[Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Tutaj wrzucamy fanfiki do innych dzieł literackich lub pół-literackich (jak komiksy).

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

[Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Postautor: Elisabeth » 24 sty 2016, 19:56

Tytuł: "Poznać prawdę"
fandom: Wampiry z Morganville
Opis: Elisabeth w pogoni za prawdą.
Ostrzeżenia: Chyba żadne :P
Znajomość fandomu: Nie trzeba znać książki, będę starać się wszystko wyjaśniać :)
Status: Rozpoczęty.


Opowiadanie będzie o Elisabeth. O dziewczynie która chce poznać siebie, czuje że nie jest na dobrym miejscu. Postaram sie żeby było to ciekawe opowiadanie i pełne akcji. Będzie to coś w rodzaju fanfiction o Wampirach z Morganville. Tylko trochę przekształcone na moje :3. Więc będzie o wampirach i o magii. Elisabeth dopiero skończyła 18 lat i została sama na świecie. Jest dość dziwną osobliwością która ukrywa swoje emocje, bo tego ją właśnie nauczono. Ale czemu ? Tego właśnie dowie się w następnych rozdziałach. Wszelakie uwagi i komplementy mile widziane. Mam nadzieje że komuś się to spodoba :3. No więc miłego czytania.


Prolog
Ten dzień na pewno nie należał do najlepszych dni, w sumie to powinnam się cieszyć. W końcu skończyłam 18-lat. Ale z czego się tutaj cieszyć? W sumie nie mogę za bardzo narzekać na swoje życie, wiele osób mi go zazdrości. Pomijając jeden fakt. Jak wiele osób mówi, jestem po prostu rozpuszczoną nastolatką z bogatej rodziny. Ale tak naprawdę nikt mnie nie zna. Nie mam przyjaciół, nie licząc pomocy domowej. Mam wszystko czego tylko chce, kiwnę palcem i to do mnie leci. Nie muszę nawet za dużo prosić. Tylko jest jedno małe, wielkie ale…

Właśnie ubierałam się w najlepszą czarną garsonkę jaką mam, sukienkę przed kolano i eleganckie buty. Nałożyłam delikatny makijaż, którego tak nie cierpiałam, ale jak zawsze mówiła mi mama, jeśli idziesz do urzędu lub bóg wie gdzie jest to ważne, musisz wyglądać jak dama a nie buntowniczka. Związałam swoje czerwone włosy i ukryłam je pod długą czarną peruką. Wyglądałam zupełnie jak nie ja, jak dziewczyna wyciągnięta z magazynu. Nawet nie czułam się sobą, ale miała nadzieje że to będzie ostatni raz jak będę musiała udawać kogoś innego. Westchnęła cicho pod nosem i zeszłam na dół. Zabrała jeszcze ze sobą małą torebeczkę i wsiadłam do samochodu. Poprosiłam szofera aby ruszył. Ten uśmiechnął się tylko smutno i odpalił silnik.

Przez całą drogę samochodem, czułam się wyprana z uczuć. Nie potrafiłam nawet uronić jednej łzy. Czy to znaczy że jestem bez uczuciową suką ? Zagryzłam wargę i wyjrzałam za okno. Jak zawsze w Texasie świeciło słońce, tutaj padał deszcz raz na jakiś czas. I jeśli padał to i tak było gorąco, a ja musiałam dusić się w czarnych ciuchach. Do moich uszu płynęła spokojna melodia, która pewnie powinna mnie uspokoić zdaniem Jeffa. Tylko ja byłam spokojna, aż ponadto. Nie wiedziałam co się ze mną działo, po prostu czułam się dobrze. Choć pewnie powinnam płakać jak mała dziewczynka, bać się tego co będzie dalej, co zrobię ale nie bałam się. Po prostu czekałam na to co przyniesie czas.

Przed moim oczami pojawił się napis Notariusz Bella. Znów westchnęłam i wyszłam z samochodu. Tą drogę musiałam pokonać sama, byłam pełnoletnia i nie potrzebowałam opiekunki ani niani czy tam szofera. Mam osiemnaście lat i muszę zrobić to sama. Nigdy nie zrozumiem tego prawa, w wieku osiemnastu lat mogę mieć legalnie broń ale piwa legalnie mogę napić się w wieku 21….

Otwarłam drzwi od swojego wyroku, dobra bez przesady, może nie od wyroku ale jednak ta wiadomość będzie przewyższać o moim życiu. Bella powitała mnie z uroczym uśmiechem i zaprowadziła do pokoju. W pokoju oprócz mnie i Belli siedzieli rodzice mojej mamy. Babcia miała podkrążone oczy, tak jakby płakała przez całą noc, dziadek w sumie nie wyglądał lepiej. Oboje przypominali chodząca śmierć. Nigdy nie miałam z nimi dobrego kontaktu i pewnie nic się nie zmieni. Nawet nie wiem czemu tak mnie nienawidzili i nie odzywali się do ich własnej córki, ale mieli czelność przyjść tutaj jak gdyby nigdy nic . Aż zaczęło się we mnie gotować, musiałam się uspokoi, nie mogłam dać wygrać swoim emocją. Musiałam się opanować. Usiadłam na jednym z krzeseł, zamknęłam oczy i zaczęłam głęboko oddychać. Wdech i wydech, jakoś dam radę zawsze dawałam. Moje emocje nigdy nie brały góry nade mną. Zostałam tego dobrze wyuczona.

Minęło parę dobrym chwil i uspokoiłam się, otwarłam oczy i czekałam aż wszystko się zacznie. Aż zacznie się odczytywanie dalszych losów rodu Raven. Urodziłam się w bardzo zamężnej rodzinie. Moja matka pochodzi z Austin. Zawsze wychowywała się w luksusie o jakim inni mogli tylko pomarzyć, miała wszystko tak jak ja. Jej ojciec od zawsze był miliarderem i prawie wszystko przepisał swojej córce. Jocelyn Black ożeniła się z Madnessem Raven. Również miliarder, odziedziczył wszystko po swoich zmarłych rodzicach. Rodzinie Blacków nie podobała się ta miłość, ten ślub. Kiedyś o coś się pokłócili o jakiś pomysł i nienawiść nigdy nie wygasła. Wszędzie było o tym głośno, ale mnie to nigdy nie interesowało. Dla mnie byli kochającym się małżeństwem którzy mieli w nosie, to co myśleli o nich inni. Choć wiele razy wydawało mi się że mają pełno sekretów przede mną, nigdy o nic nie pytałam. Miałam nadzieje że kiedyś sami mi powiedzą, o czym szepczą nocą i czemu patrzą na mnie jakby miała zaraz wybuchnąć, ale więcej nie pamiętam, jeśli chodzi o dziwne sytuacje. Dla mnie byli najlepszymi rodzicami. Można powiedzieć że miałam tylko ich, nikogo więcej. Moją najbliższą rodziną byli jeszcze pracownicy domu. Lokaje, szoferzy, kucharze, sprzątaczki. Oni wiedzieli najwięcej. Zawsze się zastanawiałam czy są dla mnie mili bo muszą czy naprawdę mnie lubią. Pewnie nigdy się nie dowiem…

Założyłam nogę na nogę i spojrzałam w stronę drzwi w których stał prawnik z aktówką. Uśmiechnął się delikatnie, przywitał się i zasiadł za stołem.

- Nazywam się Alexander Wayland i zostałem wyznaczony przez państwa Raven, aby wyczytać ich testament. – założył swoje okrągłe okulary na nos i zaczął czytać. – Dnia 11-04-2015 w nieszczęśliwym wypadku straciliśmy dwoje ludzi Joeclyn i Madnessa Raven. Teraz wyczytam ich testament. Ja Jocelyn Black Raven, przepisuje swoją firmę, dom na jeziorem, majątek oraz rodzinne pamiątki swojej córce Elisabeth Scarlett Raven. Oraz dołączam do tego list w którym przypisuję na nią restaurację w Morganville. . – w tej chwili adwokat pokazał zapieczętowany list i wrócił do czytania. – Moim rodzicom, Natalii i Piterowi oddaje domek w lesie.
Ja Madness Clark Raven, oddaję swoją firmę, majątek, wszystkie posiadłości oraz pamiątki rodzinne i poddanych w ręce swojej córki Elisabeth Scarlet Raven..

Dalej nie byłam w stanie słuchać, nie chodziło nawet o to że moi rodzicie umarli. Pogodziłam się z tym miesiąc temu, miesiąc przed moimi 18 urodzinami. Nie płakałam, nie potrafiła. Umarli młodo w zwykłym wypadku samolotowym, gdy lecieli na otwarcie nowej firmy jednego z inwestorów. Nigdy nie interesowały mnie ich firmy, majątki czy nawet pamiątki. Nawet nic nie opowiadali mi o sowich rodzinach, ja nie pytałam. Nie musiałam wiedzieć, nigdy nie było takiej potrzeby, miałam swoje priorytety na życie, może nie były one zbyt szalone, bo chciałam, nadal chcę zostać piosenkarką. Uwielbiam muzykę i śpiewa i nic tego nie zmieni. Zawsze ciągnęło mnie w tamtą stronę, bez muzyki życie staje się nudne i puste. A ja chciała wypełnić to czego mi brakowało, zawsze czułam że jest coś czego nie wiem o sowim życiu. Czegoś oczywistego ale trudnego do złapania. Takie dziwne uczucie opuszczało mnie przy muzyce. Dziwne jest to że nigdy nie pamiętałam skąd wzięło mi się uczucie pustki w swoim życiu, ale z czasem nasilało się , wiedziałam że jest coś co powinnam wiedzieć. A teraz dowiedziałam się że jednak rodzice coś przede mną ukryli. Ukryli fakt że mają restaurację w Morganville. Niby nic wielkiego ale ja nawet nie wiedziałam gdzie znajduje się taka miejscowość, nawet nie wiedziałam że istnieje. A teraz jestem w posiadaniu czegoś o czym nie miałam pojęcia. Niby nic wielkiego, ale jednak niepokoiło mnie to. Zagryzłam delikatnie swoją wargę i starałam się zachowywać pozory normalności, tak jakby nic się nie stało. No i jeszcze ten list. Chciałabym już go przeczytać, niestety musiałam poczekać do końca przemówienia.

Oddalona w swoich przemyśleniach nawet nie usłyszałam kiedyś Alexander kazał mi podejść i podpisać papiery. Wstałam taktownie, jak na miliarderkę przystało, podpisałam, odebrałam list, ładnie podziękowałam i zwróciłam się do wyjścia. Jak zawsze usłyszałam jeszcze jedno puste zdanie. Tak bardzo mi przykro, wyraz współczucia. Nienawidziłam tego zdania, jak może być komuś przykro jeśli nawet nie znał tych osób. Widział ich może dwa góra trzy razy na oczy. Te ludzkie uczucia, były dla mnie obce i nie zrozumiałe.

Wsiadłam do auta w którym czekał na mnie szofer. Jak zawsze nie odzywał się nie pytany tylko zawiózł mnie do domu. A raczej wielkiej willi. Westchnęłam cicho, zastanawiało mnie to gdzie podziali się paparazzie. Zawsze było ich pełno, tych hien które czyhały na ludzkie nieszczęście. Zawsze było ich wszędzie pełno, a dziś tak jakby się rozpłynęli. Może to i lepiej w sumie i tak by mnie nie poznali. Ostatni raz dałam się sfotografować w wieku dziesięciu lat i to jeszcze przez przypadek. Paparazzie nie wiedzieli o mnie za dużo, rodzicie zawsze starali się aby miała prywatność. Większość czasu spędzałam w domu, uczyłam się tam, bawiłam. Nie znałam ludzi w swoim wieku, oprócz Kaoru. Mogłam nazwać go swoim przyjacielem. Wiedział o mnie wszystko i ja o nim. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy, znaliśmy się jak dwa łyse konie. Od dziecka spędzałam z nim wiele czasu. Był ode mnie o rok starszy, przychodzi do mnie codziennie, bawiliśmy się, rozmawialiśmy. Nawet poszliśmy o krok dalej, to on był moim pierwszym partnerem. Cóż nie ma się czemu dziwić, w końcu znałam tylko jego. Jego zielone oczy, kędziory na głowie, każdy skrawek jego ciała nie był mi obcy. Wszystko skończyło się rok temu, nie dostałam do niego żadnej wiadomości. Po prostu zniknął.

Od dziecka uczyłam się chować swoje emocje, więc i ból po stracie ukochanego oraz żal, skrywałam głęboko przed wszystkimi i zachowywałam się tak jakby nic się nie stało. Nigdy nie zapomnę tego jak się przy nim czułam, czułam się wolna, czułam się sobą i tylko sobą. Mogłam się śmiać, płakać i być wściekła w tym samym czasie. Nigdy nie zrozumiem dlaczego rodzice kazali mi panować nad swoimi emocjami, przy nich nie byłam sobą. Choć wiem że mnie kochali i że zawsze chcieli dla mnie dobrze, to i tak tego nie zrozumiem. Miałam nieść przykład, ale komu jeśli za często nie wychodziłam z domu ? A gdy wychodziłam to ubrana jak buntowniczka, nie powiem że mi to nie pasowało, bo pasowało. Czułam się wtedy sobą.

Dojechaliśmy pod dom, wysiadłam z samochodu i dokładnie wiedziałam co mam zrobić. Może tego pomysłu nie podzielaliby moi rodzice ale ich już nie ma, wszystko należy do mnie. Muszę sobie wszystko ułożyć i przemyśleć. List poczeka nie ucieknie, na razie muszę pogadać ze służbą. Weszłam do domu i skierowałam się do kuchni.

-Marry – zawołałam i wzrokiem szukałam miłej kobiety.

-Co się stało panienko? – zapytała jak zawsze z chęcią do pomocy.

-Czy zaczęłaś już gotować obiad ?

-Jeszcze nie panienko, ale zaraz się za to za biorę jeśli chce.

-Nie, mam dla ciebie coś ważniejszego. -podałam jej ulotkę z jednej z pizzerii. – Zamów pizzę dla 15osób , dla mnie z podwójnym serem i dużo mięsa. Przecież wiesz że bez mięsa nie ma jedzenia -uśmiechnęłam się wyćwiczonym uśmiechem. – A dla innych co tam chcesz. Potem niech ktoś nakryje do stoły dla 15 osób. Dasz radę ?

-Tak jest panienko.

Uśmiechnęła się delikatnie i wyszłam z kuchni. Pobiegłam do góry w stronę biblioteki. Uwielbiam zapach pergaminu i starych książek. Uwielbiam tutaj przebywać i za pomocą książek przenosić się do innego świata. Ale teraz nie miałam na to czasu, musiałam znaleźć swojego lokaja. Lewisa, a jeśli nie było go nigdzie to pewnie siedział właśnie tam. Otwarłam drzwi i wychyliłam się delikatnie z daleka widziałam jego siwiznę.

-Lewis -wyszeptałam, w bibliotece nigdy nie krzyczałam ani nawet nie podnosiłam głosu. Miałam szacunek do tego pomieszczenia.

-Tak panienko.

-Za półgodziny wszyscy mają się wstawić do jadalni.

-Tak jest panienko.

Żadnych sprzeciwów ani pytań. Czasem brakowało mi kogoś kto by się uniósł i walną pięścią w stół. Takie ciągłe przytakiwanie jest nudne z Kaoru nigdy się nie nudziła, on nigdy jej nie przytakiwał bo była kimś. Nie traktował jej z góry…

Wleciałam do swojego pokoju i ściągnęłam perukę, dając odetchnąć swoim włosa. Moje czerwone loki sięgały mi aż do pasa, zmyłam tandetny makijaż i ubrałam się w najwygodniejszy szary dres jaki tylko miałam. Stojąc przed lustrem nie widziałam rozpuszczonej gówniary, która miała wszystko co chciała. Widziałam dorosłą dziewczynę, która nie dorosła jeszcze do tego aby zostać wielką szefową dwóch firm. Aby być milionerką, przerastało mnie to, dlatego musiałam coś z tym zrobić. Musiałam znaleźć samą siebie, jeszcze nie wiedziałam gdzie mam zacząć szukać ale na pewno znajdę. Na razie musiałam zając się swoimi podwładnymi.

Zeszłam do jadalni, gdzie stało już piętnaście osób i piętnaście pizz leżało na stole. Stanęłam przed ludźmi który znali mnie od dziecka. Pierwszy był Matt, doradca ojca, druga Clary doradca mamy i jej przyjaciółka, Lewis lokaj, szofer Mark, Marry kucharka, Rome i Britty dwie pokojówki i na dodatek bliźniaczki, do pokojówek i sprzątaczek zaliczały się również Joyce, Arianna, Joanna i ich szefowa Madison, ogrodnik Ben i John oraz Benj mechanik.

-Proszę usiądzie i jedzcie. – Jak zawsze mnie posłuchali i wykonali swoje polecenie. – Częstuje się a ja muszę wam coś powiedzieć. -poczekałam jak wszyscy usiądą i nałożą sobie po kawałku pizzy. Wyglądali tak jakby się bali tego co ma przyjść a nie powinni. Choć nie dziwię się im, nigdy nie zostali zaproszeni do jedzenia razem z nami. Zawsze trzymali się na uboczu. – Jak wiecie Madness i Jolcyn nie żyją i pewnie jak się spodziewacie ja odziedziczyłam prawie wszystko. Jestem właścicielką wszystkiego i was. Nie miałam was zamiaru tutaj obrażać, nie traktuje was jak rzeczy, tak tylko mi się powiedziało. Mamy teraz ważniejsze sprawy, a raczej ja. Nie czuję się na siłach aby zostać właścicielką i kierować wszystkim. Dlatego Matt – mężczyzna chciał wstać od stołu ale powstrzymałam go ruchem ręki. -Chciałabym abyś zajął się firmą Madnessa, a ty Clary zajęła się firmą Jocelyn. Wiem że mogę wam zaufać i że dacie sobie radę. Dom oddam pod opiekę Lewisa i Marry na jakiś czas, aż mnie nie będzie. Mam nadzieje że się na to zgodzicie. -posłałam im uśmiech. – Pod moją nieobecność możecie zaprosić lub wyjechać do swojej rodziny. Choć są pewnie warunki, nikt nie ma prawa wejść do mojej sypialni oraz rodziców i ich biur. To jednak są rzeczy prywatne. -uśmiechnęłam się znów i zasiadłam do stołu. Wzięłam kawałek pizzy i ugryzłam ją. Wszyscy przy stole wyglądali na oszołomionych i ciut zadowolonych. Pewnie nie spodziewali się tego, ja musiałam jednak znaleźć pierw samą siebie a dopiero kierować innymi. Cisza przy stole nie trwała zbyt długo. Pierwsza odezwała się Marry.

-Panienko Elisabeth, a co będzie z panią w ten czas ?

-Mam zamiar wyjechać na chwilę. Oderwać się od tego wszystkiego. I w sumie idę się spakować, mam nadzieje że poradzicie sobie beze mnie. Pokładam w was swoją nadzieje, wiem że mnie nie zawiedziecie. Rodzicie wam ufali więc i jak będę.

Wszyscy skinęli tylko głową i wrócili do przeżuwania jedzenia. Żadnych pytań i zaprzeczeń. Wstałam od stołu z dwoma kawałkami pizzy w ręce i udałam się do swojego pokoju. Musiałam się spakować ale pierw chciała przeczytać list od mamy. Może w nim znajdę jakieś odpowiedzi…





CDN…
Ostatnio zmieniony 28 sty 2016, 21:20 przez Elisabeth, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Tomek00
amator
Posty: 23
Rejestracja: 15 sty 2016, 07:34

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Tomek00 » 24 sty 2016, 21:03

Więc tak, samo opowiadanie mi się podoba, jestem ciekaw dalszej historii, zauważyłem jednak jeden, ale dość poważny błąd. W tekście zjadłaś i przekręciłaś dość sporo liter, na przykład "Musiałam się spakować ale pierw chciała przeczytać", " musiałam się uspokoi", "założył swoje okrągłe okulary na noc", niby nic poważnego ale dość skutecznie wybija z rytmu, no i trochę za dużo zagryzania warg ale być może tylko mi to zawadza. Zdarzyło się też jedno powtórzenie "Mogłam go nazwać go". Jako całokształt tekst mi się podobał, ortografij niestety nie mogę ocenić bo sam robię błędy. Czekam na część dalszą :D

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Elisabeth » 24 sty 2016, 21:13

Dziękuje za cenne uwagi :) Postaram się poprawić błędy i na pewno w dalszych częściach będę ich unikać :)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Vampircia » 26 sty 2016, 12:15

Ja tu widzę przede wszystkim problem z zapisem dialogów. Polecam ten temat viewtopic.php?f=1&t=659&p=11004#p11004 Na pewno pomoże ci w doszlifowaniu warsztatu:) Generalnie fanfik zapowiada się na dość typowe amatorskie dzieło, ale od czegoś przecież trzeba zacząć. Nie zniechęcaj się i pisz dalej.
Obrazek

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Bocik » 28 sty 2016, 17:00

Najważniejsze co mogę poradzić, to usuń ten oczojebny cyjanowy (przepraszam za to, jestem informatykiem) kolor opisu, bo oczy trzeba przymrużyć, żeby to przeczytać. Fanfika nie oceniam, bo najzwyczajniej nie jest w moim guście. Wspomnę tylko, że dużo opisów i ładna interpunkcja daje Ci powód do lansu, ale literówek możesz się wstydzić. I cyjanu. Tak, cyjan jest straszny.

P.S. Pogrubianie w dialogach nie ma większego sensu.

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Elisabeth » 01 lut 2016, 21:40

Weszłam do swojego pokoju i usiadła na łóżku. Powinnam się spakować, ułożyć jakiś plan w głowie. Gdzie się zatrzymam, gdzie jest restauracja, jak długo będę tam jechać, czy jest warto ? Miałam tyle pytań w głowie a żadnej odpowiedzi. Podejrzewałam że odpowiedzi skrywały się w liście, w liście od Jocelyn . Tak bardzo chciałam go przeczytać, leczy gdy brałam go w dłonie ogarniał mnie strach, tak nieznane uczucie do tej pory. Bałam się poznać prawy, bałam się tego co będzie w tym liście. A może po prostu bałam się zmian ? Od tak dawna moje życie było ułożone, co dziennie robiłam to samo a dziś miałam z tego zrezygnować. Położyłam się na plecach i westchnęłam cicho, chciałam zamknąć oczy i zdrzemnąć się na chwilę. Cóż, nie było mi to dane, usłyszałam delikatne pukanie do drzwi.
- Panienko Elisabeth, czy mógłbym wejść ? – Oczywiście ze rozpoznałam głos Lewisa, zawsze był uprzejmy i taktowny. Taka była jego praca, ale dość często czułam że on po prostu ją lubił. Że lubił mnie, choć może to żmudne uczucie.
- Wejdź. – W rękach Lewisa zauważyłam jakieś pudła, nie za duże, kształtem przypominały te po zimowych kozakach. Zdziwiłam się na ich widok, gdy się przyznałam to je rozpoznałam. Te pudła zawsze leżały na strychu, do którego za często nie zaglądałam. Naoglądałam się za dużo horrorów, nie lubię piwnic ani strychów. Tam zawsze dzieje się coś strasznego i jest ciemno i są szczury. Ohyda.
- Jest jeszcze coś co powinienem Ci dać już wcześniej, ale jakoś nie było okazji. Są to pudła z pamiątkami Twoich rodziców. Powinna je panienka przejrzeć, może wtedy wszystko się jakoś ułoży. -uraczył mnie tym swoim uśmiechem i odłożył pudła na biurku. Już chciał wychodzić ale zatrzymałam go swoim głosem.
- Lewis. – zawołałam. – Jest może coś co powinnam wiedzieć o rodzicach ? Przecież to ty mieszkasz tutaj dłużej niż ja, pewnie wiesz więcej niż ja. Jesteś przyjacielem rodziny i gdzie jest Morganville ? – musiałam się go spytać, on musiał wiedzieć. Po prostu musiał. Odwrócił się powoli w moją stronę i spojrzał na mnie.
- Nie ma nic, czego byś nie wiedziała panienko. Są tylko zapomniane przez ciebie sprawy, sprawy bardzo ważne. Wiesz więcej niż Ci się wydaje, po prostu musisz sobie przypomnieć i właśnie dlatego musisz udać się do Morganville. Ale najpierw przeczytaj list, tam jest wszystko wyjaśnione. – uśmiechnął się do mnie i wyszedł z mojej sypialni.
Nawet nie dał mi odpowiedzieć, zapytać, po prostu sobie wyszedł. Miałam dobre przeczucie że on wie więcej, że wszyscy wiedzą więcej niż ja. Ale co chciał mi powiedzieć przez to że zapomniałam, że muszę sobie przypomnieć. Przecież to nie jest tak że ktoś wymazał mi pamięć. Nie mogłam zapomnieć czegoś ważnego, chyba że wtedy wydawało mi się to mało ważne. Zagryzłam swoją dolną lewą wargę i zamknęłam oczy. Zrobiłam dwa głębsze oddechy i już byłam spokojna. Podeszłam do pudeł i otwarłam pierwsze. Pudło Madnessa . W pudle było pełno wszystkiego, zdjęć, aktów urodzenia. W sumie nic nadzwyczajnego, oprócz jednej dziwnej rzeczy, małej przezroczystej kulki. Niby nic nadzwyczajnego, ale jednak gdy ją dotknęłam zmieniła kolor. Była koloru fioletowego, może to po prostu jakaś zabawka, tylko po co ojciec trzymałby zabawkę w pudełku z pamiątkami ? Może jestem po prostu zbyt podejrzliwa. Rzuciłam kulkę na łózko, która znów była przezroczysta i przeszłam do drugiego pudła. Do pudła Jocelyn. W tym również było pełno zdjęć, ale innych niż u Madnessa, u Madnessa rozpoznałam jego rodzinę. Ale u Jocelyn nie były to zdjęcia rodzinne, był to raczej fotografie z jej dzieciństwa. Na jednym zdjęciu była kobieta o blond włosach, wyglądała na jakieś czterdzieści lat. Odwróciłam czarno białe zdjęcie, na odwrocie było napisane imię „Amelie” i nic więcej. Ani gdzie było zrobione zdjęcie ani kim ona jest. Znów uważnie przyjrzałam się fotografii, ale oprócz sylwetki Amelie i jakiegoś drzewa nie wiedziałam tam nic. Wzięłam do ręki drugie zdjęcie, przedstawiało ono restaurację „Lisa”, czyżby to ta restauracja ? Dowiem się jak otworzę list. Na kolejnych zdjęciach była już moja mama z prawdopodobnie przyjaciółmi i z moim ojcem, na jednym nawet stała przez znakiem „Wellcome in Morganville”. Chyba była tam częstym gościem. Co byłoby dziwne gdyby nie odwiedzała swojej restauracji. Na dnie pudła leżał mały kluczyk, złoty mały kluczyk. Wzięłam go do ręki i przeczytałam co jest napisane na kartce. „Lisa”, czyżby było to klucz do restauracji w Morganville ? Rzuciłam go na łóżko i wiedział do ręki list, list który i tak za długo czekał na jego otwarcie. Usiadłam wygodnie na łóżku i zaczęłam czytać.
Droga Elisabeth,
Na wszelaki wypadek piszę do Ciebie list. Miałam przeczucie że może być potrzebny, inaczej zostawiłabym Cię na tym świecie bez wyjaśnień, czego bym nie chciała. Bardzo mi przykro że dowiadujesz się wszystkiego tak, my z ojcem naprawdę chcieliśmy Ciebie chronić. Musisz zrozumieć że nasza rodzina nie jest jedną z najnormalniejszych. Mamy swoje małe i te większe serety. My mamy ich trochę, może ciut za dużo. Przez całe życie uczyliśmy Ciebie panować nad swoimi emocjami, nie dlatego że chcemy abyś była bezduszna. Tylko że tak jest dla Ciebie lepiej. Odziedziczyłaś wspaniałe dary, po mnie i po ojcu ale pierw musiałaś dorosnąć aby je zrozumieć i tak uważam że to za szybko abyś o wszystkim wiedziała. Jak wiesz moi rodzice nas nie odwiedzają. Nie podzielali mojego związku z Madnessem. Ale to nie dlatego że kiedyś był jakiś konflikt. Konflikt urodził się przez nasz ślub. Pochodzimy z dwóch różnych rodzin, nie chodzi tutaj o pieniądze czy o to jak tytułują nas ludzie. Chodzi o inny świat, który ty musisz dopiero poznać. O świat który pokazuje się tylko nocą i świecie białymi, ostrymi kłami. Ten świat również należy do Ciebie. A raczej do tego abyś broniła przed nim innych ludzi. Zostałaś stworzona do większych rzeczy niż śpiewanie czy prowadzenie firmy. W twoich żyłach płynie krew upadłego anioła i czarownicy. Większość swojej mocy odziedziczyłaś po mnie. Twój ojciec był upadłym aniołem, walczył o dobroć dla ludzi. Dla wszystkiego co żyje, jego krew płynie w tobie. W twoich żyłach, zapach twojej krwi bawi wszystkie nieżyjące istoty. Ale gdy tylko jej posmakują, umierają. Po mnie odziedziczyłaś magię, dlatego było to tak ważne abyś panowała nad emocjami. Nie pohamowanymi wybuchami emocji mogłaś zranić nie tylko siebie, ale i innych. Dlatego dziecko panuj nad sobą. Reszty musisz się nauczyć sama. Wiem że wydaje ci się to szalone i nie zrozumiałe, ale zrozum to wszystko prawda. Musisz się zmierzyć z tym kim jesteś. Z tym do czego zostałaś stworzona.
PS. W pudełku z moimi pamiątkami znajdziesz klucz. Klucz do restauracji w Morganville. Kupiłam „Lisę” gdy ożeniłam się z Twoim ojcem. Jest to mała restauracja, odwiedź ją jak najszybciej. Zrób sobie wolne od tego wszystkiego, wiem że teraz dużo spoczywa na twoich barkach ale wierze w Ciebie. W kopercie znajduje się mapa która doprowadzi cię do Morganville, niestety tej miejscowości nie znajdziesz w nawigacji.
Pamiętaj że cię kochamy.
Jocelyn & Madness
Okey, ten list niczego mi nie wyjaśnij. Co jest dziwne, dostałam gęsiej skórki czytając go, przecież to nie może być prawda. A poza tym co ona miała na myśli z kłami i nieumarłymi ? Przecież to nie tak że jakieś podstępne kreatury (czyt. Wampiry ), chodzą po naszym świecie. Przecież to tylko postacie z książek. Zaczynam zastanawiać się czy moja mama nie chorowała na jakąś przewlekłą chorobę. Wyciągnęłam z koperty mapę do owego miasta. Tylko 5 godzin drogi, powinnam dać radę dojechać moim samochodem. Przecież nie będę wszędzie jeździła z szoferem, nie po to robiłam prawo jazdy. Nadal zastanawiałam się czy to dobry pomysł aby odwiedzić tą restaurację. W końcu to tylko budynek, ale strasznie zżerała mnie ciekawości. Przez ten cały natłok myśli, nie wiedziałam kiedy zasnęłam. Po prostu zamknęłam oczy i już mnie nie było.
Przez noc śniły mi się dziwne rzeczy, ostre kły, krew, rodzice i świecące na fioletowo palce. Czułam się tak jakby myślami mogła kontrolować wszystko. Jeśli chciałam aby otworzyło się okno, to bez dotykania go, ono się otwierało. Uczucie to było dziwne i przyjemne. Tak jakby do mnie pasowało, jakby byłoby to coś normalnego. Coś czego przez całe życie mi brakowało. Ale to tylko sen, prawda ?

Obudziłam się dość wypoczęta, jak nigdy. Tylko w pokoju było strasznie wietrznie. Jeszcze ziewając podniosłam się z łózka i spojrzałam w stronę okna, to właśnie stamtąd powiewał delikatny wiatr. Nie miała zwyczaju spać z otwartym oknem i mogłabym przysiąc że go nie otwierałam. No cóż, może jakoś samo się otwarło ? Nie ważne, nie będę nad tym rozmyślać. Jak zawsze po przespanej nocy, poszłam pod prysznic.
Schodząc na dół z mokrymi włosami weszłam do kuchni. Było tutaj zupełnie cicho, jak nigdy. Ale przecież sama dałam im wolne. Na szczęście umiałam sama sobie ugotować, to była taka moja druga pasja. Pochodzę z gorącego Teksasu, tutaj każdy potrafi gotować a raczej grillować. Ja jednak wolę gotować, stanie przy grilli mnie nie rajcuje. Jest za gorąca i wszędzie ten dym. Wyciągnęłam krewetki z lodówki do piekarniki włożyłam cząstkową bagietkę. Uwielbiam krewetki, choć gdybym miała wybrać między krewetkami a mięsem to wybrałam bym mięso. Ale na śniadanie wolę coś lżejszego od mięsa. Usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam zajadać się śniadaniem. Nie mogłam sobie wyobrazić ze to ostatnie śniadanie jakie tu jem, może nie na całe życie ale na jakiś czas. Na pewno będę tęskniła za domem, za ludźmi. Wychowywałam się tutaj i z nimi, więc to nic dziwnego że będę tęsknić. Mam jednak nadzieje że w Morganville wszystko się wyjaśni i nie będę musiałam tam zostawać na dłużej. Ciekawe czy mają tam jakieś Hotele z tego co wiem to na pewno jest kampus uniwersytecki. Ale czy znajdę tam hotel ? Może w restauracji jest jakiś pokój, albo znajdę coś do wynajęcia. Na pewno jakoś to będzie. Przed wyjazdem chciałabym dowiedzieć się więcej o tym mieście, ale w Internecie za dużo tego niema. Jest tylko informacja o kampusie. Ja niestety na studia się nie wybieram , może powinnam ale nie czuje że jest mi to potrzebne. Miałam dobrych nauczycieli, uczyłam się więcej niż powinnam, bo co innego miała robić. Jestem również bardzo oczytana, kocham książki. Bo kto ich nie kocha ?
Zmyłam po sobie talerze i wdrapałam się do góry, do swojej sypialni. Musiałam się w końcu spakować, choć opornie mi to szło. Z pod łóżka wyjęłam swoje kufry i zaczęłam wszystko pakować jak szło. Nie tylko ubrania ale również pamiątki po rodzicach, wszystko co mi zostawili. Nie mogłam się oprzeć, nie chciałam ich tak zostawić. Choć wiedziałam że tutaj wrócę, nawet chciałam tutaj wrócić. Zawsze mnie zastanawiało dlaczego kobiety mają tyle ciuchów ale nigdy nie podejrzewałam że i ja zaliczam się do tych kobiet. Miałam chyba więcej ciuchów niż jedzenia w domu a musiałam spakować do tego buty. Przynajmniej do butów miałam specjalną walizkę (a raczej parę ).
Po trzech godzinach uporałam się z pakowaniem na zegarze wybiła właśnie pierwsza w południe. Jeśli wyjadę zaraz to będę miała czas na rozejrzenie się po mieście. Nie myśląc więcej, wpakowałam do bagażnika swoje kufry, trochę ich było. Cztery wielkie kufry z ciuchami i trzy z butami oraz jeden z pierdołkami. Dobrze że miałam duże terenowe auto. Może nie było zbyt przystosowane dla niskich osób (160cm) ale jeździło się wspaniale.
Po drodze nie widziała za dużo, tylko autostrady i jakieś miejscowości. Nigdzie na znakach nie było Morganville, ale na szczęście wiedziałam jak jechać, dzięki mapie od mamy. Droga nie była zbyt trudna w sumie ciągle jechałam prosto, tylko dwa razy musiałam zjechać.
Po pięciu godzinach, mijałam właśnie znam „Wellcome in Morganville”. Czyli byłam na dobrej drodze a raczej w dobrym miejscu. Tylko że właśnie tutaj kończyła się moja mapa, musiałam sobie poradzić jakoś sama.
Gdy wjechałam do miasta, pierw minęłam kampus. Kampus wyglądał chyba jak każdy inny. Było ta pełno dzieciaków, kawiarnia mały park, ławki i akademiki. Zastanawiałam się jak to jest mieszkać w akademiku, czy tak jak na filmach ? Pełno seksu i narkotyków ?. Nie dane będzie mi się tego dowiedzieć. Jadąc dalej mijałam pełno budynków mieszkalnych i opuszczonych. Gdy mijałam ludzi, próbowałam się do nich uśmiechnąć, ale oni dziwnie odwracali głowy od mojego auta, tak jakby nie chcieli patrzeć kto nim prowadzi. Ludzie chodzili tutaj w szybkim tempie, nie oglądali się za siebie i trzymali swoje dzieci przy sobie. Tak jakby na każdym kroku bali się, czegoś. Było to dziwne. Z lewej strony zauważyłam kawiarnie „Common Grounds”. Od razu wydawało mi się że te miejsce wygląda na najbardziej normalne w tym mieście. Choć może było inaczej ? Zjechałam z ulicy i zaparkowałam przed kawiarnią.
Gdy weszłam do kawiarni, roiło się tam od młodych ludzi z nosami w książkach lub za laptopami. Niektórzy patrzeli na mnie tak jakby wiedzieli że nie jestem stąd. Co się dziwić, przecież to małe miasto. Podeszłam do baru i wlepiłam wzrok w różnorodne kawy jakie tutaj mieli. Szczerze to o połowie nawet nie słyszałam. Nie lubię kawy i pewnie nic tego nie zmieni. Bardziej miałam chęć na gorącą czekoladę, tego nie potrafiłam sobie odmówić.
- Co podać ?
Usłyszałam miły i za nadto wesoły głos. Przeniosłam swój wzrok na dziewczynę, nie pasowała zupełnie do tego miejsca. Miała natapirowane włosy, blady make-up, bardziej w stylu emo. Ubrana we fioletowy gorset i spodnie ze skóry. Dziewczyna definitywnie tutaj nie pasowała. Większość ludzi nie ubierała się tak jak ona, nie w Teksasie gdzie temperatura przekraczała 30 stopni. Tutaj nie za często nosi się czarny.
- Polecam kawę z dodatkiem syropu czekoladowego.
- Nie dziękuje, nie lubię kawy. – odgarnęłam swoje czerwone włosy z twarzy i usiadłam na krześle przed barem. – Ale poproszę gorącą czekoladę.
Dziewczyna skinęła energicznie głową i przyjęła zamówienie. Rozejrzała się po pomieszczeniu, ludzie tutaj nie wyróżniali się niczym. Byli tacy sami jak wszyscy, oprócz tej baristki. Pierwszy raz widzę kogoś takiego, naprawdę zbyt często nie wychodziłam z domu.
Baristka podała mi gorącą czekoladę i dodała do tego bitą śmietanę. – Jest najlepsza w mieście, może dla tego że jesteśmy jedną kawiarnią oprócz tej w kampusie. – uśmiechnęła się.
-Dziękuje.- uśmiechnęłam się wyćwiczonym uśmiechem. Nie wiem czemu ale ta dziewczyna wydawała mi się godna zaufania, była po prostu inna.
- Nie jesteś stąd prawa ? Uczysz się w kampusie ? Przecież są wakacje.
- Nie uczę się i nie jestem stąd. Przyjechałam pozwiedzać.
- Proszę Cię dziewczyno, nie ma tu niczego do zwiedzania. Jeśli nie chciałaś mówić to mogłaś powiedzieć.
Upiłam łyka gorącej czekolady, naprawdę była pyszna. Miała mocny smak, była po prostu idealna, nie da się tego wyrazić słowami.
- Naprawdę jest pyszna.. Nie chodzi o to że nie chcę mówić, po prostu nie wiem co tutaj robię, raczej wiem. Szukam pewnej restauracji, wiesz może czy jest tutaj jakaś o imieniu „Lisa”. - zapytałam się
- Lisa ? Ale ta restauracja jest zamknięta już jakieś trzy lata. Nie wiem kto kazał Ci tutaj przyjechać, ale tam już nie masz czego szukać. Jest zamknięta. Choć nie powiem mieli tam dobre jedzenie, a właścicielka była bardzo dobra dla swoim pracowników. Tylko z niewyjaśnionych powodów ją zamknęła. A szkoda bardzo lubiłam parce u Jocelyn, choć za często jej tam nie było. Ciekawe co się z nią dzieje i czemu zamknęła Lisę.
- Więc pracowałaś tam ? I wiesz gdzie ona się znajduje ? Mogłabyś mi wytłumaczyć ?
Zdziwiła mnie ta informacja że restauracja jest zamknięta. Miałam jednak nadzieje że będzie to jakiś cud a restauracja otwarta. I czemu mama przysłała mnie do zamkniętej restauracji. To wszystko wydaje się takie dziwne, nie wiedziałam co mam myśleć. Na szczęście moi rodzicie nauczyli mnie panować nad emocjami inaczej pewnie bym już stąd wyszła, trzasnęła drzwiami i prawdopodobnie zaczęła płakać.
- Tak pracowałam tam, lubiłam tą pracę nawet bardziej niż tę ale nie mówi mojemu szefowi. – zaśmiała się i puściła do mnie oko.- A co ci tak zależy ?
- Jocelyn, była moją matką. Nie żyje od jakiegoś czasu i dostałam od niej restaurację w spadku. Dlatego mi tak zależy, proszę. – Pierwszy raz od dawna o coś prosiłam. Dopiłam swoją czekoladę do końca a dziewczyna wyrysowałam mi mapę. Wyglądało na to że miałam 5 min drogi stąd samochodem.
Zapłaciłam za picie i wsiadłam do auta.

Awatar użytkownika
Tomek00
amator
Posty: 23
Rejestracja: 15 sty 2016, 07:34

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Tomek00 » 21 lut 2016, 12:41

Drugi rozdział mi się sam w sobie podobał, jest całkiem niezły (przynajmniej dla mnie). Ale nadal zdarzają się błędy, a mianowicie najczęściej zjadasz litery tak, jak w poprzednim rozdziale. Fakt pożartych liter jest mniej niż przedtem, ale nadal tyle aby skutecznie wybijać z rytmu. Nie wiem jak jest u ciebie, ale u mnie zjadanie liter wynikało z bardzo szybkiego pisania na klawiaturze, przez co komputer niektóre pomijał, spróbuj pisać wolniej. List od rodziców także trochę mi zgrzytał, powinien być trochę dłuższy, i bardziej rozbudowany bo trochę sprawia wrażenie pisanego na kolanie, wiem co mówię, bo sam zrobiłem ostatnio podobny błąd :D Ogólnie jest nieźle, o ortografij się nie wypowiem z tych samych powodów co przedtem (czytaj: sam jestem analfabetą), i pamiętaj żeby nie sugerować się przesadnie moją opinią, bo mogę nie mieć racji, czekam na dalszą część.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Vampircia » 27 lut 2016, 10:17

Z jednej strony wprowadzasz do fabuły plot twist, który może zainteresować, dodać tajemniczości i sprawić, że czytelnik będzie chciał wiedzieć, co dalej, a z drugiej piszesz mnóstwo niepotrzebnych, nudnych i zniechęcających rzeczy.
Pochodzę z gorącego Teksasu, tutaj każdy potrafi gotować a raczej grillować. Ja jednak wolę gotować, stanie przy grilli mnie nie rajcuje. Jest za gorąca i wszędzie ten dym. Wyciągnęłam krewetki z lodówki do piekarniki włożyłam cząstkową bagietkę. Uwielbiam krewetki, choć gdybym miała wybrać między krewetkami a mięsem to wybrałam bym mięso. Ale na śniadanie wolę coś lżejszego od mięsa. Usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam zajadać się śniadaniem.

Okej, spoko, można przy jakiejś okazji wpleść informację o gustach kulinarnych bohaterki, ale cały ten opis jest niepotrzebny i spowalnia fabułę.
Po trzech godzinach uporałam się z pakowaniem na zegarze wybiła właśnie pierwsza w południe. Jeśli wyjadę zaraz to będę miała czas na rozejrzenie się po mieście. Nie myśląc więcej, wpakowałam do bagażnika swoje kufry, trochę ich było. Cztery wielkie kufry z ciuchami i trzy z butami oraz jeden z pierdołkami. Dobrze że miałam duże terenowe auto. Może nie było zbyt przystosowane dla niskich osób (160cm) ale jeździło się wspaniale.

Naprawdę musimy wiedzieć, ile kufrów spakowała bohaterka i co w nich było? To ma jakiś wpływ na fabułę? To 160cm w nawiasie też niepotrzebne. Jeśli dokładny wzrost bohaterki jest tak ważny, to lepiej go podać, gdy to naprawdę wynika z jakieś sytuacji (np. z dialogu), ale na pewno nie cyfrą i skrótem.
Wyglądało na to że miałam 5 min drogi stąd samochodem.

Kolejna cyfra i skrót. W większości przypadków tak się w literaturze nie pisze.

Przepraszam za czepianie się, ale te rzeczy naprawdę rzuciły mi się w oczy i uznałam, że lepiej o tym powiedzieć. Pomysł może nie jest zły, ale piszesz strasznie niedbale. Spacje i znaki interpunkcyjne też nie zawsze współgrają ze sobą tak jak powinny.
Obrazek

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

Re: (Wampiry z Morganville) Poznać prawdę. (tytuł roboczy)

Postautor: Elisabeth » 06 mar 2016, 23:27

Na początek chciałam wam podziękować za te słowa. Naprawdę mi pomagają, bo niektórych błędów nie widzę i nawet nie wiem że je popełniam. Naprawdę wam dziękuje i ciesze się że ktoś to czyta <3. I oczywiście wszystkie uwagi biorę sobie do serce.

Rozdział trzeci.
Bez najmniejszego problemu dojechałam do restauracji. Znajdowała się ona tak jakby na obrzeżach tego miasta. Nie spodziewałam się niczego super ekstra, ale myślałam że będzie to jakoś lepiej wyglądać. A z daleka nawet nie wyglądało na restaurację, ale co się dziwić jeśli szyld wisiał przechylony, a okna były zabite deskami. Wyglądało to bardziej ja miejsce popełnienia zbrodni. Morderstwa z zimną krwią. Zaparkowałam samochód przed budynkiem i podeszłam do drzwi. Nadusiłam klamkę ale drzwi się nie otwarły, a to dziwne, myślałam że ktoś się już tutaj włamał i że drzwi będą otwarte, a jedna nic takiego się nie stało, drzwi są nadal zamknięte. Wyciągnęłam kluczyk z torebki i przekręciłam go w zamku a drzwi otwarły się bez problemu. Oprócz tych wszystkich pajęczyn i kurzu, wyglądało to dość przyzwoicie w środku. Ściany były kolory fioletowego, fotele i kanapy były obite czerwonymi poduszkami. Trochę dalej na podeście stało pianino z mikrofonem. Czyli musiała być tutaj muzyka na żywo. Miejsce miało w sobie co magicznego, wszędzie były obrazy, poszłam kawałek dalej i natrafiłam na drzwi z napisem „Wyłącznie dla personelu”. Oczywiście że je otwarłam, znajdowała się za nimi kuchnia. Dość duża i przestronna. Znów wróciłam do restauracji i stanęłam za barem, było tutaj nadal pełno alkoholu. Dziwi mnie to że nikt nie okradł tego miejsca , wydawało się to takie nienaturalne, przecież żadne miasto nie jest tak porządne, aby nie okraść stojącego pustego budynku, a było tutaj naprawdę co pokraść.
Z nudów zaczęłam otwierać wszystkie szafki jakie był w zasięgu, nie wiem czego szukałam, po prostu chciałam sobie pogrzebać. Choć i tak wiedziałam że nie znajdę nic ciekawego, oprócz kurzu i pająków nic tutaj nie było. Westchnęłam cicho i oparłam się plecami o jedną z szafek. Zaczęłam zastanawiać się co teraz zrobię, jak będzie wyglądać moje życie. Czy powinnam zatrzymać Lisę ? Nie była jedyną pamiątką po moich rodzicach, ale jednak, coś kryło się w tym mieście co jak powinnam odkryć, z tego całego listu od rodziców nie zrozumiałam nic. Tylko to że moja mama była czarownicą, ojciec pół aniołem, a w Morganville grasowały jakieś stwory z którymi miałam walczyć, ale dlaczego ja ? Dlaczego oni myśleli że ja się do tego nadaje, jeśli jestem jakąś potężną czarownicą, to dlaczego mi o tym nie powiedzieli, dlaczego nie praktykowałam ? Jedyne lekcje jakie mi dali, to to aby nie pokazywała uczuć, aby tłumiła je w sobie. Uczucia mogą zabić wszystkich których kochasz. Nigdy tego nie zrozumiem, a zawsze mi to powtarzali. Zamknęłam ostatnią z otwartych szafek z hukiem i jakaś kartka spadła na moje kolana. Pewnie musiała spaść z góry, jak przez przypadek trzasnęłam szafką. Zaczęłam obracać ją w palcach i otworzyłam. Był tam jakiś tekst i co najdziwniejsze zaadresowany do mnie.
Elisabeth,
Nie wiem czy kiedyś znajdziesz ten list, nie wiem też ile masz teraz lat. Ale gdy zaczęłam pisać ten list byłaś jeszcze małą dziewczynką. Już wtedy wiedziałam że będziesz posiadała moc, której nikt inny nie będzie posiadał. Jesteś zagrożeniem dla siebie i dla innych. Jeśli stanie się tak że nie będziemy dla ciebie dobrymi rodzicami, to tylko dlatego że cię kochamy. Gdy miałaś pięć lat, wiedziałam ze będziesz musiała panować na swoimi emocjami. Twoje emocje potrafią zabić nawet ciebie, musisz mieć je na wodzy. Postaram Ci się wszystko wytłumaczyć (mam nadzieje że nikt inny nie przeczyta tego list..)
Urodziłam się w potężnej rodzinie i nie chodzi tutaj o politykę. Blackowie wynoszą się z Salem, a jak wiesz z legend Salem to miasto czarownic. Zawsze tak było i tak już pozostanie do końca życia. Może nie jest to już tak postrzegane, ale to miasto nadal jest oblężone przez magiczne moce. Na jakiś czas w naszym dna. Magia zniknęła z dnia na dzień. Nie było jej aż przez cztery pokolenia, potem urodziłaś się ty. Dziecko które nigdy nie płakało, mówiło płynnie w trzech językach, gdy miało niespełna trzy latka. Nikt nie wiedział jaką magie skrywasz, dopóki po raz pierwszy w swoim życiu się nie zdenerwowałaś. Gdy miałaś cztery lata, Madness nie chciał kupić ci jednej z lalek. Nadal pamiętam jak wtedy wyglądałaś, było to przerażające a zarazem piękne. Pierw twoje włosy zaczęły delikatnie się unosić, potem oczy zrobiły się całe czarne a przedmioty w pokoju wirowały. Miałam wrażenie że wszystko wirowało oprócz ciebie, stałaś twardo na nogach. Nie byłaś wtedy sobą, to wiedziałam na pewno. Nie byłaś moją grzeczną malutką córeczką. Wszystkie przedmioty skierowałaś w stronę swoje ojca i z podwójną siłą rzuciłaś wszystko w jego stronę. To był pierwszy i ostatni raz jak ci czegoś zabroniliśmy. Zabraliśmy cię wtedy do Salem, aby wymazali ci pamięć, choć ty i tak tego nie pamiętałaś. Założyliśmy wtedy tez na ciebie ochronę, abyś za każdym razem zapominała wszystko, co usłyszysz o Salem. Chcieliśmy Ci o tym powiedzieć jak będziesz gotowa i kto wie, może nawet tak zrobiliśmy. Mam nadziej że nie jesteś na nas zła, za to że odebraliśmy ci prawdę o tobie. Mam szczerą nadzieje że ci wszystko powiedzieliśmy… Pamiętaj że jesteś potężna, nie możesz poddać się swoimi emocją. Nie możesz się denerwować, to bardzo ważne. Kiedyś nam za to podziękujesz, musisz tylko do tego dorosnąć. A wszystkie wspomnienia wrócą do ciebie, musisz tylko mieć otwarty umysł, postarać się dokopać do tego co zakopane.
A teraz poznasz prawdę o swoim ojcu. Jak wiesz z poprzedniego list, jest wyklętym aniołem. Wiem że to wszystko może ci się wydać dziwne, albo i nawet nie prawdziwe. Madness poznałam zupełnie zwyczajnie, w parku i się w sobie zakochaliśmy. Nasza miłość była zakazana, ale nie dlatego że ja mam w sobie krew czarownic, która po prostu się nie aktywowała. Tylko dlatego że Anioły nie mogą zakochać się w śmiertelniku, a twój ojciec tak właśnie poczynił. Zakochał się we mnie. Jego rola na ziemi była dość zwyczajna, miał pilnować pokoju. Miał trzymać wszystkie kreatury na uboczu, aby one nie krzywdziły zwykłych ludzi i nie zabijali się między sobą. Jak wiadomo nie wszystko szło dobrze, nie zawsze dobro wygrywało. Madness zrezygnował z takiego życia dla nas. Jako Anioł nadal miał w sobie krew anioła, która daje szybkość i siłę. Miał dar zabijana, umiał zabić wszelkie kreatury na tysiąc różnych sposobów. Podobało mu się życie niesienia pokoju. Ale jednak, miłość stanęła na jego życiu ku chwale. Ty odziedziczyłaś po nim właśnie krew. Podejrzewamy że twoja krew jest cenna. Madness, zawsze uważał że gdy wampir wbije swoje kły do twoich żył, to umrze. Kiedyś widzieliśmy taka sytuacje na własne oczy. Gdy przyjechałaś razem z nami po raz pierwszy do Morganville. Właśnie tam ugryzł cię wampir. Gdy tylko posmakował twojej krwi, zatoczył się i upadł. Ale jeszcze wtedy nie umarł, nie wiemy co się z nim stało. Zawsze podejrzewaliśmy że zmarł, zabrali go zanim mogliśmy się tego dowiedzieć na sto procent.
Wiem że to wszystko wydaje się pokręcone i nieprawdziwe. Jak jakieś tanie opowiadanie i jeszcze tak pogmatwane że trudno się w nim połapać, ale niestety takie jest twoje życie. Pewnie zastanawiasz się czemu przysłałam cię tutaj. Lisa jest moim dzieckiem, zawsze miałam marzenie aby była najlepszą restauracją, chciałaby abyś też ją pokochała. Pewnie dziwisz się czemu założyłam restaurację w takim miejscu. Ludzie żyjący w Morganville nie mają żadnych rozrywek, ich rozrywką jest uciekanie przed złem jakie czai się co krok. A ja chociaż tak chciałam im pomóc. O Morgnaville dowiedziałam się gdy tutaj studiowałam. Zawsze czułam że tutaj właśnie jest moje miejsce, mój dom, moje życie i chciałam pomóc tym ludziom. Nie chcę żeby się bali, chce aby żyli nie bojąc się o swoje życie. Nie każde ci tutaj zostać, ale chcę abyś spróbowała.
Pamiętaj że Cie kochamy.



Czułam się źle, bardzo się. Czułam się tak jakby Jocelyn chciała abym zginęła tutaj, tak jakby rzuciła mnie w paszce lwa. I jeszcze to co zrobiłam ojcu, czy ja naprawdę byłam taka zła ? Czy naprawdę musiałam pilnować swoich emocji, trzymać je na wodzy. Nie wierzyłam w to wszystko, nie chciałam. Według tego listu jestem dziwakiem, największym z największych. Mogę zabić wszystkich i wszystko, jestem niebezpieczna jak nikt inny. Całe życie czytałam o takich osobach w fantastycznych książkach, zawsze chciałam mieć takie życie. Pełne fantazji i tajemnic. Ale nie chodziło mi o to, w cale. Żałuje swoich marzeń. Gdybym tylko wiedziała że właśnie tak to będzie wyglądać. Chcę odzyskać swoje życie, swoje nudne życie. Nawet nie wiedziałam kiedy a moje policzki zaczęły się robić mokre od łez. Jak miałam nad sobą panować jeśli moje życie miało wyglądać teraz tak. W sumie mogłam wsiąść do auta i stąd odjechać to i tak nie była prawda! To nie mogło być prawdą. Nie wiem skąd wzięła się nagle ta cała złość we mnie, ale z całej siły kopnęłam w szafkę i to nie raz ale parę razy. Chciałam krzyczeć.
-I CO ?! NIC SIĘ NIE DZIEJE ! – wydarłam się nie wiem do kogo ani po co. Przez całe życie byłam oszukiwana, nie znałam prawdy o sobie. Dopiero po osiemnastu latach miałam jakiś kawałek prawdy. Znów kopnęłam w szafkę i dopiero wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego. Moje oczy się rozszerzyły a wszystkie przedmioty w pokoju lewitowały, wstałam przerażona i spojrzałam się na swoje odbicie. Widziałam jak włosy mi latają, nawet czułam całą energie przepływającą przeze mnie. Nawet ja się siebie bałam, czułam się dziwnie ale czułam się sobą. W końcu czułam kim jestem, jestem potężną czarownicą…. Nie brzmiało to dobrze. Zamknęłam swoje oczy i chciałam się uspokoić, ale nie potrafiłam. Jakiś dziwny głos w mojej głowie zaczął mi podpowiadać że nie powinnam się uspokajać. Jesteś silna, powinnaś rozwalić wszystkich. Powinnaś zostać panią życia i śmierci. Rodzicie oszukiwali cię przez cale życie, chcieli abyś wiedziała. Bali się ciebie ! Pomyśl możesz zawładnąć światem, być kimś! Możesz robić co ci się żywnie podoba.
Zaczęłam wierzyć temu głosowi, a emocje we mnie rosły i rosły. Chciałam niszczyć i zabijać wszystkich którzy staną mi na drodze. Czułam jak wszystko we mnie buzuje. Czułam się tak jakby umiała latać, jakby mogła jednym ruchem palca zabić wszystkich. Ja chciałam tego pragnęłam, nikt mnie powstrzyma w końcu będę panią życia i śmierci. Do tego zostałam stworzona.
Nagle zauważyłam falującą kobiet w białej sukni. Stanęła przede mną i zaczęła prosi aby się uspokoiła i nie dawała ponieść emocji. Nie wiedziałam kim jest, nie widziałam żadnej ostrości. Widziałam tylko białą suknie pośród czerni. Co dziwniejsze jej głos mnie uspokajał, choć ciągle powtarzał to samo. Uspokój się Elisobeth, uspokój się.. Nagle postać zniknęła a ja zemdlałam.

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

Re: [Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Postautor: Elisabeth » 15 mar 2016, 21:54

3. Chyba mam dla ciebie lepsze rozwiązanie.



- Hey, obudź się !
Usłyszałam jakiś głos, głos kobiety. Był on nawet przyjemny i przez chwilę miałam wrażenie że, ten głos był tylko wytworem mojej chorej wyobraźni. Nie pamiętałam nic z poprzedniej noc, nic a nic. Otworzyłam swoje oczy i zauważyłam przed sobą dziewczynę z kawiarni. Jak zawsze ubraną po gotycku, zaczynałam się zastanawiać czy ona czasem nie dusi się pod tym ubraniem, przecież tutaj jest gorąco. Zaczęłam mrugać oczami i złapałam się za swoją głowę, była taka ciężka i miałam wrażenie jakby miała wybuchnąć. Skrzywiłam się i chciałam podnieść się do siadu, ale dziewczyna przytrzymała mnie ręką.
-Lepiej nie wstawaj, wydaje mi się że uderzyłaś się w głowie. – uśmiechnęła się do mnie.
-Co ty tutaj robisz ? – to było pierwsze pytanie jak wpadło mi do głowy, skrzywiłam się delikatnie, bo przecież mogłam jej podziękować czy coś..
- Umm, no wiesz. Przejeżdżam tędy codziennie i jakoś mnie naszło żeby tutaj wejść, bo zauważyłam Twoje auto i pomyślałam że przyda Ci się kompan. – uśmiechnęła się do mnie, ten uśmiech nie pasował do żadnej gotyckiej dziewczyny, ale jej dodawało to uroku. To nawet miłe że dziewczyna chciała się mi pomóc. – A gdy tutaj weszłam to leżałaś na ziemi, wydaje mi się że się poślizgnęłaś i uderzyłaś głową. Co pamiętasz ze wczorajszego dnia ?
-W sumie to nie za wiele, przyszłam tutaj i miałam rozglądać się za jakimś pomieszczeniem do spania, a potem znalazłam list i nie wiem, nie pamiętam – szepnęłam cicho, bo nie pamiętałam. Ale pamiętałam co było w liście. Zastanawiałam się czy to prawda, to co pisała tam mama. Pewnie któregoś dnia się o tym przekonam, choć wolałaby szczerze nie. – Która jest godzina ?
- Ósma rano, w sumie to przed ósmą, wiec prawdopodobnie leżysz tutaj już całą noc. Kręci Ci się w głowie ?
-W sumie to nie, tylko strasznie boli – uśmiechnęłam się, a raczej próbowałam, wyglądało to bardziej jak skrzywiona mina.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i podała mi dłoń. Przyjęłam ją i powoli zaczęłam się podnosić, nie powiem, kręciło mi się delikatnie w głowie. Musiałam mocna nią gdzieś przywalić, ale nie pamiętam nic z poprzedniej nocy, oprócz listu, oczywiście. Stanęłam na równych noga, dzięki jej pomocy.
-Czy ja już się ciebie pytałam jak masz na imię ? – spytałam
-Eve, Eve Rosser – wyciągnęła do mnie dłoń.
- Elisabeth Scarlet Raven – uścisnęłam jej dłoń.
- Na długo masz zamiar się tutaj zatrzymać ?
-Nie zastanawiałam się nad tym, może jakiś miesiąc. Chciałam odnowić restauracje, ale chyba nie potrafię, nie wiem czy dam radę. – Z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało od dłuższego czasu. Od razu poczułam do niej sympatie.
- Moim zdaniem nie powinnaś tutaj zostawać, to miejsce nie jest tak spokojne jak się wydaje. Ale jeśli chcesz zostać, to znajdź sobie pokój, bo tutaj nie ma gdzie spać. – przejechała dłonią po swoich długich, czarnych, natapirowanych włosach. Wyciągnęła z torebki kartkę i coś nabazgrała na niej. Podała mi ją. – To jest adres gdzie możesz się zatrzymać, przyjedź pod niego przed zachodem słońca.
- Czemu mi pomagasz ?
- Bo przez dwa lata pracowałam u twojej mamy i nie chciałabym aby jej córka umarła tutaj. Nawet sama mnie prosiła aby się tobą zajęła rok temu, tak jakby wiedziała ze wiesz… że już ich nie będzie. Wiem że to głupie – skrzywiła się delikatnie – Ale wczoraj o niej śniłam i kazała mi tutaj przyjść i się tobą zając, wiem że masz skończone osiemnaście lat i tak dalej, ale jednak. Morganville, jest inne, tutaj trzeba uważać na każdym kroku. – wzruszyła ramionami – Mam nadzieje że przyjedziesz pod ten adres. – uśmiechnęła się i skierowała się do wyjścia, a ja pozwoliła jej odejść bez żadnego pożegnania, nawet jej nie podziękowałam.
Zaczynałam wierzyć w te listy od swojej mamy, oczywiście w te rzeczy o Morganville, bo najwyraźniej Eve też w nie wierzyła.
Do zachodu słońca, nie robiłam za wiele. Chodziłam po restauracji i szukałam, w sumie to sama nie wiem czego szukałam. Po prostu chciałam odciągnąć od siebie te wszystkie dziwne myśli, myśli o wampirach i o tym co napisała o mnie Jocelyn. W co nie wierzyłam, przecież nie mogła siedzieć w mnie jakaś moc o której nie miałam pojęcia, to niedorzeczne. Wsiadłam do swojego samochodu i pojechałam pod wskazany adres. Lot street 716. Oczywiście musiałam zapytać w jednym ze sklepów jak tam dojechać, chyba będę musiała narysować sobie mapę tego miasta, serio to nie normlane że nie mam go w nawigacji.
Gdy znalazłam się pod wskazanym adresem, cóż oniemiałam. Moim oczom ukazał się duży, biały, wiktoriański dom. Zagryzłam mimowolnie swoją wargę i przeczesałam włosy, może nie był ten dam taki wielki jak mów. Ale jednak robił wrażenie. Uśmiechnęłam się mimowolnie do siebie pod nosem i wszyłam z samochody. Stanęłam przed drzwiami i wyciągnęłam rękę aby zapukać, ale.. Przecież nie wiem kto tutaj mieszka, Eve wydawała się miła, ale kto wie ? Może podała jej adres do jakiegoś mordercy, czy coś. Skąd miała wiedzieć że tak dziewczyna jej nie okłamała, ale czy miała by do tego powód ?
Właśnie opanował mnie delikatny….lęk ? Całe życie uczyłam się panować na swoimi emocjami, ale w tym mieście moje emocje były poszarpane. Czułam się dziwne, nawet bardzo. Chciała po prostu wrócić do siebie, do domu, tam nie miałam takich problemów. Zagryzłam swoją wargę i odsunęłam się od drzwi. Wtedy usłyszałam za sobą dźwięk zamykanych drzwi od samochodu. Obróciłam się do tyłu i spojrzałam w stronę… karawanu ? Serio, ktoś zajechał karawanem pod dom. Czy ktoś umarł ? Z auto wyszła Eve, skrzywiłam się delikatnie i postarałam o uśmiech.
- Cześć, co nikogo nie ma? Nikt ci nie otworzył, mówiłam im że będziemy mieli gościa. Serio, oni nigdy mnie nie słuchają. – zaśmiała się dziewczyna, jak zawsz ubrana w czerń.
-Nie, to nie to. Po prostu jeszcze nie zapukałam.
- To nie ma na co czekać. – podeszła do drzwi i je otwarła. – Jestem ! – wydarła się na cały głos. A ja stałam jak głupia w porogu. Przy drzwiach pojawił się chłopak, dobrze zbudowany chłopak. Był może gdzieś w wieku Eve, mógł mieć te dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat. Nie wyglądaj na zadowolonego gdy na mnie spojrzał. Chłopak wyglądał na umięśnionego, był wysoki nawet bardzo. Piwne oczy i brązowe włosy, kwadratową szczękę. – A ty co tak stoisz ? Wejdziesz ?
- Eve, uważaj .- prychnął chłopak. Zmierzyłam go wzrokiem i odgarnęłam swoje włosy.
- Spokojnie wiem co robię. – odparła dziewczyna. A ja w końcu przeszłam przez próg, serio nie wiem o co im chodziło, ale zaczynam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam. Chłopak wywrócił oczami i poszedł do salonu, a raczej tak mi się wydawało.
- Co z nim ? – spytałam powoli.
- Oh, Shane po prostu jest dziwny i nie lubi nowych ludzi. Wiesz to nasza królowa dramatu. – zaśmiała się dziewczyna.
- Zamknij się Eve!
- Ugryź mnie, Collins – odszczekała dziewczyna i zdjęła swój długi płaszcz. Po czym ruszyła w stronę salonu, nie pewnie poszłam za nią i usiadła na kanapie. Shane siedział na drugiej kanapie i zabijał zombie. – Michael zaraz przyjdzie i pogadasz z nim. Mamy wolny pokój i potrzebujemy pieniędzy, bo Shane jest zbyt leniwy aby pracować. A Michael śpi przez cały dzień, więc jestem jedyną osoba która płaci za rachunki. – wzruszyła delikatnie ramionami i wróciła do kuchni.
- Hey, jestem Elisabeth – przedstawiłam się chłopakowi.
- Shane – odparł leniwie i zabił kolejne zombie na ekranie. – Więc to ty jesteś córką Jocelyn ?
-Umm, Tak
-Nie wyglądasz jak ona, choć masz podobny głos.
- Wiem . – odparłam spokojnie. Shane, wyglądał nawet na miłego, choć czułam że nie za bardzo mu się podoba że tutaj jestem, ale ja się tutaj nie pchałam ! To Eve, cóż, mogła nie przyjeżdżać, ale jednak. – Więc, znałeś moją mamę ?
- Procowałem u niej jako kucharz. Byłem najlepszy w robieniu chili, w sumie nadal jestem. – uśmiechnął się do mnie i wyłączył grę. W tym momencie, Eve wyszła z kuchni z dwoma miskami jedzenia i puszkami coli. Postawiła przede mną miskę z chili i puszkę coli.
- Pewnie nic dzisiaj nie jadłaś, a poza tym chłoptaś od chili – w tym momencie wskazała na Shane’a – jest w tym naprawdę dobry. – uśmiechnęła się i wzięła chili do buzi. Poszłam w jej ślady, bo naprawdę byłam głodna. Złapałam łyżkę i włożyłam ją sobie do buzi. Pierwsze co poczułam to bardzo dużo czosnku, według mnie za dużo. Od razu zaczęło mnie palić, nie myśląc złapałam za colę i już chciałam się napić, gdy dłoń Eve mnie zatrzymała. – Serio, lepiej to przebolej, jak się napijesz będzie gorzej. – Może miała rację, bo już po chwili czułam że zaczęło mi przechodzić, kątem oka zauważyłam triumfalny uśmiech Shane’a.
-O matko, czy ty nie masz umiaru ? – zapytałam i wzięłam łyka picia, gdy pieczenie w gardle przeszło.
- Mam, ale po co to komu ? – spytał z uśmiechem, a ja wywróciłam oczami.
Schody za nami zaskrzypiały a ja obróciłam się w tamtym kierunku. Zauważyłam blond chłopaka, wysoki był prawie jak Shane, może ciut bardziej. Kolor jego oczu był dziecięco niebieski, wyglądały tak jakby mogły przejrzeć wszystkich na wylot. Zagryzłam delikatnie swoją wargę. To pewnie był ten cały Michael, bo przecież kto inny?
- Więc to o tobie opowiadała nam Eve. -podszedł do mnie i podał mi dłoń – Michael Glass. – oczywiście uścisnęłam jego dłoń i skinęłam głową.
- Elisabeth – przedstawiłam się po raz drugi tego dnia.
- Więc szukasz pokoju ? Na jak długo ? Szczerze powiem Ci że nie jestem zadowolony z Tego że ktoś obcy chce z nami mieszkać, ale naprawdę potrzebujemy dodatkowych pieniędzy. Więc chyba nie mamy wyboru. Już wcześniej o tym rozmawialiśmy, wszyscy znaliśmy twą mamę. Jak już wiesz Eve i Shane z nią pracowali. –
To miłe z jego strony że o wszystkim opowiadał, choć czułam się dziwnie w ich towarzystwie, a przecież nie powinnam. Mimo tego że cała uwaga była skupiona na mnie, a oni nie zamienili ze sobą żadnego zdania. Czuć było że była miedzy nimi wielka więź przyjaźni. Z daleka widać było że się o sobie troszczyli. A ja coraz bardziej czułam się tutaj jak obca, ale to dopiero pierwsza godzina w tym domu, więc to chyba normalne.
- Nie wiem na jak długo chcę zostać, może na miesiąc, może krócej. Nie wiem czy odbuduję restaurację, czy nie. Nie znacie mnie, to że znaliście moją mamę, nie znaczy że jestem taka sama. Ale cieszę się ze pozwolicie mi to zamieszkać. Choć jest to dla mnie dość dziwne i nowe. – wzruszyłam delikatnie ramionami. – Postaram się nie wchodzić wam w drogę ani nic, a teraz ile mam płacić za pokój ?
- 400 miesięcznie. Co tydzień wymieniamy się obowiązkami domowymi.
- Które i tak ciągle robię ja – mruknęła Eve z przekąsem.
- Bo się z nami wymieniasz, skarbie – Shane pokazał jej język.
- I zakupy, co cztery tygodnie wypada twoja kolej i oczywiście gotujemy, jemy razem, jeśli ty gotujesz to ktoś inny zmywa, albo ci pomaga. – zabrał głos Michael.
-Zaraz, mam zmywać ? Nie macie zmywarki. – ok, może nie powinnam wydziwiać, ale serio. Zmywanie jest ohydne.
- Zawsze możesz wymienić się z Eve – parsknął Shane.
-Ugryź mnie Collins !
- Język młoda damo – blondyn rzucił w nią poduszką i usiadł na fotelu. Obok fotela stała gitara, najwyraźniej było to jego miejsce. - Więc ile masz lat ?
Mój wzrok przeniósł się na blondyna i już chciałam odpowiedzieć, ale za jego plecami zauważyłam coś interesującego. Wstałam jak zahipnotyzowana i podeszłam do ściany na którym wisiał obraz. No obrazie było widać małą dziewczynkę z brązowymi włosami, stała na plaży a za nią para. Przyjrzałam się mu bardziej i przejechałam dłonią po obrazie, coś się tam nie zgadzało. Włosy dziewczyny wyglądały tak jakby wiał wiatr, prosto na nią ale włosy kobiety stojącej za nią, spoczywały spokojnie na jej ramionach. Obok dziewczynki fruwał również piasek i czarny kruk. Zamknęłam swoje oczy, bo w mojej głowie zaczęło się kręcić. Nagle zabolała mnie strasznie głowa i złapałam się za nią. A w mojej głowie pojawiło się wspomnienie. Pamiętam to, stałam na plaży z rodzicami. Naprawdę dobrze się bawiłam, budowałam babki z piasku i śmiałam się jak mała dziewczynka, która w końcu byłam. Nagle przyleciał kruk i od razu zaczął na mnie lecieć. Chciał mnie podziobać, krakał mi do ucha. Zaczynał mnie irytować i to bardzo. Właśnie wtedy, wtedy coś się zaczęło, zaczęło się w mnie gotować. Chciałam go odpędzić, rzucałam w niego piaskiem, ale wtedy mnie udziobał w prawą dłoń, nadal miałam tam bliznę. Zawsze zastanawiałam się skąd ona się wzięła, teraz już wiem. Gdy kruk mnie udziobał, moje włosy zaczęły falować a piasek wirował włoku mnie. Chciałam aby kruk przestał, no i przestał. Upadł na ziemie i już nie wstał. A ja, ja zaraz po tym zemdlałam.
Wróciłam do świata „żywych”.
-Beth, Bethi, Elisabeth – czułam jak ktoś mną potrząsał. Otwarłam swoje oczy i zauważyłam przed sobą trzy osoby, gotke, blondyna i bruneta. Wyciągnęłam do nich swoje dłonie aby pomogli mi wstać.
- Znów zemdlałam ? – spytałam patrząc w stronę Eve.
-A to nie pierwszy raz ? – chórkiem spytali chłopaki.
-Nie, dziś znalazłam ją jak leżała na podłodze w restauracji. Może uderzyłaś się w tedy w głowę ?
-Nie wiem, nie ważne, już mi lepiej.
- Nie chcesz jechać do szpitala ? – spytała Eve i podała mi jedzenie. – Zjedz coś
-Nie nie trzeba, serio, dość często tak mam – oczywiście że kłamałam, ale teraz. Po tym co zauważyłam w swojej wizji, wiedziałam że mama miała racje. Jestem inna, dziwna, nawiedzona. Skrzywiłam się i wzięłam łyżkę chili do buzi. Po czym usiadłam przy stole, który stał akurat za mną.
-Jak chcesz, ale możesz mieć wstrząśnienie mózgu, czy coś. Na twoimi miejscu bym poszła – mruknęła Eve.
Uśmiechnęłam się do niej i poszłam w stronę drzwi frontowych, wszyscy obrócili się w moją stronę, pierwszy odezwał się Michael.
-Gdzie idziesz ?
-Do Jeepa, po torby, wiesz mam tam ubrania i chciałam się wykąpać
- Ale jest ciemno, słońce już dawno zaszło.
-No i ? -skrzywiłam się – Ludzie to nie tak że ja się boje ciemności.
Wszyscy otwarli swoje usta i spojrzeli się na mnie jak nawiedzoną.
- No co ? – spytałam znów.
- Nie powinnaś wychodzić po nocy w tej okolicy. Tu jest niebezpiecznie – Eve prawie przeliterowała ostatnie zdanie.
-Dziewczyno, gdy tutaj przyjechałam nie widziałam żadnego ogłoszenia o tym że ktoś zaginą, zginą, lub cokolwiek. -wywróciłam oczami.
- I nie wydaje ci się to dziwne ?
- Em nie, no wiesz to małe miasto – zdziwiłam się ich postawą, trzy pary oczu wpatrywały się w mnie jak bym była szalona.
- A Twoja mama z tobą nie rozmawiała ? – zainteresował się Shane.
- Serio, o co wam chodzi ? – nie denerwowałam się ani nic, umiałam nad sobą panować, musiała. Ale to wszystko wydawało się dość dziwne, czy oni chcą mi powiedzieć ze te „wampiry” opanowały te miasto…
- Po prostu nie wychodź po zmroku – odparł Michael – A wszystko będzie dobrze.
- Ludzie chce iść tylko do Jeepa, serio poradzę sobie – wywróciłam oczami i otwarłam drzwi. Nie zgadniecie co się stało jak otwarłam drzwi. Z-U-P-E-Ł-N-I-E -N-I-C. Choć ogarną mnie delikatny dreszcz to i tak wyszłam na ganek, nie wiem czemu ale zaczęłam się obracać i patrzeć czy nikomu nie ma. Bo w sumie bronić to się nie umiałam, chociaż Kaoru pokazał mi parę ruchów, ale jednak, nigdy nie musiałam się bronić. Podeszłam do auta i wyciągnęłam z niego jeden kufer. Miałam w nim bieliznę i takie rzeczy, więc był on najpotrzebniejszy. A resztę zabiorę jutro. Zaczęłam wracać do domu, drzwi nadal były otwarte wiec zawsze mogłam tam pobiec, jak coś. Ale nie było takiej potrzeby, bez problemu doszłam do drzwi i jeszcze raz spojrzałam przez ramię. Nie uwierzyłam w to co widziałam, przy jednej z latarni stał tam chłopak. Serce zaczęło mi pękać na malutkie kawałeczki. Przy latarni stał Kaoru, wszędzie poznałabym jego, wszędzie. Nie mogłam się ruszyć, stałam przy drzwiach i upuściłam kufer, chciałam do niego podbiec, przytulić go. Zapytać co się stało, dlaczego mnie zostawił, dlaczego nie odezwała się. Przecież żył, nie umarł, wiedział gdzie mieszkam. Znał mój adres, więc dlaczego ?! A teraz stał przy latarni i patrzył się na mnie. Domownicy pewnie usłyszeli jak upuściłam kufer, więc zaraz wszyscy się zlecieli do drzwi. Ale on wtedy zniknął, już go nie było.
-Co się stało – spytała Eve a Shane podniósł mój kufer.
- Nic, po prostu wydawało mi się że widziałam ducha. – mruknęłam cicho i zabrałam kufer do domu. Chciałam skierować się w stronę swojego pokoju, ale nie wiedziałam gdzie się znajduje. – Emm, pokaże mi ktoś łazienkę i mój pokój ?
-Jasne – powiedziała Eve i zaprowadziła mnie w stronę schodów. Gdy byliśmy na pierwszym piętrze zaczęła wymieniać. – Pierwsze drzwi po lewej to Shane, następne są twoje. Pierwsze po prawej to łazienka, potem moje i ostatnie dwie pary drzwi to pokój Michaela. A teraz co się stało przy drzwiach ?
-Już mówiłam, serio myślałam że zauważyłam ducha. A raczej, myślałam że ta osoba nie żyje, może miała jakiś zwidy. -wzruszyłam delikatnie ramionami i pchnęłam drzwi od swojego pokoju.
Pokój był duży i przestronny. Wielkie łóżko, duże okno, szafa i telewizor. W sumie nic zajebistego, ale zawsze, łóżko wyglądało na wygodne i dwu osobowe. Rzuciłam kufer, wyciągnęłam bieliznę i poszłam się wykąpać. Po tym wszystkim rzuciłam się na łózko i zasnęłam.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Postautor: Vampircia » 15 mar 2016, 21:58

Czemu przychodzisz tylko, żeby wrzucić rozdział i uciekasz:(?
Obrazek

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

Re: [Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Postautor: Elisabeth » 15 mar 2016, 21:59

Bo mam tylko rzeczy na głowie, że ciesze się że w ogóle mam czas pisać xd Ale to nie tak że uciekam, czasem nawet czytam xd

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2475
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Postautor: Vampircia » 15 mar 2016, 22:01

Jak czytasz, to czasem coś skomentuj. Większa szansa, że ktoś zainteresują się twoim fikiem.
Obrazek

Awatar użytkownika
Elisabeth
amator
Posty: 8
Rejestracja: 24 sty 2016, 01:18
Lokalizacja: Hengelo

Re: [Wampiry z Morganville] Poznać prawdę

Postautor: Elisabeth » 20 mar 2016, 18:46

4. Glass House

Nie przespałam całej nocy, ale nie można mi się dziwić, prawda ? Wczorajszy dzień był dość dziwny i burzliwy, a raczej jeszcze dzisiejszy. Bo dochodziła dopiero trzecia w nocy. Przerażają mnie dwa fakty, to że jestem jakimś dziwnym mutantem i najgorsze, to że prawdopodobnie widziałam Kaoru. Pewnie powinnam się cieszyć, ale w nie wiecie jakie to uczucie, przez rok męczyłam się z tym że on odszedł, że zmarł. Musiałam się pogodzić z tym że umarł, potem odeszli rodzicie. Jakoś dałam sobie z tym radę. W Morganville chciałam zacząć nowy rozdział swojego życia, a teraz, teraz wszystko do mnie wróciło. Wrócił do mnie Kaoru, a raczej chyba go widziałam, na pewno go widziałam. Nie mogło mi się przewidzieć, na pewno nie. Głowę miała pełną myśli, moje myśli krążyły wokół wszystkiego. Kaoru, rodziców, Morganville, Domu Glassów (czyli domu Michaela) i mnie. Czułam się zagubiona i to bardzo, nie wiedziałam co się ze mną działo. Nigdy nie czułam tak wielu rzeczy na raz. Nie potrafiłam się opanować, a moje ciepłe łzy zaczęły spływać po zimnych policzkach. Musiałam to opanować, musiałam opanować siebie i swoje emocje, jeśli to prawda co w tym momencie wiedziałam o sobie, byłam zagrożeniem dla wszystkich i dla siebie. Może ten pomysł był zły, może nie powinnam pchać się tutaj, nie powinnam przebywać z ludźmi, mogłam ich skrzywdzić. Opanuj się ! Krzyczał mój rozsądek, ale serce nie potrafiło. Wzięłam parę głębokich wdechów i usiadła na łóżku. Zrobiło mi się strasznie duszno, więc podeszłam do okna i je otwarłam. Zaczęłam chapać powietrze, jak szalona. Gdy mój oddech się wyrównał zerknęłam w dół, moje okno miało widać na ulicę przed domem. Z nadzieją i strachem, spojrzałam się w stronę latarni, tam gdzie wcześniej stał Kaoru. I oto stał tam znów i patrzył prosto na mnie. Nie wiedziałam dokładnie jego twarzy, ale jego zielone oczy świeciły się w ciemności, a raczej tak to wyglądało gdy światło latarni padało w jego stronę. Zagryzłam swoją wargę i patrzałam się w niego jak zahipnotyzowana. Musiałam teraz wyglądać komicznie z rozczochraną fryzurą i zapłakanymi oczami. A on stał tam niewzruszony, tak jakby patrzył na mnie i wcale nie byłoby to dziwne, że on tam jest a ja tutaj. Zapowietrzyłam się na chwilę a potem odeszłam od okna i wyszła z pokoju, a raczej wybiegłam. Zaczęłam z biegać na dół, na schodach usłyszałam dwa męskie głosy, zatrzymałam się nie wiedząc po co, chciałam ich podsłuchać ? Możliwe ze tak, ale Kaoru stał tam przed domem a ja chciałam wiedzieć co się stało, więc zaczęłam biec dalej i gdy zbiegłam po schodach chłopcy się na mnie spojrzeli a ja zatrzymała się.
- Co się stało ? – zapytali niemal chórem.
- Płakałaś ? – spojrzał się na mnie Shane.
- Nic mi nie jest, ja tylko musze coś zrobić. – zająkałam się i zaczęłam iść w stronę wyjścia z domu.
Oczywiście że zaraz wstali i zaczęli iść za mną próbując mnie zatrzymać, mówili coś do mnie ale nie zwracałam uwagi i szłam dalej. Chciałam otworzyć drzwi ale Shane zatrzymał moją dłoń na klamce.
-Nie to jest głupie i niebezpieczne. – mruknął a Michae tylko pokiwał głową. – Poza tym masz na sobie krótkie spodenki i bokserkę, serio to nie jest mądre.
- Musze dowiedzieć się prawdy. – zdołałam tylko tyle powiedzieć i odepchnęłam go, po czym szybko otwarłam drzwi, chłopacy wydali z siebie okrzyk a ja stałam oko w oko z Kaoru.
- Co to za krzyki ?- usłyszałam za sobą głos Eve ale nie byłam w stanie odwrócić wzroku od niego. – Elisa, odsuń się od drzwi.
Nie posłuchałam jej, nadal patrzałam w jego zielone oczy, a moje serce szalało jak nienormalne. Chłopak chciał mnie dotknąć, ale nie mógł nie wiem co to było ale jego ręka zatrzymała się przed progiem. Przełknęłam głośno ślinę i nadal tam stałam jak gdyby nigdy nic. A jednak było to duże coś..
- Jak ? – tylko tyle z siebie wydusiłam. Czułam jak moje serce mocno biło, czułam się dziwnie. Moje serce łamało się i składała co chwilę. Chciałam płakać i skakać z radości. Moje emocje grały górę, nigdy do tego nie dopuszczałam, a teraz powinnam się bać. Po tym wszystkim co o sobie wiem, ale nie mogłam się powstrzymać, nie potrafiłam powstrzymać tych wszystkim emocji które mną targały, chciałam aby mnie dotknął, przyciągnął do siebie i pocałował tak jak zawsze. Pragnęłam go, tak bardzo że chciał do niego podjeść ale jakaś dłoń mnie powstrzymywała.
- Musisz się uspokoić, wiesz ze nie powinnaś się denerwować. To jest niebezpieczne. -odparł tak jakby nigdy nic. W tej chwili brzmiał jak nie on, jego głos nie był spokojny i pełen miłości jak zawsze. Ale miała to gdzieś, teraz chciałam tylko jego. Nie wiem jakim cudem wyrwałam się z mocnego uścisku Shane’a i przeszłam przez próg, po prosu to robiłam i stałam teraz milimetr od chłopaka swoich marzeń. Rozczochrana i zapłakana.
- Jak ? – powtórzyłam. Ale odpowiedzi nie usłyszałam, zostałam tylko przyciągnięta przez Kaoru do siebie, a nasze usta spotkały się i połączyły w pocałunku. Podniósł mnie delikatnie a ja owinęłam swoje nogi włoku jego tali. Brakowało mi jego pocałunków, dotyków i jego ciepła. Ciepła jego ciała które zawsze mnie ogrzewało, ale teraz czułam tylko zimno, zimno i nic więcej. A jego pocałunki wydawały się oziębłe. W tej chwili nie przeszkadzało mi to, odzyskałam go i tylko to się liczyło. Nie wiem jak długo staliśmy w progu i okazywaliśmy sobie uczucie przy publiczności, nadal słyszałam jak mnie wołali i kazali wrócić do domu, nie posłuchałam ich. Ogarniała mnie radość i tylko to się liczyło. Nagle magiczna chwila prysnęła i Kaoru odsunął swoje usta od moich, przywar swoim czołem od mojego i spojrzał w moje oczy. Zawsze widziałam w nich miłość, teraz była tylko pustka.
- Nie wiesz jak bardzo mi tego brakowało, tylko szkoda ze przez ciebie już nic nie potrafię czuć. Lepiej stąd odjedź, zapomnij o tym wszystkim. Odejdź Bethi, proszę. To może nas zabić, wiesz o tym prawda.
-Nie wiem, ja nic nie rozumiem
-Po prostu odjedź, tak będzie lepiej – mruknął i cmoknął mnie w policzek.
-A czemu to moja wina ?
- Odejdź stąd, posłuchaj ich. Sprzedaj Lisę i wyjedź.
Nagle znalazłam się na zimnym betonie a jego już nie było, a moje serce złapało się po raz kolejny. Zaczęłam płakać jak mała dziewczyna, nie podniosłam się w betonu ale czułam jak się unoszę, jak ciepłe dłonie dotykają moich ud i mnie w tali. Nie miała siły się o nic kłócić, nie chciałam, po prostu wtuliłam się w mięśnie Shane i łkałam dalej, nie mogłam się uspokoić. Nie potrafiłam, choć zawsze przychodziło mi to z łatwością. Teraz czułam się jak wrak. Położył mnie na kanapie i owinął kocem, potem zobaczyłam przed sobą twarz Eve, wyglądała na zmartwioną.
- Co się stało ?
Nie odpowiedziałam, po prostu pogrążyłam się w swojej wolnej agonii. Zamknęłam oczy i zasnęłam. Na drugi dzień obudziłam się na kanapie ale nikogo nie było, może siedzieli w swoich pokojach, nie interesowało mnie to. Poszłam w stronę swojej sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Nie wychodziłam z niego przed tydzień, a raczej wyszłam raz aby ugotować im obiad i pozmywać bo wypadał akurat moja kolej. Oczywiście wybrałam taka chwilę w której nikogo nie było w domu. Eve codziennie pukała do moich drzwi aby dowiedzieć się co się ze mną dzieje. Odpowiadałam jej że wszystko jest ok i tyle. Nie marnowałam tego czasu na płakanie, ok, może dwa pierwsze dni tak. Potem już tylko siedziałam w swoim pokoju i starałam się wszystko ogarnąć, a moje myśli wciąż wiły się włoku Kaoru i tego że to moja wina że nic nie czuje, ale jak ?! Nie potrafiłam tego rozgryźć potrzebowałam jego pomocy, ale gdy wyglądałam przez okno jego tam nie było. A moje serce znów pękało.. Potrzebowałam kogoś to mi wszystko wytłumaczy…
Po tygodniu wyszłam w końcu ze swojego pokoju, pierw poszłam pod prysznic, pod długi prysznic. Jak się orientowałam była dziś sobota, więc Eve powinna wrócić do domu na kolacje. Na którą miałam zamiar zejść, nie mogłam ciągle siedzieć w pokoju i się ukrywać. Nie mogę ukrywać się przed życiem, koniec z tym. Jestem dorosła i nie odchodzę z płaczem. Tak, to było moje motto na kolejne dni, powinno być na całe życie ale jakoś, nie wiem czy podołam.
Gdy zeszłam na dół, nie wiedziałam nikogo w salonie. W sumie w tej chwili mogłam się tam rozejrzeć, przy fotelu jak zawsze był futerał z gitara, telewizor, książki, jakaś gra, obraz przy którym ostatnio zemdlałam i pianino ? Nie wiedziałam go wcześniej. Zagryzłam swoja wargę i podeszłam do niego, były dwa instrumenty na których potrafiłam zagrać. Gitara i piano. Gra zawsze mi pomagała, więc czemu teraz by nie spróbować ? Usiadłam przed instrumentem i przejechałam palcem po klawiszach. Dawno nie miałam okazji poćwiczyć, ale czułam że muszę zagrać. Powinnam, to pomoże pozbierać mi myśli. Nie myśląc dłużej usiadłam przed pianinem i zaczęłam grać smutną melodię, po chwili dodałam do tego swój glos, pewnie wszyscy znają tą piosenkę. Evanescence -My immortal. Ona najbardziej pasowała mi do tego wszystkiego. Zamknęłam swoje oczy i zapomniałam o wszystkim, liczyła się tylko chwila w której grałam i śpiewałam. Spełniała poniekąd swoje marzenia, przed publicznością która była tylko w mojej głowie. Potem nie przestając grać przeszłam na piosenkę Breaking Benjamin – Breath.
Gdy już skończyłam, czułam się lepiej, tak jakby to wszystko ze mnie zeszło i nie musiałam się niczym martwić, choć przez chwilę. Uśmiechnęłam się delikatnie do siebie i otwarłam swoje oczy. Przed sobą zobaczyłam trzy postacie, które wyglądały jakby zobaczyły ducha. Eve w sumie zawsze wyglądała jakby zobaczyła ducha, to pewnie przez jej makijaż.
- Ouh, chyba masz konkurencje stary – odezwał się Shane. A Michael tylko pokręcił głową i się zaśmiał.
- To było moce, serio. Podobało mi się – pokiwał głową Michael.
- No, znasz się na tym – uśmiechnęła się Eve.
- Dzięki, więc co dziś jemy ? -zapytałam
Wiedziałam że musze im wszystko wytłumaczyć, ale uważałam ze zrobię to przy jedzeniu. Wtedy będzie lepiej, miała nadzieje. Mimo ze uśmiechali się do mnie, wiedziałam że chcą wiedzieć co się wtedy stała i co się działo ze mną, ale nie naciskali mnie, choć napięcie dało się wyczuć.
- Przyniosłam udka i piersi z kurczaka. Byłam w knajpce obok kawiarni, nie miałam czasu gotować..
- A masz świeże bułki i chili sos ?
- Tak, Shane. Chodź i nie marudź.
Eve ustawiła wszystko na stole i po chwili wszyscy przy nim siedzieliśmy. Chłopacy o czymś gadali i zajadali się jedzeniem. Eve od czasu do czasu trajkotała o swojej pracy i o Oliverze, jej szefie. Który wydawał się ekstra gościem, tylko że mógłby być jej ojcem jak nie dziadkiem. Ja siedziała w ciszy i czekałam na właściwy moment, który pewnie nie nadejdzie. Przełknęłam jedzenie i zaczęłam mówić, od razu wszystkie oczy skierowały się na mnie.
- To był Kaoru. Znałam go całe swoje życie, był moim jedynym przyjacielem i nie tylko, jak zdążyliście się domyślić. Nigdy nie chodziłam do szkoły bo moim rodzice uważali że to jest nie potrzebne. Uczyłam się w domu, więc Kaoru był jedną osobą która znałam. Zakochaliśmy się i tak dalej, nie będę wam zdradzała szczegółów. – posłałam im delikatny uśmiech, widząc jak Shane już chciał zadać jakieś pytanie. – Wszystko było w porządku, dopóki rok przed śmiercią moich rodziców on nie zniknął. Rodzice powiedzieli mi że zmarł. Miał śmiertelny wypadek. Nie pytałam o szczegółu.. I tak w sumie historia się kończy. Przyjechałam tutaj i go zobaczyłam, ale to przecież nie możliwe. Chyba ze mnie oszukali – wzruszyłam delikatnie ramionami i włożyłam sobie udko do buzi.
- Super, uczyłaś się w domu. – pokiwał Shane z uznaniem.
- Czy ja wiem – odezwałam się jak przełknęłam.
- Ale czemu ? – zapytał Michael.
- Nie mogłam się denerwować, rodzice nie chcieli aby moje emocje brały górę, więc całe życie ukrywałam się pod kamienną twarzą. A szkoła to emocje, choć po moim ostatnim wypadzie to jednak wszystko poszło się jeba.. – nie przeklinałam, wiec urwałam wpół słowa.
- Czemu ?
- Nie wiem, po prostu.
Reszta obiadu minęła w ciszy, z mojej strony oczywiście i tak uważałam że za dużo powiedziałam. Ale nie mogłam się powstrzymać tak dobrze z nimi mi się rozmawiało. Zaczęłam się do nich przyzwyczajać. I to bardzo. Po jedzeniu Eve poszła pozmywać, choć była kolej leniwego Shane’a. Pokręciła głową i poszłam do kuchni.
- Pomóc Ci ? -zapytałam
- Możesz zacząć wycierać. – uśmiechnęła się do mnie a ja zabrałam się za wycieranie naczyń. – Kochasz go prawda ?
- Tak – wiedziałam że Eve będzie zadawać pytana. A ja chciałam się wygadać, więc w sumie dlatego tutaj przyszłam.
- Wyglądał na przystojnego.
- Bo jest, zawsze był . Jego zielone hipnotyzujące oczy, umięśnione ręce i nogi. Uśmiech od którego nogi robiły się jak z waty, dotyk który zawsze mnie rozpalał i głos. Głęboki oraz szorstki. – rozmarzyłam się mówiąc o tym wszystkim a Eve tylko się zaśmiała.
- Ahmm.. Coś się w nim nie zmieniło ?
- Zmieniło się wszystko Eve, to już nie był on.
- A wiesz czemu ?
- Powiedział ze to przeze mnie, ale nie wiem co to znaczyło. I był zimny, a jego oczy były puste, a pocałunki dziwne. Choć nadal moje serce szalało..
- Może dlatego że znalazł sobie inną a tobą chciał się zabawić ? – spytał jak zawsze uprzejmy Shane, który magicznie znalazł się w kuchni. Wziął piwo z lodówki i poszedł do salonu.
- Czy on może już legalnie pić ?
- Nie, ale mieszkamy razem od dwóch lat, więc przyzwyczaiłam się. Wiesz, ciesz się że tu jesteś. Przynajmniej mam kogoś do pogadania.
- Przepraszam że zbywałam cię przez cały tydzień.
- Nic się nie stało, ale uważaj na Kaoru. To miasto zmienia ludzi, powiedziałbym ci coś, ale i tak mi nie uwierzysz. – Mruknęła cicho i wylała wodę ze zlewu, a ja odstawiłam ostatni talerz do szafki.
- Skąd wiesz że Ci nie uwierzę ?
- Bo nie jesteś stąd kochanie, sama musisz się przekonać o tym co się tutaj dzieje. – uśmiechnęła się smutno i wyszła z kuchni. Poszłam za nią, ale je już nie było. Prawdopodobnie poszła wziąć prysznic. W salonie, na kanapie siedział Shane, a fotel zajmował Michael. Jak zawsze byli pochłonięci gapieniem się bezsensownie w telewizor. Usiadłam na wolnej kanapie i zagryzłam swój policzek od środka.
- Skąd macie ten obraz ? – nie musiałam mówić o jaki obraz mi chodziło, wszyscy zdawali sobie sprawę że mówię o tym przy którym zemdlałam.
- Moi rodzice go dostali parę lat temu od, w sumie to sam nie wiem od kogo. Zazwyczaj mówili że dostali go od przyjaciół. Podobno ten obraz skrywał jakąś tajemnice, moim zdaniem to tylko zwyczajny obraz. – Michael wzruszył ramionami a ja podeszła do obrazu. – A czemu tak ci to zainteresowało? Chyba nie uważasz że to przez niego zemdlałaś ? – właśnie tak uważałam… Usłyszałam za sobą kroki Eve, to chyba był najszybszy prysznic w jej życiu.
- Moim zdaniem ten obraz jest magiczny. – powiedziała wesoło .- Wydaje mi się jakby znała tą parkę na obrazie, ale jednak nie mogę sobie przypomnieć skąd. A gdy patrzysz na niego prze dłuższy czas to masz wrażenie że włosy dziewczyny falują zabawnie.
- O matko Eve, powinnaś przestać wierzyć w magie. Nic takiego nie istnieje. – mruknął Shane.
- Ugryź mnie, Collins.
- Znałaś tę parkę z obrazu Eve – odezwałam się po chwili milczenia. – To jest Jocelyn i Madness.
- Twoi rodzice ?
- Tak – pokiwałam głową – Dlatego zastanawia mnie co tren obraz tu robi. Pamiętam ten dzień, poszliśmy wtedy na plaże i było naprawdę zabawnie. Śmiała się i bawiłam, póki nie podleciał ten kruk i nie zaczął mnie dziobać. – uśmiechnęłam się do nich i pokazałam i bliznę na dłoni. – Tylko nie rozumiem czemu on tutaj wisi, ani jak się znalazł. Ani tego że nigdy go nie wiedziałam. Najwyraźniej urywali przede mną więcej niż myślałam.
- Może robili to dla Twojego dobra ?
- Pewnie kiedyś się dowiem. – uśmiechnęłam się i klapnęłam obok Eve na kanapie.
- Zagrajmy w coś ! Może w butelkę ? – zapytała Eve klaskając w dłonie.
- Żartujesz, prawda ?
- Shane, od kiedy jesteś taki markotny ? Zazwyczaj lubiłeś grać w butelkę.
- Taa, ale to było w liceum i wtedy byłaś normalna i miałaś seksowne koleżanki – parsknął śmiechem.
Eve oczywiście nie została mu dłużna i rzuciła w niego poduszką. Później do tej wojny przyłączyli się wszyscy, nawet ja. Przy nich czułam się naprawdę dobrze. Czułam się tak bym znalazła przyjaciół i rodzinie. Chociaż miała mieszane uczucia co do Shane’a, miała wrażenie że mnie nie lubi, a raczej nie toleruje. Choć czasami nawet zachowywał się normalnie w stosunku co do mnie. Po dziwnych i zabawnych rozmowach, wszyscy się rozeszli do swoich sypialni. Byłam dziś przepełniona dobrą energią. Od jakiegoś czasu, jakiś głos podpowiadał mi aby spróbowała czegoś nowego. Jeśli to co pisze moja mama w listach jest prawdą, czemu nie mogłabym się o tym przekonać ? Tylko od czego zacząć ?. Nie wiedziałam czy jakaś magia we mnie siedzi, czy serio jestem taka niebezpieczna i jeśli tak to jak to pokonać ? Powinnam się chyba podszkolić, posprawdzać czy coś potrafię. Zagryzłam swoją wargę i usiadłam na łóżku. Czułam się jak Harry Potter, tylko ze nie miałam różdżki i nikogo kto by mi powiedział co mam robić. Spojrzałam się na pilota, który leżał na telewizorze na drugim końcu pokoju.
- Accio pilot – zawołałam bez przekonania i zaśmiała się sama z siebie. Przecież ten plan był z góry skazany na niepowodzenie. Pokręciłam głową i zamknęłam oczy.
Emocje to twój wróg. Nie możesz się denerwować, musisz się uspokoić.
Na razie wiedziałam tylko tyle, czyli prawdopodobnie jak się denerwowałam działy się różne, dziwne rzeczy. Ale co jeśli byłam spokojna ? To chyba powinno działać w dwie strony, nie tylko w jedną. Wpadłam na inny pomysł, więc złapałam poduszkę i położyłam ją przede mną. Wystawiłam swoje dłonie i skupiłam się na poduszczę.
- Unosisz się, lewitujesz w powietrzu. – zaczęłam powtarzać to w kółko aż sama zaczęłam bym w to wierzyć, tylko że nie wierzyłam i czułam się jak idiotka. Choć z drugiej strony rozbawiona. Przestałam w to wierzyć, że mam jakąś moc. A może za szybko się poddawałam ? Opadłam całym ciałem na łózko i zaczęłam podrzucać poduszką przed swoją twarzą. Chciałam zapomnieć o Kaoru, ale jednak moje myśli wciąż krążyły włoku niego. Podrzuciłam poduszką mocniej, a ona niestety zmieniła tor lotu. Leciała wprost na ramkę ze zdjęciem. To były ułamki sekund, oczami wyobraźni widziałam jak ramka rozpada się na malutkie kawałeczki.
-Nieee ! – omal że nie wrzasnęłam. Tam było zdjęcie moich rodziców.
Nie wiem jak to zrobiłam ale wyciągnęłam swoje ręce tak jakby chciała ją złapać, choć była na drugim końcu pokoju. Błagałam aby nie robiła się o panele. Po chwili poczułam jakby jakaś energia przepływała przez moje ciało. Nie wiem jakim cudem, ale ramka zatrzymała się trzy centymetry przed bliskim spotkanie z panelami, a ja odetchnęłam z ulgą. Ostrożnie z wyciągniętymi rękoma zbliżałam się do ramki, która lewitowała nad panelami. Było to dziwne, ale triumfalne uczucie. Złapałam ramkę w swoje dłonie i odstawiłam ją na półkę. Powinna się bać, przecież dokonałam czegoś niemożliwego ale czułam się dobrze. Usłyszałam pukanie do drwi.
-Proszę
- Nic ci nie jest ? – zapytał Shane stojący w progu.
- Nie, czemu pytasz ?
- Słyszałem coś i przyszedłem zobaczyć co się stało. – wzruszył delikatnie ramionami.
- Nic się nie stało, po prostu ramka prawie poleciała na panele. – Wskazałam palcem w stronę owej ramki.
- Mhm – mruknął chłopak i chciał się wycofać.
- Czekaj ! – zawołałam, a on spojrzał na mnie. – Wejdź, mam pytanie. – Shane zamknął za sobą drzwi i wszedł do mojego pokoju. – Dlaczego wtedy nie chcieliście abym wyszła ?
- Gdybym Ci powiedział nie uwierzyłabyś.
- Mówisz tak samo jak Eve.
- Bo ma racje.
- Nie lubisz mnie, prawda ? Nie podoba Ci się że tutaj jestem. – powiedziałam zanim zdążyłam się ugryźć w język.
- Nie, raczej tak, raczej nie. – wydał z siebie jakiś dziwny odgłos i oparł o drzwi. – Lubię cię, raczej. Chociaż nie znam Ci do końca, nikt cie nie zna. Jesteś chodzącą zagadką, a tutaj tacy ludzie są niebezpieczni. Powinnaś posłuchać swojego chłoptasia i się stąd zabrać jak najszybciej. Te miejsce nie jest dla takich ludzi jak ty, jesteś zbyt miła na te miasto. Za bardzo krucha.
- Niebezpieczni ?
- Niebezpieczni dla siebie. Twoja nieuwaga może cie zabić i to szybko.
- To może powiesz mi co mi grozi, zamiast gadać zagadkami.
- Czy twój chłoptaś czasem nie wydawał Ci się dziwny ? Inni niż był ?
- Co to za pytanie ?!
- Odpowiedź – podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy.
Nie chciałam odpowiadać ale jednak, zrobiłam to. – No tak, był inny…
- Zimny, pusty – mruknął Shane a ja tylko pokiwałam głową. – Bo on już nie jest człowiekiem, może był nim, ale już nie jest i nigdy nim nie będzie. To morderca, morduje z zimną krwią a jeśli ty nie będziesz uważać, zabije i ciebie.
- Chyba sobie jaja robisz. Jak tak dobrze go znasz to powiedz mi kim on według ciebie jest.
Shane podszedł do mnie i złapał mnie za ramie. Ciepło które wytwarzało jego ciało, prawie mnie paliło. Było to miłe uczucie, lepsze niż te które miałam przy zimnym Kaoru. Potem przybliżył się do mnie i wyszeptał mi do ucha. – To pieprzona pijawka, wampir. Żądzą całym miastem, żądzą nami. Więc lepiej wyjedź, póki nie będą kazali Ci tutaj zostać…. – odwrócił się i wyszedł z mojego pokoju. A ja zostałam tam ze swoimi myślami. Podejrzewałam że mówił prawdę, choć nie chciałam mu wierzyć. Myślałam o tym, cały czas.. Ale to wydawało się takie nierealne, takie nie możliwe. A jednak, nawet matka mi o tym pisała….


Wróć do „Książki/Komiksy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 1 gość