[SGA] Stan świadomości

Tutaj wrzucamy fanfiki do filmów, seriali telewizyjnych, kreskówek itp.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Dominiqa
amator
Posty: 11
Rejestracja: 28 gru 2018, 22:05

[SGA] Stan świadomości

Postautor: Dominiqa » 01 sie 2019, 15:15

Postanowiłam pójść na żywioł. Oto macie przed sobą twór mojego zwichrowanego umysłu, zrodzonego nieco w desperacji po długich miesiącach niemocy twórczej. Usiadłam, wybrałam fandom, w którym chciałam pisać i powstało to, co właśnie widzicie. Nie miałam żadnego planu, po prostu chciałam coś napisać, co będzie skończone. Opowiadanie powstało pod wpływem chwili i najprawdopodobniej, świadomie nigdy bym czegoś takiego nie stworzyła. Nie było betowane, bo uznałam, że wrzucę, zanim zmienię zdanie i całkowicie zapomnę o tym tekście, ukrywając go na wieki w metaforycznej szufladzie.

Tytuł: Stan świadomości
Ostrzeżenia: brak
Rating: Gen
Liczba słów: ~2700
Opis: Umiejscowione gdzieś w drugiej połowie 1 sezonu. Niewymagana znajomość serialu. Fabuła odchodzi nieco od kanonu, co stanie się jasne na sam koniec tekstu. Czytacie na własną odpowiedzialność. :]

Atlantyda miała to do siebie że stanowiła zagadkę. Każdy stąpający po korytarzach Pradawnych musiał się liczyć z niespodziankami, które nie zawsze bywają przyjemne. Członkowie ekspedycji starali się zrozumieć miasto jak i jego twórców, ale to w głównej mierze wynikało z chęci przetrwania. Niejeden Ziemianin zastanawiał się co kierowało Pradawnymi, gdy konstruowali kolejne wynalazki, mające destruktywny potencjał. Byli też tacy, którzy odstawali od tej i prawdopodobnie jakiejkolwiek innej normy. Ludzie, którzy wybrali się na drugi koniec galaktyki dla wiedzy i chęci przygód.
Doktor Mckay nie należał do osób żądnych przygód i skaczącej adrenaliny, ale w swojej własnej opinii miał tego aż w nadmiarze. Atlantyda i sama galaktyka Pegaza stanowiły poligon, na którym nieoczekiwanie się znalazł. Jego wrodzona arogancja nie pozwoliła mu przyznać się nawet przed samym sobą, że nie wziął pod uwagę takiej ewentualności. Niejednokrotnie przeklinał swój los i okoliczności, w jakich znajdował się dzień w dzień. W zaciszu własnej kwatery szukał winnych, ale nigdy nie wskazał na siebie. Nie chciał przyznać, że być może sam przyczynił się do swojego położenia, zgłaszając się na ochotnika do tej misji. Odkąd ekspedycja przybyła do miasta kilka miesięcy wcześniej, jego życie stanowiło pasmo ciągłego narzekania na niekompetencję innych i szaleństwo majora Shepparda.
Pełniący obowiązki dowódcy kontyngentu wojskowego na Atlantydzie miewał lepsze i gorsze dni. Gdy przekraczał Wrota po raz pierwszy, nie wiedział czego się spodziewać. Na pewno jednak nie oczekiwał, że pułkownik Sumner umrze niedługo po przybyciu do obcej galaktyki. Musiał bardzo szybko przystosować się do nowej sytuacji, co nie było proste. Połowa żołnierzy patrzyła na niego z powątpiewaniem, ale nigdy otwarcie nie sprzeciwili się rozkazowi. Sheppard doskonale wiedział, że ma to związek z tym, że należał do Sił Powietrznych. Korpus Piechoty Morskiej miał swoje zdanie o pilotach i choć nie traktowano go z otwartą pogardą, to musiał walczyć o ich szacunek, który zdobył, gdy Genii zaatakowało miasto. Nie podobało mu się jednak, że musiał w pojedynkę wybić spory oddział wroga, by żołnierze pod jego komendą wreszcie go zaakceptowali.
Na Atlantydzie nie było różowo, a wszechobecna szarość dodatkowo wprowadzała dość ponurą atmosferę, zwłaszcza w trudniejsze dni. Teraz jednak panowała dość szczególna atmosfera. Doktor Mckay wraz trójką innych naukowców, majorem Sheppardem oraz dwójką żołnierzy przemierzali pogrążony w półmroku korytarz. Byli zdani na siebie, ich komunikatory przestały działać od chwili, gdy wysiedli z transportera. Rodney nie spuszczał wzroku z laptopa, który niósł ze sobą, spoglądając na wyświetloną na ekranie mapę. Właśnie w takich chwilach jak ta, mężczyzna żałował, że nie zabrali ze sobą tabletów, byłoby one znacznie poręczniejsze. To dodatkowo pogarszało jego nastrój. Obudzono go w trybie alarmowym dwie godziny wcześniej, czuł się zmęczony, bo ostatnie trzy dni spędził przy generatorach naqahdahowych, próbując zrozumieć czemu nagle zaczęły pojawiać się przepięcia i wycieki energii. W ciągu ostatnich osiemdziesięciu godzin przespał w sumie szesnaście, jeśli liczyć krótkie drzemki przy własnym biurku.
Problem spędzał sen z powiek nie tylko jemu, ale i wszystkich członkom ekspedycji. Z jednej strony groziło im przeciążenie i wybuch, który zniszczyłby całkowicie miasto i zapewne sporą część samej planety, a z drugiej całkowite wyczerpanie generatora, które utrzymywało ich przy życiu. Energia na Atlantydzie była na wagę złota, bo nikt nie chciał utknąć na środku oceanu bez jedzenia i wody. Nastroje pogarszały się z każdą upływającą godziną, stres rósł w astronomicznym tempie i ludzie zaczęli szukać sposobów na jego rozładowania. Seks odpadał, bo nikt nie chciał znaleźć się podczas nagłej ewakuacji ze spuszczonymi spodniami, dlatego narastały konflikty, wybuchły głośne awantury, a nawet dochodziło do bójek.
Major Sheppard z niepokojem spoglądał na naukowca. Ostatnie dni były niezwykle nerwowe, a raporty jakie otrzymywał odnośnie sytuacji, zwykle opisywały Mckay’a jako wrzeszczący kłębek nerwów. On sam był zajęty pilnowaniem porządku, doglądaniu dodatkowych treningów żołnierzy i opracowywaniem różnych planów, gdyby sytuacja wymagała natychmiastowego działania. Jego ludzie i paru wyznaczonych naukowców pakowała rzeczy, które byłyby niezbędne przy budowaniu ewentualnej bazy poza Atlantydą. Sytuacja była ciężka i wszyscy z nadzieją spoglądali na oficera naukowego i jego wybranych ludzi, którzy mieli rozwiązać problem. Od tego zależała egzystencja wszystkich członków ekspedycji. Major wiedział, że Rodney zdawał sobie sprawę z oczekiwań innych, ale nie miał pojęcia w jaki sposób to na niego wpływa, jeśli w ogóle. Z Mckay’em wszystko było możliwe.
Korytarz delikatnie zakręcał i kończył się drzwiami, które były na wpół otwarte. To właśnie tutaj, według wszystkich przeprowadzonych analiz znajdował się problem. Gdzieś w tym pomieszczeniu znajdowało się coś, co próbowało się aktywować, sprowadzając tym samym na ekspedycję problemy energetyczne. Zza uchylonych drzwi biła niebieska poświata oświetlając widoczne panele.
- To tutaj.
Powiedział Mckay, ruszając w stronę drzwi. Został jednak gwałtownie zatrzymany, gdy ktoś mocno złapał go za ramię i pociągnął w tył. Zachwiał się i odwrócił, by werbalnie zniszczyć tego, kto śmiał go dotknąć. Nie wydobył z siebie jednak ani słowa, bo przestraszył się groźnego oblicza, które pojawiło się na oświetlonej na niebiesko twarzy majora. Mężczyzna zacisnął zęby i jednocześnie uścisk na łokciu naukowca i odciągnął go na bok.
- Rodney…
Rzucił tylko do niego, jakby miał być to wystarczający komentarz i odpowiedź na niezadane pytanie w jednym. Przeniósł wzrok na żołnierzy i wykonał nieznaczny ruch głową. Marines kiwnęli głową, podnieśli broń wyżej i zbliżyli się do drzwi. Mckay nie zwracał uwagi na to co robili, wyszarpnął rękę z uścisku majora i odchrząknął. Nim zdążył jednak coś powiedzieć, pomieszczenie zostało sprawdzone i pozwolono mu wejść.
- To nie było konieczne, majorze. To tylko jakieś psujące się urządzenie - fuknął.
- Jasne, Rodney, bo nasz pobyt w tym miejscu jest bezproblemowy - odparł Sheppard z wyraźnym sarkazmem w głosie.
- Może dla was, żołnierzy.
Mruknął Mckay, któremu umknął ton wypowiedzi. Był jednak zbyt zajęty podłączaniem kabli, aby zwracać uwagę na takie subtelności. John westchnął, ale już dawno temu nauczył się nie wchodzić w polemikę z oficerem naukowym, gdy ten pracował. Stanął z boku i obserwował, jak naukowcy wykonują w pośpiechu wydawane polecenia.
- Coś tu nie gra.
Rzucił cicho McKay, a po plecach Shepparda przebiegł dreszcz, to nie mogło oznaczać nic dobrego. Naukowiec wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw po angielsku, francusku i prawdopodobnie rosyjsku. Jego ludzie zaczęli przerzucać się naukowym żargonem, którego sens nie docierał do trójki żołnierzy, którzy stali spięci w niewielkim pomieszczeniu. Drzwi nagle się zatrzasnęły, a poświata zmieniła swój kolor na czerwony.
- Rodney.
Krzyknął nerwowo John, ale nie uzyskał odpowiedzi. Naukowiec zajęty był wbijaniem ciągu komend na klawiaturze komputera. Zelenka mruczał po czesku coś, co musiało być wulgarne, bo major niejednokrotnie słyszał użytych sformułowań kierowanych pod adresem Kanadyjczyka. Pozostała dwójka, nie miała tak mocnych nerwów i była na granicy histerii, ale starali się robić, co do nich należało. Nikt nie chciał rozczarować szef w trakcie kryzysu.
Major podjął szybką decyzję i wraz ze swoimi ludzi postanowili otworzyć drzwi siłą, gdy tylko zaczęli, chmura jakiegoś gazu została wpuszczona do laboratorium. Oszołomiło Johna na chwilę, obraz przed oczami zaczął się rozmazywać. Ktoś zaczął kaszleć, na szczęście żaden z żołnierzy w przypływie paniki nie zaczął strzelać. Ostrzał w tak niewielkim pomieszczeniu w obecności cywili nie był dobrym pomysłem. Sheppard zaczął się osuwać na ziemię. Oparł się o jedną z konsol i zobaczył z niedowierzaniem, jak McKay stoi spokojnie nad swoim komputerem, mężczyzna miał zaciśnięte dłonie w pięści. Dopiero po chwili John zorientował się, że naukowca otacza pole siłowe.
Żołnierza najpierw ogarnęła furia, że oficer naukowy ratuje jedynie własną skórę. Później jednak zmieniło się ono w przerażenie, gdy coś otworzyło się w suficie i zjechało w dół coś, co wyglądało, jak odwrócona miska z podłączonymi kablami. Nim stracił przytomność, Sheppard zdążył dojrzeć napis, który wyświetli się na ekranie laptopa: “Wiesz co robić, Rodney”.
Kiedy John obudził się, odetchnął z ulgą. Rozejrzał się wokół i zorientował się, że znajduje się w ambulatorium. Ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej i z niezadowoleniem stwierdził, że ktoś przebrał go w szpitalne wdzianko.
- Majorze?
Sheppard odwrócił się i spojrzał na pielęgniarkę, która zbliżyła się do jego łóżka. Spojrzała na monitor, do którego był podłączony, przyjrzała mu się dokładnie i uśmiechnęła się do niego.
- Poinformuję doktor Becketta, że się pan obudził.
- Zaczekaj - rzucił szybko, gdy kobieta się odwróciła. - Co się stało?
- Może będzie lepiej, jeśli doktor Beckett to wytłumaczy - od pielęgniarki aż promieniowała niepewność.
- Powiedz mi chociaż, jak długo tu jestem - poprosił, bo czuł, że wiele z niej nie wyciągnie.
- Dziesięć godzin, tyle...
- Majorze - przerwał im nagle mocno akcentowany głos Szkota - proszę nie nękać moich pielęgniarek. Annie, zajrzyj do sierżanta Cole’a, trzeba mu zmienić opatrunek.
Kobieta posłała uśmiech lekarzowi i oddaliła w stronę jednego z zajętych łóżek, po drugiej stronie sali. Beckett westchnął cicho, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej latarkę, którą zaświecił Johnowi w oczy, sprawdzając reakcję źrenic.
- Jakieś zawroty głowy? Nudności? Podwójna wizja? - zapytał, obserwując go dokładnie.
- Nic mi nie jest doktorze. Co z moimi ludźmi? - czegokolwiek szukał Beckett nie znalazł, bo westchnął cicho, a następnie odchrząknął.
- Newman i Spencer, obudzili się godzinę temu, nie mieli żadnych niepokojących objawów, jeśli się to to nie zmieni to wypuszczę ich za kolejną godzinę. Zelenka, Kovac i Brantel, jeszcze nie odzyskali przytomności, oczekuję, że stanie się to w najbliższym czasie.
- A McKay? - zapytał Sheppard, bo lekarz zawahał się.
- Z Rodney’em sytuacja jest dość skomplikowana - przyznał w końcu Carson, patrząc gdzieś w dal.
- Carson, co to znaczy?
Szkot wypuścił głośno powietrze i spojrzał w stronę izolatek ambulatoryjnych. Kilkakrotnie otwierał usta, ale za każdym razem zmieniał zdanie i je zamykał.
- To znaczy, że nie wiem, co się z nim dzieje.

To nie miało sensu. Generowane raporty wykluczały się wzajemnie. John chodził zdenerwowany od dwóch dni. Kolejne spotkania z Elizabeth jeszcze bardziej doprowadzały go do szału, czuł się całkowicie bezużyteczny. Koordynował przeszukiwanie miasta, ale średnio liczył, że przyniesie to jakiś efekt. Atlantyda była ogromna, ktokolwiek lub cokolwiek działało, mogło być gdziekolwiek. Czymkolwiek tajemnicza siła nie była, chciała im pomóc, bo życie w mieście stało się łatwiejsze. Zelenka nie potrafił wyjaśnić dlaczego wszystko nagle zaczęło chodzić sprawniej, od czasu wypadku McKay’a cała maszyneria działa lepiej. Podnosiły się głosy, głównie za sprawą Kavanagh, że główny oficer naukowy sabotował miasto i projekty innych, by wyglądać na najmądrzejszego. Wielu w to wierzyło, a Sheppard miał trudności z utrzymaniem spokoju. Nie chciał w to wierzyć, spędził w towarzystwie McKay’a wystarczająco dużo czasu, by go poznać. Major nie wierzył, że jego instynkty pomyliły się w ocenie Kanadyjczyka.
Nie zgadzało się to również z raportami, po pechowej misji. To Rodney wezwał pomoc, dopilnował, żeby nikomu się nic nie stało, a potem… Przez osiem godzin, od przybycia ekipy ratunkowej nikt nie mógł do niego podejść. Otaczające go pole siłowe skutecznie odcinała go od innych. Mężczyzna unosił się w powietrzu, zupełnie jakby ktoś w środku bariery wyłączył grawitację. Był nieprzytomny a na głowie miał miskopodobny hełm, który wcześniej zjechał z sufitu. Ktoś wpadł na pomysł, by całkowicie odciąć zasilanie w pomieszczeniu i ponieważ nie można było tego zrobić używając komputerów, zaczęto wyciągać losowe kryształy. Dopiero wtedy pole siłowe znikło, ale nikt nie wiedział dlaczego. Kiedy to Zelenka skończył przeżuwać naukowców odpowiedzialnych za tą idiotyczną decyzję dokona dokładniejszej analizy. Odkrył, że żaden z wyłączonych obwodów nie był bezpośrednio powiązany z barierą a jedynie za przepływ impulsów elektrycznych między laboratorium, a główną matrycą.
Major nie miał pojęcia co myśleć o całej sytuacji. Mckay leżał w jednej z izolatek w ambulatorium, o jego stanie nie można było powiedzieć więcej niż to, że żył. Nie stanowiło to pociechy, bo nikt nie potrafił wytłumaczyć jego stanu. Podwyższona praca mózgu stanowiła zagwozdkę dla każdego w ambulatorium i źródło zaniepokojenia. Wykresy neurologiczne, które pokazywał Beckett na każdym spotkaniu, były dla większości niejasne. Sam doktor musiał nabawić się również jakiejś przypadłości neurologicznej przy gwałtownych wahaniach nastrojów, jakie okazywał. Potrafił przeskoczyć od niesamowitej euforii do niemalże depresji. Mówił, że mózg Kanadyjczyka pracuje na wysokich obrotach i skany pokazują stan wysokiej gotowości i szybkiego przetwarzania danych. Miał właśnie wgląd w pracę umysły głównego naukowca podczas sytuacji kryzysowej. Niepokoiło go to, bo nie był pewien czy ciało długo wytrzyma ten proces.
Sheppard jeszcze nigdy nie czuł się bardziej bezużyteczny jak w tej chwili. Siedział w galerii obserwacyjnej nad izolatką Rodney’a i próbował czytać kolejny raport, gdy światło przygasło. W tej samej chwili samej chwili monitory przy łóżku na dole włączyły alarm. Do pomieszczenia wpadła nagle ekipa medyczna i zaczął się chaos. Major niemal przykleił się do szyby obserwując wszystko dokładnie, choć półmrok mu w tym nie pomagał. Któryś z lekarzy domagał się światła, ale bezskutecznie. Atlantyda zatrzęsła się nieznacznie, żołnierz był przekonany, że wyobraził to sobie, bo dostał nagłych zawrotów głowy. Czuł silny nacisk, zupełnie jakby coś próbowało wwiercić mu się w czaszkę. Padł na kolana, a z nosa pociekła mu krew. Słyszał coś bardzo niewyraźnie, nie mógł jednak przetworzyć dźwięków, które do niego docierały. Wreszcie, kiedy był przekonany, że pękną mu gałki oczne od ciśnienia w jego głowie zrozumiał, co do niego mówiono.
- Oddaj mi go, John.
Gdzieś usłyszał przytłumiony dźwięk eksplozji i ponownie w tym tygodniu stracił przytomność.
Beckett był przekonany, że McKay umrze w najbliższych godzinach. Mózg potrzebował czasu na odpoczynek i zresetowanie się. Pomimo pozornej śpiączki, w jakiej znajdował się naukowiec, ciało znajdowało się pod zbyt wielkim stresem, aby funkcjonować normalnie. Organy powoli zaczynały szwankować. Ponadto Atlantyda ponownie zaczęła wariować. Sheppard siedział pochylony z mokrą chusteczką przyciśniętą do karku i próbował zebrać myśli. Ciało Mckay zaczęło się poddawać dokładnie w tym samym momencie, gdy został zakłócony przepływ energii. Tylko szybko reakcja jednego z inżynierów ocaliła życie całej ekspedycji, gdy odłączył generator od konsoli, do której została przekierowana pokaźna ilość energii. Było to jednak za dużo nawet dla obwodów stworzonych przez Pradawnych i doszło do przeładowania, w konsekwencji którego konsola wybuchła. Kiedy Szkot zaczął opowiadać o cudach, majora uderzyła pewna myśl.
- Deus ex machina.
- Majorze? - zapytała niepewnie Elizabeth.
- Duch w maszynie. Coś lub ktoś próbowało skontaktować się ze mną, gdy nawaliło serce Rodney’a - wciągnął niepewnie powietrze. - Myślę, że to była Atlantyda.
- Myślisz, że to jakiś podprogram? - zapytał lekarz.
- Nie. Sądzę, że miasto jest świadome - westchnął ciężko. - Próbowało się ze mną skontaktować, niemal nie rozwalając mi czaszki przy okazji.
- O czym pan mówi, majorze? - zaniepokoiła się przywódczyni ekspedycji.
- Gdy Rodney umierał, coś do mnie przemówiło i to w niezwykle bolesny sposób. Atlantyda chce, żebyśmy go jej oddali.
Zapanowała, wyrazy twarzy zgromadzonych w pokoju konferencyjnym mówiły wiele na temat ogólnej opinii dotyczącej jego inteligencji.
- To ma sens, jeśli się dobrze zastanowić. Atlantyda potrzebowała czegoś od McKay’a i zwabiła go do tego pomieszczenia. Musiał być z nią w kontakcie, inaczej nie mógłby wezwać pomocy - westchnął głośno i nerwowo potarł czoło. - Czytałem raporty wychodzące od waszego działu, Radek. Także, wiem że ustaliłeś, że pole siłowe się wyłączyło, gdy zaczęliście odłączać układy odpowiedzialne za komunikację.
- Może mieć pan rację, majorze - Zelenka zamyślił się i zaczął kiwać głową, przytakując nieświadomie przetwarzanym teoriom.
- Nie rozumiem jednak czemu miasto chciałoby śmierci Rodney’a - zapytał Beckett - nie mógł być przecież aż tak kiepskim przywódcą, że Atlantyda uznała, że się go pozbędzie dla naszego i swojego dobra.
- Monozim - odparła w końcu Elizabeth i kontynuowała, gdy spojrzenia wszystkich skoncentrowały się na niej. - To filozoficzny pogląd zakładający, że ciało i umysł są jednym. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Jeśli dobrze rozumiem, co John chce powiedzieć…
Urwała, podniosła głowę, światła w pokoju konferencyjnym rozjaśniły się na krótko. Uśmiechnęła się szeroko.
- Rodney! - krzyknął Sheppard w kierunku sufitu. - To ty?
Światła rozjaśniły się i przygasiły. Major rozpoznał kod morse’a który ułożył się w słowa “pospiesz się”. Mężczyzna uśmiechnął i przeniósł wzrok na Becketta.
- Musimy go zabrać do tego laboratorium.
Bez złowrogiej czerwonej poświaty pomieszczenie wyglądało normalnie. Atlantyda lub Rodney, Sheppard nie był w stanie się zdecydować, pospieszała ich ciągle migającymi światłami. Wolał wierzyć w tę wersję niż w fakt że umierające ciało McKaya zabierało jego świadomość ze sobą, a miasto nie chciało do tego dopuścić. Hełm w kształcie miski już na nich czekał. Umieścili go na głowie naukowca i czekali. Zelenka obserwował przepływy energii, które popłynęły układami komunikacyjnymi do konsoli, do której podłączone były kable przy hełmie. Nie było żadnych spektakularnych efektów, żadnego promieni, kolorowych świateł czy wybuchów. Kanadyjczyk otworzył po prostu oczy i uśmiechnął się słabo. Nie wyglądał dobrze.
- Majorze - powiedział, a jego powieki od razu opadły. - Wiem, gdzie znaleźć MPZ.
Ostatnie słowa wypowiedział już półszeptem i zasnął, chrapiąc cichutko.
Per aspera ad astra...

Wróć do „Filmy/TV”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość