Slasher 2. Hotel

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Slasher 2. Hotel

Postautor: Skorpion » 08 paź 2017, 11:53

Boję się pisania kontynuacji, ale muszę sobie coś udowodnić ;-)

tytuł: Slasher 2. Hotel
opis: Na potrzeby zaliczenia praktyk zawodowych grupa uczniów przyjeżdża do Hotelu Barok. Nie zdają sobie sprawy, że miejsce skrywa wiele mrocznych sekretów.
gatunek: horror, komedia, parodia, kryminał
status: 5,1/8 rozdziałów napisane

Rozdział 1
Piekielne sekrety Hotelu Barok


Winda, jak na złość, przechodziła konserwację w tamtym okresie czasu i jedyną drogą z drugiego piętra na parter były strome i wąskie schody. Musiało być chwilę po pierwszej w nocy, gdy uporali się z ciężką skrzynią. Mieli jedynie trzydzieści minut na wyjście z hotelu, pozbycie się kufra i powrót. Wtedy ze zmiany schodził nietrzeźwy cieć, a następny, jeszcze trzeźwy, przybywał dopiero o w pół do drugiej. Trzech z nich wywlekło kufer przed budynek, czwarty nie pomagał, trzymał niemowlaka. I tu trzeba wyjaśnić, że żaden z nich nie miał na imię Adrian, Konrad, Leszek lub Paweł. Trzech z nich nawet nie wiedziało, gdzie leżą Lipki, ani że za kilkanaście lat dojdzie tam do kapturniczej masakry siekierą. Zresztą to było dla nich bez znaczenia. Mieli na głowie własne problemy, a ich kulminacją była zawartość ogromnej skrzyni.
Zimny, styczniowy wiatr zniechęcał do wyjścia z ciepłego hotelu, śnieg zdrowo sypał, a oddech na mrozie zmieniał się w białe obłoczki, ale z fantem trzeba było coś zrobić. Grubasek, którego umownie możemy nazwać nie-Konradem zdjął marynarkę i opatulił nią dziecko.
- Dlaczego on nie pomaga? - zapytał nie-Leszek zmordowany targaniem skrzyni.
- Ktoś musi trzymać dziecko! - odpyskował.
- Ja potrzymam, a ty nieś skrzynię.
- Wykluczone - wyszeptał. - Nie płacze tylko u mnie.
Tu nikt nie mógł zaprzeczyć. Dziecko momentalnie cichło na jego rękach i nikt nie odważył się go stamtąd zabierać.
Z hotelu prowadziła oświetlona szosa. Idąc nią nad ranem dotarliby do Sopotu. Drugą opcją była wydeptana ścieżka prowadząca w głąb lasu i to właśnie nią się pokierowali. Noc i oblodzona droga nie sprzyjały ich wędrówce, ale puzdra należało się pozbyć. Leśna ścieżka gwarantowała brak świadków, przejeżdżających samochodów lub innych cudów-wianków. Poza tym była to najprostsza trasa do urwiska. Dwóch pchało, jeden ciągnął, a chłopak z dzieckiem oświetlał im ścieżkę latarką.
- Mogliśmy zabrać wózek do bagażu – poskarżył się nie-Paweł, ścierając pot z czoła.
- Teraz to możemy – mruknął, dotąd milczący, nie-Adrian.
- Zamieńmy się miejscami – zaproponował, kropla potu spłynęła mu po czole. Czuł, że jeszcze kilka kroków i padnie na pysk.
- Myślisz, że pcha się lepiej? - syknął nieżyczliwie nie-Leszek.
- Chętnie sprawdzę.
- Zostało kilkanaście metrów – przerwał im nie-Adrian, który wyraźnie pozował na lidera tej antypatycznej grupy. - Pozbędziemy się pudła i po kłopocie.
- Źle robimy.
- Co właściwie jest w tej skrzyni?
- Wolisz nie wiedzieć – uciął krótko przywódca.
- Zwłoki – zawołał z uciechą nie-Konrad.
- Zw... Zwłoooki? - wymamrotał.
Zęby nie-Leszka zgrzytały najpewniej z zimna lub przerażenia.
- Mówiłem, że wolisz nie wiedzieć.
W kilka minut dotarli do urwiska. Dwóch z nich spojrzało w ciemną przepaść. Na dole rysowały się nijakie kształty przykryte grubą warstwą śniegu.
- Od teraz... - powiedział stanowczo nie-Adrian. - Łączy nas sekret – użył reszty sił do zepchnięcia kufra w przepaść.
Wielka skrzynia osunęła się po błotnistym zboczu w szalony gąszcz bluszczu, połamanych drzew i śmieci, które przez lata magazynowali mieszkańcy z okolicy.
- Dzisiaj kończą się nasze praktyki – kontynuował. - Każdy wróci do domu, Sopot, Wejherowo... - próbował wymienić miejscowości, z których pochodzą towarzysze, ale nie szło mu to najlepiej, bo owe miejsca obchodziły go w równym stopniu, co koledzy.
- Lipki – podpowiedział.
- Nieważne – uciął. - A ty - zwrócił się bezpośrednio do opiekuna niemowlaka. – Z samego rana wywieziesz stąd bachora.
- I co z nim zrobię?
- Podłożysz w jakimś przytułku. Najlepiej na drugim końcu Polski. Nie ma prawa tu wrócić, bo jak Karol się dowie...
- O, Boże, zupełnie zapomniałem o Rypanym Draniu... - jęknął słabo nie-Leszek.
- Karola biorę na siebie - uspokoił ich. - Wy macie jedynie trzymać gęby na kłódkę! Nic, co wydarzyło się tej nocy w hotelu, nie ma prawa wyjść poza naszą grupę, jasne?
- Jasne – odpowiedzieli niemal równo.
I w ten sposób został pochowany jeden z wielu sekretów Hotelu Barok.

***

Nauczycielka przedmiotów zawodowych, Milena Kaczmarek była kobietą o złotym sercu i wrażliwym żołądku. To nietrafne połączenie wywołało lawinę wydarzeń, które w przyszłości miały doprowadzić do odkrycia przerażającej tajemnicy pewnego nadmorskiego kurortu, ale o tym zaraz...
Dobroć serca ujawniła się we wrześniu, gdy tegoroczni maturzyści powrócili w mury szkoły. Nauczycielka dobrze znała kulisy morderczej afery, w którą wplątała się trzecia ce. Wtedy też edukacja zeszła na drugi plan na rzecz ratowania życia. Profesorka postanowiła odpuścić praktyki klasie maturalnej.
- Ocenę z praktyk przepiszę z poprzedniego roku i będziemy kwita – wyjaśniła.
Nikt nie wyraził sprzeciwu. I tu ujawniły się dwie rzeczy stojące do siebie w zażartej opozycji, zamiłowanie Mileny Kaczmarek do kuchni orientalnej oraz wrażliwy żołądek. Pod koniec grudnia kobieta nażarła się przeterminowanych sajgonek i zmożona ostrą biegunką potocznie nazywaną sraczką, trafiła do szpitala. Stan okazał się na tyle poważny, że nie było mowy o szybkim powrocie do pracy. Obowiązki chorej przejęła profesor Beata Jędrus. I wtedy cała sytuacja zaczęła się plątać.
- U... A praktyk maturzyści nie odbyli? - zainteresowała się fałszywie. - Według terminarza powinniście zaliczyć nauki zawodowe do końca grudnia, a tu się zbliża styczeń.
Mówiąc to, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nic nie sprawiało jej takiej radości, jak możliwość stresowania młodzieży. Adrian Korba próbował negocjować w imieniu klasy, ale Jędrusowa odpuścić nie zamierzała. W szale dzikiego poczucia obowiązku zaczęła rozsyłać uczniów po różnego rodzaju hotelach i kurortach wątpliwej jakości, o których sama myśl jeżyła włos na głowie.
Adrian Korba, Leszek Matuszewicz i Konrad Brzęcki rozsiedli się na ławkach w holu szkolnym i tym samym rozpoczęli żywiołową debatę na temat praktyk, niesympatycznej Beaty Jędrus oraz szkodliwości kuchni orientalnej. Miesięczne praktyki trzeba było odbyć w trybie ekspresowym, a przy okazji w miejscu w miarę przyjaznym. Pozostało zdać się na nauczycielkę lub samemu coś wykombinować. Niespodziewanie z pomocą wyszedł Konrad.
- Mój brat – rzucił hasło - mój brat jest recepcjonistą w hotelu w Bursztynowie.
- Bursztynowo? - powtórzył zaciekawiony Leszek. - Pierwsze słyszę. Gdzie to jest?
- Miasteczko pod Gdańskiem – wyjaśnił, dorzucając - gabarytami przypomina Lipki – po czym powrócił do właściwego tematu. - Kierownik tamtego hotelu szuka pracowników. Mój brat mógłby załatwić nam praktyki od ręki.
- A co to za hotel? - wtrącił Korba, jęknął, prostując nogę.
- Nazywa się Barok i to właściwie większy pensjonat.
- Szukają ludzi na zimę? - dopytał, masując delikatnie bolące kolano. - Myślałem, że to martwy okres nad morzem.
- Przygotowują się do sezonu letniego – odpowiadał na pytania, które sam zadawał w rozmowie telefonicznej z bratem. - Chcą upiąć się w styczniu, bo niby hotel ma obchodzić stulecie istnienia, czy coś takiego.
Pensjonat zaproponowany przez Konrada wydawał się o niebo lepszym rozwiązaniem od propozycji profesor Jędrus. Podjęli błyskawiczne działania i do następnej przerwy wszystkie formalności związane z naukami praktycznymi zostały załatwione. Hotel Barok w całej swojej dobroci zgodził się przyjąć pod opiekę, aż siedmiu uczniów. Do trójki chłopaków dołączyły Natalia Kozłowska, Marysia Kubińska oraz dwie osoby z klas niższych, Emilia Piekarz z drugiej de i Michał Maier z pierwszej a.
Praktyki miały trwać od czwartego do dwudziestego dziewiątego stycznia, czyli do samej studniówki, co wywołało delikatny sprzeciw ze strony Natalii.
- Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – uspokoił ją Adrian i na tym stanęło.
I w taki sposób szczęśliwa siódemka znalazła się w pociągu relacji Poznań-Gdańsk. Tam nastąpił pierwszy zgrzyt związany z dezinformacją. Święcie przekonany o istnieniu dwóch stacji w Gdańsku, Konrad zarządził wysiadkę na ostatniej z nich – Wrzeszcz. Na peronie okazało się, że pociąg zatrzymuje się jeszcze na jednej stacji – Oliwie, na której to powinni przesiąść się w bus kursujący do Bursztynowa. Lechu postanowił zadzwonić do hotelu z informacją o nieznacznej obsuwie. Nie był to problem, bo dojechali dzień przed rozpoczęciem praktyk.
- Dzień dobry, Leszek Matuszewicz z tej strony, uszanowanie – przedstawił się. - Mieliśmy dzisiaj zjawić się w hotelu. Będziemy spóźnieni.. - wysłuchał osoby po drugiej stronie. - Jestem ja i sześć innych osób – odpowiedział. - No na praktyki... Pan Brzęcki będzie zorientowany – odłożył słuchawkę i głośno westchnął, dzieląc się pierwszym spostrzeżeniem:
- Nieprzyjemny facet.
- A co ci powiedział?
- Że mamy dotrzeć dzisiaj, a czym, go nie obchodzi.
Grupa wsiadła do kolejnego pociągu, a następnie w wariackim pośpiechu odbili busem do Bursztynowa. I tu pojawił się drugi zgrzyt, którym była odległość hotelu od przystanku. Do celu musieli przejść jeszcze około dwóch kilometrów. Chodnika brakło, a wesołą pielgrzymkę należało kontynuować oblodzoną szosą. Adrian ze względu na uszkodzone kolano zwalniał, aby z czasem pozwolić nieść się Lechowi na plecach jak jakiś tobół.

***


Do hotelu dotarli około szesnastej. Od metalowej bramy prowadziła wąska ścieżka pomiędzy zaspami, którą musieli pokonywać gęsiego. Adrian pierwszy raz stanął na ziemi o własnych siłach, a Leszek z nieopisaną ulgą przeciągnął się.
Stanęli przed wejściem rozglądając się po nieprzyjaznym terenie. Podobnie jak nawiedzony dom, tak teraz Hotel Barok sprawiał wrażenie niegościnnego miejsca. Nieprzyjemne wejście, szare mury, duże okna w starych ramach, spadzisty dach i pnące się w niebo kominy.
- Mam deja vu – przyznał Adrian. - W zeszłym roku spotkaliśmy się w podobnej liczbie i okolicznościach pod nawiedzonym domem.
- Liczysz, że znajdziemy trupa w recepcji? - wysapał zdyszany Leszek.
- O co chodzi z tym trupem? - zaciekawił się Michał.
- Stoisz w gronie lipieckich celebrytów – wyjaśniła Emilia. - W zeszłym roku ta grupka przetrwała starcie z seryjnym mordercą.
- Dobra! - ucięła Natalia, dla której finał afery z Kapturnikiem okazał się tragiczny w skutkach. - Nie chcę słyszeć o żadnych mordercach! - podniosła gniewny głos. - Jeden nie żyje, a drugi siedzi pod kluczem! Koniec!
Od zeszłego roku najwięcej zmieniło się u Adriana Korby. Strzaskane kolano wymusiło na nim rezygnację z trójboju. Niby kilka miesięcy, ale im dłużej trwała przerwa, tym mniej miał ochotę powracać do treningów. Sportowe towarzystwo odsunęło się na bok, a wolny czas zaczął spędzać z Leszkiem i Konradem, nasiąkając ich zwyczajami, zainteresowaniami i klozetowym poczuciem humoru. Zmianę najboleśniej przeżyła Natalia. Miała nadzieję, że kiedyś ona i Adrian odzyskają status koronowanych głów. Nadal przyjaźniła się z Marysią Kubińską, tolerowała nowych kolegów swojego chłopaka. Leszek zaczynał występować ze swoim rapem na małych koncertach, a Konrad założył blog poświęcony horrorom, który skromnie dobijał do dwóch tysięcy wyświetleń. Być może znajomość z nimi pomoże im powrócić na szczyty?
Na ich powitanie z hotelu wyszli ulizany blondyn oraz baba w kucyku, oboje w średnim wieku. Ulizany blondyn nazywał się Gustaw Brzęcki. Z nowo przybyłymi praktykantami przywitał się serdecznie, chociaż bardzo oficjalnie, nie zapominając o żadnej zasadzie dobrego "ąę" wychowania i jedynie w stosunku do młodszego brata okazał większą wylewność, ściskając go z całych sił. Baba w kucyku miała na imię Anita i była jedną z dwóch pokojówek zatrudnionych w hotelu na stałe.
Druga pokojówka urzędowała w recepcji. Była to młoda dziewczyna o płaskiej figurze, bladej cerze i obojętnym spojrzeniu. Bez żadnego wyrazu objaśniała drogę starszej pani i towarzyszącemu jej młodemu chłopakowi.
- Nie! - przerwała jej babcia.
- Ależ pani Jadziu – delikatnie napominał młodzian.
- Nie! Ja mieszkam w domu na górce! Jedźmy tam! - zarządziła energicznie.
- Potem – uspokoił ją.
Babcia trzepnęła go torebką w łeb, a następnie rzuciła popielniczką w recepcjonistkę. Na widok tłumnie wchodzącej do hotelu młodzieży uśmiechnęła się szeroko:
- Dzień dobry, jestem pani Dobrójska – podała rękę zdezorientowanej Marysi.
- Przepraszam – powiedział wnuk i niemal siłą wytargał babcię na zewnątrz.
Uczniowie odprowadzili dziwną parę wzrokiem.
- To nasza jedyna pensjonariuszka, pani Jadzia – powiedział trochę zawstydzony Gustaw.
- Ale wnuka ma nieprzyjemnego – skomentował Adrian.
- To nie jest jej wnuk, tylko opiekun medyczny – odparła z satysfakcją Anita. - Dobrójscy zapłacili mu, żeby ją wywiózł daleko od nich.
- Pani Anito – upomniał ją Gustaw. - Bez takich komentarzy – po czym łagodnie spojrzał na drugą pokojówkę, która wcześniej prawie oberwała popielnicą. - Do pani Oli możecie zwracać się o wszelaką pomoc.
Konrad nie słuchał. Wpatrywał się w idealnie płaską sylwetkę Oli. Ktoś coś mówił, a on bezwstydnie spoglądał na dziewczynę i rozmyślał o pozbawionej emocji twarzy. Była piękna niczym Maila Nurmi. Była starsza od niego o kilka lat, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie?

***


Kilka minut po siódmej, Leszek podniósł się ociężale i rozejrzał po pokoju. Sypialnia sprawiała wrażenie, jakby na siłę upchnięto do niej cztery łóżka. Dwie szafy stały w rogach pokoju, telewizor nieszczęśliwie wisiał obok drzwi, a meble obficie obładowano badziewnymi ozdobami. Po lewej znajdowało się przejście do toalety.
Wreszcie otworzył okno, zapalił papierosa i wyjrzał na zaśnieżony parking. Jakiś facet odgarniał szuflą śnieg z chodnika prowadzącego do ogrodu na tyłach. Raper ukłonił mu się grzecznie, ale ten nie odwzajemnił gestu.
Ciekawe, kto to? - pomyślał. - Może to on tak hałasował?
Tej nocy długo przewracał się z boku na bok. Odgłosy dobiegające zza ścian – niby ciche szmery i delikatne pukania – nie pozwalały mu zasnąć.
- Jak nic mają myszy – powiedział do siebie, zamykając okno.
Ubrał się szybko i przemknął przez korytarz do holu, gdzie trwała zbiórka praktykantów, której przewodził Gustaw.
- Kurde, strasznie zimno – powiedział na przywitanie.
- Psują się kaloryfery – komentarz Matuszewicza zbiegł się w czasie z informacją od Brzęckiego. - Trzy razy wzywaliśmy hydraulika, ale jeszcze do nas nie trafił.
- A nie można rozpalić w kominku? - spytał żałośnie Michał.
- W takim razie trzeba wezwać kominiarza. To zabytkowe kominki. Nie używano w nich od ponad trzydziestu lat. Także nie próbujcie sami w nich rozpalać, bo prędzej się zaczadzimy niż ogrzejemy.
Ktoś jęknął.
- Na coś jeszcze powinniśmy uważać? – zapytał przezornie Leszek, pocierając zziębnięte dłonie.
- Na podłogi.
- Zarwą się? - przeraziła się Marysia.
- Nie, ale wykładziny nie są przytwierdzone w żaden sposób – Gustaw wyjaśniał z coraz większym zakłopotaniem. - Można się poślizgnąć.
- I rozbić głupi łeb – skomentował pociesznie Adrian.
- O czym ja miałem jeszcze... - wymamrotał recepcjonista. - Klucze! - zawołał i zaczął tłumaczyć: - Brama wjazdowa jest zamykana o godzinie jedenastej, chyba że goście zechcą inaczej.
- A mamy jakichś gości? - spytał z powątpiewaniem Konrad.
- Ta śmieszna babcia z wczoraj – przypomniała Emila.
- Pani Jadzia i Szymon – przypomniał Brzęcki i wrócił do tematu: - Są trzy komplety kluczy. Jeden dla mnie, drugi dla pana Henryka i trzeci wisi w recepcji, ale za żadne skarby nie wolno wam go ruszać bez mojej zgody.
- Kim jest pan Henryk? - spytał Korba.
W tym samym momencie w holu pojawił się czterdziestoletni mężczyzna. Wysoki, chudy, twarz miał bladą i pokrytą bliznami po młodzieńczym trądziku. Szedł spokojnie, ale z bucowatą pewnością siebie, która wylewała się z niezadowolonej mordy. Na przywitanie powiedział ozięble:
- Rozdać im uniformy i przydzielić zadania.
Komentarz ubodnął Natalię. Jakie uniformy? Zadania? Kim jest ten cham?
- Przepraszam – zaczęła grzecznie mimo ogromnego stężenia bucowatości. - Tradycją praktyk jest to, że maturzyści mają odpuszczone wszelkie prace.
- Skoro masz odpuszczone, to co tu robisz?
- No... przyjechałam na praktyki – odpowiedziała trochę zaskoczona.
- W takim razie nie widzę żadnego problemu – buc uciął dyskusję i odmaszerował.
Dopiero potem Gustaw przedstawił buca jako pana Henryka Urasia, menadżera i opiekuna Hotelu Barok.
Praktykanci otrzymali po dwa komplety uniformów, w których skład wchodziła granatowa marynarka z logo hotelu, kamizelka, koszula na guziki, brzydkie obuwie, krawat i spodnie w kant dla panów lub apaszka i spódnica dla pań.
Michał i Marysia wylądowali w kuchni, reszta została zapędzona do sprzątania.

***


Skuta lodem okolica była prezentowała się wspaniale, ale kierowcę Pegauta bardziej frapowała siedząca obok pasażerka. W jej urodzie jak pejzażu na zewnątrz tkwiło coś chłodnego i pochmurnego. Oddychała spokojnie, pochłonięta czytaniem, bez emocji przewracała kolejne strony książki. Kierowca jeszcze raz spojrzał na dziewczynę i nie wytrzymał:
- Sama jesteś sobie winna! Ciesz się, że nie wylądowałaś w poprawczaku!
- Za co? Za przekonania?! - oburzyła się, zamykając lekturę. - Żyjemy w powieści Orwella, że karzą karzą za poglądy?
- Żyjemy w rzeczywistości, a rzeczywistość jest taka, że popełniłaś przestępstwo!
- Przestępstwo?! Uratowałam te psy od śmierci! Chcieli uśpić dwadzieścia psów! Nie mogłam na to pozwolić! - nie ustępowała.
- Trzeba było wstawiać smutne posty na fejsa, a nie włamywać się i wykradać zwierzęta ze schroniska! Gdzie masz rozum?! Teraz masz dwieście godzin prac społecznych w jakimś gównianym hotelu na jakimś zasranym wygnajewie, a psy i tak poszły do uśpienia!
Dziewczyna zamilkła na myśl o zwierzętach. Przez chwilę trwała cisza. Na twarzy kierowcy pojawił się delikatny uśmiech. Przegadał gówniarę, ha!
- No, już się nie bocz na mnie – mruknął życzliwie.
- Wujku... - jęknęła słabo.
- Też mi się nie podoba zostawianie cię tutaj na cały miesiąc, ale sama rozumiesz – zamilkł na chwilę. - Zajmuję się tobą od śmierci rodziców... - w głośnym westchnieniu dało się odczuć nutę melancholii. - Chciałbym, abyś wyszła na ludzi.
Samochód minął metalową bramę i zatrzymał się na placyku pod budynkiem.
- Może moje maniery przy stole mogłyby być nieco lepsze, ale tak poza tym wykonałeś dobrą robotę – przyznała na pożegnanie.
Hotelowy hol wypełniał głośny ryk odkurzacza. Dziewczyna przeszła kilka kroków w głąb i zauważyła młodego chłopaka – średniego wzrostu, krępej budowy, łysy. Pochłonięty pracą Leszek nie zauważył jej wejścia.
- Cześć, miałam się zgłosić – zagadała do niego.
Hałas zagłuszył słowa. Powtórzyła nieco głośniej. Chłopak wyłączył odkurzacz i spojrzał na nią z tępym wyrazem twarzy.
Głuchy, kretyn albo obcokrajowiec – pomyślała i nie wiedzieć czemu uwierzyła w trzecią możliwość. Odchrząknąwszy postanowiła zapytać w innym języku:
- Mówisz po angielsku?
Turystka z zagranicy na feriach zimowych w Polsce – pomyślał.
- Taaak – przedłużył delikatnie odpowiedź. - Mogę w czymś pomóc? - jego akcent przypominał ścieranie kurzu z mebli za pomocą papieru szlifierskiego.
- Mam tu rozpocząć pracę – kontynuowała. - Możesz mnie pokierować do szefa?
- Jasne – przytaknął. - Idź do pana Henryka – z niebywałą gracją łamał wszelaką gramatykę języka. - Jego gabinet... - zdał sobie sprawę, że kićkają mu się kierunki.
Już chciał powiedzieć, "go straight ahead", gdy uświadomił sobie, że w ten sposób wskaże wyjście do ogrodu. Czego jak czego, ale swojej niekomunikatywności językowej wstydził się mocno. Skierował wzrok w ziemię i wymamrotał "I will show you", po czym szybkim krokiem poprowadził ją do menedżera.
- Wyszedłem na niekomunikatywnego debila, ale dziewczyna fajna – podsumował spotkanie z turystką z zagranicy.

***


Pierwszy dzień praktyk minął bezboleśnie. Późnym wieczorem praktykanci spotkali się w pokoju chłopaków. Dołączyły do nich pokojówki, które uradowało nowe towarzystwo.
- Fajnie, że do nas trafiliście – stwierdziła Anita. - Jesienią i zimą można tutaj umrzeć z nudów.
Turystka z zagranicy zajęła miejsce obok Leszka z patriotycznym poczuciem obowiązku opowiedzenia mu o Polsce. Rozmowę zaczęła od najprostszego pytania:
- Czy podoba ci się tutaj?
Leszek aż się zająknął nie będąc pewnym swoich językowych umiejętności. Nie sprecyzowane "tutaj" uznał za Hotel Barok i odpowiedział krótko choć niechętnie, tak. Pozostali spoglądali na nich z uśmieszkami. Dlaczego prowadzą rozmowę w języku angielskim? Nikt jednak nie przerywał im. Leszek czuł, że gotuje się w środku, ale turystka nie miała zamiaru przestać:
- Skąd jesteś?
- Stąd.
Turystka zgłupiała. Nikt nic nie mówił, a jedynie każdy spoglądał na nich z zafascynowaniem. Nie do końca rozumiejąc odpowiedź, zapytała:
- To dlaczego mówisz po angielsku?
- Because... - zaczął zamotany – ty... mówisz po angielsku... - zamilkł uświadamiając sobie idiotyzm sytuacji. - Mówisz po polsku?
Zaśmiała się, a zaraz za nią runęła lawina komentarzy, którą próbowała przekrzyczeć:
- Bo ja myślałam, że ty mnie nie rozumiesz, a pytałam o coś głupiego i... - tłumaczyła.
- Nie dosłyszałem, ale jak zaczęłaś pytać, czy znam angielski to ja...
Oboje zgodzili się, że sytuacja jest głupia i z ulgą przeszli na język ojczysty.
- Lechu jestem – przedstawił się.
- Dominika.
Zapanowała leniwa, kolonijna atmosfera. Emilia dolała wszystkim herbaty, a potem usiadła na składanym krzesełku.
- Zna ktoś jakąś straszą historię? - spytał rozweselony Adrian, objął Natalię i przybliżył ją do siebie.
- Może o tym hotelu? - zaproponowała Anita.
- A co tu się strasznego wydarzyło? - zaciekawił się Konrad.
- To miejsce cieszy się złą sławą – przyznała pokojówka. - Hotel Barok został założony przez Olgierda Hoffmana 26 stycznia 1910 roku.
- Pamiętasz dokładną datę? - zdziwił się Michał.
- Data jest ważna – wyszeptała Ola.
- Hej, faktycznie ten hotel będzie obchodził stulecie – ucieszyła się Marysia.
- Ciii – syknęła Natalia.
- Olgierd miał trzech synów: Witolda, Karola i Daniela, ale żadnemu z nich nie chciał oddać swojego majątku – kontynuowała. - Zdecydował się, że całą fortunę przepisze na wnuka urodzonego najbliżej daty założenia hotelu.
- Idiota – skomentowała Marysia.
- Witold powiedział to samo i zerwał kontakt z rodziną – dodała Ola. - Problemem był Karol.
- Bracia i goście wołali na niego Rypany Drań – mówiła dalej Anita. - Facet miał ogromny talent do garbowania skór. Tworzył z nich przerażające kostiumy. Mówi się, że w noc, w którą urodził się syn Daniela, Karol założył swój ulubiony kostium, a potem zabił brata, szwagierkę i ich dziecko.
- I wszystko po to, aby spadkobiercą został jego potomek, urodzony kilka dni wcześniej.
- Co... co się stało z Karolem i jego potomkiem? - zająknął się Konrad.
- Tamtej nocy został zastrzelony przez milicjantów – wyjaśniła Ola. - Ktoś doniósł o jego zbrodni.
- Jeśli pięciokrotnie wypowiesz do hotelowego lustra imię Rypanego Drania, jego duch wstanie zza grobu – zakończyła Anita.
Zapanowała cisza.
- Głupia legenda – stwierdziła Natalia.
- Ma ktoś lusterko? - spytał wesoło Adrian. - Zweryfikujemy ją od razu.
Emilia podała mu lusterko z kosmetyczki.
- Nie! - sprzeciwił się Konrad. - Mogę radzić sobie z seryjnym mordercą, ale duch to zupełnie inna para kaloszy!
Nikt go nie słuchał. Chórem zawołano dwukrotnie "Rypany Drań". Przy trzecim okrzyku chór wyraźnie osłabł. Zabawa straciła na atrakcyjności, a przy czwartym razie dało się słyszeć pojedyncze głosy. Napięcie pojawiło się przed piątym powtórzeniem.
- Rypany Drań! - ubiegł ich chłodny i bucowaty głos.
Henryk Uraś stał w progu pokoju i przypatrywał się pracownikom z niezadowoleniem.
- Rypany Drań! Też mi coś! Nie chcę o nim słyszeć nigdy więcej – powiedział wzgardliwie. - Ktoś musi odbyć nocną zmianę w recepcji, zapraszam dwie osoby.

***


Wszedł od strony ogrodu. Miał na sobie ściśle opiętą maskę ze skóry, pozszywaną mocnymi nićmi, oczy czarne, a na pysku wycięty uśmiech, z którego wyłaniały się niby wężowe kły. Emila z początku nie zwróciła na niego uwagi. Jako że pochodziła z Lipek, w głowie miała inny obraz mordercy – zakapturzonego i z siekierą w łapach. Dlatego też faceta w skórzanym stroju wzięła za jakiegoś wariata ewentualnie pederastę. Nim zdążył wyciągnąć spod płaszcza rzeźnicki nóż, nastolatka poszła po Anitę
Z zaplecza wyłoniła się pokojówka. Od razu zrozumiała, kim jest zamaskowany facet.
- Rypany Drań... - jęknęła słabo.
Mężczyzna nie wydawał się być agresywny. Podszedł do blatu recepcji i skinął głową na kobietę. Anita zbliżyła się nadstawiając ucho. Wtedy ten złapał ją za szyję i przeciągnął przez ladę. Próbowała wyszarpnąć się, ale był znacznie silniejszy. Zadał jej cios w szyję, a gdy miał pewność, że nie żyje, poszedł sobie.
Następnie Emilia zaczęła wrzeszczeć, stawiając tym samym cały hotel na nogach. Później nastąpiły sceny dantejskie z wzywaniem policji, paniką i innymi takimi... Konrad, Leszek i Adrian stali z boku przyglądając się pracy policji.
- Wygląda na to, że mamy kolejną zagadkę do rozwiązania – przyznał Korba.
Ostatnio zmieniony 26 lis 2017, 19:33 przez Skorpion, łącznie zmieniany 3 razy.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2472
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Vampircia » 09 paź 2017, 22:33

Podoba mi się sposób w jaki zaczyna się opowiadanie, piszesz fajne dialogi, a Rypany Drań do świetna ksywa. Mówiłam, że jest już powód do dumy.
Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby

A właśnie, że nie zagląda się do dupy ;-)
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 15 paź 2017, 11:18

Opis bohaterów:
Adrian - po zmiażdżeniu kolana przez Kapturnika musiał rozstać się ze sportem.
Leszek - nadal interesuje się muzyką, nawet próbuje swoich sił przed publicznością.
Dominika - maturzystka z Sopotu, wychowywana przez wujka. Pracuje w hotelu w ramach kary.
Konrad - fan horrorów, od czasów starcia z Kapturnikiem bardzo nerwowy. Załatwia praktyki w hotelu.
Gustaw - starszy brat Konrada, prawa ręka menadżera hotelu, ukrywa pewien sekret.

Rozdział 2
Duch czy nie duch?


Emilia opisała podejrzanego najdokładniej jak potrafiła. Raczej wysoki, raczej nie niski, chyba szczupły, ale Boże broń, nie chudy, skórzany strój, dużo szwów na mordzie. Policja kręciła się po pensjonacie do rana, po czym zwinęła manatki i tyle ich było widać. Wśród pracowników i gości panowały mieszane nastroje. Większość w milczeniu przyglądała się miejscu zbrodni, pojedyncze osoby wymieniały uwagi na temat pracy śledczych oraz okoliczności zbrodni i jedynie Michał zrezygnował z widowiska ze względu na znikome zainteresowanie krwawą jatką.
- Mówiłem, żebyście nie wzywali ducha mordercy – wycedził przez zęby Konrad.
- Jakiego ducha? - zainteresował się Szymon.
- Żadnego – uciął Adrian. - Kolega ma skłonność do przesady.
- Chodzi mu o legendę Rypanego Drania – do rozmowy włączył się stojący z boku mężczyzna.
Od przyjazdu policji łaził po korytarzu. Z początku Adrian wziął go za jakiegoś detektywa, a od biedy laboranta w szykownym stroju, ale mundurowi opuścili hotel, a on został.
- Ktoś kiedyś sobie ubzdurał, że po pięciokrotnym wymówieniu imienia Rypanego Drania do hotelowego lustra, Karolek wstanie z grobu i zacznie zabijać.
- Słabo mi... - jęknął Konrad, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- To jest pan Stefan – Gustaw dokonał prezentacji nieznajomego. - Opiekuje się spa, a ponadto jest kelnerem.
- Nie, słońce – przerwał mu. - Kelnerem byłem krótki czas, gdy ten żyłus szczędził na obsłudze – powiedział z pretensją spoglądając na Henryka. - Moim królestwem jest spa.
- W tym barłogu znajduje się spa? - zaciekawiła się Natalia.
- Najlepsze... Jedyne w mieście – oznajmił ostrożnie.
- Po jaką cholerę wylazłeś z tej swojej pustelni? - spytał zirytowany menedżer.
- Słyszałem, że jakimś cudem znalazłeś pracowników – zaczął niewinnie. - Przydałyby mi się z trzy osoby do sprzątania.
- Zgoda, jutro ci kogoś podeślę, tylko zniknij mi z oczu.
Stefan zrobił grzeczny ukłon, a następnie wycofał się.
- Kto mógł zrobić coś tak potwornego? - spytała Emilia, rękawem bluzki wycierając łzy.
- Będzie rozkmina – westchnął ciężko Leszek. - Z grona podejrzanych usuwam naszą lipiecką brać. Skoro ostatnio nikt z nas nie zabijał, obstawiam, że nadal każdy ma równo pod sufitem.
- Chwila! - oburzył się Gustaw. - Wy ręczycie za siebie, a ja ręczę za swoich kolegów z hotelu.
- Ma rację – przyznała niechętnie Natalia. - Dla mnie głównymi pozderzanymi są Leszek i Maria.
Wszyscy spojrzeli najpierw na nią, a potem na Marysię i Lecha.
- Dlaczego? - spytał zaskoczony Szymon.
- Maria, bo jej siostra była walnięta, a Leszek, bo jego najlepszy przyjaciel był psycholem biegającym z siekierą po mieście - odparła z zadowoleniem. - Niedaleko pada jabłko od jabłoni, ha!
- Durne rozumowanie – skrytykował Adrian. - Zamiast się wzajemnie oskarżać, lepiej wróćmy do zajęć. Hotel funkcjonuje nadal, a praktyk za friko nam nikt nie zaliczy.
Po tych słowach bardziej lub mniej zadowolona gawiedź rozeszła się. Matuszewicz spojrzał na Korbę i wolnym krokiem ruszył za nim po schodach.
- I co? - nie wytrzymał. - Tak po prostu mam uwierzyć, że to cię nie rusza? Pewnie już coś ci chodzi po głowie.
- Chodzi, ale niezbyt blisko – przyznał Adrian. - Nie chcę robić ogromnego spędu i grupowej burzy mózgów. Ostatnio gdybaliśmy o czynach mordercy w jego obecności i patrz jak to się skończyło. Teraz rozmawiamy tylko my dwaj i Konrad, ostatecznie.
- Jakie masz przypuszczenia?
- Emilia powiedziała, że wlazł przez ogród, ale brama na noc jest zamykana.
- Czyli musiał wejść wcześniej i przyczaić się w krzakach albo ktoś go wpuścił.
- Klucza z recepcji pilnowałem jak oka w głowie – przyznał Adrian. - Jeśli to ktoś obcy to mógł dostać się jedynie z pomocą Henryka lub Gustawa. Tak czy inaczej któraś z osób obecnych w Baroku jest zamieszana w morderstwo.

***


Nazajutrz Natalia, Marysia i Adrian trafili do piwnicznego spa. Jak się okazało, słowo "spa" było nadużyciem jak określanie Hotelu Barok mianem przyjaznego. Czy w przyjaznym miejscu giną ludzie? Nie! Czy spa powinno wyglądać jak zakład fryzjerski sprzed ćwierćwiecza? Nie! Niestety, rzeczywistość nie pozostawiała złudzeń. Królestwo Stefana cechowała tandeta. Drzwi i ściany oklejone fotografiami modelek, półki uginały się od kosmetyków, lustra wesoło błyszczały, zaś z radia płynęło Bohenian Rapsody. Pomieszczenie główne łączyło się z zapleczem przerobionym na solarium. I było to jedyne miejsce wyrastające poziomem ponad resztę. Stefan dbał o łóżko z ogromną czułością i chociaż te rzadko mogło mu się odwdzięczyć za troskę, obowiązki spełniało.
- Nareszcie jesteście! - zawołał na przywitanie. - Roboty nie ma, ale przynajmniej mnie zabawicie towarzystwem.
Nastolatki mogły ze spokojem rozejrzeć się po pomieszczeniu. Marysia, która jakiś czas temu odkryła miłość do fotografii, od razu dopadła do zdjęcia na biurku. Na pierwszym planie znajdowała się czwórka chłopaków ubrana w hotelowe uniformy. Fotografia mogła mieć około dwudziestu lat. Mimo upływu czasu drzwi pensjonatu pozostawały bez zmian. Już wtedy były ciężkie, surowe i wrogie.
- To ty?
- Tak – odparł, odstawiając zdjęcie na miejsce. - Moje praktyki. Prawie ćwierć wieku minęło, a ja nadal gniję w tym przybytku.
- A ten obok?
- Henio, znaczy... nasz nadęty menedżer.
- Ale brzydal – ucieszyła się Kubińska.
- A ci dwaj? - dopytał zaciekawiony Adrian.
- Praktykanci.
- A wiesz, że tego kojarzę? - Marysi coś zaczęło świtać w głowie.
- Ja nie kojarzę – odparł nieżyczliwie Stefan.
- Znałeś Karola? - spytał od niechcenia Korba.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Miał ogromną ochotę poplotkować o właścicielach pensjonatu, a jedyna osoba, która chętnie mieliła ozorem została zamordowana wczorajszej nocy. Ze względu na świerzbiący język postanowił podjąć temat, ale z wyraźnym zastrzeżeniem, że wszystko zostaje pomiędzy nimi.
- Znałem i Karola i Daniela. Kiedy rozpoczynaliśmy tu na praktyki to oni rządzili hotelem.
- Karol naprawdę miał syna?
- Nie wiem – przyznał strapiony. - Pokojówki, które kiedyś tu pracowały opowiadały mi, że Jacuś, tak miał na imię, naprawdę istniał, ale Karol wstydził się swojego potomka.
- Z jakiego powodu?
- Ponoć to był dobry chłopiec, ale cierpiał na chorobę skóry.
- Łuszczyca – syknęła konspiracyjnie Natalia. - To na pewno była łuszczyca.
- Na co rzekomo chorował nikt nie wie – ciągnął dalej: - ale było to na tyle wstydliwe dla Karola, że zamknął Jacusia w nieczynnej części hotelu.
- Co to za nieczynna część hotelu? - zaciekawił się Adrian.
- Kolejna historyjka, którą można wsadzić pomiędzy bajki – odparł krytycznie. - Według niej istnieje ukryta część budynku do której można przejść jedynie przez korytarze między ścianami.
- Karol musiał być naprawdę złym człowiekiem – przyznała melancholijnie Marysia.
- Z tym synem to plotka – machnął ręką nie-Paweł znaczy... Stefan. - Co wiem o Karolu na pewno to, to, że wpadł w furię, kiedy urodził się dzieciak Daniela, złapał za nóż i... - zrobił pauzę budując atmosferę. - Ciach!
Natalia i Marysia podskoczyły, Adrian zachował spokój.
- Bałem się Karola. Henio wam tego nie powie, ale on też się go obawiał.
- Ile lat temu to było? - pytał wyraźnie zaciekawiony Korba.
- Mniej więcej dwadzieścia. Nie pamiętam roku praktyk – pamiętał, ale żaden świerzbiący język nie był w stanie wyciągnąć z niego tej informacji. Niektóre rzeczy należało przemilczeć.
Na koniec tej rozmowy Stefan poprosił dzieciaki o dyskrecję. Sam nie potrafił utrzymać gęby na kłódkę. Zachęcony udaną pogawędką, opowiedział historię Karola pozostałym praktykantom, oczywiście za każdym razem zaznaczając, że jest to tajemnica, której niewolno powtarzać nikomu. Na koniec dnia wszyscy wiedzieli o wszystkim.

***


Po godzinie dwudziestej drugiej po hotelowej kuchni nikt już nie łaził. Nic dziwnego, że właśnie tam zdecydowali się spotkać i porozmawiać chłopcy. W ich pokoju siedział Michał i wyjść nie miał zamiaru, a jak już uzgodnili wcześniej, nie było sensu wtajemniczać w śledztwo kolejnych osób. Nie przewidzieli jedynie Oli polerującej sztućce.
- Nie daj Boże jutro przyjadą goście i będą zmuszeni do jedzenia niepolerowanymi sztućcami – oznajmiła ze śmiertelną powagą.
Tragedii nie było. Mogli przeczekać albo nawet pomóc w pracy. Czyścili srebra jak maniacy, od czasu do czasu przerywając na prośbę zmartwionej dziewczyny:
- Nie, źle! Stop! Używaj mniej pasty i trochę dokładniej.
Wtedy pojawiła się Dominika Rychlewska. Przyszła po szklankę wody, ale przy okazji zaparzyła herbatę dla wszystkich. Nie było rady. Trzeba było przeczekać obie. Czas na rozmowie o niczym wydłużał się niemiłosiernie. W pewnym momencie wszyscy zaczęli ziewać i zaklinać, że już trzeba iść spać, ale jakoś nikt nie opuszczał pomieszczenia. W końcu Adrian dał za wygraną. Dziewczyny należało wtajemniczyć. Rychlewska westchnęła z ulgą. Od początku czuła, że coś się kroi i bardzo jej zależało na wybadaniu tematu, pokojówka nie była zainteresowana kryminałem, ale polerowanie miała zamiar dokończyć i mimowolnie wzięła udział w dyskusji.
- Przecież to nie jest duch – powtórzył z irytacją Leszek. - Kombinujmy logicznie – dodał: - ktoś postanowił wykorzystać legendę Rypanego Drania i zabić jako duch.
- Akurat po tym jak wezwaliście drania? - spytał życzliwie Konrad.
- To był zbieg okoliczności albo...
- Albo? - zaciekawił się.
- Albo mordercą jest ktoś, kto był z nami w pokoju.
- Nie – pokręciła głową Ola. - Morderca zaatakował wcześniej.
Wszyscy spojrzeli na nią w milczeniu, a ona ze swoim idealnie obojętnym wyrazem twarzy mówiła dalej:
- Kilka lat temu do hotelu przyjechał jakiś krawaciarz.
- Jaki krawaciarz? - zaniepokoiła się Dominika.
- Nie wiem – odparła, kończąc polerowanie. - Jakiś biznesmen, adwokat czy inny w krawacie. Mnie nie pytajcie, bo to się wydarzyło zanim zaczęłam pracę tutaj. W każdym razie nie wierzył w Rypanego Drania i pięć razy wypowiedział jego imię do lustra – głos zabrzmiał złowieszczo na tyle na ile pozwalała jej nijakość.
Zasłuchany Konrad, aż przewrócił kubek z herbatą. Ola rzuciła się ze ścierką przerywając opowieść.
- Mów dalej – pogonił ją Adrian wycierając stół.
- Po kilku dniach Gustaw i Henryk wyłamali zamek do pokoju i odnaleźli trupa krawaciarza.
- Czyli morderca wszedł przez lustro? - podsumował niepewnie Korba. - Jak duch?
Zdania na ten temat były podzielone, a jedynym podejrzanym był duch Karola.

***


Leszek i Dominika podążali długim korytarzem nadal dyskutując o zbrodni i nowych informacjach. Rychlewska wahała się, dając szansę zjawiskom paranormalnym, z kolei Matuszewicz upierał się przy mordercy z krwi i kości.
- To ja ci coś pokażę – zaproponował.
Weszli do wolnego pokoju. Dziewczyna poczuła się nieswojo. Hotel budził w niej nieprzyjemne uczucia od początku, a po morderstwie nasiliły się, przybierając formę strachu. Jedynie ciekawość pchała ją w kierunku próby rozwiązania zagadki.
Leszek rozpoczął wykład:
- Pokój krawaciarza był zamknięty od środka, żeby dostać się musieli wyważyć drzwi, prawda?
- Prawda.
- Przez lustro – rzucił hasło.
Nim zdążyła odpowiedzieć, raper ściągnął szafkę z lustrem. Tuż za meblem znajdowała się wyrwa, nieco mniejsza od szafki. Pomiędzy ścianami sąsiadujących ze sobą pokoi znajdowała się pusta przestrzeń, która niczym korytarz prowadziła wzdłuż pokoju i znikała, gdzieś za zakrętem. Chłopak podważył lustro ze ściany po drugiej stronie. Teraz otwory w ścianach tworzyły przejście z jednego do drugiego pomieszczenia.
- Chcesz powiedzieć, że do każdego pokoju można przejść odsuwając lustro? - czuła, jak po plecach przechodzi jej zimny dreszcz.
- Tak, przynajmniej w kilku pokojach, które odwiedziłem – ciągnął dalej: - pierwszej nocy słyszałem jakieś odgłosy. Możliwe, że był to nasz morderca poruszający się pomiędzy ścianami.
- Zabójca mógł wejść do każdego pokoju bez kluczy – przytaknęła. - Krawaciarza nie zabił duch.
- Nie! Anita także nie zginęła z ręki ducha – ogłosił tryumfalnie.
Opuścili pokój w mieszanych nastrojach. Ducha można było wsadzić pomiędzy bajki, ale problem istniał nadal. Kto zabił krawaciarza i Anitę? Był to ten sam zbrodniarz czy dwa nie mające ze sobą nic wspólnego morderstwa?
Wyszli na korytarz w złą chwilę. Tuż przed nimi stał Rypany Drań. Dominika jęknęła, Leszek, przytomniejszy na umyśle, złapał dziewczynę za rękę i pociągnął za sobą. Szli bardzo szybkim krokiem, sporadycznie oglądając się za siebie. Rypany Drań podążał kilka metrów za nimi, również pośpiesznie. Zgodnie uznali, że w takiej sytuacji najrozsądniejsza będzie panika. Wrzaski i sprint przez hotelowe korytarze postawił na nogi wszystkich.
Rypany Drań zaniechał pościgu. Korzystając z przejścia pomiędzy ścianami znalazł się w ukrytej części pensjonatu. Tam zdębiał. Przed nim stała jakaś szkarada. Mały, chudy i blady jak ściana brzydal. W jego wyłupiastych oczach nie było strachu, ale zainteresowanie. Kto wszedł do jego domu?
Rypany Drań mruknął ostrzegawczo. Mały brzydal wycofał się. Nigdy nie lubił tego kostiumu. W najczarniejszych koszmarach widywał ojca przebierającego się w upiorny strój.

***


W Baroku gotował od lat siedmiu. Nie był to kucharz światowej sławy. Nigdy o sławę nie zabiegał. Gdyby było inaczej wziąłby udział w jakimś programie kulinarnym, ale po co? Miał swoje lata i wolał stabilizację w postaci posady hotelowego kucharza. Usłyszawszy o praktykantach nawet się ucieszył.
- Dodatkowa para rąk do pomocy zawsze się przyda – wycedził przez żółte zęby. - Tylko nie przysyłaj mi tu żadnego nygusa ani kretyna, co nie wie jak za nóż złapać – polecił Gustawowi.
I tego dnia do kuchni zawitała Emilia. Marek, tak miał na imię kucharz, zrzucił na nią wszelkie obowiązki związane z krojeniem, a sam rozpłaszczył się przy stole jak panisko, nogi położył na pustej skrzynce po warzywach i stamtąd jak z jednostki dowodzenia wydawał polecenia. Co jakiś czas drapał się po siwym łbie, jakby usiłując sobie przypomnieć przepis. W końcu stwierdził:
- Idź do spiżarni po marchewkę, taka uschnięta powinna jeszcze być.
Emila spojrzała na jedną chudzinkę wysuszoną na wiór. Kiedyś mogła uchodzić za ładną i smaczną marchew, ale teraz była bardzo smutna i w wieku emerytalnym.
- To da się zjeść?
- Skoro będzie na obiad – stwierdził z przekonaniem.
- W ogrodowej szklarni będzie jeszcze trochę marchwi – powiedział. - Przynieś, a ja dokończę zupę.
Tam czekała ją kolejna niespodzianka. Dostępu do drzwi szklarni broniła potężna zaspa śnieżna. Jakiś mądrala odśnieżający parking zdecydował, że najlepszym miejscem na przesunięcie śniegu będzie wejście do szklarni. Klnąc na własny los, Emila zabrała szpadel i zaczęła rozgarnianie ubitego śniegu.
Przed pensjonat wyszli pani Dobrójska i jej opiekun. Na widok chłopaka, Emilka uśmiechnęła się szeroko. Z daleka przypominał nastolatka, ale był znacznie poważniejszy. Miał hipsterską brodę i duże piwne oczy. Z pewnością był już po studiach. Był wysoki i dobrze zbudowany, co troszeczkę kontrastowało z niewysoką i słusznie zbudowaną Emilią.
- Idziemy na spacer – zawołał w jej kierunku. Może przejdziesz się z nami?
Dziewczyna pomyślała o kucharzu i marchewce. Nie znalazła żadnego ważnego powodu, aby odmówić spaceru. Już po chwili podążali wspólnie drogą wzdłuż lasku.
Szymon Borowiecki bardzo lubił opowiadać o sobie, a Emila słuchała z przyjemnością. Miał dwadzieścia siedem lat, ukończył fizjoterapię jakąś tam, od kilku miesięcy opiekował się starszą panią i co ważne, był singlem.
Dotarli nad skarpę. Do dołu napadało tyle śniegu, że nie było widać zejścia. Jadzia jak dziecko, klapnęła na tyłku i zsunęła się w dół z dzikim wrzaskiem radości.
- Proszę uważać! - zawołał Szymon zbiegawszy za nią.
Staruszka była już na dole, gdy chłopak zaczął nabierać rozpędu. W pewnym momencie zaczął zsuwać się po oblodzonym zboczu. Zahaczywszy nogą o konar drzewa przekoziołkował się i finalnie wylądował na twardej skrzyni przykrytej śniegiem. Jadzia kwiknęła ze szczęścia.
- Nic ci nie jest? - spytała słabo.
Nie usłyszawszy od razu odpowiedzi zaczęła ostrożnie schodzić w dół. Miała o tyle prościej, że mogła podeprzeć się na łopacie, którą zabrała sprzed szklarni.
- Nie, ale znalazłem skarb.
- Co?
- Powiedz, że to skarb – odparł, powstrzymując grymasu bólu. - Załamię się, jeśli skrzynia, o którą nabiłem sobie siniaka nie okaże się być skarbem tylko chałą.
Skrzynia istotnie była. Emila i Szymon doszli do wniosku, że pudło należy otworzyć komisyjnie. Pani Jadzia była innego zdania. Złapała za szpadel i trzasnęła w wieko. Wtedy rozpętała się kolejna afera. Nie minęła doba od zgłoszenia na policji morderstwa pokojówki, a tu trzeba było zgłosić znalezienie kolejnych trupów. W skrzyni spoczywały sobie kości. Dwa egzemplarze, ściślej mówiąc, elegancko ułożone.

***


Stefan i Henryk siedzieli na ławeczce przed wejściem. Z daleka przyglądali się szwendającej po parkingu policji. Szkielety, co prawda, nie znajdowały się na terenie hotelu, ale odkrycia dokonała pracowniczka oraz goście i to był powód do zmartwień.
- Nie wiedzą czyje to kości, ale już gadają – stwierdził Stefan. - Daj im czas, a odkryją prawdę.
Uraś pocierał zmarznięte ręce i tylko chwilami odwracał wzrok od parkingu.
- Żadna tajemnica – mruknął wzgardliwie. - Zabił ich Karol, a my nie mamy z tym nic wspólnego – mówił wyraźnie zdenerwowany.
Stefan zakaszlał.
- Na twoim miejscu zacząłbym się obawiać – powiedział jadowicie.
- Oficjalnie praktyki zakończyliśmy na tydzień przed zniknięciem Daniela. Policja nie może się do niczego przyczepić!
- Nie mówię o policji, tylko o Rypanym Draniu. Ktoś zabił Anitę i ścigał po korytarzu tamte dzieciaki – powiedział ponuro. - Jeśli Karol rzeczywiście wstał z grobu, to ty jesteś pierwszą osobą, z którą będzie chciał wyrównać rachunki. Możemy udawać, ale obaj dobrze wiemy, że po tym jak pomogliśmy mu pozbyć się ciał, zadzwoniłeś na milicję z donosem na niego.
- Nie ma żadnych duchów – przerwał mu półszeptem w obawie, aby nie przyciągnąć uwagi policji.
- Może i nie ma... - zaśmiał się fałszywie. - Wiesz, że czasem myślę o synu Daniela? Ciekawe na kogo wyrósł?
Henryk milczał. W ducha nie wierzył. Karol był podłym człowiekiem i ani przez moment nie wątpił w to, że powiadomienie władzy jest właściwym ruchem. Gdyby mógł cofnąć czas... Nie! Niczego nie zmieniłby. Rypany Drań zasłużył na śmierć, dziecko Daniela na spokojne życie z dala od hotelu, a on na spuściznę Hoffmanów.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2472
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Vampircia » 18 paź 2017, 23:24

Mam nadzieję, że kiedyś ktoś kupi od ciebie prawa autorskie i zrobi serial;) Kurcze, ty to masz chyba może pomysłów, bo jak się czyta, to widać, że wszystko musiało być bardzo dokładnie rozkminione. Zakładam, że opko wyjdzie spore.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 21 paź 2017, 10:05

Starałem się ogarnąć zagadkę na początku. W zeszłym roku tajemnica powstawała z rozdziałami. Teraz mam nadzieję, że nie poplątałem wszystkiego za mocno, a rozwiązanie nie jest zbyt łopatologiczne. Opowiadanie będzie liczyło osiem rozdziałów. Przed ostatni wyjaśni historię, a ostatni domknie całość.
Dzięki za komć.

A w ogóle udało mu się napisać fragment, za który nie wiedziałem jak się zabrać.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 22 paź 2017, 13:01

Opis bohaterów:
Natalia - maturzystka przejęta studniówką, "mean girl" z amerykańskiego horroru
Ola - pokojówka, nie wykazuje żadnych emocji, podoba się Konradowi
Henryk Uraś - "nie-Adrian", menadżer hotelu, kiedyś pomógł Rypanemu Draniowi pozbyć się zwłok
Stefan - "nie-Paweł", pracuje w spa, współuczestniczył w pozbywaniu się zwłok
Emilia - uczy się w drugiej klasie technikum, uciekła Rypanemu Draniowi
Marysia - najlepsza przyjaciółka Natalii, niezbyt inteligentna
Szymon - opiekun pani Dobrójskiej, gość hotelowy

Rozdział 3
Nieproszeni goście


Samochód zaparkował za torami, tam pod lasem. O tej porze roku i późnej godzinie, na ogół, przyjemny za dnia, cel spacerów stawał się ponury i szary. Ogołocone z liści gałęzie drzew szeleściły złowrogo, a śnieg oświetlał ciemności. Im jednak było wszystko jedno. Siedzieli w ogrzewanym aucie i szeptali sobie czułe słówka. Po kilku komplementach dziewczyna zachichotała, pozwalając chłopakowi odpiąć jej bluzeczkę. I tu trzeba zaznaczyć! Ona była porządna i z dobrego domu, a to już ich trzecia randka i pierwsza, na której dopuściła jego niezgrabne łapska do swojej bluzeczki. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że są niezgrabne, ale widząc jak zajmuje się jej odzieniem szybko to pojęła. Mimo wszystko nie chciała psuć chwili i pomagać mu. Lecącą w tle piosenkę Love Is Blind Alicii Keys przerwał głos radiowca.
- Ważny komunikat dla mieszkańców Kowalik i okolic – zaczął posępnie, ale z ekscytacją. - Z pobliskiego zakładu dla obłąkanych uciekł niebezpieczny pacjent. Mężczyzna uzbrojony jest w siekierę najprawdopodobniej podąża w stronę Lipek. Podajemy rysopis: szczupły, wysoki, włosy ciemne, cera jasna, lat dziewiętnaście. Każdy, kto zobaczy podejrzanego jest proszony o pilny kontakt z policją.
- Słyszałeś? - spytała w momencie, gdy chłopak uporał się z ostatnim guziczkiem.
- Bzdura jakaś.
- Coś słyszałam na zewnątrz – spłoszona, zaczęła zapinać bluzeczkę.
- Wydaje ci się – uspokoił ją niedbale.
- Nie! Naprawdę! Słyszę skrobanie! Szybko! Odjeżdżaj stąd! - wpadła w panikę.
Jej nerwowość sprawiła, że młodzieniec zgłupiał i niewiele myśląc przekręcił kluczyk w stacyjce. Ruszyli rozpryskując brudny śnieg na około. Po drodze ogłupienie minęło ustępując irytacji. Na stację benzynową dotarli w milczeniu. Dopiero wtedy doszło do nich, co właściwie wydarzyło się za torami, tam pod lasem.
Odjechali z siekierą utkwioną w tylnych drzwiach auta. Paweł Ostrowski jeszcze przez chwilę stał w pustym polu i przyglądał się jak para nastolatków ucieka z jedyną bronią, którą udało mu się skołować po ucieczce z psychiatryka.
- Kurwa... - jęknął. - Ani samochodu, ani siekiery.
Nie najlepiej rozpoczął pobyt na wolności.

***


Z samego rana drzwi wejściowe hotelu trzasnęły z ogromną siłą. Po kilku głośnych krokach ktoś przeszedł w recepcji. Gniewny głos kobiecy rozpoczął dyskusję z Gustawem. Adrian nie rozpoznał go w pierwszej chwili. Zmęczony wczorajszym dniem, na przyjazd policji Henryk nakazał mu odgarnąć śnieg wokół hotelu, zamknął oczy. Tymczasem baba w recepcji domagała się zniżki za pokój, bo hotel był dalej niż przypuszczała. W tej samej chwili Korba zerwał się z łóżka jak rażony piorunem. Leszek i Michaś już nasłuchiwali pod drzwiami.
- Jędrusowa... - jęknęli równocześnie.
Zbiegli w piżamach do chłodnego holu, gdzie Beata dawała właśnie popis swojej furii przed braćmi Brzęckimi.
- Co pani tutaj robi? - spytał ostrożnie Michał.
- Mam urlop! - ryknęła rozjuszona.
- Akurat tutaj? - Adrian nawet nie starał się ukrywać swojej niechęci.
- Tak! Tutaj! - prychnęła nieżyczliwie. - Słyszałam, że już wydarzyło się jakieś przestępstwo i oczywiście wy musicie być w jego centrum! Jak zwykle!
Z części restauracyjnej wyłoiły się Natalia i Dominika i z boku obserwowały scenkę.
- Pokój numer sześć – powiedział Gustaw podając klucz. - Konrad, zabierz bagaże.
- Ta niezguła na pewno zniszczy, a to krokodyle! Sama poniosę!
Młodszy Brzęcki zrobił krok do tyłu.
- Jeszcze nam tego babska brakowało – mruknął Leszek.
- Powinniście mi podziękować! - oznajmiła z urazą, gdyż najwyraźniej usłyszała jego słowa.
- Dlaczego?
- Bo zabieram was stąd! Dzisiaj wypocznę, a jutro wracamy do Lipek!
- Chwila! - przerwała z nadzieją Natalia. - Nie będziemy musieli bębnić tych praktyk?
Nauczycielka uśmiechnęła się złowieszczo.
- Mowy nie ma żebyście tu zostali.
- Ale co z praktykami?
- No nie zaliczycie ich w tym roku... Zapowiada się kibelek z przedmiotów zawodowych, ale czym jest powtarzanie klasy wobec ratowania życia? - błysnęła zębami.
Na myśl o powtarzaniu klasy Konradowi zrobiło się gorąco. Miał wysoką średnią i opinię dobrego ucznia, a nie kiblarza i to w dodatku w klasie maturalnej! Wymarzone studia z filmoznawstwa stanęły pod znakiem zapytania. Blady jak trup usiadł na krześle i w milczeniu spoglądał na nauczycielkę i jej krokodyle. Oczami wyobraźni widział, jak walizki ożywają, rosną im kły i pożerają właścicielkę. Przypomniał mu się film o krokodylu mieszkającym pod hotelem na bagnach. Z nerwów zapomniał tytułu i tu warto zaznaczyć, że tego dnia jeszcze kilkakrotnie się zdenerwuje.

***


Nauczycielka nie rzucała słów na wiatr. Zaraz po zameldowaniu poleciała do gabinetu Urasia, napyskowała i zadowolona z siebie wróciła do pokoju.
Przeszła się po sypialni z odrazą spoglądając na tapetę w kwiaty. Początkowo zakładała kilkudniowy pobyt, ale teraz odczuwała ulgę, że nie spędzi tutaj więcej niż jednej doby. Barok wyglądał żałośnie i bliżej mu było do barłogu niż bogactwa i przepychu. Obsługa, a w tym praktykanci, była nieprofesjonalna, wystrój fatalny, odległość od Trójmiasta zatrważająca, widok z okna nieprzyjemny, potrawy z pewnością okażą się niejadalne, a łazienka... Teraz dopiero do niej dotarło, że musi się odświeżyć po podróży i przy okazji odkryć wady łazienki.
Pierwszą rzeczą, która nie przypadła jej do gustu był rozmiar. Małe, wykafelkowane pomieszczenie, w którym upchano kabinę prysznicową, pralkę, umywalkę i kibel z rolką srajtaśmy.
- Jak na standardy tego miejsca to znośnie – przyznała, wchodząc pod prysznic.
Jej opinia mogła ulec zmianie w momencie, gdy kotarę odsłonił Rypany Drań. Matematyczka krzyknęła, morderca zrobił zamach nożem. Ciach! Beata poślizgnęła się na mydle, o włos unikając spotkania z rzeźnickim ostrzem. Na czworakach wypełzła z kabiny i odrzucając wszelakie racjonalne zachowania postanowiła rzucić się na przestępcę. Zaskoczony morderca wpadł pod prysznic z siedzącą mu na plecach facetką. Nauczycielka przyciskała jego głowę do ziemi, a on próbując się uratować od zachłyśnięcia wodą z brodzika złapał po omacku kotarę. Materiał zerwał się wraz z metalowym uchwytem, który nieszczęśliwie spadł na głowę profesor Jędrus. Otumaniona zrobiła krok do przodu i znowu znalazła się w kabinie. Rypany Drań wykorzystał chwilową przewagę. Złapał leżący w brodziku nóż i wbił ostrze w nogę uciążliwego babska. Gdy kończył ją mordować, ona nadal lała mu prosto w pysk wodą ze słuchawki. Krew oraz woda spływały razem do odpływu jak w filmie Hitchcocka.

***


Późniejsze wydarzenia były niczym powtórka z rozrywki. Po raz kolejny przyjechała policja, spakowała trupa, zebrała zeznania, nic nie ustaliła i pojechała sobie, pozostawiając hotel pogrążony w chaosie i absurdalnym poczuciu déjà vu.
Zaraz po złożeniu zeznań, w których plątały się krokodyle oraz Robert Englund, Konrad Brzęcki wrócił do pokoju. Marzył tylko o tym, aby się przespać. Nie obchodziły go żadne morderstwa, Rypany Drań, menedżer, hotelowe obowiązki i dalsze losy praktyk. Od wszystkiego dostał jednego wielkiego skołowacenia. Po wejściu do pokoju, do ogólnego skołowacenia i złego samopoczucia, dołączyło jeszcze zbaranienie pospolite. I trwało tak chwilę. Stał jak kołek zastanawiając się, gdzie podział się jego własny głos.
- Cześć – usłyszał.
Wymamrotał coś, co brzmiało jak "cześć", ale pewności co do tego nie miał. Nadal wszystko mu się mieszało w głowie.
Paweł wstał z miejsca, wciągnął Brzęckiego do środka i bardzo cicho zamknął za nim drzwi. Dopiero wtedy Konrad odzyskał przytomność umysłu.
- Tu? Ty tu? Co... Co tu robisz? - wydukał z trudem.
- Dowiedziałem się, że macie praktyki i postanowiłem was odwiedzić.
- Ty... Ale ty powinieneś być w... w wariatkowie – otępienie umysłowe dodało mu odwagi, a raczej odebrało rozum, przez co nie krył się specjalnie ze swoimi myślami i mówił, co przynosiła mu ślina na język.
- Ile można? - westchnął. - Nic tylko tam siedzisz, gapisz się w ściany, połykasz Zyprexa, Speridan i tak do znudzenia.
- Może powinieneś wrócić po te leki? - spytał z troską.
- Zostanę tu przez jakiś czas.
Konrad zamarł na moment.
- To nie najlepszy pomysł – przyznał zmieszany. - Mamy już jednego mordercę i właśnie zabił profesor Jędrus... - w ułamku sekundy dotarło do niego, że to właśnie Ostrowski może być Rypanym Draniem i niemal mechanicznie spytał: - Czy to ty mordujesz ludzi w hotelu?
Paweł zaprzeczył. Przyjechał tu chwilę po nauczycielce, wykorzystał zamieszanie spowodowane jej wejściem i niezauważony przekradł się na górę. Fakt, widział mordercę w pełnym umundurowaniu, ale nie miał z nim nic wspólnego.
- Po mojej ucieczce ze szpitala ludzie strasznie się denerwują – przyznał. - Muszę gdzieś przeczekać całą burzę. Dasz mi pokój, a ja w zamian nie pozabijam was – powiedział, po czym dodał - zresztą i tak nie mam czym.
Konrad usiadł. Czuł, że twarz mu pobladła i potrzebuje świeżego powietrza. Pomyślał o otworzeniu okna, a potem o wyjściu przed hotel. Tak, spacer dobrze by mu zrobił. A co jak ktoś w międzyczasie odkryje obecność Ostrowskiego? Pomyślał o tym w złą chwilę. Do pokoju wszedł Adrian.
- Co on tu, kurwa, robi?! - padło najoczywistsze pytanie ze strony Korby.
- Cicho - syknął Brzęcki.
Bez namysłu wciągnął go do pokoju i zakluczył drzwi.
- Dzwonię na policję! - oznajmił, wycofując się.
- Śmiało – odparł prowokująco Paweł. - Zobaczymy, czy zdążysz przed tym jak cię dopadnę, kulasie.
- Milczenie owiec! To jest myśl!
Ostrowski i Korba równocześnie spojrzeli na kolegę.
- Zrobimy jak w Milczeniu owiec – kontynuował - Lecter pomógł Jodie Foster w znalezieniu mordercy. Tylko wariat może wytropić wariata – ciągnął, ale już z mniejszą werwą. - Paweł pomoże nam w odkryciu zagadki Rypanego Drania, a w zamian będziemy ukrywać go w hotelu.
- Nie ma mowy – przerwał mu Adrian. - Zapomniałeś już do czego doprowadził ostatnio?
- Oj tam, co znaczy odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół? - spytał poczciwie Paweł. - To jak, w porzo? - wyciągnął rękę do Adriana, który niemal gotował się ze złości.
Paweł kosztował go karierę sportową. Mógł to przełknąć. Z czasem nawet poczuł ulgę, ale irytowała go bezczelność Ostrowskiego. Miał tupet przyjechać i zachowywać się, jak gdyby morderstwa, których dokonał z Zuzą były jedynie wybrykiem, nic nieznaczącym epizodem, zapomnianym żartem.
Adrian pokręcił głową. Czuł, że cała wizyta Pawła w hotelu wyjdzie im wszystkim bokiem, ale niech im będzie. Zawsze istniała szansa, że Rypany Drań zamorduje Kapturnika lub odwrotnie. Jedyne do czego nie chciał dopuścić to, aby ktokolwiek z pozostałych pracowników i gości hotelu dowiedział się o obecności mordercy z Lipek.

***


- Nie musimy tu zostawać – stwierdził Adrian.
- Masz rację.
Korba nie odpowiedział. Henryk nie zaprosił go do siebie na przyjacielską pogawędkę. Wczoraj została zamordowana profesor Jędrus, do hotelu wprosił się Paweł, a teraz Henryk kazał mu stawić się w swoim gabinecie. Był grzeczny, na tyle, na ile pozwalała mu jego nieprzyjemna natura. Adrian był skłonny uwierzyć w życzliwość Urasia, gdyby nie chłodne spojrzenie... Bezlitosne i pogardliwe. Kilka miesięcy wstecz takie samo prezentował Kapturnik w nawiedzonym domu. Teraz mogło należeć do Rypanego Drania. Zachowując wszelaką ostrożność postanowił wybadać zamiary menedżera.
- Wasza nauczycielka nie żyje, a według regulaminu praktyk ja przejmuję jej obowiązki jako wasz pracodawca – mówił cierpko. - Jeśli wyjedziecie, nie zaliczę wam praktyk.
- Że co?
- Słuchaj, nie mam wyboru – powiedział nerwowo. - Potrzebuję pracowników, a nikt z okolicy nie rwie się do pracy w miejscu gdzie mordują.
Nic dziwnego – pomyślał Adrian.
- Czytałem twoje dokumenty – zmienił temat. - W zeszłym roku byłeś gwiazdą sportową szkoły. Co tam trenowałeś? Trójbój? - odpowiedział sam sobie - a potem doznałeś jakiejś kontuzji.
Korba odruchowo zerknął na kolano, ale nic nie powiedział. Kontuzja to niewłaściwie słowo. Wypadek nie oddawał jego bólu. To było umyślne działanie szaleńca, któremu teraz pomagał się ukrywać. Na samą myśl, prawie parsknął śmiechem. Co za idiotyzm doprowadził do takiej sytuacji? Ukrywał własnego oprawcę. Wypełniło go poczucie złości.
- Nie pójdziesz już na AWF i potrzebujesz drugiego planu. I drugim planem mogłoby być to miejsce – spojrzał w okno. - Byłem taki sam w twoim wieku.
- I co z tego? - powiedział przez zęby.
- Mógłbyś mnie kiedyś zastąpić na tym stanowisku. Wierz mi, doceniam ludzi lojalnych – mówił dalej - Chciałbym, abyś przekonał kolegów do pozostania w hotelu.
Już nie spoglądał w okno. Teraz jego chłodne oczy świdrowały na wylot rozmówcę.
- A co ja mogę?
- Mają u ciebie posłuch.
- Przekonywać nikogo nie będę – odparł stanowczo, a po chwili dodał nieco lżej. - Powiem jak sprawy się mają, a oni sami niech decydują.
- I o to mi chodzi! - Henryk przyklasnął z entuzjazmem. - Warto przemęczyć się ten miesiąc i nie powtarzać klasy.
Adrian pierwszy raz pomyślał o sobie jako o menedżerze Baroku. Wcześniej nie wiązał przyszłości z hotelarstwem. Miała być szkoła sportowa, a potem... Być może prowadzenie hotelu było mu pisane? Nie byle jakiego hotelu, ale właśnie tego.
Henryk nie przeciągał rozmowy. Dał Korbie czas na rozmowę z pozostałymi, ustalenie wspólnej lub osobnych decyzji i...
I zobaczymy jak się nasza współpraca ułoży dalej – skończył ciężkim westchnieniem.

***


Ola pochodziła ze wsi nieco większej od Lipek, z której do Bursztynowa przyjechała dwa lata temu. W hotelu akurat szukali pokojówki. Pracę zaczęła niemal natychmiast. Od tamtej pory stała się skarbem pensjonatu. Cechowała ją wyjątkowa pracowitość i wręcz niezdrowe, jak twierdził Stefan, poczucie obowiązku. Jeśli coś miało być zrobione to będzie. Nie ma, że potem – zdawało się mówić jej pozbawione ekspresji oblicze. Swoją gospodarską zaradnością budziła zazdrość u niejednej pani domu. Nie wiedziała, co to furia oraz szczebiotanie. Charakter miała obojętny, a w połączeniu z chłodną urodą stała się obiektem westchnień Konrada. Wpatrywał się w nią w taki idiotyczny sposób, iż szybko stał się niewybrednych kpin pozostałych chłopaków.
- No umów się z nią! Zagadaj - radzili nieco szyderczo, bo każda próba Brzęckiego kończyła się w ten sam sposób.
- Nie mogę. Nie mam czasu – odpowiadała. - Muszę jeszcze pozmywać naczynia i pościelić łóżka.
Oglądając scenki z boku, odnosiło się wrażenie, że oboje rozmawiają w dwóch różnych językach.
- Ziom, ty ją komplementujesz, a ona, że są smugi na szybach – śmiał się do rozpuku Leszek.
- On o dupie, a ona o zupie – śmiał się równie serdecznie Szymon.
- Nie łam się – spoważniał raper. - W horrorze przetrwałbyś dzięki swojej czystości.
- Też mi coś! Wy też przeżyliście zeszłoroczną masakrę – odparł z odrazą. - W życiu bycie prawiczkiem nie przynosi żadnych profitów.
Dzień po znalezieniu zamordowanej nauczycielki, Ola zwróciła się do Konrada z niecodziennym pytaniem:
- Widziałeś kiedyś zwłoki?
Wzruszył ramionami. Nie chwaląc się, miał styczność z kilkoma trupami. Żaden powód do dumy. Trup sztywny, zimny i zwykle kłopotliwy.
- Zastanawia mnie, co dzieje się z człowiekiem po śmierci? - mówiła dalej. - Czy... po prostu umieramy? Nie ma nic więcej.
Nie przerywał jej.
- Szkoda mi Daniela i jego żony. Tyle lat nikt nie miał pojęcia, gdzie są, a oni cały czas leżeli pochowani pod hotelem. To straszne... - na chwilę zapadła cisza - musimy rozwiązać sprawę Rypanego Drania – oznajmiła w końcu. - W hotelu może kryć się mnóstwo sekretów i należy je zbadać. Tym bardziej, że wasze śledztwo jest nieefektywne.
- Masz jakiś pomysł?
- Strych – rzuciła ponuro. - Ponoć tam przeniesiono wszystkie rzeczy po Hoffmanach. Nikt tam nie chodzi, bo jedyny klucz ma Henryk.
- A... - zająknął się.
- Ukradłam go – wyprzedziła pytanie.
Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Strych należało zbadać natychmiast. Za starymi drzwiami mogło kryć się wszystko. Testament, zaginiony majątek Hoffmanów, a może nawet tożsamość Rypanego Drania?
Strych nie był zagracony. Ubrania, książki, deski, narzędzia, jak się okazało Daniel hobbistycznie zajmował się stolarką, leżały ułożone pod ścianą. Środek pomieszczenia stał pusty. Ola rozpoczęła przeglądanie kartonów. Konrad zwrócił uwagę na dziecięce łóżeczko. Brudne, bez jednej nogi, kilka szczebli leżało na podłodze. Przesunął dłoń po krawędzi, aż natrafił na wyryte litery.
- Aleks – przeczytał. - Syn Daniela miał na imię Aleks.
W jednej chwili poczuł ogromny szacunek do Hoffmanów. Synowie Olgierda mieli fach w rękach. Karol szył kostiumy, Daniel projektował meble, Witold za pewne też coś potrafił. Rozzłościł się na nestora rodu, który głupim testamentem wywołał lawinę późniejszych zdarzeń.
Tymczasem Ola wygrzebała stary album. Od niechcenia przewertowała kilka stron. Na większości zdjęć pozowali Olgierd, Karol i Daniel, dalsza rodzina, czasami jacyś przyjaciele i pracownicy hotelu.
- Podobna do Dominiki – stwierdził chłopak, spoglądając na zdjęcie małżonki Karola.
Ola przytaknęła po namyśle.
Kobieta z fotografii miała smukłą twarz i duże oczy. Podobieństwo jako takie istniało, ale bez przesady.
O wiele większe emocje wywołała druga fotografia przedstawiająca gromadkę ludzi stojącą przed wejściem do hotelu. Po środku znajdowali się Karol, Daniel z ciężarną żoną, a po bokach czwórka młodych chłopaków.
- Henryk, Stefan... - Konrad zidentyfikował ich niemal natychmiast.
Problemy sprawili mu pozostali dwaj praktykanci. Stojący obok Karola wydawał mu się dziwnie znajomy, czwartego nie kojarzył wcale. Skąd znał chłopaka ze zdjęcia? Co się stało z Aleksem? Fotografie należało zabrać i omówić komisyjnie w obecności pozostałych. Strych opuścili z żalem, bo mimo szczerych chęci nie odkryli tak wiele, ile się tego spodziewali.
Przez wyrwę w ścianie, taką niewidoczną, zasłoniętą stertą książek wlazł mały brzydal. Obejrzał pomieszczenie dokładnie, jakby w obawie, że przez wizytę nieznajomych jego ulubiony pokój mógł ulec jakiejś magicznej zmianie. W końcu otworzył album na zdjęciu rodziców.
- Maaamaaa – wjęknął przeciągle.
To co działo się ostatnimi czasy było niewiarygodne w jego rozumieniu. Po długiej nieobecności rodzice powrócili do domu. W głowie nie zaświtała abstrakcyjna myśl o ich śmierci, bo umarli, nie wracają. Tymczasem ojciec znowu spaceruje po korytarzach w stroju Rypanego Drania i krzywdzi ludzi, a mama jest tak piękna jak kiedyś. Za wszelką cenę musiał ją ochronić przed Karolem.

***


Kameralnej atmosferze towarzyszył zastój i swego rodzaju znużenie. Restauracyjne stoły czekały z utęsknieniem na gości, na których, przez ostatnie wydarzenia, mogły się nie doczekać nigdy. W rogu sali usadowili się Marysia ze Stefanem i półszeptem dyskutowali o najnowszym morderstwie. Na przeciw siedziała Emilia. Od czasu do czasu odrywała wzrok od menu i gromiła ich wzrokiem. Dopiero widok Szymona rozpromienił jej twarz.
- I co? Nie wyjechaliście?
Zapytanie potraktował jak zaproszenie do stołu.
- Wyobraź sobie, że nie możemy – mruknął niezadowolony. - Tłumaczyłem Dobrójskim, ale oni mają gdzieś, że w pensjonacie, w którym mieszka seniorka ich rodu doszło do dwóch morderstw – złościł się. - Opłacili nam pobyt do końca miesiąca i tyle mamy siedzieć.
- Z rodziną to niekiedy najlepiej się wychodzi na zdjęciu – przyznała.
- Wiem coś o tym – westchnął ponuro. - Mój ojciec był bardzo surowy. Zmusił mnie do studiów na akademii medycznej. Mówił, podziękujesz mi jeszcze, znajdziesz dobrą pracę – wspominał rozgniewany – i znalazłem! Dzięki mojemu wykształceniu mogę usługiwać szalonej babci w hotelu, gdzie grasuje seryjny morderca.
- Nie jesteś zbyt odważny, co nie? - zauważyła krytycznie.
Szymon spojrzał na nią z urazą.
- Bo obawiam się Rypanego Drania? To chyba normalne. Dobrójscy płacą nieźle, ale morderca... - wzdrygnął się - a wy? Nie wyjeżdżacie?
- Nie... Chyba nie... - zawahała się.
Opuszczenie hotelu oznaczało niezaliczenie praktyk, a niezaliczenie wiązało się z powtarzaniem klasy. Jak na złość obie możliwości - pozostanie i wyjazd - generowały ze sobą sporo stresu.
- Chłopcy prowadzą śledztwo - wymamrotała pod nosem. - Mam nadzieję, że pośpieszą się.
- Żeby tylko Rypany Drań nie pośpieszył się z mordowaniem.
Na samą myśl po plecach Emilii przeszły ciarki. Jak na razie znajdowała wszystkie trupy, a przy tym perfekcyjnie omijała Rypanego Drania. Najpierw Anita, potem wspólnie z Szymonem i panią Jadzią odkryli przeterminowane szkielety, teraz Beata Jędrus. Pozostali zaczęli żartować, że wchodząc do ciemnego pomieszczenia, powinna uważać, aby nie potknąć się o kolejnego denata.
- Cieszę się - przyznał nieśmiało – że mogłem cię poznać. Słabo, że w takich okolicznościach, ale...
Rozmowę przerwał krzyk.

***


Trzydziesty stycznia Natalia już dawno oznaczyła w kalendarzyku wykrzyknikami, kolorami, wzorkami, hasłami i czym tylko można było podkreślić jego ogromne znaczenie. Wtedy wypadała studniówka. Wszystko się posrało, ironicznie, wraz z chorobą profesor Kaczmarek i wymaganiami profesor Jędrus. Praktyki kończyły się dzień przed balem. Sukienkę już miała, ale kosmetyczkę i fryzjera należało załatwić przed studniówką. Jakby życie maturzysty przysparzało zbyt mało problemów był jeszcze Rypany Drań, którego przeklinała bardziej niż Kapturnika. Gdy nauczycielka wreszcie po nich przyjechała, ten postanowił ją zamordować. Jasna cholera! Co dalej? Zostają? Wyjeżdżają? Sytuacja była niejasna.
Teraz siedziała w gabinecie spa z Marysią i Stefanem dyskutując o zbliżającej się nieubłaganie studniówce.
- Makijaż jak Brigitte Bardot, ciemne powieki, włosy upnie mi znajoma fryzjerka – mówiła. - Sukienka, ta kremowa w kropki, pokazywałam ci – zwróciła się bezpośrednio do Kubińskiej. - Dobrałam do niej nieziemskie szpilki...
Stefan nawet nie udawał, że nie słucha, Marysia potakiwała, chociaż jako doradca modowy pozostawiała wiele do życzenia.
- Powinnaś się opalić – rzucił wreszcie od niechcenia fryzjer. - Wrócisz z nad morza do tej swojej dziury blada jak ściana.
- Mamy środek zimy – przypomniała Maria.
W przeciwieństwie do Kozłowskiej nie lubiła Stefana i nie pojmowała, dlaczego uczestniczy w ich rozmowach.
- A od czego są lampy? - fuknął na nią rozzłoszczony i nieco delikatniej zwrócił się do Natalii. - Osiem minut i będziesz wyglądała jak Kleopatra.
- Sama nie wiem.
Za to Stefan wiedział. Solarium praktycznie stało nie używane. Jeden raz wślizgnęła się do niego pani Dobrójska i przeleżała tam pół godziny, oczywiście pod wyłączoną lampą i tyle z jego użyteczności. Teraz pojawiła się okazja, aby skorzystać z lamp jak należy i nie miał zamiaru przepuszczać jej. Dziewczyna uległa namowom Stefana widząc w nim autorytet w dziedzinie stylu wyrastający ponad lipczańską nijakość.
- My wychodzimy na obiad, a ty opalaj się swobodnie – powiedział. - Przypilnuje cię Freddy – po tych słowach włączył muzykę. - Jak skończy się piosenka Put Out The Fire możesz wyjść.
Po ich wyjściu muzykę nieco podgłośnił Rypany Drań. Na wypadek, gdyby ktoś miał usłyszeć krzyki dziewczyny. Z pomocą liny przywiązał górną pokrywę z łóżkiem w taki sposób, aby urządzenia nie było można otworzyć od środka. Następnie zwiększył temperaturę lamp i resztę pracy pozostawił ogrzewanej trumnie.
Tymczasem niczego nieświadoma Natalia powoli zaczynała mieć dość opalania. Delikatnie uniosła dłonie i spróbowała odepchnąć górną część maszyny. Ta ani drgnęła. Spróbowała raz jeszcze. Próba zakończyła się niepowodzeniem. W jednej chwili zrobiło jej się bardzo gorąco. Trudno jednak rozsądzić, czy było to spowodowane lampami, czy zdenerwowaniem. Krzyknęła. Odpowiedział jej Freddy Mercury:

She was my lover. It was a shame that she died.


Spanikowana zaczęła wrzeszczeć i uderzać rękoma i nogami w coraz gorętsze ściany. Pomoc przybyła nieoczekiwanie. Wieko pułapki otwarło się, a Natalia instynktownie rzuciła się swojemu wybawcy na szyję. To był Adrian. Tuż za nim stali Stefan, Marysia, Emilia i Szymon.
- To było straszne! - wrzasnęła, nie puszczając chłopaka.
- Zostawiacie kogoś w solarium bez nadzoru? - spytał potępiająco Adrian.
- Wyszliśmy na dosłownie pięć minut – usprawiedliwiał się Stefan.
- I tyle wystarczyło mordercy – stwierdził z niesmakiem Szymon.
- Próbowano mnie zabić! - wyła rozpaczliwie.
Kolejne kilka minut trwało uspokajanie, gdy wybuchła większa pandemonia. Natalia przejrzała się w lustrze. Intensywny efekt opalania nie wyglądał za dobrze. Skóra dziewczyny nabrały różowej, zaś plecy boleśnie czerwonej barwy.
- Jak ja się teraz komukolwiek pokaże na ulicy?! Wyglądam jak świnka Piggi! Mieliśmy być królem i królową studniówki! To tragedia!
Klapała dziobem przez następny kwadrans, a Adrian słuchał czując jak pokłady jego cierpliwości uderzają coraz większe fale gniewu.
- Koniec! - wrzasnął. Czy ty jesteś normalna? Nic ci się nie stało!
Natalia oniemiała na moment.
- Że co? - wymamrotała. - Zobacz jak wyglądam! Zamiast przygotowywać się do studniówki muszę tutaj pracować, a teraz jeszcze to!
- Życie nie kończy się na głupim balu.
- Będąc tutaj może się skończyć przed – zaopiniował Stefan.
- Czy ty w ogóle masz jakieś plany? - spytał zaciekawiony Korba. - Co chcesz robić po maturze? Dociera do mnie, że istniejesz wyłącznie w swoim egoistycznym światku.
- W twoim! – odpyskowała. - Kiedyś byłeś lubiany i wesoły, a teraz...
- Jakbyś nie wiedziała, ludzie zmieniają się! - krzyknął, po czym dodał spokojniej: - Mam roztrzaskaną nogę. Nie wrócę już do sportu i potrzebuję planu be. Jesteś fajną dziewczyną i doceniam, że nie zlałaś mnie jak wszyscy znajomi, ale nie mogę spełnić twoich oczekiwań. Nie potrafię i chyba nie chcę.
Natalia zbaraniała. Wydawało jej się, że w następnych słowach powiedział coś o zerwaniu, różnych charakterach i poszukaniu szczęścia. Wszystko zlewało się w całość, z której nie potrafiła wyodrębnić pojedynczego słowa. Stała tam jak idiotka w ręczniku i próbowała oswoić się z nową rzeczywistością. Adrian zerwał z nią. Rozmowę podsumował Freddy:

Just tell me that old fashioned gun law, is dead. Take aim and fire. Shoot...


***


O północy piątka spiskowców spotkała się w recepcji. Było mnóstwo spraw do obgadania, ale nieudany zamach na Natalię przesunął ich rozmowę w czasie.
- Nic się nie stało – uciął krótko Henryk. - Policja była wzywana już trzy razy i z ich wizyt nic nie wynikło.
Po tym jak wydał zakaz powiadamiania policji, rozpoczął własne śledztwo, maglując każdego mieszkańca hotelu. Zachowywał się, jakby coś podejrzewał. Bacznie obserwował i wypytywał, ale nikogo o nic nie oskarżał. Potem nie było żadnej sposobności – najpierw Ola była zajęta, zaś Konrad, a żadne nie chciało mówić bez drugiego. Ostatecznie zdecydowano potowarzyszyć Leszkowi podczas nocnej zmiany na recepcji. Wtedy hotel zamierał w bezruchu. To był jedyny czas, gdy mogli porozmawiać bez obaw, że usłyszy ich ktoś niepożądany. Najważniejszą sprawą były fotografie znalezione na strychu.
- I co podobna? - spytał podekscytowany Konrad.
Dominika raz jeszcze spojrzała na żonę Karola. Niespecjalnie zauważała fizyczne podobieństwo pomiędzy sobą, a nią. O wiele ciekawsza wydało jej się drugie zdjęcie skwitowane komentarzem Brzęckiego:
- Skądś kojarzę tego typa.
- To samo powiedziała Marysia – przypominał sobie Adrian.
Podobne zdjęcie znajdowało się u Stefana. Ten jednak za żadne skarby nie chciał zdradzić, jak nazywają się pozostali dwaj praktykanci, ani w którym roku wykonano fotografię.
- Może to nasz morderca? - spróbowała nieśmiało Dominika.
Wytężył umysł, ale nie potrafił przypisać osobnikowi nazwiska.
- Skłaniam się do jednej z dwóch możliwości – przerwał im Leszek. - Rypanym Draniem jest wydziedziczony przez ojca Witold.
- To jedyny z braci, który prawdopodobnie żyje – przyznał mu rację Adrian.
- Za stary na mordercę – odrzuciła go Ola. - Dzisiaj miałby pewnie z jakieś siedemdziesiąt lat.
Leszek wzruszył ramionami.
- Czyli zostaje nam Aleks – podał ostrożnie drugi typ. - Dotąd myśleliśmy, że został zamordowany razem z rodzicami, ale nie... - popatrzył na zdjęcie Daniela i jego ciężarnej żony.
Fotografia musiała zostać wykonana na krótko przed jego narodzinami. Było w niej coś nieprzyjemnego. Bracia stali obok siebie i nic nie wskazywało na to, że wkrótce jeden z nich zabije z zimną krwią.
- Chłopak dziedziczy fortunę po dziadku – przypomniała Dominika. - Po co miałby zabijać?
- Zemsta! - rzucił Konrad.
Aleks stracił rodziców, trafił do sierocińca, jakimś sposobem powiązał siebie z masakrą w hotelu i powrócił, aby dokonać krwawego dzieła. Szyty grubymi nićmi motyw miał jakieś podłoże. Kandydatura Aleksa w roli mordercy wydawała się sensowniejsza od Witolda.
- Chciałbym zobaczyć testament Olgierda – przyznał Adrian. - Czy ma jakiekolwiek znaczenie prawne?
- Lepiej, żeby miał skoro przez niego giną ludzie – powiedział ponuro Leszek. - Ech, szkoda, że zaginął.
- Niby nie zaginął – odezwała się Ola. - Ponoć został przekazany zaufanemu notariuszowi.
- I gdzie jest ten notariusz? - zapytał chciwie raper.
- Tego to ja nie wiem.
- To rzeczywiście zaufany – zaopiniował Adrian.
Informacje Oli kończyły się na plotkach przekazywanych przez Anitę. Sama nigdy nie interesowała się historią hotelu. Jej zadaniem była praca, a nie wścibianie się w sprawy Hoffmanów. Wierząc w to nie pytała o nic i teraz zaczynała tego żałować. Może z tą wiedzą dałoby radę uniknąć wszystkich trupów.
- Wolę namacalnego podejrzanego – przerwała rozmyślania Dominika. - Witolda i Daniela juniora – nazwała potomka – nigdy nie widzieliśmy i tak na dobrą sprawę nie mamy pojęcia, czy żyją. Uważam, że Rypanym Draniem jest Henryk Uraś.
Chłopcy przerzucili spojrzenia z Oli na Dominikę. Rychlewska spokojnie kontynuowała:
- Pomyślcie tylko, od śmierci Hoffmanów to właśnie Henryk sprawuje władzę nad hotelem. Jest jakby jego właścicielem. Powrót spadkobiercy oznaczałby dla niego utratę pozycji. To już moje domysły, ale czy zbrodnie nie zaczęły się po naszym przybyciu do hotelu? Co jeśli z jakiegoś powodu uważa, że jedno z was jest zaginionym synem Daniela?
Na reakcję chłopaków nie musiała czekać długo.
- I że niby próbuje nas zabić?
- Dlaczego ktoś miałby sobie ubzdurać podobną rzecz?
- Nie zabił jeszcze żadnego z nas!
- Bo ma cholernego pecha – stwierdziła. - Najpierw chciał zabić Emilię, ale napatoczyła mu się Anita, potem ścigał mnie i Lecha, próbował zabić Natalię i wykończył waszą nauczycielkę za nim zdążyła was wywieźć z hotelu.
Zamilkli wszyscy.
- Jedno jest pewne, jeśli znajdziemy Aleksa to i morderca się znajdzie.
Nikt z nich nawet nie wspomniał o opuszczeniu hotelu przed czasem. Sprawa niebezpieczna, ale intrygująca zupełnie przysłaniała zdrowy rozsądek.

***


Późnym wieczorem Gustaw przygotował kanapki, a do butelki nalał herbaty. Posiłek zaniósł do siedemnastki. Pokój prawie nigdy nie był wynajmowany. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek Barok mógł liczyć na komplet gości. Odsunął lustro i po drugiej stronie położył posiłek. Dorzucił do tego kilka cukierków, na deser, niech ma. Niezauważenie wyszedł zabierając opróżnioną wcześniejszego dnia butelkę. Mały brzydal zaczął ucztować.
Obrazek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2007
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Lokalizacja: Warszawa Rembertów
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: RedHatMeg » 07 lis 2017, 15:37

Sam pomysł na drugą część ciekawy. Rzecz w tym, że już się przejechałam na sequelu do horroru, który ktoś autorsko tworzył (Ach, simsowa Krwawa Mary... czemu tak bardzo musiałaś zejść na psy w drugiej części?) i prawdę mówiąc, martwię się, że Slasher: Hotel będzie taką powtórką ze Slashera. Na razie się na takowy nie zapowiada, jest dostatecznie unikalny i tak samo się dobrze przy nim bawię. Poza tym zapewniałeś nas, że tym razem fabuła nie jest wymyślana na bieżąco, co się chwali (zresztą jak troszeczkę Slashera odszlifujesz w scenach z punktu widzenia Pawła, będzie dobrze; a jest sporo wydawnictw, które interesują się opowiadaniami grozy, więc może coś im wyślesz? bo tak szczerze też jestem za tym, żebyś Slashera publikował).

Okej to teraz do samej fabuły: jest fajna, wciąga, bohaterowie nadal dają się lubić, a historia Rypanego Drania intryguje. Również powrót Pawła jest niezłym posunięciem (lubię jak starzy antagoniści współpracują z protagonistami, aby zmierzyć się nowymi antagonistami). Sam Rypany Drań jednak za bardzo przypomina mi Kapturnika, jeśli chodzi o sposób działania. Fajnie by było jakby tym razem się okazało, że to nie są przypadkowe ofiary, tylko ludzie, którzy np. coś wiedzieli albo czymś mordercy zawinili.

Czekam na przyobiecany rozdział.

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 08 lis 2017, 14:12

Dziękuję.
Wydaje mi się, że sequele są trudniejsze w realizacji i sam się nieraz na tym przejechałem. No mam nadzieję, że Hotel jest różny od Lipek. Co do publikacji, chyba mam za mało odwagi, żeby się z tym pchać, gdzieś dalej/wyżej. Nad historią sporo myślałem i na tern moment jedynym problemem jest finałowe wyjaśnienie historii, bo kilka postaci, które nie koniecznie spotkają się w finale, znają pewne fragmenty historii i teraz nie wiem jak ją przekazać dalej.
Paweł był agresywny jako Kapturnik, nie wiem, czy to podkreślałem wystarczająco, ale zwykle atakował jakby w szale. Rypany Drań jest spokojniejszy i trochę... pechowy. O ile wszystkie ofiary planuje, bo coś tam... tak zdarzają mu się błędy, np. wkrótce ktoś odkryje tożsamość jednego z Rypanych Drani. Nie wiem, czy to spoiler, bo chyba któreś z bohaterów rzuca teorię, że poluje na dzieciaki z Lipek. Dlaczego? Wyjaśnię.
Starałem się, aby morderca był niewidoczny, aczkolwiek coś rzuciłem między wierszami.

Co do nawiązań do horrorów w tym opowiadaniu pojawiły się:
Candyman - przywoływanie za pomocą lustra, przejścia do pokoi, śmierć krawaciarza (też ważna postać)
legenda miejska o człowieku z hakiem - Paweł atakujący nastolatków na początku rozdziału 3
Psychoza - scena prysznicowa, no musiałem
Płytki grób - Paweł rzuca hasło reklamujące ten film "czym jest szczypta morderstwa w gronie dobrych przyjaciół"
Konrad wspomina film Eaten Alive.
Michał Meier - Michael Mayer postać mordercy z serii "Halloween".
Raz jeszcze dzięki za przeczytanie
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 12 lis 2017, 22:51

Bohaterowie:
Paweł - slasherowy morderca z Lipek, Kapturnik
Olgierd Hoffman - założyciel hotelu
Witold, Karol, Daniel - synowie Olgierda
Jacek - syn Karola, mieszka w zamkniętej części hotelu
Michał - praktykant z Lipek
Pani Dobrójska - staruszka znajdująca się pod opieką Szymona
Aneta - pierwsza ofiara Rypanego Drania
Beata Jędrus - nauczycielka matematyki z Lipek

Rozdział 4
Wariaci wokół nas


Maska daje ogromną siłę. Za obliczem fałszywej twarzy można ukryć prawdziwe zamiary. Karol Hoffman nigdy się nad tym nie zastanawiał, a prawdziwość tych słów pojął dopiero nocy, której Rypany Drań zamordował Daniela i jego żonę, Elizę.
Tworzeniem kostiumów zainteresował się po obejrzeniu Potwora z Czarnej Laguny. Zauroczony filmowym monstrum począł wycinać maski z papieru. Malował, przyozdabiał i mocował je za pomocą gumki. Nie były to prace wysokiej jakości, ale otworzyły mu drogę do szycia i garbowania skór. Pracownię urządził sobie w nieczynnej części hotelu. Tam nikt nie chodził, bo i nie było po co. Karol nie mógł liczyć na ojcowską dumę jaką darzył pierworodnego syna ani też troskę jaką otaczano najmłodszego. Wśród swoich prac znajdował spokój i swego rodzaju otuchę. Czasem łapał się na tym, że mówi do przerażających tworów, a te niekiedy odpowiadały mu w wyobraźni. Ohydne twarze, puste oczy, wielkie łapy, szpony... Kostiumy różniły się od siebie jedynie detalami, ale to wystarczyło, aby zakradając się do pracowni nocą przerazić się śmiertelnie kostiumu Rypanego Drania, który wisiał przy samym wejściu.
W ostatnim akcie egocentryzmu Olgierd Hoffman napisał testament i powierzył go zaufanemu notariuszowi. Testament, jak testament, nawet bogacza, nie powinien budzić większych emocji poza ostatnim wersem:

Swój cały majątek przekazuję pierworodnemu dziecku jednego z moich synów, a mojemu wnukowi, który urodzi się najbliżej daty założenia hotelu Barok, czyli 26 stycznia. Zapis ten należy wypełnić nim hotel skończy sto lat, czyli do dnia 26 stycznia 2010 roku.

Witold przeczytał dokument uważnie, podał go Danielowi, a potem Karolowi. Zaskoczeni spoglądali po sobie, potem znowu na testament, a w końcu na uśmiechniętego ojca.
- Tata powinien się leczyć na ten stary, scapiały łeb – oświadczył wprost Witold. - Nie mam zamiaru brać udziału w jakimś cholernym wyścigu!
Po tych słowach Witold spakował walizki i opuścił hotel zarzekając się, że już nigdy nie wróci. Niedługo po tem zmarł Olgierd, a Karol i Daniel stanęli na czele hotelu. Obaj poznali wspaniałe kobiety i wkrótce wzajemnie świadkowali sobie na ślubach. Wszystko zdawało się iść ku dobremu; warunek testamentu przepadł w niepamięć pozostawiając jedynie niesmak, Eliza i Daniel rządzili hotelem, a Karol w obecności Heleny zaprzestał dziwaczeć i nawet na pewien czas odłożył szycie kostiumów.
22 stycznia 1982 roku na świat przyszedł Jacek Hoffman. Po narodzinach chłopca jego matka podupadła na zdrowiu i niedługo potem umarła. Karol został wdowcem, a Jacek w połowie sierotą. Ojciec nie miał cierpliwości do syna i nie miał zamiaru nim się zajmować. Jeszcze, gdyby w grę wchodziło zwyczajne dziecko, mógłby spróbować, ale nie... Pierwszy wnuk Olgierda był odpychający. Jego skóra pokrywały krosty, włosy mu rzedły, mówił mało, częściej piszczał i dostawał spazmatycznych ataków. W dodatku panicznie bał się masek ojca, a największy lęk odczuwał przed kostiumem Rypanego Drania. Karol niekiedy straszył nimi syna, a ten bał się jeszcze bardziej.
Wkrótce razem z Danielem zdecydowali, ha, właściwie to Daniel i Eliza zdecydowali, że lepiej dla hotelu będzie przenieść Jacka do nieczynnej części, gdzie nie będzie przeszkadzał gościom. I tak ojciec i syn żyli w nieczynnej części zapomniani.
26 stycznia 1985 roku Hoffmanowie świętowali dwa ważne wydarzenia. Pierwszym były siedemdziesiąte piąte urodziny hotelu, a drugim narodziny jego przyszłego właściciela, Aleksa.
Jacuś skończył trzy lata. Karol spoglądał na dziecko i zastanawiał się, co łączy go z małym potworkiem? Wcześniej mógł liczyć, że Jacek spełni warunki testamentu, ale teraz, gdy pojawił się pierworodny Daniela? Przegrał z kretesem. Wściekły wrócił do projektowania nowego przebrania, Jacek niech sobie robi co chce, a Daniel i Eliza niech idą do diabła!
Dopiero wtedy zauważył brak ulubionego kostiumu. Nie miał pojęcia, że właśnie teraz morderca w kostiumie Rypanego Drania zabija brata i szwagierkę, praktykanci pomagają mu zacierać ślady, a on sam zostanie posądzony o przerażającą zbrodnię.
Nad ranem przyjechała milicja. Obudził go Henryk Uraś. Do Hoffmana nie dotarła informacja o morderstwie. Gotował się ze złości na myśl o narodzinach bratanka i nie wiedzieć, dlaczego postanowił swoją frustrację wyładować na funkcjonariuszach. I w ten sposób Karol został zastrzelony podczas ataku na milicjanta. W hotelu znaleziono ślady krwi, ale żadnego ciała.
Witold odłożył kostium Rypanego Drania do szafy. Mógł być zadowolony z siebie, bo pozbył się dwóch pretendentów do otrzymania majątku Hoffmanów. Jego jedyną bolączką został Aleks.

***


Przez następne dni trwały poszukiwania Aleksa. Archiwum miejscowej gazety sięgało początków roku 2002. Za największy news tamtego okresu podawano sądowy spór o dwa hektary ziemi, gdzie planowano budowę ekskluzywnego osiedla i jedyną rzeczą, jaka wiązała sprawę z hotelem było jego sąsiedztwo.
- Mało istotne – stwierdził surowo Konrad wertując bursztyńską gazetę. Zresztą data rozpoczęcia działalności gazety sama z siebie eliminowała ją jako pożyteczne źródło informacji. Wcześniej ustalili chronologię wydarzeń. Stefan odbywał praktyki jakieś ćwierć wieku temu. Wtedy też zrobiono zdjęcie z Danielem i jego żoną. Na rozum wychodził rok 1985.
- Mógł łgać z datą albo faktycznie nie pamiętać – zauważył ostrożnie Adrian.
Stefan mówił chętnie i dużo, ale były momenty, w których Korba wyczuwał zmianę tonu. Pytany o ludzi ze zdjęcia brzmiał nieszczerze. Chciał coś ukryć? Z pewnością. Chronił kogoś? Być może. Znał prawdę? Tego musieli się dowiedzieć.
Z pomocą przyszedł przypadkowy artykuł o Rypanym Draniu:
"Opętany szałem Karol H. założył zaprojektowany przez siebie kostium i zamordował brata oraz ciężarną szwagierkę – czytamy w aktach zeznanie jedynego świadka zdarzenia".
- Dam sobie rękę uciąć, że chodzi o Henryka – skomentowała Rychlewska.
Spytać się jednak nie odważyła. Jeszcze nie. Dominika coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu o winie menadżera. Uraś mógł pomóc w morderstwie, zacierać ślady, obiecać alibi mordercy, a w ostatniej chwili wycofać się, zrzucając całą winę na Karola. Czy zrobił to ze strachu, wyrzutów sumienia, czy dla korzyści, chwilowo jej nie interesowało.
Najważniejszą rzeczą ustaloną była data morderstwa, 26 stycznia 1985 roku. Aleks musiał się urodzić wbrew temu co pisano w artykule. Mógł mieć 25 lat. Psuło to trochę wcześniejsze teorie Dominiki o tym, że któryś z lipczan jest Aleksem, ale zgodnie postanowili ustalić motyw potem. Póki co musiała im wystarczyć jako taka chronologia zdarzeń.
Leszek ze względu na bajerę obdzwonił wszystkie ośrodki adopcyjne i szpitale w pomorskim. Wysiłek przypominał syzyfową pracę, bo jedynymi danymi jakimi operował było nazwisko i przybliżona data urodzenia. Ludzie odpowiadali niechętnie.
- A co jeżeli Aleks nie trafił do adopcji tylko od razu został przygarnięty przez jakąś rodzinę? - zamyślił się.
Dominika nie odpowiedziała. Śledztwo ruszało z miejsca niemal niewidocznym tempie.

***


Pani Jadzia miała własne sprawy na głowie. Od chwili przyjazdu do hotelu, myślała, jak wrócić do domu. W głowie telepał jej się obraz małego domku na górce, jakiegoś sanatorium i upierdliwego opiekuna medycznego, który ciągał ją po Trójmieście. Z początku nawet podobała jej się wycieczka, ale jak długo można? Szybko wkradła się monotonia, w której czas odmierzały godziny posiłków. Hotel wydał się na nowo atrakcyjny wraz z przybyciem praktykantów i mordercy. Nocne przyjazdy policji, trupy, krzyki. Ha, to dopiero ubaw! Teraz osiemdziesięciolatka postawiła przed sobą dwa zadania. Pierwsze to wytropić Rypanego Drania, a drugie wrócić do domu. W tym celu należało uciec z pokoju nim obudzi się Szymek. Postanowiła zabrać ze sobą tylko to, co ma na sobie, a więc na piżamę zarzuciła szlafrok, a do głębokiej kieszeni włożyła... ciupagę.
Pamięć miała już słabą, ale przedmiot kojarzył jej się z rodzinnym domem na górce (mało precyzyjny adres, ale od czegoś należało zacząć). Poza tym broń mogła jej posłużyć do pojmania mordercy.
Szymon zamykał pokój na noc, a klucz chował pod własną poduszką. Stwierdziła więc, że wyjdzie przez okno balkonowe. Wyszła na zewnątrz, a potem po gzymsie do kolejnego balkonu. Czynność tę powtórzyła jeszcze dwa razy, aż dotarła do pokoju praktykantów. Dopisało jej szczęście, bo w pokoju znajdował się akurat jakiś młodzieniec. Zapukała. Paweł otworzył bez pośpiechu. Widok starej baby w szlafroku, porannych pantoflach i z ciupagą w ręku trochę go zaskoczył. Staruszka uśmiechnęła się serdecznie i przedstawiła:
- Jadwiga Dobrójska.
- Paweł. Ładna ciupaga – skomplementował melancholijnie broń.
- Dziękuję! – zawołała, wybiegając z pokoju. - Idę polować na mordercę!
Niemal od razu udała się na strych. Drzwi były zakluczone, ale z pomocą ciupagi podważyła zamek. Raz jeszcze pogratulowała sobie pomysłu z zabraniem siekierki. Przez pomieszczenie na poddaszu przedostała się do ukrytej części hotelu. Dłuższą chwilę spacerowała po korytarzach, aż wreszcie natrafiła na odpowiednie pomieszczenie, dawną pracownię Karola Hoffmana, a obecną siedzibę Rypanego Drania.
Morderca właśnie ubierał kostium. Przycupnęła pod ścianą i bacznie obserwowała faceta ubierającego maskę. Napięcie rosło, a ona czuła, że to najlepszy moment na atak. Nie! Jeszcze chwila! Jeszcze chwila... Już! Wyskoczywszy ukrycia krzyknęła radośnie:
- Mam cię! Wszystko widziałam!
Rypany Drań stał przed nią w masce i samych gaciach.
- Poddaj się, bo cię zaciukam!
Nie czekając na reakcję przeciwnika ruszyła. Z okrzykiem bojowym uniosła siekierkę i zamachnęła się. Rypany Drań okazał większy refleks. Złapał Dobrójską za rękę i wyrwał ciupagę. Jadzia zaczęła okładać go pięściami.
- Od początku wiedziałam, że to ty! Wiedziałam! Wiedziałam! Wie... - ostatniego już nie dokończyła, bo ciupaga zatopiła się w jej czaszce.
Staruszka zrobiła krok do tyłu i padła trupem.
- Ja pierdolę! – ryknął Rypany Drań. - Jak to babsko tutaj wlazło?
Był poirytowany sytuacją, a beztroska z jaką mordował jego wspólnik wprawiała go w jeszcze większą wściekłość. Należało poszukać rozwiązania i jako takie świtało mu w głowie.

***


- I co? Znowu?
Zachmurzony Szymek spojrzał na Stefana, ale nic nie odpowiedział. Trudno było określić, czy jest zły na panią Jadzię, czy na oczywistość z jaką kierownik spa odkrył jego problem.
- Pomożecie szukać?
Nieobecny myślami Gustaw nie zareagował. Stefan wyszczerzył się i delikatnie szturchnął kolegę.
- Co się stało? - spytał wybudzony z letargu Brzęcki.
- Pani Dobrójska znowu mu uciekła – w jego głosie dało się słyszeć satysfakcję.
- Już mam dość tej starej raszpli – przyznał bez ogródek Szymon.
- Nie gadaj, bo jak wpadnie pod nóż mordercy to będziesz musiał się tłumaczyć jej rodzinie.
Na myśl o mordercy chłopaka przeszył zimny dreszcz. Śmierć seniorki oznaczałaby opuszczenie hotelu. Wstyd było się przyznać, ale ucieszyła go ta perspektywa. Z drugiej strony poznał Emilkę.
- Przestańcie! - uciszył ich Gustaw. - Zginęły dwie osoby! Tak tego nie można zostawić!
- I co chcesz zrobić?
Na moment zapadła grobowa cisza.
- Profesor Jędrus była strasznym babskiem, ale bardzo dobrą nauczycielką – przyznał smętnie, aby po krótkiej pauzie kontynuować z większym wigorem - dostając u niej dwóję na semestr miałeś pewność, że nauczyłeś się matematyki! Odszukam mordercę, a wy mi w tym pomożecie!
- Że niby mamy ryzykować? - zaśmiał się nerwowo.
- Popieram! - zerwał się Stefan. - Zasadzka!
- Myślałem raczej o pracy detektywistycznej – zająknął się Brzęcki.
- I co nam to da? Oglądałeś kiedyś, Scooby-Doo? - mówił podekscytowany. - Na koniec każdego odcinka bohaterowie zastawiają pułapkę, w którą wpada złoczyńca i wtedy demaskują go. Zrobimy tak samo. Przyda nam się pomoc twojego brata i tych idiotek od solarium... - próbował sobie przypomnieć imiona dziewczyn, ale na próżno. - Będą potrzebne łopaty, półtony węgla, lina...
- Dlaczego załatwiłeś praktyki bratu i jego znajomym – przerwał mu Szymon. - I to akurat teraz, gdy zaczęły się te morderstwa?
- Bo mnie poprosił – odparł nieżyczliwie. - Zresztą, skąd mogłem wiedzieć, że ktoś zacznie zabijać ludzi?
- Konrad coś wspominał, że nienawidzi swojego rodzeństwa – zaczął drążyć niby inny temat.
- Biologicznego – podkreślił Gustaw. - Ja zostałem adoptowany przez Brzęckich, a poza tym dzieli nas spora różnica wieku.
Od kiedy sięgał pamięcią w domu trwał nieprzerwany konflikt zbrojny. Co chwila powstawały sojusze i opozycje, walki przeplatały rozejmy. Z kolei, co można było zauważyć po imionach latorośli, u rodziców panowało zamiłowanie do twórczości Mickiewicza, kompletnie ignorujące zatargi Zosi, Karusi, Konrada i Tadeusza. Jedynie Gustaw zdążył opuścić dom rodzinny nim zaczęły się pierwsze poważne starcia pomiędzy Karusią, a Konradem, do których dołączyli wkrótce młodsi Tadeusz i Zosia. Tu nadmienię, że najmłodsza z Brzęckich, Zosieńka okazywała w tej wojnie mistrzostwo. Raz nawet zadzwoniła na policję z donosem na Tadeusza o włamanie do kiosku w Lipkach. Gustaw był serdeczny i kochający do rodzeństwa. Każde z nich traktował jak to najukochańsze i najważniejsze. Dlatego też nigdy nie dał się wciągnąć w kłótnie pomiędzy siostrami i braćmi.
Szymon pokiwał głową. Również miał swoje podejrzenia, ale nie miał zamiaru się z nich spowiadać przed nikim.
Pomysł przygotowania zasadzki na Rypanego Drania chwilowo poszedł w zapomnienie. Na chwilę obecną należało odnaleźć panią Jadzię.

***


Dla Adriana Korby, Marysia była po prostu koleżanką z klasy. Gdyby ktoś zapytał, co o niej sądzi, zastanawiałby się długo. Kubińska kojarzyła mu się z nieprzeciętnym uporem. Tak, to właściwe określenie, bo jak inaczej nazwać jej desperackie próby odróżnienia się od siostry bliźniaczki, które miały miejsce jeszcze na długo przed kapturniczą aferą? Po śmierci Zuzanny upór wyparował, a brzydkie kaczątko przemieniło się w pięknego łabędzia. I tyle.
Marysia dzieliła podobne uczucia względem Adriana. Chłopak Natalii, sportowiec, miły, ale nie w jej typie. Z bólem przyznać musiała, że od zawsze podobał jej się Paweł Ostrowski. Do cholery! Dowiedziawszy się o jego związku z Zuzą od podobał jej się natychmiast.
Tamtego dnia Adrian i Marysia pomagali w kuchni. Marek zostawił im wolną rękę w kwestii obiadu wybywając gdzieś prędko.
Na całe szczęście Kubińska doskonale odnajdowała się w kuchni. Zawdzięczała to swojemu uporowi. Jej siostra nie znosiła kuchni, gotować nie potrafiła, a więc Marysia przyjęła za punkt honoru zawładnąć tajnikami kuchni. Trzeba było jej to oddać. Pomimo wielu zastojów umysłowych do gotowania posiadała talent. Adrian stał z boku i posłusznie wykonywał każde polecenie.
- Połamać, czy zostawić? - spytał, wymachując makaronem.
- Złam na dwa razy – poleciła. - Nie będziemy jeść jak Pieszczoszka i Hultaj.
- E, Zakochany kundel to klasyka. Fajnie byłoby kiedyś zjeść taką kolację jak oni.
Marysia zamarła, a on mówił dalej:
- Chociaż spanielka źle wybrała. Powinna przyjąć oświadczyny Jocka. Był jej szczerze oddany, a kundel z kolei tylko dobrze się z nią bawił – jego głos brzmiał gorzko, jakby wspominał niedawne zerwanie z Natalią. - Małżeństwo z rozsądku czy nie. Jock ofiarował jej przyjaźń, gdy nie miała nikogo.
Maria milczała. Adrian, sportowiec, był chłopak Natalii, miły, ale nie w jej typie, znał film Disneya. Po chwili dodał, że Zakochany kundel to jego ulubiona animacja. Serce Kubińskiej zabiło szybciej. To był także jej ulubiony film. Jeszcze moment musiała stać w bezruchu kontemplując istnienie równoległych światów, w których Adrian i Natalia byliby parą, ona nie umiała gotować, Pieszczoszka przyjmowała Jocka, a Rypany Drań nie mordowałby ludzi. Musiała wyglądać idiotycznie, bo wreszcie Korba spytał wyraźnie zaniepokojony:
- Dobrze się czujesz?
Marysia opanowała swój niedowład umysłowy i odparła twardo:
- Nie łam. Zjemy długi.
Tego dnia na obiad był rozmemłany makaron, a Adrian i Marysia spoglądali na siebie maślanymi oczami.

***


W normalnych warunkach najnowsza afera wydałaby się nieprzyjemna, ale w skali hotelu Barok, gdzie okryto skrzynię ze szkieletami właścicieli, doszło do jednej próby oraz co najmniej dwóch morderstw, a panią Dobrójską gdzieś wcięło, sprawa wyglądała na taką, która mogłaby rozejść się po kościach. Na drzwiach do biura menadżera ktoś napisał czerwoną farbą:

"WIEM, CO ZROBIŁEŚ TAMTEJ SIMY!"


Henryk pobladł, Stefan pobladł, a blada na co dzień Ola dostała wypieków na policzkach od ścierania bazgrołów.
- A to jak wyjaśnisz? - spytał zaniepokojony Stefan.
Uraś przełknął ciężko ślinę, wezwał wszystkich pracowników i ogłosił:
- Mam tego dość! Którekolwiek z was tak się bawi, przysięgam – złapał powietrze. - Nie podaruję! Gdy menadżer wrzeszczał i odgrażał się wszystkim naokoło, w niewielkim tłumie trwały dyskusje na temat znaczenia napisu.
- Analfabeta – stwierdziła pobłażliwie Marysia. - Napisał "s", zamiast "z". Powinno być "zimy".
- Ktoś się dowiedział... - powiedział ponuro Michał.
- O czym? - zapytał niemal mechanicznie Konrad. Bardziej od informacji pochłaniała go Ola zmywająca napis z drzwi. Wyglądała ślicznie.
- O moim sekrecie.
Słowo sekret podziałało jak zaklęcie i po chwili kolejne osoby zaczęły spoglądać na Michała pożądliwie oczekując wyjawienia tajemnicy.
- W zeszłą zimę zrobiłem coś bardzo złego – głos chłopca łamał się. - Przepraszam.
- Mów, bo pęknę z ciekawości! - wyrwała się podekscytowana Natalia.
- Zeszłej zimy czitowałem w Simsach! - wrzasnął, czując jak ogromny ciężar spada z jego serca.
Nawet Henryk na moment zamilkł. Zapanowała chwilowa konsternacja.
- Nie rozumiecie, to nie jest żaden byk! Specjalnie napisał przez "s", abym wiedział!
- Jezu... - jęknął Leszek. - Już wolałem, jak nie wychylał nosa zza komputera.
- Aleks... - mruknął Konrad szturchając przy tym Adriana. - Dominika ma częściową rację.
- Z czym? - odparł równie konspiracyjnie.
- Aleks wie, że Henryk zagarnął hotel i teraz próbuje go zniszczyć jako Rypany Drań – powiedział z przekonaniem. - Motywem jest zemsta.
Dominika pokręciła głową. Miała chwilowy mętlik w głowie i wolała się nie odzywać, zwłaszcza, że tego dnia na drzwiach pokoju dziewczyn pojawił się drugi napis i jak ustalili później musiał być skierowany do Rychlewskiej, a brzmiał:

"WITAJ W DOMU, HELENO"


Pierwsza napis odkryła Marysia. Zdenerwowana oparła się o Adriana, który niemal odruchowo objął dziewczynę w pasie i szepnął jej coś na ucho. Kubińska wzdrygnęła się, ale reakcję wywołało zaskoczenie, a nie jakakolwiek niechęć, wręcz przeciwnie... W ramionach Korby poczuła się bardzo dobrze. On mógł być jej Jockiem, a ona jego Pieszczoszką. Zauważyła to Natalia.
- Co tu jest grane?! - wrzasnęła w odniesieniu do zaistniałej pomiędzy nimi sytuacji.
- Też chciałbym wiedzieć... - wyszeptał skołowany Leszek.
- O jaką Helenę znowu chodzi?! - pojawiło się kolejne pytanie.
Z wyjaśnieniem pośpieszył Gustaw:
- Żona Karola miała na imię Helena.
- Czyli to wiadomość do łudząco przypominającej ją Dominiki? - wywnioskował ostrożnie Konrad.
- Tylko trochę przypominającej – zaznaczyła sama zainteresowana.
- Co tu jest grane? - powtórzyła nieco spokojniej Natalia.
- Duch Karola.
- Albo Jacusia – zaśmiał się Stefan.
Ola spojrzała smętnie na kolejny napis przy czym oznajmiła, że ma resztę płynu do mycia naczyń i albo zmyje te bazgroły, albo będą jedli w brudnych naczyniach.
- Co tu jest grane? - tym razem głos Natalii falował.
- Czy ktoś tu otrzymał monopol na wariactwo, czy wybuchła jakaś epidemia? - zapytał Adrian.
- Nic mi o tym nie wiadomo – westchnął Stefan.
- Co tu jest grane?! - wrzasnęła Natalia. Tym razem jej pytania nikt nie mógł zignorować. - Dlaczego Marysia obłapuje mojego chłopaka?!
- Byłego – upomniała ją Rychlewska.
- Ty! - ryknęła, wskazując palcem Marysię.
Kubińska aż podskoczyła.
- Byłam dla ciebie miła mimo tego, że twoja siostra była wariatką i próbowała nas pozabijać! Wyhodowałam żmiję!
- Odczep się od niej! - do akcji wkroczył Adrian.
W jednej chwili Natalia dostała ataku spazmów. Jej gniewny głos zmienił się w histeryczną paplaninę o jakimś barłogu, Rypanym Draniu i makijażu w stylu Brigitte Bardot.

***


Wszedł do gabinetu bez ceregieli. Nie zapukał, nie odezwał się słowem. Wszedł, opadł ciężko na krzesło i spojrzał na Henryka w taki sposób, że menadżera aż odrzuciło. Normalnie, Marek dostałby ochrzan za wchodzenie jak do obory, ale wytrącony napisem na ścianie nie potrafił poprawnie zareagować
- Słucham – odezwał się nieco zamotany.
Kucharz uśmiechnął się.
- Dobrze ci tu, co?
- Słucham?
- Od ilu lat tak sobie królujesz tutaj? - zapytał, dodając ze wzgardą: - Już nie chce mi się na to patrzeć.
- Chyba coś ci się pomyliło – chłodny głos menadżera zadrżał nieznacznie.
- Mi? Nie – wzgardliwy ton nie ustępował. - Może się przedstawię – zaproponował opierając dłonie na brzuchu. - Nazywam się Witold i jestem najstarszym synem Olgierda Hoffmana.
Henryk otworzył usta, ale nie wydobył z nich żadnego dźwięku. Chciał wstać, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
- Opuściłem to miejsce przed laty, ale teraz wróciłem po swoje.
- Ale... Ale przecież... – Henryk próbował pozbierać myśli. - Przecież pracujesz tu od wielu lat i nic wcześniej, a teraz...
- No właśnie! Nie mam zamiaru dłużej poniżać się i pracować przy garach we własnym hotelu! - w Marka-Witolda wstąpiła nowa energia. - Muszę odzyskać mój majątek. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo wszyscy znają historię testamentu - westchnął ciężko. - Z zaufanego źródła dowiedziałem się, że spadkobierca ujawni się przed setną rocznicą hotelu, a więc został niecały miesiąc – kontynuował, ale już bez wcześniejszego siły. - Nie można do tego dopuścić i dlatego zwracam się z prośbą o pomoc do ciebie.
- Do mnie? - Uraś nie krył zdziwienia.
- Nie muszę chyba wspominać, że dziecko Daniela wyrzuci cię stąd na zbity pysk, prawda? - na twarzy kucharza pojawił się chytry uśmieszek. - Jeśli pomożesz mi, chętnie oddam ci część majątku.
- To ty jesteś Rypanym Draniem..
Przytaknął.
- To ja zabiłem starą i próbowałem usmażyć w solarium tamtą dziewczynę. Anitą i nauczycielką zajął się mój potomek.
Henryk bardzo szybko zaczął przetwarzać informacje. Doszło do niego, że mówił o Jadwidze Dobrójskiej. Matko, ich jedyna pensjonariuszka została zamordowana. Oczami wyobraźni widział jak cały hotel chyli się ku upadkowi. Po chwili doszło do niego, że Marek nie działa w pojedynkę.
- Potomek? - zapytał zaciekawiony. - Mogę pogratulować? Syn? Córka?
- Nie zdradzę ci, kim jest mój wspólnik – pokręcił głową. - Wiem, jak wtedy wykiwałeś Karola i zaraz po ukryciu trupów doniosłeś na niego.
Uraś poczerwieniał.
- Jeśli przyjedzie tu policja i wyprowadzi mnie w kajdankach, mój wspólnik zarżnie cię.
- Chwileczkę – przerwał mu Henryk. - Skoro masz dzieciaka to dlaczego nie upomni się o spadek?
- Bo przyszedł na świat w maju i dopóki żyje ten cały Aleks nic nie otrzyma, a więc i ja i ty odejdziemy stąd z pustymi rękoma.
Henryk poczuł jak po szyi spływa mu kropla potu.
- Wiesz coś więcej o tym całym Aleksie? - zapytał ostrożnie.
- Podejrzewam, że to jedno z twoich praktykantów. Niby rocznik się nie zgadza, ale mam swoje przypuszczenia – uciął. - Zresztą w metryce można nakłamać.
- A o co chodziło z tymi napisami na drzwiach?!
- Nie miałem z tym nic wspólnego, ale mój wspólnik jest nerwowy i bardzo cię nie lubi - przyznał. - O napisie na drzwiach pokoju dziewczyn nic mi nie wiadomo.
Henryk przyjął do wiadomości wszystkie informacje, a na koniec rozmowy uścisnął rękę pana Hoffmana, oczywiście, nie bez obaw. Obiecał nie zdradzić prawdziwej tożsamości kucharza i pomóc w miarę możliwości w odnalezieniu spadkobiercy. Witold z kolei obiecał sowicie wynagrodzić go za pomoc.

***


Czas rozpocząć nowy Body Counting. Uderza seryjny morderca i dziury we łbie wywierca, czy uciekniesz nim cię trafi? Jak cię jebnie... – Paweł przeczytał tekstu bez znaków przystankowych. Przeczytał kilka kolejnych wersów i już miał wydać opinię na temat twórczości Leszka, gdy do pokoju wszedł autor i od razu osłupiał z przerażenia.
- Piszesz o mnie? - spytał wyraźnie rozweselony Paweł. - Twoje teksty zawsze były skrajnie chujowe, ale ten... - powstrzymał się od śmiechu. - Jak wydasz płytę jakimś cudem to przynajmniej nazwij ją moim imieniem, dobra?
Raper stał w milczeniu.
- W ogóle mógłbyś się przywitać - kontynuował, ale z mniejszym rozweseleniem.
- Cześć – odpowiedziała mu stojąca za nim Dominika.
Leszek dalej próbował opanować zaćmienie umysłu.
- No co tak wybałuszasz gały? - spytał wesoło Ostrowski. - Przywitać się nie umiesz z najlepszym kolegą?
- Dzwonię na policję – oznajmił ze spokojem Matuszewicz.
- Najpierw pogadaj o tym z Adrianem i Kondziem, bo pozwolili mi tu zostać.
Chłopak nic nie odpowiedział, a Paweł przeniósł całą uwagę na Dominikę:
- Nowa koleżanka?
Dziewczyna przedstawiła się grzecznie.
- Tylko zbliż się do niej, a zabiję – Leszek odzyskał stanowczy głos.
- Zrobiłeś się strasznie nerwowy, a ona mi się podoba.
Leszek poprosił Dominikę, aby wróciła do pokoju i najlepiej zamknęła się na klucz. Sam zaś udał się na parter, aby porozmawiać z Adrianem i Konradem. Obiecał, że zachowa spokój, ale chrzanić! Zataili przed nim tak ważną informację. Jak długo Ostrowski mieszkał w hotelu? Przecież był niebezpieczny! Narażali wszystkich! Kretyni!
- Wyjaśnijcie mi, dlaczego w hotelu ukrywa się zbiegły z zakładu psychiatrycznego morderca?!
Konrad jęknął. Adrian spojrzał najpierw na Brzęckiego, a potem na Matuszewicza. Obecność Pawła również wydawała mu się błędem, ale teraz mógł jedynie poprzeć pomysł.
- Jest tu od kilku dni – powiedział najzwyklej w świecie.
Lechu zaniemówił. Nie wiedział, czy bardziej zirytowała go obecność Pawła, czy wspólny sekret chłopaków, w który go nie wtajemniczyli.
- Kurwa, powinniście zawiadomić policję! To morderca!
- Wyluzuj trochę – uciął lekceważąco Adrian. - Dla nas też to było szokiem, ale nie ma tego złego...
- O czym ty gadasz? - przerwał mu. - Mamy jednego zabójcę, a teraz mamy ukrywać drugiego?
- Paweł nam pomoże w szukaniu Rypanego Drania.
- Słyszysz siebie?
- Ten hotel ma swoją renomę, a Rypany Drań ją niszczy – trochę źle się wyraził, nie o to mu chodziło, ale zabrzmiało jak zabrzmiało.
- Mam gdzieś renomę podrzędnego motelu! - ryknął. - Kapturnik zabił pięć osób!
- Przypominam, że jesteś pracownikiem tego podrzędnego motelu.
- Zaczynam się zastanawiać, czy ty przypadkiem nie jesteś Rypanym Draniem – rzucił podejrzliwie Leszek.
- A uważaj sobie - zbył go. - Mam zamiar dokończyć praktyki i przy okazji zapanować nad tym chaosem. Pawła biorę na siebie, a ty ze swojej łaski nie rób za kabla.
To był koniec rozmowy. Lechu mówić o Pawle nie miał zamiaru z jednego powodu. Ostrowski mieszkał tutaj od kilku dni, chcąc, nie chcąc, ale wzywając policję wpędziłby w tarapaty nie tylko Adriana, ale także Konrada i kto wie, czy i tym razem Paweł nie zdałoby się wywinąć?

***


Był późny wieczór, gdy Leszek i Dominika wybrali się na spacer wokół hotelu. Przez moment szli w zupełnej ciszy.
- Kim jest ten chłopak? - przerwała milczenie.
- Kto? Paweł?
Skinęła głową. Leszek spojrzał w niebo.
- Pochodzę z Lipek - zaczął niemrawo. - Jakiś rok temu moje życie było jeszcze normalne, ale potem okazało się, że mój najlepszy kumpel, Paweł, jest seryjnym mordercą. Zabił między innymi dziewczynę, na której bardzo mi zależało - powiedział to tak obojętnie, że mogła zastanawiać się nad prawdziwością jego słów.
- A ty? Jak trafiłaś tutaj?
- Wychowuje mnie wujek – powiedziała. - Byłam mała, gdy moi rodzice zginęli w wypadku.
- Przykro mi.
- Nie pamiętam ich, także żadnej straty nie czuję – rzuciła chłodno. - Tutaj zostałam skierowana przez sąd w ramach prac społecznych.
- Porachunki mafijne? - zażartował.
- Wykradłam ze schroniska dwadzieścia psów, które chcieli uśpić. Pewnie mnie nie rozumiesz, ale chciałam uratować komuś życie.
Delikatnie objął w pasie. Było chłodno, a oni szli przytuleni.
- Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważała.
- Mam się nie dać zabić?
- To też – powiedział i szybko dodał: - droga jest ślizga.
Przystanęli, aby się pocałować, a potem jeszcze raz. Droga była rzeczywiście bardzo ślizga.

***


Marek-Witold przygotował kolację w kryjówce Rypanego Drania. Było to jedyne miejsce, w którym on i wspólnik mogli porozmawiać swobodnie. Miał mu wiele do powiedzenia, a wcześniej nie mogli się zgrać w czasie. W końcu do pokoju wszedł jego potomek w pełnym umundurowaniu.
- Zrobiłem kolację - powiedział ponuro kurzach. - Rozbierz się i siadaj.
Rypany Drań odłożył nóż i zaczął powoli ściągać kostium.
- Całe lata nie miałem tego kostiumu na sobie - westchnął, klepiąc się po brzuchu. - Na ciebie chociaż pasuje?
- Tak.
- Dzisiaj próbowałem się w niego wcisnąć i nakryła mnie ta starucha - powiedział ze spokojem.
Rypany Drań gwałtownie obejrzał się na ojca.
- Zaatakowała mnie ciupagą, wyobraź sobie - mówił z rozbawieniem. - Musiałem ją stuknąć.
Informacja o zabiciu Dobrójskiej uspokoiła nieco wspólnika.
- To jeszcze nie wszystko - mówił dalej. - Zdecydowałem się powiedzieć Urasiowi o nas. Nie zdradziłem mu twojej tożsamości, ale powiedziałem, kogo szukamy.
Tym razem Rypany Drań zamarł na chwilę. Czy to znaczyło, że ktoś znał ich plany? Cholera! Cały plan polegał ojca na tym, że nikt nie miał wiedzieć o nich! Henryk mógł ich szantażować albo zdradzić! Stary idiota.
- Po co całe te przebieranki skoro mu powiedziałeś?
- O tobie nic nie wie, ale obiecał nam pomóc w szukaniu Aleksa - powiedział spokojnie siadając do stołu.
Rypany Drań wstrzymywał się ze zdjęciem maski. Odruchowo złapał za nóż zaczął przyglądać się zabrudzonemu ostrzu.
- Myślę, że możemy mu zaufać. Wtedy pomógł mi ukryć zwłoki Daniela i jego żony.
- I zadzwonił na milicję.
Witold zaśmiał się.
- Nawet nie wiesz jaką niespodziankę mi wtedy sprawił! Doniósł na Karola myśląc, że to on był Rypanym Draniem. Zawsze powtarzałem, że maska daje ogromną siłę. Za jej obliczem można ukryć prawdziwe zamiary - wspominał, ale potomek już nie słuchał.
Ojciec cały czas powtarzał o swoim hotelu, a jak na razie nic nie zrobił w celu odzyskania majątku. Spadek był przeznaczony dla wnuka, nie syna! - gotował się w sobie Rypany Drań. - Kto eliminuje potencjalnych spadkobierców? Ja? Czy ojciec? Ja!
W jednej chwili urosła w nim ogromna złość. Złość na tyle potężna, aby rzucić się na Witolda z nożem. Hoffman nie zdążył wykonać uniku.
- No... To został mi już tylko kuzyn.
Obrazek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2007
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Lokalizacja: Warszawa Rembertów
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: RedHatMeg » 13 lis 2017, 10:36

A ja tak czułam, że ten napis ma coś związanego z simsami :mrgreen:

Wydaje mi się, że za wcześnie zdradziłeś tożsamość jednego z morderców... znowu. I coraz bardziej przekonuję się o tym, że wzorujesz się na Królowych Krzyku. W Hotelu to bardziej widać.

E każdym razie szkoda pani Jadzi. Jak dla mnie ona powinna przeżyć ich wszystkich.

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 13 lis 2017, 13:14

Kurde, zastanawiałem się nad wstawką i zdecydowałem się na zdanie "wiem, co zrobiłeś minionego lata", ale jakoś tak brzmiało nijako, a więc wystawiłem na przód Michałka, bo jednak siedzi w tym hotelu, a praktycznie głosu nie zabiera i dodałem coś związanego z grami.
Dlaczego za wcześnie?
Ej, to nie jest żaden plagiat :-(
Z napisaniem takiej serii nosiłem się od bardzo dawna. Potem było SQ i pomyślałem, aby zrobić komedio-horror, gdzie role dziewczyn przejęliby chłopcy. To był pomysł od którego wyszedłem, jasne. I tak, Paweł przypomina szóstkę (widzę to sam, zwłaszcza z tą jego pomocą), ale na to nic nie mogę poradzić, nie będę wyrzucał pracy do kosza, bo mam podobną wizję wariata do RM, z pewnością nie kopiowałem królowych krzyku. Pozostałe postacie są przerysowane jak w Krzyku, serialowym Krzyku (np. Konrad jest nieco jak Noah), Domu w głębi lasu itd. Także bez przesady.
Obrazek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2007
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Lokalizacja: Warszawa Rembertów
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: RedHatMeg » 13 lis 2017, 13:54

Mówiłam, że się wzorujesz, a nie, że wrednie zrzynasz. Chodziło mi o to, że widać, co cię inspirowało (poza zwykłymi horrorami, które parodiujesz). Krzyków nie oglądałam (w sumie teraz jest na mojej liście Rzeczy Do Nadrobienia, Ale Nie Wiem, Kiedy), więc najbardziej mi się klimat skojarzył właśnie z Królowymi Krzyku. Nie uważam tego, za coś złego, tylko po prostu stwierdziłam fakt. mimo wszystko nadajesz opowieści własny rys i wychodzi z tego coś naprawdę dobrego (mówię ci, wyślij te swoje horrory do jakiegoś wydawnictwa).

A morderca wyjawiony za wcześnie, bo dopiero w czwartym rozdziale. Zośkę też jakoś tak w piątym. Tylko że choć tam to było w miarę naturalne i zaskakujące, tak tutaj wyszło sztucznie. Facet tak po prostu się przyznał, że jest Rypanym Draniem. Moim zdaniem lepiej by było, gdybyś to pozostawił w tajemnicy jeszcze przez jakiś czas, a potem w którymś momencie wyjawił, że Henryk współpracuje z jednym z Rypanych Drani, bo go zaszantażowali/przekupili/przekonali do swoich racji.

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 13 lis 2017, 14:14

A, to sorry, źle zrozumiałem ;p
Generalnie nie chciałem tego zbyt długo utrzymywać w tajemnicy, aby znowu czytelnicy nie zarzucali, że wyszło trochę z dupy. Tym bardziej, że zbliżamy się do końca. No i bałem się, że w 6/7 rozdziale za dużo rzeczy będzie do wyjaśniania, a koniecznie chciałem zaznaczyć, że Witek, a nie Karol odpowiadał za morderstwo sprzed lat. No i teraz bohaterowie będą mieli czas, aby dojść do powiązania kucharza z mordercą.
W moim oryginalnym zamyśle rolę kucharza miała otrzymać pani Jadzia tj. być jakąś wpływową seniorką powiązaną z tajemnicą. Zrezygnowałem.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 470
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 24 lis 2017, 00:18

Rozdział 5
Noc Freddiego Mercury


Final girl to niby ta, która zawsze dobrze kończy. Cechuje ją wrażliwość, inteligencja i nieprzeciętna uroda. To właśnie ona znajduje w sobie siłę, aby w ostatnim akcie spektaklu przeciwstawić się antagoniście. Natalia zgodziła się z wrażliwością, inteligencją i nieprzeciętną urodą, nie było wątpliwości, ba, to dzięki niej schwytano Kapturnika, wszystko się zgadzało, ale czy finał jest zawsze pomyślny dla bohaterki horroru? W filmach umiera jej chłopak, przyjaciele, a ona poturbowana po walce z jakimś gnojem trafia do szpitala, gdzie nafaszerują ją klorazepanem, a jak nie przyniesie efektu, to trafi do psychiatryka. Los final girl nie był usłany różami. Jeśli wszystkich wymorduje, a ona trafi z traumą do wariatkowa w Kowalikach? Zupełnie jak matka Pawła. Ominie ją studniówka! Jezus Mario! Doszło do niej, że nie ma z kim iść na bal. Jak pokaże się w Lipkach bez chłopaka? Gorzej, że nieogarnięta Marysia wróci do domu z jej Adrianem. Pozostało mieć nadzieję, że Rypany Drań zabije ją, Adriana albo Marysię. Tak, śmierć Kubińskiej byłaby najlepszym rozwiązaniem.
- Facebook - wyszeptała przerażona.
Niepokojące przeczucie kazało jej zalogować się na portalu społecznościowym i sprawdzić jedną istotną informację. Zamarła. Na profilu Marii Kubińskiej zmienił się status z "wolna" na "w związku".
- W związku z Adrian Korba - przeczytała gorzko.
Teraz już wszyscy w Lipkach wiedzą, że Adrian zostawił ją dla Marysi. Niechętnie przeczytała komentarze znajomych:
"A on wie?", "XD", "Gratulacje!", " Co na to Natalka?", "LOL".
Natalia była bliska płaczu. Taki wstyd i na domiar tego wszystkiego miała dzisiaj dyżur w kuchni. Wstrętny kucharz-dziad znowu każe jej strugać pyry, a potem będzie musiała zmywać po obiedzie.
- Do cholery, co to za hotel, w którym nie ma zmywarki! - zawołała rozzłoszczona.
Marek nie odpowiedział. Leżał martwy z łbem w garnku z gotującą się wodą. Natalia przez chwilę wpatrywała się w niego próbując połączyć fakty. Kucharz, nie żyje, obiad, Rypany Drań, Facebook Marysi, morderstwo. Ze spokojem opuściła pomieszczenie. Nie do końca myśląc logicznie powędrowała przed siebie z zamiarem powiadomienia pierwszej napotkanej osoby o kolejnej zbrodni.

***


Jeszcze wczoraj Henryk czuł się świetnie. Marek-Witold wyjawił mu połowę swojego sekretu, a tym samym wyraził chęć współpracy. Sojusz z Witoldem oznaczał poczucie bezpieczeństwa, ale teraz gdy ten został znaleziony martwy... Doskonale wiedział, co się wydarzyło. Hoffman junior musiał mieć odmienne zdanie od ojca. Zabił go i przerwał jedyną więź łączącą Urasia z Rypanym Draniem. Wrócił do punktu wyjścia. Pozostało mu patrzeć wilkiem na całą młodzież znajdująca się w hotelu. W tej grze poza nim było jeszcze dwóch innych zawodników: potomek Daniela i potomek Witolda. Należało ich odkryć za wszelką cenę. Przed policją udał wariata. On nic nie wie i zza grobu wstał Hoffman, bo dzieci przywołały ducha. Mundurowi zabrali kolejnego trupa i odjechali, a rozedrgany Henryk wrócił do gabinetu, gdzie rozpoczął gorączkowe poszukiwania. Przez ćwierć wieku w szafie z dokumentami nagromadziły się stosy papierów, ale on szukał jednego, czerwonego notesika.
- Nie to bez sensu - stwierdził. - Na pewno zmienił adres.
Poszperał chwilę w internecie i wpadł na pożądany numer telefonu. Zadzwonił. Po trzech sygnałach w słuchawce odezwał się nieprzyjemny, ochrypnięty głos.
- Halo.
- Cześć, Zbyszek - powiedział zdenerwowany. - Henryk Uraś. Pewnie nie pamiętasz mnie...
- Pamiętam - przerwał mu nie-Konrad... znaczy Zbyszek. - Jak mógłbym zapomnieć mojego serdecznego kolegę z praktyk? Wiesz, co dzieje się ze Stefciem i Grzesiem?
Stefan był pedziem i od lat gnił w hotelu. Gdzie posiało Grzegorza nie miał bladego pojęcia. Zresztą, nic go nie obchodzili. Czuł, że w tej kwestii Zbyszek się z nim zgadza. Nie chcąc silić się na nie potrzebną kurtuazję przeszedł do sedna.
- Mamy do pogadania.
- Domyślam się.
Henryk poczuł się nieswojo. Szybko odzyskał zimną krew.
- Co zrobiłeś z tym małym od Hoffmanów?
- To nie jest rozmowa na telefon - usłyszał. - Przyjadę i rozmówimy się w cztery oczy.
- Kiedy?
- Planowałem przyjechać w przyszłym tygodniu.
- W przyszłym tygodniu?! Bądź nawet dzisiaj!
- Spokojnie, dzisiaj masz już sobotę - charczał do słuchawki. - Piątek za tydzień to będzie... dziewiętnasty.
- Tydzień przed setnymi urodzinami - powiedział do siebie.
- Widzisz, jak przyjemnie się składa? Do zobaczenia - powiedział, odkładając słuchawkę.
Henryk jeszcze przez chwilę zbierał myśli. Wszystko zaczynało się układać, ale chciał usłyszeć to od Zbycha.
Najważniejsze to przeżyć ten tydzień - pomyślał.

***


Do pokoju wpadła Natalia z głośnym okrzykiem: "room service". Podała tacę ze śniadaniem leżącej w łóżku parze i usiadła na krawędzi materaca głośno wzdychając. Ani Leszek, ani Dominika nie zwrócili uwagi na jej teatralne zachowanie, zajęci szeptaniem między sobą. Spojrzała na nich i mimowolnie uśmiechnęła się. Jej związek rozpadł się na milion małych kawałków za sprawą wstrętnej Marysi, ale cieszyło ją szczęście Leszka i Dominiki. Lubiła ich oboje, on był całkiem sympatyczny, ona też, chociaż podejrzewała Rychlewską o mordercze skłonności, ale póki co powody nie odgrywały tu większego znaczenia. Wtedy przypomniała sobie poranek w kuchni.
- Wy tu się kochacie, a tam tragedia - oznajmiła dobitnie.
- O czym mówisz? - spytał, sięgając po kawę.
- Rypany Drań znowu zaatakował.
- Kogo?! - zawołała Dominika.
Wyraźnie przejęta była gotowa rzucić się do biegu, jakby jej reakcja mogła cokolwiek zmienić.
- Kucharza - odparła beznamiętnie. - Na całe szczęście zdążył przygotować śniadanie, a dopiero potem umarł.
Matuszewicz stracił apetyt. Jedzenie przyrządzane w pomieszczeniu, w którym znajduje się trup jakoś go odstręczało. Poza tym, dlaczego zabił Marka? Dotąd schemat polowania na dziedzica, jako tako, pasował, ale kucharz? Czyżby znał jakiś sekret Rypanego Drania?
- A, i Henryk was szuka - dodała, częstując się kawą. - Powiedział, że jak za minutę się nie znajdziecie to nie ręczy za siebie.
Po tych słowach wstali w kilka chwil.

***


Paweł swoje teorie na temat mordercy posiadał. Primo, Rypany Drań mieszkał na stałe w hotelu. Mordercą nie mogła być osoba, która przychodziła do pensjonatu okazjonalnie. Barok był oddalony od miasta. Przyjście niezauważonym, założenie kostiumu, dokonanie zbrodni, ponowne przebranie się i opuszczenie hotelu przed przybyciem policji, czy nawet jakiegokolwiek świadka nie wchodziło w grę. Morderca znał plan budynku i wszystkie tajne przejścia. Secundo, Rypanych Drani było dwóch. Z doświadczenia wiedział, że lepiej podzielić się krwawą robotą i łatwiej zadbać o alibi. Tertio, mordercą jest Marek, a skoro nie żył to musiał zostać załatwiony przez wspólnika. Teraz zastanawiał się, co łączy go z drugim zabójcą i tu miał pewne podejrzenia, ale póki co zbyt wątłe i niejasne. Jak wpadł na Marka? Zagłębiając się w historię hotelu od razu zainteresowały go losy najstarszego z braci. Gdzie się podziewał przez tyle lat? Chciwość, rzecz ludzka i nawet największa złość nie wymusiłaby na człowieku rezygnacji z ogromnego majątku. No, i w teorii był jedynym żyjącym potokiem Olgierda. Witold musiał być w hotelu i pilnować swojego spadku. Kucharz miał około sześćdziesięciu pięciu lat i tyle mógł też mieć zaginiony syn. Wiekowo pasowali. I tym tokiem myślenia poszedł. Przede wszystkim zadał sobie trud wykonania kilku telefonów w celu ustalenia poprzedniego adresu Marka. Bingo! Marek wynajmował mieszkanie na nazwisko Hoffman. Na jego wspólnika typował dwie osoby, Gustawa Brzęckiego i Olę jako długoletnich pracowników, ale zagłębiać się w ich koneksje z hotelem nie zamierzał, uznawszy, że wystarczająco dużo zrobił w zamian za pokój.
- Sprawdź poprzedni adres zamieszkania tego całego Marka - zagaił życzliwe do Konrada.
- I o co mam pytać?
- O co chcesz - polecił niecierpliwie. - Zamiast skupiać się na Aleksie, zacznijcie interesować się pracownikami hotelu.
- Pojedziesz ze mną?
- W taki mróz? - odparł urażony. - Sam sobie jedź.
Zresztą, jeśli chce bawić się w detektywa, proszę bardzo. Paweł wolał zajmować się własnymi sprawami, które w ogromnej mierze zajmowała Dominika Rychlewska. Piękność, trochę lodowata jak Zuzia. Z pewnością nie pasowała do Leszka i on sam powinien mieć tego świadomość. Jeśli jednak jej nie miał to zawsze można mu pomóc ją zyskać za pomocą jakiegoś ostrego narzędzia.
Tak gdybając minął na korytarzu Natalię. Zaskoczona, złapała go za ramię i przyciągnęła do siebie.
- Hej, nie powinno cię tu być!
W odpowiedzi obrzucił ją gniewnym spojrzeniem. Dobrze pamiętał, kto i w jaki sposób, zrujnował jego kapturniczą karierę. Natalia i jej porażający kretynizm. Bardziej nienawidził już tylko Burskiego. Teraz miał pewność, że nową, morderczą serię rozpocznie od pozbycia się Kozłowskiej. Najpierw czymś ogłuszy i zaciągnie do sekretnej części budynku. Tam połamie jej ręce, potem udusi, a wina spadnie na Rypanego Drania.
- Wiesz, że przez ciebie miałem złamaną rękę w trzech miejscach? Chyba powinienem ci odpowiednio podziękować za to.
- Spadłeś mi z nieba! Musisz mi pomóc! - zawołała, ignorując groźbę szaleńca. - Zabij Marysię!
Chwilę, zabić Kubińską? Na moment zgłupiał zapominając o własnych zamiarach.
- A niby dlaczego?
- Ta żmija ukradła mi chłopaka!
Paweł otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Przez moment próbował sobie uświadomić, kim jest skradziony chłopak. Operował potężną wyobraźnią, ale nie potrafił połączyć w umyśle sytuacji, w której Adrian i Marysia zakochują się w sobie. Spróbował ponownie i parsknął śmiechem.
- I z czego rżysz?! - szturchnęła go niezadowolona. - Zapłacę ci!
Z trudem opanował śmiech. Jakkolwiek Natalia wydawała się irytująca i miał ochotę zabić ją, tak perspektywa morderstwa na zlecenie przypadła mu do gustu. Od czegoś musiał zacząć wielki powrót i dlaczego nie miałby przy tym połączyć przyjemnego z pożytecznym?

***


Tego dnia był bledszy niż zwykle. Większość pracowników zdążyła się przyzwyczaić do rozedrganego emocjonalnie Szymka. Jedynie Emilka zauważała nieznaczne zmiany nastroju objawiające się trupiobladą cerą. Chłopak bał się własnego cienia, a po morderstwie nauczycielki niechętnie wychodził z pokoju, co stwarzało spore trudności w opiece nad ruchliwą seniorką. Nic więc dziwnego, że pani Jadzia przepadła jak kamień w wodę.
Wykazując się większym niż zwykle opanowaniem Szymon złapał Emilkę za rękę i pociągnął za sobą do pokoju.
- Musisz mi pomóc w ukryciu zwłok Dobrójskiej.
Otumaniona informacją dziewczyna odpowiedziała, że Ola ma dzisiaj wolne i nie może chować pościeli w bieliźniarce, po czym dodała, że w hotelu nie ma dużego tłoku.
Szymon spojrzał na nią dziwnie. W końcu zapalił papierosa. Z kredensu wyjął ciasto i podał przyjaciółce kawałek, sobie nalał wina i dopiero wtedy powtórzył informację upewniając się, że tym razem Emilka zrozumie:
- Dziś rano znalazłem zwłoki pani Jadzi.
- Co?
- Nie, co, tylko znalazłem staruszkę!
- To dobrze.
- Nie! - zaprzeczył, podając dziewczynie lampkę wina. - Ona została zamordowana.
- Skąd wiesz? - wydukała, trochę uspokojona alkoholem i faktem, że to nie ona odnalazła kolejnego trupa. - Sprawdzałeś jej puls.
- Nie musiałem - fuknął urażony. - Domyśliłem się, że jest martwa skoro ma ciupagę wbitą w głowę!
- Od początku. Gdzie ją znalazłeś?
- Leżała w pokoju. Wcześniej wyszła, ale morderca musiał przynieść jej ciało z powrotem.
- Dzwońmy na policję - postanowiła.
- Nie!
- Dlaczego?
- Będę skończony. Wyjdę na palanta, ale nie chcę, aby jej rodzina uznała mnie za winnego morderstwa.
- Na razie jej nie dopilnowałeś, bo zaginęła. To lepsze, tak?
- Chwilowo tak... Słuchaj, Dobrójscy nie interesują się seniorką, a więc mogę spokojnie tu być i udawać, że z nią wszystko w porządku i przy okazji brać za to wynagrodzenie - zgasił papierosa, po czym dodał lodowym głosem: - Dlatego chcę, abyś pomogła mi ukryć ciało.
Emilka jakkolwiek przejawiała bystrość umysłu tak w tamtej chwili zbaraniała. Uciekanie przed seryjnym mordercą, odkrywanie trupów tu i tam, ale tuszowanie zbrodni Rypanego Drania dla pieniędzy? Na początku Szymon bardzo jej się spodobał. Wtedy coś zaiskrzyło między nimi. Był nieco lękliwy i ciamajdowaty, ale teraz widziała wyłącznie tchórzostwo i podłość.
- Masz jakiś plan?
- Ukryjemy ją w miejscu, w którym kiedyś praktykanci ukryli zwłoki Daniela i jego żony.
- A potem co? - spytała dziwnie niespokojna.
- Skąd mogłem wiedzieć, że Rypany Drań zamorduje ją w naszym pokoju? Jeszcze chwila i wszyscy pójdziemy pod nóż! - jęknął rozedrgany. - Staram się coś wymyślić. Potem wezwiemy policję i niech jej szukają. Byle daleko ode mnie. Pomyśl, moglibyśmy opuścić ten hotel razem.
Nic mu na to nie odpowiedziała. Był mroźny styczeń, a na wieczór zapowiadali opady.

***


Miał ogromnego farta. Pod poprzedni adres zamieszkania Marka trafił bez problemu. Była to stara kamienica położona na obrzeżach Gdańska. Szara i niewyróżniająca się na tle innych, podobnych jej budynków. Domofon był uszkodzony, ale drzwi nie domykały się, a więc wejście do środka nie nastręczyło mu większych problemów. Wspiął się na drugie piętro i stanął przed szarymi drzwiami. Nieco zaniepokojony przeczytał tabliczkę z nazwiskiem: Witold Marek Hoffman. Trafił. Zapukał bezmyślnie. Łomot rozniósł się po całej klatce schodowej. Pogratulował sobie własnej głupoty. Co jeśli ktoś mu otworzy? A jeśli to będzie Rypany Drań? Mógłby się włamać, ale teraz zapewne usłyszeli go wszyscy sąsiedzi.
Problem rozwiązał cień z parteru.
- Przyszedłeś rzeczy Witka? - zapytał, wychylając głowę na klatkę schodową.
- Ta...
Konrad nie potrafił kłamać, ale dla dobra sprawy mógł spróbować.
Cieć, człowiek starszy, na moment zniknął we własnym mieszkaniu, aby po chwili trafić na drugie piętro z pękiem kluczy do wszystkich drzwi w kamienicy.
- Mówił, że przyjedzie albo przyśle kogoś po resztę rzeczy przed końcem stycznia - mówił dalej. - Co u niego słychać?
Konrad rozejrzał się po niewielkiej kawalerce udając, że się usłyszał pytania.
- Dużo tego nie zostało - stwierdził w końcu z rozczarowaniem. - Od dawna tutaj wynajmował?
- Ze dwadzieścia lat jak nie więcej - odpowiedział ochoczo. - Były okresy, że znikał na całe miesiące, ale zawsze płacił regularnie. W tym miesiącu zaczął się wyprowadzać na dobre - powiedział, siadając na krześle. - Co jakiś czas wpadał po kilka przedmiotów, a ostatnio - mówił konfidencjonalnie - to nawet jego syn przyjechał pomóc w wynoszeniu większych mebli.
- Syn?
- Też byłem zdziwiony - przyznał cieć. - Tyle lat tu mieszkał, a nigdy nie wspominał o żadnej babie i dzieciach, czy innej rodzinie. Ten facet... jego syn - poprawił - zaczął odwiedzać go dopiero kilka miesięcy temu, a teraz pomagał w przeprowadzce do jakiegoś pensjonatu.
Konrad stał nieruchomo. Jego rozżarzone oczy utkwiły w starej fotografii. Poznawał wszystkie osoby ze zdjęcia. Wszystkie widział w fotografiach znalezionych na strychu. Był to nieco młodszy Marek, Daniel, Karol oraz ich ojciec. Wszyscy czterej stali na tle posępnego pensjonatu Barok.
- A rzeczy? - zapytał w pośpiechu. - Wie pan może, co ze sobą zabrał?
- Na pewno wywoził ten przerażający cosplay.
Poruszył się, częściowo odzyskując czucie w nogach, a cieć widzący jego zainteresowanie kontynuował:
- Bardzo stare przebranie. Szary kostium z uśmiechającą się maską. Dosyć stary, bo miał go już wtedy, gdy się tutaj wprowadzał. To musiała być jakaś pamiątka rodzinna, bo był do niego bardzo przywiązany.
Podziękował grzecznie i zachowując resztki spokoju wyszedł na ulicę. Tam dopiero wziął głęboki oddech. Historia układała się w całość, ale w zupełnie inną niż początkowo przypuszczał. Marek był synem Olgierda, a także pierwszym mordercą. Schedę po nim przejął syn. Celem jest Aleks. Należało powstrzymać szaleńca nim wymorduje wszystkich mieszkańców hotelu w poszukiwaniu kuzyna. Gdzieś po drodze pojawiła się myśl o niesprawiedliwej trói na semestr z zajęć praktyczno-technicznych. Ostatnia myśl była najmroczniejsza. Czyżby Rypanym Draniem był jego brat? Gustaw został adoptowany, a co jeśli trafił na biologicznego ojca? Czy to może być jakiś okrutny zbieg okoliczności? Na dzisiaj starszy z Brzęckich zaplanował organizację pułapki. Może w rzeczywistości była to pułapka na Aleksa? Nie było chwili do stracenia.

***


Początkowo Gustaw planował organizację swojego przedsięwzięcia w gronie trzech zaufanych osób, ale logistyka była bezlitosna. Do przygotowania zasadzki na Rypanego Drania potrzebował większej ilości pomagierów. Szymon zrezygnował z imprezy na rzecz złego stanu zdrowia.
- Prędzej zaszkodzę niż pomogę - oświadczył z przekonaniem.
O szczegóły samopoczucia nikt go nie pytał i lepiej, bo w planach miał wynoszenie zwłok Dobrójskiej.
Pozostali zaproszeni nie wyrazili sprzeciwu, ochoczo przystępując do przygotowań zasadzki. Pojawił się nawet Paweł. Niezapoznana część pracowników hotelu przyjęła go z chęcią, i bez zbędnych pytań, jako dodatkową parę rąk do pracy. Z kolei zaznajomieni z nim woleli ignorować obecność Kapturnika. Ostrowski miał wszystkich w równym stopniu gdzieś. Dominika była jedyną osobą, dla której zdecydował się wyjść z hotelu w taką pogodę.
Plan był prosty, ale wymagał miejsca na wszelkie manewry z nim związane. Wybór padł na przestrzeń pomiędzy budynkiem, a lasem. Był to pagórek stanowiący łagodniejszą stronę dołu, w którym niegdyś pochowano Daniela i Elizę Hoffmanów. Droga była oblodzona i wejście na szczyt pagórka zdawało się niemal niemożliwe. Jedyną drogą było przyjście od strony południowej. Gustaw założył, że morderca pojawi się tam z zamiarem zabicia przynęty.
- Nim jednak to zrobi, nasza przynęta zostanie wciągnięta za pomocą liny po oblodzonej części pagórka - objaśnił. - Morderca nie da rady jej ścigać. Drogę ucieczki od południa będzie miał odciętą przez Michała i... - spojrzał na Ostrowskiego.
- Pawła - przedstawił się, ściskając w dłoni łopatę. - Jeśli chcecie to rozwalę mu łeb na miejscu. Wiem, jak uderzyć, aby sprawić ból i jednocześnie nie zabić za pierwszym razem.
Mówił o tym z ekscytacją i melancholią jednocześnie, ale przede wszystkim obserwował reakcję Brzęckiego, hipotetycznego mordercy.
- Ten pomysł jest idiotyczny - oceniła na spokojnie Dominika.
- Dlaczego?
- Bo większość z nas pomaga w przygotowaniach zasadzki. Jaką mamy szansę, że Rypanym Draniem jest ktoś z poza naszej grupy?
- Wiem, że to żadne z was - powiedział lekceważąco Gustaw.
- W takim razie, kogo podejrzewasz? - spytał ostrożnie Leszek. - Bo skoro nie żadne z tu obecnych, w grę wchodzą twój brat, Henryk, Szymon i dziewczyny.
- Myślę, że mordercą jest pan Uraś.
- Wątpię - machnął ręką Stefan. - Jeśli się nie pogniewasz - spojrzał na Dominikę - to ja typuję ciebie.
Rychlewska nie pogniewała się, co więcej, przyznała, iż sama od dłuższego czasu podejrzewa Henryka. Paweł, dla hecy, poparł teorię Stefana. Leszek niechętnie opowiedział się za Henrykiem, mając do wyboru wyłącznie kandydaturę jego lub Rychlewskiej. W zeszłym roku mordercą okazała się najbliższa mu osoba, także o żadnej powtórce z rozrywki nie chciał nawet słyszeć. Michał nie obstawiał nikogo.
Dla Stefana sprawa była oczywista. Henryk mordercą nie był. Pomógł ukryć zwłoki, zmusił ich do pomocy Rypanemu Draniowi, a potem uczciwie, jak na gnidę przystało, doniósł na mordercę. Jedyne, co za nim przemawiało to uratowanie Aleksa. Mógł oddać niemowlaka szalonemu wujkowi, maluch z pewnością podzieliłby los rodziców, zamiast tego nakazał go wywieźć Zbyszkowi. Postąpił na swój sposób heroicznie.
Gdy rozmowa zeszła na ewentualną potyczkę z mordercą, głos zabrał Adrian:
- Jeśli przy tej zasadzce zginie Henryk, to kto przejmie władzę w hotelu?
Gustaw popatrzył na niego z urazą. Jako prawa ręka menadżera nie życzył sobie podobnych insynuacji.
- Dobra, a dlaczego Rypany Drań ma się pojawić akurat tutaj, gdy będziemy czekać? - tym razem Leszek podał plan w wątpliwość.
- Akurat tym zająłem się ja - rzucił Korba. - Wczoraj zacząłem bezmyślnie paplać ozorem o naszym dochodzeniu. Każda osoba w Baroku wie, że dzisiaj o siódmej spotkam się w tym miejscu z informatorem, który zna tożsamość Aleksa. Bez względu na to, czy Rypany Drań jest synem Daniela, czy wyłącznie czyha na jego życie, powinien tutaj przyjść i spróbować nas zabić.
- Nie wydało ci się to ciut głupie? - zasugerował raper.
- Nie - odparł godnie Adrian - i przestań z tą przesadną ostrożnością.
- Zgadzam się - przytaknął Paweł. - Powinniśmy mieć z tego więcej zabawy.
Leszek zignorował komentarz Kapturnika.
- Czyli masz posłużyć za przynętę? - zapytał sceptycznie. - Bo jakoś nie widzę cię jak z tą swoją nogą nawiewasz przed mordercą.
- Poradzę sobie.
- Zamieńmy się.
Korba spoglądał gdzieś w dal. Myślami powrócił do wydarzeń z Lipek i roztrzaskanej nogi. Niekiedy bolała, biegać już nie mógł, chodząc, kulał. Możliwości, jakie posiadał wcześniej zostały bezpowrotnie zniszczone i z coraz większą gorliwością poszukiwał nowej drogi. Być może ta droga wiązała się z tym miejscem? Chciał uwierzyć, że istnieją inne, lepsze możliwości i nie było lepszej okazji, aby to sprawdzić.
- Już swoje zrobiliście - odpowiedział ze spokojem. - Teraz moja kolej.
- Dobra, w takim razie ja odegram rolę twojego informatora.
Ostatecznie do gry dopuszczono dwie przynęty.

***


Zaopatrzeni w broń, Paweł i Michał, ukryli się za rzędem niewysokich świerków, gdzie w złowrogim milczeniu mogli obserwować dwie przynęty. Mimo otaczającej ciemności sylwetki chłopaków były doskonale widoczne. Gdzieś tam, w oddali, czyhali Dominika, Stefan i Gustaw, gotowi do szybkiej reakcji. Pomysł miał realne szanse powodzenia. Coś zaszeleściło. Michałek na moment wstrzymał oddech. Odzyskał spokój, gdy tuż obok nich przycupnął Stefan.
- Przyszedłem życzyć wam powodzenia - oznajmił pociesznie. - Zostawić wam tu jakąś muzyczkę? - spytał, sięgając do kieszeni po iPoda. - Mam Killer Queen...
- Nie - warknął złowrogo Paweł. - I idź sobie stąd.
- Dlaczego ciągle słuchasz tego zespołu? - spytał nieśmiało Michałek.
Stefan zaniemówił. Nie wiedział, czy bardziej zaskoczyła go niegrzeczna odpowiedź nowego, czy pytanie Michała. Chyba jednak to drugie. Wiedział, że nastolatek jest nieco nieprzystosowany do realiów świata zewnętrznego, ale nieznajomość Queen oznaczała życie spędzone pod jakimś kamieniem. Opanował zaskoczenie mieszające się z niezadowoleniem i odparł łagodnie:
- Freddie to mój idol. Był bardzo nieśmiały w kontaktach z ludźmi, ale gdy wychodził na scenę... Uwalniał z siebie niesamowitą energię. Jesteśmy do siebie podobni.
Paweł zaczął rozważać wcześniejsze użycie łopaty.
- Ty i on?
- Nie. Ja i ty. Ja też kiedyś byłem jak ty: niekontaktowy, cichy, mało atrakcyjny i z zerowymi szansami na umówienie się z kimś fajnym.
Michał zaniemówił. Nie wiedział, czy Stefan opowiada o sobie, czy krytykuje jego aparycję. Chyba jednak to pierwsze. Paweł skłaniał się ku poglądowi, aby zatłuc szpadlem obu, a potem w ciszy zaczekać na Rypanego Drania i powtórzyć ćwiczenie.
- W hotelu to musiało się zmienić - mówił dalej. - Przede mną stanęły poważne wyzwania i musiałem im sprostać. Od dwudziestu pięciu lat muszę to robić. Piosenki "tego zespołu" bardzo mi w tym pomogły. W każdym razie pod koniec tej nocy będziemy słuchali We Are The Champions, tylko błagam nie skurwijcie niczego - poprosił, spoglądając na Pawła.
Ostrowski nie odezwał się słowem, a Stefan wrócił na swoje miejsce. Michał przełknął głośno ślinę. Nie potrafił sprecyzować źródła lęku. Ciemny las, zasadzka, Rypany Drań, czy Paweł. Wszystko to uderzało w jego rozstrojone nerwy i domagało się silnej reakcji typu wrzask, ucieczka, gra w Final Fantasty XII. Postanowił zapytać:
- Skąd znasz Leszka i Adriana?
- A bo to ja byłem Kapturnikiem, nikt ci nie wspominał?
Teraz szarpnął nim większy niepokój. Nagle rozległ się dźwięk sunącej po zboczu skrzyni ze zwłokami. Chłopak automatycznie podskoczył z okrzykiem:
- Morderca!
Paweł złapał za łopatę i intuicyjnie wybiegł z kryjówki. Zaskoczeni Korba i Matuszewicz spojrzeli na niego pytająco.
- Nawiewajcie! - rozkazał. - Rypany Drań!
Uprzedził ich Michał Meier. Wybiegłszy zza drzew złapał za linę i energicznie zaczął podciągać się w górę. Oprzytomniwszy, Leszek i Adrian postąpili w ten sam sposób. Mocne szarpnięcie zaniepokoiło ekipę ratunkową, a kolejne doprowadziło do przerwania liny. Leszek sturlał się w dół przewracając Pawła, który wypuścił z rąk broń. Adrian złapał równowagę, ale legł potknąwszy się o łopatę. Przerażony Michał na czworakach wspiął się na szczyt pagórka i dalej popędził przed siebie krzycząc coś o mordercy. Stefan wyleciał na przód, tuż za nim Dominika. Oblodzona powierzchnia i paniczny pośpiech zrobiły swoje. Oboje zaniknęli w mroku. Stefan wpadł na Lecha, Dominika zatrzymała się w chaszczach. Ich krzykom akompaniowały słowa piosenki Keep Yourself Alive. Brzęcki obiecał sobie nie stracić zimnej krwi. W całym tym szaleństwie, on jeden, musiał zachować spokój oraz przytomność umysłu, ale kolejne jęki przekonały go o innej słusznej reakcji, histerii. Przerażony rzucił się do przodu i podobnie jak pozostali, ześlizgnął się po oblodzonej ziemi, znikając gdzieś pomiędzy drzewami.

***


Michał biegł przez następne kilka minut. W oddali niknęły słowa upiornej piosenki Mercury'ego. Nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, ale nie słyszał muzyki i krzyków, co oznaczało, że oddalał się od miejsca zbrodni. Wielkie zaspy śnieżne wokoło niego wyglądały jak ściany lodowego labiryntu. Skołatane nerwy chłopca uległy pogorszeniu, gdy w jednym z korytarzy wpadł na Rypanego Drania. W jednej chwili odzyskał wigor i siłę w nogach. Rypany Drań poruszał się wolno, przedzierając się przez śnieg, Michał biegł zwinnie jak sarenka. Po krótkim pościgu morderca został w tyle. Uciekinier zwolnił, ciężko dysząc oparł się o zaspę. Musiał przemyśleć dalszą drogę. Nie wiedział, gdzie jest i dokąd właściwie zmierza. Mógł być niedaleko hotelu albo gdzieś w połowie drogi do Sopotu. Wtedy sparaliżował go lęk. Na śniegu zostawały ślady. Drogi Boże, wytropi go jak zwierzynę! Kierując się resztkami zdrowego rozsądku zaczął wycofywać się po własnych śladach. Nagle usłyszał znajomy głos.
- Freddie? To ty?
Zrobił jeszcze jeden krok i nadepnął kogoś.
- Ała!
Głos nieznajomego sparaliżował go na sekundę, po której bezwładnie opadł na zaspę. Rypany Drań pomasował bolącą nogę. Michał nie zdążył już zareagować. Biel zmieniła barwę na czerwoną.

***


Henryk przyglądał się swoim pracownikom z wielkim niepokojem. Przez chwilę, chciał zapytać, skąd Leszek i Stefan nabawili się siniaków, dlaczego Dominika ma we włosach gałęzie, a Gustaw jest zlany potem jak po jakimś maratonie, kim jest Paweł i gdzie są pozostali praktykanci, ale szybko pojął, że w obliczu wszystkich hotelowych klęsk, to mało istotne. Na ostatnie pytanie dostał częściową odpowiedź. Adrian wrócił masując obolałą nogę. Bez słowa usiadł w wielkim czerwonym fotelu i spojrzał z urazą na Pawła.
- Sam się potknąłeś - odczytał bezbłędnie wyraz twarzy.
- Po co był ten fałszywy alarm?
- To ten wasz kretyn, komputerowiec, zwariował - bronił swego Ostrowski.
Wina leżała po stronie Michała, który spanikował i nawiał. W tym samym momencie do hotelu wrócił Konrad. Dyskretnie przemknął przez lobby i zajął miejsce tuż obok Dominiki. Chwilę przysłuchiwał się rozmowie, po czym dołączył:
- Mordercą jest syn Witolda Hoffmana.
Wszyscy spojrzeli na Konrada z malującym się na twarzy szokiem. Po tym stwierdzeniu nastąpiła lawina pytań i teorii, które mogły ciągnąć się do bladego świtu, gdyby nie pewne wydarzenie.
Ni stąd ni zowąd pomieszczenie zaczął wypełniać gęsty, duszący dym. Gustaw i Henryk zaczęli gorączkowo otwierać okna. Stefan, Konrad i Adrian wypełzli po czworakach. Ostatni z salonu wyłonili się Leszek i Paweł.
- Skąd ten dym?
- Ktoś rozpalił ogień w tym cholernym kominku - powiedział głośno oddychając Henryk.
Paweł był tym zaskoczony. Jako, że nie stanowił hotelowej obsługi nie miał najmniejszego pojęcia o zatkanych kominach. Przyznawać się do błędu nie miał zamiaru i z ulgą przyjął do wiadomości teorię o zamachu zaplanowanym przez Rypanego Drania.
- Gdzie Dominika? - zawołał Leszek.
- A skąd mam wiedzieć? - odpowiedział Paweł.
Po dziewczynie zaginął wszelki ślad.

***


Dominika Rychlewska powoli wybudzała się ze snu. Odkaszlnęła, nieco zamroczona wybudzała się z otępienia. W malutkim pokoju panował półmrok, do którego szybko przyzwyczaiła oczy. Nie potrafiła określić, gdzie dokładnie przebywa. Była w hotelu, najprawdopodobniej w ukrytej części. W pomieszczeniu nie było drzwi, a jedynie niewielka wyrwa znajdująca się blisko podłogi. Ze spokojem zaczęła opukiwać ściany, ktoś w końcu ją usłyszy. Wtem w wyrwie ukazała się zaniedbana głowa. Na oko, głowa płci męskiej, blada, wychudzona, z kołtunami we włosach.
- Maaamaaaa....- jęknęła przeciągle głowa płci męskiej i powoli zaczęła przeciskać się przez wyrwę.
Dziewczyna wrzasnęła, ale nikt jej nie usłyszał.
____________________________________
To zostały już trzy rozdziały: jeden rozrywkowy, jeden na zamknięcie historii hotelu i jeden na taki sobie epilog.
Mam nadzieję, że udało mi się zachować jako taką tajemnicę i ostatnie dwie niewiadome nie są zbyt oczywiste.
Obrazek


Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość