Dwie Twarze

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Dwie Twarze

Postautor: Bocik » 25 sie 2015, 23:08

Tytuł: Dwie Twarze
Kategoria: 16+
Gatunek: Fantasy
Opis: Historia wymyślona jakieś dwa lata temu, ale dopiero niedawno złapało mnie coś, by przelać to na komputer. Minimalnie spojlerując, powstała ona przez motyw "nieokiełznanej mocy", który mnie tak bardzo jara, że w końcu wymyśliłem coś, co idealnie się pod to podpasuje. Ale dość tego - sprawdźcie sami. Btw, bez żadnej fałszywej skromności, że to, jak dotąd, mój najlepszy twór. Moja perełka!
Ostrzeżenia: Jak coś będzie, to dopisze. W planach tylko krew, ale zobaczymy.
Status: A no jeszcze nie odpuściłem.


To jasne, mam czarne myśli.
Śni mi się że ktoś krzyczy, gdy reszta milczy.
52 Dębiec - Być

Rozdział I: Marzenie


Słońce zniknęło z horyzontu dobrych kilka godzin temu, a Evan nadal obserwował gwiazdy, dumając nad… Wszystkim. To zabawne, bo choć codziennie takim sposobem rozkładał przeszłość na czynniki pierwsze, następnego dnia robił to znów i znów, powoli popadając w rutynę. Co lepsze, wcale na to nie narzekał, a wręcz przeciwnie, bo za każdym razem od nowa mógł śmiać się z jakiegoś smaczka, który go w życiu spotkał.

A życia nie miał lekkiego. Jego matka umarła przy porodzie, zostawiając po sobie tylko i wyłącznie niemowlę, którego sumienie Evana nie pozwalało porzucić - tego właśnie dnia zaczął się koszmar życia ośmiolatka i kilkuminutowej dziewczynki. Kiedy jeszcze jego matka była razem z nim, wszystko było dobrze - co prawda mieszkali na ulicy, ale zaradność tej kobiety nigdy nie pozwoliła mu zaznać głodu. Dopiero kiedy został sam z niemowlęciem, zobaczył, jak mądrą kobietą była.

Od tego czasu minęło już dziesięć lat, a on nadal sobie nie radził. Nie liczył nawet, że będzie żył jak przeciętny obywatel Nowej Soranny, ale liczył chociaż na... Schronienie? Pracę? A jednak jego życie przez ten cały okres jakby stało w miejscu. Zawsze, będąc o krok od śmierci głodowej, cudem udało mu się złapać jakąś robótkę lub znaleźć pod podłogą karczmy kilka miedziaków. Wydawałoby się, że życie lubi się nad nim znęcać.

Z bezdennego odmętu nieszczęść, na jakie skazało go przeznaczenie, znalazł jednak kogoś, kto potrafił tą dziurę zapełnić - Lily. Wiadomym jest, że kiedy spędzi się z kimś dziesięć lat, dwanaście miesięcy w roku, cztery tygodnie w miesiącu i tak dalej, nieuniknione jest wzajemne przywiązane… Ale kiedy te dziesięć lat to prawdziwa walka o przetrwanie, to nie jest zwykła więź, a uzależnienie od drugiej osoby, dzielenie z nią duszy, najzacniejsza forma miłości. Siostrzano-braterskiej miłości, oczywiście.


Spojrzał w kierunku słodko drzemiącej Lily. Gdyby tylko mógł jakoś poukładać ich życie, dać jej odrobinę z normalnego życia, takiego, na jakie zasługiwała. A zasługiwała na wspaniałe życie - miała ogromne serduszko, choć umieszczone w tak małym ciele. Czasami to właśnie Evan uczył się od niej, jak powinien zachować się prawy człowiek, co jest humanitarne, a co nie, co powinien robić, a czego nigdy nie próbować. Tak w sumie to tylko dzięki niej potrafił jeszcze czerpać radość z życia.


Uśmiechnął się, widząc jak dziewczyna bezskutecznie próbuje powstrzymać długą grzywkę przed łaskotaniem twarzy. Oczywiście, była mądrą dziewczynką, ale jak każda dziewczynka, miała swoje upodobania i zachcianki - jedną z nich była okropnie długa grzywka, na której ścięcie dotąd nie dała się namówić. Chciałaś, to masz.


Chłopak przekrzywił lekko głowę i spojrzał z ukosa na Lily. No tak, grzywka zdecydowanie jej pasowała. Szkoda tylko, że na ulicy nie ma chłopców, za którymi chciałabyś uganiać.


W końcu Evan zaczął odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, które uznał za dar od niebios. Dziewczyna pewnie obudzi go z samego rana, więc każda minuta była dla niego na wagę złota. Dochodząc do wniosku, że tej nocy namyślił się wystarczająco, położył się na boku, gotowy do snu.


- Evan… Śpisz? - wyszeptała do brata dziewczyna, obudzona przez dotyk własnego włosia. Jedynym, co jej odpowiedziało, było ciche chrapanie Evana.

***

- Sytuacja jest naprawdę nieprzyjemna, nawet karawany z okolicznych miast i wsi nie są już w stanie... - ciągnął nasuwanie swoich myśli generał Einzaff. Wielki, przysadzisty mężczyzna był legendą wśród larissyjczyków, osławiony dzięki doskonałemu zmysłowi taktycznemu, rozległej wiedzy o historii wojen i, oczywiście, dzięki instynktowi. Tak naprawdę bardzo długo był tylko podrzędnym dowódcą, do czasu kiedy został wysłany z samobójczą misją, z której wyszedł zwycięsko. Zdesperowany król, widząc, jak bardzo przegrywa wojnę, próbował odwrócić uwagę cansadończyków, atakując jeden z dwóch zamków granicznych. Cały plan polegał na tym, by zdobyć jeden z nich, w tym przypadku Kanns, próbując wmówić przeciwnikowi, że tak naprawdę chodzi im o drugi bastion, Miranę. Łańcuch górski był na tyle rozległy i niebezpieczny, że nie dało się przekroczyć granicy bez odwiedzenia jednej z fortec, więc były to praktycznie najważniejsze punkty strategiczne. Ku zdziwieniu wszystkich, zamiast gońca z informacją o śmierci Einzaffa i całego jego batalionu, króla odwiedził on sam, przynosząc informacje o zwycięstwie w Miranie. Nie minął dzień, a już powstały ballady o bitwie dwustu larissańskich piechurów, bez pomocy machin wojennych, z tysięczną armią, ukrytą za dwumetrowymi kamiennymi murami, z której to z życiem uszło prawie tuzin, z Einzaffem na czele.
- A Jervin? Wiadomym jest, że niziołki mają od dawna na pieńku z Cansadonią, więc nasza wojna jest dla nich jak znalazł - przerwał mu Rins, królewski dyplomata. Dla większości było to tajemnicą, ale nie specjalizował się on tylko w pisaniu ustaw pokojowych, bo potrafił i zaplanować przebieg wojny, a jego radę Einzaff bardzo sobie cenił. Odkąd to w jego rękach spoczął los wojsk Larissy, nie planował nic bez wcześniejszego zapytania Rinsa.
- Nie… - Einzaff w zadumie drapał się po brodzie, rozmyślając nad możliwymi skutkami ich decyzji - jeśli plotki o sojuszu Cansadonii i Klanów Krasnoludzkich są prawdziwe, niziołki na pewno nam nie pomogą, a możliwe nawet, że obrócą się przeciw nam.
- Gadanie! - machnął ręką król Harlun, trzeci i ostatni uczestnik spotkania, podczas gdy dwaj pozostali w wyobraźni przewracali oczami. Choć nie mówili tego na głos, obaj uważali, że dziedziczenie tronu ma tyle sensu, co żniwa podczas zimy. Jedyne, co Harlun miał w sobie królewskiego to krew, umiejętność wydawania ogromnej ilości pieniędzy i pociąg do zdradzania żony. Einzaff, któremu od dziecka wpajano lojalność wobec króla, ograniczał się tylko do modłów o rozum dla Harluna - prędzej zabiłby się, niż powiedział złe słowo na swego króla. Jednak Rins niejednego zakrapianego alkoholem wieczoru myślał, jak możnaby pozwolić zasiąść na tronie komuś rozsądniejszemu - plotki i tyle!
- Musimy wziąć pod uwagę każdą możliwość, wasza wysokość - zwrócił się Einzaff bezpośrednio do władcy, choć ta informacja przeznaczona była głównie dla Rinsa, który tylko kiwał głową z zastanowieniem - aby zminimalizować straty.
- Może najemnicy? - od niechcenia narzucił pomysł Rins, traktując go na poważnie zaledwie w połowie, choć doprowadził on Einzaffa do stanu jeszcze większego skupienia. Może ten pomysł wcale nie był taki głupi?
- Tfu - splunął na podłogę władca, słysząc wzmiankę o “płatnej armii” - nigdy nie będą walczyć po mojej stronie!
- Ale panie, to może…
- Nie! - przerwał marszałkowi król, jasno pokazując, kto dzierży władzę - Nigdy!

***

- Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Siedział na ławeczce, pogryzając len...
Evan przewrócił oczami, znów słysząc to samą przyśpiewkę, która dręczyła go przez ostatni tydzień codziennie.
- Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Myślał, że zobaczył smoka, a to tylko sen…
Te teksty mają coraz mniej sensu, pomyślał sobie chłopak, słysząc nowy wers ułożony przez siostrę.
- Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Hmmm… Eee… Evan?
- Nie.
- Nawet nie wiesz, o co chciałam zapytać!
- Zgaduję, że moja odpowiedź będzie tak brzmiała: nie.
Dziewczyna pogrążyła się na chwilę w zadumie, ale wbrew pozorom nie była to oznaka poddania się.
- Odpowiedź nie może brzmieć “nie”.
- Więc tak.
- “Tak” też nie - nie dawała za wygraną Lily.
- Więc nie wiem! Ha! - zatryumfował chłopak, a dziewczyna w odpowiedzi puknęła się w czoło.
- Chciałam zapytać, jaki jest rym do “sen”.
Evan popatrzył w niebo, szukając inspiracji. Nie minęła chwila, a już zaczął wymieniać, co mu przyszło do głowy.
- Tren, cen, gen, hen…
- Stój! - przerwała mu siostra, nim zdążył do końca się wykazać - To się nada w sam raz! Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Nim się zorientował, smok odleciał hen! - dziewczyna klasnęła w dłonie, zadowolona ze świeżo powstałego tworu jej autorstwa, a przynajmniej w połowie.
- W nagrodę mogę dostać odrobinę spokoju? - zapytał z nadzieją w głosie, chociaż przewidział reakcję Lily.
- Phi - wzdychnęła z teatralną pogardą i kontynuowała układanie przyśpiewek - Oto chłopczyk ten…
Choć jej brak posłuszeństwa był z pewnością irytujący, wywołał na twarzy Evana uśmiech. Kiedy dziewczyna tylko przekonała się, że gra na nerwach bratu, zaczęła recytować głośniej, szybciej i więcej, rzadko robiąc przerwy na złapanie oddechu. Doskonale wiedziała, że jedynym efektem będzie poprawienie nastroju obydwojga.


Po długiej, podsyconej piosenką, w której zaczął uczestniczyć nawet Evan, wędrówce, doszli do miejskiego targowiska. Chłopak z uśmiechem spojrzał na to tętniące życiem miejsce. Na jednym ze straganów dojrzał jubilera, tutejszego mistrza obracania kota ogonem, który bez większego problemu sprzedał miedziany pierścień z niebieskim kamieniem, który uporczywie nazywał “szafirem” starszej kobiecie w dostojnych ubraniach. Błyskotka kosztowała ją prawie dwieście razy więcej, niż koszt materiału na jej produkcję.


Tuż obok przekrzykiwali się rybacy, rozprawiając na temat jakości i ilości połowu, cenie ryb czy poziomu zasolenia wód i innych rzeczach, o których Evan nie miał zielonego pojęcia. Jeszcze dalej jeden z kowali przyjął dumną postawę i krzyżując ręce na piersiach, stał obok wystawy z orężem wszelkiego rodzaju, od zwykłych noży kuchennych czy sztyletów po ogromne halabardy, piki i dziryty. Nie zabrakło także pancerzy, wyszorowanych na błysk. Wśród kilku egzemplarzy kolczug i zbroi łuskowych, w centrum prezentowała się wspaniała płytowa zbroja, która, jak było widać od razu, była perełką wśród prac kowala.


- Proszę, jaka śliczna mała dziewczynka! Mam tutaj piękne kwiaty dla pięknych dam - zaczepił ich sprzedawca kwiatów, uśmiechnięty od ucha do ucha - zaledwie cztery miedziaki za różę, która zapewne świetnie by się wkomponowała w tą długą, anielską grzywę!
Evan tylko odwzajemnił uśmiech i pokręcił głową, zasmucony faktem, że nie może nawet pozwolić sobie na taki skromny prezencik dla Lily. Ta jednak, w ogóle nie zrażona tym faktem, wystawiła język handlarzowi i przyśpieszyła kroku, chichotając pod nosem.
- Anielska ma grzywa nie potrzebuje jakichś badziewi, żeby lśnić - wypowiedziała z zadowoleniem i zarzuciła włosami, po czym zaczęła chichotać jeszcze głośniej.
- Ma grzywa już powoli zaczyna doganiać twoją - stwierdził Evan, wcale nie żartując. Jego włosy nie ścinane od miesięcy powoli zaczęły sięgać ramion, a zatłuszczone były tak, że ich naturalny, bladoszary kolor zmienił się w, jak to nazywała Lily, “czarny jak śmierć”. Chłopak uznał, że ciemniejszy odcień istnieć nie może.
- Więc dzisiaj zrobimy ci strzyżenie! - krzyknęła z zadowoleniem, wyobrażając sobie, jaką kreatywną stylizację zafunduje bratu.
- Chyba jestem do tego zmuszony...
Dziewczyna już miała mu wytknąć, jak zaszczycony powinien się czuć, mogąc być jej klientem, kiedy jej uwagę przyciągnął mówca, stojący na podwyższeniu i krzyczący do otaczającego go tłumu.
- Tego wieczoru, na placu świątynnym, nadejdzie okazja, by prosty chłop czy nawet szlachetny książe mógł przypomnieć sobie historię powstania naszego wspaniałego królestwa! Duet najlepszych z najlepszych, asów larissańskiej poezji, władców słów i nut, poskramiaczy piór...
Szturchnęła brata, wskazując palcem mówcę. Ten, przez moment zaciekawiony, szybko zniechęcił się, słysząc powód całego zebrania.
- ... Morgli Złote Pióro oraz Kyro Czarny Kruk, tylko dzisiaj, właśnie tutaj, w Nowej Sorannie!
- Pójdziemy? - zapytała Lily. Sprytnie wychwytując jego reakcję, postanowiła od razu użyć swoich najlepszych zdolności perswazyjnych - podnosząc powieki najwyżej jak była w stanie, nie bez trudu wywołała efekt szklanych oczu. Długo to ćwiczyła.
- Bogowie, przecież to dno… A połowa z tych historii to nieprawda, a oni tylko liczą na pieniądze… - w odpowiedzi dostał tylko błagalny wzrok siostry.
- Proszę...
W końcu udało jej się wywołać małą łezkę, która przechyliła szalę zwycięstwa na jej stronę. Evan, widząc, jak bardzo się stara, podniósł ręce do góry w geście kapitulacji.
- Eh, niech stracę…
- Jeeej! - zachwyciła się Lily, jej niedawna maska zniknęła natychmiastowo, a jej miejsce zajął tradycyjny, nie znikający uśmieszek.

***

- Więc, jak szanowny pan sobie życzy?
- Zostawiam to twojej… Wyobraźni - Odpowiedział Evan i przełknął ślinę.
- Życzenie rozkazem - rzekła z uśmiechem Lily, ostrząc małą brzytwę o kawałek pordzewiałej rury. Regularny dźwięk metali podbudowywał atmosferę oczekiwania, dodając chłopakowi niepewności, a dziewczynce radości. Na zakończenie ostro szarpnęła ostrzem, które wydało charakterystyczny dźwięk. Dźwięk początku zabawy.
- Niech gra muzyka! - krzyknęła dziewczynka i zabrała się do pracy. Szybkie szarpnięcia brzytwą napędziły wyobraźnię Evana, który miał przed oczami wyimaginowane obrazy samego siebie za kilka minut. Nie posiadali zwierciadła, więc jedynym sposobem, by mógł dowiedzieć się jak wygląda, było spojrzenie w taflę wody, ale mógł sobie na to pozwolić po zakończeniu całej operacji. Jak mawiała to jego siostra “profesjonalisty nie można wybić z transu, by jego dzieła były perfekcyjne”. Mała diablica.
Z czasem, ogromne sterty włosów ścinane przez Lily zmieniły się w krótkie, półcentymetrowe odcinki, a Evan poczuł się spokojniej. Wiedział przynajmniej, a raczej miał większą pewność, że dziewczyna nie chce mu zrobić jakiegoś chorego żartu.
Ona jednak nie żartowała. Działała jak w transie, zapominając o otaczającej rzeczywistości. Fryzjerstwo było zajęciem, które, jak uważała, było jej przeznaczone. Żałowała, że Evan nie jest w stanie zobaczyć, jak bardzo jest utalentowana, bo bez żadnej fałszywej skromności o tym mówiła - ale jednak czym innym jest słyszeć, a czuć to samo. Przyłapywała się nawet na tym, że co jakiś czas zamykała oczy, dając odpocząć zmysłom i polegając tylko i wyłącznie na instynkcie.
- Skończyłam - rzekła w końcu dziewczynka i odłożyła brzytwę na bok. Stanęła przed Evanem, oparła ręce o biodra i zaczęła powoli kręcić głową, cmokając ustami - przeszłam samą siebie.
- Nie uwierzę, póki nie zobaczę - odpowiedział całkowicie szczerze Evan i ukląkł na brzegu rzeki. Choć woda nie była do końca czysta i lśniąca, dojrzał swoje odbicie.
No nieźle…
Nie był zawiedziony. Lily miała rację, nikt, kto było to zobaczył, nie mógłby rzec, że jest to robota dziesięcioletniej dziewczynki. Grzywkę usunęła całkowicie, zostawiając tylko jeden kosmyk po prawej stronie, który zgodnie z prawami fizyki, sam układał się w oczekiwanym miejscu, zawsze delikatnie muskając policzek. Całą część górną skróciła tak, by przypominała warstwę, nieważną, nienaruszalną. Za to z tyłu włosy zostawiła ciut dłuższe, sięgające niemal do do połowy długości szyi. A to wszystko zrobiła za pomocą tylko i wyłącznie wyszczerbionej brzytwy. To nie było dzieło amatora, ani profesjonalnego fryzjera. To było dzieło artysty.
- I jak, podoba się? - zapytała z niepewnością, choć oczekiwała, a nawet spodziewała się pochwały. Jeszcze nigdy nie była tak dumna z siebie jak teraz. Wiedziała, że Evan nie powie jej wprost, że jest wspaniale, tylko rzuci coś kąśliwego, typu “od biedy ujdzie”.
- Od biedy ujdzie - rzekł i zrobił skwaszoną minę, a dziewczynka pisnęła radośnie. To było coś lepszego niż pochwała.

***

- To jest nasza ostatnia szansa odwrotu…
- Nie.
- Błagam…
- Nie.
Dziewczyna była nieugięta. Za każdym razem, gdy tylko Evan zaczynał ją namawiać na rezygnację, ta tylko przyspieszała kroku. W Nowej Sorannie rzadko miały miejsce takie atrakcje, jak wieczorne opowieści i przyśpiewki. Do tego darmowe.
Oboje usadowili się z tyłu, aby tylko nie trafić w środek bójek, które, przy ilości obecnych tam beczek pełnych różnego rodzaju alkoholi, były zapewne nieuniknione.
Od razu widać było, że przyjezdni artyści zadbali o atmosferę. Zamiast wielkiego podwyższenia, tłumu tancerek i połykaczy mieczy, wszystko działo się przy wielkim ognisku, nadającym poważny klimat wśród otaczającego mroku nocy. Bard Kyro, znany ze swojej wszechstronności w używaniu instrumentów strunowych, miał tylko lutnię, którą właśnie nastrajał, starając się uzyskać idealne do dzisiejszego wystąpienia tony. Ubrany był w zwykłą bawełnianą szatę w ciemnych kolorach, noszoną przez biedniejszą część arystokracji, no i oczywiście trójkątny czepek z piórem - znak rozpoznawczy grajków.
Tuż obok siedział bajarz Morgli, trochę bardziej otyły i ubrany w bogatsze ubrania, jednak także w mrocznych kolorach. Z lekkim znudzeniem rozprawiał na jakiś temat z jednym ze swoich fanów, do czego doszedł Evan, kiedy zobaczył, jak ten wręcza mu kilka srebrnych monet, pod wpływem których uśmiech rozbłysnął od razu na twarzy artysty.
Ożywiony tłum ucichł nagle, kiedy bard zaczął grać. Każdy słuchacz, choćby to był jego pierwszy raz, od razy zauważyłby, że muzyka była tylko tłem dla opowieści. Brzdąkanie nut było tak ciche, że aż ledwo słyszalne, a jednak powodowało napięcie i gdzieś tam wpływało na nastrój słuchaczy. Pojedyncze, niskotonowe dźwięki wręcz mówiły, że nie będzie to wesoła ballada. Evan kątem oka zauważył, jak kilku przysadzistych mężczyzn, zapewne drwali, na moment odkłada kufle z piwem i wsłuchuje się w dźwięki lutni. Jedno delikatne szarpnięcie struną nie popędzało następnego - bard czekał, aż echo niosące się przez instrument ucichnie, i dopiero wtedy przechodził do następnej nuty. Po niecałych dwóch minutach, kiedy Kyro skończył powolne tempo utworu mocnym szarpnięciem struny, melodia stała się dynamiczniejsza. Narzucając prawidłowy rytm, mrugnął okiem do bajarza, dając znak.
- Mistrzyni miecza, królewna nieznana, choć wojowniczka, to piękna dama...

***

Parada, cięcie, parada. Parada, cięcie, parada. No jasne. Tak działa psychologia - przeceniła swojego przeciwnika. Wykonując szybkie piruety, uskoki i uniki, atakując z tej strony, jaką nakazała jej dziecinna wyliczanka, próbowała zmylić wroga, nie dać mu przewagi, jaką dawał mu egzotyczny, nieznany jej styl. Dopiero to do niej doszło - żadnego stylu, żadnego wzoru tam nie było. Uderzenia z zaskoczenia, cięcie z obrotu… To wszystko była improwizacja, a do tego nieudolna. Jedyną naprawdę godną podziwu umiejętnością, którą posiadał sławny, “najlepszy szermierz” w Khalinfurcie, było przerzucanie oręża z jednej ręki do drugiej, bez żadnego problemu, bezbłędnie.
Oczywiście miałoby to sens tylko wtedy, gdyby umiałby władać bronią lewą ręką tak dobrze jak prawą, ale tego mu akurat brakowało.

“Omamić się dała umysłowi swemu, oszukać myślom, nie wiedzieć czemu”

Kiedy doszło do niej, jak ogromną ma przewagę, rozluźniła się i przeszła do ofensywy. Całkiem zrezygnowała z parowania, tylko wysyłała cios za ciosem, zmuszając przeciwnika do stopniowego cofania się. Nie minęła chwila, a zauważyła na jego czole kropelki potu oraz naprężone mięśnie, na których widniało dwa razy więcej żył, niż przed chwilą.
Gdy tylko wypatrzyła moment, uderzyła. Ten jeden ułamek sekundy na szczęście jej wystarczył. Kiedy przerzucał broń z jednej dłoni do drugiej, wykonała błyskawiczne cięcie w jego udo, maksymalnie wykorzystując siłę bezwładności. Nie czekając, wymierzyła następny cios, pchnięcie wycelowane w serce przeciwnika.

“I wtem, jak wąż jadowity, uderzył, zdradził, strachem przepity”

Nic. Ostrze odbiło się od niego jak od kawałka metalu, nie pozostawiając na jego ciele ani śladu. Choć myśli krążyły po jej głowie szybko jak nigdy dotąd, nie zdążyła zareagować. Wiedziała, że za złamanie zasad pojedynku i tak nie ma on już prawa do tronu, jednak pojedynek musiał trwać. Jeśli ona zginie, królestwo ogarnie bezprawie, a to może okazać się jeszcze gorszym rozwiązaniem.
Całkowicie ignorowała buczenie widowni, oburzonej oszustwem Khalinfurczyka. Czuła tylko ból, okropny ból i ciepło szybko napływającej krwi, gdy jego ostrze wgłębiło się w jej bok.

“Bezduszne ślepia w nią wlepione, łaknące krwi, gniewem sycone”

Słyszała jego szept. Słyszała, chciała słyszeć, wiedziała, że popełnia błąd, i że to jej pomoże. Wsłuchiwała się dokładnie, poznając jego wersję przyszłości. Upadek królestwa, przejęcie ziemi przez Khalinfurt, gwałty i morderstwa. Jego prowokacja czyniła ją silniejszą.

“Wojowniczka harda jednak białej flagi nie znała, wciąż nieugięta, wciąż twarda jak skała”

Postawiła wszystko na jedną kartę. Kiedy jej przeciwnik, szydząc z niej i jej bezimiennej ojczyzny, zamachnął się do cięcia w jej szyję, ostatkiem sił wykonała piruet. Łamiąc jedną z najważniejszych zasad, jakiej ją uczono, nie nabierała rozpędu, nie zaatakowała po obrocie, tylko, licząc na swoją siłę, natychmiast zatopiła ostrze w jego brzuchu i wypuściła je z dłoni. Kiedy wykonywała piruet, trwający nie więcej niż sekundę, w duszy modliła się do bogów. Czas płynął nieubłaganie powoli, a jednak śmierć nie nadchodziła. Kiedy zatoczyła pełne koło, ujrzała zdziwioną twarz szermierza, nie wygiętą grymasem bólu. Nie ukazywała nic innego prócz zdziwienia, nawet, kiedy z hukiem uderzyła o piasek areny.

“Na łoże śmierci trafiając niespodziewanie, nie ona, lecz on, jak bezbronne łanię”

Udało się. Tym razem nie zdążył użyć magii czy innych sztuczek, znów wygrała. Słyszała tłum, skandujący jej imię.
- La-ri-ssa! La-ri-ssa!
Po raz pierwszy tego dnia uśmiech zawitał na jej twarzy. Upadła na ziemię, z powodu utraty krwi nie mogąc nic zrobić. Zaledwie kilka cali od niej leżał jej wróg, wielki szermierz z Khalinfurtu, z zastygłym, martwym spojrzeniem i rozszerzonymi ustami spoglądając na uśmiechniętą zwyciężczynię. Było to ostatnią rzeczą, jaką widziała, nim także odeszła w zaświaty.

“Tłum krzyczał, dumny z kobiety odzianej w szaty czarne, choć cała jej praca poszła na marne”

***

Przez kilka sekund ludzie czekali w ciszy, nadal pochłonięci opowieścią, aż jeden z nich zaczął bić brawo. Samemu się sobie dziwiąc, to właśnie Evan zaczął gromki aplauz, który nim minęła chwila zmienił się w dziki ryk, mieszaniny okrzyków podziwu, domagań bisu oraz płaczu kobiet. Po tej opowieści mieszkańcy Nowej Soranny nie szczędzili alkoholu, naraz otwierając wszystkie beczki i rozdając wszystkim sąsiadującym im osobom, przyjaciołom jak i kompletnie obcym ludziom. Kobiety łkały, co niektóre wtulone w swoich mężów, a samotne pogrążając się w smutku miedzy sobą nawzajem. Obaj artyści byli zajęci przyjmowaniem pogratulowań, jak i tych bardziej materialnych wyrazów podziwu. Evan już się szykował, by móc także uścisnąć dłoń jednego z nich, do których jak do tej pory był raczej sceptycznie nastawiony, kiedy poczuł, jak Lily szarpie go lekko za kurtkę.
- Ja chcę już iść - powiedziała do niego, ze spływającymi po policzkach łzami, tym razem wcale nie udawanymi. Ten mrugnął do niej porozumiewawczo, choć sam był jeszcze poruszony opowieścią. Oddalili się od tłumu, całą drogę powrotną milcząc, zbyt ogarnięci krążącymi po głowie myślami, choć całkiem odmiennymi.

***

- Zostawcie mnie, błagam - wyszeptała ledwie słyszalnie starsza kobieta, kiedy dwoje osobników ciągnęło ją przez pomieszczenie, jednak odpowiedziało jej, po raz kolejny, milczenie. Sądziła, że nie może być bardziej przerażona, dopóki nie rozejrzała się wokół.


Znajdowała się w wielkiej, prostokątnej sali. Od strony drzwi ciągnął się długi, czarny dywan, prowadzący wprost na… Ołtarz? Tak, była pewna, że był to ołtarz. Była też pewna, że wcale nie jest pomalowany czerwoną farbą. To nie jednak wystrój pomieszczenia ją tak przerażał, a długa, zapętlająca się litania, śpiewana przez ludzi, których mijała. Wszyscy identycznie ubrani, w długie, czarne szaty z założonymi na głowach kapturami, wręcz nie pozwalającymi określić płci. Z lękiem stwierdziła, że niektórzy spoglądają na nią z… Podnieceniem?

Czas mijał nieubłaganie powoli. Już bez cząstki nadziei w sercu, kobieta modliła się do bogów, prosząc o wybaczenie, licząc, że to jakiś żart, czy nawet nieporozumienie, że to ktoś inny zaraz trafi na jej miejsce. Przecież nie była złą osobą, wręcz przeciwnie - była uzdrowicielką, a w Nowej Sorannie było ich naprawdę niewiele. W całym swoim życiu ocaliła tuziny ludzi, po prostu nie zasługiwała na śmierć. Ale nie to się teraz dla niej liczyło - chciała, tylko, by to się stało szybko.

- Przyjmij, o pani, tę ofiarę.

Tylko tyle. Spodziewała się długiej modlitwy, niekończącego się kazania, ale to się stało szybciej, o wiele szybciej, możnaby wręcz rzec, że tak jak chciała. Mówca natychmiast zatopił ostrze w jej sercu, kończąc jej żywot natychmiast.


Jak znajdziecie coś, jakiś znak, którego "jak boga kocham" nie powinno tam być, gwiazdke, kwadrat czy tego typu rzeczy, które przeoczyłem dajcie znać, się skoryguje.
Ostatnio zmieniony 08 sty 2016, 23:37 przez Bocik, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Re: Dwie Twarze

Postautor: Bocik » 10 paź 2015, 20:51

Ten świat zwariował, mówię Ci bracie, to prawda,
kolejna dusza zaprzedana pożywką dla diabła.

Kali - Azymut

Rozdział II - Zdobycz


Potencjalny obserwator pomyślałby zapewne, że podczas całej drogi Evanowi i Lily towarzyszyła niezręczna cisza, ale to nieprawda. Rozmyślali oni po prostu nad usłyszaną opowieścią, oboje głęboko poruszeni.
- Evan..? - odezwała się w końcu jako pierwsza dziewczynka. Brat spojrzał na nią, próbując na siłę wymusić uśmiech, ale kiedy zorientował się, że nie za bardzo mu to wychodzi, poddał się.
- Tak?
- Mówiłam, że warto.

***


- Oni są po prostu beznadziejni - nie była w stanie skrywać frustracji kobieta - póki co jestem pewna, że nikt się nie nadaje.
Mężczyzna spoglądał na nią z niejakim smutkiem, głównie dlatego iż wiedział, że miała rację. Choć przez większość czasu przesiadywał zamknięty studiując pisma, według raportów Zii żaden z adeptów nie przejdzie Próby. Jedyną osobą, która według niego potrafiła to przetrwać, była ona sama. Jeśli jednak także by tego nie przeżyła, straciłby zbyt wiele, nie mógł sobie pozwolić na takie ryzyko. Nie teraz, kiedy liczba nowicjuszy była tak niewielka.
- Myślę, że jestem gotowa, mistrzu.
Tarlok popatrzył jej w oczy. Chciał w to wierzyć, ale w głębi duszy wiedział, że coś może pójść nie tak. Faktem było, że zostało niewiele czasu, bardzo niewiele. Musieli działać jak najszybciej, albo cała ich praca pójdzie na marne.
- Ufam ci, Zio. Ale jeszcze nie czas. Kiedy nie będzie innego wyjścia, zostaniesz wybrana, ale na razie uważam, że to zbyt ryzykowne. Tymczasem rozglądaj się, może jednak ktoś z nich w końcu…
- Nie rozumiesz, mistrzu - przerwała mu, co nie zdarzyło się jej nigdy dotąd. Darzyła go ogromnym szacunkiem, uważała za wielkiego człowieka i największego wyznawcę, ale teraz po prostu go nie rozumiała. Któż, jak nie ona? - nikt z nich na tyle nie wierzy w naszą sprawę jak ty czy ja.
- Na tym właśnie polega twoje zadanie. Zrób z nich takich jak my. Spraw, by modlitwy do Bogini były dla nich przyjemnością, by każdym calu poświęcili się tylko niej. Wiem, że jesteś w stanie tego dokonać. Od ciebie zależy powodzenie naszej sprawy.
Zia spuściła wzrok. Miał rację, to fakt, ale jednak nadal nie pojmowała, dlaczego nie właśnie ona zostanie tą wybraną. Przecież całe serce oddała swej Bogini, czy to nie było wystarczająco wiele?
- Oczywiście, mistrzu.

***


Kolejny dzień przyszedł tak szybko jak każdy inny, a i w końcu życie obrało swój normalny tor, a w miejsce smutku pojawił się z powrotem dobry humor.

Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy chłopaka. Pięć i sześć. Przebij to, mło…
- Haha! - krzyknęła tryumfalnie Lily, widząc sumę dwunastu oczek - w takim razie ja mam osiemdziesiąt cztery sztuki złota, a ty…
- Dwanaście - mruknął ledwie słyszalnie Evan, a dziewczyna zachichotała.
- Powtórz, ile?
- Dwadzieścia - wyszczerzył zęby chłopak, co całkiem zepsuło jego próbę skłamania. Lily pokręciła głową i zmarszczyła czoło.
- Za oszustwo odejmujemy.
- Nic takiego nie było mówione! - żachnął się - Niby ile?
- Dwanaście sztuk złota!
Chłopak naburmuszył się jeszcze bardziej i oddał w myślach dziewczynie ostatnie wyimaginowane pieniądze.

Czas mijał im szybko i przyjemnie. Odkąd urządzili sobie kryjówkę w piwnicy pod spalonymi miejskimi koszarami, ich życie stało się troszkę łatwiejsze. Nie musieli każdej nocy szukać nowego schronienia, co podczas zimy potrafiło być prawdziwą mordęgą. Budynek ten nie był w użytku od bardzo dawna, a klapa piwniczna była tak dobrze ukryta, że nie musieli obawiać się o innych gości.
Wystrój wnętrza nie był co prawda bardzo bogaty, ale wystarczający. W rogu były dwa łóżka z prawdziwego zdarzenia, a na nich ładnie ułożone, choć kiepskiej jakości, koce. Były one na tyle cienkie i dziurawe, że oboje spali pod przynajmniej trzema. Tuż obok łóżek stała niewielka, objedzona przez korniki komoda, w której trzymali wszystko, co się tam zmieściło. Po przeciwnej stronie stał regał na książki, choć mieli tylko dwa egzemplarze: “Bajki dla dzieci” oraz “Fauna i Flora Cansadonii”. Obie znali niemal na pamięć, bo potrafili je przeczytać po kilka razy w ciągu miesiąca.

Jako, że była to piwnica pod koszarami, nie zdziwili się, gdy w jednym z rogów zobaczyli skład starego oręża. Przede wszystkim były to zardzewiałe miecze z czasów wojny, ale i tak przyniosły im ogrom dobrej zabawy. Wbrew pozorom były to dobre bronie, bo choć stare, stoczyli już nimi tysiące pojedynków. Jak dotąd żadna się nie złamała.

Nie wiedząc co ze sobą zrobić, postanowili ruszyć nad strumień.

- Chyba mam! - pisnęła Lily i szarpnęła długim drągiem, który trzymała w rękach. Ten drąg był tak naprawdę marną imitacją wędki twórczości Evana, a jednak do tej pory sprawdzał się doskonale. Na początku z rozbawieniem przyglądał się, jak dziewczyna ledwie utrzymuje ciężki kij nad taflą wody, podczas gdy on musiał użerać się z małym patykiem, który zrobił dla niej. Cały czas skarżyła się, że jedyną przyczyną pomyślnych łowów Evana była właśnie wędka, a teraz się obawiał, że mogła mieć rację.
Chwilę później na rękach Lily wyszły jej spore, jak na jej wiek i płeć, mięśnie, a na twarzy pojawił się dziwny grymas. Przez chwilę szarpiąc drągiem na boki, by upewnić się, że haczyk się dobrze zaczepi, po kilku sekundach jednym mocnym szarpnięciem wyciągnęła zdobycz z wody. Przelatując tuż nad ich głowami, sporej wielkości krasnołuska uderzyła o grunt kilka metrów za nimi, a Lily pisnęła z zachwytu.
- Lily trzy, Evan zero!
- Tak, tak - wymamrotał chłopak po cichu, słabo ukrywając zazdrość. Do tej pory był niemal pewien, że wędkę dla Lily zrobił tak samo jak swoją, tyle, że w mniejszej skali. Obiecał sobie sprawdzić to przy następnej okazji - dobra potworze, to teraz trzeba znaleźć coś dla ciebie - Rzekł chłopak takim tonem, jak gdyby naśmiewając się z siostry, że ta nie jada mięsa.

Ta ochocza kiwnęła głową i zaczęła iść w stronę miasta, podczas gdy chłopak zajął się wyjmowaniem haczyka z jamy ustnej ryby. Była to jedna z tych “brutalnych” czynności, których Lily najzwyczajniej w świecie nie lubiła, a on to szanował. Choć cieszył się, że udało mu się ją wychować bardziej w kierunku litościwej niewiasty niż nienawistnej morderczyni, to liczył, że jednak przyjdzie jej trochę odwagi. Może to jego wina, że nigdy nie pokazywał jej, jak powszechną rzeczą jest śmierć czy cierpienie, ale na pewno nie miał zamiaru tego robić w przeciągu przynajmniej pięciu lat.


- Hmmm… A może tak: Ja dam ci dwie największe ryby, a w zamian dostanę od ciebie to słodkie, cukrowe coś - nieustępliwie targował się Evan, próbując zyskać na transakcji jak najwięcej. Oczywiście znał się z praktycznie każdym handlarzem w Nowej Sorannie (w końcu handel był sporym kawałkiem jego życia), a oni wiedzieli, że jest on zwykłym ulicznikiem. To jednak nie zmieniało nic: gdyby przestali sprzedawać towary najbiedniejszej części społeczeństwa, straciliby sporo klientów, a gdyby zrobili wręcz przeciwnie, czyli dawali im zniżki “z litości”, bogatsza część miasta byłaby oburzona. Więc tak po prostu, żyli razem ze wszystkimi w symbiozie, trzymając na równi każdego.
- Nie chcę słodkiego - rzekła Lily słysząc propozycję brata.
- Za dużo w tyłku - nachmurzył się Evan - więc czego sobie szanowna księżniczka życzy?
- Chleba - odpowiedziała mu siostra, uciszając go natychmiast - słodkim się nie najem. Damy panu dwie mniejsze ryby za ten bochenek chleba - kupiec zgodził się ochoczo, bo ryb zaczynało mu w asortymencie zdecydowanie brakować i z uśmiechem na twarzy podał dziewczynce pajdę świeżego chleba.
Evan z dumą patrzył na siostrę, stwierdzając, że udało mu się wychować bardzo mądrą dziewczynę. Oboje odeszli z targowiska zadowoleni zakupem.


***
Przeszłość


- Mamo, mamo! Zobacz, co znalazłem! - mały, ledwie pięcioletni, czarnowłosy chłopak machał z zachwytem jakimś przedmiotem trzymanym w ręce, starając się zwrócić uwagę matki.
- Co to?
- Laleczka!
Rozprostował palce, ukazując małą, szmacianą lalkę. Materiał był w kilku miejscach rozdarty, ukazując ukryte w środku kamyczki. Na plecach laleczki widniały dwie łatki, a jednej z jej nóg w ogóle brakowało.
- Jest śliczna - skomentowała i posłała mu ciepły uśmiech, którego nie był w stanie zignorować. Odpowiedział jej tym samym i przytulił się do niej mocno.
- Evan? - zaczęła niepewnie kobieta. Jej głos lekko drżał.
- Tak, mamo?
- Myślisz, że poradziłbyś sobie, gdyby mnie nie było?
To pytanie nie poruszyło chłopca. Był jeszcze małym, beztroskim dzieckiem, nie bał się niczego, a już na pewno nie przyszłości.
- Jasne - uśmiechnął się od ucha do ucha - zawsze mam Lily.
- Lily? - zapytała zdziwiona. Chłopiec puknął się w czoło i wskazał na lalkę.
Nazwałem ją Lily.


***

Droga mijała im beztrosko. Kiedy mijali plac świątynny, uwagę Evana przykuło zbiorowisko ludzi w miejscu, gdzie poprzedniego dnia grajek Kyro oraz bajarz Morgli mieli swój występ. Z zaciekawieniem podszedł kilka kroków w stronę placu, ale kiedy rozpoznał z daleka zarysowane postacie, natychmiast zawrócił, jednak było już za późno. Lily bez zastanowienia ruszyła w środek tłumu.

Ludzie otaczali niewielkie podwyższenie, na którym stały dwie postacie. Jedną z nich każdy mieszkaniec Nowej Soranny poznawał od razu - umięśniony mężczyzna, z twarzą przykrytą czarną chustą, był katem - osobą, która zgodziła się zaprzedać duszę diabłu i wykonywać najgorszą z prac. Taka była opinia Lily, bo wielu ludzi uważało, że była to praca jak każda inna.
Tuż przed nim klęczał siwy, brodaty starzec, mający na sobie tylko poszarpane, przebarwione od brudu spodnie. Na jego klatce piersiowej widniały dwa rzędy żeber, których wręcz nie dało się przeoczyć. Dziewczynka go poznała - był to Herban, miastowy żebrak. Widywała go przynajmniej kilka razy w tygodniu i znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie skrzywdziłby muchy.
Nim minęła chwila, tuż obok niej pojawił się Evan. Przez moment próbował odciągnąć ją od przedstawienia, ale kiedy ujrzał postać skazywanego, sam zaczął oglądać. Postanowił ograniczyć się tylko do zasłonięcia oczu Lily.
- Za co go skazali? - zapytał jakby ze znudzeniem stojącego obok obywatela. Evan z obrzydzeniem stwierdził, że facet był tak zafascynowany widokiem, że nawet nie odrywał wzroku od szubienicy.
- Podobno kogoś zabił. Jakiegoś możnego, młody panie. Dostanie to, na co zasłużył - ostatnie zdanie wypowiedział z podnieceniem, napawając się widokiem przerażonego starca. Chłopak odpowiedział tylko ledwo słyszalnym “ta” i popatrzył z powrotem na Herbana.
Znał go. To nie mógł być on. Niejednej zimowej nocy nawzajem opowiadali sobie o życiu: Evan o tym, jak wychowywał Lily, a starzec o jego pobycie w armii. Był larissańskim rekrutem jeszcze za czasów, kiedy Larissa była tylko bezimiennym państwem. Walczył ramię w ramię z tysiącami innych, zwyczajnych ludzi, nigdy nie trzymających w rękach broni innej niż widły, a to wszystko w imię ojczyzny, którą kochał. Khalinfurczycy spalili jego gospodarstwo i zamordowali rodzinę, wliczając dwóch synów, w których pokładał ogromne nadzieje. Mimo to, nie oszalał, nie został mordercą ani złodziejem, tylko pogodził się ze swoim losem i przez lata żył jako żebrak, lecz uczciwie. Na pewno nie mógł nikogo zabić.

Evana nie dziwiło zbiorowisko. Stały tam setki ludzi, i choć każdy z nich został obdarzony wolną wolą i zdolnością myślenia, teraz byli tylko tępym motłochem. Z radością przyglądali się jak jeden z ludzi, taki sam jak oni jest mordowany niczym bezbronne zwierzę. Nawet nie pozwalając sobie na mrugnięcie, zafascynowani zbliżającym się aktem okrucieństwa, krzyczeli coraz głośniej, przypieczętowując los wychudzonego starca. Koniec końców, w Nowej Sorannie rzadko działo się coś tak niezwykłego.
- Zabić go!
- Zabić!

Chłopak poczuł ciepło łez spływających mu po dłoniach. Może i Lily nie widziała co się dzieje, ale krzyki ludzi była w stanie usłyszeć. Przez chwilę chciał zabrać ją z powrotem nad rzekę, zapomnieć o troskach tego świata i znów żyć chwilą, ale nie. Musiała przez to przejść, musiała być silna. Miała już dziesięć lat, a on do tej pory przekonywał ją, że świat jest pięknym miejscem, nigdy nie pokazując na czym naprawdę polega życie. Zdołała przetrwać tyle czasu bez dachu nad głową, zdoła przetrwać i to.
Zdjął ręce z jej powiek i mocno przytulił, ale pozwolił jej patrzeć. To była jej decyzja. Możesz odejść, możesz zostać, wybór należy do Ciebie.

Dziewczynka cały czas stała, przyglądając się widowisku. W jednej chwili ryk publiczności ucichł, kiedy na podeście pojawił się nikt inny, jak sam król Harlun. Odziany w długą, ciągnącą się za nim szatę, ozdobioną różnego rodzaju brylantami, machał rękami do poddanych, którzy natychmiast poczęli bić brawo. Nie był on co prawda złym władcą, raczej przeciętnym, a to oznaczało tyle, że za nieuwielbianie go nie ucinano głowy, a “tylko” ręce.
- Poddani! - zaczął przemowę, unosząc ręce do góry - Zebraliście się tutaj, by na własne oczy zobaczyć, co się dzieje z ludźmi, próbującymi zaburzyć równowagę tego kraju!
Kiedy tylko ludzie wychwycili pauzę w mowie króla, natychmiast zabrali się za bicie braw, aby zaraz pozwolić mu kontynuować.
- Ten oto gad, mający czelność nazywać siebie larissyjczykiem, własnymi rękoma zabił Declana Seaforda, szanowanego arystokratę!
Tłum zabuczał, pokazując swoje oburzenie, choć większości z nich nie obchodził los szlachcica. Po prostu czekali na wyrok, do którego zawieszenia dopuścić nie mogli.
- Jaki obywatel naszego wspaniałego kraju jest tak zepsuty, by stanąć przeciwko własnym braciom? - kontynuował władca - czyż nie nacierpieliśmy się już wystarczająco przez naszych sąsiadów?
Król podszedł do skazanego i zwrócił się bezpośrednio do niego, choć mówił tak głośno, by każdy w tłumie mógł usłyszeć.
- Czy chociaż przyznasz się do tej zbrodni i przebłagasz bogów, by wybaczyli ci tą niegodziwość?
Herban wcale się nie przyznał. Nawet nie podniósł głowy, by spojrzeć na władcę, tylko pokręcił głową, a jego drżenie było widać z dwustu metrów. Wypowiedział zdanie tak cicho, że w hałasie jaki wydawał tłum nie dało się tego usłyszeć, ale Lily wyczytała wszystko z ruchu warg.

“Ja tego nie zrobiłem”.

To było dla niej za wiele. Wyrwała się z uścisku brata i popędziła w kierunku platformy, odpychając ludzi napotkanych po drodze. Słyszała krzyk biegnącego za nią brata, ale nie zatrzymała się.

W jednej chwili każda osoba stojąca w tłumie zakrzyknęła ze zdziwienia, kiedy dziesięcioletnia dziewczynka w poszarpanych ubraniach stanęła kilka metrów od samego króla, rozkładając ręce na boki by zasłonić rzekomego mordercę.

- On tego nie zrobił - wycedziła przez zęby Lily, bardziej wściekła niż przerażona, choć nie można było tego powiedzieć o Evanie. Stał zaledwie krok od podestu, gorączkowo próbując coś wymyślić i mając nadzieję, że to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzi. Ale tak się, niestety, nie stało.

Król był w tym momencie równie oszołomiony co każdy inny oglądający tę scenę. Nigdy w życiu nikt go tak bezczelnie nie upokorzył. Otępiałym wzrokiem spoglądał na dziewczynkę, z wściekłym grymasem na twarzy. Kiedy zorientował się, że ludzie na niego patrzą, wyprostował się i zaśmiał, najgłośniej jak tylko potrafił.
- Mamusia chyba cię nie upilnowała, co, dziecinko? - uśmiechnął się do niej, a w tłumie dało się usłyszeć wybuchy śmiechu. Wypowiadając to zdanie, król jasno zaznaczył, że daje jej szansę na uniknięcie kłopotów, ale ona się nie wycofała.
- Kim ty jesteś, by decydować o ludzkim życiu?
Tym razem Harlun już nie wytrzymał. Szybkim krokiem podszedł do dziewczynki i bez zastanowienia ją spoliczkował. Siła uderzenia obróciła jej głowę o dziewięćdziesiąt stopni, ale nie uroniła nawet łezki. Znów spojrzała wprost na niego i splunęła mu w twarz.

W jednej chwili wszyscy ludzie w tłumie wstrzymali oddech, nie wierząc na własne oczy. Evan czuł, jak jego serce wyrywa się z piersi. Wszystko było już stracone.

Oszołomiony król wycofał się o krok, przecierając twarz rękawem szaty, ze wściekłością wskazując na dziewczynkę i klnąc wniebogłosy. Dwóch towarzyszących mu gwardzistów podeszło do Lily, a jeden z nich zamachnął się wielkim, metalowym morgenszternem, celując w głowę.
Evan nie wierzył w to, co właśnie robi. Z całej siły wybił się od ziemi i rzucił się na strażnika, spadając razem z nim po drugiej stronie podestu. Upadek na ramię z metrowej platformy na pewno nie należał do najprzyjemniejszych, ale Evan nie zważał na ból. Usiadł okrakiem na klatce gwardzisty i zaczął okładać go po twarzy, nie dając mu wziąć oddechu. Już nawet nie zwracał uwagi na okrzyki zdumienia otaczających go ludzi. Kiedy usłyszał głuchy odgłos butów uderzających o grunt, natychmiast wstał i obrócił się, by w ostatniej chwili uniknąć ciosu wielkiego jednosiecznego topora dzierżonego przez kata. Dopiero teraz, kiedy znów mógł spojrzeć na podest, ujrzał drugiego królewskiego gwardzistę, który ciągnął Lily za włosy, próbując usadowić ją tuż obok skazańca. Dziewczynka szarpała się i piszczała, aż strażnik zniecierpliwił się na tyle, że kopnął ją w twarz, aż zachłysnęła się własną krwią.
W Evanie wezbrała wściekłość. Uniknął kolejnego ciosu topora, po czym kopnął kata prosto w krocze. Ten zgiął się z bólu, a chłopak natychmiast to wykorzystał. Wyminął przysadzistego mężczyznę i wskoczył na podest. W momencie, kiedy Evan był już na górze, gwardzista obrócił się, ale jedyną rzeczą którą ujrzał, była pięść chłopaka. Mocny sierpowy zwalił z nóg strażnika. Nie tracąc czasu, Evan pociągnął za rękę siostrą i zeskoczył z podestu, biegnąc w losowym kierunku.
Nie zrobił pięciu kroków, a poczuł przeszywający ból w prawej stopie i usłyszał chrzęst pękających kości. Przełknął ślinę i, nie zaprzestając biegu, spojrzał tylko w dół. Miał wbity dziesięciocentymetrowy bełt, choć widoczna była zaledwie jego połowa.
Kilka kroków później chłopak poczuł kolejny pocisk, który tym razem utkwił w jego ramieniu. Siła uderzenia szarpnęła jego ciałem na bok, ale nie zwaliła z nóg. Przed oczami zaczęły mu się pojawiać czarne plamki, lecz biegł dalej, myśląc tylko, by nie puścić ściskającej go dłoni.
Kiedy poczuł trzeci pocisk, który przeszył jego udo, wydając przy tym nieprzyjemny dźwięk, mimowolnie uderzył twarzą o ziemię. Widział wszystko jak przez sen: zapłakana Lily klęczała przy nim, krzycząc coś, czego nie był w stanie zrozumieć. Chciał jej coś odpowiedzieć, pocieszyć ją, ale nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku. Tak bardzo chciało mu się spać... Czuł, że kiedy zamknie oczy, ból minie, ten okropny ból nie do zniesienia. Ostatnim, co zobaczył, była grupa strażników zabierających jego siostrę.
Ostatnio zmieniony 24 maja 2016, 23:54 przez Bocik, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Re: Dwie Twarze

Postautor: Bocik » 08 sty 2016, 23:35

Wrzucam następny. Trochę go męczyłem, ale jest i ma się dobrze.

“Pies, pies, pies, pies
bez pana, bez rasy, bez rodowodu,
bez obroży, bez kagańca, bez smyczy, zwykły i szary,
który samotnie ulicami się włóczy,
zbyt dużo widzi, jeszcze więcej nieufności się uczy”

52 Dębiec - Pies

Rozdział III - Nowe życie

- Lily! Lily!
- Pomóż mi, Evan.
- Jestem tu, Lily.
- Evan, gdzie jesteś?
- Lily, to ja, jestem tutaj, przy tobie!
- Evan, ratuj… To tak bardzo boli…


***


- Lily! - wykrzyknął Evan, przebudziwszy się ze snu. W głowie mu dudniło, tępy ból dawał o sobie znać przy każdym, choćby najmniejszym ruchu. Gwałtowność przy pobudce wywołała fale bólu w kilku miejscach ciała, jednocześnie przypominając mu o tym, co się stało. Myśli powoli zaczęły układać się w jego głowie, więc kiedy już jego mózg zaczął normalnie funkcjonować, ogarnęła go jeszcze większa dezorientacja.
Żył. Jakby tego było mało, nie siedział w obskurnym lochu, lecz w miękkim i wygodnym, posłanym łóżku. Starał się ułożyć sobie w głowie jakieś wyjaśnienie, ale nic z tego. Powinienem być trzy metry pod ziemią.
Spróbował wstać, kiedy nagle uderzyła w niego fala bólu tak wielkiego, że mimowolnie opadł z powrotem na posłanie. Przejechał palcem po nodze, aż dotknął miejsca, w którym jeden z bełtów przebił jego skórę.
Nikt go nie opatrzył. Było to dla Evana bardzo dziwne, bo po co ktoś miał zaprzątać sobie głowę ratowaniem go, skoro mógł po prostu wykrwawić się na śmierć?
Następną niepokojącą rzeczą było właśnie to, że się nie wykrwawił. Miał trzy nieopatrzone rany w ciele - to ledwie możliwe, by przeżyć takie coś. Na pościeli widniały ogromne, ciemne plamy, widoczne nawet w prawie kompletnej ciemności. A jednak, rany się zasklepiły, krew przestała uciekać z jego ciała. Choć był ogromnie osłabiony, żył. To był cud, ale żył.

Postanowił odrzucić na bok zagadki i spróbować dowiedzieć się, gdzie się znajduje. Niestety, jedynym co widział był zarys łóżka, ciemność pomieszczenia nie pozwoliła określić chociażby jego wielkości.

Poruszanie się w ogóle nie wchodziło w grę. Nie wiedział, w jakim stopniu zagoiły się rany. Jakikolwiek ruch mógł spowodować otwarcie, a to już byłby jego koniec. Pozostało mu więc czekać.

Nim minęła sekunda, usłyszał zbliżające się kroki. Serce zabiło mu mocniej, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem.
Przez wpadające z zewnątrz światło w końcu mógł dojrzeć, jak wygląda pomieszczenie, w którym się znajdował. Wystrój nie był bogaty; całą przestrzeń po prostu zajmowały łóżka, oddalone od siebie o dwa metry. W sumie znajdowało się tam około dwudziestu łóżek, a na niektórych z nich leżeli ludzie. Jak miał nadzieję Evan, śpiący ludzie.

Do pomieszczenia weszła ubrana w czarny, skórzany pancerz kobieta. Spodnie były ciasno zszyte, doskonale ukazując zarys mięśni, jednocześnie zapewniając wygodę ruchu. Tunika była zrobiona z tego samego materiału. Evan nie wiedział, jak bardzo pomaga w obronie, ale zauważył, że bardzo uwydatnia piersi kobiety. Jedynym, co się jakoś wyróżniało w tle czarnej skóry, były dwa złote, jedwabne paski, wyszyte na ramieniu tuniki.

Sięgające do niemal połowy pleców czarne włosy miała uwiązane w ciasny kucyk. Mocne kości policzkowe i brak makijażu, ostatnio popularnego wśród kobiet robił z niej chłopczycę, jednak mającą swój urok. Musiała być bardzo młoda, nie dało się dostrzec na jej twarzy żadnych zmarszczek. W innych okolicznościach Evan pomyślałby nawet, że jest całkiem ładna. U pasa miała zawieszony długi sztylet, na którym trzymała rękę, jakby to był dawno wyuczony nawyk.

Weszła do pomieszczenia, pogryzając jabłko i nucąc sobie cichutko, jakby to było dla niej rutynowe działanie, kolejny dzień w pracy. Kiedy zobaczyła przytomnego Evana, na jej twarzy zagościło zdziwienie.
- Żyjesz? - zapytała, jak gdyby prawda do niej nie docierała. Zaraz jednak na jej twarzy znów malował się… brak emocji - no nieźle.
Chciał coś odpowiedzieć, ale nie za bardzo wiedział co. Patrzył, jak kobieta podchodzi po kolei do każdego łóżka, na którym ktoś leżał, oglądając go i mrucząc coś pod nosem.
- Żyje, ale długo nie pociągnie… Martwy… Martwy…
Kiedy doszła do łóżka, w którym leżał Evan, odwinęła kołdrę i spojrzała na niego.
- Ałć - powiedziała do siebie i zachichotała - miałeś ciężki dzień, co? Nie wiem jak to zrobiłeś, ale żyjesz - schyliła się i wyciągnęła coś spod łóżka. Było to schludnie złożone, czarne ubranie. Obejrzała je niezbyt dokładnie i podała jemu - ubieraj się. Rena wybrała, możesz żyć.
Nie za bardzo rozumiejąc, co się dzieje, chłopak rozłożył i obejrzał ubranie. Był to zwyczajny, czarny płaszcz, zrobiony z jakiegoś materiału podobnego do bawełny.
- No, żwawo - popędzała go kobieta, ale kiedy chciał wstać, ból w nodze od razu dał o sobie znać i posadził go z powrotem w łóżku. Kiedy zobaczyła grymas cierpienia na jego twarzy, zachichotała - no dobra. Damy ci jeszcze trochę czasu.
Usiadła na pustym łóżku obok i zaczęła wpatrywać się w Evana z zaciekawieniem. Już chciała coś powiedzieć, jednak on był pierwszy.
- Gdzie jest Lily? - wykrztusił z siebie natychmiast, kiedy tylko pomyślał o młodszej siostrze.
- Lily? - zapytała kobieta, zdezorientowana pytaniem - zazwyczaj pierwszą rzeczą, o jaką ludzie pytają jest “gdzie ja jestem?”.
- Więc, gdzie jestem?
- Oto - wyciągnęła ręce w górę - twój nowy dom.

***


Odpowiedziało jej milczenie. Zawiodła się. Spodziewała się kolejnego, który zacznie bredzić, że zostawił ze sobą rodzinę, albo się wścieknie, ale on po prostu obserwował ją, analizował. Niegłupie, zważając, w jakim był stanie.
I zaczął słuchać. Nie miała pojęcia, czy po prostu ją olewa, czy naprawdę nic za sobą nie zostawił, bo słuchał do końca.
Tak naprawdę nie dowierzał własnym uszom. Może to po prostu osłabione ciało, a może po ostatnich wydarzeniach jego impulsywność gdzieś zniknęła. Nawet nie zadawał pytań.
Uratowali go ludzie owiani złą sławą. Zakon Reny, bogini, służki śmierci.
Uratowali to za dużo powiedziane. Po prostu zostawili go tutaj, czekając aż się wykrwawi. To był ich sposób rekrutacji: porywali człowieka będącego krok od śmierci i licząc, że jednak nie umrze, by mogli go przyjąć do siebie, tłumacząc, że Rena jeszcze ich nie wzywa. Psychole. Rekrut? Po moim trupie.
Kobieta opowiadająca mu o swoim zakonie nazywała się Zia i dumnie służyła dla Reny, odkąd skończyła sześć lat, a tak przynajmniej mówiła. Evan nie potrafił wyobrazić sobie, by sześcioletnia dziewczynka mogła być szczęśliwa w takim świecie.
- A co z Lily? - zapytał od razu, kiedy tylko skończyła opowiadać.
- Lily? Chodzi ci o tą dziewczynę, przez którą prawie zginąłeś? Tą, która narobiła takiego zamieszania, że…
- Tak, o nią - warknął Evan, na moment dając się ponieść emocjom. Zia dopatrzyła na niego z zastanowieniem.
- Żyje i ma się dobrze.
Po raz pierwszy, odkąd się obudził, odetchnął z ulgą. A więc jego głupie poświęcenie nie było jednak aż tak głupie. Teraz po prostu musiał wiać, gdzie pieprz rośnie.
- Ekhm… W takim razie bardzo dziękuję za… Gościnę, i w ogóle, ale czy mogę już...
Kobieta parsknęła śmiechem, nim zdążył dokończyć.
- Iść? Naprawdę myślisz, że cię wypuścimy? To, że Rena zaakceptowała cię w tym świętym miejscu, jest zaszczytem. Dała ci szansę, o jakiej wielu mogłoby tylko pomarzyć.
- Nieważne, ja…
- Milcz - spiorunowała go wzrokiem - Bogini nie jest łaskawa. Ci, którzy zasłużyli na śmierć, spotkali ją. Jak pewnie zauważyłeś, twojej Lily nie ma tu z nami.
Evan zamarł. To prawda, nie było jej w sali, więc…
- Najwyższa dała nam wybór. A nam ona nie jest potrzebna do niczego. Możesz ją jeszcze uratować.
Evan poczuł, jak bardzo nienawidzi tej kobiety. Wyobrażał sobie, czy byłaby w stanie tyle gadać, gdyby wsadził jej ten sztylet głęboko w jej…
- Czego chcesz? - wycedził przez zęby - i oszczędź mi tej gadaniny, że to nie ty, tylko twoja zasrana bogini.
Spoliczkowała go. Raz, potem drugi. W głowie mu się zakręciło, ale nie zemdlał. Łzy napłynęły mu do oczu.
- Uważaj - powiedziała ze złością, ledwo będąc w stanie się opanować - jeden taki wybryk, kiedy już będziesz jednym z nas, a ty, jak i twoja Lily, szybko dołączycie do Najjaśniejszej.
- Przecież i tak mam jej służyć - chciał się zaśmiać, ale nie był w stanie.
- Niektórzy będą służyć jej lepiej w tym świecie - wycedziła przez zęby i wstała - masz tydzień na wykurowanie się, a potem zaczyna się inicjacja. Bądź gotów.
Wal się, pomyślał Evan.

***


- Generale - zaczął Harlun - dostaniesz ode mnie specjalne zadanie.
Specjalne zadanie, oczywiście. Zawsze dostawał tylko specjalne zadania.
- Po ostatniej… Ekhm… Sytuacji, do jakiej doszło podczas egzekucji, ludzie zaczęli się buntować. Podburzają mój autorytet, mówiąc, że jestem złym królem. Ja, złym królem! - zaśmiał się głośno władca, ale Einzaff wyczuł w jego głosie rozpacz.
Była to oczywiście prawda. Widział wiele razy ludzi podburzających tłumy, głosząc kazania o sprawiedliwości czy wybaczaniu. Einzaff zgodziłby się z tym, gdyby nie fakt, że wcześniej widział tych samych ludzi. nawołujących o śmierć dla skazanego.
- Bunt - kontynuował Harlun - trzeba zdusić w zarodku. Dostaniesz oddział składający się z dwudziestu ludzi i będziecie publicznie wieszać każdego, kto będzie obrażał swojego władcę!

Furia wzięła górę nad królem i zaczął on wymachiwać rękami na wszystkie strony, ale Einzaff nie zwracał na niego uwagi. Zamarł.

Miał ich tak po prostu pozabijać? Może byli hipokrytami, ale to byli tylko niewinni ludzie. Przez chwilę po głowie przeszła mu myśl, by odmówić, jednak nie mógł tego zrobić. Nie bał się śmierci, po prostu miał swoje zasady. W jego rodzinie zawsze mówiono, żeby przed królem stawiać tylko i wyłącznie swego boga.
- Oczywiście, mój panie.

***


Dni mijały Evanowi nieubłaganie powoli. Nie miał tutaj nic, co mogłoby zabrać mu trochę czasu. Trzy razy dziennie przychodził do niego facet, odziany w czarną szatę z długim kapturem. Evan niejeden raz próbował nawiązać z nim jakiś dialog, lecz bezskutecznie. Wchodził, kładł talerz z jedzeniem, zabierał butelkę z moczem i odchodził bez słowa. Z wydalaniem było ciężej, bo choć wychodek znajdował się kilka kroków od jego łóżka, chodzenie było męką.
Oprócz niego, raz odwiedziła go Zia, mówiąc, że za dwa dni będzie musiał wziąć się w garść i wstać z łóżka. Ta myśl go przerażała, bo choć rany zasklepiły się na tyle, by mógł bez obaw chodzić, jakikolwiek szybszy ruch wystarczyłby, by krew znów zaczęła lać się z jego ciała.
No i były jeszcze nowe ciała. Wnosili ogromne ilości ludzi, większość jednak umierała na miejscu. Jęki, krzyki i szlochy nie pozwalały Evanowi na spokojny sen. Jeśli któryś z nich przeżył, albo był trawiony okropnymi gorączkami, albo od razu stąd wychodził. Wszystko było kwestią szczęścia.
Długie dni w łóżku dały mu jednak czas na rozmyślanie. Najgorsze było to, że nie wymyślił żadnego sensownego planu. Mógł uciec, ale co z Lily?
Mógł zacząć walczyć, lecz w tym stanie zginąłby pewnie w walce z drzwiami.
Jeśli jednak jakimś cudem udałoby mu się przebić przez tych seryjnych zabójców… I tak nie wiedział, gdzie jest Lily. Mogli równie dobrze trzymać ją w innym mieście.
Jedno sobie jednak postanowił: Na pewno nie wejdę w tą ich chorą religię. Będę tak mówił, będę sprawiał wrażenie.

Będę sprawiał wrażenie. Dam radę.


W duchu jednak zapłakał. Był Evanem. Evan Słaby. Evan Przegrany. Evan Nie Potrafiący Zadbać O Siostrę.

Dlaczego miałby poradzić sobie z ich praniem mózgu?
Kiedy nastał wieczór, do sali weszła Zia. Już miał się położyć spać, kiedy ona rzuciła mu pakunek.
- Ubieraj się, idziemy.
- Myślałem, że to jutro.
- Tak, za kilka minut.
- Więc chodziło ci o… Och.
Z wielką ostrożnością zaczął schodzić z łóżka, ignorując popędzającą go Zię. Wstał z ociąganiem i spojrzał na swoje udo.
Nie było tak źle, jak sądził. Dziurę w miejscu, które przebił bełt zakrywała gruba skorupa zakrzepniętej krwi. Ramię i stopa też wyglądały całkiem nieźle, choć to drugie potwornie piekło przy każdym ruchu.
Pewniejszy swego, narzucił na siebie szatę. Czarny materiał był bardzo miękki i przyjemny w dotyku, a także dawał sporo ciepła. Był niemal identyczny jak ten, który nosił odwiedzający go jegomość, z tą różnicą, że był mniejszy.
Chciał zapytać o tunikę pod spód, ale postanowił, że zrobi to później. Płaszcz miał dwie pary metalowych zapięć, więc potrafił zakryć praktycznie całe ciało. Jeśli Evan zarzuciłby na głowę kaptur, nie byłoby widać chociażby skrawka jego skóry.
- No to w drogę.
Kiedy tylko wyszli z pomieszczenia, w którym tkwił przez ostatnie dwa tygodnie, zasłonił się ręką, bo światło go oślepiło. Byli w długim, szerokim korytarzu, oświetlonym pochodniami co kilka metrów. Rozum podpowiadał mu, że tak naprawdę dawały one niewiele światła, ale teraz każda była dla niego jak małe słońce. Lekko kuśtykając, ruszył za Zią.
Nie minęli nikogo. Korytarz długi na prawie pięćdziesiąt metrów był całkowicie opustoszały. Evan wyobrażał sobie, jak wielkie musi być to miejsce. Co dwa metry mijali parę drzwi, każde po obu stronach. To dawało przynajmniej pięćdziesiąt pomieszczeń, zakładając, że każde drzwi prowadzą w inne miejsce.
Zatrzymali się przy ostatnich drzwiach, na wprost. Zia otworzyła drzwi, a Evana znów otuliła kojąca ciemność. Zia ruszyła spiralnymi schodami w dół, nawet nie zwalniając kroku, a chłopak z trudem ją doganiał.

Chwilę później doszło do niego, że siedziba Zakonu musiała znajdować się albo pod ziemią, albo w środku góry. Zeszli już kilkanaście metrów w dół, a nadal nie było widać końca. Teraz już wiedział, dlaczego nie widział jeszcze żadnych okien.

W końcu mordercze schody się skończyły, a oni weszli do ogromnego pomieszczenia. Dwa długie rzędy wysokich na pięć metrów kolumn, pomiędzy którymi ciągnął się miękki, czerwony dywan, podtrzymywały sufit z czarnego marmuru. W miejscu, gdzie kończył się dywan, zaczynała się okrągła część pomieszczenia. Nad podłogą znajdowała się rzeźbiona kopuła, z której zwisał żyrandol świecący czerwonym światłem. Tuż pod nim leżał piękny pozłacany ołtarz, wymazany krwią.
W innej sytuacji Evan zastanawiałby się, jakie style połączono w architekturze tego miejsca, lecz teraz tylko spoglądał na ludzi znajdujących się w okrągłym pomieszczeniu. Krwi na ołtarzu nawet nie zauważył.
Tuż przed ołtarzem stał wysoki starzec, trzymając dumnie uniesioną głowę. Miał krótką, siwą brodę i długie włosy w tym samym odcieniu Jego usta poruszały się w bezdźwięcznej modlitwie, a głębokie, czarne oczy rozglądały się po innych uczestnikach. Evan nie wiedział co, ale było w nim coś niepokojącego.
Tuż za ołtarzem stała czwórka ludzi z twarzami zasłoniętymi kapturami, stojących prosto. Evan przez chwilę zastanawiał się, co jest w nich wyjątkowego, aż zauważył wyszyte na ramieniu dwa złote paski. Och.
Przed starcem stało około czterdziestu ludzi, każdy w czarnej szacie. Niektórzy rozglądali się nerwowo, inni stali jak słupy, jeszcze inni kręcili się w miejscu. Byli wysocy, niscy, grubi, chudzi… Niektórzy nawet byli zdecydowanie spoza Larissy, zważając na ich kolor skóry.
Zia rozkazała zostać zdezorientowanemu Evanowi wśród tłumu, a sama ruszyła ku czwórce stojącej za ołtarzem, po drodze zarzucając kaptur na głowę. Przywitali się nawzajem skinieniem głowy.
Nie rozumiejąc, co się dzieje, Evan po prostu stał i czekał, rozglądając się po otaczających go ludziach. W większości byli tak oszołomieni jak on.
W końcu siwy starzec uniósł ręce do góry, uciszając zebranych i zaczął mówić.
- Najwyższa z bogów, Rena, Pośredniczka Śmierci, wybrała was, abyście mogli służyć ku jej chwale. Niewielu może dostąpić tego zaszczytu. Zebraliśmy się tutaj, by upewnić się, że dobrze zrozumieliśmy jej znaki.
Kilka osób wokół Evana ledwo słyszalnie przełknęło ślinę. Czyżby wiedzieli coś, czego on nie wiedział?
- Przed wami jeszcze wiele treningu. Niektórzy z was będą czuli, że już nie dają rady. Niektórzy dojdą na skraj załamania psychicznego, inni fizycznego. Niektórzy z was mogą nie przeżyć tak długo, jakby chcieli - zrobił krótką pauzę, po czym kontynuował - wielu z was, właśnie dzisiaj.
Kilkoro uczestników wierciło się niespokojnie w miejscu, nieskutecznie próbując się uspokoić. Tysiące myśli krążyło Evanowi po głowie, powoli ale skutecznie wywołując u niego strach.
- Jednak wszystkie te cierpienia, które będziecie musieli przejść, opłacą się. Służba dla Najwyższej Bogini zapewni wam miejsca u jej boku po śmierci. Póki co, ważne jest, byście służyli jej godnie za życia.
Przystawił dwa palce do ust i pocałował je, a zaraz za jego przykładem podążyła piątka stojąca za ołtarzem. Podszedł do ołtarza i wyciągnął coś spod niego. Światła pochodni odbiły się od nieskazitelnie czystej powierzchni sztyletu.
- Niech zacznie się ceremonia - rzekł i stanął przy ołtarzu.
Do zdezorientowanego tłumu podeszła Zia razem ze stojącym obok wyznawcą i poprowadzili jednego z oszołomionych uczestników przed oblicze starca. Ten wyciągnął z kieszeni monetę i wyszeptał coś, czego Evan nie był w stanie usłyszeć. Dopiero po kilku sekundach przestraszony chłopiec mu odpowiedział.
- Lew.
Charakterystyczny brzęk rozległ się po komnacie, kiedy moneta poszybowała w górę. Wszyscy na sali jednocześnie wstrzymali oddech do czasu, aż moneta znalazła się z powrotem w dłoni Tarloka.
- Będziesz służył Renie na ziemi.
Blady jak trup chłopiec odetchnął z ulgą, a wtedy Evan zrozumiał. Poczuł jak obejmuje go przerażenie, kiedy następny, ledwie dziesięcioletni, rudy chłopiec nie odgadł, co da mu los. Ciche łkanie zamieniło się w głośne wycie, kiedy Zia wraz z towarzyszem mocno przytrzymali chłopca przed ołtarzem.
- Będziesz służył Renie w zaświatach.
I pchnął go sztyletem. Cios był idealny - ostrze przebiło serce w ułamku sekundy, zabierając chłopcu życie natychmiast.
Kilka osób wokół Evana zaczęło głośno płakać, dając upust emocjom. Jeden wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu.
Bał się. Tak mocno, cholernie mocno się bał. Oczywiście, nie był jedynym, ale on po prostu tego nie pokazał. Strach rozdzierał go od środka, ale nie wydostał się na zewnątrz. Nawet się nie trząsł.
Kolejna dwójka wyznawców wyniosła ciało do pokoju obok, a Tarlok kontynuował. Tak oto każda minuta niosła ze sobą kolejną ofiarę lub nowego wyznawcę. Evan był osiemnasty. Z pomocą podtrzymujących go wyznawców doczłapał się do, być może, miejsca jego śmierci.
- Lew.
Widział wszystko jak w zwolnionym tempie. Moneta obracająca się z prędkością, której nie mogło uchwycić ludzkie oko, teraz pokazywała Evanowi na przemian dwie strony, dwa różne przeznaczenia.
Pac. Cichutki odgłos rozległ się w głowie Evana mocą rozbrzmiewającego gongu.
- Będziesz służył Renie na ziemi.
Nie docierały do niego słowa. Widział lwa w dumnej pozie, patrzącego w dal króla lasu. Lwa, który go uratował.
Nadal nie mogąc się otrząsnąć z tego, co działo się przed chwilą, stanął pośród ośmiu innych szczęśliwców. Zdawali się nie dowierzać tak samo jak on, wpatrzeni w losowe punkty na ścianach.
Następną osobą był chłopak z tym przerażającym uśmiechem. Pewnym krokiem podszedł do Tarloka i, unosząc dumnie głowę, powiedział:
- Hiena.
Jako jedyny dotychczas nie podążył wzrokiem za pędzącą monetą. Wpatrywał się w dłoń Tarloka.
- Będziesz służył Renie na ziemi.
Skłonił głowę nisko i przystanął obok Evana, znów się szczerząc. Nie był zbyt przystojny. Duży, haczykowaty nos, kościste policzki, piwne, małe oczy i ciemna karnacja mówiły, że prawdopodobnie pochodził z Wysp, jednak nie miał klanowych tatuaży.
Mieszkańcy Wysp, nazywani błyskotliwie wyspiarzami, zawsze mieli tatuaże. Każdego z nich tatuowali w wieku pięciu lat, umieszczając herb swojego klanu na policzku dziecka. Wyspiarz bez tatuażu albo był banitą, albo nie był wyspiarzem.
Kiedy ceremonia dobiegła końca, zostało dwudziestu żyjących z czterdziestu. Statystyka zrobiła mały psikus i jak nigdy, wypadła idealnie. Evan był zły na siebie, że nic nie zrobił. Każdy z obecnych widział śmierć dwudziestu niewinnych ludzi. Tak po prostu stracili życie, bo los im nie sprzyjał. Niektórzy walczyli, ale nic to nie dało. Szarpali, bili, drapali, kopali, uderzali, szarżowali, ale nie byli w stanie uniknąć śmierci. Grzechu Evana, jakim było po prostu oglądanie, żaden bóg nie będzie w stanie odpuścić.
- Każdemu z was zostanie wydzielony opiekun, który przedstawi wam zasady obowiązujące w Zakonie oraz będzie nadzorował wasze postępy. Opiekun nie ponosi za was odpowiedzialności, ale wasze nieposłuszeństwo będzie oznaką hańby dla opiekuna. Opiekun nie będzie ratował was przed konsekwencjami czynów, ale będzie mógł wymierzać wam kary adekwatne do występku. Opiekun może was wychłostać, uderzyć, obrazić, ale może was też nagrodzić.
Kilka metrów od nich ustawiła się piątka opiekunów. Tarlok wziął małe, przezroczyste pudełko bez wieka i podszedł do pierwszej osoby w szeregu. Polecił mu, by ten wyciągnął którąś z zawiniętych tam karteczek. Nadal wystraszony chłopiec drżącymi rękami wyciągnął ze środka kartkę, którą podał Tarlokowi.
- Kalam.
Jeden z opiekunów skinął głową na nowego ucznia, a ten ustawił się za nim.
- Teru.
- Kalam.
- Zia.
- Khalid.
- Zia.
- Roth.
- Roth.
- Khalid.
- Teru.
- Zia.
Chłopak-niby-wyspiarz wylosował Rotha. Evan był tuż po nim. Na oślep wziął pierwszą kartkę jaka wpadła mu w ręce i wyciągnął.
- Zia.
Ruszył zająć miejsce w kolejce za swoją nową opiekunką. Przechodząc obok, zobaczył cień uśmieszku na ustach wystających spod kaptura.
Doszedł do wniosku, że był zadowolony z losowania. Po pierwsze, nie trafił tam gdzie ten sadysta niby-wyspiarz. Po drugie, choć już zdążył znienawidzić Zię, inni mogli być gorsi.
- Zostaliście wybrani. Od jutra zaczynacie szkolenie, ale dziś jest czas na odpoczynek i zabawę. Niech Rena będzie z wami.
- Chwała jej - odparli chórem opiekunowie i po kolei ruszyli w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą sznur ludzi.

Kiedy zjawili się na korytarzu, Evan zobaczył kolejnych wyznawców. Grupkami wychylali się z drzwi, chcąc zobaczyć nowych rekrutów. Szeptali coś do siebie, niektórzy chichotali, ale Evan nawet o nich nie myślał. Po prostu szedł.
Zia zatrzymała się przed jednym z pokoi i obróciła się do swoich uczniów.
- Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda identycznie, ale jest sposób, by zorientować się, co gdzie leży. Ktoś z was odkrył, jak?
Oczywiście, Evan nawet o tym nie pomyślał. Rozejrzał się wokół, ale wszystko wyglądało identycznie. Był to po prostu długi korytarz najeżony drzwiami i pochodniami, niczym się od siebie nie różniącymi.
Wszyscy nadal byli wstrząśnięci i bali się choćby odezwać, ale po kilku sekundach, długowłosa blondynka, jedyna dziewczyna w ich grupie, podniosła rękę. Zia ponagliła ją gestem dłoni.
- Chodzi o podłoże?
- Co z tą podłogą? - dopytała się Zia.
- Wydaje inne dźwięki w zależności od miejsca.
- Brawo - zaklaskała Zia - im bliżej jesteście Świątyni, tym głośniejsze stają się wasze kroki. Bieganie po stronie zachodniej jest w stanie zbudzić zmarłego - popatrzyła jeszcze raz na blond dziewczynę - masz czujne ucho. Będzie z ciebie zabójczyni.
Zachichotała i otworzyła drzwi, ale dziewczyna wcale się nie ucieszyła, tylko pobladła. Uchwyciła współczujące spojrzenie Evana, choć to wcale jej nie pomogło. Milcząc, weszli do środka.
Zia zastukała palcami w przezroczystą kulę wiszącą na ścianie, a pokój natychmiast został oświetlony niebieskim światłem. Evan wybałuszył oczy, na moment zapominając o swoim koszmarnym położeniu.
- Ktoś wie, co to jest? - zapytała Zia, i znów rękę podniosła blond dziewczyna, choć nie odrywała wzroku od jaśniejącej kuli.
- Luksyn - wyszeptała, uwiedziona widokiem - Żywe światło…
- Tak. Ale o tym na zajęciach. Stukacie w kulę, przez godzinę świeci i gaśnie. Jasne?
Brak odpowiedzi Zia uznała za potwierdzenie i zaczęła pokazywać im resztę pomieszczenia.
Nic specjalnego, pomyślał Evan. Każdy z nich dostał łóżko i skrzynię na rzeczy, oraz cztery pary ubrań. Tak jak się spodziewał, dwa czarne płaszcze i drugie tyle skórzanych, obcisłych strojów. Do tego znajdowały się tam dwa stoły, każdy z trzema krzesłami w zestawie.
- Jutro posiedzicie tu dłużej, tymczasem trzeba was przygotować na ucztę. Zaprowadzę was do łaźni.
Jak psy włóczące się za właścicielem, tak ruszyli za Zią. Kiedy szli, Evan starał się uważnie wsłuchiwać się w ich kroki, lecz różnica była tak niewielka, że nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek zacznie ją zauważać. Przynajmniej wiedział już, na którym końcu znajduje się Świątynia.
Kiedy Zia otworzyła drzwi, znaleźli się w ogromnym pomieszczeniu na kształt prostokąta. Większą część pomieszczenia zajmował wielki basen, długi na dwadzieścia łokci, a szeroki na piętnaście, wypełniony wodą. Nad powierzchnią unosiły się ogromne kłęby pary.

- Męska, damska, przebieralnie - wskazała po kolei pomieszczenia - My mamy identyczny, choć jest nas zaledwie garstka - puściła oczko złotowłosej wychowance - Macie pół godziny, potem wszyscy macie być gotowi.
Ruszyła w kierunku damskiej przebieralni, zostawiając ich samych. Przez chwilę stali w bezruchu, aż najwyższy z chłopców wzruszył ramionami i postanowił także się przebrać.
Pierwsze co przyszło Evanowi na myśl, było: czy już zapomniał, że niedawno na jego oczach zginęło dwudziestu ludzi?
Z drugiej strony, kiedy pomyślał o kąpieli w gorącej wodzie, jęknął. Nie potrafiąc odrzucić luksusu, poszedł jako drugi.
W przebieralni było kompletnie ciemno. Nim zdołali wymacać skrzynie na ubrania i wiszące ręczniki, zdążyła już przyjść reszta. W każdej skrzyni znajdował się kluczyk zamykający ją. Prosty, ale skuteczny sposób na uniknięcie kradzieży. Ciemność pomieszczenia pomagała bardziej nieśmiałym osobom, takim jak Evan. Nie wstydził się on wcale swojego przyrodzenia, to chuda sylwetka, ciało złożone głównie z kości i wystające żebra były problemem. Odkąd tu był, jadł lepiej niż w ciągu reszty życia, ale na razie to nie wystarczyło.

Tak jak cisza towarzyszyła im podczas inicjacji, tak do teraz nie wymienili nawet zdania. Evan szybko zdjął szatę i przyodział ręcznik.

Tuż przy basenie stały co kilka metrów barierki na zawieszenie ręczników. W pomieszczeniu panował półmrok,ujawniając tylko sylwetki postaci, jeśli nie stało się wystarczająco blisko. Po przeciwnej stronie basenu widział zarys kilku osób, które rozmawiały o czymś szeptem.

Evan zszedł powoli do wody, a kiedy zanurzył w niej nogę, poczuł kojące ciepło. Nie była tak gorąca, by parzyć, nie była też zbyt zimna. Była idealna. Z lekkim niepokojem włożył ranną nogę do wody, ale nie poczuł bólu. Kiedy upewnił się, że nie sprawi sobie cierpienia, usiadł na dnie basenu, a woda przykryła go pod szyję. Jakie świetne to było uczucie! Całkowite odprężenie, pozwalające zapomnieć o problemach wokół, zatrzymujące myśli i kojące nerwy. Aż szkoda, że mam tylko pół godziny…

Dopiero po chwili zorientował się, że basen miał schodkowe podłoże. Pozwalało to na zanurzenie się na odpowiednią głębokość ludziom wyższym czy niższym, jednocześnie zostawiając sporą ilość miejsca na każdej platformie.

Zamknął oczy i rozłożył się wygodniej w basenie. Właśnie tego mu było trzeba: chwili prawdziwego relaksu. Nawet nie zwracał uwagi na resztę świeżo upieczonych wyznawców, siedzących obok niego. Wydawało się, że czują to samo co on, bo czasami udało mu się usłyszeć rzeczy w stylu “o tak”, czy “właśnie tego mi było trzeba”.

Kiedy tak leżał, upajając się każdą chwilą, jeden z wychowanków wstał. Niski, brązowowłosy chłopak mamrotał coś pod nosem o “zbyt krótkim czasie” i zaczął wycierać się ręcznikiem.
Zbyt krótki czas? No nie…
Czyli minęło pół godziny. Zasmucony tym faktem Evan także wyszedł z wody i zaczął się wycierać, po czym udał się do przebieralni. Fala chłodnego powietrza wywołała u niego gęsią skórkę, więc szybko narzucił na siebie czarny płaszcz.

Kąpiel wydawała się poprawić nastrój wszystkim. Nie byli już przygarbieni, nie błądzili wzrokiem po pomieszczeniu i nie płakali. Dwóch z nich ze sobą rozmawiało, co jakiś czas nawet się śmiejąc.

Nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, ustawili się przy drzwiach wyjściowych z łaźni. Nie minęły dwie minuty, a dołączyła do nich Zia wraz z blondwłosą dziewczyną.
- Gotowi? Dobrze. Idziemy.
Uczta odbywała się w pomieszczeniu, w którym Evan był po raz pierwszy. Prostokątny pokój, mający czterdzieści na trzydzieści łokci wypełniały dwa długie stoły, ciągnące się od jednej ściany do przeciwnej, uginające się pod ciężarem smakołyków. Evan w życiu nie widział, a pewnie nawet i nie zjadł tyle w ciągu całego swojego życia. Jagnięcina, wieprzowina i wołowina dominowała wśród innych potraw, choć ich także nie brakowało. Jabłka, gruszki, truskawki i dziesiątki owoców, które Evan widział pierwszy raz w życiu wypełniały po brzegi wielkie mise. Nie brakło także napojów, czerwonych i białych win, soków i piwa, jak i zwyczajnej wody. Pociekła mu ślinka na sam widok.

Oprócz nich byli tam wszyscy inni, których Evan widział wcześniej: Tarlok, czterech opiekunów i szesnastu świeżo upieczonych wyznawców.
Kiedy weszli, Zia skłoniła głowę do Tarloka i poprowadziła swoją małą trzódkę prosto do wolnych miejsc.
- Nie upijcie się za bardzo, bo jutro nie będzie taryfy ulgowej - rzekła Zia, a jeden z opiekunów, Roth, jak zdążył się już przekonać Evan, zachichotał.
- Ty też o tym pamiętaj, siostro - uniósł kielich i opróżnił go do dna.
Zia zignorowała go i zaczęła ucztować, a tuż za nią tłusty chłopak z jej grupy, siedzący obok Evana. On sam był głodny jak wilk, ale nie za bardzo wiedział kiedy zacząć, to jednak mu wystarczyło. Urwał sobie spory kawałek kurczaka i zaczął pałaszować, przy okazji popijając ciemnym piwem. Najlepsza uczta w moim życiu, zdecydowanie.

Popatrzył po jego nowych towarzyszach. Pierwszy z nich, siedzący obok niego pulchny, brązowowłosy facet nie wyglądał na groźnego. Evan przez chwilę pozazdrościł mu tych ogromnych nakładów tłuszczu, których jemu zawsze brakowało. Do tego był bardzo niski, więc kiedy szedł, wyglądał jak przerośnięty pingwin. Znad opasłych policzków grubaska widniały dwa małe oczka, pochłaniające jedzenie równie dobrze jak usta.

Naprzeciwko niego siedział ciut wyższy, ale nadal niezbyt wysoki chłopak. Ten akurat wydawał się być w wieku Evana, a nawet był prawie tak samo chudy, choć trochę mu brakowało. Spod bujnej czupryny w kolorze orzecha widać było dwoje oczu, czujnie obserwujących otoczenie.

Tuż obok niego siedziała blondwłosa dziewczynka. Ciężko było określić jej wiek, bo z dziewczęcą twarzą i sylwetką kontrastowała para błękitnych oczu człowieka, który widział w swoim życiu już zdecydowanie zbyt wiele. Spoglądała bez wyrazu na taflę wina przed sobą.

- Trafiła ci się banda nie lada maszyn do zabijania, co? - zaczepił Zię po raz kolejny Roth. Jej usta zaczęły lekko drgać w podenerwowaniu.
- Postaram się, by byli w stanie załatwić cię z zamkniętymi oczami - spojrzała na niego i przekrzywiła wargę w lekkim uśmieszku.
Bogowie, ona jest jeszcze dzieckiem…
Zauważył to w momencie, kiedy się uśmiechała: subtelna, charakterystyczna gra mięśni twarzy, dająca na ułamek sekund wgląd poza maskę surowości czy wyższości. Była być może młodsza od niego.

- Ciekaw jestem, czy ty jesteś w stanie zrobić nawet z odsłoniętymi, Gra’daa - dźwięk poniósł się tylko po kilku osobach wokół nich, i choć nikt nie miał pojęcia, co to znaczy, w Zii wywołało wyraźną furię. Wstała szybko, z hukiem przewracając krzesło na podłogę i wyciągnęła długi, stalowy sztylet w jego stronę.

- Sprawdź mnie - wycedziła przez zęby, trzęsąc się z wściekłości. Zdawała się całkiem ignorować fakt, że każda para oczu w tej sali była zwrócona w ich stronę.

Roth nie czekał długo z odpowiedzią. Wyciągnął identyczny sztylet spod płaszcza, z uśmiechem na twarzy powoli wycofując się na środek sali. Zia pewnym krokiem ruszyła za nim.

Nim minęła chwila, wszyscy zebrani otoczyli dwójkę walczących w wielkie koło. Jedynie najwyższy kapłan Tarlok spokojnie siedział na swoim miejscu i popijał wino, czasami na nich spoglądając.
Ze zrobieniem miejsca było trochę kłopotu, ale do noszenia krzeseł nie brakowało chętnych. Kiedy tylko pojęli, że ma się odbyć pojedynek między dwoma zabójcami, który mogą bez konsekwencji obejrzeć, natychmiast wzięli się do pracy.
- Kalam - wywołał innego opiekuna Roth, który przyłożył dwa palce do ust w odpowiedzi i wszedł do kręgu, jednak stanął tuż przed publiką.
- Teru - powiedziała Zia, a za chwilę obok niej pojawił się opiekun, pozdrawiając ją należycie i ustawił się przeciwnie do poprzedniego.

- Wybierają sekundantów - wyszeptał ktoś stojący tuż obok Evana. Był to ten chudy jak patyk chłopak z bujną czupryną. Ciężko było określić, czy mówi do siebie, czy do kogoś.

- Gotowa? - zapytał Roth, znów narzucając swój wyzywający uśmieszek i ustawiając się w pozycji obronnej. Skinęła głową w odpowiedzi.

Trudno było powiedzieć, kto zaatakował pierwszy. Evan, który miał szczęście znaleźć się w drugim, a jednocześnie ostatnim rzędzie widział wszystko doskonale, będąc zarazem bezpiecznym. Nie myślał o tym, dopóki nie zaczął się pojedynek.
Nigdy nie widział czegoś takiego. Nie był w stanie nawet nadążyć myślami za tym, co się dzieje. Tu poszybował sztylet, tam pięść. Wydawałoby się, że oboje wpadli w jakiś bitewny szał, ale na ich twarzach malował się stoicki spokój i skupienie. Walka wydawała się idealnie wyrównana.
Wszyscy oglądający wstrzymywali oddech. Najdziwniejsze było to, że ani Zia, ani Roth jak dotąd ani razu nie oderwali stopy od podłoża. Walka toczyła się tylko za pomocą rąk, i choć cięcia były czasami skierowane bardzo nisko, udawało im się to sparować.

Do tej pory Evan nawet nie wiedział, że możliwe jest sparowanie ciosu sztyletem.

Minęły dwie minuty, i widać było pierwsze oznaki zmęczenia po obu stronach. W końcu mógł lepiej przyjrzeć się ciosom, które teraz traciły na prędkości.

Pierwsze co zauważył, to zmianę stylu u Zii. Wcześniej tylko kontrowała, próbując zaatakować Rotha tuż po jego natarciu. Teraz nie robiła nic. Po prostu się broniła. Wolną ręką odbijała ciosy jego ręki, a sztyletem parowała ciosy drugiego ostrza.

Nagle jej ręka wystrzeliła w kierunku jego twarzy, błyskawicznie jak na początku. Zdołał się uchylić w ostatniej chwili, a na jego twarzy znów pojawił się uśmiech.
- Cios! - wykrzyknął Kalam.
Czubek sztyletu dotykał podbródka Zii, która łypała gniewnie na swojego przeciwnika, jednocześnie sapiąc ciężko z wysiłku.

Roth prychnął z niesmakiem, odłożył sztylet i wrócił do swojego stolika, jakby nigdy nic, zostawiając Zię samą, z widocznie narastającą furią w oczach. Ludzie wokół niej instynktownie cofnęli się o krok, ona jednak tylko wyszła z sali, po drodze narzucając na głowę kaptur.

- Mówiłem. Gra’daa.
Ostatnio zmieniony 24 maja 2016, 23:26 przez Bocik, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Re: Dwie Twarze

Postautor: Bocik » 15 lut 2016, 09:09

“To koncert ślepców, nie chcesz być w tym chórze
wąchać gówno, mówić wszystkim, że to róże”

Pih - Pod wodą krzyk

Rozdział IV - Szkoła przetrwania


Jedno musiał przyznać - zabawa była przednia. Być może główną przyczyną było to, że napruł się jak stary alkoholik, ale niespecjalnie się tym przejmował. Nie był jedyny - wszyscy za wyjątkiem Tarloka, który zdążył zniknąć kilka godzin wcześniej, nie szczędzili sobie wina.

W końcu pierwszy raz się napił. Wbrew temu, co zwykł słyszeć podczas rozmów szlachty na temat wyborowych win i ich anielskim smaku, wcale nie smakowało tak dobrze. Po pierwszym łyku Evan myślał, że zwymiotuje, jednak z każdym wypitym pucharem smakowało lepiej.
Teraz siedział oparty na krześle, czując zmęczenie tak wielkie, że prawie zasnął. Prawdę mówiąc, przysypiał co kilka sekund, ale do tej pory budził się chwilę później. Nie sądził, że długo tak pociągnie, trzeba było w końcu się spiąć i ruszyć do dormitorium. Wziął głęboki oddech i wstał, prawie przewracając się w efekcie. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia, i zauważył, że nie jest w stanie utrzymać prostego kroku. Zaśmiał się sam do siebie kiedy zauważył, że jest kilka metrów od drogi, którą planował obrać na początku.

W momencie kiedy znalazł się na korytarzu, doszedł do niego następny fakt: nie wie, gdzie jest jego pokój. Każde drzwi wyglądały identycznie.
Próbował przypomnieć sobie, co mówiła wcześniej Zia. Ach. Podłoga, no jasne. Przeszedł kilka kroków, uważnie nasłuchując, ale nic nie usłyszał. Podskoczył, jednak nie udało mu się lądowanie i z hukiem uderzył o posadzkę.
Usłyszał śmiech kilka metrów z tyłu. Obrócił się i zobaczył blondwłosą dziewczynę z jego grupy. Przez moment zastanawiał się, jakim cudem jej nie zauważył.

Mógłby przysiąc, że dzisiaj z nią rozmawiał. Jak ona miała na imię?
- Co tu robisz? - zapytał, decydując się na tą wersję. Wersja “co tu robisz, Claro?” nie była pewna.
- Szczerze… - zrobiła speszoną minę - szukam naszego dormitorium.
Zaśmiał się, a za nim znów ona. Masz świetne poczucie humoru, Cassio.
- Ja też - przyznał się Evan i opuścił ręce w geście zrezygnowania - jak widzisz, nie idzie mi zbyt dobrze.
- Zauważyłam, Evan - zachichotała znowu i wystawiła do niego rękę - ja się nie poddam.
Ja też nie, Kate.
- Czemu by nie - wziął ją za ręke i rozejrzał się wokół, jednocześnie drapiąc się po głowie drugą - a masz jakiś plan?
- Hmmm - podrapała się po podbródku - to jest gdzieś tutaj.
Ale z ciebie mistrz dedukcji, Karoline…
- Też tak sądzę - przyznał Evan - jestem gotów przysiąc, że to tu.
Wskazał na drzwi stojące tuż obok nich, na co ona natychmiast pokręciła głową.
- Były jakoś na środku, chodź - pociągnęła go ze sobą wgłąb korytarza, stąpając tak głośno, jak tylko była w stanie, a Evan zaraz poszedł za jej przykładem.
- W ogóle nie czujesz rytmu - mruknęła pod nosem i nagle stanęła - tak, to tutaj!
Co ja bym zrobił bez ciebie, Carmen?
Pociągnęła go za sobą do środka i w ciemności próbowała wymacać magiczną lampę, jednak bezskutecznie. Poszedł za jej przykładem i szukał po przeciwnej stronie.
- Jestem pewien, że była tu…
- Co to ma, kurwa, być?!
Chłopak zamarł na chwilę, po czym wybuchnął śmiechem tak donośnym, że obudził wszystkich śpiących natychmiast. Poczuł, że dziewczyna zaczęła go bić po ramieniu, próbując uciszyć, na początku delikatnie, a później coraz mocniej. Po jakimś czasie, kiedy przed nimi stała już czwórka przewyższających ich o głowę mężczyzn z zaspanymi twarzami, zaprzestał śmiechu i otarł oczy z łez.
- Chyba pomyliłaś pokoje - wyszeptał jej na ucho.
Po długich sekundach zakłopotania, przeprosin za najście i narzekań na własną nieuwagę znów znaleźli się na korytarzu.
- Nie mogłeś wcześniej, co? - naburmuszyła się - Teraz ty nas prowadzisz.
- Jasna sprawa - odpowiedział jej i zrobił minę myśliciela - Myślę…
Cornelia? Kaitlin?
- No…
- Myślę, że…
Claudia? Carrie?
- No…
- Myślę, że to te drzwi!
Wskazał na drzwi stojące dokładnie naprzeciwko tych, do których niedawno weszli i bez zastanowienia otworzył. Szybko wyszukał jaśniejącą kulę i zastukał, a przed nimi ukazała się sylwetka grubasa. Leżał nieprzytomny na posłaniu, w trzymając w ręce wielki, na wpół obgryziony kawał mięsa. Głośnie chrapanie dowodziło, że czuł się dosyć komfortowo.
- Jestem świetny, przyznaj to - powiedział do niej, przybierając dumną pozę.
- Miałeś szczęście, przyznaję.
- Przyznaj, że jestem świetny - złapał ją lekko za szyję i przycisnął do ściany, przybierając tak sztucznie groźną minę, że aż komiczną.
- Jesteś świetny, Evan - przycisnęła go do siebie i zaczęła całować. Świat dla niego odpłynął, całkowicie ograniczając się do jej słodkich ust. Poczuł, że serce bije mu jak szalone, a ręce sięgają tam, gdzie nie powinny. Zaczął pogrążać się w bezkresnej toni namiętności...

Jednak trwało to tylko chwilę. Odsunęła go od siebie, położyła ręce na jego barkach i spojrzała z dołu. Spojrzała tymi swoimi wielkimi, błękitnymi oczyma...
Bogowie, ona jest prześliczna…
- A ja nie jestem świetna? Powiedz, że jestem.
- Jesteś świetna, Candice.
Już chciał ją znów pocałować, kiedy poczuł, jak go od siebie odsuwa. Zdezorientowany otworzył oczy i zobaczył mieszankę uczuć: najpierw zdziwienie, poprzez szeroko otwarte oczy. Następnie niedowierzanie, kiedy otworzyła usta, a potem smutek, kiedy łzy popłynęły jej z oczu.

A potem gniew, kiedy go spoliczkowała.

***


- Nie dajcie sobie zamydlić oczu!
- Kiedy wkraczamy? - wyszeptał do niego Rins, trzymając trzęsącą się rękę na głowicy miecza.
- Moment…
- Czy król zrobił coś, by obronić ludzi w Carmohhan? Nie! Uwierzcie mi ludzie, byłem tam! Widziałem na własne oczy, jak matki z dziećmi ginęły pod stopami posągu świętego Ry’luana! Bóg sprawiedliwości mi świadkiem, że król nie zrobił nic, by obronić niewinnych ludzi przed rzezią, jaka tam się dokonała!
Tłum ludzi przed podwyższeniem zaczął przekrzykiwać mówcę, niektórzy wspierając go, a inni bluzgając w jego stronę.
- Carmohhan samo to na siebie sprowadziło - zaczął krzyczeć wielki, łysy żeglarz, uciszając wszystkich wokół. Kiedy tylko zauważył, że wszyscy go słuchają, zaczął krzyczeć jeszcze głośniej - właśnie tak! Trzeba było zostawić Kanns ludziom króla, zamiast bawić się w bohaterów! Nawet Cansandończycy nie są tak głupi, by tolerować, kiedy ktoś im podpala zapasy i napada na zwiadowców!
- Chcieli pomóc w obronie kraju! - krzyknęła jakaś kobieta w oddali, dołączając się do rozmowy.
- Chcieli pomóc królowi, chociaż on nie dał im nic! I co dostali w zamian? Głowy swoich mężów, żon i dzieci nabite na pal przed wioską! Powiadam wam ludzie, jesteśmy rodakami. Jako wspólna siła możemy wiele zmienić!
- Zmienić? - odezwał się Einzaff - Zmianę najpierw trzeba zacząć od siebie.
Kiedy mówca zobaczył królewskiego generała na końcu tłumu, pobladł. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz znów je zamknął.
- Dlaczego nie zaciągniesz się do armii? - ciągnął dalej generał - tak najlepiej przydasz się Larissie.
- Mam walczyć pod sztandarem władcy, który nie dba o swój kraj? - Einzaff sam się zdziwił, jaką odwagę okazał teraz mówca. Co prawda, wymówił to dwukrotnie ciszej niż wcześniejsze wypowiedzi i bladł coraz bardziej, kiedy generał zbliżał się do wzniesienia, ale jednak zaimponował mu.
- Walczyłbyś pod moim sztandarem, a Ry’luan mi świadkiem, że znam się na tym, co robię.
- To wielki honor walczyć ramię w ramię z tobą, panie - zaczął mówić coraz pewniej - wszyscy wiedzą, żeś wspaniały dowódca i nieugięty wojownik. Ale nawet ciebie, panie, może złamać berło władcy.
Einzaff zatrzymał się tuż przed nim, stojąc w milczeniu. Mówca unosił teraz dumnie głowę, nie bojąc się konsekwencji.
- Daję ci jedną szansę - wyszeptał tak, żeby byli w stanie usłyszeć to tylko oni - albo zrezygnujesz ze swoich oskarżeń, przyznasz się do błędu i odejdziesz w pokoju, albo pozostaniesz przy swoich racjach i odetnę ci głowę tu i teraz.
Mówca się uśmiechnął.
- Niech więc tak się stanie - wypowiedział i uklęknął przed generałem.
Einzaff obrócił się i spojrzał na stojącego obok Rinsa, którego twarz wyglądała teraz komicznie przez grymas niedowierzania. Kiedy wychwycił spojrzenie przyjaciela, tylko wzruszył ramionami i dalej stał z rozwartymi oczami.

Generał wyciągnął miecz. Srebrna klinga Ru’lekona, Wilczego Szponu zabłysnęła w słońcu.
- Wiem, panie, że to król przelewa niewinną krew. Wiedz, że będzie ci to wybaczone, ale kiedy nadejdzie czas decyzji, nie zawiedź nas.
Einzaff przełknął ślinę i uniósł miecz nad głowę. Zamknął oczy, żeby ukryć łzy przed ludźmi i zabił pierwszego w swoim życiu, niewinnego człowieka.

***

Pac. Pac. Evan próbował odpędzić od siebie coś uporczywie próbującego zakłócić jego błogi sen, jednak bezskutecznie.
TRZASK. Otworzył powoli oczy i zobaczył uśmiechniętą od ucha do ucha Zię, przygotowującą się do zadania następnego ciosu głowicą sztyletu. Kiedy ujrzała, że wyrwał się ze snu, z twarzy zniknął jej wesoły grymas.
- Zrobię ci dziś piekło - powiedziała i wyszła z pokoju.
Zachęcające. Z trudem podniósł się z posłania. Czuł się jakby stado słoni biegało teraz we wnętrzu jego czaszki, a jego żołądek zdawał się zaraz eksplodować. Do tego okropnie piekł go policzek.

Rozejrzał się po pomieszczenia i zobaczył jego współlokatorów, leniwie rozciągających się na podłodze. Wyglądali, jakby byli torturowani.

Prawie wcale nie pamiętał, co się działo poprzedniego. Całe jego wspomnienia ograniczały się do tego, jak jadł i… Pił. No tak.
Niechętnie wstał z łóżka i skrzywił się, kiedy poczuł jak śmierdzi mu z ust. Już żałował, że wczoraj tak bardzo dał się ponieść i rozmyślał nad tym, czym go dziś zaskoczy jego opiekunka. Kiedy spojrzał na grubego mężczyznę, ten uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Wszyscy mamy to samo, bracie.
Chłopiec z bujną czupryną zarechotał głośno i poklepał grubego po ramieniu. Chyba zdążyli się już poznać.
- Jaki mamy dziś plan dnia? - zapytał ich Evan, jednocześnie rozmasowując skronie, w nadziei na uśmierzenie bólu.
- Półgodzinne śniadanie, a potem mamy się uczyć - odpowiedział mu jeden z chłopaków - Właśnie, Zia wspominała coś, że jak przedtem nie pójdziemy do łaźni, możemy sobie już szykować groby.
Gruby zaśmiał się i wyszczerzył zęby do przyjaciela, jednocześnie łapiąc się za nos.
- Ty w szczególności, Willy.
Evan uśmiechnął się i spojrzał na blondwłosą dziewczynę, przypadkiem łapiąc jej spojrzenie. Ta jednak natychmiast się odwróciła i dalej zajmowała się sobą.

Po kilku minutach wyszli z pokoju, kierując się za Willym chłopakiem.
- Ogarniasz to? - zapytał go Evan, znacząco patrząc w dół.
- Czwarte drzwi po lewej od naszych - odpowiedział mu i znów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Czwarte drzwi po lewej, zanotował sobie w pamięci Evan, czując, że w tym życiu nie zdoła nauczyć się odpowiednio słuchać. Pocieszało go to, że najwyraźniej inni uważali tak samo.

Kiedy dotarli do łaźni, dziewczyna odeszła od nich bez słowa i skierowała się w kierunku damskich przebieralni.
- Chyba się nie polubiliście, co? - zapytał gruby i szturchnął go w ramię. W tle słychać było chichoczącego Willy’ego.
- Nie rozumiem…
- Nie pamiętasz zbyt wiele, co?
- Nic a nic.
Obaj zaśmiali się głośno.
- Gadaliście wczoraj całą noc - wtrącił się Willy - z nami nie zamieniłeś nawet słowa, popatrz. Zmieniasz przyjaciół jak Harlun żony!
- Drań z ciebie - dopowiedział gruby.
- Zimny skurwiel - zgodził się Evan. Zaczęli śmiać się teraz całą trójką.
Mimo to, dali mu do myślenia. Będzie musiał jeszcze z nią porozmawiać, w sumie był całkiem ciekaw, o czym to można rozmawiać całą noc.

Kąpiel trwała krótko, jednak odniosła swój efekt. Po dokładnym wyszorowaniu całego ciała i założeniu czystego ubrania poczuł się o niebo lepiej. Psychicznie, bo bóle nadal dawały o sobie znać kiedy tylko mogły.

Dopiero gdy znaleźli się w jadalni dostrzegł ilu wyznawców liczył sobie zakon. Widział przed sobą tłum ludzi, przynajmniej setkę zajmujących się codziennymi sprawami zabójców, dorastających lub już upieczonych. Tak po prostu miał zacząć z nimi dzielić życie.
Z jednej strony poczuł przyjemne ukłucie na myśli, że on, Evan, będzie gdzieś przynależeć.
Drugą stroną medalu było to, że będzie nikim innym niż zabójcą. Siepaczem. Mordercą.

Muszę stąd uciec. Dowiem się, gdzie trzymają Lily i już mnie tu nie zobaczą.

Zajęli miejsca przy stoliku obok Zii, która już skończyła swoje śniadanie. Przed nią siedziała blondwłosa dziewczyna, która pospiesznie pałaszowała swój posiłek.
- Macie pięć minut i wychodzimy. Radzę się najeść.
Bez zastrzeżeń usiedli i w ciszy zabrali się za jedzenie. Evan skrzywił się na myśl, że znów doszedł do tego samego wniosku: dobrze mu się tu żyje. Zaraz jednak zobaczył w głowie obraz Lily przetrzymywanej w jakimś obskurnym lochu, pijącej własne szczyny. Otrząsnął się z ponurych myśli.
Doszedł do niego kolejny dziwny fakt: siedzieli przy stole w piątkę. Resztę opiekunów otaczało po dwudziestu, trzydziestu ludzi, a ich było tylko pięcioro.
Za dużo myślisz, Evan. Pomyśl o tej pieczonej kaczce, która poświęciła się, byś zaznał takiej rozkoszy jak ta. I o wodzie. Pyszna, pyszna woda. Więcej wody jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Mimo starań, nie był w stanie pokonać jego największej cechy charakteru, czyli absolutnego braku koncentracji. Zaśmiał się w duchu, kiedy zauważył jak inni czekają na dzbanek z wodą.

Po kilku minutach Zia wstała bez słowa, a oni ruszyli za nią. Teoretycznie, Evan mógłby próbować zapamiętać do których drzwi po której stronie weszli, ale i tak już nie pamiętał jak dojść do jadalni, więc i tak to sobie odpuścił.

Zaprowadziła ich do pustej sali. Dosłownie pustej, jeśli nie liczyć dwóch lamp zwisających ze ścian. Pomieszczenie wydawało być się idealnie kwadratowe, o przekątnej do piętnastu łokci.

- Usiądźcie - wskazała im gestem na podłogę.
Jak gdyby to było potrzebne.
- Jesteście tutaj, żebym wytłumaczyła wam kilka zasad i reguł obowiązujących w zakonie, wytłumaczyć parę spraw i takie tam. Nie muszę chyba wspominać, że za złamanie tych zasad jest kara? Nie muszę. Może najpierw się poznajmy. Ja jestem waszą opiekunką, i tak też macie się do mnie zwracać, tak samo jak do innych opiekunów. Poznacie ich po tym - wskazała na złote paski na ramieniu - do innych adeptów zwracajcie się jak chcecie, wasza w tym głowa kto jak na co zareaguje. Do mistrza Tarloka zwracajcie się tytułem i tylko tytułem. To teraz wy. Po kolei - wskazała ręką na grubego chłopaka.

- Dean, opiekunko - odpowiedział, lekko zdenerwowany.
- Szybko się uczysz. Ty?
- Will.
- Evan.
- Carris.
- Dobrze, koniec tych uroczystości - machnęła ręką - musicie wiedzieć przede wszystkim to, że każdy tutaj odpowiada za siebie. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli ktoś z was zostanie złapany na grzebaniu w cudzych rzeczach, chodzeniu po niedostępnych mu pomieszczeniach i takie tam, czeka go w najlepszym razie konfrontacja ze mną. Czasami sam Najwyższy Kapłan przyjmuje takich, a on… - zrobiła krótką pauzę - a co mi tam, może kogoś z was czeka niespodzianka. Dobra, co dalej… Zajęcia. Czeka na was dziesięć godzin nauki dziennie, po dwie godziny konkretnych lekcji, kwadrans przerwy i następne dwie godziny, od godziny ósmej zaczynając. Odpowiednio: najpierw nauka o zakonie z Khalidem, walka improwizowana z Rothem, walka taktyczna z Kalamem, alchemia z Teru i na koniec działanie w terenie z moją skromną personą. Ci, u których zostanie wykryty talent będą potem mieli także dodatkowe dwie godziny z samym mistrzem Tarlokiem. Jakieś pytania?
Willy bez wahania podniósł rękę w górę, jak gdyby czekał na ten moment od początku.
- Ta?
- Jak mamy odmierzać czas?
- Ha! - wskazała na niego Zia - Zarobiłeś sobie u mnie dodatkowy wycisk na treningu. Miałam nadzieję że będziecie liczyć bicia serca jak ostatni, którzy nie zapytali. Rozumiem, że widzieliście kiedyś tęczę? Światło luksynowych lamp będzie zmieniało kolor w zależności od pory dnia. O poranku czerwień, wieczorem fiolet. Nauczycie się jeszcze.
- Czy będzie to tak proste, jak usłyszenie dźwięków podłogi? - wyrwał się Evan, nim zdążył ugryźć się w język. Zia spiorunowała go wzrokiem.
- Będzie tak proste, jak oddanie cię Bogini w objęcia, jeśli nie zaczniesz traktować nas poważnie.
Wystraszyła go nie na żarty. Przeklął się za nietrzymanie języka.
- Oczywiście. Przepraszam, opiekunko.
- Wybaczam. A teraz, zmykajcie.
- Przepraszam, opiekunko - odezwał się niepewnie Willy - gdzie?
- Masz podwójny wycisk. Miałam nadzieję, że będziecie błąkali się bez celu. Drzwi naprzeciw.

I już nikt nic nie mówił, w obawie przed dodatkowym wyciskiem.

***


Ku uciesze Evana, lekcje o zakonie były tak nudne, że nic a nic nie zbliżyło go to do prania mózgu, którego się spodziewał. Khalid okazywał równy brak zaangażowania jak jego uczniowie wygłaszając znane na pamięć formułki bez cienia podekscytowania. Wszyscy w sali starali się słuchać jak tylko mogli, ale czasami było to ciężkie zadanie. Evan cały czas siedział prosto i patrzył centralnie na opiekuna, starając się zrobić wrażenie zainteresowanego, ale po kilku minutach jego umysł zaczął błądzić jak to miał w zwyczaju.
- ...przez trzysta lat istnienia w zakonie nie doszło do większych zmian. Od samego założenia do dziś władzę sprawuje Najwyższy Kapłan, a za nim stoi pięciu opiekunów. Urząd Najwyższego Kapłana, w kolejności chronologicznej, sprawowali…

I tak minęły dwie najdłuższe godziny w życiu Evana, tym bardziej, że nie mógł się już doczekać treningu walki. Wiele razy w życiu myślał o tym jak by to było zostać królewskim rycerzem, honorowym obrońcą słabych i uciśnionych… Trening zabójcy nijak się do tego nie miał, ale przynajmniej pomacha sobie mieczem.

Ta sala lekcyjna była zdecydowanie ciekawsza. Pośrodku znajdowała się duża, gruba mata sparingowa. Pod jedną ze ścian znajdowały się wypchane słomą manekiny imitujące przeciwnika, a pod przeciwną strzeleckie tarcze. W wielu miejscach z sufitu zwisały grube sznury.

- Dobra, patałachy, ustawiać się - przywitał ich na wejściu Roth. Sam nie wyglądał na wojownika: wysoki, niezbyt tęgi facet, ot i tyle. Mimo to, dwie rzeczy były w nim niepokojące. Bystre, badające otoczenie oczy starego, wojennego weterana i zabliźniona już rana przechodząca przez cały policzek.

Dwudziestu uczniów ustawiło się szeregiem przed nim, niektórzy zaniepokojeni, inni podekscytowani, a jeszcze inni całkiem obojętni.
- Wyposażenie będzie wam wydawane dopiero na lekcjach u Kalama, a mi się nie chciało targać takiej kupy żelastwa, więc dziś ponaparzacie się na pięści. Na początek, niestety, muszę wam przedstawić kilka faktów o moich lekcjach.
Stanął pół metra przed pierwszą osobą w szeregu i zaczął obchodzić ich z każdej strony, mówiąc jednocześnie.
- Pewnie się zastanawiacie, czym się różni walka improwizowana od taktycznej. Otóż moje lekcje będą polegały na nauczeniu się własnego stylu, wyszukiwania odpowiednich dla was kombinacji ciosów i postępowania według własnego widzimisię. Na lekcjach u opiekuna Kalama nauczycie się fechtunku typowo żołnierskiego, skutecznego, jeśli w przyszłości będziecie walczyć w wielkiej bitwie - parsknął śmiechem - u mnie nie będzie zadań domowych. No i wspomnę, że mi wisi, które z was wróci z obitym pyskiem. Ale koniec gadania! Uczymy się!

Stanął kilka metrów przed nimi i wyciągnął ręce na boki.

- Jeśli uda się wam mnie pokonać, macie resztę lekcji wolną. Start.

Wszyscy stali jak wryci, nie za bardzo rozumiejąc, czy wziąć to na poważnie. Po dłuższej chwili wielki jak dąb facet ruszył na Rotha, a za nim wszyscy inni, jakby czekali właśnie na taki impuls.

Roth nie stał bezczynnie. Kiedy dwumetrowy mężczyzna szarżował na niego, ten ugiął lekko nogi, i wyciągnął ręce w kierunku jego przeciwnika. Kiedy ten znalazł się blisko, złapał go jedną ręką za udo, drugą za szyję i przerzucił go bez trudu przez plecy. Facet z hukiem wylądował poza matą, jęcząc z bólu.
Mimo popisowego pokazu, ich mały tłum się nie zatrzymał, jednak nawet mając tak wielką przewagę liczebną, wyraźnie przegrywali. Złapał pierwszego chłopca za rękę i obrócił go wokół własnej osi, w efekcie uderzając nim w trzech następnych pechowców jak maczugą.

Evan biegł razem ze swoją grupą jeden obok drugiego. Bez żadnych omawianych strategii, każdy z nich musiał improwizować, więc jak Evan sądził, będzie to po prostu szarża. Nie mylił się: Dean rzucił się na niego całym swoim ciałem, starając się pociągnąć Rotha ze sobą, jednak runął jak długi na ziemię, kiedy ten tylko zrobił krok w bok.
Później wiele się nie zmieniło. Wielka szara masa jaką tworzyli przewracała się z jednej strony na drugą, bezskutecznie próbując chociaż trafić przeciwnika.

Po kilku minutach jeszcze tylko wyspiarz stał na nogach. Sapiąc ciężko, ociekając potem i z groźnym grymasem na twarzy stał naprzeciw Rotha.
- Przynajmniej się staraliście - mruknął do niego opiekun - daj spokój Zeke, przegraliście.

Evan wybałuszył oczy, słysząc to. Chociaż leżał pod ścianą kilka metrów od nich, był pewien, że się nie przesłyszał.
Oni się znają…

Z bojowym okrzykiem na ustach Zeke rzucił się w stronę Rotha. Ten tylko cofnął głowę, kiedy pięść przemknęła kilka cali od jego twarzy. Złapał wyspiarza za rękę i ją wykręcił, aż ten zawył z bólu. Opiekun zmusił go do przyjęcia pozycji klęczącej.
- Nie dzisiaj, chłopcze.

To będzie długi dzień, pomyślał Evan, kiedy Roth zmusił ich do wstania.
- Jesteście beznadziejni - rzekł zrezygnowany - pora na trochę rozrywki. Zrobimy wam walki między sobą. Ktoś chętny?

Oczywiście nikt nie był chętny. Większość z nich jeszcze masowała świeżo nabite siniaki.
- Dobra… Raz, dwa trzy, dziś obity wrócisz.... ty!
To jest chyba jakiś żart…
- Jest jakiś śmiałek, który chce się z nim spróbować?
Evan patrzył z beznadzieją w oczach, który z olbrzymów będzie chciał mu dać po pysku. Ludzie w końcu tacy są. Lubią dawać po pysku.
Ukradkiem oka wychwycił uśmiech na twarzy Zeke’a i ogarnęło go przerażenie, gdy zobaczył, jak ten podnosi rękę.
- Ha! No chodź tu!
Evan podziękował bogom, kiedy ktoś uprzedził wyspiarza. Miejsce strachu szybko zastąpiło zaskoczenie, kiedy zobaczył swojego przeciwnika.
- Jak się nazywasz, ślicznotko?
- Carris, opiekunie - odpowiedziała blondwłosa dziewczyna i stanęła przed Evanem. Cała reszta ich otoczyła, tworząc prowizoryczny ring.
- Chwila, nie uderzę kobiety…
- Więc ona uderzy ciebie - powiedziała Carris i wzięła zamach. Evan nawet nie zdążył zauważyć, kiedy upadł na ziemię, czując pulsowanie skroni i strużkę krwi spływającą po twarzy.
Ostatnio zmieniony 25 maja 2016, 00:00 przez Bocik, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Re: Dwie Twarze

Postautor: Bocik » 19 mar 2016, 23:45

“Chcą zetrzeć Cię w proch, dziś, jutro, pojutrze
Wiedzą - zabij mózg, a ciało umrze”

Pih - Zasznurowane usta, zaciśnięta pięść

Rozdział V - Plan


Wcześniejsza niecierpliwość już nie kłębiła się w Evanie. Na lekcji u Rotha został kilkakrotnie boleśnie uderzony, bo uparł się, że nie uderzy kobiety. Nie miał pojęcia, za co tak bardzo nienawidziła go Carris, ale to musiała być bardzo głęboka nienawiść. Przez swoją męską dumę tylko ucierpiał.
Lekcje z Kalamem okazały się jednak nie aż tak brutalne i wyczerpujące. Na samym początku zostali obdarzeni garścią informacji co, jak i gdzie.
- Zanim przejdziemy do przyjemniejszej części... - mówił opiekun Kalam. Dla Evana był przerażający. W porównaniu do Rotha, który zdołał powalić kilkakrotnie całą ich grupę mimo swej smukłej postawy, Kalam budził podziw samym wyglądem: wysoki na dwa metry, łysy facet, który wyglądaj jakby mięśnie miały mu zaraz rozedrzeć tunikę z głębokimi, czarnymi oczyma i niskim głosem po prostu onieśmielał.
- Każdy z was dostaje osobistą broń, którą może wziąć ze sobą gdziekolwiek i kiedykolwiek chce - podniósł wielki wór, a w pomieszczeniu rozniósł się brzęk metalu - golema tym nie ubijecie, ale sztylet jest w zakonie symbolem, więc cieszcie się tym co macie.
Każdy dostał swój mały, ale zabójczy zjadacz grzechów. Evan popatrzył na broń. Był to zwyczajny, prosty sztylet o trochę za długiej dla niego rękojeści i dwudziestocentymetrowym ostrzu.

Sztylet dał mu nadzieję. To pierwszy poważny krok w ucieczce z tego przeklętego miejsca.

Powoli przejechał po ostrzu broni i ogarnęło go zdumienie, kiedy zobaczył spływającą po palcu strużkę krwi.
- Tak, dbamy o nie - powiedział do niego opiekun, kiedy zobaczył zdezorientowanego chłopaka - są przeznaczone nie tylko do pchnięć, można nimi bez wysiłku nawet ściąć głowę. Najważniejszym, co musicie wiedzieć, jest to, że tylko amator pozwala, by jego broń się stępiła lub zardzewiała. Pilnujcie się, nie rozdajemy nowych.
Wszyscy wydawali się być zachwyceni prezentami i z fascynacją oglądali ostrza z każdej strony czy wymachiwali nimi na boki. Evan z ulgą stwierdził, że kilka osób oprócz niego też zdążyło się pokaleczyć.
- Dzisiejsze dwie godziny zajęć będą dosyć ważne, więc uważajcie. Waszym zadaniem jest zrobienie pochwy na wasze nowe cacka. Skórę znajdziecie w skrzyni w rogu, klamry, zapinki i inne cuda znajdują się w tamtym kufrze - wskazał palcem na miejsce obok manekinów - do rozcinania może wam posłużyć sztylet. Efekt waszej pracy musi wam starczyć na przynajmniej rok, więc postarajcie się.

***

Przeszłość

Strażnicy bez cienia skruchy spoglądali na małego chłopca, który ze spuszczoną głową wlókł ciało młodej kobiety przez bramę. Nie zastanawiał się nawet, czy ignorowali go z czystego okrucieństwa, czy był to dla nich widok codzienny.

To nawet pewne, że byli przyzwyczajeni.

Nie jestem jedyny. To zdarza się setkom innych dzieci.

Mimo to, nie mógł powstrzymać łez. Nie wył na cały głos, dał łzom płynąć w ciszy, kiedy on ciągnął zwłoki matki do lasu.

Nie mogę nawet ci zapewnić godnego pochówku. Przepraszam, mamo.

W końcu znalazł dogodne miejsce. Mała polanka otoczona drzewami była jego finalnym celem.

Nie miał łopaty. Przez cały czas wydłubywał ziemię paznokciami, które po czterech godzinach pracy były niewidoczne przez umykającą z palców krew.

Ułożył powoli ciało w prowizorycznym grobie. Odgarnął jej włosy z twarzy, położył ręce na brzuchu i poprawił brudną suknię, którą miała na sobie.

Przysypanie dziury zajęło mu chwilę. Ubił ziemię rękami i przyjrzał się swojemu dziełu.

Zapłakał. Nie po raz pierwszy, ale tym razem dał się ponieść emocjom. Szlochał, wył, krzyczał, i choć niosło się to echem przez cały las, nikt mu nie odpowiedział. Zaczął uderzać w pobliskie drzewo, kopał i bił aż zdarł sobie skórę do kostek.

Drzewo nadal stało. Był bezsilny. Bezsilny jak zawsze.

W pewnym momencie doszła do niego myśl. Samotna, zabłąkana idea, która mogła okazać się wyjściem. Pomocą. Ratunkiem.

Pobiegł, aż zobaczył znajome w lesie jezioro. Niewielki, zwyczajny stawek, zamieszkały jedynie przez małe ryby i żaby.

Skoczył, nie nabierając nawet powietrza. Popłynął kilka metrów w dół, aż poczuł dno.

Zamknął oczy i usiadł.

Niedługo znów się zobaczymy, mamo.

***


Zadanie okazało się bardziej frustrujące, niż Evan mógłby przypuszczać. Nawet mimo ostrości sztyletu skórę ciężko było rozciąć, często oddzielał za krótkie lub zbyt długie płaty, a dopiero w połowie lekcji zdał sobie sprawę, że musi dopasować materiał do rozmiarów klamer.

Kiedy zostało piętnaście minut, a on znów zaczynał od nowa, całkowicie stracił pewność siebie. Połowa już zrobiła swoje, a on nadal stał w tym samym punkcie. Często posiłkował się ich pracą, próbował różnych technik, ale wszystko prowadziło do jednego wniosku: miał dwie lewe ręce.

Podczas ostatnich pięciu minut jego rozpacz zmieniła się w wściekłość. Zrobił z jednego odcinka skóry obręcz, którą przyczepił do pasa tuniki. Wyciął po przeciwnych stronach dwa otwory i wsadził w nie obie części jelca. Broń wpasowała się idealnie, nie drgała nawet przy poruszeniu. Jedynym problemem mogło być to, że sztych sztyletu pewnie nie raz jeszcze go w życiu ukłuje. Koniec końców, nie był najgorszy. Kilka osób, w tym jego współlokator Dean, nie zdążyło wykonać pracy i byli zmuszeni trzymać broń za pasem.

Lekcja alchemii z Teru była podobna do tej z Khalidem. Jedyną różnicą było to, że nauczający mówił z większą fascynacją, z jaką wszyscy jego uczniowie razem wzięci słuchali.
Jeszcze zanim lekcja się rozpoczęła, Evan miał nadzieję, że będzie to tak ciekawe jak sobie wyobrażał. Możliwe nawet, że się nie przeliczył: po prostu nic z tego nie rozumiał. Teru używał tak trudnych słów i skomplikowanych sformułowań, że dla ludzi pokroju Evana były one po prostu bełkotem. Miał nadzieję na chociaż odrobinę praktyki, ale jedynym co go czekało przez następne dwie godziny było tylko słuchanie połączone z nadzieją na zrozumienie.

- Niech mnie, nic nie zrozumiałem - zaśmiał się Dean, kiedy grupą wychodzili z lekcji.
- Jak można tego nie rozumieć? - zdziwił się Willy - Całe dwie godziny słuchaliśmy o zastosowaniu alchemii w świecie.
- A na co mi to? Myślałem że zrobią ze mnie zabójcę, a nie botanika.
- Alchemia nie ma nic wspólnego z botaniką! - naburmuszył się Willy - Botanika traktuje o roślinach, ich właściwościach i…
- Oj, zamknij się - przerwał mu Dean, nie kryjąc zadowolenia - Ciekaw jestem, jak będą wyglądały zajęcia z naszą ukochaną opiekunką!
- Działanie w terenie… - wtrącił się Evan, wyczuwając okazję - Że niby wypuszczą nas z tej ciemnicy?
Dean machnął ręką w odpowiedzi.
- Zapomnij. Nie wypuszczają nikogo przez cały okres nauczania. Mam za to nadzieję, że będzie choć trochę więcej zabawy, niż do tej pory…
- A ile trwa ten cały okres? - przerwał mu znowu Evan, nim ten zdążył się na dobre rozkręcić.
- Trzy lata.
Evan w duchu wypuścił długą wiązankę przekleństw. Na razie nie zapowiadało się, by szybko stąd wyszedł.

***


- Wzywałeś mnie, mistrzu?
- Wejdź, Zio - polecił jej Tarlok, nie odrywając wzroku od pergaminu wyłożonego na biurku przed nim.
Tak jak nakazywały zasady zakonu, nie zaczynała rozmowy, tylko cierpliwie czekała aż Najwyższy Kapłan sam zechce rozpocząć. Siedzieli tak przez dobre kilka minut w milczeniu.
- Fascynujące - powiedział w końcu Tarlok i pokazał jej fragment pergaminu - Powiedz mi, co widzisz?
Zia przyjrzała się napisom widniejącym na zwoju i pokręciła głową.
- Nie znam tego języka.
- Właśnie - powiedział jej i wrócił do oglądania - jest to urywek z księgi Ma’Juinów, prastarego plemienia zamieszkującego niegdyś teren teraz nazywany Thabrilis. Byli uważani za lud prymitywny i barbarzyński. Według historii nie potrafili czytać, pisać, a nawet mówić. Mimo to mam tutaj przed sobą dokument spisany przez anonimowego Ma’Juina, który jest istnym dziełem geniuszu.
- Nie rozumiem, mistrzu.
Znów pokazał jej pergamin i przyłożył palec do pierwszego ze słów.
- To słowo ma kilka znaczeń. Może to oznaczać mięso jadalne, czyli w ich kulturze wszystko prócz ludzkiego mięsa. Jednocześnie, to słowo może oznaczać zniszczenie w sensie apokalipsy. Końca świata.
- Rozumiem sens twoich słów, mistrzu, ale nie wiem, co chcesz mi przekazać.
Uśmiechnął się do niej, spodziewając się takiej odpowiedzi i odsunął szufladę przy biurku, wyjmując zabazgraną kartkę i podając Zii. Większość słów było przekreślonych lub pomazanych, w niektórych miejsca widniały znaki zapytania. Jednak na samym dole widniały dwa pełne zdania, oddzielone od siebie poziomą kreską.

“Mięso doprawianie zioła Ro’ekash(znane jako Wilcze Ziele), nadanie aromatu i rozkoszy.”
----------------------
“Apokalipsy strażnik nie przestaje(przestał?przestanie?) porządku, kiedy nie czuje(chodzi raczej o sam fakt pojęcia o obecności czegoś/kogoś) cieni.”


Na samym początku Zia przypatrywała się notatkom, nie widząc w nich żadnej logiki czy ładu. Z każdą chwilę jednak coraz bardziej zaczęła pojmować sens i rosło w niej niedowierzanie. Stworzenie księgi, która kryła w sobie dwa różne przekazy, gdzie ten drugi dało się odkryć tylko dzięki manipulacji językiem, nie można było nie nazwać geniuszem.
- Co oznacza ten strażnik apokalipsy?
- Nie mam pojęcia - przyznał się mistrz - nie odkryłaś jednak drugiej części zagadki.
Zia spojrzała na niego wzrokiem wyrażającym ciekawość, ten jednak machnął dłonią.
- Zastanów się nad tym porządnie i wróć do mnie, kiedy zdasz sobie sprawę z oczywistego faktu, który wszystko zmienia. Tymczasem ruszaj, masz za kilka minut zajęcia ze swoją grupą.
- Oczywiście, mistrzu.
Tarlok wrócił do studiowania zwoju, lecz spojrzał spode łba na Zię, która zatrzymała się w progu.
- Mistrzu, czy to jakaś lekcja?
W odpowiedzi dostała ten jakże jej znany, tajemniczy uśmiech.
- Czasami musisz popatrzeć na coś z zupełnie innej strony, nic więcej.

***


Zajęcia z Zią mogłyby okazać się najprzyjemniejsze, gdyby tylko trwały nie więcej niż kwadrans.

Wszyscy byli zachwyceni, kiedy weszli do pomieszczenia, w którym miały odbywać się lekcje. Wielka, idealnie okrągła sala posiadała wiele dziwacznych, acz fascynujących urządzeń, zdolnych zahipnotyzować samym swoim wyglądem. Pod sufitem była wywieszona wielka kolorowa siatka, a ze ścian poniżej wystawały setki małych tyczek. W jednym z rogów znajdował się niewielki labirynt zrobiony z samych luster. Jeszcze dalej kawałek podłoża przysypany był różnego rodzaju drobinkami skał, piasku czy szkła. Były też poręcze, platformy, okienka w ścianie oddzielającej małą część pomieszczenia i haki zwisające z kolorowej siatki.

Lekcja zaczęła się tak jak poprzednie, tłumaczenie zasad, reguł i tym podobne rzeczy. Kiedy jednak nadszedł czas na właściwą część lekcji, wszyscy zacierali ręce.
- Naszym pierwszym celem będzie wyrobienie u was muskułów na tyle, byście mogli bez problemu utrzymać ciężar własnego ciała - przeleciała wzrokiem po ustawionych w szeregu uczniach - niektórzy będą mieli ciężej, inni lżej. Posłuży nam do tego ta siatka - wskazała palcem na wypełnione feerią barw tajemnicze narzędzie treningowe.
- To taka fajna, urozmaicona magicznymi węzłami przez Najwyższego Kapłana Tarloka maszyna tortur. Całą dzisiejszą lekcję poświęcimy na trenowanie waszej siły.

I tak oto się zaczęło. By dotrzeć do samej siatki, musieli wspiąć się dziesięć metrów po zwisającym sznurze. Większość nie zdała nawet tego testu.
Polecenie mieli proste: jeśli zdejmiesz siatkę z sufitu, odczepiając ją od haków w ośmiu miejscach, przechodzisz do następnego etapu szkolenia. Evanowi wydawało się to banalne, jednak kiedy Zia powiedziała, że rekordziście zakonu udało się zdjąć siatkę ponad dwa miesiące po rozpoczęciu szkolenia, zaczął powątpiewać. Kiedy pytali Zię, co to za magiczne sploty, chichotała i zbywała ich, mówiąc, że to niespodzianka.

Evan jako jeden z wielu nie wszedł nawet po linie do połowy. Wszyscy, którzy nie wykorzystali swojej kolejki byli wysyłani do podciągania się na drążku w celu ćwiczenia swojej siły. Evan wiedział że miała rację, kiedy zobaczył jak marną siłę przedstawili. Mimo to, było to okropnie męczące ćwiczenie, a ręce szybko zaczynały boleć. Zia jednak nie okazała litości i zabroniła im przerywać.

Evan z zaciekawieniem obserwował smukłego chłopca z grupy Kalama, który dotarł do samej siatki. Rozejrzał się na boki, po czym złapał fioletowy kawałek sznura. Evan mało nie puścił się drążka, kiedy usłyszał krzyk przerażenia i zobaczył, jak chłopak spada na dół.

Zia wykazała się dobrą reakcją i złapała nieszczęśnika. Rozegrała to świetnie: ani ona, ani on nie odnieśli przy tym najmniejszych obrażeń. Zamiast pozwolić mu opaść na jej ręce, złapała go jednocześnie za lewą rękę i nogę, zrobiła dwa obroty wokół własnej osi, stopniowo go spowalniając, aż w końcu położyła wystraszonego ucznia na ziemi. Wszystko to trwało nie więcej niż dwie sekundy.

- Następnym razem będziecie dbali o siebie wzajemnie, jako grupa. Cztery osoby muszą współpracować, by złapać osobę akurat robiącą wyzwanie siatki. No, chyba, że jej się to uda - wyszczerzyła się do nich, jakby sama w to nie wierzyła.
- C-c-co to było? - otrząsnął się do połowy leżący na ziemi chłopak, pierwsza ofiara siatki.
- Trafiłeś na naszego pupila, co? - zaśmiała się - Siatka symuluje różne sytuacje. Dotknięcie niektórych elementów spowoduje przenikliwe uczucie zimna czy gorąca, inne symulują postrzał z łuku czy nawet zwykły cios kamieniem w głowę. No i mamy też iluzje - spojrzała na chłopaka, który już wstał z ziemi i uważnie się jej przysłuchiwał - dla przykładu, to był Bambo.

Kiedy skończyła mówić, została zasypana gradem pytań nie mniejszym niż ofiara Bambo. Chłopak zapomniał już o strachu i z entuzjazmem opowiadał o swojej małej przygodzie.
- Mówię, idę sobie spokojnie, czując już zwycięstwo, a tam BUM! Znikąd pojawia się pies wielkości niedźwiedzia i rzuca mi się do gardła! Bestia mnie tak wystraszyła, że nawet nie zauważyłem jak spadam! Do teraz się cieszę, że się nie zesrałem ze strachu!
Zia przerwała sielankową atmosferę.
- Oczywiście jest tym trudniej, że dany kolor nie zawsze zawiera tę samą pułapkę. Jest to problem, z którym sami musicie sobie poradzić. Każdy, kto przejdzie test siatki dostanie przywilej opuszczania pokoju w dowolnych nocnych godzinach. A więc, życzę powodzenia.

Tak oto pojawiło się multum chętnych, jednak Zia stanowczo zaprzeczyła, mówiąc, że najpierw muszą przejść treningi siłowe. Pułapki były jednym elementem, bo na razie większość z nich nie doszłaby nawet do siatki, nie mówiąc już o przemieszczaniu się po niej.

Tak więc całą następną godziną przechodzili morderczy trening, polegający na zwyczajnym podciąganiu się na drążku. Evan obawiał się, że już więcej nie będzie mógł poruszać rękami.

Pięć minut przed końcem lekcji Zia kazała im zaprzestać ćwiczeń. Nie mieli nawet siły na wyrażanie ulgi, jaką wtedy poczuli.
- Jeszcze tylko jedna rzecz dzisiaj. Udamy się teraz do mistrza Tarloka, który oceni waszą zdolność używania talentu. Jeśli ktoś z was jest magiem, czekają go codziennie dwie dodatkowe godziny zajęć.
Opinie się mieszały. Kiedy Zia prowadziła ich do komnaty Tarloka, Dean z Willem rozprawiali na temat czekającego ich testu.
- Fajnie by było móc trochę poczarować - zaczął Willy, z czym Dean się najwyraźniej nie zgadzał. Evan zauważył, że często zdarzyło im się nie zgadzać.
- Dwie dodatkowe godziny nie są tego warte. Czuję, że dzisiaj usnę i już się nie obudzę.
- Nie są tego warte? Magowie na świecie dokonywali wspaniałych rzeczy! Lodowy mur w Clonwell, golemy, które zaważyły o losie bitwy o fort Gorgothy, czy…
- To jest nic - przerwał mu Dean - magią się nie najem, a tylko o tym teraz myślę.
Willy pokręcił głową na taką bezmyślność. Wszyscy wokół zdawali się ich ignorować, ogarnięci myślami. Każdy zastanawiał się, co go czeka i jaki będzie to miało wpływ na ich życie.

Evan nie był wyjątkiem. Z jednej strony rozmarzył się, przypominając sobie historie o legendarnych bohaterach, potrafiących burzyć mury zamków, tworzyć magiczne bestie i będących w stanie zabijać tysiące. Z drugiej jednak strony, słyszał o konsekwencjach nieostrożności w posługiwaniu się magią, która często powodowała kalectwo lub samą śmierć.

- Gotowi? - rzuciła w ich mały tłum pytanie Zia, ale wcale nie oczekiwała odpowiedzi. I słusznie, bo dało się słyszeć jedynie nerwowe pomruki.

***


Dzisiejszy dzień Einzaff mógł zaliczyć do jednego z najgorszych w swoim życiu. Zabił prawie dwudziestu ludzi. Było to coś innego niż odbieranie życia przeciwnikom bitewnym: zabicie człowieka, który rusza na wojnę świadomy i przygotowany na śmierć było czymś innym niż zabicie niczemu niewinnego cywila.

Drugą sprawą była bezsensowność jego czynów. Król uważał, że tylko takim sposobem powstrzymają bunt już w zalążku, ale Einzaff był pewien, że takie myślenie jest błędne. Teraz było tylko gorzej, bo ludzie zaczęli obwiniać generała za śmierć obywateli, a tym samym i króla.

Nie mogąc zmrużyć oka, wstał z łóżka i wyszedł na balkon. Miał nadzieję, że świeże powietrze dobrze mu zrobi. Oparł się o balustradę i rozejrzał po ogrodzie. Było to dla niego naturalne, żołnierskie przyzwyczajenie, pomyśleć o własnym bezpieczeństwie. Poczuł małe ukłucie złości, kiedy nie zobaczył nic ciekawego. Miał ochotę wyżyć się na kimś. Kimś, kto by na to zasłużył.
- Nie możesz spać? - usłyszał głos zza pleców. To była jego żona, Laurenn. Skarcił się za to, że dał się tak podejść. Powoli dopadała go starość, a jako wojenny weteran przyzwyczajony do pokonywania własnych słabości nie mógł pogodzić się z faktem bezsilności.
Westchnął tylko w odpowiedzi. Laurenn stanęła obok niego i popatrzyła w dal.
- Ta sprawa wciąż nie daje ci spokoju, prawda?
Po raz kolejny nic nie powiedział. Najgorsze było to, że nie mógł nic poradzić, chociaż bardzo się starał to i tak nie był w stanie wpłynąć jakkolwiek na Harluna.
- Użalanie nad sobą w niczym ci nie pomoże. Powinieneś zresztą wiedzieć o tym najlepiej, generale.
Popatrzył na swoją żonę, która uśmiechnęła się do niego czule. Nie było w tym uśmiechu żadnego współczucia czy zrozumienia. Był to po prostu uśmiech ukochanej kobiety, ukazujący mu jego błędy i powodujący wstyd.
- Masz rację - powiedział do niej i wyprostował się - przemówię mu do rozsądku. Jutro…
- Co się dzieje? - przerwała mu Laurenn i wskazała palcem na gońca zmierzającego w stronę ich posiadłości. Nawet z takiego daleka i w ciemności można było ujrzeć na jego twarzy strach i niepewność.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział szczerze Einzaff i udał się w kierunku drzwi, a Laurenn tuż za nim. Otworzył drzwi akurat w momencie, kiedy goniec wszedł do schodach.
- Panie - ukłonił się mężczyzna - król pragnie ujrzeć cię w sali tronowej.
- Teraz? - zdziwił się Einzaff - O co chodzi?
Goniec zamarł na chwilę, jakby obawiał się tego pytania. Ukradkiem spojrzał na miecz wiszący na ścianę i przełknął ślinę.
- Chodzi o urzędnika Rinsa. Został oskarżony o zdradę, jutro ma zostać stracony.

***


Evan niepewnym krokiem wszedł do pomieszczenia. Najwyższy Kapłan już tam na nich czekał. Zia przywitała się już znanym Evanowi gestem, przystawiając do ust dwa palce i ucałowując je. Tarlok odwzajemnił powitanie i rozejrzał się po przybyłych.
- Nie będę wam powtarzał po co tu jesteście, bo jak mniemam Zia już to zrobiła. Zanim zaczniemy, czy komuś z was już udało się kiedyś użyć magii?

Rękę podniósł tylko Zeke, a osoby stojące przy nim odruchowo zrobiły krok do tyłu.
- Ile razy? - zapytał go Tarlok.
- Jeden, mistrzu.
- Tak jak sądziłem. Stań obok Zii. Wy, w szeregu przede mną.
Wszyscy posłusznie zaczęli się ustawiać z gracją kulawych świń. Wynikało to między innymi z tego, że niektórzy chcieli mieć to szybko za sobą i starali się być pierwsi, a inni wręcz przeciwnie, ustawiali się jak najdalej. Mieli tylko nadzieję, że Tarlok zacznie od swojej lewej strony, według ich oczekiwań.

Kiedy Najwyższy Kapłan po raz pierwszy sprawdził obecność talentu, Evan poczuł się trochę zawiedziony. Tarlok po prostu stawał przed uczniem, przez kilka sekund patrzył mu głęboko w oczy i wymawiał liczbę od jednego do dziesięciu i kazał im ją zapamiętać.
U absolutnej większości była to ósemka, dziewiątka lub dziesiątka. Czasami jednak zdarzały się liczby mniejsze, jak na przykład u Carris, której trafiła się trójka. Dean, jak i Willy mieli osiem. Kiedy przyszła kolej na Evana, zaczerpnął tchu, wiedząc, że przez te kilka sekund napięcia go wstrzyma.
Tarlok stanął przed nim i popatrzył mu głęboko w oczy. W jego spojrzeniu było coś niepokojącego. Evan czuł, jak kapłan wwierca się w jego duszę tymi swoimi czarnymi jak smoła oczyma. Kiedy teraz tak na niego patrzył, nie wiedzieć czemu wyobraził sobie sępa żerującego nad ofiarą.
Chłopak nie wiedział czy wierzyć samemu sobie, ale wydawało mu się że przez sekundę na twarzy Tarloka malowało się zaskoczenie. Trwało to jednak tylko chwilę, i zaraz na jej miejsce znów pojawiła się obojętność.
- Dziesięć - powiedział swoim naturalnym, zimnym głosem i przeszedł dalej.

Kiedy kapłan sprawdził już wszystkich, znów stanął przed nimi.
- Osoby z liczbą większą lub równą osiem nie będą posługiwać się magią, a tym samym nie będą uczestniczyć w dodatkowych lekcjach. Ci mający od czwórki do siódemki mogą sami zadecydować, czy spróbują obudzić w sobie talent, a jednocześnie mogą w dowolnym momencie zrezygnować z zajęć. Uważajcie, bo kiedy raz zrezygnujecie, nie przyjmę was z powrotem. Osoby mające trójkę lub mniej mają obowiązkowe zajęcia, które zaczynają się już za chwilę.
Evan nie wiedział, czy się cieszyć czy płakać, ale zadowolenie chyba przeważało. Po części dlatego, że nie miał ochoty na dodatkowe lekcje, a po części po prostu bał się tego człowieka. Okropnie się go bał.
- To teraz pytanie do wszystkich średniaków: kto z was chce spróbować szczęścia?
Zgłosili się wszyscy. Evan to rozumiał: tak jak wcześniej mówił Tarlok, mogli zrezygnować w dowolnym momencie, więc czemu mieli nie sprawdzić, jak to będzie wyglądać?
- Dobrze. Wszyscy ósemkowicze i więksi, opiekunka Zia zaprowadzi was do swoich dormitoriów. Wyśpijcie się porządnie, bo jutra wcale nie będzie lżej. I niech Rena czuwa nad wami.

Evan zdążył zobaczyć w ostatniej chwili, jak Carris ukradkiem spogląda w ich stronę ze strachem w oczach.

- Niech mnie licho, byłem tak blisko - odezwał się jako pierwszy Dean, kiedy Zia zaprowadziła ich do pokoju, zostawiając samych. Postukał w luksynową lampę, która zajarzyła się purpurowym światłem i położył się na łóżku.
- Wiem co czujesz - zgodził się Willy - też bym chciał.
- Phi - prychnął Evan - ja też byłem blisko, a wcale nie narzekam.
Dean wyszczerzył się do niego.
- Ciekawi mnie, co oni tam robią z Carris - zagadnął Willy.
- Nie słyszałeś, co mówił Tarlok? - zapytał go Evan - Budzi w niej magię…
- A to znaczy… - wtrącił się Dean, wyłapując tajemniczy ton głosu Evana.
- Że…
- Będą jej pewnie wycinać flaki! - wykrzyknął Dean, natychmiast niszcząc całe uczucie napięcia w Willym, który tylko uderzył się w czoło.
- Ja idę o zakład, że przez dwie godziny Tarlok będzie patrzył na nią tymi swoimi diabelskimi ślepiami i mówił jakąś mroczną mantrę - powiedział Evan. Tak jak przewidział, Dean dokończył za niego.
- Masz na myśli coś w stylu “wyzwól w sobie moc”? A może “magio, zaklinam cię, ukaż mi się”?
- Bardziej coś jakby “ku chwale Reny, nakazuję ci czarować!”.
- Jesteście beznadziejni - zagadnął Willy - tak samo jak wasze poczucie humoru.
- Uważaj - wskazał na niego palcem Dean, robiąc przy tym groźną minę - mnie Carris lubi bardziej, więc kiedy tylko ją poproszę, wybuchnie cię.
- Po pierwsze, to zdanie było gramatycznie niepoprawne - odgryzł mu się Willy - po drugie, wątpię by miała ochotę to zrobić, bo, jakby nie patrzeć, to twoje wielkie cielsko zabiera tu najwięcej miejsca.
Przez chwilę Evan już myślał, że przez Willy’ego nastąpi niezręczna cisza, ale zmienił zdanie, kiedy usłyszał szczery śmiech Deana.
- Auć. Wiesz, mam grube kości żeby było trudniej mnie wybuchnąć. To celowe działanie.
Teraz już śmiali się wszyscy i Evan pomyślał, że nie żałuje, że trafili mu się tacy współlokatorzy, a czuł nawet, że lepiej być nie mogło. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, jak by to było spać w jednym pomieszczeniu z Zeke’m.
- Nie wiem jak wy - przerwał mu rozmyślania Dean - ale ja mam zamiar czekać tu na nią i od razu wypytać o wszystko. Z drastycznymi szczegółami.
Evan i Willy skinęli mu zgodnie głowami.

Koniec końców, ostał się tylko Evan. Dean już od godziny głośno chrapał i trochę majaczył, ale Willy zdawał się zasnąć dopiero przed sekundą. Evan był przyzwyczajony do nocnego potoku myśli i spanie sprawiało mu więcej problemów niż jego brak.

W końcu drzwi otworzyły się z cichym jękiem i ukazała się w nich Carris. W jej chodzie można było ujrzeć coś, co było połączeniem okropnego zmęczenia i wściekłości.
- I jak było? - zagadnął Evan, a ona aż podskoczyła ze strachu. Dopiero teraz pomyślał, że biorąc pod uwagę panującą ciemność, mógł trochę inaczej to zaplanować. Popatrzyła na niego, jakby nie rozumiejąc, a kiedy doszło do niej na kogo patrzy, prychnęła i poszła w stronę swojego łóżka.
Tym razem jednak się nie dał. Wstał i złapał ją za ramię.
- Powiesz mi, o co chodzi? Chłopacy mówili, że wczoraj dużo rozmawialiśmy, ale nic nie pamiętam i nie wiem, czemu jesteś na mnie zła.
Usłyszał ciche westchnięcie. Carris obróciła się w jego stronę, a w jej oczach można było zobaczyć zimny chłód.
- Hmmm… Edgar, tak?
- Evan - poprawił ją, nie kryjąc zaskoczenia.
- No tak, pomyliłam się - powiedziała z naciskiem - wybacz, ale jestem bardzo zmęczona, porozmawiamy kiedy indziej. Dobranoc, Edvin.
- Evan - powiedział szeptem, kiedy już kładła się na łóżko. Choć był pewny, że nie mogła tego usłyszeć, było wręcz przeciwnie.

Nie mogła powstrzymać uśmieszku spowodowanego tą małą zemstą.

Awatar użytkownika
Buchling
amator
Posty: 6
Rejestracja: 25 maja 2016, 22:15

Re: Dwie Twarze

Postautor: Buchling » 10 lip 2017, 22:49

Co. :shock:
Ale gdzie jest reszta?
Autorze?
*patrzy na datę ostatniej publikacji*
No świetnie, teraz nie pozostaje mi nic innego jak Cię wyśledzić w internetach i nękać aż nie wstawisz reszty bo opowiadanie jest cudowne.
Ludzi pewnie odstraszyła ta ściana tekstu, dlatego brak komentarzy, ale gościu, mówię Ci, to jest wyjątkowo solidna historia, z niesamowicie opisanym światem (już nawet nie chodzi o zakon i jego praktyki, ale sam opis miasta, mieszkańców, gdzieś tam jakiś kowal, jacyś rybacy, tu wędkowanie z siostrą, tam jakaś polityka na dworze! wszystko jest jak w jakimś naprawdę rozwiniętym świecie fantasy, w jakiejś podręcznikowej powieści lub jak w grze).
Niezwykłego klimatu dodają rymowane wstawki, zarówno te dziecięce przyśpiewki i wyliczanki, jak i te wiersze snujące opowieść o królewnie - wojowniczce (swoją drogą, ta akcja z grajkiem i chwytającą za serce historią opowiadaną przy muzyce strasznie kojarzy mi się z "Imieniem Wiatru". Istnieje jakiś związek?).
Polubiłam niezmiernie Lily, chociaż najpierw myślałam, że będzie typową przesłodzoną siostrzyczką, której jedyna funkcja jest taka, że ma pokazać jaki to jej brat nie jest kochany i gotowy do poświęceń. Lily na wędkowaniu, scenie z targowaniem się o chleb i przy grze w kości o wymyślone pieniądze pokazała, że jest urocza, ale w naturalny i szczery, właściwy dzieciom sposób, nie będąc przy tym ani rozpieszczoną, ani żalącą się na trudne życie, ani też nienaturalnie dzielną dziewczynką.
Evana polubiłam trochę mniej, bo na początku był dosyć mdły. To Lily popychała go jakichkolwiek działań. Tylko ze względu na nią podejmował jakiekolwiek decyzje. Zrehabilitował się od pierwszej błyskotliwie pyskatej rozmowy ze swą opiekunką. Jestem ciekawa dalszego rozwoju tej postaci, bo wszystko idzie w dobrym kierunku.
A co do zakonu. Te próby były naprawdę przerażająco bezwzględne. Jesteś umierający, ale jak jednak przypadkiem nie umrzesz, to cię bierzemy. Rzut monetą, jak dobrze zgadniesz, to cię bierzemy ( a jak nie to na ołtarz). Pomysł z orientowaniem się za pomocą odgłosów wydawanych przez podłogę. Żywe światła. Zdejmowanie siatki pełnej lin - pułapek. No naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak ten świat, całkowicie przez Ciebie wymyślony, trzyma się kupy. Tego, jakie naturalne są u Ciebie opisy. Jakie przyjemne dialogi.
Jestem fanką normalnie!
Mam nadzieję, że się jeszcze nie poddałeś, bo po prostu muszę wiedzieć, co będzie dalej, no. :mrgreen:


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość