18+ [Naruto] Pierwszy Raz

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Ruda Punk
amator
Posty: 16
Rejestracja: 15 mar 2011, 23:20
Kontaktowanie:

18+ [Naruto] Pierwszy Raz

Postautor: Ruda Punk » 24 mar 2011, 23:01

Tytuł: Pierwszy Raz
Fandom: Naruto
Kategoria: 18+
Opis: Pain x Itachi zainspirowane piosenką Dezertera
Ostrzeżenia: Angst, AU, Death, trochę OOC,
Yaoi, anal, oral, d/s, n/c, violence, wulgaryzmy
Znajomość fandomu: Niekonieczna. Osoby zagłębione mogą poczuć się urażone brakiem podobieństwa, ale z drugiej strony lepiej zrozumieją część odniesień do oryginału.
Status: skończony

Opowiadanie jest stare, a zamieszczam je dlatego, że mimo wszystko bardzo mi się podoba.
**

„Za pierwszym razem to nie było takie proste
W głowie czułem ból, a w sercu niepokój.
Za pierwszym razem to nie było łatwe
Ręka lekko drżała i chciało się rzygać...”

Itachi walnął pięścią w odtwarzacz, który nagle odmówił posłuszeństwa. Kilkanaście kolejnych uderzeń poskutkowało i z głośników kaseciaka popłynęły dalsze dźwięki kultowego „przeboju” zespołu Dezerter.
Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Pain. Miał na sobie koszulkę z nazwą wyżej wymienionej kapeli oraz spodnie tak potwornie ciasne, że aż dziw, że nie pękły mu pod kolanami, kiedy usiadł na łóżku obok swojego młodszego kumpla.
- Widzę, że pod moim wpływem przestałeś słuchać zawodzenia o miłości, a zacząłeś słuchać muzyki – stwierdził, unosząc brwi.
- No, to było odkrywcze – mruknął Itachi, który także miał na sobie koszulkę Dezertera, a ponadto jego plecak był dokładnie pokryty takowymi naszywkami.
Pain objął go ramieniem, podciągnął kolana pod brodę, tak że jego spodnie zatrzeszczały niebezpiecznie, wyjął z kieszeni paczkę bardzo spostponowanych fajek, po czym zapalił jedną z nich. Powietrze wypełnił ciężki, mdlący smród szlugów marki Vice Roy.
Itachi starał się usiąść tak, żeby być jak najbliżej Paina i jak najdalej źródła siwego dymu.
- Zaraz powinniśmy wyjść – zauważył, wskazując na zegar.
- Racja – rudowłosy panczur zaciągnął się głębiej. - Ale najpierw wypijmy jeszcze jednego jabola za Skandala.
Wstał, wyjął spod łóżka dwie butelki patykiem pisanego wina, otworzył je zębami, jedną podał Itachiemu, który również zwlókł się z łóżka, na którym siedzieli.
- Za Skandala – powiedzieli obaj bardzo poważnie.
Rudy wypił duszkiem i nawet się nie skrzywił, Itachi zakrztusił się, po czym wypluł na podłogę połowę szlachetnego trunku o słomkowej barwie i bukiecie intensywnie woniejącym siarką.
- O żesz kurwa mać! - warknął Pain, odsuwając się od kałuży. - Aż taki słaby jesteś?
- To nie moja wina! - wydyszał chłopak, którego wciąż piekł w usta smak jabłkowej siary.
- Jasne, że nie – panczur pociągnął go za ramię do przedpokoju. - Nie dostaniesz wpierdolu, skarbie, ale jak wrócimy, to posprzątasz ten bordel.
- Dobra – mruknął Itachi, zakładając swoje trzydziestodziurkowe glany.
- I odkupisz mi jabola.
- Dobra.
Pain przez moment wpatrywał się w niego, w jednej ręce trzymając rozsznurowany bucior. A potem rzucił glanem przez cały przedpokój, mocno złapał chłopca za ramiona, przycisnął go do zimnych, metalowych drzwi i pocałował namiętnie.
Itachi jęknął, zdziwiony, ale zaraz objął go czule i zaczął oddawać pocałunek. Możliwe, że całej reszcie świata wydawało się niepojęte, co przyjemnego może być w całowaniu się ze śmierdzącym najgorszymi szlugami i najtańszym winem punkiem, który ostatnio mył zęby przed festiwalem w Jarocinie (a był marzec), ale Itachiemu było z nim dobrze, czuł się kochany za to, jaki jest, zawsze, a nie tylko kiedy coś mu się udaje. Nie tak, jak jego ojciec... Który potrafił go uderzyć, kiedy dostał ocenę niższą od czwóry.
W końcu Pain oderwał się od niego, oparł dłonie o drzwi, tuż obok jego twarzy, dysząc ciężko.
- Kurwa mać – mruknął. - Itachi, jesteś zajebisty.
Cmoknął go jeszcze raz, delikatnie, w nasadę nosa, i poszedł zakładać buty.
**
Słońce świeciło wyjątkowo intensywnie jak na tę porę roku. Itachi i Pain leżeli na trawniku, na uprzednio rozłożonych skórzanych kapotach. Pod sceną zaczynali gromadzić się ludzie, ale było jeszcze dużo czasu. Zamierzali wstać dopiero kiedy zacznie się koncert, albo kiedy inni punkowcy zaczną po nich łazić.
Pain oparł dłoń na biodrze Itachiego, wyraźnie dając do zrozumienia wszystkim wokół, że ten dzieciak stanowi jego wyłączną własność. Bez skrępowania podciągnął się, żeby być nad nim, i wpił się w jego usta, gryząc go mocno. Chłopak przeczesał palcami jego krótkie, postawione na cukier włosy, czując, jak ogarnia go głęboka, intensywna fala uległości.
Ktoś stojący nad nimi odchrząknął znacząco.
Oderwali się od siebie, spojrzeli w bok i ujrzeli kolejno najpierw idealnie wypastowane, czarne Martensy, a potem długą, męską, gotycką spódnicę.
- Cześć, Orochimaru – mruknął Pain, po czym wrócił do całowania swojego chłopaka.
Orochimaru westchnął ciężko, rozłożył na wilgotnej od rosy trawie elegancki, skórzany płaszcz i usiadł na nim, podciągając kolana do piersi.
- Wiecie co, gdybym od razu was nie znalazł, pytałbym ludzi o dwóch pedałów, bezwstydnie liżących się na oczach kilku setek ludzi, którzy niekoniecznie mają ochotę na to patrzeć.
Rudy natychmiast oderwał się od Itachiego, który odsunął dłoń od jego głowy i zaczął zlizywać z palców cukier.
- A gdzie ty zgubiłeś swojego pierdolonego hipisa, zapierdalającego w lennonkach? - odgryzł się Pain, patrząc na niego z wściekłością.
- Rzuciłem go – odparł beztrosko Orochimaru. - I tak już za długo to ciągnąłem. Z zasady nie sypiam z pełnoletnimi, a Kabuto ma już dziewiętnaście lat. Teraz muszę się rozejrzeć za czymś... To znaczy za kimś... Młodszym. Może tym razem znajdę sobie jakąś dziewczynę.
Położył się wygodnie, wystawiając swoją bladą twarz do słońca. Jak każdy zimnokrwisty gad, uwielbiał wygrzewać się na słoneczku, ale mimo to nigdy się nie opalał. Większość nastolatków płci obojga reagowała na widok jego mlecznobiałej skóry natychmiastowym, wielokrotnym orgazmem, ale Itachi patrząc na niego nie mógł się pozbyć skojarzenia z rośliną, która rosła bez wystarczającej ilości światła.
Ze sceny rozległy się dźwięki montowanych instrumentów. Pierwsi śmiałkowie zaczęli rozkręcać pogo.
- Gdzie reszta? - spytał Itachi, delikatnie próbując odsunąć od siebie Paina, który gryzł go w szyję.
- Cholera ich wie... - zamruczał Orochimaru, odwracając się od słońca i poprawiając rzemyk, na którym był zawieszony srebrny wisior w kształcie węża.
Jego wzrok powędrował w stronę grupki dzieciaków w wieku lat od dwunastu do piętnastu.
- Może zadzwoń po nich? - zasugerował Itachi. - Jak zaczną grać, to nic nie będzie słychać.
- Sam zadzwoń! - warknął blady goth, niezadowolony, że ktoś przeszkadza mu w gapieniu się na jasnowłose dziecko bliżej nieokreślonej płci.
- Nie mam kasy.
Orochimaru westchnął teatralnie, wyjął z kieszeni czarnej koszuli czarną Nokię, wybrał numer i przysunął komórkę do ucha.
- Cześć, Hidan... - zaczął, ale potem z telefonu popłynął doskonale słyszalny dla leżących obok punkowców bełkot, przeplatany wybuchami nietrzeźwego śmiechu. Kiedy ów bełkot ustał, goth znów westchnął i powiedział: - Na pewno masz rację, ale w każdym razie jak już się tu dotelepiecie, to podzielcie się z nami tą trawką. Do widzenia.
Rozłączył się, schował telefon do kieszeni, kręcąc głową z niezadowoleniem.
- Wszyscy trzej debile są tak upaleni zielskiem, że czekali na autobus numer pięć, a kiedy wreszcie dotarło do nich, że takowy nie istnieje, wsiedli w pięćset pięć. A mieli jechać tramwajem piątką.
Itachi parsknął śmiechem. Pain przez moment jeszcze ślinił jego obojczyk, ale po chwili ryknął dzikim brechtem, oderwał się od swojego chłopaka, przetoczył się na plecy i leżał, rżąc tak, że ledwo łapał oddech.
- O żesz... Kurwa... - wydyszał pomiędzy jednym spazmem a drugim. - Itachi, skarbie... Daj jabola! Muszę się... Najebać!
Itachi posłusznie podał mu butelkę mamrota, której zawartość jego facet natychmiast wlał sobie do ust.
- Aaaaach! - zamruczał gardłowo i ochryple. - Tego mi było, kurwa, trzeba. Dziękuję, kochanie.
Władczo przygarnął do siebie chłopca, obracając głowę w jego stronę i całując go czule. Itachi poczuł nieprzyjemny smak wina w jego ustach, ale nie odepchnął go. Za bardzo go kochał, za bardzo mu na nim zależało.
Za bardzo nie chciał zostać sam. Poza tym... Pain zawsze był dla niego taki czuły... No, prawie zawsze.
Ze sceny zaczęły dochodzić pierwsze nuty kawałka „XXI wiek”. Orochimaru wstał, przeciągnął się, z godnością otrzepał zajebiście zgrabny tyłek.
- Chodźmy już – skrzywił się. - Nie czekajmy, aż te ćpuny do nas dotrą, bo nie przypuszczam, żeby do jutra odnaleźli właściwy środek lokomocji.
**
Koncert okazał się wyjątkowo udany – cała załoga zdrowo upaliła się zielskiem, przyniesionym przez Hidana, Kisame i Sasoriego, Orochimaru zdążył zaliczyć połowę dzieciaków, które przyszły na koncert, po czym stwierdził, że i tak Kabuto jest lepszy od nich wszystkich razem wziętych, Pain wypił rekordową liczbę jaboli, stojąc na nogach, kiedy Hidan od kwadransa rzygał za sceną, a wszyscy razem zgodnie doszli do wniosku, że Skandal (którego pamięć została starannie i intensywnie opita) był stuprocentowym uke – bo to, że był homoseksualistą w ich opinii nie ulegało kwestii. Chociaż zespół skończył grać koło dziewiątej, ludzie nie rozeszli się aż do późnej nocy. Kiedy Pain i Itachi postanowili się zebrać, było grubo po północy, a reszta ich załogi nadal imprezowała – Sasori i Kisame smażyli marychę, Hidan rzygał, natomiast Orochimaru zaginął gdzieś, a ostatnio widziano go w towarzystwie białowłosego dziecka, które niemal na pewno było chłopcem.
Pain mieszkał bardzo blisko parku, w którym odbył się koncert, więc on i jego chłopak zrobili sobie nocny spacer, najpierw przez park, potem przez niemal puste ulice. Co prawda, rudy był tak najebany, że Itachi musiał go prowadzić, ale jakoś udało im się dotrzeć do kamienicy, w której znajdowało się mieszkanie Paina. Jakimś cudem udało im się wtoczyć do nory, w której gnieździł się panczur.
Itachi chwiejnie wszedł do sypialni i w glanach rzucił się na łóżko. Rudy natomiast popędził do łazienki, po drodze przewracając się trzy razy, i zrzygał się do kibla. A następnie także do wanny i umywalki, i na podłogę w przedpokoju, i na wszystkie możliwe ściany. Kiedy już skończył mu się jabol w żołądku, wtoczył się do sypialni i usiadł na łóżku.
- Itachi... - wybełkotał. - Chyba nie śpisz?
- Śpię – mruknął Itachi. - Jak chcesz, to się przytul.
- Itachi! - powiedział całkiem przytomnie Pain. - Nie śpij, kurwa!
- Nie budź mnie! - ziewnął chłopak. - Wszystko mnie boli po pogowaniu.
- Itachi, ty... Dzzziiiwwkooo... - wymamrotał rudy. - Wiesz, że cię, kurwa, kocham... Wiesz, jak długo już jesteśmy razem?
- Nie jestem żadną dziwką! - Itachi natychmiast usiadł na łóżku. - Nie odzywaj się do mnie w ten sposób! Nigdy!
Pain roześmiał się, całkiem trzeźwo.
- No dobra, nie jesteś. Ale i tak jesteś mój i chyba powinieneś dać mi coś miłego raz na jakiś czas, prawda?
Pchnął go z powrotem na łóżko, usiadł okrakiem na jego lędźwiach.
- Jesteśmy razem od ośmiu pierdolonych miesięcy, a ty ani razu nie dałeś mi niczego miłego – zaczął rozpinać mu pasek od spodni. - A skoro teraz możesz u mnie zanocować... Chyba nie znajdziemy lepszej okazji.
- Nie chcę! - jęknął Itachi, próbując odsunąć jego ręce. - Zostaw mnie! Daj mi spać!
- Zamknij się! - warknął rudy, majstrując przy jego rozporku. - Myślisz, że nie dość długo czekałem, żeby cię zerżnąć?
- Pain, ja NIE CHCĘ! - krzyknął Itachi. - Tak trudno to, kurwa, zrozumieć? Nie mam najmniejszej ochoty kochać się z tobą w tym momencie!
Pain zamachnął się i z całych sił uderzył go w twarz zaciśniętą mocno pięścią.
- Mi się nie odmawia! - wrzasnął, szarpiąc go za koszulkę. - Jeśli chcę cię mieć TERAZ, to znaczy, że będę miał cię TERAZ, czy ci się to podoba, czy nie!
Rozpiął mu rozporek, wsunął dłonie pod jego spodnie, obmacując jego biodra i tyłek. Itachi niezręcznie zamachnął się i walnął go w brzuch, za co dostał w zęby, aż zadzwoniły, a przed oczami mu pociemniało. Pain zsunął mu spodnie i wyjął swój interes, ale Itachi, który już trochę oprzytomniał, mocno wbił mu paznokcie w jaja. Rudy zawył z bólu i wściekłości, a chłopak wykorzystał sytuację i zrzucił go z siebie, stoczył się z łóżka, i, wciąż zgięty wpół, pobiegł w stronę przedpokoju, podciągając spodnie. Pain jednak dogonił go, wpił palce w jego włosy, jebnął jego czołem o szybę w drzwiach. Szyba pękła, drzwi otworzyły się na oścież, a Itachi upadł twarzą w odłamki potłuczonego szkła.
Rudy uklękł nad nim.
- I po co ci to było, Itachi? - roześmiał się. - Mogłem cię zerżnąć, kiedy sobie wygodnie leżałeś na łóżku. A teraz ja będę cię rżnął, a ty będziesz szorował brzuchem po szkle. Pewnie nie będziesz już taki przystojny, jak teraz, ale nie martw się. I tak pozwolę ci być moją dziwką.
- Nie jestem... Twoją... Dziwką! - wydyszał Itachi, spazmatycznie zaciskając palce na dużym odłamku pękniętej szyby.
- Ależ oczywiście, że jesteś! - warknął Pain. - Po prostu nigdy wcześniej nie miałem ochoty z ciebie skorzystać! Ale tylko dlatego, że...
Reszta jego wypowiedzi utonęła we wrzasku okropnego bólu, kiedy Itachi wbił w niego kawał szkła. Celował w krocze, trafił w udo, ale efekt i tak był zadowalający. Udało mu się wydostać spod ciała swojego oprawcy. Przeczołgał się przez przedpokój, brudząc sobie ręce i kolana wyrzyganym przez Paina jabolem, dopadł do drzwi wyjściowych... Tych samych, przy których ten skurwysyn jeszcze dziś rano czule go całował. Rudy rzucił się za nim, ale poślizgnął się na swoich wymiocinach i upadł.
Chłopak otworzył drzwi z zasuwy i wybiegł na klatkę. Biegł przed siebie, nie zatrzymując się ani kiedy znalazł się na dworze, ani kiedy zdał sobie sprawę, że totalnie nie wie gdzie jest. W końcu poczuł, że coś mocno uderza go najpierw w kolana, a potem w twarz i klatkę piersiową. Zdał sobie sprawę, że leży na chodniku, a wokół jego twarzy rośnie kałuża krwi. Uklęknął z trudem. Chciał wesprzeć się na lewej ręce, która się pod nim ugięła. Spojrzał na nią – w zewnętrzną stronę przedramienia miał wbity kawał szkła. Wyjął go ostrożnie, a po ręce popłynął mu strumień krwi. Uniósł głowę. Zobaczył... Zobaczył wiatę przystanku... Doczołgał się do niej, co zajęło mu chyba całą wieczność. Z trudem podniósł się, żeby usiąść na ławce. Oparł się o plastikową ścianę, zamknął oczy. Czuł się zgnojony i żałosny... Powinien dać Painowi, na pewno byłoby to dla niego mniej bolesne niż to, co go spotkało...
Jego komórka zaczęła wibrować. Wyjął ją z kieszeni dżinsów i przeczytał:
„Mi sie, kurwo, nie odmawia! Pozalujesz tego, zajebie cie, kurwo!”
Nadawcą był, oczywiście, Pain. Itachi schował telefon i chwiejnym krokiem podszedł do nocnego autobusu, który właśnie nadjechał. Wsiadł do środka i usiadł na schodach. Oparł głowę o metalową rurkę. DLACZEGO to się stało? Dlaczego go to spotkało, i to ze strony kogoś, kogo kochał, komu ufał najbardziej na świecie?
Musiał na moment przysnąć, bo kiedy się obudził, zupełnie nie wiedział, gdzie jest. Z trudem wstał i chwiejnie podszedł do tablicy z wypisanymi przystankami. Opadł na siedzenie obok. Jego dom był dwa przystanki dalej... Westchnął ciężko, mając nadzieję, że wreszcie będzie miał trochę spokoju. Kiedy wreszcie dojechał, wytoczył się z autobusu i powoli poszedł do wejścia do kamienicy. Wstukał kod, przetoczył się przez ciemne, chłodne podwórko i wszedł na klatkę. Spojrzał w górę, pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Bardzo wątpił, czy da radę wejść na drugie piętro.
Podciągając się na poręczy, dotarł na półpiętro. Jeszcze trzy razy tyle... Zgięty wpół, złapał się balustrady i zaczął wchodzić, ale w połowie schodów potknął się i uderzył twarzą w ostatni stopień. Ze złamanego nosa i świeżo rozbitej wargi zaczęła płynąć mu krew. Jęcząc z bólu, na kolanach wczołgał się na pierwsze piętro.
Zwinął się, dotknął czołem betonowej podłogi. Czerwona ciecz kapała z jego ust i nosa, brudząc wycieraczkę sąsiada. Kolejne dwa półpiętra pokonał na klęczkach, obficie znacząc schody krwawym śladem. W końcu dotarł pod swoje drzwi, zaczął przeszukiwać kieszenie.
Kurwa. Zapomniał klucza.
Niechętnie wyprostował się, drżącą ręką nacisnął dzwonek. Nie miał ochoty wysłuchiwać pierdolenia swojego ojca na temat tego, że obraca się w złym towarzystwie, ale lepsze to niż nocleg na klatce.
Drzwi otworzyły się... Itachi wstrzymał oddech. Spodziewał się wściekłego ojca, albo matki, która zaraz poleci po wyżej wymienionego. Ale za drzwiami nikogo nie było, a przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie spojrzał w dół.
- Cześć, Sasuke – westchnął, widząc swojego małego braciszka.
Sasuke cofnął się przerażony wgłąb korytarza, widząc jego zakrwawioną twarz.
- Itachi... - wyjąkał niewyraźnie, zasłaniając usta dłońmi. - Ktoś cię napadł?
- Tak... - Itachi wtoczył się do mieszkania. - Można tak powiedzieć, ale nie mów o tym mamie ani tacie. Nie budź ich teraz...
Zatoczył się, odzyskał równowagę łapiąc się futryny. Przeszedł przez przedpokój, w drzwiach swojego pokoju znowu się zachwiał i upadł, dokładnie na łóżko. Ach, tego właśnie mu było trzeba! Ściągnął glany, narzucił sobie kołdrę na głowę i już miał zasnąć, kiedy usłyszał cichutki głosik:
- Itaaachiii...
Odkrył zakrwawioną twarz.
- Itachi... - zaczął Sasuke. - Skoro ktoś cię napadł, to chyba powinieneś zadzwonić po policję?
- Nie... - jęknął Itachi. - Nie trzeba... Idź spać, mały.
- Ale... - zaczął jego braciszek, a usta zaczęły mu drżeć. - Dobrze, nie zadzwonimy po policję i nie powiem mamie i tacie, ale ty nie umrzesz, prawda?
Itachi przygarnął do do siebie zdrową ręką.
- Nie umrę – zapewnił go. - Tylko będę miał parę sińców...
- Ale leci ci bardzo dużo krwi... - chłopiec wskazał na zakrwawioną poduszkę.
- Przestanie – szepnął uspokajająco jego brat. - A teraz proszę, zamknij buzię. Chcę iść spać, wszystko mnie boli.
**
- Itachi! Itaaachiii!
Itachi niechętnie otworzył jedno oko. Au. Wszystko go bolało.
- Dlaczego mnie budzisz, Sasuke? - jęknął, niezadowolony.
- Bo wyglądałeś, jakbyś umarł.
Usiadł na łóżku.
- Tak też się czuję – westchnął.
Spojrzał na zegar. Było południe. Ojciec już pewnie wyszedł do pracy, mama musiała być w kuchni. Lepiej, żeby go nie zobaczyła w takim stanie, bo będzie zadawać niewygodne pytania.
Wstał, przeszedł kilka chwiejnych kroków w stronę szafy. AU. Miał potworne zakwasy po wczorajszym pogowaniu.
Wyciągnął jakieś dżinsy i koszulkę Zielonych Żabek. Podszedł do drzwi, otworzył je, wyjrzał niepewnie na korytarz. Drzwi do kuchni były zamknięte i dochodził zza nich jakiś bliżej niezidentyfikowany, ale bardzo apetyczny zapach.
- Sasuke, kochanie? - szepnął Itachi. - Proszę, schowaj moją pościel. Nie chcę, żeby mama zobaczyła krew.
- A to dlaczemu?
- Żeby się nie martwiła – cmoknął braciszka w czoło. - Zrobisz to?
- Zrobię – mruknął chłopiec, po czym zabrał się za kitłaszenie jego pościeli.
Itachi przeszedł z pokoju do łazienki, w której zamknął się na zasuwkę. Spojrzał w lustro. O kurwa.
Faktycznie wyglądał jak trup, i to niezbyt świeży. Jego policzki były pokryte zakrzepniętą krwią, nos i dolna warga potwornie spuchły, a na czole kwitł wielgachny siniec.
Wziął prysznic, umył twarz. Ubrał się. Pokiereszowany ryj postanowił wytłumaczyć ostrym pogowaniem, ale miał przeczucie, że podobne wyjaśnienie nie zda egzaminu w przypadku wielkiej dziury w ręce. Owinął więc przedramię w bandaż z gazy i wygrzebał z kosza na brudy jakąś wymiętą koszulę z długim rękawem, którą od razu założył. Przyjrzał się ciuchom, w których spał. Na spodniach były tylko rzygi, koszulka była zakrwawiona, ale na czarnym materiale plamy wyglądały całkiem niewinnie. Wrzucił wszystko do brudnika, uprzednio wyjąwszy telefon z kieszeni.
Miał nowego SMSa od Paina, wysłanego jakąś godzinę temu. Zrezygnowany, usiadł na brzegu wanny i odczytał go.
„Itachi, kochanie. Przepraszam, byłem wczoraj totalnie najebany. Nie masz, kurwa, pojecia, jak mnie sumienie zzera. Mozemy się spotkac, zebysmy mogli pogadac? Jeszcze raz cie przepraszam...”
Miał ochotę rzucić telefonem o podłogę. Wściekły, zaczął wpisywać treść wiadomości:
„Chyba cie popierdoliło, skurwielu! Wczoraj twierdziles, ze jestem twoja dziwka, probowales mnie zgwalcic, a teraz piszesz, ze”
Skrzywił się. To brzmiało jakoś tak... Niezręcznie. Skasował wszystko i napisał:
„Jak tam chcesz. Gdzie i kiedy mamy się spotkać?”
**
Szedł powoli ulicą. Z daleka dostrzegał rudą czuprynę Paina, ale jakoś obawiał się ich spotkania. Panczur na pewno też go widział, ale także nieszczególnie mu się spieszyło. Pewnie dlatego, że wczoraj Itachi wbił mu w nogę kawał szkła wielkości talerza.
Kiedy już stanęli naprzeciw siebie, rudy wyciągnął rękę w stronę swojego chłopaka i pogładził go po policzku, potem opuścił dłoń, ostrożnie przejeżdżając palcami po jego rozbitych wargach.
- To chyba nie ja, co? - spytał zamiast powitania.
- Potknąłem się na schodach – mruknął Itachi.
- Moje biedactwo – Pain pocałował go delikatnie. - Przepraszam, naprawdę przepraszam.
Wziął go za rękę i pociągnął go za sobą w wąską uliczkę.
- Dokąd idziemy? - spytał Itachi, obejmując go ostrożnie.
Nadal było mu potwornie przykro, ale miał nadzieję, że może jednak wszystko się ułoży, że będzie tak, jak kiedyś...
- Idziemy na skróty – mruknął rudy, władczo kładąc mu dłoń na biodrze.
Itachi przewrócił oczami.
- Pytałem dokąd, a nie którędy.
- Właściwie już jesteśmy na miejscu.
Byli w ciemnym zaułku, w którym nie znajdowało się nic ciekawego. Ściany były odrapane, a asfaltowe podłoże popękane.
Pain stanął za Itachim, zaczął się bawić jego długimi, czarnymi włosami.
- Po co tu przyszliśmy? - spytał niepewnie chłopak.
Rudy uśmiechnął się wrednie.
- Żebym mógł wziąć od ciebie to, czego sam nie chciałeś mi dać, dziwko.
Itachi chciał się od niego odsunąć, ale on mu na to nie pozwolił. Popchnął go na ścianę, przycisnął jego policzek do zimnego muru, wpijając mu palce we włosy. Oparł kolana po obu jego stronach.
- Widzisz, Itachi – syknął mu prosto du ucha, zionąć mu w twarz smrodem papierosów. - Ja już ci coś powiedziałem. Mi się nie odmawia, bo można tego bardzo pożałować.
- Puść mnie... - wydyszał chłopak, próbując mu się wyrwać, co zupełnie mu się nie udawało.
- Jeśli nie umiesz powiedzieć nic rozsądnego, Itachi, to wcale się nie odzywaj. Naprawdę wydaje ci się, że cię puszczę, jeśli mi tak powiesz? W każdym razie jeśli nie będziesz się wyrywał i szarpał, będzie ci znacznie przyjemniej. Zamierzam cię przerżnąć, a nie docelowo skrzywdzić.
- Puszczaj! - wrzasnął Itachi, próbując kopnąć go w zranioną nogę.
Nie trafił, Pain zrobił mały krok do tyłu, jednocześnie uderzając głową chłopca o ścianę. Itachi poczuł, że jego twarz znów zalewa krew, przez moment nic nie widział, poczuł tylko, jak rudy ściąga mu spodnie i wchodzi w niego brutalnie, rozdzierając jego dziewicze wnętrze.
- Podoba ci się, kurwo? - zaśmiał się ochryple, mocno dopychając biodra.
- Nie... - wyjęczał Itachi. - Puść mnie...
- Nie... Zamierzam! - stęknął Pain.
Wsunął rękę pod jego koszulkę, obmacując go zachłannie. Boleśnie wbijał mu palce pod żebra, aż w końcu dźgnął go mocno w splot słoneczny. Itachi wrzasnął z bólu.
- Dlaczego mi to robisz!? Pain, przecież cię kochałem...
Ostatnie dwa słowa jego wypowiedzi zostały stłumione przez rękę rudzielca, która zacisnęła mu się na dolnej części twarzy.
- Zamknij się! - warknął panczur.
Itachi zaczął osuwać się po ścianie, ale Pain przygniótł go do niej całym swoim ciężarem, jednocześnie wbijając się w niego potwornie głęboko. Mocniej wpił palce w jego policzki, żeby jak najskuteczniej stłumić jego bolesny krzyk, odchylił jego głowę w tył, ku sobie, żeby uniemożliwić mu wyrwanie się.
- Dopiero teraz naprawdę się zabawimy! - roześmiał się.
Zaczął wchodzić w niego coraz mocniej i brutalniej, puścił jego usta, by napawać się jego pełnym bólu i cierpienia wrzaskiem, który stawał się coraz wyższy, coraz głośniejszy... Coraz mniej ludzki. Rżnął go ostro, aż najpierw na ścianę trysnęło nasienie gwałconego chłopca, potem po jego udach popłynęła krew, aż wreszcie Pain spuścił się w niego, jednocześnie rozchylając mu pośladki, by wbić się w jego ciało jeszcze głębiej.
Wyszedł z niego, stanął obok, pozwalając, by jego ofiara osunęła się na ziemię.
- Wiesz już, kochanie, że mi się nie odmawia? - zapytał słodko.
Itachi zwinął się do pozycji embrionalnej. Nie chciał na niego patrzeć, chciał za to umrzeć.
- Dotarło do ciebie? - rudy szturchnął go w ramię. - Byłoby szkoda, gdybym musiał sprawić ci tyle bólu na próżno.
- Dlaczego mi to zrobiłeś? - jęknął chłopak. - Pain... Ja naprawdę cię kochałem...
- Ale to nie zwalniało cię z słuchania mnie – odpowiedział spokojnie Pain. - A teraz uklęknij i ubierz się.
Itachi posłusznie dźwignął się na kolana i podciągnął spodnie. Wszystko potwornie go bolało, ale wolał nie myśleć, co ten psychol mu zrobi, jeśli znowu mu odmówi.
- A teraz possij – Pain bez najmniejszego skrępowania wsadził mu magnuma do ust.
Chłopak zacisnął powieki i ulegle zaczął pieścić go językiem. Starał się myśleć o czymś innym, ale zupełnie mu to nie wychodziło, a szczególnie trudne stało się, kiedy rudy wepchnął mu swoje przyrodzenie głęboko do gardła. Itachi zakrztusił się, poczuł że mu się cofa. Chciał błagać Paina, żeby dał mu spokój, ale ponieważ nie mógł tego zrobić, z całych sił go ugryzł.
Panczur wrzasnął wściekle, kopnął go w klatkę piersiową. Itachiemu aż odebrało dech, ale na szczęście dla niego, Pain zrobił to zdrową nogą, cały ciężar ciała opierając na zranionej, która ugięła się pod nim, wskutek czego upadł na asfalt.
Chłopak wykorzystał nadarzającą się sposobność, zerwał się i popędził przed siebie. Wiedział, że Pain nie będzie mógł biec, ale on sam też nie mógł uciekać za szybko ze swoim rozdartym tyłkiem. Kiedy wybiegł z ciemnej uliczki na chodnik, zaczął biec w stronę najbliższego przystanku, chociaż wiedział, że o tej porze złapanie autobusu graniczyło z cudem. Dlaczego nikt go wtedy nie usłyszał, dlaczego nikt mu nie pomógł? Czy w tej okolicy naprawdę tak często gwałci się chłopców, że mieszkańcy przestali zwracać na to uwagę?
Nagle w jego sercu zapaliła się lampka nadziei – przed nim szła jakaś dziewczyna! Odwrócił się za siebie – Pain kuśtykał w jego stronę, powoli, ale na tyle szybko, żeby go dogonić po pewnym czasie.
- Hej, ty! - zawołał Itachi w stronę kobiety. - Pomóż mi, błagam, pomóż mi!
„Dziewczyna” odwróciła się i okazała się być jedynym znanym mu mężczyzną chodzącym w spódnicy, oraz jednym z nielicznych znanych mu mężczyzn posiadających włosy długie do pasa.
- Orochimaru! - chłopak podbiegł do niego. - Proszę, pomóż mi!
Orochimaru spojrzał na niego spod uniesionych brwi.
- A co ja będę z tego... - zaczął, ale kiedy zobaczył jego zakrwawioną twarz, od razu zmienił ton na łagodniejszy. - Rany, Itachi, kto cię tak urządził?
- Pain... - wyjęczał Itachi, opierając się na nim. - Pomożesz mi?
- Zobaczymy... - mruknął goth, spoglądając na idącego w ich stronę rudzielca.
Pain w końcu zbliżył się do nich w końcu na tyle blisko, żeby wyraźnie mogli go zobaczyć w półmroku. Uśmiechał się triumfalnie.
- Dzięki za przypilnowanie mojej dziwki, Orochimaru – powiedział. - A teraz mi ją oddaj.
Orochimaru objął trzęsącego się z bólu i strachu Itachiego.
- Zastanowię się – stwierdził. - Ale raczej tego nie zrobię. Widać nie byłeś dla niego dość dobry. Żadna z MOICH dziwek nigdy nie uciekła ode mnie z wrzaskiem i zakrwawioną dupą.
- Możliwe, ale to MOJA dziwka i MÓJ problem! - warknął Pain. - Czyżbyś ty także nie wiedział, że mi się nie odmawia?
- Grozisz mi? - goth uśmiechnął się ironicznie.
- Ależ skąd - panczur pokręcił głową. - Po prostu dostrzegłem, że do SWOJEJ dziwki jesteś bardzo przywiązany. I że nie chciałbyś, żeby spotkało ją to samo co Itachiego.
Orochimaru roześmiał się głośno.
- Jeśli chociaż dotkniesz mojej dziwki, to powieszę cię za jaja i podsmażę na wolnym ogniu, a ty doskonale o tym wiesz! Ludzie, którzy ci nie odmawiają, to zwykłe, zastraszone dzieciaki, a ja do nich na pewno nie należę, więc słucham dalszych propozycji.
Pain zawahał się, wyraźnie wściekły, że goth się go nie boi.
- Podzielę się nim z tobą – powiedział z determinacją·
- Co?
- Podzielę się nim z tobą – powtórzył. - Będziesz mógł go zerżnąć.
Orochimaru zawahał się przez moment. Itachi zacisnął powieki, mocniej wczepił się w jego ubranie. Nie potrafił nic powiedzieć, nie mógł wydusić z siebie ani jednego słowa, ale całym swoim jestestwem błagał go, żeby odmówił Painowi, żeby go nie krzywdził... Chyba by nie zniósł, gdyby jeszcze ktoś mu to zrobił... Czuł się taki żałosny, żałosny i zgnojony, bo musiał błagać o litość, bo nie mógł sobie poradzić sam...
Goth zerknął na niego.
- Gdybym chciał go zerżnąć, zrobiłbym to bez twojej zgody – zwrócił się do Paina. - I śmiem mniemać, że za jego zgodą, którą ty średnio się przejąłeś, jak widzę. Poza tym mam swoją dziwkę, której nie zamierzam zdradzać.
- Ale już to zrobiłeś! - rudy uśmiechnął się triumfalnie. - Ilu chłopców zaliczyłeś na koncercie Dezertera? Chcesz, żeby twój kochaś się o tym dowiedział? I o tym, co o nim mówiłeś? Że i tak za długo z nim byłeś, że nie sypiasz z pełnoletnimi?
- Moja dziwka doskonale o tym wie – Orochimaru uniósł brwi. - Masz mi jeszcze coś do powiedzenia, chłopczyku? Bo jeśli nie, to spierdalaj stąd, zanim KTOŚ zadzwoni na suki.
- Dzwoń gdzie chcesz, gadzie – Pain wzruszył ramionami, z pozoru obojętnie, ale nie mógł ukryć złośliwego uśmieszku. - Jeśli nie przeszkadza ci, że KTOŚ zrobi jesień średniowiecza z dupy twojej dziwki...
Itachi nie zdążył zarejestrować, który z nich rzucił się na drugiego, bo Orochimaru odepchnął go od siebie, tak że chłopak upadł na chodnik. Boleśnie uderzył się w skroń, przed oczami aż mu pociemniało. Kiedy udało mu się z trudem unieść głowę, zobaczył jak goth kopie rudego z półobrotu, prosto w klatkę piersiową. Panczur upadł do tyłu... Itachi poczuł jak wszystko wokół niego wiruje... Zanim odpłynął w nicość, usłyszał jeszcze słowa Orochimaru, najpewniej skierowane do Paina:
- Jeśli skrzywdzisz kogoś, kogo kocham, szmato, zabiję cię. Bo ja jestem jedyną osobą, która może krzywdzić ludzi, których kocham, zapamiętaj to sobie.
**
„Za pierwszym razem ucierpiały oczy,
Chociaż uszy i nos też musiały wiele znieść.
Za pierwszym razem, kiedy opadało ostrze
Nie mogłem patrzeć i nie czułem się dobrze.”
**
- Itachi! Itaaachiii!
Zamrugał. Wokół było tak biało... Czyżby trafił do nieba? Nie, to na pewno nie to. Nigdy nie miał jakiegoś konkretnego wyobrażenia o niebie, ale jednego był pewien: nie śmierdziało w nim szpitalem.
- Itaaaaachiiiii!
- Sasuke... - wymamrotał, uchylając oczy.
Poczuł, jak coś małego i ciepłego mocno się do niego przytula. Jęknął z bólu, ale również uściskał swojego braciszka. W sumie... Potrzebował kogoś, kto okaże mu trochę ciepła. Wpił palce w jego miękkie, czarne włosy i przez moment kołysał go w objęciach.
- Dlaczego przyszedłeś tu sam, Sasuke? - spytał, odsuwając go od siebie ostrożnie.
Sasuke patrzył na niego przez moment, w jego czarnych oczętach gromadziły się łzy. A potem się rozpłakał.
- Sasuke... - Itachi przytulił go do siebie. - Coś się stało?
Poczuł nagłe, gwałtowne ukłucie niepokoju.
- Tata powiedział, że... - chłopiec wziął głęboki wdech, próbując powstrzymać szloch. - Że nas zhań... Bi... Że przyniosłeś wstyd naszej rodzinie! - nie powstrzymywał się dłużej i załkał, cichutko i żałośnie: - I że nie masz po co wracać do domu, bo on cię z niego wyrzuuuu-caaa!
Itachi zacisnął powieki, czując, jak serce obija mu się o żebra. Ojciec wyrzucił go z domu. Trudno było mu w to uwierzyć, chociaż... To było takie podobne do jego starego. Może po prostu powiedział w gniewie parę słów za dużo, a Sasuke niepotrzebnie wziął to na poważnie...
- Itachi? - jego braciszek obtarł łzy z policzków.
- Tak, kochanie?
- Itachi... - chłopiec nachylił się tak, że ich policzki zetknęły się ze sobą. - Wiesz, ja nadal cię kocham, chociaż tata powiedział, że mi nie wolno...
„Tak ci powiedział? A to stary skurwiel...”
- Ja też cię kocham, mały – mruknął Itachi.
Drzwi na oddział otworzyły się i do pomieszczenia weszły dwie kobiety: pierwszą z nich była niezbyt wysoka, ale dobrze zbudowana pielęgniarka, drugą – matka chłopców.
- Cześć, mamo – powiedział cicho Itachi.
Matka nawet na niego nie spojrzała. Na pewno starała się wyglądać obojętnie, ale w jej oczach malowało się ogromne, ogromne cierpienie.
- Sasuke, ojciec zabronił ci tu przychodzić – powiedziała chłodno. - Idziemy do domu.
- Ale ja nie chcę! - Sasuke buntowniczo skrzyżował ręce. - Ja chcę zostać z Itachim, przecież on jest tutaj zupełnie sam! - broda zaczęła mu drżeć.
- Powinieneś słuchać ojca! - zawołała matka.
Chciała zapewne, by zabrzmiało to groźnie, ale głos się jej załamał. Wzięła Sasukę za rękę i pociągnęła go do wyjścia. Kiedy już oboje byli na korytarzu, Itachi usłyszał jej płacz.
Siedział na łóżku, kołysząc się w przód i w tył. Cały czas nachodziło go jedno, ale bardzo złożone pytanie: DLACZEGO? Dlaczego to się stało, dlaczego Pain mu to zrobił, dlaczego nie udało mu się przed nim obronić, dlaczego ojciec wyrzucił go z domu, dlaczego zabronił Sasuke się z nim widywać, dlaczego nawet jego matka nie chciała z nim rozmawiać... To było dla niego najbardziej bolesne i niewiarygodne.
Spojrzał w stronę pielęgniarki przygotowującej leki. Wydawała się być całkiem sympatyczna, miała miłą twarz i duże, srebrzyste oczy, w których malowała się troska o pacjentów. Z identyfikatora przypiętego na obfitych, ale starannie zakrytych piersiach wynikało, że nazywała się Hinata Hyuuga.
- Przepraszam... - wymamrotał. - Mam pytanie.
Dziewczyna odwróciła się, wyraźnie zaskoczona.
- Czy... Czy ta kobieta, która wyszła... - może nie brzmiało to zbyt inteligentnie, ale był w zbyt wielkim szoku, żeby powiedzieć cokolwiek składniejszego. - Czy ona przychodziła tu już wcześniej?
Pielęgniarka spuściła wzrok, wyraźnie zatroskana.
- Nie przychodziła tu odkąd dowiedziała się, co ci się stało – odpowiedziała cicho.
Sięgnęła po tackę z jakimiś lekami, postawiła ją na szafce obok jego łóżka. Pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Na studiach mówili, że w tym zawodzie można zobaczyć wiele okropnych rzeczy, ale nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zobaczę rodziców wyrzekających się swojego dziecka tylko dlatego, że ktoś je skrzywdził – mruknęła pod nosem.
Najwyraźniej mówiła bardziej do siebie, niż do niego, bo kiedy uświadomiła sobie, że chłopak jej słucha, wzdrygnęła się i powiedziała nieco nienaturalnym głosem:
- Proszę, wypij to. Będzie ci lżej.
Sięgnęła po stojącą na tacy szklankę i podała mu ją. Itachi wziął naczynie w dłonie i wypił jego zawartość jednym łykiem. Od razu poczuł, jak ogarnia go niezdrowa, nienaturalna senność. Opadł na łóżko i natychmiast usnął, śniąc chore, bolesne sny.
**
Szedł ulicą, czując, jak ogarnia go poczucie beznadziejności. Po wyjściu ze szpitala nie miał dokąd pójść. Ojciec zabrał mu pieniądze, które miał wtedy przy sobie, ale i tak nie starczyłoby mu ich nawet na jedną noc w najtańszym hotelu. Zabrał mu też telefon... Chociaż Itachi i tak nie miał do kogo zadzwonić. Pomyślał, że mógłby poprosić o pomoc któregoś ze swoich kumpli... Może mógłby zamelinować się u jednego z nich, dopóki nie wymyśli czegoś lepszego...
Spojrzał na tablicę z nazwą ulicy... Hidan mieszkał dwie przecznice dalej. Bez większej nadziei udał się w stronę jego blokowiska. Kiedy dotarł na miejsce, nacisnął numer jego mieszkania na domofonie. Rozległ się sygnał, po którym usłyszał głos kumpla:
- Tak?
- Hidan? Wpuścisz mnie?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
- Eee... Gdyby to ode mnie zależało, to bym cię wpuścił, Itachi. Ale za bardzo lubię swój tyłek, żeby podpadać Painowi. Przepraszam.
- Co? Hidan, proszę...
Rozległo się kliknięcie, wskazujące , że rozmówca się rozłączył. Itachi stał przed klatką jeszcze przez moment, zszokowany egoizmem Hidana, a potem powoli ruszył w stronę osiedlowego placu zabaw. Ponoć włóczęgom zdarzało się całkiem wygodnie sypiać na zjeżdżalniach... Ale tu nawet takiej nie było. Ławki też nie mogły służyć za łóżko komuś, kto miał metr siedemdziesiąt wzrostu. Położył się więc na drewnianym brzegu piaskownicy, prawdopodobnie częściej używanej przez psy i koty niż przez dzieci. Spojrzał w niebo. Było mu zimno, jednym cieplejszym okryciem, jakie miał, była flanelowa koszula... Papę zostawił u Paina... Nagle wspomnienie tego, co zrobił mu były chłopak zabolało go potwornie. Zacisnął powieki. Nie przypuszczał, żeby udało mu się zasnąć przy takim chłodzie, ale uznał, że powinien spróbować.
Nagle usłyszał potwornie znajomy głos:
- Witaj, Itachi.
Odwrócił się i omal nie spadł z brzegu piaskownicy. Na prostopadłej desce siedział Pain. Itachi zerwał się na równe nogi, odsunął się.
- Dlaczego nie dasz mi spokoju? - jęknął rozpaczliwie.
Rudy uśmiechnął się okrutnie.
- Bo jesteś moją dziwką.
Wstał i podszedł do niego.
- Z czasem na pewno ci się to spodoba, Itachi – mocno złapał go za ramiona, a w jego oczach było coś mocarnego i władczego, co nie pozwoliło chłopakowi się wyrwać. - Będziesz miał dach nad głową, pełny żołądek... No, i twój mały braciszek będzie całkowicie bezpieczny.
Oczy Itachiego rozszerzyły się.
- Nie skrzywdzisz Sasuke, skurwielu! - wycharczał, a jego głos był nienaturalnie wysoki i ochrypły.
- Oczywiście, że go nie skrzywdzę – Pain przybliżył swoją twarz do jego twarzy. - Bo zgodzisz się być moją dziwką, Itachi.
**
To wszystko wydawało się być takie... Dziwne, takie... Surrealistyczne. Kiedy tylko wszedł do mieszkania Paina, przypomniało mu się najpierw, jak okrutnie potraktował go ten skurwysyn, ale potem... Potem spojrzał na niego i przypomniał sobie, jak razem siedzieli w tym mieszkaniu, jak razem śmiali się z głupawych dowcipów, jak doszukiwali się homoseksualnych podtekstów w piosenkach Dezertera, jak pili za pamięć Skandala, jak się czule całowali... Itachi przez moment nie mógł uwierzyć, że to na pewno jest ta sama osoba, ten skurwiel, który go zgwałcił, który groził, że skrzywdzi jego brata, i Pain, tamten Pain, który był dla niego taki dobry i kochany...
- Zostawiłeś u mnie swoją kurtkę, skarbie – powiedział rudy z tą samą nieszczerą czułością, którą okazywał mu, zanim go wykorzystał.
- Mhm... - mruknął Itachi.
Nie zamierzał odzywać się do niego częściej, niż to konieczne. Miał nadzieję, że dawanie mu dupy wystarczy, żeby ochronić Sasuke.
Pain obrócił go przodem do siebie i pocałował namiętnie, prawie że delikatnie, skrobiąc jego podniebienie kolczykiem w języku. Kiedy oderwał się od niego, przytulił go czule, głaszcząc go po karku.
- Mój śliczny Itachi – zamruczał, ściągając mu gumkę z kucyka. - Jak się cieszę, że zgodziłeś mi się oddać.
Pociągnął go do sypialni, popchnął na łóżko, usiadł na nim okrakiem. Zaczął owijać sobie jego włosy wokół palców.
„Przynajmniej to samo nie spotka Sasuke...”, pomyślał Itachi, ale kiedy Pain zaczął jeździć językiem po jego szyi, nie mógł powstrzymać się od jęku rozkoszy.
- Podoba się, kochanie? - zachichotał rudy.
Wsunął mu dłonie pod koszulkę, głaszcząc go przez moment po wystających żebrach, a potem ściągnął mu ją przez głowę, czochrając jego rozpuszczone włosy.
- Śliczny jesteś, Itachi... - wyszeptał, przesuwając usta coraz niżej, aż dotarł do paska spodni, które zaraz wylądowały na podłodze. - Och taaaak, Itachi, jesteś wyjątkowo śliczny.
Usiadł na brzegu łóżka i również się rozebrał. Itachi spojrzał na niego spod długich, gęstych rzęs. Kiedyś Pain wydawał mu się niesamowicie przystojny, teraz nie mógł na niego patrzeć... Chociaż, kiedy zmusił się, żeby na niego zerknąć... Taak, rudy nadal był strasznie pociągający. Miał takie szczupłe, muskularne ramiona... A jego włosy, błyszczące od cukru w świetle latarni, wpadającym przez uchylone okno... Nie było widać ich intensywnego koloru, ale Itachi i tak nie mógł stłumić westchnienia. Pain usłyszał to. Odwrócił się do niego przodem, uśmiechnął się miło. Położył się na nim, a Itachi pocałował go w usta. Rudowłosy punk zaczął oddawać mu pocałunki, namiętnie, ale czule i delikatnie. Po chwili chłopak poczuł go w sobie, ale to go nie bolało, Pain wchodził w niego głęboko i zdecydowanie, ale ostrożnie, sprawiając mu tym przyjemność, nie cierpienie. Itachi miał wrażenie, że to, co się wydarzyło, było tylko złym snem albo koszmarną wizją, że to ich pierwsza noc po koncercie Dezertera, że Pain był tak kochający i taktowny, że on nie musiał mu odmawiać...
Jęknął długo, przeciągle, kiedy kochanek uniósł jego biodra, by móc wejść w niego głębiej.
- Pain... - westchnął, opierając dłonie na jego plecach. - Kocham cię, naprawdę cię kocham...
- Nie bądź idiotą, Itachi! - wymamrotał Pain.
A potem go pocałował, głęboko i słodko, tak że Itachiego znów zalała fala uległości, nie pozwalająca mu na nic innego poza byciem z tym cholernym skurwielem, którego tak strasznie kochał... Pain rozchylił jego nogi, pchnął go z całych sił, a wtedy Itachi poczuł, że na ułamek sekundy stali się jednością...
A potem cały urok prysł. Rudy zszedł z niego, obtarł uda ze spermy, założył bokserki i koszulkę. Usiadł na łóżku i zapalił śmierdzącego papierocha.
- Podobało ci się bycie moją dziwką, Itachi? - spytał.
Chłopak poczuł potworne ukłucie żalu. Jak mógł być tak naiwny, żeby myśleć, że między nimi będzie tak, jak kiedyś? Jak mógł być tak głupim idiotą, żeby ubzdurać sobie, że to się nie wydarzyło? Nadal miał bliznę na ręce, po tym, jak upadł na potłuczoną szybę... Której teraz już nie było w drzwiach sypialni rudego...
Pain uderzył go w ramię, całkiem mocno.
- Pytałem, czy podobało ci się bycie moją dziwką! - warknął.
- Nie – odpowiedział lodowato Itachi. - Chociaż przyznaję, że uprawianie z tobą seksu było wcale przyjemne.
Usiadł obok niego, starł nasienie z brzucha. Sięgnął po spodnie.
- Jesteś taki żałosny, Itachi – Pain wypuścił kłąb dymu z ust. - Taki mały, głupi idealista. Chciałbyś pewnie, żebym był dla ciebie przez cały czas miły i kochany, a nie chciałbyś dawać mi nic w zamian. Chciałbyś, żebym brał cię tylko wtedy, kiedy sobie tego zażyczysz, a najlepiej żebyśmy do usranej śmierci tylko się całowali i przytulali - odpalił jednego fajka od drugiego. - Ale przykro mi, Itachi, ja też mam swoje potrzeby, które są dla mnie najważniejsze. A ty, Itachi, wierzysz w miłość, zgadłem?
Chłopak wstał, naciągnął spodnie na tyłek.
- Wierzyłem, dopóki nie dowiedziałem się od ciebie, że jestem kurwą! - podniósł z podłogi koszulkę i wyszedł do przedpokoju.
Ubrał się, usiadł po turecku na podłodze. Upodlenie piekło go boleśnie, i kiedy już przypomniał sobie, że przecież nie pozwolił na to bez powodu, że zrobił to dla Sasuke, zobaczył Paina opierającego się o futrynę.
- Żeby pokazać ci, jak ogromnym zerem stałeś się, kiedy mi odmówiłeś – zaciągnął się głęboko Vice Royem. - I tak przelecę twojego braciszka. Ciekawe, czy wasz uroczy tatuś jego też wyrzuci z domu?
Itachi chciał się podnieść, ale poczucie beznadziei powaliło go na kolana.
- Nie zrobisz tego! - jęknął. - Pain, błagam cię...
Pain wypuścił dym nosem.
- Zrobię to – stwierdził. - Ale nie martw się, słoneczko. Kiedy już tatuś wyrzuci go na ulicę, jemu też pozwolę zostać moją dziwką. Będę miał dwóch ślicznych braci w mojej kolekcji dziwek.
Odwrócił się tyłem, wszedł do pokoju. Zamknął drzwi, chociaż nie miało to większego sensu, ponieważ nie było w nich szyby.
- Ten jebany skurwiel Orochimaru miał jednak rację, im młodszy towar, tym lepiej smakuje – mruknął, kładąc się na łóżku.
Orochimaru...
„Jeśli skrzywdzisz kogoś, kogo kocham, szmato, zabiję cię.”
Itachi wstał z trudem i przeszedł do kuchni.
- Itachi, dziwko, co ty tam odpierdalasz?
Na ścianie wisiał nóż myśliwski. Nie wyglądał na atrapę.
- Gdzie polazłeś, kurwo? Wracaj tu...
Stanął na palcach, żeby go zdjąć. Drzwi od sypialni zaskrzypiały, Pain wyszedł do przedpokoju. Itachi złapał za kościaną rękojeść.
- Co ty odpierdalasz, kurwo?
Ostrze wbiło się w pierś rudzielca aż po jelec, raz, drugi i trzeci. Pain nie krzyknął, rozchylił tylko usta, jakby się zdziwił. Popłynął z nich strumień krwi.
- Nie dotkniesz Sasuke, gnido – wydyszał Itachi, cały zbryzgany jego posoką.
Pain upadł na podłogę, drżąc w agonii. Chłopak przekroczył jego martwe ciało, poszedł do pokoju po swoje glany. Założył je, potem ubrał się w kurtkę i wyszedł na dwór.
Był chłodny wieczór, ale jemu było gorąco. Nie miał wyrzutów sumienia, przeciwnie, był z siebie dumny. Nie uważał tego, co zrobił, za zemstę, po prostu wiedział, że uchronił Sasuke przed krzywdą.
Szedł ulicą, a wiatr wył i gwizdał, i osuszał krew Paina, która spływała Itachimu po nogawkach spodni.

„W rzeźni, jak to w rzeźni
Czas wątpliwości szybko mija
Nie ma miejsca na myślenie
Bo tu się nie myśli, tylko zabija!”

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2567
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 25 mar 2011, 14:15

Moje pierwsze zastrzeżenie: dlaczego to jest fanfik do "Naruto"? Przecież to z "Naturo" nie ma nic wspólnego. Fakt, postacie nazywają się tak samo, ale po co? Gdybyś nazwała je Krzysztof, Tomek i Stefan to właściwie miałoby więcej sensu skoro akcja dzieje się w Polsce. Serio, to jest materiał na opowiadanie, a nie na fanfika. W ten sposób trafiłabyś to szerszej publiczności i to wszystko lepiej by się czytało. Drugie zastrzeżenie: język. Nie zrozum mnie źle, dialogi są super i w sumie opisy też by był super, gdyby... TO BYŁO NAPISANE W PIERWSZEJ OSOBIE! Zgadza się, wtedy użycie tych wszystkich wulgaryzmów byłoby uzasadnione, ba, znakomicie oddawałyby charakter narratora. Ale w trzecioosobowej narracji to po prostu razi. Szkoda, zarżnęłaś potencjalnie dobre opowiadanie. Uwielbiam czytać o takich wykolejeńcach, uwielbiam takie klimaty, ale pod warunkiem, że wykonanie jest dobre. Naprawdę, własne postacie i narracja pierwszoosobowa wystarczyłyby, żeby uczynić z tego tekstu coś, czego chce się więcej.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Naruto”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość