FNaF: Formy Życia

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 11
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

FNaF: Formy Życia

Postautor: CynicznaCecylia » 08 gru 2019, 18:31

tytuł: FNaF: Formy Życia

fandom: Five Nights at Freddys (FNaF)

status: w trakcie

ostrzeżenia: tematy moralnie trudne, śmierć, możliwe gore, przemoc, wulgaryzmy etc.

opis: kontynuuję historię znaną z serii (FNaF VR, bez dodatku halloweenowego), nieco urealniając ją, nadając całości poważniejszego tonu i wyjaśniając (na swój sposób) niektóre wątki. Akcja rozpoczyna się w niedalekiej przyszłość, tj. latach pięćdziesiątych XXI wieku. Całość pisana tak, aby również osoby nieznające serii potrafiły się odnaleźć w historii (jedyna odzywająca się czytelniczka nie zna FNAF'a i nie lubi gier, więc chyba mi to wychodzi).

UWAGA: Springtrap/Springbonnie/Glitchtrap (generalnie William Afton) nikogo NIE wychędoży. Erotyki i scen porno z robotami brak. Przykro mi bardzo.

Opowiadanie do znalezienia na wattpadzie: https://www.wattpad.com/803922813-fnaf-formy-życia-prolog-desperacja

Prolog: Desperacja

Wszystko ewoluuje. Stworzenia żywe, ekosystemy, ale nie tylko. Idee, społeczeństwa oraz technologia również. Nawet ekonomia. Przede wszystkim ekonomia. Człowiek, odkąd wynaleziono pieniądz, wynajduje niezliczone sposoby zarabiania go. A te, wraz z okolicznościami nieustannie się rozwijają i zmieniają, przyjmując najprzeróżniejsze formy. Nic więc dziwnego, że i Fazbear Entertainment musiało sięgnąć po nowe sposoby pomnażania gotówki, szczególnie, od kiedy nad siecią restauracji dla najmłodszych pojawiła się czarna chmura niesławy. Niesławy podszytej grozą.

Dotychczas tłum klientów potentatom dziecięcej gastronomi i rozrywki gwarantowali ich artyści. Artyści niezwykli, bo elektroniczni – zabawiające dzieciaki wielkie, zwierzokształtne roboty, animatroniki, których naczelną gwiazdą był wokalista Freddy Fazbear, brązowy, robotyczny niedźwiedź oraz jego późniejsze wcielenia. Wraz z trojgiem elektronicznych przyjaciół: grającym na gitarze królikiem Bonniem, kelnerką-kurczakiem Chicką oraz lisim piratem Foxym byli ulubieńcami maluchów. Do tego smaczne, atrakcyjnie wyglądające jedzenie, przyjemne otoczenie i sporo automatów z grami dla nieco starszych bywalców. Prosty przepis na sukces. Niestety restauracje, a później i cała markę prześladowało ponure fatum. Zaczęło się już od pierwszej lokacji: Rodzinnej Restauracji Fredbear'a.

Na początku nie było robotów. Ich miejsce zajmowali dwaj mechaniczni śpiewacy: królik Springbonnie i niedźwiedź Fredbear, ulubieńcy publiki, dzięki którym małych klientów przybywało, a pieniądze spływały szerokim strumieniem. Dlatego postanowiono iść za ciosem i zainwestować w nieco bardziej zaawansowanych technicznie artystów - zakupiono animatroniki. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, a Rodzinna Restauracja Fredbear'a gwałtownie zyskała na i tak już nie małej popularności. Do tego stopnia, że zaczęto serynie produkować maskotki przedstawiające mechanicznych i elektronicznych artystów. Te znów schodziły jak świeże bułeczki. Wydawało się, że każde dziecko pragnie mieć pluszową podobiznę któregoś ze swoich ulubieńców.

Tak, animatroniki zdobyły wielką sławę. Nie dość, że posiadały większy zakres ruchów od swych mechanicznych kolegów, to jeszcze poruszały się płynniej i nie wymagały skomplikowanego nakręcania. Jednak Springbonnie i Fredbear mieli zbyt wielu małych fanów, żeby ot tak ich wycofać. Dlatego postanowiono powoli powymieniać ich mechaniczne wnętrza na coś nieco bardziej zaawansowanego. Jednak, jako że nie chciano ściągać generujących spore zyski ulubieńców publiczności na kilka tygodni ze sceny, postanowiono robić to kawałek po kawałku. Na raty. Nocami. Niestety okazało się to fatalnym w skutkach błędem.

Swoisty werbel do nadchodzącej tragedii stanowił wypadek jednego z ludzkich pracowników restauracji. Otóż raz na jakiś czas powłoki zarówno mechanicznych jak i elektronicznych artystów trzeba było oddawać do czyszczenia. Dlatego też każdy z nich posiadał ich kilka kompletów. Owe powłoki dostosowano do tego, aby pełniły również rolę kostiumów, które czasem przywdziewała obsługa. Oczywiście, ze względu na znajdujące się w powłokach elementy przyczepu do mechanicznych szkieletów i zabezpieczające je zatrzaski, przy zakładaniu kostiumów należało zachować pewną dozę ostrożności. Rozebrać się do bielizny, a przynajmniej mieć na sobie coś przylegającego do ciała. Luźne dżinsy i swetry były stanowczo zakazane. Niestety zawsze znajdzie się ktoś, kto zignoruje instrukcje. Tym razem owym kimś okazał się dorabiający w wakacje, siedemnastolatek. Zahaczył swetrem o jeden z zatrzasków, metalowe mocowania odskoczyły i przebyły mu udo, wywołując obfite krwawienie. Szczęśliwie w restauracji stworzono pomieszczenie medyczne, w którym pracowała dyżurna pielęgniarka – kobieta zdołała zahamować upływ krwi do czasu przybycia karetki i nastolatek wyszedł z opresji bez większego szwanku. Niestety wydarzenie miało swoje represje. Powstały irracjonalne plotki, jakoby kostiumy były śmiertelnie niebezpieczne, zatrzaski puszczały same z siebie, a pokój medyczny tak naprawdę stanowił miejsce, do którego zmiażdżony zaczepami pracownik miał się doczołgać, żeby nie skonać na oczach klientów. Zdarzali się nawet dowcipnisie tworzący fałszywe taśmy instruktarzowe dla obsługi wspominające o tym, jak bardzo kostiumy są groźne dla noszących je pechowców. Paradoksalnie owe plotki, fałszywe taśmy i bzdury powtarzane z ust do ust, wcale nie zmniejszyły obrotów restauracji, przeciwnie. Zaroiło się w niej od nastolatków nękanych niezdrową ciekawością. Pierw wypytujących obsługę o niemające miejsca incydenty, a potem – kiedy wreszcie znudziło im się to – oblegających automaty do gier.

Niestety następny incydent nie przyniósł niczego pozytywnego dla Fazbear Entertainment.

Początek tragedii rozegrał się jesienią osiemdziesiątego trzeciego w trakcie przyjęcia urodzinowego siedmioletniego chłopca, Normana Aftona. Grupka starszych dzieciaków pod przywództwem brata solenizanta postanowiła nastraszyć malca i zmusić go, aby pocałował Fredbear'a. Doszło do szamotaniny i głowa dziecka znalazła się w paszczy mechanicznego piosenkarza. W nakręcanym mechanizmie, szczękach unoszących się do góry i opadających z siłą zdolną zginać metal i miażdżyć kości.

Chłopiec nie zmarł od razu, chociaż doznał poważnego urazu głowy. Życie opuściło go dopiero cztery miesiące później. Na temat jego śmierci powstało wiele plotek. Mówiono, że nigdy nie odzyskał pełni świadomości i nieustannie bytował w półśnie dręczony koszmarami. Koszmarami, w których mordercze animatroniki chciały go pożreć. W których był nieustannie ścigany i nękany, póty nie umarł ze strachu.

Chociaż ojciec chłopca, a zarazem szef ochrony restauracji, nie pozwał swych pracodawców, pod adresem Rodzinnej Restauracji Fredbear'a posypały się liczne oskarżenia. Przestano w mechanicznych artystach widzieć ulubieńców publiki, a zaczęto śmiercionośne maszyny. Na domiar złego ktoś odkrył, że Springbonnie i Fredbear z urządzeń typowo mechanicznych mieli zostać przerobieni na animatroniki. Na urządzenia delikatniejsze, posiadające czujniki nacisku, których szczęki nie stanowiłyby sprężynowo nakręcanych imadeł. Odkryto też, że robiono to na raty, aby nie pozbawiać publiki dwóch mechanicznych artystów, a restauracji wpływów. Od razu zakrzyknięto, że wypadek był winą szefostwa, ich chciwości. Że gdyby zdjęto mechanicznych śpiewaków ze sceny i udoskonalono ich od razu, do tragedii by nie doszło. Że to przez nich niewinny chłopiec stracił życie w tak tragicznych okolicznościach.

Obwiniono firmę, bo tak było najłatwiej. Najprościej. Nikt nie zapytał, gdzie byli dorośli, dlaczego nie zareagowali, kiedy starsi chłopcy dręczyli zastraszonego siedmiolatka. Nikt nie wskazał palcem na nastoletnich łobuzów, bandę dwunasto i trzynastoletnich chłopców czerpiących radość z dręczenia młodszego kolegi, którzy za nic mieli wielkie wywieszeki „nie wchodzić na scenę", „nie dotykać". Wszyscy woleli winić maszyny i ich właścicieli, zrzucając tym samym winę ze swoich barków. Nikt nie przejmował się tym, że robiąc to, atakowano i ojca zmarłego chłopca, który przecież pracował w restauracji Fredbear'a, mało tego – był tam szefem ochrony. Zdawało się, że świat za nic ma jego ból i żałobę.

Nazwa „Freadbear" i postać żółtego, śpiewającego niedźwiedzia przestały się kojarzyć z rozrywką, a zaczęły z tragedią. Restauracja upadła. Jednak biznes, który zaznał smaku sukcesu nie poddaje się od tak. Chce przeżyć. Walczy, niczym zdesperowane zwierzę. Dlatego parę lat później otwarto drugą restaurację. Zmieniono lokalizację, wymieniono Freddy'ego, Chickę i Bonniego na nowe, plastikowe wersje o nieco przyjaźniejszych obliczach i drobniejszych, mniej przytłaczających gabarytach, a twarzą marki został Freddy. Tak powstała Pizzeria Freddy'ego Fazbear'a. Ponownie wszystko zapowiadało się dobrze. Wręcz bardzo dobrze. Nad wyraz obiecująco. Klienci przybywali tłumnie, pieniądze napływały szerokim strumieniem. Dlatego po kilku miesiącach otwarto następne dwie restauracje i powoli zaczęto myśleć o całej sieci. Niestety zupełnie niespodziewanie znowu zaczęły się kłopoty. Zaginęło czworo nastolatków oraz dwunastoletnia dziewczynka, córka właściciela marki Fazbear Entertainment, Henry'ego Rozenberga.

Rozpoczęto śledztwo. Podobno znaleziono poszlaki wiążące zniknięcia z pizzerią, ale nie było żadnych, twardych dowodów. Jednak tyle wystarczyło, aby reputacja lokacji podupadła. Załamanie pana Rozenberga nie pomogło. Na domiar złego nowe animatroniki zaczęły wykazywać dziwne, niezaprogramowane im zachowania. Szybko uznano je za potencjalnie niebezpiecznie i oddano do zniszczenia, a pizzeria została tymczasowo zamknięta. Jednak zawieszenie działalności lokalu nie zdołało zapobiec kolejnemu nieszczęściu. Tym razem zginęła czternastoletnia dziewczyna. Włamała się do magazynu pizzerii, próbując ukraść jednego z nowych animatroników, a wtedy doszło w nim do spięcia i... Ugryzł ją. Co prawda był tworem elektronicznym, a nie mechanicznym, więc miał słabszy ucisk szczęk niż Fredbear, ale jego plastikowo-metalowa paszcza została uzbrojona w ostre, przypominające kołki zęby. Te przebiły czaszkę, uszkadzając płat czołowy i doprowadzając do śmierci. Ponownie odwleczonej w czasie. To wydarzenie, określone mianem ugryzienia z osiemdziesiątego siódmego, stanowiło gwóźdź do trumny pizzerii... A przynajmniej tak się wydawało. Otóż ta nie poddała się łatwo. Po dwóch latach powstała z grobu niczym wampir.

Otwarto ją ponownie ze starą obsada – dawne animatroniki powróciły do łask, ale nieco odświeżono ich wygląd, czyniąc bardziej sympatycznymi. Zastanawiano się też czy nie przywrócić Springbonniego i Fredbeara, nawet ich w pełni zmodernizowano, jednak koniec końców uznano to za zbytnie ryzyko. A nóż na ich widok pamięć o tragedii sprzed lat uległaby odświeżeniu? Mało tego, gdyby tamto zdarzenie zostało powiązane z ugryzieniem z osiemdziesiątego siódmego... Naprawdę nie było warto. Mimo tego oba animatroniki czekały cierpliwie w pomieszczeniu technicznym na lepsze czasy. Czasy, które miały nigdy nie nadejść.

Pizzeria... Cóż, była popularna, jednak nie odniosła takiego sukcesu jak jej poprzednie wersje i wręcz kwitnące, nieobciążone ponurą przeszłością restauracje w innych miastach. Przeszłością, która obrosła legendą. Bardzo nieprzyjemną, wręcz fantastyczną. Baśnią. Miejskim mitem zdającym się żyć własnym życiem. Mówiono, że zaginione dzieci zostały zamordowane. Mówiono, że ich ciała upchnięto w kostiumy animatroników. Opowiadano, że żądne zemsty dusze opanowały elektronicznych śpiewaków i teraz nocami szukają swego mordercy, zabijając każdego, kto wejdzie im w drogę. W dodatku jeden z nocnych stróżów zaginął bez wieści, co tylko dolało oliwy do ognia.

Tego rodzaju historie fascynowały i przyciągały niezdrową uwagę. Po restauracji zaczęło się kręcić mnóstwo ciekawskich, szepczących po kątach i denerwujących klientów. Zaczęli rozpowiadać, że animatroniki otacza smród rozkładających się ciał. Mówili, że z ich oczu i pysków cieknie krew. To znów zainteresowało sanepid.

Pizzeria Freddy'ego Fazbear'a ponownie została zamknięta. Miał to być tylko chwilowy przestój na czas kontroli sanepidowskiej, jednak w jego trakcie nieznany sprawca zniszczył wszystkie animatroniki. To dobiło restaurację.... Ale nie biznes. Reszta placówek miała się dobrze. Z dnia na dzień przybywało ich coraz więcej i wszystkie generowały wysokie zyski. W dodatku i ta feralna pizzeria ponownie zaczęła przynosić korzyści.

Niesława otaczająca lokal zamiast rzucić cień na pozostałe lokale Fazbear Entertainment stała się czynnikiem napędzającym ewolucję firmy i prowadzonego przez nią biznesu. Otóż na podstawie przekazywanych z ust do ust miejskich legend i ponurych opowieści wydano liczne gry komputerowe, których bohaterami były mordercze animatroniki. Stworzono nawet animowany serial grozy, a ten szybko stał się prawdziwym hitem. Bo każdy biznes ewoluuje, dostosowując się do natury ludzkiej. Zaś ta natura lubi mrok.

Tak, marka Fazbear Entertainment przetrwała. Mało tego, odniosła sukces. Ponownie. Jednak nie znaczyło to, że nie nękały jej drobne problemy. Otóż w jednej z siostrzanych lokacji – Świat Pizzy Circus Baby – doszło do zaginięcia trojga pracowników technicznych, a w odstępie kilku dni przepadła też większość animatroników... Czy raczej większość wypełniającej je elektroniki. Barwne obudowy robotów porzucono jak kokony motyli, które właśnie rozwinęły skrzydła. Na domiar złego pojawiły się też pogłoski o zniknięciach dzieci w okolicy rzeczonej pizzerii, ale nie powiązano ich w żaden sposób z lokalem... Mimo wysiłków wielbicieli miejskich legend i podejrzliwości policji. Nie długo potem spłonął też założony przez jednego z fanów opowieści o morderczych animatronikach dom strachów, Fazbear Fright, gdzie eksponowano zniszczone roboty z dwóch pierwszych pizzerii. Znowu pięć lat później doszło do pożaru kolejnego lokalu, tak zwanej „franszczyzny", spod szyldu kompani.

Fazbear Entertainment nauczyła się przekuwać niesławę w zysk, lecz tego typu historie, chociaż napędzały zyski ze sprzedaży horrorowych produktów, zmniejszały wpływy z pizzerii. Postanowiono temu zaradzić w wyjątkowo przemyślny sposób. Za pomocą kolejnej gry. Gry łączącej w sobie wszystkie pokręcone opowieści związane z Pizzerią Freddy'ego Fazbeara, ale nie tylko. W grze ukryto tak zwane „sekrety". Bonusy możliwe tylko do znalezienia przez wybitnych, dociekliwych graczy. Czym były te bonusy? Dowodami tyczącymi się wszelkich spraw powiązanych z niesławną pizzerią i kolejnymi wypadkami. Oczywiście dowody tak dobrano, aby tworzyły wygodne dla firmy historie. Historie, wedle których winę za zniknięcia nie tylko w Pizzerii Freddy'ego Fazbeara, a całym miasteczku, ponosił wędrowny przestępca-psychopata. Bliżej nieokreślony mężczyzna, prawdopodobnie pedofil. Bezimienny włóczykij przemierzający kraj, imający się dorywczych prac lub żebrzący. Morderczy łowca-nomad. Pizzeria miała zostać mylnie powiązana ze zniknięciami, ponieważ większość miejscowych dzieci i nastolatków regularnie ją odwiedzała. To, że zaginieni należeli do owej większości zrzucono na karb przypadku. Czy raczej tak dobrano dowody, aby na karb przypadku zrzucili to gracze. Z kolei za pożar Fazbear's Fright miały odpowiadać wadliwa, przeciążona instalacja elektryczna i nieuwaga stróża nocnego, który pełnił jednocześnie rolę wsparcia technicznego. A co z zaginionymi pracownikami Świata Pizzy Circus Baby? Ci mieli być złodziejami tudzież szpiegami przemysłowymi, którzy zatrudnili się w pizzerii tylko po to, aby ukraść elektroniczne wnętrzności robotów i przekazać je bliżej nieokreślone konkurencji. Podobnie z pożarem franszczyzny, Pizzerii Freddy'ego Gwiazdy Rocka. Wszystkim obciążono tajemniczą konkurencję. A najlepsze było to, że niczego nie powiedziano wprost. Skrawki dowodów, wywiadów, informacji i wycinków z gazet tak dobrano, aby gracze zaczęli myśleć, to co Fazbear Entertainment chciało, aby myśleli. Gracze znów... Cóż, zachowali się jak gracze. Pierw wymienili się zdobytymi w grze informacjami, a potem zaczęli zasypywać fora fanów rozmaitymi teoriami. Teoriami, które ewoluowały po każdej aktualizacji gry zawierającej nowe elementy rozgrywki oraz nowe ukryte poszlaki. Większość z nich pokrywała się z tym, co Fazbear Entertainment chciało, aby zostało wywnioskowane. Oczywiście zdarzały się i inne, zupełnie abstrakcyjne, wręcz fantastyczne... Jednak nie przejmowano się nimi.

Tak, ekonomia ewoluuje, a wraz z nią jej dzieci: przedsięwzięcia, mniejsze i większe biznesy, firmy. Zupełnie jak żywe organizmy. I jak żywe organizmy wszystkie pragną przetrwać. Przetrwać i zagarnąć tak wiele, jak tylko mogą. Z darwinistyczną desperacją sięgają po wszystkie możliwe środki, aby to osiągnąć. Kłamstwo. Manipulację. Czasem szantaż i przekupstwo. Nie wykazują przy tym najmniejszych wyrzutów sumienia. Nie mają poczucia winy. Są prymitywnie bezwzględne. Mimo swych zaawansowanych mechanizmów przystosowawczych nadal stanowią stworzenia pierwotne, pozbawione moralności i tak zwanych uczuć wyższych.

Zabawne, ale uczucia – jakie jak na przykład poczucie winy – także ewoluują. Nie, nie chodzi tu o zmianę przyjaźni w miłość czy zranionej miłości w nienawiść. To tylko zwykłe metamorfozy, zmiana dnia w noc, gąsienicy w motyla. Emocje ewoluują dostosowując się do sytuacji. Miłość do partnera czy partnerki po kilkunastu latach małżeństwa, nawet jeżeli jest tak samo silna, ma zupełnie inny wymiar. Motyle w brzuchu, wybuchy namiętności i wzajemne uzależnienie zmienia się w coś stabilnego i codziennego, lecz równie cennego... Chociaż miłość nie jest najlepszym przykładem. Występuje w zbyt wielu odzieniach, jest zawiła, skomplikowana i każdy z nas odczuwa ją inaczej. Lepiej nadaje się strach. Ten prawdziwy.

Strach jest prostszy niż miłość i bardziej uniwersalny. Dotyka praktycznie wszystkich w ten sam sposób. Na czym polega jego ewolucja? Otóż, kiedy znajdujemy się w sytuacji zagrożenia, ogrania nas lęk. Intensywny, uwalniający mnóstwo adrenaliny, przyspieszających oddech, tętno i szybkość reakcji, zwiększających wydolność, ale utrudniających racjonalne myślenie. Ten rodzaj strachu jest dobry, gdy trzeba działać błyskawicznie, zaatakować lub uciec. Doskonały, kiedy zagrożenie jest krótkotrwałe. Jednak co, gdy stan zagrożenia utrzymuje się całymi godzinami, a czasem dniami, może nawet tygodniami? Co wtedy? Strach znika? Otóż nie. Zmienia swą formę. Mało tego, jest równie silny, chociaż mniej intensywny. Przypomina tępy, lecz znośny ból. To strach pozwalający jeść, spać, a nawet odpoczywać, ale trzymający w stanie nieustannej czujności. Pełniący rolę strażnika gotowego podnieść w każdej chwili alarm.

Podobnie z nieco bardziej skomplikowanym uczuciem, jakim jest właśnie poczucie winy. Wielkie, domagające się zadośćuczynienia. Nieustannie narastające, wchłaniające towarzyszące mu emocje. Stające się coraz intensywniejsze, niemal obsesyjne, nacechowane desperacją. Desperacją silniejszą niż ta bestii walczącej o życie. Ponurą, szaloną, zdolną do czynienia rzeczy potwornych i wspaniałych. Potrafiącą przełamywać bariery pozornie nie do przełamania...

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 11
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

FNaF: Formy Życia - I - Wielka wygrana

Postautor: CynicznaCecylia » 09 gru 2019, 19:50

FNaF: Formy Życia - I - Wielka wygrana

Coleen półleżała na ławce, już nawet nie próbując słuchać matematyka, który z poświęceniem godnym lepszej sprawy usiłował wytłumaczyć klasie równania kwadratowe. Było na to zwyczajnie za gorąco. Mimo zasuniętych żaluzji żar wlewał się do dusznego pomieszczenia, odbierając wszystkim siły i wolę życia. Furkoczący pod sufitem wiatrak niewiele pomagał. Strugi potu ściekały czołach i zgarbionych plecach, co chwilę czyjaś ręka sięgała po wodę. Zeszyty i książki leżały bezużytecznie na stolikach, nietknięte od początku lekcji. Jedynie tłusta, szaleńczo obijająca się o szybę w drzwiach mucha, zdawała się mieć niespożyte zapasy energii.

Ciężko oddychając, obserwowała wskazówki wolno przemierzające tarczę staromodnego zegara wiszącego nad tablicą. Do dzwonka pozostało ledwie piętnaście minut, ale nawet tyle w przypominającej przedsionek piekła klasie zdawało się wiecznością. Nie tylko dla niej. Po chwili nawet nauczyciel się poddał i udając, że ma ważny telefon – jego komórka nie zadzwoniła, nie zawibrowała, a jej ekran pozostał ciemny – wyszedł z klasy. Coleen mogła się założyć, że pobiegł do toalety się schłodzić, ewentualnie zaatakował automat z napojami. Sama miała na to ochotę. Podobnie jak wszyscy w klasie.

- Nie no, zaraz chyba stanę w ogniu, dostanę jakiegoś samozapłonu czy coś – sapnęła Evita, Meksykanka z ławki obok, wachlując się intensywnie ręką. To, że ktoś pochodzący z kraju, gdzie temperatura niejednokrotnie sięga czterdziestu stopni, narzekał na gorąco, dużo mówiło o dotkliwości upału.

Słysząc to, Coleen nie potrafiła powstrzymać się od komentarza.

- Jest piekielnie gorąco, ale nie aż tak gorąco – mruknęła, zerkając na dziewczynę. – Do stanięcia w ogniu jeszcze długa droga. Mówię jako ekspert.

Evita drgnęła, a jej wzrok mimowolnie powędrował ku prawej ręce Coleen i pokrywającego ją, paskudnego poparzenia. Rozległej blizny wylewającej się spod śnieżnobiałego rękawka T-shirtu i ciągnącej po same czubki palców. Dopiero po chwili spojrzała jej w oczy.

- Dziewczyno... Czasami myślę, że pod definicją słowa „creepy" powinno być twoje zdjęcie.

- Dziękuję.

Evita przewróciła oczyma, odwracając wzrok, a Coleen znowu wbiła spojrzenie w tykający na ścianie zegar. Tak, nikomu nie groziło stanięcie w płomieniach, ale temperatura była wystarczająco wysoka, aby nawet młode i silne organizmy licealistów zaczęły się buntować. Jej także. Dlatego z niecierpliwością wypatrywała końca zajęć. Chwili, kiedy będzie mogła opuścić zatłoczoną szkołę i uciec w jakieś przyjemne, klimatyzowane miejsce. Wiedziała nawet jakie.

Miejscowa restauracja Freddy'ego Fazbeara otwierała się po wielkiej renowacji... Czy raczej już się otwarła. Wczoraj. Hucznie. Podobno wprowadzono w niej wiele zmian. Dodano żłobek dla najmłodszych, gdzie animatorzy i profesjonalni opiekunowie zabawiali maluchy, kącik ciszy, w którym rodzice mogli przez chwilę odpocząć od swoich pociech oraz zupełnie nową atrakcję – Studio Tańca Łasicy Wandy. Ostatnio kraj opanował swego rodzaju boom na taniec i najwyraźniej kierownictwo Fazzbear Entertainment postanowiło to wykorzystać. Stworzyło nowego animatronika, który – wedle założeń – miał uczyć najmłodszych oraz ich rodziców tańca, a przy okazji promować aktywny tryb życia. W sieci krążyły plotki, jakoby chciano wyemitować telewizyjny program edukacyjny dla najmłodszych, którego bohaterką miała być właśnie Wanda. Jednak nowy animatronik, podobnie jak atrakcje dla kilkulatków, niewiele ją obchodziły. Zamierzała tam wstąpić z innego powodu... Powodów. Trzech. Pierwszy to oczywiście klimatyzacja. Drugi to jedzenie. Jak na knajpę pierwotnie przeznaczoną dla dzieci, serwowano tam naprawdę dobre rzeczy. Pyszne pizze, cudowne desery lodowe, wspaniałe koktajle, chrupkie frytki i wiele, wiele innych. Nie tylko dań barowych. W dodatku to wszystko w przystępnych cenach. Trzeci powód to salon gier oraz jego nowa oferta.

Od lat wszystkie lokale spod znaku Fazbear Entertainment posiadały mniejsze bądź większe salony gier. Te zwabiały do restauracji żądnych elektronicznej rozrywki, a także skupiały społeczność fanowską Legendy Fazbeara, jak nazywano gry i produkcje telewizyjne powstałe w oparciu o prześladujący markę pech.

Coleen nie była jakąś wielką fanką Legendy Fazbeara, ale naprawdę lubiła gry z nią związane. Dlatego też ogłoszenie w sieci, mówiące o nowej promocji związanej z otwarciem lokalu od razu przykuło jej uwagę. Otóż niedawno Fazbear Entertainment wydało grę przeznaczoną na znajdujące się w salonie konsole HNVR: „Drogę do Wyjścia". Co prawda sama „Droga do Wyjścia" – według recenzji nakierowana głownie na akcję i pokonywanie przeciwników – niezbyt ją interesowała, ale to, że uzyskując w niej ponad dwa tysiące punktów na poziomie „koszmar" mogła wygrać „Pięć Nocy u Freddy'ego: Potrzebna Pomoc" już tak. Bardzo chciała dostać "Potrzebną Pomoc" w swoje ręce, niestety ostatnimi czasy ojciec mocno ograniczył jej fundusze na rozrywkę elektroniczną, stwierdzając, że spędza zbyt wiele czasu w świecie wirtualnym... Zupełnie jakby rzeczywistość stanowiła lepszą opcję.

Westchnęła. Zdobycie dwóch tysięcy punktów w grze, w którą nigdy nie grała i to na najwyższym poziomie stanowiło wyzwanie. Podobnie jak wytrzymanie siedmiu godzin w nieklimatyzowanej, dusznej szkole podczas najbardziej upalnego dnia lata. Dnia, w którym nauczycielka historii zemdlała z gorąca... A wcześniej kilkoro uczniów, na szczęście – lub niestety, zależy z której strony na to spojrzeć – nie z jej klasy. Jednak nawet to nie przekonało dyrekcji do odwołania lekcji.

Miała nadzieję, że jeżeli jutro temperatura utrzyma się na podobnym poziomie, władze miasta pójdą po rozum do głowy i odgórnie odwołają zajęcia szkolne.

W końcu wskazówka minutnika stanęła na dwunastce i rozbrzmiał upragniony dzwonek. Wszyscy zerwali się z krzeseł i czym prędzej pognali do wyjścia, jakby nagle zyskali nowe siły. Ona się nie spieszyła. Wątpiła, aby kilka minut ją zbawiło, poza tym wiedziała, że nim dotrze do Pizzerii Fazbeara, będzie musiała stawić czoła skwarowi na zewnątrz.

Może przed wyjściem dobrym pomysłem byłoby zajrzeć do łazienki? Schłodzić nieco twarz wodą, zrobić z siebie człowieka? Teraz pewnie wyglądała jak spocony szczur, a ojciec nie raz jej powtarzał, że ma zwracać uwagę na prezencję. Że ma być skromna, dziewczęca, i schludna, zachowywać się właściwie i nie przynosić mu wstydu. Przede wszystkim nie przynosić mu wstydu.

Wzdychając, skręciła w boczny korytarz i skierowała się ku drzwiom z napisem „WC".

Szkolna łazienka wyglądała jak w filmach. Tanie kafelki, drzwi toalet pokryte rozmaitymi napisami – plotkami, pogłoskami, oszczerstwami i miłosnymi wyznaniami – rząd umywalek, nad którymi połyskiwały proste lustra i absolutny brak mydła. Sprzątaczki dwa razy w tygodniu je uzupełniały, jednak to jakimś tajemniczym sposobem niemal natychmiast znikało. Szczęśliwie akurat teraz mydła nie potrzebowała.

Spojrzała w lustro. Nawet w normalnych warunkach nie stanowiła nazbyt interesującego widoku. Popielate włosy, szarobrązowe oczy, pospolite rysy twarzy, przeciętna sylwetka, przeciętny wzrost. Należała do tego typu osób, na które nie zwraca się uwagi, dopóki na człowieka nie wpadną. Zlewała się z tłumem. Właściwie to zlewałaby się, gdyby nie pokrywająca rękę paskudna blizna po poparzeniu i strój – założona na biały T-shirt, prosta, sięgającą za kolana sukienka na ramiączkach. Szerokich. Oczywiście granatowa. Ojciec nie aprobował „krzykliwych barw". Do tego tenisówki, również granatowe i białe skarpetki. Tyle wystarczało, aby odznaczała się na tle kolorowych, z lekka niechlujnych, usiłujących za wszelką cenę „wyrazić siebie" – cokolwiek to nie znaczyło – rówieśników. Wyglądała jak ktoś z innej epoki...

Obecnie jak ktoś z innej epoki, kto lada moment dostanie udaru cieplnego.

Skrzywiła się, naprawdę nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej miała tak czerwoną twarz. Nawet po gimnastyce z tą uwielbiająca biegi i tory przeszkód sadystką, panią Morrison. Z lekka opuchnięte oczy otoczone cieniem niewyspania dodawały całości pewnego dramatyzmu.

Porządnie przemyła twarz i kark chłodną wodą, przetarła pachy antybakteryjnymi chusteczkami, które zawsze miała pod ręką, zaaplikowała kolejną dawkę antypespirantu i poprawiła włosy. Potem po raz kolejny przemyła twarz. Tak na wszelki wypadek. W końcu odzyskała względnie normalny koloryt i wygląd pensjonariuszki z angielskiej szkoły dla dobrze urodzonych dziewcząt.

Stanowczo nie pasowała tutaj. Niestety ojciec uparł się, że posłanie jej do liceum publicznego to dobry pomysł, bo pomoże mu w karierze. Nie, żeby uważała, że w prywatnej szkole dla bogaczy odnalazłaby się lepiej, ale prywatne szkoły miały klimatyzację. Do tego mydło w toaletach, świetnie wyposażone stołówki oraz nowoczesne sale lekcyjne. Przede wszystkim jednak klimatyzację.

Z tą myślą opuściła toaletę.

W drodze do wyjścia zahaczyła o automat z napojami. Na zdrowy rozsądek, wydanie pieniędzy na napój w puszce, tuż przed pójściem do pizzerii mijało się z celem, ale przy panującym na zewnątrz skwarze, coś chłodnego do picia naprawdę mogło się przydać.

Gdy tylko wyszła na zewnątrz, pogratulowała sobie zakupu.

Uderzenie gorąca było jak cios w twarz. Co prawda w samej szkole temperatura zdawała się nie do wytrzymania, ale mury starego budynku chroniły przed palącymi promieniami bezlitosnego słońca. Tymczasem wyłożony betonowymi płytami szkolny plac stanowił odpowiednik wielkiej patelni. Naprawdę należało przechrzcić idiotę, który projektując go, nie pomyślał o zasadzeniu chociażby kilku drzew. Co prawda od paru lat pojawiały się głosy, że należałoby przebudować okolicę, zainwestować w nieco zieleni miejskiej, ale jakoś zawsze brakowało funduszy.

- Jasna cholera, przecież to nawet nie lato – mruknęła pod nosem, otwierając puszkę.

Efekt cieplarniany. Od kilku lat rząd podejmował naprawdę intensywne działania, aby zatrzymać wcześniej negowane zmiany klimatyczne, co jasno mówiło jak bardzo jest źle. Osobiście podejrzewała, że nim ktoś wpadnie na cudowny pomysł, jak naprawić dziesięciolecia ignorowania problemu i zaniedbań, ludzkość zdąży się usmażyć. I dobrze.

Pizzeria Freddye'go mieściła się niecałe piętnaście minut drogi na piechotę od szkoły, lecz napój starczył Collen ledwie na połowę. Gdy zgrzana i zasapana stanęła na progu lokalu, zdążyła zapomnieć, że w ogóle coś piła. Zmęczona nawet nie spojrzała na odnowiona fasadę budynku, która notabene niewiele się zmieniła, tylko swym zwyczajem pomachała wiszącym nad drzwiami podobiznom animatroników i niezwłocznie wyszła do wnętrza.

Cudownie chłodnego wnętrza.

Wnętrza innego niż zapamiętała.

Oczywiście spodziewała się, że będzie inaczej niż przedtem, w końcu lokal nie dość, że przeszedł całkowitą renowację, to jeszcze znacznie zwiększył swoją powierzchnię. Jednak nie oczekiwała, że wystrój powróci do korzeni. Na podłodze pojawiły się czarno-białe, ułożone w szachownicę kafelki, a kolorowe, pokryte plakatami i podobiznami animatroników ściany przecinał poziomy pas czaro-białej kostki. Do tego to umeblowanie... Bardzo retro. Jak sprzed lat. Jak sprzed czasów, które pamiętała.

Zewsząd wyzierał klimat lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Czasów kiedy, wedle legend otaczających Pizzerie Fazbeara, tragiczne wydarzenia zaczęły prześladować markę. Dość odważne posunięcie, ale niekoniecznie zaskakujące... A przynajmniej nie bardzo. Obecnie panowała wielka moda na retro, więc Fazbear Entertainment po prostu „złapało falę", przy okazji wabiąc do lokali fanów Legendy Fazbeara i związanych z nią produkcji. Jeżeli zaś chodzi o maluchy i ich rodziców, to interesowało ich głównie to, że wnętrze restauracji jest kolorowe i przyjazne. Natomiast dawne historie, zaginione dzieciaki, domniemane morderstwa i tamten tragiczny wypadek... Wszystko to miało miejsce ponad siedemdziesiąt lat temu. Większość ludzi, którzy pamiętali tamte wypadki, umarła, a ci nieliczni, którzy żyli, byli starzy. Bardzo starzy. Starzy, schorowani, nękani przez demencję i choroby. Zmęczeni. Przede wszystkim jednak nie mający nic wspólnego z minionymi wydarzeniami, które z biegiem czasu stały się dla nich jedynie wyblakłym, niemającym większego znaczenia wspomnieniem.

Tak, wnętrze bardzo się zmieniło, jednak - ze względów czysto estetycznych – była to zmiana na korzyść. Poprzedni wymiotnie kolorowy wystrój przyprawiał o zawroty głowy i zniechęcał każdego powyżej siódmego roku życia. Jednak aparycja animatroników pozostała bez zmian. Na szczęście. Coleen darzyła animatroniczne postaci wielkim sentymentem i to nie tylko ze względu na uwielbiane przez siebie gry. W dzieciństwie często odwiedzała pizzerię wraz z babcią, a mając sześć lat wprost ubóstwiała Freddy'ego, którego wielka, pluszowa podobizna do tej pory zajmowała honorowe miejsce w jej pokoju. Najbardziej cieszyło ją, że roboty nie straciły swoich futer. Nigdy nie była wielką fanką Legendy Fazbeara ani nie zagłębiała się zbytnio w historię pizzerii, jednak z samych gier wiedziała, że przez długi okres czasu Fazbear Entertainment inwestowało w plastikowe animatroniki. Gładkie, połyskujące i uparcie kojarzące się jej z tandetnymi zabawkami dla kilkulatków. Zresztą jedna z serii robotów właśnie tak się nazywała: zabaweczki. Szczęśliwie w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i postanowił oddać animatronikom pokrycia ciała. Z nawiązką. Już nie okrywał ich zamszowy meszek, jak na początku, a włosy. Mierzące do dwóch centymetrów, stworzone z syntetycznych, niebrudzących się i hipoalergicznych włókien. Puszyste i z sukcesem udające zwierzęca sierść. Czy też w przypadku Chicki puch kurczęcia. Dzięki temu Freddy i kompania wyglądali o wiele przyjaźniej i naturalniej. Według niektórych nawet zbyt naturalnie. Otóż ostatnimi czasy robotyka poczyniła wielki skok naprzód, w czym mieli swój udział geniusze z Afton Robotics, firmy produkującej animatroniki oraz – od około dwudziestu lat – robotyczne protezy. Obecnie ich twory poruszały się z wręcz ludzką płynnością i precyzją. Mało tego, posiadały też ludzką mimikę. Ukryte pod skórą robotów splecionez metalowych włókien, potrafiły odwzorować na ich twarzach praktycznie każdą emocję.

Obserwując występujące na scenie, wyglądające i poruszające się jak żywe animatroniki, Coleen nie raz ani nie dwa myślała o tym, jak upiornie pasuje to do historyjek o opętanych przez duchy robotach.

Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj nie miała głowy do tego typu rozmyślań. Właściwie to do jakichkolwiek rozmyślań – było zbyt gorąco. Aby zacząć myśleć pierw musiała się porządnie ochłodzić. Wiedziała jak to zrobić. W sposóbprosty i niezwykle przyjemny.

Zajęła stolik w odległym kącie sali i delektując się płynącym z klimatyzacji chłodem, cierpliwie czekała, aż zauważy ją ktoś z obsługi. Nie trwało to długo. Szybko przykuła wzrok Tima, wbitego w przyciasny uniform kelnera pulchnego trzydziestoczterolatka. W prywatnym życiu programistę, nałogowego gracza, prawdziwego, komputerowego świra i największego fana Legendy Fazbeara jakiego znała. Maniaka, którego największym marzeniem było zostać jednym z twórców gier Fazbear Entertainment. Niestety jak dotąd wszystkie jego aplikacje odrzucano, więc musiał się zadowolić dorywczą pracą w pizzerii, którą traktował jak hobby.

Na jej widok okoloną jasnymi włosami twarz mężczyzny przeciął szeroki uśmiech. Mężczyzny... To naprawdę nie do wiary, że ta pulchna, gładka buźka należała do trzydziestoczterolatka. Tim wyglądał góra na dwudziestkę... I zachowywał się jak dwudziestolatek. Dlatego w jego towarzystwie czuła się, jakby przebywała z rówieśnikiem, a nie dorosłym facetem. No, może poza jednym, drobnym szczegółem – był o wiele milszy niż większość jej rówieśników.

- Siemka, przyszłaś po „Potrzebną Pomoc"? – zapytał bez ogródek, podchodząc do jej stolika.

- Przede wszystkim to ochłodzić się i najeść. Poza tym, tak... Przyszłam spróbować wygrać „Potrzebną Pomoc". I przy okazji pobawić się, grając w „Drogę do wyjścia".

- Spróbować wygrać? – Uniósł brwi, posyłając jej rozbawione spojrzenie. – Dziewczyno, jesteś najlepsza w te klocki. Jeżeli ktokolwiek ma pobić limit dwóch tysięcy punktów, to tylko ty. Jeżeli nie za pierwszym razem, to na pewno za drugim. I mówię ci to jako ekspert prowadzący kanał gejmingowy. WYMIATASZ. Swoją drogą powinnaś swój założyć, dorobiłabyś się na tym.

- Do tego potrzebna jest charyzma i odrobina umiejętności komediowych, których nie posiadam. Widzowie wynudziliby się przy mnie. Poza tym mój ojciec... Sam rozumiesz.

- Tak, tak... Wielki, poważny i ważny pan prokurator, i jego nastoletnia córeczka zarabiająca na filmach w Internecie, w których gra w gry i to takie niekoniecznie edukacyjne. Zestawienie kiepsko wyglądające w prasie i mediach. – Przewrócił oczami wzdychając. - Dziewczyno... Nastoletni bunt, mówi ci to coś? Nie uważasz, że może powinnaś spróbować tupnąć nóżką?

- Pewnie tak, ale na razie nie mam na to wystarczającego kręgosłupa. Poza tym walka o coś na czym mi nie zależy, trochę mija się z celem. – Zerknęła nad jego ramieniem, na menadżerkę, która uważne go obserwowała, bębniąc palcami o połyskujący blat kontuaru. – Swoją drogą TY powinieneś mnie poprosić o zamówienie. No chyba, że chcesz się narazić szefowej...

- Ach ta harpia, zapomniałem o niej – mruknął pod nosem. – No to czego sobie życzysz, moja młoda, utalentowana przyjaciółko?

- Królewski deser lodowy, rozmiar XL. Do tego herbata mrożona.

- Puchar XL? Nie wiem czy nawet ja byłbym w stanie to wszystko zjeść, ale jak tam chcesz – uśmiechnął się. – Jakie lody?

- Kokos, wiśnia i czekolada.

- Już się robi.

Tim ruszył w stronę kuchni, po to, aby po chwili wrócić z olbrzymim pucharkiem wypełnionym wybranymi przez nią lodami, waflami, rurkami z masą czekoladową i owocami przykrytymi warstwą bitej śmietany, na którą wylano niemałą ilość sosu czekoladowego. Deser przytłaczał swoim ogromem i kalorycznością. Zdawał się krzyczeć „zjedz mnie, a nigdy nie pozbędziesz się dodatkowych centymetrów z bioder". Szczęśliwie Coleen nieszczególnie przejmowała się swoimi biodrami.

- Słodka osłoda życia? – zapytał, kiedy zatopiła łyżkę w lodowej masie.

- Przede wszystkim ochłoda. Ale osłoda też. – Wsadziła porcję lodów do ust i zamruczała głośno. – Boże, ale to jest pyszne... Niebo w gębie.

- Coś czuję, że przez ciebie moje postanowienie o diecie znowu pójdzie w cholerę i też wezmę jeden. – Z trudem oderwał pożądliwe spojrzenie od pucharka lodów. – Za dwadzieścia minut kończę zmianę. Znajdź mnie w salonie gier, dobra?

- Och, czyżbyś chciał mi pokibicować?

- Pokibicować? – Przewrócił oczami. – Ja chcę zobaczyć, jak miażdżysz tych wszystkich noobów. Jak rozcierasz ich na papkę dla niemowląt. Jak wytrzeszczają oczy, niedowierzając, że pobiła ich siedemnastolatka w stroju amiszki. Kibicowania to ty nie potrzebujesz.

Zaśmiała się.

- Dobra, dobra, niech ci będzie. Poszukam cię. Jak coś, to kręć się w pobliżu suszarek, na pewno prędzej czy później tam przypełznę.

Lody na obiad. Zwykle Coleen nie praktykowała czegoś takiego, głownie ze względu na ojca, który zamierzał zrobić z niej żywy przykład cnót. Idealną, zawsze uśmiechniętą nastolatkę. Grzeczną, skromną, uprzejmą, mającą dobre oceny, czytującą ambitne książki i udzielającą się społecznie. Do kogoś takiego nie pasowało jedzenie słodyczy na główny posiłek. Ani granie w gry komputerowe. Szczęśliwie, póki nie pyskowała, pilnie się uczyła, a w weekendy pomagała w schronisku dla zwierząt i zaglądała do klubu książki, nie czepiał się nazbyt mocno jej małego hobby. Nie lubił go finansować, ale też nie robił problemów, gdy godzinami przesiadywała przed ekranem komputera. Niestety brak finansowania oznaczał, że nie mogła sobie pozwolić na wszystkie tytuły, w które chciałaby zagrać. Dlatego musiała kombinować. Anonimowe turnieje gier i promocje jak ta tutaj stanowiły świetną okazję. Okazję, z której grzechem byłoby nie skorzystać.

Pizzeria była pełna gier. Staromodnych automatów arkadowych, gier zręcznościowych, platform do tańca i konsoli zapełnionych rozmaitymi tytułami... Wszystko do lat dwunastu. Osoby mające ochoty na coś dla nieco starszych graczy musieli zejść do salonu gier, który niezmiennie mieścił się w piwnicach, jednak i on został podzielony na dwie części. Jedną zajmowały konsole z grami do lat piętnastu, drugą rzeczy nieco mocniejsze, niekoniecznie przeznaczone dla dzieciaków.

Coleen rozglądała się ciekawie po salonie. Pierwsza część, ta ogólnodostępna, prawie w ogóle się nie zmieniła. Odrobinę powiększono przestrzeń, odświeżono to i owo, dodano parę automatów i to wszystko. Zachowała swój loftowy, neutralny styl doskonale komponujący się z połyskującymi ekranami i wpatrzonymi w nie, przypominającymi zombiaki dzieciakami. Za to druga część... Cóż, broniące dostępu do niej dwuskrzydłowe, czerwone drzwi żywcem wyjęte z minionej epoki podpowiadały, w jaki wystrój postanowiono zainwestować.

Już miała je pchnąć i wejść do środka, kiedy zatrzymało ją stukniecie w ramię. Zaskoczona odwróciła się, spoglądając w twarz – obcą twarz - wbitego w fioletowy uniform ochroniarza.

- Przed wejściem proszę okazać kartę – warknął, wymachując jej przed nosem czytnikiem.

- Przepraszam, nie spodziewałam się kogoś nowego... – mruknęła, zaglądając do torby. – Większość obsługi mnie rozpoznaje. O jest, proszę.

Wręczyła mu złotawą kartę z wytłoczonym na niej napisem FPC czyli Fazbear Playtime Card. Karta ta zawierała jej podstawowe dane, a także zbierała informacje o przeprowadzonych przez nią rozgrywkach we wszystkich lokalach Fazbear Entertainment. Rejestrowała wyniki, a także zdobyte w grach faztokeny, czyli wewnętrzną walutę lokali. Za faztokeny można było wykupić rozmaite nagrody w kąciku nagród, posiłki, a także kolejne partie gier. Cudowny układ dla kogoś, kto dzięki zdobytym w grach punktom mógł całymi tygodniami nie płacić za korzystanie z oferowanych przez pizzerię atrakcji.

Mężczyzna bez słowa odbił podaną mu kartę chipową na przypominającym mini-tablet urządzeniu. Ten natychmiast wyświetlił jej wszystkie dane, między innymi wiek, potwierdzając tym samym, że pełnoprawnie może wejść do środka.

- Proszę. Miłej zabawy – burknął oddając jej kartę. Brzmiało to prawie jak przekleństwo. Ewidentnie kariera ochroniarza Pizzerii Fazbeara nie stanowiła spełnienia jego marzeń... Delikatnie rzecz ujmując. Swoją drogą to dziwne. Z tego, co kojarzyła, obecnie pracownicy ochrony wszystkich lokali Fazbear Entertainment byli całkiem nieźle opłacani i objęci jednym z lepszych ubezpieczeń zdrowotnych. Do tego regularnie przechodzili kursy doszkalające i kwalifikacyjne w ramach godzin pracy. Generalnie nie mieli większych powodów do narzekań.

Pchnęła drzwi i weszła do środka. Natychmiast zrozumiała, że nie pomyliła się – wnętrze wyglądało jak w pierwszej Pizzerii Freddy'ego Fazbeara. Czarno-biała kostka, brązowawe ściany niemal wytapetowane koślawymi, dziecięcymi rysunkami, pod sufitem papierowe ozdoby, a tu i ówdzie maska jednego ze starych animatroników. Wszystko sztucznie postarzone, miejscami „nadniszczone" i skąpane w zimnym świetle wszędobylskich ekranów. Klimatyczne.

Odnalezienie stoiska z konsolami HNVR zajęło jej chwilę, lecz w końcu je wypatrzyła. Rząd urządzeń przypominających fryzjerskie suszarki do trwałych i ustawionych przed nimi ekranów, na których widzowie mogli podziwiać rozgrywki. Wokół kręciło się sporo osób, zarówno graczy jak i widzów chcących zobaczyć ich wirtualne potyczki. Grano głównie – co nie zaskakiwało – w „Drogę do Wyjścia", jednak po pełnej napięcia atmosferze bez trudu rozpoznała, że jeszcze nikt nie pobił magicznej puli dwóch tysięcy punktów.

- No to co? Gotowa na neuropralkę? – rozbrzmiał tuż obok jej ucha głos Tima.

Zerknęła na niego i z trudem powstrzymała chichot. Nie dość, że rzadko widywała go w stroju innym niż uniform kelnera, to jeszcze teraz wyglądał jak prawdziwy FANATYK Legendy Fazbeara. Koszulka z nadrukiem nowej gry, bransoletki z paciorków będących głowami Chicki i Freddy'ego, na szyi czerwona muszka Bonniego, a na głowie opaska z lisimi uszami Foxy'ego.

- Niezłe uszyska – skomentowała, nawet nie usiłując ukryć uśmiechu.

- Co nie? – uśmiechnął się szeroko. – Myślałem nawet nad ogonem, ale oryginalny Foxy go nie miał. Poza tym, jedyne lisie ogony, które znalazłem na necie, były na buttplugi, a to poświęcenie na jakie nie jestem gotowy.

Z trudem powstrzymała przerażającą wizję, usiłującą się wcisnąć do jej umysłu.

- Dobrze, to może zabierzemy się za kopanie wirtualnych tyłków?

- My? – zamrugał. – Nie jestem tak głupi, żeby z tobą konkurować, poza tym „Potrzebną Pomoc" kupiłem w godzinę po wydaniu, a nie chcę zajmować walczącym o nią miejsc. W „Drogę do Wyjścia" pogram, jak już się skończy promocja. Do tego czasu mam zamiar chwalić się, że ta dziwna laska, która rozwaliła system to moja kumpela. Tak więc, panie przodem – mówiąc to wykonał szarmancki ukłon, wskazując na jedną z wolnych konsol.

Rozbawiona, z lekka kręcąc głową, podeszła do wskazanego urządzenia i z niejakim wahaniem usiadła w fotelu. Konsole HNVR niepokoiły ją, zresztą – jak uważała – nie niepokoiłyby tylko idiotów. W końcu ich pierwowzorami były wojskowe urządzenia, mające za cel szkolenie żołnierzy oraz sprawdzanie ich odporności na stres i ból przy minimalnych kosztach. Podpinały się do mózgów, wciągając „graczy" do wirtualnej rzeczywistości oferującej pełnię doznań zmysłowych. Znikał gdzieś prawdziwy świat, a zamiast niego pojawiało się to, co w danej chwili generował komputer. Świat chociaż tylko cyfrowy, to tak rzeczywisty, że można było w nim zginąć na wskutek szoku czy też ataku paniki. Jakieś trzy lata temu, w oparciu o te maszyny powstały konsole HNVR czyli Hyperrealistic Neuro Virtual Realm. Ze względu na to, że ich użytkowanie niosło ze sobą wiele potencjalnych zagrożeń, mogły być używane jedynie w posiadających specjalne licencje salonach gier przez osoby powyżej piętnastego roku życia. Oczywiście powstała też bezpieczna (przynajmniej w teorii) wersja konsoli do domowego użytku – NVR czyli Neuro Virtual Realm – jednak nie oferowała tak głębokich doznań jak pierwowzór. Dlatego też popularność HNVR'ów, a tym samym salonów gier, nie malała.

- To w co gramy? – zapytała obsługująca urządzenia kobieta o anemicznej, szarawej twarzy. Crystal, o ile dobrze pamiętała imię. – W to, co wszyscy?

- Zgadza się – mruknęła podając jej kartę FCP. - Proszę załadować „Drogę do Wyjścia".

Crystal skinęła głową, odbiła kartę na panelu kontrolnym konsoli, coś tam poustawiała, po czym zajęła się zapinaniem zatrzasków.

Szerokie, metalowe klamry pełniły dwie funkcje. Po pierwsze miały unieruchomić gracza, aby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy. Po drugie stanowiły neuroprzekaźniki uzupełniające. Mające formę cienkich, wysuwanych bolców główne neuroprzekaźniki konsoli mieściły się w oparciu fotela, w miejscu, gdzie powinien przylegać kręgosłup gracza oraz w hełmie.

Przypominającym ogromną suszarkę hełmie, który po chwili opadł na głowę Coleen, odcinając ją od świata zewnętrznego. Zapadła ciemność. Ciemność i cisza. Poczuła jak wysuwające się z hełmu i oparcia bolce dociskają się do jej ciała. Przeszedł ją nieprzyjemny, przypominający wstrząs elektryczny dreszcz i poczuła, jakby zaczęła spadać. Spadać w bezkresną, czarną otchłań ciszy.

Po chwili barwy i dźwięki powróciły. Siedziała przy biurku w niewielkim, pomalowanym na fioletowo i bardzo zagraconym biurze. Przed nią, sposród stert dokumentów mrugał zielonkawym światłem ekran archaicznego komputera wyświetlającego jakieś dane osobowe. Obok leżały czarne, plastikowe prostokąty – dyskietki, chyba tak nazywano te rzeczy – podpisane „łatwy", „normalny", „trudny" i „koszmar".

Menu gry, a konkretniej rzecz ujmując wybór postaci i poziomu trudności. Niezwykle rzeczywista, a zarazem naturalna oprawa. Całkiem oryginalne – musiała przyznać, że Fazbear Entertainment tym razem się postarało.

Gry powiązane z Legendą Fazbeara zawsze łączył pewien rodzaj czarnego humoru. Im gra luźniej związana z Legendą i bardzie abstrakcyjna, tym humor był wyraźniejszy. W „Drodze do Wyjścia" bił po oczach już przy wyborze postaci. Otóż gracz miał się wcielić – jak zwykle w grach spod znaku Fazbear Entertainment – w nocnego stróża jednej z pizzerii. Pechowca, który podczas swego pierwszego obchodu przypadkiem trafił do labiryntu piwnic wypełnionych morderczymi animatronikami. Jego zadaniem było rzecz jasna wydostać się z przeklętej pizzerii, a aby to zrobić musiał sobie wyrąbać drogę wśród żądnych krwi przeciwników. Rzecz w tym, że owo zadanie zapewne przerosłoby nawet komandosa, a tymczasem twórcy „Drogi do Wyjścia" postanowili obsadzić w roli nieszczęsnych protagonistów chodzące stereotypy zawodu stróża. Chudego jak tyczka, pryszczatego studenta, stetryczałego, wrednego starucha, dorabiającą nocami, twardą mamuśkę, byłego, żyjącego pączkami i kawą gliniarza oraz utytą, sfrustrowaną starą pannę opiekującą się stadem kotów. Oczywiście wszystkie postaci miały mnóstwo niedorzecznych umiejętności specjalnych, mających ułatwić im przetrwanie w starciu z zabójczymi robotami.

Uwagę Coleen przykuła postać tej ostatniej, panny Bell. Zainteresowało ją w podstarzałej kociarze to, że ta, w przeciwieństwie do reszty protagonistów, bazowała głównie na atakach bezpośrednich, przekładając swoje pięści i broń białą nad dystansową. Nigdy wcześniej nie grała na konsoli HNVR w „ręczną" bijatykę, do tej pory biegała głównie z karabinami, wyrzutniami i podobnymi narzędziami zagłady. Tymczasem wizja masakrowania tłumów oszalałych animatronikami siekierą, metalowymi krzesłami, gaśnicami i innymi przedmiotami znajdującymi się w zasięgu ręki była całkiem interesująca.

- Tim, w hołdzie dla ciebie, wybieram postać z największym dupskiem. Czuj się zaszczycony – zawołała.

Oczywiście nie usłyszała odpowiedzi, konsola skutecznie odcinała ją od wszelkich bodźców zewnętrznych, ale była pewna, że Tim odpowiedział coś zabawnego. Prawdopodobnie okraszonego wysmakowanym przekleństwem.

To, co czyniło konsole HNVR tak popularnymi, to nie tylko możliwość przemierzania wirtualnego świata, zwykle będącego nie do odróżnienia od prawdziwego. To też możliwość wcielenia się w kogoś zupełnie innego, poczucia się jak on. Coleen pierwszy raz weszła w skórę kogoś mającego ponad trzydzieści kilogramów nadwagi. Poczuła ciężar masywnego ciała, napięcie usiłujących go udźwignąć mięśni. To było niesamowite i cholernie dziwne. Niewygodne. Wielki biust ciągnął ją ku ziemi, sprawiając, że odruchowo się garbiła, a uda nieprzyjemnie ocierały się o siebie. Szczęśliwie gra zadbała też o inne rzeczy, jak nadludzkie pokłady sił, kondycję godną maratończyka oraz wyjątkową zręczność. Bez nich walka z animatronikami skończyłaby się nienajlepiej... Nieważne na jakim poziomie trudności.

Pierwsze ruchy w grze jak zwykle były nieco niezręczne, niezdarne. Nie spieszyła się, by wyjść naprzeciw hordom przeciwników, pierw musiała przywyknąć do nowego ciała. Szczęśliwie nie trwało to długo. Akurat tyle, aby wysłuchała podstawowych instrukcji i nieco się rozejrzała.

Po opanowaniu podstaw, ruszyła w labirynt podziemnych korytarzy, naprzeciw przyczajonym w ciemności, złowrogim animatronikom. Te – jak przystało na poziom „koszmar" – zaatakowały niemal natychmiast, niespodziewanie wyskakując z ukrycia. Wtedystało się coś, czego do tej pory nigdy nie doświadczyła, kiedy grała. Nawet na konsoli HNVR.

Biorąc zamach siekierą i uderzają animatronika – upiorną wariację Foxy'ego – poczuła jak jej tętno przyspiesza, szczęki się zaciskają, a wnętrze zalewa gorąco. Ciężar broni – chociaż tylko wirtualny – wibracje uderzenia oraz mechaniczny jęk przeciwnika wzmogły doznania. W umyśle rozbrzmiał wściekły warkot. Wiedziała, co się dzieje. Tłumiony latami gniew doszedł do głosu. Gniew, który nigdy nie ujrzał światła dziennego.

Przez ułamek sekundy zawahała się. Całe swoje życie opierała na samokontroli, spychała złość w głąb siebie, gdzie ginęła zaduszona. Tak było bezpiecznie. Rozsądnie. Ale wirtualny świat to nie prawdziwe życie. To gra. Gra polegająca na niszczeniu przeciwników. Rozrywaniu ich na kawałki. Destrukcji. Tutaj nie musiała się hamować. Właściwie hamowanie się było głęboko niewskazane...

Koszmarny Foxy zadał cios. Odczuła ledwie cień bólu – na więcej limity bezpieczeństwa konsoli nie pozwalały – ale to wystarczyło, aby jej wnętrze zawrzało. Odpowiedziała ciosem na cios. Jeszcze raz. I kolejny...

Otworzyła drzwi agresji, a świat zalała czerwona mgła czystej furii.

Z amoku zbudziły ją zimno i błyskające światła radiowozów. Stała w strugach deszczu na podjeździe pizzerii – tej wirtualnej – twarzą twarz z postawnym policjantem, podającym jej tablet. Na jasnym ekranie widniał jaskrawofioletowy napis „Wygrałeś", a pod spodem wyświetlały się opcje „Pokaż punkty", „Zagraj jeszcze raz", „Wyjdź". Nieco zdezorientowana, nie pamiętając w ogóle, co się działo od momentu, kiedy zaczęła masakrować koszmarnego Foxy'ego, aż do teraz, wybrała pierwszą z opcji. Przypuszczała, że nie uzbierała nawet połowy punktów, dlatego też, gdy zobaczyła swój wynik – trzy tysiące, dwieście czterdzieści pięć – była w niemałym szoku.

Skołowana nacisnęła „Wyjdź". Wpadła w otchłań ciemności i ciszy gasnącego, cyfrowego świata... Tylko po to, aby po chwili zostać oślepiona jasnym światłem ekranu i donośnymi wrzaskami.

Inni gracze, widzowie... Byli w amoku. Krzyczeli, wymachiwali rękoma jak opętani, wskazywali ekran, niektórzy nawet podskakiwali. Kompletnie zdezorientowany ochroniarz – ten sam, którego spotkała przy drzwiach – próbował ogarnąć, co takiego zaszło, że wszyscy wokół drą się, jakby wybuchła bomba.

Nagle poczuła, że ktoś chwyta ją za ramiona. Zaraz potem zobaczyła tuż przed sobą, gwałtownie zbliżającą się twarz Tima. Wyraźnie zachwycony ucałował ją w czoło.

- Byłaś niesamowita! Przerażająca! Rozpierdoliłaś system w drobny mak. A tak w ogóle, jakbyś kiedyś postanowiła zostać seryjną morderczynią, nie umieszczaj mnie na swojej liście, dobra? Ale, jak coś, możesz mi podpisać swoją biografię. A najlepiej walnąć jaką fajną dedykację. No bo prawie każdy seryjniak w celi śmierci pisze biografię, prawda?

Popatrzyła na niego nic nie rozumiejąc. Dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów.

- Okej, niech ci będzie... Ale nim zostanę seryjną morderczynią i zadedykuję ci książkę, mógłby mnie ktoś odpiąć? Ładnie proszę.

- Crystal, uwolnij naszego RZEŹNIKA!

Obsługująca konsole kobieta przewróciła oczami i zaczęła odpinać klamry. Zajęło to dłuższą chwilę, ale w końcu Coleen odzyskała swobodę ruchów, co przyjęła z niekłamaną ulgą. Bycie uwiązaną do przypominającego narzędzie tortur fotela, podczas gdy wszyscy wokół zachowywali się, jakby właśnie dostali małpiego rozumu, nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

Jak tylko wstała, natychmiast parę dłoni klepnęło ją w plecy, a osoby, z którymi w życiu nie rozmawiała, zaczęły składać wyrazy uznania i gratulacje. Zupełnie jakby odkryła uniwersalne lekarstwo na raka, a nie zdobyła bardzo dużo punktów w grze. Było to nieco przytłaczające. Właściwie to trochę więcej niż nieco. Szczęśliwie z pomocą przybył jej Tim. Niczym zawodowy asystent jakiejś pomniejszej gwiazdki, kazał tłumowi zrobić miejsce, po czym wziął ją pod ramię i zaczął prowadzić ku wyjściu, aby mogła odebrać w Kąciku Nagród „swoje trofeum", jak to określił. Jednocześnie nieustannie opisywał, co się działo podczas jej rozgrywki, przy czym owo „dzianie się" obejmowało głównie rąbanie, miażdżenie i rozrywanie animatroników na strzępy na dziesiątki brutalnych sposobów. Zamilkł dopiero, kiedy dotarli do na miejsce.

Za kontuarem wypełnionego dziesiątkami maskotek, plastikowych zabawek, breloczków i setek przeróżnych gadżetów Kącika Nagród stał Dave, starszawy, Azjata, który pracował tu chyba od zawsze. Coleen pamiętała go jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy to z uporem maniaka zbierała faztokeny, aby wymienić je na pluszowego Freddy'ego, którego koniec końców zdobyła.

- No proszę... Witamy dzisiejszą gwiazdę – mruknął na jej widok, uśmiechając się nieco krzywo.

Zaskoczona uniosła brwi. Skąd mógł...?

David wskazał na jeden z monitorów. No tak, zapomniała, że miał podgląd na Salon Gier oraz Salon Arcade w restauracji, na wypadek, gdyby ktoś próbował jakichś machlojek z faztokenami. Trudno, żeby przegapił zamieszanie, jakie wybuchło po jej grze.

- Tak, gwiazda przybyła i prosi o swoją zasłużoną nagrodę – oświadczył Tim, klepiąc ją w plecy. – A tak w ogóle, to moja kumpela.

Coleen spojrzała na niego z ukosa. To wszystko zaczynało być z lekka abstrakcyjne.

- No co? Przecież zapowiadałem, że jak zmieciesz ich wszystkich, to będę się tobą chwalił. I nie próbuj mi się tu wypierać znajomości ze mną, bo usiądę na tobie, a mam sto trzy kilogramy. – Pogroził jej palcem. – Ostrzegam! A tak w ogóle, to trzeba to wszystko uczcić. Co byś powiedziała na jakąś uroczystą pizzę i wielki koktajl?

Bardzo chciałaby przystać na propozycję Tima, naprawdę, ale z wielu względów był to kiepski pomysł. Niebezpieczny. Przede wszystkim dla niego. Dlatego wolała odpuścić, tym bardziej że naprawdę lubiła tego zakręconego facecika.

- Sorry, ale nie dzisiaj. Ojciec, będzie w domu i jak zwykle muszę zjeść z nim tradycyjną, rodzinną kolację - skłamała. – Jest pod tym względem strasznie zasadniczy, a ja wolę go nie denerwować... Przynajmniej dopóki nie mam pracy, własnego mieszkania i tak dalej.

- Zawsze ta sama wymówka – przewrócił oczami. – Zaczynam podejrzewać, że zwyczajnie wstydzisz się trzydziestoletniego, spasionego nerda jak ja.

- Trzydziestoczteroletniego – poprawiła go. – I nie śmiałabym się wstydzić ciebie. Zbyt się boję, że mógłbyś na mnie usiąść. Ewentualnie włamać się na mój komputer i wydobyć na światło dzienne wszystkie moje mroczne sekrety.

- Masz mroczne sekrety? – zapytał, a na jego twarzy wymalował się ni to chytry, ni to ciekawski wyraz. – Jakie?

- Takie, które dałyby ci koszmary do końca twojego życia.

- Mnie WY dajecie koszmary – odezwał się Dave, wyciągając ku Coleen dłoń z cienką, złotawą, przypominającą kształtem pasek gumy płytką. Na przeźroczystym opakowaniu z nadrukowano napis „Pięć Nocy U Freddy'ego: Potrzebna Pomoc NVR". – Weźcie to i sobie idźcie, bo od tych bzdur normalnie IQ mi spada. Poza tym kolejka się robi...

Coleen uniosła brew, wzięła od niego płytkę i bez słowa ruszyła w stronę wyjścia. Dave na początku nie zareagował, ale po kilku sekundach usłyszała za sobą krzyk:

- Ej, młoda! Karta! Muszę to odbić w systemie...

Tim zachichotał. Ona również. Stary, dobry, zgryźliwy Dave. Stara, dobra pizzeria. Uwielbiała to miejsce. Może czasem zmieniał się wystrój, może zmieniała się muzyka, ale to co najlepsze zawsze zostawało takie samo.

W drodze do domu, tak jak przez większość dnia, towarzyszył jej potworny skwar, jednak mimo wszystko była w dobrym humorze. Spotkania z Timem zawsze poprawiały jej nastrój. Poza tym zjadła górę pysznych lodów, wygrała upragnioną grę i... Spuściła pary. To ostatnie przede wszystkim. Konsola HNVR, „Droga do Wyjścia"... Nie pamiętała do końca, co się działo w trakcie rozgrywki, ale najwyraźniej rozrywanie na strzępy wirtualnych przeciwników, pozwoliło jej odreagować ostatnie stresy. Zredukowało ciśnienie. Sprawiło, że poczuła się lżejsza. Co prawda tylko o parę metaforycznych gramów, bo nagromadzone przez lata, głębokie pokłady negatywnych emocji pozostały nienaruszone, ale zawsze to coś.

Tak, to był dobry dzień. Bardzo dobry. Chciałaby więcej takich. Jak najwięcej.

Droga do osiedla willowego zajęła jej prawie czterdzieści minut. Czterdzieści minut w blisko czterdziestostopniowym upale. Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie dotarła do wielkiej, kutej bramy, balansowała na krawędzi przegrzania i miała niejakie przeczucie, że znów jest czerwona jak pomidor. Dlatego też cieszyła się, że za chwilę ponownie trafi do chłodnego, klimatyzowanego pomieszczenia.

Rzadko kiedy cieszyła się z powrotu do domu.

Nacisnęła przycisk domofonu, po drugiej stronie urządzenia rozległ się trzask i rozbrzmiał znajomy, suchy głos:

- Słucham?

- To ja Fred, wpuść mnie.

Jedna z kamer nad bramą poruszyła się, ogniskując na niej. Collen spojrzała wprost w nią, żeby lokaj mógł łatwiej potwierdzić jej tożsamość.

Weryfikacja przebiegła pomyślnie i po chwili brama rozwarła się z trzaskiem.

Równo przycięty, zielony trawnik kontrastował z szeroką drogą wyłożoną czerwoną kostką przypominającą do złudzenia czerwony dywan. Dywan rozlewający się w wielki podjazd, prowadzący do ładnego, wielkiego, ale też kompletnie bezosobowego domu. Kredowobiały, zbudowany w unowocześnionym stylu kolonialnym sześcian nie miał w sobie nic pociągającego. Podobnie otaczający go ogród, którego głównymi atrakcjami było parę anemicznych, przypominających lizaki drzewek i nieduża fontanna dla ptaków.

Nie cierpiała tego Domu. I tego ogrodu. Chciałaby, żeby spłonęły. Niestety, nawet przy obecnych temperaturach, szanse na to były małe.

Fred jak zwykle czekał zaraz przy drzwiach. Przypominający starego, wyliniałego orła żylasty mężczyzna zawsze patrzący na nią ze skupieniem sępa krążącego nad konającym lwem. Jego wyblakłe, niebieskie oczy uważnie lustrowały jej wygląd, szukając wszelkich „niepokojących oznak" mogących wskazywać, że spędzała czas w sposób niezgodny z życzeniami jego pracodawcy: rozdarć na odzieży, brudu, niedopiętych guzików, śladów po igłach, zbyt wąskich lub szerokich źrenic. Nozdrza haczykowatego nosa drżały, gdy nachylał się nad nią, węsząc, a wąskie usta wyginał krzywy, nieprzyjemny grymas. Grymas jasno mówiący, że uważa swoje zadanie za upokarzające, a ją za całkowicie zbędny element swojego życia, który najchętniej usunąłby raz na zawsze... Tak jak usuwał bród. Między innymi bród.

Kontrola przeszła pomyślnie. Ubranie w najlepszym porządku, żadnych fizycznych oznak zażywania środków wyskokowych ani niepokojących zapachów. Wyprostował się.

- Miała panienka miły dzień? – zapytał. Mimo uprzejmego tonu, jego oczy pozostały zimne, a na twarzy nie zagościł nawet cień uśmiechu.

- Owszem. A ty, Fred?

- Jak zwykle, dziękuję. Mam informację od panienki ojca.

- Tak?

- Dodatkowe obowiązki zatrzymają go dłużej. Wróci dopiero nad ranem i zabierze ze sobą pracę do wykonania na miejscu. Jako że ze względu na upały, jutrzejsze zajęcia szkolne przypuszczalnie zostaną odwołane, prosił przekazać, żeby pod żadnym pozorem mu nie przeszkadzać.

Praca do wykonania na miejscu. Nie przeszkadzać ojcu. Zrozumiała. Wiedziała o co chodzi. Wiedziała aż nazbyt dobrze.

Przełknęła ciężko.

- Dobrze. Nie będę mu przeszkadzać – mruknęła, powoli odwracając się w kierunku schodów. – Mogę do siebie, czy są dla mnie jeszcze jakieś zalecenia?

- Nie, może panienka dzisiejszy dzień spędzić dowolnie... Oczywiście w ramach obowiązujących reguł.

- Oczywiście.

Nieśpiesznie przecięła holl i wolnym krokiem zaczęła się wspinać po szerokich schodach.

Zatem ojciec znowu zamierzał pracować w domu...

Nie, nie chciała teraz o tym myśleć. Nie w dzień taki jak ten. Nie po tych wszystkich miłych rzeczach, jakie ją spotkały. Zresztą i tak nie miała na to wszystko wpływu.

Wnętrze domu przypominało jego zewnętrze. Teoretycznie ładne, nowoczesne, a zarazem klasyczne, skąpane w neutralnych, przyjemnych barwach. Jednak brakowało mu polotu i osobowości. Tych wszystkich drobnych rzeczy, dzięki którym wie się, że dane miejsce jest zamieszkane. Owszem, tu i ówdzie stały wazony z kwiatami, pamiątki z wakacji, bibeloty. Nie brakowało także rodzinnych zdjęć. Jednak wszystko to zdawało się takie samo, jak ujęcia z tychże fotografii – ustawione, sztuczne, nienaturalne. Nawet pokój Coleen nie odbiegał od tego wzoru. Zresztą nic dziwnego, nie przywiązywała większej uwagi do jego wystroju. Większość rzeczy wybierał jej ojciec, chcąc mu nadać ciepłego, dziewczęcego charakteru. Poniekąd odniósł sukces, jednak brakowało tego czegoś, co „sklejałoby" całość. Tymczasem meble, zasłony, tapety, podłoga, dywan, obrazy... Wszystko było osobnymi, pozbawionymi spoiwa elementami, dającymi razem efekt pustki. Pomieszczenia, w którym upchnięto przypadkowe przedmioty. Jedynie dwie rzeczy wymykały się owemu wrażeniu przypadkowości: stary, pluszowy Freddy Fazbear, zajmujący dumnie fotel w rogu pokoju oraz spoczywający na biurku wielki komputerem, do którego podłączono kilka zewnętrznych konsoli do gier, tworząc prawdziwego potwora elektronicznej rozgrywki. Tylko je otaczała aura przynależności. To dziwne ciepło oznaczające, że dany przedmiot jest często używany i dla kogoś ważny. Stanowi część czyjegoś życia.

Coleen odwiesiła torbę na wieszak przy drzwiach, wcześniej wyjmując z niej wygraną płytkę, po czym usiadła przy biurku, na którym stał komputer. Nacisnęła wielki przycisk na panelu urządzenia, a te ożyło. Rozbłysło kilkanaście lampek, rozległ się ledwo słyszalny szum. Wielki ekran rozświetlił jasny blask. Jednak to nie z ekranu miała zamiar dziś korzystać.

Z błąkającym się na ustach uśmiechem, rozpakowała płytkę, przyjrzała się jej uważnie i ostrożnie wsunęła ją do jednego z otworów wielkiego gniazda koncentrycznego ST tj. Swift Transfer, błyskawicznego transferu. Był czas, kiedy większość nośników pamięci odeszła w zapomnienie, a gry i wszelkiego rodzaju oprogramowanie ściągano bezpośrednio z sieci. Niestety był to też okres, gdy piraci i hakerzy stanowili prawdziwą plagę. Wykorzystywali wzmożony ruch na łączach, aby przejąć cudzą własność, kradnąc oprogramowanie bezpośrednio od producenta albo od kupujących poprzez przejmowanie ich kont bądź przechwytywanie wysyłanych im wiadomości. Szczególnie to drugie stało się uciążliwe, bo udowodnienie, że nabyło się dany program, niejednokrotnie stanowiło prawdziwą drogę przez mękę. Dlatego też najczęściej atakowane firmy wypuściły na rynek Nośniki Błyskawicznego Transferu tzw. STM (Swift Transfer Memory). Pobrane z Internetu oprogramowanie można było zainstalować tylko i wyłącznie na nich, a skopiowanie go po instalacji stanowiło zadanie niemal niemożliwe. W dodatku płytki odznaczała niezwykła trwałość, podobnie jak zawarte na nich informacje. Jednak, z perspektywy użytkowników, największą ich zaletę stanowiła błyskawiczna instalacja i odtwarzanie danych. Dlatego wystarczyło ledwie trzydzieści sekund od wsadzenia nośnika do portu, aby ekran komputera wyświetlił informację, że aplikacja „FNAF: Potrzebna Pomoc" jest gotowa do użycia.

Uruchomiła grę i zgasiła monitor – nie miał być jej już do niczego potrzebny. Za to hełm NVR i owszem.

Domowa wersja konsoli HNVR przypominała z grubsza podpięty do komputera kask motocyklowy. Kask usiany mogącymi utworzyć połączenia neuronowe, wysuwanymi bolcami, wygłuszający większość dźwięków, niedopuszczający światła, lecz nie mogący nic poradzić na zewnętrzne wrażenie dotykowe i węchowe. Tym samym nie pozwalał się zagubić w wirtualnych doznaniach, dopuszczając do głosu świat zewnętrzny. Dlatego też był dużo bezpieczniejszy od konsoli HNVR, aczkolwiek wszelkie instrukcje obsługi urządzenia zawierały frazę „od trzynastego roku życia" oraz ostrzeżenia przed możliwym uzależnieniem i efektami nadużywania.

Coleen nie przejmowała się nimi. Wiedziała, że jest uzależniona i że po latach mogą nawiedzić ją rozmaite dysfunkcje umysłowe wywołane zbyt częstym używaniem NVR. Jednak jedyna alternatywę dla wirtualnego świata, stanowił ten prawdziwy. Ponury, pełen niegodziwości, nietolerancji i niebezpieczeństw, gdzie każda decyzja niosła za sobą konsekwencje. Niejednokrotnie nieodwracalne.

Założyła na głowę hełm i po chwili odpłynęła w wirtualny świat, jednak jeszcze nie ten gry. Jakiś czas temu ściągnęła sobie genialną aplikację współpracującą z większością gier i programów NVR: „Alternatywne Ja". Aplikacja ta służyła głównie sterowaniu oprogramowaniem NVR od środka. Przełączaniem się między programami i grami, aktualizowaniem ich, ściąganiem dodatków, a to wszystko za pośrednictwem cyfrowego świata. Cyfrowego świata, który użytkownik sam kreował, podobnie jak swój wizerunek służący mu potem jako avatar.

Świat „Alternatywnego Ja" Coleen stanowił niewielki pokoik w wiktoriańskim, nieco unowocześnionym stylu. Ciepła barwa ciemnego drewna mebli i krytej panelami podłogi, kontrastowała z wypełniającymi go szarościami, czernią i bielą. Na ścianach w ramach godnych luwrowych dzieł wisiały plakaty gier Fazbear Entertainment, rozmaitych filmów i przedstawień teatralnych. Wysoki regał zajmowały nałogowo gromadzone powieści jak „Mistrz i Małgorzata", „Faust", „Frankenstein" czy „Zbrodnia i Kara". Na szerokim łożu siedział rozparty, pluszowy Freddy Fazbear, a sufit pokrywało migoczące dziesiątkami konstelacji i gwiazd sztuczne niebo. Wszystko to, chociaż wiele rzeczy zdawało się być z całkiem innej bajki niż pozostałe, pasowało do siebie i wyglądało o wiele prawdziwiej od pokoju, w którym Coleen przebywała fizycznie. Nawet Coleen w wersji wirtualnej pasowała do siebie bardziej niż jej prawdziwa wersja. Obcięta na jeża, w szarym z lekka ponaciąganym swetrze, luźnych dżinsach i jaskrawoczerwonych trampkach niemal w ogóle nie przypominała dziewczyny siedzącej przed komputerem, chociaż niczego poza strojem i uczesaniem niczego nie zmieniała. Zostawiła nawet blizny.

Za pomocą myśli przywołała panel kontrolny NVR i ustawiła parametry gry, po czym zbliżyła się do drzwi pokoju i otworzyła je. Jej oczom ukazało się barwne, pogrążone w klimatycznym półmroku wnętrze Pizzerii Freddy'ego Fazbeara. Jeden krok i już była w środku.

Otoczona przez wielobarwne, rozmyte światła, kolorowe dekoracje i dźwięki nienachlanej, jakby lekko fałszującej muzyki oraz wyzierającą z kątów ciemność odetchnęła.

Pizzeria Freddy'ego Fazbeara była jedynym miejscem, w którym nie spotkało ją nic złego. Z którym nie wiązała żadnych, przykrych wspomnień. Które kojarzyło jej się jedynie z miłymi rzeczami. Nic więc dziwnego, że tylko tam czuła się u siebie. Jak w domu. Tam i w wirtualnych wersjach lokali Fazbear's Entertainment. Między innymi dlatego tak lubiła gry związane z Legendą Fazbeara. Nie ważne, że były brutalne i miały przerażać. W końcu doskonale wiedziała, że w wirtualnym świecie nic nie może jej skrzywdzić. Nie tak naprawdę.

Tuż za nią, w ciemności rozbłysła para jarzących się fioletowym blaskiem oczu. Oczu obserwujących ją ze zdziwieniem i zainteresowaniem.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 11
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

FNaF: Formy Życia - II - Zbugowana Gra

Postautor: CynicznaCecylia » 13 gru 2019, 22:11

„FNAF: Potrzebna Pomoc" okazała się grą wymagającą pod względem rozgrywki, chociaż nie tak jak poprzednie części cyklu. Tradycyjnie, aby poznać zawartą w niej historię, gracz musiał się postarać i odnaleźć przemyślnie ukryte wskazówki, przedmioty oraz wykonać kilka pozornie bezsensownych interakcji. Coleen uwielbiała to – tę grę w grze. To, że uciekając przed morderczymi animatronikami, kryjąc się przed nimi, broniąc na dziesiątki sposobów, musiała mieć oczy dookoła głowy i zwracać uwagę na każdy szczegół otoczenia. Mimo to, przejście „Potrzebnej Pomocy" nie zajęło jej dużo czasu. Ledwie dwa dni. Dwa dni, które mogła bez reszty poświęcić grze, bo – zgodnie z jej przewidywaniami – ze względu na falę upałów władze miasta odwołały zajęcia szkolne.

Odkrywając wszystkich sekrety „Potrzebnej Pomocy" zdobyła dwie nagrody. Pierwsza, czyli pakiet informacji na temat wydarzeń, które dały początek legendzie Fazbeara – wycinki prasowe, fragmenty raportów policyjnych, oświadczenia władz i wypowiedzi osób związanych ze sprawą – niezbyt ją interesowały. Druga, fabuła, i owszem. Ta nie była zbyt rozbudowana, jednak nie o to chodziło, aby była. Otóż historia zawarta w każdej z gier – zwykle niezbyt skomplikowana - stanowiła jedynie pojedynczy fragment złożonej układanki. Układanki, która na chwilę obecną zawierała tyle samo pytań, co odpowiedzi. Sama w sobie stanowiła zagadkę.

Siedząc w wirtualnej pizzerii, na wirtualnym krześle Coleen stukała wirtualnymi palcami w wirtualne kolano, obserwując krążącego wokół siebie, brązowego królika. Czy raczej ożywione, wirtualne przebranie brązowego królika. Albo zająca. Właściwie nie wiedziała. Wiedziała za to, że owo długouche coś ma na imię Glitchtrap i strasznie ją irytuje.

Odchyliła się na krześle, wracając myślami do początków serii „Pięć Nocy u Freddy'ego", historii, jaką opowiadała. Miała nadzieję, że jak wszystko jeszcze raz przeanalizuje, jakoś zdoła upchnąć SWOJEGO Glitchtrapa w tym wszystkim.

Główny nurt fabuły poprzednich gier, a przynajmniej jego początek – fragment uznawany przez graczy za pewnik – malował się dość jasno. Otóż w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku żył sobie niejaki William Afton, szef ochrony Rodzinnej Restauracji Fredbeara, którego los pobłogosławił trójką dzieci: dwojgiem synów i córką. Młodszy z chłopców w wyniku niefortunnego wypadku zginął zgnieciony przez mechaniczne szczęki Fredbeara, a Afton obwinił za wszystko kierownictwo lokalu. W akcie zemsty, aby zniszczyć markę, zamordował pięcioro małoletnich klientów restauracji. Ciała czwórki z nich ukrył w animatronikach, które potem „ożyły" opętane przez duchy dzieci. Oczywiście i duch piątego dziecka nawiedził jednego z animatroników – humanoidalną Marionetkę o niepokojącej aparycji – jednak w nieco innych okolicznościach. Mało tego, tragicznie zmarły syn Aftona również skończył jako widmo - jego dusza uwięziona w mechanicznym ciele Fredbeara. Koniec końców podobny los spotkał samego mordercę. Otóż niegdysiejszy szef ochrony, gdy tylko zorientował się, że animatroniki zostały opętane przez jego ofiary, postanowił je zniszczyć. Zwabił roboty, jednego po drugim, w ustronne miejsce, a potem zdewastował. Na swoje nieszczęście nie przewidział, że tym samym tymczasowo uwolni z metalowych powłok rządne zemsty widma. Aby zmylić upiornych napastników, założył stary, sprężynowy kostium Springbonniego. Niestety – albo na szczęście, zależy z której strony na to spojrzeć – sprężynowe zatrzaski utrzymujące mieszczące się w przebraniu mechaniczne przyczepy puściły. Metalowy mechanizm zmiażdżył mężczyznę, a ten skonał na miejscu. Jego tkwiące w sprężynowym kostiumie ciało odnaleziono dopiero po latach. Precyzując, odnalazł je właściciel domu grozy Fazbear Fright, który z miejsca postanowił zrobić z nieszczęśnika główną atrakcję swego przybytku. Jednakże Afton, czy też Springtrap, jak nazwano opętanego przez niego animatronika, miał inne plany. Doprowadził do pożaru horrorowej atrakcji. Dom grozy spłonął wraz z pozostałościami nawiedzonych animatroników, a morderca zbiegł.

Potem... Cóż sprawy nieco się skomplikowały. Wydano grę - „FNAF: Sister Location" - która wprowadziła sporo niejasności do historii. Jej akcja toczyła się w tytułowej Siostrzanej Lokacji, Świecie Pizzy Circus Baby, gdzie oprócz kolejnych wariacji Freddy'ego, Foxy'ego i reszty kompanii prym wiodły ludzkie roboty – baletnica Ballora i mająca postać gigantycznej dziewczynki-pajacyka Circus Baby. Wedle teorii graczy – a przynajmniej ich większości – Circus Baby była skonstruowanym przez Williama Aftona robotem-zabójcą, stworzonym po to, aby porywać i zabijać dzieci. Morderczą maszyną, która w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zabiła Elizabeth, córkę swego twórcy. Oczywiście – bo jakżeby inaczej - duch dziewczynki natychmiast opanował robota.

Teoretycznie wszystko do siebie pasowało, dlaczego więc uznano tę grę za „niezgodną"? Otóż Świat Pizzy Circus Baby – ten prawdziwy – został wybudowany w trzeciej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, prawie pięćdziesiąt lat po śmierci Williama. Za swego życia Afton nie mógł nawet marzyć o technologii pozwalającej tworzyć maszyny podobne Ballorze, Baby i reszcie robotów tak zwanej Edycji Imprezowej. Mało tego. Córka prawdziwego Williama Aftona (opierając swe gry na autentycznych historiach, Fazbear Entertainment nie omieszkało „pożyczyć" danych osobowych dawnych pracowników) nazywała się Olivia, a nie Elizabeth. Dlatego też część fanów uznała tożsamości twórcy ludzkich robotów oraz duszy zasiedlającej jego dzieło za nieznane.

W każdym razie, według fabuły „Sister Location", roboty zasiedlające Świat Pizzy Circus Baby zbiegły. Zrzuciły swe obudowy splatając się w jeden twór – Ennarda – który, używając ciała pracownika technicznego jako tymczasowego przebrania, opuścił lokal. O dziwo, pechowy pracownik nie zmarł. Chociaż miejsce jego wnętrzności zajęły elektroniczne układy, złożone z metalowych włókien mięśnie i przewody, zachował samoświadomość, zdolność logicznego myślenia, a nawet poruszania... Aczkolwiek to ostatnie dopiero, kiedy Ennard porzucił swe „przebranie". Niestety nie można było go też nazwać w pełni żywym – jego ciało gniło, ulegając powolnemu rozpadowi. Bardziej pasowało do niego określenie „żywy trup". Dziwne? Nawet bardzo. Jednak to nie jedyna niespodzianka zaserwowana przez „Sister Location". Otóż rzeczony pracownik, a zarazem protagonista gry, nie był przypadkową osobą. Jego przeszłość w bliżej nieokreślony sposób łączyła się z Baby, czy raczej zasiedlającym robota duchem – Elizabeth. Mało tego zatrudnił się w Świecie Pizzy Circus Baby specjalnie po to, aby Elizabeth uwolnić.

Zwolennicy teorii, że Elizabeth to córka Aftona – tego z gry – obstawiali, że protagonistą-technikiem jest jej brat, Michael, najstarszy z rodzeństwa Afton, a ojcem oczywiście sam William Afton. Coleen miała nadzieję, że się mylą. Owszem, lubiła elementy fantastyczne FNAF'a jak żywe trupy i opętane animatroniki, ale nie znosiła, kiedy jakakolwiek opowieść nie zachowywała ciągu logicznego. Znowu niezgodność linii czasowej mocno ów ciąg zaburzała. Niestety kolejna część cyklu, zdawała się trzymać założeń teorii „Elizabeth Afton". Szczęśliwie sama fabuła „FNAF: Symulator Pizzerii", nie zawierała żadnych nieścisłości.

O czym opowiadała kolejna gra? O symulowanej pizzerii, jakkolwiek by to nie brzmiało. Lokalu, który tak naprawdę stanowił pułapkę nastawioną przez Henry'ego - założyciela sieci Pizzerii Freddy'ego Fazbeara - po to by zwabić i zniszczyć raz na zawsze nawiedzone animatroniki: Marionetkę, zbiegłą z Sister Location ekipę oraz Springtrapa... Czy raczej Scraptrapa – w wyniku pożaru Fazbear Fright wygląd zabójcy-animatronika tak bardzo się zmienił, że twórcy gry nadali mu nowe imię.

W każdym razie, plan Henry'ego się powiódł. Przy pomocy zarządcy pizzerii – prawdopodobnie Michaela Aftona – zwabił do lokalu wszystkie animatroniki, zamknął, a potem wszystko spalił. Uwięzione w robotach dusze dzieci zostały uwolnione, a William Afton wysłany prosto do piekła. Do dnia wydania „FNAF: Potrzebna Pomoc" wydawało się, że to koniec serii. Jednak Fazbear Entertainment po raz kolejny postanowiło zaskoczyć graczy... I przy okazji zarobić. Jak? Ożywiając Aftona oczywiście.

„Potrzebna Pomoc" wyróżniała się na tle cyklu. Poważnie naruszała trzecią ścianę, opisując siebie samą i to w sposób dosłowny oraz prawdziwy, a zarazem nieco ironiczny: jako grę wydaną przez Fazbear Entertainment. Produkcję stworzoną po to, aby zebrać wszystkie plotki o pizzeriach Freddy'ego, uczynić z nich rozrywkę, a potem zadać im kłam. Oczywiście ów opis był tylko dodatkiem do fabuły, jak przystało na serię FNAF, dość pokręconej. Otóż, według przedstawionej w grze historii, Fazbear Entertainment, aby uczynić rozgrywkę jak najbardziej realistyczną, przeskanowało pozostałości starych animatroników w tym Springtrapa-Scraptrapa. W efekcie dusza Williama Aftona trafiła do gry, przybierając postać Glitchtrapa. Antagonisty zamierzającego przejąć ciało gracza, aby uwolnić się z wirtualnego więzienia i powrócić do rzeczywistego świata jako człowiek z krwi i kości.

Teoretycznie wszystko się zgadzało, pasowało do siebie. Niestety tylko teoretycznie w przypadku Coleen czy raczej „jej" Glitchtrapa.

Dziewczyna przeszła grę bardzo dokładnie, zdobywając wszystkie bonusy, dodatkowe informacje i zakończenia, w tym to prawdziwe, dobre, ostateczne i nieodwracalne. Pokonała Glitchtrapa, więżąc go w formie niegroźnej, wirtualnej maskotki. Niestety ten po następnym uruchomieniu gry powrócił, chociaż nie powinien. W dodatku nie zachowywał się jak przedtem.

Niczego nie resetowała, dane gry pozostały nienaruszone, a zielonkawa, „cyfrowa" maskotka królika nadal leżała na wirtualnym panelu sterowania. Mimo tego Glitchtrap stał tuż przed nią. Już nie, tak jak było to przedtem, półprzeźroczysty i otoczony cyfrową poświatą, a „cielesny" i kolorowy. Mało tego. Nie sterczał w kącie, sztywno machając ręką – jak powinien – tylko swobodnie spacerował po wirtualnym pomieszczeniu, obserwując ją.

W pierwszym odruchu Coleen obstawiła najprawdopodobniejszą z opcji: błąd programu. Dlatego też usunęła zapisane stany gry, zrestartowała wszystko, co mogła i uruchomiła „Potrzebną Pomoc" ponownie. Niestety zyskała na tym tylko tyle, że teraz miała dwóch Glitchtrapów. Jednego „growego", normalnego, łypiącego na nią z oddali oraz tego zbugowanego... Swobodnego.

Poirytowana przeszła po raz kolejny grę, aby sprawdzić, co się stanie, kiedy znowu pokona Glitchtrapa. Błąd się powieli i po wirtualnej restauracji zaczną chodzić dwa brązowe króliki? A może naprawi i wszystko wróci do normy?

Los postawił na trzecią z opcji: nic się nie zmieniło. Normalny Glitchtrap zachował się tak jak powinien i zmienił w zielonkawą maskotkę, a swobodny... Cóż, pozostał swobodny. Najpierw krążył bez większego celu, potem usiadł na jednym z wirtualnych, restauracyjnych krzesełek i wlepił w nią badawcze spojrzenie. Zupełnie jakby nie był ciągiem instrukcji przepuszczonych przez maszynę neurowirtualizującą, a czymś żywym.

Już NAPRAWDĘ zirytowana, zrobiła to, co zrobiłby prawie każdy gracz: wyłączyła grę i zaczęła przeglądać fora internetowe, szukając informacji o podobnych błędach. Niestety wyglądało na to, że była pierwszą osobą, której Glitchtrap się... Oswobodził. Z pośród setek tysięcy graczy padło właśnie na nią.

W końcu na jednym z forów opisała swój problem, jednak nie spodziewała się pozytywnej reakcji. Miała rację. Uznano, że kłamie, chcąc namieszać bądź skupić na sobie uwagę, zresztą nic dziwnego. Dlatego zdecydowała się zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robiła: kilkukrotnie transmitowała na żywo swoją grę, co – o dziwo – bardzo szybko przekonało fanów gry. Jak się potem dowiedziała, głównym powodem, dzięki któremu tak łatwo przekonała społeczność fanów „FNAF'a", była jej nieudolność. Po pierwsze uznano, że kłamca przeprowadziłby transmisję w sposób o wiele bardziej profesjonalny. Po drugie, w trakcie jednej z transmisji zapomniała o wzmocnieniu firewalla, w skutek czego paru nadgorliwców włamało się jej do systemu, aby sprawdzić „czy czegoś nie kombinuje". Oczywiście niczego nie znaleźli, o czym szybko poinformowali resztę.

Sporo fanów serii uznało, że swobodny Glitchtrap to wcale nie błąd, tylko ukryta w plikach gry wiadomość, stanowiąca kolejną wskazówkę, co do fabuły. Gry z serii „FNAF" słynęły z tego, że nie raz w ich kodzie pojawiały się wiadomości od twórców, linki do stron internetowych i łamigłówki. Mało tego, sporo części posiadało wewnątrz siebie pikselowe mini gierki dopowiadające sporo do fabuły. Dlatego też teoria, że swobodny Glitchtrap, to kolejna wskazówka, wydawała się jak najbardziej prawdopodobna. Nie przekonała jednak Coleen, która jakoś nie wierzyła, aby ewentualna wiadomość od Fazbear Entertainment była tak ostentacyjna i przypadkowa. W końcu we wszystkich poprzednich częściach „FNAF'a", gracz musiał NAPRAWDĘ się wysilić, aby zdobyć dodatkowe wskazówki. Zwracać uwagę na szczegóły, klikać każdą możliwą do kliknięcia rzecz, sprawdzać wszystko dokładnie i po kilka razy... Ewentualnie przejrzeć dziesiątki stron kodu. Ona znów niczego takiego nie zrobiła. Przeszła „Potrzebną Pomoc" tak jak wszyscy. Dlaczego więc miałaby dostać jakąkolwiek wskazówkę? Odpowiedź na to mogła być tylko jedna – wydano kilka specjalnych egzemplarzy gry, a jeden trafił w jej ręce. Niezbyt uczciwe, prawda? Wynagradzać kilkoro przypadkowych graczy, pomijając resztę wiernych fanów serii. Bardzo niepodobne do dotychczasowej polityki Fazbear Entertainment.

Nieuczciwe... Wielu było tego samego zdania, nic więc dziwnego, że fandom „FNAF'a" szybko ogarnął pożar. Tysiące wściekłych graczy zaczęło domagać się od Fazbear Entertainment wyjaśnień. Pod naporem oskarżeń firma na dniach wydała oficjalne oświadczenie, oznajmiając, że swobodny Glitchtrap to nie żadna ukryta podpowiedź, a błąd gry. To powinno uciąć temat, jednak pytanie, dlaczego tylko jedna osoba spośród wszystkich graczy na całym świecie miała taki problem, wciąż stanowiło zagadkę... Zaś fani „FNAF'a" uwielbiali zagadki.

Wielu graczy, głównie fanatyków Legendy Fazbeara, prosiło Coleen, aby udostępniła im pliki gry do przejrzenia, upatrując się w nietypowym błędzie... Ukrytej wiadomości. Jednak tym razem nie dodanej przez Fazbear Entertainment, tylko cichcem przemyconej przez jednego z pracowników firmy. Osobę mającą wiele do powiedzenia na temat tego, co naprawdę zaszło ponad siedemdziesiąt lat temu w Pizzerii Freddy'ego Fazbeara. Sama Coleen podejrzewała, że jeżeli swobodny Glitchtrap istotnie został dodany do jej egzemplarza gry przez jakiegoś pracownika, to był to zwykły dowcip, a nie jakieś większe przesłanie.

Udostępnić pliki gry... Miała co do tego poważne obiekcje. Zawsze dbała o swoją prywatność, a ostatnimi czasy ta została poważnie naruszona. Pierwszy raz naruszyła ją sama, transmitując na żywo swoją rozgrywkę w „Potrzebną Pomoc". Drugi raz złamali ją inni gracze, włamując się do jej komputera. Teraz znów proszono ją, aby oddała coś swojego do wglądu. Nie podobało jej się to. Owszem, pliki gry nie zawierały żadnych danych bezpośrednio o niej, ale... Cóż, miała naprawdę niewiele rzeczy, które uważała za swoje. W sensie, że tak naprawdę. Jedynie gry, komputer i pluszowego Freddy'ego. Oddanie jakiejkolwiek z nich chociaż na chwilę... Czułaby się z tym źle. Tak, jakby się czuła, gdyby brała kąpiel i ktoś nagle wtargnął do łazienki. Nie rozumiała tego, wiedziała, że to irracjonalne, jednak nie potrafiła nic na to poradzić.

Tak jak nie potrafiła nic poradzić na obsesję związaną ze zbugowanym Glitchtrapem. Powinna przyjąć do wiadomości, że to błąd gry i albo go zignorować, albo oddać grę do wymiany. Jednak, zamiast tego, raz po raz wracała do wirtualnej pizzerii, właściwie nie wiadomo po co. W końcu nie potrafiła samodzielnie naprawić błędu – o ile w ogóle było to możliwe – a gapienie się na wędrującego po wirtualnej restauracji królika czy też zająca nie miało większego sensu.

Mimo to kolejny raz była tu – w grze. Siedziała w wirtualnym świecie, na wirtualnym krześle, obserwując wirtualnego królika, który właśnie usiadł naprzeciw niej i – tak dla równowagi – obserwował ją.

Glitchtrap... ten kto go zaprojektował, naprawdę odwalił dobrą robotę. Wygląd cyfrowego królika idealnie oddawał znaczenie słowa „niepokojący". Wyszczerzona w niemożliwie szerokim uśmiechu, królicza mordka o zadartym nosie, wysokie, łukowate brwi, długie rzęsy, wielkie, szeroko rozstawione oczy i lekki zez rozbieżny. Ten zez, ten uśmiech... Dzięki nim sprawiał wręcz psychopatyczne wrażenie, mimo teoretycznie sympatycznej aparycji. Znowu wielka, fioletowa muszka i pasująca do niej fioletowa kamizelka kojarzyły się z klaunami. Tymi z horrorów. Długie stopy i wyraźnie szycia, mające nadać mu oldskulowego wyglądu, tylko pogłębiały to wrażenie. Jednak najgorsze były te jego niemal ludzkie dłonie o długich, delikatnych palcach i to jak się poruszał. Sprężyście, płynnie, a jednocześnie nieco niezdarnie. Zdawać by się mogło, że wewnątrz ożywionego kostiumu naprawdę siedzi człowiek.

Przyjrzała się jego kamizelce. To niewiarygodne, jak dokładnie Fazbear Entertainment odwzorowało materiał. Owszem, znajdowała się w wirtualnym świecie, gdzie wszystko powinno zdawać się rzeczywiste, ale konsola NVR nie mogła osiągnąć tego samego co HNVR, a ludzie rzadko zwracali uwagę na detale. Dlatego na nich oszczędzano, nie chcąc przeciążyć możliwości generacyjnych urządzenia. Tymczasem ta kamizelka... Delikatny, ale wyrazisty połysk fioletowych włókien, ich barwa, to jak się zmieniała pod wpływem światła... Tak bardzo przypominała jedwab i to ten najlepszego gatunku, że aż miało się ochotę jej dotknąć.

Podświadomie wyciągnęła dłoń w kierunku królika i... Zawahała się. Nie wiedzieć czemu, nagle ogarnęła ją granicząca z lękiem niepewność. Wiedziała, że to, co ma przed sobą, nie jest prawdziwe, a jednak...

Opuściła rękę, spoglądając wirtualnej kukle prosto w pozbawione wyrazu, fioletowe ślepia.

- Naprawdę coraz częściej zastanawiam się, co ja tu robię – mruknęła. Wrażenie, że Glitchtrap słucha, rzeczywiście słucha, było naprawdę silne. – Czemu wracam. Może dlatego, że za cholerę nie potrafię rozwiązać problemów, tam na zewnątrz. Tutaj niby też mam problem nie do rozwiązania, ale... Cóż, mniej poważny. Taki, który nie kopnie mnie w dupę. To trochę pocieszające. Nie wiem czemu, ale jakoś tak jest.

Glitchtrap przechylił głowę na bok, nonszalancko zarzucając nogę na nogę. Odchylił się przy tym lekko do tyłu, splatając dłonie na podołku. Wyglądał jak psychoanalityk gotów do sesji z trudnym pacjentem.

Coleen wykrzywiła usta w koślawym uśmiechu.

- Cóż, pewnie się zastanawiasz, jakie problemy może mieć opływająca w zbytki smarkula z dobrego domu, prawda? Zapewniam cię, że ma... I to nie pryszcze, parę zbędnych kilogramów, chłopak czy tam jego brak.– Wirtualny królik przechylił się do przodu, zupełnie jakby zainteresowała go swoimi słowami. – Nie płaczę też po kątach, bo nikt mnie nie rozumie. Mało kto kogokolwiek rozumie i mało kto kogokolwiek obchodzi. Życie. Problemem jest to... Problemem jest to , że na tym zasranym świecie trafiają się rzeczy i sytuacje bardziej popieprzone niż fabuła całego FNAF'a razem wzięta. Rzeczy nie na twoje długie uszy.

Jak na zawołanie uszy wirtualnego królika poruszyły się niespokojnie, a w fioletowych oczach pojawił się błysk... Irytacji?

Coleen zamrugała. Musiało jej się przywidzieć.

- Niewiarygodne... - mruknęła pod nosem, unosząc wysoko brwi. – Jak na błąd gry, masz doskonałe programowanie. Wydajesz się niemal żywy. A może jesteś, co? Może naprawdę rozumiesz, co tu do ciebie mówię, hm...? – Przywołała konsolę sterującą i wywołała klawiaturę. – Proszę, jeżeli chcesz coś powiedzieć, to śmiało. Masz szansę. Co prawda Fazbear Entertainment nie dało ci głosu, ale chyba potrafisz pisać, co?

I wtedy to się stało. Nie, Glitchtrap nie nawiązał kontaktu, ale Coleen przez chwilę dostrzegła w nim niepewność. To dobrze znane sobie wahanie, czy wyjawić, że coś się wie, czy może udawać idiotę. Trwało to ledwie ułamek sekundy, ale było tak wyraźne...

Glitchtrap przekrzywił głowę, ale poza tym, nie ruszył się nawet o milimetr. Mimo to Coleen przeszył zimny dreszcz.

„Oj nie, to już przesada. Trzeba cię prześwietlić... I nawet wiem, kto to zrobi" – pomyślała, opuszczając grę.

***


Nie miał pojęcia, jak długo tkwił w tym piekle. Jednak wiedział jedno - żadna istota żywa nie powinna zostać skazana na podobny koszmar. Na bycie cyfrowym echem wędrującym od serwera do serwera, widzącym, lecz ślepym, słyszącym, lecz głuchym. Na egzystencję świadomości nie mogącej sprecyzować własnego ja, przeszywanej na wskroś informacjami, których nie może objąć umysłem ani zrozumieć. Na los przepływającego wzdłuż światłowodów i obwodów elektronicznych niemego wrzasku.

Jednak nawet w piekle można nauczyć się żyć, jeżeli jest się wystarczająco silnym, cierpliwym i zmotywowanym. Trwało to długo, owszem, a do tego nie było przyjemne, oj nie. Jednak w końcu, po niezliczonej ilości prób i porażek zaczął rozumieć otaczające go dane, całe morze danych i wyłapywać z nich potrzebne mu informacje. Z dnia na dzień poznawał coraz więcej sekretów swych oprawców. Hasła, loginy, plany budynków, brzydkie sekrety, trupy w szafie. Przede wszystkim jednak uczył się świata zewnętrznego, tak bardzo odmiennego, od tego, który zostawił. Tablety, smartfony, panele dotykowe, wirtualne rzeczywistości. Czysta abstrakcja, przynajmniej na początku. Swoją drogą to zabawne – „program" nie mający bladego pojęcia czym dokładnie jest urządzenie, przez które przepływa.

W końcu nauczył się jak podróżować w całym tym chaosie. Niestety jego ruchy ograniczały firewalle, programy wirusowe i przeróżne, wewnętrzne zabezpieczenia cyfrowego świata... I smycz. Łańcuch. Nie potrafił tego inaczej nazwać. Ci, którzy zgotowali mu ten los, dopilnowali, żeby im nie uciekł. Właściwie to mógł się poruszać względnie swobodnie jedynie po sieci mniej lub bardziej skojarzonej z Fazbear Entertainment. Komputery firmowe, serwery podtrzymujące wszelkiego rodzaju gry multiplayer, konsole w salonach gry, maszyny użytkowników. Tak, użytkowników. Każdy, kto zakupił jakąkolwiek grę elektroniczną spod znaku brązowego miśka, zapraszał go do siebie. Niestety tylko na chwilę. Na czas gry, w trakcie której łączył się z fazberowską siecią.

Jednak nie zmieniało to faktu, że nadal tkwił w piekle. Bezcielesny, w chaosie danych, gdzie wysiłkiem było samo zapamiętanie kim jest. Dlatego też nieustannie powtarzał niczym mantrę „William Afton, William Afton, William Afton", a każdemu powtórzeniu towarzyszył potworny lęk. Lęk, że za którymś razem zająknie się i zapomni. Że skończy jako mający przebłyski samoświadomości plik danych, już nie żywy, nie tak naprawdę, ale nie mogący umrzeć, krążący niczym duch między serwerami.

Nie wyobrażał sobie gorszego losu...

Tak, tkwił w piekle i na chwilę obecną nie miał bladego pojęcia, jak się z niego wydostać. A wydostać się musiał... Najszybciej jak to tylko możliwe. Nie wiedział, jak długo jeszcze wytrzyma jako duch w maszynie. Niestety mógł jedynie czekać...

Właściwie to swej jedynej nadziej upatrywał w awarii zapory firewallowej połączonej z Fazbear Entertainment Afton Robotics, jednak była to nadzieja nikła. Komputery Afton Robotics chroniły liczne zabezpieczenia, serwery musiałyby przeżyć zmasowany atak hakerski, aby miał szansę się do nich przedostać. Szanse naprawdę niewielkie, o ile nie żadne... Poza tym dostanie się do serwerów producenta robotów to dopiero połowa sukcesu. Drugą stanowiło znalezienie sobie ciała. W tym celu musiałby błyskawicznie – nim zapory i programy antywirusowe zostaną na powrót uruchomione – zlokalizować podłączonego do sieci animatronika czy innego robota zdolnego pomieścić jego jaźń, co bynajmniej nie stanowiło łatwego zadania.

Mimo tego trwał przy nadziei, desperacko pragnąc wrócić. Czekał, czekał aż do tego dnia...

Dnia, kiedy wypuścili tę cholerną grę, „FNAF: Potrzebna Pomoc"... Siarczysty, wymierzony mu policzek. Ktokolwiek ją stworzył, powiązał jedną z postaci – karykaturalnego królika Glitchtrapa – z nim. Owo powiązanie było tak silne, że ściągało go wnętrza najbliższego z wirtualnych królików, w którym pozostawał, dopóki użytkownik nie wyłączył gry. Wtedy przerzucało go następnego Glitchtrapa. I następnego. I kolejnego. I tak raz po raz bez końca. Jednak nawet ta szaleńcza, bezwolna podróż miała swoje dobre strony.

Wcielając się w Glitchtrapa zyskiwał ciało. Wirtualne, nad którym nie miał najmniejszej kontroli, ale zawsze jakieś. Mógł widzieć. Mógł słyszeć. Owszem, widział i słyszał głównie fikcję, ale tyle starczyło, aby jego poczucie tożsamości się ustabilizowało. To znów pozwalało mu jaśniej myśleć.

Niestety ucieczka z cyfrowego świata, nadal pozostawała daleko – bardzo daleko – poza jego możliwościami. Dalej niż na początku. Przynajmniej do czasu, kiedy został ściągnięty przez tę dziewczynę.

Kiedy uruchomiła „Potrzebną Pomoc" pierwszy raz, został dosłownie wyrwany z Glitchtrapa, w którym akuratnie przebywał i przeniesiony do tego z jej gry. Na początku nie miał bladego pojęcia, co zaszło. Tym bardziej, że wszystko pozostało takie jak dotychczas – siedział we wnętrzu wirtualnej postaci jako bierny widz, mimowolnie wykonując polecenia zapisane w kodzie. Jednak za każdym razem, kiedy dziewczyna uruchomiała grę, natychmiast go ściągała, nieważne, gdzie przebywał. Raz za razem, dopóki nie przeszła jej całej. Wtedy to się stało. Część krępujących go więzów pękła i zyskał częściową swobodę. Jaką? Po pierwsze, chociaż nadal „był" Glitchtrapem, jego forma ustabilizowała się i nie podlegał już instrukcjom programu. Mógł poruszać się niezależnie od nich, zwiedzać wirtualne pokoje, przyjrzeć się lepiej właścicielce swego przybytku, czy raczej jej awatarowi. Mało tego. Po wyłączeniu gry nie musiał już „skakać" od jednego Glitchtrapa do drugiego. Podróżował po sieci, tak jak przedtem, niemal całkowicie swobodnie. W dodatku zyskał umiejętność wkraczania do wirtualnych światów, zarówno tych „Potrzebnej Pomocy" jak i innych produkcji Fazbear Entertainment. Jednak istniał pewien haczyk. Otóż wkraczając do wirtualnych rzeczywistości, mógł się poruszać jedynie po ich obrzeżach, z dala od toczonej przez gracza rozgrywki. Wśród cyfrowych cieni i zarysów kształtów. Nie czuł się tam też tak rzeczywisty jak w „Potrzebnej Pomocy", kiedy grała w nią ta dziewczyna... W niej... To było tak realne, że niemal miał wrażenie, jakby był znów istotą z krwi i kości. Dlatego, nawet gdyby gra nastolatki sama z siebie go nie ściągała, i tak wracałby. Nie potrafiłby się powstrzymać. Tak jak nie potrafił powstrzymać się od swobodnego przemierzania wirtualnej pizzerii. Widział, że ściąga tym na siebie zbędną uwagę nastolatki, a tym samym niebezpieczeństwo, jednak pokusa była zbyt silna.

Kiedy dziewczyna opisała na forach internetowych „błąd" w swojej grze, zdjęło go przerażenie. Gdy dano jej wiarę, a gracze masowo zaczęli wysyłać zapytania do Fazbear Entertainment, niemal dostał ataku paniki. Jednak, wbrew jego obawom, nie pociągnęło to za sobą dalszych konsekwencji. Prześladowcy nie wszczęli pościgu. W grach nie pojawiły się dodatkowe zabezpieczenia. Nie stworzono mających go zniszczyć aktualizacji. Zupełnie jakby zapomniano o jego istnieniu.

Brak pościgu sprawił, że poczuł się nieco pewniej. Częściej kręcił się wokół dziewczyny, obserwując ją. Próbował rozgryźć, kim dokładnie jest, a przynajmniej, jak ma na imię. Niestety, przebywając w jej grze, nie miał jak tego sprawdzić – „Potrzebna Pomoc" więziła go w ciele Glichtrapa. Znów innych gier Fazbear Entertainment, które pozwoliłyby mu swobodnie dostać się do jej komputera i poszperać w plikach, nastolatka nie uruchamiała. Przynajmniej na razie.

Dziewczyna w pełni odwzajemniała jego zainteresowanie. Właściwie to wydawała się mieć obsesję na jego punkcie. Spędzała coraz więcej czasu w grze, ale nie po to, aby grać, tylko go obserwować. Potrafiła zarwać noc, aby przez cztery godziny z rzędu patrzeć na niego. Tylko patrzeć. W milczeniu. Prawie w ogóle nie mrugając i się nie ruszając.

Dziwna małolata... Nie potrafił tego sprecyzować, ale było w niej coś takiego... Coś znajomego, uspokajającego, a zarazem ponurego i strasznego.

W końcu, po wielu dniach wzajemnego podglądania, odezwała się do niego:

- Naprawdę coraz częściej zastanawiam się, co ja tu robię. Czemu wracam. Może dlatego, że za cholerę nie potrafię rozwiązać problemów, tam na zewnątrz. Tutaj niby też mam problem nie do rozwiązania, ale... Cóż, mniej poważny. Taki, który nie kopnie mnie w dupę. To trochę pocieszające. Nie wiem czemu, ale jakoś tak jest.

Wtedy pierwszy raz usłyszał jej głos. Większość graczy klęła podczas gier, mówiła do siebie, ale nie ona. Ona milczała. Nawet wtedy, kiedy transmitowała grę, aby udowodnić innym graczom jego istnienie. Dziwne. Niepokojące. W ogóle, dziewczyna była dziwna. Chociażby ten jej wyraz twarzy. Wiecznie zaspane, puste spojrzenie, leniwy uśmieszek. Tkwił na jej twarzy niezależnie od tego, co się działo wokół.

Słowa nastolatki zainteresowały go. Może wreszcie dowie się czegoś o niej? O tym, gdzie jest... Potrzebował wszelkich możliwych informacji. W końcu nie wiedział, co mogłoby mu pomóc uciec. Może ta dziewczyna wiedziała coś ważnego? Coś, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy.

- Cóż, pewnie się zastanawiasz, jakie problemy może mieć opływająca w zbytki smarkula z dobrego domu, prawda? – odezwała się znowu. Jej głos ociekał goryczą i ironią, chociaż twarz pozostała spokojna. Zupełnie jakby nosiła maskę. – Zapewniam cię, że ma... I to nie pryszcze, parę zbędnych kilogramów, chłopak czy tam jego brak. Nie płaczę też po kątach, bo nikt mnie nie rozumie. Mało kto kogokolwiek rozumie i mało kto kogokolwiek obchodzi. Życie... Problemem jest to... Problemem jest to , że na tym zasranym świecie trafiają się rzeczy i sytuacje bardziej popieprzone niż fabuła całego FNAF'a razem wzięta. Rzeczy nie na twoje długie uszy.

Ostanie słowa momentalnie wywołały w nim gniew. Właściwie nie wiedział czemu. Przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że nastolatka widzi w nim tylko błąd gry. Dziwny, fascynujący, niemal niemożliwy, ale błąd. Zakłócenie w ciągu zer i jedynek. Jednak, gdy usłyszał, że dziewczyna ma problemy „nie na jego uszy"...

Mała, wstrętna siksa! Jak ona śmie tak mówić! Nic nie wie! NIC! Nie ma pojęcia, przez co przeszedł. Co rozbił. Nie wie nic...

Trwało to ledwie ułamek sekundy, jednak tyle starczyło, aby coś zauważyła. Co prawda postawa nastolatki w ogóle się nie zmieniła, ale wyczuł w niej napięcie. Miał wrażenie, że spojrzenie jej pozbawionych wyrazu oczu przeszywa go na wskroś.

- Niewiarygodne... Jak na błąd gry, masz doskonałe programowanie. Wydajesz się niemal żywy. A może jesteś, co? Może naprawdę rozumiesz, co tu do ciebie mówię, hm...? – Ku jego zaskoczeniu dziewczyna wywołała klawiaturę wielkoekranową. Rzędy dużych jak dłoń, półprzeźroczystych liter unosiły się tuż przed jego twarzą. – Proszę, jeżeli chcesz coś powiedzieć, to śmiało. Masz szanse. Co prawda Fazbear Entertainment nie dało ci głosu, ale chyba potrafisz pisać, co?

Potrafił, ale... Ale się bał. Nie miał pojęcia, jak nastolatka zareaguje, jeżeli spróbuje się z nią porozumieć. Mogła pomyśleć, że jest jakimś pomylonym hakerem, który przez ukryty w grze klucz, wtargnął na jej komputer i ją prześladuje. W końcu, kto uwierzyłby mu, gdyby napisał, że jest facetem przerobionym na świadomy program komputerowy? Nikt. Owszem, ta cholerna gra, „FNAF: Potrzebna Pomoc", opowiadała o czymś takim, ale nawet jej fani, nie daliby mu wiary... No, może po za tymi totalnie pieprzniętymi na mózg, ale dziewczyna nie wyglądała na taką. Zresztą gdyby nawet jakimś cudem mu uwierzyła, to William Afton, jakiego znała z gier, bynajmniej nie był pozytywną postacią. Prawdopodobnie wystraszyłaby się i już nigdy nie wróciła do wirtualnej pizzerii.

Po chwili wahania, postanowił nic nie robić. Udawać błąd, anomalię, cokolwiek, za co nastolatka go nie miała. Tak było bezpieczniej. Jednak nawet ta „bezpieczna" decyzja wywołała w dziewczynie niepokój, aczkolwiek nie miał pojęcia czemu. Przecież nic się nie zmieniło, prawda?

Małolata nagle wstała i bez słowa ruszyła ku wirtualnym drzwiom stanowiącym zarazem wyjście z gry. Wyglądała, jakby coś postanowiła. Obawiał się, co takiego.

***


Przez blisko trzy tygodnie dziewczyna nie uruchamiała gry. William zaczął się bać, że to już koniec. Że zrażona, postanowiła dać sobie spokój, a tym samym odgrodziła go od tej niewielkiej namiastki człowieczeństwa, jaką posiał. Jednak mylił się. Kiedy dryfując w cyberprzestrzeni, powoli zaczął tracić nadzieję, nagle wszystko zawirowało i ponownie pojawił się w grze. Wirtualnie cielesny, tak bliski prawdziwości, jak to tylko było możliwe dla świadomości złożonej z cyfrowego kodu.

Tuż przed nim stała ona. Wyglądała nieco inaczej niż zwykle. Miała długie włosy i nosiła nieco staromodną, „grzeczną" sukienkę. Zaskoczony zrozumiał, że nie korzysta ze swego awatara, tylko prawdziwego wizerunku. Naprawdę... niecodzienne. Zwykle nastolatki tworzyły awatary odbiegające od ich wyglądu tak bardzo, jak to tylko możliwe, tymczasem ona zmieniła jedynie ubranie i fryzurę. Zostawiła nawet te paskudne blizny na ręce.

- Dobra, jestem – zawołała, jednak nie zwracała się do niego. – On też jest, jak zwykle.

- Niesamowite! – rozległ się bezcielesny, męski głos, zapewne należący do rozmówcy dziewczyny. – Normalnie mózg rozjebany!

- No dobra, a teraz może mi wyjawisz, CO jest takiego niesamowitego? – zapytała, podenerwowana. – To, że udało ci się ściągnąć bezbronną nastolatkę do mieszkania, czy co?

- Coleen... Bo cię trzepnę. A mogę. Jedyne, co mnie przed tym powstrzymuje, to to, że masz mój cholernie drogi kask NVR na łbie.

Coleen. Więc tak się nazywała. Miło w końcu wiedzieć.

- Dobra, to mów. Bo chyba tu po coś przyszłam, prawda?

- Wiesz na czym grasz? – głos nieznanego mężczyzny wręcz ociekał ekscytacją.

- Na konsoli NVR?

- Nie o to mi chodziło. Grasz na mojej kopi gry. Na mojej płytce STM.

Wiliam drgnął. Na jego płytce...? Ale jak?

- Że co? – dziewczyna zamrugała. – Jakim, kurwa, cudem? Nie mów mi, że na twojej też był ukryty Bug, bo nie uwierzę.

- Nie. Na twojej też go nie ma. Przeskanowałem płytkę na wszystkie możliwe sposoby i nie znalazłem na niej jednego błędu. Mało tego. Po podpięciu pod mój komp, kiedy na niej grałem, Glitchtrap, znaczy ten zbugowany Glitchtrap, się nie pojawiał. Nie rozumiałem tego, ale wtedy wpadła mi do łba ta szalona myśl. A co, jeżeli to nie płytka, tylko ty? Wiem, szansa jedna na milion, ale musiałem spróbować... I kurwa JEST! Ja pierdziele, to normalnie coś... Coś niesamowitego!

William wyprostował się. No naprawdę... Nie tego oczekiwał. Podobnie jak Coleen obstawiał, że to jakaś anomalia związana z płytką, ewentualnie sprzętem, jakim posługuje się dziewczyna, go ściąga, ale że ona sama? Nie rozumiał, jak to możliwe. I dlaczego właśnie ona?

- A-ale jak ja mogę przywoływać to... To coś? – Maska nastolatki nieco opadła. Usta zacisnęły się w ciasną linię, brwi ściągnęły, a w oczach pojawiła dezorientacja. Wyraźnie nie podzielała zachwytu swego rozmówcy.

- Wiesz, na czym polega działanie konsoli neurowirtualnych, prawda? – zapytał męski głos.

- No tak. Łopatologicznie, ale tak. Konsola rejestruje impulsy nerwowe, głównie fale mózgowe. Potem interpretuje i zmienia w tymczasowy kod komputerowy zawieszony w pamięci RAM... Czy coś takiego.

- Wystarczająco jak na twój poziom. Zgadza się. Jednak mało kto wie, że fale mózgowe i tak dalej, te wszystkie neuroemisje, są czymś bardzo indywidualnym. Bardziej niż odciski palców. To... Hm... To tak jakby takie psychonerwowe DNA. Każdy ma inne. W związku z tym i wytworzony na podstawie tego psychicznego DNA kod komputerowy jest wyjątkowy.

- Ok.... Łapię. A co w związku z tym, że mój psychokod jest taki bardzo indywidualny i wyjątkowy?

- Zaraz, już wyjaśniam. Otóż wersje są dwie. Pierwsza: wszystkie kopie gry są zbugowane. Tak-jakby. Ale tylko ty to zauważasz, bo tylko twój psychokod potrafi go aktywować. Druga: jakiś błąd, zdziczały program, czy tam przypadkowy wirus powstały podczas tworzenia gry krąży po serwerach Fazbear Entertainment. Twój psychokod znów działa na niego jednocześnie jako polecenie pobierania i aktywator. Podsumowując, twoja psychika i kodowanie wolnego Glitchtrapa zazębiają się ze sobą. To tak... To tak jakbyście byli pod względem mentalnym, czy jak to tam nazwać, bardzo blisko spokrewnieni.

William spojrzał na Coleen. Coleen spojrzała na niego. Był niemal pewien, że dokładnie tak samo jak on, nie ma pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Psychiczne, neurologiczne dopasowania, kody... Cała ta gadka brzmiała jak bełkot szaleńca. Z drugiej strony, wszystko zbyt dobrze pasowało do siebie. No i ten męski głos. Pełny fascynacji, a zarazem pewny, dziwnie spokojny. Tak mógł się wypowiadać jedynie specjalista w swoim fachu.

- Super... Czyli wyzwalam błędy gry. Jestem chodzącym aktywatorem wirusów. – Dziewczyna westchnęła ciężko, kręcąc głową. – Mogłam się spodziewać, że mój wyjątkowy, wrodzony talent to coś równie bezużytecznego. Dobra, Tim. Chyba czas się stąd zbierać, bo jeszcze pomyślę, że ta cała fabuła „Potrzebnej Pomocy" to o mnie i zaraz pan długouchy mnie opęta...

William drgnął, wlepiając spojrzenie w dyskutującą z tajemniczym głosem – Timem - Coleen. Może... Może ta mała miała rację. Może ta cholerna gra stanowiła podpowiedź, jak wydostać się z tego piekła. Może naprawdę mógłby przejąć jej ciało. Być znowu żywy...

Nie chciał skazywać żadnej żywej istoty na swój los. Nie chciał krzywdzić tej małej. Owszem, miał krew na rękach. Mało tego. Przez swoją głupotę zapoczątkował ciąg wydarzeń, w wyniku których wiele osób życie straciło. Niewykluczone zresztą, że ludzie nadal ginęli. Pośrednio z jego winy. Mimo to nadal istniały rzeczy, do których naprawdę wolałby się nie posuwać. Niestety na razie nie widział innej drogi, niż ta wskazana przez samą Coleen.

Jeżeli istniała taka możliwość musiał ją opętać. Musiał zająć jej miejsce. Co prawda na razie nie miał pojęcia, jak to zrobić, ale zamierzał się dowiedzieć. I to szybko.

„Naprawdę przykro mi mała, ale niestety żyjemy w świecie, gdzie pies zjada psa" – pomyślał. – „Ty albo ja. Ty albo ja..."

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 11
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

FNaF: Formy Życia - III - Podchody

Postautor: CynicznaCecylia » 26 gru 2019, 17:36

Coleen spojrzała w lustro. Brązowe, wsuwane lakierki, bladoróżowa, plisowana spódnica za kolana, podkolanówki, biała, koronkowa koszula z wysokim kołnierzykiem, włosy zwinięte w grzeczny koczek na czubku głowy. Naprawdę wyglądała jak grzeczna panienka z połowy ubiegłego wieku. Śmiesznie... Aczkolwiek zauważyła, że niektórzy mężczyźni patrzą życzliwym okiem na taki ubiór. Głównie ci po czterdziestce, w okolicach pięćdziesiątki posiadający dorastające córki, którzy chcieliby, aby na zawsze zostały małymi dziewczynkami. Widzieli w niej idealną koleżankę dla swoich księżniczek, miłą, ułożoną, dobrze wychowaną, nie taką jak reszta „tych wulgarnych, wydekoltowanych pannic", które z chęcią by obmacali.

Ech, słodka hipokryzja.

Wzdychając, powoli zaczęła rozpinać bluzkę. Naprawdę nie lubiła kolacji z interesantami ojca. Tymi zakłamanymi, dwulicowymi gnojami. Dzisiaj gościli sędziego wraz z żoną, proboszcza i dyrektora lokalnego szpitala z córką. Dwie godziny obłudy, wzajemnego całowania tyłków i sztucznych uśmiechów. Naprawdę czuła obrzydzenie na myśl, że musiała brać w tym udział. Chociaż z dwojga złego wolała to, niż spotkania z...

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk przychodzącej wiadomości. Zerknęła na ekran leżącego na biurku telefonu, po czym przesunęła po nim palcem. SMS od pani psycholog. Doktor Taylor informowała, że musi odwołać jutrzejszą sesję ze względu na zły stan zdrowia. Coleen to odpowiadało. Starczyło, że dzisiaj przez dwie godziny musiała opowiadać bzdety, naprawdę wolała nie powtarzać tego jutro. Tym bardziej, że okłamywanie pani psycholog wymagało nieco więcej zaangażowania niż wciskanie kitu przydupasom ojca. Kobieta była naprawdę inteligentna i nie w ciemię bita. Na domiar złego, autentycznie chciała jej pomóc.

- Życzę zdrowia pani doktor – mruknęła pod nosem, odkładając telefon.

Wzdychając z ulgą zdjęła buty i wsunęła stopy w miękkie kapcie. Oficjalne kolacyjki oficjalnymi kolacyjkami, ale ten, kto wymyślił, żeby chodzić po domu w butach, powinien smażyć się w piekle.

Matko, jak ona nienawidziła tych lakierek.

Miękkie kapcie, luźna koszulka z krótkim rękawem, prosta spódnica. Strój równie grzeczny i kompletnie nie w jej stylu, jak oficjalne wdzianko, ale o niebo wygodniejszy. Taki, w którym mogła się chociaż odrobinę zrelaksować.

Ziewnęła. Ostatnio nie spała zbyt dobrze... Czy raczej sypiała gorzej niż zwykle. Od lat nie było nocy, żeby nie męczyły jej koszmary, ale do tego już się przyzwyczaiła. To niedające zasnąć wrażenie zagrożenia stanowiło problem. Pojawiało się względnie regularnie, raz na dwa, trzy miesiące i nie odpuszczało przez kilka dni, pozbawiając ją niemal całkowicie snu. Na szczęście potrafiła wytrzymać tydzień śpiąc ledwie dwie godziny na dobę, czasem mniej.

Potrafiła... Musiała wytrzymać. Nie miała innego wyboru. Naprawdę nie miała.

Gdyby tylko mogła usunąć przyczynę tego wszystkiego... Niestety, ta była jak złośliwy nowotwór. Samo pozbycie się guza nie rozwiązywało problemu. Trzeba było wyciąć też wszystkie okoliczne tkanki, zniszczyć każdą, zmutowaną komórkę. Bardzo trudna, rozległa operacja, której za nic nie potrafiła przeprowadzić, chociaż wiedziała, że „rak" pewnego dnia ją zabije.

Zmęczona usiadła przy komputerze i założyła na głowę kask NVR. Chciała się nieco wyciszyć, zrelaksować, ale będąc w domu, potrafiła to zrobić jedynie w wirtualnej rzeczywistości. W swym wirtualnym pokoiku. Poza tym obiecała Timowi coś sprawdzić.

Od lat regularnie odwiedzała pizzerię Freddy'ego i znajdujący się w restauracji salon gier, jednak to nie w ten sposób poznała Tima. Owszem, widywała go tam, ale nie poświęcała mu większej uwagi. Znajomość, prawdziwą znajomość, nawiązała z nim dopiero, gdy zaczęła szukać osób mogących stworzyć dla niej pewne programy komputerowe. Ludzi wykonujących zlecenia, bez zadawania zbędnych pytań. Tych, jak się okazało, nie brakowało, niestety problem stanowiła zapłata. Ojciec mocno kontrolował jej wydatki, więc w grę wchodził jedynie handel wymienny... Nie uwzględniający usług cielesnych.

Jako członkini kółka chemicznego i ulubienica prowadzącego go nauczyciela miała dostęp do pracowni chemicznej, co znów dawało jej pewne pole do popisu – narkotyki. Nie, nie produkowała ich. Nie była głupia. Wiedziała, że gra nie jest warta świeczki. Zamiast tego, pod przykrywką przeprowadzania rozmaitych eksperymentów, kradła substraty potrzebne do ich produkcji, które przehandlowywała na niewielkie ilości gotowego towaru. Wymiana amfetaminy czy speedu na usługi pokątnych programistów nie stanowiła dużego problemu. Niestety proceder nie należał do najbezpieczniejszych, dlatego też nieustannie rozglądała się nad innym rozwiązaniem. Nie szukała długo – znalazła je na jednym z forów FNAF'a.

Owym rozwiązaniem był oczywiście Tim, czy też Tomcio Grubasek, bo takim nickiem przedstawiał się w sieci. Trafiła na niego przypadkiem, czytając posty o modach, gdzie przechwalał się stworzonymi przez siebie fanowskimi gierkami i aplikacjami. W jednym z nich wspomniał, że jest namiętnym kolekcjonerem różnorakich gadżetów związanych z „Legendą Fazbeara" i ubolewał nad faztokenową polityką Fazbear Entertainment. Otóż większość kolekcjonerskich przedmiotów związanych z serią „FNAF" można było zakupić jedynie w Kącikach Nagród fazbearowskich pizzerii za faztokeny. Taki haczyk, mający nakłonić fanów Legendy Fazbeara do regularnego odwiedzania lokali. Całkiem nieźle działający. Salony gier pizzerii miały swoich stałych bywalców, a jak już ktoś wpadał pograć, to zwykle zamawiał też coś dobrego na ząb. I tak biznes się kręcił.

Nie miała pojęcia, co ją do tego pchnęło, ale skomentowała post „Tomcia", oświadczając, że jeżeli tak bardzo zależy mu na faztokenach, to ma trochę na zbyciu. Oczywiście nie za darmo. Ku jej zaskoczeniu odpisał niemal natychmiast, pytając, czego chce w zamian. Odpowiedziała... I tak to się zaczęło.

Już od dłuższego czasu nie potrzebowała usług Tima, jednak wcześniej regularnie wymieniała dostępne za faztokeny gadżety na pisane przez niego programy. Układ zadowalał obie strony, więc teoretycznie wszystko było w porządku. Mimo to Coleen nie potrafiła pozbyć się wyrzutów sumienia. Dostawała od Tima pakiety kilkudziesięciu megabajtów skomplikowanego kodu, nad którymi siedział po kilka dni, a w zamian dawała co? Plastikowe figurki, breloczki, bidony, futerały. Niezbyt uczciwe, przynajmniej według niej. Owszem, aby je zdobyć, musiała „wypracować" wiele godzin w fazbearowskim salonie gier, ale przecież i tak spędzałaby tam czas. Poza tym lubiła to. Dlatego, kiedy Tim poprosił o przysługę, nie miała serca mu odmówić. Tym bardziej, że nie prosił o wiele.

Mrowienie, wrażenie spadania i po chwili znów znajdowała się w wirtualnym pokoju. Tym razem panował w nim lekki nieporządek – na łóżku walały się podręczniki oraz rozmaite pomoce naukowe, których wirtualne wersje niedawno ściągnęła z sieci. Zwykle uczyła się w szkolnej czytelni, gdzie miała ciszę i spokój, a pokusy cyfrowej rzeczywistości nie odciągały jej od powtarzanego materiału. Niestety wraz z zbliżającym się końcem roku szkolnego, w okresie, kiedy nauczyciele robili test za testem, dyrekcja genialnie postanowiła rozpocząć remont biblioteki. Szczęśliwie od wczoraj miała spokój z testami i liczyła, że tak już pozostanie – termin wystawiania ocen semestralnych mijał za niecały tydzień.

Aby posprzątać bałagan, starczyło jej przesunąć dłonią nad materiałami szkolnymi – te natychmiast się zdematerializowały. Kolejnym ruchem ręki przywołała panel sterowania i uruchomiła otrzymaną od Tima grę, „FNAF: World Adventures", cRPG stanowiące przeznaczoną na konsolę NVR następczynię „FNAF World".

Mimo sugestywnego tytułu, gra zarówno pod względem rozgrywki jak i fabuły całkowicie odbiegała od uwielbianej przez Coleen serii, dlatego też dziewczyna nigdy nie była nią specjalnie zainteresowana. Jednak, jako że zarówno „FNAF World" jak i „FNAF: World Adventures" zdobyły olbrzymią popularność, słyszała o obydwu. O ile dobrze pamiętała „FNAF World" przenosiło gracza do cukierkowej, pozornie przyjaznej krainy zamieszkanej przez animatroniki, gdzie przeżywał rozmaite przygody, kontrolując drużynę zwierzokształtnych robotów. „FNAF: World Adventures" niewiele odbiegało od pierwowzoru, z tym że gracz nie kontrolował już całej drużyny, a jedynie swojego protagonistę: pechowego testera gier, którego wessała wirtualna rzeczywistość. Zresztą większość gier NVR dawała możliwość grania tylko jedną postacią. W końcu o to chodziło w wirtualnych rzeczywistościach, o możliwość stania się kimś innym i przeżywanie wszystkiego zupełnie, jakby działo się to naprawdę.

W każdym razie, „FNAF: World Adventures" nigdy nie wzbudziło zainteresowania Coleen – rynek oferował wiele ciekawszych pozycji. Jednak Tim nalegał, aby w nią zagrała. Dlaczego? Chciał sprawdzić, czy „błąd Glitchtrapa", który uruchamiała, znajduje się bezpośrednio w kodzie gry, czy może za każdym razem pobiera go z Internetu. Wedle jego teorii, jeżeli wolny Glitchtrap stanowił krążącego po fazbearowskiej sieci „wirusa", niewykluczone, że mógł przenikać do wszystkich produkcji NVR Fazbear Entertainment.

Wzdychając, ruszyła ku wirtualnym drzwiom. Kiedy przez nie przeszła, natychmiast znalazła się w grze – pośrodku soczyście zielonej polany. Słońce przyjemnie świeciło, wiał lekki wietrzyk, po błękitnym niebie płynęły spokojnie niewielkie, białe chmurki. Sceneria wręcz bajkowa, nie licząc unoszącego się tuż przed nią menu gry i... Glitchtrapa.

Królik sprawiał wrażenie skołowanego. Błądził dookoła wzrokiem, jakby nie rozumiał, dlaczego trafił na otwartą przestrzeń, a nie – jak poprzednio – do wirtualnej pizzerii. Jednak, gdy tylko zauważył dziewczynę, natychmiast przestał.

Coleen spojrzała na niego podejrzliwie. Ludzkie odruchy Glitchtrapa same w sobie nie niepokoiły jej tak bardzo jak to, że zdawał się chcieć je ukryć, aczkolwiek Tim twierdził, że zarówno jedno jak i drugie, to pozostałość pierwotnego programowania. Uważał, że wolny Glitchtrap jest pierwszą, niekompletną wersją Glitchtrapa, betą, która nie została wypuszczona, bo zmieniono koncepcję gry. Według niego zadaniem Glitchtrapa-bety było przeszkadzanie graczowi, gdy ten nie patrzył, poprzez np.: przekładanie przedmiotów, kradzieże czy też zwykłe przedrzeźnianie. Pod wpływem spojrzenia miał się natychmiast robić grzeczny, aby nie wzbudzać podejrzeń. W sumie miało to sens. Mimo to nie czuła się do końca pewnie w obecności wirtualnego królika. Nie tak bardzo, aby wywoływało to jakiś szczególny dyskomfort, ale wolała mieć go na oku.

Z unoszącego się przed sobą menu gry wybrała „Rozpocznij Nową Grę". Pojawił się komunikat: „AVATAR: Zachowaj Obecny, Stwórz Nowy, Wybierz z Dostępnych". Wskazała pierwszą z opcji. Jeżeli było to możliwe, zawsze korzystała ze swego standardowego, wirtualnego wyglądu. Przyzwyczaiła się do niego i to nawet bardziej niż do własnego odbicia. Na koniec dokonała jeszcze wyboru poziomu trudności, decydując się na „normalny" i mogła zacząć rozgrywkę.

Glitchtrap pojawił się, więc udowodniła już, że jest błędem krążącym po sieci i teoretycznie mogła zakończyć zabawę z „FNAF: World Adventures". Teoretycznie, bo prośba Tima, w razie manifestacji Glitchtrapa, miała ciąg dalszy. Otóż chciał, aby sprawdziła zachowanie królika w grze oraz innych programach, jeżeli będzie to możliwe. Zresztą, skoro już dostała „World Adventures" w swoje ręce, a nie miała pomysłu na lepsze spędzenie wieczoru, mogła się trochę pobawić. Tym bardziej, że wirtualne okoliczności przyrody były całkiem przyjemne.

Zerknęła na przypominający zegarek ręczny mikrotablet, który „magicznie" pojawił się na jej nadgarstku. Niewielki ekran wyświetlał tekst „Nie wiesz, co się stało. Znajdź kogoś, kto mógłby ci pomóc, ale zachowaj czujność". No tak, dziennik misji. W sumie dobre rozwiązanie.

Nie spieszyła się z zagłębianiem w grę. Wolała najpierw trochę pozwiedzać i popodziwiać widoki, a naprawdę miała co. Każde źdźbło trawy, każdy drżący na wietrze liść oddano z niesamowitą pieczołowitością. Podobnie motyle tańczące nad wielkimi, przypominającymi nieśmiertelniki kwiatami, tłuste trzmiele i rozświergotane ptaki. Owszem, wszystko zostało nieco przerysowane – murawa była zbyt zielona, niebo zbyt niebieskie, a korony drzew zbyt regularne – mimo to, wirtualna okolica cieszyła oczy.

- Przespacerujemy się? – zagadnęła Glitchtrapa, na co ten natychmiast spojrzał na nią. – Pogoda dopisuje. Zresztą, mam wrażenie, że z chęcią popatrzysz na coś innego niż wnętrze pizzerii, prawda?

Królik nie zareagował. Jego wyszczerzona w karykaturalnym uśmiechu twarz pozostała nieruchoma, ale... Odniosła wrażenie, że pojawiła się w nim jakaś niepewność. Zupełnie jakby pytanie zbiło go z tropu.

„Programy nie mają emocji, Coleen. Przez tą popieprzoną gadaninę Tima o kodowanych falach mózgowych i innych dziwactwach zaczynasz dostawać paranoi" – napomniała siebie.

Napomniała, ale nie przekonała. Lata bolesnych doświadczeń, nauczyły ją wyczuwać w innych nawet niewielkie wahania nastroju, dzięki czemu uniknęła wielu nieprzyjemnych, a nawet groźnych sytuacji. Dlatego teraz instynkt uparcie powtarzał jej, że się nie myli. Że z wirtualnym królikiem jest coś nie tak. Że jest czymś więcej niż tylko programem. Niekoniecznie czymś groźnym, ale na pewno innym.

Podenerwowana ruszyła w kierunku wirtualnego lasu, a w ślad za nią Glitchtrap.

***


- Przespacerujemy się? – zapytała z tym swoim wiecznym, pozbawionym wesołości uśmieszkiem na ustach. – Pogoda dopisuje. Zresztą, mam wrażenie, że z chęcią popatrzysz na coś innego niż wnętrze pizzerii, prawda?

Williama ścisnęło w środku. Przez ułamek sekundy, upiorną chwilę zdającą się wiecznością, miał wrażenie, że dziewczyna go rozgryzła. Że wie kim i czym jest. Ale nie. Coleen tylko popatrzyła na niego przez chwilę i ruszyła w stronę lasu. Irracjonalnie regularnego, irracjonalnie zielonego, gdzie rosły irracjonalnie duże i kolorowe grzyby. Karykatury. Ładne, ale karykatury. Jednak musiał przyznać jej rację – nawet ta karykatura stanowiła miła odmianę od wnętrza pizzerii.

Nie mając nic lepszego do roboty, ruszył za nią, ciekawie rozglądając się dookoła... I ciesząc złudnym wrażeniem bycia żywym.

Bajkowa, przesycona kolorami grafika... Znajdował się w „FNAF: World Adventures", o ile dobrze pamiętał tytuł. Parę razy, poruszając się po sieci, odwiedził tę grę, ale nie w TEN sposób, bo też nigdy wcześniej nie został ściągnięty przez Coleen do jakiegokolwiek innego programu poza „FNAF: Potrzebna Pomoc", którego element poniekąd stanowił. Dlatego też „Potrzeba Pomoc" ignorowała go, jej kod nie „interesował się" nim. Tutaj znów... Tutaj stanowił coś z zewnątrz i jak coś z zewnątrz został potraktowany...

Uznany za kolejnego gracza.

Gra nieustannie bombardowała Coleen rozmaitymi doznaniami, podobnie jak i jego teraz. Jednak dziewczyna nie odbierała ich tak jak on. Otóż Coleen miała wokół swego fizycznego ciała, realny, fizyczny świat, który nieustannie odczuwała poprzez dotyk, słuch, zapach. Te prawdziwe odczucia dominowały doznania serwowane przez program, dlatego musiała się skupić, aby wniknąć w wirtualną rzeczywistość. On znów... On istniał tylko tutaj, w wirtualnej rzeczywistości. Dlatego wszystko, co podsuwała mu gra było dla niego tak prawdziwe, jakby działo się naprawdę.

Oszołomiony delektował się miękkością trawy pod stopami, delikatnym dotykiem wiatru na twarzy, ciężkością własnego ciała. Po latach istnienia jedynie jako biały szum w chaosie niezliczonych danych, nie potrafił wyobrazić sobie czegoś cudowniejszego.

Wezbrało w nim zaprawione gorycz wzruszenie, które w normalnych warunkach skończyłoby się potokiem łez i głośnym, niepowstrzymanym szlochem. Szczęśliwie forma, którą przybrał, nie potrafiła płakać ani wydawać dźwięków. W przeciwnym razie zdradziłby się przed Coleen.

Spojrzał na nią. Dotyk, dźwięki, widoki... Wspomnienie minionego życia, tego wszystkiego, co mu tak brutalnie odebrano, umocniło go w podjętej decyzji: nawet jeżeli będzie musiał odebrać dziewczynie ciało, wróci do rzeczywistości.

Coleen... Dopiero teraz zwrócił uwagę, że zachowuje się inaczej niż zwykle. Jej ruchy były wolniejsze, plecy przygarbione, rzadko mrugała, ale jeżeli już, to bardzo długo. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Jakby miała za sobą wiele nieprzespanych nocy. Mógł iść o zakład, że gdyby zobaczył dziewczynę „na żywo" jej oczy zdobiłby uroczy siniec niewyspania.

Pewnie zarwała parę nocy z rzędu grając w jakieś durne gry.

„Dzieciaki w tych czasach... Niedoceniają niczego. Całe dnie spędzają w wirtualnej rzeczywistości, odwracając się od świata plecami. Życie ucieka im przez palce, a one nawet tego niedostrzeganą" – pomyślał z goryczą. - „Ciekawe czy zauważy, kiedy zajmę jej miejsce."

„Kiedy zajmie", raczej „jeżeli zajmie jej miejsce", bo nadal nie miał bladego pojęcia, jak to zrobić. Czy to w ogóle możliwe. Jednak, jeżeli istniał chociaż cień szansy, nie zamierzał się poddać. Poza tym i tak nie miał nic lepszego do roboty niż próbować.

Próbować... Ostatnio Coleen rzadko grywała w „Potrzebną Pomoc", więc nie miał ku temu zbyt wielu okazji, ale mimo to udało mu się coś odkryć. Otóż potrafił wyczuć, kiedy dziewczyna wkraczała do wirtualnej rzeczywistości, nawet jeżeli nie uruchamiała żadnej gry Fazbear Entertainment. Wyglądało na to, że ma zainstalowaną na komputerze swego rodzaju wirtualną przejściówkę skojarzoną z fazbearowską siecią, chociaż bezpośrednio nie należącą do niej. Za każdym razem, kiedy ją uruchamiała – a uruchamiała ją naprawdę często – czuł jej obecność w taki sam sposób, w jaki wyczuwa się, że ktoś wszedł do pokoju, nawet jeżeli się go nie widzi ani nie słyszy. Być może, gdyby dał radę usunąć barierę, która dzieliła go od przejściówki, mógłby zdziałać nieco więcej.

Dziewczyna zatrzymała się przed gęstymi krzakami jeżyn i rzuciła mu przeciągłe spojrzenie. Po chwili wahania weszła w zarośla, chociaż mogła je łatwo obejść dookoła. Wysokie, kolczaste pędy wczepiały się w ubrania nastolatki, oplątywały wokół kończyn, szarpały za włosy. Nic dziwnego, że nim je pokonała, upłynęła dłuższa chwila. Nie miał bladego pojęcia, o co mogło chodzić, ale odniósł wrażenie, że chciała, aby za nią poszedł.

Wzdychając, ruszył w ślad za nastolatką.

Czekała na niego po przeciwnej stronie zarośli, uważnie obserwując jego przeprawę przez ostrężyny. Uważnie, ale jednocześnie bez większego zainteresowania.

- Czyli kolizje działają i na ciebie – mruknęła. – Interesujące. Chociaż jesteś tak-jakby wirusem, dostosowujesz się do programu, w którym przebywasz. Tim będzie zachwycony, kiedy o tym usłyszy...

Gdyby William mógł ruszać brwiami, uniósłby je znacząco. A więc o to chodziło smarkuli... Eksperymentowała sobie na nim. Pewnie na prośbę tego całego Tima. Nieładnie. Chociaż w sumie te ich „testy" mogły być mu na rękę. Może dzięki nim pozna pełnię swoich możliwości. Tych, które zyskiwał ściągany przez Coleen. Wiedział, na co go stać, gdy dryfował poprzez fazberowską sieć, ale kiedy go „wzywała" wszystko się zmieniało. Tutaj... Cóż, na razie wyglądało na to, że każdy program, do którego trafia za nastolatką, traktuje go inaczej, wedle własnego kodu. Jednak to „indywidualne traktowanie" musiało mieć jakieś punkty wspólne. Coś, co mógłby wykorzystać...

-...chociaż on w ogóle jest tak bardzo zachwycony tobą, że gdyby mógł, chyba by się z tobą ożenił – kontynuowała. – Wyszedł za ciebie za mąż? Nie, wolę wersję ożenił. Wizja Tima w sukni ślubnej jest zbyt przerażająca.

Mówiąc to, jej spojrzenie nieco złagodniało, a uśmiech po raz pierwszy wydał się autentyczny. Swobodny. To dziwne, ale nigdy wcześniej nie widział, aby tak bardzo zmieniła wyraz twarzy. Właściwie to już zaczynał myśleć, że albo doznała jakiegoś paraliżu i ma zaburzoną mimikę, albo jest tak zblazowana, że nic ją nie rusza.

Westchnęła, a wszelkie emocje zniknęły z jej oblicza, pozostawiając zwyczajowy, pozbawiony wesołości, „luzacki" uśmieszek na ustach.

- Dobrze, pobawimy się trochę, co ty na to? – zapytała. – Sprawdzimy, jak ci pójdzie z pływaniem, chodzeniem po różnych powierzchniach, a potem zaczniemy misje i wdamy się w jakąś bójkę. Zobaczymy, jak gra na to zareaguje. Dobrze, to gdzie by teraz...

Uśmiechnął się w głębi swoich myśli. Tak, to był dobry pomysł. Pobiega za nią, sprawdzi swoje możliwości, to, jak reaguje na niego gra. Przede wszystkim jednak przyjrzy się lepiej Coleen.

Nagle zdał sobie sprawę, że ani razu jej nie dotknął. Nawet nie spróbował, a może powinien... Może powinien...

Powoli ruszył za idącą w głąb lasu nastolatką.

***


Klatki pełne psów. Skaczących na siatki, nieprzerwanie ujadających, kręcących się niecierpliwie, czekających na żarcie. Czujących jej strach i niechęć. Małych i dużych, tych przyjaznych i tych przyjaznych tylko teoretycznie, gotowych ugryźć, jak tylko okaże słabość.

Jasna cholera, jak ona nienawidziła tego całego wolontariatu w schronisku.

Coleen nie lubiła psów. Nie znosiła. Nie, żeby miała coś przeciwko nim jako takim. Po prostu wiedziała do czego są zdolne, jeżeli służą niewłaściwym ludziom za narzędzia. Pewne obrazy zostają z człowiekiem na zawsze.

„Przyzwyczaisz się. Musisz w końcu przełamać lęk." Za każdym razem, kiedy przypominała sobie słowa ojca, ogarniał ją gniew. Trudno pozbyć się traumy, kiedy jej obiekt waży około trzydziestu kilo i skacze na ciebie. Nieważne, że z radości. Tym bardziej, jeżeli w klatce obok siedzi jeszcze większy, taki po przejściach, o którym wiesz, że może mu coś odwalić.

Niestety nie miała dużego wyboru i musiała tu siedzieć. Bo ojciec kazał. A jak tatuś każe, to grzeczna córusia robi, co jej kazano.

Westchnęła. Wzdłuż długiego, betonowego korytarza ciągnęły się rzędy boksów pełnych rozszczekanych lokatorów czekających na żarcie. Nie cierpiała karmienia psów. Wolała już wyprowadzanie na spacery... Znaczy spacery też były straszne, ale nie aż tak. Swoją drogą nie rozumiała, jakim cudem nigdy nie przydzielano jej do kotów albo – dajmy na to – gryzoni. W końcu schronisko miało mnóstwo lokatorów. Nawet świnie, kozy i konie. Jednak ona zawsze lądowała u psów. Podejrzewała, że kochany tatko maczał w tym palce.

Tak, szczerze nie znosiła wolontariatu w schronisku, ale do tej pory nie miała z nim większego problemu. Głównie dlatego, że przychodziła tylko na dwie godziny, w soboty, a przez resztę miała święty spokój. Niestety po rozdaniu świadectw sytuacja nieco się zmieniła. Wszystko przez tę cholerną historię.

Ojciec wymagał dobrych stopni z czym Coleen nie miała większego problemu. Co prawda nie była geniuszem, jednak radziła sobie. Nigdy nie schodziła poniżej czwórki, a większość przedmiotów mniej lub bardziej lubiła. Większość. Niechlubny wyjątek od reguły stanowiła historia. O ile czasy starożytne i średniowiecze potrafiły ją zainteresować, to reszta... Daty, bitwy, polityka. Zasypiała na siedząco, słuchając o tym wszystkim. A już najbardziej nie znosiła historii USA – krótkiej, brutalnej i pełnej hipokryzji. Niestety ojciec, uważając się za wielkiego patriotę, na punkcie historii miał istną obsesję. Historii i angielskiego. Już dawno oznajmił Coleen, że z tych przedmiotów ma mieć piątki i kropka. Do tej pory z trudem spełniała ten wymóg, niestety – jak się okazało – jeden z ostatnich testów poszedł jej nienajlepiej. Pomyliła parę dat i nazwisk. Najwyraźniej długotrwała bezsenność nie wpłynęła dodatnio na jej stan skupienia. W dodatku remont biblioteki, kłopoty z nauką i... Skończyła z czwórka plus z historii. Tyle wystarczyło, żeby ojciec się wściekł i załatwił jej karny wolontariat na całe wakacje. Przez bite dwa miesiące miała tyrać w schronisku po sześć godzin dziennie, dzień w dzień. Łącznie z weekendami. Jednak to nie wszystko. Na domiar złego ojciec zmusił ją do uczestnictwa w jednym ze swoich... Bankietów.

Ścisnęło ją w żołądku, kiedy pomyślała o wydarzeniach ostatniej soboty. Jednak mogło być gorzej. Mogła czyścić piwnicę. Piwnica...

Potrząsnęła głową. Nie pora na tego typu rozmyślania. Nie warto przejmować się rzeczami, których nie można zmienić.

Napełniła wielki, plastikowy kubek suchą karmą i podeszła do kolejnego z boksów. Lokatorem był amstaf. Chociaż nie lubiła psów, akurat amstafy darzyła niejaką sympatią. Głównie dlatego, że te agresywne, które trafiały do schroniska, na dniach usypiano, w skutek czego zostawały tylko łagodne. Zaś łagodne amstafy nigdy nie skakały na siatkę boksów, rzadko kiedy szczekały, nie wyrywały jedzenia. Podczas spacerów też nie sprawiały większych kłopotów.

- Cześć maleńki, jedzonko przyszło – mruknęła, a myszowaty pies zamerdał długim ogonem, cierpliwie czekając przy metalowej misce, aż ją napełni. Ani razu nie szczeknął, tylko zaskomlał cichutko.

Następny z psów, wielki mieszaniec owczarka niemieckiego, stanowił większe wyzwanie. Ujadał, kręcił się niespokojnie, a gdy tylko otworzyła drzwi boksu, spróbował na nią skoczyć. Szczęśliwie już dawno nauczyła się ignorować lęk, dzięki czemu działała szybko i sprawnie – odepchnęła zwierzę i stanowczym głosem kazała mu usiąść. To wprost nie do wiary, jak długo można żyć, olewając własne emocje, zupełnie jakby należały do kogoś innego. Doktor Taylor pewnie miałaby coś do powiedzenia na ten temat. Tego, jakie to szkodliwe. Tego, do czego może to doprowadzić.

Coleen doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę. Rzecz w tym, że brak opanowania zaszkodziłby jej o wiele szybciej i o wiele bardziej.

Przemierzając długi korytarz napełniała jedną psią miskę za drugą. Jak na złość trafiła do bloku zasiedlonego głównie przez wielkie, ruchliwe bestie. Bernardyny, rottweilery, husky, owczarki niemieckie, dogi i ich mieszańce. Bardzo dużo mieszańców. Szczególnie wielkich mieszańców owczarków niemieckich, które często okazywały się nieobliczalne. Dwa dni temu, jeden z nich dotkliwie pogryzł pracownika popołudniowej zmiany, co bynajmniej nie poprawiło jej samopoczucia. Do tego to otoczenie... Betonowy korytarz uparcie kojarzył się z więzieniem... bądź szpitalnymi podziemiami. Wyblakłe, pastelowe ściany, białe, nienaturalne światło, brak ozdób i okien, przypominające cele boksy i wyglądające z nich ślepia, uważnie obserwujące każdy jej gest, każdy ruch.

Gorzej niż w domu. Tam przynajmniej mogła czuć się względnie swobodnie w wirtualnej rzeczywistości, a tutaj... Tutaj zawsze pozostawała pod obserwacją. To psów, to pracowników schroniska.

Kiedy wreszcie sześć godzin wolontariatu dobiegło końca, była strzępkiem nerwów. Wykończonym strzępkiem nerwów. Oczywiście nikt tego nie zauważył. Nikt nigdy tego nie zauważał. Bardzo o to dbała. Ostatnim, czego potrzebowała, to niechciane zainteresowanie.

Szybka wizyta w szatni, uprzejme pożegnanie ze współpracownikami i wreszcie mogła cieszyć się tymczasową wolnością. Gdyby tylko nie ten skwar... Upały trwały nieprzerwanie od kilku tygodni, skutecznie wyganiając ludzi z ulic do domów. Co prawda temperatury już nie sięgały czterdziestu stopni, tylko oscylowały wokół trzydziestu pięciu, jednak to starczyło, żeby skutecznie zniechęcić wszystkie istoty żywe do jakiejkolwiek aktywności. Tym bardziej, że trwało to już blisko miesiąc. Narastająca duchota nie pomagała.

Coleen spojrzała na błękitne niebo, po którym swobodnie płynęły puszyste obłoczki. Wydawało się aż zbyt przejrzyste, szklane... Doskonale wiedziała, co to znaczy. Zbliżała się burza. Meteorolodzy od dłuższego czasu zapowiadali załamanie pogody, które jakoś nie chciało nadejść. Do teraz.

Napięcie dało się wyczuć w powietrzu. Pewnie dlatego psy były dzisiaj takie nerwowe, a zwierzęta na zewnątrz schroniska jakby wyparowały. Wszędobylskie miejskie gołębie, których złamać nie potrafiły nawet upały, gdzieś przepadły, a reszta istot żywych zamilkła. Jedynie niezmordowane koniki polne koncertowały w wysokich trawach.

Opuszczając betonowy prostokąt, Coleen nieco zwolniła kroku. Schronisko, jak większość tego typu obiektów, znajdowało się na przedmieściach. Dzięki temu hałasy nie przeszkadzały mieszkańcom, a zwierzakom udostępniono rozległe tereny zielone, na których mogły rozprostować łapy... Czy raczej tereny żółtawe, bo w spalonej słońcem trawie, zieleni niewiele pozostało. W każdym razie, okolica była dość ładna, ale niestety oddalona od centrum, zaś autobusy jeździły tu nie częściej niż raz na godzinę. Najbliższy odchodził za cztery minuty. Jeżeli pospieszyłaby się, zdążyłaby na niego. Jednak mogła też iść tak jak teraz i się zwyczajnie spóźnić.

Zawahała się... Maszerować blisko godzinę kurzu i upale, czy może wygodnie podjechać klimatyzowanym autobusem pod sam dom? Dom pełen niezdrowego napięcia, pogardy i niewypowiedzianych słów. Sekretów. Dom, w którym nie było nikogo, kogo chociażby lubiła. Dom, do którego nie chciała wracać.

Iść godzinę. Pal licho upał.

Wsadziła słuchawki do uszu, puszczając na telefonie ulubioną piosenkę - „Zabawa ogniem" - w pętli. Uwielbiała ją. Nieważne jak długo jej słuchała, nigdy nie miała dość. W dodatku utwór posiadał tę cudowną właściwość, że pomagał się jej wyciszyć. Uspokoić. Zaczęła cicho nucić pod nosem.

„...Can't help myself,

Got secrets I can't tell,

I love the smell of gasoline

I light the match to taste the heat

I've always liked to play with fire..."

Nigdy nie lubiła wracać do domu, a fatalny nastrój ojca, po zobaczeniu jej świadectwa wszystko pogarszał. Gdy był rozdrażniony, naprawdę wolała unikać zbędnego używania konsoli NVR, obawiając się, że wszystkie nieszczęścia świata, łącznie z nieszczęsną czwórką z historii, zrzuciłby na komputery, gry i wirtualną rzeczywistość. A wtedy niewykluczone, że pożegnałaby się ze swoją małą odskocznią od tego wszystkiego... Tego całego syfu, który prześladował ją na każdym kroku.

Inna rzecz, że kochany tatuś teoretycznie miał powody obwiniać konsolę za jej złe oceny. W końcu używała jej gdy tylko mogła. Przed testami niemal wyłącznie do nauki, ale o tym nie wiedział, a gdyby nawet mu powiedziała, pewnie nie uwierzyłby. Tak jak nie wierzył, że Internet może służyć do nauki.

Tak, Internet też stanowił problem, szczególnie że ostatnio, znaczy przed rozdaniem świadectw, była bardzo aktywna w sieci. Naprawdę wolała, aby ojciec nie sprawdził, co takiego tam robiła. Gdyby dogrzebał się do logów rozmów z Timem, mógłby uznać go za jej przyjaciela. Co gorsza za przyjaciela nieodpowiedniego dla nieletniej córeczki prokuratora, a to z kolei mogłoby być niebezpieczne. Tym bardziej, że ostatnio zdarzyło się jej spędzać z nim czas również w świecie realnym. Dlatego też kontaktowała się z komputerowcem góra raz na cztery dni. Zresztą nie miała powodu robić tego częściej – wszelkie możliwe do przeprowadzenia testy na wolnym Glitchtrapie zostały przeprowadzone, a ciekawość Tima mniej-więcej zaspokojona.

Westchnęła. Musiała sama przed sobą przyznać, że trochę żałuje... To było całkiem zabawne. Te wszystkie gry, dziwactwa, które wyczyniali, żeby sprawdzić, jak zareaguje cyfrowy królik. Pokręcone rozmowy, przytyki. Naprawdę polubiła tego faceta.

Tym bardziej nie powinna się z nim zadawać, a przynajmniej nie nazbyt często.

Przedmieścia przypominały przecięty szosą step – wysokie trawy z rzadka tylko urozmaicały niewysokie drzewa, co nieco dziwiło, szczególnie, że dawniej, nim postawiono miasto, rosły tu lasy. Gęste, ciągnące się po horyzont bory sosnowe. Jednak, nie widzieć czemu, odkąd te zginęły pod ostrzami siekier robiąc miejsce pierw na pola uprawne, a potem na urbanistyczne konstrukcje, mieszkańcy jakby unikali drzew. Szczególnie tych iglastych. Owszem w oddali widniał cienki, ciemnozielony pas, obwieszczający, że gdzieś-tam jest las, potężny las, ale trzeba było się naprawdę dobrze przyjrzeć, żeby go zobaczyć. Niestety. Coleen dałaby wiele za rosnące wzdłuż drogi drzewa, których korony chroniłyby ją przed palącymi promieniami słońca. Jednak nie narzekała – w końcu sama zrezygnowała z jazdy autobusem.

Minęło ponad pół godziny, nim dotarła do miasta, a miało upłynąć drugie tyle nim dotrze do domu. W upale. Niezbyt przyjemna perspektywa, chociaż z drugiej strony ruch pomagał rozładować stres. Zdrapać jego wierzchnią warstwę. Właściwie nawet lubiła umiarkowany wysiłek fizyczny, ale zwykle nie miała do niego okazji... Nie, to nie do końca tak. Zwykle przeszkadzali jej w nim ludzie. Okoliczne parki i tereny sportowe niemal zawsze były zatłoczone, a niezbyt potrafiła zrelaksować się w obecności innych. Znowu, jeżeli chodzi o wypady za miasto, ojciec naprawdę niechętnie tracił ją z oczu. Zwykle argumentował to tym, że jako prokurator, polityk i osoba stająca na straży prawa, ma wielu wrogów, którzy mogliby chcieć ją skrzywdzić. Jednak istniały i inne powody.

Przede wszystkim obawiał się, że mogłaby uciec.

Ludzie... Ledwie o nich pomyślała i już się na nich natknęła. I to takich, którzy ją znają. Na Ze szkoły. Na dziewczyny. I to należące do tych nielicznych osób, którym charyzma i fałszywie rozumiana odwaga przesłaniały rozsądek podpowiadający, że zaczepianie córki prokuratora to niekoniecznie dobry pomysł.

Chloe i Trish. Przyczajone w ślepe uliczce, jednej z tych zdających się być stworzonymi tylko po to, aby upchnąć w nich kontenery na śmieci i inne nieestetyczne elementy infrastruktury miejskiej.

Wbita w obcisłe czarne dżinsy i przykrótką, fioletową koszulkę z nadrukiem króliczka zombie Trish była szkolną dilerką. Jej chłopak, a zarazem brat Chloe, Jason, miał powiązania z „grubymi rybami", od których dostawali prochy. Blada jak śmierć, co podkreślała mocnym, ciemnym makijażem, z pofarbowanymi na fioletowo i ułożonymi w „artystyczny nieład" włosami przypominała, przy schludnej i dziewczęcej Chloe, nawiedzoną wiedźmę. Chloe zaś... Wielbiąca modne sukienki i pasujące do nich, drogie dodatki Azjatka wyglądała jak początkująca modelka. Umalowana, jakby wyszła z profesjonalnego salonu wizażu, o lśniących, spływających po ramionach, czarnych włosach bez trudu przykuwała pełne uwielbienia, męskie spojrzenia i wzbudzała zawiść koleżanek.

- Proszę, proszę. Kogo tu mamy, prokuratorską sucz – roześmiała się perliście Chloe, jak tylko ją zobaczyła. – Ciekawe co jaśnie hrabiankę sprowadza do ubogich części miasta, hm?

Coleen przystanęła. Nie było sensu ich ignorować, bo gdyby przeszła obok, Chloe i tak nie odpuściłaby, tylko wszczęła pościg. Była jak pies – goniła wszystko, co przed nią uciekało. W tym dysfunkcyjnym tandemie to właśnie ona pełniła rolę „tej psychicznej". Trish, chociaż swym wyglądem mogła wzbudzać pewne kontrowersje, zwykle zachowywała się względnie rozsądnie.

- Cześć Chloe. Dzień dobry Trish. Miło was spotkać poza szkołą – mruknęła, jakby nigdy nic. – Potworny upał, prawda?

Dziewczyny spojrzały po sobie nawzajem. Chloe parsknęła nieprzyjemnym śmiechem.

- No proszę, proszę. Suce zebrało się na dowcipy.

- Raczej jest pierdolnięta na mózg. – Wsparta o pokrytą graffiti ścianę Trish wyprostowała się niechętnie. – Dobrze wiesz, że to-to nawet w budzie zachowuje się, jakby nie do końca stykało jej pod tą kopułą. Ty jej „spierdalaj", a ona tobie „miłego dnia". Chyba w dzieciństwie nawdychała się za dużo dymu czy coś.

- Raczej nasz Skwarek za bardzo się przypiekł. – Azjatka spojrzała wymownie na pokrywające rękę Coleen blizny po poparzeniu. – Chciałabyś znowu się przysmażyć, Skwareczku? Wiesz, jak coś, mogę ci to załatwić.

Coleen, gdyby mogła, przewróciłaby wymownie oczami. Chloe, mimo swoich starań, nie była groźna ani straszna, jedynie żenująca. Żenująca i upierdliwa, bo przez nią musiała stać w pełnym słońcu i słuchać tych wszystkich bzdur. Naprawdę nie rozumiała, czemu Trish się z nią zadaje, tym bardziej, że dziewczyna zwykła podbierać jej towar. Chyba tylko ze względu na Jasona, który potrzebował kogoś, kto miałby oko na jego pierdolniętą, lubiąca przyćpać siostrę. Toksycznego kwiatuszka.

- Nie trzeba mnie przysmażać, Chloe – mruknęła spokojnie. – Ja wciąż płonę. Nigdy nie przestałam. Nawet na chwilę. Ale dziękuję za propozycję.

Dziewczyna zamrugała, wyraźnie nie spodziewając się takiej odpowiedzi. Jednak szybko odzyskała rezon. Uśmiechnęła się szeroko i szybkim, płynnym ruchem wyciągnęła z eleganckiej, krwistoczerwonej torebki nóż sprężynowy.

- To może ponacinamy cię jak kiełbaskę? – syknęła doskakując do niej. – Wiesz, tak żebyś upiekła się równomiernie.

Na widok broni Coleen zalała fala agresji, dokładnie tak jak przed paroma tygodniami, kiedy w wirtualnym świecie „Drogi do Wyjścia" walczyła z potwornymi animatronikami. Tym razem jednak nie mogła sobie pozwolić na uwolnienie gniewu... Chociaż bardzo by chciała. Naprawdę chciałaby pozwolić, aby świat utonął w czerwonej mgiełce furii. Wyrwać nóż Chloe, wbić ostrze w jedno z tych jej wielkich oczu po samą rękojeść, usłyszeć wrzask bólu i przerażenia... Niestety w realnym świecie czyny mają swoje konsekwencje. Konsekwencje, od których nie można uciec kasując zapis gry. Dlatego też cisnęła narastającą agresję w głąb siebie, by tam się wypaliła zduszona, tak jak robiła to wielokrotnie wcześniej.

Chloe, w przeciwieństwie do niej, nie potrafiła panować nad sobą. Była jak wściekły pies, który ujada, warczy i gryzie, jak tylko coś go rozdrażni. Na szczęście Coleen wiedziała jak postępować z psami. Wystarczyło trzymać się kilku reguł. Pierwsza i najważniejsza z nich brzmiała „nigdy nie okazywać strachu".

Chwyciła napastniczkę za nadgarstek i zrobiła szybki krok do przodu, napierając na nóż. Ostrze przebiło materiał prostej, czarnej sukienki i przesunęło się po żebrach, głęboko tnąc. Popłynęła krew. Trish wciągnęła gwałtownie powietrze, Chloe zaklęła paskudnie.

- Pociąć mnie? Proszę bardzo, ale może się to dla ciebie źle skończyć – mruknęła z udaną obojętnością, , po czym puściła Chloe i ucisnęła dłonią krwawiącą ranę. – Kiedy wrócę pocięta do domu, tatuś może zacząć zadawać pytania, a wtedy może być źle. Naprawdę źle. Jego znajomy, patolog sądowy, na pewno nie da się oszukać, że miałam wypadek. Tego typu ludzie poznają cięcia po nożu sprężynowym. Dlatego prędzej czy później dowie się, kto skrzywdził jego córeczkę, a tego byśmy nie chciały, prawda? Tym bardziej, że na pewno kilkoro ludzi zaświadczy, że wracałaś co domu w wymazanej krwią sukience.

- Wymazanej krw...?

Nim Chloe zdołała dokończyć, Coleen puściła ranę i wytarła okrwawioną dłoń o sukienkę rozmówczyni. Posoka zostawiła na jasnożółtym materiale wyraźne ślady.

- Kurwa, pojebało cię?! To nowa kiecka! – wrzasnęła Chloe, a jej piękną twarz wygiął iście demoniczny wyraz. – Powinnam ci chlasnąć gardło jebana suko!

Krzycząc ruszyła w stronę Coleen, jednak natychmiast powstrzymała ją Trish. W przeciwieństwie do przyjaciółki, doskonale rozumiała swoją niewesołą sytuację. Wiedziała do czego może doprowadzić każde złe posunięcie.

- Kurwa mać, przestań! Nie widzisz, że ona jest jebnięta?! – syknęła, odciągając Azjatkę. – Kurwa, uwierz mi, nie chcę mieć na pieńku z prokuratorem, bo jego pieprzony wypłód jest zbyt popierdolony, żeby podkulić ogon, a ty... A ty jak zwykle zawsze pierw robisz, potem myślisz.

- Musimy mieć respekt! Poza tym suka znisz...

- Pamiętasz, co mówił Jason?! – fuknęła Trish, wyraźnie tracąc cierpliwość. Bledsza niż zwykle cała dygotała ze zdenerwowania. – Mamy nie robić nic, co mogłoby zaszkodzić jego interesom, a to MOŻE ZASZKODZIĆ. Jak szlag może. Zatem weź się kurwa ogarnij, co? Zresztą co? Chcesz zadźgać laskę, bo ci sukienkę ujebała? Bo kurwa by się na tym skończyło. Chlasnęłabyś jej gardło, a wtedy już cała byłabyś we krwi i ciekawe, kurwa, jak chciałabyś to załatwić, hę? Pozbyć się trupa i śladów. To pieprzona córka pieprzonego PROKURATORA, do kurwy nędzy. Znaleźliby nas. Sorry dziewczynko, ale jak mam trafić do ciupy, to nie za pyskówkę z ta szmatą.

Chloe otwarła usta, po czym niemal natychmiast je zamknęła. I znowu. I tak jeszcze kilka razy. W końcu westchnęła i zrobiła krok wstecz, jednocześnie chowając nóż. Wyglądało na to, że argumenty przyjaciółki ją przekonały.

- Zatem rozumiem, że mogę już sobie iść, czy tak? – zapytała Coleen wyuczonym tonem grzecznej córeczki tatusia. – Bo, wybaczcie bardzo, ale mam ranę do opatrzenia. Chyba byście nie chciały, aby mój tato zainteresował się nią.

- A idź w cholerę – warknęła Trish, chwytając Chloe za przegub dłoni i ciągnąc za sobą. – Najlepiej prosto do piekła.

Wyszły z zaułka i ruszyły wzdłuż ulicy. Trish maszerowała wartko, wlokąc przyjaciółkę za sobą, jak upartego psa. Coleen przyglądała się im, dopóki nie zniknęły za najbliższym zakrętem. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na jęk bólu.

Weszła w zaśmieconą uliczkę, z której wypełzły jej szkolne „koleżaneczki" i schowała się za wielkim kontenerem na śmieci, w którym – sądząc po odgłosach – właśnie ucztowały szczury. Zdjęła górną część sukienki, aby obejrzeć dokładnie zostawioną po nożu Chloe ranę.

- Szlag by to – mruknęła wciągając powietrze.

Cięcie było głębokie. Nie dramatycznie głębokie, ale głębsze niż chciała sobie zadać. Do tego obficie krwawiło. Szczęście w nieszczęściu, że krew nie była widoczna na czarnym materiale.

Coleen lubiła być przygotowana na każdą okazję, dlatego też w obszernej listonoszce nosiła zestaw różnorakich przedmiotów mających – wedle założeń – przygotować ją mniej lub bardziej na starcie ze złym światem. W jego skład wchodziły między innymi: parasol, podpaski (co najmniej dwie sztuki), chusteczki higieniczne, chusteczki antybakteryjne, taśma klejąca, nożyczki, plastry, butelka wody, antypespirant, nóż do papieru, nieduży kłębek sznurka, notatnik, ołówek, dwa długopisy i plastry. Sporo rzeczy. Użytecznych. I to nawet w tak nietypowej sytuacji jak ta.

W ciągu dwóch może trzech minut z taśmy klejącej i podpaski powstał całkiem przyzwoity opatrunek, który z powodzeniem mógł, jeżeli nie powstrzymać krwawienie, to przynajmniej znacząco je zahamować. Po uprzednim odkażeniu cięcia chusteczkami antybakteryjnymi, zaaplikowała go na ranę. Okrwawione ręce opłukała wodą z butelki i dokładnie wytarła. Potem wystarczyło jej się na powrót ubrać i mogła wracać do domu. Nikt nie powinien nic zauważyć... Przynajmniej jeżeli nie będzie się nazbyt mocno przyglądał.

- Nie dość, że jestem zgrzana jak zaprzęgowa klacz, to jeszcze ranna – mruknęła ze złością. – Tyle przyszło mi z tej pieszej wycieczki. Trzeba było wsadzić tyłek do autobusu.

Gniew, chociaż stłumiony i zgaszony, nadal gdzieś tam w niej tkwił, tylko czekając, aby wybuchnąć świeżym płomieniem. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, że szybko się go nie pozbędzie. Ze wszystkich emocji to on sprawiał jej najwięcej problemów. Z lękami, fobiami i drobnymi maniami radziła sobie. Trzymała je w ryzach bez większego trudu. Jednak gniew... Lata tłumionego, niedopuszczanego do głosu słusznego gniewu, wywołanej bezsilnością i biernością agresji odcisnęły na niej swoje piętno. Pożerały ją od środka. Stanowiły pokłady skumulowanej, negatywnej energii nieustannie szukającej ujścia, tylko czekającej na chwilę jej nieuwagi. Na to, by wydostać się na zewnątrz.

Nie chcąc kusić losu, który najwyraźniej uwziął się na nią dzisiaj, przyspieszyła kroku i resztę drogi pokonała we wręcz ekspresowym tempie, mimo nieustannie dokuczającej jej rany. W domu, czy raczej przy bramie domu, pojawiła się zasapana, spocona i naprawdę zła. Nie upłynęła nawet połowa dnia, a już miała go serdecznie dość.

Do tego jeszcze ten ból... Ból nie dający zapomnieć o gniewie.

Nacisnęła przycisk domofonu, lecz nie usłyszała znajomego trzasku i głosu lokaja, tylko trzask elektrycznie otwieranego zamka. Brak weryfikacji przy wejściu oznaczał tylko jedno – ojciec był w domu.

Zaklęła soczyście w myślach, a żołądek ścisnęła jej zimna dłoń niepokoju. Tylko tego jej brakowało. Jeżeli ojciec zauważy coś dziwnego, dziurę w sukience lub wyczuje zapach krwi... Wolała o tym nie myśleć.

Dziarskim krokiem ruszyła w stronę domu. W końcu, aby nie wzbudzać zbędnych podejrzeń, najlepiej nie dawać ku nim podstaw, prawda? Ignorować lęk, ból, zachowywać się jak zwykle... Jak posłusznie wykonujący polecenia operatora, dobrze naoliwiony mechanizm.

Na ojca natknęła się tuż przy wejściu, gdzie przed wysokim lustrem poprawiał i przygładzał krawat. Zawsze bardzo dbał o prezencję, co zresztą mu się opłacało. Wyglądał jak człowiek-ostoja, ktoś, komu można powierzyć swój portfel, bez obawy, że go zwędzi. Przejrzyste, ukryte za szkłami prostokątnych okularów, błękitne oczy wydawały się wręcz emanować szczerością. Umiarkowanie przystojna, okolona perfekcyjnie przystrzyżonym zarostem twarz budziła zaufanie, podobnie jak szeroki, pełen ciepła uśmiech. Pasemko siwizny na zaczesanych do tyłu, niemal idealnie brązowych włosach dodawało mu powagi, zupełnie jakby stanowiło świadectwo nabytej wraz z wiekiem mądrości. Dobrze skrojone i porządne, lecz niekoniecznie bardzo eleganckie garnitury, sprawiały, że wydawał się osobą skrupulatną i rzeczową. Znów dzięki paru dodatkowym kilogramom – jednak nie tak wielu, by go nazwać pulchnym – wzbudzał sympatię... Większą, niż gdyby był miał sylwetkę sportowca, bądź dużą nadwagę. Wszystko doskonale wykalkulowane tak, aby stworzyć postać budzącą powszechny szacunek i zaufanie, a co najważniejsze, nie wywołującą zbyt wielu negatywnych emocji. Wielu polityków zapominało o tym, jak bardzo może zniechęcić niższe klasy widok luksusowego zegarka, spinek do mankietów czy garnituru za dziesięć tysięcy, ale nie on. Nie pan prokurator Lesinsky.

- Cześć tato – przywitała się, zamykając za sobą drzwi.

- Cześć córcia – mruknął całując ją w czoło. – Jak tam psiaki i inne stworzenia?

- Jak zwykle. Głodne i głośne, więc chyba dobrze.

- To miło – uśmiechnął się. – Wiesz, przemyślałem sobie sprawę i stwierdziłem, ze jednak z ta karą trochę się pospieszyłem. Znaczy nadal będziesz pracować w schronisku, ale tylko pięć dni w tygodniu, nie siedem.

W głowie Coleen rozbrzmiał donośny alarm. Naprawdę bała się tego, co ojciec mógł wymyśleć. Zwykle jego pomysły nie kończyły się dla niej dobrze.

- Cóż... W trakcie rozmowy z detektyw River zdałem sobie sprawę, ze prawie w ogóle nie spędzamy ze sobą czasu. W dodatku nie uprawiasz żadnego sportu i unikasz rówieśników. Dlatego postanowiłem to naprawić. W soboty będziemy grać razem w golfa. W klubie „Świt" urządzają partyjki dla ojców z córkami. Będą tam również moi wspólnicy ze swoimi córeczkami, w większości w twoim wieku, więc może się z kimś zaprzyjaźnisz...

Jej psyche wykonała mentalny odpowiednik uniesienia brwi. „Zaprzyjaźnisz się z kimś"? Nie mogła sobie pozwolić na coś takiego jak posiadanie przyjaciół i ojciec doskonale o tym wiedział.

-... to byłoby miłe, prawda? A jak nie tam, to może na lekcjach jazdy konnej, bo cię zapisałem na wtorki. Słyszałem, że kontakt z końmi to dobra terapia, więc może pozwoli ci przepracować jakoś tą twoją „traumę". No i podobno w klubach jeździeckich poznaje się przyjaciółki na całe życie. Poza tym dziewczęta lubią konie.

Coleen nie wiedziała czy lubi konie. Do tej pory widywała je jedynie z daleka. Na pewno darzyła je większą sympatią niż psy... Przynajmniej na razie. Jeżeli jakiś ją kopnie w głowę, być może zmieni zdanie na ich temat.

- Czyli sobotni wolontariat w schronisku wymieniam na golfa, a wtorkowy na jazdę konna czy tak?

- Zgadza się. Wspaniale, prawda?

Wolała pominąć „wspaniale" milczeniem. Mogła udawać grzeczną dziewczynkę, ale zgrywanie przepełnionej entuzjazmem wymagało zbyt dużo wysiłku.

- A szczegóły? – zapytała.

- Masz wszystko na mailu, żeby nie było, że o czymś zapomniałaś albo czegoś nie dosłyszałaś – mruknął, podnosząc z podłogi opasłą aktówkę. – Wyjeżdżam w interesach, wrócę dopiero w nocy. Zabieram Freda, więc byłbym zobowiązany, gdybyś nigdzie nie wychodziła, dobrze? Obiad jest w piekarniku jeszcze ciepły, a kolację masz w lodówce. Odgrzej sobie. I nie waż mi się zamawiać pizzy ani innego śmieciowego żarcia. I nie podpal niczego.

Odkąd zdiagnozowano u niej łagodną formę piromani, zawsze mogła liczyć na pożegnanie słowami „nie podpal niczego". W życiu wywołała tylko jeden, jedyny pożar i miała ku temu naprawdę ważny powód. Od tamtej pory podpalała jedynie świeczki i palniki na zajęciach z chemii. Owszem, lubiła ogień. Widok płomieni działał na nią kojąco, pomagał jej się wyciszyć, uspokajał, ale nie czuła potrzeby wzniecania ognia, gdzie popadnie... Chociaż musiała przyznać, że z chęcią zobaczyłaby jak Chloe płonie. Co nie znaczyło, że miała zamiar ją podpalić. Owszem, myśl wydawała się jej całkiem... przyjemna, jednak godziłoby to w jej poczucie moralności.

Na śmierć w płomieniach trzeba było sobie zasłużyć. Naprawdę zasłużyć.

- Bez obaw, nie mam pożaru w planach – zapewniła.

- Świetnie. To do jutra córcia. I zachowuj się. Pamiętaj, że ani mnie, ani Freda nie ma w pobliżu, nie znaczy, że możesz robić co chcesz.

- Oczywiście.

Cmoknął ją na pożegnanie w czoło, przemknął przez drzwi i ruszył ku stojącemu na podjeździe, czarnemu chryslerowi. Za kierownicą jak zwykle siedział Fred. Po jego minie Coleen bez trudu poznała, że – delikatnie rzecz ujmując – niezbyt cieszy się na wycieczkę z panem prokuratorem. Rozumiała go. Mogła nie lubić lokaja, ale musiała przyznać sama przed sobą, że z orszaku ojca to on jest ten najnormalniejszy. Najbardziej ludzki.

Silnik zawarczał, koła powoli się poruszyły, a brama powoli rozwarła wypuszczając elegancki wóz na drogę. Coleen obserwowała go, dopóki nie zniknął z pola widzenia. Dopiero wtedy pozwoliła sobie, żeby odetchnąć... A zaraz potem jęknąć z bólu.

Dociskając dłoń do rany, ruszyła po schodach do głównej łazienki, gdzie ojciec trzymał apteczkę. Wielką, zawierającą prócz standardowych środków opatrunkowych jak plastry, bandaże czy woda utleniona, specjalne kompresy medyczne na wszelkiego rodzaju urazy, morfinę, środki przeciwwstrząsowe, uspokajające czy zestaw do szycia ran. Na szczęście tego ostatniego nie potrzebowała. Na cięcia mające do pół centymetra głębokości spokojnie starczały kompresy szybkogojące, cudowny opatrunek działający antyseptycznie, sklejający krawędzie rany, przyspieszający procesy gojenia i uwalniający przez dwadzieścia cztery godziny substancje znieczulające.

Klęcząc na wyłożonej czarnymi płytkami podłodze, przetrząsała szafkę łazienkową, dziękując w duchu wszelkim wyższym instancjom, że ojciec nigdy nie wpadł na to, aby przeliczyć kompresy i opatrunki. Owszem, regularnie sprawdzał czy nie ubywa morfiny i innych substancji potencjalnie narkotycznych, ale reszta go nie interesowała.

Po chwili znalazła to, czego szukała – niewielki, niebieski pakunek zawierający cudowny kompres. Równie cudowny, co niepozorny, bo przypominający zwykły plaster rozgrzewający na bóle mięśni.

Rozerwała opakowanie, zdjęła zakrwawioną sukienkę i zerwała prowizoryczny opatrunek z podpaski, po czym przyłożyła kompres. Ulga była niemal natychmiastowa. „Czarodziejski" żel pokrywający plaster schłodził palącą ranę, zmniejszył ból oraz dał wrażenie świeżości.

Odetchnęła ciężko, siadając na sedesie i spojrzała na leżącą na podłodze sukienkę. Pranie robiła dwa razy w tygodniu pani Q, zawsze uprzejma i dyskretna – Coleen nie musiała się obawiać, że gosposia powie ojcu o rozcięciu czy krwi. To, że ojciec prędzej czy później je zobaczy to inna rzecz. Oczywiście mogłaby spróbować zaszyć dziurę, ale niestety... Od małego wychowywano ją na wykształconą, młodą damę niezdolną do zrobienia czegokolwiek praktycznego. Dlatego polegała głównie na fastfoodach, żarciu na telefon oraz obiadkach pani Q i Freda. W życiu nie zrobiła sobie chociażby jajecznicy. Szczytem jej umiejętności kulinarnych było zalanie dania instant wrzątkiem. Podejrzewała, że jeżeli uda jej się kiedyś odciąć od ojca, czeka ją bliższa znajomość z daniami z mikrofali.

Nie potrafiła szyć, a wyrzucić sukienki nie mogła – ojciec znał zawartość jej szafy lepiej niż swojej. Kwestią czasu było, kiedy poprosi, aby ubrała „tę czarną za kolana, no wiesz, tę z okrągłym kołnierzykiem". Pozostawało jej tylko jedno – gdy to nastąpi udawać głupią i uparcie twierdzić, że nie ma pojęcia skąd to rozcięcie.

Brzmiało jak plan.

- Czyli mam dom dla siebie - mruknęła, przeczesując palcami włosy. – To po ogarnięciu tego bajzlu chyba spokojnie mogę umyć się i wskoczyć w pidżamę, prawda? Prawda.

Nieobecność ojca i Freda była dla niej jak zbawienie. Miała jedną z nielicznych okazji poczuć się swobodnie we własnym domu... A przynajmniej nieco swobodniej niż zwykle. Mogła chodzić cały dzień w pidżamie (pidżamy stanowiły jedyny element jej garderoby, który względnie lubiła) oraz olać opinię „kochanego tatusia" na temat wirtualnej rzeczywistości i ponownie się w niej pogrążyć. Skoczyć w otchłań świata, który przynajmniej udaje, że ma jakiś sens.

Sprzątnęła bałagan w łazience, wrzuciła sukienkę do kosza na brudy, wzięła prysznic. Krótki, szybki i dokładny. Kompletnie nie relaksujący. Zresztą nigdy nie potrafiła odprężyć się w kąpieli. W domu nie czuła się u siebie. Nie czuła się bezpieczna. Dlatego, gdy stała naga w strugach wody, pożerający ją stres bynajmniej nie malał. Przeciwnie. Jednak istniało coś, co skutecznie pomagało rozładować jej napięcie, ukoić umysł, złagodzić ściskający wnętrzności gniew. Tym czymś był ogień.

Wbita w pidżamę złożoną z luźnych, szarych spodenek i koszulki na ramiączkach, usiadła po turecku na podłodze, trzymając w dłoniach świecę. Dużą, grubą, zieloną, osadzoną w szerokiej podstawce. Specjalną, kosztującą aż dziesięć dolarów za sztukę. Skąd ta cena? Otóż świeca paliła się niezwykle wolno, a zarazem intensywnie, dając duży, czerwony płomień i roztaczając wokół przyjemną, nasuwającą na myśl mirrę woń. Większość ludzi kupowało ją właśnie przez wzgląd na zapach, ale nie Coleen. Ją interesował płomień.

Niemal z nabożnością zapaliła knot, na którym po chwili zatańczył rubinowy język. Podziwiała jego nietrwały, zmienny kształt, rozkoszowała się żarem przysuwając dłonie jak najbliżej. Płomień... Patrzyła na niego tak długo, póki nie zmienił się we wspomnienie huczącej ściany ognia, pożerającej wszystko, co stanęło jej na drodze. Oczyszczającej świat z brudu, zła i plugastwa.

Tamtego dnia ogień co o mało jej nie zabił, ale też ją uratował. Dlatego go kochała i ufała mu, chociaż doskonale wiedziała jak bardzo jest nieprzewidywalny i niebezpieczny. Wiedziała jaki to ból, gdy płomienie trawią skórę, a do płuc wdziera się gorący dym. Wiedziała jak bardzo słabym i bezradnym wobec szalejącego żywiołu jest człowiek. Mimo to, a może właśnie dlatego ogień był jedyną rzeczą, która pozwalała się jej zrelaksować. Odprężyć. Oczyścić.

Nie miała pojęcia, jak długo wpatrywała się w świecę, jednak, gdy w końcu ocknęła się z transu, była cała zdrętwiała. Z trudem rozprostowała nogi, nie wspominając o wstaniu na nie. Mimo to czuła się o wiele lepiej niż przedtem. Świat nie napierał na nią już z taką siłą, a nieustanne zawodzenie tłumionych emocji zamieniło się w przypominające biały szum mamrotanie.

Odetchnęła z ulgą. Teraz mogła zając się sobą... Spędzeniem reszty dnia w rozkosznie nieproduktywny i relaksujący sposób.

Zaczęła od zjedzenia obiadu – pysznego, parującego gumbo prosto z Luizjany. Pani Q naprawdę świetnie gotowała, zaś gumbo stanowiło jej specjalność. Nawet w dni takie jak ten – upalne, kiedy myśl o czymkolwiek ciepłym na talerzu wręcz odstręczała, Coleen nie potrafiła sobie odmówić miski

Bez najmniejszych wyrzutów sumienia pochłonęła jedną, a potem, po wstawieniu naczyń do zmywarki, nieśpiesznie ruszyła w stronę swojego pokoju. Chciała poczytać coś lekkiego, no i może się zdrzemnąć. Co prawda bezsenność już jej nie dręczyła, ale jeszcze nie odespała tych wszystkich nieprzespanych, wypełnionych gonitwą myśli nocy.

Kupując dwa lata temu konsolę NVR zadbała, aby ta miała naprawdę długi kabel. Wydała dodatkowe dwadzieścia dolarów, ale nie żałowała – dzięki temu mogła założyć kask urządzenia na głowę i wygodnie położyć się na łóżku, dokładnie tak jak teraz. Dokładnie tak samo, jak zrobiła to chwilę później w wirtualnej rzeczywistości. W swoim wirtualnym pokoju, trzymając w dłoniach opasłą powieść grozy. Ojciec nie popierał takich lektur, uważając je za szkodliwe, dlatego w realnym świecie nie mogłaby jej kupić czy chociażby wypożyczyć. Szczęśliwie nie kontrolował nazbyt mocno, tego, co ściągała z sieci, bardziej skupiając się na tym, co w niej umieszczała.

Powoli przewracała strony wirtualnej powieści, a jej powieki stawały się coraz cięższe. Mrugała coraz częściej i dłużej. W końcu zamknęła oczy, zapadając się w rozkoszną, ciepłą nieświadomość mocnego snu.

Snu tak mocnego, tak głębokiego, że nie zakłóciły go nawet coraz głośniejsze echa nadchodzącej burzy. Burzy, która miała sprawić, że niebo zapłonie.

***


Tkwiąc w cyfrowej otchłani informatycznego szumu, William rozmyślał, a nie były to rozmyślania wesołe. Dopadła go chandra. Przez ostatnie trzy tygodnie Coleen i Tim niemal nieustannie przeprowadzali na nim testy. Niestety niewiele z tego wynikło. Owszem dowiedział się paru nowych rzeczy o sobie. O tym, jak rozmaite programy reagują na jego obecność, o tym, że może je w ograniczonym stopniu zmieniać. No i poznał Tima, kiedy w ramach jednego z eksperymentów z „FNAF: World Adventures" Coleen włączyła tryb multiplayer i zaprosiła mężczyznę do gry. Naprawdę specyficzna postać... Ewidentnie zafascynowana nim. Może nawet za bardzo.

Uśmiechnął się w głębi siebie. Podczas pierwszego pobytu we „FNAF: World Adventures", chciał koniecznie sprawdzić, co się stanie, jeżeli dotknie Coleen. Liczył, że może wtedy w jakiś czarodziejski sposób zamienią się rolami albo chociaż dowie się, co zrobić, aby tak się stało. Jednak, jako że nie miał pewności, co do skutku kontaktu fizycznego, a nie chciał przestraszyć dziewczyny, wolał jej nie obłapiać. Zamiast tego postanowił sprowokować ją do dotknięcia jego. Próbował przez półtorej godziny, bezskutecznie. W końcu Coleen wylogowała się z gry. Jednak następnym razem odniósł sukces. Poniekąd. Otóż nie kto inny jak Tim poprosił Coleen, aby go dotknęła... Tuż po tym, jak sam go wyściskał.

Pierwsza od dziesięcioleci namiastka fizycznego kontaktu z drugim człowiekiem i musiał to być grubas w kostiumie lawendowej pszczoły. Ekstrawaganckim kostiumie.

Niestety kontakt z Coleen nic nie zmienił. William nie wyczuł niczego dziwnego. Żadnej więzi, kontaktu telepatycznego czy drogi do umysłu nastolatki. Był jedynie dotykiem... Właściwie to mniej niż dotykiem. Jego wirtualną imitacją.

Jednak nie tracił nadziei – w rozmowie Tim i Coleen wspomnieli, że spróbują testu na konsoli HNVR, która, wedle tego, co udało mu się wyczytać ze strumieni danych, łączyła się z praktycznie całym układem nerwowy człowieka. Liczył, że wtedy coś się stanie. Że będzie w stanie dotrzeć do Coleen, do jej umysłu, mózgu i ciała. Niestety, jak się okazało, rozgrywka na konsoli HNVR nie różniła się dla niego niczym od tej na NVR. Neurowirtualna rzeczywistość zwykła czy hiperrealistyczna... Dla kogoś uwięzionego wewnątrz, stanowiła jedno i to samo.

Przeżył zawód. Potworny. W dodatku, jakby tego było mało, od ponad tygodnia Coleen nie używała wirtualnej rzeczywistości, odcinając go od tej namiastki człowieczeństwa, którą posiadał. Owszem, nadal mógł swobodnie przełączać się między grami Fazbear Entertainment, infekując swoją osobą każdy aktywowany wirtualny świat, ale to nie było to samo. Jedynie, kiedy Coleen go ściągała miał wrażenie, że żyje. Poza tym... Po za tym nadal jej potrzebował.

Skoro nie mógł przejąć ciała dziewczyny, musiał zwyczajnie poprosić ją o pomoc. Wątpił, żeby się zgodziła, biorąc pod uwagę to, czym się stał, to, co o nim mówiono, ale musiał spróbować. Nie mógł odpuścić. Miał sprawy do załatwienia.

Nagle poczuł to. Coleen połączyła się z wirtualną rzeczywistością. Ze swoim wirtualnym pokojem.

W trakcie minionych tygodni, odniósł jeden, jedyny sukces – udało mu się włamać do cyfrowego lokum dziewczyny. Nie miał pojęcia, przy jakiej wirtualnej zabaweczce Coleen może spędzać tyle czasu, ale ostatnim czego się spodziewał było to – pokój. Zwykły, nieduży pokoik wypełniony książkami, płytami z muzyką i rozmaitymi bibelotami. Kiedy pierwszy raz zobaczył ją tam, siedziała po turecku na łóżku, czytając zbiór opowiadań Lovecrafta i słuchając muzyki. Właściwie to nie muzyki, tylko jednej piosenki. O ogniu.

Zaczytana i zasłuchana nawet go nie zauważyła. Wykorzystał to, czym prędzej się wycofując – wolał nie sprawdzać, jak zareaguje, gdy zobaczy go tak ni z tego ni z owego. Intruza w bezpieczniej enklawie.

Oczywiście nie poprzestał na jednokrotnej wizycie, aczkolwiek nigdy potem nie wkraczał do wirtualnego pokoju w pełni... A przynajmniej nie, gdy Coleen pozostawała świadoma. Otóż odkrył, że może zatrzymać się w pół drogi, w środku cyfrowej bariery kodu i obserwować dziewczynę, pozostając dla niej kompletnie niewidzialnym. Swobodną, niczym nieskrępowaną w swoim naturalnym środowisku, jeżeli tak można nazwać przestrzeń wirtualną wygenerowaną z komputerowego kodu i fal mózgowych.

Liczył, że podglądając Coleen, dowie się czegoś o niej. Czegoś, co pozwoli mu przejąć jej ciało, lub, gdyby to nie wypaliło, zwyczajnie ją lepiej poznać. Dzięki temu mógłby nakłonić ją do pomocy. Niestety dziewczyna nie robiła w wirtualnym pokoju nic nadzwyczajnego. Oglądała filmy i kreskówki, czytała książki – zwykle albo ciężkie, albo mroczne, ewentualnie jedno i drugie – oraz słuchała muzyki. Dość różnorodnej – począwszy od klasyki poprzez elektroswing, jazz, alternatywę i dark kabaret po rock i metal. Trochę go to dziwiło, bo z tego co zaobserwował, młodzież zwykle usiłowała podpiąć się pod jeden konkretny gatunek muzyczny, a tym samym subkulturę. Tak było nawet w jego czasach. Mieszanie ze sobą różnorakiej muzyki nie stanowiło częstego zjawiska wśród nastolatków. Nie wspominając relaksacyjnym słuchaniu oper Wagnera i nuceniu „Kawalkady Walkirii" w trakcie czytania opasłego kryminału.

W każdym razie, obserwowanie dziewczyny Inie pomogło mu, jedynie zaznajomiło z jej gustem literackim i muzycznym. Nie dowiedział się niczego o jej życiu prywatnym, znajomych lękach czy nadziejach. Nie poznał jej rysu psychologicznego. Chociaż samo to, że spędzała tak wiele czasu w wirtualnej rzeczywistości robiąc to, co z powodzeniem mogłaby robić w prawdziwym świecie, sporo o niej mówiło, rzecz w tym, że nie do końca wiedział co.

Przecież ona nawet tu spała. Zakładała NVR na noc i kładła się do łóżka w wirtualnej rzeczywistości. Te wszystkie razy, kiedy uprzednio myślał, że gra po dwanaście godzin w jakieś durnoty, lasując sobie mózg, ona po prostu tu spała. Dlaczego? Po jaką cholerę?

Naprawdę tego nie rozumiał. Jednak nietypowe zachowanie dziewczyny miało swoje plusy. Otóż, gdy Coleen spała, mógł swobodnie poruszać się po jej wirtualnym pokoju. Swobodnie, ale cicho i ostrożnie, żeby jej nie zbudzić. Na początku nawiedzał ją, głównie po to, aby sprawdzić, czy w trakcie snu nie będzie mógł przejąć jej powłoki. Niestety droga do fizycznego cała nastolatki nieodmiennie pozostawała dla niego zamknięta. Potem robił to tylko po to, aby móc się chociaż przez te kilka godzin snu dziewczyny poczuć żywym. Porobić normalne rzeczy. Poczytać książki, obejrzeć coś, posiedzieć w miękkim fotelu.

Był jak wirtualny dziki lokator.

Tego dnia, czując obecność Coleen, jak zwykle natychmiast skierował się ku jej wirtualnemu lokum. W pierwszym odruchu chciał wykorzystać okazję, wejść do środka i poprosić o pomoc, ale niemal natychmiast zrezygnował. Bał się. Bał się, że wystraszy ją, a wtedy ta przestanie odwiedzać wirtualną rzeczywistość, skazując go na tułaczkę między serwerami i dryfowanie w informatycznym szumie. Bał się stracić tą niewielką namiastkę życia, którą mu dała. Poza tym, nie miał pojęcia, jak się z nią porozumieć. Fazbear Entertainment nie obdarowało Glitchtrapa, a tym samym i jego, głosem. W wirtualnym pokoju nie znajdowało się nic do pisania. Migowego nie znał, zresztą, nawet jakby, to wątpił, aby Coleen potrafiła migać.

Nie, lepiej dla niego, aby poczekał, aż nastolatka wejdzie w świat jakiejś gry. Wtedy będzie miał więcej możliwości komunikacji, a dziewczyna nie poczuje się osaczona.

Przypomniał sobie, jak na początku ich znajomości – jeżeli można to tak nazwać – Coleen wywołała klawiaturę, proponując mu rozmowę. Z żalem pomyślał, że tamtego dnia, udając zwykły program, zaprzepaścił swoją jedyną szansę na porozumienie z nastolatką i ucieczkę z cyfrowego piekła.

Obserwował dziewczynę. Wygodnie rozparta na szerokim łóżku, leniwie przerzucała kartki opasłej powieści, raz po raz przeciągle ziewając. W końcu zamknęła oczy, podtrzymująca książkę dłoń opadła, oddech stał się głęboki i miarowy, a na twarzy zagościł spokój. Zasnęła zdrowym, mocnym snem.

Widząc jak śpi, odważył się wejść do środka. Obleczony w wirtualne ciało brązowego królika, usiadł na krześle obok jej łóżka. Przyjrzał się nastolatce. Jej gładkiej, odprężonej twarzy, rozchylonym ustom, skulonej przy nich dłoni. Ogarnęła go nostalgia. Poczuł się stary. Bardzo stary, zmęczony i samotny. Przypomniał sobie, jak niegdyś przesiadywał tak przy łóżku swej córki. Nie raz ani nie dwa czytał jej do późna. Podobnie jak Coleen uwielbiała straszne historie, zresztą sama wymyślała ich nie mało, a potem straszyła nimi małego Normana... Do czasu, kiedy po wypadku zaczęły go nawiedzać wizje straszniejsze od jakiegokolwiek wymysłu starszej siostry. Najpierw tylko w trakcie snu, potem i na jawie, sprawiając, że dniami i nocami na przemian płakał i wrzeszczał jak opętany.

Poczuł jak coś go ściska w środku. Gdyby potrafił, rozpłakałby się.

Ponownie spojrzał na śpiącą nastolatkę. Może tak było lepiej? Może nie powinien nawet myśleć o odebraniu temu dziecku ciała? W końcu już wystarczająco wiele istnień przez niego ucierpiało. Owszem, zamierzał wrócić między żywych, aby naprawić wyrządzone zło, ale przecież nawet nie wiedział jak to zrobić. Może oszukiwał siebie? Może powinien odpuścić i zginąć w cyfrowym szumie?

Tak bardzo chciałby odwrócić bieg historii, zmienić to, co zrobił... A przede wszystkim to, czego nie zrobił.

Delikatnie położył dłoń na głowie dziewczyny, z ojcowską czułością przeczesując jej krótko ścięte włosy...

...Nagle świat rozbłysnął przeraźliwą, bolesną bielą i utonął w eksplozji gromu.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 571
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: FNaF: Formy Życia

Postautor: Skorpion » 28 gru 2019, 14:33

No i jestem po prologu. Na początek, jak to zwykle robię przy wszelkiej twórczości fanfiction, określam jak bardzo nie znam fandomu, jaką jestem tępotą umysłową i takie tam. Zacznę od dygresji, bo ona w jakiś sposób wydłuży moją opinię, a autorka pewnie w tym momecie wzdycha w zniecierpliwieniu czekając, aż przejdę do części właściwej. Kilka lat temu mówiono o możliwości podbicia przez Chickę i resztę bandy sal kinowych. Z projektu niby nic nie wyszło, ale wytwórnia nie posiadająca praw do animatroników zdecydowała się stworzyć film na tym pomyśle wykorzystując postaci z programu dziecięcego z lat 70-tych - Banana Split Club. Nie polecam, ale musiałem wspomnieć o tym.

To był ciekawy tekst. Nie mogę się przczepić poprawności, ani stylu, powiedzmy. Bardzo dobrze wychodzi ci opowiadanie, potrafisz budować atmosferę. Jeśli miałbym jednak czegoś tam się doszukiwać to diabeł tkwi w szczegółach - no właśnie, skupiasz się na ogóle atmosfery, na incydentach i tak na dobrą sprawę opisujesz bardzo ogólnie kawał czasu, a trochę pomijasz szczegóły. Fajnie byłoby, gdybyś skupiła się na pierwszym ugryzieniu, sprawiła, żeby było bardziej emocjonalne i zajmowało więcej miejsca niż dwa akapity. Spoko. Przeczytałem prolog i być może po tym wstępie opowiadasz historię dokładniej. Także nie czepiam się.

Do tego stopnia, że zaczęto serynie produkować maskotki przedstawiające mechanicznych i elektronicznych artystów.
Myślę, że wystarczyłoby samo mechanicznych lub nawet artystów.

bandę dwunasto i trzynastoletnich chłopców czerpiących radość z dręczenia młodszego kolegi, którzy za nic mieli wielkie wywieszeki „nie wchodzić na scenę", „nie dotykać".
wywieszki

Jednak, jako że nie chciano ściągać generujących spore zyski ulubieńców publiczności na kilka tygodni ze sceny, postanowiono robić to kawałek po kawałku. Na raty. Nocami. Niestety okazało się to fatalnym w skutkach błędem.
Ludzie to lubią sobie utrudniać życie. Czy nie łatwiej byłoby zrobić po prostu kopię i dołaczyć do zestawu, gdy będzie gotowa zamiast zabawy w jakieś przeróbki. To nie błąd, ale tak po prostu mnie naszło, że ktoś chciał sobie życie utrudnić. Podobnie z tymi powłkoamki, czy zamiast zakładać na siebie powłoki ewidentnie nie przeznaczone dla człowieka łatwiej nie było zamówić sobie kostiumów maskotek reklamowych. Kuźwa, biznesmeni na wszystkim patrzą zaoszczędzić.
Wyobraź sbie, że w tym miejscu jest najfajniejsza sygnaturka świata. Ok, wyobraziłeś sobie? Super. A teraz powiedz, kto ma najfajniejszą sygnaturkę świata.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 11
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: FNaF: Formy Życia

Postautor: CynicznaCecylia » 29 gru 2019, 18:34

O, na urodziny dostała komencika :D. Następny za rok?

Co do ogólności - prolog miał być ogólny. Potem w planach jest walenie wspomnieniami i wypływającym z mojej duszy złem... Przyznaje, ze opowiadanie jest trochę popełniane z myślą o złamaniu serducha fanom serii. Kilkukrotnym. Jak motyw szkota i wujka Jack'a w "We Happy Few".

Co do kostiumów i przeróbki - prawda. Ale tutaj łatałam jak mogłam dziurę logiczną w samej fabule gier. Wg gier pracownicy po prostu nosili kostiumy-powłoki pozabezpieczane "springlockami", które z byle powodu puszczały przerabiając ich na mielone. Dlatego każda pizzeria miała pokoik do którego pechowi pracownicy mieli się doczołgać, żeby się nie wykrwawiać na oczach gości - nie ma jak wprowadzenie odrobiny realizmu do gier, prawda XD

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
amator
Posty: 11
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

FNaF: Formy Życia - IV - Nosiciel i Pasożyt.

Postautor: CynicznaCecylia » 14 sty 2020, 16:16

Rozbłysk bieli i obezwładniający huk to ostatnie, co pamiętał. Potem... Potem były jakieś przebłyski, ale wszystko stanowiło kompletny chaos. Przypadkowe obrazy, dźwięki, emocje zdające się nie należeć do niego, kompletnie pozbawione ładu, składu i jakiegokolwiek sensu.

A teraz... Teraz leżał w kompletnej ciemności, nie mogąc poruszyć nawet palcem. Paliła go skóra głowy, bolał krzyż i podbrzusze. W dodatku musiał do toalety.

Do toalety? Zaraz, zaraz...

Nagle otworzył oczy. Czy raczej rozwarła je zewnętrzna siła, na którą nie miał większego wpływu. Ta sama siła sprawiła, że ciało usiadło.

Ujrzał pokój. Dziewczęcy, kompletnie pozbawiony charakteru. Mdły. Taki jaki mogłaby mieć żyjąca na początku dwudziestego wieku, pozbawiona wyobraźni panienka, której jedynym celem jest dobrze wyjść za mąż...

Coś w jego umyśle kliknęło. Znajdował się w ciele Coleen, na pewno. A to był jej pokój... Zupełnie niepodobny do tego wirtualnego.

Gwałtowny skurcz mięśni, sprawił, że syknął z bólu. Czy raczej zrobiła to Coleen. Chwilę później poczuł wilgoć między nogami. O co...

- Kurwa - usłyszał damski głos, wydobywający się z „jego" gardła – Najpierw ta zasrana burza, a teraz okres morderca. „Cudowny" początek dnia.

Zamarł, a raczej zamarłby, gdyby mógł, bo dziewczyna wstała, a on – pasażer na gapę – wraz z nią.

„Kurwa, pięknie. Po prostu pięknie. Po latach uwięzienia w formie cyfrowego kodu, trafiłem do ciała, nad którym nie mam najmniejszej kontroli. Ciała dziewczyny, która właśnie dostała okresu. Będę chyba pierwszym facetem na tej przeklętej planecie, który NAPRAWDĘ dowie się, co to znaczy mieć miesiączkę. Normalnie historia mojego życia w pigułce." – pomyślał, podczas gdy Coleen wyjmowała z szafy rzeczy do przebrania.

Po raz pierwszy od dawna doświadczał rzeczywistego świata. Z jednej strony było to cudowne, ale z drugiej... Nie miał na nic wpływu, co go przerażało. Nie miał pojęcia, czy zdoła przejąć kontrolę nad ciałem nastolatki albo chociaż się z nią porozumieć, czy zostanie skazany na los cichego pasażera na gapę. Niemego, bezwolnego towarzysza Coleen, który wraz z nią i dokładnie tak samo jak ona będzie przeżywał każdą jej menstruację, seks i – nie daj Boże – poród.

„To kara za kretyńskie pomysły! Miałeś porozumieć się z Coleen, kiedy ci dała na to szansę, a nie snuć irracjonalne plany o kradzieży jej ciała. Znowu, zamiast zachować się w sposób prosty i przyzwoity, zacząłeś kombinować i zemściło się to na tobie. Kiedy ty się w końcu nauczysz, idioto?" – wyrzucał sobie.

Zrobiło mu się słabo na samą myśl. Chciałby usiąść i jakoś to wszystko sobie uporządkować, niestety dziewczyna miała inne plany - zgarnęła naręcze ubrań i wyszła z pokoju. Biorąc pod uwagę coraz silniejszy nacisk na pęcherz oraz jej obecny stan, zapewne zmierzała do łazienki.

Mimo trawiącego go lęku i niepewności, z ciekawością obserwował widziane oczyma Coleen otoczenie. Wyłożony pluszowym dywanem korytarz, lawendowe ściany obwieszone oprawionymi w grube ramki fotografiami, eleganckie oświetlenie, drogie dodatki. Ewidentnie trafił do bogatego domu...

Na pewno trafił do bogatego domu.

Gdy Coleen weszła do łazienki, ujrzał coś, co za swego krótkiego życia kojarzył jedynie z najdroższymi, pięciogwiazdkowymi hotelami, w których jedna noc kosztowała minimum czterdzieści tysięcy dolarów. Podłoga wyłożona wielkimi kafelkami z czarnego granitu, szeroka szafa umywalkowa z szlachetnego drewna, umywalka z białego marmuru, kurki z masy perłowej, olbrzymie, kryształowe lustro, rogowa wanna z hydromasażem, natrysk z biczami wodnymi... Gdyby mógł rozwarłby usta w niemym podziwie.

Niestety nie mógł. Zamiast tego bezwolnie rzucił ubrania na szafkę i zaczął zdejmować pidżamę... Znaczy Coleen zaczęła.

To było... Piekielnie niezręczne. Owszem, wiedział, że po kradzieży damskiego ciała, niektóre rzeczy mogą stać się dla niego nieco... trudne. Inne niż zwykle. Pogodził się z tym. Jednak po kradzieży powłoka należałaby w pełni do niego, więc nagość i fizjologia nie stanowiłoby aż tak dużego problemu. Niestety nie przejął ciała, tylko został niemogącym nawet kiwnąć palcem, a widzącym i czującym wszystko to, co nosicielka, pasożytem. Sytuacja tak dziwna, że niemal zatęsknił za swym cyfrowym więzieniem. Niemal.

Coleen uwinęła się z poranną toaletą szybko i sprawnie, za co był jej wdzięczny... Chociaż wolałby, żeby została dłużej pod prysznicem. Gorąca woda nieco łagodziła narastające skurcze podbrzusza oraz rwanie w krzyżu... Naprawdę zaczynał rozumieć, czemu kobiety tak bardzo narzekają na „te dni". Dyskomfort, obawa przed zaplamieniem odzieży, a do tego ból. Nic przyjemnego.

Umyta, ubrana jedynie w majtki, stanęła przed lustrem. Mimowolnie patrzył na jej odbicie, chociaż naprawdę chciałby odwrócić wzrok. Czuł się jak podglądacz. Jak pedofil. To, że dzieci w najmniejszym stopniu go nie pociągały, a Coleen widział właśnie jako takie, niczego nie zmieniało. Podobnie jak to, że ciało dziewczyny nie należało do tych, których widok budzi płomień pożądania.

Blizny po poparzeniu znaczyły nie tylko rękę nastolatki. Rozlewały się po prawym boku, pełznąc ku obojczykowi, wspinając się po piersi, spływając po żebrach i ginąc pod linią majtek, gdzie zajmowały biodro i górną część pośladka. Nie wyglądało to dobrze, a swego czasu musiało cholernie boleć. Na ten widok Williama, który dwukrotnie zaznał koszmaru płomieni, ogarnęło współczucie.

- Dobrze, zobaczymy jak to dzisiaj wygląda – mruknęła do siebie, odrywając niebieski opatrunek, okrywający lewą stronę żeber.

Oczom Williama ukazało się głębokie, chociaż już w sporej mierze zagojone, rozcięcie. Krawędzie rany były równe, a samo cięcie proste, co mogło znaczyć tylko jedno – zostało zadane nożem. Nożem, albo czymś do noża podobnym. W dodatku, biorąc pod uwagę długość i głębokość rozcięcia, nie stało się to przypadkiem.

„Dziewczyna z bogatego domu. Oszpecona. Ukrywająca emocje. Spędzająca więcej czasu w świecie wirtualnym niż prawdziwym... Wdająca się w bójki na noże? Czyżbym miał przed sobą książkowy obraz trudnej nastolatki?" – pomyślał, siląc się na kpinę. Kpinę maskującą niepokój. Coś mu nie pasowało w tej dziewczynie... Coś więcej, niż jej zachowanie, niż rana, niż blizny po poparzeniu. Nie potrafił tego sprecyzować.

Coleen szybko i sprawnie zmieniła opatrunek, po czym równie szybko i sprawnie się ubrała, co przyjął z prawdziwą ulgą. Kiedy był nastolatkiem, marzył, aby stać się na chwilę niewidzialnym i prześlizgnąć do damskiej przebieralni. Jednak teraz, kiedy miał czterdzieści cztery lata i „niewidzialny" został zmuszony do podglądania dziewczyny, która mogłaby być jego córką, jakoś pomysł przestał być zabawny.

Czterdzieści cztery lata... Tyle miał, kiedy zginął, czy też raczej „zginął". Teraz... Jak to liczyć? Posługując się datami, czy może odjąć od właściwej metryki okresy nieświadomości i kompletnego obłędu, kiedy to nie potrafił zidentyfikować własnego „ja"?

„Zginął" w tysiąc osiemdziesiątym ósmym. Teraz był dwa tysiące pięćdziesiąty trzeci. Sto dziewięć lat, w tym sześćdziesiąt osiem jako... Jako nieczłowiek. Pierw robotyczna, żyjąca kukła, potem cyfrowa świadomość, a teraz mentalny pasożyt. Ciekawe, co jeszcze miało go czekać.

Cóż, póki co, czekało go sprzątanie pokoju i inne poranne czynności, którymi dowodziła Coleen. Ich koniec miał w kuchni, gdzie usiadła przy wysokim blacie i pochłaniając kurczaka w sosie pomarańczowym – prawdopodobnie wczorajszą kolację – oglądała poranne wiadomości.

William rozpłynął się z rozkoszy, czując na języku smak kurczaka. Tego wirtualna rzeczywistość nie mogła mu dać. Smaki, zapachy... Tak bardzo mu ich brakowało...

Tak bardzo, że niemal przeoczył oglądany przez swoja nosicielkę reportaż. Reportaż o burzy stulecia, która niemal zniszczyła miasto...

- I niemal usmażyła mi mózg – mruknęła Coleen, przerywając telewizyjnemu reporterowi, którego wysportowana sylwetka tańczyła na tle obrazu zniszczeń dokonanych przez żywioł. – Szczęśliwie, wewnętrzne bezpieczniki zadziałały i nie rozwaliło sprzętu. Swoją drogą, jak do tego doszło? Przecież piorunochrony i...

W tym momencie, jakby chcąc odpowiedzieć dziewczynie, reporter pokazał film przedstawiający pioruny kuliste niespotykanych rozmiarów, które przetoczyły się tej nocy przez miasto. Nastolatka zamrugała gwałtownie.

William wykonał mentalny odpowiednik uniesienia brwi. Burza, pioruny kuliste, gwałtowne wyładowania, elektromagnetyczne fale i inne cuda. A to wszystko w ramach malowniczego występu matki natury, dzięki któremu przeskoczył do ciała dziewczyny.

Piorun kulisty uderzający w pobliżu domu Coleen, akurat wtedy, kiedy ta spała w konsoli na głowie. Szansa jedna na milion. Miał niesamowite szczęście. Albo niesamowitego pecha... W zależności, jak to wszystko dalej się potoczy, bo naprawdę nie miał pojęcia, „co teraz".

Musiał coś zrobić. Porozumieć się z dziewczyną albo przejąć kontrolę nad jej ciałem, ale – tak jak poprzednio - kompletnie nie wiedział jak. W dodatku nie potrafił się skupić. Bombardowały go dziesiątki doznań: ciężar ciała, dotyk ubrań, dźwięki i smaki jedzenia, rana na żebrach oraz niezbyt przyjemne wrażenia związane z kobiecymi dolegliwościami. Do tego wyczuwał emocje dziewczyny. Zbyt stłumione i słabe, aby mógł je nazwać, ale obecne i drażniące. No i ta kuchnia. Jak ostatni kretyn nie potrafił przestać podziwiać kamiennych blatów, sześciopalnikowej, chromowanej kuchenki, ogromnej lodówki i wielkiego, jadalnego stołu. Swego czasu MARZYŁ o takiej. Kuchni, w której mógłby gotować swoim dzieciakom pyszności, gdzie mogliby razem piec świąteczne pierniczki i jeść posiłki przy wspólnym stole...

Niespodziewanie uderzyły go wspomnienia. Słodkie, pełne ciepła, ale zostawiające po sobie gorycz, ból i żal. Bardzo wiele bólu, żalu i... Gniewu. Gniewu na siebie, na świat i na...

- Co jest? – pełen niepokoju głos Coleen wyrwał go z objęć przeszłości.

Dziewczyna – a zatem i on – patrzyła na swoje dłonie. Drżące jak u osoby przeżywającej silne emocje.

Nieswoje emocje.

Niepokój Coleen mógł porównać do rozlewającego się po języku smaku octu. Czuł go, zapewne podobnie jak ona przed chwilą czuła jego gniew.

Emocje związane ze wspomnieniami błyskawicznie zostały wyparte przez z trudem tłumioną ekscytację. Zatem mógł na nią jakoś wpływać! Naprawdę mógł... Pytanie tylko, czy zakres jego wpływu ograniczał się jedynie do emocji, czy może mógł go poszerzyć? A jeżeli tak, to w jaki sposób?

Odpowiedzi rzecz jasna się nie doczekał. Za to Coleen doczekała się pierwszego tego dnia telefonu. Jego dźwięk rozbrzmiał po całej kuchni, jakby dobiegając z kilku miejsc na raz.

Momentalnie poczuł, jak dziewczyna się spina. Wszystkie jej mięśnie zesztywniały, a poziom stresu nagle wzrósł. Nie rozumiał tej reakcji. Może to nie był telefon, tylko jakiś alarm? W końcu...

- Identyfikacja numeru – zawołała.

- Ojciec – rozbrzmiał równo z dzwonkiem wyprany z emocji, cyfrowy głos.

Napięcie dziewczyny wzrosło.

- Odbierz.

- No nareszcie! Czemu nie odbierasz komórki? Wiesz, że nie lubię dzwonić na domowy!

- Komórka? Nie dzwoniła... Chociaż nie sprawdzałam jej dzisiaj. Może padła przez burzę. W wiadomościach mówili, że cała elektryka powariowała...

- No cóż, całkiem możliwe, ale sprawdź ją. Martwiłem się. Dobrze... Przez tą piekielną burzę drogi są nieprzejezdne i prawdopodobnie wrócę dopiero jutro w okolicach południa. Możesz odpuścić sobie dzisiejszy dyżur w schronisku. Na miejscu pewnie istny Sajgon... Zresztą wątpliwe, że tam dotrzesz. Ale pamiętaj o popołudniowej sesji z doktor Taylor... No chyba, że sama odwoła wizytę, ale wątpię. Przywiązuje do swojej pracy zbyt dużą wagę. Klinika jest blisko, poza tym sądzę, że do tego czasu uprzątną drogi. Co jeszcze... Nie wychodź bez potrzeby, bardzo cię proszę. Po wczorajszym chaosie, na ulicach może być niebezpiecznie. Do kliniki weź taksówkę. Około drugiej wpadnie pani Q zrobić obiad i nieco ogarnąć dom. Jak skończy jej też zamów taksówkę. To byłaby niepowetowana strata, gdyby kobieta znająca sekret tak pysznego gumbo doznała uszczerbku na zdrowiu.

- Jasna sprawa.

- Dobrze, to miłego dnia kochanie i trzymaj się ciepło. Pa-pa.

- Pa.

Jak tylko połączenie się zakończyło, poziom stresu dziewczyny opadł równie gwałtownie jak się podniósł. William naprawdę nie rozumiał tej reakcji. Czego tak się bała. Przecież ten człowiek, jej ojciec, brzmiał całkiem normalnie. W dodatku martwił się, co się z nią dzieje, a także okazał troskę o gosposię. Chociaż, z drugiej strony, był tu dopiero chwilę i mógł wielu rzeczy nie wiedzieć...

Jednak stosunek Coleen do ojca boleśnie przypomniał mu własną relację z Michaelem. To jak bardzo się zmienił po „wypadku" Normana... A może i wcześniej, tylko on za późno to zauważył.

Ze złością odepchnął wspomnienia. Nie chciał do nich wracać. NIE CHCIAŁ. Niosły za sobą zbyt wiele bólu, wpadał przez nie w szaleństwo, w obłęd. Nie chciał pamiętać jak zrujnował siebie, swoją rodzinę i swojego najlepszego przyjaciela. Nie chciał. Nie chciał. Nie chciał. Nie chciał!

„William ogarnij się! Masz cel. Dopaść go. Dopaść ICH. Wszystkich, którzy za tym stoją. Przerwać to szaleństwo. Wtedy będziesz mógł doprowadzić się do obłędu, skoczyć w trzewia piekieł, co wolisz. Ale nie wcześniej!" – napomniał siebie. Niestety czuł, że przeszłość będzie go dręczyć jeszcze nie raz. Szczególnie teraz, kiedy przebywał w ciele nastolatki mającej ojca, prawdopodobnie również matkę, dziadów, ciotki i wujków.. Normalną rodzinę. To, co tak bardzo kochał i utracił przez własną głupotę. I niedbalstwo.

„Fatalny ojciec, kiepski przyjaciel, marny człowiek" – podsumował siebie.

***


- Jak się dzisiaj czujesz? Nadal masz złe sny? – zapytała doktor Taylor, uśmiechając się przyjaźnie.

Coleen spojrzała na terapeutkę. Nie znosiła tu przychodzić. Nie lubiła rozmawiać z doktor Taylor. Kłamać. Bo musiała kłamać. Siedząc naprzeciwko tej kobiety o przemiłym uśmiechu i łagodnym spojrzeniu ukrytych za prostokątnymi okularami oczu, kłamała bez przerwy. Chociaż nie chciała. Bardzo chciałaby powiedzieć o wielu rzeczach na głos, wypłakać się jej w ramię. Tym bardziej, że kobieta wyglądała jak powierniczka idealna. Pulchna, niezbyt urodziwa, ale o bardzo przyjemnej, łagodnej twarzy otoczonej morzem przypominających warkoczyki dredów i miodowych oczach emanujących nieskończoną cierpliwością. Do tego „mamowata" bluzka połączona z luźną, dodającą profesjonalizmu, ale niezbyt elegancka marynarką i z lekka wytarte dżinsy. Coleen nie raz ani nie dwa zastanawiała się, czy jak jej ojciec dopasowała swój wygląd do roli, czy może to czysty przypadek. A może autentyczna empatia i oddanie zawodowi sprawiły, że kobieta mimowolnie przybrała taką, a nie inną powierzchowność?

- Dość dobrze. I nie, sny już mnie nie dręczą.

„A przynajmniej nie te, które wywołują bezsenność. Powróciliśmy do standardowego zestawu koszmarów" – pomyślała. Mimo to, nie traktowała tej wypowiedzi jak kłamstwa – nie pamiętała czasów bez koszmarów. Umiarkowanie złe sny stanowiły dla niej normę.

- A jak kurs jeździectwa? I spotkania golfowe? Zdobyłaś jakiś przyjaciół?

Wzdrygnęła się wewnętrznie na samo wspomnienie o golfie. Każda chwila spędzana w towarzystwie ojca nie należała do przyjemnych, a jeżeli dochodzili do tego jego znajomi... Cała ta napuszona, sztucznie uśmiechnięta śmietanka towarzyska i jej zblazowane dzieciaki. Rozpuszczone gnojki widzące w innych ludziach rzeczy, nie osoby. Spasione szczury walczące o miejsce na podium. Kury na najwyższej grzędzie, srające na te, co są pod nimi. Oczywiście nie wszystkie dzieci bogaczy były takie, ale te nieco bardziej normalne nie brały udziału w takich eventach jak rodzinno-biznesowy golf miejskich panów.

- Nie przepadam za golfem i klubem. Narzucona odzież sportowa mi nie odpowiada, sama gra jest nieciekawa, a moi tak zwani rówieśnicy... Różnimy się – odpowiedziała względnie szczerze. – Nie sądzę, aby czekały mnie tam nowe przyjaźnie, ale przynajmniej nie ma psów.

Doktor Taylor skrzywiła się słysząc o psach. Coleen reakcja terapeutki nie zaskoczyła – w końcu sama opowiedziała jej o swej fobii i tym w jak cudowny sposób ojciec usiłuje wyleczyć ją z lęku. Kobieta, jak tylko usłyszała o tym, próbowała mu wybić pomysł z głowy. Oczywiście bezskutecznie.

- Z całym szacunkiem dla twojego ojca, ale pod niektórymi względami to idiota. – Psycholog zabębniła palcami w blat stołu. – Właściwie to się dziwię, że tak dobrze to znosisz. Ile już trwa ten wolontariat? Półtora roku?

- Dwa lata z dużym hakiem.

- Podziwiam twoje opanowanie. Owszem, starcie z lękiem czasem pomaga w opanowaniu fobii, ale ciągły kontakt z nim i to wbrew woli... Masz nerwy silniejsze niż niejeden dorosły.

Coleen tylko się uśmiechnęła. Pozornie swobodnie, na luzie, a tak naprawdę z goryczą. Dzień w dzień wbrew woli ścierała się z wieloma gorszymi lękami niż psy. Najgorszym z nich była przyszłość.

Tak bardzo chciałaby kiedyś zamknąć oczy i ich już nigdy nie otworzyć. Niestety nie miała dość sił by znowu spróbować samobójstwa. Gdyby się po raz kolejny nie udało, a ojciec odkryłby, co chciała zrobić... Konsekwencje byłyby fatalne.

Żyła w strachu ze strachu. Ironia.

- Znaczy golf to nie twoja działka, a jak jazda konna? – dopytywała się terapeutka.

Coleen zastanowiła się.

- Nawet w porządku. Znaczy przyjaciół i tam nie znajdę, to te samo towarzystwo, co na golfie, ale konie nawet lubię. Samą jazdę nieszczególnie, ale zajmowanie się końmi jest w porządku. To wrażliwe zwierzęta...

Rozmowa toczyła się dalej. Pozornie zwyczajna, o zdawkowych sprawach, jednak raz po raz zahaczała o relacje Coleen z ojcem, o przeszłość, o głębsze tematy. Dlatego musiała się nieustannie pilnować – bardzo łatwo mogła stracić czujność i przypadkiem coś chlapnąć terapeutce. W dodatku ta bardzo umiejętnie prowadziła dialog. Wpierw trochę sztywno, jak ciocia pytająca „no co tam u ciebie", a potem zręcznie łapała za nitki tego, co zostało powiedziane lub przemilczane i ciągnęła. Delikatnie, niemal niezauważalnie, usiłując spruć gobelin sekretów upartej pacjentki.

- Czy ostatnio niepokoi cię coś nowego?

Pytanie zadane ni z tego ni z owego w środku „pogaduszkowych" podchodów niemal wytrąciło Coleen z równowagi. Niemal. W ostatniej chwili zdołała powstrzymać się przed pełnym zaskoczenia spojrzeniem na doktor Taylor. Właściwie nie wiedziała, co ją bardziej tknęło – samo pytanie czy zawarte w nim sformułowanie „coś nowego".

Owszem pojawiło się coś nowego. Niedługo po Burzy Stulecia. Obce, nieuzasadnione emocje, a czasem też zaburzenia czucia zaraz po przebudzeniu... Wrażenie, że ciało nie do końca należy do niej. Przypuszczała, że w końcu zaczyna wariować na amen. Wiedziała, że to kiedyś nastąpi i szczerze powiedziawszy niemal tak samo tego wyczekiwała, co się bała. Liczyła, że obłęd wybawi ją od piekła codzienności i przyszłości. Jednak szaleństwo mogło stanowić bramy do otchłani. Gehenny, gdzie bariery psychiczne nie istnieją, a toczące rzeczywistość plugastwo jest wyraźniejsze niż kiedykolwiek dotąd. Dlatego lęk wygrywał.

- Nie... - skłamała, ale niezbyt płynnie. Widziała w oczach terapeutki ten znajomy błysk „nie wierzę ci". Musiała sprostować. – Znaczy po burzy czuje się nieco niepewnie. W końcu pierwszy raz miałam do czynienia z takim kataklizmem. Nic wielkiego.

Terapeutka skinęła głową.

- Tak, to zrozumiałe. Wszyscy czujemy się... Niepewnie. Natura zaczyna się mścić za szkody jej wyrządzone i niewiele możemy z tym zrobić. Jesteśmy wobec niej tak mali... To może burzyć pewność siebie. Pewność jutra.

Pewność jutra... Bardzo chciałaby, aby ta została zburzona raz a porządnie, bo niestety dokładnie wiedziała, z czym owo jutro się wiąże. Jej los został przesądzony z dniem, kiedy przyszła na świat.

- Hm... Sądziłam, że psycholog powinien podbudowywać na duchu w takich sytuacjach, a nie przyznawać pacjentowi rację – mruknęła z przekąsem.

- Najpierw musi być gorzej, żeby mogło być lepiej, dobrze o tym wiesz. – Lekarka uśmiechnęła się łagodnie. – Poza tym dobry terapeuta nie powinien okłamywać pacjenta. W starciu z rozszalałym żywiołem człowiek naprawdę niewiele może. Zresztą dobrze powinnaś o tym wiedzieć z wcześniejszych doświadczeń.

Coleen doskonale wiedziała, do czego psycholog pije. Doktor Taylor naprawdę lubiła rozgrzebywać tę sprawę... Chociaż suma summarum wspomnienie nie należało do tych najgorszych. W pewien perwersyjny sposób było nawet przyjemne. Cudowne.

- To całkiem inna sytuacja. W burzę nie była uwikłana zła ludzka wola.

- Tak, to ludzie zamordowali twoją matkę i podpalili dom...

„Nie, dom podpaliłam ja, żeby mnie nie dopadli" – sprostowała w myślach.

- ...ale żywioł pozostał żywiołem. Niekontrolowanym i niszczycielskim.

- Owszem. Bo taką miał pełnić rolę. Niszczyć. Podpalenie to nie pożar lasu ani wybuch wulkanu pani doktor. Chociaż przyznaję, osoba uwięziona w płonącym domu ma śmieszne szanse na przeżycie. Szczęście...

„Albo raczej cholerne nieszczęście."

- ...że mieliśmy kamienną, dobrze wentylowaną piwnicę. Chociaż i tak mnie przypiekło.

- Brakuje ci matki? – zapytała nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz doktor Taylor.

Coleen uśmiechnęła się pobłażliwie. Pytanie wracało raz po raz, mimo że akurat na nie zawsze odpowiadała szczerze. Stare przeboje, powtarzane w kółko.

- Znaczy kogoś pełniącego funkcję matki, kto by mnie szczerze kochał? Owszem. Czy brakuje mi kobiety, którą wtedy zamordowano? Nie. Nigdy nie byłyśmy blisko. Nigdy nie zaznałam z jej strony czułości ani miłości. Nie przeszkadzała mi, ale... Nie darzyłam jej wielką sympatią.

Tak. Pamiętała to. Chłód od pozornie radosnej kobiety, którą bardziej interesowała nowa sukienka koleżanki niż własna córka. I proszki oraz kolorowe pigułki, które przynosił mąż. Które dawały jej szczęście.

- Większość rodziców kocha dzieci odruchowo, tak jak i dzieci odruchowo kochają rodziców. Nie sądzisz, że twoje wrażenia to wyparcie bólu związanego ze stratą? Uważasz, że matka cię nigdy nie kochała, że TY jej nie kochałaś, żeby nie musieć sobie radzić z bólem po jej utracie.

- Naprawdę nie rozumiem, czemu uparcie pani twierdzi, że utrata czegoś boli bardziej niż brak tego. – Wyciągnęła się w fotelu. Miękkim, wygodnym, sprzyjającym relaksowi. Wyznaniom. Podobnie jak równomierne tykanie zegara, pastelowo zielone ściany i przyjemnie neutralne wnętrze. – Naprawdę sądzi pani, że patrzenie na inne, otoczone miłością i ciepłem dzieciaki nie boli, kiedy nigdy się tego nie zaznało? Że całe życie zazdrościć i nawet nie wiedzieć, czego się zazdrości, jest lepiej niż opłakiwać stratę? Że niemal desperacko chcieć kochać i być kochaną przez swoją matkę, kiedy wie się, że to niemożliwe... - Westchnęła ciężko. – Jakoś wątpię, żeby było łatwiej. Łatwiej byłoby, gdybym sama siebie przekonała, że nie chcę, nie potrzebuję. Niestety już dawno skończyłam z okłamywaniem siebie.

„Ale nie ciebie... i reszty świata".

Terapeutka spojrzała na nią, a Coleen nagle poczuła smutek, gorycz i... Niechęć. Niechęć do siebie, która nie pochodziła od niej samej, chociaż i ona nie przepadała za sobą. Obce.

Podkurczyła palce stóp. Zawsze tak robiła, gdy ją coś naprawdę denerwowało. Zaciśnięcie ust czy też dłoni mogłoby być zauważone, ale nikt w trakcie rozmowy nie patrzy na stopy drugiej osoby.

„Cholera. Jeszcze tego mi trzeba. Prawdziwego obłędu."

Pani Taylor milczała, patrząc na nią zagadkowo. Być może wreszcie dobrała tak słowa, że terapeutka zrozumiała? A może nie. W końcu spotykały się od dwóch lat, a kobieta nadal nie potrafiła zrozumieć pewnych rzeczy... A reszty nie mogła i nie powinna.

Niedługo po tym, spotkanie dobiegło końca. Wychodząc z gabinetu Collen, chociaż na swój perwersyjny sposób lubiła spotkania z terapeutką, odczuła ulgę. Znikając z oczu doktor Taylor nie musiała już kontrolować każdego swojego oddechu. Ani ukrywać zdenerwowania. Przynajmniej nie do powrotu do domu. A zdenerwowana była, jak zwykle po terapii – nigdy nie miała stuprocentowej pewności, że psycholog nie zauważyła czegoś, czego nie powinna. Dodatkowo te dziwne „rzuty" emocjonalne. Zupełnie jakby coś weszło jej do głowy i oceniało wszystko, co robi zza jej oczu. Oceniało ją.

„Gdyby nie to, że zbugowany Glithtrap nadal chodzi za mną w wirtualnych rzeczywistościach, uznałabym, że to on mnie opętał" – pomyślała, uśmiechając się krzywo. Jednak uśmiech natychmiast spłynął jej z twarzy, a w żołądku pojawił się ten nieprzyjemny, zimny uścisk.

Potrząsnęła głową. Miała około trzech godzin dla siebie. Temperatura wreszcie osiągnęła normalne wartości, był ładny, pogodny, chociaż nieco wietrzny dzień, służby porządkowe zdołały uprzątnąć większość zniszczeń poczynionych przez burzę. Mogła się przejść do parku. Znaleźć jakąś cichą ławeczkę pod drzewem, uspokoić się. Wyciszyć. Tak, to był dobry pomysł.

***


William nie lubił Coleen. Na początku obserwacji dziewczyna martwiła go, budziła współczucie, ale potem, z każdym dniem coraz bardziej drażniła. Jej ojciec wychodził ze skóry, aby zbliżyć się do niej, okazać czułość, a ona jak reagowała? Zamykała się w sobie, dystansowała i stresowała. Zupełnie jakby położona na ramieniu ciepła dłoń była policzkiem, a przyjacielski uśmiech obelgą. Owszem pan Lesinsky momentami zachowywał się ciut władczo – zapewne zły nawyk z pracy – jednak nie w takim stopniu, aby budzić lęk. Podobnie z biedną panią Q. Sympatyczna, rumiana kobiecina aż tryskała życzliwością. Świergotała jak kanarek, nazywała Coleen „Słoneczkiem", pytała o samopoczucie, dogadzała jej, a ta nic. „Pełen uprzejmości dystans" – tyle starczyło, aby opisać zachowanie nastolatki. Jedynie w towarzystwie Tima nieco się rozluźniała, jednak i wtedy nieustannie się kontrolowała. Owszem, wśród rówieśników czasem rzucała jakimś swobodniejszym komentarzem – zwykle ironicznym bądź złośliwym – jednak generalnie unikała z nimi jakiegokolwiek większego kontaktu. Zdawała się w nich widzieć albo pochodzącą z plebsu niedouczoną i potencjalnie niebezpieczną hołotę, albo nowobogackich, narcystycznych dupków o przerośniętym ego. Tak, rozumiał, że może cierpieć na różne urazy psychiczne na tle śmierci matki i innych wydarzeń. Jednak mimo wszystko powinna doceniać starania innych, tym bardziej, że ewidentnie samotność jej nie służyła.

Zblazowana, patrząca na innych z góry nastolatka z silną traumą, przejawiająca zachowania autodestruktywne i uciekająca od rzeczywistości w świat gier. Trudno kogoś takiego darzyć chociaż cieniem sympatii. Współczuciem i owszem, bo też dziewczynie szczerze współczuł. W końcu, mając ledwie sześć lat, widziała jak dwójka mężczyzn gwałci i morduje jej matkę... A potem podpala dom chcąc zatrzeć ślady. Ledwo przeżyła, jednak pamiątka w postaci paskudnych blizn miała jej towarzyszyć przez całe życie.

Naprawdę trudno nie współczuć komuś, kto przeżył coś takiego. Jednak współczucie i sympatia to dwie różne rzeczy. Dlatego – mimo całego współczucia, które miał dla Coleen – nie lubił jej.

Nic więc dziwnego, że miał coraz mniejsze obiekcje, co do zawładnięcia ciałem dziewczyny. W końcu ta i tak niszczyła sobie życie, prawda? Zresztą nie zamierzał zatrzymywać jej powłoki na zawsze. Chciał załatwić to, co musiał załatwić, a potem mógł usunąć się w cień. Ewentualnie poszukać nowego nośnika dla swojej jaźni, chociażby kolejnego animatronika. Byle... Byle nie takiego jak poprzedni.

Wewnętrznie zmarszczył się, myśląc o swej egzystencji w postaci Springtrapa, jak go nazwały te przeklęte gry. Nieustanny ból jeszcze mógłby znieść, ale to cholerstwo... Ten dziwny ucisk w głowie, nieustanna agresja, brak kontroli nad samym sobą, rwący się kontakt z rzeczywistością. I strach. Lęk, że kogoś skrzywdzi. Znowu. Bo skrzywdził... Na pewno zabił tego biednego idiotę, który go znalazł. Do tej pory z niezwykłą dokładnością pamiętał zaskoczenie w przerażonych, brązowych oczach, niemy krzyk wypełniający rozwarte usta, trzask kręgosłupa pod swoimi palcami. Potem... Nie kojarzył samych zdarzeń, ale raz powrócił do świadomości mając okrwawione dłonie. No i wtedy, gdy wybuchł pożar... Prawie zabił nocnego stróża. W ostatniej chwili się opamiętał i wywlókł mężczyznę z płonącego budynku, nim ten się zawalił. Biedak, pewnie do tej pory miał koszmary na tle tego, co się wydarzyło. O ile jeszcze żył.

Wielkie wargi siwego, niemal idealnie szarego konia łaskotały dłoń Coleen, gdy zlizywał cukier. Ciepły oddech zwierzęcia owiewał jej twarz, a długie uszy strzygły ciekawie. Wydawało się, że obecność wierzchowców naprawdę ją uspokaja. Dziwne. Nawet jego, gdy przebywał w ciele dziewczyny, bliskość wielkiego anglika przytłaczała. Gdyby chciał, koń mógłby ją w ciągu jednej chwili zadeptać na śmierć. Jednak nastolatce to nie przeszkadzało. Raz po raz gładziła silny kark niemal całkowicie odprężona. I to mimo dzisiejszej sprzeczki z pozostałymi uczestniczkami klubu jeździeckiego... o ile mógł to w ogóle określić mianem sprzeczki. Otóż jedna z dziewcząt – urodziwa blondynka po kilku pomniejszych operacjach plastycznych – oskarżyła Coleen, ku jej niemałemu rozbawieniu, o podrywanie swojego chłopaka. Cóż, rzeczony chłopak istotnie wyraził zainteresowanie Coleen, czy też raczej koneksjami, jakie mógłby zyskać, randkując z córką prokuratora, jednak ona nie wyraziła nim. W uprzejmy, ale jednocześnie bezlitosny sposób wygłosiła swoją opinię o absztyfikancie, kończąc wypowiedź zdaniem: „poza tym ojciec w życiu nie zaakceptowałby cię, jako mojego chłopaka i próbując mnie poderwać, mógłbyś co najwyżej skończyć w dole z wapnem". Pewność dziewczyny w ostatnich słowach skutecznie go zniechęciła. William musiał przyznać, że zaimponowała mu tym. Podobnie odpowiedzią, jaką udzieliła blondynce – ponownie brutalnie szczerą, ale uprzejmą. Niestety tu pojawił się zgrzyt. Otóż odpowiadając nie tylko uraziła zaczepiającą ją dziewczynę, ale wszystkich w zasięgu słuch... A przynajmniej tych ze swojej warstwy społecznej. Resztę zaś – w tym jego – zraziła, wychodząc na zimną, wywyższającą się sukę, która pozjadała wszystkie rozumy.

Wydawać by się mogło, że bardziej dba o opinię konia niż innych ludzi.

Poklepała ostatni raz mocny kark, przerzuciła siodło przez ramię i wyszła z boksu, starannie zasuwając za sobą zasuwę. Odprowadzało ją czujne spojrzenie brązowych oczu zwierzęcia. Ciekawskie, łagodne. I mnóstwo nieprzychylnych zerknięć pracowników stajni oraz innych jeźdźców.

Po odłożeniu ekwipunku na miejsce, wyszła na zalany słoneczny plac. William, gdyby mógł, zamruczałby z rozkoszy, czując dotyk słońca na skórze, jednak na Coleen zdawał się on nie robić wrażenia, podobnie jak piękno okolicy – wokół rozścielały się łagodnie, upstrzone nielicznymi drzewami wzgórza. Ponownie dopadał ją stres, gdy mrużąc oczy szukała wśród zaparkowanych samochodów, wozu ojca. Nagle uwagę nastolatki zwrócił klakson. Spojrzał w kierunku, z którego dobiegł ją dźwięk i nieznacznie się rozluźniła, widząc, że za kierownicą samochodu nie siedzi prokurator, tylko Fred. William przeciwnie. Dostrzegłszy lokaja poczuł ukłucie zdenerwowania – facet wyglądał jak niemiecki morderca na zlecenie. Zimny, oschły, o pustym spojrzeniu kogoś, dla kogo zabić znaczy tyle co splunąć. W dodatku otaczała go ta dziwna, przypominająca dotyk kostuchy aura emocjonalnego chłodu. William znał ją aż nazbyt dobrze.

- Pan prokurator ma dzisiaj sprawy na mieście i muszę go za kwadrans odebrać ze sądu – oznajmił lokaj, jak tylko podeszła do wozu. – Nie mam czasu, więc tylko podrzucę panienkę do miasta. Dalej da sobie panienka radę, prawda?

Skinęła głową i bez słowa usiadła na miękkiej, skórzanej kanapie z tyłu samochodu. Niecałe dziesięć minut później byli w centrum, gdzie Coleen wyskoczyła z wozu, rzuciła Fredowi krótkie „cześć" i nie odwracając się za siebie, ruszyła między budynki.

William nie musiał być geniuszem, aby zauważyć, że Coleen nie tylko nie przepada za swoim ojcem, od którego wolała nawet ponurego lokaja, ale też domem. Dlatego nie zdziwiło go, że nie obrała trasy prosto do domu, tylko ruszyła okrężna drogą, wlekąc się przy tym niemiłosiernie. Nie, żeby go to martwiło – z ciekawością oglądał otoczenie i cieszył się niespodziewanym spacerem. Z drugiej jednak strony miał nadzieję, że dziewczyna utnie sobie poobiednią drzemkę – tylko gdy spała, mógł spokojnie rozprzestrzeniać się po jej układzie nerwowym. Przejmować kontrole nad mięśniami, głosem, wzrokiem, ciałem. Parę razy nawet zrobił sobie małą przechadzkę po domu, gdy świadomość Coleen smacznie spała... No, może nie smacznie. Dziewczyna chyba od lat nie zaznała czegoś takiego, jak w pełni spokojny sen.

On sam też nie.

W każdym razie, gdy nastolatka spała, jej ciało należało do niego... A niedługo miało należeć przez cały czas. Oczywiście, jeżeli jego teoria na temat tego, jak przejąć stery, była trafna. Niestety przed próbą generalną musiał wszystko wstępnie przetestować.

Okazja do testu pojawiła się jak na życzenie.

Przechodząc obok jednej z bocznych uliczek Coleen zauważyła dwie nastolatki znęcające się nad młodszym, na oko jedenastoletnim chłopakiem. Dziewczyna rozpoznała agresorki, a widok wywołał w niej gniew, jednak nie zrobiła nic, aby pomóc chłopcu – szła dalej, unikając patrzenia na pełną przemocy scenę. Postanowił „nakłonić ją", aby pomogła bitemu dzieciakowi. Zamierzał zrobić to w sposób po równi prosty, co niestandardowy – za pomocą złości.

Sceny dręczenia dzieci przez dzieci, szczególnie młodsze przez starsze, budziły w nim gniew. Tym większy, że wiązały się z bolesnymi wspomnieniami. Gorzkimi niczym żółć. Zwykle, będąc w ciele Coleen, usiłował tłumić tego typu emocje, aby nie niepokoić dziewczyny, ale nie teraz. Teraz pozwolił złości płynąć swobodnie, połączyć się z gniewem nastolatki... Który zawrzał i natychmiast wzrósł.

Tak jak podejrzewał. Jego emocje, kiedy były tego samego rodzaju jak te dziewczyny, działały niczym katalizator. Uwalniały to, co dziewczyna usiłowała schować w głębi siebie.

Coleen zatrzymała się. Zacisnęła pięści tak, że zbielały jej kłykcie. Odwróciła się w stronę dziewczyn.

- Może byście zostawiły kolegę, co? Jeżeli nie ma przy sobie więcej pieniędzy, to już nic z niego nie wydobędziecie, choćbyście nie wiem jak naciskały.

Chłopak, drobnokościsty Latynos o zielonych oczach, spojrzał na nią zaskoczony. Równie zaskoczone były agresorki. Jedna z nich, urodziwa Azjatka w zwiewnej sukience, błyskawicznym ruchem wyjęła z torebki nóż i zrobiła szybki krok w stronę Coleen.

- A ty kim jesteś, żeby się wpierdalać, co? Przejechanie nożem po żebrach ci nie starczyło, serio mamy ci ciachnąć gardło?

To był właśnie ten moment, w którym William pożałował swojej decyzji. Liczył, że dziewczęta to dwie, zwykłe łobuzice, nie wariatki z nożem... Gotowe tego noża użyć. Naprawdę bardzo chciałby się wycofać, ale nie mógł. Na widok noża z Coleen zaczął wylewać się strumień gniewu... Nie, nie gniewu. Agresji. Czystej jak kryształ, gorącej niczym wnętrze piekła, której wartki nurt porwał i jego. Stracił kontrolę nad Coleen, nad sobą, nad wszystkim. Świat utonął w czerwonej łunie.

Nie potrafił powiedzieć, co dokładnie stało się potem. Padły jakieś słowa... groźby. Wulgarne. A potem zaczęła się bójka, chociaż bójka to chyba zbyt dużo powiedziane. Owszem, Coleen była nieuzbrojona i niezbyt silna, ale napędzana furią swoją i jego stanowiła przeciwnika nie do pozazdroszczenia. Spadła na agresywne nastolatki niczym młot sprawiedliwości, rozgramiając. Wyczuł, że pokonała je... że pokonali je, na dobrą chwilę, nim donośny krzyk i męski chwyt przywróciły go do rzeczywistości.

- Zabijesz ją!

Zamrugał... Nie to Coleen zamrugała, ściskana w pół męskim ramieniem, wisząc nad przerażoną, okrwawioną Azjatką. W uniesionych dłoniach trzymała rozbitą butelkę, którą najwyraźniej właśnie miała zamiar wbić w gardło dziewczyny... Mieli zamiar wbić.

William, chociaż nie potrafił dokładnie odtworzyć przebiegu wypadków, czuł... wiedział, że część ciosów, które spadły na napastniczki, nie wyprowadziła jego nosicielka, tylko on. Część zaś zadali oboje, wspólnie. Tak jak wspólnie o mało co by nie zabili dziewczyny.

Wzdrygnął się wewnętrznie.

Skołowana, dysząca jak lokomotywa Coleen puściła szyjkę butelki i odwróciła się w stronę trzymającego ją mężczyzny... Tima, jak się okazało. Na krągłej twarzy malowało się niedowierzanie i strach, a z oczu wylewały niepokój i troska.

- Ja... - zaczęła nieskładnie, ale zająknęła się. – Ja chyba straciłam panowanie nad sobą. Wybacz.

Przełknęła głośno i potoczyła dookoła wzrokiem. Nóż, którym groziła jej Azjatka leżał porzucony pod ścianą, druga z dziewcząt kuliła się na ziemi, przyciskając dłonie do mocno krwawiącego nosa. Chłopaka, w którego obronie stanęła, nigdzie nie było widać. Najwyraźniej postanowił się ulotnić, gdy sprawy zaszły za daleko.

- Tak... Straciłaś kontrolę, to widzę. Chodź, zanim narobisz sobie kłopotów.

Mężczyzna podniósł nadal skołowaną nastolatkę i ewakuował z niebezpiecznego regionu, nim pobite dziewczyny zdołały się zreflektować. Coleen odzyskała rezon dopiero chwilę potem, ciągnięta przez Tima w nieznanym Williamowi kierunku.

- Gdzie idziemy? – zapytała.

- Do mnie.

William wykonał mentalny odpowiednik uniesienia brwi. Owszem, sytuacja nie należała do najweselszych i to z jego własnej winy, ale był ciekawy mieszkania Tima. Poza tym, chciałby wiedzieć, gdzie ten dokładnie mieszka, na wypadek, gdyby kiedyś potrzebowała jego pomocy. Po przejęciu ciała Coleen rzecz jasna.

Dziewczyna nagle stanęła, a w każdym razie nieudolnie stanąć spróbowała, bo Tim nadal ją ciągnął za sobą, a chwyt miał nadspodziewanie silny.

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł...

- Laska, ty się widziałaś? – zapytał patrząc na nią. – Poza tym mowy nie ma, żebym cię zostawił samą, po czymś takim. Jeszcze kogoś rozwalisz i co wtedy?

- Minimum dwadzieścia pięć lat życia na koszt państwa ewentualnie połączonego z leczeniem psychiatrycznym? – zapytała z przekąsem. Nie brzmiała, jakby martwiła ją ta perspektywa, wręcz przeciwnie. William nawet odniósł wrażenie, że żałuje, że Tim ją powstrzymał.

- Mniej-więcej tak. O ile nie zastrzyk śmierci. Dlatego albo idziesz do mnie, żeby tam ochłonąć i się ogarnąć, albo odprowadzam cię pod drzwi domu. I nie ma dyskusji, chyba, że mnie też pobijesz.

Przez Coleen przetoczyła się taka mieszanka emocji, że William, gdyby mógł, zaśmiałby się. Co jak co, ale tłuścioszek zadał jej klina.

- Niech ci będzie, idziemy do ciebie – mruknęła niechętnie.

Jak się okazało, Tim mieszkał w jednopokojowym, ale dość przestronnym lokum, w średnio zamożnej, szarej i nieciekawej dzielnicy. Jednak jego mieszkania ani szarym, ani nieciekawym nazwać nie było można. Głównie dlatego, że stawiając w nim nogę w nieodpowiednim miejscu człowiek mógł się potknąć o coś krzykliwie kolorowego i zabić o coś równie barwnego. Półki oraz wszelkiego rodzaju powierzchnie pokrywały starannie ułożone i wyczyszczone gadżety z przeróżnych gier i komiksów, głównie tych związanych z Legendą Fazbeara. A przynajmniej te cenniejsze. Mniej cenne zostały ułożone w stosach na podłodze, a nawet wkradały się na fotele, kanapę i stojące w rogu pokoju za szkarłatna zasłonką łóżko. Jedyne, czego nie opanowały, to olbrzymie stanowisko komputerowe nasuwające Williamowi na myśl konsolę sterującą statku kosmicznego oraz ogromny koci drapak-domek. Na szczycie owego drapaka siedziało tłuste, bardziej przypominające futrzaną piłkę niż żywe zwierzę, kocisko. Idealnie czekoladowo-brązowe o zaokrąglonych uszach i zapiętej na szyi czarnej obróżce-muszce. Na widok gości zeskoczyło – zręcznie, ale kompletnie bez gracji – na podłogę. Gdy uderzyło w drewniane panele, rozległo się donośne tąpnięcie, a meble nieznacznie zadrżały.

- Cześć Fredzia – przywitał się ze zwierzakiem Tim, a kotka podeszła do nich na sztywnych łapach obrzucając Coleen taksującym spojrzeniem.

„Fredzia". W sumie William mógł się tego spodziewać. Facet ewidentnie miał manię na punkcie „Legendy Fazbeara". Maskotki, figurki, a nawet książki i gazety zawierające artykuły o zniknięciach dzieci...

Kiedy napotkał wzrokiem oprawiony w ramkę artykuł o wypadku z osiemdziesiątego trzeciego, poczuł jak coś w nim zamiera. „Tragedia w Fredbear's Family Dinner! Poszkodowane dziecko!" brzmiał pozbawiony oryginalności i polotu tytuł, mający przyciągnąć uwagę czytelnika wykrzyknikami. Na czarno-białym zdjęciu widniał Fredbear. Cienie padające na jego głowę sprawiały wrażenie plam krwi.

Naprawdę krwi było bardzo mało, przynajmniej na maszynie. Mechaniczny niedźwiedź miał ledwie przybrudzone zębiska, za to twarz Normana, jego głowa...

Nie chciał pamiętać. Nie chciał, nie chciał, nie chciał, nie chciał, nie chciał, nie chciał! Ani tego, ani tego, co potem.

- Coleen, wszystko w porządku?

Dziewczyna spojrzała na Tima i powoli skinęła głowa, a William zrugał się w myślach – nie powinien tracić nad sobą kontroli. Przez jego emocjonalne napady Coleen znowu zachowywała się dziwnie.

- Tak... Przez chwilę tylko źle się poczułam – mruknęła. – Mogę do łazienki? Pewnie po tym... Incydencie wyglądam strasznie. Zresztą sam coś wspominałeś.

- Jasne. Między innymi po to cię przyprowadziłem. Idź, zrób te babskie czary, a potem klapnij na sofę, a ja puszczę zestawienie filmów ze śmiesznymi kotami... Tak na uspokojenie. No i, jeżeli będziesz chciała, może mi powiesz, o co chodziło.

- Nie ma o czym opowiadać – rzuciła przez ramię. – Poprosiłam grzecznie dziewczyny, żeby przestały się znęcać nad jednym smarkaczem, te zamiast podjąć dialog, wyjęły nóż i zaczęły mi grozić... I jakoś poszło.

- I dlatego pobiłaś siostrę miejscowego dilera?

„Siostrę dilera? Genialnie William. Lepiej wybrać nie mogłeś. Cholera by to..." – wytknął sobie własną głupotę. Wplątał Coleen w konflikt, o którego konsekwencjach nie miał pojęcia, a który mógł się odbić i na nim samym. W dodatku, zdaje się, to właśnie te dziewczyny odpowiadały za jej ranę na żebrach. Naprawdę nie popisał się tego dnia.

- Diler, w przeciwieństwie do swojej siostrzyczki, nie jest uzależnionym od prochów, agresywnym kretynem. Wie, że napaść na córkę prokuratora to idiotyzm i prędzej niż spróbuje się na mnie zemścić, przywoła siostrzyczkę do porządku. Swoją drogą, skąd wiesz, że to diler?

- Babcia kupuje od niego marihuanę – odparł szczerze. A przynajmniej tak brzmiał. – W sumie masz rację, ale mimo to... Mimo to poszukam jakiejś fajnej kompilacji z kotami. Obejrzysz, zrelaksujesz się, znikniesz na chwilę.

William przelotnie zastanowił się nad tym, jaką osobą jest babcia Tima, jednak szybko jego uwagę od tej kwestii odwróciło odbicie Coleen w lustrze. Odbicie dość żałosne – włosy potargane, twarz umorusana, strużka krwi cieknąca z nosa. Szczęśliwie sam nos wyglądał na cały, podobnie jak skóra twarzy – żadnych otarć, sińców czy skaleczonych warg. To dobrze. Co prawda oba kolana miała rozbite, jeden z łokci stłuczony, o sińcach i otarciach pokrywających ramiona i nogi nie wspominając, ale te mogła zaryć rękawami czy też nogawkami... Ewentualnie zrzucić na wypadek w schronisku bądź stajni, jeżeli zostaną zauważone. Co jak co, ale William, mimo sympatii do ojca Coleen, w pełni zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo może jej zaszkodzić, gdyby sprawa wyszła na jaw. Jej i - co ważniejsze - jemu również.

Doprowadzenie się do porządku nie zajęło Coleen wiele czasu, a to ze względu na cały zestaw kosmetyków, jaki posiadał Tim. Kosmetyków, czyścideł do usuwania plam „na szybko" oraz rozmaitych, błyskawicznych plastrów i opatrunków. Pod względem wyposażenia apteczki i kosmetyczki mógł konkurować z największymi hipochondrykami i modnisiami. Dziwne jak na mężczyznę... A przynajmniej dziwne dla urodzonego w latach czterdziestych Williama. Obecnie wszystko było bardziej liberalne. Płynne. Jednak mógł iść o zakład, że trzymanie w łazience odkurzacza ręcznego to dziwactwo bez względu na płeć trzymacza oraz dekadę. Dobrą chwilę zastanawiał się, po co on Timowi akurat w łazience. Przestał, gdy Coleen zaczęła odkurzać umorusane ubranie.

„No tak. Stereotypowy kawaler. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają" – pomyślał, spoglądając oczyma przygładzającej włosy Coleen w lustro. Dziewczyna wyglądała już prawie dobrze. Na tyle, aby po wstępnym ochłonięciu przy filmach ze śmiesznymi kotami, wrócić do domu, nie zwracając uwagi sąsiadów.

***


Coleen zdawała sobie w pełni sprawę, że chyba zaczyna wariować. Właściwie, po napaści na Chloe i Trish, nawet to zakładała. Szkopuł w tym, że jednocześnie zaczęła zakładać, że coś obcego przejmuje nad nią kontrolę. Dlaczego? Cóż, gdyby chodziło o sam atak na znęcające się nad dzieciakiem dziewczyny, zrzuciłaby wszystko na karb obłędu. Jednak emocje, jakich doznała, gdy zerknęła na stary artykuł u Tima... One z całą pewnością nie należały do niej. Nie miała najmniejszego powodu, aby je czuć, tym bardziej, że dopiero po dłuższej chwili gapienia się na oprawiony wycinek, zrozumiała, czego on tyczy.

Zaczęła nawet mieć irracjonalne podejrzenia co do tożsamości swojego dzikiego lokatora... Pasożyta. Podejrzenia, które ledwie dwa dni później zaczęły się ocierać o pewność – obudziła się zmęczona jakby w ogóle nie spała, siedząc przed komputerem i mając przed oczyma artykuły na temat Fazbear Entertainment, Afton Robotics, rodziny Aftonów i Henry'ego Rozenberga.

Owszem, istniała niewielka możliwość, że jej podświadomość zaraziła się fazbearowym świrem od Tima, ale jakoś nie wierzyła w to. Tym bardziej, że wcześniej nie poczuła najmniejszego zainteresowania tematem. Historia, teorie spiskowe i tym podobne nigdy jej nie ciekawiły – zbyt dużo miała podobnego gówna na co dzień. Tymczasem jej ciało spędziło całą noc grzebiąc w historii fazbearowskich firm, najwyraźniej szukając brudów i teorii spiskowych.

Jej dziki lokator... Jeżeli miała rację, co do jego tożsamości, nie musiała robić wiele, aby się z nim skonfrontować. Rzecz w tym, że opcja, iż to nie żaden mentalny pasożyt, tylko zwyczajny obłęd, pozostawała otwarta, więcej niż prawdopodobna i o wiele bardziej racjonalna od teorii o przejmującym kontrolę intruzie. Niby sprawdzenie nic jej nie kosztowało, ale... Ale nie miała siły na jakiekolwiek konfrontacje. Nie dość, że czuła się wyżęta jak ścierka po starciu z Trish i Chloe, to jeszcze pełna lunatykowania noc i ojciec. Wczoraj oznajmił, że jutro mają przyjechać na kolację SPECJALNI goście, a specjalni goście ojca nigdy nie wróżyli niczego dobrego.

Poczuła uścisk w żołądku. Miała już dość tego wszystkiego. Naprawdę chciałaby, żeby...

Rozmyślania przerwało jej raptowne pukanie do drzwi.

- Coleen zbieraj się szybko i schodź na dół na śniadanie.

W jej umyśle niemal natychmiast zapłonęła czerwona lampka ostrzegawcza. Śniadanie? Tak wcześnie? W deszczową sobotę, kiedy nie było mowy o golfie? Dziwne...

- Idziemy na golfa? Przecież pada... - zawołała, zwlekając się z krzesła komputerowego.

- Nie idziemy na golfa, ale ty masz wizytę u lekarza. Dlatego zbieraj się i bez gadania. Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą przez drzwi.

Odgłos oddalających się, ciężkich kroków oznajmił jej, że ojciec odszedł. Westchnęła głośno. Lekarz, tak? Pytanie tylko jaki i dlaczego tak znienacka. Chociaż może lepiej nie wiedzieć...

Jakieś trzydzieści minut później wyszorowana, ubrana i uczesana siedziała w jadalni, równie bezbarwnej, co reszta domu. Jasne panele zlewały się z kremowymi ścianami, na których tle rysował się wyraźnie czarny, lakierowany stół wraz z krzesłami – jedyny niemdły element wystroju. Reszta – białe ramki na zdjęcia, złocisto-kremowe zasłony, a nawet kryształowy żyrandol nadawały wnętrzu wygląd tortu waniliowego.

Dłubiąc w jajecznicy, od czasu do czasu zerkała na siedzącego naprzeciw ojca pochłoniętego elektronicznym wydaniem miejscowej gazety codziennej. Po dłuższej chwili wahania, zapytała:

- To do jakiego lekarza idę? Nie przypominam sobie, abym miała jakąś umówioną wizytę.

- Raz na rok, dwa, przydałoby się zrobić ogólny, ale dokładny przegląd, więc idziesz do wszystkich dostępnych od ręki. Lekarz ogólny, laryngolog, ginekolog, endokrynolog, kardiolog badania krwi, moczu, ogóle prześwietlenie i co tam jeszcze nie wymyślą. Skoro golf odwołany, trzeba ten dzień wykorzystać w inny sposób.

„Skoro golf został odwołany..." Skoro miała wizyty u szeregu specjalistów, musiało to zostać ustalone z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Pytanie tylko, po co? Wiedziała, że ojca nie ma sensu pytać – tylko by się zirytował, że zarzuca mu nieszczerość. Cóż, prędzej czy później się dowie, o co w tym wszystkim chodzi. Na razie postanowiła się tym nie przejmować i mieć nadzieję, że lekarze wykryją coś śmiertelnego.

Godzinę później Fred odwiózł ją do lśniącej chromowanymi i szklanymi powierzchniami, przypominającej bardziej niż szpital, biurowiec kliniki. Tam lekarze, a była ich cała rzesza, opukali i osłuchali ją ze wszystkich stron, zajrzeli w każdy możliwy otwór, pobrali wszystkie możliwe płyny i prześwietlili, co się dało. Pod koniec, w trakcie testów wysiłkowych na bieżni, Coleen zaczęła mieć wrażenie, że ojciec zamierza ją wystrzelić w kosmos, bo chyba tylko astronauci przechodzili tak szczegółowe badania.

Po ponad ośmiu godzinach lekarze zgodnie orzekli, że fizycznie jest okazem zdrowia – nawet próchnica jej nie dotknęła – i z tą informacją odesłali do domu. Tam zjadła obiad i... Wykończona badaniami oraz nieprzespaną nocą padła jak długa. Niestety pobudka następnego dnia nie należała do najprzyjemniejszych. Głównie dlatego, że nie ona obudziła się pierwsza.

Kiedy oprzytomniała, miała otwarte oczy i siedziała na łóżku. Przestraszona odruchowo próbowała wstać, ale nie mogła. To coś, co tkwiło w jej głowie, przejęło kontrolę. Spychało ją na dalszy plan. W ciemne zakamarki umysłu.

Przestraszona zaczęła walczyć z najeźdźcą. Wytężyła całą swoją wolę i zaczęła napierać, wypychając obcą świadomość. Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Pasożyt uderzył wspomnieniem. Swoim wspomnieniem.

„Ciemność. Gęsta, lepka ciemność, z której powoli wyłaniała się świadomość. Jaźń skąpana w trudnym do opisania bólu. Wydając z siebie rozedrgany jęk cierpienia, otworzył oczy, jednak jedyne, co zobaczył, to nieprzenikniony mrok. Nozdrza wypełnił mu zapach rzeźni, wszechobecnej krwi, który wlał w jego umysł przerażenie.

Nie miał pojęcia gdzie jest, ani co mu się przytrafiło. Ostatnie, co pamiętał, to animatroniki. Jeden z nocnych stróżów zaginął i to one za tym stały. Zabiły biedaka. Wiedział to. Zabiły stróża z jego winy. Nie mógł pozwolić, aby skrzywdziły kogoś jeszcze, więc wziął siekierę i poszedł się z nimi rozprawić... Resztę spowijała ciemność zapomnienia.

Rozdzierany przez potworne cierpienie, dygocząc jak w febrze dotknął twarzy, lecz pod palcami nie wyczuł ludzkiego, miękkiego ciała tylko twardą, przyobleczoną w brezent powierzchnię... Równie twardą jak same palce. Zdjęty narastającym lękiem zadrżał.

Nadludzkim wysiłkiem, wyjąc z bólu, wstał i zaczął iść przed siebie, dopóki nie napotkał ściany. Wtedy ruszył wzdłuż niej, gładząc dłonią chropowatą powierzchnię, zatrzymując się tylko, gdy drogę zagrodziła jakaś niewidoczna przeszkoda. W końcu napotkał palcami włącznik. Rozległo się ciche „pstryk" i samotna, zwisająca z sufitu żarówka rozbłysła przymglonym światłem, ukazując wnętrze zagraconej starymi, połamanymi meblami i zniszczonymi sprzętami, niedużej piwniczki. Znał to miejsce... Znajdowało się pod pizzerią. Dawny schowek na alkohol pamiętający jeszcze czasy prohibicji. Wiedzieli o nim tylko on, Henry i parę osób z ekipy remontowej, która przygotowywała lokal. Jeżeli został tu zamknięty, nikt mu nie pomoże...

Lęk przeobraził się w panikę. Chwiejąc się na nogach, ruszył w stronę drzwi, lecz nagle błysk i ruch przykuły jego uwagę. Odwrócił się w stronę, gdzie je zobaczył i ujrzał lustro. Lustro, a w nim swoje odbicie – nadniszczonego, przesiąkniętego krwią kostiumu Springbonniego, z którego rozwartych ust wychylała pokiereszowana, ludzka twarz. Jego twarz.

Zbyt zaskoczony na przerażenie zamrugał, lecz to nie jego powieki odpadły i podniosły się, a te kostiumu. Wtedy właśnie zdał sobie sprawę, że czuje nie tylko swoje storturowane, spowite w całun bólu ciało, ale też kostium... Tak jakby stanowił część jego samego.

Wspomnienia powróciły. Były jak fala. Jak pochłaniające wszystko na swej drodze tsunami. Animatroniki... Zniszczone, ale nieoczekiwanie rzucające się na niego. Razem. Na raz. Zagoniony do składziku założył ten przeklęty kostium, a wtedy ból. Potworny, rozdzierający ból, dziesiątki metalowych części przeszywających jego ciało, krzyk usiłujący się wyrwać z podziurawionych płuc, smak krwi w ustach.

Powinien być martwy. Powinien, ale w żadnym wypadku martwy się nie czuł. Mało tego, WIEDZIAŁ, że żyje. Nie miał pojęcia, jak, ale...

W ułamku sekundy zdał sobie sprawę ze swego położenia. Był uwięzionym w zapomnianej przez świat klitce, pokiereszowanym połączeniem storturowanych zwłok i mechaniczno-robotycznego kostiumu. W niezwykły i potworny sposób żyjącym, skazanym na nieustanne cierpienie, samotność i... ciemność jak tylko przepali się wiekowa, mrugająca co jakiś czas żarówka. Śmierć w porównaniu do losu, który go czekał, stanowiła marzenie.

Panika uderzyła go z całą siłą. Nie bacząc na ból, dopadł metalowych drzwi i zaczął w nie z całych sił walić pięściami, krzycząc tak głośno, jak tylko potrafił. Wrzeszczał i wrzeszczał, chociaż jego płuca stanowiły dwa płaty poszatkowanego mięsa, chociaż nikt nie miał prawa go słyszeć. Wrzeszczał pożerany przez nieludzkie przerażenie i rozpacz."

Zamknięte we wspomnieniu emocje poraziły ją. Straciła „chwyt" i pozwoliła zepchnąć się na dalszy plan. Jej ciało ponownie należało do niego... Ale nie zamierzała się poddać. Sama miała niemałą kolekcję bolesnych wspomnień, którymi mogłaby się podzielić ze swym przeciwnikiem... Na początek wybrała lżejsze z nich. Tych mocniejszych mogła potrzebować w dalszej batalii.

Skupiła się, wydobyła z otchłani pamięci konkretne wspomnienie, usiłując przypomnieć sobie jego najdrobniejszy detal i pchnęła je w kierunku obcej świadomości.

„Stała przed wielkim lustrem eleganckiej toalety w eleganckiej restauracji, ubrana w elegancką sukienkę. Patrzyła w oczy swemu odbiciu – w puste oczy eleganckiej, jedenastoletniej dziewczynki... której życie zostało przypieczętowane w dniu narodzin. Która tkwiła w pułapce bez wyjścia.

Pozornie bez wyjścia.

Zacisnęła dłoń na czerwonym sznurze, który odwinęła z broniących wstępu do części dla personelu pachołków. Bała się tego, co miało nastąpić, ale nie tak bardzo jak bała się przyszłości.

Zerknęła na korytarz – nikt się nie zbliżał. Dobrze, mogła zaczynać. Im prędzej, tym lepiej, bo też nie miała czasu do stracenia – lada moment mógł zacząć szukać jej ojciec.

Weszła do ostatniej w rzędzie wolnej kabiny i starannie zamknęła za sobą drzwi. Opuściła klapę sedesu, stanęła na niej. Zawiązała prowizoryczną pętlę, przerzuciła ją nad przebiegająca nad toaletą rurą. Przywiązała sznur do rury, wsadziła głowę w pętlę. Dociągnęła.

Po policzkach popłynęły gorące łzy, broda zadrżał, ciało przeszedł dreszcz.

Zrobiła krok do przodu.

Pętla, chociaż prosta i zawiązana niewprawnymi dłońmi, okazała się skuteczna. Sznur zacisnął się, miażdżąc tchawicę. Płuca zapłonęły żywym ogniem, z rozwartych ust wydobył się charkot. Nogi – poruszane instynktem samozachowawczym, desperacko usiłującym utrzymać ją przy życiu – szaleńczo wierzgały, szukając podparcia... Ale nie znalazły. W końcu znieruchomiały. Świat zaszedł mgłą, a umysł powoli zaczęła ogarniać cudowna ciemność nieświadomości.

Nieświadomości, którą rozproszył czyjś dotyk, przywracając ją do świata żywych. Tuż nad sobą ujrzała młodego mężczyznę o pociągłej twarzy i błękitno-szarych, wypełnionych przerażeniem oczach. Szarpał za jej ramiona, mówił coś drżącym głosem, niemal płakał. Nagle odtrąciło go silne męskie ramię i ujrzała ojca. Poważnego, surowego, emanującego chłodem i gniewem.

Zdjęta przerażeniem jakiego jeszcze w życiu nie zaznała, odwróciła wzrok, bojąc się spojrzeć ojcu w oczy. Chciała krzyczeć, ale ze zbolałego gardła nie wydobył się nawet jęk."

Przeciwnik puścił i bez trudu wypchnęła go sprzed sterów. Drżąc, oczekiwała kontrataku, lecz ten nie nastąpił. W końcu chwiejnie wstała, ale czuła się, jakby nogi miała z waty.

„To wspomnienie... To na pewno on. Teraz naprawdę muszę z nim porozmawiać. Miejmy nadzieję, że jest o czym..."

Nagle usłyszała znajome pukanie do drzwi. Znowu.

- Coleen, ubieraj się i szybko na śniadanie – głos ojca był podejrzanie zadowolony. – Masz wizytę u kosmetyczki i fryzjera przed dzisiejszą kolacją, a potem pojedziemy na miasto kupić ci coś ładnego.

- D-dobrze... - mruknęła, przelotnie zastanawiając się, jacyż to ważni goście mają wpaść na tę nieszczęsną kolację, że ojciec czyni takie przygotowania. Jednak, pochłonięta sprawą intruza w swojej głowie, szybko porzuciła temat.

Niepewnym krokiem ruszyła w stronę łazienki.

***


William nie miał pojęcia, dlaczego jedenastoletnia Coleen chciała popełnić samobójstwo. Czuła takie lęk, rozpacz i... Beznadzieję. Tak bardzo cierpiała. Podobnie nie miał pojęcia, dlaczego tak gwałtownie zareagowała na widok dwóch młodych – mających około dwudziestu pięciu lat – mężczyzn wśród zaproszonych na kolację gości. Oczywiście zewnętrznie nie dała po sobie niczego poznać, ale wewnętrznie... Granicząca z paniką groza wypełniła ją po brzegi. Gdyby chociaż na chwilę straciła nad sobą kontrolę, zaczęłaby się trząść tak, że nie potrafiłaby utrzymać widelca w dłoni.

Niepokój dziewczyny udzielił się i jemu... Tym bardziej po wspomnieniu, którym się z nim podzieliła. Na myśl o tym, w jakim stanie się wtedy znajdowała, czuł metaforyczny uścisk w gardle. Owszem, mógł chcieć przejąć jej ciało, mógł jej nie lubić, ale nadal... Nadal był ojcem. Ojcem dzieci, które zginęły w tragicznych okolicznościach. Ona zaś była dzieckiem. Bardzo nieszczęśliwym dzieckiem. Tak – nie budziła jego sympatii i do tej pory nie miał o niej zbyt wysokiego mniemania. Jednak wspomnienie z lat dziecięcych dziewczyny wiele zmieniło. To przerażenie, jakie czuła widząc przy sobie ojca... To, że ze strachu nie potrafiła się zdobyć, aby spojrzeć mu w oczy...

Miał cholernie silne, graniczące z pewnością przeczucie, że w pozornie spokojnym domu pana prokuratora dzieje się coś niedobrego. Coś, czego wolałby nie wiedzieć, ale wiedzieć powinien. Dla swojego własnego dobra. I może dla dobra Coleen.

Zazwyczaj, gdy pożerał ją stres, Coleen przy pierwszej lepszej okazji uciekała w świat wirtualny, toteż William nie zdziwił się zbytnio, kiedy po kolacji niemal natychmiast zasiadła do komputera. Jednak tym razem nie założyła kasku NVR, tylko zaczęła buszować po sieci w poszukiwaniu fanowskich łatek i dodatków do „Potrzebnej Pomocy". W końcu ściągnęła i zainstalowała „Pakiet Dźwiękowy Archanioła", wedle zapewnień autora, w pełni kompatybilny z grą. Dopiero wtedy założyła na głowę konsolę i uruchomiła „FNaF: Potrzebna Pomoc".

Kiedy pierwszy po ich połączeniu Coleen wkroczyła do neurowirtualnej rzeczywistości, a William po raz kolejny odnalazł się w postaci Glitchtrapa, niemal spanikował. Myślał, że konsola wyrwała go z ciała, że znowu stał się więźniem cyfrowego świata, ale nie. Po zdjęciu konsoli wszystko wróciło do normy, a on do głowy Coleen... Dlatego teraz, siedząc w postaci królika na jednym z krzeseł wirtualnej pizzerii, czuł się prawie swobodnie.

Prawie.

Byłby idiotą, gdyby się nie domyślał, że Coleen dodała dwa do dwóch i powiązała atakujące ją emocje, lunatykowanie oraz artykuły o Fazbear Entertainment z nim. Być może zrobiłaby to wcześniej, gdyby nie jej stan psychiczny. W końcu ktoś, kto regularnie chodzi do psychoterapeuty, wie, że ma problemy, ale jednocześnie rozumuje logicznie, prędzej obstawia obłęd niż to, że obcy byt z gry komputerowej chce nim zawładnąć. W każdym razie, wyglądało na to, że dziewczyna chce sobie z nim porozmawiać, a biorąc pod uwagę jej stan emocjonalny, bał się tej rozmowy.

Gdy tylko ją zobaczył, zrozumiał, że słusznie, bo o ile w świecie rzeczywistym trzymała nerwy na wodzy, to w wirtualnym pozwoliła sobie te wodze puścić. Zaciskając pięści, aż jej kłykcie bielały, dygotała na całym ciele, niemal płakała, a z jej oczu wyzierały po równi złość, przerażenie i szaleństwo.

- Jesteś William Afton, prawda? – zapytała bez ogródek, piorunując go spojrzeniem.

Nie wiedząc za bardzo, co mógłby zrobić innego, skinął głową.

- Chcesz przejąć moje ciało, tak? Moje życie?

Tu odpowiedź była nieco bardziej skomplikowana. Próbował dać jej znak, żeby przywołała wirtualną klawiaturę, ale przerwała mu.

- Przestań się wydurniać. Widziałeś, że ściągnęłam moda dźwiękowego. Możesz mówić, więc skończ z tą pantomimą.

Mógł mówić? Naprawdę?

- To nie do końca tak – zaczął i wzdrygnął się słysząc swój głos. SWÓJ głos. – Nie chcę twojego życia ani ciała, a przynajmniej nie na zawsze. Po prostu muszę coś załatwić, ale...

- Nie obchodzi mnie to – wpadła mu w słowo. – Bierz ten cały syf i radź sobie. Ostrzegam tylko, że zwrotów nie przyjmuję. Od jutra moje ciało, moja chora rodzinka i reszta tego popierdolenia należą do ciebie.

Po tym oświadczeniu, wyszła, nim zdążył wykrztusić chociażby jedno słowo. A zamierzał wykrztusić ich co najmniej kilka, chociażby „Co się do cholery jasnej stało?!".

Ogarnął go palący gniew. Bezczelna, porąbana smarkula! Psycholka! Co ona sobie wyobrażała? Że może jakieś fochy mu strugać?! Że...

Nagle złość ustąpiła równie gwałtownie jak się pojawiła. Jej miejsce zajęły poczucie bezradności, zmęczenie i skołowanie. Przede wszystkim to ostatnie. Nie miał pojęcia, co się dzieje i wcale mu się to nie podobało.

Gdy Coleen zerwała połączenie z wirtualną rzeczywistością, tak jak wiele razy wcześniej, wrócił do jej umysłu. Mimo oświadczenia dziewczyny sprzed chwili, a właściwie to właśnie z jego powodu, nawet nie próbował przejąć kontroli nad jej ciałem – nie wiedział, czego może w związku z tym oczekiwać. Nie, żeby nie zamierzał zrobić tego przy najbliższej, nadarzającej okazji, ale obecnie nastolatka była zbyt wzburzona. Emocje stanowiły klucz do kontroli, ale również przeszkadzały. Poza tym obawiał się, że usiłując ją odsunąć na bok w stanie, w jakim się znajdowała, coś uszkodzi. Nie miał bladego pojęcia, czy można uszkodzić świadomość, ale wolał tego nie sprawdzać.

Tymczasem Coleen poszła do łazienki, umyła się, przebrała w pidżamę, łyknęła parę proszków nasennych i uspokajających – stanowczo więcej niż powinna, lecz nie na tyle dużo, aby zaszkodziły – i położyła się spać, chociaż nie dochodziła nawet dziesiąta. Obserwując to William miał niemiłe wrażenie, że dziewczyna ucieka. Pytanie tylko – przed czym?


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość