[Half Life] Wszystkie życia świata

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

[Half Life] Wszystkie życia świata

Postautor: Vampircia » 25 sie 2019, 20:35

Po długiej przerwie powracam nieśmiało z fikiem, więc nie owijając w bawełnę...

tytuł: Wszystkie życia świata
fandom: Half Life
ostrzeżenia: to co zwykle, czyli przemoc, wulgarny język i marysuizm
opis: Takie trochę uzupełnienie, trochę alternatywna wersja. Poznajemy bohaterów, którzy zostają uwikłani w monumentalny plan, mogący ocalić ludzkość przed istotami z innego wymiaru, które przejęły władzę nad planetą.
status: w trakcie
Obrazek

Rozdział I

31 maja, 2003

Wojna siedmiogodzinna niedawno się zakończyła, a jednak nie sposób było wyzbyć się uczucia, jakby od tego czasu zdążyły upłynąć miesiące. Świat pogrążył się w chaosie i zdawał się kompletnie innym miejscem, niż jeszcze kilka dni temu. Wszystkie problemy, które niegdyś uchodziły za poważne i naglące, teraz mogły co najwyżej przypominać o beztroskiej normalności, niestety zastąpionej pierwotnym instynktem przetrwania.
Najbliższe duże miasto dawało nadzieję na azyl, być może złudną, ale nic więcej już nie pozostało. Mira to rozumiała, choć miała dopiero dwanaście lat. Wiedziała, że może już być za późno, że ostatnie bezpieczne miejsce w zasięgu będzie już zamknięte, ale matka nigdy nie pozwalała jej tracić wiary. Tak było przy stracie ojca i w ten sam sposób dodawała jej otuchy teraz. Mówiła o sile i woli przetrwania, ale Mira przestawała słuchać, pogrążona we własnych myślach. Może świat właśnie się skończył? Może należało przygotować się na najgorsze? Tylko w jaki sposób? Widmo śmierci było zbyt przerażające, by tak po prostu pogodzić się z losem.
Oprócz Miry i jej matki Nadii w samochodzie znajdowało się jeszcze kilka innych osób. Jakaś przeciętna rodzina z dwójką dzieci, jakaś ruda kobieta, jakiś wąsaty kierowca... Wszyscy zdawali się po prostu „jacyś”, czyli kompletnie anonimowi i bez znaczenia, bo Mira ich nawet nie znała i nie do końca wiedziała, w jaki sposób wszyscy trafili do jednego samochodu. Matka chyba zapłaciła kierowcy terenówki, żeby je wziął ze sobą, bo wszystkie główne drogi dojazdowe do miast i tak stały się nieprzejezdne. Podróż przez lasy i pola prawdopodobnie była najrozsądniejszym rozwiązaniem, choć do wygodnych nie należała. Nikt jednak nie narzekał, bo obecny dyskomfort zdawał się niewielką ceną w zamian za możliwość przeżycia. W zasadzie zachodziła niewielka interakcja między pasażerami i wyglądało na to, że każdy koncentrował swoje myśli tylko na tym, żeby mieć już wszystko za sobą.
Nagle samochód zatrzymał się, choć głośny ryk silnika sugerował, że kierowca wciska gaz do dechy. Niestety pojazd nie ruszył się ani na centymetr, a w powietrzu wręcz dało wyczuć się niepokój i trwogę pasażerów.
- Wysiadka! - rozkazał zirytowany kierowca, nawet nie siląc się na choćby odrobinę delikatności.
Polną drogę otaczał iglasty las. Przyjemna pogoda, zapach zieleni i śpiew ptaków w normalnych okolicznościach nastrajałyby pozytywnie, ale w obecnej sytuacji nikt nie miał ochoty na obcowanie z przyrodą. To nie była agorafobia lecz w pełni uzasadniony lęk o własne życie, bo nie istniał już ani jeden skrawek dziewiczego terenu bezpieczny dla człowieka.
Po niedawnych ulewach ziemia przesiąkła wodą i pojazd utknął w błocie, niezdolny do ruszenia pod spore wzniesienie, mimo że pchało go aż pięć osób. Ominięcie pagórka nie wchodziło w grę, bo było to w zasadzie jedyne miejsce, w którym zarośla przerzedzały się na tyle, by móc przejechać. Rozważano też możliwość zawrócenia i znalezienia innej drogi, ale póki co, nikt nie chciał aż tak bardzo przeciągać podróży.
- Gdyby tak podłożyć pod koła coś twardego... - stęknął ojciec dwójki dzieci – Może by ruszyło...
- Przed chwilą mijaliśmy jakąś wieś... Może uda się znaleźć kawałek deski – zauważył Nadia, robiąc przerwę na małe odsapnięcie.
Decyzja nie zapadła od razu. Owładnięci desperacją ludzie przez kilka minut próbowali jeszcze swoich sił przy pchaniu samochodu, ale ktoś w końcu musiał podjąć decyzję. Wąsaty kierowca opuścił pojazd, podszedł do bagażnika i wyjął z niego strzelbę.
- Załatwmy to szybko – mruknął.
- My zostajemy w aucie. Nie będę narażać swoich synków – jęknęła kobieta, będąca niemalże na skraju histerii. - Jasio ma pięć lat, a młodszy Zdzisio...
- Jak tam chcecie! - kierowca nawet nie dał kobiecie dokończyć. - Beze mnie i tak nie odjedziecie. - Wyjął kluczyki ze stacyjki i schował do kieszeni dżinsów.
Mira wraz z dwoma ochotniczkami ruszyła za mężczyzną. Przez całą drogę mocno ściskała dłoń matki, nie mogąc uwierzyć, że jeszcze do niedawna uznałaby to za zbyt dziecinne. Teraz ta szczupła, złotowłosa kobieta, z którą wcześniej zdarzało jej się kłócić, była dla niej całym światem. W tej chwili Mira ufała jej bezgranicznie i traktowała jak swą jedyną obrończynię, choć tak naprawdę obie mogły liczyć jedynie na łut szczęścia.
Wioska kompletnie opustoszała i panowała w niej przerażająca wręcz cisza, nie licząc wiatru, na którym łopotało wciąż suszące się pranie. Zaplamione krwią.
Wszyscy szli powolutku, praktycznie na palcach, kierowca na przedzie, a Mira z matką na końcu. Dziewczyna czuła jak serce podchodzi jej ze strachu do gardła, choć póki co we wsi panował przedziwny spokój.
- Patrzcie, sklep – zauważyła ruda kobieta z lekkim podekscytowaniem. - Może uda się tam znaleźć coś przydatnego. - Przyspieszyła nieco kroku.
- Ostrożnie... - rzucił kierowca i trzymając broń w gotowości podążył za swą pasażerką, podobnie jak Nadia z córką.
Ruda chwyciła za klamkę, wzięła głęboki wdech i jedynie uchyliła delikatnie drzwi. Zajrzała do środka przez szparę i spojrzała na pozostałych z zapewnieniem, że można iść dalej. Bardzo powoli wsunęła się do środka i momentalnie zamarła, ledwo przekroczywszy próg. Na podłodze w alejce leżały zakrwawione zwłoki i, co gorsza, to samo w sobie nie było najbardziej przerażające. Właściwie każdemu krew odpłynęła z twarzy na widok przypominającej kraba mięsistej istoty, która wchłonęła całą głowę trupa.
- Mamo, wrac...
Nim Mira zdążyła skończyć zdanie, zwłoki nagle ożyły i rzuciły się na przerażoną rudą kobietę. Kierowca wystrzelił. Nieumarły dostał w korpus i padł. Wszystkim ulżyło. Na ułamek sekundy. W jednej chwili istota zeskoczyła z głowy umarlaka i rzuciła się na twarz kobiety tak szybo, że nikt nawet nie zdążył zareagować, zanim było już za późno.
Wrzask, chaos, przerażenie – nie zostało nic więcej. Cała trójka wypadła ze sklepu w popłochu, pchana jedynie instynktem przetrwania. Szybko jednak musieli zrobić zwrot, bo zza rogu wyłoniło się kilku innych zombie, sterowanych przez te same krabopodobne stwory. Padły strzały, ale Mira nawet nie oglądała się za siebie, ciągnięta za rękę przez swoją matkę. Obie wbiegły do sporej stodoły. Po chwili w środku pojawił się również mężczyzna i zamknął drzwi na skobel. Pospiesznie rozejrzał się dookoła.
- Deska... deska... tu musi być jakaś deska... - mamrotał, krążąc po stodole. - Ha! - rzucił się na wypatrzoną zdobycz. Szybko jednak stracił grunt pod nogami.
W ułamku sekundy tajemnicza macka pochwyciła mężczyznę i wciągnęła w żarłoczną gardziel zwisającą z sufitu. Kierowca nie zdążył nawet przeładować broni. Szamocząc się i krzycząc trafił prosto w paszczę potwora. Kobieta z córką nie mogły zrobić absolutnie nic, jedynie patrzeć jak na ich oczach człowiek zostaje pożarty żywcem. Przez moment żadna z ocalałych nie była nawet wstanie drgnąć. Po tym jak stwór wypluł to, co mu nie smakowało, Nadia potrzebowała chwili aby się pozbierać i zacząć racjonalnie myśleć. Znalazła kij i przysunęła nim do siebie zakrwawione kluczyki, strzelbę oraz deskę. Gdzieś obok walała się jeszcze nadgryziona para butów i pasek.
- Trzymaj! – Kobieta podała córce drewno, sama zaś schowała kluczyki do kieszeni i przeładowała broń.
- Używałaś tego kiedykolwiek? - pisnęła dziewczyna.
- Może ze dwa razy... Ważne, żeby celować w to coś na głowie, a nie w korpus.
Kobietę najwyraźniej ogarnął bojowy nastrój, bo wzięła głęboki wdech, zdjęła skobel, kopnęła drzwi... i ku swej uldze stwierdziła, że droga wolna.
- Idziemy! - zarządziła zdecydowanym głosem.


Na wzniesienie matka z córką dotarły biegiem, nie bacząc ani na zmęczenie, ani na odwodnienie, gdyż adrenalina robiła swoje. Teraz liczyło się tylko jak najszybsze dotarcie do cywilizacji i obecnie żadne zbędne myśli nie zaprzątały im głowy. Nawet śmierć towarzyszy nie miała w tym momencie większego znaczenia. Ich życia ocalić się już nie dało, więc należało zadbać o swoje własne i najbliższych osób. Inne priorytety nie istniały.
Samochód był już blisko i choć wciąż nie istniała gwarancja, że uda się nim opuścić to przeklęte wzgórze, zarówno matka jak i córka poczuły w sobie kolejne pokłady energii i niemalże euforyczne poczucie ulgi. Powróciła nadzieja na szczęśliwe zakończenie tej podróży, choć nie było to do końca właściwe słowo na określenie gehenny, którą przeszły.
Nadia na moment jeszcze bardziej przyspieszyła kroku, ale po chwili gwałtownie się zatrzymała i pokazała córce dłonią, by ta zrobiła to samo. Początkowo z lekkim zmieszaniem, następnie z coraz większym niepokojem Mira obserwowała, jak jej matka powoli zbliża się do pojazdu, kurczowo zaciskając dłoń na broni, i obchodzi go dookoła. Sądząc po jej wyrazie twarzy coś było bardzo nie tak i gdy Mira stanęła pod odpowiednim kątem, zdała sobie w pełni sprawę, że radość okazała się przedwczesna. Zlał ją zimny pot i niemalże zwymiotowała na widok rozwleczonych kawałków ciał, tworzących jakby łańcuch od siedzeń pasażerów aż do pobliskich zarośli. Coś musiało dosłownie staranować drzwi i wyszarpać nieszczęśników ze środka. Ich zwłoki były tak świeże, że bez problemu dało się zidentyfikować, który zakrwawiony kawałek należał do kogo. Nawet w najśmielszych snach Mira nie przypuszczała, że może w życiu zobaczyć coś bardziej makabrycznego.
Wydawałoby się, że większego strachu czuć się już nie da, ale gdy coś zaszeleściło w krzakach, dziewczyna pomyślała, że jej serce dosłownie eksploduje, zanim zdąży ją dopaść cokolwiek innego. Wrzasnęła, gdy zza krzaków wyskoczył głowokrab. Na szczęście Nadia zachowała trzeźwość umysłu. Wystrzeliła raz, lecz z niebywałą precyzją. Stwór padł i już się nie poruszył. Matka rzuciła córce uspokajające spojrzenie, nie kryjąc dumy i poczucia ulgi. Jak zwykle była to chwila niebywale ulotna.
- Mamo!!! - krzyknęła Mira.
Coś znacznie potężniejszego od głowokraba wyskoczyło z zarośli. Miało dwie nogi, ogon, skórę jak u płaza i macki zamiast pyska. Masywne i wysokie na mniej więcej metr, powaliło Nadię, nim ta zdążyła wystrzelić. Trysnęła krew. Wtedy w umyśle Miry coś zaskoczyło. Mogła stać, wrzeszczeć i czekać na nieuchronną śmierć, ale instynkt samozachowawczy wziął nad nią górę i po prostu rzuciła się do ucieczki. Istota była na tyle zajęta pożeraniem jej matki, że dziewczyna miała wystarczająco czasu, by oddalić się na bezpieczną odległość. Strach jednak okazał się tak silny, że nawet gdy zniknęła monstrum z pola widzenia, biegła dalej, na oślep. Nie zważała na kaleczące ją krzewy i gałęzie. Gnała przed siebie, aż znalazła się po drugiej stronie wzgórza. Tu również było stromo i ślisko. Tak bardzo, że w pewnym momencie Mira straciła grunt pod nogami i sturlała się w dół, aż wylądowała na płaskim podłożu. Jej dwunastoletni organizm nie dawał już rady, a pokłady adrenaliny się wyczerpały. Dziewczyna nie potrafiła dłużej walczyć z uczuciem osłabienia i straciła przytomność.


Wszystkie niedawne wydarzenia przez moment zdawały się jedynie odchodzącym w niebyt snem. Świadomość powracała, a wraz z nią wrażenie ciepła, bezpieczeństwa i zwykłej codzienności. Mira przytuliła się do poduszki, marząc o tym, by zostać w łóżku trochę dłużej, ale czuła, że mama zaraz każe jej wstawać i iść do szkoły. Ziewnęła i uchyliła lekko powieki. Coś było nie tak. Okno znajdowało się po niewłaściwej stronie.
Chwila olśnienia przyszła gwałtownie. Dziewczyna poderwała się i usiadła w ewidentnie nie swoim łóżku. Dopiero teraz poczuła jaka jest obolała. Spojrzała na swoje ręce i dotknęła twarzy. Zauważyła, że ktoś opatrzył jej rany i przebrał w ewidentnie za dużą piżamę.
Na przeciwko łóżka, na tle starej tapety w kwiatki, wisiało równie sędziwe lustro. Mira wstała i podeszła do niego, przyglądając się swemu odbiciu. Była nieco podrapana i posiniaczona, ale o dziwo jej blond warkocz wciąż się trzymał. Warkocz zapleciony przez mamę... To był moment, kiedy cała świadomość tego, co się wydarzyło uderzyła z pełną siłą. Mira zaczęła się trząść, w jej oczach pojawiły się łzy i czuła, że zaraz doszczętnie straci panowanie nad swoimi emocjami. Dźwięk otwieranych drzwi wybił ją jednak z transu.
- Och... ocknęłaś się. To dobrze. - Do środka weszła niska, czarnowłosa kobieta o podkrążonych oczach i zapadniętych policzkach. - Przyniosłam ci coś do jedzenia i picia. - Postawiła na stole szklankę wody oraz talerz z kanapką.
Dopiero teraz Mira uświadomiła sobie jak bardzo zaschło jej w ustaw. Chwyciła szklankę i wypiła całą zawartość duszkiem. Głodu jednak nie czuła wcale.
- Jesteś Mira, prawda? - Kobieta podeszła do komody i wyjęła papierosa z szuflady. - Znaleźliśmy dokumenty w twoim plecaku.
Dziewczyna niepewnie przytaknęła. Na chwilę uczucie zmieszania wyparło wszelkie pozostałe emocje.
- Mam na imię Anna. Mój syn Emir użyczył ci piżamy. Macie podobnie brzmiące imiona, więc uznam to za dobry omen. Emir, chodź się przywitać! - krzyknęła kobieta i zaciągnęła się papierosem.
Z korytarza na moment wyłonił się chłopak o ciemnej karnacji i czarnych, sterczących włosach. Był może parę lat starszy od Miry i wyglądał na równie zakłopotanego i spłoszonego, co ona. Uśmiechnął się niepewnie i zniknął równie szybko, co się pojawił.
- Wybacz mu, każdy z nas jest teraz jednym wielkim kłębkiem nerwów. Najważniejsze, że jesteś już bezpieczna. Mój mąż jest majorem i akurat wracał z patrolem, gdy cię znalazł. Potraktuj to jako szczęśliwy znak. Szczęśliwe znaki są ważne. Może jesteś w czepku urodzona. - Za każdym razem, gdy Anna podnosiła papierosa, jej ręce się trzęsły. - Tak. Wszyscy jesteśmy już bezpieczni i tego się trzymajmy. To najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Administrator nas ochroni. Dogadali się, więc będzie dobrze. - Kobieta mówiła bardziej do siebie niż do dziewczyny.
Co ciekawe Anna nieszczególnie interesowała się przeszłością Miry i tym, jak dziewczyna w ogóle znalazła się nieprzytomna pośrodku niczego. Tak jakby to, co się przytrafiło było aż nazbyt oczywiste i powszechne. A biorąc pod uwagę fakt, że Anna sama wyglądała na osobę w kiepskim stanie psychicznym, raczej nie sprawiała wrażenia dobrego materiału na wsparcie duchowe.
Mira wciąż była zbyt roztrzęsiona i zdruzgotana by odezwać się choćby słowem, ale podeszła z ciekawości do okna i spojrzała przed siebie. Musiała się znajdować na wysokim piętrze, bo roztaczał się stąd widok na panoramę miasta. I jakiż był to widok? Najbardziej surrealistyczny, jaki w życiu widziała. Stara część miasta wyglądała normalnie, ale ponad tradycyjną, wschodnioeuropejską zabudową latały wehikuły nie z tego świata, statki powietrzne o przedziwnych kształtach, które nie do końca przypominały maszyny, a raczej wielkie, fantazyjne owady o metalicznej, świetlistej obudowie. Mira nawet nie wiedziała, czy powinna się bać, czy czuć się bezpiecznie na ich widok. Było w nich coś pięknego i niepokojącego zarazem. A pośrodku wyburzonej części miasta powstawały fundamenty czegoś jeszcze bardziej obcego i to w zawrotnym tempie. Ciężko było na razie określić docelowy kształt budowli, ale bez wątpienia nie pochodziło to ani z tej planety, ani nawet z tego wszechświata.
- Cokolwiek to jest, mam nadzieję, że ma lepsze zamiary od reszty tego ścierwa, co do nas przylazło – Kobieta nerwowo zgasiła papierosa. - Będzie dobrze... Administrator się dogadał. Cóż... jak nie możesz z kimś wygrać, to się do niego przyłącz... czy jakoś tak. Emir, bądź tak dobry i nalej mi wódki! - krzyknęła, wychodząc z pokoju.
Dziewczyna została sam na sam ze swoimi myślami. W strachu, szoku i przygnębieniu gapiła się w dal pustym wzrokiem, coraz bardziej uświadamiając sobie, że dawna ona umarła wraz z innymi w tamtym lesie, a na jej miejscu pojawił się ktoś zupełnie inny. Nowa Mira na kompletnie nowej Ziemi.


5 marca, 2023

Emir nie mógł wyjść ze zdziwienia jak niewiele zmieniło się jego dawne mieszkanie przez ostatnie lata. Może brakowało tapety w kwiatki i zrobiło się nieco bardziej minimalistycznie, co upodabniało je do każdego innego lokalu w Mieście 17 (oraz każdym innym), ale w gruncie rzeczy przypominało mocno to, co zapamiętał z czasów sprzed burzy portali. Nawet zepsuty zegar stał dokładnie w tym samym miejscu na półce, co przy ostatniej wizycie trzy lata temu. Wciąż pokazywał tę samą godzinę, zupełnie jakby czas się zatrzymał. I coś w tym zresztą było, bo od samego początku rządów Kombinatu, każdy dzień zdawał się z grubsza identyczny. Jak w niekończącej się pętli.
- Emir, bądź tak dobry i nalej mi wódki – padły znajome słowa.
Nawet matka nic się nie zmieniła od ostatniej wizyty mężczyzny. Może nieco schudła, a jej włosy posiwiały jeszcze bardziej, jednak jej oczy wyglądały na równie puste, co kiedyś. Z lubością zaciągnęła się papierosem.
- Skąd masz wódkę i fajki? - spytał Emir, spełniając życzenie matki i napełniając jej szklankę wodą ognistą, bez większego zastanowienia.
- Mira przynosi. Ostatnio przynosi wiele rzeczy. Żywność nie z dystrybutora, kosmetyki, leki, sprzęt AGD... Raz nawet przyniosła oryginalnego Picassa, ale go schowałam, bo nie chciałam, żeby ludzie zaczęli gadać... - Anna wypiła zawartość szklanki duszkiem. - Lepiej miej na nią oko. Pamiętasz jak ojciec awansował i zaczął znosić do domu różne rzeczy?
- Zniknął po kilku miesiącach.
- Dokładnie!
- No cóż... - Emir westchnął i wstał. - I tak się właśnie do niej wybierałem. - Spojrzał jeszcze przez okno.
Może mieszkanie dużo się zmieniło, ale panorama miasta była zupełnie inna niż dwadzieścia lat temu. Cytadela Kombinatu górowała nad każdą inną budowlą w mieście, przywołując na myśl wieżę Saurona ze znanej powieści. Tyle, że tutaj Sauron pochodził innego wszechświata, a zamiast magii dysponował zaawansowaną technologią. Niestety w przeciwieństwie do wieży z książki, ta strzelista konstrukcja była aż nazbyt realna.
Emir pożegnał się z matką. Gdy wyszedł na ulicę zdał sobie sprawę, że godzina jeszcze młoda, postanowił więc, że przejdzie się do Miry piechotą. Miasto 17 przypominało jeden wielki, ponury i bezbarwny moloch. No może nie do końca bezbarwny, bo na niektórych kamienicach zachowało się nieco wyblakłej farby, a gdzieniegdzie dało się nawet zauważyć pozostałości starych szyldów dawno już pozamykanych interesów. Nie zmieniało to faktu, że miasto do urokliwych nie należało, ale mimo to mężczyzna czuł się zadziwiająco lekko i błogo. Może to przez to, że promienie słońca przyjemnie ogrzewały jego twarz, a może dlatego, że wreszcie miał spotkać się z Mirą po jego trzyletniej nieobecności. Nie przeszkadzały mu nawet wszechobecne skanery Kombinatu, z których jeden najwyraźniej go sobie upatrzył, bo nie przestawał za nim podążać. Po tylu latach dało się do tego przyzwyczaić i czasem Emira bawiło, że nawet będąc protektorem podlegał regularnej inwigilacji. Najwyraźniej Kombinat nie ufał nikomu. Z drugiej strony skąd skanery wiedziały, kogo sobie obrać za cel, skoro każdy wyglądał tak samo? Czy to szary obywatel, czy protektor w cywilu, każdy nosił ten sam paskudny, granatowy uniform mieszkańca, z nadrukowanym numerem miasta. No właśnie, każdy? Emir trochę zgłupiał, gdy na balkonie jednego z pobliskich budynków ujrzał mężczyznę w szaroniebieskim garniturze. Z tej odległości nie dało się dobrze dostrzec szczegółów jego twarzy, ale protektor mógłby przysiąc, że nieznajomy uważnie się w niego wpatruje. Z jakiegoś powodu Emir nie umiał zignorować tego z pozoru niewinnego widoku. Zastanawiał się kim był tajemniczy mężczyzna i co skrywała trzymana przez niego teczka. Sam wpatrywał się w nieznajomego przez moment i mógłby przysiąc, że ich spojrzenia spotkały się. Nie na długo jednak, gdyż mężczyzna w garniturze nagle odwrócił się i zniknął we wnętrzu budynku. Choć rozsądek podpowiadał Emirowi, że to tylko nieistotne zdarzenie, o którym należy zapomnieć, z jakiegoś powodu przez resztą drogi czuł dziwny niepokój.


Przyzwyczajenia łatwo nie znikają, dlatego Emir zapukał dokładnie trzy razy w określonych odstępach czasu, oznajmiając tym prostym szyfrem, że pod drzwiami stoi nikt inny, jak właśnie on. Gdy tylko został wpuszczony do środka, doznał niemałego zaskoczenia. Mira stała przed nim ubrana w czarną, obcisłą sukienkę. W gruncie rzeczy bardzo skromną, ale jednak Emir nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział kobietę w czymś innym niż uniform. Być może wielu nie uznałoby Miry za piękną. Jej ramiona zdawały się trochę za szerokie na tak kobiecy strój, nos miała nieco skrzywiony po niejednym złamaniu, a usta wąskie i mało wyraziste, a jednak przez trzy lata swej nieobecności Emir za niczym tak bardzo nie tęsknił, jak za widokiem tej twarzy. Do tego ten złoty warkocz upięty w kok... czego by nie mówić, dla niego Mira wyglądała posągowo.
- Będziesz tak stać i się gapić, czy mnie wreszcie uściskać? – zachichotała kobieta.
Mężczyzna się zreflektował i porządnie przytulił koleżankę. Choć Mira do niskich nie należała, Emir był człowiekiem o tak potężnej posturze, że musiał się schylić, by kobieta mogła cmoknąć go w policzek.
- Przepraszam, że jestem trochę za wcześnie – powiedział.
- Nic nie szkodzi. Będziemy mieć więcej czasu na pogaduchy.
- A... jeszcze mam dla ciebie prezent. - Emir wręczył koleżance małą paczkę.
Gdy Mira rozpakowała upominek, jej oczom ukazała się książka. Stare wydanie, ale to nie miało żadnego znaczenia.
- „Hobbit”? - ucieszyła się. - Nigdy nie zapominasz, co?
- Powiedzmy, że szczęśliwie wpadła mi do rąk.
Mira schowała książkę do szuflady i zaprosiła przyjaciela do stołu. Kilka dodatkowych nakryć sugerowało, że miał zjawić się ktoś jeszcze. Pewnie starzy znajomi, za którymi Emir również tęsknił. W końcu miało to być swoiste przyjęcie powitalne.
- Napijesz się herbaty? Mam prawdziwy samowar – zaproponowała kobieta, nie kryjąc dumy.
- Jasne.
Nawet zastawa, którą podała Mira wyglądała wyjątkowo, prawdopodobnie ręcznie malowana. Zaś herbata smakowała tak, jak Emir pamiętał sprzed lat. Zarówno on jak i jego koleżanka już wcześniej mogli pozwolić sobie na nieco więcej niż szary obywatel, ale jednak tym razem mężczyzna zrobił się odrobinę podejrzliwy.
- Coś chyba mnie ominęło – stwierdził, odkładając pustą filiżankę. Był tak zmieszany, że praktycznie wypił herbatę duszkiem.
- Nic, czego nie dałoby się nadrobić. - Mira wstała i dolała przyjacielowi herbaty. - Nie jestem już protektorką. Ciężko pracowałam pod twoją nieobecność, ale się opłaciło. Zostałam pierwszą aspirującą – oznajmiła z uśmiechem.
Przez moment Emir wpatrywał się w kobietę z lekkim niedowierzaniem, ale zachował spokój.
- Pamiętasz jak mój tata awansował? - rzucił niepewnie.
Mira nie zdawała się być ani trochę zaskoczona jego reakcją.
- To było dawno, Emir. Ty może tego nie dostrzegasz, ale czasy się zmieniają, a my musimy się zmieniać wraz z nimi, jeśli nasze życie ma mieć jakikolwiek sens.
Zegar na ścianie wybił godzinę szóstą. Choć wyglądał staroświecko, ten akurat działał bez zarzutu.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Half Life] Wszystkie życia świata

Postautor: Vampircia » 31 sie 2019, 17:06

Rozdział II

Mimo restrykcyjnego prawa, narzuconego przez rządy Kombinatu, życie w Mieście 17 nie było aż tak bezbarwne, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Nawet najbardziej rygorystyczny system nie wygrałby z ludzką pomysłowością, więc czarny rynek kwitł, a przy odrobinie sprytu nawet najprzeciętniejszy mieszkaniec był w stanie nabywać pewne dobra z minionej epoki. Naturalnie Emir i jego towarzystwo znajdowali się nawet w lepszej sytuacji, bo niejednokrotnie owe dobra rekwirowali, niekiedy z zyskiem dla siebie samych, przez co często przeróżne przedmioty trafiały z powrotem w obieg i koło się zamykało. Zdarzało się też, że protektorzy zachowywali niektóre fanty dla siebie, przy cichym przyzwoleniu Kombinatu, który oferował różnorakie przywileje w zamian za ślepe posłuszeństwo. Najwyraźniej Mira mocno się wkradła w łaski swoich pracodawców, bo nie brakowało u niej niczego. Najlepszej jakości bimber, stół zastawiony smakołykami i Eurobiznes, który okazał się gwoździem programu tego wieczoru.
W sumie na kameralnej imprezie znajdowało się pięć osób i w takim właśnie składzie toczyła się rozgrywka. Mira naturalnie nie omieszkała zaprosić Liwii, która od dawna uchodziła za jej najlepszą przyjaciółkę. Ta drobna dziewczyna o krótkich, mysich włosach zawsze trzymała się blisko niej. Mira traktowała ją trochę jak młodszą siostrę, zarówno w tym dobrym, jak i złym sensie. Czasem wspierała i chroniła, a czasem się nią wyręczała. Nie zmieniało to jednak faktu, że Liwia sporo Mirze zawdzięczała i poszłaby za nią nawet w ogień.
Trochę bardziej intrygowała Emira obecność Laszlo, który nigdy nie był częścią „paczki”, ale najwyraźniej trzy lata to długi okres i trochę się pozmieniało. Laszlo zawsze golił głowę na zero, czego nie można było powiedzieć o jego zaroście. Nie należał do bardzo postawnych, ale braki w tężyźnie fizycznej nadrabiał błyskotliwością. W gruncie rzeczy był dość sympatyczny, ale jakoś on i Emir nigdy wcześniej dużo czasu ze sobą nie spędzali.
Został jeszcze Wasilij. Małomówny typ, posturą dorównujący Emirowi, choć była to zdecydowanie jedyna cecha wyglądu, która ich łączyła. Miał urodę Skandynawa, jasną karnację, niebieskie oczy oraz krótkie blond włosy. Mimo, że rzadko się odzywał, akurat jego Emir zawsze uważał za przyjaciela. Gdzie się jednak podziali pozostali, dawni znajomi? O to chyba póki co nie wypadało pytać.
- Jestem ciekawa, jakby ta gra wyglądała, gdyby powstała teraz – rzuciła od niechcenia Liwia, przesuwając pionkiem po planszy.
- Byłoby na niej dużo numerów – zaśmiała się Mira, po czy, wstała i dolała wszystkim bimbru. Każdy wychylił po kieliszku. Trunek wszedł jak złoto.
- Miałaś rację, dobre... - Laszlo otarł wargi. - Wracając do twojego pytania, Liw, to myślę, że taka gra miałaby spory potencjał. Zamiast domków budowałoby się bazy Komibnatu.
- Albo kapsuły z głowokrabami w Ravenholm. - Emirowi również udzieliło się pokrętne poczucie humoru.
- Zamiast planszy „więzienie” byłoby „Nova Prospekt” - dodała Liwia, segregując swoje fikcyjne banknoty.
- Po prostu grajcie! - przemówił w końcu Wasilij, nie kryjąc irytacji. Najwyraźniej ręka go świerzbiła, a właśnie miała być jego kolej.
Kiedy mówi się niewiele, każde słowo nabiera niesamowitej siły, przez co jedno zdanie wypowiedziane przez Wasilija sprawiło, że każdy momentalnie zamilkł i przez pewien czas gra była jedynym, na czym swą uwagę skupiało towarzystwo.
- Więc... - w końcu Mira niepewnie odezwała się do swego najbliższego przyjaciela. - Opowiesz nam coś o swoim pobycie w Mieście 13?
- Jest tam dokładnie tak samo, jak tutaj – westchnął Emir, rzucając kośćmi.
- To po co cię tam wysłali? - wcięła się Liwia.
- Prowadziłem szkolenia.
Ku zdziwieniu mężczyzny, Mira zareagowała uśmiechem satysfakcji na jego, jakby na to nie patrzeć, dość banalne słowa.
- Skoro muszą sobie sprowadzać typa z innego miasta, żeby ich uczył jak poprawnie rewidować i spuszczać wpierdol, to znaczy, że albo poziom zszedł na psy, albo są pod wrażeniem twoich umiejętności. - Kobieta oderwała się na moment od gry i spojrzała przyjacielowi prosto w oczy. Coś niepokojącego kryło się w jej wzroku. - Znam cię i myślę, że chodzi o to drugie. I bardzo, ale to bardzo liczyłam na to, że uda mi się cię zwerbować do swojej drużyny. A przy takich osiągnięciach twoja kandydatura na pewno zostanie zaaprobowana. Jeszcze w tym tygodniu napiszę cię rekomendację.
- Zaraz, zaraz... drużyny? Masz drużynę? - zdziwił się Emir.
Mira już niejednokrotnie go zaskakiwała, ale tym razem kompletnie zgłupiał. Cokolwiek wyczyniała pod jego nieobecność, musiało to bardzo przypaść do gustu jej mocodawcom, bo mało kto cieszył się takim zaufaniem, by mieć jakikolwiek głos w kwestiach rekrutacji.
- Jest pierwszą aspirującą, młotku. - Liwię cała sytuacja wręcz zaczynała bawić. - Żebyś ty widział, jaką akcję wymyśliła. Administrator osobiście wręczył jej jebany medal...
- Cicho bądź! - Mira gwałtownie ucięła słowotok koleżanki. Wyraźnie się zdenerwowała i wyglądało na to, że nie wszystkim ma ochotę się chwalić ze swoich poczynań.
Liwia potulnie zwiesiła głowę, zaś Emir postanowił nie drążyć temu, bo czuł, że tylko niepotrzebnie zepsułby atmosferę. W końcu to miało być spotkanie towarzyskie, czyli domyślnie coś przyjemnego.
- Rozumiem, że was również zwerbowała? - spojrzał na swych kompanów z lekką podejrzliwością.
Jak zwykle Wasilij nie powiedział nic, ale po latach znajomości Emir umiał wyczytać słowo „tak” z samego jego spojrzenia. Liwia jedynie nieśmiało pokiwała głową.
- Robota na lepszych warunkach – dorzucił jeszcze Laszlo ze spokojem.
Nastawienie Emira do całej tej sprawy było zdecydowanie bardziej sceptyczne. Swoje widział, swoje słyszał i istniały granice tego, co zdołałby poświęcić za garść przywilejów. Ale wiedział, że ludzie są różni. Był całkowicie świadom, faktu że Mira od dawna chciała się dostać do Elity i brnęła do celu po trupach. Dosłownie. Ale mimo to nie wyobrażał sobie, by cokolwiek mogło zniszczyć ich przyjaźń. Czasem wręcz przerażał go jego własny brak krytycyzmu wobec przyjaciółki, ale po prostu nie umiał jej znienawidzić. Może dlatego, że znał ją lepiej, niż ktokolwiek inny i w głębi duszy tak naprawdę wiedział, co leży jej na sercu.
- Zastanowię się – odparł. Nie chciał teraz robić kobiecie przykrości, choć znał już swą ostateczną decyzję.


Emir opuścił imprezę z mieszanymi uczuciami. Cieszył się, że spotkał się z Mirą oraz paroma innymi osobami. Wspaniale było móc razem stworzyć namiastkę normalności, chociaż na chwilę. Jednak z drugiej strony poczuł się nieco wykorzystany. A przynajmniej odnosił wrażenie, że Mira próbuje go użyć do własnych rozgrywek, podobnie jak pozostałych. Nic dziwnego, że odcięła się od części dawnych znajomych. Pewnie w jej oczach uchodzili już za niegodnych jej uwagi. A może zbyt surowo ją oceniał? Może rzeczywiście chciała dla niego jak najlepiej, rozumiejąc to w trochę inny sposób niż on? Miał jej wiele do zarzucenia, ale jedno musiał przyznać: nigdy jeszcze się od niego nie odwróciła i nigdy nie zdradziła jego zaufania.
Pogoda zmieniła się na gorsze. Było dość zimno i zaczynało padać. Emir stanął na podwórku i w świetle latarni zastanawiał się przez moment, czy nie wrócić się, by pożyczyć parasol.
- Mam panu do przekazania ważną przesyłkę, panie Piticz. - Niespodziewanie padły słowa, przez które Emir prawie wyskoczył ze skóry.
Odwrócił się gwałtownie i ujrzał przed sobą mężczyznę z teczką, tego samego, którego widział wcześniej na balkonie. Nieznajomy praktycznie wyrósł jak spod ziemi i protektor przez moment nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Jedynie gapił się w szczupłą, bladą twarz i zielone oczy, które prawie drążyły w nim dziurę.
- Powiedziano mi, że jest pan na tyle rozgarnięty, by wiedzieć, co z tym zrobić – dodał dziwny jegomość, ignorując zdziwienie Emira i wręczył mu coś zawiniętego w szary papier.
Chyba nikt ich nie obserwował, ale odruchowo protektor szybko schował przedmiot za koszulę. Zaś nieznajomy, bez dalszych wyjaśnień, odwrócił się i wszedł do kamienicy.
- Czekaj... - Emir zreflektował się i ruszył za mężczyzną, ale gdy otworzył drzwi na klatkę schodową, w środku nie było już nikogo.


Mira usiadła na łóżku z książką w rękach i z nostalgicznym uśmiechem spojrzała na kolorową okładkę. Niezbyt nową, ale w całkiem dobrym stanie. Otworzyła na pierwszym rozdziale i przeczytała początek: „W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, to znaczy: nora z wygodami.” Kobieta wzruszyła się niemalże do łez i od razu zrobiło jej się cieplej na duszy. Powracały wspomnienia dawnych czasów, szczęśliwego dzieciństwa, beztroskiego życia. Kochany Emir, tak dobrze ją znał, tak doskonale wiedział, czego jej potrzeba. Czasami zastanawiała się, jak to możliwe, że był jej tak wierny, że wciąż się z nią przyjaźnił. Czy odwróciłby się od niej, gdyby wiedział o wszystkim, co robiła pod jego nieobecność? Ryzykowała tak wiele swymi ambicjami, a jednak czuła, że to jedyny sposób, by przetrwać w tym świecie.
Na kartkę spadła łza. Mira szybko otarła oczy, starając się opanować swój potok myśli. Zbyt wiele emocji zaczęło wypływać na powierzchnię, a to nigdy nie był dobry znak. Jeśli istniało cokolwiek, czego Mira przenigdy nie zamierzała okazywać, to słabość. Nie chciała się do niej przyznawać nawet przed samą sobą.
Zadzwonił telefon. Kobieta westchnęła i chwyciła za słuchawkę.
- Halo? - rzuciła od niechcenia, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Masz ten prezent, który ci dzisiaj dałem? - Sądząc po głosie, Emir był czymś mocno poruszony i zaniepokojony.
- Tak, właśnie go trzymam – odparła Mira, zdziwiona, że przyjaciel dzwoni do niej o tej porze i pyta o takie rzeczy.
Nastała chwila ciszy i przez moment kobieta zastanawiała się, czy aby nie zerwało połączenia.
- Fajnie. To widzimy się na rozgrzewce o siódmej. - Emir niespodziewanie zakończył rozmowę.
Dawno nie wypowiadał tego hasła, ale Mira pamiętała jego ukryte znaczenie. Z jakiegoś powodu mężczyzna potrzebował pilnie się z nią spotkać. W zasadzie wszystkie rozmowy telefoniczne w mieście były podsłuchiwane, więc nic dziwnego, że nie zdradził szczegółów. Jedyne czego Mira nie potrafiła pojąć, to co do tego wszystkiego miała książka o Hobbicie.


- No dobrze, mów, co się stało, byle szybko. - Mira ziewnęła, bardziej wlokąc się niż biegnąc ze swym kompanem przez poranną szarugę.
- Spotkałem mężczyznę w garniturze, gdy od ciebie wychodziłem. Dał mi coś, mówiąc, że będę wiedział, co robić. W domu to rozpakowałem i to była ta sama książka, którą ci podarowałem. Identyczna. Tylko wyglądała, jakby zdecydowanie więcej przeszła. I była dziwnie pokreślona – Emir wypowiedział wszystko niemalże jednym tchem. Najwyraźniej i jemu zależało na czasie.
- Jaki mężczyzna w garniturze? - Mira nie potrafiła doszukać się sensu w wypowiedzi przyjaciela. Przyspieszyła jednak bieg, starając się nie wzbudzać żadnych podejrzeń.
- Nie wiem, ale znał moje nazwisko. Do tego pojawił się nagle, a potem znikną bez śladu. Tak po prostu. Poważnie mówię, to było upiorne jak jasna cholera.
- Masz przy sobie tą książkę?
- Nie. Nie chciałem ryzykować.
- No dobra, ale mówiłeś, że jest pokreślona. Co masz na myśl?
- Jest w niej sporo liczb. Niektóre słowa, niektóre litery są podkreślone... Nie wiem... Może jest w tym jakiś wzór, ale nie miałem czasu się w to zagłębiać.
Mira nagle zatrzymała się, wzięła głęboki wdech i spojrzała mężczyźnie prosto w oczy.
- Wiesz, co ja myślę? Ktoś albo robi sobie z ciebie jaja, albo cię podpuszcza. Na razie najlepiej to będzie zignorować – powiedziała z pełną powagą.
- Skąd wytłumaczysz tą samą książkę?
Wyglądało na to, że rozmowa jednak nie dobiegła końca, więc Mira znowu ruszyła truchtem przed siebie.
- To popularne wydanie. Dobrze wiesz, że po czarnym rynku krąży wszystko – mruknęła.
- Nikt nie wiedział, że ją mam – zaprotestował Emir.
- Jasne – parsknęła kobieta. - Obserwują nas praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, a ty myślisz, że to problem zajrzeć komuś w bety?
- Serio aż tak bardzo ktoś chciałby mi zrobić wodę z mózgu? Po co?
- Mnie nie pytaj, wiesz, że ten świat jest pojebany. Po prostu zlej to na razie, rób swoje, a pewnie wszystko prędzej, czy później się samo wyjaśni.
Emir westchnął. Widać było, że rozmowa ani go nie uspokoiła, ani do końca nie przekonała, ale podziękował za wysłuchanie i przyjaciele rozeszli się w swoje strony.


8 marca

Tego dnia pogoda dopisywała. Panowała całkiem przyjemna temperatura i praktycznie nie wiało. Słońce wisiało wysoko na nieboskłonie i pomimo zachmurzenia, jego promienie od czasu do czasu wyzierały, ożywiając nieco widok podniszczonych kamienic.
- Dlaczego musimy to robić? - mruknęła Liwia, siedząc wraz Mirą na balkonie jednego z budynków i obserwując miasto przez sporą lornetkę.
- Bo skanery nie wyłapią wszystkiego, co podejrzane. Potrzebny jest czynnik ludzki – wyjaśniła ze znudzeniem starsza z kobiet. Siedziała oparta o ścianę i jak gdyby nigdy nic bazgrała coś ołówkiem w książce od Emira.
- Myślałam, że jak awansujemy to wiesz... będzie bardziej ekscytująco. A w sumie to chyba nic się nie zmieniło.
- Jak to się nie zmieniło? Dali nam nowe mundury.
- Taa... nowe. Kolor jest trochę inny i tyle. A w brązowych gaciach i granatowej kurtce mi nie do twarzy. - Liwia na moment oderwała się od lornetki i spojrzała na koleżankę.
- Przez większość czasu i tak nikt nie ogląda twojego ryja, głupia!
- Chodzi mi o to, że...
Mira przerwała koleżance, unosząc palec wskazujący w geście olśnienia.
- Czerwona opaska na ramieniu! - oznajmiła. - To jest ważna zmiana. Budzi respekt. Może nie aż tak jak symbol pękniętej czachy, ale jednak. No i nie zapominaj o bimbrze i słodyczach.
Dopiero teraz Liwia w pełni zwróciła uwagę na to, czym właśnie zajmowała się jej koleżanka i nieco zbladła.
- Żartujesz?! Czytasz książkę na służbie? - zbulwersowała się nieco.
- Nie czytam, tylko rysuję kwiatki, zresztą... nikt się nie przypierdoli. Nigdy się nie przypierdalają, jak się odwali robotę.
- Jak na razie to ja odwalam robotę. - Liwia z wyraźną irytacją wróciła do obserwacji.
- Sama się wiecznie przechwalasz jaki masz super wzrok i jaki zajebisty z ciebie snajper, to masz. Poza tym to ja jestem pierwszą aspirującą, a ty drugą, więc kto wydaje polecenia?
- Wiesz... wyższa ranga nie oznacza wysługiwania się innymi.
- No... w pewnym sensie oznacza.
Mira szybko ugryzła się w język, gdy zauważyła nadlatujący skaner. Mimowolnie trochę się przestraszyła i schowała książkę za kamizelkę kuloodporną.
- No dobra, możemy się zmienić – rzuciła i praktycznie przepędziła Liwię ze stanowiska.
- Och... Rozumiem... - Usłyszała tylko kąśliwą uwagę za plecami, gdy sama gapiła się przez lornetkę.
W zasadzie Liwia miała sporo racji. To zajęcie wydawało się nieco bez sensu, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnimi czasy praktycznie nic się nie działo. Najwyraźniej mieszkańcy zostali już tak wytresowani, że bali się nawet pierdnąć bez pozwolenia.
- Zrobimy tak... - Mira oderwała się od lornetki i westchnęła. - Ty gapisz się w to dalej, a ja ci oddaję swój miesięczny przydział czekolady.
- Stoi!
Przekupstwo zadziałało, bo Liwia poderwała się ochoczo i z uśmiechem na twarzy wróciła do głównego zajęcia. Mira z powrotem oparła się o ścianę i wyjęła książkę.
- Jakby się działo coś ciekawego, to mów – dodała od niechcenia.
- Hmmm... zobaczmy... - Liwia przeskanowała całą panoramę. - Ooo, jakiś facet się rozbiera. Zdejmuje spodnie... łał.
- Pokaż! - Mira aż się poderwała z podekscytowaniem.
- Żartowałam. - Młodsza kobieta wybuchnęła śmiechem.
Pierwsza aspirująca tylko mruknęła coś pod nosem i mocno zirytowana pochwyciła książkę. Nie odezwała się jednak ani słowem. Energicznymi pociągnięciami ołówka zaczęła cieniować swoje kwiatki. Ich widok działał na nią uspokajająco, więc skoncentrowała na nich całą swoją uwagę. Przez jakiś czas przyjaciółki milczały.
- Ty, brodacz w szaro-pomarańczowym skafandrze się nagle zmaterializował! - młodsza kobieta oznajmiła tak głośno, że jej towarzyszka prawie podskoczyła.
- Wal się, Liw! - Tym razem Mira zdenerwowała się nie na żarty.
- No ale serio...
- Brodacze w skafandrach się nie materializują tak po prostu, chyba że w twoich zboczonych snach!
- No, kurwa, sama zobacz!
Mira zrobiła tak, jak powiedziała jej koleżanka, ale jedyne co ujrzała to ta sama, nudna zabudowa, co wszędzie. Spojrzała na Liwię z jeszcze większym wyrzutem.
- Był tam, przysięgam. Pewnie zdążyła nawiać – tłumaczyła się rozpaczliwie drobniejsza dziewczyna.
Przez moment Mira wpatrywała się towarzyszce prosto w oczy i powoli zdenerwowanie zaczęło z niej uchodzić, gdy zdała sobie sprawę, że nie ma przed sobą wzroku osoby, która kłamie. Naprawdę musiało się wydarzyć coś dziwnego. Zmianę nastroju przypieczętowało radio, w którym nagle ogłoszono czerwony alarmy, podając znajomy już rysopis.
- Kurwa, Liw, miałaś typa praktycznie na celowniku – powiedziała Mira z wyrzutem, starając się opanować emocja na tyle, na ile to było możliwe.
- A ty byś postąpiła inaczej? Też totalnie zgłupiałaś.
Rozmowa mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, ale do Miry wreszcie dotarło, że nie ma czasu się wygłupiać i być może właśnie pojawiła się życiowa szansa, żeby się wykazać.
- Chciałaś robić coś ekscytującego, to proszę bardzo. Pokaż wszystkim co to znaczy metr sześćdziesiąt maszyny bojowej – rzuciła młodszej koleżance maskę i sama ubrała swoją.
Niebo nieco bardziej spochmurniało i zerwał się chłodny wiatr. Pogoda nie nastrajała już tak pozytywnie, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Half Life] Wszystkie życia świata

Postautor: Vampircia » 15 wrz 2019, 17:30

Rozdział III

3 października 2020

Liwia regularnie spędzała na strzelnicy więcej czasu niż pozostali, nawet więcej niż Mira, która zawsze obsesyjnie dążyła do perfekcji. Młodziutka protektorka robiła to nie tylko przez chęć samodoskonalenia, ale też przez fakt, że ćwiczenie celności pomagało jej rozładować emocje i najzwyczajniej w świecie lubiła to robić. Lata intensywnej praktyki sprawiły, że była jednym z najlepszych strzelców w mieście i dorobiła się całkiem wysokiej rangi, jak na swój wiek. Pomyśleć, że kiedyś nikt nie wierzył, że może zostać protektorką. Bo za drobna, bo za słaba, bo kobieta. Ale Mira w nią uwierzyła, zainspirowała, pokazała, że dzięki determinacji można osiągnąć wszystko. I wreszcie, po tych wszystkich ciężkich latach, Liwia doczekała się szacunku, o którym kiedyś mogła tylko pomarzyć.
W tej sesji Laszlo towarzyszył Liwii od samego początku, ale dziewczyna nie zwracała na niego zbytniej uwagi, bo była zbyt pochłonięta treningiem. Właściwie ów sympatyczny brodacz często przebywał na strzelnicy wtedy, co ona, choć z reguły nie rozmawiali ze sobą, całkowicie skupiając się na ćwiczeniach. Z reguły też mężczyzna wychodził do domu wcześniej, ale nie tym razem. Wytrwał do samego końca. Kobiecie to nie przeszkadzało. Lubiła Laszlo i nawet jak ze sobą nie rozmawiali, cieszyła ją jego obecność.
- Masz takiego cela, że u twojego boku zawsze czułbym się bezpiecznie – zaśmiał się niewinnie mężczyzna, gdy Liwia zdjęła słuchawki, dając tym samym do zrozumienia, że dla niej na dzisiaj koniec.
Słowa Laszlo mocno ją zaskoczyły i tylko spojrzała na niego ze zmieszaniem. W ustach mężczyzny wyższego od niej o głowę i starszego o jakieś dziesięć lat brzmiało to wręcz kuriozalnie.
- Imponujesz mi, serio – powiedział protektor już nieco poważniej, jednak z lekką nieśmiałością. - W życiu nie osiągnę twoich wyników. W sumie to fajnie, że udowodniłaś tym przemądrzałym karkom, że testosteron to nie wszystko.
- Dzięki... - Liwia czuła się zbyt zakłopotana, by odpowiedzieć w błyskotliwy sposób. Odstawiła wszystkie rzeczy na swoje miejsce i uśmiechnęła się do towarzysza, lekko zawstydzona.
- Chodzi mi o to, że... - Laszlo również odłożył sprzęt. - Zaintrygowałaś mnie i w sumie to już od dawna chciałem cię lepiej poznać. To znaczy, to nie ma być podryw czy coś... po prostu fajnie mogłoby się razem spędzić czas, tak nie na służbie.
- Okej – ucieszyła się Liwia. - Tylko, że ja nie znam zbyt wielu miejsc, gdzie można by robić coś ciekawego.
- Hmmm... - Laszlo zamyśli się na moment i najwyraźniej nagle go olśniło, bo spojrzał na kobietę z podekscytowaniem. - Mam pomysł!


- Jesteś pewien, że to bezpieczne? - spytała Liwia, zaczynając lekko drżeć z zimna.
Stali przed metalowymi drzwiami, a ciemność rozświetlała jedynie mała lampka nad nimi.
- Nie bój żaby. Kombinat przymyka oko na te miejsca – zapewnił Laszlo. - Najwyraźniej jak ludzie mają gdzie się wyżyć i schlać, to są mniej skorzy do buntu.
Po chwili dało się słyszeć dźwięk metalowej zasuwy i drzwi się otworzyły. W środku panowało przyjemne ciepło, aczkolwiek wnętrze było równie ponure, minimalistyczne i bez wyrazu, co wszystko inne w tym mieście. To jednak ludzie sprawiali, że lokal nabierał niesamowitych wręcz barw. Liwia czuła się trochę tak, jakby przeniosła się w czasie. Nikt nie nosił tu uniformu mieszkańca, za to przeważały kolorowe i różnorodne stroje, jak za dawnych lat. Niektóre kobiety wyglądały wręcz wyuzdanie i przypominały prostytutki ze starych filmów, które dało się kupić na czarnym rynku. Nosiły bardzo krótkie spódnice, wysokie obcasy, a ich makijaż wydawał się mocno przesadzony. Liwia zauważyła, jak kleją się do przeróżnych mężczyzn i trochę ją to zdegustowało. Jednak nie brakowało też zwykłych, skromniej ubranych dziewczyn, takich jak ona, które przyszły potańczyć, porozmawiać, pośmiać się i wraz z ich kolegami wypełniały pomieszczenie pozytywną energią.
- Zdejmijmy te szmaty. - Laszlo jako pierwszy pozbył się cywilnego uniformu, odsłaniając czarne dżinsy i koszulkę z Iron Maiden.
Liwia miała tylko jedną sukienkę, którą zresztą dostała swego czasu od Miry. Ubrała ją pod spód, zgodnie z wytycznymi Laszlo i choć odrobinę się wahała, w końcu również pozwoliła na to, by jej obcisła, czerwona kreacja ujrzała światło dzienne, a w zasadzie sztuczny blask gołych żarówek.
- Wyglądasz super. - Mężczyzna nie krył zachwytu, na co dziewczyna lekko się zarumieniła. - Chodźmy. Może będą mieli dziś coś ciekawego do zdegustowania. Ostatnio dorwali prawdziwy burbon. Rozszedł się w pół godziny.
Kiedy Laszlo czekał przy barze, Liwia dalej rozglądała się po lokalu niczym w transie, chłonąc niesamowitą atmosferę. Naprawdę czuła się jak na jednym z filmów. Ludzie zdawali się tacy beztroscy i szczęśliwi, jakby wojna siedmiogodzinna nigdy nie miała miejsca. Pili, rozmawiali, niektórzy nawet tańczyli, a w ciemniejszych zakamarkach lokalu pary pozwalały sobie na nieco frywolności.
Nagle wzrok Liwii zatrzymał się w jednym, konkretnym punkcie. Początkowo dziewczyna nie poznała przyjaciółki, bo rzadko widywała Mirę w rozpuszczonych włosach i sukience, ale przy dokładnym przyjrzeniu się, nie miała już wątpliwości, że to jej starsza koleżanka. Mira zdawała się być pochłonięta rozmową z jakąś wysoką kobietą o kasztanowych włosach, zaczesanych w irokeza. Wyglądało na to, że obie całkiem dobrze się bawią.
- Nie mieli burbona, ale za to udało mi się dorwać wiśniówkę. - Laszlo wrócił i wręczył dziewczynie kieliszek.
- Widziałeś? - Liwia wskazała na Mirę z niemałym zaskoczeniem.
Mężczyzna jedynie wzruszył ramionami.
- Jest stałą bywalczynią – wyjaśnił ze spokojem.
- I nigdy mnie tu nie zabrała?
Liwia poczuła się trochę dotknięta. Po tym wszystkim, co razem przeszły, sądziła, że ona i Mira nie mają przed sobą tajemnic.
- Wiesz jaka ona jest. Traktuje cię jak małą siostrzyczkę. Pewnie się bała, że to zniszczy twoją niewinności, czy coś – odparł Laszlo.
W sumie miał rację. Protekcjonalizm Miry bywał irytujący i czasami wręcz irracjonalny, ale z drugiej strony jak najbardziej uzasadniony. Swego czasu Liwia naprawdę potrzebowała kogoś, kto się nią zaopiekuje i w końcu znalazła. A stare nawyki Miry niełatwo odchodziły w niepamięć. Co nie zmieniało faktu, że dziewczyna wciąż czuła się nieco rozdrażniona, dlatego też dziarskim krokiem ruszyła w stronę przyjaciółki.
Gdy Mira ujrzała Liwię i Laszlo, nawet nie próbowała ukryć, jak bardzo jest zaskoczona i to bynajmniej nie w sposób pozytywny. Spojrzała na mężczyznę z wyrzutem.
- Mogłeś się mnie chociaż spytać – warknęła.
- O pozwolenie? - parsknął Laszlo. - Z całym szacunkiem, ale twoja władza tak daleko nie sięga. A Liwia jest dorosła.
- Nie mówcie o mnie w taki sposób, jakby mnie tu nie było! - Liwia podniosła głos ze zdenerwowania i popatrzyła się na swoją przyjaciółkę z dezaprobatą.
Jej wzrok musiał być wart tysiąc słów, bo Mira momentalnie spotulniała i chyba nawet zrobiło jej się trochę wstyd.
- No dobrze. Macie mnie tu. Przesadziłam – westchnęła i uniosła dłoń w geście kapitulacji. - Napijmy się. To moja stara znajoma, Nina, tak na marginesie – wskazała na dziewczynę z irokezem.
- Tak na marginesie – zaśmiała się wysoka kobieta, najwyraźniej rozbawiona całą sytuacją.
Stukot kieliszków nieco rozluźnił atmosferę.
- Nie będziemy wam przeszkadzać – rzucił Laszlo i skinął na Liwię, dając jej do zrozumienia, że pora poszukać jakiegoś kąta dla siebie.
- Tylko nie łazić mi do kanciapy! - krzyknęła jeszcze Mira do oddalających się przyjaciół.
- Do kanciapy? - zmieszana Liwia zwróciła się z pytaniem do mężczyzny.
- Łazi tam dużo kobiet lekkich obyczajów ze swoimi klientami no i tacy, co nie mają gdzie się wyżyć. Nie przejmuj się chamskimi aluzjami. My chcemy tylko wolny stolik. O, proszę! - Laszlo ucieszył się, gdy znalazł miejsce w sam raz dla dwojga.
Po załatwieniu kolejnych napojów przyjaciele wreszcie mogli usiąść naprzeciw siebie i na spokojnie porozmawiać.
- Wybacz głupie pytanie, ale... jak to się stało, że zostałaś protektorką? - podjął Laszlo, z zakłopotania bawiąc się szklanką.
- Chodzi ci o to, jakim cudem mnie przyjęli? - Liwia od razy przejrzała intencje rozmówcy, ale nie przeszkadzały jej. Wiele osób pytało ją o to samo.
- No cóż... ja cię znam, ale gdyby ktoś ujrzał cię po raz pierwszy...
- Miałam piętnaście lat, kiedy zgłosiłam się do Centrum treningowego. Wyśmiali mnie tam już na wstępie, ale Mira dała mi szansę. Była już wtedy jedną z instruktorek i jakoś przekonała komisję, żeby dała mi się wykazać.
- Dostrzegła w tobie coś, czego nie widzą inni. Tak jak ja – uśmiechnął się mężczyzna.
Liwia westchnęła i wzięła duży łyk drinka o niebieskawym zabarwieniu. Smakował tak sobie, ale ważne, że miał procenty.
- A ty? - rzuciła. - Jaka jest twoja historia?
- Taka jak u większości. Chciałem godniejszego życia. Szacunku. Jedzenia nie z dyspozytora. Miałem prawie szesnaście lat, gdy wszystko pierdolnęło, więc ciężko było przywyknąć do nowego życia. Wydaje mi się, że im było się wtedy młodszym, tym lepiej. Niewiele pamiętało się z normalnego świata.
- Ja miałam sześć lat, kiedy to wszystko się stało i... masz rację. Nie pamiętam zbyt wiele z tego, co działo się wcześniej, ale to nie znaczy, że było mi łatwo.
- Nie, oczywiście że nie. Nie to miałem na myśli.
- Wiesz... - Liwia przez moment wpatrywała się w swoją szklankę, po czym uniosła wzrok i niespodziewanie się uśmiechnęła. - Cieszę się, że mnie tu zabrałeś. Potrzebowałam tego.
Przyjaciele spojrzeli sobie prosto w oczy, a dłoń Laszlo dotknęła dłoni Liwii. Spletli palce na obdrapanym blacie.


8 marca 2023

Dzwoniło jej w uszach i to potwornie, a przynajmniej tyle na razie docierało do świadomości Liwii. Dziwnie się czuła, trochę jakby zawieszona w półśnie. Pamiętała, że jeszcze przed chwilą trzymała palec na spuście, a potem wszystko przerwała eksplozja. Nie była nawet pewna, czy zdążyła wystrzelić. Wszystko stało się tak nagle. Przez moment nawet przeszło jej przez myśl, że nie żyje, bo nie do końca czuła swoje ciało, ale po chwili władza w kończynach zaczęła powracać i Liwia mogła podnieść się na tyle, by usiąść oparta o ścianę. Dotarło też do niej, że Mira wzywa ją przez radio, ale na razie młoda kobieta całą uwagę starała poświęcić na to, by oszacować skalę swoich obrażeń. Niby nic jej nie bolało, ale to nie był absolutnie żaden dowód, że uszła z eksplozji cało. Znała przypadki ludzi, którzy pod wpływem adrenaliny potrafili godzinę biegać z poważnymi obrażeniami wewnętrznymi, kompletnie nieświadomi, że ich marny żywot właśnie dobiega końca.
Głos Miry nieustannie ją nawoływał, więc Liwia w końcu dała znać, że jest na chodzie i ruszyła w wyznaczone miejsce. Początkowo poruszała się dość sprawnie, ale dość szybko wstępny szok zaczął ustępować, a jej niewielkie ciało przeszył ból. Nie był on jednak aż tak potworny, by ją unieruchomić, co oznaczało, że może jednak życie jeszcze jej nie opuszcza. Chwiejnym lecz niestrudzonym krokiem dowlokła się do mostu, na którym dostrzegła sylwetkę Miry. W początkowym przypływie radości Liwia przyspieszyła kroku, ale jej entuzjazm szybko zamienił się w niepokój, gdy ujrzała leżące u stóp koleżanki ciało w mundurze aspirującego.
Każdy kolejny krok był coraz trudniejszy, nie tylko ze względu na ból, ale też przez wzrastające przerażenie. Nagle te kilka sekund drogi, które jej pozostało zamieniło się w wieczność. Liwia nie chciała uwierzyć, że mogło dojść do tragedii. Starała się nie dopuszczać do siebie pewnych myśli, ale gdy podeszła jeszcze bliżej, nie było już wątpliwości. Laszlo. Mira musiała zdjąć mu maskę, bo Liwia miała właśnie przed sobą jego porośniętą czarną brodą twarz. Twarz, którą znała tak dobrze. Fragment jego czaszki został rozłupany jak arbuz, więc właściwie próżno było szukać oznak życia. Liwię momentalnie opuściły siły i padła na kolana przed swym martwym towarzyszem.
- Wiem, ile dla ciebie znaczył, Liw, ale przysięgam ci, że ta śmierć nie pójdzie na marne – zapewniła Mira, nie kryjąc rozgoryczenia w swym głosie.
„Masz takiego cela, że u twojego boku zawsze czułbym się bezpiecznie” - Liwia natychmiast usłyszała w swej głowie słowa, których nie zapomniałaby do końca życia. Jak mogła go zawieść, jak? Już nawet nie próbowała walczyć z emocjami i po prostu się rozpłakała. Zdjęła maskę i otarła oczy, bo łzy zdawały się płynąć nieskończonym strumieniem.
- Udaj się do najbliższego punktu medycznego – bardziej poprosiła niż poleciła Mira, kładąc towarzyszce dłoń na ramieniu.
- Nie, będę walczyć. Dam radę!
- Żartujesz? Ledwo się tu dowlokłaś. To rozkaz, druga! - Tym razem Mira nie siliła się już na delikatność, a gdy zwracała się do przyjaciółki rangą, oznaczało to, że nie ma żartów.
Liwii pozostało jedynie posłusznie wykonać polecenie i cierpieć w samotności.


Ponoć nadzieja umiera ostatnia i Nina wciąż kurczowo trzymała się myśli, że coś ją ocali, bez względu na to, jak irracjonalne mogło się to wydawać. Wolę przetrwania podtrzymywała nieustająca żądza zemsty za krzywdy, które ją spotkały, a fakt, że wciąż tkwiła żywa w tej samej, ciasnej celi, dawał jej wiarę, że może jeszcze nic straconego. Straciła rachubę, czy minęły tygodnie, czy miesiące, ale i tak zdawało się to dość długo jak na standardy Kombinatu. Może mieli ograniczoną siłę przerobową, a może po prostu o niej zapomnieli?
- Hej, Dziwny, jesteś tam jeszcze? - Kobieta rzekła do szpary w ścianie, będącej jedyną formą komunikacji ze światem zewnętrznym, jeśli dało się tak nazwać współwięźnia, który obecnie towarzyszył jej w niedoli.
- Jestem – odpowiedział męski głos.
Nina się uśmiechnęła. Pozostały już jej tylko te rozmowy, a i one bywały coraz bardziej sporadyczne. Nie miała pojęcia kim jest jej współwięzień, ani nawet jak wygląda, wiedziała tylko że zabierali go często, czasami nawet na długie dnie. Sama nie wiedziała, czemu nazywała go Dziwnym. Po prostu rozmawiając z nim czuła, że nie ma do czynienia ze zwykłą osobą. Zawsze był intrygująco spokojny, mimo że siedział tu już dłużej od niej, a to każdego doprowadziłoby do szaleństwa. Kiedy spytała, jak ma na imię, odpowiedział, by mówić mu Ijon, bo to postać z książki, z którą się utożsamiał. Określał się mianem podróżnika. I to w zasadzie wszystko, co Nina o nim wiedziała. Mimo to lubiła słuchać jego głosu, bo działał na nią kojąco. Był delikatny lecz głęboki, przyjemny i budzący zaufanie.
- Wiem, że czasem stąd wychodzisz... - podjęła kobieta. - Gdybyś widział, gdzieś moich towarzyszy...
- Powiedziałbym ci. Uwierz mi, że bym ci powiedział.
- Czyli pewnie już ich tu nie ma... Zostałam sama... Umiałabym się pogodzić z myślą, że nie żyją, ale... - Nina ucięła. Pewne słowa nie mogły przejść jej przez gardło.
- Może mieli szczęście? - powiedział Dziwny, jak zwykle ze spokojem.
- Szczęście?
- Mogli wyprać im mózgi i zrobić z nich żołnierzy nadzoru.
- Umiesz pocieszać w bardzo specyficzny sposób – rzuciła Nina z sarkazmem i przeczesała ręką swoje potargane, ciemne włosy. Nie były już zaczesane w irokeza tak, jak kiedyś, tylko sterczały na wszystkie strony.
- Który dziś jest?
Niespodziewana zmiana tematu trochę zdziwiła kobietę, ale w sumie wolała rozmawiać o tym, niż o praktykach Kombinatu.
- Straciłam rachubę – westchnęła i zamknęła oczy.
- Starałem się liczyć od samego początku, ale mogłem się już trochę pogubić. Wydaje mi się, że powinno być między piątym, a dwunastym marca 2023 roku, ale nie mam pewności. Niedobrze. To dość ważne.
- Dlaczego to takie ważne?
- Bo jeśli to, co powiedział mężczyzna z teczką jest prawdą, już niedługo coś się wydarzy. A ja muszę być wtedy gotowy – odpowiedział męski głos z zadziwiającym przekonaniem. - 17 marca 2023, godzina 21:53, o ile wciąż pamiętam. Muszę wtedy gdzieś się udać. Obym dobrze pamiętał koordynaty... Nie może mnie tu wtedy być, bo inaczej nie dam rady. Ale on zapewniał, że dam radę, więc muszę się trzymać tej myśli. Coś się stanie.
Dla Niny słowa współwięźnia brzmiały niczym bełkot. Nie była nawet pewna, czy powinna mu odpowiadać.
„Czyli jednak postradał zmysły” - pomyślała z żalem, ponownie zamknęła oczy i tym razem zapadła w katatoniczny letarg.


- Przykro mi. Naprawdę – szepnął Emir, siedząc obok Miry na wersalce i trzymając ją za rękę, by dodać jej trochę otuchy. Kiedy dowiedział się o ostatnich wydarzeniach, uznał, że musi wygospodarować trochę czasu i odwiedzić przyjaciółkę. - W ochronie cywilnej też ponieśliśmy spore straty, więc uwierz mi, że wiem jak to jest, kiedy ginie ktoś, za kogo odpowiadasz.
- To był przede wszystkim przyjaciel, a nie tylko osoba, za którą odpowiadam – wymamrotała Mira. Nawet nie spojrzała na mężczyznę, tylko gapiła się pustym wzrokiem w ścianę.
- I to również rozumiem. Wiem też, że jesteś silna i sobie z tym poradzisz. - Emir zrobił pauzę i pozwolił na minutę ciszy. Nie mógł jednak wiecznie ukrywać drugiego powodu, dla jakiego tu przyszedł. Działo się zbyt wiele, by pogrążać się teraz w żałobie. - Przeanalizowałem te pokreślone fragmenty w książce. Na razie dużo nie mam, ale chyba wiem, od czego zacząć. Bez wątpienia znalazłem datę: 17 marca 2023. Jest też coś, co uznałem za adres, tutaj w mieście. Nie pamiętam go teraz dokładnie, ale sprawdzałem i to miejsce rzeczywiście istnieje. Do tego, jak mi się wydaje, godzina: 15:24. Oczywiście to wszystko tylko moje spekulacje, ale ponieważ książka trafiła do mnie, to doszedłem do wniosku, że... ja wiem... to jakieś zaproszenie? Być o tej konkretnej godzinie, w konkretny dzień pod tym adresem? W każdym razie żadne inne wytłumaczenie mi nie przychodzi do głowy. Pojawia się jeszcze godzina 21.53 i jakieś koordynaty, których nie zdążyłem sprawdzić, ale to również może być jakieś miejsce spotkania.
Mira westchnęła, wyprostowała się i wreszcie spojrzała przyjacielowi prosto w oczy. Bynajmniej nie był to wzrok zainteresowania. Właściwie od początku kobieta sprawiała takie wrażenie, jakby słowa jej towarzysza wpadały jednym uchem, a wypadały drugim.
- Jak możesz teraz myśleć o tym wszystkim? - wycedziła.
Emir nie umiał odpowiedzieć, więc po prostu zwiesił głowę, czując ogarniającą go rezygnację. Może rzeczywiście znalazł nieodpowiedni moment? Przesadził trochę ze stwierdzeniem, że rozumiał koleżankę. Na jej barkach spoczywała dużo większa odpowiedzialność. W jej sytuacji prawdopodobnie również miałby teraz inne priorytety.
Zadzwonił telefon. Mira nie poderwała się od razu, ale w końcu wstała ospale i podniosła słuchawkę. Jej wyraz twarzy zmienił się momentalnie. Nie wyglądała już na zmartwioną i apatyczną. Raczej na zaskoczoną i pobudzoną.
- Administrator chce się ze mną widzieć osobiście – wymamrotała, wlepiając w Emira zmieszane spojrzenie.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Half Life] Wszystkie życia świata

Postautor: Vampircia » 28 wrz 2019, 12:31

Rozdział IV

Z Cytadeli roztaczał się przepiękny widok na panoramę miasta. Do tego stopnia, że dało się na moment zapomnieć jaką wylęgarnią smutku i beznadziei się ono stało. Mira mimowolnie pogrążyła się w myślach, gdy przyglądała się zachodowi słońca. Chmury w odcieniach różu, fioletu i pomarańczu przypominały obraz lub pocztówkę.
- Robi wrażenie, prawda? - Doktor Wallace Breen zwany również Administratorem wyrwał Mirę z zadumy.
Kobieta momentalnie zreflektowała się i spojrzała z przestrachem na ziemskiego namiestnika Kombinatu, który z tajemniczym uśmiechem podrapał się po swojej siwej brodzie, po czym oparł łokciami o biurko.
- Proszę się nie martwić. Nie wezwałem tu pani po to, żeby panią zrugać – powiedział ze spokojem, dając aspirującej do zrozumienia, że jej emocje są aż nazbyt widoczne. - Proszę usiąść.
Wciąż z pewną dozą niepewności Mira zajęła miejsce naprzeciwko mężczyzny. Trzymanie emocji na wodzy przychodziło jej z trudem. W końcu rozmowa z Administratorem twarzą w twarz była nie lada wydarzeniem.
- Wody? - zaproponował Breen, uśmiechając się, ale to wcale nie rozluźniło atmosfery.
- Poproszę – wydukała Mira przez zaciśnięte gardło. - I przepraszam, że zawiedliśmy.
Administrator napełnił szklankę ze spokojem. Nawet brew mu nie drgnęła.
- No cóż, nikt nie spodziewał się, że jeden człowiek może narobić tylu szkód. Przykro mi z powodu poniesionych strat, tak na marginesie. Obawiam się jednak, że sytuacja jest nagląca i nie mamy czasu na żałobę. Zaprosiłem tu panią, bo od pewnego czasu śledzę pani karierę i... powiedzmy, że pokładam w pani pewne nadzieje. - Mężczyzna napił się wody i wlepił wzrok w szklankę.
- Z kim tak właściwie mamy do czynienia? - spytała Mita, dając upust dociekliwości.
- Och... to długa historia, ale postaram się ją skrócić. Gordon Freeman pracował w kompleksie Black Mesa pod moim kierownictwem, kiedy to wszystko się zaczęło. Śmiem twierdzić, że to on jest odpowiedzialny za incydent, który spowodował wyrwę w czasoprzestrzeni i... sprowadził tu te wszystkie istoty. To ja musiałem po nim sprzątać ten cały bałagan i wypracować rozejm z najeźdźcami. A teraz on chce mi to wszystko odebrać, zająć moje miejsce, wywrócić cały porządek do góry nogami. To niebezpieczny człowiek i nie cofnie się przed niczym. W następnej kolejności zaczną ginąć cywile. Jeśli go nie powstrzymamy, będziemy mieć tu krwawą wojnę.
Mira słuchała wywodu Administratora ze sporym niepokojem, ale też z pewnym zmieszaniem i niedowierzaniem. Coś ewidentnie jej nie pasowało w tej historii i musiała to zakomunikować
- Z całym szacunkiem, ale... to niemożliwe, żeby ten mężczyzna odpowiadał za burzę portali. To było dwadzieścia lat temu, a on nie wygląda na więcej niż trzydziestkę – zauważyła.
Administrator westchnął, ale na szczęście nie wyglądał na zdenerwowanego.
- Wiem, że to się może wydawać niemożliwe, ale tak samo niemożliwym kiedyś się wydawało, że istnieje inny wymiar obok naszego. Mogę panią zapewnić, że to ten sam człowiek, co dwadzieścia lat temu. Początkowo sam nie mogłem w to uwierzyć, ale fakty są niezaprzeczalne. Tak jakby te dwie ostatnie dekady w ogóle dla niego nie istniały.
Tym razem to Mira westchnęła. Wypiła wodę duszkiem i odstawiła szklankę.
- Co mam zrobić? - spytała już z pełną powagą i determinacją, spoglądając Administratorowi prosto w oczy.
Breen wstał, podszedł do kobiety i skierował palec w stronę jej głowy.
- Użyć tego – rzucił. - Już wcześniej pani pomysłowość przyniosła nam spory sukces. To jest ten czynnik ludzki, którego Kombinat nie rozumie i jak zwykle próbuje wszystko załatwić siłowo. A tutaj liczy się spryt i element zaskoczenia. Dlatego chcę, żeby to pani opracowała plan działania. Dostanie pani tyle wsparcia, ile będzie potrzebować.
- Im mniej ludzi weźmie w tym udział, tym lepiej. Nie chcemy więcej ofiar.
- W porządku, niech tak będzie. Zdam się pod tym względem na pani doświadczenie. - Breen z powrotem zasiadł za biurkiem. - Oczywiście jeśli wszystko zakończy się sukcesem, może pani liczyć na... ogromny awans. Do elity rzadko trafiają niezmodyfikowani, ale przy pani oddaniu sprawie, myślę, że Kombinat zrobi wyjątek. - Breen splótł palce i uśmiechnął się wymownie, jego zielone oczy skierowane prosto w bursztynowe tęczówki Miry.
Dopiero teraz kobieta poczuła pełny przypływ adrenaliny. Obiecała sobie, że już nigdy więcej nie zawiedzie.


21 kwietnia 2018

Dworzec Miasta 17 przypominał miejsce, w którym dałoby się kręcić horrory, o ile istniałaby jeszcze kinematografia. Gdyby nie przebywający tu codziennie ludzie, można by odnieść wrażenie, że wszystko zostało opuszczone i zaniedbane lata temu. Mimo że Nina od dawna pracowała tutaj jako sprzątaczka, zastanawiała się czasem, czy jej praca w ogóle miała jakikolwiek sens, bo ściany codziennie pozostawały tak samo obdrapane i pożółkłe, co zawsze, a podłoga wyglądała, jakby ktoś regularnie puszczał na nią pawia. Generalnie kobieta nie lubiła tego miejsca, ale to samo mogła powiedzieć, o całym mieście, które w pewnym sensie stało się jej więzieniem. Co prawda ocalała z wojny siedmiogodzinnej, w przeciwieństwie do reszty rodziny, która za mury już nie została wpuszczona, ale to nie zmieniało faktu, że Nina czuła się jak zwierzę postawione przed wyborem: rozszarpanie przez wilki, albo życie w klatce.
Właściwie czym był Kombinat i czego chciał? Kobieta nie wiedziała nawet jak ta rasa wygląda. Nikt nie wiedział, poza Administratorem, którego porośniętą siwą, przystrzyżoną brodą mordę musiała codziennie oglądać z zawieszonego na dworcu telebimu i wysłuchiwać jego żałosnych, propagandowych wywodów. Nienawidziła tego pierdolonego miasta, po prostu nienawidziła. Ale żeby przetrwać dawała się gnoić jak pozostali i to sprawiało, że zaczynała też nienawidzić samej siebie. Podziwiała tych odważnych, którzy gotowi byli postawić się władzy, z pełną świadomością, że może ich za to czekać coś gorszego niż śmierć.
Protektorzy – to był kolejny temat rzeka. Pilnowali cię na każdym kroku, jak na jakimś więziennym deptaku. Skąd ich tylu brali? Kombinat musiał rozdawać te posady, jak ciepłe bułeczki i najwyraźniej chętnych nie brakowało. Nic tylko pozazdrościć. Życie musiało być dużo prostsze, kiedy nie miało się sumienia. Ale jedno Nina musiała przyznać, odpowiednie relacje z przedstawicielami władzy i jej przynosiły korzyści. Choć wiązało się to z pewnymi nieprzyjemnościami.
Nina zauważyła, jak Borys skinął na nią głową. Umiała go już rozpoznawać, mimo że protektorzy publicznie nie odsłaniali twarzy, co miało rzecz jasna sens. Tożsamość tych, którzy służyli władzy, nie mogła zostać ujawniona, bo wtedy ludzie wiedzieliby, kogo się wystrzegać. Ale gdy żyłeś w błogiej nieświadomości, kto cię inwigiluje, musiałeś pilnować się absolutnie na każdym kroku. Bo nigdy nie wiedziałeś czyjego wzroku unikać. Po drugiej stronie mógł stać każdy, sąsiedzi, przyjaciele, a nawet twoja własna rodzina.
Schowek na szczotki i środki czystości – to miejsce widziało już wiele i dużo jeszcze miało zobaczyć. Nina weszła do niego jako pierwsza i czekała. Borys musiał znaleźć dobry moment, w końcu nie mogli wzbudzać podejrzeń. Gdy protektor wreszcie pojawił się w środku, jak zwykle zdjął maskę, mimo że było to niezgodne z regulaminem. Może uważał się za przystojniaka i bardziej się tak podniecał, choć jego szeroko rozstawione oczy i krótki podbródek raczej nie wpisywały się w kanony piękna. Ale dla Niny nie miało to żadnego znaczenia, przyszła tu tylko załatwić biznes i reszta się nie liczyła. Patrzyła jak mężczyzna wyjmuje z licznych kieszeni pudełka z insuliną, które załatwiała dla swej byłej opiekunki. Nie rozumiała, czemu nie mogła ich normalnie kupić, czy dla Kombinatu to naprawdę stwarzało aż taki problem? Czerpali jakąś chorą przyjemność z gnębienia ludzi, ograniczając im dostęp do wszystkiego?
- Coraz trudniej je zdobyć – stwierdził Borys, stawiając pudełka na półce z detergentami.
- Tak jak wszystko – rzuciła oschle kobieta, chcąc już mieć cały proceder za sobą.
Na całe szczęście Borys zwykle nie potrzebował dużo czasu, więc Nina do całej sprawy podchodziła już mechaniczne. Na kolana, zamknąć oczy, przez parę minut myśleć o czymś innym, a potem przepłukać usta i zapomnieć. Proste. Już nawet nie przeżywała rozterek pod kątem moralnym. Każdy się upadlał, wielu robiło dużo gorsze rzeczy, a prostytucja za przysłowiowy kawałek chleba kwitła.
- Trudno zdobyć, więc należy się coś więcej w zamian – oznajmił beznamiętnie Borys, rozpinając spodnie.
- Postaram się wspiąć na wyżyny mych skromnych umiejętności – odparła Nina z sarkazmem, ale gdy tylko podeszła krok w stronę mężczyzny, ten brutalnie chwycił ją za ramiona.
Protektor przycisnął kobietę do skrawka gołej ściany i zaczął zdzierać z niej spodnie.
- Zabieraj łapska, bucu – warknęła Nina, niezbyt głośno, by nikt ich nie usłyszał.
Mężczyzna nie przestawał. Był silny, ale dziewczyna zaczęła się wyrywać, starając się za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by napastnik wsunął jej dłonie za bieliznę. Nie należała do słabych i póki co udawało jej się zachować zimną krew. Walczyła przez moment, ale zapomniała, że protektor nosił przy sobie broń. Gdy przyłożył paralizator do jej brzucha, było już za późno. Nina chciała krzyczeć, ale Borys zatkał jej usta, gdy potworny ból przeszył jej ciało. Nogi się pod nią ugięły i kobieta poczuła, że nie jest w stanie zrobić dosłownie nic. Nagle stała się kompletnie bezbronna, słaba i przerażona. Była niczym szmaciana lalka, pozbawiona woli, nie mogąca się przeciwstawić. Mężczyzna chwycił ją za włosy, przycisnął twarzą do ściany i wtedy Nina zaczęła szlochać. Nie umiała już zgrywać twardej.


Minęła dłuższa chwila, nim Nina zebrała się w sobie na tyle, by wstać. Nie przyszło jej to z łatwością, wciąż bolało ją całe ciało. Jednak fizyczne dolegliwości zawsze dało się do pewnego stopnia zignorować, gorzej ze złamanym duchem. Kobieta oparła się o swego mopa i po raz kolejny zapłakała. Przerażała ją sama myśl o wyjściu na zewnątrz i zmierzeniu się z rzeczywistością, tak jakby nic się nie stało. Należało jednak wziąć się w garść, bo wkrótce ktoś mógł zauważyć, że coś jest nie tak, a to bez wątpienia nie doprowadziłoby do niczego dobrego.
Nina otarła nerwowo oczy, schowała łup za koszulę i wypełzła ze skrytki, starając się nie dać emocjom wyjść na wierzch. Szła przed siebie, myjąc podłogę, starając się zignorować otoczenie. Niestety otoczenie nie mogło zignorować jej. Piekły ją oczy i wiedziała, że mimo otartych łez, były całe czerwone. Jakiś protektor gapił się na nią, gdy przechodziła obok, przez co Nina z trudem trzymała nerwy na wodzy.
„Bawi cię to? Rajcuje? Też chciałbyś się wyładować?” - mówiła sobie w myślach z wściekłością, czując, że zaraz straci panowanie nad sobą. Ale nie straciła. Pohamowała emocje w samą porę i wzięła głęboki wdech. Musiała jakoś wytrzymać.


15 maja 2018

Nina nie mogła uwierzyć, że po tym wszystkim, co przeszła, znowu zgodziła się na spotkanie w schowku. Jak bardzo trzeba było być zdesperowanym i jak nisko trzeba było upaść, by tak po prostu zaoferować siebie jako towar? Kobieta powtarzała sobie dzień po dniu, że już tego nie zrobi, a jednak stała tu i teraz, gapiąc się w twarz Borysa, którą zdążyła znienawidzić jeszcze bardziej od tego miasta.
- Tylko już bez paralizatorów, dobrze? - wydukała cicho i bez przekonania, odwracając wzrok. Była gotowa. Może wystarczyło po prostu na moment wyłączyć umysł?
- Właściwie mam coś innego do zaoferowania w zamian – przemówił mężczyzna, również bez entuzjazmu.
Nina spojrzała na Borysa pytająco, a w jej sercu pojawiła się nadzieja wymieszana z niepokojem.
- Zrobimy tak... zostaniesz naszym informatorem, a w zamian będziesz mieć zapewnioną stałą dostawę. Plus jakiś bonus – wyjaśnił protektor, ale jego głos brzmiał tak, jakby owe słowa nie przychodziły mu z łatwością. Ogólnie sprawiał wrażenie osoby, która przyszła tu za karę.
- Informatorem? - Nina uniosła ze zmieszaniem brew.
- Jak będziesz widzieć coś podejrzanego, to mi to zgłaszasz. Proste.
Coś tu nie grało. Borys nie mógł sam tego wymyślić. Był zwykłym ciemniakiem, dbającym o własne interesy. Coś musiało się wydarzyć, ale Niny to już zbytnio nie interesowało, bo gdy zdała sobie sprawę, o co mężczyzna ją prosi, wezbrała w niej fala równie wielkiego oburzenia, co przy ostatnim spotkaniu.
- Pierdol się – syknęła z takim jadem, taką wściekłością i taką pewnością siebie, jakby jej duch nigdy nie został złamany.
Borys przez moment gapił się na nią z niedowierzaniem, które po chwili przeszło w zakłopotanie, a jeszcze moment później po prostu opuścił schowek, trzaskając drzwiami. Kompletnie nie był sobą. Zaś Nina stała w szoku, zachodząc w głowę, jak coś takiego mogło tak po prostu ujść jej na sucho. Wyszła na zewnątrz, wracając do swych obowiązków, i pogrążyła się w myślach. Niezbyt długo rozpierała ją duma. Szybko dotarło do niej, że to co początkowo uznała za popis hartu ducha, tak naprawdę było zwykłą głupotą. Mogła łatwo i bezboleśnie załatwić ważny towar, a skończyła z pustymi rękami i bez perspektyw. Jak mogła być aż tak durna? Jak mogła swą niewyparzoną gębą zaprzepaścić taką okazję? Idiotka! Potrafiłaby dać się zgwałcić, ale iść na zwykły układ z władzą już nie mogła?
Szorując podłogę, Nina nie przestawała przeklinać się w myślach. Czy to był aż taki problem wyzbyć się sumienia, przynajmniej na jakiś czas? Innym się udawało, to i jej nie mogło? Kobieta prowadziła ze sobą istną walkę wewnętrzną. Szlachetne ideały ścierały się z pragmatyzmem i to drugie zaczynało wygrywać. W końcu chodziło o ludzkie życie.
Nina przeskanowała wzrokiem dworcową halę, szukając Borysa. Musiała wrócić i błagać o przebaczenie. Potrzebowała drugiej szansy. Właśnie tak należało postąpić. To było właściwe. W imię ludzkiego życia. No właśnie. Ludzkiego życia. Co jeśli jej wybór mógł odebrać je innym?
Od myślenia Ninę rozbolała głowa. W jej umyśle panował istny mętlik. Do tego wszystkiego Administrator znowu przemawiał z telebimu, strasząc konsekwencjami kolaboracji z wrogiem. Kim właściwie był wróg? Ruch oporu? Ludzie, którzy pragnęli wolności i gotowi byli oddać za nią wszystko? Nina zacisnęła dłonie na kijku od mopa i spojrzała na telebim z poczuciem odrazy. Nie, nie mogła się sprzedać. Za nic. Istniały inne rozwiązania. Musiała skontaktować się z ruchem oporu. Jeśli ona pomoże im, oni pomogą jej. Po tym wszystkim, co przeszła, była gotowa zaryzykować.


10 marca 2023

Mając aż nadmiar czasu na rozmyślanie, Nina uświadomiła sobie, że jej uwięzienie nie zaczęło się kilka miesięcy temu, wraz z rozbiciem grupy buntowników. Nie, tak naprawdę zniewolono ją już w momencie, gdy zakończyła się wojna siedmiogodzinna, a to, co działo się teraz, było jedynie zwieńczeniem całego procesu. Póki co uzbierał się dwudziestoletni wyrok. To robiło wrażenie. Prawie jak za morderstwo.
Nagły dźwięk alarmu wyrwał Ninę z odrętwienia. Tętno przyspieszyło jej jeszcze bardziej, gdy wyraźnie usłyszała, że na korytarzu panuje niezłe zamieszanie. Co prawda nic nie widziała, ale domyśliła się, że cała ochrona została gdzieś wezwana, bo rozległ się tupot dziesiątek ciężkich butów. Dokąd biegli i po co? Nina mogła jedynie spekulować, ale bez wątpienia coś się wydarzyło.
„Zaraz... coś się wydarzyło?” - rzekła do siebie w myślach ze zdziwieniem, gdy przypomniał jej się niedawny bełkot współwięźnia. Może jednak w jego słowach było więcej sensu niż sądziła? Nina nigdy nie wierzyła w jasnowidztwo i inne zabobony, ale zbieżności słów Ijona z tym, co przed chwilą miało miejsce, nie dało się podważyć. Coś naprawdę się stało i to dawało nadzieję.
- Hej, Dziwny, jesteś tam?! Ijon?! - Kobieta krzyknęła do szpary w ścianie, ale nie uzyskała odpowiedzi. Całkiem możliwe, że spała, gdy znowu go zabrali.
Przez pewien czas Nina tylko siedziała i nasłuchiwała. Alarm dalej dzwonił, ale nie sądziła, by w tym skrzydle znajdowali się jeszcze jacykolwiek ludzie. Za to coś dudniło, jakby eksplozje gdzieś w oddali. Choć nadzieja powróciła, kobiecie towarzyszył też strach. W końcu wciąż nie miała tak naprawdę pojęcia, co się dzieje i co ją czeka.
Nagle wszystko zgasło i ucichło, jakby ktoś wyłączył zasilanie. Była noc, a że izolatka nie miała żadnego okna, w środku panowały egipskie ciemności, co spowodowało, że kobieta poczuła się upiornie. Jak wessana przez czarną dziurę. Jednak po chwili do świadomości Niny dotarła bardzo istotna informacja: Kombinat polegał na technologii. Nie używali tradycyjnych zamków i kluczy, za to lubowali się w polach siłowych i elektronicznych zabezpieczeniach. A to oznaczało, że... była wolna?
Z wielkim impetem kobieta cisnęła się na drzwi i wybiła je siłą rozpędu. Ponieważ tutaj docierały niewielkie ilości światła księżyca, po przyzwyczajeniu wzroku do ciemności, Nina zdołała wypatrzyć drzwi sąsiedniej celi i je również otworzyła. W środku było pusto, tak jak myślała. Westchnęła. Nie miała teraz czasu zastanawiać się, gdzie trafił jej towarzysz. Mogła jedynie liczyć na to, że w obecnych warunkach i on zdoła się wydostać.
Nina szła ciemnym korytarzem, powoli, jak na szpilkach, cała spięta, czując, że każdy krok stawia z narażeniem życia. Wiedziała, że jeśli znajdzie ją jakiś strażnik, to zabije na miejscu. Nie miała się przecież czym bronić. Nie posiadała nic, poza szarym, więziennym uniformem.
Nagle część świateł ponownie ożyła. Nie wszystkie, ktoś musiał uruchomić zasilanie awaryjne, ale to wystarczyło, żeby Nina zamarła ze strachu. Stała na środku korytarza, kompletnie odsłonięta i nawet nie miała się, gdzie schować. Nie mogła się ruszyć o krok, jej serce waliło jak oszalałe, oddychała głośno i szybko. Dostrzegła sylwetkę, jedną, drugą, trzecią, czwartą, na samym końcu korytarza. Zmierzali w jej kierunku. Nie widziała ich dokładnie, nie nosili mundurów, ale byli uzbrojeni. Nina odruchowo uniosła ręce, czując jak ze strachu oblewa ją zimny pot. Grupka ludzi dalej szła w jej kierunku, a gdy zbliżyli się na tyle, by mogła dostrzec ich twarze, przerażenie przemieniło się w euforię. Długie, czarne włosy, nieco kanciasta twarz, krzaczaste brwi... rozpoznałaby tą osobę wszędzie, pomimo zarostu, licznych sińców i zadrapań.
- Bartek! - Kobieta rzuciła się mężowi na szyję i zaczęła głośno szlochać, nie próbując nawet ukryć wulkanu emocji, który właśnie w niej wybuchł.
- Już dobrze... Już jesteś bezpieczna... - szepnął mężczyzna, ściskając żonę tak mocno, jakby nigdy więcej nie chciał jej wypuścić ze swych objęć. - Nova Prospekt zostało wyzwolone.
Nina nie przestawała płakać, ale na szczęście tym razem po jej policzkach spływały łzy radości. Spojrzała Bartkowi w jego ciemnobrązowe oczy i uśmiechnęła się do towarzyszących mu osób. Nigdy ich dobrze nie poznała, ale cieszyła się, że komuś udało się przetrwać, nawet jeśli była to jedynie garstka.
- Bałam się, że przerobią cię na stalkera... - Kobieta pociągnęła nosem i oparła swe czoło o czoło partnera.
- Wiem... nachodziły mnie podobne myśli. Ale to już koniec. Pora odebrać, co nam się należy.
- Chyba wiem, kto nas wkopał. - Nina znowu spojrzała mężowi w oczy. - Mieliśmy wtyczkę i to od długiego czasu. Pierdolona Mira Jokubas. Ona nam to zrobiła. Ta sucz musi zdechnąć. - Głos Niny zmienił się nie do poznania. Była zdeterminowana, wściekła i żądna krwi.
- Ta rewolucja zmiażdży wszystkich zdrajców ludzkości – zapewnił Bartek, również z pewnością siebie. - Jeśli trzeba będzie, obrócimy całe miasto w perzynę.
- Niech płonie. - Nina w przypływie euforii ucałowała partnera w usta, po czym ruszyli za swymi towarzyszami.


Emir gapił się w pierwszą stronę książki, której ukryty przekaz próbował rozszyfrować. Ktoś narysował na niej ołówkiem kwiaty, fantazyjne i różnorodne, wijące się i okalające tekst niczym oryginalna ramka. Wyglądały tak znajomo. Mira tworzyła podobne obrazki w szkolnych zeszytach. Przez moment Emir nawet zastanawiał się nad etymologią podziwianego dzieła. Czy również powstało z nudów, a może z tęsknoty za utraconym światem? Mężczyzna westchnął. Jego umysł zdecydowanie zboczył z toru. Rozszyfrowanie wiadomości było teraz priorytetem, a póki co miał jedynie dwa punkty na mapie i daty. Pierwsze miejsce Emir zdążył już odwiedzić i było to jedynie puste mieszkanie w starej kamienicy, bez żadnej ciekawej historii, ani szczególnego przeznaczenia. Cóż, może o to właśnie chodziło, o neutralność. Ważne, że do tego miejsca łatwo było się dostać, więc nim się zbytnio nie przejmował. Gorzej z drugą miejscówką. O ile dobrze sprawdził na mapie, znajdowała się, gdzieś w głębi lasu, pośrodku niczego, a tam nie zapuszczał się nikt i to z wielu powodów. Chociażby dlatego, że nie dało się tak od niechcenia opuścić miasta, nie wspominając już o niebezpieczeństwach, które skrywały te zapomniane przez człowieka miejsca. Dlatego Emir wciąż sprawdzał, wyliczał i upewniał się, czy to aby nie pomyłka, bo wolał nie ryzykować życia bez absolutnej pewności, że postępuje właściwie.
Ze stanu pełnego skupienia wyrwał Emira dźwięk alarmu, każący mu się natychmiast zgłosić na służbę. Przez moment mężczyzna zachodził w głowę, co też znowu mogło się stać, ale na odpowiedź długo czekać nie musiał. Dochodzące z ulicy odgłosy strzałów i eksplozji wskazywały tylko jedno: w najlepszym wypadku walki uliczne, w najgorszym wojna.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Preity
moderator
Posty: 195
Rejestracja: 14 sie 2012, 20:44
Lokalizacja: Marsjańskie odmęty
Kontaktowanie:

Re: [Half Life] Wszystkie życia świata

Postautor: Preity » 07 paź 2019, 17:02

Bo mnie Vampi gania (na moje własne życzenie), więc piszę. A raczej pomponami machać będę, bo ja i konstruktywne uwagi mieszkamy na dwóch różnych wyspach i się nie lubimy. Więc, przechodząc do sedna...

Jak to często u mnie bywa, to oczywiście fandomu nie znam zupełnie i jak na razie żadnej pokusy do zapoznania się z nim nie czuję, ale też czytając tą historię nie mam wrażenia, że umyka mi coś o czym wiedzą wszyscy poza mną. Opowieść, mimo skakania po wydarzeniach jak przysłowiowa pszczoła po kwiatach jest spójna i ładnie opisuje świat w którym żyją bohaterowie. I wciąga. A przynajmniej mnie wciągnęła na tyle, że na każdy kolejny czekam jak na odcinek ulubionego serialu. I jaram się jak zeschłe liście na ognisku, bo (jak to już mówiłam kiedyś), mało kto pisze tak idealnie pod mój gust jak ty :D

P.S. Jeśli rozdział czwarty zawiera tą scenę, z która były problemy jak ją napisać, to uprzejmie donoszę, że wyszło rewelacyjnie. Nie jest przegięte w żadną stronę i doskonale oddaje emocje bohaterki.
Nagi wyszedłem z łona matki
i nagi tam wrócę.
Dał Pan i zabrał Pan.
Niech będzie imię Pańskie błogosławione!

Hi 1, 21

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Half Life] Wszystkie życia świata

Postautor: Vampircia » 07 paź 2019, 18:11

Dzięki, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Akurat poprzedni rozdział nie był zbyt problematyczny. To kolejny okazał się nie lada wyzwaniem. Ale przynajmniej nie ma już takiego skakania po wydarzeniach.


Rozdział V

17 marca 2023

Ponieważ Ijon miał czasu pod dostatkiem, postanowił przybyć na miejsce już rano. Nie dostał żadnej informacji, która by tego zakazywała, a w ten sposób mógł przynajmniej wybadać teren i przygotować się na to, na co czekał od dawna. Ironia polegała na tym, że nawet nie wiedział, czego ma się spodziewać. Mężczyzna z teczką powiedział mu jedynie, że o określonej godzinie spotka tu nowych przyjaciół, którym musi pomóc. Nie sprecyzował dokładnie, o co chodziło, ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, Ijon czuł się coraz bardziej przekonany, że to nie był żart.
Po środku lasu stał drewniany domek i to bez wątpienia on miał stać się miejscem spotkania. Nie dało się uniknąć wrażenia, że każdy detal został zaplanowany dawno temu i przygotowany specjalnie na tę okoliczność. W środku Ijon znalazł dosłownie wszystko, co potrzebne do przetrwania, żywność, wodę, czyste ubrania, a nawet skład broni. Ktokolwiek za to odpowiadał, musiał się nieźle napracować i wiele ryzykować.
Ponieważ się przejaśniło i panowała całkiem przyjemna pogoda, Ijon wolał przebywać na zewnątrz i napawać się promieniami słońca. Stał na trawie, z twarzą uniesioną ku niebu i rozkoszował się ciepłem, zapachem lasu, śpiewem ptaków. Wreszcie był wolny i przez moment kompletnie zapomniał, że wciąż istnieje wróg, którego należy się wystrzegać, a niedaleko stąd właśnie giną ludzie. Gdyby tylko mógł coś zrobić... A może właśnie o to chodziło w tym całym rzekomym spotkaniu? Może miał to być zalążek czegoś większego, lawiny, która zmiecie Kombinat z powierzchni tej planety? Ijon zastanawiał się, czy wreszcie będzie mu dane wrócić do domu, o ile jeszcze cokolwiek z niego zostało. Tak bardzo chciał go zobaczyć, spotkać swoich rodaków. Nadzieję stracił dawno temu, lecz teraz pojawiła się mała iskierka.
Ijon usiadł na trawie, chcąc jeszcze przynajmniej przez chwilę napawać się otaczającym go pięknem, bez strachu przed tym, co było, jest i być może jeszcze nadejdzie. Dotknął ziemi i uśmiechnął się, jakby dziękując za to, że mógł bezpiecznie dotrzeć na miejsce. Dostrzegł niewielkiego ptaszka nieopodal. Szamotał się, niezdolny, by wzbić się w powietrze. Ijon wstał, wziął zwierzątko w dłonie i usiadł pod drzewem. Biedna mała istota, z uszkodzonym skrzydłem, trzęsła się ze strachu, a jej serce biło jak oszalałe. Ijon doskonale znał to uczucie osaczenia i beznadziei, wiedział jak to jest być zdanym na czyjąś łaskę i niełaskę, ale w przeciwieństwie do swoich oprawców, on nie umiał dręczyć i zabijać. Na moment zamknął zwierzę w swych dłoniach, czując przepływającą przez nie energię życiową stworzenia, która niczym rzeka wpadająca do oceanu, łączyła się z jego własną. Otworzył dłonie i pozwolił istocie odlecieć w dal. Z uśmiechem na twarzy, Ijon oparł się o drzewo i pozwolił sobie jeszcze na moment beztroski.


Dla ruchu oporu jak zwykle priorytetem była walka z Kombinatem, ale Nina miała jeszcze drugi cel: znaleźć Mirę i rozszarpać ją na strzępy. Nie sądziła, że ich wieloletnia znajomość tak się zakończy, ale cóż, w tym świecie chyba już nic nie mogło jej zaskoczyć. Dojście do tego, gdzie znajdowało się mieszkanie niesławnej protektorki, zajęło trochę czasu i gdy Nina wpadła do środka z karabinem w ręku, poczuła zadziwiającą satysfakcję. Szkoda tylko, że nikogo w środku nie zastała.
- Mówiłem, że jej tu nie będzie – powiedział ze spokojem Bartek, przeładowując strzelbę.
- Nie ważne... - mruknęła Nina. - Jestem cierpliwa. Znajdę ją. Za dzień, za miesiąc, za rok... Bez znaczenia. Znajdę ją choćby na końcu świata.
Kobieta otworzyła lodówkę, szukając czegoś przydatnego do jedzenia, a jej mąż zaczął grzebać w szafkach. Nie było to pierwsze miejsce, które złupili i zamierzali zabrać wszystko, co w jakikolwiek sposób mogło się przydać.
- Łoo, powodziło jej się – skomentował mężczyzna, gdy znalazł całkiem spory składzik konserw, zupek chińskich i batonów.
- Wszystko okupione naszą krwią. - Nina natychmiast rozpakowała jednego wafla w czekoladzie i w tempie ekspresowym zjadła na miejscu. - Dobra, spalmy to miejsce w pizdu – rzuciła, jeszcze nim zdążyła wszystko połknąć.
Zemsta mogła poczekać. Teraz liczyło się przede wszystkim wsparcie rebelii. Nadszedł sądny dzień dla Kombinatu, Nina to czuła i zamierzała dążyć do wolności za wszelką cenę. Odkąd ruch oporu dostał wiatru w skrzydła, nic już nie mogło go powstrzymać.


Zadziwiające jakie rzeczy przychodziły do głowy w chwili próby. Do tej pory Mira nigdy nie dopuszczała do siebie myśli o porażce, ale teraz robiła sobie wyrzuty, że nie zostawiła listu dla Emira, tak na wszelki wypadek. Właściwie nie miała nawet okazji się z nim pożegnać... Kobieta wzięła głęboki wdech i zmusiła się do odegnania z umysłu czarnych scenariuszy. Nigdy, przenigdy nie mogła wątpić w siebie i w swoich ludzi. Dzień, w którym tak uczyni, będzie jej ostatnim, a póki co nie spieszyła się na wieczny spoczynek. Absolutnie potrzebowała przekonać samą siebie, że jej plan nie może się nie powieść. Był prosty i podły, jak zawsze, ale do tej pory taka strategia się sprawdzała.
- Będę tuż obok – zapewnił Wasilij, najwyraźniej dostrzegając zdenerwowanie u swej przełożonej.
- Zamierzam to tak rozegrać, żeby twoja interwencja nie była potrzebna – odparła Mira, pewnym siebie głosem. Absolutnie nie mogła okazać słabość przed swym podwładnym. Nie podczas tak ważnej misji.
Co jakiś czas z pobliskiego magazynu dało się słyszeć strzały, które z sekundy na sekundę padały coraz bliżej. Nadszedł właściwy moment. Mira wiedziała, że korytarz, który wybrała był jedyną drogą wyjścia. Musiała się spieszyć. Wychyliła się na chwilę zza otwartych drzwi, by oszacować sytuację, przekazała rozkazy przez radio i złożyła całą swoją broń na podłodze. Po chwili kobieta pozbyła się maski i zaczęła też zdejmować kamizelkę kuloodporną, ale Wasilij ruchem głowy dał jej do zrozumienia, żeby tego nie robiła.
- Może masz rację... - westchnęła Mira i postanowiła jednak nie pozbywać się jedynej ochrony, jaką posiadała.
Rzuciła przyjacielowi ostatnie pewne siebie spojrzenie, trochę udawane, ale przekonujące, po czym wyszła na halę, czując jak serce podchodzi jej do gardła. Ciągle odnosiła wrażenie, że nie jest gotowa, ale nie mogła dłużej zwlekać. Ten ogromny, opuszczony magazyn prawdopodobnie najlepiej nadawał się na zrealizowanie planu, którego niestety nie dało się uprzednio przetestować. Albo się powiedzieć, albo wszyscy zginą.
Wchodząc na metalowy pomost, kobieta uniosła ręce w geście kapitulacji, licząc na to, że przeciwnik nie zastrzeli jej tak na wszelki wypadek. Dostrzegł ją, ale póki co nie atakował. Dobry start. Mira oblizała wyschnięte wargi i dalej szła przed siebie, powoli i z wyczuciem stawiając każdy krok, a jej serce łomotało jak oszalałe. Mężczyzna nie tracił czujności. Dzierżąc w dłoniach kuszę, raz po raz rozglądał się to na boki, to zerkał na Mirę, ewidentnie gotowy wystrzelić, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Aspirująca wiedziała, że nikt im nie przeszkodzi. Zadbała o to.
- Przysięgam, że z mojej strony nic ci nie grozi – przemówiła wreszcie. - Jestem nieuzbrojona, możesz sprawdzić. - Zatrzymała się, wciąż nie opuszczając rąk.
Freeman zrobił kilka niepewnych kroków do przodu, mierząc prosto w kobietę.
- Wiem, że łatwo cię nie przekonam, ale nie jestem już z nimi... Musisz mi uwierzyć... Pragnę tego samego, co ty... - Mira niemalże wspięła się na wyżyny aktorskich umiejętności, a miała już w tym pewną wprawę. Jej plan był wręcz rozkosznie nieoryginalny, ale jak do tej pory prostackie metody sprawdzały się najlepiej.
Gdy mężczyzna zbliżył się jeszcze bardziej, Mira dostrzegła coś intrygującego w jego wyrazie twarzy. Przypatrywał się jej z zaciekawieniem, ale trochę innym niż to, którego by się spodziewała. Tak jakby coś nie dawało mu spokoju.
- Znam cię... - wydukał i wtedy Mira sama poczuła się zbita z tropu.


Liwia wiedziała, że teraz już wszystko zależy od niej i nie zamierzała zawieść. To była upragniona chwila, na którą czekała od momentu, kiedy straciła najważniejszą osobą w jej życiu. Pomścić Laszlo i wreszcie wszystko zakończyć, nie marzyła o niczym innym. Lokalizacja jej sprzyjała. Duża przestrzeń, zawieszone wysoko pomosty, możliwość schowania się, świetny widok z góry... Musiało się udać. Dziewczyna była gotowa, jej M16 wymierzone perfekcyjnie w cel, palec na spuście. Ten jeden strzał mógł zmienić wszystko i nie było absolutnie miejsca na błąd. Obserwując sytuację, Liwia czuła, że nadszedł idealny moment, ale wzrok nie był jedynym zmysłem, który wytężała. Coś zastukało o metalowy pomost i kobieta na moment oderwała się od celownika. Zamarła. Głowokrab ewidentnie zmierzał w jej kierunku i choć była uzbrojona po zęby, krew momentalnie odpłynęła jej z twarzy. Jakikolwiek hałas mógł zaprzepaścić cały plan. Skąd w ogóle wzięła się tu ta kreatura? No tak, ilekroć ludzie się buntowali, Kombinat spuszczał kapsuły z tym dziadostwem, gdzie tylko popadło.
„Co za debile.” - Liwia zaklęła w myślach, gdy zdała sobie sprawę, że w zasadzie pozostały jej dwa wyjścia. Albo szybko strzelić w cel, z nadzieją, że zdąży, nim dopadnie ją głowokrab, albo najpierw załatwić kreaturę i potem wziąć się za cel, tylko że w tym przypadku zostanie zdemaskowana. Stworzenie zbliżyło się na tyle, że w zasadzie nie było już miejsca na dywagacje. Z głowokrabem na twarzy Liwia nic już by nie zdziałał, więc podjęła natychmiastową decyzję i jednym strzałem unieszkodliwiła istotę, gdy ta już szykowała się do skoku. Niestety w tym momencie aspirująca mogła się już pożegnać z myślą o jednym, precyzyjnym strzale w potylicę, więc pozostało jej podążyć za instynktem. Zerwała się na równe nogi i oddała całą serię w kierunku mężczyzny, modląc się, by przez przypadek nie trafić też Miry. Mogłaby przysiąc, że kilka strzałów trafiło w pancerze, ale to niestety nie wystarczyło. Spróbowała po raz kolejny. I ostatni.
„Laszlo...” - pomyślała Liwia, gdy broń wypadła jej z rąk. Zamiast całego życia przed oczami stanęła jej tylko jedna twarz. I chciała już ją widzieć przez wieczność. Dłonie kobiety odruchowo zacisnęły się na bełcie, który wbił się prosto w jej szyję. Zachwiała się, a jej nerwowo chwytające powietrze usta napełniły się krwią. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Jej całe ciało runęło w tył.


Czas jakby spowolnił i gdy Mira miała przed oczami osuwające się ciało Liwii, każda sekunda zdawała się niemożliwie rozciągnięta, wręcz do granic absurdu. Patrzenie na śmierć przyjaciółki trwało całą wieczność i wszystko na moment zastygło, jak w jakimś surrealistycznym koszmarze. Mira miała wrażenie, jakby straciła kontrolę nad wszystkim, nawet nad swoim własnym ciałem, które również zdawało się zamrożone w czasie i za nic nie chciało drgnąć. Dopiero głos Wasilija przywrócił ją do rzeczywistości.
- Uciekaj! - wrzasnął mężczyzna. Mira nawet nie wiedziała, kiedy znalazł się za jej plecami.
Silna ręka chwyciła kobietę za ubranie i cisnęła w stronę korytarza, a ogromna sylwetka mężczyzny zasłoniła przed pociskami. Mira momentalnie otrzeźwiała i rzuciła się po swoją broń. Chwyciła karabin pulsacyjny i wychyliła się ostrożnie. Najpierw widziała, jak ciało Liwii osuwa się niczym w zwolnionym tempie, teraz miała przed oczami powaloną sylwetkę Wasilija, ale tym razem nie dopuściła do tego, by emocje wzięły górę. Wezwała posiłki i wystrzeliła całą serię w stronę przeciwnika. Mężczyzna schował się za rusztowaniem, ale wiecznie tkwić tam nie mógł i Mira o tym wiedziała. Znowu zaatakowała, chowając się, nim zdołał ją dosięgnąć kontratak. Powtórzyła to parę razy i zaklęła, gdy skończył jej się magazynek. Freeman próbował wykorzystać ten moment na ucieczkę. Ale Mira pochwyciła pistolet i zaczęła strzelać. Niestety nie łatwo było jej trafić tak szybko poruszający się cel. Była teraz kompletnie odsłonięta, ale zdała sobie sprawę, że jeśli nie uda jej się pokonać wroga, to równie dobrze sama może sobie strzelić w łeb. Nie pozostało jej nic innego, jak postawić wszystko na jedną kartę. Miała przeciwnika praktycznie przed sobą, choć w pewnej odległości, więc wycelowała oburącz. Trafiła w pancerz. Wycelowała wyżej, ale pędzący na nią mężczyzna okazał się szybszy. Pocisk z rewolweru z wielką prędkością wbił się w kamizelkę i powalił kobietę na podłogę. Freeman przebiegł tuż obok niej i choć Mira nie straciła świadomości, przeszył ją taki ból, że nie była w stanie nawet ruszyć palcem. Właściwie to cud, że jeszcze żyła, bo z tej odległości mężczyzna mógł spokojnie zrobić jej pokaźną dziurę w czaszce. Nie zastanawiała się, czemu nie wykorzystał okazji. Liczyło się tylko to, by dokończyć misję i, ranna czy nie, Mira była gotowa to zrobić. Pocisk prawdopodobnie uszkodził jej żebra, ale odrobina „soczku” powinna postawić ją z powrotem na nogi. Tak w żargonie protektorów określano mieszkankę morfiny i paru innych substancji, które miały szybko przywrócić do stanu używalności. Nie wyleczyć, ale po prostu umożliwić dalsze funkcjonowanie na tyle, na ile organizm pozwalał. I w tym momencie to wystarczało, bo Mira zamierzała zakończyć sprawę szybko.


Miasto 17 zmieniło się w jedno wielkie pole bitwy i Emir wiedział już, że musi wejść w tryb przetrwania, jeśli nie chce pożegnać się z życiem. Nie miało już znaczenia, po której kto jest stronie. Protektorzy, rebelianci, cywile, oni wszyscy stali się jednym. Dla Kombinatu w chwili obecnej każdy niezmodyfikowany człowiek tracił jakąkolwiek wartość i stanowił potencjalne zagrożenie, więc władza nie przebierała w środkach. Najgorsi byli striderzy. Te syntetyczne jednostki, przypominające maszyny kroczące z „Wojny światów” niszczyły wszystko na swojej drodze, ale Emir był zaradnym człowiekiem i świetnym wojownikiem. Przy odrobinie szczęścia i sprytu, udało mu się przejąć opancerzony wóz wojskowy, a to dawało mu ogromną przewagę. Można rzec, że Emir oficjalnie zdezerterował, za pewne nie jedyny, ale na szczęście Kombinat miał teraz ważniejsze sprawy na głowie niż przejmowanie się jednym, skradzionym wozem.
„17 marca, godzina 15.24, ulica Śliczna, 3/11.” - Emir powtarzał sobie, jak mantrę, bo czuł, że od tego będzie zależeć całe jego życie. Oby się tylko nie spóźnił.
Mężczyzna zamyślił się dosłownie na moment i serce prawie wyskoczyło mu z piersi, gdy zobaczył przed maską mężczyznę z teczką. Zahamował gwałtownie, w kompletnym szoku i obserwował z niedowierzaniem, jak nieznajomy wsiada do środka, na miejsce pasażera.
- Co ty wyprawiasz, do cholery, to nie jest właściwa droga - powiedział nieznajomy z wyraźnym zdenerwowaniem. - Nie powinienem ci teraz pomagać. Nawet nie wiesz, ile ryzykuję. A miałeś ponoć być rozgarnięty.
- Boję się o matkę... - wymamrotał Emir. - Chciałem ją po drodze zgarnąć...
- Jeśli chcesz kogokolwiek ocalić, to natychmiast udasz się prosto na miejsce – syknął mężczyzna z teczką, po czym wyszedł z wozu i wbiegł do pobliskiego budynku.
Przez moment Emir był tak kompletnie zbity z tropu, że nawet nie słyszał pobliskich eksplozji i wystrzałów, ale szybko wziął się w garść i wcisnął gaz do dechy, zmieniając nieco kierunek. Pędził przed siebie po zgliszczach, nie bacząc na nic i coś podpowiadało mu, że lepiej wziąć sobie do serca słowa nieznajomego. Najwyraźniej nie chodziło o miejsce spotkania, przynajmniej nie w takim sensie, jak Emirowi się początkowo wydawało. Musiał kogoś ocalić, a czasu do podanej godziny miał już bardzo niewiele. Po głowie krążyło mu wiele czarnych myśli i coś natchnęło go nagle by skontaktować się z Mirą. Ustawił radio na odpowiednią częstotliwość i zaczął wywoływać przyjaciółkę, czując, że ogarnia go coraz większy niepokój.
„Odezwij się. Błagam, odezwij się” - powtarzał sobie w myślach.
- To ty... - początkowo Mira sprawiała wrażenie uradowanej z faktu, że słyszy głos przyjaciela, ale szybko zmieniła ton na bardziej oschły. - Czego chcesz? Nie mam teraz czasu...
- Gdzie teraz jesteś?! - Emir nawet nie krył, jak bardzo się boi.
- Boże, aleś wybrał moment! W jakiejś kamienicy na Ślicznej. Wybacz, ale to naprawdę kiepski czas na pogawędkę. Bez odbioru.
Mira się rozłączyła, zaś Emir poczuł, jak wzbiera w nim coraz większy strach. Przyspieszył jeszcze bardziej, jadąc slalomem między zgliszczami, uważając, by przy okazji nie rozjechać żadnej istoty ludzkiej. Spojrzał na zegarek. Zostały dwie minuty. Nie zdąży. Nie było szans.


- Gdzie teraz jesteś?!
- Boże, aleś wybrał moment! W jakiejś kamienicy na Ślicznej. Wybacz, ale to naprawdę kiepski czas na pogawędkę. Bez odbioru.
Cudownie było usłyszeć głos Emira i dowiedzieć się, że nic mu nie jest, ale niestety, choć Mira dałaby teraz wiele, by móc z nim porozmawiać, musiała się w pierwszej kolejności skupić na wykonaniu misji. Brakowało jej już tak niewiele i starała się nie tracić cennych chwil. Punkt, który wybrała zdawał się doskonały. Miała stąd dobry widok na zgliszcza, między którymi przemieszczał się cel i czekała tylko na odpowiedni moment, by nacisnąć spust. Może i Liwia była od niej lepszym snajperem, ale Mira też uważała się za osobę, która da radę stanąć na wysokości zadania.
Czego tak właściwie chciał Emir? Czemu odezwał się akurat teraz? Nie ważne, jak bardzo próbowała, Mira nie umiała się w pełni skoncentrować, bo zaczęły nawiedzać ją przeróżne myśli. I może w pewnym sensie ten moment nieuwagi okazał się zbawienny, bo gdy do środka wpadł granat odłamkowy, kobieta zorientowała się natychmiast.
- Kurwa! - zaklęła i rzuciła się do ucieczki.


Emir wjechał pod kamienicę z takim impetem, że praktycznie wbił się w mur, z czego, na szczęście, opancerzony wóz, wyszedł bez szwanku. Nieco gorzej malowała się perspektywa opuszczenia go, bo walki trwały w najlepsze, a rebelianci raczej nie ufali niczemu, co wychodziło z wojskowego samochodu. Na szczęście w środku nie brakowało broni.. Mężczyzna pochwycił miotacz pocisków z gazem i wstrzelił kilka na drugą stronę ulicy, oczyszczając sobie tym samy drogę do wejścia. Wbiegł na drugie piętro, po schodach, które ledwo przetrwały batalię i zatrzymał się częściowo z uczuciem ulgi, częściowo zaniepokojenia, gdy ujrzał znajomą sylwetkę, wyczołgującą się z gruzowiska. Podszedł bliżej. Twarz Miry była pokryta pyłem i krwią, jej mundur poszarpany, odsłaniający liczne rany, ale ważne, że kobieta wciąż żyła. Emir rzucił się jej na pomoc, ale Mira zatrzymała go ruchem dłoni i wstała o własnych siłach.
- Dam radę... Jestem na soczku... - wydyszała i otrzepała się nieco z kurzu.
Niestety Emirowi ulżyło tylko częściowo. Nie miał zielonego pojęcia w jakim stanie jest jego przyjaciółka i ona zapewne również, skoro nie czuła bólu. Ale to nie zmieniało faktu, że mężczyzna musiał za wszelką cenę ją stąd zabrać. I wiedział już dokąd.
- Chodźmy szybko do wozu, nim go ktoś zapierdoli – ponaglił, chwytając kobietę za rękę.
- Mam misję do dokończenia – zaprotestowała Mira.
Mężczyzna nie wytrzymał. Chwycił przyjaciółkę za ramiona, przycisnął ją do ściany i spojrzał prosto w jej rozszerzone źrenice.
- Nie ma już żadnej misji! - Huknął.
- Liwia i Wasilij nie żyją...
- Prawie wszyscy nie żyją! - Gdy Emir zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie podnosi głos, kontynuował już nieco spokojniej. - Nie widzisz, co się dzieje dookoła? Nie widzisz, że wynik tej walki nie ma już dla nas najmniejszego znaczenia? Przynajmniej my powinniśmy przeżyć, skoro wciąż mamy szansę. Zawsze robiłaś wszystko, żeby przetrwać i byłaś w tym mistrzynią. Nie pozwól, by opuścił cię instynkt, który kierował tobą od samego początku. Znam cię. Nie jesteś taka głupia, żeby dać się zabić. To ta paskudna substancja musiała namieszać ci w głowie. - Były protektor zdał sobie sprawę, że głos mu się łamie, a on sam jest bliski łez. Nawet już nie pamiętał, kiedy po raz ostatni targały nim tak silne emocje.
Przez moment Mira wpatrywała się w przyjaciela niespokojnym wzrokiem, oddychając głośno i szybko. Coś zaczynało do niej docierać. Emir widział to w jej oczach. Błyszczały. Zniknął ten zawzięty, pewny siebie wyraz twarzy, który Mira lubiła przybierać, ilekroć musiała zgrywać twardą. Teraz sama wyglądała na bliską płaczu.
- W porządku... Chodźmy... - wydukała, również łamiący się głosem.
Mężczyzna wziął ją na chwilę w ramiona, po czym poprowadził schodami w dół.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość