Klinika doktora Marcha

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2102
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 09 sie 2019, 08:08

Rozdział 8: Tajemnica zawodowa

1

- Dzisiaj przychodzi pan Goodson, prawda? – zapytał doktor March zaraz po przywitaniu się z Nancy.
Recepcjonistka zerknęła na grafik, po czym przeniosła wzrok na swojego szefa.
- Tak, w rzeczy samej. O dwunastej – oznajmiła i zaraz dodała z lekkim uśmiechem: – Myślisz, że się spóźni, tak jak zwykle?
Memorandus nie odpowiedział od razu. Wrócił myślami do poprzedniego tygodnia, kiedy to pan Goodson wparował zdyszany do kliniki czternaście minut po umówionym czasie. Panna Keats zażartowała wtedy, że jeszcze minuta, a mogliby sobie iść, bo minąłby kwadrans akademicki.
- Dojeżdża tutaj z miasta – odparł psychoterapeuta. – Wiesz jakie pociągi potrafią być nieprzewidywalne…
- W takim razie powinien wybierać wcześniejsze – Nancy przestała się uśmiechać. – I powinien też informować nas zawczasu, że się spóźni. Tego wymaga przyzwoitość.
Memorandus nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Gdyby Nancy dowiedziała się, jakie są zwykle powody spóźnień pana Goodsona, być może byłaby dla niego bardziej łaskawa. Jednakże jakim doktor March byłby psychoterapeutą, gdyby tak po prostu wyjawiał tajemnice swoich klientów?
- No cóż – odezwał się, ściągając płaszcz – miejmy nadzieję, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie.
Skierował się w stronę gabinetu… ale zaraz usłyszał za sobą głos Nancy:
- Oglądałeś wczoraj wiadomości?
Memorandus odwrócił się i spojrzał na nią z ponurym wyrazem twarzy.
- Tak – odpowiedział krótko. – Oglądałem.
- Stalowy Anioł był niesamowity, prawda? – ciągnęła dalej, podekscytowana.
Doktor March milczał przez chwilę. Dzisiaj od rana widział w wiadomościach zdjęcia mężczyzny w mechanicznej zbroi i z wielkimi, metalowymi skrzydłami. Wydawał się na nich taki mocarny, taki triumfujący… Bohater Nowego Jorku, pogromca zła i Anioł Stróż w jednym. Silny, prawy i niepokonany…
- Tak, rzeczywiście jest. Wybacz, ale muszę już iść – odwrócił się znów ku gabinetowi.
Tam zawiesił płaszcz, usiadł przy biurku i zaczął się zastanawiać nad tym, co go czekało.
Sesje z panem Goodsonem miały to do siebie, że doktor March musiał uważnie słuchać wiadomości, aby się przygotować. Jeszcze było o tyle dobrze, że wiedział, na jakie informacje zwracać uwagę, więc wiele z nich mógł sobie spokojnie odpuścić, niemniej jednak po kilku dniach śledzenia reportaży na konkretny temat, dopadało go znajome już zdołowanie kondycją świata, w którym żył.
I też ostatnio miało miejsce pewne zdarzenie, które oznaczało, że Memorandusa i pana Goodsona czekała bardzo trudna sesja.
2

Nareszcie się pojawił. Dziesięć minut po dwunastej, ale jednak.
Nancy właśnie czytała książkę o wampirach, kiedy nagle usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Podniosła wzrok i ujrzała zgarbionego czarnego mężczyznę w za dużym, brązowym garniturze. Poprawił okulary na rzymskim nosie i podszedł do recepcji. Nancy szybko podniosła się na równe nogi i powiedziała:
- Znowu się pan spóźnił, panie Goodson.
- Tak, wiem – odpowiedział. – Bardzo przepraszam. Była pewna sprawa, którą musiałem się zająć.
- Następnym razem proszę nas informować z wyprzedzeniem, jeśli ma się pan spóźnić. Doktor March ma również innych klientów, wie pan.
- Oczywiście – przytaknął przepraszająco.
I od razu skierował się w stronę gabinetu doktora Marcha.
3

- Bardzo przepraszam, że musiał pan czekać – oświadczył pan Goodson, zamykając za sobą drzwi. – Kiedy szedłem na dworzec, widziałem jak dwóch wyrostków próbowało włamać się do samochodu i tak jakoś wyszło, że…
- Rozumiem – przerwał mu Memorandus i rzucił mu pojednawczy uśmiech. – Musiałeś się tym zająć, Glenn. – Westchnął ze zrezygnowaniem i dodał: – Po prostu zaczynajmy.
Glenn położył się na kozetce, wyraźnie próbując się odprężyć.
- Może zacznijmy od tego co u ciebie, Glenn – zaproponował doktor March.
- No cóż… jakoś idzie. To znaczy: w biurze jest raczej spokojnie. Szef uważa, że ostatnio się poprawiłem – dodał, prychając śmiechem pan Goodson. – Chociaż dziwi się jak to możliwe, skoro co chwila chodzę do toalety. Wie pan, doktorze, krążą o mnie plotki, że mam jakieś problemy z żołądkiem albo jelitami. Nie zliczę już ile osób proponowało mi jakieś domowe sposoby na różne dziwne dolegliwości.
- A co z Janet? Nadal coś podejrzewa?
- Właściwie to postanowiłem jej powiedzieć.
- O… – Doktor March podniósł brwi z lekkim zdumieniem. – Można spytać, co wpłynęło na twoją decyzję?
- I tak już była blisko odkrycia prawdy, więc pomyślałem sobie, że dobrze by było mieć po swojej stronie asystentkę szefa. Co prawda była spora szansa, że po odkryciu prawdy, nie będzie chciała współpracować… ale miałem co do niej przeczucie, doktorze. I cóż, kiedy jej wreszcie powiedziałem, najpierw myślała, że sobie z niej żartuję, kiedy jednak przekonała się, że mówię prawdę, była podekscytowana. Od razu oświadczyła mi, że nikomu nie powie, a zaraz potem zaczęła mi zadawać multum pytań jak jakaś szalona fanka…
- A propos fanów – doktor March postanowił przejść do kolejnego tematu – jak tam Alfie?
- Och, jak zwykle żywiołowy – odparł Glenn z zadowoleniem. – W szkole cały czas opowiada tylko o Stalowym Aniele. Namówił mnie nawet na to, abym kupił mu najnowszą figurkę. – Zaśmiał się, ale zaraz przestał i tylko uśmiechnął się do swoich myśli. – Wczoraj jak wróciłem do domu, zobaczyłem jak z nią spał. Ten widok sprawił, że poczułem, że to wszystko ma jednak jakiś sens…
- To dobrze – stwierdził Memorandus. – Pewnie pomyślisz, że to banał, ale pamiętaj, że na tym świecie jest dobro, Glenn.
Pan Goodson posmutniał.
- Alice też tak mówi. Ale wie pan, rozmawialiśmy o tym jakiś czas temu i… no cóż, ona uważa, że powinienem się wycofać. Martwi się tym, co ta cała sytuacja ze mną robi. I co robi z nami.
- A ty co myślisz, Glenn?
Mężczyzna na kozetce nie odpowiedział od razu. Widocznie musiał się zastanowić nad tym, co odpowiedzieć… Albo może sama odpowiedź przychodziła mu z trudem, bo myślał nad tym od dłuższego czasu i nadal nie wiedział, jak postąpić.
- Myślę… – zaczął w końcu powoli. – Myślę, że Alice ma trochę racji. – Znów zamilkł. Wydał z siebie głębokie westchnienie i przekręcił głowę w bok. – Sam już nie wiem. Zacząłem to wszystko, bo chciałem pomagać ludziom, a teraz… Teraz mam wrażenie, że to wszystko na nic. Ledwie pokonam jednego przestępcę, zaraz pojawia się następny. Ledwo zapobiegnę jednemu nieszczęściu, zaraz słyszę, że gdzieś tam szykuje się następne. Sama świadomość, że siedzę tutaj, a gdzieś tam może komuś dziać się krzywda…
- Już o tym mówiliśmy, Glenn – przerwał mu doktor March. – Nie jesteś w stanie zapobiec wszelkiemu złu. I nie powinieneś czuć się za nie odpowiedzialny.
- Wiem, ale… nic na to nie poradzę.
Memorandus rozumiał jego położenie. Dawno temu Glenn powziął się bardzo trudnego, niemalże niemożliwego zadania. Był jednym z tych, którzy uważają, że jeśli ktoś ma wielką moc, powinien użyć jej do dobrych celów, tak więc kiedy okazało się, że może być kimś więcej niż zwykłym księgowym, postanowił, że użyje skafandra Stalowego Anioła, aby pomagać innym. Toteż naturalne było to, że każdą porażkę odczuwał bardzo boleśnie i po jakimś czasie wykształciło się w nim poczucie odpowiedzialności za każdą tragedię, której nie potrafił zapobiec.
- Następnym razem, kiedy najdą cię takie myśli – zaczął po krótkiej chwili milczenia Memorandus – pamiętaj, że są jeszcze policjanci, strażacy, pracownicy pogotowia… Nie jesteś jedynym, który próbuje coś zrobić. I oni też mają dni, kiedy nie mogą kogoś uratować. Zarówno oni, jak i ty, jesteście tylko ludźmi.
- Tyle że ja jestem Stalowym Aniołem – powiedział Glenn. – Ludzie liczą, że im pomogę. Jestem dla nich niepokonanym bohaterem. Pokładają we mnie nadzieję.
I tu był kolejny problem. Stalowy Anioł był osobą publiczną i mieszkańcy Nowego Jorku mieli wyrobione on nim pewne wyobrażenie, które mniej lub bardziej pomagało Glennowi w pracy. Z drugiej strony bycie symbolem nadziei dla niezliczonej rzeszy ludzi (zwłaszcza, kiedy Glenn miał akurat nieco gorszy dzień) miało swoje wady. Stalowy Anioł zawsze się uśmiechał, niczego się nie bał, nie mógł zostać wyprowadzony z równowagi, nie ulegał przesadnie emocjom, nie krwawił i dawał dzieciom dobry przykład. Nie było tam miejsca na człowieczeństwo, nie było tam miejsca na błędy, bo gdyby Glenn pozwoliłby sobie stracić cierpliwość albo okazać słabość, jego wrogowie i opinia publiczna wykorzystaliby to, aby go zdyskredytować. Już kilka razy coś takiego miało miejsce. Co więcej – zarówno Glenn, jak i doktor March byli świadomi tego, że jest pewna grupa ludzi, która nie przepada za Stalowym Aniołem i zawsze wylewa na niego wiadro pomyj w sieci.
- Cokolwiek będą o tobie mówić, Glenn – zaczął doktor March – pamiętaj, że zrobiłeś wiele dobrego i na pewno znajdą się ludzie, którzy to widzą.
- Czasami boję się, że ludzie mogą odkryć moją tajną tożsamość – mówił Glenn, jakby nie do końca wiedząc, co do niego przed chwilą powiedziano. – Wyobraża pan to sobie, doktorze? Co by było, gdyby wszyscy wiedzieli, kim naprawdę jestem?
- Czasem – odparł Memorandus. – Zapewniam cię jednak, że ode mnie się tego nie dowiedzą.
- Rozmawialiśmy o tym z Alice. To był jeden z argumentów za tym, aby się wycofać. Ona też się boi. Głównie tego, że moi przeciwnicy mogą znaleźć ją i Alfiego, i się na mnie zemścić. Ale nie tylko tego. Słyszy się przecież o psychofanach, którzy śledzą swoich idoli, kradną ich rzeczy, nagabują ich na ulicy… Zwykli celebryci mają z nimi problemy, to co ja mógłbym powiedzieć?! Albo jeszcze gorszy scenariusz: ci wszyscy ludzie, którzy mówią o mnie wszystkie te paskudne rzeczy w sieci; którzy życzą mi śmierci i nazywają mnie marionetką którejkolwiek partii politycznej, z którą się nie zgadzają… ci pełni nienawiści do mnie ludzie znajdą moją rodzinę i coś jej zrobią.
Zamilkł. Wydawał się być bardziej poruszony niż wcześniej. Tymczasem Memorandus zanotował w notatniku kilka rzeczy i przyjrzał się klientowi. Istniało spore prawdopodobieństwo, że gdyby Glenn Goodson rzeczywiście się wycofał z bycia superbohaterem, prawdopodobnie tęskniłby za tym. W końcu zawsze był dumny ze swojej pracy i lubił pomagać ludziom. Z drugiej strony doktor March coraz bardziej skłaniał się ku temu, że może rzeczywiście Glenn powinien przestać działać jako Stalowy Anioł. Być może było to bardziej bezpieczne dla jego psychiki.
- Wie pan, doktorze – zaczął znów Glenn i w jego głosie słychać było coś na kształt zrezygnowania – on jest w mojej głowie.
Doktor March nie musiał pytać o kogo chodzi. Wreszcie dały o sobie znać ostatnie wydarzenia. Wreszcie Memorandus miał dowiedzieć się, co wtedy zaszło tak naprawdę. A Glenn nawet nie potrzebował zachęty, aby podjąć temat.
- To było cztery dni temu, w południe. Jak pewnie pan wie z wiadomości, jeden z moich odwiecznych wrogów, Mefistofeles, porwał dzieci burmistrz Harrison, Eddiego i Dianę. Z wierzchu wyglądało to tak, jakby chciał wymusić coś na władzach miasta. Postawił im nawet ultimatum: albo do drugiej dadzą mu szyfry do sejfów we wszystkich bankach w Nowym Jorku, a potem dostarczą mu helikopter do ucieczki, albo będzie ucinał po jednym paluszku dzieci za każdą godzinę zwłoki. Przy okazji zainstalował specjalne pułapki na każdym piętrze budynku, w którym przetrzymywał zakładników. Pułapki były tak starannie ukryte, że tylko mój skafander mógł je wykryć i rozbroić. – Pan Goodson przerwał i westchnął. Kiedy powrócił do swojej opowieści, jego głos był jakby cichszy. – To mi powinno dać do myślenia. Cały ten plan był zbyt banalny jak na Mefistofelesa. Jego nigdy nie interesowały pieniądze. On jest takim typem złoczyńcy, który bardziej od pieniędzy, władzy czy luksusów, woli bawić się ludźmi. Spodziewałem się, oczywiście, tych jego gierek. Umknęło mi jednak to, że tak naprawdę porwanie i ultimatum były tylko zasłoną dymną; przynętą, aby zwabić mnie.
Doktor March dużo, dużo wcześniej doszedł do podobnego wniosku (kiedyś nawet czytał profil psychologiczny Mefistofelesa; potem spędził kilka godzin w ogrodzie, aby nie myśleć o mrocznej stronie ludzkiej natury). Znów zapisał kolejne swoje obserwacje w notatniku i słuchał dalej, co Glenn miał do powiedzenia:
- Kiedy dotarłem wreszcie do sali, w której znajdowały się dzieci, Mefistofeles już tam na mnie czekał. Jego zakładnicy znajdowali się w oddzielnych pleksiglasowych zbiornikach, które były już do połowy napełnione wodą i w chwili, gdy wszedłem woda zaczęła płynąć dalej, powoli, ale nieprzerwanie. Już miałem użyć swojego bumerangu i rozbić zbiornik, w którym znajdował się syn pani burmistrz, kiedy nagle mój skafander wykrył miliony małych czujników rozsianych po całej powierzchni pleksiglasu. Mefistofeles zdał sobie sprawę z mojego odkrycia i powiedział: „Widzę, że znalazłeś moją bombę. Musisz wiedzieć, Stalowy Aniele, że jeśli zbijesz jeden zbiornik, drugi wybuchnie. A tego byśmy nie chcieli.” Opuściłem bumerang, a Mefistofeles ciągnął dalej: „Wypuszczę je, jeśli odpowiesz mi na pewne pytanie.” Oczywiście nawet przez moment nie wierzyłem, że to zrobi, ale musiałem znaleźć jakiś słaby punkt mechanizmu, dlatego niby to zgodziłem się na propozycję mojego wroga, a po cichu kazałem skafandrowi wykonać analizę.
Memorandus musiał stwierdzić, że to był nawet niezły plan. Sam nie był pewien, jakby podszedł do całej sprawy, gdyby przyszło mu rozmawiać z Mefistofelesem. Już dawno doszedł do wniosku, że nie nadawałby się na policyjnego negocjatora.
- No więc Mefistofeles zaczyna jeden z tych swoich monologów: „Ach, biedny Stalowy Aniele, taki jesteś szlachetny, taki bezinteresowny, że ratujesz dzieci kobiety, która ma konszachty z większością organizacji przestępczych w mieście i używa swoich koneksji, aby uwolnić z więzienia każdą grubą rybę, którą pomożesz przyskrzynić. Wiesz przecież, że raczej nie masz co liczyć, że się zmieni, nawet jak uratujesz jej dzieci.” Wiedziałem do czego zmierza, więc odparłem: „Ale one nie mają nic wspólnego ze zbrodniami swojej matki. W dzisiejszych czasach grzechy rodziców nie przechodzą na ich potomstwo.” On zaś na to: „Ach, tak, zapomniałem. Wszak jesteś Stalowym Aniołem i chronisz młodzież. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że ta dwójka nie wyrośnie na takie same mendy jak ich matka, to w takim razie co z tymi wszystkimi nastolatkami, które zniszczą sobie życie w gangach? Co z dziewczynkami, które zostają prostytutkami? Co z dziećmi, którym dealerzy sprzedają narkotyki? Co z wszystkimi tymi młodymi ofiarami burmistrz Harrison?” Wiedziałem, do czego dążył i miałem już gotową odpowiedź: „Zamierzam zadbać o to, aby było ich jak najmniej. Zamierzam nadal krzyżować jej plany i zamierzam też uratować jej dzieci.” Wtedy uśmiechnął się do mnie tym swoimi szatańskim uśmieszkiem. który oznaczał, że Mefistofeles ma jakiegoś asa w rękawie i zaraz go wyciągnie. Pstryknął palcami i nagle jego dwóch pomagierów wprowadziło do sali kolejny zbiornik z wodą. A w nim siedział mały chłopiec.
Glenn zamilkł i, zamknąwszy oczy, wziął głęboki oddech. Tymczasem Memorandus czuł wzbierający w nim niepokój. Kiedy Glenn otworzył oczy, jego wzrok skierowany był na sufit.
- Był tak mniej więcej w wieku Alfiego. Od razu uderzyło mnie to, że był strasznie chudy i miał wielkie, ciemne oczy, które wpatrywały się we mnie. Wokół jego więzienia również były czujniki. Poziom wody we wszystkich trzech zbiornikach był mniej więcej ten sam: całej trójce dzieci woda powoli zaczęła sięgać do szyi. Tymczasem Mefistofeles powiedział: „Ten chłopiec ma na imię Jorge. Jego rodzice zostali zabici przez Gang Hybryd, a on sam trafił najpierw na ulicę, a potem do ludzi zajmujących się handlem żywym towarem. Zarówno Hybrydy, jak i handlarze ludźmi, zostali uwolnieni przez burmistrz Harrison.” Akurat kiedy skończył mówić, skafander zakończył analizę i zlokalizował słabe punkty każdego ze zbiorników: małe przyciski u dołu, które otwierały zbiorniki. Musiałem tylko je wcisnąć, ale była też kwestia tego, czy powinienem najpierw unieszkodliwić Mefistofelesa i jego dwóch pomagierów; i czy gdybym wybrał najpierw uwolnienie dzieci, to które powinno być pierwsze. Ten łajdak musiał dostrzec mój dylemat, więc powiedział tylko: „Nie będę ci przeszkadzał. Chcę po prostu wiedzieć, kogo uratujesz najpierw: czy faktycznie poszkodowanego przez panią burmistrz, czy jej córkę, czy syna. Dodam tylko, że nie masz już za dużo czasu.” I faktycznie, dzieci desperacko próbowały trzymać głowę ponad powierzchnią. Którekolwiek bym wybrał, pozostała dwójka musiałaby jeszcze poczekać na ratunek.
Teoretycznie życie zarówno Eddiego i Diany Harrisonów, jak i małego Jorgego miały taką samą wartość. Ale tacy jak Mefistofeles operowali na innej logice: ten, kogo Stalowy Anioł uratowałby pierwszego, byłby – według Mefistofelesa – automatycznie uważany za tego, którego bohater uznaje za ważniejszego od reszty. Jeśli by wybrał którekolwiek z dzieci pani burmistrz, oznaczałoby to, że biedny Jorge był mniej ważny niż syn lub córka polityka. Gdyby wybrał Dianę, oznaczałoby to, że dwaj chłopcy są mniej ważni od dziewczynki; a gdyby wybrał Eddiego albo Jorge, oznaczałoby to, że dziewczynka jest mniej ważna od nich. Kogokolwiek ratowałby najpierw, świadczyłoby źle o Stalowym Aniele.
- Nie mogłem nad tym zbyt długo dywagować, tak więc postanowiłem zdać się na instynkt. Najpierw uwolniłem Jorge, bo był najbliżej mnie. Potem Dianę, a na końcu Eddiego. Niestety woda zdążyła już mu wejść do płuc, więc musiałem zająć się jego resuscytacją. Tymczasem Mefistofeles wykorzystał to, że jestem zajęty chłopcem i uciekł wraz ze swoimi dwoma pomagierami. Poinformowałem o zaistniałej sytuacji policję i ratowników, i skupiłem się na chłopcu, mając nadzieję, że policji uda się zgarnąć zbirów, a ratownicy przybędą dość szybko, aby zabrać malców do szpitala. Niestety Mefistofelesa nie dało się przechwycić.
Memorandus przypomniał sobie reportaż po całym zajściu. Dziennikarze skupili się głównie na samych dzieciach pani burmistrz opatulonych kocami i szczęśliwie zjednoczonych z matką, ale paru z nich wspomniało też o tym, że Stalowy Anioł odmówił komentarza do całej sytuacji, bo akurat rozmawiał z ratownikami zajmującymi się trzecim, nieznanym dzieckiem. Na niektórych zdjęciach i filmach bohater wydawał się doktorowi Marchowi zaniepokojony, jeśli nie po prostu zmęczony.
- Wie pan doktorze – zaczął po krótkiej chwili milczenia Glenn – jeszcze przez jakiś czas po całym zdarzeniu, miałem przed oczami ten obraz uwięzionych w zbiornikach z wodą dzieci; ich przerażonych twarzyczek, błagających mnie o pomoc. Zastanawiałem się, co musiały sobie o mnie myśleć w tamtej chwili: co myślały o słynnym bohaterze, który stał, kiedy ich życia wisiało na włosku, i musiał wybrać, kogo uratuje najpierw. Zastanawiałem się, czy Diana obwiniała mnie o to, że jej brat prawie utonął; albo czy Jorge pałał pragnieniem zemsty za swoje krzywdy. A kiedy wracałem do domu zacząłem myśleć o tych wszystkich szatańskich planach Mefistofelesa i jemu podobnych; o tych wszystkich tyradach, które wysłuchałem przez te lata, i o całym złu, które widzę na świecie i które wydaje się nie maleć… I kiedy wróciłem do domu, Mefistofeles siedział już w mojej głowie, a mój umysł ciągle powracał do jego słów: „Biedny, szlachetny Stalowy Aniele… Ciągle wierzysz, że świat można zbawić, chociaż wiesz, że nie zasłużył na zbawienie… Bronisz słabszych, ale czy oni o to doceniają? Nie… Ratujesz ludzi, a potem odlatujesz, zostawiając ich samych z ich problemami i desperacją, która każe im robić potworne rzeczy…”
- Tacy jak on lubią patrzeć na świat w ciemnych barwach – odparł doktor March. – I lubią, kiedy inni też tak na niego patrzą. To im pozwala manipulować innymi: przeciągać na swoją stronę tych, którzy są pozbawieni nadziei, i pozbawiać ją tych, którzy wierzą, że istnieje dobro. Dlatego najlepiej jest w ogóle nie wdawać się z nimi w dyskusje.
- Wiem, wiem – odrzekł pan Goodson. – Ale w którymś momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy czasem nie mają racji. – Westchnął i dodał: – Jestem już zmęczony. Naprawdę, naprawdę zmęczony, doktorze. Od ostatniej potyczki z Mefistofelesem wszystko jest takie ponure i bezsensowne, i… I ostatnio śniło mi się, że Mefistofeles porwał mojego synka i kazał mi wybierać między nim a Jorgem, a ja wahałem się zbyt długo i obaj się utopili.
- Ale pamiętaj, że uratowałeś całą trójkę zakładników – wtrącił doktor March. – Uwolniłeś je wszystkie i do tego udzieliłeś jednemu z nich pierwszej pomocy. Dzięki tobie dzieci żyją.
- Tak, ale nie będą już takie same – oświadczył Glenn. – Będą budzić się w nocy przerażone i będą musiały jakoś przepracować tę traumę. Nie przechodzi się nad porwaniem do porządku dziennego. A jeśli chodzi o małego Jorgego, to, co prawda, zostawiłem go u pewnej znajomej policjantki, ale pewnie długo potrwa zanim znajdzie nowy dom. On ma jeszcze gorzej niż tamta dwójka.
- Skoro jednak pozostawiłeś go u tej policjantki, na pewno jej ufasz. A w związku z tym powinieneś wierzyć w to, że ona nie tylko zajmie się chłopcem, ale i znajdzie mu dobry dom. – Memorandus uśmiechnął się. – Najważniejsze jest, że teraz Jorge jest bezpieczny. A skoro jest bezpieczny, można mu wreszcie pomóc należycie. Zresztą sam wiesz, kto jest skorumpowany, a kto nie. Na pewno wybrałeś właściwie.
- Jest tyle rzeczy, których żałuję… Tyle rzeczy, które mogłem zrobić lepiej. Wiem, że rozpamiętywanie tego wszystkiego nic nie da… ale te myśli same mnie nachodzą. Zwłaszcza jak wracam z patrolu do domu. Czasem myślę sobie, że być może nie jestem odpowiednią osobą do używania skafandra.
- Myślisz, że ktoś inny zrobiłby z niego lepszy użytek? – dopytywał się doktor March.
Pan Goodson przytaknął głową.
- Ktoś, kto jest ode mnie twardszy psychicznie i kogo nie ruszyłyby umysłowe gierki Mefistofelesa. – Nagle Glenn spojrzał na swojego psychoterapeutę z wyrazem przemożnego smutku. – Ostatnio mam wrażenie, że bycie Stalowym Aniołem za dużo mnie kosztuje. Niech pan powie szczerze, doktorze: Czy myśli pan, że powinienem zrezygnować?
Memorandus odłożył na bok długopis i spojrzał na swojego klienta. Milczał przez dłuższy czas, zbierając myśli, zastanawiając się, co powinien panu Goodsonowi poradzić. W końcu oparł się wygodnie w fotelu i przemówił:
- Wielokrotnie zastanawiałem się nad odpowiedzią na to pytanie. Jakaś część mnie na pewno chciałaby, aby Stalowy Anioł nadal strzegł Nowego Jorku, ale jestem świadom tego, że to nie sprzyjałoby twojemu zdrowiu psychicznemu, Glenn. Z drugiej strony zdążyłem już cię trochę poznać i domyślam się, że gdybyś przestał robić to, co robisz, mógłbyś czuć się winny, że nie zapobiegłeś jakiejś zbrodni.
- Tak, chyba tak – przyznał Glenn i spojrzał w sufit. – Poza tym, gdyby Stalowy Anioł tak po prostu zniknął… przestępcy byliby bardziej śmiali, a ludzie uznaliby, że ich bohater ich porzucił.
- Myślę, że powinieneś przynajmniej zrobić sobie urlop – zaproponował doktor March. – Odpocząć od ratowania innych, spędzić trochę czasu z rodziną. Spojrzysz na wszystko świeżym okiem i dopiero wtedy podejmiesz decyzję.
- Nie wiem, czy mogę tak po prostu zrobić sobie przerwę. Jak mówiłem, moja nieobecność może się odbić na morale miasta.
- A tamta kobieta w przebraniu lisa, którą spotkałeś w alejce? – podpowiedział mu Memo. – Może ona cię zastąpi?
Glenn wydawał się przez chwilę kontemplować tę propozycję. W końcu odparł:
- Porozmawiam o tym z Alice i resztą.
Doktor March uśmiechnął się.
- Kto wie: może na następnej sesji zrobisz mi pokaz zdjęć z wakacji.
4

Jeszcze kilka minut po zamknięciu kliniki, Memorandus siedział w swoim gabinecie i zastanawiał się nad tym, co usłyszał od pana Goodsona. Jako psychoterapeuta, miał za zadanie słuchać i doradzać, ale to, co usłyszał, nie pozostawiało go obojętnym. Tak jak teraz, kiedy zastanawiał się nad położeniem Glenna i nad tym, czy rada dla niego była użyteczna. Czasami doktor March miał wrażenie, że nie jest wcale pomocny, a przecież był od tego, aby pomagać. Tak więc czy w ogóle się do tego nadawał?
Nagle drzwi do jego gabinetu się otworzyły. Tak jak podejrzewał, stała w nich Nancy, zwarta i gotowa do wyjścia.
- Od razu mówię, że dzisiaj mam ochotę na coś meksykańskiego. Nie zamierzam dzisiaj zjeść nic innego na kolację.
Doktor March niespiesznie podniósł się z fotela.
- No trudno. Wezmę sobie taco.
Musiał wyglądać na bardzo nie w sosie, bo panna Keats spoważniała.
- Memo? – zapytała z wyraźną nutą zmartwienia w głosie. – Coś się stało?
Spojrzał na nią i przez chwilę nawet zastanawiał się, czy by jej nie powiedzieć o sesji z panem Goodsonem… ale zaraz potem przypomniał sobie, że nie może. Mimo wszystko, sposób, w jaki na niego patrzyła, sprawiał, że chciał coś powiedzieć; zwierzyć się przynajmniej ogólnie z tego, co go martwiło.
- Nic… takiego – powiedział w końcu, po czym dodał: – Wybacz, ale dzisiaj wolałbym nigdzie nie iść. Zostanę w gabinecie i zrobię porządek w aktach.
- Memo, porządkowałeś je kilka dni temu – odparła Nancy. – O co chodzi tak naprawdę?
Nie potrafił udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy tak na niego patrzyła. Znała go stanowczo zbyt dobrze. Dlatego westchnął i postanowił ująć problem bardziej ogólnie.
- Możliwe, że źle poradziłem klientowi. Był przepracowany i przeżył ostatnio sporą traumę, więc powiedziałem mu, żeby zrobił sobie urlop.
- Przecież to dobra rada – stwierdziła panna Keats.
- Tyle, że to nie jest… – zaczął, ale urwał, aby nie zdradzić zbyt dużo. – Po prostu zastanawiam się, czy ten ktoś nie powinien w ogóle odejść z pracy.
- Kto wie, może odejdzie – odpowiedziała Nancy. – Człowiek ma czas myśleć o różnych rzeczach na urlopie. Nie przejmuj się. To była dobra rada.
Mimo wszystko jednak Memorandus nie był do końca przekonany.
- Jest coś jeszcze – stwierdziła Nancy i spojrzała na niego badawczo. – Coś cię dręczy.
Po raz kolejny zapragnął się zwierzyć, ale z powodu tajemnicy zawodowej miał przed tym opory. Postanowił więc, że powie tylko:
- Po prostu… po prostu czasami mam wrażenie, że świat jest okrutny.
Panna Keats podeszła i uśmiechnęła się.
- To prawda – odpowiedziała – jest. Dlatego dobrze, że są ludzie, którzy czynią go mniej okrutnym. – Zamilkła na chwilę i dodała: – Może pójdziemy do mnie obejrzeć film. Podobno nigdy nie oglądałeś Wojowniczych Żółwi Ninja.
Memorandus wiedział, czemu mu to proponowała. I był jej nawet wdzięczny, chociaż podczas seansu jego umysł co jakiś czas wracał do Glenna Goodsona i jego ostatniej przygody.
Ostatnio zmieniony 15 sty 2020, 20:54 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 12
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: CynicznaCecylia » 13 gru 2019, 21:04

Komentujemy pierwszy wpisie (rozdzialik?) Zaczynam od zabawy w korektorkę, proszę nie bić.

Ogólna uwaga co do pierwszego akapitu. Bardzo dużo „być”. Za dużo jak na tak małą ilość tekstu.

„Za jakąś godzinę mieli już być gotowi do szkoły” – albo za jakąś godzinę, albo już. Jedno wywal

„że to on musi być tym odpowiedzialnym” – „pełnić rolę tego odpowiedzialnego” – walczymy z byciami.

„Z jakiegoś powodu czuł niepokój, kiedy długo nie schodziła na śniadanie” – powinno być od nowego akapitu, bo myśl słabo się wiaże z poprzednimi wypowiedziami.

” Nigdzie nie było żadnych dziwacznych drzwi…” – „nie widział/nie zauważył żadnych drzwi” – walczymy z byciami.

No wreszcie ta dziewucha się pojawiła. Właściwie to zbiegła ze schodów, robiąc hałas na cały dom. – Można się pojawić zbiegając, więc to „Właściwie to” takie po nic. Jak już to powinno być „Konkretniej rzecz ujmując”

„…gdzie już czekała na nią kanapka z żółtym serem” – wyrzuciłabym to „już”

„która jakimś cudem była w stanie utrzymać dzbanek z herbatą…” – potrafiła. Walka z byciami. (wiem, tu się nie powtarzało, ale „być” nie należy szastać, więc będę wytykać przy każdej możliwości łatwego zmienienia)
Była już trzecia popołudniu – wybiła trzecia po południu (walczy z byciami)

Nikt inny nie był na dzisiaj umówiony. – nie został na dziś umówiony (walka z byciami)

Była kasztanowowłosą okularnicą w czarnym golfie i spódnicy. Wszyscy, który wchodzili do kliniki i widzieli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, że Nancy jest bardzo profesjonalna i poważna, a ona lubiła sprawiać takie wrażenie – „być” na początku rozkłada akapit, bo jest zbyt blisko następnego, którego nie można się pozbyć. Trzeba przerobić oba zdania. „Ubrana w czarny golf z (przymiotnik) okularami osadzonymi na (przymiotnik) nosie i (przymiotnik/krótki opis np: starannie zaczesanymi/ upiętymi w wysoki kok) Nancy sprawiała wyglądała jak prawdziwa profesjonalistka. Wszyscy, który wchodzili do kliniki i widzieli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, że jest właśnie taka – profesjonalna. Naprawdę lubiła to.

Nancy przerwała połączenie i westchnęła. Następnie wyciągnęła z szafki swojego biurka najnowszy numer ulubionego czasopisma. Był tam ciekawy artykuł na temat poltergeistów i Nancy chciała go przeczytać już od samego rana. Szybko go znalazła i wzięła się za lekturę. – powtórzenia go i „Nancy” przy czym „Nancy” ani razu nie jest konieczne – podmiot domyślny…. Czy jak to tam się nazywa.
Kiedy brała się za drugi akapit, drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna, który miał na oko jakieś trzydzieści lat. Kiedy ściągnął kaptur kurtki, Nancy mogła się przyjrzeć jego czuprynie jasnobrązowych włosów, których kosmyk na czubku głowy układał się w lekki szpic. Twarz przybysza była lekko opalona, a na nosie znajdowały się okulary. – Powtórzenie „który” plus opis trochę nienaturalny. „….mężczyzna, na oko trzydziestolatek.” …”Twarz nieznajomego pokrywała lekka opalenizna, a zza okularów (można opisać jakich) wyglądała para (kolor/opis) oczu”.
„zwróciła się znów” – „ponownie zwróciła się” lepiej brzmi
„ Zielone ściany były od dolnej połowy pokryte panelami. Pośrodku podłogi położony był wielki dywan, na którym stała zielona kanapa i stolik do kawy.” BYYYĆĆĆĆĆĆ!!! 2 w jednym zdaniu!!! Arrrgghh! Plus nie stała na Dy Wanie, tylko stały – kanapa i stolik to dwie rzeczy więc liczba mnoga. „Dolną połowę zielonych ścian pokryto panelami, a po środku podłogi położono wielki dywan, na którym stały zielona kanapa i stolik do kawy”. + uwaga co do całego akapitu – bardzo dużo „stać”. Opis planistycznie szczegółowy, staciowo-położeniowy, nie jest konieczny. Lepiej byłoby opisać styl mebli, wrażenie jakie robią itp.
„Wydawał się mieć zupełnie białą skórę i wielkie, czarne oczy, a do tego szpiczaste uszy. Nosił czarne dżinsy, białą koszulę i brązowy sweter w serek, przez co wydawał się grubszy niż prawdopodobnie był, a mimo to jego dłonie robiły wrażenie długich i wąskich.” => „wydawał się mieć zupełnie biała skurę i wielkie, czarne oczy”… A tak naprawdę był zielony i żółtooki? Jak już to jego skóra mogła wydawać się/sprawiać wrażenie zupełnie białej, nie on. Do tego wyrzuciłabym „prawdopodobnie”, chyba, ze opis nie wszechwiedzący, tylko z perspektywy klienta. No i dłonie najpierw skóra robi wrażenie a potem dłonie? Trochę za dużo wrażeń jak na jeden akapit. Do przemodelowania.
„ i byli żywo zafascynowani ziemskimi kulturami (był na to nawet termin: gajo filia)” – być… „i żywo fascynowali się”, „istniał na to termin”
„i leśne zwierzęta, chodzące po tym świecie,” –wyrzuć „chodzące po tym swiecie”. To normalne, że zwierzęta chodzą po świecie. Poza tym to nie był ten świat tylko tamten.

Dobra, jestem zbyt padnięta po roboleniu, żeby dalej lecieć w korektę.
Pozytywy – sam pomysł i uniwersum. Psychiatra-kosmita, równoległe wymiary. Nawet historyjka żywcem wyjęta z Narnii w tym zestawieniu nie razi i robi pozytywne wrażenie. Niestety warsztat kuleje. Największym problemem są powtórzenia, szczególnie „być”. Wiem, na początku trudno ich unikać, ale jest wiele możliwości przeróbki, chociażby strona bierna. Najlepiej dawaj je dopiero w ostateczności, tym sposobem wypracujesz sobie jak go nie powielać. Inna rzecz to nienaturalne wypowiedzi, widoczne u Oliviera. O ile w trakcie sesji u psychiatry ZACZYNA swoją wypowiedź niepewnie, naturalnie, to potem używa zbyt książkowego języka, jakby czytał opis z książki, a nie opowiadał o czymś, co mu się naprawdę przydarzyło, o czymś co do tej pory budzi w nim żywe emocje.
Konkluzja końcowa – pomysł na 4, wykonanie na ~ 3. ALE! Bez pomysłu nie da się nic zrobić, nad wykonaniem można popracować. I tego się trzymajmy.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2102
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 13 gru 2019, 21:16

K
omentujemy pierwszy wpisie (rozdzialik?) Zaczynam od zabawy w korektorkę, proszę nie bić.

Nie, spoko ja się nie gniewam. Tylko trochę jestem przybita, bo czuję się jak czternastolatka, a piszę właściwie od ponad 20 lat.

Ale pewnie przejrzę Twoje spostrzeżenia i zastosuję się przynajmniej do paru. Zwłaszcza, że rzeczywiście czasem mam wrażenie, że nadużywam pewnych zwrotów.
(BTW - Vampi i Hien mają na nadmiar "być" w tekście nazwę - "bylica".)
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 12
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: CynicznaCecylia » 13 gru 2019, 22:06

Ty dobre. Ja swego czasu cierpiałam na zaimkozę :D Też fajna nazwa :D

Ja też piszę ponad 20 lat (i kupa z tego wychodzi). To mamy tak samo. Na misia?

Obrazek

Awatar użytkownika
Lisbeth77
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Lisbeth77 » 30 gru 2019, 21:53

Nie wiem, od czego powinnam zacząć, bo czuję się jak po przeczytaniu jakiejś naprawdę porządnej książki albo przynajmniej zbioru opowiadań... Może bardziej tego drugiego, bo tekst nie ma ciągłej akcji. Każdy rozdział jest trochę jak odcinek Supernaturala - oprócz oczywiście głównego bohatera, w każdym odcinku pojawiają się różne postacie i widzimy zupełnie inną historię. Dzięki temu za każdym razem otrzymujemy coś zupełnie nowego i zaskakującego. Gdy brałam się za każdy kolejny rozdział, byłam ciekawa, co wymyślisz tym razem i jaki pacjent trafi się Memorandusowi. Pomysł z psychoterapeutą z innej planety, który specjalizuje się w bardzo nietypowych przypadkach, jest po prostu cudowny! Przynajmniej dla mnie, ja to kupuję. I na pewno kupię, jak kiedyś pojawi się w księgarni.

Jeśli chodzi o bohaterów, to może po kolei:

Memorandus - nie obchodzi mnie, że nie będę obiektywna, bo WSZYSTKO w nim mi się podoba! Od jego charakteru, po sam wygląd. Wciąż nie mogę się zdecydować, kto mógłby podkładać mu głos w filmowej adaptacji... Ciekawe, czy Andy Serkis jest wolny, on lubi paradować z antenkami do CGI na twarzy... Już po pierwszym rozdziale stwierdziłam, że Memo jest świetną postacią, a po kilku kolejnych moje serce już do niego należało. Cieszę się, że nie jest żadnym "doktorem House'm" bo bardzo często fikcyjni lekarze bywają właśnie tego typu. Niedostępni, humorzaści i wredni. Co prawda psychoterapeuta czy psycholog nie powinien taki być, ale mam chyba jakiegoś pecha do psychologów. Wszyscy, z którymi pracowałam (nie jako pacjentka, ale współpracowniczka) jawili mi się jako bardzo negatywnie nastawieni do ludzi i nie mogłam uwierzyć, że z nimi pracują na co dzień. Memo nie jest dr House'm, jest sobą, sama chętnie bym się do niego przeszła. Podoba mi się to, jak troszczy się o swoich pacjentów, często poświęca im swój wolny czas, widać, że praca jest jego pasją. Szkoda tylko, że jego matka tego nie dostrzega... Świetnie opisałaś tę relację, na początku poruszając ją w trzecim rozdziale, a potem kontynuując w rozdziale siódmym. Ciężko być psychoterapeutą i próbować naprawić swoje relacje z rodziną. Zawsze będą ci wypominać, że traktujesz ich jako własnych pacjentów albo, że używasz na nich swoich sztuczek:P. I bądź tu mądry.

Panna Keats - cieszę się, że Nancy też stała się taką trochę główną postacią. Na początku bałam się, że będzie jej bardzo mało. Oczywiście nie będę rozwlekać się nad tym, jak bardzo uwielbiam jej relację z Memorandusem. Słodkie jest to, jak Memo ją szanuje i docenia, oraz to, jak troszczą się o siebie nawzajem. Nie będę też rozpisywać się nad tym, jak bardzo ich shipuję... bo nie chcę brzmieć jak Zandi! Aczkolwiek lubię niespełnione shipy, więc przyjaźń między nimi mi w zupełności wystarczy:D Chciałabym dowiedzieć się więcej o jej przeszłości, głównie o jej poprzedniej pracy, a także o relacji z Anną.

Rodzina Memorandusa jest cudowna, z wszystkimi swoimi plusami i minusami. Bardzo podobają mi się imiona jej członków. Chętnie poczytałabym więcej o żołnierzach, zwłaszcza podporuczniku Jeffie Rogersie (wydaje mi się bardzo sexy) oraz o Reedzie Desmondzie, bo choć jawi się jako mega wredna postać, to jednocześnie wydaje się też bardzo interesującym bohaterem. Nawet, jeśli okaże się bardzo zuuuyyy.

Widać, że przy konstruowaniu świata: bohaterów, ich imion, ich charakterów, ich przeszłości i teraźniejszości, nazw miejsc, i tak dalej, nigdy nie idziesz na łatwiznę. Mamy więc Minierwianinów, miasteczko Clive's Grove, Stalowego Anioła, święto Alkuni Ma (tak, wiem, to ze świątecznego specjala, ale jest bardzo mocnym argumentem). Zawsze opisujesz wszystkie historie bardzo szczegółowo, widać wykonaną przez Ciebie ciężką robotę i chylę czoła. Pacjenci Memorandusa nie odpowiadają tylko kilkoma zdaniami. W każdym rozdziale doświadczamy takiej jakby historii w historii. Znajdujemy się razem z pacjentem i Memo w jego klinice, ale oczami wyobraźni śledzimy też losy bohatera, który opowiada terapeucie swoje życie. Dialogi między bohaterami są również mocno przemyślane, często bawią, gdy mają bawić, i dają do myślenia, gdy robi się bardziej poważnie. W Twoich dialogach też bardzo często dostrzegamy cechy charakteru danej postaci, nigdy nie są to po prostu wymiany zdań, ale w większości wnoszą coś do historii.

Rozdział czwarty chyba najbardziej mi się podobał, bo uwielbiam podróże w czasie a także kobiece bohaterki w wojsku. Bardzo polubiłam Claire. Co tu dużo mówić, cały rozdział był dla mnie po prostu zarąbistą rozrywką. Myślałam, że o podróżach w czasie obejrzałam i przeczytałam już wszystko, a tu taka miła niespodzianka. Śmiałam się na głos, kiedy Memo, zapytany o okres historyczny, do którego chciałby się cofnąć, powiedział o pójściu na wykład Freuda;) *high five*. Świetny był również moment, w którym Claire pyta terapeutę o to, co pamięta z jej przeszłości i gdy okazuje się, jak wiele rzeczy zmieniło się z perspektywy bohaterki.

Podobał mi się też rozdział w klimacie Halloween. Memo przebrany za Voldemorta... Nancy, która martwiła się, czy nie będzie to zbyt rasistowskie przebranie... Ten rozdział to było czyste złoto. Rozdział o Glennie Goodsonie też był wspaniały, nigdy nie pomyślałam o tym, że superbohaterowie mogą mieć problemy natury psychologicznej, a przecież to takie oczywiste... Szkoda mi go;( Ogólnie w każdym rozdziale było coś wyjątkowego.

Komentarze do tekstu:
Czy miał pan inne kobiety? Albo innych partnerów w ogóle?

Podoba mi się, że Memo uznał, iż Camilo mógł być nie tylko z kobietami :mrgreen: (taa, na co Lis mogła zwrócić uwagę...)
- A ta twoja asystentka? Nie chciałbyś, aby było między wami coś więcej?

Mój komentarz, podczas czytania tego fragentu: AAAAAAAAA!
Osobiście nie wierzę w tę twoją aseksualność i aromantyczność.

Moja reakcja na ten fragment: aaaawwwww! Sto punktów dla Meg!
- Po prostu zmieńmy temat – odezwał się Memorandus.- Możemy również milczeć – zasugerował Memorandus.

Tu coś się pomieszało, pewnie jedno z tych zdań miało należeć do Zandi.
Czasem zdarzały się gdzieś literówki, ale poza tym tekst czytało się bardzo płynnie.

Jeśli jest coś, co mi się nie podobało, to mogę jedynie wyrazić swoje ubolewanie wobec niewystarczającej ilości informacji o samym Memorandusie. Każdy rozdział rzeczywiście koncentruje się bardziej na jego przypadkach, a nie na nim samym. Ale nie wiem, czy jest to rzeczywiście minus - ja po prostu pokochałam tego bohatera tak bardzo, że po prostu chciałabym go WINCYJ. Rozumiem jednak, że tekst na tutejszym forum jest tylko przystawką, bo w swojej literackiej kuchni szykujesz danie główne. I mam nadzieję, że dane będzie mi kiedyś je spałaszować, a zrobię to z wielkim apetytem. Masz talent, dziewczyno!
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2102
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 09 lut 2020, 09:16

Nadal nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału i niektóre rzeczy w nim zawarte będę musiała kiedyś rozwinąć. W każdym razie tutaj wykorzystałam postać, która jest bohaterem innego opowiadania autorskiego, które dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Być może kiedyś jeszcze coś z nim zrobię.

Rozdział 9: Kompleks Geppetta

Zwykle, kiedy Memorandus przyjeżdżał do wielkiego miasta, potrafił być przytłoczony znajdującą się tam architekturą, wszechobecnymi światłami i sklepami. Być może była to kwestia tego, że przeważnie siedział w Clive’s Grove, gdzie – co prawda – cywilizacja jak najbardziej istniała, niemniej jednak wszystko miało skromniejszą, bardziej małomiasteczkową atmosferę.
Toteż teraz, kiedy szedł przez ulice Derezz na Minerwie, miał wrażenie, że się zgubił.
Derezz było typowym minerwiańskim miastem – co chwila można było natrafić na stare budynki z metalu i z szerokimi, przypominającymi wzburzone fale dachami (czasem ze szkła, czasem z dachówki albo cegły); niektóre przypominały ziemskie wieżowce z wielkimi oknami, inne miały kamienne ściany, pomalowane na różne kolory albo obłożone bilbordami. Gdzieniegdzie dało się zauważyć nowsze budynki stylizowane na ziemskie budowle, chociaż Minerwianie nie rezygnowali ze swoich falistych dachów. Po jasnym, niemal akwamarynowym niebie latały zbierające smog roboty, a nad stojącym w środku Uniwersytecie w Derezz znajdował się punkt orientacyjny – kopuła zwieńczona dwoma posągami.
Co prawda, do następnego wystąpienia, które go interesowało, doktor March miał jakąś godzinę (a sam miał występować jeszcze później). To odpowiednio długi czas, aby znaleźć jakąś kawiarnię, bar albo restaurację, zjeść lunch i wrócić na uniwersytet na konferencję. Burczało mu w brzuchu z głodu, rano zjadł tylko banana i od tego czasu odczuwał ssanie w żołądku, tak więc zależało mu na szybkim pozbyciu się tego uczucia. Trochę żałował, że jest sam. Na pewno gdyby wziął ze sobą pannę Keats, ona znalazłaby coś odpowiedniego szybciej. Niemniej jednak Nancy wolała pozostać w Clive’s Grove (twierdziła, że chciałaby zrobić porządki w biurze pod nieobecność swojego szefa, ale Memorandus wiedział, że źle znosiła podróże międzyplanetarne i spodziewała się, że wynudzi się na samej konferencji).
Po kilku minutach szukania doktor March wreszcie znalazł restaurację „Hektor”, znajdującą się dość blisko uniwersytetu. W środku grała grecka muzyka, na ścianach namalowane były jońskie kolumny oraz śródziemnomorskie krajobrazy. Tu i tam wisiały doniczki z kwiatami. Po chwili studiowania menu, doktor March zamówił herbatę i sałatkę z kurczakiem, a następnie zajął stolik blisko okna. Dzień był dość słoneczny, chociaż zapowiadano wieczorem burzę. Memorandus miał zarezerwowaną jedną noc w hotelu i tak po prawdzie to po konferencji nie zamierzał już nigdzie iść.
Akurat, kiedy podano mu jego herbatę, za oknem pojawił się pewien mężczyzna. Stanął przed restauracją i oczy jego i doktora Marcha się spotkały. Miał na sobie stary, brązowy płaszcz, a na głowie kapelusz. Nosił też okulary o okrągłych oprawkach. Przez chwilę przyglądał się Memorandusowi, najwyraźniej rozpoznawszy go skądś. Sam Memo odwrócił wzrok, szybko jednak powrócił do oglądania tajemniczego mężczyzny, który ruszył z miejsca, wszedł do restauracji, od razu podszedł do stolika doktora Marcha i w geście szacunku, ściągnął z głowy kapelusz.
- Przepraszam, że zawracam głowę – zaczął – ale czy mam przyjemność z doktorem Memorandusem Marchem?
Teraz można było mu się przyjrzeć lepiej. Wyglądał na zmarnowanego – był wychudzony na twarzy, czarna czupryna była potargana i przetłuszczona, a oczy wyrażały smutek. Co więcej – Memorandus po chwili zorientował się, że również kojarzy skądś tajemniczego mężczyznę.
- Tak to ja – odpowiedział w końcu na zadane pytanie, po czym dodał z uśmiechem: – A pan to zapewne doktor Hideki Tamamura. Proszę usiąść. Zaraz zawołam kelnera.
- Och, dziękuję – zaczął nieśmiało doktor Tamamura, usiadłszy naprzeciw Memo. – Nie chcę zajmować zbyt dużo czasu… właściwie to chciałbym zadać pewne pytanie.
Co prawda, specjalista z jednej dziedziny nauki zadający pytania specjaliście z zupełnie innej dziedziny nie był niczym osobliwym, mimo wszystko jednak doktor March się nieco zdziwił. Głównie dlatego, że siedzący naprzeciw niego doktor Tamamura był znanym robotykiem, specjalizującym się w systemach wczesnego ostrzegania. Czego mógłby chcieć od psychoterapeuty?
- Moje pytanie dotyczy po części Minerwy – podjął znów doktor Tamamura. – Wiem, że już dawno osiągnięto na niej osobliwość.
- Tak, to prawda – stwierdził Memorandus.
Trudno mu było o tym nie wiedzieć, skoro przy każdej rozmowie przy świątecznym stole jego brat, Brutus (który mieszkał i pracował na Minerwie, i ogólnie uważał się bardziej za Minerwianina niż Ziemianina), uważał minerwiańskie roboty będące samoświadome o wiele wcześniej niż te ziemskie za objaw wyższości minerwiańkiej robotyki. Poza tym będąc na ojczystej planecie jego matki, Memorandusowi zdarzało się widzieć przechadzające się wraz z Minerwianami i ziemskimi przyjezdnymi roboty. Ba – Memo nawet znał jednego takiego samoświadomego robota…
- Słyszałem też, że Minerwianie stworzyli specjalną dziedzinę psychologii, aby badać samoświadome maszyny – ciągnął dalej Tamamura.
Doktor March uśmiechnął się.
- Pewnie ma pan na myśli psychologię sztucznej inteligencji, zwaną też kolokwialnie robopsychologią. Uprzedzam jednak, że nie jest to dziedzina, w której mogę pomóc. Wymaga ona znajomości podstaw robotyki i programowania, czego ja nigdy się nie uczyłem.
Doktor Tamamura nie wyglądał jednak na zawiedzionego. Powiedział tylko:
- Rozumiem, ale nie o to chciałem zapytać.
- Nie? – zdziwił się Memorandus.
- Nie – potwierdził Hideki. – Chciałem zapytać czy są badania na temat psychologii ludzi, którzy pracują z maszynami?
Memorandus od razu wyczuł, że doktor Tamamura nie pyta o to z czystej, naukowej ciekawości. Chodziło o coś innego… coś bardziej osobistego. Dlatego doktor March zawołał kelnera i poprosił go o menu dla swojego gościa. Kiedy wynalazca spojrzał na niego dziwnie, psychoterapeuta odparł:
- Mam wrażenie, że za tym pytaniem kryje się jakaś historia. Zjedzmy razem lunch i pan mi ją opowie.
Doktor Tamamura przyglądał się jeszcze przez chwilę doktorowi Marchowi, jakby nie do końca rozumiał, co się dzieje… a zaraz potem uśmiechnął się i podziękował, z zastrzeżeniem, że absolutnie nie zgadza się na to, aby Memorandus za niego płacił. Następnie ściągnął z siebie płaszcz, zawiesił go na haku przy wejściu do restauracji, po czym ponownie zajął miejsce przy stole i przejrzał kartę dań.
Wkrótce zawołał kelnera i oznajmił:
- Wezmę tylko espresso.
Kiedy kelner odszedł, nagle barki wynalazcy jakby opadły, a on sam posmutniał. Spojrzał na swojego rozmówcę, który spokojnie jadł sałatkę.
Gdy w tym momencie wrócił kelner z kawą i postawił ją przed Tamamurą, po odejściu kelnera robotyk podniósł filiżankę i zwrócił się znów do siedzącego naprzeciw niego Minerwianina:
- Był… był pewien robot. – Spuścił wzrok na kawę i podmuchał w nią, aby zaraz odłożyć ją na miejsce. Dopiero po dłuższej chwili kontynuował: – Sam nie wiem, co mnie podkusiło, aby go zbudować… Był zupełnie inny od moich pozostałych maszyn.
- W jaki sposób? – zapytał doktor March.
- No cóż, przede wszystkim nadałem mu ludzką postać. Nie był kopią człowieka w każdym calu, ale miał ręce, nogi, oczy i głowę z czymś, co można by od niechcenia nazwać twarzą. Nigdy nie byłem zbyt dobry w tworzeniu androidów, więc zapewne dla większości robotyków byłby dość przeciętnym tworem. – Nagle doktor Tamamura uśmiechnął się do swoich myśli. – Ale mnie to niespecjalnie obchodziło. Bo to był mój android.
Memorandus również uśmiechnął się na te słowa, ale zaraz potem spoważniał i spytał:
- Jak pan myśli: dlaczego nadał mu pan właśnie taki kształt?
Robotyk zdziwił się lekko na to pytanie, po czym zamyślił się na moment.
- Teoretycznie miał być mechaniczną pielęgniarką. Miał przypominać o braniu leków, tworzyć dopasowane do pacjenta zestaw ćwiczeń i dietę, monitorować stan zdrowia, udzielać emocjonalnego wsparcia… W pielęgniarstwie ludzki wygląd jest przydatny. W końcu to bardzo społeczny zawód… ale być może chciałem spróbować czegoś nowego. Jak mówiłem, nie jestem dobry w tworzeniu androidów. Być może jakaś część mnie chciała jakiegoś stworzyć, a ten projekt był właściwą wymówką do stworzenia czegoś takiego. Na razie był to tylko prototyp, którego budowa przypominała ludzkie ciało tylko pobieżnie. Wszelkie szczegóły związane z twarzą i wyglądem zewnętrznym miały zostać opracowane potem. Najpierw musiałem sam go przetestować w zaciszu własnego domu.
Prychnął pod nosem, a na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.
- Wydawałoby się, że to nic wielkiego, ale nawet nie przypuszczałem, co mnie czeka; jak bardzo tych kilka tygodni zmieni moje życie. – Wziął głęboki oddech i ciągnął dalej: – Tak więc pewnego dnia uruchomiłem mojego robota-pielęgniarza. Spojrzał na mnie tymi swoimi błękitnymi światełkami, które miały przypominać oczy i od razu oznajmił gotowość do działania. Zapytał gdzie jest pacjent i jakie są wytyczne, powiedziałem mu więc: „Nazywam się Hideki Tamamura i cię zbudowałem. Przez najbliższy czas będę testował wszystkie twoje tryby działania. Zaczniemy od prostych rzeczy, a potem stopniowo będziemy wchodzić w coraz poważniejsze sytuacje. Rozumiesz mnie?” A on na to: „Tak, rozumiem.” Tak więc zaczęliśmy od niskotłuszczowej diety i ćwiczeń. Przez pierwszy tydzień robot przypominał mi o porannej gimnastyce i pilnował, abym dobrze się odżywiał. – Znów uśmiechnął się smutno. – Z pozoru było to całkiem proste, ale wkrótce obrzydło mi to, że mój pielęgniarz odmawiał mi codziennych przyjemności, takich jak moja ulubiona pizza, bo uznawał je za niezbyt dobre dla mojego zdrowia. Cóż jednak mogłem poradzić? Taka była jego dyrektywa. Robot robił to, co do niego należało, tak więc po co to zmieniać?
Doktor Tamamura przerwał i przygryzł dolną wargę. Po chwili wziął łyk kawy i mówił dalej:
- Niemniej jednak pomiędzy posiłkami i gimnastyką następowały momenty, kiedy robot nie wiedział, co ma robić, a zgodnie z dyrektywą musiał co jakiś czas sprawdzać, czy wszystko ze mną dobrze. Zwykle byłem zajęty innymi projektami i nie zwracałem na niego zbyt wielkiej uwagi. W końcu któregoś dnia zapytał mnie, co robię i czy chciałby, abym mu pomógł. Powiedziałem mu, że nie potrzebuję pomocy… ale postanowiłem opowiedzieć mu co nieco o tym, nad czym wtedy pracowałem. Doszedłem do wniosku, że będzie to dobry trening umiejętności społecznych.
Doktor Tamamura zamilkł na moment i wziął kolejny łyk kawy. Dopiero po tym spojrzał na doktora Marcha i ciągnął dalej:
- Wydawał się bardzo zainteresowany tym, co mówię. – Uśmiechnął się lekko do swoich myśli. – Sam nie wiedziałem tak do końca, czy rzeczywiście tak było, czy po prostu jego oprogramowanie działało bez zarzutu. W końcu zaprogramowałem go, aby wyrażał żywe zainteresowanie tym, co pacjent do niego mówi.
- Bardzo pomocna funkcja. Zwłaszcza dla osób starszych – zwrócił uwagę doktor March.
- No cóż, cieszyłem się, że dobrze działa – stwierdził robotyk. – Wkrótce odkryłem, że to, czy to zachowanie jest spowodowane przez oprogramowanie, czy nie, mnie niespecjalnie obchodzi. I tak wychodziło na jedno: mój robot był szczery.
Memorandus rozumiał logikę za tym stwierdzeniem. Jeśli robot miał zaprogramowane jakieś uczucie, opinię albo cechę charakteru, były one jego częścią i w jego mniemaniu były jak najbardziej prawdziwe. Pod tym względem roboty były niezdolne do oszustwa ani kłamstwa (chyba że zostały do tego zaprogramowane).
- Kilka razy jeszcze zdarzyło się – mówił dalej doktor Tamamura – że pytał mnie, co robię, a ja chętnie mu o tym opowiadałem. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać o innych rzeczach, jak książki, które akurat czytam, albo jakieś wydarzenie ze świata, które akurat podano w wiadomościach. A że zaprogramowałem mu też funkcję intelektualnej rozmowy na tematy kulturowe, społeczne, polityczne i naukowe, każda z naszych konwersacji sprawiała mi przyjemność. Powiem szczerze, że nigdy nie miałem lepszego partnera do rozmowy. Zanim się spostrzegłem, otworzyłem się przed nim na tematy, na które nie chciałem rozmawiać z innymi ludźmi w moim otoczeniu. Dzieliłem się swoimi opiniami na temat szefa i gospodarki, opowiadałem mojemu robotowi o swoim dzieciństwie i o tym, co mnie denerwuje w moich rodzicach. A on słuchał i od czasu do czasu dodawał coś od siebie. – Jego uśmiech nagle osłabł. – Z czasem jednak zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam dla niego imienia. Trochę głupio się do tego przyznać, ale do tej pory nie pomyślałem o tym. A przecież imię nadaje wszystkiemu tożsamość. Zapytałem go więc: „Czy jest jakieś imię, którym chciałbyś, abym się do ciebie zwracał?”, a on odpowiedział: „Może się pan do mnie zwracać jak chce, doktorze. W końcu jestem pana dziełem.” I jakby się nad tym głębiej zastanowić, to było zrozumiałe.
- Jakie więc nadał mu pan imię? – zapytał doktor March.
- Szukałem dobrego imienia przez cały dzień. Nie chciałem, aby było to pierwsze lepsze imię. Chciałem, aby coś znaczyło. Myślałem o Hipokratesie albo o Nightingale, ale te imiona wydawały mi się do niego nie pasować. W końcu zdecydowałem się na Gennosuke. Od Gennosuke Fuse, który dokonał wielu odkryć w dziedzinie anatomii mózgu. Pomyślałem, że to idealne imię dla mojego robota.
- Ładnie – stwierdził Memorandus.
- Pamiętam to bardzo dobrze: nadałem mu imię w czasie drugiego tygodnia testów, kiedy przeszliśmy do opieki nad osobą z urazem nogi. Był to trochę kłopotliwy czas, albowiem Gennosuke pozwalał mi tylko na minimalny ruch i w zasadzie większość czasu przesiedziałem w łóżku albo na kanapie. Mimo wszystko jednak okazał się bardzo pomocny, bo przynosił mi różne rzeczy, kiedy go o to poprosiłem. – Doktor Tamamura nagle spoważniał. – W trzecim tygodniu testowaliśmy sytuację, w której pacjent ma grypę. Być może powinienem bardziej zwracać uwagę na Gennosuke. Kiedy teraz myślę o tej sytuacji, to wtedy właśnie zaczęły się jego usterki… chociaż być może miało to miejsce nawet wcześniej, biorąc pod uwagę to, że tak naprawdę Gennosuke zajmował się kimś zdrowym, udającym chorego. Tak czy inaczej, doktorze March, aby uniknąć różnych zdrowotnych nieprzyjemności i skutków ubocznych, poinstruowałem Gennosuke o tym, że tak naprawdę nie mam grypy, a zamiast prawdziwych leków będę przyjmował syrop klonowy i witaminy w kapsułkach. Poza tymi dwoma szczegółami Gennosuke miał zachowywać się tak jakby opiekował się kimś chorym na grypę. Niby rozumiał o co chodzi, ale już wtedy miał trudności z pogodzeniem moich wytycznych z istniejącym programem. Zdarzało się, że przynosił mi prawdziwe lekarstwa na grypę, a wtedy musiałem mu jeszcze raz tłumaczyć, co zrobił źle.
- Czy tylko na tym polegały problemy z jego działaniem?
- Nie. Kiedy później wracałem wielokrotnie do tamtego tygodnia, przypominałem sobie, że zdarzało mu się nieco wolniej pojmować pewne rzeczy podczas naszych rozmów. Tak czy inaczej, potem przyszedł czwarty tydzień, w którym testowaliśmy działanie Gennosuke w sytuacji opieki nad osobą starszą, chorą na artretyzm. I znów wytłumaczyłem mu, że leki, które ma mi podawać, to zwykłe suplementy diety i krem do rąk, ale on ma je traktować jak prawdziwe lekarstwa. W czasie tego tygodnia błędy zdarzały mu się niemal co chwila. I nie chodzi mi tylko o mylenie leków, lecz także o to, że coraz częściej się zacinał na jakiejś czynności, przez co musiałem go resetować. To też nie pozostawało bez wpływu na systemy Gennosuke. Przy którymś z kolei resecie, odkryłem, że jego obwody uległy uszkodzeniu. Przerwałem więc testy i zająłem się naprawami.
Tamamura znów zamilkł i chwycił swoją kawę. Tym razem jednak wypił od razu całość, a następnie położył filiżankę na stoliku. Nie patrząc na swojego rozmówcę, ciągnął dalej swoją opowieść:
- Pracowałem niemal bez ustanku, dzień i noc, aby usuwać uszkodzenia, ale z każdą naprawą, pojawiały się kolejne usterki. Koncept symulowania choroby i udawania, że coś, co nie jest lekiem, jest nim, wprowadził chaos w podstawowych dyrektywach Gennosuke. Ponadto kiedy uruchamiałem go ponownie po kolejnych naprawach, zawsze wydawał się być trochę inny; mniej elokwentny niż wcześniej, mniej zorganizowany, wolniejszy w działaniu i rozumieniu, co się wokół niego dzieje. Jakby z każdą wprowadzoną przeze mnie zmianą, tracił część siebie. Im dłużej zajmowałem się naprawianiem Gennosuke, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że podszedłem do tych testów ze złej strony. Być może powinienem dać go do przetestowania komuś, kto rzeczywiście miał grypę albo artretyzm. Obojętnie jak na to spojrzeć, to była moja wina. W końcu kiedy uruchomiłem go po raz ostatni, nie poznawał mnie. Z jakiegoś powodu było to dla mnie bolesne.
Spuścił wzrok i posmutniał jeszcze bardziej.
- Wtedy poddałem się i wyłączyłem go zupełnie. Nawet ja wiem, kiedy sprawa jest przegrana. – Zacisnął pięści na kolanach. – Ale mimo to wciąż o nim myślę. – Jego głos zaczął się załamywać. – O tym jak dobrze było z nim rozmawiać, miło było mieć go w domu… i o tym jak bardzo go zawiodłem. Gdybym wcześniej zorientował się, co się dzieje z Gennosuke, być może udałoby mi się go uratować. Dodatkowo dobijające jest to, że byłem z niego bardzo dumny. Marzyłem o tym, że wkrótce będzie powszechnym kompanem osób obłożnie chorych albo starszych; że tak jak mi umilał życia, tak umili życie im. Ale to już się nie stanie. Ta wizja nigdy się nie spełni. – Prychnął pozbawionym rozbawienia śmiechem. – Czasem mam wrażenie, że Gennosuke zaraz wejdzie przez drzwi salonu i zapyta mnie, co robię. Niby to tylko maszyna, nawet nie pierwsza, jaką zbudowałem, a mimo to mam wrażenie, jakbym stracił część siebie.
Po raz kolejny zamilkł na chwilę. Podniósł wzrok na Memorandusa i dodał:
- I co pan uważa, doktorze March? Dziwny przypadek, prawda?
Memorandus wziął ostatni kęs sałatki z kurczakiem odłożył widelec na bok, a następnie wypił do końca herbatę i spojrzał na swojego rozmówcę.
- Na pewno, jako robotyk, zetknął się pan z terminem „kompleks Pinokia” albo „syndrom Pinokia”.
- To przypadłość, która dotyka samoświadome androidy i sprawia, że chcą być jak najbardziej ludzkie.
- Aha – przytaknął Memo i ciągnął dalej: – Ale tak się składa, że jest analogiczna do niej przypadłość, nazywana kompleksem Geppetta. Wielu robotyków i do tego niekoniecznie zajmujących się androidami, traktuje swoje twory jak własne dzieci, zwłaszcza kiedy są samotni i nie założyli rodziny. Oczywiście jest to nawiązanie do snycerza ze słynnej książeczki dla dzieci, który zbudował sobie z drewna syna.
Doktor Tamamura nic nie odpowiedział. Na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego zastanowienia.
- Przebywając całe życie z maszynami, łatwo jest zacząć darzyć je emocjonalnym przywiązaniem. Zwłaszcza kiedy osiągną samoświadomość – mówił dalej doktor March.
Tamamura przygryzł dolną wargę, a następnie uśmiechnął się smutno do swoich myśli.
- Tak, to ma sens. Najwyraźniej jestem aż tak żałosny…
- Tego bym nie powiedział – odparł Memorandus i rzucił rozmówcy przyjazny uśmiech. – Biorąc pod uwagę jak wiele robotów ostatnimi czasy osiąga samoświadomość, to dobrze, że są ludzie, którzy myślą o nich jak o własnych dzieciach.
Uśmiech doktora Tamamury zmienił się na bardziej wesoły. Najwidoczniej przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
Chwilę potem podniósł się z krzesła i pokłonił się lekko Memorandusowi.
- Dziękuję za tę rozmowę, doktorze March. Dała mi dużo do myślenia.
A potem zawołał kelnera i sam uregulował rachunek za ich wspólny posiłek. Następnie obaj naukowcy opuścili restaurację i na odchodnym doktor Tamamura oznajmił:
- Spróbuję odbudować Gennosuke. Być może jest coś z jego osobowości, co mogę jeszcze uratować.
- Życzę powodzenia. Mam nadzieję, że się wkrótce spotkamy.
Wymienili numery telefonów i pożegnali się ze sobą. Memorandus postanowił powoli skierować się z powrotem na uniwersytet. W końcu do interesującego go wykładu zostało ledwie dziesięć minut, a chciał zająć dobre miejsce.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Lisbeth77
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Lisbeth77 » 09 lut 2020, 10:33

Ale to szybko minęło! Ale było jak zwykle idealne, masz niezwykły talent opisywania sytuacji, bohaterów, dialogów. W trakcie czytania byłam ciekawa, jak będzie wyglądała historia pacjenta i gdy już wiedziałam o co chodzi, rozdział i tak mnie trochę zaskoczył. Choć w popkulturze było tego sporo to i tak tutaj wydaje się nowe i przemyślane. Bardzo smutna historia;( ale pozostaje nadzieja, że gdzieś tam będzie happy end. Memorandus jak zawsze bezbłędny i pomocny. Bardzo mi się podobało, jak opisywałaś miasta na Minerwie, ciekawy pomysł z tymi dachami, człowiek od razu to sobie wyobraża. Albo chciałby od razu je robić w simsach:D
Nie wiem, dlaczego nie jesteś zadowolona z rozdziału, ale Memo znalazłby odpowiedź na to pytanie:D jak zawsze dodam jeszcze, że uwielbiam Twój styl pisania.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość