Klinika doktora Marcha

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2122
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 09 sie 2019, 08:08

Rozdział 8: Tajemnica zawodowa

1

- Dzisiaj przychodzi pan Goodson, prawda? – zapytał doktor March zaraz po przywitaniu się z Nancy.
Recepcjonistka zerknęła na grafik, po czym przeniosła wzrok na swojego szefa.
- Tak, w rzeczy samej. O dwunastej – oznajmiła i zaraz dodała z lekkim uśmiechem: – Myślisz, że się spóźni, tak jak zwykle?
Memorandus nie odpowiedział od razu. Wrócił myślami do poprzedniego tygodnia, kiedy to pan Goodson wparował zdyszany do kliniki czternaście minut po umówionym czasie. Panna Keats zażartowała wtedy, że jeszcze minuta, a mogliby sobie iść, bo minąłby kwadrans akademicki.
- Dojeżdża tutaj z miasta – odparł psychoterapeuta. – Wiesz jakie pociągi potrafią być nieprzewidywalne…
- W takim razie powinien wybierać wcześniejsze – Nancy przestała się uśmiechać. – I powinien też informować nas zawczasu, że się spóźni. Tego wymaga przyzwoitość.
Memorandus nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Gdyby Nancy dowiedziała się, jakie są zwykle powody spóźnień pana Goodsona, być może byłaby dla niego bardziej łaskawa. Jednakże jakim doktor March byłby psychoterapeutą, gdyby tak po prostu wyjawiał tajemnice swoich klientów?
- No cóż – odezwał się, ściągając płaszcz – miejmy nadzieję, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie.
Skierował się w stronę gabinetu… ale zaraz usłyszał za sobą głos Nancy:
- Oglądałeś wczoraj wiadomości?
Memorandus odwrócił się i spojrzał na nią z ponurym wyrazem twarzy.
- Tak – odpowiedział krótko. – Oglądałem.
- Stalowy Anioł był niesamowity, prawda? – ciągnęła dalej, podekscytowana.
Doktor March milczał przez chwilę. Dzisiaj od rana widział w wiadomościach zdjęcia mężczyzny w mechanicznej zbroi i z wielkimi, metalowymi skrzydłami. Wydawał się na nich taki mocarny, taki triumfujący… Bohater Nowego Jorku, pogromca zła i Anioł Stróż w jednym. Silny, prawy i niepokonany…
- Tak, rzeczywiście jest. Wybacz, ale muszę już iść – odwrócił się znów ku gabinetowi.
Tam zawiesił płaszcz, usiadł przy biurku i zaczął się zastanawiać nad tym, co go czekało.
Sesje z panem Goodsonem miały to do siebie, że doktor March musiał uważnie słuchać wiadomości, aby się przygotować. Jeszcze było o tyle dobrze, że wiedział, na jakie informacje zwracać uwagę, więc wiele z nich mógł sobie spokojnie odpuścić, niemniej jednak po kilku dniach śledzenia reportaży na konkretny temat, dopadało go znajome już zdołowanie kondycją świata, w którym żył.
I też ostatnio miało miejsce pewne zdarzenie, które oznaczało, że Memorandusa i pana Goodsona czekała bardzo trudna sesja.
2

Nareszcie się pojawił. Dziesięć minut po dwunastej, ale jednak.
Nancy właśnie czytała książkę o wampirach, kiedy nagle usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Podniosła wzrok i ujrzała zgarbionego czarnego mężczyznę w za dużym, brązowym garniturze. Poprawił okulary na rzymskim nosie i podszedł do recepcji. Nancy szybko podniosła się na równe nogi i powiedziała:
- Znowu się pan spóźnił, panie Goodson.
- Tak, wiem – odpowiedział. – Bardzo przepraszam. Była pewna sprawa, którą musiałem się zająć.
- Następnym razem proszę nas informować z wyprzedzeniem, jeśli ma się pan spóźnić. Doktor March ma również innych klientów, wie pan.
- Oczywiście – przytaknął przepraszająco.
I od razu skierował się w stronę gabinetu doktora Marcha.
3

- Bardzo przepraszam, że musiał pan czekać – oświadczył pan Goodson, zamykając za sobą drzwi. – Kiedy szedłem na dworzec, widziałem jak dwóch wyrostków próbowało włamać się do samochodu i tak jakoś wyszło, że…
- Rozumiem – przerwał mu Memorandus i rzucił mu pojednawczy uśmiech. – Musiałeś się tym zająć, Glenn. – Westchnął ze zrezygnowaniem i dodał: – Po prostu zaczynajmy.
Glenn położył się na kozetce, wyraźnie próbując się odprężyć.
- Może zacznijmy od tego co u ciebie, Glenn – zaproponował doktor March.
- No cóż… jakoś idzie. To znaczy: w biurze jest raczej spokojnie. Szef uważa, że ostatnio się poprawiłem – dodał, prychając śmiechem pan Goodson. – Chociaż dziwi się jak to możliwe, skoro co chwila chodzę do toalety. Wie pan, doktorze, krążą o mnie plotki, że mam jakieś problemy z żołądkiem albo jelitami. Nie zliczę już ile osób proponowało mi jakieś domowe sposoby na różne dziwne dolegliwości.
- A co z Janet? Nadal coś podejrzewa?
- Właściwie to postanowiłem jej powiedzieć.
- O… – Doktor March podniósł brwi z lekkim zdumieniem. – Można spytać, co wpłynęło na twoją decyzję?
- I tak już była blisko odkrycia prawdy, więc pomyślałem sobie, że dobrze by było mieć po swojej stronie asystentkę szefa. Co prawda była spora szansa, że po odkryciu prawdy, nie będzie chciała współpracować… ale miałem co do niej przeczucie, doktorze. I cóż, kiedy jej wreszcie powiedziałem, najpierw myślała, że sobie z niej żartuję, kiedy jednak przekonała się, że mówię prawdę, była podekscytowana. Od razu oświadczyła mi, że nikomu nie powie, a zaraz potem zaczęła mi zadawać multum pytań jak jakaś szalona fanka…
- A propos fanów – doktor March postanowił przejść do kolejnego tematu – jak tam Alfie?
- Och, jak zwykle żywiołowy – odparł Glenn z zadowoleniem. – W szkole cały czas opowiada tylko o Stalowym Aniele. Namówił mnie nawet na to, abym kupił mu najnowszą figurkę. – Zaśmiał się, ale zaraz przestał i tylko uśmiechnął się do swoich myśli. – Wczoraj jak wróciłem do domu, zobaczyłem jak z nią spał. Ten widok sprawił, że poczułem, że to wszystko ma jednak jakiś sens…
- To dobrze – stwierdził Memorandus. – Pewnie pomyślisz, że to banał, ale pamiętaj, że na tym świecie jest dobro, Glenn.
Pan Goodson posmutniał.
- Alice też tak mówi. Ale wie pan, rozmawialiśmy o tym jakiś czas temu i… no cóż, ona uważa, że powinienem się wycofać. Martwi się tym, co ta cała sytuacja ze mną robi. I co robi z nami.
- A ty co myślisz, Glenn?
Mężczyzna na kozetce nie odpowiedział od razu. Widocznie musiał się zastanowić nad tym, co odpowiedzieć… Albo może sama odpowiedź przychodziła mu z trudem, bo myślał nad tym od dłuższego czasu i nadal nie wiedział, jak postąpić.
- Myślę… – zaczął w końcu powoli. – Myślę, że Alice ma trochę racji. – Znów zamilkł. Wydał z siebie głębokie westchnienie i przekręcił głowę w bok. – Sam już nie wiem. Zacząłem to wszystko, bo chciałem pomagać ludziom, a teraz… Teraz mam wrażenie, że to wszystko na nic. Ledwie pokonam jednego przestępcę, zaraz pojawia się następny. Ledwo zapobiegnę jednemu nieszczęściu, zaraz słyszę, że gdzieś tam szykuje się następne. Sama świadomość, że siedzę tutaj, a gdzieś tam może komuś dziać się krzywda…
- Już o tym mówiliśmy, Glenn – przerwał mu doktor March. – Nie jesteś w stanie zapobiec wszelkiemu złu. I nie powinieneś czuć się za nie odpowiedzialny.
- Wiem, ale… nic na to nie poradzę.
Memorandus rozumiał jego położenie. Dawno temu Glenn powziął się bardzo trudnego, niemalże niemożliwego zadania. Był jednym z tych, którzy uważają, że jeśli ktoś ma wielką moc, powinien użyć jej do dobrych celów, tak więc kiedy okazało się, że może być kimś więcej niż zwykłym księgowym, postanowił, że użyje skafandra Stalowego Anioła, aby pomagać innym. Toteż naturalne było to, że każdą porażkę odczuwał bardzo boleśnie i po jakimś czasie wykształciło się w nim poczucie odpowiedzialności za każdą tragedię, której nie potrafił zapobiec.
- Następnym razem, kiedy najdą cię takie myśli – zaczął po krótkiej chwili milczenia Memorandus – pamiętaj, że są jeszcze policjanci, strażacy, pracownicy pogotowia… Nie jesteś jedynym, który próbuje coś zrobić. I oni też mają dni, kiedy nie mogą kogoś uratować. Zarówno oni, jak i ty, jesteście tylko ludźmi.
- Tyle że ja jestem Stalowym Aniołem – powiedział Glenn. – Ludzie liczą, że im pomogę. Jestem dla nich niepokonanym bohaterem. Pokładają we mnie nadzieję.
I tu był kolejny problem. Stalowy Anioł był osobą publiczną i mieszkańcy Nowego Jorku mieli wyrobione on nim pewne wyobrażenie, które mniej lub bardziej pomagało Glennowi w pracy. Z drugiej strony bycie symbolem nadziei dla niezliczonej rzeszy ludzi (zwłaszcza, kiedy Glenn miał akurat nieco gorszy dzień) miało swoje wady. Stalowy Anioł zawsze się uśmiechał, niczego się nie bał, nie mógł zostać wyprowadzony z równowagi, nie ulegał przesadnie emocjom, nie krwawił i dawał dzieciom dobry przykład. Nie było tam miejsca na człowieczeństwo, nie było tam miejsca na błędy, bo gdyby Glenn pozwoliłby sobie stracić cierpliwość albo okazać słabość, jego wrogowie i opinia publiczna wykorzystaliby to, aby go zdyskredytować. Już kilka razy coś takiego miało miejsce. Co więcej – zarówno Glenn, jak i doktor March byli świadomi tego, że jest pewna grupa ludzi, która nie przepada za Stalowym Aniołem i zawsze wylewa na niego wiadro pomyj w sieci.
- Cokolwiek będą o tobie mówić, Glenn – zaczął doktor March – pamiętaj, że zrobiłeś wiele dobrego i na pewno znajdą się ludzie, którzy to widzą.
- Czasami boję się, że ludzie mogą odkryć moją tajną tożsamość – mówił Glenn, jakby nie do końca wiedząc, co do niego przed chwilą powiedziano. – Wyobraża pan to sobie, doktorze? Co by było, gdyby wszyscy wiedzieli, kim naprawdę jestem?
- Czasem – odparł Memorandus. – Zapewniam cię jednak, że ode mnie się tego nie dowiedzą.
- Rozmawialiśmy o tym z Alice. To był jeden z argumentów za tym, aby się wycofać. Ona też się boi. Głównie tego, że moi przeciwnicy mogą znaleźć ją i Alfiego, i się na mnie zemścić. Ale nie tylko tego. Słyszy się przecież o psychofanach, którzy śledzą swoich idoli, kradną ich rzeczy, nagabują ich na ulicy… Zwykli celebryci mają z nimi problemy, to co ja mógłbym powiedzieć?! Albo jeszcze gorszy scenariusz: ci wszyscy ludzie, którzy mówią o mnie wszystkie te paskudne rzeczy w sieci; którzy życzą mi śmierci i nazywają mnie marionetką którejkolwiek partii politycznej, z którą się nie zgadzają… ci pełni nienawiści do mnie ludzie znajdą moją rodzinę i coś jej zrobią.
Zamilkł. Wydawał się być bardziej poruszony niż wcześniej. Tymczasem Memorandus zanotował w notatniku kilka rzeczy i przyjrzał się klientowi. Istniało spore prawdopodobieństwo, że gdyby Glenn Goodson rzeczywiście się wycofał z bycia superbohaterem, prawdopodobnie tęskniłby za tym. W końcu zawsze był dumny ze swojej pracy i lubił pomagać ludziom. Z drugiej strony doktor March coraz bardziej skłaniał się ku temu, że może rzeczywiście Glenn powinien przestać działać jako Stalowy Anioł. Być może było to bardziej bezpieczne dla jego psychiki.
- Wie pan, doktorze – zaczął znów Glenn i w jego głosie słychać było coś na kształt zrezygnowania – on jest w mojej głowie.
Doktor March nie musiał pytać o kogo chodzi. Wreszcie dały o sobie znać ostatnie wydarzenia. Wreszcie Memorandus miał dowiedzieć się, co wtedy zaszło tak naprawdę. A Glenn nawet nie potrzebował zachęty, aby podjąć temat.
- To było cztery dni temu, w południe. Jak pewnie pan wie z wiadomości, jeden z moich odwiecznych wrogów, Mefistofeles, porwał dzieci burmistrz Harrison, Eddiego i Dianę. Z wierzchu wyglądało to tak, jakby chciał wymusić coś na władzach miasta. Postawił im nawet ultimatum: albo do drugiej dadzą mu szyfry do sejfów we wszystkich bankach w Nowym Jorku, a potem dostarczą mu helikopter do ucieczki, albo będzie ucinał po jednym paluszku dzieci za każdą godzinę zwłoki. Przy okazji zainstalował specjalne pułapki na każdym piętrze budynku, w którym przetrzymywał zakładników. Pułapki były tak starannie ukryte, że tylko mój skafander mógł je wykryć i rozbroić. – Pan Goodson przerwał i westchnął. Kiedy powrócił do swojej opowieści, jego głos był jakby cichszy. – To mi powinno dać do myślenia. Cały ten plan był zbyt banalny jak na Mefistofelesa. Jego nigdy nie interesowały pieniądze. On jest takim typem złoczyńcy, który bardziej od pieniędzy, władzy czy luksusów, woli bawić się ludźmi. Spodziewałem się, oczywiście, tych jego gierek. Umknęło mi jednak to, że tak naprawdę porwanie i ultimatum były tylko zasłoną dymną; przynętą, aby zwabić mnie.
Doktor March dużo, dużo wcześniej doszedł do podobnego wniosku (kiedyś nawet czytał profil psychologiczny Mefistofelesa; potem spędził kilka godzin w ogrodzie, aby nie myśleć o mrocznej stronie ludzkiej natury). Znów zapisał kolejne swoje obserwacje w notatniku i słuchał dalej, co Glenn miał do powiedzenia:
- Kiedy dotarłem wreszcie do sali, w której znajdowały się dzieci, Mefistofeles już tam na mnie czekał. Jego zakładnicy znajdowali się w oddzielnych pleksiglasowych zbiornikach, które były już do połowy napełnione wodą i w chwili, gdy wszedłem woda zaczęła płynąć dalej, powoli, ale nieprzerwanie. Już miałem użyć swojego bumerangu i rozbić zbiornik, w którym znajdował się syn pani burmistrz, kiedy nagle mój skafander wykrył miliony małych czujników rozsianych po całej powierzchni pleksiglasu. Mefistofeles zdał sobie sprawę z mojego odkrycia i powiedział: „Widzę, że znalazłeś moją bombę. Musisz wiedzieć, Stalowy Aniele, że jeśli zbijesz jeden zbiornik, drugi wybuchnie. A tego byśmy nie chcieli.” Opuściłem bumerang, a Mefistofeles ciągnął dalej: „Wypuszczę je, jeśli odpowiesz mi na pewne pytanie.” Oczywiście nawet przez moment nie wierzyłem, że to zrobi, ale musiałem znaleźć jakiś słaby punkt mechanizmu, dlatego niby to zgodziłem się na propozycję mojego wroga, a po cichu kazałem skafandrowi wykonać analizę.
Memorandus musiał stwierdzić, że to był nawet niezły plan. Sam nie był pewien, jakby podszedł do całej sprawy, gdyby przyszło mu rozmawiać z Mefistofelesem. Już dawno doszedł do wniosku, że nie nadawałby się na policyjnego negocjatora.
- No więc Mefistofeles zaczyna jeden z tych swoich monologów: „Ach, biedny Stalowy Aniele, taki jesteś szlachetny, taki bezinteresowny, że ratujesz dzieci kobiety, która ma konszachty z większością organizacji przestępczych w mieście i używa swoich koneksji, aby uwolnić z więzienia każdą grubą rybę, którą pomożesz przyskrzynić. Wiesz przecież, że raczej nie masz co liczyć, że się zmieni, nawet jak uratujesz jej dzieci.” Wiedziałem do czego zmierza, więc odparłem: „Ale one nie mają nic wspólnego ze zbrodniami swojej matki. W dzisiejszych czasach grzechy rodziców nie przechodzą na ich potomstwo.” On zaś na to: „Ach, tak, zapomniałem. Wszak jesteś Stalowym Aniołem i chronisz młodzież. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że ta dwójka nie wyrośnie na takie same mendy jak ich matka, to w takim razie co z tymi wszystkimi nastolatkami, które zniszczą sobie życie w gangach? Co z dziewczynkami, które zostają prostytutkami? Co z dziećmi, którym dealerzy sprzedają narkotyki? Co z wszystkimi tymi młodymi ofiarami burmistrz Harrison?” Wiedziałem, do czego dążył i miałem już gotową odpowiedź: „Zamierzam zadbać o to, aby było ich jak najmniej. Zamierzam nadal krzyżować jej plany i zamierzam też uratować jej dzieci.” Wtedy uśmiechnął się do mnie tym swoimi szatańskim uśmieszkiem. który oznaczał, że Mefistofeles ma jakiegoś asa w rękawie i zaraz go wyciągnie. Pstryknął palcami i nagle jego dwóch pomagierów wprowadziło do sali kolejny zbiornik z wodą. A w nim siedział mały chłopiec.
Glenn zamilkł i, zamknąwszy oczy, wziął głęboki oddech. Tymczasem Memorandus czuł wzbierający w nim niepokój. Kiedy Glenn otworzył oczy, jego wzrok skierowany był na sufit.
- Był tak mniej więcej w wieku Alfiego. Od razu uderzyło mnie to, że był strasznie chudy i miał wielkie, ciemne oczy, które wpatrywały się we mnie. Wokół jego więzienia również były czujniki. Poziom wody we wszystkich trzech zbiornikach był mniej więcej ten sam: całej trójce dzieci woda powoli zaczęła sięgać do szyi. Tymczasem Mefistofeles powiedział: „Ten chłopiec ma na imię Jorge. Jego rodzice zostali zabici przez Gang Hybryd, a on sam trafił najpierw na ulicę, a potem do ludzi zajmujących się handlem żywym towarem. Zarówno Hybrydy, jak i handlarze ludźmi, zostali uwolnieni przez burmistrz Harrison.” Akurat kiedy skończył mówić, skafander zakończył analizę i zlokalizował słabe punkty każdego ze zbiorników: małe przyciski u dołu, które otwierały zbiorniki. Musiałem tylko je wcisnąć, ale była też kwestia tego, czy powinienem najpierw unieszkodliwić Mefistofelesa i jego dwóch pomagierów; i czy gdybym wybrał najpierw uwolnienie dzieci, to które powinno być pierwsze. Ten łajdak musiał dostrzec mój dylemat, więc powiedział tylko: „Nie będę ci przeszkadzał. Chcę po prostu wiedzieć, kogo uratujesz najpierw: czy faktycznie poszkodowanego przez panią burmistrz, czy jej córkę, czy syna. Dodam tylko, że nie masz już za dużo czasu.” I faktycznie, dzieci desperacko próbowały trzymać głowę ponad powierzchnią. Którekolwiek bym wybrał, pozostała dwójka musiałaby jeszcze poczekać na ratunek.
Teoretycznie życie zarówno Eddiego i Diany Harrisonów, jak i małego Jorgego miały taką samą wartość. Ale tacy jak Mefistofeles operowali na innej logice: ten, kogo Stalowy Anioł uratowałby pierwszego, byłby – według Mefistofelesa – automatycznie uważany za tego, którego bohater uznaje za ważniejszego od reszty. Jeśli by wybrał którekolwiek z dzieci pani burmistrz, oznaczałoby to, że biedny Jorge był mniej ważny niż syn lub córka polityka. Gdyby wybrał Dianę, oznaczałoby to, że dwaj chłopcy są mniej ważni od dziewczynki; a gdyby wybrał Eddiego albo Jorge, oznaczałoby to, że dziewczynka jest mniej ważna od nich. Kogokolwiek ratowałby najpierw, świadczyłoby źle o Stalowym Aniele.
- Nie mogłem nad tym zbyt długo dywagować, tak więc postanowiłem zdać się na instynkt. Najpierw uwolniłem Jorge, bo był najbliżej mnie. Potem Dianę, a na końcu Eddiego. Niestety woda zdążyła już mu wejść do płuc, więc musiałem zająć się jego resuscytacją. Tymczasem Mefistofeles wykorzystał to, że jestem zajęty chłopcem i uciekł wraz ze swoimi dwoma pomagierami. Poinformowałem o zaistniałej sytuacji policję i ratowników, i skupiłem się na chłopcu, mając nadzieję, że policji uda się zgarnąć zbirów, a ratownicy przybędą dość szybko, aby zabrać malców do szpitala. Niestety Mefistofelesa nie dało się przechwycić.
Memorandus przypomniał sobie reportaż po całym zajściu. Dziennikarze skupili się głównie na samych dzieciach pani burmistrz opatulonych kocami i szczęśliwie zjednoczonych z matką, ale paru z nich wspomniało też o tym, że Stalowy Anioł odmówił komentarza do całej sytuacji, bo akurat rozmawiał z ratownikami zajmującymi się trzecim, nieznanym dzieckiem. Na niektórych zdjęciach i filmach bohater wydawał się doktorowi Marchowi zaniepokojony, jeśli nie po prostu zmęczony.
- Wie pan doktorze – zaczął po krótkiej chwili milczenia Glenn – jeszcze przez jakiś czas po całym zdarzeniu, miałem przed oczami ten obraz uwięzionych w zbiornikach z wodą dzieci; ich przerażonych twarzyczek, błagających mnie o pomoc. Zastanawiałem się, co musiały sobie o mnie myśleć w tamtej chwili: co myślały o słynnym bohaterze, który stał, kiedy ich życia wisiało na włosku, i musiał wybrać, kogo uratuje najpierw. Zastanawiałem się, czy Diana obwiniała mnie o to, że jej brat prawie utonął; albo czy Jorge pałał pragnieniem zemsty za swoje krzywdy. A kiedy wracałem do domu zacząłem myśleć o tych wszystkich szatańskich planach Mefistofelesa i jemu podobnych; o tych wszystkich tyradach, które wysłuchałem przez te lata, i o całym złu, które widzę na świecie i które wydaje się nie maleć… I kiedy wróciłem do domu, Mefistofeles siedział już w mojej głowie, a mój umysł ciągle powracał do jego słów: „Biedny, szlachetny Stalowy Aniele… Ciągle wierzysz, że świat można zbawić, chociaż wiesz, że nie zasłużył na zbawienie… Bronisz słabszych, ale czy oni o to doceniają? Nie… Ratujesz ludzi, a potem odlatujesz, zostawiając ich samych z ich problemami i desperacją, która każe im robić potworne rzeczy…”
- Tacy jak on lubią patrzeć na świat w ciemnych barwach – odparł doktor March. – I lubią, kiedy inni też tak na niego patrzą. To im pozwala manipulować innymi: przeciągać na swoją stronę tych, którzy są pozbawieni nadziei, i pozbawiać ją tych, którzy wierzą, że istnieje dobro. Dlatego najlepiej jest w ogóle nie wdawać się z nimi w dyskusje.
- Wiem, wiem – odrzekł pan Goodson. – Ale w którymś momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy czasem nie mają racji. – Westchnął i dodał: – Jestem już zmęczony. Naprawdę, naprawdę zmęczony, doktorze. Od ostatniej potyczki z Mefistofelesem wszystko jest takie ponure i bezsensowne, i… I ostatnio śniło mi się, że Mefistofeles porwał mojego synka i kazał mi wybierać między nim a Jorgem, a ja wahałem się zbyt długo i obaj się utopili.
- Ale pamiętaj, że uratowałeś całą trójkę zakładników – wtrącił doktor March. – Uwolniłeś je wszystkie i do tego udzieliłeś jednemu z nich pierwszej pomocy. Dzięki tobie dzieci żyją.
- Tak, ale nie będą już takie same – oświadczył Glenn. – Będą budzić się w nocy przerażone i będą musiały jakoś przepracować tę traumę. Nie przechodzi się nad porwaniem do porządku dziennego. A jeśli chodzi o małego Jorgego, to, co prawda, zostawiłem go u pewnej znajomej policjantki, ale pewnie długo potrwa zanim znajdzie nowy dom. On ma jeszcze gorzej niż tamta dwójka.
- Skoro jednak pozostawiłeś go u tej policjantki, na pewno jej ufasz. A w związku z tym powinieneś wierzyć w to, że ona nie tylko zajmie się chłopcem, ale i znajdzie mu dobry dom. – Memorandus uśmiechnął się. – Najważniejsze jest, że teraz Jorge jest bezpieczny. A skoro jest bezpieczny, można mu wreszcie pomóc należycie. Zresztą sam wiesz, kto jest skorumpowany, a kto nie. Na pewno wybrałeś właściwie.
- Jest tyle rzeczy, których żałuję… Tyle rzeczy, które mogłem zrobić lepiej. Wiem, że rozpamiętywanie tego wszystkiego nic nie da… ale te myśli same mnie nachodzą. Zwłaszcza jak wracam z patrolu do domu. Czasem myślę sobie, że być może nie jestem odpowiednią osobą do używania skafandra.
- Myślisz, że ktoś inny zrobiłby z niego lepszy użytek? – dopytywał się doktor March.
Pan Goodson przytaknął głową.
- Ktoś, kto jest ode mnie twardszy psychicznie i kogo nie ruszyłyby umysłowe gierki Mefistofelesa. – Nagle Glenn spojrzał na swojego psychoterapeutę z wyrazem przemożnego smutku. – Ostatnio mam wrażenie, że bycie Stalowym Aniołem za dużo mnie kosztuje. Niech pan powie szczerze, doktorze: Czy myśli pan, że powinienem zrezygnować?
Memorandus odłożył na bok długopis i spojrzał na swojego klienta. Milczał przez dłuższy czas, zbierając myśli, zastanawiając się, co powinien panu Goodsonowi poradzić. W końcu oparł się wygodnie w fotelu i przemówił:
- Wielokrotnie zastanawiałem się nad odpowiedzią na to pytanie. Jakaś część mnie na pewno chciałaby, aby Stalowy Anioł nadal strzegł Nowego Jorku, ale jestem świadom tego, że to nie sprzyjałoby twojemu zdrowiu psychicznemu, Glenn. Z drugiej strony zdążyłem już cię trochę poznać i domyślam się, że gdybyś przestał robić to, co robisz, mógłbyś czuć się winny, że nie zapobiegłeś jakiejś zbrodni.
- Tak, chyba tak – przyznał Glenn i spojrzał w sufit. – Poza tym, gdyby Stalowy Anioł tak po prostu zniknął… przestępcy byliby bardziej śmiali, a ludzie uznaliby, że ich bohater ich porzucił.
- Myślę, że powinieneś przynajmniej zrobić sobie urlop – zaproponował doktor March. – Odpocząć od ratowania innych, spędzić trochę czasu z rodziną. Spojrzysz na wszystko świeżym okiem i dopiero wtedy podejmiesz decyzję.
- Nie wiem, czy mogę tak po prostu zrobić sobie przerwę. Jak mówiłem, moja nieobecność może się odbić na morale miasta.
- A tamta kobieta w przebraniu lisa, którą spotkałeś w alejce? – podpowiedział mu Memo. – Może ona cię zastąpi?
Glenn wydawał się przez chwilę kontemplować tę propozycję. W końcu odparł:
- Porozmawiam o tym z Alice i resztą.
Doktor March uśmiechnął się.
- Kto wie: może na następnej sesji zrobisz mi pokaz zdjęć z wakacji.
4

Jeszcze kilka minut po zamknięciu kliniki, Memorandus siedział w swoim gabinecie i zastanawiał się nad tym, co usłyszał od pana Goodsona. Jako psychoterapeuta, miał za zadanie słuchać i doradzać, ale to, co usłyszał, nie pozostawiało go obojętnym. Tak jak teraz, kiedy zastanawiał się nad położeniem Glenna i nad tym, czy rada dla niego była użyteczna. Czasami doktor March miał wrażenie, że nie jest wcale pomocny, a przecież był od tego, aby pomagać. Tak więc czy w ogóle się do tego nadawał?
Nagle drzwi do jego gabinetu się otworzyły. Tak jak podejrzewał, stała w nich Nancy, zwarta i gotowa do wyjścia.
- Od razu mówię, że dzisiaj mam ochotę na coś meksykańskiego. Nie zamierzam dzisiaj zjeść nic innego na kolację.
Doktor March niespiesznie podniósł się z fotela.
- No trudno. Wezmę sobie taco.
Musiał wyglądać na bardzo nie w sosie, bo panna Keats spoważniała.
- Memo? – zapytała z wyraźną nutą zmartwienia w głosie. – Coś się stało?
Spojrzał na nią i przez chwilę nawet zastanawiał się, czy by jej nie powiedzieć o sesji z panem Goodsonem… ale zaraz potem przypomniał sobie, że nie może. Mimo wszystko, sposób, w jaki na niego patrzyła, sprawiał, że chciał coś powiedzieć; zwierzyć się przynajmniej ogólnie z tego, co go martwiło.
- Nic… takiego – powiedział w końcu, po czym dodał: – Wybacz, ale dzisiaj wolałbym nigdzie nie iść. Zostanę w gabinecie i zrobię porządek w aktach.
- Memo, porządkowałeś je kilka dni temu – odparła Nancy. – O co chodzi tak naprawdę?
Nie potrafił udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy tak na niego patrzyła. Znała go stanowczo zbyt dobrze. Dlatego westchnął i postanowił ująć problem bardziej ogólnie.
- Możliwe, że źle poradziłem klientowi. Był przepracowany i przeżył ostatnio sporą traumę, więc powiedziałem mu, żeby zrobił sobie urlop.
- Przecież to dobra rada – stwierdziła panna Keats.
- Tyle, że to nie jest… – zaczął, ale urwał, aby nie zdradzić zbyt dużo. – Po prostu zastanawiam się, czy ten ktoś nie powinien w ogóle odejść z pracy.
- Kto wie, może odejdzie – odpowiedziała Nancy. – Człowiek ma czas myśleć o różnych rzeczach na urlopie. Nie przejmuj się. To była dobra rada.
Mimo wszystko jednak Memorandus nie był do końca przekonany.
- Jest coś jeszcze – stwierdziła Nancy i spojrzała na niego badawczo. – Coś cię dręczy.
Po raz kolejny zapragnął się zwierzyć, ale z powodu tajemnicy zawodowej miał przed tym opory. Postanowił więc, że powie tylko:
- Po prostu… po prostu czasami mam wrażenie, że świat jest okrutny.
Panna Keats podeszła i uśmiechnęła się.
- To prawda – odpowiedziała – jest. Dlatego dobrze, że są ludzie, którzy czynią go mniej okrutnym. – Zamilkła na chwilę i dodała: – Może pójdziemy do mnie obejrzeć film. Podobno nigdy nie oglądałeś Wojowniczych Żółwi Ninja.
Memorandus wiedział, czemu mu to proponowała. I był jej nawet wdzięczny, chociaż podczas seansu jego umysł co jakiś czas wracał do Glenna Goodsona i jego ostatniej przygody.
Ostatnio zmieniony 15 sty 2020, 20:54 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: CynicznaCecylia » 13 gru 2019, 21:04

Komentujemy pierwszy wpisie (rozdzialik?) Zaczynam od zabawy w korektorkę, proszę nie bić.

Ogólna uwaga co do pierwszego akapitu. Bardzo dużo „być”. Za dużo jak na tak małą ilość tekstu.

„Za jakąś godzinę mieli już być gotowi do szkoły” – albo za jakąś godzinę, albo już. Jedno wywal

„że to on musi być tym odpowiedzialnym” – „pełnić rolę tego odpowiedzialnego” – walczymy z byciami.

„Z jakiegoś powodu czuł niepokój, kiedy długo nie schodziła na śniadanie” – powinno być od nowego akapitu, bo myśl słabo się wiaże z poprzednimi wypowiedziami.

” Nigdzie nie było żadnych dziwacznych drzwi…” – „nie widział/nie zauważył żadnych drzwi” – walczymy z byciami.

No wreszcie ta dziewucha się pojawiła. Właściwie to zbiegła ze schodów, robiąc hałas na cały dom. – Można się pojawić zbiegając, więc to „Właściwie to” takie po nic. Jak już to powinno być „Konkretniej rzecz ujmując”

„…gdzie już czekała na nią kanapka z żółtym serem” – wyrzuciłabym to „już”

„która jakimś cudem była w stanie utrzymać dzbanek z herbatą…” – potrafiła. Walka z byciami. (wiem, tu się nie powtarzało, ale „być” nie należy szastać, więc będę wytykać przy każdej możliwości łatwego zmienienia)
Była już trzecia popołudniu – wybiła trzecia po południu (walczy z byciami)

Nikt inny nie był na dzisiaj umówiony. – nie został na dziś umówiony (walka z byciami)

Była kasztanowowłosą okularnicą w czarnym golfie i spódnicy. Wszyscy, który wchodzili do kliniki i widzieli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, że Nancy jest bardzo profesjonalna i poważna, a ona lubiła sprawiać takie wrażenie – „być” na początku rozkłada akapit, bo jest zbyt blisko następnego, którego nie można się pozbyć. Trzeba przerobić oba zdania. „Ubrana w czarny golf z (przymiotnik) okularami osadzonymi na (przymiotnik) nosie i (przymiotnik/krótki opis np: starannie zaczesanymi/ upiętymi w wysoki kok) Nancy sprawiała wyglądała jak prawdziwa profesjonalistka. Wszyscy, który wchodzili do kliniki i widzieli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, że jest właśnie taka – profesjonalna. Naprawdę lubiła to.

Nancy przerwała połączenie i westchnęła. Następnie wyciągnęła z szafki swojego biurka najnowszy numer ulubionego czasopisma. Był tam ciekawy artykuł na temat poltergeistów i Nancy chciała go przeczytać już od samego rana. Szybko go znalazła i wzięła się za lekturę. – powtórzenia go i „Nancy” przy czym „Nancy” ani razu nie jest konieczne – podmiot domyślny…. Czy jak to tam się nazywa.
Kiedy brała się za drugi akapit, drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna, który miał na oko jakieś trzydzieści lat. Kiedy ściągnął kaptur kurtki, Nancy mogła się przyjrzeć jego czuprynie jasnobrązowych włosów, których kosmyk na czubku głowy układał się w lekki szpic. Twarz przybysza była lekko opalona, a na nosie znajdowały się okulary. – Powtórzenie „który” plus opis trochę nienaturalny. „….mężczyzna, na oko trzydziestolatek.” …”Twarz nieznajomego pokrywała lekka opalenizna, a zza okularów (można opisać jakich) wyglądała para (kolor/opis) oczu”.
„zwróciła się znów” – „ponownie zwróciła się” lepiej brzmi
„ Zielone ściany były od dolnej połowy pokryte panelami. Pośrodku podłogi położony był wielki dywan, na którym stała zielona kanapa i stolik do kawy.” BYYYĆĆĆĆĆĆ!!! 2 w jednym zdaniu!!! Arrrgghh! Plus nie stała na Dy Wanie, tylko stały – kanapa i stolik to dwie rzeczy więc liczba mnoga. „Dolną połowę zielonych ścian pokryto panelami, a po środku podłogi położono wielki dywan, na którym stały zielona kanapa i stolik do kawy”. + uwaga co do całego akapitu – bardzo dużo „stać”. Opis planistycznie szczegółowy, staciowo-położeniowy, nie jest konieczny. Lepiej byłoby opisać styl mebli, wrażenie jakie robią itp.
„Wydawał się mieć zupełnie białą skórę i wielkie, czarne oczy, a do tego szpiczaste uszy. Nosił czarne dżinsy, białą koszulę i brązowy sweter w serek, przez co wydawał się grubszy niż prawdopodobnie był, a mimo to jego dłonie robiły wrażenie długich i wąskich.” => „wydawał się mieć zupełnie biała skurę i wielkie, czarne oczy”… A tak naprawdę był zielony i żółtooki? Jak już to jego skóra mogła wydawać się/sprawiać wrażenie zupełnie białej, nie on. Do tego wyrzuciłabym „prawdopodobnie”, chyba, ze opis nie wszechwiedzący, tylko z perspektywy klienta. No i dłonie najpierw skóra robi wrażenie a potem dłonie? Trochę za dużo wrażeń jak na jeden akapit. Do przemodelowania.
„ i byli żywo zafascynowani ziemskimi kulturami (był na to nawet termin: gajo filia)” – być… „i żywo fascynowali się”, „istniał na to termin”
„i leśne zwierzęta, chodzące po tym świecie,” –wyrzuć „chodzące po tym swiecie”. To normalne, że zwierzęta chodzą po świecie. Poza tym to nie był ten świat tylko tamten.

Dobra, jestem zbyt padnięta po roboleniu, żeby dalej lecieć w korektę.
Pozytywy – sam pomysł i uniwersum. Psychiatra-kosmita, równoległe wymiary. Nawet historyjka żywcem wyjęta z Narnii w tym zestawieniu nie razi i robi pozytywne wrażenie. Niestety warsztat kuleje. Największym problemem są powtórzenia, szczególnie „być”. Wiem, na początku trudno ich unikać, ale jest wiele możliwości przeróbki, chociażby strona bierna. Najlepiej dawaj je dopiero w ostateczności, tym sposobem wypracujesz sobie jak go nie powielać. Inna rzecz to nienaturalne wypowiedzi, widoczne u Oliviera. O ile w trakcie sesji u psychiatry ZACZYNA swoją wypowiedź niepewnie, naturalnie, to potem używa zbyt książkowego języka, jakby czytał opis z książki, a nie opowiadał o czymś, co mu się naprawdę przydarzyło, o czymś co do tej pory budzi w nim żywe emocje.
Konkluzja końcowa – pomysł na 4, wykonanie na ~ 3. ALE! Bez pomysłu nie da się nic zrobić, nad wykonaniem można popracować. I tego się trzymajmy.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2122
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 13 gru 2019, 21:16

K
omentujemy pierwszy wpisie (rozdzialik?) Zaczynam od zabawy w korektorkę, proszę nie bić.

Nie, spoko ja się nie gniewam. Tylko trochę jestem przybita, bo czuję się jak czternastolatka, a piszę właściwie od ponad 20 lat.

Ale pewnie przejrzę Twoje spostrzeżenia i zastosuję się przynajmniej do paru. Zwłaszcza, że rzeczywiście czasem mam wrażenie, że nadużywam pewnych zwrotów.
(BTW - Vampi i Hien mają na nadmiar "być" w tekście nazwę - "bylica".)
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: CynicznaCecylia » 13 gru 2019, 22:06

Ty dobre. Ja swego czasu cierpiałam na zaimkozę :D Też fajna nazwa :D

Ja też piszę ponad 20 lat (i kupa z tego wychodzi). To mamy tak samo. Na misia?

Obrazek

Awatar użytkownika
Lisbeth77
debiutant
Posty: 72
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Lisbeth77 » 30 gru 2019, 21:53

Nie wiem, od czego powinnam zacząć, bo czuję się jak po przeczytaniu jakiejś naprawdę porządnej książki albo przynajmniej zbioru opowiadań... Może bardziej tego drugiego, bo tekst nie ma ciągłej akcji. Każdy rozdział jest trochę jak odcinek Supernaturala - oprócz oczywiście głównego bohatera, w każdym odcinku pojawiają się różne postacie i widzimy zupełnie inną historię. Dzięki temu za każdym razem otrzymujemy coś zupełnie nowego i zaskakującego. Gdy brałam się za każdy kolejny rozdział, byłam ciekawa, co wymyślisz tym razem i jaki pacjent trafi się Memorandusowi. Pomysł z psychoterapeutą z innej planety, który specjalizuje się w bardzo nietypowych przypadkach, jest po prostu cudowny! Przynajmniej dla mnie, ja to kupuję. I na pewno kupię, jak kiedyś pojawi się w księgarni.

Jeśli chodzi o bohaterów, to może po kolei:

Memorandus - nie obchodzi mnie, że nie będę obiektywna, bo WSZYSTKO w nim mi się podoba! Od jego charakteru, po sam wygląd. Wciąż nie mogę się zdecydować, kto mógłby podkładać mu głos w filmowej adaptacji... Ciekawe, czy Andy Serkis jest wolny, on lubi paradować z antenkami do CGI na twarzy... Już po pierwszym rozdziale stwierdziłam, że Memo jest świetną postacią, a po kilku kolejnych moje serce już do niego należało. Cieszę się, że nie jest żadnym "doktorem House'm" bo bardzo często fikcyjni lekarze bywają właśnie tego typu. Niedostępni, humorzaści i wredni. Co prawda psychoterapeuta czy psycholog nie powinien taki być, ale mam chyba jakiegoś pecha do psychologów. Wszyscy, z którymi pracowałam (nie jako pacjentka, ale współpracowniczka) jawili mi się jako bardzo negatywnie nastawieni do ludzi i nie mogłam uwierzyć, że z nimi pracują na co dzień. Memo nie jest dr House'm, jest sobą, sama chętnie bym się do niego przeszła. Podoba mi się to, jak troszczy się o swoich pacjentów, często poświęca im swój wolny czas, widać, że praca jest jego pasją. Szkoda tylko, że jego matka tego nie dostrzega... Świetnie opisałaś tę relację, na początku poruszając ją w trzecim rozdziale, a potem kontynuując w rozdziale siódmym. Ciężko być psychoterapeutą i próbować naprawić swoje relacje z rodziną. Zawsze będą ci wypominać, że traktujesz ich jako własnych pacjentów albo, że używasz na nich swoich sztuczek:P. I bądź tu mądry.

Panna Keats - cieszę się, że Nancy też stała się taką trochę główną postacią. Na początku bałam się, że będzie jej bardzo mało. Oczywiście nie będę rozwlekać się nad tym, jak bardzo uwielbiam jej relację z Memorandusem. Słodkie jest to, jak Memo ją szanuje i docenia, oraz to, jak troszczą się o siebie nawzajem. Nie będę też rozpisywać się nad tym, jak bardzo ich shipuję... bo nie chcę brzmieć jak Zandi! Aczkolwiek lubię niespełnione shipy, więc przyjaźń między nimi mi w zupełności wystarczy:D Chciałabym dowiedzieć się więcej o jej przeszłości, głównie o jej poprzedniej pracy, a także o relacji z Anną.

Rodzina Memorandusa jest cudowna, z wszystkimi swoimi plusami i minusami. Bardzo podobają mi się imiona jej członków. Chętnie poczytałabym więcej o żołnierzach, zwłaszcza podporuczniku Jeffie Rogersie (wydaje mi się bardzo sexy) oraz o Reedzie Desmondzie, bo choć jawi się jako mega wredna postać, to jednocześnie wydaje się też bardzo interesującym bohaterem. Nawet, jeśli okaże się bardzo zuuuyyy.

Widać, że przy konstruowaniu świata: bohaterów, ich imion, ich charakterów, ich przeszłości i teraźniejszości, nazw miejsc, i tak dalej, nigdy nie idziesz na łatwiznę. Mamy więc Minierwianinów, miasteczko Clive's Grove, Stalowego Anioła, święto Alkuni Ma (tak, wiem, to ze świątecznego specjala, ale jest bardzo mocnym argumentem). Zawsze opisujesz wszystkie historie bardzo szczegółowo, widać wykonaną przez Ciebie ciężką robotę i chylę czoła. Pacjenci Memorandusa nie odpowiadają tylko kilkoma zdaniami. W każdym rozdziale doświadczamy takiej jakby historii w historii. Znajdujemy się razem z pacjentem i Memo w jego klinice, ale oczami wyobraźni śledzimy też losy bohatera, który opowiada terapeucie swoje życie. Dialogi między bohaterami są również mocno przemyślane, często bawią, gdy mają bawić, i dają do myślenia, gdy robi się bardziej poważnie. W Twoich dialogach też bardzo często dostrzegamy cechy charakteru danej postaci, nigdy nie są to po prostu wymiany zdań, ale w większości wnoszą coś do historii.

Rozdział czwarty chyba najbardziej mi się podobał, bo uwielbiam podróże w czasie a także kobiece bohaterki w wojsku. Bardzo polubiłam Claire. Co tu dużo mówić, cały rozdział był dla mnie po prostu zarąbistą rozrywką. Myślałam, że o podróżach w czasie obejrzałam i przeczytałam już wszystko, a tu taka miła niespodzianka. Śmiałam się na głos, kiedy Memo, zapytany o okres historyczny, do którego chciałby się cofnąć, powiedział o pójściu na wykład Freuda;) *high five*. Świetny był również moment, w którym Claire pyta terapeutę o to, co pamięta z jej przeszłości i gdy okazuje się, jak wiele rzeczy zmieniło się z perspektywy bohaterki.

Podobał mi się też rozdział w klimacie Halloween. Memo przebrany za Voldemorta... Nancy, która martwiła się, czy nie będzie to zbyt rasistowskie przebranie... Ten rozdział to było czyste złoto. Rozdział o Glennie Goodsonie też był wspaniały, nigdy nie pomyślałam o tym, że superbohaterowie mogą mieć problemy natury psychologicznej, a przecież to takie oczywiste... Szkoda mi go;( Ogólnie w każdym rozdziale było coś wyjątkowego.

Komentarze do tekstu:
Czy miał pan inne kobiety? Albo innych partnerów w ogóle?

Podoba mi się, że Memo uznał, iż Camilo mógł być nie tylko z kobietami :mrgreen: (taa, na co Lis mogła zwrócić uwagę...)
- A ta twoja asystentka? Nie chciałbyś, aby było między wami coś więcej?

Mój komentarz, podczas czytania tego fragentu: AAAAAAAAA!
Osobiście nie wierzę w tę twoją aseksualność i aromantyczność.

Moja reakcja na ten fragment: aaaawwwww! Sto punktów dla Meg!
- Po prostu zmieńmy temat – odezwał się Memorandus.- Możemy również milczeć – zasugerował Memorandus.

Tu coś się pomieszało, pewnie jedno z tych zdań miało należeć do Zandi.
Czasem zdarzały się gdzieś literówki, ale poza tym tekst czytało się bardzo płynnie.

Jeśli jest coś, co mi się nie podobało, to mogę jedynie wyrazić swoje ubolewanie wobec niewystarczającej ilości informacji o samym Memorandusie. Każdy rozdział rzeczywiście koncentruje się bardziej na jego przypadkach, a nie na nim samym. Ale nie wiem, czy jest to rzeczywiście minus - ja po prostu pokochałam tego bohatera tak bardzo, że po prostu chciałabym go WINCYJ. Rozumiem jednak, że tekst na tutejszym forum jest tylko przystawką, bo w swojej literackiej kuchni szykujesz danie główne. I mam nadzieję, że dane będzie mi kiedyś je spałaszować, a zrobię to z wielkim apetytem. Masz talent, dziewczyno!
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2122
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 09 lut 2020, 09:16

Nadal nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału i niektóre rzeczy w nim zawarte będę musiała kiedyś rozwinąć. W każdym razie tutaj wykorzystałam postać, która jest bohaterem innego opowiadania autorskiego, które dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Być może kiedyś jeszcze coś z nim zrobię.

Rozdział 9: Kompleks Geppetta

Zwykle, kiedy Memorandus przyjeżdżał do wielkiego miasta, potrafił być przytłoczony znajdującą się tam architekturą, wszechobecnymi światłami i sklepami. Być może była to kwestia tego, że przeważnie siedział w Clive’s Grove, gdzie – co prawda – cywilizacja jak najbardziej istniała, niemniej jednak wszystko miało skromniejszą, bardziej małomiasteczkową atmosferę.
Toteż teraz, kiedy szedł przez ulice Derezz na Minerwie, miał wrażenie, że się zgubił.
Derezz było typowym minerwiańskim miastem – co chwila można było natrafić na stare budynki z metalu i z szerokimi, przypominającymi wzburzone fale dachami (czasem ze szkła, czasem z dachówki albo cegły); niektóre przypominały ziemskie wieżowce z wielkimi oknami, inne miały kamienne ściany, pomalowane na różne kolory albo obłożone bilbordami. Gdzieniegdzie dało się zauważyć nowsze budynki stylizowane na ziemskie budowle, chociaż Minerwianie nie rezygnowali ze swoich falistych dachów. Po jasnym, niemal akwamarynowym niebie latały zbierające smog roboty, a nad stojącym w środku Uniwersytecie w Derezz znajdował się punkt orientacyjny – kopuła zwieńczona dwoma posągami.
Co prawda, do następnego wystąpienia, które go interesowało, doktor March miał jakąś godzinę (a sam miał występować jeszcze później). To odpowiednio długi czas, aby znaleźć jakąś kawiarnię, bar albo restaurację, zjeść lunch i wrócić na uniwersytet na konferencję. Burczało mu w brzuchu z głodu, rano zjadł tylko banana i od tego czasu odczuwał ssanie w żołądku, tak więc zależało mu na szybkim pozbyciu się tego uczucia. Trochę żałował, że jest sam. Na pewno gdyby wziął ze sobą pannę Keats, ona znalazłaby coś odpowiedniego szybciej. Niemniej jednak Nancy wolała pozostać w Clive’s Grove (twierdziła, że chciałaby zrobić porządki w biurze pod nieobecność swojego szefa, ale Memorandus wiedział, że źle znosiła podróże międzyplanetarne i spodziewała się, że wynudzi się na samej konferencji).
Po kilku minutach szukania doktor March wreszcie znalazł restaurację „Hektor”, znajdującą się dość blisko uniwersytetu. W środku grała grecka muzyka, na ścianach namalowane były jońskie kolumny oraz śródziemnomorskie krajobrazy. Tu i tam wisiały doniczki z kwiatami. Po chwili studiowania menu, doktor March zamówił herbatę i sałatkę z kurczakiem, a następnie zajął stolik blisko okna. Dzień był dość słoneczny, chociaż zapowiadano wieczorem burzę. Memorandus miał zarezerwowaną jedną noc w hotelu i tak po prawdzie to po konferencji nie zamierzał już nigdzie iść.
Akurat, kiedy podano mu jego herbatę, za oknem pojawił się pewien mężczyzna. Stanął przed restauracją i oczy jego i doktora Marcha się spotkały. Miał na sobie stary, brązowy płaszcz, a na głowie kapelusz. Nosił też okulary o okrągłych oprawkach. Przez chwilę przyglądał się Memorandusowi, najwyraźniej rozpoznawszy go skądś. Sam Memo odwrócił wzrok, szybko jednak powrócił do oglądania tajemniczego mężczyzny, który ruszył z miejsca, wszedł do restauracji, od razu podszedł do stolika doktora Marcha i w geście szacunku, ściągnął z głowy kapelusz.
- Przepraszam, że zawracam głowę – zaczął – ale czy mam przyjemność z doktorem Memorandusem Marchem?
Teraz można było mu się przyjrzeć lepiej. Wyglądał na zmarnowanego – był wychudzony na twarzy, czarna czupryna była potargana i przetłuszczona, a oczy wyrażały smutek. Co więcej – Memorandus po chwili zorientował się, że również kojarzy skądś tajemniczego mężczyznę.
- Tak to ja – odpowiedział w końcu na zadane pytanie, po czym dodał z uśmiechem: – A pan to zapewne doktor Hideki Tamamura. Proszę usiąść. Zaraz zawołam kelnera.
- Och, dziękuję – zaczął nieśmiało doktor Tamamura, usiadłszy naprzeciw Memo. – Nie chcę zajmować zbyt dużo czasu… właściwie to chciałbym zadać pewne pytanie.
Co prawda, specjalista z jednej dziedziny nauki zadający pytania specjaliście z zupełnie innej dziedziny nie był niczym osobliwym, mimo wszystko jednak doktor March się nieco zdziwił. Głównie dlatego, że siedzący naprzeciw niego doktor Tamamura był znanym robotykiem, specjalizującym się w systemach wczesnego ostrzegania. Czego mógłby chcieć od psychoterapeuty?
- Moje pytanie dotyczy po części Minerwy – podjął znów doktor Tamamura. – Wiem, że już dawno osiągnięto na niej osobliwość.
- Tak, to prawda – stwierdził Memorandus.
Trudno mu było o tym nie wiedzieć, skoro przy każdej rozmowie przy świątecznym stole jego brat, Brutus (który mieszkał i pracował na Minerwie, i ogólnie uważał się bardziej za Minerwianina niż Ziemianina), uważał minerwiańskie roboty będące samoświadome o wiele wcześniej niż te ziemskie za objaw wyższości minerwiańkiej robotyki. Poza tym będąc na ojczystej planecie jego matki, Memorandusowi zdarzało się widzieć przechadzające się wraz z Minerwianami i ziemskimi przyjezdnymi roboty. Ba – Memo nawet znał jednego takiego samoświadomego robota…
- Słyszałem też, że Minerwianie stworzyli specjalną dziedzinę psychologii, aby badać samoświadome maszyny – ciągnął dalej Tamamura.
Doktor March uśmiechnął się.
- Pewnie ma pan na myśli psychologię sztucznej inteligencji, zwaną też kolokwialnie robopsychologią. Uprzedzam jednak, że nie jest to dziedzina, w której mogę pomóc. Wymaga ona znajomości podstaw robotyki i programowania, czego ja nigdy się nie uczyłem.
Doktor Tamamura nie wyglądał jednak na zawiedzionego. Powiedział tylko:
- Rozumiem, ale nie o to chciałem zapytać.
- Nie? – zdziwił się Memorandus.
- Nie – potwierdził Hideki. – Chciałem zapytać czy są badania na temat psychologii ludzi, którzy pracują z maszynami?
Memorandus od razu wyczuł, że doktor Tamamura nie pyta o to z czystej, naukowej ciekawości. Chodziło o coś innego… coś bardziej osobistego. Dlatego doktor March zawołał kelnera i poprosił go o menu dla swojego gościa. Kiedy wynalazca spojrzał na niego dziwnie, psychoterapeuta odparł:
- Mam wrażenie, że za tym pytaniem kryje się jakaś historia. Zjedzmy razem lunch i pan mi ją opowie.
Doktor Tamamura przyglądał się jeszcze przez chwilę doktorowi Marchowi, jakby nie do końca rozumiał, co się dzieje… a zaraz potem uśmiechnął się i podziękował, z zastrzeżeniem, że absolutnie nie zgadza się na to, aby Memorandus za niego płacił. Następnie ściągnął z siebie płaszcz, zawiesił go na haku przy wejściu do restauracji, po czym ponownie zajął miejsce przy stole i przejrzał kartę dań.
Wkrótce zawołał kelnera i oznajmił:
- Wezmę tylko espresso.
Kiedy kelner odszedł, nagle barki wynalazcy jakby opadły, a on sam posmutniał. Spojrzał na swojego rozmówcę, który spokojnie jadł sałatkę.
Gdy w tym momencie wrócił kelner z kawą i postawił ją przed Tamamurą, po odejściu kelnera robotyk podniósł filiżankę i zwrócił się znów do siedzącego naprzeciw niego Minerwianina:
- Był… był pewien robot. – Spuścił wzrok na kawę i podmuchał w nią, aby zaraz odłożyć ją na miejsce. Dopiero po dłuższej chwili kontynuował: – Sam nie wiem, co mnie podkusiło, aby go zbudować… Był zupełnie inny od moich pozostałych maszyn.
- W jaki sposób? – zapytał doktor March.
- No cóż, przede wszystkim nadałem mu ludzką postać. Nie był kopią człowieka w każdym calu, ale miał ręce, nogi, oczy i głowę z czymś, co można by od niechcenia nazwać twarzą. Nigdy nie byłem zbyt dobry w tworzeniu androidów, więc zapewne dla większości robotyków byłby dość przeciętnym tworem. – Nagle doktor Tamamura uśmiechnął się do swoich myśli. – Ale mnie to niespecjalnie obchodziło. Bo to był mój android.
Memorandus również uśmiechnął się na te słowa, ale zaraz potem spoważniał i spytał:
- Jak pan myśli: dlaczego nadał mu pan właśnie taki kształt?
Robotyk zdziwił się lekko na to pytanie, po czym zamyślił się na moment.
- Teoretycznie miał być mechaniczną pielęgniarką. Miał przypominać o braniu leków, tworzyć dopasowane do pacjenta zestaw ćwiczeń i dietę, monitorować stan zdrowia, udzielać emocjonalnego wsparcia… W pielęgniarstwie ludzki wygląd jest przydatny. W końcu to bardzo społeczny zawód… ale być może chciałem spróbować czegoś nowego. Jak mówiłem, nie jestem dobry w tworzeniu androidów. Być może jakaś część mnie chciała jakiegoś stworzyć, a ten projekt był właściwą wymówką do stworzenia czegoś takiego. Na razie był to tylko prototyp, którego budowa przypominała ludzkie ciało tylko pobieżnie. Wszelkie szczegóły związane z twarzą i wyglądem zewnętrznym miały zostać opracowane potem. Najpierw musiałem sam go przetestować w zaciszu własnego domu.
Prychnął pod nosem, a na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.
- Wydawałoby się, że to nic wielkiego, ale nawet nie przypuszczałem, co mnie czeka; jak bardzo tych kilka tygodni zmieni moje życie. – Wziął głęboki oddech i ciągnął dalej: – Tak więc pewnego dnia uruchomiłem mojego robota-pielęgniarza. Spojrzał na mnie tymi swoimi błękitnymi światełkami, które miały przypominać oczy i od razu oznajmił gotowość do działania. Zapytał gdzie jest pacjent i jakie są wytyczne, powiedziałem mu więc: „Nazywam się Hideki Tamamura i cię zbudowałem. Przez najbliższy czas będę testował wszystkie twoje tryby działania. Zaczniemy od prostych rzeczy, a potem stopniowo będziemy wchodzić w coraz poważniejsze sytuacje. Rozumiesz mnie?” A on na to: „Tak, rozumiem.” Tak więc zaczęliśmy od niskotłuszczowej diety i ćwiczeń. Przez pierwszy tydzień robot przypominał mi o porannej gimnastyce i pilnował, abym dobrze się odżywiał. – Znów uśmiechnął się smutno. – Z pozoru było to całkiem proste, ale wkrótce obrzydło mi to, że mój pielęgniarz odmawiał mi codziennych przyjemności, takich jak moja ulubiona pizza, bo uznawał je za niezbyt dobre dla mojego zdrowia. Cóż jednak mogłem poradzić? Taka była jego dyrektywa. Robot robił to, co do niego należało, tak więc po co to zmieniać?
Doktor Tamamura przerwał i przygryzł dolną wargę. Po chwili wziął łyk kawy i mówił dalej:
- Niemniej jednak pomiędzy posiłkami i gimnastyką następowały momenty, kiedy robot nie wiedział, co ma robić, a zgodnie z dyrektywą musiał co jakiś czas sprawdzać, czy wszystko ze mną dobrze. Zwykle byłem zajęty innymi projektami i nie zwracałem na niego zbyt wielkiej uwagi. W końcu któregoś dnia zapytał mnie, co robię i czy chciałby, abym mu pomógł. Powiedziałem mu, że nie potrzebuję pomocy… ale postanowiłem opowiedzieć mu co nieco o tym, nad czym wtedy pracowałem. Doszedłem do wniosku, że będzie to dobry trening umiejętności społecznych.
Doktor Tamamura zamilkł na moment i wziął kolejny łyk kawy. Dopiero po tym spojrzał na doktora Marcha i ciągnął dalej:
- Wydawał się bardzo zainteresowany tym, co mówię. – Uśmiechnął się lekko do swoich myśli. – Sam nie wiedziałem tak do końca, czy rzeczywiście tak było, czy po prostu jego oprogramowanie działało bez zarzutu. W końcu zaprogramowałem go, aby wyrażał żywe zainteresowanie tym, co pacjent do niego mówi.
- Bardzo pomocna funkcja. Zwłaszcza dla osób starszych – zwrócił uwagę doktor March.
- No cóż, cieszyłem się, że dobrze działa – stwierdził robotyk. – Wkrótce odkryłem, że to, czy to zachowanie jest spowodowane przez oprogramowanie, czy nie, mnie niespecjalnie obchodzi. I tak wychodziło na jedno: mój robot był szczery.
Memorandus rozumiał logikę za tym stwierdzeniem. Jeśli robot miał zaprogramowane jakieś uczucie, opinię albo cechę charakteru, były one jego częścią i w jego mniemaniu były jak najbardziej prawdziwe. Pod tym względem roboty były niezdolne do oszustwa ani kłamstwa (chyba że zostały do tego zaprogramowane).
- Kilka razy jeszcze zdarzyło się – mówił dalej doktor Tamamura – że pytał mnie, co robię, a ja chętnie mu o tym opowiadałem. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać o innych rzeczach, jak książki, które akurat czytam, albo jakieś wydarzenie ze świata, które akurat podano w wiadomościach. A że zaprogramowałem mu też funkcję intelektualnej rozmowy na tematy kulturowe, społeczne, polityczne i naukowe, każda z naszych konwersacji sprawiała mi przyjemność. Powiem szczerze, że nigdy nie miałem lepszego partnera do rozmowy. Zanim się spostrzegłem, otworzyłem się przed nim na tematy, na które nie chciałem rozmawiać z innymi ludźmi w moim otoczeniu. Dzieliłem się swoimi opiniami na temat szefa i gospodarki, opowiadałem mojemu robotowi o swoim dzieciństwie i o tym, co mnie denerwuje w moich rodzicach. A on słuchał i od czasu do czasu dodawał coś od siebie. – Jego uśmiech nagle osłabł. – Z czasem jednak zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam dla niego imienia. Trochę głupio się do tego przyznać, ale do tej pory nie pomyślałem o tym. A przecież imię nadaje wszystkiemu tożsamość. Zapytałem go więc: „Czy jest jakieś imię, którym chciałbyś, abym się do ciebie zwracał?”, a on odpowiedział: „Może się pan do mnie zwracać jak chce, doktorze. W końcu jestem pana dziełem.” I jakby się nad tym głębiej zastanowić, to było zrozumiałe.
- Jakie więc nadał mu pan imię? – zapytał doktor March.
- Szukałem dobrego imienia przez cały dzień. Nie chciałem, aby było to pierwsze lepsze imię. Chciałem, aby coś znaczyło. Myślałem o Hipokratesie albo o Nightingale, ale te imiona wydawały mi się do niego nie pasować. W końcu zdecydowałem się na Gennosuke. Od Gennosuke Fuse, który dokonał wielu odkryć w dziedzinie anatomii mózgu. Pomyślałem, że to idealne imię dla mojego robota.
- Ładnie – stwierdził Memorandus.
- Pamiętam to bardzo dobrze: nadałem mu imię w czasie drugiego tygodnia testów, kiedy przeszliśmy do opieki nad osobą z urazem nogi. Był to trochę kłopotliwy czas, albowiem Gennosuke pozwalał mi tylko na minimalny ruch i w zasadzie większość czasu przesiedziałem w łóżku albo na kanapie. Mimo wszystko jednak okazał się bardzo pomocny, bo przynosił mi różne rzeczy, kiedy go o to poprosiłem. – Doktor Tamamura nagle spoważniał. – W trzecim tygodniu testowaliśmy sytuację, w której pacjent ma grypę. Być może powinienem bardziej zwracać uwagę na Gennosuke. Kiedy teraz myślę o tej sytuacji, to wtedy właśnie zaczęły się jego usterki… chociaż być może miało to miejsce nawet wcześniej, biorąc pod uwagę to, że tak naprawdę Gennosuke zajmował się kimś zdrowym, udającym chorego. Tak czy inaczej, doktorze March, aby uniknąć różnych zdrowotnych nieprzyjemności i skutków ubocznych, poinstruowałem Gennosuke o tym, że tak naprawdę nie mam grypy, a zamiast prawdziwych leków będę przyjmował syrop klonowy i witaminy w kapsułkach. Poza tymi dwoma szczegółami Gennosuke miał zachowywać się tak jakby opiekował się kimś chorym na grypę. Niby rozumiał o co chodzi, ale już wtedy miał trudności z pogodzeniem moich wytycznych z istniejącym programem. Zdarzało się, że przynosił mi prawdziwe lekarstwa na grypę, a wtedy musiałem mu jeszcze raz tłumaczyć, co zrobił źle.
- Czy tylko na tym polegały problemy z jego działaniem?
- Nie. Kiedy później wracałem wielokrotnie do tamtego tygodnia, przypominałem sobie, że zdarzało mu się nieco wolniej pojmować pewne rzeczy podczas naszych rozmów. Tak czy inaczej, potem przyszedł czwarty tydzień, w którym testowaliśmy działanie Gennosuke w sytuacji opieki nad osobą starszą, chorą na artretyzm. I znów wytłumaczyłem mu, że leki, które ma mi podawać, to zwykłe suplementy diety i krem do rąk, ale on ma je traktować jak prawdziwe lekarstwa. W czasie tego tygodnia błędy zdarzały mu się niemal co chwila. I nie chodzi mi tylko o mylenie leków, lecz także o to, że coraz częściej się zacinał na jakiejś czynności, przez co musiałem go resetować. To też nie pozostawało bez wpływu na systemy Gennosuke. Przy którymś z kolei resecie, odkryłem, że jego obwody uległy uszkodzeniu. Przerwałem więc testy i zająłem się naprawami.
Tamamura znów zamilkł i chwycił swoją kawę. Tym razem jednak wypił od razu całość, a następnie położył filiżankę na stoliku. Nie patrząc na swojego rozmówcę, ciągnął dalej swoją opowieść:
- Pracowałem niemal bez ustanku, dzień i noc, aby usuwać uszkodzenia, ale z każdą naprawą, pojawiały się kolejne usterki. Koncept symulowania choroby i udawania, że coś, co nie jest lekiem, jest nim, wprowadził chaos w podstawowych dyrektywach Gennosuke. Ponadto kiedy uruchamiałem go ponownie po kolejnych naprawach, zawsze wydawał się być trochę inny; mniej elokwentny niż wcześniej, mniej zorganizowany, wolniejszy w działaniu i rozumieniu, co się wokół niego dzieje. Jakby z każdą wprowadzoną przeze mnie zmianą, tracił część siebie. Im dłużej zajmowałem się naprawianiem Gennosuke, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że podszedłem do tych testów ze złej strony. Być może powinienem dać go do przetestowania komuś, kto rzeczywiście miał grypę albo artretyzm. Obojętnie jak na to spojrzeć, to była moja wina. W końcu kiedy uruchomiłem go po raz ostatni, nie poznawał mnie. Z jakiegoś powodu było to dla mnie bolesne.
Spuścił wzrok i posmutniał jeszcze bardziej.
- Wtedy poddałem się i wyłączyłem go zupełnie. Nawet ja wiem, kiedy sprawa jest przegrana. – Zacisnął pięści na kolanach. – Ale mimo to wciąż o nim myślę. – Jego głos zaczął się załamywać. – O tym jak dobrze było z nim rozmawiać, miło było mieć go w domu… i o tym jak bardzo go zawiodłem. Gdybym wcześniej zorientował się, co się dzieje z Gennosuke, być może udałoby mi się go uratować. Dodatkowo dobijające jest to, że byłem z niego bardzo dumny. Marzyłem o tym, że wkrótce będzie powszechnym kompanem osób obłożnie chorych albo starszych; że tak jak mi umilał życia, tak umili życie im. Ale to już się nie stanie. Ta wizja nigdy się nie spełni. – Prychnął pozbawionym rozbawienia śmiechem. – Czasem mam wrażenie, że Gennosuke zaraz wejdzie przez drzwi salonu i zapyta mnie, co robię. Niby to tylko maszyna, nawet nie pierwsza, jaką zbudowałem, a mimo to mam wrażenie, jakbym stracił część siebie.
Po raz kolejny zamilkł na chwilę. Podniósł wzrok na Memorandusa i dodał:
- I co pan uważa, doktorze March? Dziwny przypadek, prawda?
Memorandus wziął ostatni kęs sałatki z kurczakiem odłożył widelec na bok, a następnie wypił do końca herbatę i spojrzał na swojego rozmówcę.
- Na pewno, jako robotyk, zetknął się pan z terminem „kompleks Pinokia” albo „syndrom Pinokia”.
- To przypadłość, która dotyka samoświadome androidy i sprawia, że chcą być jak najbardziej ludzkie.
- Aha – przytaknął Memo i ciągnął dalej: – Ale tak się składa, że jest analogiczna do niej przypadłość, nazywana kompleksem Geppetta. Wielu robotyków i do tego niekoniecznie zajmujących się androidami, traktuje swoje twory jak własne dzieci, zwłaszcza kiedy są samotni i nie założyli rodziny. Oczywiście jest to nawiązanie do snycerza ze słynnej książeczki dla dzieci, który zbudował sobie z drewna syna.
Doktor Tamamura nic nie odpowiedział. Na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego zastanowienia.
- Przebywając całe życie z maszynami, łatwo jest zacząć darzyć je emocjonalnym przywiązaniem. Zwłaszcza kiedy osiągną samoświadomość – mówił dalej doktor March.
Tamamura przygryzł dolną wargę, a następnie uśmiechnął się smutno do swoich myśli.
- Tak, to ma sens. Najwyraźniej jestem aż tak żałosny…
- Tego bym nie powiedział – odparł Memorandus i rzucił rozmówcy przyjazny uśmiech. – Biorąc pod uwagę jak wiele robotów ostatnimi czasy osiąga samoświadomość, to dobrze, że są ludzie, którzy myślą o nich jak o własnych dzieciach.
Uśmiech doktora Tamamury zmienił się na bardziej wesoły. Najwidoczniej przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
Chwilę potem podniósł się z krzesła i pokłonił się lekko Memorandusowi.
- Dziękuję za tę rozmowę, doktorze March. Dała mi dużo do myślenia.
A potem zawołał kelnera i sam uregulował rachunek za ich wspólny posiłek. Następnie obaj naukowcy opuścili restaurację i na odchodnym doktor Tamamura oznajmił:
- Spróbuję odbudować Gennosuke. Być może jest coś z jego osobowości, co mogę jeszcze uratować.
- Życzę powodzenia. Mam nadzieję, że się wkrótce spotkamy.
Wymienili numery telefonów i pożegnali się ze sobą. Memorandus postanowił powoli skierować się z powrotem na uniwersytet. W końcu do interesującego go wykładu zostało ledwie dziesięć minut, a chciał zająć dobre miejsce.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Lisbeth77
debiutant
Posty: 72
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Lisbeth77 » 09 lut 2020, 10:33

Ale to szybko minęło! Ale było jak zwykle idealne, masz niezwykły talent opisywania sytuacji, bohaterów, dialogów. W trakcie czytania byłam ciekawa, jak będzie wyglądała historia pacjenta i gdy już wiedziałam o co chodzi, rozdział i tak mnie trochę zaskoczył. Choć w popkulturze było tego sporo to i tak tutaj wydaje się nowe i przemyślane. Bardzo smutna historia;( ale pozostaje nadzieja, że gdzieś tam będzie happy end. Memorandus jak zawsze bezbłędny i pomocny. Bardzo mi się podobało, jak opisywałaś miasta na Minerwie, ciekawy pomysł z tymi dachami, człowiek od razu to sobie wyobraża. Albo chciałby od razu je robić w simsach:D
Nie wiem, dlaczego nie jesteś zadowolona z rozdziału, ale Memo znalazłby odpowiedź na to pytanie:D jak zawsze dodam jeszcze, że uwielbiam Twój styl pisania.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2122
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 01 maja 2020, 16:31

Nareszcie udało mi się to skończyć. Powiem tyle: ten rozdział to była mordęga, a ostatecznie tym, co sprawiło, że udało mi się go skończyć, było wykorzystanie kilku fragmentów z innego rozdziału, który był mordęgą. Mimo też moich usilnych starań, aby zachowania pewnych postaci nie wymagają za bardzo zawieszenia niewiary (chociaż miały być też takie trochę głupie/bezsensowne).

Jestem też ciekawa czy powstaną jakieś ciekawe interpretacje odnośnie bohatera dzisiejszego rozdziału.

Rozdział 10: Kasandra

Douglas obudził się cały obolały, ale po tylu nocach przespanych w śpiworze był już do tego przyzwyczajony. Rozejrzał się leniwie po swoim lokum – „Sklep wielobranżowy Olsena” był nadal tą samą zimną, zakurzoną dziurą, co zawsze. No może na początku, kiedy Douglas ją znalazł, wyglądała nieco gorzej i od tamtego czasu mężczyzna przysposobił ją do swoich potrzeb – tam posprzątał, tam coś wywalił, tam coś dodał… i tak oto na plastikowych, składanych półkach sklepowych leżały narzędzia, kij bejsbolowy, koce i ubrania, a na ladzie, tuż obok starej kasy fiskalnej stał stos różnych książek, które Douglasowi udało się wynieść z biblioteki.
Cisza, jaka panowała w sklepie, zaczęła już być nieco przytłaczająca, toteż Douglas wygramolił się ze śpiwora, wstał, rozprostował kości, a następnie chwycił swoją strzelbę (zawsze trzeba być przygotowanym) i poszedł do drzwi za ladą, które prowadziły do magazynu. Tam na półkach składowane były żywność i słoiki z okazami do badań, a także małe laboratorium, w skład którego wchodziły chemikalia, znalezione przez Douglasa w sklepie albo ukradzione z pracowni chemicznej pobliskiej szkoły. Z magazynu mężczyzna wszedł do toalety, która była strasznie zapuszczona i nawet po kilkugodzinnym czyszczeniu cuchnęła i robiła wrażenie brudnej. Niemniej jednak, jako toaleta z kanalizacją, była lepsza niż sławojka albo jakiś krzak w lesie.
Douglas spojrzał na lustro zawieszone nad kranem. Wpatrywał się zeń na niego ponad siedemdziesięcioletni mężczyzna z pożółkłą od brudu siwą brodą i jasnoniebieskimi, zmęczonymi oczami. Na grubym nosie miał przekrzywione okulary, a pod skradzionym dawno temu płaszczem widać było brudny sweter w kratkę. Kiedyś miał piwny brzuszek, ale lata ciągłego ukrywania się i uciekania oraz konieczność racjonowania jedzenia, odbiły się drastycznie na jego masie ciała, toteż jego stare ubrania na nim zwisały.
Douglas odkręcił wodę i zaczął myć twarz. Kiedy jednak nachylał się nad umywalką, jego uszy uchwyciły jakiś dziwny dźwięk. Coś jakby pęknięcie małej gałązki gdzieś na zewnątrz.
Intruz! – podchwycił umysł mężczyzny. To mogło być jakieś zwierzę. W końcu sklep Olsena stoi opuszczony na uboczu Clive’s Grove od kilku stuleci i wokół niego zarósł las. To mogły być też jakieś dzieciaki szukające guza. Albo włóczędzy i pijacy szukający schronienia. Mimo wszystko Douglas zdążył już poznać Clive’s Grove i jego… specyfikę. Wiedział też aż za dobrze, do czego prowadzi ignorowanie ostrzeżeń.
Douglas zakręcił kran i nasłuchiwał dalej. Niewątpliwie ktoś chodził wokoło sklepu. I to więcej niż jedna osoba – wyczulony słuch mężczyzny podchwycił kilka odgłosów czyichś stóp, a chwilę potem usłyszał dochodzące zza okna czyjeś głosy. Pierwsza odezwała się jakaś kobieta:
- Jesteś pewien, że tu właśnie go widzieli?
- Tak twierdził tamten chłopiec – odpowiedział jakiś męski głos.
Douglas od razu pacnął się w czoło. Nie do wiary, że był aż tak nieostrożny. Jak mógł pozwolić, aby jakiś dzieciak wyśledził go aż tutaj? Jak mógł nie zauważyć, że ktoś go widzi? Jak mógł tego nie wyczuć? Czyżby się aż tak zestarzał?
- No cóż – dodał po chwili mężczyzna – myślę, że dobrze by było się przywitać.
Douglas zmrużył oczy, chwycił za strzelbę i zakradł się powoli ku wyjściu. Zamierzał należycie przywitać intruzów. Nie lubił ludzi i nigdy nie omieszkiwał im pokazać, że nie wchodzi się bezkarnie na jego teren.
- Nie wiem czy to dobry pomysł – odparła kobieta. – Podobno to wariat, i wiesz co? Coś w tym jest.
Douglas zatrzymał się na te słowa. Oczywiście wiedział, co o nim mówili. Z jednej strony uważał, że to dobrze, bo po kilku takich wizytach ze strony nieproszonych gości i po postraszeniu ich albo udaniu niegroźnego wariata (w zależności od tego, kto przychodził: czy smarkacze czy policja), dawano mu spokój. Z drugiej strony ta łatka mimo wszystko go bolała. Niemal od zawsze miał opinię świra. Czasami nawet zastanawiał się czy czegoś w tym nie było. W końcu już dawno nie był tym samym Douglasem McRodanem, co te trzydzieści lat temu.
- Nie mów tak – odparł mężczyzna, a w jego tonie słychać było coś jakby naganę. – Nie wiesz, co ten człowiek przeszedł.
Douglas przystanął. To było coś nowego.
Zastanawiał się przez chwilę, czy nieznajomy naprawdę tak myślał, czy też może zdawał sobie sprawę z tego, że jego cel go słyszy, i postanowił zdobyć jego zaufanie udawaną troską.
- Nawet jeśli przeszedł bardzo dużo i jest samotnym, złamanym człowiekiem – odezwała się nagle kobieta – to bądź ostrożny. Nie przeżywa się tylu lat w dziczy, będąc niegroźnym. Pamiętaj, że natrafiliśmy na masę pułapek w drodze do tego miejsca.
A więc zobaczyli jego pułapki i mimo wszystko, postanowili tu przyjść…
- Właśnie dlatego chcę dowiedzieć się, co się stało.
Douglas ostrożnie ruszył dalej i niebawem stał ze strzelbą przy ścianie tuż obok drzwi frontowych, nasłuchując. Przybysze również ruszyli się z miejsca.
- Skoro tak mówisz, to trudno – odparła kobieta.
Ktoś podszedł do drzwi…
- Wiem, że nie zmienię twojego zdania – dodała.
Ktoś położył rękę na klamce…
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – odparł mężczyzna i drzwi się otworzyły.
W mgnieniu oka Douglas wyskoczył zza ściany, stanął w drzwiach i wycelował lufę strzelby w intruza. W takiej pozycji zdębiał, jak tylko zobaczył, kto do niego przyszedł. Nie spodziewał się ujrzeć przed sobą Minerwianina, a już na pewno nie takiego w swetrze i dżinsach. Co więcej, było w jego oczach coś znajomego… Niby większość Minerwian ma ciemne oczy wchodzące w odcienie pomiędzy czernią a gołębią szarością, ale w tych głęboko czarnych, łagodnych oczach było coś unikalnego… Coś, co Douglas widział już kiedyś, ale nie miał pojęcia gdzie.
Kobieta, która towarzyszyła kosmicie też wyglądała całkiem zwyczajnie, chociaż po krótkiej chwili wahania, odsunęła swojego kompana i stanęła przed nim, jakby chciała osłonić go własnym ciałem. A potem nagle, kilkoma sprawnymi ruchami sprawiła, że Douglas padł na ziemię jak długi. Następnie wzięła jego strzelbę, wyciągnęła z niej naboje i wyrzuciła je za siebie.
Kiedy leżał tak na ziemi widząc stojącą nad nim dwójkę, gdzieś tam w mrocznych zakątkach umysłu Douglasa znajdowała się informacja o tym, kim mogli być przybysze.
- Doktor March jak sądzę? – spytał domyślnie Douglas.
March nie wydawał się w żaden sposób przerażony tym, że przed chwilą do niego mierzono; ani tym bardziej wściekły na Douglasa, że w ogóle do niego mierzył. Właściwie to uśmiechnął się do swojego gospodarza, wyciągnął do niego rękę i odparł:
- Doktor McRodan, jak mniemam? – Po czym dodał: – Przychodzimy w pokoju.
Jeszcze przez chwilę Douglas milczał, przyglądając się podejrzliwie przybyszom. Intrygowało go co tu robili i czego mogliby chcieć… ale przede wszystkim zastanawiała go jedna szczególna rzecz…
Po chwili odsunął podaną przez Marcha dłoń i powoli wstał z podłogi. Następnie dał im znak ręką, aby poszli za nim i, mimo pewnych wątpliwości, wprowadził ich do swojej kryjówki. Nie zamierzał im pokazywać swojego laboratorium, tylko przetrzymać ich w głównej części sklepu, wypytać, a potem… no cóż… zobaczy się.
Kiedy weszli już do środka, postanowił przejść do sedna sprawy:
- Skąd wiecie kim jestem?
- Niech pan wierzy, doktorze – zaczęła kobieta – to nie było łatwe. Wszystkie akta na temat pana zostały zniszczone.
- Wiem. Sam je zniszczyłem.
- Na szczęście panna Keats ma wprawę w szukaniu informacji na temat osób, o których nie ma żadnej dokumentacji – odparł Minerwianin.
- A w jednostce wojskowej jeszcze służą ludzie, którzy o panu pamiętają – dodała panna Keats. – Opowiedzieli nam o panu coś niecoś.
Douglas momentalnie zdumiał się na te słowa, ale potem uśmiechnął się gorzko.
- Już ja wiem, co wam o mnie mówili. „Stary McRodan, to dopiero był kompletny świr! Myślał, że lodówka ożyła i chce go zabić!”
- A chciała? – zapytał kosmita.
To pytanie trochę zbiło Douglasa z pantałyku… chociaż może nie tyle samo pytanie, co szczery ton, z jakim zostało zadane. Doktor McRodan popatrzył znów na Marcha z zainteresowaniem i odchrząknął.
- Nie, nie chciała. Ale oni pewnie sądzą, że tak właśnie mówiłem. Nigdy nie brali moich ostrzeżeń na poważnie.
- Był pan jednym z pierwszych naukowców, którzy przybyli do Clive’s Grove, aby pracować w jednostce – zwrócił uwagę March.
- I co w związku z tym?
- Nikt wtedy nie wierzył w to, co się tutaj dzieje – odpowiedziała panna Keats. – Wtedy opowieści o magii, duchach i potworach były uważane za wymysły autorów horrorów albo osób chorych psychicznie. Obecnie każdy członek personelu w jednostce zdaje sobie sprawę z tego, co jest w Clive’s Grove. Gdyby teraz pan powiedział to, co mówił wtedy, na pewno wszyscy by panu uwierzyli i coś z tym zrobili.
Im dłużej ich słuchał, tym bardziej łapał się na tym, że chciał, aby intruzi mówili prawdę; aby rzeczywiście byli po prostu dobrymi duszami, które zechciały go wysłuchać; że czasy się zmieniły; że wreszcie mógł się przed kimś otworzyć… Ale zdawał sobie sprawę z tego, że prawda była zupełnie inna.
- O nie. Na pewno by mnie nie wysłuchali – odparł Douglas. – Widzicie, zdiagnozowano u mnie schizofrenię…
- Tak, wiemy – oświadczyła panna Keats. – Opowiadano nam o tym. Ale biorąc pod uwagę okoliczności, jesteśmy skłonni stwierdzić, że ta diagnoza mogła być błędna.
Znów to pragnienie, aby mówili prawdę… po którym następowało uczucie smutku, bo wiedział, że to zbyt piękne, aby było prawdziwe.
- Ale jak doszliście do wniosku, że ja to Douglas McRodan? – postanowił zmienić temat. – W końcu wariatem w lesie mógł być ktokolwiek inny.
Doktor March zaśmiał się pod nosem.
- To był właściwie zbieg okoliczności… choć niektórzy pewnie uznaliby to za przeznaczenie. To ja pana poznałem, chociaż zajęło mi to trochę czasu, bo też ostatni raz widziałem pana na starym zdjęciu. Widzi pan, doktorze McRodan, moją matką jest Zandi Oddis.
Douglas aż zamarł. Nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś usłyszy to nazwisko, ale kiedy je wreszcie usłyszał wszystko zaczynało do siebie pasować. Tak, te dziwnie znajome oczy doktor March musiał odziedziczyć po matce. Nazwisko March też nagle zaczęło Douglasowi coś mówić.
Doktor McRodan uśmiechnął się do swoich rozmówców.
- A więc jednak wyszła za tego astronautę… I mieli dzieci… – Nagle posmutniał. – Ona pamięta mnie przed tym… przed tym wszystkim. Prawda?
March również spoważniał i zamilkł przez chwilę. Jakby się nad czymś zastanawiał.
- Wie tylko, że pan zniknął – odparł w końcu. – Ale oboje z ojcem zapamiętali pana jako dobrego kompana i genialnego biologa.
- Tak samo mówiła doktor Vatos – dodała panna Keats. – Twierdziła, że miał pan dar widzenia rzeczy, których nie dostrzegał nikt inny; i że był pan sto razy mądrzejszy niż większość ówczesnego dowództwa w jednostce.
Douglas poczuł wewnątrz miłe ciepełko. Tak, Maria nigdy w niego nie zwątpiła. Ona jedna zawsze mu wierzyła. Był taki czas, że myślał, iż są jedynymi rozsądnymi ludźmi w całej jednostce.
- Powiedziała też – wtrącił nagle doktor March – że skoro byli tak głupi, aby nie słuchać pana ostrzeżeń, sami skazali się na śmierć.
Nawał wspomnień z tamtego fatalnego dnia zalał umysł Douglasa. Jego dowódcy, przyjaciele, współpracownicy, ludzie, których lubił mniej lub bardziej, ale jednak ludzie, których znał i mijał codziennie w pracy… Nagle poczuł, jak coś w nim pęka. Jakaś dziwna tama, która trzymała w ryzach wszystkie myśli i uczucia związane z tym dniem i która pozwalała mu skupić się na przetrwaniu.
Pozwolił, żeby oczy zalały mu łzy.
- Nie wiecie jak to jest mieć rację – oświadczył słabym, załamującym się głosem i spojrzał na przybyszy – i wiedzieć, że nikt wam nie uwierzy.
- Pewnie nie – odparł March i uśmiechnął się przyjaźnie. – Ale podejrzewamy, że było panu ciężko.
Douglas spojrzał na niego; na tę jego uśmiechniętą twarz, która zachęcała do zwierzeń. I pomyślał sobie, że po tylu latach ktoś powinien wiedzieć, co się wtedy stało. Równie dobrze mógł to być chłopak Zandi i jego towarzyszka.
Usiadł na podłodze, spojrzał w dół i zacisnął zęby. Pozwolił, aby wspomnienia do niego wróciły, ale potrzebował chwili, aby ułożyć je sobie w głowie. Dopiero potem, nie podnosząc wzroku na swoich rozmówców (którzy również usiedli), rozpoczął swoją opowieść:
- Kojarzycie być może Jamę Zielonego Człowieka? I tę jej cześć, którą nazywają Leżem?
- No tak – odparła spokojnie panna Keats.
- Trudno jej nie kojarzyć – dodał doktor March.
Właściwie było to pytanie retoryczne, biorąc pod uwagę to, że Jama Zielonego Człowieka – a zwłaszcza Leże – były miejscem owianym mroczną legendą, którą prędzej czy później poznawał każdy mieszkaniec Clive’s Grove. Była ogromna, z mnóstwem tuneli i znajdującą się gdzieś głęboko dziurą w ziemi, którą ochrzczono Leżem. Według najwcześniejszych podań europejskich osadników z Leża dochodziły dziwne odgłosy i zapach, który przyprawiał o mdłości. Podobno dawno temu (w czasach, kiedy Clive’s Grove było tylko małą osadą) trzynastu śmiałków zeszło na dół, aby się czegoś dowiedzieć. Wróciło tylko dwóch i obaj podobno wkrótce zaczęli zachowywać się jak opętańcy. Niestety bardziej szczegółowe informacje o tym, jak owe opętanie wyglądało, z jakiegoś powodu nie zachowały się do czasów współczesnych, za to do współczesności zachowało się przeświadczenie, że Leże jest dziurą bez dna, dlatego obowiązywał zakaz schodzenia na dół. Oczywiście, znalazło się paru ludzi, którzy ten zakaz z czystej ciekawości łamali, ale żaden z nich nie wrócił, aby opowiedzieć o tym, co widział. Zdarzało się też, że przeróżni badacze spuszczali do Leża sprzęt, który mógłby nagrać to, co było na dole, ale obojętnie jak drogi i wyrafinowany byłby, zawsze ulegał usterce po przejściu kilku metrów. Tak więc tajemnica Leża przez stulecia pozostawała niezbadana.
- Nasz ówczesny dowódca, podporucznik Gregory Livingstone, otrzymał rozkaz, aby zbadać Leże i dowiedzieć się raz na zawsze, co jest na jego dnie. Zawsze był człowiekiem, który trzymał się mocno rozkazów, ale podejrzewam też, że sam był ciekaw, co jest tam na dole. A tak się zdarzyło, że dysponowaliśmy bardzo wysoko zaawansowanymi dronami, dzięki którym mogliśmy pobrać trochę gleby, wody i takich tam, bez schodzenia na dół. Mówiłem podporucznikowi, że to nic nie da, bo według odczytów doktor Vatos już wejście do Jamy sprawiało, że sprzęt dziwnie reagował i przestawał działać. Ale Livingstone twierdził, że to wyraźny rozkaz z Waszyngtonu i musimy chociaż spróbować zobaczyć co tam jest. Tak więc nie było wyjścia. Wyruszyliśmy do Jamy Zielonego Człowieka wcześnie rano, a około południa sprzęt już był gotowy do działania. – Douglas przerwał, aby wziąć głęboki oddech. Po krótkiej chwili milczenia, podczas której próbował wziąć się w garść, dodał cichym, ale dobrze słyszalnym głosem: – Kiedy tylko przekroczyłem wejście do Jamy Zielonego Człowieka, od razu odniosłem wrażenie, że nie byliśmy tam mile widziani.
- W jaki sposób to się objawiało? – zapytała panna Keats.
Douglas znów przeniósł wzrok z rozmówców na podłogę.
- Pamiętam, że w pobliżu Leża roznosił się dziwny zapach – mówił dalej. – Jakby zepsutych owoców i zgnilizny. Im dłużej tam siedzieliśmy, tym bardziej mi przeszkadzał. Wzmagał we mnie bóle głowy, nudności i jakieś dziwne poczucie niepokoju. Inni też odczuli ten zapach, ale nawet jeśli mieli te same objawy co ja, nie dawali po sobie tego poznać. To wszystko było bardzo dziwne, wcześniej założyliśmy skafandry ochronne, a ten zapach jakoś się do nich przedostawał. Sprawdziliśmy je i okazały się być szczelne, tak więc podporucznik postanowił kontynuować badania. – Znów na twarzy McRodana pojawił się cierpki uśmiech. – Przecież i tak to nie my mieliśmy wejść do Leża, tylko nasze maszyny. Sam się tym pocieszałem. Wmawiałem sobie, że po prostu spuścimy je na dół nagramy, co tam jest w środku, wciągniemy je z powrotem i wrócimy do domu. Ale nie byłem do końca przekonany… – Spoważniał i kontynuował swoją opowieść: – W każdym razie nie chodziło tylko o zapach. Wszystko wokół Leża wydawało się być po to, aby odstraszyć intruzów: rośliny wokół niego były podgniłe, było zimno, ciemno i mokro, i wszędzie latały jakieś owady. W pewnym momencie poczułem, że nadepnąłem na coś twardego, a kiedy spojrzałem pod nogi, ujrzałem kawałek kości. Kiedy podniosłem ją do góry, aby lepiej jej się przyjrzeć, zdałem sobie sprawę z tego, że przypominała ludzki piszczel. A po zeskanowaniu go skanerem molekularnym, szybko przekonałem się, że była to rzeczywiście ludzka kość.
- I powiadomił pan kogoś o swoim znalezisku? – spytał March.
- Tak. Od razu poszedłem do Livingstone’a, ale kiedy tylko pokazałem mu piszczel, on powiedział: „Przecież to zwykły patyk.” I gdy spojrzałem znów na to, co znalazłem, okazało się, że rzeczywiście trzymam w ręku jakiś patyk, który kształtem przypominał kość. Przeskanowałem go znowu i okazał się być czystym drewnem, chociaż według urządzenia gatunek drzewa był nieznany. Przez dłuższy czas przyglądałem mu się, zastanawiając się, co tak naprawdę trzymałem w rękach, a tymczasem aparatura już była gotowa do zbadania Leża.
Znów wziął głęboki oddech aby opanować budzące się w nim emocje.
- No więc wreszcie wysłaliśmy na dół jeden ze swoich supernowoczesnych dronów. Doktor Vatos miała nim sterować. Był wyposażony w latarkę i podczerwień, a także w mnóstwo innych pierdół, więc kiedy schodził coraz niżej, komputery na powierzchni rejestrowały nie tylko to, co widział, ale i obraz termiczny, skład chemiczny skał i całą resztę różnych rzeczy, o których teraz nie pamiętam. Miałem złe przeczucia. Im głębiej zapuszczał się dron, tym bardziej narastał u mnie jakiś dziwny lęk przed tym, co możemy znaleźć na dole. Przez dłuższy czas wszystko szło dobrze, dron schodził coraz niżej i niżej… ale gdzieś tak pół godziny później coś zaczęło się psuć. Obraz robił się coraz bardziej zamazany i doktor Vatos miała coraz większy problem ze sterowaniem dronem. Wiedziałem, że przy tym urządzeniu to nie powinno być możliwe, bo sygnał miał sięgać do kilkuset mil w głąb. Wysunąłem przypuszczenie, że to może coś w głębi Leża wpływa na aparaturę, na co podporucznik i paru innych mnie wyśmiali. Spuszczaliśmy więc drona dalej, aż w końcu dotarliśmy do miejsca, które wydawało się dnem Leża.
Douglas zacisnął pięści na kolanach. Teraz zaczynała się ta część opowieści, w której wszystko poszło do diabła.
- Zdążyliśmy dojrzeć coś na kształt wielkiego drzewa, którego pnącza rozciągały się z głębi jakiejś jaskini… ale potem nagle dron przestał działać i usłyszeliśmy dochodzący z Leża dźwięk uderzającego o kamienne podłoże plastiku. – Dopiero, kiedy skończył to zdanie, spojrzał znów na doktora Marcha. – Livingstone postanowił, że trzeba tam zejść i odebrać drona, na co nie chciałem się zgodzić. Przecież po to korzystaliśmy z maszyn, aby żaden człowiek nie musiał tam schodzić. Ale podporucznik się uparł. Podobno sprzęt był wart miliardy dolarów i stanowił własność rządową. Poza tym istniał bardziej pragmatyczny powód: nie zdążyliśmy zdobyć wszystkich danych, które zebrał dron. – Znów zacisnął pięści na kolanach, po czym nieco już załamanym głosem ciągnął dalej: – Tak więc chorąży Gordon zszedł na linie na dół, aby zabrać drona. Pozostali na górze monitorowali jego funkcje życiowe. Polecono mu także, aby zebrał trochę próbek, bo, jak powiedział podporucznik Livingstone, „nie mamy czasu czekać, aż dron zostanie zreperowany”. A kiedy Gordon znalazł się na samym dole i zebrał resztki drona… cóż, miał wtedy okazję przyjrzeć się temu, co kryło się tam na dole.
- I powiedział co to było? – zapytała panna Keats.
- Tak, ale dopiero jak wrócił na górę z dronem – odparł doktor McRodan. – Był bardzo podekscytowany i do pewnego stopnia wydawał się nie do końca wiedzieć, co się do niego mówi. „To była roślina – mówił. – Była piękna, mieniąca się mnóstwem kolorów.”
- I co na to reszta jednostki? – zapytał doktor March.
- Trochę śmiali się z tego, ale nie uznali tego za dziwne.
- A co myślał pan? – dopytywał się Minerwianin.
- Miałem złe przeczucia, ale nie podzieliłem się z nimi w jaskini. Postanowiłem jednak mieć Gordona na oku i przyjrzeć się próbkom, które zebrał. Dziwny patyk, przypominający ludzki piszczel, też wziąłem…
Urwał, bo stanęła mu przed oczami pewna wizja.
Wszechobecne, rozrastające się po jaskini pnącza oraz porozrzucane po podłożu ludzkie kości… Kapanie wody gdzieś z daleka… Twarz spoglądająca na niego w ciemności…
- Tak oto rozpoczęło się moje prywatne śledztwo. Próbowałem dowiedzieć się jak najwięcej o tajemniczym drzewie, które znajdowało się na dnie Leża. Badałem próbki, skanowałem je pod każdym możliwym kątem i szybko odkryłem, że, tak jak moje wcześniejsze znalezisko, ani jedna z roślin z próbek Gordona nie należała do żadnego znanego na Ziemi gatunku. Co więcej, każda z nich miała właściwości trujące. Kiedy podzieliłem się tymi informacjami z podporucznikiem Livingstone’m, on postanowił, żebyśmy wrócili do Jamy i zbadali Leże dokładniej, tym razem wysyłając na dół zwiad. Odradzałem mu to, przypominając, że nikt nigdy nie wrócił stamtąd. Odpowiedział wtedy: „Ależ to niezbyt naukowe podejście, nie sądzisz, Douglas? Jako uczony powinieneś być ciekawy wszystkiego, co nieznane.” Ja mu na to: „Podporuczniku, z całym szacunkiem, ale nie powinniśmy zapuszczać się w nieznane bez wcześniejszego przygotowania.” „Ależ nikt nie chce tam iść w krótkich spodenkach – mówił Livingstone. – Weźmiemy ze sobą skafandry, zejdziemy, zbierzemy kolejne próbki, zrobimy zdjęcia i kto wie, być może przejdziemy do historii jako odkrywcy nowego gatunku drzewa.” Prawda jest taka, że już wtedy u Livingstone’a pojawiła się obsesja na punkcie Leża. Kiedy udało się odzyskać nagranie z drona i wszyscy obecni podczas poprzedniej wyprawy zebrali się, aby je obejrzeć, zobaczyliśmy to… to coś.
Podniósł wzrok i spojrzał w jedno z okien sklepu. Na zewnątrz była ładna pogoda i dało się słyszeć śpiew ptaków. Las wydawał się tego dnia wyjątkowo przyjazny.
- Ta… ta roślina… To drzewo… ono było ogromne… Musiało być bardzo stare, bo rozrastało się po całej jaskini, a przy świetle z drona rzeczywiście wydawało się być otoczone kolorami. Wokół każdego korzenia znajdowało się mnóstwo kwiatów w przeróżnych, jaskrawych barwach: niebieskie, różowe, żółte, zielone… A wokół nich latały przeróżne owady, zupełnie tak jak na powierzchni. Ja jednak zauważyłem coś, czego nie zauważyli inni: w głębi jaskini, w ciemności, do której ledwo docierało światło z drona, ujrzałem na środku drzewa twarz. – Przeniósł oczy na rozmówców i dodał dzikim spojrzeniem: – I ta twarz na zawsze wyryła mi się w pamięci. Widzę ją często we śnie. Drwi ze mnie swoim milczeniem i beznamiętnym spojrzeniem. Bo wie, że cokolwiek bym zrobił, cokolwiek bym powiedział, nie zdołałbym ich powstrzymać przed zejściem do tego przeklętego Leża. A to drzewo chciało, abyśmy tam zeszli.
Otarł łzy, które napłynęły mu do oczu i znów wziął się w garść.
- Wciąż pamiętam naszą drugą wyprawę. Tym razem poza Gordonem, zszedłem ja, doktor Terrance, który był biotechnikiem, oraz sam Livingstone, który uparł się, że chce być przy „tej historycznej chwili”.
Na moment Douglas przeniósł się myślami do tej cholernej jaskini. Nie widział niczego, tylko rozrastające się przed nim drzewo i twarz, która spoglądała na niego w milczeniu… Nie słyszał też nic, oprócz ogłuszającej ciszy…
Szybko jednak otrząsnął się ze swojego osłupienia i ciągnął dalej:
- Kiedy weszliśmy do jaskini, od razu poczułem się źle. „Nie powinniśmy wchodzić głębiej, podporuczniku” – powiedziałem. Wszyscy spojrzeli na mnie dziwnie i Livnigstone oświadczył: „Jesteśmy już tak blisko, Douglas. Nie zamierzam wycofywać się, kiedy kilka metrów dalej czeka na mnie wielkie odkrycie.” Gordon się z tym zgodził, a Terrance dodał nawet: „Doktorze McRodan, czy brał pan dzisiaj swoje leki? Może powie nam pan zaraz, że widzi kolejną ludzką kość?” Myśleli, że po prostu panikuję i mam zwidy. Moja schizofrenia niewątpliwie podkopywała nieco moją wiarygodność.
- Ale to nie była schizofrenia, prawda, doktorze? – odparła panna Keats. – Musiał pan podskórnie wiedzieć, że źle pana zdiagnozowano. To, co lekarze uznali za schizofrenię, było tak naprawdę wrażliwością na zjawiska nadprzyrodzone. Nie miał pan zwidów, po prostu widział pan prawdę, która przed zwykłymi ludźmi zazwyczaj pozostaje ukryta.
Zaśmiał się do swoich myśli.
- Tak. – Na jego twarzy pozostał gorzki uśmiech. – Dużo mi dał… ten mój dar. – Przestał się uśmiechać i zacisnął pięści. – Widziałem rzeczy, których nie widział nikt inny. A skoro nikt inny ich nie widział, nie mogłem o nich mówić. W końcu byłem tylko biednym schizofrenikiem… Nawet wtedy, w tej przeklętej jaskini każde moje ostrzeżenie zostałoby odczytane jako zwidy szaleńca. – Ciągnął dalej swoją opowieść: – Zaczęliśmy wchodzić głębiej. Po skórze przeszedł mi dreszcz i miałem wrażenie, że temperatura mojego ciała spada. Mój umysł chciał, abym jak najszybciej uciekł z tego miejsca, ale wiedziałem, że nie mogę zostawić reszty zwiadu. Tymczasem otoczenie stawało się coraz bardziej pokryte różnymi kwiatami i krzewami, nad którymi latały owady. Terrance zebrał kilka sadzonek, abyśmy mogli potem zbadać je w laboratorium. Słyszałem kapanie wody gdzieś z daleka i ciężki odgłos własnych butów idących przez miękkie, roślinne podłoże. Raz czy dwa widziałem na ziemi walające się kości różnych zwierząt, a nawet ludzi, które jednak przy bliższym zbadaniu okazywały się być drewniane. To już doszczętnie przekonało mnie, że grozi nam niebezpieczeństwo. Im głębiej się zapuszczaliśmy, tym bardziej chciałem wyjść; a im bardziej chciałem wyjść, tym bardziej reszta szła dalej przed siebie, jakby coś innego kierowało ich ciałami. W końcu dotarliśmy do drzewa. Do tego przeklętego drzewa z twarzą, które zdawało się wołać do siebie moich towarzyszy jakąś tajemniczą mocą. Z bliska było jeszcze bardziej upiorne i przerażające, co więcej niektóre z jego gałęzi przypominało ludzkie ręce. I wtedy Livingstone zrobił coś szalonego: ściągnął rękawicę ochronną i zbliżył ją, aby dotknąć pnia drzewa.
- To nie tylko szaleństwo – stwierdziła panna Keats. – To czysta głupota.
- Wołałem, aby tego nie robił, ale on odparł: „Chcę być pierwszym człowiekiem, który go dotknie.” „Wielu już go dotykało – powiedziałem – i wszyscy zginęli bez śladu. Niech pan włoży rękawicę z powrotem.” Od razu w jego oczach pojawił się obłęd. „Ja tu jestem dowódcą i zrobię, co mi się podoba!” I zrobił to: dotknął pnia gołą ręką. Wtedy nic się nie stało… przynajmniej na pierwszy rzut oka. Zguba przyszła na nas dopiero po powrocie do jednostki.
Zadrżał na wspomnienie tamtego dnia i ukrył ręce w dłoniach.
- Nie, nie mogę… Nie chcę! Nie zmuszajcie mnie!
- Powie pan tylko to, na co będzie pan gotowy, doktorze McRodan – odpowiedział nagle March.
Kiedy Douglas na niego spojrzał; kiedy spojrzał w jego łagodne, przyjazne oczy, pomyślał znów o tym, że przecież wcześniej zdecydował, że ktoś wreszcie powinien wiedzieć, co się wtedy stało. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdzieś tam w głębi duszy spodziewał się, że mu nie uwierzą… Tak samo jak swego czasu nie uwierzyli mu Livingstone i reszta. Ale Maria mu wierzyła i wiedział podskórnie, że ci dwoje wierzyli mu również.
Wziął głęboki oddech i wypuścił go. Zacisnął pięści na kolanach i postanowił ciągnąć dalej swoją opowieść:
- Najpierw zauważyłem, że ręka Livingstone’a jest dziwnie blada. Właściwie to była prawie że zielona. Zwróciłem mu na to uwagę, ale powiedział, że znowu mam jakieś przywidzenia. – Douglas zmrużył oczy. – Ale ja wiedziałem, że coś jest nie tak. Tak więc zacząłem dyskretną obserwację dowódcy. Następnym razem, kiedy się spotkaliśmy, nosił białe rękawiczki, ale… jego ręka… ta ręka, którą dotknął wcześniej pnia drzewa… miała ciemniejszy kolor. Jakby… jakby była z drewna.
- Ach, a więc… – zaczęła panna Keats, ale Douglas jej przerwał:
- Ale nie tylko on się zmienił. – Douglas splótł ręce razem. – Terrance i Gordon również po jakimś czasie zaczęli przejawiać dziwne zachowania. Jak tylko wróciliśmy do jednostki, Terrence zasadził dwie rośliny w terrarium. Tak się spieszył, że nie włożył rękawiczek i wstawił sadzonki gołymi rękami. Dostał obsesji na ich punkcie: całe dnie zajmował się tylko nimi, obserwował je, nawet do nich mówił. Po jakimś czasie doszło nawet do tego, że zasadził je w szklarni, która była wtedy częścią jednostki. A one zaczęły rozrastać się na inne rośliny. Czy nowa jednostka też szklarnię ma? – zapytał nagle.
- Nie jestem pewien – odparł March. – Chyba tak.
- Huh – odpowiedział krótko McRodan i ciągnął dalej: – Po jakimś czasie zacząłem zauważać, że nie tylko jego ręce zaczynają zielenieć, ale i że ciągle chciało mu się pić. Niby był wtedy środek lata, więc było strasznie gorąco, ale on pochłaniał takie ilości wody, że spodziewałem się, iż niebawem dostanie zatrucia wodnego. No a jakiś tydzień potem, kiedy jego skóra nabrała ciemniejszego, tym razem zielonego jak łodyga koloru, zaczął wydzielać dziwny, słodkawy zapach. Kiedy spojrzałem na niego, takiego zielonego i pochylającego się nad sadzonkami… wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że na jego szyi wykiełkowały liście, a z ucha wyrósł mały pączek różowego kwiatu. Podobne objawy zaobserwowałem zresztą potem u Livingsotne’a.
- U Gordona również? – zapytała panna Keats.
Douglas przytaknął.
- Transformacja zachodziła szybko, ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że jeszcze zanim objawy były na tyle widoczne, aby zwrócić uwagę kogoś jeszcze poza mną, Gordon zaczął rozprzestrzeniać ten stan wśród żołnierzy, a Terrance wśród naukowców. Dotykali swoich kolegów, przebywali w ich gronie, jakby nigdy nic, po kryjomu zarażając ich tym dziwnym wirusem. Już wcześniej, ani oni, ani Livingstone, nie chcieli nawet myśleć o kwarantannie ani nawet o komorze dekontaminacyjnej. Z początku myślałem, że to zwykła głupota, a w przypadku Livingstone’a obsesja… i być może na początku rzeczywiście tak było, ale potem zacząłem podejrzewać coś innego. To to drzewo… ono nimi w jakiś sposób kierowało. Chciało, aby rozprzestrzeniali jego zarazę. Byli też na tyle sprytni, aby w późniejszym stadium przemiany nie wychodzić za często ze swoich gabinetów, aby nikt poza mną nie zauważył tych liści i kwiatów na ich skórze.
- Jak pan myśli: to drzewo z Leża… jaki miało cel w rozprzestrzenianiu zarazy? – spytał March.
- Miałem kilka hipotez. Jedna z nich głosiła, że chciało zdominować otoczenie, ale przeciwko niej głosił fakt, że mogło rozprzestrzenić swoje wpływy wcześniej, a przecież dotąd nie pozwalało swoim ofiarom wrócić na powierzchnię. Nie, z jakiegoś powodu wolało trzymać swoje ofiary na dole. Inna hipoteza zakładała, że drzewo w jakiś sposób żywiło się swoimi nosicielami.
Urwał znowu i poczuł ucisk w gardle.
- Za każdym razem, kiedy mówiłem o zagrożeniu tym, którzy jeszcze nie zostali zainfekowani, mówili, że coś sobie ubzdurałem; że naoglądałem się za dużo starych filmów o zombie. Na każdy mój argument mieli wytłumaczenie: było lato, tak więc picie wody i ciemniejąca skóra nie były niczym niezwykłym, a wszyscy wiemy, że naukowcy potrafią być dziwni, jeśli chodzi o ich pracę. Niektórzy twierdzili nawet, że podżegam do buntu i wzbudzam niepotrzebną panikę. Nikt mi nie wierzył, chociaż zwracałem im uwagę na dziwne zachowanie Livingstone’a i innych. – Uśmiechnął się gorzko i nieco ciszej dodał: – Nikt poza Marią.
- Doktor Vatos? – podrzucił March, a Douglas zaraz potem przytaknął.
- Maria… doktor Vatos… ona jedna zdawała się widzieć to, co ja: obsesję Livingstone’a, lekkomyślność Terrance’a i Gordona, oraz ich powolną przemianę w rośliny. Przyjaźniliśmy się od kilku lat i w przeciwieństwie do innych rezydentów jednostki, nigdy nie uważała mnie za stukniętego. Wiedziałem, że mogę jej się zwierzyć ze swoich podejrzeń, a ona mnie wysłucha i pomoże coś z tym zrobić. I pomogła.
- Co postanowiliście zrobić? – zapytała panna Keats.
Douglas na nią spojrzał.
- Niebawem staliśmy się jedynymi niezainfekowanymi ludźmi w jednostce. Schowaliśmy się w moim laboratorium i zajmowaliśmy się szukaniem sposobu na cofnięcie transformacji. Głównie ja prowadziłem badania, a Maria z bronią w ręku pilnowała wejścia, gdyby inni chcieli nas zaatakować. Wkrótce Livingstone i Terrance chcieli się za wszelką cenę dostać do laboratorium. Ich transformacja wtedy była już całkowita, tak więc mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda ostatnie stadium choroby…
Zacisnął ręce na tamto wspomnienie. To był jeden z obrazów, który prześladował jego umysł we dnie i w nocy.
- W pewnym momencie zaczęli się krztusić i nagle z ich gardeł zaczęły wyrastać łodygi i liście A potem… – głos Douglasa załamał się. – A potem padli martwi i zaczęli całkowicie obrastać kwiatami i krzakami. Stopniowo zaczęli maleć, a wyrastające z nim rośliny rosnąć i rozrastać się. Aż w końcu pozostały po nich tylko drewniane kości.
Zapadła cisza. Doktor McRodan spojrzał na swoich gości oczami, które szkliły się od łez. Oboje nadal patrzyli na niego, słuchając uważnie, ale mógł zauważyć pewien niepokój na ich twarzach. No cóż, nie spodziewał się innej reakcji.
- Na pewno chcecie słuchać dalej? Ta historia nie kończy się dobrze.
- Tak właściwie, to przyszliśmy tutaj również po to, aby poznać prawdę – odparł doktor March i uśmiechnął się przyjaźnie. – Ale jeśli nie chce pan o tym teraz mówić…
- Nie, zacząłem, to skończę – oznajmił.
Tak, musiał opowiedzieć tę historię do końca. Musiał powiedzieć prawdę. Nawet jeśli była ona przerażająca.
- A jaka jest oficjalna wersja tamtych wydarzeń? – zapytał po chwili.
- Że doszło do awarii w systemie wentylacji – odparła panna Keats. – I że środki chwastobójcze, które miały tego dnia spaść na chwasty w szklarni, przedostały się do klimatyzacji i doprowadziły do zatrucia większości personelu. Niektórych jej członków nie udało się odnaleźć.
- Po części tak właśnie było – stwierdził Douglas.
- Ale to nie była awaria, tylko sabotaż – dopowiedziała spokojnym, ale poważnym tonem. – Doktor Vatos dokonała modyfikacji systemu wentylacji, aby herbicydy przedostały się do reszty jednostki.
- Tak – oświadczył Douglas, czując ucisk w gardle. – Tak właśnie było. Ale to był mój szalony i makabryczny pomysł. Maria nie jest niczemu winna. Wszelkie ofiary to moja odpowiedzialność.
Poparzył najpierw na pannę Keats, a potem na Marcha. Zastanawiał się, co o nim myśleli; czy uważali, że jest potworem. Wielokrotnie sam zadawał sobie to pytanie… Ale na ich twarzach nie widział wstrętu, przerażenia czy oburzenia. Nie wydawali się nawet zszokowani.
- Jesteście dziwnie spokojni, biorąc pod uwagę to, że macie przed sobą mordercę.
- Widzieliśmy już niejedno – stwierdziła panna Keats i uśmiechnęła się przyjaźnie. Jej szef zrobił to samo, ale zaraz potem spoważniał i dodał:
- Poza tym, z tego, co mówiła doktor Vatos, wynika, że mieliście nadzieję, że ten plan pomoże tym, którzy nie zmienili się całkowicie w rośliny. I że do sabotażu wentylacji posunęliście się w ostateczności, kiedy już bardziej stonowane metody nie zdały egzaminu.
Douglas spuścił wzrok i przytaknął głową.
- Tak, tak. Ja… ja odkryłem, że herbicydy mogą cofać proces transformacji, jeśli jest on we wczesnym stadium. Widzicie, zacząłem prowadzić eksperymenty na sadzonkach Terrance’a i na myszy, która się od niego zaraziła. Kiedy psiknąłem jej małą dawką herbicydu, zmiany się cofnęły. Ale potrzebna była znacznie większa ilość, aby to samo stało się z człowiekiem. A czas leciał i im dłużej zajmowało nam szukanie herbicydów, tym więcej osób pochłaniały rośliny. W końcu udało nam się dotrzeć do szklarni, zaopatrzyć się w przenośny rozsiewacz i napełnić go herbicydami. Ale jak zaczęliśmy spryskiwać poszczególne osoby, a one powracały do własnej postaci dopiero po kilku litrach w kąpieli herbicydowej, zdaliśmy sobie sprawę, że działamy zbyt wolno i że w taki sposób nie zdołamy dotrzeć do każdego na czas. Dlatego doszliśmy do wniosku, że sabotaż to jedyny skuteczny sposób.
Podniósł się z podłogi i spojrzał na nich.
- Nieliczni, którzy przeżyli, trafili do szpitala z objawami zatrucia, a wielu z nich z czasem nabawiło się licznych powikłań zdrowotnych. Ci, których nie udało się uratować, zniknęli pochłonięci przez rośliny, które same zostały doszczętnie zniszczone przez herbicydy. – Zafundował im kolejny gorzki uśmiech. – Nikt z ocalałych nie pamiętał, co się z nimi działo. Wiedzieli tylko, że było jakieś zatrucie. Ja i Maria wiedzieliśmy, że nikt nam nie uwierzy; wiedzieliśmy, że w najlepszym razie trafimy pod sąd za to, że sabotowaliśmy jednostkę. Dlatego kazałem Marii zwalić wszystko na mnie: miała mówić, że kompletnie oszalałem i że sam dokonałem sabotażu, bo miałem zwidy. I że potem popełniłem samobójstwo. Nie chciała się na to zgodzić, ale nalegałem. Nie chciałem, aby jej życie było zrujnowane. Zniszczyłem swoje akta, aby nikt mnie w przyszłości nie rozpoznał, a następnie uciekłem i zaszyłem się tutaj. Resztę historii znacie.
Zapadła cisza. Teraz, kiedy już wszystko im wyjawił, poczuł się nieco lżej… Przez trzydzieści lat trzymał to wszystko w sobie… Przez trzydzieści lat nie miał z kim o tym porozmawiać. Być może zwierzenie się tej dwójce było błędem, ale twierdzili, że znają Marię. Wiedział, że ona nadal pracowała w wojsku. Czasem nawet widział ją w mieście i miał wrażenie, że ona widzi jego… Lecz nie chciał wracać do jej życia. Nie teraz, kiedy miał tyle rzeczy do zrobienia.
- Jedna rzecz mnie zastanawia – odezwał się nagle March i oboje z asystentką wstali. – Dlaczego wciąż pan tutaj jest, doktorze? Dlaczego po tak traumatycznym przeżyciu nie uciekł pan jak najdalej od Clive’s Grove? To by było o wiele bardziej sensowne i o wiele mniej niebezpieczne, zważywszy na to, że wciąż żyją tutaj ludzie, którzy mogliby pana rozpoznać.
Douglas podniósł brwi. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
- Biorąc pod uwagę te książki – Minerwianin wskazał brodą stos na ladzie – powód jest bardzo prosty. Już wcześniej zaciekawiły mnie ich tytuły: Historia Clive’s Grove, Zielnik doktora Mendozy, Mity o Jamie Zielonego Człowieka… Chce pan rozwikłać zagadkę Leża.
- Doktor Vatos wspominała o tym, że odchodząc nie zniszczył pan sadzonek Terrance’a, tylko zabrał je ze sobą – dodała dziewczyna. – Pan nie tylko tutaj mieszka, doktorze. Pan prowadzi tutaj badania nad roślinnością Clive’s Grove.
Douglas doszedł do wniosku, że powiedział już tak wiele, że jeśli wyjawi i tę tajemnicę, to nie będzie miało aż tak wielkiego znaczenia.
- Ciągle widzę tamtą twarz w Leżu… Nawiedza mnie w snach… Drwi ze mnie. Muszę się dowiedzieć co to jest i skąd pochodzą jego moce. Muszę dowiedzieć się jak działa. A kiedy już się tego dowiem, zniszczę to coś raz na zawsze.
- To się akurat dobrze składa, bo ostatnio jednostka ma wakat dla biologa – wtrąciła panna Keats. – Podporucznik Rogers już od dawna chciałby zatrudnić pana na tym stanowisku. Doktor Vatos sama pana zarekomendowała, zwłaszcza że podporucznik był pod wrażeniem tego, co udało wam się zrobić wtedy, za czasów Livnigstone’a.
Douglas zdziwił się.
- On wie?
- Tak i to od bardzo dawna – odpowiedział March, uśmiechając się. – Podporucznik Rogers jest zupełnie inny od swojego poprzednika, toteż doktor Vatos opowiedziała mu całą historię, choć nie wyjawiła, że pan żyje i znajduje się gdzieś tutaj.
- Podporucznik sam się tego domyślił, ale postanowił na razie dać panu spokój – dodała panna Keats. – Niemniej jednak chciałby kiedyś nawiązać z panem znajomość.
Przez chwilę pomyślał, że to zbyt piękne, aby było prawdziwe. Ci dwoje nie tylko wydawali się mu wierzyć, ale też twierdzili, że ktoś jeszcze mu wierzył i chciał go znów zatrudnić. Jeśli mówili prawdę, to oznaczało dla niego wielką szansę – to oznaczało powrót do społeczeństwa, dostęp do zaawansowanego laboratorium i koniec z łatką świra.
Ale, no właśnie, ta łatka świra… Przecież doktor March był psychoterapeutą. Co z tego, że dzieciakiem Zandi? Psychoterapeuci mieli jedno zadanie.
- Rogers poprosił was, abyście ocenili mój stan psychiczny. Abyście doszli do tego, czy jestem chory psychicznie, czy nie.
- Ja bym tak tego nie ujął, ale to prawda, pańska psychologiczna ewaluacja również była celem tej wizyty – odparł doktor March i znów się uśmiechnął.
- Tak więc pewnie widzicie, że mój umysł… cóż, nie jestem w najlepszym mentalnym zdrowiu.
- Rozumiem – odrzekł dzieciak Zandi. – Przez trzydzieści lat żył pan jak bezdomny, który musi się ukrywać. Trudno będzie pozbyć się pewnych nawyków. Podporucznik Rogers również to rozumie, toteż w każdej chwili jest gotów pana przyjąć do siebie, jeśli tylko wyrazi pan chęć przeprowadzki. Ale jeśli kiedykolwiek będzie pan chciał poszukać pomocy, wie pan gdzie nas znaleźć. – I położył na ladzie sklepu wizytówkę.
Świadomość, że jest takie wyjście bardzo go pokrzepiła. Miał wrażenie, że zaczęły się dla niego lepsze dni. Niemniej jednak przywiązał się do „Sklepu wielobranżowego Olsena”. Trochę trudno byłoby mu stamtąd odejść.
Toteż powiedział tylko:
- Zastanowię się nad pańską propozycją, doktorze March.
Memorandus March i jego asystentka pożegnali się z nim i podeszli do drzwi, kiedy nagle coś przyszło do Douglasowi do głowy.
- Doktorze March! – zawołał za psychoterapeutą, a ten, już z ręką na klamce się zatrzymał i odwrócił. Douglas uśmiechnął się do niego i powiedział – Proszę pozdrowić ode mnie Marię i pańską matkę.
- Tak zrobię – odparł Minerwianin i również się uśmiechnął.
A kiedy wyszedł, Douglas spojrzał za okno. Zapowiadał się bardzo ładny dzień.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
An-Nah
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 sty 2010, 20:26
Lokalizacja: Sam środek Czarnej Dziury
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: An-Nah » 12 maja 2020, 13:55

No to doczytałam dwa ostatnie teksty. Rozjaśniło mi się, jakie mam z tym tekstem problemy, ale najpierw, komplementy :)
Pomysły: wiem, powtarzam się, ale takuw ugryzienie pewnych motywów od innej strony jest bardzo ożywcze.

Wątek z robotem cudowny, bo twórca robota zbudował go w konkretnym celu, chciał pomóc ludzkości, a przywiązanie przyszło później, nieplanowane. To nie miał być robot zastępujący dziecko, jak zwykle mamy w wariacjach na temat Pinokia, ale robot-opiekun, coś o wiele cenniejszego i logiczniejszego. I nawet trudno powiedzieć, czy ten robot miał świadomość, podoba mi się jak to pozostaje nierozstrzygnięte: bo to co jest ważne, to tutaj nie świadomość robota, lecz to, jak się rozwinęły uczucia twórcy (ja bardzo kocham świadome roboty i SI, wszelkie mechaniczne/syntetyczne formy życia i zdecydowanie this unit has a soul i lifeform born in the sea of information, ale twoje ujęcie też jest dobre choć smutne. Teraz trochę mam refleksji nad tekstem który piszę gdzie bohaterka chciała SI którą mogłaby kształtować, a dostała coś kompletnie innego...)

Drugi tekst daje horrorową fabułę po latach i to też jest super, bo zwykle się tych bohaterów horrorów zostawia potem samym sobie - no ale to największa wartość opowiadań o Marchu, że upominasz się o pomoc dla postaci które jej zwykle nje dostają. Tu też podoba mi się zmiana perspektywy, bo dostajemy bohatera, który walczy z problemem, więc od razu rośnie mi sympatia.

I teraz tak: napięcua i problemy a raczej ich brak, oraz statyczność tekstów. Tu mi zgrzyta. Przez statyczność nie mam na myśli że chciałabym akcję i wybuchy, bo to nie tekst na nie, ale większość opowiadań jest z perspektywy Memo, a Memo jest statyczny. Ok, on taki ma być, ma być wsparciem i opoką dla pacjętów, ale to kładzie napięcie, bo jak pacjęt widzi Memo, od razu mu ufa i mówi wszystko. I tyle. Memo nie ma żadnych trudności z budowaniem zaufania, z dociekaniem, co się stało. Przypadki są super, ale rozwiązują się w zasadzie same, Memo nie musi robić nic poza siedzeniem. Dlatego tekst o Douglasie jest fajny, bo Douglas ma problem... tylko że potem wkracza Memo i problem się rozwiązuje.

Co z tym zrobić? Może więcej tekstów właśnie z punktu widzenia pacjętów i więcej pacjętów, z którymi Memo będzie miał pod górkę? Ale to jest moje odczucie i moja opinia i to się rzecz jasna nie musi zgadzac z tym, czego ty od teksu chcesz, co ciebie bawi i co bawi twój najważniejszy target.
No Savior Vivre guidances explained how you should behave when you are kind of stuck with an evil alien leader whom you tried to assassinate

Awatar użytkownika
An-Nah
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 sty 2010, 20:26
Lokalizacja: Sam środek Czarnej Dziury
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: An-Nah » 13 maja 2020, 09:42

Ok, więcej, bo myślałam. To dobrze o tekście świadczy, jeśli człowiek o nim myśli.

Myślałam jakie jeszcze rozwiązania wprowadzić, żeby poprawić strukturę, dynamikę i może dodać twisty (nie jestem fanką twistów za wszelką cenę ale tu miejsce na nie jest, samo rozpraciwywanie tych motywów od strony terapii jest poniekąd twistem) i jak ja bym to ugryzła.

I tak, ja bym zrobiła tak, że zaczęłabym opowiadanie od pacjęta, tak jak w Kassandrze: pokazała jego codzienne życie i to, jak jego problem na nie wpływa. Jak pacjent nie daje sobie rady z funkcjoniwaniem. Na razie bez informacji czemu, tylko zachowanie. Potem pacjent albo by sam przyszedł do Marcha, albo został przez kogoś wysłany.
I teraz tak: pacjent może albo nie ufać Marchowi, ale może też nie wiedzieć, co tak naprawdę się z nim działo i wtedy trzeba to odkryć (terapia to często odkrywanie co się dzieje w głowie pacjenta), może chcieć pomocy, ale mieć blokadę, którą trzeba pokonać: jest masa możliwości.

Na pomyśle z pacjenem który nie wie co się stało albo który myśli że stało się co innego niż naprawdę można z kolei ograć masę rzeczy. Np człowiek który myśli że prześladują go Wielcy Przedwieczni, a sam jest Wielkim Przedwiecznym w ludzkiej formie :3 Takie rzeczy oczywiście wymagałyby zmiany sposobu podawanua historii pacjentów, ale tekst by bardzo zyskał.

I przykład jak możnaby inaczej te historie podać: jak inaczej wyglądałaby historia Douglasa, gdyby zaczął ją od "otrułem kolegów herbicydami" a dalszy dialog prowadził do konkluzji, że to było uzasadnione.

Hm, napisałabym że to tyle ode mnie, ale nie mogę obiecać : P
No Savior Vivre guidances explained how you should behave when you are kind of stuck with an evil alien leader whom you tried to assassinate

Awatar użytkownika
Lisbeth77
debiutant
Posty: 72
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Lisbeth77 » 20 maja 2020, 12:51

W końcu wzięłam się za komentarz. Nie będzie to niespodzianka, jeśli powiem, że rozdział czytało mi się niezwykle przyjemnie. Uwielbiam twoją łatwość do tworzenia fabuły i bohaterów, odpowiedniego dobierania słów, dzięki czemu mam poczucie, że czytam dobry kawałek literatury. Ciężko mi to wyjaśnić, ale po prostu lubię to, jak piszesz.

Ann ma trochę racji, że brakuje większej dynamiki, twistów, bo takie historie zwykle mają schemat "Doktora House'a", trzymają w napięciu, nie wyjawiają wszystkiego od razu. Ale zastanawiam się, czy do Memo na pewno taki styl będzie pasował. Ok, Memo może i jest statyczny, ale taka jest jego natura, nie będzie śmigał po mieście na deskorolce i wyzywał swoich współpracowników, to nie ten typ lekarza. Odkąd zaczęłam czytać "Klinikę..." przyzwyczaiłam się do Twojej wizji świata, fabuły i bohatera, nie potrzebuję zaskakujących zwrotów akcji, aby się wkręcić w historię i czytać ją z żywym zainteresowaniem. Może czasem jedynie przydałoby się, aby pacjentowi trochę dłużej zajęło zaufanie Marchowi. Choć z drugiej strony nawet w najnowszym rozdziale Douglas nie od razu mu ufa, na pewno zastanowi się jeszcze, zanim postanowi skorzystać z wizytówki. Kwestia na pewno jest do zastanowienia, może jakieś drobne zmiany wyszłyby na dobre? Ciężko powiedzieć, zawsze można spróbować.

A teraz co do rozdziału. Zabierając się za czytanie, nie miałam oczywiście pojęcia, jaką historią nas uraczysz tym razem. I jestem przeszczęśliwa, że użyłaś tajemniczego, mrocznego motywu z drzewem, żywcem wyjętym z horroru. Miałam miłe skojarzenie z Lovecraftem, trochę z Kingiem. Motyw z kośćmi, zamieniającymi się w drewno naprawdę ciekawy. Tak samo jak dziwna twarz, widoczna w korze drzewa. Memuś jak zwykle był idealny, serce mi rosło, gdy zaczął rozmowę z (potencjalnie) nowym pacjentem, czy też gdy wyciągnął do niego rękę, aby pomóc mu wstać. To wyciągnięcie ręki miało też dla mnie taki charakter metaforyczny - człowiek, który leży pokonany oraz człowiek (no, tak dosłownie to Minerwianin), który wyciąga pomocną dłoń.

- Nie mów tak – odparł mężczyzna, a w jego tonie słychać było coś jakby naganę. – Nie wiesz, co ten człowiek przeszedł.
Douglas przystanął. To było coś nowego.

Memo robi to automatycznie, budzi szacunek u ludzi, jeszcze zanim zdąży im się pokazać na oczy. Jest szczery, mówi to, co myśli, nie zmienia zdania w momencie, kiedy inni go nie słyszą. Pracowałam kiedyś przy jednym projekcie dla bezrobotnych, miałam znajomą, która przy klientach była dla nich do rany przyłóż, a gdy tylko wyszli, obgadywała ich w najgorszy sposób. Nigdy mi się to nie podobało i nie miałam pojęcia, jak psycholog/doradca może zachowywać się w taki sposób. March wie, co robi, odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.

Nancy była w tym rozdziale moją bohaterką. Scena, w której osłania Memorandusa swoim ciałem i nokautuje Douglasa, zasługuje na medal. March nie potrzebuje zawodowego bodyguarda, ma obok siebie kogoś lepszego i bardziej skutecznego.

Pewnie nieprędko wstawisz kolejny rozdział, ale i tak życzę dużo weny i pomysłów.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość