[Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary] Diaboł korzenny

Tutaj wrzucamy fanfiki do innych dzieł literackich lub pół-literackich (jak komiksy).

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
GerdMarv
amator
Posty: 8
Rejestracja: 26 cze 2011, 21:10
Lokalizacja: Otwock

[Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary] Diaboł korzenny

Postautor: GerdMarv » 01 lip 2011, 21:38

tytuł: "Diaboł korzenny"
fandom: Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary
kategoria: 16+
opis: trochę zabawnie o Kostuchu.
ostrzeżenia: przekleństwa, lekko krwawe sceny
znajomość fandomu: mile widziana, ale nie konieczna
status: skończony, one - shot

Przekonałem się, że kocham postacie drugiego planu. Jest to więc króciutki tekścik o pomocniku Mordimera Maderdina - Kostuchu.

Ulice Hez-Hezronu pachniały tego lata pięknie. Z okolicznych kramów dobiegały zapaszki świeżo upieczonego mięska, pieczywka, podrobów i sera. Można było tu kupić świeżą, żywą jeszcze kurę, bądź dopiero co na oczach klienta zarżniętego bażanta. Fekalia które zostawały po przybyłych do miasta ludziach, a także po stałych bywalcach, nie przeszkadzały, a dodawały jedynie ostrości zapachom unoszącym się w powietrzu. Było cudnie, nie mówiąc już nawet o wychodzących na ulicę, a całkiem niedrogich dziwkach. Zawsze uważał, że trzeba wspierać indywidualne inicjatywy, żeby nie tłamsiła wszystkiego, odgórna politykieria i ten tego… no burdele no.

Dzień targowy, był doprawdy dobrym dniem. Nic to, że tłumy na ulicach przeszkadzały w przejściu. Nie jemu. Czasem dobrze było mieć naprawdę paskudną gębę. Ludzie rozstępowali się przed nim jak Morze Czerwone przed Mojżeszem, aby zaraz potem zamknąć się nad głowami Egipcjan. Myśl o topiących się ludziach wprawiła Kostucha w szczególnie dobry humor. Stwierdził nawet, że zrobi dobry uczynek i nie da w mordę nikomu, ani nie okradnie nikogo aż do wieczora. Taki miał dziś gest ten Kostuch.

Wieczorem jednak miał umówione spotkanie. Z racji na to, że Mordimer wyjechał w jakąś ważną misję dla Jego Ekscelencji Biskupa Chuj-Hezronu, a zabrał ze sobą tylko bliźniaków, Kostuch musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ostatnia jego dola, którą otrzymał od inkwizytora poszła już dawno na wódę i dziwki. Część co prawda pomnożył rżnąc w karty i kości, co wcale tak często się nie zdarzało, ale od czasu do czasu mięsko też jeść trzeba. Wziął więc zlecenie od Roberta Matterbrahta, kupca korzennego, który miał zatargi z jednym ze stałych klientów. Nazwanie do stałym klientem było jednak pewnym nadużyciem, bo z tego co się Kostuch dowiedział, gagatek ten nie płacił nigdy. Durny musiał być Robert Matterbraht, skoro wciąż karmił takiego cwaniaczka kredytami, ale to już Kostuch miał w dupie. Ważne, że chciał zapłacić sporą sumkę, za porachowanie kości gagatka i odebranie należnego długu. Dał nawet zaliczkę, za którą Kostuch kupił już spore śniadanie na targu, a teraz przyglądał się stojącej w pobliżu panience, zastanawiając się, czy wystarczy mu tej zaliczki, aby dotrwać do wieczora w miłym towarzystwie.

Postanowił jednak spróbować pomnożyć mamonę w sposób jakiego nie próbował od dawna, ponieważ zabronił mu tego Mordimer. Pamiętał do tej pory, jak stłukł go inkwizytor, gdy po raz pierwszy poszedł na walki psów. Żywił on ,niezrozumiałą dla Kostucha, bezgraniczną miłość do zwierząt. Cóż, jak się mówi „Kota nie ma, to myszy harcują”. Wędrując bocznymi alejkami, dotarł do domu w którym, jak pamiętał z ostatniego razu, odbywały się walki psów. A pamięć mili moi, Kostuch miał naprawdę dobrą. Zapłacił odźwiernemu przy wejściu do dużej piwnicy, pod budynkiem. Zanim zdecydował na którego basiora postawić przyglądał się kilku walkom. Psy gryzły i drapały się ostro, nadgryzając sobie uszy i rzucając do gardeł. Podłoga małego boksu musiała być wciąż zasypywana piaskiem. W końcu upatrzył sobie dużego czarnego brytana, z paskudną blizną na pysku. Pies walczył niezwykle okrutnie i przebiegle, a z przeciwników zostawały zazwyczaj truchła. Łezka zakręciła się w oku najemnika, ponieważ znajdował w psie coś niezwykle bliskiego i znajomego. Psina wydawała mu się najsłodszym szczeniaczkiem jakiego ten okrutny świat nosił. Postawił więc, wszystkie pozostałe mu pieniądze, na swojego faworyta i spodziewał się zobaczyć piękną walkę, swojego „czarnego konia”. Kto wie może nawet odkupiłby po niej psa? Przeciwnik jego nowego ulubieńca, był mniejszym psem, o zajadłym wyrazie psyka. Nie spodobał się Kostuchowi wcale i miał nadzieję, że dużo z niego po walce nie zostanie. Psy rzuciły się sobie do gardeł, chwilę kotłowały w boksie, po czym, chwilę po tym najemnik stracił wszystkie pieniądze. Miał już ochotę powiedzieć właścicielowi zwycięskiego psa, co myśli o hodowaniu tak wrednych bydlaków, oraz pokazać, że sam potrafi być wredny i morderczy bydlak. Przypomniał sobie jednak, że czekała go robota i co sobie obiecał, a zrobiło się już późno. Postanowił zapamiętać sobie krzywdę i odpłacić skurwielowi później. A Kostuch umiał być pamiętliwy.

Zgodnie ze wskazówkami kupca korzennego, znalazł mieszkanie dłużnika. Wszedł po niskich schodkach i zapukał do drzwi.

- Kogo diabeł niesie? – zapytał mężczyzna za drzwiami.

- Nie diabeł a kupiec Matterbraht – powiedział zgodnie z poleceniem pracodawcy – zamawiał pan 10 uncji białego cynamonu. Przyniosłem go właśnie.

Gdy tylko Kostuch usłyszał dźwięk otwieranego zamka, a drzwi uchyliły się odrobinę, silnym kopnięciem utorował sobie drogę. Mieszkaniec domu upadł na ziemię, ale szybko się podniósł i biegiem ruszył w głąb budynku.

- Nie uciekaj! – krzyknął za nim Kostuch, po czym spokojnie zamknął drzwi – Sprawdzałem, nie masz innych wyjść. A teraz chodź troszku cię poturbuję, a ty grzecznie oddasz…

Urwał zdziwiony wchodząc do pokoju, w którym schronienia szukała jego ofiara. Chuderlawy człowieczek, o aparycji fretki, drżącymi rękoma rozsypywał jakiś proszek po podłodze. Mamrotał przy tym, piskliwym głosikiem niezrozumiałe słowa. Nad miejscem, które domorosły magik wybrał na usypanie kręgu zaczęła pojawiać się dziwna ni to mgła, ni to dym, ni to inna cholera. Kryła w sobie świecące fioletem oczy. Kostuch, aż za dobrze wiedział co to może oznaczać. Przez chwile zastanawiał się czy nie dać drapaka, jednak nie wiedział, czy daleko dobiegnie na miękkich nogach. Szybko wyciągną więc swoją wierną szablę. A musicie wiedzieć moi mili, że broń kostucha nie była zwykła. Raz nawet jakiś pan na włościach chciał mu dać za nią całą wieś! Tylko pomyślcie sobie sami, tak jak pomyślał i Kostuch. Na chuj mu ta wieś?

Gdy tylko dojrzał w oparach parę oczu, należących zapewne do jakiego demona, skoczył i dziabnął paskudnym cięciem. Mimo iż usłyszał charakterystyczne „mlask” i wściekły ryk stworzenia, dla pewności powtórzył ciachnięcie kilka razy.

- Spierdalaj! Ty chuju! – krzyczał i siekł zdeterminowany Kostuch.

Nie wiedział z którego kierunku nadleciała wielka, pokryta krostami łapa. Zastanawiające, że jej nie zauważył, w końcu była naprawdę wielka. Był pewien, natomiast, że trafiła go w brzuch. Siła uderzenia powaliła go na ziemię i przejechał na plecach po nierównej podłodze. Zadowolony magik śmiał się szaleńczo. W sercu portalu pojawiła się ogromna, paskudnie uzębiona i ku radości Kostucha dosyć poraniona gęba demona. Najwyraźniej szukał zemsty za zniewagę, jaką mu zadano. A magik stał bliżej od naszego bohatera. Czarownik, dowiedział się więc, w sposób brutalny, że nie łatwo jest kontrolować, wkurwionego diaboła. Paszcza zamknęła się na głowie przerażonego człowieka, odgryzając ją w całości. Potwór kłapnął kilka razy zębami po czym, z głośnym wizgiem wrócił do swojego wymiaru.

Kostuch wstał, otrzepał się i spojrzał na pozbawione głowy, tryskające posoką ciało. Głośno smarknął i poszedł przeszukać dom. Na chwilę jeszcze energicznie się odwrócił. Aby się upewnić.

W czymś co mógłby nazwać gabinetem maga, znalazł sumę wystarczającą, aby pokryć dług u kupca. Suma była nawet sporo większa od wymienionej przez Roberta więc nadmiar schował do własnej sakiewki. Zabrał z domu również kilka innych przedmiotów, takich jak sztućce, bo w końcu, magikowi na nic już one. Zostawił jednak wszystkie podejrzane grimuary i księgi. Nie miał zamiaru mówić Mordimerowi o całej tej sytuacji. Nie byłby pewnie zadowolony, z jej obrotu. Bez sądów, bez stosów. Toż to w zasadzie nie uchodzi. Mógłby się jeszcze obrazić, na Bogu ducha winnego Kostuszka.

Gdy skończył przeszukiwanie domu wrócił do pozostawionego, przez demona truchła. Na wszelki wypadek kopnął je delikatnie czubkiem buta. Kiedy nie wywołało to żadnej reakcji, kopnął porządnie pod żebra. Wyciągając ku trupowi sakiewkę z długiem, ukucnął nad nim i powiedział:

- Widzisz? Bo w życiu trzeba być choć trochę uczciwym – po czym wstał i dodał pod adresem wszystkich czarnoksiężników świata – Pieprzone partacze.

Wychodząc z domu poczuł, że nie jest do końca usatysfakcjonowany, faktem, że demon spuścił mu łomot, a on sam nie bardzo nawet dał komu w mordę, a tyle przecież wytrzymał. Nie pomogła nawet zmyślna koncepcja oszczania drzwi czarodzieja. Pamiętał jednak, że jest osoba, która zalazła mu dziś za skórę. Wiedział już na kogo spadnie siła jego złego humoru. Mimowolnie uśmiechnął się, a blizna na jego twarzy, poruszyła się, sprawiając wrażenie, jakby pod skórą pełzło mnóstwo, wściekłych larw.
Ostatnio zmieniony 01 lip 2011, 23:46 przez GerdMarv, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2005
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Lokalizacja: Warszawa Rembertów
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 01 lip 2011, 22:19

GerdMarv pisze:- Nie uciekaj! – Krzyknął za nim Kostuch, po czym spokojnie zamknął drzwi – Sprawdzałem, nie masz innych wyjść. A teraz chodź troszku cię poturbuję, a Ty grzecznie oddasz…

Ten fragment ma dwa słowa niepotrzebnie z dużej litery (że o braku kropki nie wspomnę). Rozumiem, że przy "krzyknął" to mógł być taki odruch, ale "ty" z dużej litery piszemy w dwóch przypadkach:
1 - gdy zwracasz się do jakiejś osoby w liście, albo w reklamie (a i to nie zawsze)
2 - gdy zwracasz się do kogoś o statusie boskim ("O bądź pozdrowiony, Ty Wielki Zeusie, i Twoje potomstwo" itd.)

Ogólnie bardzo przyjemny ficzek, choć - jako kobietę - nie bardoz mnie porwały sceny walki. I tak sobie myślę, że może lepiej byłoby napisać tego fika w pierwszej osobie, tak jak oryginalny cykl. Wtedy wszystkie zwroty typu "musicie wiedzieć, moi mili" wyszły by nieco naturalnej (co nie znaczy, że ich nie doceniam). Natomiast bezcenne były wszystkie wkręty humorystyczne, szczególnie ten:
GerdMarv pisze:Szybko wyciągną więc swoją wierną szablę. A musicie wiedzieć moi mili, że broń kostucha nie była zwykła. Raz nawet jakiś pan na włościach chciał mu dać za nią całą wieś! Tylko pomyślcie sobie sami, tak jak pomyślał i Kostuch. Na chuj mu ta wieś?

Albo to:
GerdMarv pisze:Nie miał zamiaru mówić Mordimerowi o całej tej sytuacji. Nie byłby pewnie zadowolony, z jej obrotu. Bez sądów, bez stosów. Toż to w zasadzie nie uchodzi. Mógłby się jeszcze obrazić, na Bogu ducha winnego Kostuszka.

Nie za bardzo pamiętam jak został wykreowany charakter Kostucha. I w ogóle dawno nie czytałam nic co działo się w czasie po "Ja, Inkwizytor", ale przypomniałeś mi parę szczegółów z kanonu, chociażby to, że Kostuch ma dobrą pamięć, a Mordimer lubi psy, bo sam jednego miał.

Tak więc, mimo paru literówek, przeważa pozytywne wrażenie.

Awatar użytkownika
GerdMarv
amator
Posty: 8
Rejestracja: 26 cze 2011, 21:10
Lokalizacja: Otwock

Postautor: GerdMarv » 01 lip 2011, 23:51

Błędy poprawione;-)

Prawdopodobnie w pisane w pierwszej osobie wyglądałoby lepiej, niestety pisanie w trzeciej przychodzi mi zdecydowanie lepiej. Jakoś tak...

Doceniam komentarz i poprawki:-)

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 20 maja 2012, 15:19

Znalazłam jeden błąd:


GerdMarv pisze:Miał już ochotę powiedzieć właścicielowi zwycięskiego psa, co myśli o hodowaniu tak wrednych bydlaków, oraz pokazać, że sam potrafi być wredny i morderczy bydlak.


Wrednym i morderczym bydlakiem.


Ogólnie zgadzam się z RedHatMeg, fik jest bardzo przyjemny. Najbardziej podobały mi się te dwa fragmenty:


GerdMarv pisze:Szybko wyciągną więc swoją wierną szablę. A musicie wiedzieć moi mili, że broń kostucha nie była zwykła. Raz nawet jakiś pan na włościach chciał mu dać za nią całą wieś! Tylko pomyślcie sobie sami, tak jak pomyślał i Kostuch. Na chuj mu ta wieś?



GerdMarv pisze:Nie miał zamiaru mówić Mordimerowi o całej tej sytuacji. Nie byłby pewnie zadowolony, z jej obrotu. Bez sądów, bez stosów. Toż to w zasadzie nie uchodzi. Mógłby się jeszcze obrazić, na Bogu ducha winnego Kostuszka.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Indra
amator
Posty: 17
Rejestracja: 10 cze 2017, 17:39

Re: [Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary] Diaboł korzenny

Postautor: Indra » 12 cze 2017, 23:49

Uwielbiam tę książkę, a właściwie cykl, dlatego byłam zachwycona ze znalazłam tu fik w tym temacie. Styl masz bardzo fajny, lekki. I choć treścią ff mnie nie zachwycił, jednak właśnie ten styl się obronił.
Jedna rzecz. Przecinki. Masakra. Ja wiem, że ciężko, sama ciągle u ciebie wyszukuje niedociągnięcia, ale to tak króciutki tekst.

Z okolicznych kramów dobiegały zapaszki świeżo upieczonego mięska – mimo wszystko pierwsza moja myśl (mimo tych kramów) to był kolejny stos :)

Fekalia które zostawały… - przecinek przed które.

Zawsze uważał, że trzeba wspierać indywidualne inicjatywy, żeby nie tłamsiła wszystkiego, odgórna politykieria. - Tak, zdecydowanie trzeba wspierać, to zdanie mi się spodobało :) Ale zbędny przecinek.

Dzień targowy, był doprawdy dobrym dniem
– zbędny przecinek.

Ostatnia jego dola, którą otrzymał od inkwizytora poszła już dawno na wódę i dziwki – przecinek przed poszła.

Część co prawda pomnożył rżnąc w karty i kości
– Część, co prawda, pomnożył, rżnąc w karty i kości.

bo z tego co się Kostuch dowiedział - przecinek przed co.

Ważne, że chciał zapłacić sporą sumkę, za porachowanie kości gagatka – zbędny przecinek.

Cóż, jak się mówi „Kota nie ma, to myszy harcują”. – Cytat po dwukropku.

A pamięć mili moi, - przecinek przed mili moi. Choć nie rozumiem po co w ogóle to mili moi. Tak było w narracji z perspektywy Mordimera. A to nie jest perspektywa Mordimera tylko innego narratora, 3-osobowego.

Zanim zdecydował na którego basiora postawić przyglądał się kilku walkom.
- Zanim zdecydował, na którego basiora postawić, przyglądał się kilku walkom.

Psina wydawała mu się najsłodszym szczeniaczkiem jakiego ten okrutny świat nosił. – przecinek przed jakiego.

Postawił więc, wszystkie pozostałe mu pieniądze, na swojego faworyta – niepotrzebne przecinki. Jak to miało zrobić efekt, to raczej myślniki.

i spodziewał się zobaczyć piękną walkę, swojego „czarnego konia” – niepotrzebny przecinek

Kto wie może nawet odkupiłby po niej psa? – przecinek po wie.

Przeciwnik jego nowego ulubieńca, był mniejszym psem, o zajadłym wyrazie psyka. – oba przecinki zbędne.

zamawiał pan 10 uncji białego - dziesięć

A teraz chodź troszku cię poturbuję, a ty grzecznie oddasz…
Urwał zdziwiony wchodząc do pokoju
- przecinek przed troszku i raczej to urwał po myślniku, jako jedno zdanie.

Mamrotał przy tym, piskliwym głosikiem
– zbędny przecinek.

wybrał na usypanie kręgu zaczęła pojawiać
– przecinek przez zaczęła

Kostuch, aż za dobrze wiedział co to może oznaczać. - Kostuch aż za dobrze wiedział, co to może oznaczać.

Przez chwile zastanawiał się czy nie dać drapaka
– przecinek przed czy.

Szybko wyciągną więc swoją wierną szablę. – wyciągnął.

A musicie wiedzieć moi mili, że broń kostucha nie była zwykła
– znów „moi mili”. Już mniejsza o ten zgubiony przecinek, to jest tekst Mordimera.

że nie łatwo jest kontrolować, wkurwionego diaboła
– zbędny przecinek.

Potwór kłapnął kilka razy zębami po czym, z głośnym wizgiem wrócił do swojego wymiaru.
- Potwór kłapnął kilka razy zębami, po czym z głośnym wizgiem wrócił do swojego wymiaru.

Suma była nawet sporo większa od wymienionej przez Roberta więc
– przecinek przed więc.

Nie byłby pewnie zadowolony, z jej obrotu. – bez przecinka.

Mógłby się jeszcze obrazić, na Bogu ducha winnego Kostuszka. – bez przecinka.

Gdy skończył przeszukiwanie domu wrócił do pozostawionego, przez demona truchła. - Gdy skończył przeszukiwanie domu, wrócił do pozostawionego przez demona truchła.

- Widzisz? Bo w życiu trzeba być choć trochę uczciwym – po czym wstał i dodał pod adresem wszystkich czarnoksiężników świata – Pieprzone partacze. – jak już to ma być zdanie wtrącone, to po wtrąceniu z małej litery.

Wychodząc z domu poczuł, że nie jest do końca usatysfakcjonowany, faktem… - Wychodząc z domu, poczuł, że nie jest do końca usatysfakcjonowany faktem

jakby pod skórą pełzło mnóstwo, wściekłych larw. – zbędny przecinek


Wróć do „Książki/Komiksy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości