[Świat Dysku] Śmierć w garści

Tutaj wrzucamy fanfiki do innych dzieł literackich lub pół-literackich (jak komiksy).

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2111
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

[Świat Dysku] Śmierć w garści

Postautor: RedHatMeg » 11 cze 2013, 18:07

Zostawiłam wam mały Easter Egg w pierwszym rozdziale. Ciekawe, czy go znajdziecie.

Tytuł: Śmierć w garści
Rating: 12+
Ostrzeżenie: Rzecz dzieje się jakiś czas po Muzyce duszy.
Opis: Do siedziby Śmierci ktoś się włamuje. Kradnie pewną rzecz i zostawia Śmierci wiadomość, która jest początkiem pewnych komplikacji. Czy Śmierć ulegnie ultimatum, czy pozostanie niewzruszony?

Życiomierz
Śmierć miewał przeczucia. Co mogłoby wydawać się dziwne, biorąc pod uwagę, że powszechnie uważa się, że Śmierć – z braku odpowiednich gruczołów – nie posiada zdolności do odczuwania. Jednak na przestrzeni jego długiej kariery antropomorficznej personifikacji znalazłoby się wiele argumentów przeczących tej tezie. Na przykład tego ranka wciąż prześladowało uczucie, którego nie był w stanie nazwać, jednak wiedział, że nie jest ono uczuciem miłym. Ani komfortowym.
Właściwie czuł się tak od wczorajszej nocy. Miał bardzo dużo pracy, bo pięciu zagranicznych magów – niedawnych prelegentów na jakiejś konferencji w Ankh-Morpolk – w tym samym momencie padło na skutek trucizny w winie. Każdego z nich oddzielało pół Dysku, więc Śmierć musiał się spieszyć, aby w miarę szybko zebrać duszę każdego z nich (w takich momentach jeszcze bardziej nie znosił zasady według której powinien przychodzić po magów osobiście). W rezultacie powrócił do domu nad ranem.
Oczywiście – mógł uznać, że wszyscy otruli się nawzajem dla awansu[1], ale było w ich masowym zgonie coś nienaturalnego (znaczy się – bardziej nienaturalnego niż śmierć od trucizny w kieliszku). Czy to możliwe, że zgraja chciwych magów wypiła w tym samym momencie tę samą, wybitnie rzadką truciznę, która miała zadziałać po ośmiu godzinach, dwudziestu minutach i trzynastu sekundach od wypicia? Czy przynajmniej jeden pretendent do stołka jakiegoś kwestora albo nadrektora nie wybrałby jakiejś bardziej przystępnej, nie wykraczającej cenowo poza ich pięcioletni dochód? To było dziwnie podejrzane.
Jednak było też coś jeszcze. Śmierć miał przeczucie czegoś niedobrego, czegoś… strasznego. Być może to jego pamięć kazała mu myśleć, że coś się stanie (albo nawet – że już coś się stało[2]). Tak czy inaczej miał wrażenie, że powinien być uważny i przyjrzeć się życiomierzom[3].
Wiedziony tym uczuciem wszedł do pomieszczenia z życiomierzami i zaczął je powoli sprawdzać. Po kolei przesuwał kościsty palec, odczytując każde nazwisko. Nie wiedział czego szukał. Wiedział tylko, że coś jest nie tak. Na razie jednak wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Żywoty spokojnie przesypywały się z przyszłości w przeszłość i wyglądało na to, że nie było żadnych zakłóceń. A mimo to Śmierć nadal był niespokojny.
Do Śmierci podszedł spokojnym krokiem Albert[4]. Zatrzymał się tuż obok.
- Panie, herbata stygnie. Położyłem ją na biurku.
JAK SIĘ NAZYWA, JAK MA SIĘ CIARKI NA PLECACH I WRAŻENIE, ŻE STANIE SIĘ COŚ ZŁEGO?
- Niepokój? – podrzucił sługa.
TAK… JESTEM ZANIEPOKOJONY, ALBERCIE.
- Czym, panie?
RZECZ W TYM, ŻE NIE WIEM. ALE MA TO ZWIĄZEK Z ŻYCIOMIERZAMI.
Albert milczał przez chwilę. A potem stanął na końcu przeciwległego regału i zaczął sprawdzać życiomeirze. Fakt, że sam Śmierć nie wiedział, czego szukać, stanowił pewne utrudnienie. Albert domyślał się, że powinien wypatrywać jakiejś nieprawidłowości, jednak miał wątpliwości co do tego, czy będzie w stanie ją znaleźć. Z całą pewnością były pewne subtelne szczegóły, które potrafiło wyłapać jedynie wprawne oko jego pana. Mimo wszystko jego obowiązkiem było służyć Śmierci i Albert poczuwał się do odpowiedzialności, aby pomóc mu znaleźć to coś, co go niepokoiło.
Niebawem do poszukiwań dołączyli się również pozostali lokatorzy domu Śmierci – Śmierć Szczurów i kruk Miódrzekł[5]. Trwało to jakiś czas. Może pięć, może dziesięć minut, a może pół godziny. W każdym razie w końcu znaleźli przyczynę niepokoju Śmierci. A konkretnie – znalazł ją Miódrzekł.
- Hej, czy to miejsce powinno być puste?
Śmierć, Śmierć Szczurów i Albert szybko skierowali się w jego stronę. Rzeczywiście ujrzeli puste miejsce na półce pomiędzy dwiema klepsydrami. Być może gdyby w siedzibie Śmierci istniał czas[6] i osadzał się kurz, byłoby widać okrągły ślad na zakurzonym drewnie. Na dole nie było żadnych pozostałości po pękniętym życiomierzu.
ALBERCIE, CZY ROBIŁEŚ TU PORZĄDKI?
- Nie, panie. Poza tym, co miałbym zrobić z życiomierzem, który nie jest mój?
- Przecież nie mógł sobie po prostu pójść na nóżkach – skomentował kruk. – No i nie ma szans, aby spadł i się przeturlał pod regał. Sam próbowałem wydostać stamtąd świńską gałkę oczną i utknęła między tymi szczelinami. Wniosek jest prosty: ktoś tu był i go ukradł.
- Ale jak? Przecież zauważyłbym nieproszonych gości – odparł Albert, trochę w obronie własnej. – Poza tym nie można sobie tak po prostu wejść do domu Śmierci.
HMM… Śmierć przyłożył w zamyśleniu rękę do brody. CHYBA WIEM, JAK DO TEGO DOSZŁO. TAK… TO BARDZO SPRYTNE, NIE POWIEM.
Na próżno Albert, Śmierć Szczurów i Miódrzekł oczekiwali odpowiedzi. Śmierć znów się zamyślił. Przemówił znów dopiero po jakimś czasie:
TO MUSIAŁO SIĘ WYDARZYĆ NIEDAWNO. NA PEWNO NIE WCZORAJ WIECZOREM, KIEDY SPRAWDZAŁEM JE OSTATNIM RAZEM. Popatrzył na swego sługę. NA PEWNO NIKOGO NIE WIDZIAŁEŚ, ALBERCIE?
- Na pewno nikogo przemykającego się do domu. Siedziałem całą noc w ogrodzie, bo pewne ptaszysko – Albert spojrzał znacząco na Miódrzekła – rozwaliło cały trawnik, szukając robaków.
- Hej, nudziło mi się – odparł kruk i spoczął na jego ramieniu. – Poza tym, kiedy ostatni raz była jakaś bitwa, żebym mógł najeść się padliny?
Albert już chciał coś odpowiedzieć, jednak jego wzrok znów spoczął na Śmierci. Jego pan był wciąż pogrążony w głębokim zamyśleniu. Przyglądał się z uwagą pustym miejscu na półce. Albert wielokrotnie widział go zastanawiającego się nad różnymi rzeczami, a ta konkretna rzecz musiała sprawić, że Śmierć poczuł się co najmniej… zaniepokojony.
A TY? Zwrócił się do Śmierci Szczurów. TY NICZEGO NIE WIDZIAŁEŚ?
PIP, odparł gryzoń.
NO TAK… TA FERMA MUSIAŁA BYĆ STRASZNIE ZASZCZURZONA. Śmierć westchnął i dodał: WYGLĄDA NA TO, ŻE WYBRAŁ SOBIE ODPOWIEDNI MOMENT.
- Czyj to mógłby być życiomierz, panie? – spytał w końcu Albert.
Śmierć milczał. Próbował sobie przypomnieć nazwisko, które znajdowało się pomiędzy tymi dwiema klepsydrami, jednak było to życie, które miało jeszcze kilka dekad przed sobą, więc siłą rzeczy Śmierć przeniósł jego imię gdzieś w dalszą część swojej świadomości, aby zająć się nim we właściwym czasie. Musiał je sobie teraz przypomnieć. Było wysoce prawdopodobne, że życiomierz znajduje się tam, gdzie człowiek, którego życie odmierzał.
Nagle Śmierć poczuł ciągnięcie za szatę. Spojrzał w dół. To Śmierć Szczurów skakał zaaferowany i wskazywał kościstą łapką na regał po drugiej stronie. Śmierć, Albert i Miódrzekł odwrócili się i spojrzeli w miejsce wskazane przez gryzonia. Nieco wyżej, mniej więcej na poziomie oczu Śmierci, ziało kolejne puste miejsce, ale tym razem Śmierć wiedział aż nazbyt dobrze, czyj życiomierz powinien się tam znajdować. Mimo to podszedł bliżej i przyjrzał się dobrze sąsiednim klepsydrom. „Keli Sto Lat” głosiła ta po prawej stronie. „Igneous Cutwell”[7] informowała ta po lewej. Wszystko się zgadzało. Ostatnio często przystawał przy tej półce. Nie ze względu na swoje obowiązki… chociaż kto wie? Ostatnio odkrył, że ma ich nieco więcej.
OH, A TO CO?
Wyciągnął rękę w głąb półki i podniósł kartkę, której wcześniej nie zauważył. Coś było na niej napisane starannym, gotyckim pismem. Niebieskie ogniki w oczodołach Śmierci zaczęły wodzić po kartce, kiedy czytał w ciszy lakoniczną a zarazem wiele mówiącą wiadomość. Miódrzekł spoczął na ramieniu Śmierci i również ją przeczytał, tylko na głos:
- „Oddam go, kiedy dojdziemy do konsensusu. Spotkajmy się na Niewidocznym Uniwersytecie.”
- Zawsze znajdą się idioci, którzy będą stawiać panu ultimatum – prychnął Albert.
Ale kiedy spojrzał na Śmierć, jego wesołość wyparowała. Kolejna długa chwila milczenia, która wprawiła jego, Śmierć Szczurów i Miodrzekła w zakłopotanie.
- Nie sprecyzował godziny spotkania – odezwał się po chwili Albert.
PRZYPUSZCZAM, ŻE SAM MNIE WEZWIE. JEST WYSOCE PRAWDOPODOBNE, ŻE TO MAG.[8]
I znów milczenie. Śmierć wydawał się myśleć nad czymś intensywnie.
TO NIE WYGLĄDA DOBRZE. Stwierdził w końcu. Jego głos był spokojny, ale dla człowieka, który spędził ze Śmiercią kilka setek lat kryła się w nim jedna, mała nutka, która świadczyła o zgoła odwrotnym stanie ducha. A potem Śmierć odwrócił się w stronę Alberta i zapytał: DZISIAJ ZACZYNA SIĘ PRZERWA WAKACYJNA, PRAWDA, ALBERCIE?
- Tak, panie – odpowiedział jego sługa. – I zobowiązałeś się przywieźć tutaj Susan.
TO BARDZO… KŁOPOTLIWE.
Ruszył w stronę wyjścia, a pozostała trójka za nim.
MUSIMY ZNALEŹĆ TE DWA ŻYCIOMIERZE. ZWŁASZCZA TEN DRUGI. ALE MUSIMY ZACHOWAĆ DYSKRECJĘ.
- Racja, po co psuć Susan wakacje? – odrzekł kruk.
Od kiedy Śmierć odzyskał wnuczkę[9], starał się być w jej oczach kimś, kto jest odpowiedzialny, rozsądny i potrafiący poradzić sobie z każdym problemem (nie mówiąc już o tym, że troskliwy i interesujący). Wiedział, że to głupie, ale miło było myśleć, że Susan nadal ma o nim wysokie mniemanie, tak jak za dawnych lat. A incydent z życiomierzami mógł bardzo nadwerężyć jego autorytet.
- Kimkolwiek jest nasz włamywacz, porwał się z motyką na słońce.
Śmierć zatrzymał się i spojrzał na swojego sługę.
MOTYKĄ NA SŁOŃCE? CZYŻBYŚ WIEDZIAŁ COŚ, CZEGO NIE WIEM JA, ALBERCIE?
- Tak się tylko mówi, panie. To przysłowie. Oznacza stawianie sobie szalonych, nieosiągalnych celów.
AHA, odparł tylko Śmierć i znów zaczął iść.
To wszystko było takie kłopotliwe… Zbieranie dusz, wizyta rodzinna, a teraz jeszcze ta sprawa z życiomierzami. Śmierć miał nadzieję, że uda mu się je szybko odzyskać i że jego wnuczka się nie zorientuje, że to zdarzenie w ogóle miało miejsce.
W końcu co by powiedziała, gdyby dowiedziała się, że jej dziadek pozwolił komuś ukraść jej życiomierz?

Oczywiście musiało padać.
Co to za początek wakacji, w którym pada? I oczywiście to nie mógł być ciepły, letni deszczyk, który przemija po kilku minutach, a potem niebo się przejaśnia. To musiał być porządny, ciężki deszcz, pozostawiający kałuże wielkości sadzawki. Susan stała więc pod parasolką, w pelerynie i długich butach, i rozglądała się za białym koniem, na którym mógłby siedzieć jej dziadek. Karety i powozy przyjeżdżały i odjeżdżały zabierając ze sobą jej koleżanki ze szkoły, aż w końcu została sama. Zastanawiała się, czy czasem jej dziadek – bądź co bądź antropomorficzna personifikacja śmierci – nie zapomniał w natłoku obowiązków o tym, że miał ją dzisiaj odebrać. Albo czy nie zatrzymała go jakaś masakra i w związku z tym spóźni się jeszcze trochę.
Tak czy inaczej, z każdą chwilą robiła się coraz bardziej niespokojna i niecierpliwa. Cieszyła się na pierwsze od dwunastu lat wakacje z dziadkiem, a teraz on się spóźniał. Po jakimś czasie zaczęła przechadzać się w tę i we wtę. Wtem podeszła do niej panna Butts.
- Czy twój dziadek wie, że właśnie dzisiaj jest zakończenie roku szkolnego?
- Tak, mówiłam mu o tym wiele razy – odpowiedziała Susan, nawet nie spoglądając na nauczycielkę, tylko na drogę.
- Może jednak powinnaś powiadomić kogoś ze Sto Helit[10], żeby po ciebie przyjechał.
- Nie trzeba, panno Butts – odrzekła Susan, wciąż się rozglądając.
- Może zapomniał? Starsi ludzie często zapominają.
Susan westchnęła ze zrezygnowaniem, a potem uśmiechnęła się do swoim myśli. Śmierć i skleroza… Albo jeszcze lepiej – demencja. Albo starsze zdziecinnienie… I jeszcze strzykanie w kościach. To byłoby ciekawe.
I wtedy się zjawił. Wjechał na Pimpusiu po drodze, którą tyle różnych karet zawiozło uczennice do ich domów. Susan widziała go takim, jak jest – widziała wysokiego kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem (na szczęście kosę zostawił w domu). Jednak panna Butts na pewno widziała kogoś zupełnie innego – być może jej własny umysł[11] przywodził jej przed oczy obraz starca z długą, posiwiałą brodą, a może wychudłego, łysiejącego mężczyznę ze zmarszczkami na każdym kawałku skóry. Tak czy inaczej, widziała normalnego człowieka, a nie uosobienie Śmierci.
Pimpuś zatrzymał się tuż przed Susan i Śmierć spojrzał na wnuczkę z wyrazem zakłopotania.
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO MUSIAŁAŚ CZEKAĆ.
- No cóż… – powiedziała Susan i uśmiechnęła się do niego – przynajmniej już jesteś, dziadku.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, że panna Butts tu jest i że stosowne byłoby ich sobie przedstawić.
- Panno Butts – odezwała się do nauczycielki – to jest mój dziadek…
BILL, oświadczył Śmierć zanim zdążyła powiedzieć coś więcej.
- A to jest panna Butts, dziadku – oznajmiła Susan.
BARDZO MI MIŁO. Wyciągnął rękę w stronę nauczycielki w geście powitania. Niepewnie ją chwyciła i szybko puściła.
- Mnie również – odparła w zasadzie z grzeczności. Wydawało się, że chciała jeszcze o coś spytać, ale postanowiła się wstrzymać, nie chcąc być nieuprzejmą.
Śmierć podał rękę Susan i pomógł jej wejść na Pimpusia. Niebawem siedziała wraz z nim na koniu i Śmierć pociągnął za lejce i skierował Pimpusia w stronę drogi.
NO TO RUSZAMY. Zaczęli oddalać się od szkoły, ale Śmierć odwrócił się jeszcze do panny Butts i powiedział na odchodnym: DO WIDZENIA, PANNO BUTTS.
- Szerokiej drogi – powiedziała niepewnie nauczycielka.
Śmierć i Susan zniknęli za zakrętem. Panna Butts powróciła do szkoły.
- Słowo daję, aby szesnastoletnia księżna jeździła do domu na jednym koniu razem z dziadkiem… I co to za imię dla szlachcica… Bill… Ta rodzina musi być dziwniejsza niż myślałam.
Tymczasem Pimpuś wzbił się w powietrze. Zarówno Śmierć, jak i Susan, uznali, że nie chcą być widzialni i zniknęli ludziom z oczu wraz z koniem, na którym lecieli. Śmierć postanowił przerwać panującą ciszę.
JAK TAM SZKOŁA?
- Dobrze, chociaż historia i literatura są nudne jak flaki z olejem.
NIGDY NIE JADŁEM, WIĘC NIE WIEM. CHYBA, ŻE MÓWISZ O FLAKACH WYPŁYWAJĄCYCH Z CIAŁA NA POLU BITWY I OBLANYCH WRZĄCYM OLEJEM, ALE NIE WYDAJE MI SIĘ, ABY „NUDNY” BYŁO NAJLEPSZYM OKREŚLENIEM NA TAKI WIDOK.
Susan postanowiła puścić mimo uszu uwagę dziadka. Potem mu wszystko wytłumaczy.
- A jak tam praca?
Śmierć zastanowił się nad odpowiedzią. Od razu przypomniał sobie o niedawnym zdarzeniu z życiomierzami. Ale przecież nie mógł jej o tym powiedzieć, więc zamiast tego odparł:
CAŁKIEM SPOKOJNIE. NIE NARZEKAM.
Susan od razu zauważyła to zdenerwowanie w głosie swojego dziadka. Od razu zrozumiała, że coś się stało i że to pierwsze przyszło Śmierci do głowy, kiedy spytała go o pracę.
- Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.
Nie wierzyła mu, ani trochę. Ale nie powiedziała mu o tym. Postanowiła na razie nie dociekać, ale wszystko jej mówiło, że coś było nie tak. Była zaniepokojona.
-----------------------------------------------------------------------
[1] Jeżeli mag chce sięgnąć po wyższy stopień w karierze, musi przejąć buty zmarłego poprzednika.
[2] Śmierć pamięta nie tylko coś, co już się stało, ale też wiele rzeczy, które mają się dopiero stać.
[3] Życiomierz - klepsydra, w której przesypuje się czas danego żywota. Na dole jest zawsze wypisane nazwisko osoby, której życie jest odmierzane.
[4] Albert (znany też jako Alberto Malich) - kiedyś znany mag, obecnie sługa Śmierci. Dzięki temu, że w siedzibie Śmierci nie płynie czas, piasek w życiomierzu Alberta się nie przesypuje, o ile starzec nie schodzi na Dysk.
[5] Śmierć Szczurów (a także Śmierć Pcheł) jest częścią Śmierci, która odłączyła się od niego, kiedy ten stał się śmiertelny. Kiedy Śmierć odzyskał swój dawny status, pozwolił Śmierci Szczurów pozostać oddzielnym bytem. Miódrzekł zaś jest mówiącym krukiem, którego Śmierć Szczurów zaangażował jako tłumacza swoich pisków, kiedy przybył porozmawiać z Susan.
[6] W sensie - nie ma pór roku, starości ani cyklu dzień-noc. Dlatego Albert się nie starzeje (i wciąż żyje), a Ysabell (przybrana córka Śmierci i matka Susan) przez 35 lat była szesnastolatką. Śmierć, chociaż bardzo się stara, nie może stworzyć czasu, więc w siedzibie Śmierci istnieje tylko teraz.
[7] Keli Sto Lat jest królową Sto Lat, która miała zginąć jako księżniczka, jednak praktykant Śmierci, Mort (ojciec Susan), postanowił zamiast niej wziąć życie jej zabójcy. Namieszał przy tym w rzeczywistości, przyczyniając się do stworzenia sytuacji, w której poddani Keli jej nie dostrzegali. Keli poszukała pomocy u maga, Cutwella, który stał się królewskim rozpoznawcą (przypominał ludziom o tym, że mają księżniczkę) i pomógł jej przy koronacji. W końcu Śmierć zgodził się, aby pozostali przy życiu, ale Mort miał zadbać o to, aby wszystko potoczyło się tak, jak było pierwotnie zapisane, gdyby na tronie Sto Lat zasiadł wuj Keli.
[8] Magowie z Niewidocznego Uniwersytetu (będącego w centrum Ankh-Morpolk) często korzystają z rytuału AshkEnte, który przywołuje Śmierć. Zwykle chodzi o wyjaśnienie jakiegoś dziwnego zjawiska, które ma miejsce w Ankh-Morpolk.
[9] Kiedy Susan miała 4 lata, rodzice przywozili ją do dziadka (na jego prośbę). Śmierć był nawet dobrym dziadkiem, jednak po jakimś czasie Susan zaczęła przejawiać niepokojące zachowanie (m. in. poprosiła dziadka, żeby na urodziny zdjął koszulę) i postanowili, że powinna zapomnieć o tym, że Śmierć jest jej krewnym. Dopiero podczas wydarzeń z Muzyki duszy wszystko sobie przypomniała.
[10] Po zwolnieniu ze służby przez Śmierć Mort skorzystał ze znajomości z księżniczką i wraz z Ysabell stali się księciem i księżną Sto Helit.
[11] Kiedy Śmierć pojawia się na ziemi i chodzi pomiędzy śmiertelnikami, większość ludzi ma naturalną blokadę, która sprawia, ze nie widzą go takim, jaki jest, tylko jako człowieka. Nie działa to jednak na wszystkich ludzi. Na przykład magowie widzą Śmierć w jego prawdziwej postaci.
Ostatnio zmieniony 27 cze 2013, 21:45 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 6 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Natka
pomocnik
Posty: 605
Rejestracja: 07 sty 2010, 19:56
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn

Postautor: Natka » 24 cze 2013, 23:56

Ej no, co to jest, czytam, czytam, jeszcze się spodziewam całkiem sporego kawałka, a tu przypisy *foch*
No ale na temat wrażeń z czytania i pokrewnych:
RedHatMeg pisze:Nie ze względu na swoje obowiązki… chociaż kto wie? Ostatnio odkrył, że ma ich nieco więcej.

Bardzo inteligentnie powiem ":)"
RedHatMeg pisze:I jeszcze strzykanie w kościach. To byłoby ciekawe.

Tak jak poprzedni zajmuje drugie miejce, tak ten jest moim ulubionym tekstem, choć z innych powodów.
RedHatMeg pisze:TO MUSIAŁO SIĘ WYDARZYĆ NIEDAWNO. NA PEWNO NIE WCZORAJ WIECOZREM, KIEDY SPRAWDZAŁEM JE OSTATNIM RAZEM

Literówka. Wieczorem.
RedHatMeg pisze:Niebieskie ogniki w oczodołach Śmierci zaczęło wodzić po kartce

Zaczęły.
NIGDY NIE JADŁEM, WIĘC NIE WIEM. CHYBA, ŻE MÓWISZ O FLAKACH WYPŁYWAJĄCYCH Z CIAŁA NA POLU BITWY I OBLANYCH WRZĄCYM OLEJEM, ALE NIE WYDAJE MI SIĘ, ABY „NUDNY” BYŁO NAJLEPSZYM OKREŚLENIEM NA TAKI WIDOK.

Niby teoretycznie to nie jest OoC, ale tak jakoś razi. Mam wrażenie, że Śmierć odrobinę inaczej dobrałby słowa... Nie, żebym sama go potrafiła dobrze odwzorować >_> Mam też takie wrażenie, że on tu jest odrobinę zbyt... ludzki, ale ostatecznie on się z kolejnymi tomami robi coraz bardziej ludzki (na swój własny, unikalny sposób), więc może po prostu lepiej pamiętam te jego wcześniejsze wersje.
Ogólnie sobie tym razem ciężki temat wzięłaś. Pozostaje mi trzymać kciuki i czekać na następną część.
OC-holic

Awatar użytkownika
dreamistru
amator
Posty: 5
Rejestracja: 06 lip 2013, 09:18
Lokalizacja: muspelheim

Postautor: dreamistru » 06 lip 2013, 10:06

Ach, nie sądziłam, że znajdę tutaj Dysk ;-) Bardzo fajnie i, niestety, bardzo krótko. Co do przypisów, nie sądzę żeby osobom znającym książki były potrzebne - z kolei, jeśli ktoś ich nie czytał, to fica też raczej nie tknie. Osobiście bym z nich zrezygnowała.

Przyczepiłabym się do:

- Panie, herbata stygnie. Położyłem ją na biurku.


Położyć herbatę? Dla mnie brzmi niezręcznie, postawić owszem, ale położyć raczej nie.

Na próżno Albert, Śmierć Szczurów i Miódrzekł oczekiwali odpowiedzi. Śmierć znów się zamyślił. Przemówił znów dopiero po jakimś czasie:


Powtórzenie, niestety trochę razi. "Przemówił dopiero..." brzmi lepiej.

Susan stała więc pod parasolką, w pelerynie i długich butach,


Ja bym powiedziała wysokich.

NIGDY NIE JADŁEM, WIĘC NIE WIEM. CHYBA, ŻE MÓWISZ O FLAKACH WYPŁYWAJĄCYCH Z CIAŁA NA POLU BITWY I OBLANYCH WRZĄCYM OLEJEM, ALE NIE WYDAJE MI SIĘ, ABY „NUDNY” BYŁO NAJLEPSZYM OKREŚLENIEM NA TAKI WIDOK.


A mi się ten fragment podoba ;-) Ewentualnie zamiast "określeniem na taki widok" można dać zgrabniejsze "określeniem takiego widoku". Ot, i tyle, ale ta wypowiedź nie razi mnie wcale.
Wybacz czepliwość, ale w sumie umieszczasz text do oceny publicznej.
Tak zapytam jeszcze, czy to jest fragment jakiejś większej całości? *niewiedza*

Awatar użytkownika
Preity
moderator
Posty: 200
Rejestracja: 14 sie 2012, 20:44
Lokalizacja: Marsjańskie odmęty
Kontaktowanie:

Postautor: Preity » 06 lip 2013, 10:34

dreamistru pisze:Co do przypisów, nie sądzę żeby osobom znającym książki były potrzebne - z kolei, jeśli ktoś ich nie czytał, to fica też raczej nie tknie. Osobiście bym z nich zrezygnowała.
Z tym się nie zgodzę. Czasami zdarzają się wariaci (taki jeden właśnie te słowa pisze), którzy czytają coś, mimo że o fandomie mają pojęcie tylko takie, że ów istnieje i wówczas przypisy są pomocne, a nawet są w stanie zachęcić do sięgnięcia po oryginał.
Nagi wyszedłem z łona matki
i nagi tam wrócę.
Dał Pan i zabrał Pan.
Niech będzie imię Pańskie błogosławione!

Hi 1, 21

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2111
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 06 lip 2013, 14:41

dreamistru pisze:Co do przypisów, nie sądzę żeby osobom znającym książki były potrzebne - z kolei, jeśli ktoś ich nie czytał, to fica też raczej nie tknie. Osobiście bym z nich zrezygnowała.

Akurat wcześniej w shoucie parę osób pytało mnie, czy muszą bardzo znać fandom, więc zaproponowałam przypisy, zresztą nie pierwszy raz.
dreamistru pisze:Tak zapytam jeszcze, czy to jest fragment jakiejś większej całości? *niewiedza*

Oczywiście, nawet napoczęłam już drugi rozdział, ale mam mnóstwo roboty, a i faza trochę przygasła.

A właśnie, ludzie, znaleźliście ten mały Easter Egg, którym wam zostawiłam?
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 06 lip 2013, 15:46

Nie do końca przekonuje nas to opowiadanie. Starasz się trochę naśladować styl Pratchetta - i w sumie dobrze, ale jest sporo rzeczy, które nam mocno zgrzytają. Szukanie trwało pół godziny? W miejscu, gdzie czas nie istnieje? Dziwne. Nie mówiąc już o tym, że trochę nie podoba się nam wizja Śmiercia nadąsanego z powodu dużej ilości pracy. To też trochę dziwne, nie do końca pasuje chyba do tej postaci, podobnie jak to natychmiastowe rozważanie zachowań magów. Że coś jest nie w porządku - owszem, czemu nie, sama intryga na razie zarysowana bardzo ciekawie i chętnie dowiemy się, co się dzieje i jak do tego doszło. Żeby jeszcze utrzymać ten ton z początku rozdziału w ciągu dalszym - później chyba trochę mniej to wszystko w Pratchettowskim stylu, a można byłoby dodać narracji trochę polotu, skoro był na początku. Poza tymi drobiazgami jednak wrażenie pozytywne.
A, z racji bardzo dawnego czytania Muzyki duszy nie pamiętamy tych mniej głównych postaci. W sumie wcale by nie zaszkodziło, jakbyś przypomniała jakiś drobiazg o np. takiej pannie Butts, pamiętamy, że było trochę rzeczy, które można przypomnieć. Ale to tak na marginesie.
RedHatMeg pisze:Przyglądał się z uwagą pustym miejscu na półce.
pustemu
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
dreamistru
amator
Posty: 5
Rejestracja: 06 lip 2013, 09:18
Lokalizacja: muspelheim

Postautor: dreamistru » 06 lip 2013, 17:21

Akurat wcześniej w shoucie parę osób pytało mnie, czy muszą bardzo znać fandom, więc zaproponowałam przypisy, zresztą nie pierwszy raz.


Aha, ok. Nie było mnie tu nawet wtedy jeszcze ;-) W sumie faktycznie, nawiązując do postu Zwierz Hienisty można było część tego wpleść w tekst. Tylko z kolei nie wiem, czy by nie był wtedy nużący...

Oczywiście, nawet napoczęłam już drugi rozdział, ale mam mnóstwo roboty, a i faza trochę przygasła.


Cóż, tak bywa w życiu. Jeśli tekst gdzieś jest to proszę linka, jeśli dopiero ma się tutaj pojawić, cierpliwie sobie czekam.

A tak w ogóle nie wydaje mi się, żeby wtrącenia i podobieństwo do Pratchetta było jakieś *mocno* złe. W sensie, to chyba jest początek, i na dobrą sprawę nie chciałabym fica ze świata Dysku, który absolutnie w niczym go nie przypomina i brzmi, no, sztucznie. Z drugiej strony uwaga o upływie czasu w miejscu, gdzie rzecz po prostu nie ma miejsca, nie powiem, trafna...
Co do przepracowania Śmierci to nie mam z tym problemu, również pamiętam z Morta iż faktycznie, miewał gorsze dni.
Moje trzy grosze.

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 12 lip 2013, 05:52

I co ja mam Ci powiedzieć? Początek rzeczywiście jest w pratchettowskim stylu, ale potem się nieco zmienia. Niestety chyba wiem, kto ukradł życiomierze i ciekawi mnie tylko czyj był drugi życiomierz, którego właściciela Śmierć nie potrafi sobie przypomnieć.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2111
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 07 gru 2013, 14:51

Nastąpiła pewna zmiana planów, a konkretnie - postanowiłam wprowadzić dwie poprawki. Jedną będzie obecność Straży Miejskiej, a drugą zobaczycie w dalszych rozdziałach. No i jest tu pewien spoiler do Muzyki Duszy.

Burza wisi w powietrzu
Pimpuś wylądował na szarawej trawie Siedziby Śmierci. Susan – z pomocą dziadka – zeszła z konia, a chwilę potem Śmierć również stał na ziemi. Albert wyszedł im na spotkanie, trzymając w ręku patelnię.
- Obiad jeszcze nie gotowy – oświadczył – więc jeśli jesteś głodna, musisz poczekać.
- Ciebie też miło widzieć, Albercie – odparła Susan.
MUSISZ BYĆ ZMĘCZONA PO TAK DŁUGIEJ PODRÓŻY. TWÓJ POKÓJ JUŻ NA CIEBIE CZEKA.
- Dziękuję, dziadku. – Susan uśmiechnęła się i ruszyła wraz z Albertem w stronę domostwa.
Śmierć również się uśmiechnął, po czym chwycił uzdę Pimpusia i zaprowadził go do stajni. Radość z wizyty wnuczki zakłóciła mu myśl o tym, że nie wiedział, gdzie znajduje się jej życiomierz. Śmierć był dobry w szukaniu, jednak potrzebował jakiegoś pomysłu co do tego, gdzie zacząć. Domyślał się, co prawda, profesji złodzieja, jednak na Niewidocznym Uniwersytecie w Ankh-Morpolk szwędało się mnóstwo magów. Potrzebował jeszcze jednej wskazówki, która zmniejszyłaby grono podejrzanych. Śmierć nie zamierzał czekać, aż złodziej wykona rytuał AshkEnte. Dlatego zaraz ze stajni Śmierć ruszył do gabinetu.
Zasiadł przed modelem Dysku i zamyślił się. Chwilę potem drzwi do gabinetu się otworzyły i wszedł Albert. Śmierć spojrzał na niego ze zdumieniem.
NIE POWINIENEŚ ROBIĆ OBIADU, ALBERCIE? zapytał.
- Właśnie się gotuje, więc postanowiłem skorzystać z tego, że mam kilka minut dla siebie i sprawdzić, jak sobie radzisz, panie – odparł starzec i usiadł na pobliskim krześle.
WSZYSTKO DOBRZE. PO PROSTU MYŚLĘ NAD DZISIEJSZYM WYDARZENIEM.
- Ja też nad tym myślałem – oświadczył Albert i przechylił się nieco do przodu, w stronę swego pana – i doszedłem do wniosku, że powinniśmy najpierw zacząć od zastanowienia się qui bono[1], panie.
„QUI BONO”, ALBERCIE? Oczy Śmierci przyjrzały się z zainteresowaniem słudze.
- Starożytne powiedzenie, które oznacza tak naprawdę: „Kto na tym korzysta?” – wyjaśnił Albert. – To pytanie zadaje się zawsze, gdy popełnione jest przestępstwo, a sprawcy są nieznani. Co chcę powiedzieć, to to, że musimy ustalić motyw naszego złodzieja. Bo, jak rozumiem, wiesz, panie, jak się tutaj dostał?
JEST TYLKO JEDEN SPOSÓB, ABY KTOŚ Z ZEWNĄTRZ SIĘ TUTAJ DOSTAŁ BEZ POMOCY ŻADNEGO Z NAS. JUŻ RAZ KTOŚ TEGO DOKONAŁ, ALE TY WTEDY BYŁEŚ ZAJĘTY, WIĘC NIE ZAUWAŻYŁEŚ.
Twarz Alberta ułożyła się w wyraz nagłego zrozumienia.
TAK WIĘC ALBO TO, ALBO KTOŚ GO ZAPROSIŁ DO ŚRODKA.
Albert poczuł jak serce podskakuje mu do gardła. Ścisnął mocno oparcia krzesła.
- Chyba nie podejrzewasz, panie, że mógłbym to zrobić? Wiesz przecież, że jestem ci wierny. Zresztą jak mógłbym stąd wyjść, skoro…
SPOKOJNIE, ALBERCIE. WIEM, ŻE TO NIE TY. MUSIAŁBYŚ ZEJŚĆ NA DYSK, A NIE ZOSTAŁO CI ZBYT WIELE CZASU W KLEPSYDRZE.
- Właśnie, właśnie – przytaknął z nerwowym uśmiechem i wyrazem ulgi w oczach, Albert. – Jeśli już, to winne jest to ptaszysko.
JESTEM PRAWIE PEWIEN, ŻE W GRĘ WCHODZI PIERWSZY SPOSÓB, oświadczył Śmierć, po czym mówił dalej: CO DO MOTYWACJI ZŁODZIEJA, JEST TYLKO JEDNA RZECZ, KTÓRĄ MOŻNA CHCIEĆ OD ŚMIERCI. NIE PRAWDASZ, ALBERCIE?
Śmierć podniósł się od biurka i z rękami z tyłu zaczął chodzić po pokoju. Albert przyglądał mu się w napięciu, obawiając się trochę o szykowany w kuchni obiad, ale z drugiej strony mając wewnętrzny przymus, aby nie opuszczać swojego pana, zanim ten nie skończy.
- Władza nad własnym losem – powiedział domyślnie. – Długowieczność, może nawet nieśmiertelność.
ZE SZCZEGÓLNYM NACISKIEM NA TO OSTATNIE, ALBERCIE, odparł Śmierć i westchnął. ŻE TEŻ LUDZIE MUSZĄ ODZNACZAĆ SIĘ TAKĄ PERFIDIĄ. DO CZEGO TO DOSZŁO…? Spojrzał na Alberta i powiedział: LEPIEJ JUŻ IDŹ, BO OBIAD SIĘ POPSUJE.
Albert posłusznie podniósł się z krzesła. Skierował się w stronę drzwi, ale nie śpieszył się zbytnio z wychodzeniem. Jego wzrok był cały czas skierowany na Śmierci, który usiadł z powrotem przy biurku i wydał kolejne ciężkie westchnienie. Albert poczuł nieczęsto spotykane u siebie współczucie wobec swojego pana. Już wcześniej wiedział, że incydent z życiomierzami wywołał w nim ideę niepokoju. Była to już wystarczająco poważna sprawa, że ktoś tu wszedł i dopuścił się kradzieży, ale jeden z tych życiomierzy należał do jego wnuczki, do jasnej cholery! Albert mógł się tylko domyślać, co przeżywał właśnie jego pan i zapragnął nagle podnieść go na duchu.
- Głowa do góry, panie – powiedział, kładąc rękę na klamce, i uśmiechnął się szeroko. – Dopadniemy drania.
Śmierć rzucił mu lekko zdziwione spojrzenie. Albert uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej i dopiero wtedy wyszedł, zająć się obiadem.

Przyglądał się z fascynacją życiomierzom i nie mógł się nadziwić, jakimi wspaniałymi przedmiotami były. Te kwadratowe podstawy z ciemnego drewna, które łączyły się czterema kolumnami z identycznymi to podstawek baldachimami; te złote tabliczki, na których ktoś staranną, elegancką wręcz, kursywą wygrawerował nazwiska właścicieli; te łańcuszki, które czyniły życiomierze bardziej poręcznymi do noszenia z miejsca na miejsce; no i ten piasek koloru zboża przesypujący się przez wąskie szyjki, powoli, ale przy bliższym przyjrzeniu się regularnie, nieubłagalnie.
A przynajmniej tak było do dzisiejszego popołudnia. Bo około piętnastej klepsydra z napisem: „Susan Sto Helit” przestała się, ni stąd, ni zowąd, przesypywać. Jakby nagle czas się zatrzymał. To było bardzo interesujące. Zauważył podobne zjawisko, kiedy znalazł swoją klepsydrę. Przyglądał jej się z zadziwieniem, zastanawiając się, czy już udało mu się osiągnąć to czego chciał, zanim jeszcze wprowadził do końca swój plan w życie, ale po krótkim namyśle przypomniał sobie zegar bez wskazówek, brak kurzu na półkach i czarnobiałe niebo, które się nie zmieniało. I wtedy zrozumiał. A nowa wiedza sprawiła, że uśmiechnął się do siebie chytrze. Teraz też się tak uśmiechnął. Tak jak podejrzewał, Susan Sto Helit znajdowała się teraz w Siedzibie Śmierci, może świadoma, może nie, że jej cenny życiomierz był teraz tutaj.
Smukła postać podniosła się powoli od biurka i chwyciła zawieszony na pobliskim wieszaku kapelusz, aby potem założyć go na głowę. Następnie włożyła na siebie płaszcz i wyszła zająć się swoimi zwyczajnymi zatrudnieniami. Jednak potem… potem czekało ją największe wyzwanie.
I nie mogła się już doczekać.

- Jak tam ten młody człowiek, Imp?[2] – zapytał Miódrzekł, latając naokoło Susan, która się rozpakowywała.
- Nie twój interes – odrzekła, wyciągając z bagażu koszulę nocną i zaraz potem wkładając ją do szuflady.
- Nie chcesz pomóc biednej ptaszynie? – zapytał kruk i wylądował na szczycie wielkiej szafy. – Tak bardzo starałaś się ocalić tego biedaka, a teraz nie chcesz mi powiedzieć, co się z nim stało?
Susan nie spędziła nawet pięciu minut w domu dziadka, a to ptaszysko już działało jej na nerwy. Chciała się rozpakować, przebrać w coś suchego i odpocząć, dopóki Albert nie zawoła jej na posiłek. Niestety, Miódrzekł miał inne plany. Nie zamierzał dać jej spokoju, dopóki ona nie zaspokoi jego ciekawości.
- Żyje? Nie żyje? – dopytywał się. – Przecież ostatecznie Śmierć go nie zabrał.
Jeszcze przez kilka minut odmawiała mu informacji. To nie była jego sprawa, stanowczo nie była. Jeśli chciał ploteczek, niech poszuka innych uczennic. Albo niech zaoferuje coś w zamian…
Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Aż dziw bierze, że dopiero teraz o tym pomyślała. Uśmiechnęła się do swoich myśli i popatrzyła na kruka.
- Zawrzyjmy umowę, Miódrzekłu – oznajmiła i nonszalancko powróciła do rozpakowywania się. – Informacja za informację. Ja zaspokoję twoją ciekawość, a ty moją. Zgoda?
Miódrzekł zawahał się na chwilę. Z jednej strony bardzo ciekawiło go, co też stało się z młodzieńcem, którego Susan najwyraźniej bardzo polubiła, no i czy ich znajomość przeszła na wyższy poziom. Z drugiej strony – obawiał się trochę tego, o co mogłaby zapytać Susan, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń. Ale przecież niczego się nie domyślała, prawda? Kto jak kto, ale Śmierć potrafił dochować tajemnicy.
- Umowa stoi – oświadczył kruk, zyskując nagle na pewności siebie.
Cokolwiek chciała wiedzieć, na pewno nie miał się o co martwić. W razie czego skłamie.
- Tak więc co się stało z Impem? – zapytał.
- No cóż – zaczęła Susan i odłożyła walizkę na bok. – Został naszym szkolnym ogrodnikiem.
- Ogrodnikiem? – zdziwił się Miódrzekł. – Przecież był muzykiem.
- Ale teraz jest ogrodnikiem w mojej szkole – oznajmiła.
- Czy w takim razie zamierzasz zawrzeć z nim jakieś bliższe stosunki?
Susan zarumieniła się, co jak zwykle poskutkowało pojawieniem się blizny w kształcie czterech kresek na jej policzku[3]. Przez chwilę rozważała rzucenie czymś we wścibskie ptaszysko, zaraz jednak się opanowała. Rumieniec również szybko zniknął z jej twarzy i znów była bladolicą sobą.
- Nie, nie zamierzam – odparła i usiadła na łóżku. – Moja kolej. I się nie wymiguj.
- Ależ oczywiście. Jestem ptakiem honoru.
Po raz kolejny na twarzy Susan pojawił się uśmiech. Popatrzyła na Miódrzekła, który miał niejasne wrażenie, że powinien się bać szesnastolatki i tego, o co zaraz zamierzała spytać. Jeszcze bardziej się zaniepokoił, kiedy nagle spoważniała.
- Czy dziadek ma ostatnio jakieś problemy? – spytała.
Miódrzekł poczuł jak się poci (jedno z niedogodności bycia zwierzęciem stałocieplnym; na szczęście Susan nie mogła tego zobaczyć), ale udało mu się zachować spokój. Ostatecznie to jeszcze o niczym nie świadczy. To mogło być zwykłe pytanie wnuczki o dziadka i wcale nie oznaczało, że się czegoś domyślała.
- Nie, moja droga – skłamał Miódrzekł. – Radzi sobie tak jak zawsze. To przecież Śmierć.
Susan spojrzała na niego, nie za bardzo wierząc jego słowom. Zawahał się, zanim odpowiedział. Ba – zawahał się nawet zanim zgodził się na układ „informacja za informację”.
- Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.

Może to było coś kłopotliwego dla jej dziadka i reszty. Może Śmierć miał problemy z powróceniem do dawnej funkcji po tak długiej nieobecności. A może… może to było coś gorszego. Coś poważniejszego. Tak czy inaczej, Susan z jednej strony bardzo się martwiła, z drugiej – wzbierała w niej wściekłość. Jak oni mogli trzymać ją od tego z dala, jakby była małą dziewczynką? Przecież jeszcze niedawno pełniła obowiązki dziadka. Miała prawo wiedzieć. Może by nawet spróbowała im jakoś pomóc.
- Jesteś pewien? – odparła i rzuciła krukowi chłodne spojrzenie.
- Całkowicie – oświadczył Miódrzekł. – Poza tym, nawet gdyby coś było nie tak, to ja nic nie wiem.
Susan przyglądała się krukowi przez dłuższy czas. Na pewno był jakiś sposób, aby wyciągnąć od niego prawdę, ale na razie zastanawiała się, czy lepiej byłoby go przekupić, czy też raczej zagrozić głosem Śmierci, że wyrwie mu się skrzydła. Oczywiście nie zamierzała tego robić, ale Miódrzekł na pewno ugiąłby się pod groźbą, bo nie miałby czasu pomyśleć nad tym, czy miałaby sens, czy nie. Byłby zajęty baniem się o własne bezpieczeństwo.
Zanim jednak zdążyłaby zrealizować jeden z tych pomysłów, Albert zawołał ich na obiad.

Komendant Samuel Vimes zapalił cygaro. Ostatnio było bardzo spokojnie… To znaczy, na tyle, na ile może być spokojne Ankh-Morpolk w dni powszednie, w dodatku, jak pracuje się w Straży Miejskiej. Vimes zaryzykowałby stwierdzenie, że ostatnimi czasy nie działo się nic nadzwyczajnego. Żadnego spisku, aby przywrócić monarchię. Żadnego smoka szlachetnego przyzwanego przez jakiegoś nie do końca rozgarniętego knypka. Żadnej serii tajemniczych, nie dających się wytłumaczyć zgonów.[4]
Jednak miał nieodparte wrażenie, że coś wisiało w powietrzu. Vimes wiedział, że to wyświechtany tekst, ale tak po prostu było i choćby zapierał się na milion sposobów, ostatecznie musiał przyznać, że to prawda. Czuł to w powietrzu, w wodzie, we własnych rozklekotanych kościach – niebawem miało zdarzyć się coś złego. Nie wiedział jeszcze co.

Zasiedli w kuchni do obiadu. Śmierć na najważniejszym miejscu, u szczytu stołu, a Susan po jego prawej stronie. Śmierć Szczurów, Śmierć Pcheł i Miódrzekł mieli własne miski na parapecie, tymczasem Albert położył przed bardziej antropomorficznymi osobami w swojej kuchni talerze z owsianką (dla Susan) oraz smażonym jajkiem i bekonem (dla siebie i Śmierci).
ALBERCIE, zaczął Śmierć, TO CHYBA BARDZIEJ ŚNIADANIE, NIŻ OBIAD.
- Panienka Susan je tylko musli – powiedział złośliwie Albert.
NIE BĄDŹ NIEGRZECZNY, ALBERCIE.
- Zwłaszcza, że owsianka to nie musli – wtrąciła Susan, równie uprzejmie jak starzec.
SUSAN, TO NIEŁADNIE TAK WYBRZYDZAĆ. WIESZ PRZECIEŻ, ŻE ALBERT STARA SIĘ JAK MOŻE.
Wyłączając ten jego duży i potężny głos, Śmierć zabrzmiał prawie jak zwykły dziadek, karcący wnuczkę za jej złe maniery. Żadnej wściekłości, tylko łagodne upomnienie. Susan poczuła się trochę zawstydzona. Przypomniała sobie, że przecież bardzo cieszyła się na przyjazd tutaj. I na pewno jej dziadek także, być może bardziej, niż ona.
Popatrzyła na starego sługę. On też wydawał się skruszony.
- Przepraszam, Albercie.
On również ją przeprosił, choć raczej niechętnie. Widać było, że zrobił to tylko z powodu swego pana.
Obiad przebiegał bardzo spokojnie. Susan od czasu do czasu spoglądała na dziadka. Był milczący, bo choć raz czy dwa zapytał ją o to, jak minął jej rok szkolny (pomijając oczywiście to, że w którymś momencie musiała opuścić internat, aby zająć miejsce Śmierci), to i tak reagował na odpowiedzi z nikłym zainteresowaniem. Jakby jego umysł zajęty był czymś innym. Susan wiedziała, że jest to coś, co go bardzo martwiło. I napawało ją to wściekłością. Musiała w końcu spytać. Musiała się dowiedzieć.
Układała sobie w głowie to, co zamierzała powiedzieć. Nie chciała, żeby to go uraziło, ale jednocześnie gotowa była napierać na niego, dopóki nie odpowie. Musiała być jednocześnie stanowcza i finezyjna.
Postanowiła przystąpić do dzieła, kiedy dziadek właśnie konsumował ostatni kęs bekonu. Zwróciła się do niego całym ciałem, położyła ręce na kolanach i powiedziała:
- Dziadku…
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
TAK, SUSAN?
I nagle straciła nieco rezonu. Przez chwilę miała trudności z przypomnieniem sobie, co chciała powiedzieć, a wpatrujące się w nią niebieskie ogniki tylko utrudniały jej zadanie. Ale zaraz wzięła się w garść. Tak, to prawda – siedziała przed nią antropomorficzna personifikacja śmierci, ale tak się składało, że ta antropomorficzna personifikacja była też jej dziadkiem. Nie było się o co martwić.
- Ekhm… – odchrząknęła i przeszła wreszcie do sedna sprawy: – Odkąd tutaj przyjechałam, trudno mi nie zauważyć, że… – jej wzrok powędrował na ziemię, aby zaraz znów skierować się na Śmierci – że coś cię trapi, dziadku.
NAPRAWDĘ? WYDAJE CI SIĘ.
- Nie męcz pana, Susan – skarcił ją Albert. – Ma ciężki dzień.
Śmierć spojrzał na niego i twarz starca natychmiast wykrzywił wyraz zakłopotania, jakby powiedział coś nieodpowiedniego.
- Za dużo pracy? – spytała domyślnie Susan.
O, TAK, TAK. PRACA, odparł pośpiesznie Śmierć. WIESZ JAK TO JEST, SUSAN… PODRÓŻ Z JEDNEGO KOŃCA ŚWIATA NA DRUGI… MĘCZĄCY KLIENCI… TAKIE TAM.
Susan nie musiała być telepatką, aby wiedzieć, że kłamie.
Chciała spojrzeć na niego łagodnym wzrokiem i powiedzieć: „Dziadku, naprawdę wyglądasz, jakby zdarzyło się coś złego.” Chciała przekonywać go dalej, aby się otworzył. W końcu byli rodziną. Powinni sobie ufać i w ogóle…
Ale zanim do tego doszła; zanim Albert zdążył zebrać ich naczynia; zanim zakłopotanie Śmierci osiągnęłoby wyższe stadium, nagle stało się coś innego. Powietrze się naelektryzowało i zgęstniało, a wokół siedzącego na krześle Śmierci pojawiło się nagle jasne światło.
O, NIE…
Spojrzał na Susan. Oboje wiedzieli, co się dzieje. Oboje mieli z tym styczność. Ale tym razem jego niebieskie oczy wyrażały coś, czego nigdy wcześniej nie widziała – obawę.
Coś zabrzęczało. W powietrzu rozniósł się zapach rozgrzanej cyny. Powietrze i światło sprawiały, że coraz trudniej było go widać, a na dodatek Śmierć zaczął wirować wokół własnej osi.
NIE! Wołał. NIE, TO ZA WCZEŚNIE!
Próbował się wyrwać, widziała to, mimo że jej dziadek stał się nagle smugą światła i powietrza. Jednak jakaś jego część zmuszała go do posłuszeństwa. Susan chciała mu pomóc i nawet wyciągnęła do niego rękę, ale w całym tym zamieszaniu nie była w stanie określić, co jest czym. Niebawem było już za późno na jakiekolwiek kroki. Śmierć bowiem zniknął, pozostawiając po sobie tylko puste krzesło.
Tak naprawdę walczył jeszcze przez kilka sekund, a potem zdał sobie sprawę z tego, tak szybkie wezwanie może okazać się owocne. Ostatecznie pozna włamywacza, a to mogło dać mu jakie takie pojęcie o tym, kim on jest i do czego jest zdolny. Dlatego pozwolił sobie pójść w kierunku bramy, która prowadziła do tego, który odprawiał właśnie rytuał AshkEnte.
-----------------------------------------------------
[1] W Świecie Dysku jest łacina, ale uważana jest za jeden z języków starożytnych. Niemniej jednak występuje często w herbach.
[2] Imp y Ceylyn to młody bard, który w Muzyce duszy postanowił wybrać się do Ankh-Morpolk, aby zdobyć sławę. Założył zespół z trollem i krasnoludem, i kupuje lirę, która napełnia go energią, przy okazji doprowadzając do powstania nowej muzyki. Miał zginąć w bójce, ale pełniąca obowiązki Śmierci Susan go oszczędziła.
[3] W Morcie, podczas ostatecznej potyczki miedzy Śmiercią a tytułowym bohaterem, Śmierć policzkuje Morta. Pamiątką tego wydarzenia są właśnie ślady ręki Śmierci na twarzy Susan, które pojawiają się za każdym razem, kiedy ona się rumieni.
[4] Muzyka duszy i Zbrojni dzieją się mniej więcej w tym samym czasie. Vimes przeżył już przyzwanie smoka w celu ustanowienia monarchii, serię morderstw spowodowany przez broń palną i odrodzenie Straży.
Ostatnio zmieniony 08 gru 2013, 09:28 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 07 gru 2013, 18:40

Vimes czuje przez podeszwy butów, dlatego muszą być cienkie, o czuciu w wodzie nic mi nie wiadomo :-> Więcej Straży!

Wiesz, Meg, przekonałaś mnie do innych części cyklu "Świat Dysku". Do tej pory czytałam tylko te o Straży Miejskiej, bo mam do niej słabość, ale teraz chyba powinnam zapoznać się też z tymi o Śmierci.

Chcę się dowiedzieć kim jest złodziej. To ciekawe.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr

Nie będę także jak ocean bez fal

Nie będę się bała upadać by wstać

Być światłem wschodzącego dnia

Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2111
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 19 mar 2014, 22:04

Nie ma powodów do obaw
Oniemiali przyglądali się pustemu krzesłu jeszcze przez kilka sekund. Przez te kilka sekund umysł Alberta przeszedł od paniki (O, bogowie, teraz ta dziewucha się domyśli! Co robić? Co robić?) do nagłej epifanii (Zaraz, przecież ona wie o rytuale. Równie dobrze mogła pomyśleć, że pana wezwali znów Niewidoczni Akademicy…). Albert postanowił więc przejść nad tym do porządku dziennego, jakby nigdy nic.
Susan z kolei znów poczuła, że coś jest nie tak. Wciąż miała przed oczami pełen obaw wzrok dziadka.
NIE! NIE, TO ZA WCZEŚNIE! – Jego głos dudnił jej w pamięci. Z tego co sama wiedziała, rytuał AshkEnte nie był ani bolesny, ani straszny. Co najwyżej wywoływał irytację, ponieważ zawsze zdawał się mieć miejsce w nieodpowiednim momencie. Dlaczego więc dziadek zareagował właśnie w taki sposób? Dlaczego wyglądał tak, jakby się czegoś obawiał? Co takiego czekało po drugiej stronie, że napełniło Śmierć lękiem?
Albert zebrał talerze i odłożył je do zmywaka, wyciągając Susan z jej rozmyślań. Przyglądała się, jak starzec szykuje się do mycia naczyń, nawet na nią nie spoglądając. Tylko raz odwrócił się do niej i rzucił jej chłodne spojrzenie.
- Ty jeszcze tutaj? – odezwał się, powracając do swoich zajęć. – Zajmij się sobą. Nie chcę cię w swojej kuchni.
- Nie dziwi cię ani trochę to, co się właśnie stało? – zawołała za nim, podnosząc się z krzesła. – Przecież sam widziałeś!
Tak, widział. Stał tuż obok niej i widział to samo, co ona. Jednak jego pierwszą reakcją – wykształconą przez kilka stuleci przebywania w tym miejscu – było posłuszeństwo wobec rozkazu Śmierci. Śmierć nie chciał, aby Susan wiedziała, że ukradziono jej życiomierz. Skoro tak, przynajmniej na razie nie powinna nic wiedzieć.
Chociaż jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Albert widział trochę więcej niż Susan. Będąc świadkiem wielokrotnych wezwań Śmierci poprzez rytuał AshkEnte, jego oko zdążyło wyostrzyć się na wszystkie zdarzenia, które miały wtedy miejsce. Dlatego udało mu się wychwycić, że w ostatnich kilku sekundach twarz jego pana złagodniała, a nawet – uśmiechnęła się.
Śmierć miał już plan. Wiedział jak postępować ze śmiertelnikami. Teoretycznie nie było powodu do obaw. Teoretycznie.
- Panu nic nie będzie – odparł Albert. Jakoś udało mu się ukryć to, że nie za bardzo był pewien tego, co właśnie powiedział. – Widocznie magowie chcą go o coś zapytać. Zapytają i wróci zanim się obejrzysz.
Susan wiedziała, że Albert mówi z sensem. Ostatecznie sama pamiętała swoje niedawne spotkanie z Nadrektorem Ridcully’m[1]. Na początku trochę się denerwowała, nie za bardzo wiedząc, o co chodzi, z czasem jednak zdała sobie sprawę, że nie jest to nic złego. Uwolnili ją zaraz jak tylko otrzymali od niej odpowiednie informacje, ba – zawarła nawet znajomość z Nadrektorem, która mogła się przydać w przyszłości.
Ale była tam jedna naprawdę okropna rzecz. Susan wielokrotnie powracała do niej myślami w ciąg tych kilku miesięcy po przygodzie z dziwną muzyką. Zdarzyło się nawet raz czy dwa, że przyśnił jej się koszmar, w którym magowie nie pozwolili jej wyjść mimo tego, że odpowiedziała na wszystkie ich pytania. Co więcej, odkrywała nagle, że im dłużej tkwiła w kręgu, tym trudniej było jej się poruszać, aż w końcu nie była w stanie nawet zgiąć palca. Była skazana na łaskę i niełaskę magów, którzy, ni stąd ni zowąd, nie byli już miłymi staruszkami.
Czyżby właśnie o to chodziło? Tego bał się dziadek?
- Jeszcze tu jesteś? – powiedział ostro Albert. – Wynocha z mojej kuchni!
Im dłużej tu stała, tym bardziej sprawiała, że wątpił w słuszność swojej decyzji. Nie mógł normalnie pracować, gdy ona była z nim w jednym pokoju. Pan ma na pewno wszystko pod kontrolą, powtarzał sobie. Zawsze miał. To przedwieczna istota, która nawet w najgorszych momentach potrafiła sobie radzić. Niedawno udało im się przywrócić porządek świata właśnie dlatego, że Śmierć się pozbierał i zrobił, co trzeba.
Ale wcześniej był tak załamany, że uciekł. To ludzie byli powodem jego załamania. Teraz jeden człowiek zabrał życiomierz Susan, która była też w jakimś stopniu człowiekiem. Do wypadku Morta i Ysabell Albert był skłonny wierzyć, że Śmierć nie posiada emocji, tylko myśli o nich. Teraz nie miał złudzeń – Śmierć, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, posiadał uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o rodzinę. Czy to właściwe zostawiać go samego, nie będąc pewnym, czy emocje nie wejdą mu w drogę?
- Chodź, Susan – odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Miódrzekł. – Wybierzmy się na spacer. Zobaczysz, pół godziny i Śmierć będzie z powrotem.
W jego głosie Susan wyraźnie słyszała zdenerwowanie. Próbował grać na zwłokę. Po raz kolejny zdała sobie sprawę z tego, że coś tu się dzieje. Coś niedobrego. Ale jakaś część jej była skłonna poczekać. Nie mogła odrzucić tego, że rytuał AshkEnte miał związek z tym, co się działo, ale nie wykluczała, że było to coś, z czym dziadek sam mógł sobie poradzić. Potrzebowała więcej danych, a nie chciała się jeszcze posuwać do ostateczności.
- Pójdę do swojego pokoju – powiedziała. – Muszę odpocząć.
Postanowiła, że wstrzyma się z wszelkimi działaniami przez pół godziny. Jeżeli do tego czasu dziadek nie wróci, ona zacznie zadawać pytania. Ponieważ jednak nie mogła liczyć na tutejsze czasomierze, zdecydowała się policzyć czas inaczej. Zwykle wykonanie zadania z historii[2] zajmowało jej pół godziny (chociaż jej się wydawało, że dłużej), więc kiedy tylko wróciła do pokoju, wyciągnęła zeszyt do historii i wybrała jedno, które sprawiało jej szczególnie dużo trudności i zaczęła je robić. Jednocześnie jakaś jej część umysłu zajęta była rozmyślaniem o dziadku i jego problemie, który wszyscy zdawali się przed nią ukrywać.

Po raz pierwszy od kilku stuleci Śmierć został wezwany nie w tym samym miejscu na Niewidocznym Uniwersytecie i nie w otoczeniu tego samego grona magów. Wszystkie standardowe rekwizyty były na swoim miejscu, dziękuję bardzo, ale Śmierć od razu zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się w jakimś odosobnionym miejscu. Światło ze świec odbijało słabo wnętrze pomieszczenia. W zasadzie Śmierć miał wrażenie, że pomieszczenie składa się tylko z wyrysowanego kręgu pośrodku czarnej pustki. Ale wiedział, że to nie pustka, tylko oświetlenie pozostawia wiele do życzenia.
Wkrótce usłyszał dwa kroki i z ciemności wyłoniła się postać w charakterystycznej szacie i szpiczastym kapeluszu, który na razie był dramatycznie pochylony, aby nie zdradzać twarzy jego właściciela. Po chwili mag podniósł głowę i Śmierć doznał iluminacji. Jego pamięć przeszłych i przyszłych wydarzeń podsunęła mu obrazy, których potrzebował, aby przypomnieć sobie nazwisko na drugim ze skradzionych życiomierzy.
ACH, zaczął, NALEŻYSZ DO TEGO TYPU.
- Błąd – odparł przybysz. – Jestem jedyny w swoim rodzaju.
WSZYSCY MYŚLICIE, ŻE JESTEŚCIE JEDYNI W SWOIM RODZAJU.
Przybysz nie odpowiedział. Wyciągnął spod szaty wiszący na łańcuszku życiomierz, którego piaski akurat teraz się nie przesypywały. Nawet z pozycji Śmierci dobrze widoczne było nazwisko jego właścicielki.
Dopiero, kiedy złodziej przekonał się, że oczy Śmierci spoczywają na klepsydrze, schował ją z powrotem i odezwał się znów:
- Dobijmy targu.

Nogi komendanta Vimesa zaprowadziły go pod Niewidoczny Uniwersytet. Nie wiedział dlaczego, ale zwykle nie dyskutował z pamięcią swoich stóp[3]. Dzień był raczej pogodny, a nieliczne chmury zdawały się nie zwiastować burzy ani nawet letniego deszczyku. Mimo to Vimes wciąż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w powietrzu wisi coś niedobrego.
Skoro już tu był, postanowił sprawdzić, czy magowie czegoś nie potrzebują. Przechadzał się właśnie po dziedzińcu, podziwiając dzieło ogrodnika, kiedy nagle w pośpiechu wybiegł mu naprzeciw zdyszany i zaaferowany Myślak Stibbons[4]. Zatrzymał się metr od komendanta i zaczął rozglądać po okolicy.
- Horace! – zawołał po chwili. – Ambrosiusie! Padlocku!
Vimes milczał, przyglądając się młodemu magowi przez dłuższy czas. Po wypowiedzeniu jeszcze kilku imion Myślak w końcu zauważył niecodziennego gościa. Z uprzejmym uśmiechem podszedł do komendanta i, nieco podenerwowany, powiedział:
- Witam, wasza łaskawość[5]. Jeżeli przyszedł pan w sprawie tego tańczącego can-cana fotela w centrum Ankh-Morpolk, to zapewniam, że tym razem…
- Spokojnie, panie Stibbons – przerwał mu Vimes. – Nie przyszedłem, aby kogoś aresztować… Ale dziękuję za przypomnienie o tym fotelu. Wypytam o to Ridcully’ego.
Twarz Myślaka najpierw przybrała wyraz ulgi, aby po chwili znów się napiąć, a potem znowu rozluźnić. W końcu młody mag odezwał się znów:
- Jak długo pan tutaj jest, wasza łaskawość?
- Nie wiem. Dwie minuty? – odparł Vimes.
- A nie widział pan tutaj grupki studentów? – dopytywał się Myślak. – Uciekli mi z klasy i nie jestem w stanie ich znaleźć.
- Nie, raczej nikogo nie zauważyłem – oświadczył strażnik.
- Niech to – zaklął pod nosem mag. Westchnął ze zrezygnowaniem i dodał: – Trudno, idę ich dalej szukać. Może są w laboratorium i znowu osiągają, jak to oni nazywają, „odmienne stany świadomości”. No trudno, muszę do nich iść. Do widzenia, wasza łaskawość.
Ominął Vimesa i zaczął iść przed siebie, w stronę jakiegoś budynku. Zaraz jednak komendant zawołał za Myślakiem:
- A jak oni wyglądają?
Młody mag natychmiast przystanął i odwrócił się gwałtownie.
- No cóż – zaczął, wzruszając ramionami – jak to studenci. Młodzi, potargani, z niedomytymi i dziurawymi szatami. Jeden ma chyba pryszcze, ale nie jestem pewien.
Vimes zastanowił się. Wiedział, co prawda, co zwykła robić młodzież w okresie buntu, ale nie był do końca pewien, czy adepci sztuki magicznej też to robili. Z magami nigdy nic nie wiadomo.
- Aha – stwierdził po chwili namysłu Vimes. – Jakby nie znaleźli się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, trzeba ich uznać za zaginionych. A wtedy zapraszam do Yardu.
- Dziękuję, wasza łaskawość – Myślak uśmiechnął się – ale o ile nie weszli do biblioteki, w końcu ich znajdę.
Obaj mężczyźni poszli w swoją stronę – Myślak Stibbons szukać swojej klasy gdzieś na terenie Uniwersytetu, a komendant – porozmawiać z Ridcully’m o tańczącym fotelu. Po omówieniu z Nadrektorem tej sprawy, naprawieniu szkód i wyznaczeniu kary, Vimes skierował się w stronę posterunku. Dość szybko doszedł do wniosku, że wizyta na Niewidocznym Uniwersytecie była stratą czasu.
Mimo to, miał wrażenie, że niedługo będzie musiał tu wrócić. I to w celach jak najbardziej służbowych.

Zadanie z historii zostało ukończone. Czas minął i Susan zabrała się do pracy. Zajrzała najpierw do gabinetu Śmierci. Był pusty. Potem poszła do sali z życiomierzami i po kilku minutach bezskutecznego nawoływania, zdała sobie sprawę, że również tutaj nie było jej dziadka. Sprawdziła podwórze, stajnię, niemal każde pomieszczenie w Siedzibie Śmierci, w którym przebywanie tuż po męczącej rozmowie z magami miałoby jakikolwiek sens. Po jakimś czasie Susan dopadło dejavu – bo w istocie Siedziba Śmierci wydała jej się tak samo wielka, ciemna i pusta, jak w dniu, w którym dziewczynę do niej sprowadzono. Tylko tym razem wszystko pamiętała – wiedziała, że jest wnuczką Śmierci, wiedziała, jakim był on dziadkiem, kiedy jeszcze przyjeżdżała tutaj jako dziecko – i dlatego nie była aż tak skonfundowana jak wtedy, za to jej skonfundowanie mieszało się z troską.
Próbowała to sobie tłumaczyć. Może magowie tak długo go trzymali, bo potrzebowali omówić coś bardzo szczegółowo. Może same rozmowy już dawno się skończyły i teraz Ridcully i Śmierć pili razem herbatkę. A może po drodze dziadek musiał zająć się pracą. Było tyle możliwości jego nieobecności… tyle racjonalnych uzasadnień…
Ale Susan wiedziała, że tak naprawdę żadne z nich nie jest prawdą. Jej podświadomość podpowiadała jej, że Albert, Miódrzekł i Śmierć Szczurów coś przed nią ukrywają, a fakt, że jej dziadek do tej pory nie wrócił, był dodatkowym bodźcem do tego, aby wreszcie zaczęła zadawać pytania.
Weszła więc do kuchni, gdzie (jak słusznie podejrzewała) zajęty kolejną potrawą z patelni krzątał się Albert. Stanęła obok starca, który nawet nie spojrzał na wnuczkę swojego pracodawcy, ale mimo wszystko zwolnił obroty.
Susan wiedziała, co ma zrobić. Odchrząknęła, wzięła głęboki oddech i sięgnęła w głąb siebie, aby przywołać drzemiącą w niej moc. Jej oczy zmieniły się w dwa niebieskie ogniki, a potem Susan przemówiła:
ALBERCIE… CZAS, ABYŚ ODPOWIEDZIAŁ MI NA KILKA PYTAŃ[6].
Albert zamarł na moment z przerażenia, potem się jednak z tego stanu otrząsnął… przynajmniej częściowo, bo teraz opanowała go dziwna mieszanka lęku i złości na dziewczynę. Rzucił wszystko, co do tej pory robił, i spojrzał na Susan z wyrazem irytacji.
- O, nie, młoda damo. Tym razem to na mnie nie zadziała – powiedział drżącym głosem.
ALBERCIE, nie ustępowała Susan, POWIEDZ, CO TU SIĘ DZIEJE, I TO JUŻ!
Starzec przemógł wewnętrzny przymus skulenia się, ale to nie znaczyło, że pokonał całkowicie lęk przed Susan i jej właśnie obudzoną mocą. Szedł o zakład, że gdziekolwiek jest teraz Mort, przygląda się całej scenie i śmieje się z niego.
- Nic się nie dzieje – oznajmił szybko starzec. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku. – Wciąż na niego patrzyła, więc dodał: – Zobaczysz, pan wróci tutaj za jakieś pół godziny, albo i krócej.
Co prawda, przez całe poprzednie półgodziny czekał na swego pana z takim samym niepokojem, co ona. Chciał wierzyć w to, że wszystko będzie dobrze i że Śmierć powróci; że wszystko jakoś się ułoży, tak jak zawsze się układało. Gotów byłby czekać jeszcze trochę, mając nadzieję, że już zaraz, za parę chwil jego pan się pojawi.
Ale jego pan się nie pojawiał.
Albert popatrzył na Susan. Przez chwilę jeszcze widział tylko istotę z powiewającymi włosami i świecącymi oczami, jednak im dłużej jej się przyglądał, tym bardziej zdawał sobie sprawę z pewnej istotnej rzeczy. Ta rzecz ostatecznie przekonała go o tym, że koniec już owijania w bawełnę. Oboje to wiedzieli. Oboje to przeczuwali. Czas wreszcie coś z tym zrobić.
- No dobra, dobra. Powiem ci wszystko, tylko skończ tę szopkę i porozmawiajmy jak dwoje normalnych ludzi – oświadczył po chwili, niby to od niechcenia.
Susan powróciła do bycia tylko zwykłą dziewczyną i momentalnie wyraz jej twarzy z beznamiętnego chłodu i siły zmienił się w najszczerszy lęk i niepokój. Tak jak Albert podejrzewał, nawet sięgnięcie po moc Śmierci nie zdołało ukryć tych uczuć.
Zrobiła krok w jego stronę i zaczęła cicho, niemal szeptem:
- Zamieniam się w słuch.
----------------------------------
[1] W Muzyce duszy magowie z Niewidocznego Uniwersytetu wykonali rytuał AshkEnte, a że obowiązki Śmierci sprawowała wtedy Susan, to ona się pojawiła. Na początku magowie zdziwili się tym, że Śmierć jest kobietą, ale potem wszystko zostało wyjaśnione i Nadrektor Mustrum Ridcully zaprosił Susan na śniadanie, aby mogli omówić pewne sprawy.
[2] Susan w szkole była dobra z matematyki i logiki, natomiast nie przepadała za historią i literaturą.
[3] Komendant Vimes uwielbia piesze wędrówki, bo przypominają mu czasy, kiedy był prostym strażnikiem i chadzał na patrole. Często nogi prowadzą go w różne dziwne miejsca.
[4] Myślak Stibbons jest najmłodszym magiem w Radzie Uniwersyteckiej. Jego specjalnością jest szeroko pojęta filozofia naturalna (fizyka, biologia itd.).
[5] Pod koniec Zbrojnych Vimes zostaje obdarzony tytułem szlacheckim, aby móc sprawować funkcję komendanta, która w Ankh-Morpolk właśnie tego wymagała (Vimes i tak pochodził z rodziny szlacheckiej, ale jego przodek był królobójcą, więc tytuł został mu odebrany). Ponadto Vimes ożenił się z lady Sybil Rankin, do której należy połowa miasta, przez co stał się księciem Ankh.
[6] Mort przejął wiele mocy Śmierci, kiedy u niego terminował, a Susan je po nim odziedziczyła.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Farfocel
amator
Posty: 14
Rejestracja: 05 mar 2016, 20:52
Lokalizacja: Cheshire

Re: [Świat Dysku] Śmierć w garści

Postautor: Farfocel » 08 mar 2016, 16:43

Meg, czy ty masz jeszcze gdzieś kontynuację tego fanfika? Bo bardzo lubię Świat Dysku, a Śmierć to już w ogóle, a ten fik mi się szalenie podoba, a ty tak jakoś urwałaś w takim momencie, a ja bardzo chciałabym się dowiedzieć, co było dalej... No i dodaj do tego to, że tak ładnie cię proszę :)
Nigdy nie ufaj gatunkowi, który ciągle się uśmiecha. Na pewno coś knuje.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2111
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: [Świat Dysku] Śmierć w garści

Postautor: RedHatMeg » 08 mar 2016, 16:50

Niestety, wena mi się skończyła :(

Mimo wszystko jakaś część mnie ma nadzieję, że kiedyś to dokończę.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Lisbeth77
debiutant
Posty: 61
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Świat Dysku] Śmierć w garści

Postautor: Lisbeth77 » 20 lis 2019, 21:06

Bardzo żałuję, że nie ma kontynuacji, myślałam, że będzie zakończenie:( Ktoś wyżej zarzucił, że zbytnio kreujesz styl na Pratchetta. A ja myślę, że Terry byłby dumny, bo oddałaś klimat historii i charakter bohaterów, choć materiału jest zbyt mało, żeby stwierdzić to z całą pewnością. Śmierć jest cudny, Susan jest susanowata, a Vimes sprawił, że mam ochotę już teraz sięgnąć po "Straż! Straż" i po raz kolejny pogrążyć się w świecie Samcia <3 choć było go tak malutko. Nawet Myślak pojawił się na ułamki sekund. Zabawna scena z Susan i panną Butts.
Gdybym sama miała pisać fika ze Świata Dysku, to również starałabym się pisać podobnie do Terry'ego bo to jakby nieodłączny element tego uniwersum, moim skromnym zdaniem. Pomysł z odsyłaczami dobry, nawet dla fanów Pratchetta, którzy czytali niektóre powieści dawno temu.
Jestem ciekawa, o co chodzi z easter eggiem, czy to coś związanego z tymi otrutymi magami w 1 rozdziale?:) czy ze Śmiercią Szczurów? Ech... Pewnie chodzi o coś, o czym kiedyś czytałam, a już dziś nie pamiętam... trzeba powtórzyć kiedyś wszystkie części.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave


Wróć do „Książki/Komiksy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość