontry były tak szybkie, że przeciętny człowiek nie zauważyłby ich nawet z małej odległości. Enenra niczym w opętańczym tańcu poruszała się zwinnie wokół oponenta zadając mu skrupulatnie to płytsze, to głębsze cięcia. Powodując tym mniej lub bardziej poważne obrażenia.
Po chwili Hidan zalany był krwią. Swoją własną krwią. Mimo znacznego przyspieszenia ruchów nawet nie drasnął przeciwnika. Obficie poraniony nie ustępował kroku swojemu celowi. Tylko, że nieprzyjaciel tak do niego podobny, jakby połączony z nim mentalnie, w maniakalnym pląsie odgadywał bez problemu każdy kolejny ruch swojego bliźniaka. Byli jak jedna dusza ulokowana w dwóch ciałach, która chce się z nich wyrwać, by na powrót stać się jednością. Kobieta przewidywała to co planował (jeśli tak można nazwać ten krótki proces, mający lokalizację w jego zdegradowanym umyśle, który generował widoczne już gołym okiem, gorączkowe zamachy wielkogabarytową bronią), lecz co z tym czego nie planował?

Jeden z poziomo wyprowadzonych ciosów kierowany był w szyję Enenry. Shinobi chciał już ją zwyczajnie zabić i zabrać z jej parszywego truchła swoją własność. Z łatwością uniknęła cięcia mającego pozbawić ją głowy. Gotowa do kontrataku i skupiona wyłącznie na nim nie dostrzegła, że kosa zatrzymała się tuż za nią, by odbić w drugą stronę i z impetem, tępym trzonem ugodzić ją w kark wystarczająco mocno, by upadła ogłuszona na kolana.
To była jedna z rzeczy, których nie spodziewała się po swoim oponencie znajdującym się w tym stanie roztargnienia. Jedyny przejaw racjonalnego zachowania w trakcie tak jednostronnie przemyślanej walki. Przez chwilę zaryzykowała nawet stwierdzeniem, że Hidan jest w pełni świadomy swoich poczynań. Kiedy spojrzała na jego napiętą twarz i strużkę śliny, która niezależnie od woli, jakąś wąską szczelinką wydostała się z ust znacząc mokre ślady na podbródku, uznała to za całkowicie komiczne sformułowanie. Zamroczona odnotowała wzmożoną aktywność ninja, który podbudowany zaistniałą sytuacją ruszył, by dobić ją zanim oprzytomnieje wystarczająco i znów uniknie razów.

Heh. Byłam bardziej pewna siebie niż on.
Szybki … Szybki i co raz szybszy.
Och, czuję to. Czuję jak bardzo pragniesz mojej śmierci. Tylko jest jedno „ale”. Ja dziś tu nie umrę. Więc muszę rozczarować cię jeszcze raz.


Gałki oczne piekielnika wróciły do normalnego ustawienia. Źrenice niemal całkowicie pochłonęły swą niezbadaną czernią lawendowe tęczówki. Różowy język kusząco przesunął się po już rozluźnionych, pełnych ustach, a po chwili szeroki uśmiech ponownie obnażył śnieżnobiałe zęby. W przeszklonych oczach odbijał się dobrze znany kształt: trójkąt wpisany w okrąg.
Kończąca akcja. Jeden, pewny zamach i po kłopocie. Wszechmocny niewątpliwie wybaczy mu ten pośpiech. Jeśli jednak oceni go surowo, to on – pokorny sługa zadośćuczyni tej zniewadze. Pięć, dziesięć, nawet dwadzieścia trupów zostanie złożonych w ofierze z należytym szacunkiem i niezbędnymi obrzędami. Ten jeden, jedyny raz musi zlekceważyć ściśle określone procedury.

Enenra przymrużyła oczy, gotowa zablokować ostrza ręką. Kiedy jedno z nich zahaczyło o materiał jej chusty, pozostałe dwa miały napotkać opór na wyciągniętym przedramieniu. Coś lub ktoś spowodowało, że tak się nie stało. Silne szarpnięcie odciągnęło od niej kosę, która w tym porywie rozdarła całkowicie jej zmyślną maskę. Odruchowo podniosła się na równe nogi, a potargana dzianina stanowiąca część kamuflażu bezładnie opadła na ziemię. Wzrokiem odnalazła posturę niedoszłego kata. Zszokowana widokiem, zamarła i obserwowała uniesiony w powietrze wątły korpus opleciony ściśle ciemnymi kablami. Zaostrzone końcówki miejscami poprzebijały ręce i nogi szamoczącej się ofiary, najczęściej w stawach. Kończyny rozciągnięte do granic możliwości wyznaczały znak X. Żwawym ruchom lin towarzyszył szelest. Miała wrażenie, że słyszała już taki dźwięk, lecz jakby na złość pamięć nie chciała dopomóc w jego identyfikacji.
Przekleństwa wypływały potokiem z ust Hidana. Od najzwyklejszych po nad wyraz wymyślne. Kierowane były do tych niesfornych nici? Nie. Adresatem okazał się chwilę temu spotkany zielonooki shinobi. To przy nim zbiegały się te wężowe twory, a ich końce wpełzały pod jego płaszcz dołem i przez rękawy. Wysoki mężczyzna aktualnie skupiony wyłącznie na przeciwniku analizował skrzętnie jego postawę. Ignorował obelgi z wielką łatwością, lecz po chwili chrapliwy jazgot zaczął być tak uciążliwy, że jeden z cieńszych kabli owinął się wokół szyi krzykacza i uwięził stłumione dźwięki w jego gardle.

Wstrząs. Pomimo tego, że starała się nie okazywać w tej chwili żadnych emocji i zachować niewzruszoną twarz, była oszołomiona. Przeczuwała, że relacje kompanów w tej ostatnimi czasy bardzo aktywnej organizacji zakrawały na zwykłą powierzchowność, ale to czego stała się świadkiem przekraczało jej wyobrażenia. Główny skarbnik Akatsuki beznamiętnie zranił i równocześnie zneutralizował rozszalałego Hidana. Zmaltretowane ciało przypominało osłabioną, żywą przynętę zarzuconą przez błyskotliwego i doświadczonego rybaka. Czy Kakuzu z zamysłem wykorzystał niestabilną naturę kamrata i dopuścił do tej konfrontacji, by prześwietlić umiejętności interesującego łowcy głów i wykorzystać tą wiedzę przeciw niemu? Czy może po prostu napatoczył się akurat w momencie, gdy życie Enenry wisiało na włosku i opóźnił wyrok śmierci do czasu, aż nie przekona się, że jej serce może być nęcącym trofeum? Może to i to? W jakże niepochlebnym świetle go to stawiało. Malował się jako najzwyklejszy hazardzista obstawiający wynik potyczki wyłącznie obserwując ich walkę i nie wspomagając towarzysza. Perfidny, a może zwyczajnie pragmatyczny koncept. Cena nie gra roli, każdych dostępnych środków należy użyć, a wszystkie chwyty są dozwolone w przypadku, gdy do zdobycia jest luksusowy towar. Zamaskowany cechował się wyssanym z mlekiem matki racjonalizmem.

Dwóch łowców głów stanęło vis-a-vis. Paradoksalnie profil jednego z nich znajdował się w Księdze Bingo. Kumple po fachu - można by stwierdzić. Kakuzu nadal kalkulował czy ów tajemniczy człowiek przyda się bardziej żywy czy martwy. Rozpatrywał wyłącznie subiektywne korzyści. Potrzeb organizacji nie brał praktycznie pod uwagę.
Momentalnie kłębiące się nici skryły się pod płaszczem właściciela. Przedmiot ich agresji upadł bezwładnie z dość znacznej wysokości wydając przy tym matowy odgłos. Hidan sapał, wydawał się odkaszliwać niewidzialny przedmiot blokujący przełyk, który uniemożliwiał mu wygłaszanie niepochlebnej opinii na temat tam obecnych – w szczególności jednego z nich. Leżał na brzuchu, jego kończyny w nienaturalny sposób ułożyły się na podłożu, a ciężar głowy opierał policzku, tulącym się niejako z czułością do Matki Ziemi. Skierował twarz w stronę shinobi w wzorzystym płaszczu i zaklął.

- Ty bydlaku! Wydrę z ciebie każdą tą twoją niteczkę. Stanąłeś pomiędzy mną a Wszech-okrutnym Panem. Oderwę ci ten zakuty łeb! Twoje śmierdzące pieniądze nie uchronią cię przed moim gniewem – próbował się podnieść lecz poprzewiercane stawy mu to uniemożliwiały. Zawył z bólu gdy pod naporem, przerwana kość przebiła w łokciu tkanki i skórę.
- Nie wtrącaj się! Nie wtrącaj! To moja walka, moja zdobycz! Zabieraj od niego te brudne łapska! Już go miałem. Wąchałby kwiatki od spodu gdyby nie ty, idioto! - pomimo poważnych obrażeń zachowywał się jak rozkapryszone dziecko i możliwe, że gdyby tylko był w stanie, tupałby teraz zawzięcie nogami.
- Zrobiłeś już swoje i szczerze – nie okazałeś się wielce pomocny. Twoja chwilowa przewaga była czystym … fartem. Patrząc na was obu jasne jest kto nad kim wziął górę w tym groteskowym pojedynku. Delikatnie przypomniałem ci gdzie twoje miejsce. Leż teraz grzecznie i przestań łaskawie kłapać jęzorem puki jeszcze go masz – spojrzał na Hidana beznamiętnym wzrokiem, upewniając go w tym, że bez skrupułów wyszarpie mu narząd mowy, jeśli ten nie zastosuje się do klarownych poleceń. - Czas, by dorośli porozmawiali.

Delikatnie? „Delikatnie przypomniał mu gdzie jego miejsce”? Psychotyczny sadysta. ... Zaraz, zaraz. Chce rozmawiać? O czym? O czym może ze mną rozmawiać członek Akatsuki? Po tym, co zobaczyłam nie chodzi tu o zemstę za towarzysza. Pieniądze? Nie, może je łatwo zdobyć w inny sposób. No dobra - oświeć mnie.

Robiło się coraz ciemniej – jakże się z tego cieszyła. Jej odsłonięta twarz z dość dużej odległości od wrogów powinna być niewyraźna i nieidentyfikowalna. Odruchowo ustawiła się prawym półprofilem w stronę rozmówcy. Pochyliła głowę do przodu, by zmierzwione kosmyki włosów jak najbardziej zakrywały jej lico. Luźny płaszcz poruszał się harmonijnie i zgodnie z kierunkiem powiewów wiatru. Nie planowała pierwsza zaczynać rozmowy, czekała na inicjatywę Kakuzu.
- Na początku powinienem się przedstawić. Jestem Kakuzu, a tamtą pokraczną kreaturę zwą Hidanem. Oczywiście już to wiesz, lecz jeśli mam przejść do kolejnego etapu tej rozmowy muszę zachować konwenanse. Pominę część o organizacji w jakiej działamy, bo i to zapewne doskonale wiesz. Posiadasz rarytasowe umiejętności. Mogę zaledwie gdybać co do ich pochodzenia lecz kilka opcji wydaje się więcej niż prawdopodobne. Powiem otwarcie: twoje zdolności, choć nie miałem okazji przeanalizować ich dokładniej, przydadzą się w szeregach Akatsuki. - jego stanowczy i surowy wcześniej głos, teraz spokojny, brzmiał subtelnie, nieadekwatnie do sytuacji, jakby mężczyzna brał udział w spotkaniu z przyjaciółmi przy herbatce.
- Dobrze zrozumiałem? Obserwowałeś jak twój spuszczony ze smyczy piesek mnie testuje, by chwilę później zaproponować mi współpracę? - srebrnowłosy wzburzył się na wzmiankę o nim i już zaczynał kolejny niesalonowy monolog, lecz zamilkł, gdy dostrzegł nietypowe ruchy pod płaszczem towarzysza.
- To nie do końca tak. Nasz przywódca jest zainteresowany taką kooperacją, więc postanowiłem dać ci możliwość wyboru. Osobiście preferuję zabicie cię tutaj i przejęcie twoich umiejętności. Jestem gotów się z tym wstrzymać, by zobaczyć w użyciu twoje ninjutsu. W szczególności mam na myśli doprowadzony do perfekcji kamuflaż.
- Nie ukrywałem się po to, by teraz dołączać do pierwszego lepszego stowarzyszenia. Co do umierania, również nie planuję go w najbliższym czasie.
- Jak więc rozwiążemy tą sytuację?
- Co? To już? Nie masz zamiaru nakłaniać mnie do dołączenia do was? Chyba jednak nie zależy wam aż tak bardzo - powiedziała kpiąco.
- Wyraziłeś swoje zdanie. Nie zamierzam suszyć ci głowy z tego powodu. Uświadomię ci tylko, że wiedza jaką zdobyłem o twoim stylu walki jest wystarczająca, by z łatwością cie zabić. Wolisz pojedynki na dystans. Jeśli potyczka odgrywa się w zwarciu stawiasz na swoją szybkość. Zatem fizyczną słabość rekompensujesz żwawymi ruchami. Większość twoich ninjutsu obejmuje techniki ukrywania się więc wolisz podczas starcia mieć określony plan działania niż atakować spontanicznie. Utarczka z Hidanem. Cóż, zaskoczyła mnie i jednocześnie zobrazowała to, że potrafisz się zatracić.
- Jestem pod wrażeniem. Na prawdę. W przeciwieństwie do tego wypierdka używasz głowy do myślenia. Załóżmy, że wszystko co powiedziałeś się zgadza. Ale nie zastanowiłeś się nad jednym ... Czy aby na pewno nie zaplanowałem tego wszystkiego? - po raz pierwszy na twarzy Kakuzu dostrzegła zawahanie.

Czyżby coś przeoczył? Jakiś istotny fakt? Wykorzystała ten moment i z piekielną prędkością pojawiła się tuż przed zmaltretowanym wcześniej shinobi. Pochyliła się nad nim i powachlowała mu przed oczami wisiorkiem. Zaśmiała się krótko na widok jego zszokowanego oblicza. Zachowywał się jak nowo narodzony jelonek, który stara się niezdarnie od razu stanąć na nogi. Nim rozwiązał mu się splątany w supeł język usłyszał:
- Harce z tobą były przekomiczne, kochanieńki. A na dodatek dobrana z was dwóch para. Zatrzymam to sobie na pamiątkę. - jej lico przybrało psychopatyczny wyraz, po czym dodała. – Jeśli się jeszcze spotkamy, a w to nie wątpię, odrąbię ci ten pusty cebrzyk jak obiecałem.
Poklepała go delikatnie po głowie. W tym momencie grube nici zasypały ją ze wszystkich stron niczym grad strzał. Stłumiony odgłos, kłąb dymu. Członkom Akatsuki ukazała się powoli opadająca w powietrzu, płonąca błękitnym ogniem notka. Wybuchowa? Za późno na reakcję. Wbrew oczekiwaniom po tym jak kawałek papieru się dopalił nie nastąpiła eksplozja. Kupka popiołu usypała się tuż przed Hidanem. To jedyny namacalny dowód na obecność łowcy w tym miejscu. Obaj wpatrywali się w ten punkt. Kakuzu zmarszczył brwi i ewidentnie pogrążył się w rozmyślaniu.

Notka? Co to za rodzaj klona? W którym momencie go stworzył? Gdyby zrobił to gdy już mu się przyglądałem na pewno bym tego nie pominął. Może bawił się z nami od początku? Jak bardzo się oddalił? – te i inne pytania krążyły teraz w jego głowie. Wstyd. On – potrafiący zawsze rozgryźć najtrudniejsze zagadki, rozłożyć problem na czynniki pierwsze, poległ dziś na polu mistrzowskiej mistyfikacji.

Srebrnowłosy nie przejmował się w zupełności, że urządzono sobie z niego kpiny. W jego zmiażdżonym, posiekanym i posolonym umyśle malowała się twarz. Taka delikatna, a wykrzywiona w wariackim grymasie. Przenikliwe oczy przeszywały na wskroś jego duszę. Nie był w stanie nic przed nimi ukryć. Tą projekcję coś uzupełniało. Na lewym policzku łowcy widniał jakiś znak. Wypalone, okrągłe piętno. Słowo. Coś zapisanego w kanji, otoczone pętlą. Nie rozszyfrował tego mimo starań.
Nagle coś sobie uświadomił. MEDALION. To był wyłącznie klon, jednak wisiorka nie dostrzegł nigdzie w pobliżu.

Zabrał go. Ten kurwi syn go zabrał. Nie obchodzi mnie co powiedział ten pieprzony Władca Kabli. Znajdę tą gnidę choćbym miał wymordować wszystkich w tym kraju.

Kakuzu śmiejący się ze swojego towarzysza, któremu odebrano cenną rzecz. Najzwyklejszy wisiorek, oceniany przez zielonookiego jako ulubiona zabaweczka, bez której jego partner nie zaśnie w nocy, mocząc się, gdy usłyszy choćby drobny szelest. Ewentualnie Hidan nabijający się z tego, że ktoś wystrychnął na dudka wielce rozsądnego skarbnika organizacji, najbardziej w świecie ceniącego sobie swój nieprzeciętny intelekt. Nie tak skończył się ten upalny dzień. Żaden z tych scenariuszy nie został odegrany. Obaj shinobi strofowali się swoją prywatną porażką nie myśląc w ogóle o sobie nawzajem.


Przeraźliwy krzyk. Drgające dźwięki przedzierały się przez las. Kierowały się w stronę bezchmurnego, gwieździstego nieba. Krzyk przegranego, pokonanego, lecz pozostawionego przez wroga przy życiu. Krzyk zapowiadający krwawy odwet ...
Ostatnio zmieniony 16 maja 2015, 16:30 przez Teresa O.D.U., łącznie zmieniany 1 raz.
TeresaODelikatnymUśmiechu

Awatar użytkownika
Teresa O.D.U.
amator
Posty: 5
Rejestracja: 07 gru 2014, 12:15

Re: [Naruto] Moja Księga Bingo

Postautor: Teresa O.D.U. » 16 maja 2015, 16:27

V. JA JESTEM TWARZĄ, KTÓREJ MUSISZ STAWIĆ CZOŁA



- Hej ... HEJ! Jak zamierzasz mi to zrekompensować, co? Przez ciebie nie będę w stanie poruszyć się przez kilka godzin. No odezwij się! - Kakuzu nie reagował na zaczepki. Skupiony wyłącznie na wypowiedzianych wcześniej słowach wrogiego shinobi. Nawoływania Hidana docierały do jego uszu niczym wytłumione dźwięki, przedzierające się leniwie z morskich głębin ku odległej powierzchni. Pewny swoich spostrzeżeń, których słuszność zaręczył sam badany obiekt, szukał tej drobnej luki, mikroskopijnego przeoczenia stanowiącego fortel podczas minionej utarczki.
- Nie ignoruj mnie! Poskładaj mnie do kupy i dalej będziesz mógł zająć się rozmyślaniami i rozpaczaniem nad swoją porażką. Jeśli nie nastawisz mi kości zanim się zrosną, nie obędzie się bez ponownego łamania. Przez to stracimy kolejne, cenne godziny. Nie zdajesz sobie nawet sprawy jak bardzo chcę już wyruszyć, by dopaść go jak najszybciej. Fakt, że święty znak Pana Boleści spoczywa w łapach bluźniercy przyprawia mnie o mdłości - wielkie zniesmaczenie kryło się za tymi słowami, jakby każda litera wypluwana z osobna drażniła jego podniebienie. Nadal leżał bezwładnie niczym szmaciana lalka. Jedyną broń jaka mu została - cięty język - wykorzystywał teraz nieprzerwanie. Zawsze, prędzej czy później, potrafił wyrwać towarzysza z kontemplacji, lecz wiedział, że ten przypadek znacząco różnił się od pozostałych. Nikt nigdy nie sprawił, by zielonooki stracił pewność siebie i zawahał się choćby podczas najmniej znaczącej decyzji. Hidan po raz pierwszy dostrzegł jego szokowane oblicze. Gałki oczne omiatające spiesznie całe pole widzenia, a umysł rozdarty na pół, zadający w kółko pytanie: „Co się właściwie stało?”. To było istne wyzwanie, rękawica rzucona prosto w twarz. Srebrnowłosy znał go wystarczająco, by wysunąć trafny wniosek: Kakuzu odpowie na to z pełnym zaangażowaniem.
- Rusz się, do cholery! Chodź tu i mnie pozszywaj. Później rób sobie co chcesz. Możesz nawet stać w tym miejscu przez tydzień - nic mi do tego. Jeśli nie masz zamiaru mi pomóc w wykończeniu tego gnoja, to przynajmniej nie przeszkadzaj. Co za idiota. Nie popłacz się tylko, bo u mnie nie znajdziesz pocieszenia. - mężczyzna coraz bardziej się nakręcał widząc z jaką zimną obojętnością traktuje go partner. - Nie dziwi mnie, że podłamałeś się po tym jak ktoś uświadomił ci w końcu, że nie jesteś najbystrzejszy, ale żeby zaraz popadać w depresję? Mamona wyprała ci mózg. Ostrzegałem wiele razy przed karą za ateistyczne poglądy i liczne zniewagi przeciw Wielebnemu Jashinowi. Masz za swoje. Ten typek … nie dorastasz mu do pięt. Ha ha. Stary jesteś, ale życie nic cie nie nauczyło - mówił szybko i dobitnie. Opierał głowę na brodzie, by lepiej widzieć stojącego. Po chwili dodał przedrzeźniającym tonem:
- „Nigdy nie można lekceważyć przeciwnika. To, że jesteś nieśmiertelny nie znaczy, że nie można cie pokonać”. Puenta dnia - specjalnie dla ciebie - oczywiste było kogo cytował. Chciał, by zielonooki ocknął się z amoku i zaczął działać, by wytężył umysł i znalazł sposób na wytropienie złodzieja relikwii.


Po tych słowach Kakuzu w końcu się poruszył. Pojawił się tuż przed towarzyszem i przykucnął bardzo blisko niego. Poobijany ninja przymrużył oczy spodziewając się ciosu - oczywistej konsekwencji wypowiedzianych obelg. Ku jego zdziwieniu, żadne razy nie spadły na jego zmaltretowane ciało. Zszokowany spojrzał pytająco na kompana, który wyłupiastymi oczami świdrował dzielącą ich kupkę popiołu. Jedną dłonią uszczknął szczyptę tego drobnego proszku i roztarł go opuszkami palców. Nadzwyczaj wczuł się w tą czynność. Dziki błysk w oku. Jest nadzieja. Da się to wykorzystać. Faza euforii minęła momentalnie, tak szybko i niespodzianie jak się zaczęła.


Nie. Nie dam się znów omamić. To nie może być takie oczywiste. Ta notka nasączona chakrą jest niczym drogowskaz. Nie każdy potrafiłby skorzystać z takiej podpowiedzi, ale …
Czy ty mnie testujesz?
Nigdy nie zostawiał żadnego śladu. Jednak teraz to zrobił. On naprawdę chce bym go odnalazł. Tym razem wyłącznie na jego warunkach.
Dajesz mi czas na przygotowanie planu i zostawiasz swego rodzaju mapę, by mnie zapewnić, że odszukam cie bez większych problemów? Dlaczego tak ryzykujesz? Konfrontacja z naszą dwójką po raz kolejny to igranie z ogniem. Ten głupiec za pewne rzuci się na ciebie bez zastanowienia, ignorując wcześniej ustalone założenia. Ale ja … Nie zaskoczysz mnie drugi raz.


W międzyczasie wiotkie kable, jakby pracując niezależnie, nastawiały zwichnięte stawy, połamane kości i cerowały dokładnie każde cięcie na ciele bladoskórego. Po skończonej pracy potulnie skryły się pod materiałem płaszcza. Ich poskramiacz przesypał skrupulatnie resztki drobnego pyłu do małego, materiałowego woreczka, po czym usiadł na pobliskiej skale.

- Ehm … Co ty właśnie zrobiłeś? Kolekcjonujesz odpadki? Daj spokój ... Czubek - Hidan odzyskał możliwość ruchów na tyle, by przewrócić się na plecy. Patrzył na błyszczące gwiazdy wymalowane na szafirowym firmamencie. Może to zwykłe zmęczenie, a może właśnie ten widok uspokoił go wystarczająco, że postanowił na chwile zamilknąć. Wydawało mu się to głupie i bezsensowne, ale zainteresowało go co czuł teraz Kakuzu, który znacznie oddalony, dodatkowo odwrócił od niego twarz. Jashinista nie uważał go za pełnoprawnego człowieka i gardził płytkimi ideałami, którymi się kierował, ale nie mógł zaprzeczyć jednemu: zielonooki radził sobie doskonale w osłanianiu jego pleców i niejednokrotnie ratował mu skórę, gdy potraktował przeciwnika zbyt lekceważąco. To on zajmował się żmudnym analizowaniem, a jego towarzysz nierozważnym działaniem. Obaj zgadzali się na taki podział. Srebrnowłosy pod czujnym okiem kompana zaczął sobie pobłażać coraz bardziej, często wystawiając na próbę jego szybkość reakcji. Więc co się zmieniło? Tym razem skarbnik nawet nie kiwnął palcem. Potraktował psychotycznego dewota przedmiotowo, jak nieistotny trybik, niewpływający znacząco na funkcjonowanie rozbudowanej maszynerii. Upokorzył i wręcz podporządkował swojej woli. Hidana nic nie drażniło bardziej niż dyktowanie mu co ma robić. Tolerował nawet to, że jest brany za idiotę i nazywany tak na głos, lecz nastawanie na jego niezależność stanowiło punkt zapalny.

Za kogo uważał tamtego nożownika, za kogoś bardziej interesującego? Czyżby chciał wymienić bogobojnego kamrata na „lepszy model”? Co miał w sobie ten łowca, że wzbudził taką paranoiczną dociekliwość?

… Zazdrość … Nie, to nie tak. To niesprecyzowane uczucie było mieszanką wielu innych, ale nie czystej zazdrości. Jak można być zazdrosnym o takiego oschłego, starego pryka? Zdawał sobie sprawę, że gdyby jakimś cudem poległ, Kakuzu przeszedłby nad jego truchłem bez mrugnięcia okiem i ruszył w poszukiwaniu kolejnych walizek z pieniędzmi. Musiał traktować go protekcjonalnie - zawsze i bez wyjątku.
Nadal będą wykorzystywać się wzajemnie do oporu i czerpać liczne korzyści ze wspólnego podróżowania. Żaden z nich nie mógł zaprzeczyć, że zostali odpowiednio (chociaż odgórnie) dopasowani. Obecna sytuacja wymagała wyłącznie wkładu koncepcyjnego, co wręcz stawiało Hidana pod ścianą i skazywało na łaskę zadumanego mężczyzny. Uzmysłowił sobie, że bez jego wsparcia nie znajdzie nawet śladu tamtego przebiegłego shinobi. Bezmiernie go to irytowało. Skupiwszy wzrok na najjaśniejszej gwieździe obiecał sobie w duchu, że Władca Kabli zapłaci mu za ten dzień z nawiązką, lecz teraz zmusi się do współpracy z nim, by odzyskać skradziony wisiorek.

- Kiedy tylko będziesz w stanie, wyruszymy - zielonooki przerwał ciszę jako pierwszy.
- Niby dokąd? Nie udawaj, że już wiesz jak go odszukać - odszczeknął rozdrażniony rozkazującym tonem rozmówcy.
- Nie za nim.
- Nie ruszę się stąd w innym kierunku, niż ten, w którym poszedł pieprzony bluźnierca.
- Rób jak uważasz. Jest mi obojętne czy się rozdzielimy.
- Co chcesz przez to powiedzieć, he? Co jest ważniejsze niż dorwanie go jak najszybciej?
- Nie chodzi o to, by dopaść go szybko, lecz w odpowiednim momencie.
- Przyznaj się, że po prostu nie wiesz jak się za to zabrać. Nie znam się na tym, ale czy wielcy taktycy nie atakują błyskawicznie wycofującego się wroga?
- Skoro znasz podobne przypadki powinieneś zbadać je do końca. Takie manewry to zazwyczaj pułapki. On chce byśmy go znaleźli. Świadczy o tym ten skromny podarunek - wyciągnął sakiewkę z popiołem i lekką nią potrząsnął. - Ta notka była nasączona jego chakrą. Da się to wykorzystać, by go namierzyć. Łowca nie chce byśmy atakowali na oślep co daje nam czas na opracowanie planu.
- Pójdę na to pod jednym warunkiem. Wiem, że w pojedynkę mu nie podołasz, tym samym musisz się zgodzić. Zrobię z nim co uznam na stosowne. Ukarzę go surowo za świętokradztwo, a ty się nie wtrącisz. Kiedy skończę zostawię ci jego resztki. Jeśli zechcesz mnie powstrzymać wypatroszę najpierw ciebie, nawet jeśli będę się po tym zrastał przez tydzień. On na pewno znów ucieknie i wątpię czy da nam kolejną szansę.
- Potrzebne mi wyłącznie ciało. Nic mi do tego jak zginie.
- A Pain?
- Zależy mu na ninjutsu, toteż jeśli ja je przejmę, nie powinien mieć większych obiekcji. Skoro nie masz pojęcia o tropieniu pozostaw to mi. Zabijanie wyłącznie tego co samo wejdzie ci pod nogi automatycznie obiera ci prawo głosu w tym temacie. Doprowadź się do ładu. Nic mi po tobie jeśli nie będziesz w pełni sił.
- Cholerny, wielce mi myśliwy. Nie zdziw się, bo na Jashina, obudzisz się kiedyś z ostrzem w oku za takie teksty.
- Więc módl się do niego zawzięcie, żeby miał cie wtedy w swojej opiece - skwitował Kakuzu.

Przelotny uśmiech delikatnie wykrzywił usta Hidana. Ból, już wolniej pulsujący wciąż penetrował jego potrzaskane kończyny. Podskórne uczucie zrastających się kości nigdy jeszcze nie wprowadziło go w taki stan zadowolenia. Nigdy również nie oczekiwał dokończenia tej skomplikowanej operacji z takim podnieceniem. Utwierdzony w tym, że jego towarzysz zajmie się technicznymi sprawami, z lekka uspokojony przymrużył oczy i czekał.


***

Ogarnięty mrokiem, na oślep szukał punktu odniesienia. Błądził z wolna wypchniętą dłonią w gęstej, czarnej chmurze. Był sam? Sam w tej przepastnej otchłani? Przeszywający chłód stawiał mu na baczność każdy włos. Głuchą ciszę przerywał jedynie łomot jego własnego serca, wybijającego rytmicznie sekundy przeciągającej się izolacji. Przeliczyłby się sądząc, że stojąc w miejscu cokolwiek samoczynnie się zmieni. Ruszył przed siebie spokojnym krokiem, gotowy cofnąć stopę jeśli napotka na przeszkodę. Coś poczuł. Rozgrzewającą, pulsującą aurę. Znajdowała się przed nim. Nie można było określić jak bardzo jest oddalona. Dziewięć kroków, w może dziewięćdziesiąt? Podświadomie odnosił wrażenie, że to dobry kierunek, bilet niezbędny do wyrwania się z tych smolistych odmętów. Przyspieszył kroku odrzucając wszelkie wątpliwości. Buzujące fale palącej energii wzmagały na sile. Chciał się wtopić i zlać z nimi całkowicie. Obie wyciągnięte ręce napotkały na opór. Ten rozpalony powiew ujawnił swą namacalną postać. Mimo kojącego doznania coś wydawało się nie współgrać w tej kompozycji. Pod naporem cienkich palców rozpoznał charakterystyczną strukturę, oblaną solennie lepką cieczą. Nakreślił dłońmi dwa poziome ślady, których zwroty były przeciwne. W zdumienie wprawiła go pierwsza z obserwacji: obślizgłe jak skóra węża, ustawione w rządku, łukowe wypustki. Podejrzanie znajome. Druga kończyna napotkała na wgłębienie, początkowo delikatne, przeistoczyło się w otwór idealnie mieszczący w sobie dłoń. Struktura ścianek drgała niewyraźnie. Liczył, że wreszcie napotka na dno tej osobliwej wyrwy, lecz ta zdawała się go nie mieć. W końcu opuszki palców wychyliły się z tego buzującego, zwartego jądra i wbiły się w ścianę wszechobecnego ziąbu. Cofnął je odruchowo do bezpiecznej strefy. Momentalnie atramentowy krajobraz zamienił się w oślepiające, białe tło. Zacisnął bezwarunkowo powieki chcąc uchronić oczy przed szokiem spowodowanym nagłą zmianą kolorytu. Nie pomogło to jednak znacząco. Porażony wzrok powoli dostosowywał się do nowych warunków. Migoczące, różnokolorowe paski zakłócały nieostry obraz. Kiedy otrząsnął się wystarczająco, to co dostrzegł wprawiło go w osłupienie. Jedyna, przyjazna cząstka w uprzednim otoczeniu okazała się makabryczną, zastygłą w agonii bryłą. Centymetry dzieliły jego sparaliżowane ciało od nieruchliwej powłoki na kości i inne tego typu akcesoria. Wiedział już, że te znajome przecinki to liczne szwy kraszące rosłą somę, a wgłębienie, które tak dokładnie badał to rażąca, krwawa rana w piersi Kakuzu. Zacisnęła się ona szczelnie, więżąc w uścisku jego rękę. Spojrzał w górę. Tam spodziewał się dojrzeć twarz. Lico niczym wykute z marmuru zdjęte było grymasem bólu. Przekrwione oczy patrzyły tępo przed siebie, kąciki ust skierowane ku górze nakreślały wręcz niestosowny, tajemniczy uśmiech, przepełniony wyrozumiałością, pobłażliwy. Sprawiał wrażenie jakby znał swojego oprawcę i się go spodziewał. Nie walczył, lecz poddał się w zupełności jego woli. Rozgrzeszenie - tak, jeśli rozgrzeszenie miałoby ludzką postać, tak właśnie by wyglądało. Rozejrzał się pospiesznie dookoła. Cztery, skłębione kule splecionych szczelnie nici uwieńczonych porcelanowymi maskami leżało niedaleko od ich stóp. Wyglądały jak śpiące psy, gotowe zerwać się do ujadania usłyszawszy najdrobniejszy szelest. Przerażenie i konsternacja. Co to ma znaczyć? Nagle jedna z kamiennych, pokaźnych dłoni złapała go za przedramię. Usłyszał dobrze znany głos. Głos, który rozpoznałby zawsze, wszędzie i o każdej porze. Dobitny i stanowczy. Głos, który już od dłuższego czasu mieszał się z jego własnym w jednostronnie zażartych, bezsensownych dyskusjach. Głos człowieka, którego mimo usilnych zaprzeczeń w jakiś sposób szanował.
- To jest to czego pragniesz … Dostajesz to jak na srebrnej tacy … Właśnie ty mnie zabiłeś ... Tak jak chciałeś - wyrwałeś mi serca. Więc spójrz na mnie. Ja jestem twarzą, której musisz stawić czoła.
Po tych słowach skłębione nici, prężąc się, ruszyły w ich kierunku.


***

Otworzył gwałtownie oczy. Leżał na plecach, nie na suchym podłożu, lecz zatopiony w wiotkich źdźbłach trawy skropionej rosą. Ponad nim rozpostarte masywne konary drzewa przysłaniały błękitnie niebo ozdobione sporadycznie małymi obłokami. Zasnął. Zasnął i spał aż do rana. Nie miał zamiaru się nad tym rozwodzić. Priorytetowo spróbował unieść tułów podpierając się rękami. Udało się. Odruchowo sprawdził funkcjonowanie wszystkich kończy i efekt go zadowolił. Kakuzu się przyłożył. Połatał go szybko i dokładnie. Dzięki tym i podobnym doświadczeniom jego wiedza anatomiczna znacznie się wzbogaciła. Uważał to za jedyny plus swojej narzuconej funkcji medyka.
Hidan rozejrzał się wokoło. Znajdował się na niewielkim wzniesieniu. Poniżej jawiło się niewielkie jezioro, okolone wysokimi bagiennymi trawami tworzącymi zieloną ramówkę lustra o lazurowej, gładkiej powierzchni. Dzień zapowiadał się na równie upalny jak poprzedni. Chłód nocy pozostawił jeszcze po sobie miły dotyk orzeźwiającego wiatru. W tym momencie przypomniał sobie o śnie, który go nawiedził. Zaczął szukać w tym jakiegoś sensu. Próżno go wypatrywać w koszmarze. Wskazówki - to one mogły być tam sprytnie zakamuflowane. Dlaczego taka wizja wyryła mu się pod czaszką? Dlaczego akurat teraz? Niejednokrotnie marzył o tym, by pozbyć się towarzysza. Nie zastanawiał się jednak co miałby później robić. Przyzwyczaił się już wystarczająco do wspólnego podróżowania. Zszokował go fakt, że przywiązał się w jakiś sposób do tego gburowatego starucha. Może zwyczajnie lubił się z niego nabijać, na co Kakuzu nie zwracał większej uwagi. Prowadzić przydługawe monologi o istotnych sprawach dotyczących religii, wiedząc, że mimochodem jakieś słowa docierają gdzieś do wnętrza tego okablowanego typa i odznaczają się na nim piętnem. Odrzucał od siebie nawet najdrobniejsze podejrzenia o darzeniu skarbnika jakimikolwiek pozytywnymi uczuciami.


Co ja bredzę? Radziłem sobie doskonale i bez niego. Jeśli kopnie w kalendarz, to nawet lepiej. Nie będę musiał szlajać się za nim po tych obskurnych spelunach i tolerować jego bałwochwalstwa. Tylko ogranicza mój rosnący potencjał, zaślepiony mamoną jaskiniowiec.

- A to co? Wyglądasz jakbyś myślał. Niespotykany widok - zielonooki wyłonił się bezszelestnie spośród drzew trzymając w dłoniach niewielki tobołek. Wiedział, że trafił w sedno. Było rzadkością, by Hidan poświęcał czemuś cenny czas i z taką intensywnością nad tym kontemplował.
- Zamknij się. Gdzieżeś się pałętał?
- Kiedy ty sobie smacznie spałeś, ja zorganizowałem ubrania i posiłek oraz obmyśliłem zarys planu.
- Jednak się o mnie martwisz. Nawet przeniosłeś mnie tutaj i ułożyłeś delikatnie pod drzewem.
- A już się bałem, że będziesz pamiętał jak ciągnąłem cię nieprzytomnego za nogi. Twój pusty cebrzyk wydawał naprawdę zabawne dźwięki odbijając się od kamieni. Poza tym drzemka kogoś twojego pokroju, na progu budynku punktu wymiany łowców głów to jak podrzucenie lisowi kulawej kury - odpowiedział beznamiętnym głosem.

Zauważył, że jego kompan nagle został zbity z tropu. Powinien przecież rzucić mu teraz w twarz kilka przekleństw i zrobić przerysowaną, oburzoną minę. Po chwili ciszy cisnął w niego zawiniątkiem i dodał - Wykąp się i przebierz. Wyglądasz jakbyś uciekł z rzeźni.
- Och, chcesz oglądać moje młode, jędrne ciało podczas kąpieli? Wiedziałem, że jesteś świntuchem. Zgrzybiały podglądacz. Ha ha ha. - Kakuzu westchnął głośno i odwrócił się na pięcie.
- Mam jeszcze coś do zrobienia. Załatw to szybko i zjedz to co przyniosłem. O reszcie porozmawiamy kiedy wrócę - zniknął w gęstwinie.

Bladoskóry odczekał chwilę, po czym niepewnym, lekko chwiejnym krokiem skierował się ku sadzawce. Kiedy zobaczył swoje odbicie zrozumiał powód nadmienienia kwestii jego wyglądu w rozmowie. Z płaszcza zostały tylko strzępy, trzymające się wyłącznie na kilku nadwyrężonych szwach. Zrzucił go bezceremonialnie z ramion. W świetle dnia, rdzawe pręgi kontrastowo oddzielały się na jasnej skórze. Ich ilość była przytłaczająca. Nikt nigdy nie poszatkował go w taki sposób i dodatkowo nie wyszedł z tego cało. Zakrzepła krew miejscami utworzyła kruszące się już strupy o rozległej powierzchni. Rany wygoiły się prawie całkowicie. Cięcia, choć liczne wyglądały jak cienkie kreski. Zapewne zabliźnią się zupełnie niewidocznie. Dotknął ciemnych, wypukłych szwów w okolicy obojczyka i prychnął niezadowolony. Zawsze odnosił wrażenie, że te nitki żyją własnym życiem. Niczym pasożyt drążący jego tkanki. Był to jakiś skromny pierwiastek egzystencji zamaskowanego, który w ten sposób, mimochodem i zupełnie niepożądanie mu towarzyszył. Roztrzepane, przepocone i zakurzone włosy wyglądały niechlujnie. Nie zwlekając dłużej, zdjął resztę odzienia i zanurzył się w wodzie. Wyszedł na brzeg dopiero wtedy, gdy zaczął odczuwać doskwierający głód. Nagi i zroszony nikłymi kropelkami życiodajnej cieczy usiadł i przeglądał zawartość tobołka. Wyciągnął poskładane jak od linijki ubrania i odrzucił je na bok. Pieczone ryby podrażniły jego wyostrzony zmysł węchu i wywołały nagły ślinotok. Nie bacząc na ości i zwęglone miejsca zajadał się nimi niczym rarytasowym daniem. Kiedy zapełnił żołądek po brzegi westchnął z ulgą i poklepał się po brzuchu. Głód to prawdziwe przekleństwo. Bez zbędnego pośpiechu, odczekał chwilę zanim się ubrał. Ułożył lśniące kosmyki w standardowe uczesanie i przemieścił się ponownie pod rosłe drzewo. Pozostało tylko czekać.

Kakuzu, jakby wyczuwając idealny moment, pojawił się z powrotem niedługo po dokończeniu przez Hidana porannej toalety.
- Straszyłeś zwierzęta w lesie, czy co? Mów jaki masz plan i ruszajmy.
- Musiałem coś wypróbować. Powinno zadziałać, jeśli wykonasz właściwie swoją część zadania.
- Za kogo ty mnie niby uważasz?
W ramach odpowiedzi popatrzył na niego z politowaniem i dodał:
- Postaram się wytłumaczyć to w taki sposób, że nawet ty powinieneś zrozumieć - srebrnowłosy przewrócił teatralnie oczami i kiwnął ponaglająco ręką. Nie kontynuował zadziornej konwersacji, by zbędnie nie przedłużać zapowiadającego się, monotonnego wywodu. Czas na spontaniczne działania się skończył i obaj doskonale zdawali sobie z tego sprawę.




VI. PUŁAPKA NA RYBĘ Z PIÓROPUSZEM




Coś ostatnio za dużo tej spontaniczności w moim życiu. Pozbawi mnie to czasu na odpoczynek, ale byłoby ignorancją, gdybym nie wykorzystała takiego obrotu spraw. Zapewne tamci dwaj już wyruszyli moim śladem. Ten Kakuzu … Jego chakra mnie intryguje, a zdolność manipulacji nią może być nadzwyczaj zbliżona do mojej. Skoro tak, to na niego muszę uważać najbardziej. Czas sprawdzić, czy to co mówiłeś jest prawdą, Sho.


Mistrzu, gdybyś tu był, sprzedałbyś mi teraz solidnego kuksańca, żeby mnie otrzeźwić. Postaram się nie złamać danego ci słowa. Zapewne kiedy związałeś mnie przysięgą, zdawałeś sobie sprawę z tego, że okrężną drogą będę dążyła do tego, by urzeczywistnić swoje zamysły. Chciałeś mnie spowolnić wystarczająco, bym przejrzała na oczy. Fascynujące, że niemal ci się to udało. Nie, udało ci się to w zupełności. Dałeś mi czas, bym to wszystko zrozumiała. Nie zmienia to jednak faktu, że muszę skończyć to co zaczęłam i spróbować przy tym nie zginąć.
Zabawne. Znów nazwałam cię mistrzem. To już drugi raz. Że też właśnie ja mianuję mistrzem takiego głupca. Gdybyś to usłyszał, byłabym zmuszona kolejny raz wyprostować ci zaciśniętą pięścią ten fircykowaty uśmieszek. Nie wiem jeszcze czy powinnam być za to wdzięczna, ale dzięki tobie wciąż żyję. Jeśli obserwujesz mnie, gdzieś z góry, tymi pustymi, rybimi ślepiami, to odwróć swój wzrok. Tylko przez ten jeden dzień.


Powiedziałeś, że od początku nie chciałeś w żaden sposób wpływać na moje decyzje. Więc niech ktoś mi powie, dlaczego mimo tego, że już nie żyjesz, nadal czuję jakbyś mną kierował? Nawet zza grobu mącisz mi w głowie, Togebara, ty stary mataczu.

Usta kobiety bezwiednie wygięły się nieznacznie w łuk uśmiechu. Wspomnienie tego roztrzepanego mężczyzny w słomianych klapkach wywoływało u niej taką reakcję. Jednak nie zawsze tak było. Tuż po jego śmierci nękały ją wyłącznie obrazy ostatnich chwil życia mistrza. Za dnia obwiniała się sama, nocą zaś duszę dręczyły makabryczne koszmary. Któregoś dnia, tak bez przyczyny zignorowała wszystko co nie łączyło się z ich treningami, wspólnym podróżowaniem i jego bezwstydnymi nawykami, z którymi nawet nie starał się ukrywać. Od tej pory świadomość wizualizowała go wyłącznie jako jeszcze żywego i jakże upierdliwego mentora. Zapewne przewidział również i to. Niefrasobliwe podejście do świata nie kolidowało z jego zdolnością do wnikliwej i zawsze trafnej oceny sytuacji.
Togebara niezaprzeczalnie wiele ją nauczył, świadomie i nieświadomie. Jako pierwszy zauważył w niej zbuntowanego dzieciaka z trudną przeszłością, a nie ludzką broń, bezdusznego zabójcę. Tak ją traktował - jak wychowanka, wypierdka proszącego się o resocjalizację. Paradoksalnie, swoją rozchwianą osobowością potrafił ustabilizować młodociany temperament. Dlaczego przypomniała sobie o nim właśnie teraz? Powód był oczywisty. Planowała wkroczyć na tereny, które opuściła dawno temu i spotkać tam to, czego obiecała unikać. Czy jest już na to gotowa? Jeśli nie, to kiedy będzie? Bez sensu w to wnikać - należało działać.

Przerwała swój bieg i podeszła do znajomego strumyka, by zaczerpnąć wody. Przemyła nią spoconą twarz i szyję. Po tym co zobaczyła w zmąconym odbiciu uświadomiła sobie, że zapomniała o swojej rozdartej w ferworze walki chuście. Spojrzała na siebie z niezrozumiałym obrzydzeniem i dotknęła rozległego znamienia na lewym policzku. To osobliwe memento, pozostawione przez nieprzyjaciela doskonale spełniało swoją rolę. Dręczyło napiętnowaną, wprowadzało zamęt w umyśle i wręcz nawoływało, by nawet nie próbowała zatrzeć wspomnień z nim związanych. Drążąc delikatną, młodą twarz niczym ropiejący czyrak, kalało zarówno duszę jak i ciało.

Zmęczenie. Biegła całą noc. Zużyła dużo chakry, a zabawa jeszcze nawet nie zaczęła się na dobre. Odpoczynek był wskazany, nawet kilkunastominutowy. Usiadła pod drzewem i przymrużyła powieki. W świetle poranka, na pobladłej twarzy wyraźnie odznaczały się sine plamy pod oczami. Czuła nienaturalne mrowienie pod skórą, na całym ciele. Nadwyrężone mięśnie dawały o sobie znać w najbardziej niepożądany sposób. Po chwili wyciągnęła spod płaszcza kilka listków zasuszonego mięsa, które zjadła pośpiesznie. Kalkulowała, że wcześniej spotkani członkowie Akatsuki powinni w kilka godzin odnaleźć ją w tym miejscu. Dokładnie tutaj wpadną w kolejną pułapkę, w którą zamierzała ich wciągnąć. Jeszcze nigdy nie było konieczności, by uwzględniać tak wiele zmiennych w taktyce. Dodatkowo, jeśli nie zgra się idealnie w czasie, zapewne zginie. Chwila, w której stanie sama naprzeciw ludziom pragnącym jej śmierci zbliżała się niechybnie.

Wyjęła prostokątną notkę i ścisnęła ją między dłońmi, złożonymi niczym do modlitwy. Papier zmienił kolor z beżowego na jarzący jasnoniebieski. Wstała z wolna i położyła na ziemi połyskujący skrawek, pół metra przed sobą. Wykonała kilka pieczęci i wraz z kłębem dymu ukazał się klon. Bez słowa zerwał się on do biegu w kierunku, z którego wcześniej przybyła. Następnie przykucnęła, chwiejąc się przy tym, przygryzła kciuk do krwi, wypowiedziała słowa przyzwania i oparła dłoń na podłożu.

- Hej - mały przybysz spojrzał na nią badawczo po czym dodał - Stęskniłaś się, czy znowu wpadłaś w jakieś szambo i chcesz wciągnąć w to również mnie?
- Co jeśli ci powiem, że jedno i drugie, mój drogi Aza? - odpowiedziała natychmiastowo, zmuszając się do wyraźnie sztucznego uśmiechu. Nowoprzybyły prychnął z niezadowoleniem. Określił stan kobiety bez problemu. Trupi wyraz twarzy i ręce drżące w skurczu były aż nadto wymowne. Zatrzymał wzrok na jej policzku, lecz szybko uświadomił sobie niestosowność takiego zachowania i skrzyżował spojrzenie z Enenrą. To prawda, dawno się nie widzieli. Powodowało to to, że po prostu tego nie chciała lub nie było to zwyczajnie konieczne. Właśnie, ostatnio samodzielnie radziła sobie z każdym wrogiem. Kto więc śmiał ingerować w tą rutynę? Co istotniejsze, kto był w stanie tego dokonać?
- Masz nóż na gardle. Nie sil się na zbędne uprzejmości i wyjaśnij mi szybko sytuację, w której teraz oboje się znajdujemy.
Łowczyni zaśmiała się na głos, tym razem szczerze i serdecznie.
- Gdybyśmy nie znali się wcześniej, wzięłabym cię za kolejne wcielenie Togebary - zaskoczyła tym stwierdzeniem rozmówcę, który zawahał się, jakby uciekł na moment do wspomnień. Mówiła o nim z taką łatwością, że przybysz, odczuł jakby miał do czynienia z obcą osobą, a nie pamiętliwą i porywczą zabójczynią, której w pewien sposób się obawiał.
- Wtajemniczę cię, ale najpierw zapytam: masz przy sobie Złotą Wodę?
- Zawsze witasz mnie tymi słowami. Zmieni się to kiedyś? - obruszony interesownością łowczyni, obrócił się do niej bokiem i skinął głową na niewielki bukłaczek, przyczepiony do wąskich szelek opasających jego tułów. Kobieta odpięła go szybko, by wypić całą jego zawartość w mgnieniu oka.
- Dziękuję. Od razu czuję się lepiej. Muszę nagromadzić jak najwięcej chakry, a aktualnie podtrzymuję już jednego klona. Wahałam się, lecz uznałam, że to ty pomożesz mi najlepiej w zaistniałej sytuacji. Zamierzam udać się do rodzinnego domu, a raczej zamierzam wysłać tam ciebie.
- Więc to właśnie mnie nominowałaś do popełnienia samobójstwa? Jestem zaszczycony! Uświadomię ci, że roi się tam od Washinotsume, którzy patrolują zgliszcza i ich okolice od tamtego dnia. - Aza przerwał te absurdalne tłumaczenia. Zastanawiał się przez moment czy jej nie zostawić.
- Daj mi łaskawie dokończyć. Nie narażę cię na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Sama zajmę się dywersją i odciągnę ich uwagę.
- Och, to jednak ty planujesz samobójstwo? Wybornie. Jeśli sama wejdziesz w ich zasadzkę długo się z tobą nie pobawią.
- Dlatego liczę na to, że wykonasz swoją cześć zadania błyskawicznie. Mam pewnie informacje odnoście siedziby i jej podziemnych komnat. Dostanie się tam wyłącznie osoba zdolna używać naszych rodowych technik, toteż wyślę z tobą kolejnego klona.
- Dlaczego nie wyślesz go w łapska tych wyskubanych orłów?
- Wiedzą o mnie wystarczająco, by zauważyć, że staram się ich oszukać. Co za tym idzie, natychmiast ruszyliby do posiadłości. Poradzę sobie z nimi, więc nie martw się tym - pragnęła również spotkać swoich dawnych kamratów osobiście i rozbudzić ich nienawiść na nowo. O tym jednak nie wspomniała.
- Skoro do dostania się do tych tajemnych komnat potrzeba technik Yasuda, po co ja jestem potrzebny?
- Możliwe, że znajdę tam pewien zwój, który dla mnie przechowasz. Gdy go odbierzesz zmywaj się stamtąd natychmiast. Będę podtrzymywać kolna tylko tyle ile to konieczne, by nie marnować energii.
Oboje zamilkli na chwilę i odwrócili od siebie wzrok. Plan wyglądał nadzwyczaj ryzykownie i mógł się nie powieść na każdym etapie.
- Jeśli coś pójdzie nie tak, uciekaj. Jesteś już kobietą, a nadal widzę w tobie tą nierozgarniętą gówniarę - powiedział z dziwnym smutkiem, a może nostalgią w głosie.

Zmierzyła go wzrokiem. Stał w tym samym miejscu, w którym się pojawił. Czterdziestopięciocentymetrowy kot marmurkowy, o charakterystycznych cętkach zdobiących jego długie, błyszczące futro. Uszy przekrzywił w jej kierunku, opuścił nisko długi ogon, prawie dotykając nim podłoża, machając nieznacznie samą jego końcówką, a małe, bursztynowe ślepka świdrowały uparcie leżący przed nim spory kamień. Do grzbietu miał przymocowaną szelkami niewielką saszetkę. Przednie nogi zaopatrzone były w lekkie ochraniacze, przykrywające prawie całe łapki. Kot - shinobi. Kot - goniec. Kot - wsparcie, noszący przy sobie legendarny napój.

Enenra nie odpowiedziała. Podeszła i pogłaskała go po małej główce. Nie wiedziała dlaczego to zrobiła. Chciała dodać otuchy zwierzakowi, czy samej sobie? Aza zaskoczony tym miłym gestem, poddał się pieszczocie. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek zazna od niej życzliwości w taki sposób. Zmieniła się. To pewne. Ciągle się zmieniała.


***


Poruszali się w milczeniu, ze stałym tempem, w kierunku, który wyznaczał Kakuzu. Hidan biegł kilka kroków za towarzyszem. Wystarczająco blisko, by zapewniać samego siebie, że nie jest prowadzony jak bezmyślne stado owiec przez pasterza. Myślał intensywnie o spotkaniu z wrogiem, jednak jego wyraz twarzy pozostawał niewzruszony. Niespotykane. Nigdy bowiem nie starał się ukrywać miotających nim emocji. Nawet najdrobniejsza zmiana nastroju zawsze malowała się ekscentrycznymi barwami na jego licu.

- Jest blisko - rzucił zielonooki jakby od niechcenia.

Jahshinista przyspieszył, wyprzedzając go i znikając w leśnej gęstwinie. Można było się tego spodziewać. Gotów wznowić nietaktownie przerwaną utarczkę, wtargnął w rzadziej zarośniętą część lasu, gdzie na wysokości trzech metrów, na grubej, powykrzywianej gałęzi dojrzał wroga. Ciało zadrżało z podniecenia, a szeroki uśmiech rozcinał jego jasną twarz. Klon stał z jedną nogą wysuniętą lekko do przodu, gotów w każdej chwili wykonać ruch. Kobieta patrzyła obojętnie na członka Akatsuki. Nie próbowała go prowokować, jak wcześniej. Musiała zmienić taktykę, a wszystko dlatego, że Kakuzu postanowił utrudnić jej zadanie, wymyślając równie przebiegły plan. Komplikowało to znacząco jej walkę na dwa fronty.

- Złaź i walcz. Chyba nie czekasz tu na nas, by tylko stać i się gapić - Hidan starał się przeanalizować tą diametralną zmianę w zachowaniu wroga. Należało wykluczyć kolejną banalną pułapkę, której przeoczenie kompromitowałoby go jako shinobi rangi S.

Enenra zeskoczyła zwinnie z drzewa i zaczęła powoli iść w jego stronę. Zakrywała swoją twarz włosami jak najbardziej. Patrzyła w bok, bagatelizując jego obecność, jednak ewidentnie parła wprost na niego. Srebrnowłosy czuł wzburzenie, lecz nie poruszył się. W każdym jej geście węszył podstęp. Uśmiechał się maniakalnie, by ukryć swoje zmieszanie. Kiedy odległość między nimi wydała mu się niebezpiecznie bliska, pochwycił kosę. Jego umysł pragnął pobudzić każdy mięsień i zapoczątkować lawinę powielających się, śmiercionośnych ataków. Ciało, niczym sparaliżowane jadem odmawiało posłuszeństwa, a wzrok skupiony na zbliżającej się postaci, z ciekawością dziecka wyszukiwał widocznych dla oka oznak emocji. W jednej chwili zapomniał o wszystkim tym, co ustalił z Kakuzu. Może tylko efektywnie to ignorował, co było bez znaczenia, bo rezultat był identyczny. Pobudzony bezpośredniością przeciwnika drgnął przeciągle. Marzył, by zobaczyć jej twarz i upewnić się, że nadal ma do czynienia z zuchwałym psycholem.

Niespodziewanie klon przyspieszył i nim Hidan zdążył zareagować, ten stał już z nim twarzą w twarz. Kobieta ręką chwyciła trzon kosy i przytknęła jedno z ostrzy do swojej szyi tak, że naciskało ono niebezpiecznie na jej skórę. Wystarczyło lekko nią przesunąć, by wykonać cięcie. Drugą dłoń zacisnęła na jego szyi utrudniając mu znacząco oddychanie. Uchwyt był tak dostosowany siłowo, jakby idealnie znała limit miażdżonej krtani. Różnica we wzroście uwydatniła się teraz znacząco. Enenra patrzyła mu prosto w oczy, unosząc głowę w górę, chcąc zneutralizować piętnastocentymetrową różnicę wysokości. Mimo tego emanowała jakąś nieuzasadnioną wyższością. Członek Akatsuki nie skorzystał z wszelkich możliwości odparcia tej agresji i nie podjął żadnych stanowczych kroków. Krótkie palce oplatające jego kark w niepokaźny sposób, trzymały go nadzwyczaj pewnie, a otumaniający ból zaczynał sprawiać mu przyjemność. Nie był osamotniony w tych odczuciach. Kunoichi zatraciła się przez moment w drobiazgowej wiwisekcji, chłonęła dotykiem żwawo pulsujący tętent życia.
Natarczywie badał zielone tęczówki oponenta, na którego twarzy pojawił się delikatny, lecz jednoznaczny uśmiech. Szeroko otwarte oczy odciągały uwagę od rozległej blizny na policzku, czytelnej w świetle dnia.
- Patrz na mnie. To jest to czego pragniesz? - słowa niczym nóż przecięły niezręczną ciszę, którą przerywał jedynie ciężki oddech mężczyzny.

Co to miało znaczyć? Ten ton głosu. Może się przesłyszał? Na myśl przyszedł mu od razu niedawno wyśniony koszmar. Podobnie zwrócił się wtedy do niego skarbnik. Cóż za zbieg okoliczności. Nie tylko umysł płatał mu figle. Rzeczywistość też stroiła sobie z niego żarty. Oprzytomniał. Zlekceważył polecenia i instynkt sugerujący odrzucenie myślenia w takich sytuacjach. Coś, jakieś nieznane wcześniej uczucie zahamowało jego rządzę krwi i przygasiło nieopisaną pogardę i nienawiść do tego ninja.

Gdzie tak właściwie podziewał się Kakuzu? Znów bawił się w podglądacza?

Medalion. Jeden wyraz wyrwał go z otępienia. Jak śmiał zapomnieć o najistotniejszym, o tym naznaczonym świętością znaku? Przymrużył powieki, jedną ręką uwolnił się od ograniczającego uścisku, drugą próbował zadać śmiertelny cios. Nieprzyjaciel gotowy na to, uskoczył w tył.

- Hm? - wykrztusiła pytająco przekrzywiając jednocześnie głowę. - Przeszła ci ochota do walki?
Hidan w odpowiedzi zaatakował. Wymachiwał szybko kosą, lecz jego przeciwnik skupiał się wyłącznie na unikach. Kilka ciosów wyprowadzonych bez użycia kosy trafiło w cel. Wychwycił, że wykonywała ruchy bardziej chaotycznie i nieprzemyślanie. Drzewa znacząco utrudniały mu kontrowanie, co redukowało jego przewagę. Uprzedzenia partnera się potwierdziły - to bez wątpienia kolejny klon. Zatem, gdzie ukrywał się oryginał? Dlaczego zostawiła im wskazówki, a później podstawiała sobowtóra? Jashiniście nie w smak były takie gierki.
Niespodziewanie oponent przerwał starcie i stanął wyprostowany, jakby odbiegł myślami gdzieś daleko. Mężczyzna również się zatrzymał i patrzył badawczo na wroga. Dopiero w tym momencie, zainteresowała go tożsamość człowieka, którego zarówno Pain jak i Kakuzu starali się zwerbować do organizacji. Hidan podprogowo respektował jej umiejętności pomijając w ocenie ewidentne defekty. Ktoś trzymany w ryzach przez fizyczną ograniczoność potrafił tak uparcie przeciwstawiać się każdemu bez wyjątku - szacunek był więc w pełni uzasadniony. Tylko dlaczego w takim wypadku działała na własną rękę, bez żadnego wsparcia? Zwykła lekkomyślność? Impertynencja? Może coś innego? Czy to możliwe, by przejawiała tak drażliwą osobowość jak zielonooki, co skutkowało zwiększoną niepotrzebnie ilością trupów zostawianych za sobą?

- Gratuluję planu - odwróciła się w kierunku Kakuzu, który postanowił nagle do nich dołączyć.
Srebrnowłosy wiedział co to oznacza. Cel został osiągnięty i to nadzwyczaj szybko.
- Tym razem nie walczysz z zapałem. Tylko nas spowalniasz. Wygląda na to, że masz aktualnie duży problem i to nie wyłącznie z naszą dwójką - oznajmił skarbnik z wyraźnie ściszonym tonem, po czym ignorując ich zaczął się oddalać.
- O czym ty mówisz? Hej! Czekaj! - wykrzyczał Hidan.
- To klon. Nie marnujmy już więcej czasu.
- Zdajesz sobie sprawę gdzie jesteśmy. Najmniejszy błąd i oboje skończycie w kawałkach. Nie dotrzesz wystarczająco blisko. Nie żałuję, że między nami potoczyło się tak a nie inaczej, ale zawiedziesz mnie jeśli umrzesz w takim miejscu - po tych słowach klon zniknął. Członkowie Akatsuki znali już lokalizację Enenry. Przez chwilę płonąca notka przykuła uwagę kosiarza, który wraz z jej rozpadem ruszył za partnerem.


***


Chakra ulatniała się niczym woda w wysychającym podczas upałów strumieniu. Bezwzględnie i szybko, napawając obserwujących ten proces wszelakimi obawami. Czyżby nie zmierzyła dokładnie swoich sił na zamiary?

Wybrała miejsce odpowiadające jej najbardziej. Młode drzewa pięły się tu ku słońcu w szaleńczym tempie. Ich konary i pnie wydawały się wiotkie i liche mimo znacznych rozmiarów. Aż dziw, że utrzymywały w tajemniczej lewitacji większe ptaki na nich odpoczywające. Uniemożliwiało to więc atak i manewry z góry. Kij zawsze ma dwa końce - Enenrę również to limitowało. Kilka masywniejszych wyglądało jak matki wśród gromadki dzieci lub stojące na straży, wartownicze wieże. Bujne, zielone liście tworzyły szczelną koronę. Niższe odnogi praktycznie ogołocone z utęsknieniem liczyły na chociażby ułamek ciepłych promieni słońca. Zacieniona gęstwina nie zakłócała bardzo widoczności. Ponure, gibające się olbrzymy pochylały się ospale w rytm podmuchów wiatru, tuląc się do siebie wzajemnie.

Wyprostowana napięła mięśnie i zamknęła powieki, oddychając przy tym głęboko. Ręce swobodnie opuściła wzdłuż tułowia. Nagle wszelkie odgłosy zamilkły, jakby nawet sama przyroda wstrzymała dech ze zdziwienia. Kilka kunai ze świstem przecięło powietrze zmuszając kobietę do uniku. Natychmiastowo objawił się nadawca tych metalowych przesyłek. Dzierżący dwa błyszczące kawaikeny, ubrany w dobrze jej znany, atramentowy, dopasowany strój. Złote oczy iskrzyły się manifestując odczucia shinobi. Bujne rzęsy je okalające stanowiły szczelną otoczkę. Nie mrugnął, nawet raz. Przylegająca ciasno maska zakrywała twarz. Włosy zaczesane dokładnie ku tyłowi schodziły się w upięty nisko kucyk, sięgający pasa, poprzecinany jeszcze kilkakrotnie pojedynczymi gumkami. Ich błękitny odcień wprawiał w osłupienie, kiedy zgrabnie i zsynchronizowanie falowały przy każdym ruchu. Yasuda poznała bez problemu tożsamość przeciwnika. Gyo, wychowana w konserwatywnej rodzinie, uznająca jako priorytet służbę klanowi. Często działała pochopnie i bez namysłu, lecz jej zdolności walki wręcz były godne podziwu.
Enenra z trudem parowała błyskawiczne ataki. Zataczała się przy każdym odepchnięciu. Dyszała głośno, jakby lada moment miała dostać ataku astmy. Nagle świdrujący impuls przeszył wnętrzności kilka centymetrów poniżej mostka. To wystarczyło, by wyprowadzić mocne kopnięcie w pierś, które odrzuciło ją w tył, na pień zwalistego drzewa. Osunęła się na ziemię podkulając nogi. Krótkie ostrze nakreśliło lodowato chłodny punkt na jej czole. Wyczuła zawahanie ze strony Gyo.

- Wystarczy - męski głos rozbrzmiał im w uszach. Nie był głośny, ale dało się odnotować jego władczy ton. To jedno słowo sprawiło, że błękitnowłosa odstąpiła od powalonej ninja i posłusznie stanęła obok ewidentnego zwierzchnika. Nieoczekiwany cios w twarz pozbawił ją równowagi, jednak nie upadła. Wyglądało to niczym niewinny klaps, lekki wymach mający przepędzić natrętną muchę, lecz w uderzenie wprowadzono wbrew pozorom dużo energii. W milczeniu przyjęła to swoiste pouczenie. Dowódca w ogóle nie przejął się tym gestem, jakby karał nieposłusznego psa, który nie wykonał polecenia pana.
- Czy nie wyraziłem się jasno? NIKT nie ma prawa jej tknąć.
Jasne było, że Gyo, która od początku nie pałała większą sympatią do sieroty z konkurencyjnego klanu, zechce wymierzyć sprawiedliwość na swój własny sposób.

Łowczyni podniosła wzrok. Asura Washinotsume. To on przemieszczał się dostojnym krokiem w jej kierunku. Uśmiechał się szeroko, przymknął prawie całkowicie powieki. Ktoś, kto obserwowałby to wydarzenie, mógłby pomyśleć że ów człowiek nie posiada się z radości w związku z tym nieoczekiwanym spotkaniem z dawnym kompanem. Powód do radości był diametralnie odmienny. W jego żądne krwi ręce wpadła w końcu zwierzyna, jedyna w swoim rodzaju, na którą polował od kilku lat.
Jego chłopięca figura zmieniła się wyraźnie. Szerokie barki i silne ramiona kołysały się miękko. Kiedyś nabijała się otwarcie z tego, że był niższy od niej. Aktualnie malował się jako ponadprzeciętnie wysoki mężczyzna, nieprzesadnie umięśniony, z mikroskopijnym, kobiecym pierwiastkiem. Nadawał mu on bardzo delikatnych i płynnych rysów. Mimo smukłej twarzy, odznaczały się na niej wyraźnie kości policzkowe. Wąski nos idealnie współgrał z filigranowymi, cienkimi brwiami. Fryzura również dodawała mu subtelności. Kruczoczarne, aksamitne, proste włosy sięgały mu ramion. Pasmo na czubku głowy, starannie oddzielone od reszty, zaplecione było w misterny warkoczyk opadający ku plecom. Strój różnił się od czarnego, tradycyjnego kostiumu. Na piersi widniał emblemat klanu. Ciemnozielone spodnie i bluza skrojone z lepszego gatunkowo materiału układały się odpowiednio i sprawiały wrażenie wygodnych. Węglowe, pełne buty sięgały połowy łydki, a cholewy luźno odstawały od nóg. Przez pierś przeciągał się szeroki pasek, do którego na plecach przymocowana była katana. Na ramieniu miał przewiązaną chabrową wstążkę.

Enenra wstała, opierając się początkowo o drzewo. W lekkim rozkroku czekała, by spojrzeć mu w twarz. Kiedy zatrzymał się przed nią na wyciągnięcie ręki, otworzył szeroko oczy. Brązowe i ciemne. To co w nich zobaczyła wprawiło ją w lęk. Uświadomiła sobie, że przez cały ten czas, gdy jej poszukiwał, doskonale przemyślał sobie każdy element zemsty. Tylko, że ona też miała się za co mścić.

- Nie wyglądasz najlepiej. Czyżby ciężka noc? Szukasz tu schronienia? Nie mogłaś gorzej trafić. Śledzi cię dwóch shinobi i to bardzo zawzięcie. Zastanawia mnie kim mogą być, że popchnęli cię do desperackiej ucieczki na nasze tereny.
- Wasze tereny? Nie żartuj.
- He? Rozejrzyj się. Wszystko tutaj należy do naszego klanu. Nawet ty - zerknął na jej lewy policzek, który starała się zakrywać.
- Wygląda na to, że jednak trochę się zmieniłeś. Awansowałeś. Twoje ego z pewnością też urosło.
- Ty za to nic się nie zmieniłaś - impertynencka jak zawsze.
Chwycił ją mocno za podbródek i przyciągnął do siebie. Skupiona wyłącznie na utrzymaniu klonów poddała się bez oporów jego woli. Drugą ręką odgarnął kosmyki z jej policzka i przyjrzał się znamieniu.
- Nie rozumiem. Wszystko na swoim miejscu, a jednak coś tu nie gra. Nie obdarowałem cię tą pamiątką byś próbowała ją ukryć. Powinnaś nosić ją z dumą i cieszyć się, że hojnie ostemplowałem tutaj twoje imię - przejechał palcem po przypalonej bliźnie i westchnął. - Niewdzięczna jesteś.

Z bliska dostrzegła jego obłęd. Pewnikiem pogłębiał się on przez te wszystkie lata do granic możliwości. Gardził nią, a stopniowo zaczął gardzić nawet swoimi podwładnymi. Jeśli jej plan się nie powiedzie, czeka ją naprawdę nieelegancki i bolesny koniec. Tak, bezsprzecznie bolesny.

- Nie masz się czym chlubić. Napadłeś na mnie z trzema koleżkami. Na jedną dziewczynę. Gdyby nie to skończyłbyś z tym prętem w tyłku - z głową uniesioną nienaturalnie do góry mówiło jej się źle. Coś nie pozwoliło jej pominąć tego komentarza. Odnotowała poruszenie wśród ninja, którzy się z nim pojawili. Szybko jednak umilkli.
- Do konkretów. Zamierzam wysłać cię do twojego mistrza. Uprzednio zabawimy się nieco. Stęskniłem się trochę więc nie wypuszczę cię tak łatwo. A propos, staruch Togebara błagał mnie o litość jak najgorszy śmieć. Zdecydował o swoim losie, gdy postanowił cię wspierać. Gnida, skończył jak gnida.
Enanra na wspomnienie o mistrzu oprzytomniała. Nagły przypływ mocy sprawił, że chwyciła pewnie za nadgarstek Asury.
- Co jeśli ja pierwsza odeślę cię do twojej siostry? - syknęła drwiąco, niczym plujący jadem wąż.
Zaskutkowało to uderzeniem pięścią w brzuch. Splunęła krwią. Głowa z impetem zrykoszetowała o chropowatą korę. Pewny uścisk miażdżył jej krtań. Mężczyzna błądził dłonią pod fałdami jej płaszcza. Wzdrygnęła się, gdy odnalazł jeden ze sztyletów. Zaśmiał się krótko i kontynuował przeszukiwanie. Tylko czego szukał? Jego oddech znacząco przyspieszył. Przysunął się do niej tak, że ich policzki niemal się stykały. Ciepłe, wilgotne wydechy muskały jej wygiętą szyję. Sprawne palce buszujące pod peleryną, nagle, jakby dla zabawy, wepchnęły głęboko jedno z żeber. Jęknęła. Dźwięk łamanej kości można było wyraźnie usłyszeć. Usta Asury drażniły delikatnie małżowinę małego ucha.
- To było głupie ... Jednak się zmieniłaś … - szeptał niczym kochanek do zawstydzonej dziewczyny. - Pamiętasz co mi kiedyś powiedziałaś? - odczekał chwilę, jakby dawał jej czas na odpowiedź. Absurdalne - zgniatał jej szyję, nie bacząc z jakim trudem łapie każdy kolejny wdech.
- Powiedziałaś żebym spróbował, gdy w końcu urośnie mi coś między nogami. Nie uważałaś mnie nawet za godnego, by na mnie splunąć. Spadkobierczyni potężnego rodu, wyczekiwana od pokoleń. Zawyżyłaś przesadnie swoje znaczenie. Pod pozorami jesteś słaba - cały twój klan taki był. Silni pożerają słabych. Mój ojciec był jeszcze gorszy, bo nie zniszczył was od razu. Bez wizji na przyszłość, jako staruch o przesadnym poczuciu wartości.
- Więc to wszystko Washinotsume …
- Nie domyśliłaś się wcześniej? Nadawaliśmy się do tego idealnie. Mnogość waszych wrogów stawiała nas jako jednych spośród wielu, którzy mogli tego dokonać. Bez dowodów nikt nie podjął się oskarżenia.
- Nawet Kirakuna?
- Naiwna jesteś? Myślałaś, że miał cię uratować? W sumie to kolejny idiota. Miał tylko patrolować, ale natrafił na ciebie. Nie potrafił dokończyć sprawy. Mięczak jakich mało. Przywlókł za sobą szczeniaka i zażądał azylu, ryzykując tym swoją pozycję.
- Nawet wasz klan musiał mieć zleceniodawcę - spojrzała na niego znacząco.
- Och, widzę, że popytałaś tu i tam. Nie zaprzeczę, to oni wyszli z inicjatywą. Pewnym osobom nie spodobało się wasze wsparcie względem Trzeciego Hokage. Konszachtowanie z nie tymi co trzeba może okazać się opłakane w skutkach. Kigai wiedział o zagrożeniu, lecz zaufał ślepo koalicji z Konohą, która zostawiła was na pastwę losu. Z kolei Danzo nie interesowało jak to rozegramy, mieliśmy po prostu zrobić czystkę. Pozostawił nam dowolność w działaniu i nie ingerował zupełnie w to co się stanie z waszymi terenami. Tym sposobem wszyscy mieli być zadowoleni. Podsumowując, od samego początku Korzeń planował was zniszczyć. Nam udało się zwyczajnie na tym skorzystać.
- Kto tam wtedy był? Kto był w moim domu? - starała się wykrzyczeć.
- E? Zapewne nikt szczególny. Jeden z oddziałów. Sama dobrze wiesz, że atak z zaskoczenia tylko wygląda na skomplikowany. Możliwe, że kilka osób poniosła wtedy wyobraźnia, ale kto by się przejmował takimi błahostkami - każde słowo sprawiało mu nieopisaną radość. Kiedy na nią spoglądał instynkty pobudzały jego ciało i gorącymi falami przepływały od stóp do głowy.
- Mój … Kosuke …
- Kosuke? - przerwał jej natychmiast. Popatrzył na nią z niedowierzaniem i zaśmiał się głośno. - Tak, Kosuke.
- Ty draniu - wycharczała.
- No już, już. Nie przeforsuj się. Mam dla ciebie jeszcze wiele atrakcji. Ale najpierw…
Szybkim ruchem zdarł z niej płaszcz i odrzucił go. Palcami, niczym szponami wbił się w jej bok, rażąc dokuczliwie w wątrobę.

Hidan wskoczył pomiędzy dwójkę śmiertelnych wrogów, a grupkę skrytobójców. Bez zwlekania zawołał:
- Hej, ty. Hej!
- Zamilcz. Czy nie wiesz do kogo się zwracasz? - zbulwersowana Gyo szykowała się już, by nauczyć go rozumu, ze śmiertelnym skutkiem.
Asura gestem ręki wstrzymał swoich ludzi i odwrócił się do Jashinisty. Jedną dłonią nadal oplatał dokładnie szyję Enenry, podtrzymując ją w ten sposób, niczym szmacianą lalkę.
- Ciekawości stało się zadość. Albo jesteś tak silny albo zwyczajnie głupi, by rzucać mi wyzwanie. Mam ochotę się przekonać.
- Ten koleś jest mój. Spieprzajcie stąd a uznam, że nic się nie stało. Jestem w dobrym humorze więc radzę wam z tego skorzystać - dostrzegł swój wisiorek przy pasku kobiety - Mam z nim niedokończoną sprawę. - Objął wzrokiem całą jej postać skupiając się na skrajnie umęczonej twarzy. Wszyscy skoncentrowali się na Yasudzie, skonfundowani słowami członka Akatsuki.

Zaraz … Kuknął na kluczowe części ciała … KOBIETA?!
TeresaODelikatnymUśmiechu

Awatar użytkownika
Teresa O.D.U.
amator
Posty: 5
Rejestracja: 07 gru 2014, 12:15

Postautor: Teresa O.D.U. » 26 mar 2017, 16:14

VII. ORZEŁ I OGAR


Kolejny raz Hidan ruszył za swoim kompanem. Ciszę uznał za zbyteczną.
- Co tam się dzieje? - rzucił srebrnowłosy chcąc jak najszybciej usłyszeć odpowiedź.
- Jesteśmy na terenie klanu Washinotsume. Nasz łowca, że tak to ujmę, właśnie stawia im czoła - przymrużył oczy, zobaczył coś, tam dalej, przed nimi. W gęstwinie trwał spór, do którego z pewnością nie powinni się mieszać.
- Robi to specjalnie?
- Niezależnie od jego motywu, gdy się w to wmieszamy nie będzie odwrotu - powiedział cicho. - Nie możemy zaatakować na oślep.
- Dlatego trzymajmy się planu.
Co? Skarbnik zauważył, że od spotkania z łowcą w punkcie wymiany jego partner zaczął zachowywać się inaczej. Wpadał łatwo w zamyślenie. Częściej zdarzało mu się milczeć. Kakuzu nie zwracał na to większej uwagi. Jego zmartwieniem było rozszyfrowanie zamiarów wroga. Po części przekonany, że stan Jashinisty jest spowodowany za równo jego działaniami, jak i człowieka, który ukradł bezwartościowy wisior. Jednak w tym momencie niestosowne opanowanie Hidana wywarło na nim wystarczające wrażenie, by skupił wzrok na twarzy kamrata.
- To nie łowca stanowi problem. Całe Akatsuki odpowie za nasze dzisiejsze działania.
- Co tam się do cholery dzieje? Dlaczego się wahasz? Za późno by się wycofać, a ja nie mam na to najmniejszej ochoty! - krzyknął ewidentnie zniecierpliwiony.
- Wiedzą o nas, lecz jeśli się nie wmieszamy…
- Zamknij się! Zamknij się i rób co musisz - skoro Kakuzu unikał wyjaśnień, nie było sensu o nie prosić. - „Jest mi obojętne czy się rozdzielimy.” - zacytował z drwiącym uśmiechem i ruszył przodem.


***



Teoretycznie nieskomplikowany plan. Kakuzu znał swoje możliwości i granice, których dotychczas nie musiał przekraczać. Do tego zadania idealnie nadawało się jedno z jego serc, przyobleczone w maskę wiatru. Niesympatycznie wyglądający stwór, ukształtowany przez wiotkie kable w czteronogiego, niezidentyfikowanego zwierza. Dwa, niedostosowane rozmiarowo, poprzecinanie chaotycznie cienkimi żyłkami, przymocowane do jego tułowia skrzydła wyglądały wręcz karykaturalnie. To ta bestia miała odegrać kluczową rolę. Najszybszy goniec w arsenale okablowanych monstrów. Po kilku próbach gotowy, by odnaleźć źródło chakry zawartej w sypkim proszku. Skarbnik liczył się z tym, że nawet wykorzystując tropiciela, będą musieli utrzymywać od niego niedaleką odległość, co umożliwi jego kontrolowanie.

Zielonooki przewidział sabotaż kolejnego klona i prawdopodobną pułapkę nie do ominięcia. Zarówno on jak i Enenra kompletnie wczuwali się w role przeciwnika. Doskonale odgadywali następne kroki oponenta ze świadomością, że postępują niczym w ustalonym wcześniej scenariuszu. Iluzoryczne zachowanie poczucia niepewności co do kolejnych zdarzeń było wręcz groteskowe. Mimo, iż hipotetycznie szanse były wyrównane, skarbnik doznawał odgórnego, niematerialnego dozoru ze strony wroga, z którym musiał sam się borykać. Te pozory tworzone były ze względu na Hidana. Pewnym od jakiegoś czasu stało się to, że Kakuzu chcąc osiągnąć swój cel potrzebuje łowcy żywego.

Kakuzu w jakimś stopniu zrozumiał proces zatracenia, jaki jego kompan przechodził za każdym razem gdy odprawiał krwawe rytuały. Świat stawał się wtedy rozmazanym tłem, otoczką niczym zdobiona rama obrazu, której rolą jest stanowienie minimalnego kontrastu z arcydziełem wymalowanym na chłonnym i spragnionym barwnika płótnie. Hidan myślał prostolinijnie i zawsze wręcz szokował swobodą w mówieniu o swoich żądzach. O przyziemnych pragnieniach, błahych zachciankach wypowiadał się bezceremonialnie, lecz o rzeczach, które większość ludzi ukrywa skrzętnie w najgłębszych zakamarkach swej duszy uwielbiał paplać najchętniej. Czy celem było wzbudzenie przestrachu w niewiernych, zapewnienie o porywczości i obłąkaniu, czy też narcystyczna skłonność do bycia w centrum uwagi - przypuszczalnie nawet Hidan nie wiedział tego do końca. Nie przeszkadzało to jednak Kakuzu w sporządzeniu profilu Jashinisty. Szufladkował on ludzi po kilku minutach znajomości, a nieskomplikowaność charakteru srebrnowłosego ułatwiała mu to maksymalnie. Zaślepiony chaotyczną ideologią egocentryk krótkowzrocznie wybiegający w przyszłość na odległość nie dłuższą niż do czubka własnego nosa. Jedyną cechą, która po wielokroć wywierała na zielonookim wrażanie był bawoli upór w dążeniu do celu. Nie kierowała nim ambicja czy też zwykła chciwość. Robił to wszystko by uhonorować imię swojego surowego Pana, co nie wyklucza, że równocześnie koiło to sumienie płytko usprawiedliwiając bestialskie czyny. Na przykładzie swojego partnera skarbnik obserwował w jaki sposób religie kształtują ludzi i przeobrażają ich na własne potrzeby w armie fanatyków. Wbijane do głowy ideologie mogą być bardziej skuteczne niż najostrzejszy miecz. Dogmaty wyryte w psychice jak drogowskaz prowadzą do wypełnienia misji dającej spełnienie wyznawcy i chwałę bogu. Hidan w swej prymitywności działał niczym pies gończy. Gdy raz upatrzy cel, ściga go, aż ten nie padnie. Tropi, nęka, nie odpuszcza, by zagryźć na śmierć i tryumfalnie przynieść swemu panu zdobycz.

Teraz to Kakuzu myślał tylko o jednym, chciał tylko jednego. Jeszcze bardziej intrygowało go to, że nie dostanie tego za żadne pieniądze. Do celu powiedzie go o wiele dłuższa, kręta droga.


***



Ciekawość kierowała Hidana w miejsce, gdzie łowca ścierał się z klanem Washionotsume. Zaintrygowany owym precedensem, bezzwłocznie chciał stać się jego częścią. Pędząc instynktownie przed siebie przedzierał się przez zieloną gęstwinę. Zdawało się, że wszelkie odgłosy zanikły, wiatr nie szeleścił bujnymi liśćmi, zwierzęta zamilkły jakby w przestrachu. Gęste lecz cienkie pędy nierozwiniętych w pełni drzew budziły w nim irytację uporczywie spowalniając jego ruchy. Mimo tego, nie redukując prędkości, bez zastanowienia wyskoczył na niezarośnięty obszar. Zatrzymał się pewnie, wspomagając utrzymanie równowagi przez rozstawienie nóg w lekkim rozkroku. Zadarł wyniośle głowę w kierunku dwóch osób, z których jedna okazała się celem jego pościgu. Krzyknął by skupić na sobie uwagę długowłosego mężczyzny, który zaciskał szczelnie dłoń na gardle łowcy. W tym momencie błękitnowłosa kobieta wyszedłszy przed szereg grupki ninja zaczęła go besztać za niezachowanie konwenansów, gotowa zaatakować nim powie choćby słowo więcej. Bladoskóry awanturnik przykuł uwagę niewątpliwego przywódcy zgromadzonych wystarczająco, by ten odwrócił się w stronę członka Akatsuki, wstrzymując gestem ręki reakcję swoich podwładnych. Kilka zdań wyrecytowanych przez Hidana skłoniły Asurę do poświęcenia czasu natrętnemu shinobi w wzorzystym płaszczu. W momencie, gdy Jashinista dostrzegł przy pasku łowcy dyndający wisiorek wyłączył się całkowicie na otoczenie. Skupił się na postaci, która pozwoliła sobie na lekceważący stosunek wobec boskiego talizmanu i niechlujnie upchnęła go za szeroką przewiązkę. Wzburzony zwrócił wzrok na wykrzywioną w grymasie bólu twarz. Przymknięte oczy oddzielała od siebie pionowa zmarszczka miedzy brwiami. Szeroko otwarte usta poruszając się rytmicznie łapały płytkie wdechy. Fantazjował, że stoi wystarczająco blisko, by usłyszeć świst powietrza prześlizgującego się pomiędzy zębami. Z zakrwawionych warg, wąskimi stróżkami spływała w kierunku podbródka zasychająca już krew. Blada skóra miejscami naznaczona siniejącymi plamami oblana była potem zmieszanym z kurzem. Potargane włosy przy skroniach, zatapiając się w lepkich kroplach roszących czoło szczelnie przylgnęły do niego tworząc stwardniałe frędzle. Skierował wzrok nieco niżej. W połowie szyi zaczynała się część stroju z siatkowanego materiału, kończąc się na wysokości klatki piersiowej, zahaczając o górną część ramion. Pozostała część długich rękawów i dopasowany odcinek kombinezonu zwężający się trójkątnie w stronę krocza uszyte były z cienkiego, gładkiego materiału chabrowej barwy. Oba boki tułowia również zakryte siatkowanym materiałem schodziły się ku niebieskim wycinkom. Ubranie było gładko wprowadzone w czarne spodnie na wysokości bioder. Elastyczny materiał poprzecinany był pionowymi, grubymi szwami na przedzie nóg, na całej ich długości. Na kolanach umieszczono błękitne wstawki w kształcie litery V. Nogawki stapiały się w jedno z sandałami tej samej barwy. Ciemnobrązowy, skórzany pas przekształcał się w obwisłą kieszeń nafaszerowaną rzędami mniejszych kieszonek z dziesięciocentymetrowymi srebrnymi nożykami do rzucania. Sięgała ona kolana, zakrywając lewe udo. Prawe udo przewiązane było szeroką taśmą, dodatkowo połączoną kilkoma cieńszymi tasiemkami z pasem, w której znajdowały się gęsto poupychane igły. Pod krągłym biustem drobny pasek łączył się na plecach z dwoma pokrowcami na większe sztylety. Obie dłonie schowane w czarnych rękawiczkach odsłaniały wyłącznie po trzy palce zaczynając od kciuka. Na prawym biodrze umocowana była niewielka saszetka, a tuż obok niej przeciągnięty był srebrny łańcuszek z okrągłym wisiorem.

Przez umysł, niczym kolejne klatki filmu przewinęły mu się sceny ze spotkania z nią. Sceny, których nie uważał za istotne, a teraz okazały się kluczowe. Powinien był sobie to uświadomić gdy zobaczył jej twarz. Patrzył wtedy na kobietę, ale nie rozpatrywał tego z perspektywy płci. Widział jej duszę, a ta nie podlega tak prymitywnemu podziałowi. Spotykał, walczył i zabijał wielu shinobi, w każdym wieku i każdej płci, ale każdy z nich, co do jednego, w obliczu śmierci okazywał swą prawdziwą naturę wpojoną przez biologię. Załamywali się, błagali o litość, zwyczajnie milczeli, walczyli i miotali się do samego końca, uświadamiali sobie własną bezsilność - wyliczanie możliwości to zbyteczność. Ostatecznie nigdy nie pluli śmierci w twarz i nie podchodzili lekceważąco do ulotności i kruchości życia. Pragnęli przetrwać. Tylko tyle. Aż tyle. Enenra była inna. Na pierwszy rzut oka można wnioskować, że szydziła ze śmierci, jednak ona ot tak, zwyczajnie nie szanowała życia. Nie definiowała go jako bezcenny dar, godny trzymania pod kloszem, lecz identyfikowała go z koniecznością tułania się po tym brutalnym i odartym z wszelkich złudzeń świecie. Dawno temu przeskalowała swój system wartości spychając życie na koniec i tak krótkiej listy. Gotowość do najwyższego poświęcenia w nawet najmniej istotnej walce, paradoksalnie skutkowała tym, że jeszcze trudniej było ją zabić.

Hidan wlepiał oczy w swoją własność tak intensywnie, że nie umknęło to Asurze. Po chwili skrzyżował spojrzenie z uśmiechniętym brązowookim ninja, ewidentnie rozbawionym zaistniałą sytuacją.
- On… Ona ma coś co należy do mnie - starał się mówić pewnie i stanowczo, z hardością z jaką wpadł na ten przerzedzony teren.
- Tak, tak. Widzę, że każdy czegoś od ciebie oczekuje - Washinotsume zwrócił się do półprzytomnej kobiety. - Cóż, jeśli masz na myśli to - wolną ręką sięgnął po wisiorek, wyszarpnął go energicznie i obadał powierzchownie. Jashinista drgnął z lekka lecz nie podjął się ataku. - To jest od teraz moja własność. Odebrałem go naszej drogiej przyjaciółce, która jak mniemam miała czelność podwędzić go tobie.
- Przestań chrzanić. Nie do ciebie mam interes więc przesuń swoje zadufane dupsko zanim ja to zrobię. Jeśli tak bardzo ci zależy to z chęcią porąbię was wszystkich. Możesz być nawet Mędrcem Sześciu Ścieżek a nie zrobi to na mnie wrażenia. Pachołek jakiegoś zapomnianego klanu nie będzie stawał na mojej drodze, wyznaczonej przez Najokrutniejszego Pana.
- Masz tupet obrażając mnie na mojej ziemi i wśród moich ludzi - słowa Hidana podważyły autorytet młodszego syna przywódcy klanu wśród jego podkomendnych co zauważalnie nim wzburzyło.
- Nadal nie budzisz respektu wśród ludzi, którzy są w stanie obiektywnie ocenić twoje zdolności - kunoichi wyszeptała drwiąco otwierając szerzej jedno oko. Asura zamaszystym gestem pchnął Enenrę na drzewo, od którego odbiła się i upadła niefortunnie na ziemię tracąc przytomność.
- Ta kobieta jest zbiegiem, którego tropię od kilku lat i zapewniam, że posiadam wyłączność na to co się z nią stanie w najbliższej przyszłości. Powinieneś był lepiej przemyśleć tę szarżę - teraz już za późno. Nie dopadniesz jej, nie odzyskasz skradzionej rzeczy, a na dodatek zginiesz przez nieroztropność. Walczysz wyłącznie ze mną, nikt inny cię nie zaatakuje. Nie martw się więc zmasowanym natarciem. Żeby dodać tutaj pikanterii, jeśli mnie pokonasz odejdziesz wolno ze swoją zgubą. W przeciwnym razie… - wyciągnął katanę umocowaną na plecach i ruszył w kierunku srebrnowłosego.

Kakuzu obserwował całe zajście z ukrycia. Nie miał zamiaru się ujawniać bez zapewnienia, że będzie w stanie w całym tym zamieszaniu wyciągnąć stamtąd Enenrę. Monstrum w masce wiatru posłusznie czekało na jego polecenia stojąc tuż za nim. Przemieścił się bezszelestnie bliżej miejsca, w którym leżała kobieta. Zachowanie znacznego dystansu było konieczne, gdyż płaski teren uniemożliwiał skuteczne ukrywanie się, zwłaszcza postaciom o większych gabarytach. Hidan wciąż walczył z Asurą. Obaj zawzięcie ścierali się w ofensywie nie zwracając uwagi na nic prócz siebie nawzajem. Obserwatorzy również pochłonięci walką, w milczeniu kibicowali swojemu zwierzchnikowi. Jashinista nie mogąc w pełni skupić się na potyczce zdecydował się na drastyczny krok. Nie sparował ciosu tnącego pionowo koło głowy, łamiącego obojczyk i zakleszczającego katanę w rozpłatanym ciele. Kilka sekund zawahania ze strony wroga umożliwiły mu wyrwanie wisiorka i odskoczenie w tył. Oburącz wyszarpnął miecz z rany. Krew trysnęła w górę oblewając wszystko szkarłatnymi, ciepłymi kroplami w promieniu metra. Wbił ostrze pionowo w podłoże i ujął delikatnie w dłoniach okrągłą przywieszkę. Po chwili z największym szacunkiem przewiesił sobie przez szyję posrebrzany medalion i zauważalnie odetchnął. Zszokowani oponenci zamarli na widok zalanego krwią, ciężko rannego, a uśmiechniętego od ucha do ucha mężczyzny wciąż gotowego do walki.
- Dawać wszyscy na raz. Nie mam czasu na dziecinne igraszki i walki jeden na jednego - krzyknął tłumiąc chichot.
Mimo stanowczego zakazu dowódcy, shinobi ruszyli do kontry. Hidan wyrwał katanę i rzucił nią w kierunku nadbiegających. Trafił rozpędzonego mężczyznę prosto w pierś powalając go z impetem na klepisko. Machał w powietrzu kosą, gotowy na odparcie przeciwników.

Niespodziewanie kula ognia wpadła pomiędzy nieprzyjaciół, wybuchając i tworząc parzącą, płomienną ścianę nie do przejścia. Srebrnowłosy spojrzał w bok i dostrzegł okablowanego stwora, z dwoma maskami. Ogień i wiatr to połączenie nie do powstrzymania. Kosiarz postanowił niezwłocznie się wycofać, dając dyplomowanemu podpalaczowi wolną rękę w działaniu. Ostatecznie, skoro Kakuzu wysłał dywersję to znaczy, że …
Wpadła w nasze ręce.



VIII. RAZEM A OSOBNO


Wrażenie zaciskającej się coraz mocniej klatki piersiowej nieznośnie otrzeźwiało ją za każdym razem, gdy odważyła się zamknąć szczelniej powieki. Płuca mocowały się bezskutecznie ze sztywnym szkieletem, którego odgórną funkcją była ochrona tego organu. Kościane ogrodzenie boleśnie raniło pompujący powietrze narząd złamanym wcześniej żebrem, niczym nastroszony igłami drut kolczasty. Szczupłe palce oplatające jej szyję w ciepłym uścisku, krzesały palące iskry drażniące delikatną krtań. Konfiguracja w jakiej się znalazła umożliwiała jej jedynie odpluwanie nadmiaru krwi systematycznie napływającej do ust. Pozostawiała ona metaliczny posmak, wyraźny jak nigdy przedtem. Poddała się ogarniającej słabości gdy potwierdziła, że Aza wykonał swoje zadanie. Wyczerpała niemal całkowicie zapas chakry odnowiony dzięki Złotej Wodzie. Nie mogła walczyć, bronić się, ani uciekać. Nagle butny okrzyk, jak drzazga wetknął się w mikroskopijną wyrwę jednostajnego szumu gęsto kłębiącego się w uszach od chwili niekontrolowanego uderzenia głową w pień drzewa.
„Hej!” - banalne zawołanie prostego człowieka.

Pojawił się. To on, na pewno on. Jednym łypnięciem oceniła, że jest w doskonałej formie. W ogóle nie przypominał pyskującego kawałka mięsa, w który został obciosany zaledwie kilkanaście godzin temu. Niczym kolejny egzemplarz masowo produkowanej kukły, którą zawsze można zastąpić nowszym modelem.

Targało nią poczucie nagości, lecz nie takiej zwyczajnej, cielesnej nagości. Na jaw wyszło nie tylko kim jest fizycznie, bo to potrafiła znieść, lecz to co czuje, a po tym łatwo wywnioskować co myśli. Odrzucony płaszcz nie ukryje zwiotczałego, poobijanego ciała. Rozdarta chusta nie osłoni zakrwawionej, wykrzywionej twarzy. Determinacja nie przezwycięży niemocy. „Nie klękać przed nikim i nie dać podporządkować.” Obietnica, którą wielokrotnie składała samej sobie, kolejny raz okazała się nic nie znaczyć. Szczeniacka naiwność, którą łatwo zdiagnozować, trudniej wyleczyć. Zawsze znajdzie się panaceum, coś, ktoś, kto ciśnie tobą o ziemię wystarczająco mocno, by wybyć z głowy górnolotne i dumne idee. Dla Enenry kimś takim okazał się Togebara - osobliwość, zdolna rzucić ją na kolana. Uświadomił jej, że kierując się wyłącznie poczuciem własnej wartości ostatecznie kończy się sześć stóp pod ziemią. „Nie twardość stanowi o wytrzymałości drzewa, lecz jego elastyczność. Nagina się z kierunkiem wiatru, przepuszcza swobodnie krople deszczu między swymi konarami jednocześnie drążąc glebę korzeniami coraz głębiej i głębiej, by nic nie zachwiało jego podstawą. Pokłoń się, okaż uniżenie, odstąp od wszystkiego w co wierzysz i w czym pokładasz nadzieję. Jeśli dzięki temu wyjdziesz żywa z sytuacji, to nie ma znaczenia jak z tego powodu inni będą cię postrzegać. Sama znasz swoją wartość więc nie polegaj na obcej wycenie, która z reguły jest zaniżona.”

Umysł mącą mi twoje sentencje bełkotane z zatrważającą łatwością, wypuszczane na wiatr wraz z odorem pochłoniętego przez ciebie niezliczonego litrażu sake. Zabawne i smutne za razem, że sam nie posłuchałeś swej rady. Skoro w takim momencie analizuję twoje słowa to mój koniec jest bliższy niż kiedykolwiek. Cholera, znów się spotkamy, Togebara.

Utrzymała stan świadomości na tyle długo, by przez przymrużone powieki dostrzec zmieszanie Hidana. Skonfundowany świeżo odkrytym faktem musiał na nowo poukładać sobie wszystkie informacje. W momencie, gdy Asura wyjął zza jej paska srebrny medalion sprawa była przesądzona. Potrzebowali tylko lekkiego popchnięcia w swoją stronę, by z ostrej wymiany zdań przejść do rękoczynów. Wystarczyła maleńka iskra, by gęstniejąca atmosfera eksplodowała.

Zmysły kunoichi bezwarunkowo odmówiły jej posłuszeństwa. Nieapetyczny posmak w ustach przylgną do kubków smakowych mimo powielających się prób przełknięcia go wraz z bezustannie przybierającą mieszanką śliny i krwi. Wizję przysłoniła ciągle zagęszczająca się mgła. Za punkt obserwacji dla swoich niewidzących oczu obrała Jashinistę. Nie mogła go dostrzec, lecz jego opryskliwy głos nawigował ją niczym busola. Wsłuchana w każde zdanie, słowo, literę z osobna, zahipnotyzowana wszelką emocją wybrzmiewającą w niejednostajnym tonie, jak dziecko skupione na matczynej kołysance. Niezrozumiała przez nią chęć dołączenia do konwersacji odzwierciedliła się w jednej frazie wyszeptanej z mozołem. Waleczny okrzyk w rzeczywistości rozpłynął się cichym, lecz urągliwym charknięciem. Zmaltretowane ciało łaknęło tylko uwolnienia się od duszącej obręczy zacieśniającej się sukcesywnie wokół szyi. Na usta cisnęło się błagalne „puść”, które zgrabnie przekształciło się w błyskotliwą dygresję.

Poskutkowało. Głębsze oddechy sprawiały ból, niosąc równocześnie ukojenie. Bezkresna czerń wypełniła wszystko. Głosy zamilkły, monotonny szum przeistoczył się w nieznośną ciszę. Stopiła się z atramentowym krajobrazem wciągającym ją zachłannie w swoje odmęty. Rozpadła się na miliony cząsteczek, wyzbywając się banalnych cech, stała się ślepa, głucha i niema. Wolna.


***



Srebrnowłosy mężczyzna nigdy nie podejrzewał samego siebie, że kiedykolwiek decyzja o odwrocie wprowadzi go w swego rodzaju rozanielenie. Poważny uraz nie stanowił dla niego żadnej przeszkody w parciu przed siebie z hardo wyprężoną piersią. Znów odczuwał na sobie słodki ciężar obowiązku i obecności surowego boga. Nie bacząc na liczne przeciwności, znacząc krwawe ślady, stawiał kroki prowadzące do pełnej satysfakcji - zemsty. Jak za mrugnięciem oka wyparł fakt o krytycznym stanie łowczyni, gotów mimo tego zaserwować jej przyrzeczone, wprowadzone w czyn fantazyjne formy kary za niechlubne świętokradztwo. Bardziej niż o zadaniu jej bólu marzył o współodczuwaniu go z nią. Zdecydowanie za dużo czasu upłynęło od ostatniej degustacji krwi bezbożnika.

Kakuzu w milczeniu dołączył do kompana. Towarzyszył mu okablowany stwór, który po dłuższej chwili wpełznął pod płaszcz skarbnika i zniknął z widoku. Hidan odcięty od rzeczywistości niczym w narkotycznym amoku, biegł przed siebie chcąc jak najszybciej znaleźć się w ustronnym miejscu i bez zbędnego przedłużania rozpocząć rytuał.
- Poszło jak po maśle - oznajmił i zaśmiał się głośno ignorując wszelkie zasady zapewniające bezpieczne przedarcie się przez terytorium wroga. O dziwo, skarbnik nie zganił go nawet słowem za tak nieadekwatne zachowanie. Spojrzał na rozpłatany tors kosiarza, świadczący o tym, że owe masło musiało być nader zmrożone. Skrzywił się na myśl o wcieleniu się w ratownika medycznego po raz n - ty. Kiedy dostrzegł połyskujący, srebrny medalion majestatycznie przewieszony przez szyję Jashinisty pojął dlaczego bladoskóry nie odnotował jeszcze aktualnego stanu rzeczy, który miał nim brutalnie wstrząsnąć.

Hidan był z siebie bardziej niż zadowolony. Idealnie wpasował się w konwencję zaplanowanej spontaniczności. Niespotykany oksymoron? Bynajmniej. Kakuzu znając lichą ilość możliwości reakcji Jashinisty na konkretne bodźce zaaranżował przebieg akcji tak, by powierzchownie prozaiczny schemat napadu szału Hidana i wiążące się z nim konsekwencje zaprojektować według własnego uznania. Jednocześnie nie wybywając się naturalności, która budowała u wroga przeświadczenie, że ma do czynienia z nieokiełznanym maniakiem, brutalem tańczącym w rytm utworu wykonywanego przez sprytniejszego i bardziej doświadczonego akompaniatora. Tak więc począwszy od konfrontacji z opieszałym klonem po starcie z klanem Washinotsume srebrnowłosy w pełnej zgodzie z samym sobą, mydląc przeciwnikowi oczy swą szablonowością, sukcesywnie przybliżał nieśmiertelny duet do osiągnięcia celu.

Kosiarz ochoczo odwrócił głowę w stronę skarbnika, by napawać swój wzrok przepięknym obrazem, którego nie ujrzał mimo iż uznał go za pewnik. Przekonanie o tym, że towarzyszą mu dwie osoby rozpłynęło się w jednej sekundzie. Omiótł pośpiesznie oczami najbliższe otoczenie, co nie pozostawiło mu nawet najmniejszej wątpliwości. Momentalnie odbił się, doskoczył do Kakuzu i zatrzymując go chwycił pewnie za kołnierz jego płaszcza. Urwał wypowiadane pytanie, które w myślach wykrzykiwał w zapętleniu:
- Co do …?!
Zielonooki nie odpowiadał. Nie dlatego, że z natury ważył dokładnie poszczególne słowa. Tym razem nie wiedział jak wytłumaczyć co zaszło, jak opisać coś, czego sam nie rozumiał. Wyrwał się z zamyślenia, rozdrażniony coraz to mocniejszymi szarpnięciami, którymi Hidan starał się wytrząsnąć z niego choćby krótkie wyjaśnienia. Miarka się przebrała. Banalne półsłówka nie osłodzą gorzkiego smaku rozczarowania, a najsilniejszy wiatr nie rozwieje kłębiących się burzowych chmur.
- Puść - odburknął głośniej niż miał w zwyczaju i złapał za białe nadgarstki odciągając je od swojej piersi. Wyglądali niczym dwaj nastolatkowie kłócący się na szkolnym korytarzu. Nieustępliwi, gotowi podporządkować się wyłącznie autorytetowi wychowawcy, który zaingeruje z odgórnie przypisanym obiektywizmem.
- Spieprzyłeś! Przyznaj się. Jak mogłeś spaprać najłatwiejszą część tego całego cyrku? Zająłem się tymi upierdliwcami więc miałeś wolną rękę. Wystarczyło…
- Puść - przerwał Kakuzu porażony rozbieżnym rytmem szturchnięć i wrzasków Jashinisty. Obaj zdawali sobie sprawę, że żaden nie da za wygraną, co skutkowało patem. Przybliżającym się ostatecznym rozwiązaniem było sięgnięcie po broń.
- Mam dość. Ciebie, jej, was wszystkich. Idźcie do diabła! Wyślę ją tam osobiście i to za moment - odepchnął od siebie skarbnika i ruszył w kierunku pożaru.
- Stój.
Tego było już za wiele. Komunikacja pojedynczymi słowami w trybie rozkazującym podziałała jak płachta na byka. Hidan odwrócił się na pięcie z irytacją wymalowaną na twarzy wyraźnymi liniami ściągniętych brwi i warknął:
- „Puść”? „Stój”? Mam stać? Przestań bredzić! Za kogo się uważasz, że próbujesz wydawać mi polecenia? Powiedz chociaż jedno zdanie, które okaże się sensowne, bo na Jashina, choć nie na ciebie ostrzyłem kosę, to z przyjemnością ją na tobie stępię. Skoro ty jej nie przechwyciłeś, to jasne jak słońce - wpadła w łapska tamtej bandy. Nadal mam z nią niedokończone sprawy. Nie biegałem po lesie przez cały ten czas żeby ot tak zrezygnować ze sprawiedliwości, która mi się należy. Nie zatrzymuj mnie, bo…
- Uciekła - wtrącił zielonooki i kontynuował myśl korzystając z uwagi jaką na sobie skupił. - Uciekła. Nie mam pojęcia jak, ale faktem jest, że nie pojmaliśmy jej ani my, ani klan Washinotsume. Zniknęła kiedy walka zaczęła się na dobre. Nie byłem w stanie jej namierzyć - usiłował się subtelnie usprawiedliwić. Bardziej przed samym sobą niż przed towarzyszem.
- Jak połamana i nieprzytomna kobieta miała z łatwością uciec przed tyloma ludźmi? Pieprzenie. Zakładając, że się ocknęła to nie mogła odczołgać się daleko.
- Washinotsume nas nie ścigają, co potwierdza moją teorię. Jest dla nich za cenna, by przedłożyli pogoń za nami nad odszukanie jej. Zwłaszcza gdy pojawiła się tuż przed ich nosami - odnotował, że powoli zaczynał przekonywać Hidana do przedstawionej wersji wydarzeń.
- Skoro nie mamy ogona to spokojnie możemy dalej działać i wyjść jej naprzeciw - sam koncept sprawił pojawienie się tajemniczego uśmiechu na pobladłym licu.
- Nie. Ciągłe brnięcie przez tereny wroga jest zbyt ryzykowne. Co do „wyjścia naprzeciw” - to odpowiednie rozwiązanie. Jest jedno miejsce, przez które będzie zmuszona przejść. Tam na nią poczekamy - z zauważalną już swobodą prezentował kolejne posunięcia, co nie uszło uwadze Jashinisty.
- Najpierw przeproś. Nie miej złudzeń, że po tym wszystkim potulnie ruszę gdziekolwiek nie wskażesz swoim paluchem. Skrzętnie odnotowuję twoje liczne przewinienia, chociażby ostatnie podziurawienie mnie jak sito. Teraz daję ci okazję byś za to przeprosił.
Kakuzu nie przepraszał, nie prosił o przebaczenie i nie zaprzątał sobie głowy pospolitymi konwenansami. Dodatkowo uważał takie płaszczenie się przed kimkolwiek za nad wyraz urągające jego poczuciu wartości. Posłał partnerowi piorunujące spojrzenie, które o tym zaświadczyło.
- Robię co konieczne i niczego nie żałuję - o ile był szczery co do pierwszej części, tak do drugiej niekompletnie. Nawet jako człowiek pozostawiający przeszłość za plecami, nie mógł autentycznie zaręczyć o tym, że czegoś sobie nie wyrzucał.
- Skoro tak nie wyduszę z ciebie prostego „przepraszam”, wezmę cię pod włos. Powiedz dlaczego tak uparcie dążysz do spotkania z tą kobietą? Rozsądek nakazałby wycofać się jak najdalej stąd i porzucić tą skazaną na porażkę samowolkę, która naraża całą naszą organizację. A ty, wbrew rozsądkowi wciąż brniesz w to bagno. Ja zwyczajnie pragnę ją wykończyć, ukarać przykładnie bluźniercę i oddać najwyższą cześć Najokrutniejszemu. Nie trzeba być geniuszem, by dostrzec, że za nic masz moje ideały i bez skrupułów nie wahałbyś się odwieść mnie od moich zamierzeń, by dokonać taktycznego odwrotu póki ma on sens. Jeżeli więc nie liczy się dla ciebie to, że naprowadzisz mnie na ścieżkę ku zemście, to co? Nasuwa mi się jedyne rozwiązanie - gestykulował dosadnie dłońmi, jak gdyby nieomylnie zbliżał się do oznajmienia dogmatu rządzącego tym światem. - Nie satysfakcjonuje cię, że pojmą ją te bubki z klanu i jako mniejsze zło wolisz doprowadzić mnie do niej. Chcesz ją żywą, prawda? Te podchody miały to na celu. Wykorzystała nas jako przynętę, a ty ciągle zachodzisz w głowę jak utrzymać ją przy życiu. Wystrychnęła wszystkich na dudka i ani chybi, ma teraz niezły ubaw. Wiem, że udasz się wprost do niej, ze mną, czy beze mnie. Nie ułatwię ci zadania. Postanowiłem - wyrwę jej serce na twoich oczach i ciągle bijące zmiażdżę w dłoni. Obiecuję ci. Jakiekolwiek masz wobec niej plany, ja je zniweczę. Zdradź mi. Dlaczego? Kim ona jest, że tak was do siebie ciągnie? Co na tym zyskasz? Nie waż się wspomnieć o Painie i Akatsuki odpowiadając, bo nie ręczę za siebie.
- W takim razie przemilczę - skwitował Kakuzu.

Jasno przedstawione spostrzeżenia Jashinisty nie mijały się z prawdą. Każdy wiedział czego spodziewać się po drugim. Zabrakło miejsca na niedomówienia. Razem a osobno. Słownikowy konflikt interesów. Skarbnik ruszył przed siebie ignorując rozpłatany tors kompana, naznaczony rdzawymi zaciekami. Nie odczuwał potrzeby udzielenia mu pomocy w tym momencie. Okaleczony mężczyzna zatopił dwa palce w rozległej ranie, po czym dokładnie je oblizał. Dobrze znany smak pobudził nie tylko jego kubki smakowe, ale całe ciało. Spojrzał na plecy oddalającego się shinobi z cichym westchnieniem. Upoił się samą intencją wysublimowanego rewanżu - odebrać Kakuzu to, czego pożąda. Poprawił ochraniacz przewiązany wokół szyi i z gracją odgarnął włosy zbroczone jego własną krwią, jakby to były najbardziej priorytetowe czynności. Po czym dziarskim krokiem wymaszerował ku przygodzie.
Obaj widzieli już przed sobą linię mety. Pytanie: który przekroczy ją pierwszy?


***



Szczęk broni, rumor wywołany przez walczących ninja, czy może instynkt samozachowawczy wyswobodził ją z przyjemnego, błogiego letargu, wprost w sidła nieprzychylnej rzeczywistości. Naprzykrzające się łupanie pod czaszką w zupełności odwracało uwagę Enenry od bezsilności reszty ciała. Oświecenie nadciągnęło wraz z próbą podniesienia się z nienaturalnej pozycji w jakiej leżała. Chorobliwie wiotkie kończyny ugięły się w stawach. Pokracznie osunęła się na podłoże, a przeszywające ukłucie w piersi pozbawiło ją na moment oddechu i błyskawicznie otrzeźwiło. Nie tracąc czasu popełzła w stronę zarośli, topornie sunąć po niejednolitym, chropowatym gruncie. Po kilkunastu metrach mozolnego czołgania się przystanęła i spróbowała wstać, podpierając się na pniu drzewa. Zdało się to nieopisanym wyczynem popartym wybitnym wysiłkiem. Wolnym krokiem, minimalnie uginając kolana, bojąc się, że utraci równowagę, ponowiła ucieczkę odbijając się od swoistych, pokrytych korą kolumn. Nie myślała o niczym, skupiona na monotonnym wyprzedzaniu stopy drugą stopą.

Skąd ta determinacja? Mogła wciąż odpoczywać, zregenerować siły, uspokoić drżące ciało. Tylko po co? By dać się pojmać? Odwrót to jedyne co pozostało. Nawet na klęczkach należało oddalać się od spragnionego krwi wroga. Wiać co sił i nie oglądać się za siebie. Świadoma, że jej szanse maleją z każdą sekundą, zaciekawiona kto odnajdzie ją jako pierwszy.
Nagle, jakby specjalnie, powykrzywiany korzeń przyblokował drobną stopę. Cały ciężar skierowany na jedno kolano spowodował jego gwałtowne ugięcie. Oczywiste - jeśli upadnie to na dobre. Zamknęła oczy poddając się grawitacji, gotowa przyjąć bolesne skutki uderzenia. Bez uprzedzenia coś poderwało ją do góry. Finezyjny lot, przyjemny, dający złudzenie lekkości zakończył się definitywnie za szybko, ale równie błogo. Odruchowo wtopiła palce w miękką, gładką powłokę i wtuliła w nią twarz. Wyczuwała pod sobą miarowe podskoki pełne gracji. Sprężyste łapy specyficznego wierzchowca z łatwością przedzierały się przez gąszcz roślin.
- Jak? - wyjęczała kobieta nie rozchylając powiek, napawając się rozkosznym ciepłem bijącym od puszystego zwierza.
- Nie straciłaś przytomności? - dźwięczny dla ucha głos uspokajał. Troska przebijająca się w każdym wyrazie przeplotła się ze zdziwieniem. - Aza poinformował mnie o całym zajściu. Kiedy zobaczyłam zwój, który mu powierzyłaś wszystko stało się jasne. Nie zapominaj, że jesteś nierozerwalnie połączona z Gajem Błękitnego Tygrysa, a ja, choćby przez krótki czas potrafię pojawić się przy tobie bez konieczności przyzwania.
- Hinotama… ja… - zaczęła, lecz pustka w głowie i trudność w mówieniu opóźniały każdą kolejnie wypowiadaną sylabę. Odkaszlnęła krwawą wydzielinę, która znów wezbrała jej w ustach z powodu licznych podskoków.
- Nic nie mów. Nie jestem tu, by słuchać tłumaczeń więc oszczędzaj siły. Zszokowało mnie roztargnienie Azy, który zawsze cyniczny w swoim stoickim spokoju, teraz miotał się jak w gorącej kąpieli. Trzeba jak najszybciej się stąd wydostać. Jesteś w opłakanym stanie - podsumowała aktualną kondycję Enenry z drżeniem głosu, nie do wychwycenia bez wnikliwego wsłuchania się.
- Przepraszam…
- Nie musisz…
- Ubrudziłam ci futro - wyszeptała sennie kunoichi.

Limit czasowy, bardziej nieznośny niż ścigający ich nieprzyjaciele trapił pokaźnych rozmiarów kota. Definitywnie większa od pobratymców z tego samego gatunku, smukła pantera mglista mknęła w stronę stromego wąwozu, który był bramą do ucieczki z terenu należącego do klanu Washinotsume. Zawzięcie obracała nastroszonymi uszami, by dostatecznie wcześnie wychwycić niepokojące odgłosy. Bystre oczy lustrowały otoczenie bardzo dokładnie. Słabnące oddechy rannej kobiety przewieszonej przez jej grzbiet ponaglały ją dotkliwie, niczym bicz niecierpliwego woźnicy.

Hinotama odkąd poznała Enenrę za pośrednictwem Togebary nawiązała z nią szczególną więź. W pewien sposób poczuwała się do odpowiedzialności za nią, jak rodzic sprawujący nadzór nad dzieckiem. Traktowała młodą shinobi bardziej pobłażliwie niż jej mistrz. Nigdy nie potępiała poczynań łowczyni, gotowa w każdej chwili stanąć po jej stronie. Świadoma jej potencjału nieprzerwanie ją wspierała. Po śmierci Togebary oddaliły się od siebie. Kobieta zaczęła zabijać dla pieniędzy, błąkając się przez wszystkie kraje, od wschodu do zachodu. Nie odwiedzała Gaju, a jako kontraktor przywoływała głównie Azę i to tylko w ostateczności. Żyjąc w przekonaniu, jak diametralnie mogłaby zawieść pokładane w niej nadzieje, permanentnie unikała kontaktu ze swoją kocią matką. Ostatnim czego pragnęła było zranienie bezinteresownych uczuć jakimi darzyła ją Hinotama.

Żadna z nich nie planowała ponownego spotkania w takich okolicznościach. W bieżącej chwili egzystencja Enenry zależała od umiejętności zwierzęcej opiekunki. Ostatnia nadzieja miała postać rączego drapieżnika.

Pantera stanęła jak wryta, gdy na trasie pojawił się zakapturzony osobnik. Spodziewała się ataku od tyłu. Frontalne natarcie wybiło ją całkowicie z rytmu i wprowadziło zamęt. Wyszczerzyła śnieżnobiałe kły i ryknęła przeciągle. Nieznajomy ani drgnął, poniekąd zdając sobie sprawę, że wystarczy poczekać, by dobrać się do słodkiego miodu. Kotka świadoma, że nie może podjąć walki narażając przy tym towarzyszkę, zsunęła ją delikatnie z grzbietu. Bez zwlekania popędziła naprzeciw shinobi, by utorować sobie przejście. Tajemniczy ninja szedł powoli, jakby nieświadomy szarżującej na niego dzikiej bestii. Kiedy najeżona pazurami łapa opadała na niego z impetem, z cienia rzucanego przez obszerny kaptur wyłonił się szeroki uśmiech. Hinotama odnotowała jego błyskawiczny ruch ręką i stanowczo za późno zorientowała się o co chodzi.
- Kim ty…? - warknęła i w ostatniej sekundzie zdążyła odwrócić łeb, by zerknąć na nieprzytomną kunoichi przeszklonymi bezsilnością ślepiami. Zniknęła. Odesłana mimowolnie do swojej ziemi rodzinnej.

Enigmatyczny człowiek nieśpiesznie zbliżył się do leżącej. Pochylił się i odwrócił jej głowę, by mieć pełen obraz twarzy. Po tym jak skończył analizować jej zakrwawione, poobijane lico, przekręcił ją na plecy. Przyklęknął przy jej boku, wykonał długą sekwencję pieczęci i trzymając się jedną dłonią za nadgarstek, wbił rozczapierzone palce drugiej ręki w miejsce poniżej mostka omdlałej kobiety. Enenra momentalnie wygięła się w łuk, otwarła usta w głębokim wdechu, a całe jej ciało pokryła jarząca, błękitna powłoka. Trwało to może kilkanaście sekund. Opadła do pierwotnego ułożenia. Zdawała się teraz oddychać stabilnie i pełną piersią. Nieświadoma co się z nią dzieje, poddała się czułym objęciom Morfeusza.
TeresaODelikatnymUśmiechu


Wróć do „Naruto”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość