[Naruto] "Szaleństwo"

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
eanilis
uczeń
Posty: 27
Rejestracja: 19 lut 2010, 18:20
Lokalizacja: Zielona Góra
Kontaktowanie:

[Naruto] "Szaleństwo"

Postautor: eanilis » 11 kwie 2010, 00:37

Fanfik, który napisałam w ostatnio wtorek.
Chciałabym, by był trochę bardziej... "chory", że to tak ujmę, ale chyba jeszcze za mało tego typu powieści czytałam, by dobrze to napisać.
Mam nadzieję, że komuś się spodoba.


Tytuł: Szaleństwo
Fandom: Naruto
Opis: Świat rzeczywisty. Dei jest uważany za chorego na umyśle. Z tego powodu został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, jednak terapia, którą jego lekarz stosuje - nie skutkuje.
Uwagi: shounen ai, wulgaryzmy, angst, +14
Pairingi: MadaDei, ItaDei, wtrącenie MadaIta



"Szaleństwo"





- Nie! Zostaw mnie, un! Błagam! Zostaw mnie wreszcie!

Chłopak, biegnący długim, białym, nieoświetlonym nocą korytarzem, krzyczał wniebogłosy. Przerażony gnał przed siebie, chcąc uciec jak najdalej. Bał się. Osoba, która podążała za nim już tyle razy sprawiła mu ból! Dlaczego nadal go krzywdzi? Dlaczego nie odpuści? Czemu nie da mu spokojnie żyć? Już i tak jego skołatane nerwy doprowadziły do tego, iż teraz mieszkał w tym miejscu!

Płakał. Nie mógł się powstrzymać. Jeśli zostanie złapany, znów będzie krzywdzony. Wiedział o tym doskonale. Nie podda się tak łatwo!

Zatrzymał się. Trafił w ślepy zaułek. Nerwowo rozglądał się dookoła. Przed nim było okno, a na prawo i lewo – drzwi. Zamknięte drzwi! Okno… Okno. Okno! Dopadł do niego. Zaczął otwierać, woląc wyskoczyć, niż dać się złapać. Nie myślał już racjonalnie. Strach przyćmiewał jego umysł. Wszystko było lepsze od tego, co go czeka, jeśli znów go schwytają.

Spojrzał w dół. „Wysoko” – przemknęło mu przez myśl. W końcu znajdował się na drugim piętrze.

Łzy ponownie potoczyły się po jego policzkach. Czuł jak jest odciągany od swego ostatniego wyjścia z tego przerażającego miejsca. Załkał. Trząsł się.

- Deidara – przemówił jakiś mężczyzna o brązowych, krótko ściętych włosach, ubrany w fartuch lekarski, kiedy trzech rakarzy odciągnęło go od okna na bezpieczną odległość. Chłopak spojrzał na niego szklanymi oczyma. Nadal płakał. – Dei – ponownie przemówił lekarz zatroskanym głosem. – Uspokój się już. Nikt cię nie goni. –Pogładził go po głowie. – Już dobrze. – Dodał na pocieszenie.

- Nie – odezwał się nastolatek drżącym głosem. – On tu jest, un…

Rakarze puścili chłopaka widząc, iż nie stwarza już dla siebie zagrożenia.

Lekarz zajmujący się przypadkiem dwudziestodwulatka pogładził go po plecach. Już prawie dwa lata minęły od dnia, kiedy przywiózł go tu jego chłopak. Od tamtego czasu zmagali się z jego strachem, jak dotąd – bezskutecznie.

Odprowadzono go do pokoju. Lekarz przeprowadził z nim jeszcze krótką rozmowę. Wyjaśnił, że jest tu bezpieczny, że nie ma się czego bać. Nikt tutaj na niego nie czyhał. A jednak strach nie mijał. Przeciwnie. Lekarz miał wrażenie, iż mimo terapii, Deidara z dnia na dzień jest w coraz gorszym stanie psychicznym. Martwiło go to. Inne tego typu przypadki, które prowadził odnosiły pełen sukces najdalej po roku. Tym razem wszystko go zawodziło.

Stosował nie tylko własne metody. Radził się w tej sprawie wielu znajomych, jednak i ich porady nic nie dawały. Tak, jakby czynnik powodujący strach młodzieńca naprawdę czaił się tuż obok.

Z drugiej strony – było to niemożliwe. Madara Uchiha, który był sprawcą aktualnego stanu psychicznego Deia, według informacji jakie posiadali – był zamknięty w więzieniu. Poza tym miał surowy zakaz zbliżania się do tego ośrodka. Nie było więc możliwości, by mógł się tu pojawić.

Pozostawili Deidarę samego w jego pokoju. Sądzili, że już będzie z nim wszystko w porządku. Jakże się mylili… Zszedł ze swego łóżka, na które padało światło księżyca, wdzierające się przez szczeliny między zasłonami. Ukrył się w kącie. Tu nie był widoczny. Ciemność pokoju skutecznie go kamuflowała, dając pewne poczucie bezpieczeństwa. Telepiąc się ze strachu, wpatrywał się w drzwi. Tej nocy nie miał zamiaru spać.



Młodzieniec spojrzał na wejście szpitala psychiatrycznego. Westchnął ciężko. Dziś rano zadzwonił do niego lekarz, mówiąc, iż muszą pilnie porozmawiać. Już wiedział, czego się spodziewać.

Wysłał tu swego chłopaka, mając nadzieję, że w końcu się uspokoi. Namowy trwały naprawdę długo. Chłopak zaprzeczał mówiąc, że nie jest szalony i nie potrzebuje specjalistycznej opieki. Wciąż powtarzał, że jeśli tam pójdzie będzie jeszcze gorzej. A jednak, chcąc pokazać, jak bardzo zależy mu na ich związku, koniec końców – zgodził się. Pod jednym warunkiem: Itachi będzie go odwiedzać co najmniej raz w tygodniu.

Westchnął raz jeszcze i przekroczył próg. Drogę do gabinetu lekarza znał na pamięć. Mógłby tam dotrzeć i z zamkniętymi oczami. Zastanawiał się tylko, co takiego tym razem się stało.

Zapukał do drzwi. Słysząc zaproszenie, wszedł niemal natychmiast. Zasiadł na krześle naprzeciw lekarza, czekając na jego słowa.

- Deidara znów miał poważny napad – zaczął mężczyzna. Zrobił krótką pauzę, czekając na reakcję Uchiha. Ten siedział spokojnie, czekając na dalszy ciąg wypowiedzi. – Dziś w nocy nagle wybiegł bez powodu ze swojego pokoju, wykrzykując, by Madara zostawił go w spokoju i przestał gonić.

Obaj przyglądali się sobie uważnie. Itachi nie był zachwycony tym, co usłyszał. Ostatnio nie był tak często wzywany i miał już nadzieję na jakąś poprawę. Jak jednak widać – nic się nie zmieniło. Naprawdę zależało mu na pomocy Deidarze, ale nic innego nie mógł zrobić. Tu miał zapewnioną odpowiednią opiekę i bezpieczeństwo, którego w swym domu Uchiha nie był mu w stanie zagwarantować. Na pewno nie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Potarł dłonią skroń. Musiał nad tym pomyśleć.

- Co było dalej? – Spytał od niechcenia, zastanawiając się zarazem, czy rzeczywiście chce zaznać tej wiedzy.

- Dobiegł do końca korytarza, kiedy go goniliśmy. – Westchnął psychiatra. – Skończyło się na tym, że chciał wyskoczyć przez okno. – Przełknął ślinę. – A dodam, że znajdowaliśmy się na drugim piętrze.

Młodzieniec pokręcił głową. Dlaczego zadbanie o dobro ukochanej osoby musi być tak cholernie trudne? Co jeszcze musi zrobić, by mu pomóc?

- Mogę się z nim zobaczyć? – Spytał po dłużej chwili ciszy.

Lekarz jedynie skinął głową i kilka sekund później prowadził gościa do swego podopiecznego.

Zaledwie weszli do pokoju, Dei momentalnie wstał i rzucił się w objęcia swego chłopaka. Tuląc się do niego, ponownie zaczął płakać. Mamrotał coś, jednak żaden z przybyłych nie potrafił rozróżnić z tego ani słowa.



*** *** ***



- Poczekaj na mnie chwilę – rzek blondyn do wyższego od siebie chłopaka, całując go delikatnie w policzek. – Zaraz wrócę, un – dodał radośnie, odchodząc w kierunku dwóch swych znajomych.

Madara odprowadzał go wzrokiem, obserwując bacznie jego poczynania. Zmierzył pogardliwie jego rozmówców – dwóch rudowłosych chłopaków. Jeden był nieco wyższy od Deidary, drugi o głowę niższy. Z tego co pamiętał – jeden nazywał się Nagato, drugi Sasori. Kiedy byli mu przedstawiani, nie interesował się nimi zbytnio. Zmrużył oczy widząc, jak jego partner uśmiecha się, podczas rozmowy. Drażniło go to, jak z nimi żartuje i się wygłupia. Każdy ich gest, ruch, delikatny czyn, jak na przykład dotknięcie ramienia blondyna, wywoływało gniew u Uchiha.

Nie mieli prawa zbliżać się i w taki sposób spoufalać z jego chłopakiem. Nie pozwalał na to!

Wstał z kanapy, na której dotąd był rozciągnięty i ruszył w ich kierunku. Chwycił kochanka za ramię i siłą pociągnął ku sobie. Otoczywszy go ramieniem, nie zwracał uwagi na jęk niezadowolenia. Zgromił wzrokiem obu rudzielców i odszedł, ciągnąc za sobą partnera.

Zamknął się z nim w jednym z pokoju i zaczął wytykać zachowanie kochanka. Jasno dawał do zrozumienia, iż nie podoba mu się poufałość chłopaka. Nie w stosunku do kogokolwiek prócz niego. Krzyczał, nie dając dojść do głosu. Irytował się. Deidara jedynie siedział przed nim ze spuszczoną głową, słuchając jego słów. Jego zdaniem nigdy nie dał Madarze powodu do takich myśli, a przecież brunet nieustannie robił mu tego typu sceny.

Kiedy jednak powiedział o tym głośno – dostał w twarz z otwartej ręki. Ten czyn przelał czarę goryczy. Wstał, oburzony, samemu zaczynając krzyczeć. Zarzucał kochankowi jego zaborczość i niechęć w stosunku do innych osób. Krzyczał, że ma już dość takiego traktowania i odcinania go od znajomych.

- Pragnę wolności w związku, a nie uzależnienia od jednej konkretnej osoby, un – krzyknął na zakończenie, po czym ruszył w stronę drzwi, nie mając chęci kontynuować tej kłótni.

Nim jednak przeszedł choćby połowę pokoju, podcięto mu nogi, a chwilę później dociśnięto do ziemi. Wyrywał się i krzyczał lecz Madara nie puszczał.

- Należysz do mnie – szepnął brunet do ucha ukochanego i nagryzł je nieznacznie. – I zaraz ci to udowodnię.

Bez krępacji począł rozbierać młodszego chłopaka, nachalnie go przy tym całując i gryząc. Nie miał zamiaru wypuścić go teraz z objęć. Deidara musi wiedzieć, gdzie jego miejsce!



*** *** ***



- Dei? – Spytał z troską Itachi, gładząc go delikatnie po plechach. – Co się stało?

Ten, jak na komendę, spojrzał w jego oczy.

- On tu wczoraj był – szepnął, jakby w strachu, iż Madara po raz kolejny pojawi się nagle, nie wiadomo skąd.

- Deidara – zaczął lekarz. – Już ci mówiłem, że to nie możliwe. Madara jest teraz w więzieniu…

- Był tutaj, un! – Krzyknął chłopak, tupiąc nogą i patrząc ze złością na mężczyznę. Dlaczego, do cholery mu nie wierzą?! Nie wymyślił sobie tego.

- Spokojnie, kochanie – szepnął cicho Itachi, muskając ustami jego czoło. – Znów tylko ci się zdawało…

- Nie zdawało mi się, un! – Krzyczał już doprowadzony do złość. – Znowu mi nie wierzysz! Tak jak wtedy! – Wykrzykiwał przez łzy, a Itachi zastygł, marszcząc brwi. Wiedział doskonale, o czym mówi jego ukochany.



*** *** ***



- Itachi, ja już naprawdę mam tego dosyć, un – rzekł Deidara, spuściwszy głowę. Zagryzł zęby, chcąc spróbować zachować zwyczajny ton głosu, który powoli mu się łamał.

Uchiha był jego przyjacielem od wielu lat. To dzięki niemu poznał swego aktualnego chłopaka, zarazem kuzyna Itachiego. Teraz postanowił mu się ze wszystkiego zwierzyć. Pragnął skończyć ten związek i szukał rady u przyjaciela. Zastanawiał się, jak Itachi by się za to zabrał. Koniec końców przyszedł do wspólnego domu obu brunetów, którzy z powodu studiów w jednym mieście mieszkali razem, chcąc wszystko jasno przedstawić. Madary akurat nie było w domu, o czym blondyn wiedział doskonale.

- Mów co się stało – zachęcał go przyjaciel, uśmiechając się i klepiąc po ramieniu. Czekał spokojnie na wyjaśnienia.

Trwały one długo. Blondyn opowiadał o tym, jak jego chłopak jest zaborczy, jak traktuje innych znajomych Deidary oraz jego samego. Mówił o tym, że nie dawał mu żadnej swobody, że miał wrażenie że każda rozmowa z kimś poza Madarą jest niemal grzechem. Opowiadał o tym, jak Uchiha siłą zmuszał go do seksu, jak go torturował, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Mówił bardzo długo.

Kiedy skończył, niemal płakał. Nie potrafił spojrzeć na siedzącego obok przyjaciela. W gruncie rzeczy bał się tego, co zobaczy.

- Deidara – zaczął Itachi oficjalnym głosem. Blondyn już wiedział, że nie usłyszy nic przyjemnego. – Wiem, jaki jest mój kuzyn – rzekł spokojnie. – Jest porywczy, nerwowy, egocentryczny oraz zazdrosny. – Uśmiechnął się, patrząc na towarzysza. – Ale nigdy nie skrzywdziłby kogoś, kogo kocha. – Pogłaskał go po głowie, przyglądając się chłopakowi. – Nie wierzę w to, że potrafiłby cię skrzywdzić…

- Mówię ci, że tak jest, un! – Krzyknął ze złością, spoglądając na bruneta. – Nie kłamię!

- Dei… - Powiedział pobłażliwie. – Oboje dobrze wiemy, że masz tendencje do wyolbrzymiania i przekształcania rzeczywistości, kiedy jesteś czymś zdenerwowany lub podekscytowany. – Poklepał go delikatnie po plecach. – Mówię ci, że Madara by cię nie skrzywdził. Znam go…

- A ja ci mówię, że jednak mnie krzywdzi, un! – Wrzasnął Deidara, wstając gwałtownie i patrząc wściekle na zdziwionego tym zachowaniem chłopaka. – Jest okrutny, wredny i zaborczy! I naprawdę mi się to nie podoba, un!

- Skoro tak ci źle, to z nim zerwij – warknął lodowatym głosem brunet. – Ale i tak nie sądzę, by było tak jak mówisz…

- Świetnie, un!

Nie słuchał już dalej. Odwrócił się na pięcie i wybiegł z domu obu chłopaków, trzaskając za sobą drzwiami.




*** *** ***



Uchiha westchnął. Zrobiło mu się głupio. Chwilę jeszcze wpatrywał się w oczy ukochanego, po czym spuścił wzrok. Pamiętał tamtą rozmowę. Gdyby wówczas dał wiarę słowom blondyna, chłopak nie musiałby teraz siedzieć zamknięty w zakładzie psychiatrycznym.

Tak. Wiedział, iż częściowo to jego wina. Mógł dużo wcześniej wszystkiemu zaradzić. Sprawić, że Deidara nadal spokojnie by studiował, nie bałby się otoczenia. Pozostałby tą samą, radosną osobą, którą był niegdyś.

Spoglądał na blondyna z melancholią. Jakby nie będąc sobą. Pogładził go delikatnie po policzku, wspominając tamten tragiczny dzień.



*** *** ***



Brunet wrócił do domu późnym wieczorem. Najpierw długo miał zajęcia, później musiał jeszcze zrobić zakupy. Cóż – ten tydzień dyżurów należał do niego, a nie do Madary. Mimo wszystko podział pracy u studentów miał swoje minusy. Zwłaszcza, kiedy zajęcia na uczelni miało się od samego rana do wpół do ósmej wieczorem.

Znudzony i zmęczony całym dniem, wszedł do mieszkania, od razu kierując się do kuchni, gdzie miał zamiar wypakować zakupioną żywność. Już w wejściu zauważył, że mają gościa – buty i płaszcz Deidary mówiły wszystko. Uśmiechnął się, postanawiając później przywitać się zarówno z kuzynem, jak i przyjacielem.

Ruszył do kuchni, która mieściła się naprzeciw wejścia oraz tuż obok ich największego pokoju w całym trzypokojowym mieszkaniu. Tego używali jako gościnnego, gdzie wspólnie odrabiali zadania domowe, oglądali filmy, czy przesiadywali razem ze znajomymi. Dwa pozostałe, mieszące się w głębi mieszkania używali jako sypialnie. Po jednej dla każdego.

Rozpakowując siatki, usłyszał jakiś pisk. Spojrzał w stronę drzwi, zastanawiając się, co to mogło być. Wzruszył ramionami, stwierdziwszy, iż mu się przesłyszało. Gdy skończył, ruszył do swego pokoju, pamiętając, by uprzednio przywitać się z pozostałymi obecnymi w domu.

Podszedłszy do drzwi, znów usłyszał krzyk i coś jakby łkanie. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, co się tam mogło dziać. Na raz przypomniał sobie swą rozmowę z Deidarą sprzed trzech miesięcy. Odgonił te myśli. Były przecież absurdalne!

Otworzył drzwi i wszedł do środka.

- Cześć, chło…

Otworzył szeroko oczy. To, co właśnie zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Nie był pewien, jak ma się teraz zachować. Jego myśli szalały. To o czym opowiadał blondyn było prawdą. Nie wyolbrzymił ani jednego słowa. Mało tego… Według tego, co Itachi właśnie zobaczył - chłopak powiedział nawet zbyt mało.

- Nie wiem, czy nie zauważyłeś – warknął w jego stronę Madara, spoglądając gniewnie na kuzyna, - ale przeszkadzasz.

Itachi nadal patrzył na niego oniemiały. Jego kuzyn pochylał się nad leżącym na łóżku, zapłakanym, pobitym i związanym blondynem. Chłopak miał pocięte ręce i nogi, w wielu miejscach miał malinki lub ugryzienia, nie mówiąc o licznych siniakach, gdzieniegdzie już fioletowych, w innych miejscach jeszcze jarzących się czerwienią. Pół nagi Madara dociskał rozebranego Deidarę do łóżka, w tej chwili patrząc przy tym z wściekłością na Itachiego.

- Radzę ci wyjść – warknął ponownie, na co kuzyn zareagował.

Jak oparzony wybiegł z pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. Był wściekły i miał zamiar choć spróbować pomóc przyjacielowi. Wbiegł do swojej sypialni, gdzie znalazł metalową figurkę, przedstawiającą smoka. Dostał ją od Deia na swoje szesnaste urodziny. Była wysoka na pół metra, ciężka i wytrzymała – jego młodszy brat kilku krotnie wyrzucał ją z piątego piętra, by zrobić Itachiemu na złość, kiedy się na niego obraził.

Brunet chwycił smoka za długą, wężową szyję, tuż przy łbie i ruszył z powrotem do pokoju Madary, który nadal napastował swego chłopaka. Ten spojrzał ze znudzeniem na stojącego nad nim kuzyna z wyciągniętymi w górę rękoma, jednak widząc żelazną figurę w jego dłoniach zastygł. Źrenice natychmiast się powiększyły, a po twarzy przeszedł nieznaczny dreszcz.

Itachi zamachnął się i z całej siły uderzył Madarę w głowę. Ten zawył z bólu, a Itachi powtórzył cios jeszcze dwa razy. Student osunął się na swego chłopaka. Był nieprzytomny. Miał rozciętą głowę, z której popłynęła niewielka stróżka krwi. Itachi nie zwracał na to uwagi. Pomógł Deidarze wygrzebać się spod niego. Okrył go swoją bluzką i wyprowadził z pokoju. Po chwil jednak wrócił, by zebrać ubrania blondyna. Oddał je właścicielowi i wyszedł z swej sypialni. Wolał, żeby przyjaciel ubrał się w spokoju. Sam wrócił do Madary, któremu skrępował ręce i nogi, by gdy się obudzi, nie stwarzał zagrożenia. Następnie wyciągnął komórkę z kieszeni spodni i wystukał numer na policję. Zgłosił gwałt z brutalnym pobiciem oraz znęcaniem się, podał adres i czekał na przybycie radiowozu.

Im więcej czasu upływało, tym bardziej się denerwował. W międzyczasie zajął się Deiem, robiąc mu herbatę, dając środki uspokajające, tuląc go i pocieszając.

Gliniarze przyjechali dziesięć minut po wezwaniu. Itachi wskazał im pokój kuzyna. Ten był już przytomny i klął jak najęty, kiedy go wyprowadzali. Gromiąc wzrokiem Itachiego przyrzekał, że obaj – i on i Deidara tego pożałują. Obiecywał, że wróci i zemści się na obydwu.

Jeden z policjantów pozostał w mieszkaniu. Prosił Itachiego o zeznania, podczas gdy blondyna wyprowadzili sanitariusze, zabierając go do szpitala na gruntowne badania. Uchiha niechętnie puścił chłopaka samego, ale obiecano mu, że później zabiorą go do przyjaciela.

Opowiedział o wszystkim – o tym, co zobaczył, o tym że uderzył kuzyna, że go związał i pomógł Deidarze. Wspomniał także o rozmowie sprzed trzech miesięcy. Żałował, że już wtedy tego nie zrobił.

Rozprawa odbyła się kilka dni później. Madara został skazany na pięć lat pozbawienia wolności. Zamknięto go, jednak to nie sprawiło, że blondyn czuł się bezpiecznie. Stan psychiczny, do jakiego brunet go doprowadził był poważny. Wszędzie go widział i bał się.




*** *** ***



- Nie ma go tutaj – rzekł uspokajająco Itachi. Nie był teraz pewien, czy chce dodać otuchy sobie, czy ukochanemu. Pocałował go delikatnie i pogładził po włosach. – Wszystko będzie dobrze, Dei… On cię już nie skrzywdzi – dodał, tuląc go mocno.

- Obiecaj… - szepnął cicho chłopak.

Obaj – zarówno lekarz jak i odwiedzający spojrzeli pytająco na pacjenta.

- Obiecaj, że będziesz mnie codziennie odwiedzał, un – rzekł, a łzy potoczyły się po jego policzku. – Inaczej oszaleję – dodał, wtuliwszy twarz w pierś Uchiha.

Itachi czuł, jak jego bluzka staje się coraz bardziej wilgotna od łez blondyna. Tulił go. Nie potrafił pocieszyć. Nigdy nie potrafił tego robić. Umiał jedynie słuchać i dawać rady. Ale na cóż one by się teraz zdały?

- Obiecuję.



Księżyc ponownie rzucał światło przez kraty w oknach. Niezasunięte zasłony spokojnie wpuszczały jego promienie do wnętrza pokoju, jakby zapraszająco. Białe ściany, drzwi oraz lustro były przezeń oświetlone. Najciemniejszym miejscem w pokoju znów był kąt z lewej strony, tuż pod oknem. Kąt, z którego dochodziły ciche pociągnięcia nosem oraz szlochy.

- Odejdź, proszę – stęknął Deidara, patrząc w stronę drzwi. Skulił się jeszcze bardziej.

- Niby dlaczego? – Męski, mocny głos.

Deidara widział go wyraźnie. Stał tam – w rogu po przeciwnej stronie pokoju. Dumny i pewny siebie. Z długimi, czarnymi włosami i impertynenckim spojrzeniem. Uśmiechał się.

- Nie! – Krzyknął blondyn zamykając oczy i zakrywając uszy. – Ciebie tu nie ma, un! – Ponownie zachlipał. –To tylko moja wyobraźnia, un!

Madara zachichotał. Zrobił kilka kroków na przód. Przyglądał się telepiącemu chłopakowi.

- Jak ty słodko wyglądasz – zakpił, ponownie się zbliżając.

- Ciebie tu nie ma, un! – Szlochał dalej Dei. – To tylko moja wyobraźnia, un!

- Tak, Dei – szepnął mu do ucha brunet. – To tylko twoja wyobraźnia…



Następnego ranka, gdy lekarz poszedł na poranny obchód, wchodząc do pokoju Deidary z zadowoleniem stwierdził, iż ten spał w swoim łóżku. W dodatku tej nocy nie biegał już po korytarzu i nie wrzeszczał. Może rzeczywiście brakowało mu po prostu towarzystwa Itachiego?

Zadowolony, postanowił zadzwonić do Uchiha i poinformować go, iż jego wizyty faktycznie będą bardzo pożądane dla terapii.

I rzeczywiście – brunet codziennie spędzał w klinice dwie godziny ze swoim chłopakiem, rozmawiając o różnych rzeczach. Chłopak zdawał się być weselszy i bardziej spokojny. Tak, jakby to dobrze na niego wpływało.

Za dnia był spokojny, jednak nocami przeżywał piekło. Lekarze wiedzieliby o tym, gdyby wówczas do niego zaglądali. Płakał, krzyczał i mimo wszystko – widywał Madarę. Bał się go. Cierpiał. Nie potrafił się tego pozbyć. Widział go każdej nocy. Czuł, jak brunet go całuje, jak go pieści, a jednak nie potrafił się temu oprzeć.

- I znów jest noc… - Usłyszał pewnego wieczoru, siedząc na łóżku i spoglądając na gwiazdy. Tej nocy był nów. Ciemność spowijała niemal cały pokój. Nikłe światło pochodziło od znajdującej się daleko latarni.

Deidara wzdrygnął się, słysząc te słowa. Zadrżał ponownie, kiedy poczuł, że ktoś za nim siada i obejmuje go w pasie. Czuł, jak Madara nachyla się nad nim i dyszy na jego kark.

- Tym razem nie mam zamiaru ograniczać się do całowania – szepnął cicho i ugryzł go w małżowinę. Pociągnął za nią lekko. Czuł, jak blondyn drży. – Pamiętasz?

Pocałował jego kark i językiem powiódł po jego szyi, zmierzając do żuchwy, a następnie, odwróciwszy dłonią jego twarz ku sobie, brutalnie go pocałował. Drugą dłonią podwinął bluzkę chłopaka, a wsunąwszy pod nią dłoń, począł gładzić go po brzuchu.

Spojrzał na Deia. Płakał. To sprawiało, że Madara chciał jeszcze bardziej zadać mu ból. Doprowadzić do takiego stanu, jak przed kilkoma laty. Odwrócił go przodem do siebie, ponownie namiętnie całując. Nie było w tym uczucia. Jedynie namiętność. Przejmująca rządza, ogarniająca całe ciało. Położył się na chłopaku, zmusił go do posłuszeństwa. Nie potrzebował do tego słów. Znał go dobrze. Sam widok bruneta przerażał Deidarę. W tym momencie zrobiłby wszystko, by napastnik był dla niego delikatny.

- Grzeczny chłopiec – wyszeptał Madara, całując jego szyję. Zassał nieznacznie skórę, pozostawiając w tym miejscu czerwony ślad. Uśmiechnął się ironicznie. – Pamiętasz, kto jest twoim bogiem, prawda?

Zachichotał, słysząc ciche stęknięcie. Zdjął z niego bluzkę, pieszcząc dłońmi i ustami tors. Całował i zasysał skórę. Gdzieniegdzie polizał ją językiem. Równie szybko zdjął z niego spodnie, naraz pieszcząc dłonią jego penisa.

Słysząc jego rozkoszne jęki, samemu zaczął się rozbierać. Szybko pozbył się swojej garderoby, a następnie wpił się w usta Deia, by zagłuszyć jego krzyk, kiedy w niego wszedł. Poruszał się szybko, nie zwracając uwagi na płynność ruchów. Jedyne czego chciał, to wykorzystać chłopaka, ulżyć sobie, a przy okazji pokazać Deidarze, że nadal należy tylko do niego.



Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Itachi w asyście lekarza. Ten drugi już chciał się żegnać, jak każdego dnia, wciągu ostatnich dwóch tygodni, mówiąc, że nie będzie przeszkadzał im w rozmowie, kiedy spostrzegł, że jego pacjent siedzi na łóżku z podkulonymi kolanami, kołysząc się nieprzytomnie w przód i w tył. Nawet nie zwrócił uwagi na wchodzących do środka.

Przyglądali mu się niespokojnie. Itachi natychmiast podszedł do blondyna i pogładził go po głowie. Chłopak nadal na niego nie spoglądał. Dopiero teraz odwiedzający usłyszał, że jego ukochany mamrocze coś do siebie. Nachylił się, by posłuchać.

- On tu był… On tu był… On tu był… - Powtarzał jak w transie.

- Deidara?

Uchiha zaniepokoił się tym zachowaniem. Ostatnie dni były naprawdę spokojnie i wszystko wskazywało na to, że nareszcie leczenie idzie w dobrym kierunku, a teraz?

Słysząc swoje imię, blondyn w końcu zareagował. Drgnął, a następnie spojrzał na obydwu mężczyzn, jakby nie będąc pewnym, czy rzeczywiście znajdują się z nim w pokoju, czy tylko znów ma kolejną wizję.

- Deidara, co się stało? – Spytał jego partner, tuląc chłopaka do siebie.

- On tu był, un – rzekł po raz kolejny chłopak. – W nocy… Madara tu był, un.

Na pierwszy rzut oka widać było, że jest przerażony.

- Już ci mówiłem, Deidara – zaczął lekarz. – Madara Uchiha jest zamknięty w więzieniu. Niemożliwym jest, by tutaj przyszedł.

- On tu był, un!

- Dei… - Itachi poklepał go po głowie. – Lekarz ma rację… Mój kuzyn…

- ON TUTAJ BYŁ! – Wrzasnął chłopak na całe gardło, zeskakując z łóżka. – NIE PRZYŚNIŁO MI SIĘ!

- Potrzebna pomoc – krzyknął lekarz, wyglądając za drzwi.

- Dei, nie denerwuj się. – Prosił Itachi podchodząc do niego, lecz ten cofnął się momentalnie.

- BYŁ TU! TYM RAZEM JESTEM PEWIEN, UN!

- Madara jest w więzieniu i…

- WIĘC JAK WYJAŚNISZ TO, UN?!

Nie czekając na nic, chłopak zrzucił z siebie ubrania. Bez krępacji stał rozebrany do rosołu przed obojgiem mężczyzn. Wpatrywał się w nich zawzięcie.

- Jeśli go tu nie było, un – rzekł już ciszej - to kto mi to zrobił?!

Całe ciało blondyna pokryte było nagryzieniami, siniakami i malinkami. Jasnym było, że nie mógł tego sobie sam zrobić. Brunet patrzył na niego z przerażeniem, natomiast lekarz wyglądał, jakby ktoś go uderzył w twarz gołą pięścią, po tym, jak powiedział tej osobie komplement.

Dopiero po dwudziestu sekundach do Itachiego dotarło, że jego ukochany stoi przed nim całkiem nago. Podszedł do niego i narzucił na Deia swój płaszcz, by go okryć. Głupio mu było schylać się przed chłopakiem po jego ubrania.

- Panie Uchiha? – Zaczął lekarz, patrząc na bruneta. – Chyba musimy pilnie porozmawiać.

Bezpośrednio zainteresowany skinął jedynie głową. Przytulił Deia i pocałował go na pożegnanie, po czym wspólnie z szatynem wyszli z pokoju. Skierowali się do jego gabinetu.

Kiedy usiedli zaczęli rozmawiać na ten temat. Po krótkiej dyskusji doszli do wniosku, iż trzeba zwiększyć ochronę Deidary. Co do tego nie było wątpliwości. Musieli się tym zająć jak najszybciej. Itachi postanowił także zadzwonić na policję i spytać, co się dokładnie stało. Odpowiedź, którą uzyskał, nie zadowalała go w żadnym stopniu.

- Madara Uchiha wyszedł warunkowo z więzienia po pół roku za dobre sprawowanie.

- Dziękuję. – Rozłączył się i spojrzał na lekarza, słyszącego całą rozmowę. Itachi włączył głośnik w komórce.

- Pół roku? – Zdziwił się mężczyzna.

- Czyli po niespełna trzech miesiącach od kiedy Dei tutaj jest – rzekł z niepokojem Itachi.

- Ale to nadal nie tłumaczy, w jaki sposób mógł się do niego zbliżyć… - Lekarz zamyślił się. – Pański kuzyn ma surowy zakaz zbliżania się do ośrodka, zatem nie mogę zrozumieć jak…

- Nieważne jak! – Przerwał mu brunet w pół słowa. – Ważne, że Deiowi trzeba zapewnić stuprocentowe bezpieczeństwo!

Resztę dnia wspólnie spędzili na organizowaniu blondynowi lepszej niż dotąd ochrony. Ponownie Itachi miał wyrzuty sumienia. Nie zapewnił mu tego, co obiecywał. W dodatku znów mu nie uwierzył. Znów nie zaufał jego zdaniu, przez co chłopak został skrzywdzony. I po raz kolejny się do tego przyczynił.

Załatwianie wszystkich formalności trwało naprawdę długo. W międzyczasie Itachi kilkukrotnie siedział z blondynem, rozmawiając z nim o całym jego pobycie w zakładzie, o wszystkim, co dotyczyło Madary, o ostatnią noc. Pocieszał go i zapewniał, iż zadba o jego bezpieczeństwo. Nim się obejrzał był kwadrans przed północą.

Westchnął ciężko, niechętnie wychodząc na dwór. Czuł zimno, pomimo płaszcza, który miał na sobie. Na dworze było pochmurno i ponuro. Nie słyszał nawet cykad.

Wzdrygnął się z zimna. Ruszył przed siebie. Samochód zaparkował na parkingu przed zakładem, więc to tylko kilka kroków.

- I znów mi przeszkadzasz…

Ciarki przeszły go po plecach, kiedy usłyszał lodowaty głos. Jak na komendę, odwrócił się na pięcie. Wzrokiem przeszukiwał podwórze, szukając źródła. Dostrzegł jakiś ruch pod drzewem. Cień osłaniał sylwetkę młodego mężczyzny, który szedł wolno w kierunku Itachiego. Kiedy nikłe światło padło na niego, Uchiha dostrzegł, iż jest to jego kuzyn. Długie włosy, jak zawsze opadały na prawe oko, a pozostałe roztrzepane, powiewały za nim na wietrze niczym peleryna. Przez te dwa lata zdążyły sporo urosnąć. Jego oczy utkwione były w Itachim. Patrzył na niego zimno, jednak usta wykrzywił w podłym uśmiechu.

Itachiego zdziwił jeden fakt – jego kuzyn ubrany był w fartuch lekarski. Przyglądał mu się z przerażeniem.

- Dlaczego…

- Mam na sobie fartuch? – Madara, stanąwszy przed nim twarzą w twarz zaśmiał się. – To chyba oczywiste, że jestem tu pielęgniarzem? – Uśmiechnął się drwiąco.

- Jakim cudem?

- Maska i gra aktorska, której się nauczyłem przez te kilka lat w szkolnym teatrze jednak się przydają, wiesz?

- Maska? – Itachi zmieszał się nieznacznie.

- Pamiętasz mojego starego znajomego? Kakuzu? – Uśmiechną się triumfalnie, widząc zrozumienie na twarzy kuzyna. – Robi maski dla aktorów. – Zaśmiał się. – Profesjonalne. – Odchylił głowę w tył, patrząc władczo na Itachiego. – Po wyjściu z więzienia, poprosiłem go o jedną. Wraz z peruką wiele mi dają, kuzyneczku. – Mrugnął do niego zalotnie.

- Masz zakaz zbliżania się do tego budynku! – Warknął, patrząc wyzywająco.

- No i?

- Odejdź stąd i zostaw Deidarę – rzekł spokojniej.

- Nie.

- Nie widzisz, co on przez ciebie przechodzi?! – Młodszy z kuzynów Uchiha nie wytrzymywał. Wściekły zaczął krzyczeć.

Madara chwycił go dłonią pod brodę. Uniósł jego twarz jeszcze wyżej i pocałował go namiętnie. Zmieszany chłopak wytrzeszczył oczy zarówno z przerażenia jak i zdziwienia. Już całkowicie nie pojmował postępowania swego kuzyna. Trzy lata temu nigdy nie pomyślałby nawet, że mógłby kogoś uderzyć, a teraz? Nie dość, że gwałcił, bił i nie wiadomo co jeszcze robił z Deidarą, to teraz zaczął całować własnego kuzyna!

Cofnął się gwałtownie, wycierając rękawem usta i patrząc groźnie na Madarę.

- Co to, kurwa było?

- Pożegnanie – szepnął drugi brunet. Szybkim ruchem obrócił chłopaka i przycisnął plecami do siebie. Jedną dłonią go przytrzymywał, a drugą wyciągną z kieszeni fartucha niewielki nóż i wbił go Itachiemu w klatkę piersiową. Ten zachłysnął się powietrzem. – Żegnaj, kochany kuzynku. – Wyszeptał mu do ucha, rzucając go na ziemię.

Przyglądał się przez chwilę, jak chłopak się wykrwawia. Słyszał jego niewyraźnie krzyki o pomoc. Śmiał się widząc to wszystko, a jego okrutny śmiech toczył się po okolicy. Gdy to się skończyło, podszedł do ciała i pochylając się, zacisnął dłoń Itachiego na rękojeści noża.

- Rękawiczki lateksowe też się przydają, kuzynku – zaśmiał się, odchodząc. – Szczególnie do pozorowania samobójstwa…

Zmierzał prosto do pokoju Deidary. Założył maskę i perukę. Bez żadnych problemów dostał się do celu. Ochroniarzom przed pokojem powiedział jedynie, że kazano mu dać zastrzyk pacjentowi i dopilnować, by spokojnie zasnął. Wiedział, że chwycą przynętę – tak jak wszyscy inni. W środku zdjął swój niewielki kamuflaż.

- Witaj, Dei – zaczął, widząc swą ofiarę, ponownie skuloną w kącie pokoju. Podszedł do niego i kucnął obok. Zmusił blondyna do namiętnego pocałunku. Jak się spodziewał, Deidara nawet specjalnie się nie opierał. – Od dziś już zawsze będziemy razem, wiesz? Obiecuję ci to. – Polizał go po policzku. – Obiecuję ci, że już nikt nas nie rodzili. Nigdy!
Rzeczywistość jest iluzją, a ludzkość chorą wyobraźnią.

Wróć do „Naruto”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość