Klinika doktora Marcha

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2058
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Lokalizacja: Warszawa Rembertów
Kontaktowanie:

Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 09 mar 2019, 08:22

Tytuł: Klinika doktora Marcza
Rating: 16+
Opis: "Spotkało cię coś niesamowitego? Przeżyłeś osobliwą przygodę i masz trudności z przystosowaniem się do normalnego życia? Przydarzyło ci się coś, czego nie potrafisz do końca wyjaśnić? Klinika doktora Memorandusa Marcha zaprasza na konsultacje i psychoterapię."Bliżej nieokreślona przyszłość. Od trzydziestu lat ludzkość podtrzymuje kontakt z Minerwianami - zafascynowaną ziemskimi kulturami rasą obcych. Minerwiańska nauka stoi na wysokim poziomie, co więcej - obcy zbadali i opisali wpływ pewnych zjawisk i wydarzeń na psychikę istot rozumnych; zjawisk i wydarzeń, które na Ziemi dotąd opisywane były tylko w powieściach fantasy i science-fiction. Doktor Memorandus March postanowił skorzystać z tej wiedzy, aby pomóc ludzkości, a za cel swoich badań wybrał małe miasteczko Clive's Grove, gdzie wiele rzeczy nie jest taka jak się wydaje. Oto kilka z przypadków, z którymi miał styczność.

Rozdział 1: Syndrom Krainy Czarów

1

Jakieś piętnaście lat temu…
Oliver Benson mieszał swoje płatki owsiane, spoglądając ze zniecierpliwieniem na schody i mając nadzieję, że Marianna zaraz zejdzie na śniadanie. Za jakąś godzinę mieli już być gotowi do szkoły, a tej ośmioletniej smarkuli wciąż nie było widać. Czasami Oliver żałował, że jest od niej straszy o siedem lat i że to on musi być tym odpowiedzialnym.
Właściwie sam nie wiedział czemu na nią czekał. Z jakiegoś powodu czuł niepokój, kiedy długo nie schodziła na śniadanie… Ale sprawdził dziś rano jej pokój. Nigdzie nie było żadnych dziwacznych drzwi…
Oliver otrząsnął się ze swoich ponurych myśli i poprawił okulary. To wszystko było już za nim. Teraz czekała go reszta jego życia.
No wreszcie ta dziewucha się pojawiła. Właściwie to zbiegła ze schodów, robiąc hałas na cały dom. Tata był w pracy, mama wyszła tuż po nim (ale zdążyła przyszykować im kanapki), więc to Oliver powiedział siostrze, aby się uspokoiła. Marianna natychmiast się opanowała i usiadła przy stole, gdzie już czekała na nią kanapka z żółtym serem.
- Ale ja nie lubię sera!
- Trudno. Jedz i nie marudź.
- A nie możemy zjeść babeczek jagodowych? Wiesz, takich jak robiła Pani Gąska?
Oliver zamarł na chwilę. Przypomniał sobie gadającą gęś w kuchennym fartuchu, która jakimś cudem była w stanie utrzymać dzbanek z herbatą…
Nastolatek otrząsnął się i odrzekł stanowczo:
- Nie. Masz zjeść to. Niedługo idziemy do szkoły.
- Ale w szkole jest tak nudno! – marudziła Marianna. – Poza tym nikogo nie znam.
Oliver spojrzał na nią z podniesionymi brwiami. Wydawała się rzeczywiście trochę smutna. Odłożył więc łyżkę i położył rękę na ramieniu dziewczynki.
- Hej, to dopiero drugi dzień. Zobaczysz, jeszcze będziesz miała dużo przyjaciół.
Uśmiechnął się nawet, aby dodać jej otuchy, zanim powrócił do płatków. Przez chwilę siedziała cicho, powoli zajadając kanapkę. W końcu jednak powiedziała:
- Ale nie takich jak w Zenlandii.
Oliver wziął głęboki oddech i po raz kolejny przerwał jedzenie, aby zwrócić się do siostry:
- Posłuchaj, Marianno. Wiesz, że nie możemy wrócić do Zenlandii.
- Szkoda – prychnęła. – Tam wszystko jest lepsze.
- To nieprawda. A co z olbrzymem?
- Ależ jego już nie ma! Przecież pomogliśmy go pokonać! A w Zenlandii ludzie są milsi i na śniadanie zawsze są babeczki.
Oliver nie wierzył, że znów przeprowadzają tę rozmowę. I prawdę mówiąc, miał już po dziurki w nosie Zenlandii. Nie dość, że widział ją w snach; nie dość, że musiał jakoś przywyknąć po tym całym szaleństwie, że już jest w normalnym świecie, to jeszcze Marianna ciągle o niej gadała.
- Nie pamiętasz jak olbrzym próbował mnie upiec w piekarniku? – oświadczył, podnosząc się z miejsca. – Uwierz mi, to nie było przyjemne doświadczenie.
Marianna spuściła wzrok, widocznie zawstydzona. To z kolei sprawiło, że Oliver usiadł z powrotem na krześle. Marianna milczała do momentu, kiedy wreszcie połknęła ostatni kęs kanapki. Wtedy odparła cicho:
- To nie tak, że zapomniałam.
Oliver spojrzał na nią, również zjadając resztki swojego śniadania. Oboje przyglądali się sobie w ciszy pustego domu.
- Po prostu… po prostu tam miałam wreszcie przyjaciół. No i – uśmiechnęła się do niego lekko – przecież cię w końcu uratowałam. Nigdy, przenigdy bym cię nie zostawiła.
Oliver przypomniał sobie całe zajście. I przypomniał sobie jak bardzo się cieszył, że siostra jednak po niego wróciła.
- Tak, pamiętam – odparł w końcu, również się uśmiechając. – Byłaś genialna.
To nie tak, że nie rozumiał, dlaczego chciała tam wrócić. W końcu byli tam bohaterami i on sam wielokrotnie czuł się tam o wiele lepiej niż w prawdziwym świecie. Ale problemem było to, że oboje zapamiętali to miejsce inaczej.
Oliver wziął naczynia i poszedł umyć je w zlewie.
- Ubierz się i spakuj – oznajmił nieco znużonym głosem. Spojrzał na zegar nad lodówką i dodał: – Autobus mamy za dwadzieścia minut.
2

Obecnie…
Była już trzecia popołudniu. Trzecia po popołudniu i nikt nie przychodził!
Asystentka doktora Marcha, Nancy Keats, rozejrzała się po jasnoniebieskiej poczekalni, spojrzała na drzwi naprzeciw swojego biurka recepcyjnego, po czym ziewnęła z nudów. Po raz któryś z rzędu zerknęła na grafik spotkań i po raz któryś z rzędu przekonała się, że dwóch pierwszych klientów przyszło na wizyty już rano, a trzeci przeniósł wizytę na przyszłą środę. Nikt inny nie był na dzisiaj umówiony.
Była kasztanowowłosą okularnicą w czarnym golfie i spódnicy. Wszyscy, który wchodzili do kliniki i widzieli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, że Nancy jest bardzo profesjonalna i poważna, a ona lubiła sprawiać takie wrażenie. Bo rzeczywiście taka była… w pewnych sprawach. Lubiła swoją pracę, ale nie wszystkie jej aspekty. Na przykład, ze wszystkich swoich obowiązków jako asystentki, najbardziej nie lubiła pracy przy recepcji, zwłaszcza w takie dni jak dzisiaj, kiedy nic się nie działo.
Wcisnęła przycisk na intercomie i powiedziała:
- Myślę, że nikt już nie przyjdzie, doktorze.
- Mnie też ta bezczynność męczy, panno Keats – odpowiedział głos jej szefa. – Na szczęście mój kaktus nie dostał dawno wody, więc go teraz poję. Na pewno jest coś, czym może pani zabić czas.
Nancy przerwała połączenie i westchnęła. Następnie wyciągnęła z szafki swojego biurka najnowszy numer ulubionego czasopisma. Był tam ciekawy artykuł na temat poltergeistów i Nancy chciała go przeczytać już od samego rana. Szybko go znalazła i wzięła się za lekturę.
Kiedy brała się za drugi akapit, drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna, który miał na oko jakieś trzydzieści lat. Kiedy ściągnął kaptur kurtki, Nancy mogła się przyjrzeć jego czuprynie jasnobrązowych włosów, których kosmyk na czubku głowy układał się w lekki szpic. Twarz przybysza była lekko opalona, a na nosie znajdowały się okulary.
- Przepraszam? – zaczął niepewnie. – Ja… ja znalazłem ogłoszenie o waszej klinice. Podobno zajmujecie się nietypowymi przypadkami. Czy jest możliwość, abym się dzisiaj umówił na sesję z doktorem Marchem?
- Tak, oczywiście – odparła Nancy.
- Kiedy mógłby mnie najwcześniej przyjąć?
Nancy udała, że przegląda grafik i po niespełna minucie zwróciła się znów do potencjalnego klienta:
- Mam pan szczęście. Właśnie zwolniło się miejsce. Może pan wejść już teraz, panie…?
- Benson. Oliver Benson – przedstawił się mężczyzna i po krótkiej chwili milczenia dodał trochę pewniej: – Proszę mnie więc zaprowadzić.
Nancy uśmiechnęła się, po czym wcisnęła przycisk intercomu i powiadomiła swojego szefa:
- Pewien człowiek chciałby z panem pomówić, doktorze. To klient.
- Fantastycznie! – odparł z entuzjazmem doktor March. – Niech przyjdzie!
- Oczywiście – asystentka przerwała połączenie i podniosła z krzesła, po czym zwróciła się do pana Bensona: – Proszę za mną.
Mężczyzna tylko przytaknął i pozwolił się prowadzić.
3

Asystentka wprowadziła Olivera do gabinetu doktora Marcha. Zielone ściany były od dolnej połowy pokryte panelami. Pośrodku podłogi położony był wielki dywan, na którym stała zielona kanapa i stolik do kawy. Na nim postawiono jakąś paprotkę, a koło drzwi znajdowała się duża donica z kaktusem, na którym już kwitły różowe opuncje. Pod oknem stało biurko z ciemnego drewna, a na lewo od niego szeroki regał z książkami. Przed biurkiem stało dodatkowe krzesło, zapewne dla klientów.
A oparty o biurko stał on. Wydawał się mieć zupełnie białą skórę i wielkie, czarne oczy, a do tego szpiczaste uszy. Nosił czarne dżinsy, białą koszulę i brązowy sweter w serek, przez co wydawał się grubszy niż prawdopodobnie był, a mimo to jego dłonie robiły wrażenie długich i wąskich.
Po raz pierwszy w życiu Oliver widział na własne oczy Minerwianina. Mężczyzna mimochodem śledził informacje o Minerwianach – tych dziwnych kosmitach, którzy trzy dekady temu nawiązali kontakt z ludzkością i byli żywo zafascynowani ziemskimi kulturami (był na to nawet termin: gajofilia). Dopiero od niedawna Ziemianie przekonali się do tego, że kosmici nie są wrogo nastawieni i nie chcą dokonać inwazji (chociaż nie brakowało ludzi, którzy wciąż tak uważali) i rozpoczęła się prawidłowa współpraca między obiema planetami.
Po chwili milczenia, doktor March uśmiechnął się i podszedł do pana Bensona.
- Witam w moich skromnych progach – powiedział i wyciągnął rękę w stronę Olivera. – Nazywam się Memorandus March.
Mężczyzna nieśmiało uścisnął jego dłoń i odparł krótko:
- Oliver. Oliver Benson.
- Czy mogę do pana mówić po imieniu? – Doktor March przerwał uścisk.
Oliver zastanowił się przez chwilę, aż w końcu odparł:
- Tak. Myślę, że tak.
- Proszę, usiądź, Oliverze. – Psychoterapeuta znów się uśmiechnął i wskazał otwartą ręką krzesło przed biurkiem.
- Zostawiam was samych i wracam na recepcję – odrzekła panna Keats i zamknęła za sobą drzwi.
Kiedy tylko odeszła, Oliver natychmiast skierował się w stronę wyznaczonego miejsca i niepewnie zasiadł na nim. Tymczasem doktor March zajął miejsce za biurkiem, oparł łokcie na blacie i uśmiechnął się znów przyjaźnie do klienta. Oliver natychmiast zauważył, że po lewej stronie psychoterapeuty leżały długopis i otwarty, niebieski notatnik.
- Cóż cię do mnie sprowadza, Oliverze?
Oliver nie odpowiedział od razu, tylko przyglądał się psychologowi, próbując jakoś ubrać w słowa to, z czym przyszedł. Im dłużej siedział naprzeciw Minerwianina, tym bardziej miał wrażenie, że to jest jeden wielki sen. Właśnie miał opowiedzieć zupełnie obcej osobie o swojej dziwnej przygodzie z dzieciństwa.
- Pewnie dziwi cię, że Minerwianin nosi ziemskie nazwisko – odezwał się nagle doktor March.
- Ależ nie! – odparł Oliver, machając defensywnie rękami.
- Spokojnie, o nic cię nie oskarżam – oświadczył doktor, wciąż się uśmiechając. – Sprawa jest właściwie bardzo prosta: moja matka jest Minerwianką, a ojciec pochodzi z Connecticut. I to po nim mam nazwisko.
- Aha – odrzekł Oliver.
Rzeczywiście, to miało sens. I z jakiegoś dziwnego powodu, kiedy tylko ta kwestia się wyjaśniła, Benson czuł się bardziej komfortowo. Jakby całkiem rozsądny powód, dla którego doktor March nazywa się tak, a nie inaczej, uczynił całą sytuację zwierzania się kosmicie z wyprawy do magicznego świata bardziej osadzoną w rzeczywistości, a więc mniej niezręczną.
Znowu zapadła cisza. Oliver nie był pewien jak zacząć.
- Nie spiesz się – zachęcał go doktor. – Dzisiaj jest wolniejszy dzień. Nikt nam nie przeszkodzi.
Oliver spojrzał na niego jeszcze raz i pomyślał sobie, że to w sumie dobrze, że doktor March był kosmitą. Jeszcze kilka dekad temu istoty z innych planet należały do wytworów ludzkiej wyobraźni. Cywilizacje pozaziemskie należały do domeny kina albo literatury (ewentualnie teorii spiskowych, które mało kto brał na poważnie). Innymi słowy – kosmici byli elementem fikcji.
Tak jak magiczne krainy, do których przedostawały się dzieci w książkach i filmach fantasy.
Toteż Oliver wziął głęboki oddech i wreszcie się przełamał.
- Ja… znaczy się, ja i moja siostra… byliśmy w dziwnym miejscu.
Doktor March splótł ręce i położył je na biurku. Wydawał się zainteresowany tym, co jego pacjent miał do powiedzenia.
- Próbuję sobie to jakoś wytłumaczyć, ale nie wiem jak – ciągnął dalej Oliver. – W jednej chwili byliśmy z Marianną w nowym domu, a potem otworzyły się te drzwi, i nagle byliśmy w Zenlandii, i spotkaliśmy Panią Gąskę i… i gonił mnie olbrzym, i… Ja wiem, że pewnie brzmię jak szaleniec, ale to się naprawdę zdarzyło, a teraz muszę udawać, że się nie zdarzyło i…
- Spokojnie, Oliverze. – Doktor March nagle przerwał jego potok słów. – Najpierw opowiedz o tym miejscu, w którym się znaleźliście. Potem zobaczymy, czy ci uwierzę.
Oliver wyprostował się na krześle i przez chwilę zastanawiał się, od czego zacząć. W końcu spojrzał na psychoterapeutę i oświadczył:
- To miejsce nazywało się Zenlandia i było niesamowite. Żywe kolory, fantastyczne rośliny, o których nawet mi się nie śniło… i leśne zwierzęta, chodzące po tym świecie, ubrane jak ludzie i zachowujące się po ludzku. Pamiętam, jak przeszliśmy wraz z Marianną… to właśnie moja siostra – wyjaśnił szybko Oliver i ciągnął dalej: – No więc jak przeszliśmy z Marianną przez drzwi, które nagle pojawiły się w jej sypialni, naszym oczom ukazała się kwiecista łąka. Niektóre kwiaty były wielkości słoneczników, ale ich pąki były bardziej dzbankowate. Słońce sprawiało, że mieniły się kolorami tęczy. Obojętnie jakbym nie opisywał tego, co widziałem, nie mógłbym oddać jakie to wszystko było piękne. Ta łąka wręcz zachęcała mnie, abym przeszedł przez drzwi i przyjrzał się wszystkiemu z bliska. Moja siostra nawet nie czekała na mnie. Sama przekroczyła próg i zaczęła biegać po tej łące, oglądając każdy kwiat, który zwrócił jej uwagę.
- A jak reagowali na was mieszkańcy Zenlandii? – zapytał nagle doktor March. – Przyjaźnie? Wrogo? Ze zdziwieniem?
- Pierwszą istotą jaką napotkaliśmy była Pani Gąska.
Przerwał nagle, znów próbując jakoś ogarnąć myśli. Spodziewał się teraz po doktorze Marchu wyrazu zdziwienia, ale nie zobaczył nic z tych rzeczy. Psychoterapeuta przyglądał się mu tylko z wyrazem zainteresowania, od czasu do czasu robiąc notatki.
Oliver postanowił ciągnąć dalej:
- Wyszła nam naprzeciw. Była prawie tak wysoka jak ja i miała na sobie fartuch w kratkę. Była jakby wyjęta z jakiejś książeczki dla dzieci. W końcu przemówiła: „Nie powinniście tu być, dzieciaczki. Olbrzym jeszcze was odkryje. Odejdźcie jak najszybciej.” Pani Gąska od samego początku okazywała nam troskę i chciała nas chronić. Pozwoliła nam nawet schronić się w swoim domu i poczęstowała nas babeczkami jagodowymi.
Oliver zastanawiał się wielokrotnie dlaczego w ogóle zaufał Pani Gąsce. Dlaczego pozwolił, aby ich gdziekolwiek zabrała? Może po prostu jej aparycja sprawiła, że wydawała się niegroźna.
- Marianna dogadywała się świetnie z Panią Gąską i jej przyjaciółmi, Borsukiem i Żabą. Żartowała z nimi, rozmawiała o różnych rzeczach, opowiadała im o naszym świecie. Lubiła ich, a oni lubili ją. Czuła się całkiem swobodnie w całej tej sytuacji. Nie traciła pogody ducha ani na chwilę. Dla niej to była wspaniała przygoda.
- A dla ciebie? – spytał doktor March.
- Ja chciałem mieć już to wszystko za sobą. Chciałem obudzić się z tego dziwnego snu. Chciałem znaleźć się we własnym łóżku, w świecie, który znam. Zwłaszcza, że Pani Gąska wyjaśniła nam, że kraina, w której się znaleźliśmy, przez dłuższy czas była spokojnym miejscem, gdzie życie toczyło się jak w sielance… Potem jednak pojawił się olbrzym i zaczął gnębić mieszkańców. Podobno zdarzało się, że ludzie z naszego świata przedostawali się do Zenlandii i trafiali w jego łapy. Wtedy on ich zjadał. Szczególnie upodobał sobie mięso dzieci.
- Hmm… całkiem interesujące – mruknął w zadumie doktor March, po czym zapisał coś w notatniku.
To sprawiło, że przez chwilę Oliver nie mógł się skupić na opowieści. Szybko zorientował się, że psychoterapeuta pisze w innym języku niż angielski, bo używał dziwnych, obcych znaków.
Nagle jednak doktor March przerwał pisanie i jego oczy spoczęły na pacjencie.
- Proszę, kontynuuj. Ja tylko robię notatki. – Kiedy Oliver długo nie odpowiadał, psychoterapeuta podpowiedział mu: – No więc dowiedzieliście się, że olbrzym terroryzuje okolicę. Czy skonfrontowaliście go w jakiś sposób?
Oliver wziął głęboki oddech. Nie lubił myśleć o olbrzymie.
- W pewnym momencie musieliśmy – oświadczył. – Pojmał Panią Gąskę, więc musieliśmy ją uratować. Ale byliśmy tylko ośmiolatką i czternastoletnim chłopakiem. Nie mogliśmy go pokonać. Nie we dwójkę. W rezultacie trafiłem w niewolę olbrzyma i prawie zostałem upieczony żywcem w jego piecu.
Oliver znów przerwał, przypominając sobie tamto wydarzenie: on siedzący w powoli rozgrzewającym się piecu…
- Myślałem, że zginę w płomieniach – podjął opowieść znów. Jego głos był cichy, mężczyzna mówił jakby nie był do końca obecny. – Patrzyłem z wnętrza pieca, jak olbrzym przygotowuje sałatkę, z którą mnie zje. Marzyłem o tym, aby to wszystko stało się snem, ale im dłużej siedziałem w nagrzewającym się piecu, tym bardziej byłem świadom tego, że to wszystko dzieje się naprawdę. – Nagle uśmiechnął się do swoich wspomnień. – Ale nagle do chaty olbrzyma zaczął przedostawać się tłum różnych leśnych i rzecznych stworzeń: żab, gryzoni, ptaków… Było nawet kilka wilków i niedźwiedzi.
- Jak rozumiem one też były zbyt małe, aby mierzyć się z olbrzymem – odezwał się nagle doktor March. – Inaczej już dawno by go pokonały.
- Po części tak – stwierdził Oliver. – A po części nie wchodziły mu w drogę, bo miał strzelbę i przez to był jeszcze groźniejszy. W każdym razie – pacjent powrócił do swojej opowieści – na samym przedzie stała Marianna z jakimś patykiem w ręce. To ona skrzyknęła cały las przeciwko olbrzymowi i to ona przekonała ich, aby mi pomogli. Zażądała, aby olbrzym mnie wypuścił. Na początku nie był ani trochę przerażony tym, że tyle zwierząt go najechało i zaczął nawet rechotać. Wtedy przystąpiły do zmasowanego ataku. Ptaki go dziobały, gryzonie, wilki i niedźwiedzie gryzły, a Marianna obijała patykiem. A w czasie, kiedy większość z nich zajmowała się atakiem, Pani Gąska przekradła się do pieca i wypuściła mnie. Koniec końców olbrzym został powalony.
- I co z nim zrobiliście?
- Gotów był zgodzić się na wszystko, abyśmy go tylko nie zabijali. Kilka zwierząt chciało nawet, aby zginął za to, co nam zrobił. Marianna jednak wolała dać mu inną karę: wygnanie. Ja na początku też chciałem wymierzyć olbrzymowi karę śmierci. – Mężczyzna uśmiechnął się gorzko. – W końcu dopiero co chciał mnie zjeść. Nikt by mnie nie winił za pragnienie zemsty. – Spoważniał. – Ale kiedy tylko zobaczyłem jego twarz, jego błagające o litość oczy, natychmiast ochłonąłem. Zacząłem myśleć o Rewolucji Francuskiej i o rozlicznych rzeziach, o których zwykłem uczyć się na historii, i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie odebrać komuś życia. Toteż poparłem Mariannę w tym, aby po prostu wygnać olbrzyma i zabronić mu wstępu do Zenlandii. Pani Gąska i kilka innych zwierząt również było za tym rozwiązaniem i ostatecznie na tym właśnie stanęło.
Doktor March nic nie powiedział. Uśmiechnął się tylko i znów zapisał coś w notatniku. Tymczasem Oliver jeszcze nie skończył swojej opowieści:
- W każdym razie to była nasza pierwsza przygoda w Zenlandii. Później wielokrotnie wracaliśmy tam z Marianną, kiedy nagle ktoś stamtąd pojawiał się w naszym świecie i prosił nas o pomoc. Widzi pan, doktorze, staliśmy się bohaterami… a właściwie Marianna była bohaterką, bo ja stałem się nim o wiele później. Tak czy inaczej, mieszkańcy Zenlandii wzywali nas ilekroć pojawiał się jakiś problem: a to nad rzeką zaczął się panoszyć Krokodyl, a to w Zenlandii przebudził się potężny Czarnoksiężnik ze Wzgórza… Było kilka tych problemów. Tak więc wchodziliśmy do magicznej krainy, pokonywaliśmy zło i wracaliśmy do domu, do normalności. I właśnie ze względu na ten powrót do normalności przyszedłem do pana.
- Tak właśnie myślałem – odparł doktor March i przestał się uśmiechać.
- Za każdym razem, kiedy wracałem do naszego świata i próbowałem w nim żyć, miałem trudności z przestawieniem się. Chodziłem do szkoły, na wypady z przyjaciółmi, nawet na randki… Ale trudno jest zachowywać się jak normalny nastolatek i zajmować się normalnymi rzeczami, kiedy przeżyło się przygodę w świecie z wielkimi, mówiącymi zwierzętami, ludożerczymi olbrzymami, magią i całym tym szaleństwem. Najtrudniej było po pierwszej wyprawie, bo to był mój drugi dzień w nowej szkole i…
- Hmm… nowa szkoła. – Psychoterapeuta zrobił kolejną notatkę, po czym spojrzał na Olivera.
- Tak. Jakiś czas przed tą całą historią moja rodzina przeprowadziła się do Clive’s Grove.
- Ach – doktor March się znów rozpromienił. – Czyli mieszkaliście wtedy tutaj! To sporo wyjaśnia.
Oliver nie bardzo rozumiał o co doktorowi chodziło. Clive’s Grove było małym miasteczkiem, którego szczególnym atutem (zdaniem rodziców Olivera i Marianny) był szybki dojazd do oddalonego o kilkaset kilometrów Nowego Jorku. W pobliżu stacjonowała jednostka wojskowa, a większość zatrudnienia pochodziła z pobliskiej fabryki (Oliver nie był pewien, co dokładnie tam produkowano, ale podejrzewał, że się w końcu dowie). Zarówno Oliver, jak i Marianna, uważali, że Clive’s Grove było nudne ze swoim jednym kinem, małymi sklepikami, wszechogarniającą naturą i brakiem centrum handlowego. Jedno, co można było tam robić, to wybrać się na automaty albo do McDonalds, albo po prostu zostać w domu i poczytać. Na szczęście nie była to ostatnia dziura bez prądu, internetu, czy jakiejkolwiek cywilizacji.
- Tak – odparł Oliver. – Właściwie nadal tu mieszkamy… W każdym razie – ciągnął dalej swoją opowieść – chodziło o coś związanego z pracą mamy. Przenieśli ją z jakiegoś powodu do oddziału w Clive’s Grove. Tata też dostał awans, przez co musiał ciągle podróżować.
- Czy rodzice ze sobą rozmawiali? – zapytał nagle doktor March.
Olivera zdziwiła ta nagła zmiana tematu, ale mimo to odpowiedział:
- No tak, na pewno. Ale rzadko bywali razem w domu. Zwykle to ja opiekowałem się Marianną.
Doktor wydobył z siebie pomruk zrozumienia i zapisał coś w notatniku.
- Pewnie zostawiliście w poprzednim miejscu dużo przyjaciół – stwierdził po chwili.
- Prawda – odparł Oliver. – Ale Marianna akurat przeżyła przeprowadzkę bardziej niż ja. Nie rozumiała, dlaczego w ogóle musimy wyjeżdżać, skoro było nam dobrze w Nowym Jorku.
- Jak rozumiem twoja siostra była w podstawówce, kiedy miała miejsce wasza przygoda? – spytał domyślnie psychoterapeuta.
- Tak – odrzekł Oliver. – Miała osiem lat. I wiem, co chce pan powiedzieć, doktorze – wtrącił nagle mężczyzna. – Chce mi pan wmówić, że wszystko, co przeżyłem, to wytwór mojej wyobraźni; że tak naprawdę wymyśliłem sobie Zenlandię, aby poradzić sobie ze zmianami w moim życiu…
- Ależ wręcz przeciwnie, Oliverze – oznajmił ze spokojem doktor March. – Ja ci jak najbardziej wierzę. Co więcej, nie jesteś jedynym przypadkiem syndromu Krainy Czarów, z jakim się spotkałem tu, na Ziemi.
Zdumiony Oliver nagle oniemiał.
- Syndromu Krainy Czarów? – spytał.
Doktor March przytaknął.
- Widzisz, Oliverze – podniósł się z fotela i zaczął krążyć po pokoju. – Istnieją miejsca podobne do Nibylandii, Oz, czy Krainy Czarów właśnie. Minerwiańscy naukowcy badają to zjawisko już od lat i są nawet pewne teorie co do tego, czym te magiczne miejsca mogą tak naprawdę być. Według jednej z nich to wymiar kieszonkowy, według innej są powoływane do życia przez dzieci i młodzież, kiedy zaistnieją pewne określone warunki. Obojętnie jednak jaki jest powód, zwykle po powrocie do własnej rzeczywistości, ludzie cierpią na syndrom Krainy Czarów – mają wrażenie odrealnienia i trudno im przejść nad tym do porządku dziennego, zwłaszcza, kiedy przeżyli tam pełną wrażeń przygodę, a nawet o mało nie zginęli.
Oliver poczuł się o wiele lepiej, wiedząc, że nie jest jedynym, który nie tylko trafił do magicznego świata, ale też przeżywał trudności z ponownym przystosowaniem się do starej rzeczywistości. Przez lata miał wrażenie, że on i Marianna byli jedynymi osobami, którym przydarzyło się coś takiego, więc świadomość, że istnieje psychologiczna przypadłość, na którą cierpią nie tylko oni, napawała go ulgą.
- W skrajnych przypadkach zdarza się nawet – ciągnął dalej doktor March – że osoby z syndromem Krainy Czarów wolą tamten magiczny, kolorowy świat od własnego.
Oliver nagle spojrzał na doktora ze zdumieniem. Milczał przez chwilę, kiedy coś mu się przypomniało.
- Moja siostra – odezwał się w końcu, spuszczając wzrok – przez dłuższy czas wolała Zenlandię od naszego świata. – Popatrzył na kosmitę przed sobą. – Myślę, że czuła się tam o wiele szczęśliwsza. Miała tam przyjaciół i poczucie przynależności. Poza tym Pani Gąska jej chętnie matkowała, kiedy naszej mamy nie było w domu. Dla Marianny Zenlandia była piękną, pełną przygód krainą, gdzie wreszcie czuła się jak w domu. Dlatego ze zniecierpliwieniem czekała, aż drzwi do Zenlandii znowu się otworzą i zaglądała tam o wiele częściej niż ja. W pewnym momencie zacząłem się nawet niepokoić, czy nie zechce zostać tam na stałe. Nie wiem, co bym wtedy zrobił. Nie wiem, jak wytłumaczyłbym rodzicom to, że ich córka poszła do magicznego świata. – Uśmiechnął się nagle. – W końcu jednak Pani Gąska powiedziała Mariannie, że powinna znaleźć sobie przyjaciół także wśród innych dzieci; że może zawsze odwiedzić Zenlandię, ale powinna jednak żyć w naszym świecie. Moja siostra myślała o tym przez jakiś czas i w końcu wzięła sobie do serca te słowa. Kilka dni później wybrała się na piżamówkę do koleżanki z klasy.
- A ty, Oliverze? Nie było takich momentów, kiedy wolałeś Zenlandię od świata rzeczywistego?
Olivera zdziwiło to pytanie, ale nie musiał długo nad nim myśleć.
- Czasem. Zwłaszcza, kiedy coś mi nie wychodziło w szkole albo w pracy, myślałem sobie: „No ale przynajmniej w Zenlandii jestem bohaterem.” Niemniej jednak dla mnie Zenlandia była do pewnego stopnia przerażająca.
Przerwał, bo zalała go fala niemiłych wspomnień.
- No i czasem śni mi się – dodał po chwili, zaciskając pięści – że nadal znajduję się w piecu. Ale tym razem nikt nie przybywa mi na ratunek.
Zapadła cisza, podczas której doktor March zapisywał coś w notatniku. A potem nagle zadzwonił telefon Olivera. Mężczyzna przeprosił na chwilę psychologa i odebrał. Wymienił z osobą po drugiej stronie kilka słów, po czym rozłączył się i powiadomił doktora Marcha:
- Przepraszam, ale muszę już iść. Żona i ja wybieramy się na wakacje za dwa miesiące i jest kilka rzeczy, o które musimy zadbać. Ile płacę?
- Pierwsza sesja jest zawsze gratis – oznajmił z przyjaznym uśmiechem doktor March i podniósł się ze swojego miejsca. – A każda następna to 27 dolarów za godzinę.
Oliver przypomniał sobie, że przeczytał o tym w ogłoszeniu kliniki doktora Marcha. Jak na psychoterapeutę nie brał zbyt dużo za swoje usługi.
- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, Oliverze – powiedział doktor i wyciągnął w stronę pacjenta rękę.
Oliver ją uścisnął.
- O tak, na pewno – odparł z uśmiechem. – Już czuję się o wiele lepiej, bo mogłem z kimś o tym porozmawiać.
Wyszli na korytarz i zaczęli iść w stronę recepcji.
- W takim razie, proszę, zadzwoń w ciągu tego tygodnia, kiedy zechciałbyś się ze mną spotkać.
- Oczywiście – odrzekł Oliver. – Dziękuję za poświęcony mi czas, doktorze.
4

Klinika doktora Marcha była zamykana o czwartej trzydzieści (o ile sesja się nie przedłużyła), toteż po wyjściu Olivera Bensona i założeniu mu teczki, doktor i panna Keats również zaczęli szykować się do domu. Mimo wszystko jednak, kiedy tylko Memorandus założył na siebie kurtkę i już miał wyjść z gabinetu, postanowił jeszcze raz przejrzeć notatki, które zrobił podczas spotkania z najnowszym klientem.
Nagle drzwi do gabinetu się otworzyły i stanęła w nich Nancy dopinająca płaszcz. Rzuciła mu jedno, krótkie spojrzenie i oznajmiła:
- Skończyliśmy pracę na dziś. Proszę to zostawić.
- Ależ ja tylko przeglądam… – Memorandus zaczął się bronić, ale Nancy natychmiast go ucięła:
- Zawsze najpierw „tylko przeglądasz”, Memo, a potem siedzisz do drugiej nad ranem i muszę cię zmuszać do spania.
Koniec pracy oznaczał, że Nancy mogła sobie pozwolić na mówienie do przyjaciela po imieniu. A skoro czas na profesjonalizm minął, mogła go strofować ile chciała.
- Serio, czy już doszło do tego, że spędzasz więcej czasu tutaj, jak we własnym domu?
- Zapewniam, że nie – obruszył się Memorandus.
- W takim razie idziemy na obiad – oświadczyła stanowczo Nancy. – Niedawno otworzyli w okolicy całkiem niezłą włoską knajpę.
Memorandus tylko przewrócił oczami. Zaraz potem poczuł burczenie w brzuchu i doszedł do wniosku, że rzeczywiście powinni już wyjść z pracy. Wprawdzie nieszczególnie przepadał za włoskim żarciem, ale lubił przyjacielskie wypady ze swoją asystentką od czasu do czasu.
- Poczekaj – powiedział po chwili – wezmę tylko portfel.
Ostatnio zmieniony 15 mar 2019, 00:19 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2496
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Vampircia » 11 mar 2019, 23:00

Od razu mówię, że ostatnio czytanie nie jest moją mocną stroną i mój komentarz może być mało konstruktywny, ale spróbuję. Generalnie nie lubię oceniać rzeczy tylko po jednym rozdziale, bo na razie za mało wiadomo o fabule i postaciach. Motyw z kosmitami może być dla mnie interesujący, o ile pociągniesz go dalej w ciekawy sposób. Pewnie o tym świecie masz już napisane całkiem sporo i będziesz nam dawkować ciekawostki. Jeśli tak, to fajnie. Lepiej tak, niż walnąć długaśny opis na samym początku.
Nie do końca rozumiem, po co są te podpunkty. Chyba wystarczyłoby po prostu zaczynać od nowego akapitu bez numerków. Ale to drobiazg.
Obrazek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2058
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Lokalizacja: Warszawa Rembertów
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 13 mar 2019, 11:54

Te podpunkty to takie przerywniki. Doszłam do wniosku, że zostawianie pustych akapitów wygląda źle i postanowiłam dla odmiany wstawić numerację. To lepiej wygląda jak są wyśrodkowane, ale edytor forum na to nie pozwala.

A teraz kolejny rozdział. Właściwie jest to nieco rozbudowane opowiadanie, które wysłałam kiedyś na konkurs. Przy okazji poznacie pewną jednostkę wojskową.

Rozdział 2: Zespół postpętlowy

1

Podporucznik Jefferson Rogers czasami żałował, że jednak nie poszedł w rodzinny biznes. Przynajmniej jako hydraulik nie musiałby się mierzyć z całym tym dziwactwem, ba, prawdopodobnie nie potrafiłby pokazać Clive’s Grove na mapie. Przykręcałby całe dnie uszczelki, zamiast głowić się nad rzeczami, które za młodu uważał za co najwyżej wytwór czyjejś wybujałej wyobraźni. Nie widziałby też większości sytuacji, które w najlepszym razie były osobliwe, w najgorszym – koszmarne.
Tak, życie hydraulika byłoby o wiele prostsze.
Niemniej jednak postanowił pójść do akademii wojskowej. Radził sobie w niej całkiem dobrze, zyskiwał pochwały u przełożonych, wyjeżdżał na misje i zanim się obejrzał, przydzielono mu dowództwo bazy wojskowej w Clive’s Grove. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś tam na górze go nie lubi albo chce go sprawdzić; że generalicja wysyła go na jakieś pustkowie. Zaraz jednak wyjaśniono mu specyfikę Clive’s Grove, a im dłużej słuchał, tym bardziej miał wrażenie, że to sen albo jeden wielki żart. Ale kiedy po pół godzinie ani się nie budził, ani nikt nie wyskakiwał z gromkim okrzykiem: „Mamy cię!”, podporucznik Rogers musiał w końcu spojrzeć prawdzie w oczy – jego przełożeni mówili absolutnie serio.
Teraz Jefferson Rogers siedział przy biurku i spoglądał na stojącego przed nim sierżanta Benjamina Portera. Trzydziestokilkuletni, przedwcześnie siwiejący podporucznik przyglądał się dwudziestodwuletniemu młokosowi o blond włosach, wyraźnie próbującemu zrozumieć, co się właśnie dzieje. Rogers lubił Portera – sierżant wywiązywał się ze swoich obowiązków wzorowo (jakoś udawało mu się ogarnąć całą tę papierkową robotę), było jednak w nim coś takiego, co sprawiało, że w podporuczniku budziły się instynkty opiekuńcze. Być może był to niski wzrost sierżanta (Ben był tak mały, że wyglądał co najwyżej na piętnaście lat), a być może jego wrodzona nieśmiałość. W każdym razie podporucznik darzył go sympatią.
Ostatnio sierżant Porter bywał… nieobecny duchem. Przydarzyła mu się bowiem niezwykła przygoda – jedna z tych przygód, które trudno wyjaśnić i które wydawały się zdarzać tylko w filmach. Filmy jednak zatrzymują się tuż po tym, jak przygoda dobiega szczęśliwego (bądź nie) końca. Nigdy nie pokazują co się dzieje po przygodzie.
Minął już tydzień, a Ben Porter nadal odczuwał skutki swojej przygody. Naprawdę się starał. Naprawdę myślał, że da radę. Niemniej jednak jego przełożony miał zupełnie inne zdanie i dlatego zaprosił go do swojego gabinetu.
- Sierżancie Porter, musimy porozmawiać.
Stojący naprzeciw Rogersa Porter martwił się, co jego dowódca miał do powiedzenia.
Podporucznik spojrzał na sierżanta i oświadczył:
- Na wstępie chciałem zaznaczyć, że w pełni wam wierzę, sierżancie. Nasi najlepsi naukowcy potwierdzili waszą wersję wydarzeń, a i wasz przypadek nie jest pierwszym w historii.
- Dziękuję, panie podporuczniku – odpowiedział Porter, przeczuwając, że gdzieś tam kryje się jakieś „ale”.
- Jednakże dobrze rozumiecie, że choć wiemy o tym zjawisku dość dużo z punktu widzenia fizyki, nadal nie do końca rozumiemy jego aspekt psychologiczny.
Porter poczuł uderzenie gorąca, ale starał się nie okazywać zdenerwowania. Był młodym podoficerem, jego kariera wojskowa dopiero się zaczynała. Mogła się skończyć bardzo szybko, jeśli psychoterapeuta uzna, że stan psychiczny sierżanta uniemożliwiał mu podejmowanie obiektywnych decyzji. Bardzo starał się zachowywać normalnie, jednak pewnych rzeczy najwidoczniej nie dało się ukryć…
A może da się to jeszcze odkręcić – szeptał cichy, bezosobowy głosik. – Przecież zawsze można zacząć od nowa…
Porter potrząsnął głową, bo zdał sobie sprawę, że podporucznik Rogers wciąż do niego mówi.
- Nasza jednostka współpracuje z pewnym… specjalistą.
- Specjalistą? – zapytał Porter, próbując ukryć podejrzliwość.
Rogers rozsiadł się wygodnie w fotelu. Nie pierwszy raz widział taką reakcję u swoich żołnierzy. W pełni rozumiał ten sceptycyzm, zwłaszcza, że sam go kiedyś podzielał.
- To psychoterapeuta – wyjaśnił podporucznik. – Zajmuje się takimi… przypadkami jak wasz. Zaproponował zbadanie was i ewentualną pomoc w ponownym przystosowaniu się do rzeczywistości.
Ben nie był do końca przekonany. Przez chwilę milczał, zapewne zastanawiając się nad swoją sytuacją. W końcu jednak odpowiedział z ledwo słyszalną nutka zrezygnowania:
- Tak, panie podporuczniku. Zgłoszę się do niego w najbliższym czasie.
2

I tak oto Ben Porter siedział teraz w poczekalni o miłym, jasnoniebieskim odcieniu, czekając na tego „specjalistę”. Ben był krzepkim, dwudziestodwuletnim mężczyzną. Jeszcze niedawno uważał się za w pełni poczytalnego i zdolnego do służby. Teraz też tak myślał, ale nie był tego aż tak bardzo pewien. Szczerze mówiąc, nie miał zbyt wielkich nadziei na to, że jakikolwiek psychoterapeuta mu pomoże. Sam podporucznik stwierdził, że aspekt psychologiczny tego, co mu się przydarzyło, jest prawie zupełnie obcy naukowcom. Może więc ten cały psychoterapeuta ma za zadanie nie tyle go leczyć, co obserwować.
Asystentka – kasztanowowłosa okularnica w czarnym golfie i spódnicy – powiedziała mu, że doktor March niedługo go przyjmie, po czym, kiedy tylko odparł nieśmiało: „Rozumiem.”, usiadła przy biurku recepcyjnym i zajęła się czymś przy komputerze. Ben przyglądał się jej przez jakiś czas, aż nie podniosła na niego wzroku. Wtedy on spuścił swój.
Uśmiechnęła się.
- Wprawdzie to nie potrwa długo, sierżancie, ale może zechciałby pan się czegoś napić?
- O, nie, nie trzeba – odparł natychmiast i rzucił jej szybki uśmiech.
Przez chwilę się nie odzywała, tylko przyglądała się mu badawczym wzrokiem. Porter miał wrażenie, że dziewczyna go ocenia. Zresztą znając swoje szczęście, i tak nie miałby śmiałości, aby ją gdziekolwiek zaprosić.
- Pierwszy raz u psychologa? – zapytała nagle.
- Nie, już mnie kilka razy ewaluowano – odrzekł.
- Ale mimo wszystko jest pan spięty – stwierdziła.
- To nic, naprawdę – próbował opanować nerwowość w głosie, ale mu się nie udało.
Jeszcze przez chwilę przyglądała mu się uważanie, a zaraz potem odezwał się intercom. Wcisnęła przycisk i głos po drugiej stronie oznajmił:
- Proszę wprowadzić klienta.
Asystentka powstała ze swojego miejsca i zwróciła się w stronę gościa.
- Doktor March już na pana czeka, sierżancie – oświadczyła w końcu, a on podniósł się na równe nogi. Odwróciła się do niego tyłem i dodała: – Proszę za mną.
Zaprowadziła go do drzwi po lewej, na których wisiała mosiężna tabliczka z napisem: „Memorandus March – psychoterapeuta”. Asystentka nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi przed pacjentem.
Sierżant Porter niemal natychmiast wszedł do środka. Gabinet nie odwlekał za bardzo od jego wyobrażeń: biurko z ciemnego drewna, duży czarny fotel odwrócony do gości tyłem, kanapa, regał z książkami… Zielone ściany były od dolnej połowy pokryte panelamia pośrodku podłogi położony był wielki dywan. Koło drzwi stała duża donica z kaktusem z kwitnącymi na jego czubku opuncjami.
- Dziękuję, panno Keats – odezwał się nagle spokojny, melodyjny głos zza fotela. – Niech pani zostawi nas samych, proszę.
Bez słowa panna Keats zamknęła za sobą drzwi. Fotel przekręcił się i oczom Portera ukazał się dziwny jegomość. Wydawał się mieć zupełnie białą skórę i wielkie, czarne oczy. Po chwili sierżant zauważył u niego szpiczaste uszy. Kiedy doktor podniósł się na równe nogi, zdawał się zaokrąglony w tali, chociaż jego dłonie były długie i wąskie.
- Dzień dobry, sierżancie – przywitał się w końcu i zaczął iść w stronę pacjenta. – Pan wybaczy ten teatralny gest, ale od zawsze chciałem zrobić to coś z fotelem. – Zatrzymał się metr przed Benem i wyciągnął rękę w jego stronę. – Nazywam się Memorandus March i będę pana psychoterapeutą.
Jeszcze przez chwilę Porter przyglądał mu się, oniemiały. Do umysłu cisnęła mu się jedna myśl: Kosmita… kosmita stoi przede mną...
Oczywiście, nie powinien się dziwić. Nie, biorąc pod uwagę to, jak długo ludzkość wiedziała o istnieniu obcych cywilizacji; nie, biorąc pod uwagę to, co mu się przydarzyło. Ale mimo wszystko spoglądał teraz na kosmitę. Nigdy wcześniej żadnego nie spotkał. Wiedzieć o czymś, a widzieć to na własne oczy, to dwie zupełnie różne rzeczy.
W końcu Porter uścisnął rękę psychoterapeuty. Doktor March uśmiechnął się.
- Rozumiem, że pierwszy raz w życiu widzi pan Minerwianina, sierżancie. Proszę się nie obawiać. Obowiązuje mnie ta sama etyka pracy, co każdego ziemskiego psychologa. Proszę spocząć i się rozluźnić. – Wskazał otwartą dłonią kanapę. – Zależy mi na pańskim komforcie.
Wydawał się naprawdę miły. Tak miły, że sierżant miał wrażenie, że jego pierwsza reakcja mogła urazić psychoterapeutę. Pewnie spotkał się z takim oniemieniem już wcześniej.
- Przepraszam – wybąkał wreszcie Porter. – Nie chciałem być nieuprzejmy.
- Ależ ja wszystko rozumiem! – Na białej twarzy znów zagościł uśmiech. – Proszę się nie tłumaczyć. To co? Zaczynamy terapię?
Porter doszedł do wniosku, że zmarnowali już zbyt dużo czasu. A chciał mieć już to za sobą. Dlatego położył się na kanapie (która okazała się być nawet bardzo wygodna) jak na kozetce. Doktor March z kolei usiadł za biurkiem. Odczekał jeszcze kilka sekund, aż jego pacjent się rozluźni, i dopiero wtedy zadał pierwsze pytanie:
- Tak więc, sierżancie, z czym pan do mnie przychodzi? Mam, co prawda, pańskie akta, ale chciałby wiedzieć, co pana nurtuje.
Porter zastanowił się. Wcześniej, siedząc w poczekalni, wyobrażał sobie, jak wyjaśni to, z czym przyszedł. Najważniejsze było to, aby ubrać problem w słowa.
- Boję się deja vu – powiedział wreszcie. Powiedział to cicho, niemal ze wstydem.
- Aha? – odparł krótko doktor March i Porter doszedł do wniosku, że to zachęta do dalszego mówienia.
- Niby taka zwyczajna rzecz – deja vu. Każdemu się zdarza. Każdy, raz na jakiś czas, ma wrażenie, że chwila, którą właśnie przeżywa, już kiedyś się zdarzyła. Zwykle trwa to zaledwie kilka sekund – dwie, trzy, może pięć – a potem wrażenie mija i człowiek idzie dalej ze swoim życiem. Nie rozmyśla o tym, czy miało ono jakieś znaczenie i czy mogło za nim kryć się coś więcej. A przynajmniej nie robi tego na poważnie…
Porter podniósł głowę znad kanapy i spojrzał na doktora Marcha. Kosmita notował coś i nie zwracał na żołnierza uwagi, dopóki po chwili nie zdał sobie sprawy z tego, że jego pacjent przestał mówić. Podniósł wzrok na niego i oświadczył:
- Proszę kontynuować, sierżancie. Słucham pana.
Porter położył głowę z powrotem na kanapie i ciągnął dalej:
- Kiedyś też taki byłem. Kiedyś też nie poświęcałem całemu konceptowi deja vu zbyt wiele uwagi. Z chęcią powróciłbym do tego błogiego stanu. Z chęcią wymazałbym ten irracjonalny lęk, który ogarnia mnie za każdym razem, kiedy mam wrażenie, że dana chwila już się przydarzyła.
Porter wziął głęboki oddech. Wiedział, że teraz będzie najtrudniejsze.
- Bo widzi pan, doktorze, wszystko komplikuje się, kiedy deja vu trwa dłużej niż minutę. Na początku myślisz, że to tylko twoja wyobraźnia; że tylko ci się wydaje, że kolega z pryczy już kiedyś potknął się i wpadł na zaskoczonego kuriera. W miarę jak deja vu trwa przez całą drogę do stołówki, jeszcze wierzysz w zdrowy rozsądek, ale już zaczyna docierać do twojej świadomości, że coś jest nie tak. W chwili, kiedy dzwoni do ciebie matka z wiadomością, że zmarła ciotka Eleonora, i ujmuje to w ten sam sposób, w jaki przekazała ci te wieści dzień wcześniej, wreszcie zdajesz sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- I co się dzieje? – zapytał doktor March. – Proszę spróbować to opisać.
Porter wiele razy próbował nazwać to, co wtedy czuł, ale zawsze wydawało mu się, że nie potrafił oddać tego słowami. A przynajmniej nie w pełni. Niemniej jednak spróbował.
- Najpierw… no cóż… najpierw ogarnia cię przerażenie. Z każdą chwilą uzmysławiasz sobie coraz bardziej grozę całej sytuacji. Utknąłeś w pętli czasowej. Jak Bill Murray w Dniu Świstaka. Jednocześnie masz nadzieję, że jest to tylko sen i wkrótce się obudzisz. Kiedy jednak budzisz się następnego dnia, przestajesz się łudzić.
- I co dalej?
- Zaczynasz szukać kogoś, kto też pamięta, ale szybko orientujesz się, że jesteś sam, otoczony złotymi rybkami. Nie wiesz dlaczego tak jest.
Przerwał, rozmyślając o tym jak przez kilka dni za każdym razem tłumaczył od nowa, co mu się przydarzyło. Tłumaczył kapralowi Kimowi, Claire, nawet Desmondowi… Zawsze w nadziei, że będą pamiętać wszystko następnego dnia.
Nigdy nie pamiętali.
- Po kilku takich dniach myślisz, że pętla czasowa nie jest znowu taka zła. Możesz wygarnąć przełożonemu, który się na ciebie uwziął…
- Jest ktoś komu chciałby pan wygarnąć, sierżancie? – zapytał nagle doktor March.
Ben zdziwił się tym zadanym znienacka pytaniem. Po krótkiej chwili namysłu nad tym, czy powinien się dzielić takimi informacjami, czy nie, odpowiedział:
- Chorąży Desmond.
- Ach, Reed Desmond… – odparł psychoterapeuta i po jego tonie można było wywnioskować, że również miał styczność z chorążym.
- Nie lubi mnie. Nie wiem czemu. Może po prostu lubi się znęcać nad ludźmi. – Sierżant Porter uśmiechnął się do swoich myśli. – Tam, w pętli, mogłem mu się odpłacić. Ale nie jakoś poważnie – dodał po chwili. – Tylko płatałem mu różne niewybredne żarty. No i kilka razy mówiłem mu otwarcie, co o nim myślę. Zawsze odgrażał mi się, że mnie zdegraduje, ale następnego dnia wszystko było po staremu. Zaczynało mnie to nawet bawić.
Odchrząknął i ciągnął dalej:
- W każdym razie, jak mówiłem, możesz wygarnąć przełożonemu, który się na ciebie uwziął. Możesz wziąć ogromną pożyczkę od miejscowego lichwiarza i przeznaczyć ją na dziwki. Możesz się nawet zabić. Pętla czasowa daje ci nieśmiertelność i wieczną młodość, ale przede wszystkim – bezkarność. Zaczynasz więc korzystać z danej ci szansy, przy okazji urozmaicając sobie monotonię.
- I co pan, na przykład, robił sierżancie?
- No cóż… różne rzeczy. Głównie to, na co zawsze miałem ochotę, ale nigdy nie miałem odwagi, aby to zrobić. Poza mszczeniem się na Desmondzie, zagadywałem dziewczynę, która mi się zawsze podobała, ale nigdy dotąd nie miałem śmiałości, aby do niej podejść. Wychodziło mi to z większym lub mniejszym powodzeniem. Wypróbowałem chyba większość znanych mi tekstów na podryw. Szybko się przekonałem, że ona mnie nie lubi, a przynajmniej nie tak jak ja ją. Zresztą i tak podczas kilku rozmów, które udało mi się z nią przeprowadzić, przekonałem się, że nie mamy ze sobą za dużo wspólnego.
- A tak poza tym, co pan robił?
- Urywałem się z roboty i jechałem do miasta. Czasem tylko do Clive’s Grove, a czasem do Nowego Jorku. A raz nawet przemknąłem się do hangaru i przejechałem się po bazie czołgiem.
Porter uśmiechnął się do swoich myśli, ale ten uśmiech szybko osłabł na wspomnienie dalszych wydarzeń.
- Ale wie pan, doktorze, kiedy nie jesteś już w stanie zliczyć ile tygodni spędziłeś w pętli; kiedy zaczyna brakować ci pomysłów na kolejne szalone przygody; kiedy dopada cię tęsknota za świętami i porami roku, po raz kolejny dociera do ciebie, że jesteś więźniem. Tylko tym razem jest gorzej. Bo tym razem odkrywasz, że nie wyruszysz w podróż dookoła świata, nie zdobędziesz awansu, nie wyrobisz sobie mięśni. Jesteś zamknięty w czasie i przestrzeni jednego dnia. Wszystko, co osiągniesz, zostanie wymazane. Jesteś w piekle.
- Ale panu jakoś udało się wydostać – zauważył doktor March. – Jest pan teraz tutaj.
- Odkryłem, co musiałem zrobić, aby czas mógł płynąć dalej.
- I co to było?
- Opowiedziałem o tym doktor Vatos. Okazało się, że słyszała o takich przypadkach. Dokonała pewnych obliczeń i wskazała mi w którym miejscu otwiera się przejście do właściwej linii czasowej. Musiałem się spieszyć, bo przejście zamykało się za pięć minut, a pani doktor twierdziła, że nowe równie dobrze może pojawić się za miesiąc lub dziesięć lat. Tak więc pobiegłem co sił w nogach, chociaż ludzie patrzyli na mnie dziwnie. Dotarłem niemalże na styk; przejście już zaczęło się zamykać. Przecisnąłem się jednak i już byłem po drugiej stronie.
Porter zrobił pauzę, myśląc o tym wydarzeniu. Wciąż uważał tę chwilę za najpiękniejszą w swoim życiu.
- Z radością przywitałem następny dzień, zupełnie inny od poprzedniego. A potem następny i następny. Jednak moje niezwykłe doświadczenie pozostawiło swój ślad na mojej psychice. Czasami myślę, że zacznę dany dzień od nowa i zrobię wszystko lepiej. Czasami mam wrażenie, że jestem o wiele starszy od wszystkich innych. Czasami, kiedy dopada mnie wrażenie deja vu, zaczynam w panice przeglądać kalendarze, aby przekonać siebie samego, że nie trafiłem do kolejnej pętli. Bo sama myśl o tym, że mógłbym znów przechodzić przez to wszystko, napawa mnie nie wypowiedzianą grozą.
I tak oto doszedł do końca. Nie wiedział, czy to cokolwiek da, ale w pewnym sensie cieszył się, że może wreszcie o tym opowiedzieć. Teraz czekał już tylko na to, co powie psychoterapeuta.
Usłyszał skrzypnięcie, co oznaczało, że doktor March oparł się wygodnie w fotelu.
- Jedna rzecz jest dla mnie niejasna, sierżancie. Mógł pan poprosić o pomoc doktor Vatos już wcześniej. Skoro szukał pan kogoś, kto byłby świadomy tego, że jest w pętli, to na pewno prędzej czy później dotarłby pan do doktor Vatos, a ona pomogłaby panu dużo, dużo wcześniej. Nie mówiąc już o tym, że ktoś inny zaproponowałby panu właśnie konsultację z panią doktor.
Ben musiał przyznać mu rację. Obiektywnie rzecz biorąc, pójście prosto do naukowca wydawało się być rozsądne. To jednak nie było aż tak proste, jak doktor March sobie wyobrażał.
- No cóż – zaczął swoje tłumaczenia sierżant – przede wszystkim nikt mi nie wierzył. Widzi pan, wszyscy uważają mnie za bardzo nerwowego. Sam przyznaję, że czasem przesadzam… ale Clive’s Grove ma historię taką jaką ma i po jakimś czasie zacząłem się spodziewać, że zdarzy mi się coś dziwnego. I również wtedy większość ludzi myślało, że, jak zwykle, przesadzam.
- A co z podporucznikiem Rogersem? On zawsze słucha tego, co jego podwładni mają do powiedzenia.
Ben prychnął śmiechem.
- Być może by mnie wysłuchał – zaczął z gorzkim uśmiechem. – Ale tak się złożyło, że tego dnia był zagranicą. – Posmutniał. – Próbowałem się z nim skontaktować, naprawdę próbowałem… ale nie było nawet sygnału. Jak opuściłem pętle, dowiedziałem się, że to dlatego, że tego dnia bateria w telefonie podporucznika się wyczerpała, a on nie miał jak jej podładować, bo swoją ładowarkę zgubił, a nikt inny nie mógł mu pożyczyć.
Sierżant pomyślał, że gdyby nie to, że podporucznik nie jest typem, który śmiało korzysta z wymówek i kłamie swoim podwładnym, zapewne jego zachowanie można by było odebrać jako pretekst do nieodbierania telefonów w czasie wyjazdów. Przecież wtedy był na wakacjach z rodziną.
- W końcu dałem za wygraną i przestałem ich przekonywać. Co zaś się tyczy doktor Vatos, to tak po prawdzie ona mnie trochę przeraża. Nigdy nie byliśmy zbyt bliskimi współpracownikami.
- Rozumiem – odparł doktor March. – Z tego, co słyszałem, jest ona dość… osobliwą kobietą.
Ben doszedł do wniosku, że trudno byłoby się z tym nie zgodzić.
Po krótkiej chwili ciszy, która wydawała się sierżantowi wiecznością, psychoterapeuta oznajmił:
- Na pańskiej planecie nie ma jeszcze określenia na schorzenie, na które pan cierpi. Na mojej jest, dlatego pozwoliłem sobie roboczo przetłumaczyć je z mojego na angielski: zespół postpętlowy. Będę szczery: to wrażenie odrealnienia pozostanie z panem do końca życia, jednakże pocieszę pana, sierżancie, że z czasem nauczy się pan z nim żyć.
- Czy będę w stanie wykonywać swoje obowiązki? – zapytał Porter.
- Myślę, że tak – odpowiedział doktor March. – Na początek proponuję pewne ćwiczenie: niech pan przy każdym wrażeniu, że dane zdarzenie się powtarza zastanowi się jakie były okoliczności poprzedniego razu. Natychmiast dostrzeże pan szczegóły, które nie miały miejsca wtedy, a są w danej chwili.
- No dobrze – odparł Ben. – Spróbuję tak zrobić.
Sesja trwała jeszcze jakieś pół godziny, a potem doktor March uścisnął rękę sierżantowi i zaprosił go na kolejną wizytę za tydzień. Ben Porter opuścił gabinet czując się dziwnie, ale niekoniecznie w złym sensie.
3

Podporucznik Rogers przeglądał papiery na swoim biurku, kiedy nagle usłyszał dochodzące z korytarza ciężkie kroki. Westchnął, odłożył trzymany w ręce dokument na bok i oparł się w fotelu, czekając na przybysza. Wkrótce kroki ucichły, przez chwilę trwała cisza, a potem gałka w drzwiach się przekręciła i wszedł wysoki jak pika brunet z cienkimi wąsikami. Od razu, kiedy zamknął za sobą drzwi, stanął na baczność.
- Sir, chciałbym z panem pomówić.
Przez chwilę podporucznika kusiło, aby go tak zostawić, ale sama perspektywa przybysza stojącego sztywno i przyglądającego się w oczekiwaniu każdemu ruchowi dowódcy ostatecznie zniechęciła Rogersa do tego pomysłu.
- Nie musicie nic mówić, Desmond. Dobrze wiem z czym przyszliście.
Chorąży Reed Desmond jakby zapomniał o całym wojskowym protokole, bo natychmiast podszedł do biurka dowódcy i oświadczył:
- Znów wysłał pan jednego z naszych do tego konowała.
- W rzeczy samej – przytaknął Rogers.
- Nie powinien pan tego robić – ciągnął dalej chorąży. – Kto wie co się dzieje podczas tej tak zwanej „terapii”. Pewnie biedny Porter ma już wodę z mózgu…
- O, na pewno. A wiecie, Desmond, chyba widziałem ostatnio jak doktor March próbował zaprowadzić krowę do latającego spodka. Oczywiście w przerwie od wypalania kręgów na zbożu.
- Sir, ja mówię poważnie. Ostatnio czytałem taką książkę, Kosmici i demony, i tam…
- Nie mam czasu na wasze teorie spiskowe, chorąży – przerwał mu podporucznik. – Doktor March pomógł już wielu naszym żołnierzom i z tego, co mi opowiadali, sondowanie ciała nie jest częścią terapii. Przestańcie pochłaniać marne science-fiction z lat pięćdziesiątych i zejdźcie na Ziemię.
Przez chwilę chorąży Desmond wydawał się nie być pewnym, co odpowiedzieć. W końcu jednak cofnął się od biurka i powiedział:
- Mam nadzieję, że pan się obudzi, sir. Historia zna przypadki, kiedy podbite ludy orientowały się zbyt późno, że są podbite.
- Możecie odejść, chorąży – rzucił podporucznik ze znużeniem.
Desmond zasalutował i wyszedł. Rogers westchnął jeszcze raz.
Tak, zdecydowanie lepiej by było zostać hydraulikiem.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2496
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Vampircia » 18 mar 2019, 12:17

Chyba wciąż nie do końca rozumiem koncepcji tego opowiadania (czy raczej zbioru opowiadań). Jest o kosmitach itp. ale jakoś nie czyta się tego jak s-f. Może tylko ja tak mam, ale mnie tu brakuje jakichś startrekowych akcji. Może ten doktor mógłby też mieć jakieś przygody oprócz rozmów z pacjentami. Bo ogólnie pomysły masz fajne, "zespół postpętlowy" to świetna koncepcja i ja w ogóle uwielbiam motywy z pętlą, ale jak dla mnie to nie zostało przedstawione w ciekawy sposób. Po prostu nie wszystko da się wciągająco pokazać w dialogach. To jest chyba główny problem, że tutaj jest za dużo mówienia, za mało akcji. Może zamiast samego dialogu przydałaby się też jakaś retrospekcja? I wiem, że główny zamysł to miała być terapia z tym doktorem, ale jedno nie musi wykluczać drugiego.
A druga sprawa to w zasadzie pytanie. Myślałaś, żeby to tłumaczyć na angielski? Bo pomyślałam, że skoro poszłaś w takie anglosaskie klimaty, to mogłoby to trafić do zagranicznych odbiorców.
Obrazek


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość