Slasher: Hotel

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 452
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 08 paź 2017, 11:53

Boję się pisania kontynuacji, ale muszę sobie coś udowodnić ;-)

tytuł: Slasher: Hotel
opis: Na potrzeby zaliczenia praktyk zawodowych grupa uczniów przyjeżdża do Hotelu Barok. Nie zdają sobie sprawy, że miejsce skrywa wiele mrocznych sekretów.
gatunek: horror, komedia, parodia, kryminał
status: 3,5/8 rozdziałów napisane

Rozdział 1
Piekielne sekrety Hotelu Barok


Winda, jak na złość, przechodziła konserwację w tamtym okresie czasu i jedyną drogą z drugiego piętra na parter były strome i wąskie schody. Musiało być chwilę po pierwszej w nocy, gdy uporali się z ciężką skrzynią. Mieli jedynie trzydzieści minut na wyjście z hotelu, pozbycie się kufra i powrót. Wtedy ze zmiany schodził nietrzeźwy cieć, a następny, jeszcze trzeźwy, przybywał dopiero o w pół do drugiej. Trzech z nich wywlekło kufer przed budynek, czwarty nie pomagał, trzymał niemowlaka. I tu trzeba wyjaśnić, że żaden z nich nie miał na imię Adrian, Konrad, Leszek lub Paweł. Trzech z nich nawet nie wiedziało, gdzie leżą Lipki, ani że za kilkanaście lat dojdzie tam do kapturniczej masakry siekierą. Zresztą to było dla nich bez znaczenia. Mieli na głowie własne problemy, a ich kulminacją była zawartość ogromnej skrzyni.
Zimny, styczniowy wiatr zniechęcał do wyjścia z ciepłego hotelu, śnieg zdrowo sypał, a oddech na mrozie zmieniał się w białe obłoczki, ale z fantem trzeba było coś zrobić. Grubasek, którego umownie możemy nazwać nie-Konradem zdjął marynarkę i opatulił nią dziecko.
- Dlaczego on nie pomaga? - zapytał nie-Leszek zmordowany targaniem skrzyni.
- Ktoś musi trzymać dziecko! - odpyskował.
- Ja potrzymam, a ty nieś skrzynię.
- Wykluczone - wyszeptał. - Nie płacze tylko u mnie.
Tu nikt nie mógł zaprzeczyć. Dziecko momentalnie cichło na jego rękach i nikt nie odważył się go stamtąd zabierać.
Z hotelu prowadziła oświetlona szosa. Idąc nią nad ranem dotarliby do Sopotu. Drugą opcją była wydeptana ścieżka prowadząca w głąb lasu i to właśnie nią się pokierowali. Noc i oblodzona droga nie sprzyjały ich wędrówce, ale puzdra należało się pozbyć. Leśna ścieżka gwarantowała brak świadków, przejeżdżających samochodów lub innych cudów-wianków. Poza tym była to najprostsza trasa do urwiska. Dwóch pchało, jeden ciągnął, a chłopak z dzieckiem oświetlał im ścieżkę latarką.
- Mogliśmy zabrać wózek do bagażu – poskarżył się nie-Paweł, ścierając pot z czoła.
- Teraz to możemy – mruknął, dotąd milczący, nie-Adrian.
- Zamieńmy się miejscami – zaproponował, kropla potu spłynęła mu po czole. Czuł, że jeszcze kilka kroków i padnie na pysk.
- Myślisz, że pcha się lepiej? - syknął nieżyczliwie nie-Leszek.
- Chętnie sprawdzę.
- Zostało kilkanaście metrów – przerwał im nie-Adrian, który wyraźnie pozował na lidera tej antypatycznej grupy. - Pozbędziemy się pudła i po kłopocie.
- Źle robimy.
- Co właściwie jest w tej skrzyni?
- Wolisz nie wiedzieć – uciął krótko przywódca.
- Zwłoki – zawołał z uciechą nie-Konrad.
- Zw... Zwłoooki? - wymamrotał.
Zęby nie-Leszka zgrzytały najpewniej z zimna lub przerażenia.
- Mówiłem, że wolisz nie wiedzieć.
W kilka minut dotarli do urwiska. Dwóch z nich spojrzało w ciemną przepaść. Na dole rysowały się nijakie kształty przykryte grubą warstwą śniegu.
- Od teraz... - powiedział stanowczo nie-Adrian. - Łączy nas sekret – użył reszty sił do zepchnięcia kufra w przepaść.
Wielka skrzynia osunęła się po błotnistym zboczu w szalony gąszcz bluszczu, połamanych drzew i śmieci, które przez lata magazynowali mieszkańcy z okolicy.
- Dzisiaj kończą się nasze praktyki – kontynuował. - Każdy wróci do domu, Sopot, Wejherowo... - próbował wymienić miejscowości, z których pochodzą towarzysze, ale nie szło mu to najlepiej, bo owe miejsca obchodziły go w równym stopniu, co koledzy.
- Lipki – podpowiedział.
- Nieważne – uciął. - A ty - zwrócił się bezpośrednio do opiekuna niemowlaka. – Z samego rana wywieziesz stąd bachora.
- I co z nim zrobię?
- Podłożysz w jakimś przytułku. Najlepiej na drugim końcu Polski. Nie ma prawa tu wrócić, bo jak Karol się dowie...
- O, Boże, zupełnie zapomniałem o Rypanym Draniu... - jęknął słabo nie-Leszek.
- Karola biorę na siebie - uspokoił ich. - Wy macie jedynie trzymać gęby na kłódkę! Nic, co wydarzyło się tej nocy w hotelu, nie ma prawa wyjść poza naszą grupę, jasne?
- Jasne – odpowiedzieli niemal równo.
I w ten sposób został pochowany jeden z wielu sekretów Hotelu Barok.

***

Nauczycielka przedmiotów zawodowych, Milena Kaczmarek była kobietą o złotym sercu i wrażliwym żołądku. To nietrafne połączenie wywołało lawinę wydarzeń, które w przyszłości miały doprowadzić do odkrycia przerażającej tajemnicy pewnego nadmorskiego kurortu, ale o tym zaraz...
Dobroć serca ujawniła się we wrześniu, gdy tegoroczni maturzyści powrócili w mury szkoły. Nauczycielka dobrze znała kulisy morderczej afery, w którą wplątała się trzecia ce. Wtedy też edukacja zeszła na drugi plan na rzecz ratowania życia. Profesorka postanowiła odpuścić praktyki klasie maturalnej.
- Ocenę z praktyk przepiszę z poprzedniego roku i będziemy kwita – wyjaśniła.
Nikt nie wyraził sprzeciwu. I tu ujawniły się dwie rzeczy stojące do siebie w zażartej opozycji, zamiłowanie Mileny Kaczmarek do kuchni orientalnej oraz wrażliwy żołądek. Pod koniec grudnia kobieta nażarła się przeterminowanych sajgonek i zmożona ostrą biegunką potocznie nazywaną sraczką, trafiła do szpitala. Stan okazał się na tyle poważny, że nie było mowy o szybkim powrocie do pracy. Obowiązki chorej przejęła profesor Beata Jędrus. I wtedy cała sytuacja zaczęła się plątać.
- U... A praktyk maturzyści nie odbyli? - zainteresowała się fałszywie. - Według terminarza powinniście zaliczyć nauki zawodowe do końca grudnia, a tu się zbliża styczeń.
Mówiąc to, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nic nie sprawiało jej takiej radości, jak możliwość stresowania młodzieży. Adrian Korba próbował negocjować w imieniu klasy, ale Jędrusowa odpuścić nie zamierzała. W szale dzikiego poczucia obowiązku zaczęła rozsyłać uczniów po różnego rodzaju hotelach i kurortach wątpliwej jakości, o których sama myśl jeżyła włos na głowie.
Adrian Korba, Leszek Matuszewicz i Konrad Brzęcki rozsiedli się na ławkach w holu szkolnym i tym samym rozpoczęli żywiołową debatę na temat praktyk, niesympatycznej Beaty Jędrus oraz szkodliwości kuchni orientalnej. Miesięczne praktyki trzeba było odbyć w trybie ekspresowym, a przy okazji w miejscu w miarę przyjaznym. Pozostało zdać się na nauczycielkę lub samemu coś wykombinować. Niespodziewanie z pomocą wyszedł Konrad.
- Mój brat – rzucił hasło - mój brat jest recepcjonistą w hotelu w Bursztynowie.
- Bursztynowo? - powtórzył zaciekawiony Leszek. - Pierwsze słyszę. Gdzie to jest?
- Miasteczko pod Gdańskiem – wyjaśnił, dorzucając - gabarytami przypomina Lipki – po czym powrócił do właściwego tematu. - Kierownik tamtego hotelu szuka pracowników. Mój brat mógłby załatwić nam praktyki od ręki.
- A co to za hotel? - wtrącił Korba, jęknął, prostując nogę.
- Nazywa się Barok i to właściwie większy pensjonat.
- Szukają ludzi na zimę? - dopytał, masując delikatnie bolące kolano. - Myślałem, że to martwy okres nad morzem.
- Przygotowują się do sezonu letniego – odpowiadał na pytania, które sam zadawał w rozmowie telefonicznej z bratem. - Chcą upiąć się w styczniu, bo niby hotel ma obchodzić stulecie istnienia, czy coś takiego.
Pensjonat zaproponowany przez Konrada wydawał się o niebo lepszym rozwiązaniem od propozycji profesor Jędrus. Podjęli błyskawiczne działania i do następnej przerwy wszystkie formalności związane z naukami praktycznymi zostały załatwione. Hotel Barok w całej swojej dobroci zgodził się przyjąć pod opiekę, aż siedmiu uczniów. Do trójki chłopaków dołączyły Natalia Kozłowska, Marysia Kubińska oraz dwie osoby z klas niższych, Emilia Piekarz z drugiej de i Michał Maier z pierwszej a.
Praktyki miały trwać od czwartego do dwudziestego dziewiątego stycznia, czyli do samej studniówki, co wywołało delikatny sprzeciw ze strony Natalii.
- Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – uspokoił ją Adrian i na tym stanęło.
I w taki sposób szczęśliwa siódemka znalazła się w pociągu relacji Poznań-Gdańsk. Tam nastąpił pierwszy zgrzyt związany z dezinformacją. Święcie przekonany o istnieniu dwóch stacji w Gdańsku, Konrad zarządził wysiadkę na ostatniej z nich – Wrzeszcz. Na peronie okazało się, że pociąg zatrzymuje się jeszcze na jednej stacji – Oliwie, na której to powinni przesiąść się w bus kursujący do Bursztynowa. Lechu postanowił zadzwonić do hotelu z informacją o nieznacznej obsuwie. Nie był to problem, bo dojechali dzień przed rozpoczęciem praktyk.
- Dzień dobry, Leszek Matuszewicz z tej strony, uszanowanie – przedstawił się. - Mieliśmy dzisiaj zjawić się w hotelu. Będziemy spóźnieni.. - wysłuchał osoby po drugiej stronie. - Jestem ja i sześć innych osób – odpowiedział. - No na praktyki... Pan Brzęcki będzie zorientowany – odłożył słuchawkę i głośno westchnął, dzieląc się pierwszym spostrzeżeniem:
- Nieprzyjemny facet.
- A co ci powiedział?
- Że mamy dotrzeć dzisiaj, a czym, go nie obchodzi.
Grupa wsiadła do kolejnego pociągu, a następnie w wariackim pośpiechu odbili busem do Bursztynowa. I tu pojawił się drugi zgrzyt, którym była odległość hotelu od przystanku. Do celu musieli przejść jeszcze około dwóch kilometrów. Chodnika brakło, a wesołą pielgrzymkę należało kontynuować oblodzoną szosą. Adrian ze względu na uszkodzone kolano zwalniał, aby z czasem pozwolić nieść się Lechowi na plecach jak jakiś tobół.

***


Do hotelu dotarli około szesnastej. Od metalowej bramy prowadziła wąska ścieżka pomiędzy zaspami, którą musieli pokonywać gęsiego. Adrian pierwszy raz stanął na ziemi o własnych siłach, a Leszek z nieopisaną ulgą przeciągnął się.
Stanęli przed wejściem rozglądając się po nieprzyjaznym terenie. Podobnie jak nawiedzony dom, tak teraz Hotel Barok sprawiał wrażenie niegościnnego miejsca. Nieprzyjemne wejście, szare mury, duże okna w starych ramach, spadzisty dach i pnące się w niebo kominy.
- Mam deja vu – przyznał Adrian. - W zeszłym roku spotkaliśmy się w podobnej liczbie i okolicznościach pod nawiedzonym domem.
- Liczysz, że znajdziemy trupa w recepcji? - wysapał zdyszany Leszek.
- O co chodzi z tym trupem? - zaciekawił się Michał.
- Stoisz w gronie lipieckich celebrytów – wyjaśniła Emilia. - W zeszłym roku ta grupka przetrwała starcie z seryjnym mordercą.
- Dobra! - ucięła Natalia, dla której finał afery z Kapturnikiem okazał się tragiczny w skutkach. - Nie chcę słyszeć o żadnych mordercach! - podniosła gniewny głos. - Jeden nie żyje, a drugi siedzi pod kluczem! Koniec!
Od zeszłego roku najwięcej zmieniło się u Adriana Korby. Strzaskane kolano wymusiło na nim rezygnację z trójboju. Niby kilka miesięcy, ale im dłużej trwała przerwa, tym mniej miał ochotę powracać do treningów. Sportowe towarzystwo odsunęło się na bok, a wolny czas zaczął spędzać z Leszkiem i Konradem, nasiąkając ich zwyczajami, zainteresowaniami i klozetowym poczuciem humoru. Zmianę najboleśniej przeżyła Natalia. Miała nadzieję, że kiedyś ona i Adrian odzyskają status koronowanych głów. Nadal przyjaźniła się z Marysią Kubińską, tolerowała nowych kolegów swojego chłopaka. Leszek zaczynał występować ze swoim rapem na małych koncertach, a Konrad założył blog poświęcony horrorom, który skromnie dobijał do dwóch tysięcy wyświetleń. Być może znajomość z nimi pomoże im powrócić na szczyty?
Na ich powitanie z hotelu wyszli ulizany blondyn oraz baba w kucyku, oboje w średnim wieku. Ulizany blondyn nazywał się Gustaw Brzęcki. Z nowo przybyłymi praktykantami przywitał się serdecznie, chociaż bardzo oficjalnie, nie zapominając o żadnej zasadzie dobrego "ąę" wychowania i jedynie w stosunku do młodszego brata okazał większą wylewność, ściskając go z całych sił. Baba w kucyku miała na imię Anita i była jedną z dwóch pokojówek zatrudnionych w hotelu na stałe.
Druga pokojówka urzędowała w recepcji. Była to młoda dziewczyna o płaskiej figurze, bladej cerze i obojętnym spojrzeniu. Bez żadnego wyrazu objaśniała drogę starszej pani i towarzyszącemu jej młodemu chłopakowi.
- Nie! - przerwała jej babcia.
- Ależ pani Jadziu – delikatnie napominał młodzian.
- Nie! Ja mieszkam w domu na górce! Jedźmy tam! - zarządziła energicznie.
- Potem – uspokoił ją.
Babcia trzepnęła go torebką w łeb, a następnie rzuciła popielniczką w recepcjonistkę. Na widok tłumnie wchodzącej do hotelu młodzieży uśmiechnęła się szeroko:
- Dzień dobry, jestem pani Dobrójska – podała rękę zdezorientowanej Marysi.
- Przepraszam – powiedział wnuk i niemal siłą wytargał babcię na zewnątrz.
Uczniowie odprowadzili dziwną parę wzrokiem.
- To nasza jedyna pensjonariuszka, pani Jadzia – powiedział trochę zawstydzony Gustaw.
- Ale wnuka ma nieprzyjemnego – skomentował Adrian.
- To nie jest jej wnuk, tylko opiekun medyczny – odparła z satysfakcją Anita. - Dobrójscy zapłacili mu, żeby ją wywiózł daleko od nich.
- Pani Anito – upomniał ją Gustaw. - Bez takich komentarzy – po czym łagodnie spojrzał na drugą pokojówkę, która wcześniej prawie oberwała popielnicą. - Do pani Oli możecie zwracać się o wszelaką pomoc.
Konrad nie słuchał. Wpatrywał się w idealnie płaską sylwetkę Oli. Ktoś coś mówił, a on bezwstydnie spoglądał na dziewczynę i rozmyślał o pozbawionej emocji twarzy. Była piękna niczym Maila Nurmi. Była starsza od niego o kilka lat, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie?

***


Kilka minut po siódmej, Leszek podniósł się ociężale i rozejrzał po pokoju. Sypialnia sprawiała wrażenie, jakby na siłę upchnięto do niej cztery łóżka. Dwie szafy stały w rogach pokoju, telewizor nieszczęśliwie wisiał obok drzwi, a meble obficie obładowano badziewnymi ozdobami. Po lewej znajdowało się przejście do toalety.
Wreszcie otworzył okno, zapalił papierosa i wyjrzał na zaśnieżony parking. Jakiś facet odgarniał szuflą śnieg z chodnika prowadzącego do ogrodu na tyłach. Raper ukłonił mu się grzecznie, ale ten nie odwzajemnił gestu.
Ciekawe, kto to? - pomyślał. - Może to on tak hałasował?
Tej nocy długo przewracał się z boku na bok. Odgłosy dobiegające zza ścian – niby ciche szmery i delikatne pukania – nie pozwalały mu zasnąć.
- Jak nic mają myszy – powiedział do siebie, zamykając okno.
Ubrał się szybko i przemknął przez korytarz do holu, gdzie trwała zbiórka praktykantów, której przewodził Gustaw.
- Kurde, strasznie zimno – powiedział na przywitanie.
- Psują się kaloryfery – komentarz Matuszewicza zbiegł się w czasie z informacją od Brzęckiego. - Trzy razy wzywaliśmy hydraulika, ale jeszcze do nas nie trafił.
- A nie można rozpalić w kominku? - spytał żałośnie Michał.
- W takim razie trzeba wezwać kominiarza. To zabytkowe kominki. Nie używano w nich od ponad trzydziestu lat. Także nie próbujcie sami w nich rozpalać, bo prędzej się zaczadzimy niż ogrzejemy.
Ktoś jęknął.
- Na coś jeszcze powinniśmy uważać? – zapytał przezornie Leszek, pocierając zziębnięte dłonie.
- Na podłogi.
- Zarwą się? - przeraziła się Marysia.
- Nie, ale wykładziny nie są przytwierdzone w żaden sposób – Gustaw wyjaśniał z coraz większym zakłopotaniem. - Można się poślizgnąć.
- I rozbić głupi łeb – skomentował pociesznie Adrian.
- O czym ja miałem jeszcze... - wymamrotał recepcjonista. - Klucze! - zawołał i zaczął tłumaczyć: - Brama wjazdowa jest zamykana o godzinie jedenastej, chyba że goście zechcą inaczej.
- A mamy jakichś gości? - spytał z powątpiewaniem Konrad.
- Ta śmieszna babcia z wczoraj – przypomniała Emila.
- Pani Jadzia i Szymon – przypomniał Brzęcki i wrócił do tematu: - Są trzy komplety kluczy. Jeden dla mnie, drugi dla pana Henryka i trzeci wisi w recepcji, ale za żadne skarby nie wolno wam go ruszać bez mojej zgody.
- Kim jest pan Henryk? - spytał Korba.
W tym samym momencie w holu pojawił się czterdziestoletni mężczyzna. Wysoki, chudy, twarz miał bladą i pokrytą bliznami po młodzieńczym trądziku. Szedł spokojnie, ale z bucowatą pewnością siebie, która wylewała się z niezadowolonej mordy. Na przywitanie powiedział ozięble:
- Rozdać im uniformy i przydzielić zadania.
Komentarz ubodnął Natalię. Jakie uniformy? Zadania? Kim jest ten cham?
- Przepraszam – zaczęła grzecznie mimo ogromnego stężenia bucowatości. - Tradycją praktyk jest to, że maturzyści mają odpuszczone wszelkie prace.
- Skoro masz odpuszczone, to co tu robisz?
- No... przyjechałam na praktyki – odpowiedziała trochę zaskoczona.
- W takim razie nie widzę żadnego problemu – buc uciął dyskusję i odmaszerował.
Dopiero potem Gustaw przedstawił buca jako pana Henryka Urasia, menadżera i opiekuna Hotelu Barok.
Praktykanci otrzymali po dwa komplety uniformów, w których skład wchodziła granatowa marynarka z logo hotelu, kamizelka, koszula na guziki, brzydkie obuwie, krawat i spodnie w kant dla panów lub apaszka i spódnica dla pań.
Michał i Marysia wylądowali w kuchni, reszta została zapędzona do sprzątania.

***


Skuta lodem okolica była prezentowała się wspaniale, ale kierowcę Pegauta bardziej frapowała siedząca obok pasażerka. W jej urodzie jak pejzażu na zewnątrz tkwiło coś chłodnego i pochmurnego. Oddychała spokojnie, pochłonięta czytaniem, bez emocji przewracała kolejne strony książki. Kierowca jeszcze raz spojrzał na dziewczynę i nie wytrzymał:
- Sama jesteś sobie winna! Ciesz się, że nie wylądowałaś w poprawczaku!
- Za co? Za przekonania?! - oburzyła się, zamykając lekturę. - Żyjemy w powieści Orwella, że karzą karzą za poglądy?
- Żyjemy w rzeczywistości, a rzeczywistość jest taka, że popełniłaś przestępstwo!
- Przestępstwo?! Uratowałam te psy od śmierci! Chcieli uśpić dwadzieścia psów! Nie mogłam na to pozwolić! - nie ustępowała.
- Trzeba było wstawiać smutne posty na fejsa, a nie włamywać się i wykradać zwierzęta ze schroniska! Gdzie masz rozum?! Teraz masz dwieście godzin prac społecznych w jakimś gównianym hotelu na jakimś zasranym wygnajewie, a psy i tak poszły do uśpienia!
Dziewczyna zamilkła na myśl o zwierzętach. Przez chwilę trwała cisza. Na twarzy kierowcy pojawił się delikatny uśmiech. Przegadał gówniarę, ha!
- No, już się nie bocz na mnie – mruknął życzliwie.
- Wujku... - jęknęła słabo.
- Też mi się nie podoba zostawianie cię tutaj na cały miesiąc, ale sama rozumiesz – zamilkł na chwilę. - Zajmuję się tobą od śmierci rodziców... - w głośnym westchnieniu dało się odczuć nutę melancholii. - Chciałbym, abyś wyszła na ludzi.
Samochód minął metalową bramę i zatrzymał się na placyku pod budynkiem.
- Może moje maniery przy stole mogłyby być nieco lepsze, ale tak poza tym wykonałeś dobrą robotę – przyznała na pożegnanie.
Hotelowy hol wypełniał głośny ryk odkurzacza. Dziewczyna przeszła kilka kroków w głąb i zauważyła młodego chłopaka – średniego wzrostu, krępej budowy, łysy. Pochłonięty pracą Leszek nie zauważył jej wejścia.
- Cześć, miałam się zgłosić – zagadała do niego.
Hałas zagłuszył słowa. Powtórzyła nieco głośniej. Chłopak wyłączył odkurzacz i spojrzał na nią z tępym wyrazem twarzy.
Głuchy, kretyn albo obcokrajowiec – pomyślała i nie wiedzieć czemu uwierzyła w trzecią możliwość. Odchrząknąwszy postanowiła zapytać w innym języku:
- Mówisz po angielsku?
Turystka z zagranicy na feriach zimowych w Polsce – pomyślał.
- Taaak – przedłużył delikatnie odpowiedź. - Mogę w czymś pomóc? - jego akcent przypominał ścieranie kurzu z mebli za pomocą papieru szlifierskiego.
- Mam tu rozpocząć pracę – kontynuowała. - Możesz mnie pokierować do szefa?
- Jasne – przytaknął. - Idź do pana Henryka – z niebywałą gracją łamał wszelaką gramatykę języka. - Jego gabinet... - zdał sobie sprawę, że kićkają mu się kierunki.
Już chciał powiedzieć, "go straight ahead", gdy uświadomił sobie, że w ten sposób wskaże wyjście do ogrodu. Czego jak czego, ale swojej niekomunikatywności językowej wstydził się mocno. Skierował wzrok w ziemię i wymamrotał "I will show you", po czym szybkim krokiem poprowadził ją do menedżera.
- Wyszedłem na niekomunikatywnego debila, ale dziewczyna fajna – podsumował spotkanie z turystką z zagranicy.

***


Pierwszy dzień praktyk minął bezboleśnie. Późnym wieczorem praktykanci spotkali się w pokoju chłopaków. Dołączyły do nich pokojówki, które uradowało nowe towarzystwo.
- Fajnie, że do nas trafiliście – stwierdziła Anita. - Jesienią i zimą można tutaj umrzeć z nudów.
Turystka z zagranicy zajęła miejsce obok Leszka z patriotycznym poczuciem obowiązku opowiedzenia mu o Polsce. Rozmowę zaczęła od najprostszego pytania:
- Czy podoba ci się tutaj?
Leszek aż się zająknął nie będąc pewnym swoich językowych umiejętności. Nie sprecyzowane "tutaj" uznał za Hotel Barok i odpowiedział krótko choć niechętnie, tak. Pozostali spoglądali na nich z uśmieszkami. Dlaczego prowadzą rozmowę w języku angielskim? Nikt jednak nie przerywał im. Leszek czuł, że gotuje się w środku, ale turystka nie miała zamiaru przestać:
- Skąd jesteś?
- Stąd.
Turystka zgłupiała. Nikt nic nie mówił, a jedynie każdy spoglądał na nich z zafascynowaniem. Nie do końca rozumiejąc odpowiedź, zapytała:
- To dlaczego mówisz po angielsku?
- Because... - zaczął zamotany – ty... mówisz po angielsku... - zamilkł uświadamiając sobie idiotyzm sytuacji. - Mówisz po polsku?
Zaśmiała się, a zaraz za nią runęła lawina komentarzy, którą próbowała przekrzyczeć:
- Bo ja myślałam, że ty mnie nie rozumiesz, a pytałam o coś głupiego i... - tłumaczyła.
- Nie dosłyszałem, ale jak zaczęłaś pytać, czy znam angielski to ja...
Oboje zgodzili się, że sytuacja jest głupia i z ulgą przeszli na język ojczysty.
- Lechu jestem – przedstawił się.
- Dominika.
Zapanowała leniwa, kolonijna atmosfera. Emilia dolała wszystkim herbaty, a potem usiadła na składanym krzesełku.
- Zna ktoś jakąś straszą historię? - spytał rozweselony Adrian, objął Natalię i przybliżył ją do siebie.
- Może o tym hotelu? - zaproponowała Anita.
- A co tu się strasznego wydarzyło? - zaciekawił się Konrad.
- To miejsce cieszy się złą sławą – przyznała pokojówka. - Hotel Barok został założony przez Olgierda Hoffmana 26 stycznia 1910 roku.
- Pamiętasz dokładną datę? - zdziwił się Michał.
- Data jest ważna – wyszeptała Ola.
- Hej, faktycznie ten hotel będzie obchodził stulecie – ucieszyła się Marysia.
- Ciii – syknęła Natalia.
- Olgierd miał trzech synów: Witolda, Karola i Daniela, ale żadnemu z nich nie chciał oddać swojego majątku – kontynuowała. - Zdecydował się, że całą fortunę przepisze na wnuka urodzonego najbliżej daty założenia hotelu.
- Idiota – skomentowała Marysia.
- Witold powiedział to samo i zerwał kontakt z rodziną – dodała Ola. - Problemem był Karol.
- Bracia i goście wołali na niego Rypany Drań – mówiła dalej Anita. - Facet miał ogromny talent do garbowania skór. Tworzył z nich przerażające kostiumy. Mówi się, że w noc, w którą urodził się syn Daniela, Karol założył swój ulubiony kostium, a potem zabił brata, szwagierkę i ich dziecko.
- I wszystko po to, aby spadkobiercą został jego potomek, urodzony kilka dni wcześniej.
- Co... co się stało z Karolem i jego potomkiem? - zająknął się Konrad.
- Tamtej nocy został zastrzelony przez milicjantów – wyjaśniła Ola. - Ktoś doniósł o jego zbrodni.
- Jeśli pięciokrotnie wypowiesz do hotelowego lustra imię Rypanego Drania, jego duch wstanie zza grobu – zakończyła Anita.
Zapanowała cisza.
- Głupia legenda – stwierdziła Natalia.
- Ma ktoś lusterko? - spytał wesoło Adrian. - Zweryfikujemy ją od razu.
Emilia podała mu lusterko z kosmetyczki.
- Nie! - sprzeciwił się Konrad. - Mogę radzić sobie z seryjnym mordercą, ale duch to zupełnie inna para kaloszy!
Nikt go nie słuchał. Chórem zawołano dwukrotnie "Rypany Drań". Przy trzecim okrzyku chór wyraźnie osłabł. Zabawa straciła na atrakcyjności, a przy czwartym razie dało się słyszeć pojedyncze głosy. Napięcie pojawiło się przed piątym powtórzeniem.
- Rypany Drań! - ubiegł ich chłodny i bucowaty głos.
Henryk Uraś stał w progu pokoju i przypatrywał się pracownikom z niezadowoleniem.
- Rypany Drań! Też mi coś! Nie chcę o nim słyszeć nigdy więcej – powiedział wzgardliwie. - Ktoś musi odbyć nocną zmianę w recepcji, zapraszam dwie osoby.

***


Wszedł od strony ogrodu. Miał na sobie ściśle opiętą maskę ze skóry, pozszywaną mocnymi nićmi, oczy czarne, a na pysku wycięty uśmiech, z którego wyłaniały się niby wężowe kły. Emila z początku nie zwróciła na niego uwagi. Jako że pochodziła z Lipek, w głowie miała inny obraz mordercy – zakapturzonego i z siekierą w łapach. Dlatego też faceta w skórzanym stroju wzięła za jakiegoś wariata ewentualnie pederastę. Nim zdążył wyciągnąć spod płaszcza rzeźnicki nóż, nastolatka poszła po Anitę
Z zaplecza wyłoniła się pokojówka. Od razu zrozumiała, kim jest zamaskowany facet.
- Rypany Drań... - jęknęła słabo.
Mężczyzna nie wydawał się być agresywny. Podszedł do blatu recepcji i skinął głową na kobietę. Anita zbliżyła się nadstawiając ucho. Wtedy ten złapał ją za szyję i przeciągnął przez ladę. Próbowała wyszarpnąć się, ale był znacznie silniejszy. Zadał jej cios w szyję, a gdy miał pewność, że nie żyje, poszedł sobie.
Następnie Emilia zaczęła wrzeszczeć, stawiając tym samym cały hotel na nogach. Później nastąpiły sceny dantejskie z wzywaniem policji, paniką i innymi takimi... Konrad, Leszek i Adrian stali z boku przyglądając się pracy policji.
- Wygląda na to, że mamy kolejną zagadkę do rozwiązania – przyznał Korba.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2461
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Vampircia » 09 paź 2017, 22:33

Podoba mi się sposób w jaki zaczyna się opowiadanie, piszesz fajne dialogi, a Rypany Drań do świetna ksywa. Mówiłam, że jest już powód do dumy.
Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby

A właśnie, że nie zagląda się do dupy ;-)
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 452
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 15 paź 2017, 11:18

Opis bohaterów:
Adrian - po zmiażdżeniu kolana przez Kapturnika musiał rozstać się ze sportem.
Leszek - nadal interesuje się muzyką, nawet próbuje swoich sił przed publicznością.
Dominika - maturzystka z Sopotu, wychowywana przez wujka. Pracuje w hotelu w ramach kary.
Konrad - fan horrorów, od czasów starcia z Kapturnikiem bardzo nerwowy. Załatwia praktyki w hotelu.
Gustaw - starszy brat Konrada, prawa ręka menadżera hotelu, ukrywa pewien sekret.

Rozdział 2
Duch czy nie duch?


Emilia opisała podejrzanego najdokładniej jak potrafiła. Raczej wysoki, raczej nie niski, chyba szczupły, ale Boże broń, nie chudy, skórzany strój, dużo szwów na mordzie. Policja kręciła się po pensjonacie do rana, po czym zwinęła manatki i tyle ich było widać. Wśród pracowników i gości panowały mieszane nastroje. Większość w milczeniu przyglądała się miejscu zbrodni, pojedyncze osoby wymieniały uwagi na temat pracy śledczych oraz okoliczności zbrodni i jedynie Michał zrezygnował z widowiska ze względu na znikome zainteresowanie krwawą jatką.
- Mówiłem, żebyście nie wzywali ducha mordercy – wycedził przez zęby Konrad.
- Jakiego ducha? - zainteresował się Szymon.
- Żadnego – uciął Adrian. - Kolega ma skłonność do przesady.
- Chodzi mu o legendę Rypanego Drania – do rozmowy włączył się stojący z boku mężczyzna.
Od przyjazdu policji łaził po korytarzu. Z początku Adrian wziął go za jakiegoś detektywa, a od biedy laboranta w szykownym stroju, ale mundurowi opuścili hotel, a on został.
- Ktoś kiedyś sobie ubzdurał, że po pięciokrotnym wymówieniu imienia Rypanego Drania do hotelowego lustra, Karolek wstanie z grobu i zacznie zabijać.
- Słabo mi... - jęknął Konrad, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- To jest pan Stefan – Gustaw dokonał prezentacji nieznajomego. - Opiekuje się spa, a ponadto jest kelnerem.
- Nie, słońce – przerwał mu. - Kelnerem byłem krótki czas, gdy ten żyłus szczędził na obsłudze – powiedział z pretensją spoglądając na Henryka. - Moim królestwem jest spa.
- W tym barłogu znajduje się spa? - zaciekawiła się Natalia.
- Najlepsze... Jedyne w mieście – oznajmił ostrożnie.
- Po jaką cholerę wylazłeś z tej swojej pustelni? - spytał zirytowany menedżer.
- Słyszałem, że jakimś cudem znalazłeś pracowników – zaczął niewinnie. - Przydałyby mi się z trzy osoby do sprzątania.
- Zgoda, jutro ci kogoś podeślę, tylko zniknij mi z oczu.
Stefan zrobił grzeczny ukłon, a następnie wycofał się.
- Kto mógł zrobić coś tak potwornego? - spytała Emilia, rękawem bluzki wycierając łzy.
- Będzie rozkmina – westchnął ciężko Leszek. - Z grona podejrzanych usuwam naszą lipiecką brać. Skoro ostatnio nikt z nas nie zabijał, obstawiam, że nadal każdy ma równo pod sufitem.
- Chwila! - oburzył się Gustaw. - Wy ręczycie za siebie, a ja ręczę za swoich kolegów z hotelu.
- Ma rację – przyznała niechętnie Natalia. - Dla mnie głównymi pozderzanymi są Leszek i Maria.
Wszyscy spojrzeli najpierw na nią, a potem na Marysię i Lecha.
- Dlaczego? - spytał zaskoczony Szymon.
- Maria, bo jej siostra była walnięta, a Leszek, bo jego najlepszy przyjaciel był psycholem biegającym z siekierą po mieście - odparła z zadowoleniem. - Niedaleko pada jabłko od jabłoni, ha!
- Durne rozumowanie – skrytykował Adrian. - Zamiast się wzajemnie oskarżać, lepiej wróćmy do zajęć. Hotel funkcjonuje nadal, a praktyk za friko nam nikt nie zaliczy.
Po tych słowach bardziej lub mniej zadowolona gawiedź rozeszła się. Matuszewicz spojrzał na Korbę i wolnym krokiem ruszył za nim po schodach.
- I co? - nie wytrzymał. - Tak po prostu mam uwierzyć, że to cię nie rusza? Pewnie już coś ci chodzi po głowie.
- Chodzi, ale niezbyt blisko – przyznał Adrian. - Nie chcę robić ogromnego spędu i grupowej burzy mózgów. Ostatnio gdybaliśmy o czynach mordercy w jego obecności i patrz jak to się skończyło. Teraz rozmawiamy tylko my dwaj i Konrad, ostatecznie.
- Jakie masz przypuszczenia?
- Emilia powiedziała, że wlazł przez ogród, ale brama na noc jest zamykana.
- Czyli musiał wejść wcześniej i przyczaić się w krzakach albo ktoś go wpuścił.
- Klucza z recepcji pilnowałem jak oka w głowie – przyznał Adrian. - Jeśli to ktoś obcy to mógł dostać się jedynie z pomocą Henryka lub Gustawa. Tak czy inaczej któraś z osób obecnych w Baroku jest zamieszana w morderstwo.

***


Nazajutrz Natalia, Marysia i Adrian trafili do piwnicznego spa. Jak się okazało, słowo "spa" było nadużyciem jak określanie Hotelu Barok mianem przyjaznego. Czy w przyjaznym miejscu giną ludzie? Nie! Czy spa powinno wyglądać jak zakład fryzjerski sprzed ćwierćwiecza? Nie! Niestety, rzeczywistość nie pozostawiała złudzeń. Królestwo Stefana cechowała tandeta. Drzwi i ściany oklejone fotografiami modelek, półki uginały się od kosmetyków, lustra wesoło błyszczały, zaś z radia płynęło Bohenian Rapsody. Pomieszczenie główne łączyło się z zapleczem przerobionym na solarium. I było to jedyne miejsce wyrastające poziomem ponad resztę. Stefan dbał o łóżko z ogromną czułością i chociaż te rzadko mogło mu się odwdzięczyć za troskę, obowiązki spełniało.
- Nareszcie jesteście! - zawołał na przywitanie. - Roboty nie ma, ale przynajmniej mnie zabawicie towarzystwem.
Nastolatki mogły ze spokojem rozejrzeć się po pomieszczeniu. Marysia, która jakiś czas temu odkryła miłość do fotografii, od razu dopadła do zdjęcia na biurku. Na pierwszym planie znajdowała się czwórka chłopaków ubrana w hotelowe uniformy. Fotografia mogła mieć około dwudziestu lat. Mimo upływu czasu drzwi pensjonatu pozostawały bez zmian. Już wtedy były ciężkie, surowe i wrogie.
- To ty?
- Tak – odparł, odstawiając zdjęcie na miejsce. - Moje praktyki. Prawie ćwierć wieku minęło, a ja nadal gniję w tym przybytku.
- A ten obok?
- Henio, znaczy... nasz nadęty menedżer.
- Ale brzydal – ucieszyła się Kubińska.
- A ci dwaj? - dopytał zaciekawiony Adrian.
- Praktykanci.
- A wiesz, że tego kojarzę? - Marysi coś zaczęło świtać w głowie.
- Ja nie kojarzę – odparł nieżyczliwie Stefan.
- Znałeś Karola? - spytał od niechcenia Korba.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Miał ogromną ochotę poplotkować o właścicielach pensjonatu, a jedyna osoba, która chętnie mieliła ozorem została zamordowana wczorajszej nocy. Ze względu na świerzbiący język postanowił podjąć temat, ale z wyraźnym zastrzeżeniem, że wszystko zostaje pomiędzy nimi.
- Znałem i Karola i Daniela. Kiedy rozpoczynaliśmy tu na praktyki to oni rządzili hotelem.
- Karol naprawdę miał syna?
- Nie wiem – przyznał strapiony. - Pokojówki, które kiedyś tu pracowały opowiadały mi, że Jacuś, tak miał na imię, naprawdę istniał, ale Karol wstydził się swojego potomka.
- Z jakiego powodu?
- Ponoć to był dobry chłopiec, ale cierpiał na chorobę skóry.
- Łuszczyca – syknęła konspiracyjnie Natalia. - To na pewno była łuszczyca.
- Na co rzekomo chorował nikt nie wie – ciągnął dalej: - ale było to na tyle wstydliwe dla Karola, że zamknął Jacusia w nieczynnej części hotelu.
- Co to za nieczynna część hotelu? - zaciekawił się Adrian.
- Kolejna historyjka, którą można wsadzić pomiędzy bajki – odparł krytycznie. - Według niej istnieje ukryta część budynku do której można przejść jedynie przez korytarze między ścianami.
- Karol musiał być naprawdę złym człowiekiem – przyznała melancholijnie Marysia.
- Z tym synem to plotka – machnął ręką nie-Paweł znaczy... Stefan. - Co wiem o Karolu na pewno to, to, że wpadł w furię, kiedy urodził się dzieciak Daniela, złapał za nóż i... - zrobił pauzę budując atmosferę. - Ciach!
Natalia i Marysia podskoczyły, Adrian zachował spokój.
- Bałem się Karola. Henio wam tego nie powie, ale on też się go obawiał.
- Ile lat temu to było? - pytał wyraźnie zaciekawiony Korba.
- Mniej więcej dwadzieścia. Nie pamiętam roku praktyk – pamiętał, ale żaden świerzbiący język nie był w stanie wyciągnąć z niego tej informacji. Niektóre rzeczy należało przemilczeć.
Na koniec tej rozmowy Stefan poprosił dzieciaki o dyskrecję. Sam nie potrafił utrzymać gęby na kłódkę. Zachęcony udaną pogawędką, opowiedział historię Karola pozostałym praktykantom, oczywiście za każdym razem zaznaczając, że jest to tajemnica, której niewolno powtarzać nikomu. Na koniec dnia wszyscy wiedzieli o wszystkim.

***


Po godzinie dwudziestej drugiej po hotelowej kuchni nikt już nie łaził. Nic dziwnego, że właśnie tam zdecydowali się spotkać i porozmawiać chłopcy. W ich pokoju siedział Michał i wyjść nie miał zamiaru, a jak już uzgodnili wcześniej, nie było sensu wtajemniczać w śledztwo kolejnych osób. Nie przewidzieli jedynie Oli polerującej sztućce.
- Nie daj Boże jutro przyjadą goście i będą zmuszeni do jedzenia niepolerowanymi sztućcami – oznajmiła ze śmiertelną powagą.
Tragedii nie było. Mogli przeczekać albo nawet pomóc w pracy. Czyścili srebra jak maniacy, od czasu do czasu przerywając na prośbę zmartwionej dziewczyny:
- Nie, źle! Stop! Używaj mniej pasty i trochę dokładniej.
Wtedy pojawiła się Dominika Rychlewska. Przyszła po szklankę wody, ale przy okazji zaparzyła herbatę dla wszystkich. Nie było rady. Trzeba było przeczekać obie. Czas na rozmowie o niczym wydłużał się niemiłosiernie. W pewnym momencie wszyscy zaczęli ziewać i zaklinać, że już trzeba iść spać, ale jakoś nikt nie opuszczał pomieszczenia. W końcu Adrian dał za wygraną. Dziewczyny należało wtajemniczyć. Rychlewska westchnęła z ulgą. Od początku czuła, że coś się kroi i bardzo jej zależało na wybadaniu tematu, pokojówka nie była zainteresowana kryminałem, ale polerowanie miała zamiar dokończyć i mimowolnie wzięła udział w dyskusji.
- Przecież to nie jest duch – powtórzył z irytacją Leszek. - Kombinujmy logicznie – dodał: - ktoś postanowił wykorzystać legendę Rypanego Drania i zabić jako duch.
- Akurat po tym jak wezwaliście drania? - spytał życzliwie Konrad.
- To był zbieg okoliczności albo...
- Albo? - zaciekawił się.
- Albo mordercą jest ktoś, kto był z nami w pokoju.
- Nie – pokręciła głową Ola. - Morderca zaatakował wcześniej.
Wszyscy spojrzeli na nią w milczeniu, a ona ze swoim idealnie obojętnym wyrazem twarzy mówiła dalej:
- Kilka lat temu do hotelu przyjechał jakiś krawaciarz.
- Jaki krawaciarz? - zaniepokoiła się Dominika.
- Nie wiem – odparła, kończąc polerowanie. - Jakiś biznesmen, adwokat czy inny w krawacie. Mnie nie pytajcie, bo to się wydarzyło zanim zaczęłam pracę tutaj. W każdym razie nie wierzył w Rypanego Drania i pięć razy wypowiedział jego imię do lustra – głos zabrzmiał złowieszczo na tyle na ile pozwalała jej nijakość.
Zasłuchany Konrad, aż przewrócił kubek z herbatą. Ola rzuciła się ze ścierką przerywając opowieść.
- Mów dalej – pogonił ją Adrian wycierając stół.
- Po kilku dniach Gustaw i Henryk wyłamali zamek do pokoju i odnaleźli trupa krawaciarza.
- Czyli morderca wszedł przez lustro? - podsumował niepewnie Korba. - Jak duch?
Zdania na ten temat były podzielone, a jedynym podejrzanym był duch Karola.

***


Leszek i Dominika podążali długim korytarzem nadal dyskutując o zbrodni i nowych informacjach. Rychlewska wahała się, dając szansę zjawiskom paranormalnym, z kolei Matuszewicz upierał się przy mordercy z krwi i kości.
- To ja ci coś pokażę – zaproponował.
Weszli do wolnego pokoju. Dziewczyna poczuła się nieswojo. Hotel budził w niej nieprzyjemne uczucia od początku, a po morderstwie nasiliły się, przybierając formę strachu. Jedynie ciekawość pchała ją w kierunku próby rozwiązania zagadki.
Leszek rozpoczął wykład:
- Pokój krawaciarza był zamknięty od środka, żeby dostać się musieli wyważyć drzwi, prawda?
- Prawda.
- Przez lustro – rzucił hasło.
Nim zdążyła odpowiedzieć, raper ściągnął szafkę z lustrem. Tuż za meblem znajdowała się wyrwa, nieco mniejsza od szafki. Pomiędzy ścianami sąsiadujących ze sobą pokoi znajdowała się pusta przestrzeń, która niczym korytarz prowadziła wzdłuż pokoju i znikała, gdzieś za zakrętem. Chłopak podważył lustro ze ściany po drugiej stronie. Teraz otwory w ścianach tworzyły przejście z jednego do drugiego pomieszczenia.
- Chcesz powiedzieć, że do każdego pokoju można przejść odsuwając lustro? - czuła, jak po plecach przechodzi jej zimny dreszcz.
- Tak, przynajmniej w kilku pokojach, które odwiedziłem – ciągnął dalej: - pierwszej nocy słyszałem jakieś odgłosy. Możliwe, że był to nasz morderca poruszający się pomiędzy ścianami.
- Zabójca mógł wejść do każdego pokoju bez kluczy – przytaknęła. - Krawaciarza nie zabił duch.
- Nie! Anita także nie zginęła z ręki ducha – ogłosił tryumfalnie.
Opuścili pokój w mieszanych nastrojach. Ducha można było wsadzić pomiędzy bajki, ale problem istniał nadal. Kto zabił krawaciarza i Anitę? Był to ten sam zbrodniarz czy dwa nie mające ze sobą nic wspólnego morderstwa?
Wyszli na korytarz w złą chwilę. Tuż przed nimi stał Rypany Drań. Dominika jęknęła, Leszek, przytomniejszy na umyśle, złapał dziewczynę za rękę i pociągnął za sobą. Szli bardzo szybkim krokiem, sporadycznie oglądając się za siebie. Rypany Drań podążał kilka metrów za nimi, również pośpiesznie. Zgodnie uznali, że w takiej sytuacji najrozsądniejsza będzie panika. Wrzaski i sprint przez hotelowe korytarze postawił na nogi wszystkich.
Rypany Drań zaniechał pościgu. Korzystając z przejścia pomiędzy ścianami znalazł się w ukrytej części pensjonatu. Tam zdębiał. Przed nim stała jakaś szkarada. Mały, chudy i blady jak ściana brzydal. W jego wyłupiastych oczach nie było strachu, ale zainteresowanie. Kto wszedł do jego domu?
Rypany Drań mruknął ostrzegawczo. Mały brzydal wycofał się. Nigdy nie lubił tego kostiumu. W najczarniejszych koszmarach widywał ojca przebierającego się w upiorny strój.

***


W Baroku gotował od lat siedmiu. Nie był to kucharz światowej sławy. Nigdy o sławę nie zabiegał. Gdyby było inaczej wziąłby udział w jakimś programie kulinarnym, ale po co? Miał swoje lata i wolał stabilizację w postaci posady hotelowego kucharza. Usłyszawszy o praktykantach nawet się ucieszył.
- Dodatkowa para rąk do pomocy zawsze się przyda – wycedził przez żółte zęby. - Tylko nie przysyłaj mi tu żadnego nygusa ani kretyna, co nie wie jak za nóż złapać – polecił Gustawowi.
I tego dnia do kuchni zawitała Emilia. Marek, tak miał na imię kucharz, zrzucił na nią wszelkie obowiązki związane z krojeniem, a sam rozpłaszczył się przy stole jak panisko, nogi położył na pustej skrzynce po warzywach i stamtąd jak z jednostki dowodzenia wydawał polecenia. Co jakiś czas drapał się po siwym łbie, jakby usiłując sobie przypomnieć przepis. W końcu stwierdził:
- Idź do spiżarni po marchewkę, taka uschnięta powinna jeszcze być.
Emila spojrzała na jedną chudzinkę wysuszoną na wiór. Kiedyś mogła uchodzić za ładną i smaczną marchew, ale teraz była bardzo smutna i w wieku emerytalnym.
- To da się zjeść?
- Skoro będzie na obiad – stwierdził z przekonaniem.
- W ogrodowej szklarni będzie jeszcze trochę marchwi – powiedział. - Przynieś, a ja dokończę zupę.
Tam czekała ją kolejna niespodzianka. Dostępu do drzwi szklarni broniła potężna zaspa śnieżna. Jakiś mądrala odśnieżający parking zdecydował, że najlepszym miejscem na przesunięcie śniegu będzie wejście do szklarni. Klnąc na własny los, Emila zabrała szpadel i zaczęła rozgarnianie ubitego śniegu.
Przed pensjonat wyszli pani Dobrójska i jej opiekun. Na widok chłopaka, Emilka uśmiechnęła się szeroko. Z daleka przypominał nastolatka, ale był znacznie poważniejszy. Miał hipsterską brodę i duże piwne oczy. Z pewnością był już po studiach. Był wysoki i dobrze zbudowany, co troszeczkę kontrastowało z niewysoką i słusznie zbudowaną Emilią.
- Idziemy na spacer – zawołał w jej kierunku. Może przejdziesz się z nami?
Dziewczyna pomyślała o kucharzu i marchewce. Nie znalazła żadnego ważnego powodu, aby odmówić spaceru. Już po chwili podążali wspólnie drogą wzdłuż lasku.
Szymon Borowiecki bardzo lubił opowiadać o sobie, a Emila słuchała z przyjemnością. Miał dwadzieścia siedem lat, ukończył fizjoterapię jakąś tam, od kilku miesięcy opiekował się starszą panią i co ważne, był singlem.
Dotarli nad skarpę. Do dołu napadało tyle śniegu, że nie było widać zejścia. Jadzia jak dziecko, klapnęła na tyłku i zsunęła się w dół z dzikim wrzaskiem radości.
- Proszę uważać! - zawołał Szymon zbiegawszy za nią.
Staruszka była już na dole, gdy chłopak zaczął nabierać rozpędu. W pewnym momencie zaczął zsuwać się po oblodzonym zboczu. Zahaczywszy nogą o konar drzewa przekoziołkował się i finalnie wylądował na twardej skrzyni przykrytej śniegiem. Jadzia kwiknęła ze szczęścia.
- Nic ci nie jest? - spytała słabo.
Nie usłyszawszy od razu odpowiedzi zaczęła ostrożnie schodzić w dół. Miała o tyle prościej, że mogła podeprzeć się na łopacie, którą zabrała sprzed szklarni.
- Nie, ale znalazłem skarb.
- Co?
- Powiedz, że to skarb – odparł, powstrzymując grymasu bólu. - Załamię się, jeśli skrzynia, o którą nabiłem sobie siniaka nie okaże się być skarbem tylko chałą.
Skrzynia istotnie była. Emila i Szymon doszli do wniosku, że pudło należy otworzyć komisyjnie. Pani Jadzia była innego zdania. Złapała za szpadel i trzasnęła w wieko. Wtedy rozpętała się kolejna afera. Nie minęła doba od zgłoszenia na policji morderstwa pokojówki, a tu trzeba było zgłosić znalezienie kolejnych trupów. W skrzyni spoczywały sobie kości. Dwa egzemplarze, ściślej mówiąc, elegancko ułożone.

***


Stefan i Henryk siedzieli na ławeczce przed wejściem. Z daleka przyglądali się szwendającej po parkingu policji. Szkielety, co prawda, nie znajdowały się na terenie hotelu, ale odkrycia dokonała pracowniczka oraz goście i to był powód do zmartwień.
- Nie wiedzą czyje to kości, ale już gadają – stwierdził Stefan. - Daj im czas, a odkryją prawdę.
Uraś pocierał zmarznięte ręce i tylko chwilami odwracał wzrok od parkingu.
- Żadna tajemnica – mruknął wzgardliwie. - Zabił ich Karol, a my nie mamy z tym nic wspólnego – mówił wyraźnie zdenerwowany.
Stefan zakaszlał.
- Na twoim miejscu zacząłbym się obawiać – powiedział jadowicie.
- Oficjalnie praktyki zakończyliśmy na tydzień przed zniknięciem Daniela. Policja nie może się do niczego przyczepić!
- Nie mówię o policji, tylko o Rypanym Draniu. Ktoś zabił Anitę i ścigał po korytarzu tamte dzieciaki – powiedział ponuro. - Jeśli Karol rzeczywiście wstał z grobu, to ty jesteś pierwszą osobą, z którą będzie chciał wyrównać rachunki. Możemy udawać, ale obaj dobrze wiemy, że po tym jak pomogliśmy mu pozbyć się ciał, zadzwoniłeś na milicję z donosem na niego.
- Nie ma żadnych duchów – przerwał mu półszeptem w obawie, aby nie przyciągnąć uwagi policji.
- Może i nie ma... - zaśmiał się fałszywie. - Wiesz, że czasem myślę o synu Daniela? Ciekawe na kogo wyrósł?
Henryk milczał. W ducha nie wierzył. Karol był podłym człowiekiem i ani przez moment nie wątpił w to, że powiadomienie władzy jest właściwym ruchem. Gdyby mógł cofnąć czas... Nie! Niczego nie zmieniłby. Rypany Drań zasłużył na śmierć, dziecko Daniela na spokojne życie z dala od hotelu, a on na spuściznę Hoffmanów.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2461
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Vampircia » 18 paź 2017, 23:24

Mam nadzieję, że kiedyś ktoś kupi od ciebie prawa autorskie i zrobi serial;) Kurcze, ty to masz chyba może pomysłów, bo jak się czyta, to widać, że wszystko musiało być bardzo dokładnie rozkminione. Zakładam, że opko wyjdzie spore.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 452
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 21 paź 2017, 10:05

Starałem się ogarnąć zagadkę na początku. W zeszłym roku tajemnica powstawała z rozdziałami. Teraz mam nadzieję, że nie poplątałem wszystkiego za mocno, a rozwiązanie nie jest zbyt łopatologiczne. Opowiadanie będzie liczyło osiem rozdziałów. Przed ostatni wyjaśni historię, a ostatni domknie całość.
Dzięki za komć.

A w ogóle udało mu się napisać fragment, za który nie wiedziałem jak się zabrać.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
mistrz
Posty: 452
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher: Hotel

Postautor: Skorpion » 22 paź 2017, 13:01

Opis bohaterów:
Natalia - maturzystka przejęta studniówką, "mean girl" z amerykańskiego horroru
Ola - pokojówka, nie wykazuje żadnych emocji, podoba się Konradowi
Henryk Uraś - "nie-Adrian", menadżer hotelu, kiedyś pomógł Rypanemu Draniowi pozbyć się zwłok
Stefan - "nie-Paweł", pracuje w spa, współuczestniczył w pozbywaniu się zwłok
Emilia - uczy się w drugiej klasie technikum, uciekła Rypanemu Draniowi
Marysia - najlepsza przyjaciółka Natalii, niezbyt inteligentna
Szymon - opiekun pani Dobrójskiej, gość hotelowy

Rozdział 3
Nieproszeni goście


Samochód zaparkował za torami, tam pod lasem. O tej porze roku i późnej godzinie, na ogół, przyjemny za dnia, cel spacerów stawał się ponury i szary. Ogołocone z liści gałęzie drzew szeleściły złowrogo, a śnieg oświetlał ciemności. Im jednak było wszystko jedno. Siedzieli w ogrzewanym aucie i szeptali sobie czułe słówka. Po kilku komplementach dziewczyna zachichotała, pozwalając chłopakowi odpiąć jej bluzeczkę. I tu trzeba zaznaczyć! Ona była porządna i z dobrego domu, a to już ich trzecia randka i pierwsza, na której dopuściła jego niezgrabne łapska do swojej bluzeczki. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że są niezgrabne, ale widząc jak zajmuje się jej odzieniem szybko to pojęła. Mimo wszystko nie chciała psuć chwili i pomagać mu. Lecącą w tle piosenkę Love Is Blind Alicii Keys przerwał głos radiowca.
- Ważny komunikat dla mieszkańców Kowalik i okolic – zaczął posępnie, ale z ekscytacją. - Z pobliskiego zakładu dla obłąkanych uciekł niebezpieczny pacjent. Mężczyzna uzbrojony jest w siekierę najprawdopodobniej podąża w stronę Lipek. Podajemy rysopis: szczupły, wysoki, włosy ciemne, cera jasna, lat dziewiętnaście. Każdy, kto zobaczy podejrzanego jest proszony o pilny kontakt z policją.
- Słyszałeś? - spytała w momencie, gdy chłopak uporał się z ostatnim guziczkiem.
- Bzdura jakaś.
- Coś słyszałam na zewnątrz – spłoszona, zaczęła zapinać bluzeczkę.
- Wydaje ci się – uspokoił ją niedbale.
- Nie! Naprawdę! Słyszę skrobanie! Szybko! Odjeżdżaj stąd! - wpadła w panikę.
Jej nerwowość sprawiła, że młodzieniec zgłupiał i niewiele myśląc przekręcił kluczyk w stacyjce. Ruszyli rozpryskując brudny śnieg na około. Po drodze ogłupienie minęło ustępując irytacji. Na stację benzynową dotarli w milczeniu. Dopiero wtedy doszło do nich, co właściwie wydarzyło się za torami, tam pod lasem.
Odjechali z siekierą utkwioną w tylnych drzwiach auta. Paweł Ostrowski jeszcze przez chwilę stał w pustym polu i przyglądał się jak para nastolatków ucieka z jedyną bronią, którą udało mu się skołować po ucieczce z psychiatryka.
- Kurwa... - jęknął. - Ani samochodu, ani siekiery.
Nie najlepiej rozpoczął pobyt na wolności.

***


Z samego rana drzwi wejściowe hotelu trzasnęły z ogromną siłą. Po kilku głośnych krokach ktoś przeszedł w recepcji. Gniewny głos kobiecy rozpoczął dyskusję z Gustawem. Adrian nie rozpoznał go w pierwszej chwili. Zmęczony wczorajszym dniem, na przyjazd policji Henryk nakazał mu odgarnąć śnieg wokół hotelu, zamknął oczy. Tymczasem baba w recepcji domagała się zniżki za pokój, bo hotel był dalej niż przypuszczała. W tej samej chwili Korba zerwał się z łóżka jak rażony piorunem. Leszek i Michaś już nasłuchiwali pod drzwiami.
- Jędrusowa... - jęknęli równocześnie.
Zbiegli w piżamach do chłodnego holu, gdzie Beata dawała właśnie popis swojej furii przed braćmi Brzęckimi.
- Co pani tutaj robi? - spytał ostrożnie Michał.
- Mam urlop! - ryknęła rozjuszona.
- Akurat tutaj? - Adrian nawet nie starał się ukrywać swojej niechęci.
- Tak! Tutaj! - prychnęła nieżyczliwie. - Słyszałam, że już wydarzyło się jakieś przestępstwo i oczywiście wy musicie być w jego centrum! Jak zwykle!
Z części restauracyjnej wyłoiły się Natalia i Dominika i z boku obserwowały scenkę.
- Pokój numer sześć – powiedział Gustaw podając klucz. - Konrad, zabierz bagaże.
- Ta niezguła na pewno zniszczy, a to krokodyle! Sama poniosę!
Młodszy Brzęcki zrobił krok do tyłu.
- Jeszcze nam tego babska brakowało – mruknął Leszek.
- Powinniście mi podziękować! - oznajmiła z urazą, gdyż najwyraźniej usłyszała jego słowa.
- Dlaczego?
- Bo zabieram was stąd! Dzisiaj wypocznę, a jutro wracamy do Lipek!
- Chwila! - przerwała z nadzieją Natalia. - Nie będziemy musieli bębnić tych praktyk?
Nauczycielka uśmiechnęła się złowieszczo.
- Mowy nie ma żebyście tu zostali.
- Ale co z praktykami?
- No nie zaliczycie ich w tym roku... Zapowiada się kibelek z przedmiotów zawodowych, ale czym jest powtarzanie klasy wobec ratowania życia? - błysnęła zębami.
Na myśl o powtarzaniu klasy Konradowi zrobiło się gorąco. Miał wysoką średnią i opinię dobrego ucznia, a nie kiblarza i to w dodatku w klasie maturalnej! Wymarzone studia z filmoznawstwa stanęły pod znakiem zapytania. Blady jak trup usiadł na krześle i w milczeniu spoglądał na nauczycielkę i jej krokodyle. Oczami wyobraźni widział, jak walizki ożywają, rosną im kły i pożerają właścicielkę. Przypomniał mu się film o krokodylu mieszkającym pod hotelem na bagnach. Z nerwów zapomniał tytułu i tu warto zaznaczyć, że tego dnia jeszcze kilkakrotnie się zdenerwuje.

***


Nauczycielka nie rzucała słów na wiatr. Zaraz po zameldowaniu poleciała do gabinetu Urasia, napyskowała i zadowolona z siebie wróciła do pokoju.
Przeszła się po sypialni z odrazą spoglądając na tapetę w kwiaty. Początkowo zakładała kilkudniowy pobyt, ale teraz odczuwała ulgę, że nie spędzi tutaj więcej niż jednej doby. Barok wyglądał żałośnie i bliżej mu było do barłogu niż bogactwa i przepychu. Obsługa, a w tym praktykanci, była nieprofesjonalna, wystrój fatalny, odległość od Trójmiasta zatrważająca, widok z okna nieprzyjemny, potrawy z pewnością okażą się niejadalne, a łazienka... Teraz dopiero do niej dotarło, że musi się odświeżyć po podróży i przy okazji odkryć wady łazienki.
Pierwszą rzeczą, która nie przypadła jej do gustu był rozmiar. Małe, wykafelkowane pomieszczenie, w którym upchano kabinę prysznicową, pralkę, umywalkę i kibel z rolką srajtaśmy.
- Jak na standardy tego miejsca to znośnie – przyznała, wchodząc pod prysznic.
Jej opinia mogła ulec zmianie w momencie, gdy kotarę odsłonił Rypany Drań. Matematyczka krzyknęła, morderca zrobił zamach nożem. Ciach! Beata poślizgnęła się na mydle, o włos unikając spotkania z rzeźnickim ostrzem. Na czworakach wypełzła z kabiny i odrzucając wszelakie racjonalne zachowania postanowiła rzucić się na przestępcę. Zaskoczony morderca wpadł pod prysznic z siedzącą mu na plecach facetką. Nauczycielka przyciskała jego głowę do ziemi, a on próbując się uratować od zachłyśnięcia wodą z brodzika złapał po omacku kotarę. Materiał zerwał się wraz z metalowym uchwytem, który nieszczęśliwie spadł na głowę profesor Jędrus. Otumaniona zrobiła krok do przodu i znowu znalazła się w kabinie. Rypany Drań wykorzystał chwilową przewagę. Złapał leżący w brodziku nóż i wbił ostrze w nogę uciążliwego babska. Gdy kończył ją mordować, ona nadal lała mu prosto w pysk wodą ze słuchawki. Krew oraz woda spływały razem do odpływu jak w filmie Hitchcocka.

***


Późniejsze wydarzenia były niczym powtórka z rozrywki. Po raz kolejny przyjechała policja, spakowała trupa, zebrała zeznania, nic nie ustaliła i pojechała sobie, pozostawiając hotel pogrążony w chaosie i absurdalnym poczuciu déjà vu.
Zaraz po złożeniu zeznań, w których plątały się krokodyle oraz Robert Englund, Konrad Brzęcki wrócił do pokoju. Marzył tylko o tym, aby się przespać. Nie obchodziły go żadne morderstwa, Rypany Drań, menedżer, hotelowe obowiązki i dalsze losy praktyk. Od wszystkiego dostał jednego wielkiego skołowacenia. Po wejściu do pokoju, do ogólnego skołowacenia i złego samopoczucia, dołączyło jeszcze zbaranienie pospolite. I trwało tak chwilę. Stał jak kołek zastanawiając się, gdzie podział się jego własny głos.
- Cześć – usłyszał.
Wymamrotał coś, co brzmiało jak "cześć", ale pewności co do tego nie miał. Nadal wszystko mu się mieszało w głowie.
Paweł wstał z miejsca, wciągnął Brzęckiego do środka i bardzo cicho zamknął za nim drzwi. Dopiero wtedy Konrad odzyskał przytomność umysłu.
- Tu? Ty tu? Co... Co tu robisz? - wydukał z trudem.
- Dowiedziałem się, że macie praktyki i postanowiłem was odwiedzić.
- Ty... Ale ty powinieneś być w... w wariatkowie – otępienie umysłowe dodało mu odwagi, a raczej odebrało rozum, przez co nie krył się specjalnie ze swoimi myślami i mówił, co przynosiła mu ślina na język.
- Ile można? - westchnął. - Nic tylko tam siedzisz, gapisz się w ściany, połykasz Zyprexa, Speridan i tak do znudzenia.
- Może powinieneś wrócić po te leki? - spytał z troską.
- Zostanę tu przez jakiś czas.
Konrad zamarł na moment.
- To nie najlepszy pomysł – przyznał zmieszany. - Mamy już jednego mordercę i właśnie zabił profesor Jędrus... - w ułamku sekundy dotarło do niego, że to właśnie Ostrowski może być Rypanym Draniem i niemal mechanicznie spytał: - Czy to ty mordujesz ludzi w hotelu?
Paweł zaprzeczył. Przyjechał tu chwilę po nauczycielce, wykorzystał zamieszanie spowodowane jej wejściem i niezauważony przekradł się na górę. Fakt, widział mordercę w pełnym umundurowaniu, ale nie miał z nim nic wspólnego.
- Po mojej ucieczce ze szpitala ludzie strasznie się denerwują – przyznał. - Muszę gdzieś przeczekać całą burzę. Dasz mi pokój, a ja w zamian nie pozabijam was – powiedział, po czym dodał - zresztą i tak nie mam czym.
Konrad usiadł. Czuł, że twarz mu pobladła i potrzebuje świeżego powietrza. Pomyślał o otworzeniu okna, a potem o wyjściu przed hotel. Tak, spacer dobrze by mu zrobił. A co jak ktoś w międzyczasie odkryje obecność Ostrowskiego? Pomyślał o tym w złą chwilę. Do pokoju wszedł Adrian.
- Co on tu, kurwa, robi?! - padło najoczywistsze pytanie ze strony Korby.
- Cicho - syknął Brzęcki.
Bez namysłu wciągnął go do pokoju i zakluczył drzwi.
- Dzwonię na policję! - oznajmił, wycofując się.
- Śmiało – odparł prowokująco Paweł. - Zobaczymy, czy zdążysz przed tym jak cię dopadnę, kulasie.
- Milczenie owiec! To jest myśl!
Ostrowski i Korba równocześnie spojrzeli na kolegę.
- Zrobimy jak w Milczeniu owiec – kontynuował - Lecter pomógł Jodie Foster w znalezieniu mordercy. Tylko wariat może wytropić wariata – ciągnął, ale już z mniejszą werwą. - Paweł pomoże nam w odkryciu zagadki Rypanego Drania, a w zamian będziemy ukrywać go w hotelu.
- Nie ma mowy – przerwał mu Adrian. - Zapomniałeś już do czego doprowadził ostatnio?
- Oj tam, co znaczy odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół? - spytał poczciwie Paweł. - To jak, w porzo? - wyciągnął rękę do Adriana, który niemal gotował się ze złości.
Paweł kosztował go karierę sportową. Mógł to przełknąć. Z czasem nawet poczuł ulgę, ale irytowała go bezczelność Ostrowskiego. Miał tupet przyjechać i zachowywać się, jak gdyby morderstwa, których dokonał z Zuzą były jedynie wybrykiem, nic nieznaczącym epizodem, zapomnianym żartem.
Adrian pokręcił głową. Czuł, że cała wizyta Pawła w hotelu wyjdzie im wszystkim bokiem, ale niech im będzie. Zawsze istniała szansa, że Rypany Drań zamorduje Kapturnika lub odwrotnie. Jedyne do czego nie chciał dopuścić to, aby ktokolwiek z pozostałych pracowników i gości hotelu dowiedział się o obecności mordercy z Lipek.

***


- Nie musimy tu zostawać – stwierdził Adrian.
- Masz rację.
Korba nie odpowiedział. Henryk nie zaprosił go do siebie na przyjacielską pogawędkę. Wczoraj została zamordowana profesor Jędrus, do hotelu wprosił się Paweł, a teraz Henryk kazał mu stawić się w swoim gabinecie. Był grzeczny, na tyle, na ile pozwalała mu jego nieprzyjemna natura. Adrian był skłonny uwierzyć w życzliwość Urasia, gdyby nie chłodne spojrzenie... Bezlitosne i pogardliwe. Kilka miesięcy wstecz takie samo prezentował Kapturnik w nawiedzonym domu. Teraz mogło należeć do Rypanego Drania. Zachowując wszelaką ostrożność postanowił wybadać zamiary menedżera.
- Wasza nauczycielka nie żyje, a według regulaminu praktyk ja przejmuję jej obowiązki jako wasz pracodawca – mówił cierpko. - Jeśli wyjedziecie, nie zaliczę wam praktyk.
- Że co?
- Słuchaj, nie mam wyboru – powiedział nerwowo. - Potrzebuję pracowników, a nikt z okolicy nie rwie się do pracy w miejscu gdzie mordują.
Nic dziwnego – pomyślał Adrian.
- Czytałem twoje dokumenty – zmienił temat. - W zeszłym roku byłeś gwiazdą sportową szkoły. Co tam trenowałeś? Trójbój? - odpowiedział sam sobie - a potem doznałeś jakiejś kontuzji.
Korba odruchowo zerknął na kolano, ale nic nie powiedział. Kontuzja to niewłaściwie słowo. Wypadek nie oddawał jego bólu. To było umyślne działanie szaleńca, któremu teraz pomagał się ukrywać. Na samą myśl, prawie parsknął śmiechem. Co za idiotyzm doprowadził do takiej sytuacji? Ukrywał własnego oprawcę. Wypełniło go poczucie złości.
- Nie pójdziesz już na AWF i potrzebujesz drugiego planu. I drugim planem mogłoby być to miejsce – spojrzał w okno. - Byłem taki sam w twoim wieku.
- I co z tego? - powiedział przez zęby.
- Mógłbyś mnie kiedyś zastąpić na tym stanowisku. Wierz mi, doceniam ludzi lojalnych – mówił dalej - Chciałbym, abyś przekonał kolegów do pozostania w hotelu.
Już nie spoglądał w okno. Teraz jego chłodne oczy świdrowały na wylot rozmówcę.
- A co ja mogę?
- Mają u ciebie posłuch.
- Przekonywać nikogo nie będę – odparł stanowczo, a po chwili dodał nieco lżej. - Powiem jak sprawy się mają, a oni sami niech decydują.
- I o to mi chodzi! - Henryk przyklasnął z entuzjazmem. - Warto przemęczyć się ten miesiąc i nie powtarzać klasy.
Adrian pierwszy raz pomyślał o sobie jako o menedżerze Baroku. Wcześniej nie wiązał przyszłości z hotelarstwem. Miała być szkoła sportowa, a potem... Być może prowadzenie hotelu było mu pisane? Nie byle jakiego hotelu, ale właśnie tego.
Henryk nie przeciągał rozmowy. Dał Korbie czas na rozmowę z pozostałymi, ustalenie wspólnej lub osobnych decyzji i...
I zobaczymy jak się nasza współpraca ułoży dalej – skończył ciężkim westchnieniem.

***


Ola pochodziła ze wsi nieco większej od Lipek, z której do Bursztynowa przyjechała dwa lata temu. W hotelu akurat szukali pokojówki. Pracę zaczęła niemal natychmiast. Od tamtej pory stała się skarbem pensjonatu. Cechowała ją wyjątkowa pracowitość i wręcz niezdrowe, jak twierdził Stefan, poczucie obowiązku. Jeśli coś miało być zrobione to będzie. Nie ma, że potem – zdawało się mówić jej pozbawione ekspresji oblicze. Swoją gospodarską zaradnością budziła zazdrość u niejednej pani domu. Nie wiedziała, co to furia oraz szczebiotanie. Charakter miała obojętny, a w połączeniu z chłodną urodą stała się obiektem westchnień Konrada. Wpatrywał się w nią w taki idiotyczny sposób, iż szybko stał się niewybrednych kpin pozostałych chłopaków.
- No umów się z nią! Zagadaj - radzili nieco szyderczo, bo każda próba Brzęckiego kończyła się w ten sam sposób.
- Nie mogę. Nie mam czasu – odpowiadała. - Muszę jeszcze pozmywać naczynia i pościelić łóżka.
Oglądając scenki z boku, odnosiło się wrażenie, że oboje rozmawiają w dwóch różnych językach.
- Ziom, ty ją komplementujesz, a ona, że są smugi na szybach – śmiał się do rozpuku Leszek.
- On o dupie, a ona o zupie – śmiał się równie serdecznie Szymon.
- Nie łam się – spoważniał raper. - W horrorze przetrwałbyś dzięki swojej czystości.
- Też mi coś! Wy też przeżyliście zeszłoroczną masakrę – odparł z odrazą. - W życiu bycie prawiczkiem nie przynosi żadnych profitów.
Dzień po znalezieniu zamordowanej nauczycielki, Ola zwróciła się do Konrada z niecodziennym pytaniem:
- Widziałeś kiedyś zwłoki?
Wzruszył ramionami. Nie chwaląc się, miał styczność z kilkoma trupami. Żaden powód do dumy. Trup sztywny, zimny i zwykle kłopotliwy.
- Zastanawia mnie, co dzieje się z człowiekiem po śmierci? - mówiła dalej. - Czy... po prostu umieramy? Nie ma nic więcej.
Nie przerywał jej.
- Szkoda mi Daniela i jego żony. Tyle lat nikt nie miał pojęcia, gdzie są, a oni cały czas leżeli pochowani pod hotelem. To straszne... - na chwilę zapadła cisza - musimy rozwiązać sprawę Rypanego Drania – oznajmiła w końcu. - W hotelu może kryć się mnóstwo sekretów i należy je zbadać. Tym bardziej, że wasze śledztwo jest nieefektywne.
- Masz jakiś pomysł?
- Strych – rzuciła ponuro. - Ponoć tam przeniesiono wszystkie rzeczy po Hoffmanach. Nikt tam nie chodzi, bo jedyny klucz ma Henryk.
- A... - zająknął się.
- Ukradłam go – wyprzedziła pytanie.
Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Strych należało zbadać natychmiast. Za starymi drzwiami mogło kryć się wszystko. Testament, zaginiony majątek Hoffmanów, a może nawet tożsamość Rypanego Drania?
Strych nie był zagracony. Ubrania, książki, deski, narzędzia, jak się okazało Daniel hobbistycznie zajmował się stolarką, leżały ułożone pod ścianą. Środek pomieszczenia stał pusty. Ola rozpoczęła przeglądanie kartonów. Konrad zwrócił uwagę na dziecięce łóżeczko. Brudne, bez jednej nogi, kilka szczebli leżało na podłodze. Przesunął dłoń po krawędzi, aż natrafił na wyryte litery.
- Aleks – przeczytał. - Syn Daniela miał na imię Aleks.
W jednej chwili poczuł ogromny szacunek do Hoffmanów. Synowie Olgierda mieli fach w rękach. Karol szył kostiumy, Daniel projektował meble, Witold za pewne też coś potrafił. Rozzłościł się na nestora rodu, który głupim testamentem wywołał lawinę późniejszych zdarzeń.
Tymczasem Ola wygrzebała stary album. Od niechcenia przewertowała kilka stron. Na większości zdjęć pozowali Olgierd, Karol i Daniel, dalsza rodzina, czasami jacyś przyjaciele i pracownicy hotelu.
- Podobna do Dominiki – stwierdził chłopak, spoglądając na zdjęcie małżonki Karola.
Ola przytaknęła po namyśle.
Kobieta z fotografii miała smukłą twarz i duże oczy. Podobieństwo jako takie istniało, ale bez przesady.
O wiele większe emocje wywołała druga fotografia przedstawiająca gromadkę ludzi stojącą przed wejściem do hotelu. Po środku znajdowali się Karol, Daniel z ciężarną żoną, a po bokach czwórka młodych chłopaków.
- Henryk, Stefan... - Konrad zidentyfikował ich niemal natychmiast.
Problemy sprawili mu pozostali dwaj praktykanci. Stojący obok Karola wydawał mu się dziwnie znajomy, czwartego nie kojarzył wcale. Skąd znał chłopaka ze zdjęcia? Co się stało z Aleksem? Fotografie należało zabrać i omówić komisyjnie w obecności pozostałych. Strych opuścili z żalem, bo mimo szczerych chęci nie odkryli tak wiele, ile się tego spodziewali.
Przez wyrwę w ścianie, taką niewidoczną, zasłoniętą stertą książek wlazł mały brzydal. Obejrzał pomieszczenie dokładnie, jakby w obawie, że przez wizytę nieznajomych jego ulubiony pokój mógł ulec jakiejś magicznej zmianie. W końcu otworzył album na zdjęciu rodziców.
- Maaamaaa – wjęknął przeciągle.
To co działo się ostatnimi czasy było niewiarygodne w jego rozumieniu. Po długiej nieobecności rodzice powrócili do domu. W głowie nie zaświtała abstrakcyjna myśl o ich śmierci, bo umarli, nie wracają. Tymczasem ojciec znowu spaceruje po korytarzach w stroju Rypanego Drania i krzywdzi ludzi, a mama jest tak piękna jak kiedyś. Za wszelką cenę musiał ją ochronić przed Karolem.

***


Kameralnej atmosferze towarzyszył zastój i swego rodzaju znużenie. Restauracyjne stoły czekały z utęsknieniem na gości, na których, przez ostatnie wydarzenia, mogły się nie doczekać nigdy. W rogu sali usadowili się Marysia ze Stefanem i półszeptem dyskutowali o najnowszym morderstwie. Na przeciw siedziała Emilia. Od czasu do czasu odrywała wzrok od menu i gromiła ich wzrokiem. Dopiero widok Szymona rozpromienił jej twarz.
- I co? Nie wyjechaliście?
Zapytanie potraktował jak zaproszenie do stołu.
- Wyobraź sobie, że nie możemy – mruknął niezadowolony. - Tłumaczyłem Dobrójskim, ale oni mają gdzieś, że w pensjonacie, w którym mieszka seniorka ich rodu doszło do dwóch morderstw – złościł się. - Opłacili nam pobyt do końca miesiąca i tyle mamy siedzieć.
- Z rodziną to niekiedy najlepiej się wychodzi na zdjęciu – przyznała.
- Wiem coś o tym – westchnął ponuro. - Mój ojciec był bardzo surowy. Zmusił mnie do studiów na akademii medycznej. Mówił, podziękujesz mi jeszcze, znajdziesz dobrą pracę – wspominał rozgniewany – i znalazłem! Dzięki mojemu wykształceniu mogę usługiwać szalonej babci w hotelu, gdzie grasuje seryjny morderca.
- Nie jesteś zbyt odważny, co nie? - zauważyła krytycznie.
Szymon spojrzał na nią z urazą.
- Bo obawiam się Rypanego Drania? To chyba normalne. Dobrójscy płacą nieźle, ale morderca... - wzdrygnął się - a wy? Nie wyjeżdżacie?
- Nie... Chyba nie... - zawahała się.
Opuszczenie hotelu oznaczało niezaliczenie praktyk, a niezaliczenie wiązało się z powtarzaniem klasy. Jak na złość obie możliwości - pozostanie i wyjazd - generowały ze sobą sporo stresu.
- Chłopcy prowadzą śledztwo - wymamrotała pod nosem. - Mam nadzieję, że pośpieszą się.
- Żeby tylko Rypany Drań nie pośpieszył się z mordowaniem.
Na samą myśl po plecach Emilii przeszły ciarki. Jak na razie znajdowała wszystkie trupy, a przy tym perfekcyjnie omijała Rypanego Drania. Najpierw Anita, potem wspólnie z Szymonem i panią Jadzią odkryli przeterminowane szkielety, teraz Beata Jędrus. Pozostali zaczęli żartować, że wchodząc do ciemnego pomieszczenia, powinna uważać, aby nie potknąć się o kolejnego denata.
- Cieszę się - przyznał nieśmiało – że mogłem cię poznać. Słabo, że w takich okolicznościach, ale...
Rozmowę przerwał krzyk.

***


Trzydziesty stycznia Natalia już dawno oznaczyła w kalendarzyku wykrzyknikami, kolorami, wzorkami, hasłami i czym tylko można było podkreślić jego ogromne znaczenie. Wtedy wypadała studniówka. Wszystko się posrało, ironicznie, wraz z chorobą profesor Kaczmarek i wymaganiami profesor Jędrus. Praktyki kończyły się dzień przed balem. Sukienkę już miała, ale kosmetyczkę i fryzjera należało załatwić przed studniówką. Jakby życie maturzysty przysparzało zbyt mało problemów był jeszcze Rypany Drań, którego przeklinała bardziej niż Kapturnika. Gdy nauczycielka wreszcie po nich przyjechała, ten postanowił ją zamordować. Jasna cholera! Co dalej? Zostają? Wyjeżdżają? Sytuacja była niejasna.
Teraz siedziała w gabinecie spa z Marysią i Stefanem dyskutując o zbliżającej się nieubłaganie studniówce.
- Makijaż jak Brigitte Bardot, ciemne powieki, włosy upnie mi znajoma fryzjerka – mówiła. - Sukienka, ta kremowa w kropki, pokazywałam ci – zwróciła się bezpośrednio do Kubińskiej. - Dobrałam do niej nieziemskie szpilki...
Stefan nawet nie udawał, że nie słucha, Marysia potakiwała, chociaż jako doradca modowy pozostawiała wiele do życzenia.
- Powinnaś się opalić – rzucił wreszcie od niechcenia fryzjer. - Wrócisz z nad morza do tej swojej dziury blada jak ściana.
- Mamy środek zimy – przypomniała Maria.
W przeciwieństwie do Kozłowskiej nie lubiła Stefana i nie pojmowała, dlaczego uczestniczy w ich rozmowach.
- A od czego są lampy? - fuknął na nią rozzłoszczony i nieco delikatniej zwrócił się do Natalii. - Osiem minut i będziesz wyglądała jak Kleopatra.
- Sama nie wiem.
Za to Stefan wiedział. Solarium praktycznie stało nie używane. Jeden raz wślizgnęła się do niego pani Dobrójska i przeleżała tam pół godziny, oczywiście pod wyłączoną lampą i tyle z jego użyteczności. Teraz pojawiła się okazja, aby skorzystać z lamp jak należy i nie miał zamiaru przepuszczać jej. Dziewczyna uległa namowom Stefana widząc w nim autorytet w dziedzinie stylu wyrastający ponad lipczańską nijakość.
- My wychodzimy na obiad, a ty opalaj się swobodnie – powiedział. - Przypilnuje cię Freddy – po tych słowach włączył muzykę. - Jak skończy się piosenka Put Out The Fire możesz wyjść.
Po ich wyjściu muzykę nieco podgłośnił Rypany Drań. Na wypadek, gdyby ktoś miał usłyszeć krzyki dziewczyny. Z pomocą liny przywiązał górną pokrywę z łóżkiem w taki sposób, aby urządzenia nie było można otworzyć od środka. Następnie zwiększył temperaturę lamp i resztę pracy pozostawił ogrzewanej trumnie.
Tymczasem niczego nieświadoma Natalia powoli zaczynała mieć dość opalania. Delikatnie uniosła dłonie i spróbowała odepchnąć górną część maszyny. Ta ani drgnęła. Spróbowała raz jeszcze. Próba zakończyła się niepowodzeniem. W jednej chwili zrobiło jej się bardzo gorąco. Trudno jednak rozsądzić, czy było to spowodowane lampami, czy zdenerwowaniem. Krzyknęła. Odpowiedział jej Freddy Mercury:

She was my lover. It was a shame that she died.


Spanikowana zaczęła wrzeszczeć i uderzać rękoma i nogami w coraz gorętsze ściany. Pomoc przybyła nieoczekiwanie. Wieko pułapki otwarło się, a Natalia instynktownie rzuciła się swojemu wybawcy na szyję. To był Adrian. Tuż za nim stali Stefan, Marysia, Emilia i Szymon.
- To było straszne! - wrzasnęła, nie puszczając chłopaka.
- Zostawiacie kogoś w solarium bez nadzoru? - spytał potępiająco Adrian.
- Wyszliśmy na dosłownie pięć minut – usprawiedliwiał się Stefan.
- I tyle wystarczyło mordercy – stwierdził z niesmakiem Szymon.
- Próbowano mnie zabić! - wyła rozpaczliwie.
Kolejne kilka minut trwało uspokajanie, gdy wybuchła większa pandemonia. Natalia przejrzała się w lustrze. Intensywny efekt opalania nie wyglądał za dobrze. Skóra dziewczyny nabrały różowej, zaś plecy boleśnie czerwonej barwy.
- Jak ja się teraz komukolwiek pokaże na ulicy?! Wyglądam jak świnka Piggi! Mieliśmy być królem i królową studniówki! To tragedia!
Klapała dziobem przez następny kwadrans, a Adrian słuchał czując jak pokłady jego cierpliwości uderzają coraz większe fale gniewu.
- Koniec! - wrzasnął. Czy ty jesteś normalna? Nic ci się nie stało!
Natalia oniemiała na moment.
- Że co? - wymamrotała. - Zobacz jak wyglądam! Zamiast przygotowywać się do studniówki muszę tutaj pracować, a teraz jeszcze to!
- Życie nie kończy się na głupim balu.
- Będąc tutaj może się skończyć przed – zaopiniował Stefan.
- Czy ty w ogóle masz jakieś plany? - spytał zaciekawiony Korba. - Co chcesz robić po maturze? Dociera do mnie, że istniejesz wyłącznie w swoim egoistycznym światku.
- W twoim! – odpyskowała. - Kiedyś byłeś lubiany i wesoły, a teraz...
- Jakbyś nie wiedziała, ludzie zmieniają się! - krzyknął, po czym dodał spokojniej: - Mam roztrzaskaną nogę. Nie wrócę już do sportu i potrzebuję planu be. Jesteś fajną dziewczyną i doceniam, że nie zlałaś mnie jak wszyscy znajomi, ale nie mogę spełnić twoich oczekiwań. Nie potrafię i chyba nie chcę.
Natalia zbaraniała. Wydawało jej się, że w następnych słowach powiedział coś o zerwaniu, różnych charakterach i poszukaniu szczęścia. Wszystko zlewało się w całość, z której nie potrafiła wyodrębnić pojedynczego słowa. Stała tam jak idiotka w ręczniku i próbowała oswoić się z nową rzeczywistością. Adrian zerwał z nią. Rozmowę podsumował Freddy:

Just tell me that old fashioned gun law, is dead. Take aim and fire. Shoot...


***


O północy piątka spiskowców spotkała się w recepcji. Było mnóstwo spraw do obgadania, ale nieudany zamach na Natalię przesunął ich rozmowę w czasie.
- Nic się nie stało – uciął krótko Henryk. - Policja była wzywana już trzy razy i z ich wizyt nic nie wynikło.
Po tym jak wydał zakaz powiadamiania policji, rozpoczął własne śledztwo, maglując każdego mieszkańca hotelu. Zachowywał się, jakby coś podejrzewał. Bacznie obserwował i wypytywał, ale nikogo o nic nie oskarżał. Potem nie było żadnej sposobności – najpierw Ola była zajęta, zaś Konrad, a żadne nie chciało mówić bez drugiego. Ostatecznie zdecydowano potowarzyszyć Leszkowi podczas nocnej zmiany na recepcji. Wtedy hotel zamierał w bezruchu. To był jedyny czas, gdy mogli porozmawiać bez obaw, że usłyszy ich ktoś niepożądany. Najważniejszą sprawą były fotografie znalezione na strychu.
- I co podobna? - spytał podekscytowany Konrad.
Dominika raz jeszcze spojrzała na żonę Karola. Niespecjalnie zauważała fizyczne podobieństwo pomiędzy sobą, a nią. O wiele ciekawsza wydało jej się drugie zdjęcie skwitowane komentarzem Brzęckiego:
- Skądś kojarzę tego typa.
- To samo powiedziała Marysia – przypominał sobie Adrian.
Podobne zdjęcie znajdowało się u Stefana. Ten jednak za żadne skarby nie chciał zdradzić, jak nazywają się pozostali dwaj praktykanci, ani w którym roku wykonano fotografię.
- Może to nasz morderca? - spróbowała nieśmiało Dominika.
Wytężył umysł, ale nie potrafił przypisać osobnikowi nazwiska.
- Skłaniam się do jednej z dwóch możliwości – przerwał im Leszek. - Rypanym Draniem jest wydziedziczony przez ojca Witold.
- To jedyny z braci, który prawdopodobnie żyje – przyznał mu rację Adrian.
- Za stary na mordercę – odrzuciła go Ola. - Dzisiaj miałby pewnie z jakieś siedemdziesiąt lat.
Leszek wzruszył ramionami.
- Czyli zostaje nam Aleks – podał ostrożnie drugi typ. - Dotąd myśleliśmy, że został zamordowany razem z rodzicami, ale nie... - popatrzył na zdjęcie Daniela i jego ciężarnej żony.
Fotografia musiała zostać wykonana na krótko przed jego narodzinami. Było w niej coś nieprzyjemnego. Bracia stali obok siebie i nic nie wskazywało na to, że wkrótce jeden z nich zabije z zimną krwią.
- Chłopak dziedziczy fortunę po dziadku – przypomniała Dominika. - Po co miałby zabijać?
- Zemsta! - rzucił Konrad.
Aleks stracił rodziców, trafił do sierocińca, jakimś sposobem powiązał siebie z masakrą w hotelu i powrócił, aby dokonać krwawego dzieła. Szyty grubymi nićmi motyw miał jakieś podłoże. Kandydatura Aleksa w roli mordercy wydawała się sensowniejsza od Witolda.
- Chciałbym zobaczyć testament Olgierda – przyznał Adrian. - Czy ma jakiekolwiek znaczenie prawne?
- Lepiej, żeby miał skoro przez niego giną ludzie – powiedział ponuro Leszek. - Ech, szkoda, że zaginął.
- Niby nie zaginął – odezwała się Ola. - Ponoć został przekazany zaufanemu notariuszowi.
- I gdzie jest ten notariusz? - zapytał chciwie raper.
- Tego to ja nie wiem.
- To rzeczywiście zaufany – zaopiniował Adrian.
Informacje Oli kończyły się na plotkach przekazywanych przez Anitę. Sama nigdy nie interesowała się historią hotelu. Jej zadaniem była praca, a nie wścibianie się w sprawy Hoffmanów. Wierząc w to nie pytała o nic i teraz zaczynała tego żałować. Może z tą wiedzą dałoby radę uniknąć wszystkich trupów.
- Wolę namacalnego podejrzanego – przerwała rozmyślania Dominika. - Witolda i Daniela juniora – nazwała potomka – nigdy nie widzieliśmy i tak na dobrą sprawę nie mamy pojęcia, czy żyją. Uważam, że Rypanym Draniem jest Henryk Uraś.
Chłopcy przerzucili spojrzenia z Oli na Dominikę. Rychlewska spokojnie kontynuowała:
- Pomyślcie tylko, od śmierci Hoffmanów to właśnie Henryk sprawuje władzę nad hotelem. Jest jakby jego właścicielem. Powrót spadkobiercy oznaczałby dla niego utratę pozycji. To już moje domysły, ale czy zbrodnie nie zaczęły się po naszym przybyciu do hotelu? Co jeśli z jakiegoś powodu uważa, że jedno z was jest zaginionym synem Daniela?
Na reakcję chłopaków nie musiała czekać długo.
- I że niby próbuje nas zabić?
- Dlaczego ktoś miałby sobie ubzdurać podobną rzecz?
- Nie zabił jeszcze żadnego z nas!
- Bo ma cholernego pecha – stwierdziła. - Najpierw chciał zabić Emilię, ale napatoczyła mu się Anita, potem ścigał mnie i Lecha, próbował zabić Natalię i wykończył waszą nauczycielkę za nim zdążyła was wywieźć z hotelu.
Zamilkli wszyscy.
- Jedno jest pewne, jeśli znajdziemy Aleksa to i morderca się znajdzie.
Nikt z nich nawet nie wspomniał o opuszczeniu hotelu przed czasem. Sprawa niebezpieczna, ale intrygująca zupełnie przysłaniała zdrowy rozsądek.

***


Późnym wieczorem Gustaw przygotował kanapki, a do butelki nalał herbaty. Posiłek zaniósł do siedemnastki. Pokój prawie nigdy nie był wynajmowany. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek Barok mógł liczyć na komplet gości. Odsunął lustro i po drugiej stronie położył posiłek. Dorzucił do tego kilka cukierków, na deser, niech ma. Niezauważenie wyszedł zabierając opróżnioną wcześniejszego dnia butelkę. Mały brzydal zaczął ucztować.
Obrazek


Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość