FNaF: Formy Życia

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 37
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

FNAF: Formy Życia - X - Efekt Obserwatora

Postautor: CynicznaCecylia » 07 kwie 2021, 18:08

FNAF: Formy Życia - X - Efekt Obserwatora


Próba znalezienia sojusznika okazała się porażką. Groźną porażką, która doprowadziła do kryzysu, a ją samą na skraj załamania. Teraz powoli, a w każdym razie wolniej niżby tego chciała, wracała do równowagi. Co prawda Afton nie naciskał, nie narzekał, ani w żaden sposób nie okazywał zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie, raz po raz okazywał jej wsparcie, jednak ciążyło jej wrażenie, że marnuje czas. I swój, i jego. Zobowiązała się mu pomóc, tymczasem jedyne, co zrobiła, to naraziła ich oboje. Tyle godzin planowania, tyle czasu poświęconego podsłuchiwaniu ojca i niczego tym nie zyskała. Nie zyskali. Owszem, dzięki nim Jason nadal żył, mało tego, uwolnił się od swojej pieprzniętej siostry, a Faja wąchał kwiatki od spodu, jednak jakoś nie poprawiało to Coleen nastroju. W końcu to przez głupotę chłopaka wpadła w kłopoty i co o mało by nie zapłaciła za pomoc mu resztkami swojej wolności. Zresztą Trish nie była lepsza. Gdyby dała kretynowi skopać dupę, nie wpakowaliby się w to gówno. Ba. Julia i Romeo nie musieliby uciekać do Morloków, tylko mogliby sobie spokojnie żyć wraz z jego babcią, którą teraz cholera wie kto się zajmował.

Rzadko polegała na kimkolwiek z wyjątkiem siebie, dlatego sama idea wyciągnięcia dłoni do Jasona stanowiła dla niej wyzwanie. Natomiast teraz, kiedy ją zawiódł... Skłamałaby twierdząc, że tego nie oczekiwała, ale jednocześnie w tym wypadku naprawdę chciała się mylić. Na początku tak tego nie odbierała, ale teraz, po fakcie... Czuła gorycz. Tym większą, że podświadomie zaczęła mieć nadzieję. Afton pokazał jej, że może szukać sojuszników wśród nieświadomych wrogów ojca, wśród „śmieci", na które ten nie zwraca uwagi. Gdyby się udało i znalazłaby pomoc dla Williama, może zdołałaby znaleźć pomoc i dla siebie. Niestety los po raz kolejny pokazał jej, że dla takich jak ona nie ma ratunku. Że na tym świecie istnieją potwory, z którymi społeczeństwo nie potrafi sobie poradzić.

Jednak nawet to całe szambo miało jeden plus – ojciec rzadko bywał w domu. Jeżeli już się pojawiał to najwcześniej o jedenastej w nocy, a następnego dnia wychodził jeszcze nim sama wstała, albo tuż po tym. Coleen oczywiście korzystała z tego tymczasowego spokoju, jak tylko mogła... Głównie przesiadując w swoim pokoju, zarówno tym rzeczywistym jak i cyfrowym, i powoli dochodząc do równowagi. Wkurzało ją przy tym, że nie potrafi, tak jak niektórzy, przestać myśleć o stresach, rzucając się w wir pracy. Niestety nawet gdyby potrafiła, jej własna kreatywność ją sabotowała. Otóż nie miała bladego pojęcia „co teraz". Zarówno w kontekście poszukiwań tropów dla Aftona, jak i tego, jak pozbyć się tego przeklętego nadajnika. Przez chwilę rozważała nawet odnalezienie ciotki Jasona, opowiedzenie jej o wszystkim i poproszenie o usuniecie urządzenia, ale... ale po tym, co odwalił diler, nie potrafiłaby jej zaufać. Poza tym miała serdecznie dość tej popieprzonej rodzinki.

Ponury nastrój zaprawiony poczuciem niemocy opadł na nią, jak gęsta mgła na świat za oknem. Równie białego i nieprzeźroczystego oparu nie widziała nawet na horrorach. Ba! Efekty specjalne do tandetnych teledysków również mogły się schować. W efekcie nietypowa pogoda nabrała wymiarów kataklizmu, niemal zupełnie paraliżując transport. Wszystko, co znajdowało się od człowieka dalej niż dwa metry, stawało się jedynie niewyraźnym, szarawym zarysem. Raz mniejszym, raz większym, w zależności od rozmiarów tego, na co się patrzyło – Coleen sprawdziła to osobiście, bo nawet w obecnym stanie nie potrafiła się oprzeć, aby zbadać nietypowe zjawisko – a wszelkiego rodzaju źródła światła niewiele pomagały.

Efekt kolejnego kaprysu matki natury był łatwy do przewidzenia. Władze niemal natychmiast wydały komunikat, aby ci, którzy NAPRAWDĘ nie muszą, w ogóle nie wychodzili z domów. W dodatku wystosowały zakaz poruszania się pojazdami drogowymi niewyposażonymi w komputery pokładowe zawierające lokalizatory satelitarne oraz dalekosiężne czujniki ruchu i zbliżeniowe, dzięki którym można było prowadzić całkowicie „na ślepo". W praktyce oznaczało to, że wyjeżdżać mogą jedynie wozy transportowe, policyjne i karetki. Samochodów osobowych zwykle nie wyposażano w tego typu urządzenia. Nawet wóz prokuratora. Dlatego ojciec utknął tam, gdzie wyjechał na co najmniej jeden dzień... Gdzie? Tego nie wiedziała i na chwilę obecną niewiele ją to obchodziło.

Wszystko miało ruszyć, gdy mgła się podniesie lub przerzedzi, czyli najwcześniej jutro, chociaż możliwy był i odleglejszy termin. Co prawda parę lat temu emisja gazów cieplarnianych tak spadła, że osiągnęła „chwiejne zero" raz przechylając się na rzecz wartości ujemnych, raz dodatnich, jednak szkoda w środowisku już została wyrządzona. Klimat się zmieniał i mimo zakręcenia kurka z trucizną oraz wtórnych zalesień, szczególnie mocno kultywowanych w rejonach północnych i okołorównikowych, pewnych mechanizmów człowiek nie mógł już zatrzymać. Oczywiście za jakiś czas zachodzące gwałtownie przemiany miały ustać, a ekosystemy osiągnąć stan względnej równowagi, jednak jak to będzie wyglądać... Tego nikt nie mógł przewidzieć. Naukowcy wiedzieli jedno – że tego, co zostało zniszczone w wyniku działalności człowieka nie można odzyskać, a to, co nadejdzie, będzie czymś nowym.

Czas, kiedy prokurator kręcił się w pobliżu i miał utrudniony kontakt ze swoją bazą i niewolnikami należał do nielicznych chwil, kiedy Coleen mogła pozwolić sobie na nieco głębszy oddech. Dlatego wyjątkowo pospała aż do dziesiątej, korzystając z odwołania zajęć szkolnych, a gdy w końcu zwlekła się dłuższa i zeszła na dół, na śniadanie zjadła michę płatków czekoladowych zalanych czekoladowym mlekiem – Fred też postanowił nieco poleniuchować i bynajmniej nie zamierzał robić jakiejś niezaradnej smarkuli śniadania. Potem, w ramach porannego, czy raczej przedpołudniowego relaksu, obejrzała archaiczny, czarno-biały film. Tym razem nie na ekranie komputera, ale w salonie na ogromnym telewizorze ojca, chociaż obraz z czasów drugiej wojny światowej raczej nie mógł porwać widza wysoką jakością detali. Mimo to film – „arszenik i stare koronki" – okazał się całkiem przyjemnym wyborem na początek dnia. Czarna, ale zarazem lekka i pozytywna komedia opowiadająca o nieco obłąkanej rodzince, w skład której wchodzili między innymi seryjny morderca po nieco spapranej operacji plastycznej oraz i dwie, leciwe cioteczki, również seryjne morderczynie, pomagające styranym życiem staruszkom opuścić ziemski padół za pomocą herbatki z arszenikiem. Coleen setnie rozbawił motyw szaleństwa w rodzinie, tak bardzo nawiązujący do jej własnej sytuacji, a jednocześnie tak odmienny... Jak i czarno-biały świat przedstawiony na ekranie telewizora. Tak cudownie, dogłębnie inny. Nie, żeby uważała, że kiedyś było, lepiej, co to, to nie. Miała dość rozumu, aby wewnętrznie pukać się w głowę, słysząc frazesy typu „kiedyś to było" jednak... Jednak ta odmienność pociągała. Pozwalała się nieco odseparować od bieżących problemów, zarówno osobistych jak i globalnych. Chociaż te osobiste wysuwały się na pierwszy plan, przesłaniając wszystko inne.

Nie tylko jej się film podobał. Oglądając go czuła napływające ze strony Williama, pozytywne emocje, nieco zaprawiane przyjemną melancholią. Zapewne oglądał go za czasów swej młodości, a może nawet dzieciństwa. Wtedy, kiedy wszystko jeszcze „było normalne"... Przynajmniej dla niego. Jednak nie tylko on towarzyszył Coleen w trakcie seansu. Wywabiony ze swego pokoju zamierzchłym akcentem przedwojennych aktorów, Fred przysiadł na kanapie i z niemal kamienną twarzą obserwował wartka akcję na wielkim, domowym ekranie. Raz na jakiś czas jego usta drżały, a w spojrzeniu pojawiał się jakiś cieplejszy wyraz, jednak ani razu nie pozwolił sobie na uśmiech. Przez cały ten czas nie powiedział też ani jednego słowa. Generalnie od incydentu z magazynem mówił jeszcze mniej niż zwykle. Właściwie to praktycznie się nie odzywał, chyba że naprawę musiał. Jemu również minione wydarzenia wyraźnie „siadły" na psychikę, chociaż niczym nie ryzykował... A może jednak?

Prawdą było, że Fred nadal stanowił dla niej zagadkę. Niby znała jego motywacje i sposób działania, jednak nigdy nie potrafiła tak na sto procent powiedzieć, co siedzi mu w głowie. Rzadko się odkrywał. Naprawdę rzadko. Może nawet rzadziej niż ona. Z tym, że lokaj miał tę przewagę nad nią, że znał ją w czasach, gdy jeszcze nie potrafiła przywdziewać maski obojętności. Znowu on... On dla niej zawsze stanowił wyniosły, chłodny posąg o stalowym, pełnym wyższości spojrzeniu. Ani razu nie widziała jego prawdziwej twarzy. O ile jeszcze taką posiadał. W końcu znacznie dłużej tkwił w tym piekle... Nie, nie tkwił. Był go świadom. W dodatku aktywnie służył prokuratorowi, podczas gdy ona jedynie zachowywała bierność. Bóg jeden wie, czego musiał się dopuścić, aby potwór nie zgładził jego rodziny.

Świadomość długu wobec Freda ciążyła jej, tym bardziej, że nie miała pojęcia, jak mogłaby się mu odwdzięczyć. Nienawidziła podobnych sytuacji. Przypomniały jej o tych wszystkich razach, kiedy nieświadomi zagrożenia ludzie usiłowali jej pomóc i przypłacali to życiem... Nie zawsze tylko swoim.

Mimo to, tego dnia milczące towarzystwo lokaja nieco poprawiło jej humor. Nie miała pojęcia czemu. Może podziałał tu sam fakt, że spodobał mu się film, a wiadomo, że kiedy innym jest miło, człowiekowi też robi się miło? A może chodziło o coś innego? Nie roztrząsała tego – a nuż doszłaby do jakichś nieprzyjemnych wniosków. Nieprzyjemności, jak na swój gust, ostatnimi czasy miała aż nadto.

Po seansie przeszła się wokół domu, aby nieco dotlenić mózg, po czym wróciła do pokoju, gdzie zapaliła parę zapachowych świec, po czym nałożyła na głowę hełm NVR. W skąpanym w lekkim półmroku, wirtualnym pokoju również płonęły świece, jednak nie wydzielały zapachu w przeciwieństwie do tych rzeczywistych. Dlatego właśnie potrzebowała tych prawdziwych. Dzięki nim cyfrowy świat nabierał nowego wymiaru realności. Czasami oszukiwała w ten sposób swoje zmysły – przed rozpoczęciem gry, której akcja działa się w lasach rozpylała w pokoju odświeżacz „sosnowa świeżość", a podróżując po wirtualnej pustyni dbała o to, aby w pokoju temperatura nieco przewyższała tę komfortową, zaś wilgotność była nieco niższa niż powinna. To pomagało chociaż na chwilę odciąć się od świata zewnętrznego i jego problemów. Niestety w ostatnich dniach podobne zabiegi nie odnosiły wielkiego skutku ze względu na Aftona, którego obecność nieustannie przypominał jej o minionej grozie. Nie, żeby go obwiniała o to, co to, to nie. Widok szaleńczo uśmiechniętego, cyfrowego królika stanowił jedną z niewielu rzeczy, które zawsze podnosiły ją na duchu. Jednak z podrasowanych zewnętrznymi doznaniami, wirtualnych przygód musiała przerzucić się na coś innego. Na coś, co niemal od zawsze zdawało się spalać jej problemy i troski. Na ogień, którego cyfrowe języczki tańczyły na knotach splecionych z komputerowego kodu. Tak prawdziwe... Jeszcze prawdziwsze niż zwykle za sprawą charakterystycznego zapachu tanich, aromatyzowanych świec. Oczywiście wolałaby wypełniony jaskrawymi płomieniami kominek oraz woń płonącego drewna, jednak ojciec nie byłby zachwycony, gdyby rozpaliła na środku pokoju ognisko. Zarówno on jak i Fred z trudem tolerowali świece, lecz póki nie było żadnych wypadków, zezwalali na tę formę terapii antystresowej.

Afton jak zwykle siedział w fotelu. „Swoim fotelu" jak myślała o nim w myślach. Nie miała bladego pojęcia, dlaczego ZAWSZE materializował się akurat tam. Owszem, sama zwykle trafiała na łóżko, jednak nie stanowiło to reguły. Po prostu program generował ją we względnie losowym miejscu na podstawie tego, o czym myślała i jak się czuła. Owszem, „pobudki" w cyfrowym świecie na łóżku stały się dla niej swego rodzaju nawykiem, dlatego też tam najczęściej się pojawiała. Jednak w przypadku Aftona-Glitchtrapa nie potrafiła sobie przypomnieć chociażby jednego zamanifestowania się poza fotelem. Zupełnie jakby ten był jego... Portem? Niezwykle interesująca kwestia dla kogoś interesującego się programowaniem... Czy też w tym przypadku programowaniem, psychologią i sprawami paranormalnymi.

- Całkiem przyjemny początek dnia – Glitchtrap mruknął łagodnie, nieco rozciągając się w fotelu. – Chociaż pogoda niekoniecznie. Nigdy nie widziałem takiej mgły, mimo że przez krótki okres czasu, jeszcze jako kawaler, mieszkałem w pobliżu bagien. Nie mam pojęcia, co narobiliście, ale odkąd tu jestem, pogoda pokazuje coraz ciekawsze oblicza.

- Co narobiliśmy. Cały proces obejmował również pana czasy, te wszystkie kopcące samochody, fabryki i tak dalej – mruknęła. – W każdym razie, dzięki mgle mamy trochę odpoczynku od mojego ojca. No i Freda. W takie dni wszystko jest sparaliżowane, więc wątpię, żeby ojciec miał dla niego jakieś zadania. Dlatego chciałam się zapytać, czy chciałby pan użyczyć na nieco dłużej ciała. Różnicy w naszych zachowaniach nikt nie zauważy, a życie na bezwolnego pasażera pewnie powoli robi się dla pana meczące.

- Ujmę to tak... Z chęcią wyszedłbym gdzieś, pospacerował, ale w tej mgle to chyba nie najlepszy pomysł. A kolejne kółko wokół domu raczej mija się z celem. Przyznaję, że zwykle jestem za nieco bardziej aktywnymi zajęciami i dawkami świeżego powietrza w sporych ilościach, ale tym razem lepiej będzie zostać tutaj.

Westchnęła ciężko. Oczekiwała innej odpowiedzi. Miała nadzieję, że mężczyzna tymczasowo przejmie odpowiedzialność za ich wspólne działania i zdejmie z jej barków nieco odpowiedzialności. To, do czego doprowadziła angażując się w eskapadę z Trish, sprawiło, że miała dość dokonywania jakichkolwiek wyborów. No i w sporej mierze straciła zaufanie do siebie i swojego chłodnego osądu. Wtedy podjęła tyle złych decyzji, z których każda mogła sprowadzić zgubę zarówno na nią jak i Aftona...

Naprawdę wolała, aby William przejął pałeczkę. Przynajmniej tymczasowo. Owszem – nie znał obecnych czasów, dopiero uczył się orientować w tych wszystkich technicznych nowinkach, powszechnej elektronizacji i cyfryzacji, ale może o to chodziło? O to, aby na to wszystko, na to całe gówno, spojrzał ktoś z zewnątrz? Może właśnie świeże, nieobeznane spojrzenie laika zaowocowałoby jakimiś świeżymi, a nade wszystko skutecznymi pomysłami i rozwiązaniami.

- Czyli zostajemy tutaj... - mruknęła pod nosem, a jej spojrzenie mimowolnie powędrowało do wirtualnej tablicy korkowej i rozmieszczonej na niej mapie myśli... Czy też mapie zbrodni, jak ją coraz częściej nazywała.

Westchnęła ciężko. Napracowała się tworząc ją, ściągając plany podziemi, budując strategie awaryjne i wszystko na nic... Krew w piach, bo nadal nie potrafiła się pozbyć pieprzonego nadajnika.

A może by zasięgnąć języka u dilerów, którym sprzedawała substraty do syntezy prochów? Może oni znali kogoś, kto...

Nie. To głupie. Znali czy nie znali, wszyscy wiedzieli, kim jest. Tak, kupowali od niej podprowadzone ze szkoły chemikalia, ale wysyłanie córki owianego złą sława prokuratora pod nóż jakiegoś rzeźnika lub lubiącego sobie nielegalnie dorobić weterynarza stanowczo wykraczało poza zakres „rozsądnego, kalkulowanego ryzyka". Poza tym nie chodziło tylko o same usunięcie urządzenia. Trzeba było je podmienić na inne, niesprawne, a te działające szybko zabezpieczyć, aby nie nadało sygnału awaryjnego, a połączenie z nim się nie zerwało. To wymagało zasobów, lekarza dysponującego pewną finezji i kreatywnością oraz „wolnej" kasy, aby go opłacić. Obecnie żadnej z tych rzeczy nie posiadała.

- Ja też nie wiem, co robić – odezwał się ni z tego ni z owego Afton. Spojrzenie pozbawionych głębi, cyfrowych oczu zdawało się przewiercać ją na wylot, a głos przepełniała łagodna troska. – Tak, jak kompletnie nie miałem pojęcia, co robić wtedy. Właściwie to niemal spanikowałem. Jako człowiek, a potem to cholerne robo-zombie przywykłem polegać na swej sile. Jako cyfrowy byt nauczyłem się rozumieć strumienie informacji, łamać je i wykorzystywać. Zostałem czymś w rodzaju mocarnego wirusa i na tej mocy opierałem się, usiłując nie spaść w otchłań. Znowu teraz... Jestem osadzonym w obcej rzeczywistości współlokatorem niezbyt silnego fizycznie, będącego pod niemal nieustannym nadzorem ciała i naprawdę niezbyt potrafię sobie radzić w tej sytuacji. Gdyby nie ty, już dawno bym przepadł. Dlatego nie miej do siebie pretensji o to wszystko i nie naciskaj na siebie. To w niczym nie pomoże.

Niemal się wzdrygnęła. Owszem, Afton był najbliższą jej osobą, wiedział o niej więcej niż ktokolwiek inny, ale to z jaką łatwością w niej czytał... Zupełnie jakby była otwartą książką. Napisaną dużą, wyraźną czcionką, prostym językiem i dostępną we wszystkich możliwych tłumaczeniach.

- Czyli oboje jesteśmy bezradni – burknęła kręcąc się niespokojnie na łóżku. – Niezbyt mnie to pociesza.

- Tymczasowo bezradni, co nie znaczy, że to się nie zmieni. Musimy być uważni i wypatrywać okazji, bo te prędzej czy później się pojawią. W każdym razie, nie zamierzam się poddać, zarówno ze względu na siebie, ciebie jak i innych – oświadczył stanowczo. – To dopiero pierwsze niepowodzenie... Znaczy pierwsze poważniejsze. I tak już wiele osiągnęliśmy. Gdyby to był film, już dawno tkwilibyśmy w ogniu wydarzeń i kroczyli ku szczęśliwemu końcu historii, ale życie nie jest filmem. Tu niczego nie dostaje się na zawołanie. Nie wynajduje się szczepionki na śmiercionośnego wirusa w kilka miesięcy, nie rozpracowuje siatki terrorystycznej w kilka dni, nie zapobiega inwazji obcych w kilka godzin.

- Przypominam, że mamy ograniczony czas.

- Nigdy o tym nie zapominam, ale kiedyś słyszałem od pewnego Polaka powiedzenie „wyżej dupy nie podskoczysz" i to jedna z tego typu sytuacji.

Westchnęła. Tak, Afton miał rację – doskonale o tym wiedziała. Niestety wiedzieć o czymś, a czuć to, to dwie różne rzeczy. Wrażenie beznadziei, które od samego rana odsuwała od siebie drobnymi przyjemnościami opadło na nią jak wzbity w dawno nie sprzątanym pomieszczeniu kurz.

Glitchtrap spojrzał na nią z troską... I jakąś taką dziwną czułością.

- Może zajrzymy do „World Adventures"? – zasugerował. – I zaprosimy do gry Tima? Ostatnio widziałaś się z nim przed tą całą awanturą, jeszcze trochę i zrobi się marudny. Przy okazji poprawi ci humor i przez chwilę będziesz myśleć o czymś innym. Zresztą, kiedy biega w kółko w tym stroju, pszczoły to trochę trudno myśleć o czymkolwiek poza nim, nawet jakby się chciało... No i musimy podpytać go o to, co z tymi informacjami, o które go prosiliśmy, prawda? Połączymy przyjemne z pożytecznym.

Szczerze powiedziawszy, nie chciało jej się biegać po jaskrawym światku Fazbear Entertainment. Gra wymagała skupienia, strategicznego myślenia i refleksu, a obecnie Coleen czuła się wyżęta psychicznie i niezdolna do jakiegokolwiek wysiłku umysłowego. Jednak wiedziała, że Afton będzie nalegał, jeżeli odmówi, a w dodatku miał rację co do Tima. Jeżeli zerwie kontakt z komputerowcem na dłuższy czas, ten się znowu obrazi. Nie wspominając o tym, że NAPRAWDĘ powinna podpytać go o to, czy nie znalazł jakichś poszlak. Może wtedy WRESZCIE ruszą z miejsca.

Poza tym... Cóż, Afton mógł sobie mówić, co chce, ale wiedziała, że naprawdę lubi rozgrywki z Timem. Programista stanowił ucieleśnienie pozytywnego chaosu, zawsze potrafił podbudować na duchu, a „World Adventures" u jego boku zakrawało za najlepszą grę dekady. Jednym słowem długouchy się wciągnął równie mocno jak ona i to mimo tego, że przez większość czasu musiał udawać postać NPC. Nie miała serca odbierać mu tej odrobiny radości. W końcu i on ostatnio przechodził dość ciężki okres...

Właściwie ciężkim okresem można by nazwać większość jego życia. Jej podobnie.

Wzdychając, bez słowa skinęła głowa i otworzyła okno komunikatora, wysyłając Timowi zaproszenie do gry. Miała przy tym cichą nadzieję, że programista odbębnia zmianę w pizzerii i nie będzie miał czasu. Niestety pełna radości i ekscytacji odpowiedź stanowczo ją rozwiała. Tim nie tylko przyjął zaproszenie do gry, ale zdawał się wyczekiwać na nie – i jak przypuszczała – szybko nie skończy „partyjki".

Zwykle czas online z Timem owocował dobrym nastrojem niezależnie od jej wyjściowego nastawienia. Miała nadzieję, że tak będzie i tym razem, bo naprawdę czuła się... Przytłoczona.

Parę wirtualnych poleceń później, jak wiele razy wcześniej, stała wraz z Aftonem pośród irracjonalnie zielonej, upstrzonej kolorowymi kwiatami łąki. Na niemożliwie błękitnym niebie świeciło żółtawe słońce, a wokół tańczyły wielkie, kolorowe motyle. Na początku miała problemy z przyzwyczajeniem się do przerysowanej i – co ważniejsze – dosłownie przekoloryzowanej scenerii gry, ale teraz...

- Cholera, powoli zaczynam uważać ten widoczek za bardziej normalny, niż świat na zewnątrz. Czy to objaw, że naprawdę zaczyna mi padać na mózg, czy zwyczajnie rzeczywistość jest tak popieprzona, że nawet to – zrobiła szeroki gest – jest przy niej normą?

- Obie opcje się nie wykluczają, chociaż raczej to drugie. Zresztą i ja wolę to niż to, co mamy za oknem. Szkoda, że Neurofast Travel nie jest nieco bardziej realistyczne. Miło byłoby móc znowu pospacerować po lesie, czując zapach igliwia i ściółki. Albo przysiąść nad jeziorem i dać się owionąć bryzie.

- Pewnie tak...

Westchnęła. Zazdrościła Aftonowi tych wszystkich doświadczeń, o których czasem jej napomykał. Wycieczek rowerowych, spacerów nad jeziorami, łowienia ryb w potokach. Sama znała tylko to miasto oraz nieliczne nadmorskie kurorty, gdzie ojciec zabierał ją na wczasy „bo to dobrze wygląda w prasie". Niestety w rzeczonych kurortach zwykle nie miała chwili swobody, musząc ściśle wykonywać polecenia jaśnie pana prokuratora i udawać szczęśliwą panienkę z wyższych sfer. Mało tego, sprawiać wrażenie, że każdą cząsteczką jestestwa wspiera swego – szacownego, stanowiącego wzór wszelkich cnót i powszechnie lubianego – protoplastę. Czasem od sztucznych uśmiechów łapały ją kurcze twarzy. Naprawdę nienawidziła tych wyjazdów, rzygać chciało jej się na samą myśl o nich.

Lasy. Jeziora. Góry. Strumienie. Znała je tylko z wirtualnej rzeczywistości. Niestety wirtualna rzeczywistość nie potrafiła oddać wszystkiego.

„Spójrz na to z jasnej strony. W świecie NVR nie musisz się martwic żądnymi krwi komarami, jadowitymi gadami ani rozpiętymi w najmniej odpowiednich miejscach pajęczynami" – spróbowała pocieszyć siebie, jednak bez większego skutku.

- Co z Timem? Skubany znowu się spóźnia – mruknęła pod nosem, chcąc przerzucić myśli na nieco inne tory.

- Znasz go, lubi wielkie wejścia. – Afton przekrzywił głowę, przypatrując jej się uważnie. Podobnie patrzyli rodzice – normalni rodzice – na swe dzieci, gdy podejrzewali, że coś im dolega. – Poza tym może zdobył potrzebne nam informacje i teraz je na szybko... Przygotowuje? Nie wiem, kompresuje, czy jak to tam się nazywa?

- Akurat przygotowałem sobie wszystko wcześniej. Chodziło głównie o wielkie wejście i zaskoczenie was.

Głos, który rozbrzmiał za nimi, sprawił, że Afton gwałtownie się wyprostował, a ona sama niemal podskoczyła. Popatrzyli na siebie wymownie. Chociaż twarz Glitchtrapa, jak zwykle pozostawała nieruchoma, dla Coleen wyrażała to, co zapewne malowało się na jej własnej. Szok, przestrach, całkowite zaskoczenie. Powoli, bardzo powoli, odwrócili się, aby spojrzeć prosto na wyraźnie zadowolonego z siebie komputerowca, wyjątkowo występującego w swej własnej postaci, a nie jako człowiek-trzmiel.

Coleen kilkakrotnie rozwarła usta, po czym je zamknęła. Przecież nie było ekranu logowania, system nie wygłosił informacji o dołączeniu do gry, zatem skąd tu Tim? Dlaczego nie jest zdziwiony, że Glitchtrap właśnie powiedział to, co powiedział? Dlaczego tak się uśmiecha? Dlaczego...

Nagle zrozumiała oczywiste, a w jej umysł i ciało wypełnił zaprawiony gniewem lęk. Tim Wiedział. Wiedział o Aftonie. Mało tego, wiedział o tym o dłuższego czasu i właśnie, ociekając samozadowoleniem, postanowił ujawnić się z tą wiedzą. Pytanie, czy wiedział jedynie o kwestiach związanym z jej cybernetyczno-mentalnym „pasożytem" czy też i... innych. Tych bardziej niebezpiecznych. W końcu, skoro poznał prawdę o tym, czym czy też kim naprawdę jest Glitchtrap, to mógł też dowiedzieć się, kim jest i co robi jej ojciec, a wtedy...

...wtedy byłby w cholernym niebezpieczeństwie. Wszyscy byliby. Owszem istniała niewielka szansa, że ktoś o umiejętnościach Tima oficjalnie niepowiązany ani z nią, ani z jej ojcem, dałby radę rozwalić prokuratorski klub morderczych faszystów. Niestety musiałby to być ktoś bezwzględny, gotów bez wahania zabić dla dobra sprawy, a komputerowiec... Cóż, „bezwzględny" to ostatnie słowo, którym by go opisała. Jednak to, że nie miałby jaj zabić, nie znaczyło, że nie chciałby pomóc, bo chciałby. I to jak jasna cholera. Nie sposób byłoby go od tego odwieść... I w tym właśnie problem. W końcu piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami, prawda?

- Jak... Skąd... - wydukała, wlepiając spojrzenie w uśmiechniętą buźkę wyraźnie dumnego z siebie mężczyzny.

- Och dwutorowo. Po pierwsze sprawdziłem tą twoją stronę dla młodych detektywów. Cóż, strony tego typu muszą mieć jakieś kopie zapasowe spraw, nawet jeżeli serwer wydaje się wyczyszczony. A w każdym razie powinny. Przynajmniej przez jakiś czas, na wypadek, gdyby coś się wysypało albo ktoś znalazłby dane dotyczące prawdziwej zbrodni i zaczęłoby się robić niebezpiecznie...

Przymknęła oczy, przeklinając samą siebie w myślach. Tak, rozumiała. Rozumiała jak cholera, że dała ciała na całej linii. Mogła przewidzieć, że jeżeli da Timowi coś tyczącego się czegokolwiek związanego z siecią, to ten to sprawdzi z każdej możliwej strony.

-... W każdym razie, odnalazłem te kopie na serwerze-bliźniaku, przejrzałem i zgadnij co? I nic. Nie było twojej sprawy. Mało tego, w danych logowania użytkowników odkryłem, że w ciągu ostatnich czterech miesięcy nie logował się tam nikt z twojej dzielnicy. Znaczyć to mogło tylko tyle, że z jakichś przyczyn, sama zaczęłaś interesować się legendą Fazbeara i nie chcesz, żebym o tym wiedział. To mnie naprawdę zaintrygowało... Tym bardziej, że od razu nasunął mi się na myśl nasz nietypowy, długouchy komputerowy robak – tu puścił oko do Glitchtrapa – dlatego zacząłem grzebać dalej. Konkretnie przeglądać sobie nagrania...

- Nagrania? – zapytała na równo z Aftonem, na co Tim wyraźnie się speszył.

- No cóż... Muszę się przyznać, że byłem trochę niegrzeczny – mruknął, kręcąc młynka palcami. – Ale miałem dobre intencje! No bo wiesz, czasami bywałaś taka nie w sosie, a jednocześnie naprawdę lubisz gry i znasz się na nich... No, tego... Uważałem i w sumie nadal uważam, że gdybyś założyła kanał gejmingowy, mogłoby to pomóc ci się odstresować i zajęłoby cię czymś konstruktywnym, a do tego dorobiłabyś sobie. Ale ty zawsze, że nie, bo ojciec, bo prasa i takie tam. No to chciałem ci pokazać, że się da i to bez większego wysiłku, do tego świetnie się bawiąc i zachowując anonimowość. Że możesz nagrywać odcinki używając nie swojej twarzy, tylko awatara, a potem tylko obrobić materiał i ewentualnie przesłać do mnie, żebym wstawił, jeżeli tak bardzo...

- Do rzeczy – pogoniła go. Musiała mieć naprawdę nieprzyjemny wyraz twarzy, bo Tim natychmiast posłuchał.

- W skrócie to zainstalowałem ci na „World Adventures" robaka. Takiego nagrywającego twoje rozgrywki. Chciałem z nagrań zrobić serię filmików gejmingowych. Podmieniłbym twoją postać na jakiś fajny awatar, pokazał ci...

Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, serce zwalnia, a żołądek ściska niepokój. Tim miał nagrania z tego, co robiła w „World Adventures". W tym z rozgrywek prowadzonych TYLKO w towarzystwie Aftona, kiedy prowadziła z nim te wszystkie rozmowy...? KURWA MAĆ! O czym rozmawiali w trakcie gier? Wspominała o ojcu? A jeżeli tak, to jak często? Czy były to wyrwane z kontekstu wypowiedzi, czy coś, co mogłoby dać komputerowcowi podstawy do podejrzeń?

Zrobiła głęboki wdech na uspokojenie. Niestety niewiele pomógł.

- Podglądałeś mnie – powiedziała tonem tak grobowym, że przez twarz Tima przebiegł wyraz niepewności.

- No tak. Ale w dobrzej wierze! I tylko w „World Adventures"...

„Przynajmniej tyle. Gdyby zajrzał do mojego pokoju..." – pomyślała.

- ... jeżeli w panelu NVR grasz albo oglądasz jakieś... No tego... Dziwne rzeczy dla dorosłych to nic nie widziałem, nic nie wiem, a nawet nie chcę wiedzieć.

Ostatnie słowa komputerowca, wypowiedziane niezwykle poważnym, a do tego pełnym swoistego namaszczenia tonem kompletnie wytrąciły Coleen z rytmu. Pasowały do sytuacji oraz jej obecnego stanu emocjonalnego jak przysłowiowa pięść do nosa. Zająknęła się, nie wiedząc, co powiedzieć... Najchętniej po prostu przywaliłaby mężczyźnie.

- Przeginasz – rozbrzmiał wyraźnie chłodny i ciężki głos Aftona.

William utkwił w Timie spojrzenie fioletowych ślepi, krzyżując ramiona na piersi. Mimo swojej karykaturalnej, króliczej formy obecnie nie wydawał się ani trochę zabawny. Do tego ta para połyskujących, wiecznie rozwartych oczu,...

Jednak komputerowiec wydawał się zupełnie odporny na przekaz, zarówno ten werbalny jak i niewerbalny. Zamiast nieco spasować, się zacietrzewił.

- A wy niby nie?! Tak DŁUGO mnie oszukiwaliście, chociaż wiedzieliście, że mam CHYZIA na punkcie Legendy Fazbeara? No ciebie, Willy, jeszcze mogę zrozumieć, w końcu twoja tragedia to moje życiowe hobby, a to pewnie cholernie creepy z twojego punktu widzenia, ale ty, Coleen? Normalnie nóż w serce! Prosto w moje obwalone cholesterolem serducho! – Z rozmachem uderzył się w pierś, która malowniczo zafalowała. – A wiesz ile trzeba siły, żeby przebić tyle sadła? A wiesz jak to boli? A ty tak bezlitośnie w serce!

Była wściekła, a jednocześnie przerażona. I powoli coraz bardziej rozbawiona, co stanowczo nie współgrało z resztą jej stanu emocjonalnego. To jak Afton gwałtownie się wyprostował, gdy Tim nazwał go per „Willy" było na swój sposób rozbrajające, a cały występ komputerowca niemal uroczy. Dlaczego? Bo z doświadczenia wiedziała, że mężczyzna nie planował ich rozbawić, tylko miał taki styl bycia. Przerysowany, pełen dziwnych gestów i pokręconej bezpośredniości. Jednak nic nie potrafiło stłumić lęku, który czuła. Lęku o to, czego Tim mógł się dowiedzieć. Strachu, że jej największy sekret ujrzy światło dzienne i uśmierci bliską jej osobę. Może nie przyjaciela, bo przyjaciele zwierzają się sobie i wiedzą o większości swych tajemnic, ale na pewno dobrego kolegi.

Po raz kolejny przypomniała sobie, dlaczego tak długo i tak skrupulatnie unikała nawiązywania z kimkolwiek trwałych relacji. Ogarnął ją chłód.

- Szpiegowałeś nas i zawiodłeś zaufanie Coleen – oświadczył lodowato Afton, a w jego głosie pobrzmiewała ocierająca się o groźbę nagana. – Jak na mnie to dużo więcej niż posiadanie własnych sekretów.

Teoretycznie słowa Williama powinny ostudzić zapał Tima, ale tak się nie stało. Owszem, ekspresja mężczyzny nieco przygasła, ale nie jego emocje. Marszcząc brwi, spiorunował spojrzeniem Glitchtrapa.

- Tak, a posiadanie sekretów, których utrzymywanie w tajemnicy naraża życie i zdrowie innych? – zapytał, mrużąc oczy.

Serce Coleen przyspieszyło, a w głowie zakwitła myśl „to już koniec, on wie o wszystkim". Podobnie musiał sądzić Afton, bo zamarł bez ruchu.

- Co masz na myśli? – spytał niezwykle powoli, obserwując Tima, jakby ten miał lada moment eksplodować.

- Jakbyś nie wiedział. Tą całą popieprzoną mafię wciskającą ludzi w kukły. Może nie byliście w czasie gier zbyt wylewni, ale głupi nie jestem i potrafię wiązać fakty. O ile dobrze wszystko zrozumiałem, gdzieś tam w Afton Robotics i Fazbear Entertainment od około siedemdziesięciu lat funkcjonuje sobie banda świrów polujących na bezdomnych, głównie dzieciaki, po to, żeby potem przerobić je na nawiedzone animatroniki... Czy coś w tym rodzaju. W dodatku z każdym dniem, kiedy tutaj tkwisz i nie możesz nic zrobić, ofiar jest coraz więcej. Tymczasem obok masz takiego małego, tłuściutkiego komputerowego geniusza potrafiącego dotrzeć do niemal każdej informacji, która chociaż na chwilę pojawiła się w formie cyfrowej. No ale nie, lepiej siedzieć cicho i pozwolić nadziewać roboty smarkaczami, którzy uciekli z domów, czy tak?

Afton nawet nie drgnął, chociaż sprawiał wrażenie, jakby nagle zwiększył się jego ciężar. Chociaż cyfrowy świat zaburzał między nimi emocjonalną komunikację, Coleen doskonale wiedziała jak ubodły go słowa Tima. Mimo to, nie potrafiła powstrzymać napływającej ulgi – wyglądało na to, że komputerowiec nie wiedział niczego o jej ojcu... A przynajmniej niczego znaczącego. Nie miała pojęcia, czy to dlatego, że na jego nagraniach nie było niczego ważnego, czy dla tego, że ich nie przejrzał dokładnie. Jednak nie zamierzała ryzykować.

- W przeciwieństwie do ciebie miałem przykrość przekonać się, że usiłując coś naprawić można wyrządzić jeszcze większą szkodę – spokojnie, a może nawet zbyt spokojnie odpowiedział William. – Dlatego do wszystkiego staram się podchodzić ostrożnie. W szczególności do angażowania osób trzecich w swoje sprawy.

- A Coleen? Prze...

- Ja byłam koniecznością – przerwała mu. – W sieci raczej nie ma zbyt wielu fanów FNaF'a wykazujących „mentalne pokrewieństwo", czy jak to tam określiłeś, do pana Aftona. I pan Afton ma rację. Nadużyłeś mojego zaufania tym bardziej, że to – tu zrobiła szeroki gest – całą rzeczywistość NVR generowaną za pośrednictwem mojego komputera uważam za swoją przestrzeń osobistą. Jedno z niewielu miejsc, gdzie mój paranoiczny tatusiek nie wściubia nosa, a ludzie wchodzą tylko za zaproszeniem. Dlatego, nim przejdziemy dalej, mam dwie sprawy. Po pierwsze usuwasz wszystkie robale czy inne ustrojstwa z mojego komputera. Po drugie niszczysz nagrania. Może i jesteś największym komputerowym mózgowcem, jakiego znam, a może nawet i największym całym stanie, ale na pewno nie w kraju. Ja znowu wolę nie ryzykować, że informacje o mnie i panu Aftonie wyciekną, bo ktoś zaatakuje ci dysk twardy, zrozumiano?

- Zrozumiano – odparł Tim z powagą. – A...

- Kolejna rzecz. Liczę na to, że nie zainstalowałeś żadnego cybernetycznego świństwa obserwującego, podsłuchującego czy w jakikolwiek inny sposób naruszającego mój wirtualny pokój. I nigdy, PRZENIGDY, tego nie zrobisz. Wyrażam się jasno?

- Jaśniej niż słońce – mruknął, a jego twarz ponownie rozświetlił uśmiech. – A teraz, chociaż wiem, że przegiąłem nieco i takie tam, bardzo chciałbym usłyszeć, o co dokładnie biega z tą całą posraną historią. Bo to, co na chwilę obecną wiem, to bardziej fanfiction niż fakty...

- Nie tutaj. Nie, póki nie zdejmiesz podglądu.

Tim wywrócił oczami i przywołał konsolę poleceń, po to, aby na jej oczach ujawnić wszystkie podrzucone robaki i je skasować.

- Zadowolona?

- Zadowoleni – mruknął Afton, strzygąc króliczymi uszami, na co Tim uniósł brew, uśmiechając się krzywo.

Coleen westchnęła. O ile potrafiła stwierdzić, co mniej-więcej myśli Afton, myśli Tima stanowiły dla niej zagadkę. Puszkę pełną konfetti, kolorowych światełek, kodów cyfrowych, planów strategicznych na wszelkie okazje, lekkiej paranoi... i mnóstwa innych rzeczy, a to wszystko oprawione w niezwykle pogodne usposobienie i ponadprzeciętną inteligencję, która powoli pokazywała pazur. Co prawda odkrycie przez komputerowca jej tajemnicy to w części przypadek, jednak przypomniało jej o dwóch, bardzo ważnej rzeczach, o których zapomniała w stosunku do pozornie niegroźnego mężczyzny.

Po pierwsze, kiedy obserwujesz innych, oni również cię obserwują. Po drugie sam akt obserwacji może zmienić obiekt obserwowany.

Bagatelizując potencjalne zagrożenie ze strony Tima, popełniła pierwszy błąd. Nie przewidując go, drugi. Dlaczego? Bo owa reguła, pierwotnie mająca opisać kwestię błędów poznawczych, doskonale pasowała do stosunków międzyludzkich. Obserwowani zmieniamy swoje zachowania. Dajemy mniejszą bądź większą odpowiedź na sam akt obserwacji, szczególnie, jeżeli jesteśmy go świadomi. Jak to czynimy, zależy od nas samych oraz sposobu w jaki jesteśmy obserwowani. Tim od zawsze patrzył na nią z ciekawością i pogodą podkreśloną iskierką przewrotnej wesołości. Trochę jak wesoły szczeniak. Dlatego też podświadomie, mimo tego jak usiłowała się pilnować, tak go traktowała. Jak coś nieporadnego, radosnego i bynajmniej nie niebezpiecznego. Znowu spojrzenie Aftona kryło zrozumienie, ból, troskę i łagodność. To one na równi ze słowami i częściowo współdzielonymi emocjami, przekonały ją, aby dała mu szansę. Żeby pozwoliła mu pokazać te wszystkie wspomnienia...

- To co? – Tim opromienił ich radosnym uśmiechem. – Gdzie idziemy? Do Nosacza czy może Szalonego Fraka?

Coleen zamrugała zaskoczona i zerknęła na Aftona, który tylko wzruszył ramionami. Oboje nie mieli pojęcia, o czym mówi mężczyzna.

- Nie mówcie mi, że jeszcze nie byliście w żadnej knajpie we Word Adventures! Przecież to jedna z najmocniejszych stron tej gry: najbardziej klimatyczne i różnorodne, NVR czatroomy... Chociaż... W sumie wy nigdy nie graliście w pełni multiplayer, prawda? A to się przydaje głównie, kiedy pozna się online paru fajnych gości i chce się na spokojnie pogadać nie wychodząc z gry. Hm... U Fraka powinno wam się spodobać. Dobra, to chodzie za mną.

Tim dziarskim krokiem ruszył przed siebie, w kierunku wielkiej, króliczej nory pełniącej rolę swego rodzaju portalu. Coleen bynajmniej się to nie podobało. Ostatnie piętnaście minut stanowiło dla niej prawdziwą kolejkę emocjonalną, a teraz jeszcze miała iść odkrywać nowe funkcje pokręconej gry z pokręconym kolesiem, który właśnie obwieścił, że zna jeden z jej dwóch największych sekretów. Bladego pojęcia nie miała, co o tym wszystkim myśleć, jednak jedno wiedziała na pewno – musiała iść za Timem. Mężczyzna zwyczajnie nie odpuściłby. W końcu bez większego trudu mógł zhakować jej komputer, komórkę, a także wszystkie inne urządzenia podłączone do sieci. W efekcie szybko poznałby jej plany, ruchy i tym podobne. Nie miała się przed nim jak obronić, chyba, że powiedziałaby wszystko ojcu. Jednak wtedy los Tima zostałby przypieczętowany, a tego nie chciała.

Wzdychając ciężko, ruszyła w stronę króliczej nory.

Tak... Wobec umiejętności sympatycznego grubaska była całkowicie bezbronna. Traktowanie go jak wesołego szczeniaka ewidentnie się zemściło. Zresztą z każdego szczeniaka prędzej czy później wyrasta pies, a co do psów... No cóż, wiedziała do czego potrafią być zdolne. Powinna o tym pamiętać.

Nagle poczuła dłoń Glitchtrapa na ramieniu.

- Spokojnie. Tim może się okazać właśnie tym, czego potrzebowaliśmy. A nawet, jeżeli przez to wszystko w coś wdepnie... Cóż, zrobi to EWIDENTNIE na własne życzenie – mruknął cicho Afton, tak, aby prowadzący ich ku króliczej norze mężczyzna nie słyszał. – Poza tym, jeżeli skupi się na rozwiązywaniu naszej sprawy, nie będzie wtykał nosa w inne rzeczy... Miejmy nadzieję.

Skinęła głową. Racja. Tim, jako niemal fanatyczny wielbiciel Legendy Fazbeara, powinien bez reszty poświęcić się sprawie Aftona. Może dzięki temu skończy z podpytywaniem o jej relacje z ojcem i przestanie opowiadać o tym, że w końcu powinna zasmakować nastoletniego buntu. Trzeba tylko się postarać, żeby ojciec zbytnio nie wchodził jej w drogę, co mogło stanowić mały problem, przez ten pieprzony nadajnik... Jednak od czego jest kłamstwo? Kłamać akurat potrafiła doskonale.

Tim bez wahania wskoczył do króliczej nory, krzycząc przy tym donośnie „za mną!".

Coleen stanęła na krawędzi przepastnej dziury i spojrzała do środka, wprost w morze nieprzeniknionej czerni.

„Gdy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie" – przypomniała sobie słowa Nietzschego i uśmiechnęła się pod nosem. Od lat wymieniała z otchłanią spojrzenia, a nawet pozdrowienia i zwyczajowe uprzejmości. Rzecz w tym, że ostatnio coraz częściej w nią skakała. Wprost w czarną czeluść Nieznanego.

Zrobiła krok w przód i poczuła jak spada...

Właściwie to spadała nieustannie. Od dnia swych narodzin.

***

William nie potrafił zdecydować czy bardziej jest zaniepokojony, rozbawiony czy sfrustrowany. Pierw przyszło mu się zmierzyć z niespodzianką, jaką zafundował im Tim. Potem... Potem przyszedł czas ten wirtualny bar, czy jak tam to nazwać. Przybytek „U Szalonego Fraka" wyglądał jak coś, co mogłoby się znaleźć w „Alicji w Krainie Czarów", gdyby Dodgson zwykł popalać marihuanę. Asymetryczne meble, krzywe lustra, surrealistyczne obrazy ocierające się zarazem o karykaturę jak i abstrakcję. Mnóstwo zegarów, z których chyba żaden nie pokazywał właściwego czasu, kontrastowe barwy, a do tego sam Szalony Frak. Przypominającą skrzyżowanie Szalonego Kapelusznika i Kota z Cheshire postać posyłała mu zza baru obłąkańczy uśmiech. Naprawdę obłąkańczy. Taki, który w połączeniu z pustym spojrzeniem wychudzonego, cyfrowego kocura mógł dręczyć w snach nawet dorosłego... Szczególnie, gdy ten przejadł się przed pójściem spać. I to właśnie w tym „kojącym nerwy" miejscu miał ponownie zagłębić się w najgorsze wspomnienia, aby opowiedzieć swoją historię tłuściutkiemu, rumianemu z ekscytacji facecikowi.

Usiłując odwlec ten moment, zapytał Tima, czemu uważa wirtualny bar za tak niezwykły. Tyle wystarczyło, aby oczy mężczyzny zapłonęły blaskiem i zaczął opowiadać o czatach i czatroomach NVR, czym różnią się od zwykłych oraz jak bardzo trudna jest ich budowa w sieci wewnętrznej jaką tworzy „World Adventures" po przejściu w tryb MMO. Szczerze powiedziawszy niewiele z tego zrozumiał, ale przynajmniej zdążył zrobić „głębszy oddech" przed przejściem do opowieści. Trudnej opowieści. Tym trudniejszej, że Tim bynajmniej nie ułatwiał mu zadania.

W przeciwieństwie do Collen, William mógł pozwolić sobie na całkowitą szczerość z komputerowcem – w końcu miał mu opowiedzieć jedynie o swej przeszłości. O tym jak trafił do sieci i wydarzeniach, które do tego doprowadziły... Wszystkim, co tak przekłamały te cholerne gry. Mimo to, z raczej oczywistych względów, wolał nie zagłębiać się w szczegóły. Postawił na rzetelną, suchą relację, chociaż zdarzały się momenty, w których mimowolnie głos mu zadrżał. Niestety tyle wystarczyło, aby wywołać u Tima zestaw skrajnych emocji jak oburzenie, zgroza, fascynacja i smutek. Jednak najgorsza w tym wszystkim była empatia mężczyzny. Jego nadwrażliwość. Otóż gdy dotarł do momentu, gdy dowiedział się o śmierci Olivii tłuścioszek kompletnie się rozkleił. Oczy Tima zaczęły zachodzić łzami, broda drżeć, po to aby w końcu ten blisko stukilogramowy, trzydziestoparoletni facet władował mu się na kolana, aby go utulić, celem „udzielenia moralnego wsparcia i przekazania dobrych wibracji". William oficjalnie zakwalifikował tę chwilę jako jedną z najbardziej niezręcznych w swoim życiu i mógł jedynie dziękować sile wyższej, że oszczędziła mu przezywania jej w świecie materialnym. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, jakby to wyglądało...

Mimo to, chociaż nie przyznawał się do tego przed samym sobą, gest mężczyzny autentycznie dodał mu nieco otuchy. William urodził się i wychował w świecie rządzonym przez stereotypy, gdzie mężczyzna musiał być „męski". Silny, nieokazujący słabości, nie płaczący, a przynajmniej nie publicznie, nie żalący się nikomu. Dość oszczędny w gestach. Mający zezwolenie jedynie na przytulanie żony, dzieci, matki i ewentualnie psa. Tymczasem każdy tego potrzebuje. Chwili, aby bezkarnie okazać słabość. Łez. Bezpieczeństwa cudzych ramion. Odrobiny wsparcia, dotyku i ciepła. Nie tylko od żony, nie tylko od dziecka, ale też od przyjaciela czy nawet kogoś obcego kierowanego zwyczajną, ludzką życzliwością. Jako dziecko zwykł wypłakiwać smutki pierw w fartuch matki, a potem ciotki, znowu z wiekiem... Cóż fartuch znikł, chociaż problemów, smutków i goryczy przybyło. Owszem, mógł polegać na żonie, przynajmniej póki nie zachorowała, ale brakowało mu... Brakowało mu poczucia bezpieczeństwa. Akceptacji. Tego, co czuł półleżąc na kolanach ciotki, opowiadając jej o swoim koszmarnym dniu w szkole, o swych nadziejach, lękach i obawach.

Dorosłość w połączeniu z schematami i szufladkami, do których ludzie tak chętnie wpychali siebie nawzajem, okradła go z tak wielu rzeczy... Jak wielu przed nim oraz po nim.

W końcu uwolnił się z objęć Tima i mógł dokończyć opowieść. Oczy blondyna parę razy zaszkliły się, gdy opowiadał o wydarzeniach z pizzerii-pułapki, jednak tym razem obyło się bez napadu czułości. Na szczęście. Kiedy w końcu skończył i udzielił odpowiedzi na liczne pytania mężczyzny, swoją opowieść podjęła Coleen. Miała niełatwe zadanie. Musiała ominąć tyle spraw, tyle pozmieniać. Stworzyć nową historię nie uwzględniającą tego, kim naprawdę jest jej ojciec oraz wypadku z magazynem... A to wszystko płynnie, bez zająknięcia, tak, aby Tim nie miał żadnego „ale".

Wywiązała się z zadania perfekcyjnie. Nie zdziwiło to Williama – w końcu kłamała i oszukiwała od lat, udając że potwór, z którym mieszka, to kochający i czuły ojciec. Jednak kunszt, z jakim wyjaśniła sprawę nadajnika, tego dlaczego jest tak bardzo kontrolowana przez prokuratora, zasługiwał na uznanie. Nastolatka bez trudu połączyła historię pożaru w swoim domu, porwania syna jednego z byłych burmistrzów, śmierci babki i paru pomniejszych afer w piękny, uwiarygodniający opowieść kolarz. A opowieść była równie prosta, co przekonująca i prawdopodobna. Otóż za wszystkie te nieszczęścia mieli być odpowiedzialni posiadający powiązania mafijne polityczni przeciwnicy ojca. Dlatego Lesinsky, po zabójstwach swojej żony, matki i porwaniu małego Marvina Glassa, dostał obsesji na punkcie bezpieczeństwa swojej „jedynej, ukochanej córeczki". Dlatego też kontrolował Coleen na każdym kroku, a nawet, w akcie desperacji, po tym jak pewnego razu wyjechała bez słowa na dłuższą wycieczkę, wszczepił jej nadajnik lokalizacyjny, aby móc ją zawsze odnaleźć.

Historia brzmiała na tyle wiarygodnie, że Tim nie tylko dał się oszukać, ale zaczął współczuć prokuratorowi. Nawet wspomniał, że chyba niesprawiedliwie go oceniał. Gdy William to usłyszał, naprawdę ucieszył się, że twarz Glitchtrapa jest pozbawiona mimiki, bo w przeciwnym razie... Cóż, powiedzmy, że utrzymanie pokerowej miny stanowiłoby dla niego pewne wyzwanie. W każdym razie, Coleen nie tylko stworzyła alternatywną wersję wydarzeń, ale też uwiarygodniła obraz Lesinskego jako dobrego, chociaż nieco paranoicznego ojca. Tyle powinno wystarczyć, aby komputerowiec nadmiernie nie węszył wokół niego.

- Posrane to wszystko jak fabuła "Mody na sukces" – koniec końców podsumował Tim, przeczesując palcami jasne włosy. – Jakoś lżej się to wszystko odbierało w przekłamanej wersji... i nie znając nikogo, kogo bezpośrednio to dotknęło.

William zabębnił szczupłymi palcami wirtualnego królika w połyskujący blat stołu, spoglądając na nieco bardziej ponurego niż zwykle mężczyznę... Czy też raczej chłopaka, bo tak właśnie wyglądał Owens i takie zdawał się mieć podejście do życia. Zazdrościł mu tego.

- Może teraz TY opowiesz, czego się dowiedziałeś? – zasugerował. – Chyba, że twoje rewelacje były jedynie wabikiem?

- Willy...

- Błagam, nie nazywaj mnie tak

-... nawet gdybym nic nie wiedział i tak mógłbym was przycisnąć, żebyście mi wszystko powiedzieli. Mam nagrania. Ale przyjaciele nie posuwają się do szantaży... A przynajmniej nie często – puścił do niego oko, a okrągłą twarz przyozdobił uśmiech, który jednak szybko stopniał. – Tak, dowiedziałem się paru rzeczy, ale po tym co od was usłyszałem, żałuję, że nie brnąłem w to trochę głębiej. Chociaż, z drugiej strony, nie wiedząc tego, co wiem teraz i tak nie wiedziałbym za czym się rozglądać... A mógłbym niechcący wzbudzić alarm. Tak, to byłoby kiepskie.

Na twarzy komputerowca pojawił się wyraz skupienia, a on sam odchylił się na wirtualnym krześle i wbił zamyślone spojrzenie w sufit.

William czekał na jakiś ciąg dalszy, jednak ten nie nastąpił. Zdziwiony spojrzał na Coleen, która tylko wzruszyła ramionami.

- Ej, TIM! Jesteś tam, czy coś się przywiesiło? – zawołała, nachylając się ku mężczyźnie i machając mu dłonią przed twarzą.

Owens wzdrygnął się i szybko wyprostował, intensywnie przy tym mrugając.

- Sorka, sorka, sorka. Odpłynąłem trochę we własne myśli i zagrzebałem się w plikach. Na czym stanęliśmy?

- Miałeś powiedzieć, czego się dowiedziałeś.

- A no tak... - Tim zabębnił w blat stołu, marszcząc brwi. – Wirtualne bary mają tę wadę, że nie można sobie zamówić pikantnych orzeszków do zajedzenia problemów. I soczku na popitkę.

- Zgadzam się, ale do rzeczy – ponagliła go Coleen.

Mężczyzna westchnął ciężko, oparł łokcie o blat, i splótł dłonie, na których z kolei wsparł podbródek.

- Cóż, sprawdziłem dokładnie historię związaną z rezydencją Aftonów, jeżeli tak to mogę nazwać...

William skinął głową, na znak zgody. Po prawdzie nigdy nie określiłby swojego domu mianem rezydencji, bardziej leśnej chatki na sterydach, ale niektórzy nazywali rezydencjami nawet swoje mieszkanka rozmiarów schowka na szczotki.

-... i ostatnie jej ogniwo jest same w sobie łańcuchem. Dość pokręconym. Ale zacznijmy od początku. Po twojej oficjalnej śmierci, William, dom blisko siedem lat przebywał w prywatnych rękach niejakiego Jamesa Hamiltona. Z tego, co sprawdziłem, Hamilton mocno przebudował i unowocześnił instalację elektryczną oraz wodociągową domu, przeprowadził tez generalny remont piętra. Potem zbierał pieniądze na remont poddasza oraz metamorfozę działki, zamierzając stworzyć wokół budynku coś na wzór łąkowo-leśnego ogrodu krajobrazowego inspirowanego stylem angielskim...

- Wystrój domu oraz planowane przeróbki są interesujące, ale raczej nie związane z naszym problemem – zauważył William, zastanawiając się jednocześnie, czy Tim zawsze tak krąży wokół tematu. No i jeszcze nad jedną rzeczą... - Swoją drogą jak do tego dotarłeś?

- Facet prowadził blog o wystroju i takich tam, a w Internecie nic nie ginie. No i to jest ważne, bo nie wygląda na to, jakby facet zamierzał się rozstawać z domem, prawda? Miał swoje plany, wsadził w chatę mnóstwo kasy. No i nawet parokrotnie wspominał na blogu, że odrzucał oferty kupna. Jakoś nagle zmienił zdanie, gdy jego psa potrącił samochód, żona podtruła się grzybami, a w firmie jego brata nawaliła elektryka wzniecając, na szczęście niegroźny, pożar. W tedy też sprzedał dom Michaelowi, musze to przyznać, za całkiem pokaźną sumkę.

Czyli Mike zastraszył byłego właściciela domu, naraził jego bliskich na niebezpieczeństwa, a nawet zabił mu psa, po czym usiłował zagłuszyć sumienie pieniędzmi. Pasowało to do niego. Najpierw wchodził w szkodę, którą później usiłował nieudolnie naprawić... Niekoniecznie z pozytywnym skutkiem. Analogia do wypadku Normana, była aż zbyt wyraźna.

- Cudownie... Mój syn nie dość, że jest psychopatą, to jeszcze stosuje metody godne pospolitych gangsterów. W dodatku z wiekiem niczego się nie nauczył – mruknął bardzie do siebie niż do Tima.

Wiedział, że z czasem dowie się mnóstwa o wiele gorszych rzeczy od Mike'u niż to, jednak każdy zły uczynek syna bolał go. Owszem, zdawał sobie sprawę z tego, że wychował potwora i znał ogólnikowy obraz tego, do czego ten doprowadził przez te wszystkie lata, jednak detale... To one najbardziej działały na wyobraźnię i poruszały duszę.

- No cóż, przykro mi, ale raczej tak – zgodził się dość zdawkowo Tim , co kontrastowało z jego mającym ledwie chwilę temu popisem wrażliwości. – Idąc dalej, dom przejął Mike. Zamieszkał tam z żoną i synem, niedługo potem pojawiła się córka. Dalszy ciąg jest dość przykry. Prasa nie rozpisywała się o tym nadto, bo Fazbear Entertainment jak i sam Michael dbali, żeby sprawa została wyciszona, ale mała Elizabeth zaginęła. My wiemy, co się stało, ale oficjalna wersja wyglądała nieco inaczej. Mike przekazał policji, że jego córkę porwano. Niby wracał z pracy w towarzystwie małej, byli razem na parkingu przed „Światem Pizzy Circus Baby", ładował do bagażnika jakieś graty, układał je, a gdy się wyprostował i rozejrzał, dziewczynka rozpłynęła się w powietrzu. Trzeba mu przyznać, że napracował się nad urealnieniem tej historyjki. Mało tego, mimo ciszy medialnej, która mogła nieco dziwić, bo zwykle fotografie zaginionych dzieci są publikowane wszędzie, gdzie to możliwe, rozkręcił wielkie śledztwo. Poszukiwania pełną gębą. No i usprawiedliwiał ciszę medialną tym, że prawdopodobnie Elizabeth porwał jakiś świr, mający mu za złe te wszystkie gry na podstawie „zaginięć" z pierwszej restauracji Freddy'ego Fazbeara. Stwierdził, że gdyby wieść się rozniosła, porywacz mógłby uzyskać wsparcie. Swoją drogą, dziwi mnie, że potem, jak wydał „FNaF: Sister Location", gliny nie zdziwiły się, że zrobił grę o śmierci własnej córki. Chociaż, biorąc pod uwagę, że nie miał podobnych oporów z Normanem, a ze swojego ojca zrobił seryjnego zabójcę...

Rozbrzmiało donośne chrząknięciem, którego źródłem była Coleen. Siedziała z rękoma skrzyżowanymi na piersi, przyglądając się wymownie Owensowi, a jej spojrzenie wyraźnie stwardniało. William, uśmiechnął się... Znaczy uśmiechał się nieustannie, czy też raczej robiła to twarz Glitchtrapa, jednak tym razem nie czynił tego jedynie fizycznie, czy też raczej wirtualnie. Owszem, to co powiedział mężczyzna, sprawiło, że zaprawiona poczuciem winy i smutkiem gorycz, od dziesięcioleci ciążąca mu na duszy, uniosła łeb, jednak nie zabolało. Nie tak naprawdę. Miał czas, aby zaakceptować rzeczywistość. W każdym razie, o wiele większe wrażenie niż podsumowanie kontrowersyjnego podejścia Mike'a do marketingu, zrobiła na nim reakcja dziewczyny. Zależało jej na nim. Wiedział, że Coleen mu ufa i go lubi, jednak jak dotąd nie okazywała mu troski, a przynajmniej nie tak wyraźnie jak teraz. To było jak ciepło słońca na zmarzniętej skórze.

Mimowolnie cofnął się myślami do przeszłości. Troska... Olivia i Norman nie raz, gdy widzieli, że jest przygnębiony lub smutny, pytali go o powód i usiłowali pocieszyć. Na różne sposoby. Robiąc herbatę, przynosząc swoje łakocie, przytulając się i mówiąc miłe słowa. Mike nigdy... A przynajmniej nie po tym, jak choroba jego matki się zaostrzyła. Za to często patrzył na niego z wyrzutem. Znowu po tym jak Jenny zginęła...

- Zagalopowałem się? – głos Tima wyrwał go z zamyślenia.

- Trochę – burknęła nastolatka. – Staraj się trzymać faktów i nie iść w jakieś głębsze przemyślenia... No chyba, że coś wniosą do sprawy.

- Ja zawsze coś wnoszę do spraw, z którymi mam styczność. Wszystkich – oświadczył z wyższością Tim, celując w Coleen palcem, po czym przeciągle chrząknął. – No dobra, to na czym to skończyłem... A tak. Elizabeth oficjalnie „zaginęła". Mike musiał się pozbyć ciała, bo nigdy go nie znaleziono. Jego żona, Yvonne, przypłaciła to wszystko załamaniem nerwowym, które przerodziło się w przewlekła depresję. Podobno wpadła w alkoholizm. Pijana nie raz kręciła się wokół pizzerii, usiłując wejść do środka, żeby poszukać swojej córeczki „która musiała tam przecież gdzieś być". No i w sumie z tym, że Elizabeth tam jest to miała rację... Trochę upiorne to-to. W każdym razie, obsługa nie wpuszczała jej, a jeżeli Yvonne nie chciała odejść, wzywała policję. Zwykle jednak Yvonne odpuszczała i wracała do domu. Najczęściej taksówką, ale podobno nie raz ani nie dwa wsiadała pijana za kierownicę. Dlatego nikogo nie zdziwiło, kiedy pewnego wieczora, pędząc sto na godzinę uderzyła w drzewo... Pytanie tylko, czy to na pewno był wypadek. W każdym razie zginęła na miejscu. Dwa lata później Mike junior dał dyla, uciekając od ojca, a trzy lata po jego ucieczce zniknął sam Michael. No i tu zaczyna się robić ciekawie. Otóż Mike zapłacił z wyprzedzeniem rachunki za dom na wiele lat w przód. Dlatego dom był jego własnością jeszcze ponad dekadę nim oficjalnie uznano go za zmarłego. Co dziwniejsze, przez owe dziesięć lat policja dość regularnie patrolowała okolice domu Mike'a, przepłaszając buszujących w pobliżu nastolatków i nadgorliwych fanów FNaF'a, którzy po paru latach sobie odpuścili wycieczki w tamtejsze okolicy. Przynajmniej do czasu wydania nowej, odświeżonej edycji gier. Kiedy w cyberprzestrzeni pojawiła się pierwsza, FNaF-owy szał rozpoczął się na nowo, a wokół domu zaczęły kręcić się grupy przyjezdnych. Właśnie wtedy dom został kupiony przez jakiegoś nieznanego nikomu, utajnionego kolesia, a wokół samego domu zaczęły się pojawiać pułapki. Bycie fanem to jedno, a utrata stopy w zastawionym przez jakiegoś świra potrzasku na niedźwiedzie to drugie, więc ludzie odpuścili sobie. Zarówno FNaF'owicze jak i miejscowe rozrabiaki... W sensie, że nikt nie wchodził za ogrodzenie, a potem nie przekraczał linii, gdzie to kiedyś się znajdowało. Sam dom nie raz oglądano z bezpiecznego dystansu, szczególnie, że jakiś koleś z sąsiedniego miasta otworzył coś w rodzaju muzeum FNaF'a, więc było tak-jakby po drodze. W każdym razie ludziska zaobserwowali, że wokół domu, znaczy za ogrodzeniem i na jego schodach, w miarę regularnie pojawiają się ślady butów, a w okolicach bramy odciski opon zwykle o jednym i tym samym bieżniku. Nigdy nie udało się zaobserwować, kto konkretnie je zostawiał. Byli ludzie usiłujący robić foto pułapki i zostawiać kamerki, ale nic to nie dawało. W końcu dali sobie spokój, a dom, mimo bliskości muzeum, powoli poszedł w zapomnienie. Natomiast, co do samego byłego właściciela... Cóż, tu historia robi się dość ciekawa. Jest nim dość majętny sadownik, który przed zakupem rezydencji Aftonów dysponował jedynie niedużym kawałkiem ziemi i paroma uschniętymi jabłonkami. Uratował go jednak ogromny przelew od producenta soku jabłkowego, u którego sobie dorabiał. Rekompensata za jakiś-tam wypadek w trakcie pracy. Rzecz w tym, że koleś nie przesiedział nawet dnia w szpitalu. Mało tego, pracodawca gościa należał do jednego z przetwórców Good Products Good Food company, czyli jednego z głównych dostarczycieli produktów spożywczych do fazbearowych pizzerii. Wątpię, żeby właściciel domu w ogóle wiedział, że nim był. Pewnie dostał kupę kasy za samo złożenie podpisu i resztą się nie przejmował. Dlatego też nie przejmował się dostarczanymi do zapomnianej skrytki pocztowej napomnieniami płatniczymi i innymi takimi, które pojawiły się trzy lata po zakupie. W końcu dom uległ zadłużeniu, przejął go komornik i... Ten przeszedł na własność miasta, zamiast zostać zlicytowany. Powodem miały być jakieś nieoczekiwane problemy własnościowe. Stąd też wysoka cena posiadłości. Większość sumy to kwota mająca w przyszłości pokryć ewentualne roszczenia. Swoją drogą, nie muszę chyba wspominać, że w tym czasie w magistracie pracował prawnik powiązany z fundacją związaną długim łańcuchem zależności z Afton Robotics?

William westchnął. Tak, to wszystko miało sens. Przynajmniej dla kogoś siedzącego w tej popapranej sprawie. Dla osoby z zewnątrz historyjka pewnie brzmiałaby jak bełkot zwolennika teorii spiskowych chcącego na siłę połączyć rozmaite fakty. Najzabawniejsze, że Tim tylko rozpisał nieznaną mu do tej pory, nienadnaturalną część historii. Tę najnormalniejszą. Kiedy znów dodać do tego całą resztę...

- Nie dotarłeś do żadnych konkretnych osób, nazwisk? – zapytał.

- Do osób nie... Tego sadownika nie liczę, bo koleś raczej totalnie o niczym nie ma pojęcia. Zresztą to podobno jakiś jabłkowy świr, jeden z takich co wiedzą wszystko o wszystkich odmianach jabłoni oraz samych jabłek, a nawet o wszystkim, co można z jabłka zrobić... a resztę świata mają za jakąś abstrakcję. Ma nawet ksywę Pan Jabłuszko, czym się zresztą szczyci. I fazbearowskie pizzerie też, bo te wszystkie jego jabłka podobno ekologiczne, zdrowe i jakieś tam. Na stronie nawet mają informację „nasze jabłka bierzemy od Pana Jabłuszko". Ciekawe, czy kiedy zaczynali ten przekręt, spodziewali się, że...

- Tim, ja cię lubię naprawdę. Te twoje poboczne konkluzje też, ale dziś idziemy w konkrety – napomniała mężczyznę Coleen.

- A no tak. Tego... No więc nie, do osób nie dotarłem. Znaczy mam nazwiska, ale każdy z tych ludzi odwalał tylko niewielki wycinek roboty, zaś ci mogący mieć szerszy obraz całości, jak na przykład prawnik z urzędu miasta, poznikali... Niekoniecznie zostali zniknięci na amen przez kogoś, tylko raczej pozmieniali tożsamości, dostali kupę kasy i żyją sobie gdzieś wygodnie. Poza tym, nawet jakbym cudem ich odszukał, to raczej nie możemy im wbić na chatę, prawda? Nie mamy jak ich przycisnąć...

Cóż, William miał co do tego odmienne zdanie. Po uzyskaniu własnego ciała, z chęcią odwiedziłby tego i owego i dosłownie wytrząsł z niego potrzebne informacje. Na przykład z tego pieprzonego prawnika. Jednak tymczasowo musiał przyznać rację Timowi – nie zamierzał podejmować jakichkolwiek działań, w szczególności tych mogących narazić Coleen. Wystarczało, że usiłując mu pomóc biedactwo wplątała się w tę akcję z magazynem.

-... a oni sami z siebie śpiewać nie będą, chyba że pod prysznicem. Ale trochę pohakowałem, trochę pomachlojowałem i udało mi się prześledzić drogę forsy oraz utworzyć sieć powiązań na podstawie tego z jakimi filiami Afton Robotics oraz Fazbear Entertainment miały kontakt pionki maczające w tym wszystkim paluchy. Można powiedzieć, że znalazłem „węzły". W tym jeden dość interesujący, bo obejmujący od lat zamkniętą pizzerię położoną niedaleko filii Afton Robotics. Jeżeli chodzi o resztę, to trochę tego jest. Zresztą zaraz prześlę wszystkie dane, będziesz potem mogła wszystko na spokojnie przeanalizować.

William cierpliwie patrzył, jak Tim wywołuje wirtualną konsolę i inicjuje przesył informacji. To zabawne, ale chociaż sam stanowił swego rodzaju program, jeden wielki plik z duszą i przeżył dekady w cyberprzestrzeni, nadal fascynował go postęp technologii. Musiał przyznać, że mimo swojego położenia, pierwotnie był niechętny temu wszystkiemu. Inwigilacja, kamery na każdym rogu, dzieciaki i dorośli z nosami w telefonach, podpinający się na całe dnie do konsoli NVR i żyjący wirtualnie zamiast naprawdę. Jednak teraz... Cóż, zaczynał powoli rozumieć, że to, co prawdziwe jest w sporej mierze kwestią percepcji i nie można spychać doświadczeń z światów NVR do kategorii „nieistotne bzdury" czy też „strata czasu". Poza tym... Na przykładzie Coleen, a przez to i własnym, przekonał się, że czasem, gdy materialna rzeczywistość pokazuje swe najgorsze oblicze, cyfrowy świat jest przyjemną alternatywą. Owszem, może rzadko kiedy pomaga rozwiązać problemy, ale przynajmniej pozwala chociaż na chwilę o nich zapomnieć. Daje upragnione wytchnienie.

- A co z rzeczami z piwnicy? Co to było? – zapytał Tima, gdy ten skończył bawić się konsolą.

- Raczej, co to jest! – Oczy Owensa rozbłysły jak latarnie, ale jego twarz wykrzywił uśmiech niesłychanej ekscytacji. – Normalnie, to sensacja, która może dupę urwać! A moja jest wielka, więc, że to mówię, coś znaczy. NAPRAWDĘ COŚ!

Gdyby nie cyfrowa maska, twarz Aftona wyrażałaby teraz podszyte napięciem żywe zainteresowanie. Nawet Coleen, zwykle objawiająca zainteresowanie jedynie lekkim przekrzywieniem głowy, uniosła brew i wyprostowała się w krześle, na co Tim błysnął zębami w szerokim uśmiechu. Jednak jakoś nieśpieszno było mu z ujawnieniem wielkiej tajemnicy.

- Czekasz na werble? – zapytała w końcu Coleen, na co Tim uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Niewykluczone. Ale skoro tak wam śpieszno do uzyskania informacji, a nie zamierzacie dać mi tej odrobiny satysfakcji z dobrze wykonanej pracy, niech będzie. ZNAJCIE MOJĄ ŁASKĘ – mężczyzna odchylił się na krześle i zaczął kręcić młynka palcami. – Generalnie muszę przyznać, że zdobycie potrzebnych informacji było dość proste, aczkolwiek wymagało pewnego pomyślunku. Otóż, wiedząc, kim pan jest panie Glitchtrap – tu posłał Williamowi wymowne spojrzenie i uśmiech godny kota z Cheshire – oraz dostając prośbę o identyfikację robotycznych bebechów pod przykrywką rozrywkowego „śledztwa", doszedłem do wniosku, że lepiej nie wrzucać zdjęcia gdzie popadnie. Niestety sam o robotyce nie mam większego pojęcia, więc nawet gdybym doszukał się na własną rękę jakichś informacji, prawdopodobnie nie potrafiłbym ich właściwie zinterpretować. Dlatego konieczny był specjalista. Niestety na wielu forach fanów elektroniki i robotyki mogą poruszać się ludzie z Afton Robotics. W końcu podobno zatrudniają najlepszych z najlepszych, a to nie zawsze ci z najlepszymi wynikami na studiach. Dlatego, przynajmniej według mnie, konieczna jest aktywna rekrutacja. Przeglądanie forów tematycznych, materiałów wideo i takich tam...

Tim jeszcze dłuższą chwilę opisywał łańcuch logiczny, który doprowadził go do końcowej konkluzji, chociaż dałoby radę opowiedzieć wszystko w jednym, maksymalnie dwóch zdaniach. Jednak przyjemnie się go słuchało, no i był w tym wszystkim jakoś tak naturalnie zabawny. William obstawiał, że między innymi to jest powodem sukcesu jego kanału dla graczy.

-... No i doszedłem do wniosku, że warto zajrzeć na jakieś forum opanowane przez hejterów Afton Robotics, a może nawet zwolenników różnych, pokręconych teorii spiskowych związanych z firmą. Nie tylko tych fnafowych. Odkąd firma zaczęła zajmować się produkcją sztucznych organów, kończyn i wstawek neurologicznych...

- Wstawek neurologicznych? – zapytał William. Pierwszy raz słyszał o czymś takim.

- Biomechaniczne urządzenia zastępujące zniszczone połączenia neurologiczne. Zwykle stosowane przy złamaniach kręgosłupa i tym podobnych. Obecnie na wózkach inwalidzkich poruszają się jedynie osoby z poważnymi schorzeniami jak zanik mięśni czy stwardnienie rozsiane i upośledzeniami... Oraz ci z naprawdę kiepskim ubezpieczeniem zdrowotnym.

Zamrugał. Nie, to zakrawało na jakąś abstrakcję. Świat naprawdę jest tak aż popaprany?

- Czyli ludzkość zdołała wymyślić cudowne urządzenia, dzięki którym ludziom można przywrócić pełną sprawność po najgorszych wypadkach, a USA nadal nie ogarnęło systemu opieki zdrowotnej? Może jeszcze powiecie, że mamy lekarstwo na raka, ale dostają je tylko najbogatsi?

Coleen wymownie spojrzała na Tima, Tim na Coleen i William zrozumiał, że odpowiedź cholernie mu się nie spodoba.

- No... Powstała metoda leczenia, która potrafi rozprawić się z prawie połową wszystkich rodzajów raka, no i tak, podlegają jej jedynie ci ubezpieczeni. Niekoniecznie najbogatsi czy nawet zwyczajnie zamożni, bo jest raczej tania, ale te zupełnie podstawowe jej nie pokrywa. No, ale większość daje radę zebrać kasę na własną rękę, no bo jest, jak mówiłem tania – wyjaśnił Tim, jednak jakoś-tak niemrawo. Najwyraźniej, mimo bycia kulką pozytywnej energii w różowych okularach, dostrzegał bolączki rzeczywistości, chociaż raczej nie rozmyślał o nich nazbyt często.

Wiliam westchnął i przesłonił w bardzo wymownym sposób twarz dłonią. Jak nikt wiedział, że świat jest paskudnym miejscem, a ludzie to paskudne istoty, jednak cały czas miał nadzieję, że może kiedyś, w przyszłości coś się zmieni na lepsze. Niestety wyglądało na to, że albo owa przyszłość jest bardzo odległa, albo to nigdy nie nastąpi.

- No cóż, Ameryka od zawsze jest bardzo kapitalistycznym krajem. Od początku socjal i tym podobne mocno tu kuleją – stwierdził rzeczowo komputerowiec. – Może wróćmy do tematu tych robotycznych kawałków, co?

- Tak... Wróćmy.

- Otóż, jak się okazało ten „złom" to bardzo zaawansowane części robotyczne. Prawie tak bardzo jak wykorzystywane w protezach androidyczne tkanki Afton Robotics. Prawie. Właściwie można by je określić mianem ich pierwowzoru czy też prototypu. Rzecz w tym, że w tej formie nigdy nie zostały wyprodukowane, a przynajmniej nie komercyjnie. Roboty z Circus Baby Pizza World miały „bebechy" znacznie prymitywniejsze, w końcu były robotami, a nie androidami. Obecne protezy znowu są bardziej zaawansowane, podobnie zresztą robotkanki współczesnych animatroników. Fascynujące, prawda? Ale to nie wszystko. O wiele ciekawsze jest to.

Machnięciem dłoni Tim przywołał konsolę i na wirtualnym ekranie otworzył zdjęcie piwnicy oraz leżących w niej części. Przybliżył znacznie obraz, koncentrując widok na jednej ze ścian, po czym wykonał parę graficznych sztuczek. Zdjęcie pierw stało się bardzo jasne, po czym pociemniało, po to by w następnej chwili drażnić wzrok wysokim kontrastem. W końcu, po kilku bardziej skomplikowanych operacjach, oczom Williama ukazał się rozpięty na ścianie rysunek techniczny czy też plan. Nie od razu zrozumiał na co patrzy, jednak, gdy to pojął... Cóż, gdyby mógł, zdumiony uniósłby brwi, jednak w obecnej sytuacji musiał ograniczyć się do wymownego westchnienia.

Schemat był już mocno wyblakły i niewyraźny, ale mimo tego ogólny zarys pozostawał widoczny. Przedstawiał zaś ludzką postać. Postać złożoną ze sztucznych elementów, naszpikowaną elektroniką, ale w zamyśle mająca wyglądać jak najprawdziwszy, żywy człowiek.

- Oczywiście forumowicze uznali, że to albo mało subtelna, chociaż dobrze spreparowana prowokacja z mojej strony, albo że jestem ofiarą takiej prowokacji i tylko przekazuję ją dalej. Tych, których przekonałem do drugiej wersji, udało mi się podpytać „z czystej ciekawości", czy stworzenie udającego człowieka androida byłoby możliwe przy użyciu technologii ze zdjęcia – w głosie Tima zadźwięczała duma. – Opinie były dość sprzeczne, ale wszystko można podsumować stwierdzeniem „teoretycznie tak".

William zamarł i mimowolnie zacisnął dłonie w pięści, przyglądając się ludzkiej sylwetce na fotografii. Chociaż był jedynie niematerialnym, cyfrowym bytem, poczuł jak gardło wysycha mu na wiór.

- Myślisz... Myślisz, że to nowe ciało? Dla Normana? – zapytał, z trudem powstrzymując drżenie głosu.

- Możli...

- Nie sądzę – Coleen wpadła w słowo Timowi, na co ten zdziwiony zamrugał.

- Dlaczego?

- Cóż... Po pierwsze, gdyby Michael zdołał stworzyć ciało Normanowi, dalsze eksperymenty z dzieciakami i animatronikami nie miałyby sensu, prawda? Oczywiście zakładając, że to wszystko to jego robota, co nie musi być prawdą. Może Mike to kolejny z pionków jakiegoś wielkiego spisku. Teoretycznie, jeżeli za tym stoi, mógłby dalej kontynuować proceder dla zysku, ale z opowieści i wspomnień pana Aftona wynika, że jest osobą, która chce się uważać za dobrego kolesia. Zabił brata, ale chce go wskrzesić. Zamierza wskrzesić też swoich kolegów, do których śmierci doprowadził. Znowu zdecydował się ich tymczasowo poświęcić tylko dlatego, bo uznał, że są współwinni śmierci Normana. Jedynym zgrzytem jest otrucie Mary i jego zachowanie po wszystkim, ale możliwe, że tylko zgrywał twardziela. Że uznał ją za konieczną ofiarę... Albo miał do niej żal o coś, albo był o nią zazdrosny. Ewentualnie zamierzał ją odnaleźć po wszystkim i również zamknąć w animatroniku. W każdym razie, w przeszłości uparcie tłumaczył swoje postępowanie. Obstawał, że chce wszystko naprawić. Zostając kierownikiem wielkiej machiny śmierci dla zysku, nie mógłby się dłużej tak oszukiwać. Poza tym, tworząc ciało dla Normana albo poczekałby na rozwój technologii, żeby zaprojektować mu takie ful wypas, albo aż wyniki eksperymentów pozwolą mu na umieszczenie brata w ludzkiej, być może częściowo zrobotyzowanej powłoce.

Wiliam przyznał rację dziewczynie, będąc pełnym uznania dla tego, jak szybko przeanalizowała sprawę. Niejednego wprawiłoby to w zdumienie, jednak on rozumiał, że Coleen jedynie kierowała się swoją znajomością natury ludzkiej. Tę znów musiała znać naprawdę dobrze egzystując w chorej, wykreowanej przez prokuratora rzeczywistości. Mimo to zaskoczyło go, gdy poddała w wątpliwość, że to Michael stoi za morderczym spiskiem, w wyniku którego każdego roku ginęły dziesiątki, jeżeli nie setki dzieci. Jednak, po chwili namysłu, zrozumiał, co miała na myśli. Ktoś był przed Michaelem. Ktoś go w to wszystko wciągnął. Ktoś majstrował przy Fredbearze. Pytanie, czy ów ktoś wtajemniczył go we wszystko, czy Mike znał jedynie niewielki wycinek prawdy. Ten, dzięki któremu w dalszym ciągu mógł siebie okłamywać.

William chciał wierzyć, że tak jest, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to niewiele zmienia. Mike i stojący za tym wszystkim potwór musieli zostać powstrzymani, nawet jeżeli byli dwoma różnymi osobami. Dlaczego? Bo zarówno jeden jak i drugi stanowili zbyt wielkie zagrożenie, aby dalej żyć. Mimo to... Mimo to, chciałby, aby syn okazał się jedynie pionkiem. Może wtedy istniałoby dla Michaela jakieś wybaczenie. Nadzieja. Jeżeli nie na tym świecie, to chociaż na następnym, zakładając, że istnieje jakieś potem.

Westchnął.

- Tak... Masz rację, jednak chyba na tym etapie nie możemy niczego wykluczyć – mruknął, usiłując odsunąć od siebie napływające emocje. – Jednak w takim razie, co to jest? Bo po coś potrzebny był mu ten projekt.

- To bardzo daleko idąca hipoteza. Wolałabym nie...

- Ok., po takim wstępie MUSISZ powiedzieć, co sądzisz – oświadczył Tim, a w jego oczach zapłonęła dziecięca ciekawość. – Bo coś czuję, że to będzie petarda.

Coleen posłała mu pełne nagany spojrzenie. Owszem określenie „petarda" nie pasowało do sytuacji, jednakże stanowiło dobry przerywnik i nieco rozluźniło atmosferę, przed tym, co zamierzała powiedzieć. Bo powiedzieć coś musiała – William również nie zamierzał pozwolić jej milczeć:

- Powiedziałaś „A", musisz powiedzieć „B". Poza tym obecnie każda, nawet mało prawdopodobna hipoteza może nam się przydać. Stąpamy po tak niepewnym gruncie, mieszamy się w sprawy paranormalne, a może nawet nadnaturalne, więc niewykluczone, że coś pozornie absurdalnego, okaże się prawdą.

Dziewczyna westchnęła i zabębniła palcami w blat stołu.

- Sądzę, że to ciało dla niego. Dla Mike'a. Obecnie, po tych wszystkich latach, zapewne jest, czy raczej byłby, jeżeli mam rację, starcem, co poważnie by go ograniczało. Zabijając swoje ludzkie ciało i przenosząc jaźń do androida, zyskałby sprawność fizyczną, nadludzką siłę i możliwość niemal swobodnej zmiany wyglądu... A przynajmniej twarzy. Poza tym sylwetka tego – tu wskazała na projekt – budową nieco przypomina mi budową Mike'a z jego zdjęcia rodzinnego.

Jak na zawołanie Tim otworzył na wirtualnym ekranie wspomnianą fotografię tuż obok zdjęcia projektu. William po raz kolejny musiał przyznać jej rację – układ ramion, grubość karku, wszystko do siebie pasowało. Michael mógł chcieć przywrócić sobie młodość i zmienić aparycję, do tego miał skłonności narcystyczne. Co prawda, kiedy był nastolatkiem, nie zwracał większej uwagi na wzdychające do niego dziewczyny, jednak lubił, jak rzucały mu zalotne spojrzenia. No i sporo czasu spędzał przed lustrem.

- Ma to sens. Chociaż, jeżeli to prawda, możemy mieć prawdziwe kłopoty – mruknął. – Jednak zastanawiam się, co mogłoby go popchnąć do podjęcia się takiego ryzyka.

- Śmiertelna choroba, coraz gorszy ogólny stan zdrowia albo coraz bardziej prawdopodobne zejście z tego padołu łez ze względu na podeszły wiek – wyliczył Tim. – No i mógł zrobić to ten jego wspólnik przed nim, wtedy nie byłoby to aż TAKIE ryzyko.

William otworzył usta i zamknął. No tak... Człowiek, który wciągnął w to wszystko Mike'a. Musiał być starszy od niego. Nie wiadomo o ile dokładnie, ale na pewno miał co najmniej osiemnaście lat, kiedy doszło do wypadku Normana. Musiał mieć. Tylko ktoś związany z restauracją mógł położyć łapy na Fredbearze , a od czasu incydentu z dzieciakiem, który pokaleczył się w sprężynowym kostiumie, nie zatrudniali nieletnich. Zatem starość dopadła tajemniczego prowodyra przed Michaelem. Pytanie tylko, czy prowodyr był na tyle zdesperowany bądź też miał na tyle odwagi, aby spróbować ucieczki do robotycznego ciała? Spróbować porwać się na nieśmiertelność?

- Jeżeli obaj są teraz udającymi ludźmi robotami, to mamy nieźle przesrane – mruknęła Coleen, wbijając spojrzenie w sufit. – Elektroniczne umysły zdolne pomieścić kilkadziesiąt razy więcej informacji niż ludzkie, ogromna siła, a niewykluczone, że i szybkość. Do tego brak konieczności odżywiania się, wypróżniania i prawdopodobnie cholerna odporność na obrażenia. Nie wspominając o opcji zmiany wyglądu... Czyli prawdopodobnie mam rację. Moje czarnowidztwo uwielbia się sprawdzać.

- Muszę przyznać, że gdyby to wszystko było grą, filmem albo książką motyw byłby ZAJEBISTY – mruknął Tim. – Niestety jako, że jest rzeczywistością, a tematu, do tego takiego tematu, nie zamierzam odpuścić, to muszę przyznać, że zacząłem się nieco cykać.

- Nie tylko ty – mruknął Wiliam.

Nastała dłuższa chwila milczenia. Afton nie mógł stwierdzić, o czym dokładnie myślą Coleen i Owens, ale sam nie potrafił odgonić od siebie wizji Mike'a jako robotycznego bytu. Raz po raz wyobrażał sobie syna w pizzeri wraz z ścigającymi go, zanimatronizowanymi dzieciakami, patrzącego jak zakłada na siebie powłokę Springbonniego, a potem... To głupie. Cholernie głupie, tym bardziej, że to właśnie Mike pośrednio zamordował tamtą czwórkę. Mimo to wizja nie odpuszczała, a wrażenie ścigającego go fatum przybierało na sile...

Mike dopadnie go pierwszy, czy może on dopadnie Mike'a? Nic nie jest przesądzone, nawet to, czy się jeszcze spotkają...

„Spotkacie się, a ty wygrasz. Nie masz wyboru, musisz go powstrzymać. To twój pieprzony obowiązek. Nie odkupisz tym win, ale jeżeli przegrasz, będziesz winnym kolejnych śmierci i dalszego cierpienia tych wszystkich dzieciaków... I niewykluczone, że również Normana" – napomniał siebie w myślach. Zdobędzie ciało dla siebie, ocali Collen, a potem powstrzyma tych wszystkich skurwieli. Nie ma innej opcji. Poza tym nie przeszedł przed to wszystko, aby teraz przegrać.

- No dobra, to co robimy? – nagle zapytał Tim.

William wzdrygnął się, przywołany ze otchłani swoich myśli na powrót do rzeczywistości. Zresztą i Coleen nie wyglądała na zbyt przytomną. Patrzyła na Tima, jakby nie miała pojęcia, co znaczy jego pytanie.

- No, chyba trzeba ułożyć jakiś plan działania, prawda? – Owens odchylił się na krześle, składając razem dłonie. – No nie wiem, jak wy, ale ja zacząłbym sprawdzać podejrzane lokacje. Pierw te, które są najbliżej, potem te najprawdopodobniejsze spośród nieco dalszych. Mogę pomóc przygotować wam różne pluskwy, mikrokamery i tym podobne, dzięki którym damy radę monitorować je nawet na odległość. Mam też na stanie kilka androidycznych zwierzaków, które mogą pomóc przeczesywać teren, ale...

- Zwierzęce androidy? – Coleen wyprostowała się na krześle. – Takie prawdziwe, dokładnie imitujące prawdziwe zwierzęta?

- No tak. Mam szczura, mysz, androidyczną Fredzię i wiewiórkę. No i karalucha.

- Przecież one są drogie jak jasna cholera. Mógłbyś mieć za to z dwa apartamenty, dziesięć drogich wozów i niewiadomo co jeszcze.

Owens uśmiechnął się jak dziecko, które dostało cukierka.

- Jestem komputerowym geniuszem, do tego takim potrafiącym zacierać za sobą ślady. Wielu ludzi zlecało mi wiele spraw. Czasem nawet, tak nieoficjalnie, ci rządowi. Do tego pracuję dorywczo w pizzerii, tworzę darmowe gry, które sponsorują donacjami gracze no i prowadzę jeden z najpopularniejszych kanałów gejmingowych. To plus fakt, że mam naprawdę niewielkie potrzeby sprawiają, że pieniądze rzadko są dla mnie problemem, a stan mojego konta jest więcej niż zadowalający. Naprawdę, te ćwoki z Fazbear Entertainment mnie nie doceniają.

Coleen tylko zamrugała, najwyraźniej zdumiona faktem, ile tajemnic skrywa komputerowiec, jednak William wolał się skupić na bardziej bieżących sprawach. Mianowicie na kwestii przyjrzenia się restauracjom i fabrykom, w której niewykluczone, że nie mogli liczyć na Tima, a przynajmniej nie bezpośrednio. Otóż komputerowiec nie wyglądał na kogoś, kto wypuszcza się na dalekie wycieczki, a jednocześnie sprawiał wrażenie osoby wysoce ciekawskiej, chcącej wiedzieć, co się dzieje naokoło. Powody tego mogły być dwa – lenistwo i stan zdrowia. Zarówno jedno jak i drugie tłumaczyły również upodobanie Owensa do wirtualnej rzeczywistości oraz przyczynę kupna androidycznych zwierzaków, które zapewne chodziły tam, gdzie on nie mógł... Swoją drogą, to prawdziwy cud, że nie wpadł na pomysł śledzenia Coleen w realnym świecie, bo wtedy... Cóż, mogłoby być naprawdę źle. W każdym razie, o ile lenistwo nie stanowiło dużego problemu, to kłopoty zdrowotne i owszem. Chory, nie mogący się przemęczać fizycznie człowiek nie mógł zastąpić Coleen w inwigilacji podejrzanych placówek. Owszem, stanowiłby nieocenione wsparcie na odległość, dając im wskazówki i sterując swymi zwierzakami-robotami, ale tylko tyle. Znowu Coleen, ze względu na wszczepiony nadajnik, nie mogła opuszczać granic miasta.

- Przed sprawdzeniem wyłuskanych przez ciebie lokacji, należałoby porównać je z tymi oznaczonymi przez Coleen. No i nade wszystko usunąć z jej ciała nadajnik, tak aby nie wywołać alarmu oraz podtrzymać go jak najdłużej przy życiu. No i zdobyć nieaktywny nadajnik, bo podczas wymiany, jeżeli lekarz prokuratora nie znajdzie żadnego w ciele, może być cienko.

Tim popatrzył na niego, jakby zgłupiał.

- Nie mówcie mi, że przez ten cały cza, kombinowaliście jak to zrobić i dlatego nie ruszyliście z miejsca?

- No tak... - wymamrotała Coleen, na co Tim BARDZO znacząco wywrócił oczami.

- Jasna cholera! Jeszcze ciebie William mogę zrozumieć, w końcu pochodzisz z przedpotopowej epoki, jeżeli chodzi o technologię, ale ty Coleen?

- Co ja?

- To, że nie trzeba niczego usuwać! Wystarczy tylko urządzenie przechwytujące sygnał, które mogłoby go nadawać z dowolnego miejsca. A najlepiej dwa urządzenia. Jedno, które skopiuje sygnał z twojego nadajnika, dzięki czemu będzie można go swobodnie nadawać skąd i jak się chce, drugie tłumiące go... Znaczy nie ten sygnał z urządzenia kopiującego, tylko z prawdziwego nadajnika. Miałabyś je nieustannie przy sobie. Ani to specjalnie trudne, ani drogie, do zrobienia na dniach.

I takim to sposobem William poczuł się jak kompletny debil, bo chociaż pochodził z „przedpotopowych" czasów, również wtedy istniało coś takiego jak „przechwytywanie sygnału". Jako nastolatek nie raz to wykorzystywał do podsłuchiwania policyjnego radia, a mimo tego, nie wpadł na podobne rozwiązanie. Tak samo Coleen. Sądząc po jej wyrazie twarzy, w tym momencie czuła się równie głupia jak on.

Kto by pomyślał, że ekscentryczny człowiek-pszczoła okaże się pierwszym krokiem do rozwiązania ich problemów.


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość