[Keanu Reevs]Dreaming dreams

Tutaj wrzucamy fanfiki o aktorach, muzykach, innych artystach i znanych ludziach w ogóle.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

MissCherry
amator
Posty: 4
Rejestracja: 03 mar 2013, 00:08

[Keanu Reevs]Dreaming dreams

Postautor: MissCherry » 03 mar 2013, 00:40

tytuł: "Dreaming dreams (śniąc sny)"
kategoria: 16+
opis: realistyczna fikcja, czyli co by było gdyby ;)
ostrzeżenia: sceny seksu opisane ze smakiem
status: WIP
nota od autora: Jest to opowiadanie, które zaczęłam pisać w 2008 roku. Dodam, że jest to również jedyne opowiadanie jakie napisałam kiedykolwiek. Dzisiaj do niego wróciłam i miałam kaprys by się nim z kimś podzielić. Stron napisanych jest ok 40, jak sprawią Wam radochę, to chętnie coś dopiszę, jak nie, to wrócę do tego pewnie za kolejnych 5 lat. Enjoy!

Każdy ma marzenia. Jedne zdają się być nie do spełnienia inne, może te troszkę bardziej przyziemne oklaskiwane są przez chwil parę, później jednak odchodzą w zapomnienie i już nie są niczym wyjątkowym. Ja zawsze marzyłam ponad przeciętność, moja wyobraźnia pozwalała mi się wzbijać ponad smutny i szary realizm życia, wyzwalała mnie z niego. Tak było lepiej, łatwiej…

1.

- Jasna cholera – przeklęła na głos obracając mapę na wszystkie możliwe sposoby. – Jestem pewna, że już tędy przechodziłam, tylko jak to możliwe, skoro na mapie idę wprost do swojego mieszkania? – Dodała w myślach.
Szła już trzecią godzinę przez ulice ciepłego i równie obcego Los Angeles, co chwile rozglądając się na boki, czy jakimś cudem nie przypomni sobie którejś z tych wytwornych kamieniczek, drogich restauracji, ale w tej jakże wyrafinowanej dzielnicy za nic w świecie nie ukrywał się jej skromny pokoik z kuchnią i wielkim balkonem. Szła głębiej, tym razem pod górę, nogi odmawiały jej powoli posłuszeństwa a chęć odpoczynku przesłaniała jej cały świat. W końcu zatrzymała się, posępnie patrząc na zielony kubeł na śmieci, wyrzuciła do niego mapę i usiadła na skwerku, za którym zasadzone były różnego rodzaju kwiaty. W okolicy cisza była aż nadto niepokojąca. Nie wiedziała gdzie się znalazła, nie wiedziała, czemu tylko co parę minut przejeżdża tamtędy samochód. Z rozmyślań wyrwał ją ryk silnika, srebrno czarny Norton Commando zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy. Zsiadł z niego dość wysoki mężczyzna, w jasnych, wytartych dżinsowych spodniach i rozciągniętym t-shircie. Zdjął kask. Wyglądał troszkę jak kloszard z tym ciemnym kilkudniowym zarostem. Wszedł do restauracji naprzeciwko żeby zaraz potem wyjść na patio z gazetą w ręku. Od razu schował się w niej pochłonięty lekturą. Kelnerka po kilku minutach przyniosła kawę, uśmiechnęła się nerwowo i oblana rumieńcem wróciła do pracy.
- To moja jedyna szansa, no chyba, że za kolejne tysiąc lat nadarzy mi się kolejny Obieżyświat – usłyszała swój rozsądek nader głośno, podniosła się na zbuntowane nogi i ruszyła w stronę nieznajomego…

- Przepraszam pana – powiedziała ostatkiem cierpliwości i miłym głosem do mężczyzny – Czy mógłby pa…..
- Hmm?? – Dwa ogniki zapłonęły zza pomiętolonej gazety. Uśmiechnął się zjadliwe, mogłaby przysiąc, że było w tym też troszkę ironii.

- Czy mógłby pan mi powiedzieć …? – Zająknęła się i zmieszała, na kilka sekund, ten dziwny człowiek wcale jej nie słuchał. Zastanawiała się, analizowała to pytanie na kilka tysięcy różnych sposobów.
- Z reguły jestem naprawdę cierpliwy i niezmiernie uprzejmy, ale dzisiaj moja cierpliwość wisi na włosku. Najpierw spędziłem 45 minut w supermarkecie – Meg stwierdziła, że widocznie miał potrzebę wygadania się, więc nie zamierzała mu przeszkadzać. – Rozmawiając z grupą, nie powiem całkiem sympatycznych młodych, strasznie egzaltowanych podlotków, co dziwne poszedłem tam jedynie po cholerne piwo na wieczór. Potem wypadek przed wjazdem do Brentwood i ta policjantka – zatrzymał się poświęcając dla tej policjantki kilka sekund ciszy – Potem, kobieta z pięcioma psami na pasach a teraz ty! – Dopiero spojrzał na Meg dając jej w końcu szansę na wytłumaczenie się dlaczego przerwała jego moment relaksu z kawą.
- Właściwie to chciałam zapytać o drogę, ale chyba źle trafiłam, przepraszam - obróciła się na pięcie.
- Chwila – odłożył gazetę i w tych samych oczach, w których wcześniej widziała ironie teraz zobaczyła zmieszanie i spokój. – Zgubiłaś się??
- Tak i to chyba konkretnie – odwróciła wzrok jakby błądząc nim po okolicy i szukając z niej wyjścia w odpowiednim kierunku. – Chciałabym trafić do swojego mieszkania z powrotem na Franklin Ave. 1889 ale na mapie nie potrafię nawet znaleźć gdzie jestem więc troszkę się błąkam – odpowiedziała jednym tchem.
-Hmm – westchnął i śmiesznym ruchem podrapał sobie brodę. – To faktycznie trochę przeszłaś. Na pieszo zajęłoby ci jakieś dwie godziny by dojść do celu, weź lepiej autobus. Najpierw numer 67 a później przesiadasz się na Sunset Bulevard w 56-tke – spojrzał na dziewczynę troszkę bardziej rozluźniony. Nim się zorientował, dziewczyna podziękowała mu serdecznie i już schodziła w dół na przestanek autobusowy.
Spokojnie dopił kawę, spakował gazetę do swojej wielkiej skórzanej torby i wpakował się na motor. Odpalił go i zjechał na dół. Zatrzymał się na światłach, zaraz przy przestanku autobusowym. Nieznajoma nadal tam siedziała, przeglądała jakiś katalog, który pewnie znalazła na siedzeniu. Zerknął w lusterko i wycofał motor lekko do tyłu by znaleźć się z nią na tym samym poziomie. Odsunął szybkę od kasku.
- Hej – nic innego nie przyszło mu do głowy.
Spojrzała na niego znad gazety. Uśmiechnął się lekko do niej.
- Hej nieprzyjemny nieznajomy – spojrzała na światła. – Masz zielone!!
Zgasił silnik.
- Poczekam do następnego – uśmiech troszkę się rozszerzył i dopiero teraz było widać, że to nie mógł być cholerny kloszard, za którego na początku go miała. To był najpiękniejszy uśmiech, jaki w życiu widziała, przynajmniej tak jej się w tej chwili wydawało. – Właściwie to jadę w tamtym kierunku, jeśli miałabyś ochotę to zawiózłbym Cię pod same drzwi.
- Problem w tym, że ja mieszkam na trzecim piętrze w kamienicy, więc mógłbyś mieć z tym niemały problem – odwzajemniła mu uśmiech. – A do tego jeszcze, byłoby wbrew jakimkolwiek zasadom jeśli bym wsiadła na motor z nieznajomym.
- Jestem Charles – wychylił się z motorem w kierunku dziewczyny, żeby podać jej rękę. – A do tego, zasady są czasem po to by je łamać. Nie jestem seryjnym mordercą i nie mam zamiaru nic Ci zrobić, tu jest pewniak. Plus darmowy dowóz do domu.
Dziewczyna wstała po krótkiej chwili namysłu, obserwując wyginającego się w jej kierunku całkiem przystojnego mężczyznę.
-A co mi tam, nogi wchodzą mi w tyłek, żołądek skurczył się do rozmiarów fasolki i jeszcze świadomość, że następny autobus mam dopiero za godzinę skłaniają mnie ku skorzystaniu z okazji – zrobiła kilka kroków do przodu i podała Charles’owi dłoń. – Jestem Margaret.
Roześmiał się, wstał z motoru i wyjął drugi kask, który ukryty był pod siedzeniem na wszelki wypadek. Podał jej kask i pomógł zapiąć. Usiadł i odpalił motor.
- Siadaj i trzymaj się mocno – próbował przekrzyczeć ryk silnika.
- Proszę cię, tylko mnie nie zabij – Meg usiadła lekko na motor i niepewnie złapała Charles’a w pasie. Po chwili jednak, jechała już mocno w niego wtulona, bojąc się, że za którymś zakrętem zwyczajnie spadnie z motoru.


* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Jechali przez uliczki Los Angeles z zawrotną prędkością. Chciała się porozglądać, podziwiać, ale stres nie pozwolił jej nawet na jedno drgnięcie. Jedyne czego była pewna to to, że ten mężczyzna, ten nieznajomy pachnie oszałamiająco. Mogłaby przysiąc, że przez chwile dogoniły ją myśli o tym żeby przytulić go w ten sam sposób już bez tego pędu we włosach. Tak na spokojnie.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Zauważył to. Im szybciej jechał tym silniej czuł ją przy sobie. Nie powinien prowokować dziwnych sytuacji, ale. No właśnie, nie mógł się powstrzymać. Jechał tak szybko jak tylko pozwalały mu na to drogi Miasta Aniołów. Nie wiadomo czemu, chciał czuć jej bliskość.


* * * * * * * * * * * * * * * * * *


Zatrzymali się w końcu pod kamieniczką Meg. Niewielki budynek, kremowy z brązowym dachem. Lekko odpadający tynk i kilka nieprzyjaznych napisów na ścianie zepsuło nieco wrażenie, jakie miała sprawiać ta stylizowana na włoski domek budowla. Na każdym balkonie donice z czerwono różowymi kwiatami sprawiały wrażenie girland ozdobnych, przed budynkiem zielona, lekko zdeptana trawa była wręcz idealna dla dzieci, które rozkładały na niej koce i bawiły się w sklep. Miła atmosfera. Mili ludzie.
Charles zdjął kask trzymając się motoru. Dziewczyna zeszła na niepewnych nogach na troszkę bardziej pewny grunt i również zdjęła kask.
- Dziękuje za jakże – zastanowiła się by nie przesadzić z określeniami. – Ekscytującą przejażdżkę. No i za podwiezienie mnie prawie pod same drzwi.
- Przynajmniej mogłem odkupić winy za ten mój atak na początku, musze przyznać, że przez chwilę poczułem się jak skończony idiota – podrapał się po czarnej czuprynie.
Przyjrzała mu się w końcu. Piękne rysy twarzy, lekko skośne czarne jak obsydian oczy, cudowny uśmiech, niesamowite, silne ramiona i ten niski głos. Mogłaby przysiąc, że takich facetów po prostu nie ma na świecie a jednak ona go spotkała. Może to jakiś anioł… Nie, prędzej sam diabeł wcielony. Skąd ona znała ten uśmiech??
- Było to trochę szokujące, ten nawał informacji – zarumieniła się lekko. – Nie za bardzo rozumiałam o co Ci chodzi..
- Uznajmy, że to wyjątkowo ciężki dzień – uśmiechnął się zakłopotany.
- Zgoda – podała mu dłoń. – Jeszcze raz wielkie dzięki Charles.
- Nie ma za co Margaret, przyjemność po mojej stronie – znowu uśmiechnął się słodko w jej stronę, zwyczajnie za słodko.
- Właściwie to – wysnuło się z jej ust. – Jeśli miałbyś ochotę na kubek świeżo parzonej herbaty to zapraszam na górę.
Popatrzał na nią lekko zdziwionym wzrokiem. Widziała jak się zawahał, jak gorączkowo, przez te parę ulotnych chwil myślał nad tym co jej odpowiedzieć. A później już nie potrafiła czytać, spochmurniał lekko i pozbył się emocji.
- Wybacz ale nie mogę. Miło było Cię poznać – poczuł w niej tę samą samotność, którą widział codziennie rano zaglądając do lustra, sparaliżowało go to.
- Mnie również miło było Ciebie poznać – uśmiechnęła się ciepło i odwróciła w stronę drzwi. Słyszała jak po chwili odpalił motor i odjechał gdzieś za horyzont.
- Głupia!! – Skarciła się w myśli i weszła schodami do swojego mieszkania.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *


2.

Biegła na autobus zdyszana. Za godzinę miała pierwszą rozmowę w sprawie pracy, w prześlicznej, spokojnej dzielnicy Los Angeles. Wiedziała, że to nie jest szczyt marzeń, zostać kelnerką bądź barmanką. Ale na początek wszystko było dobre, byleby opłacić czynsz i jakoś funkcjonować. Zawsze czuła się stworzona do wyższych celów. Przygotowywała swoje portfolio przez całą szkołę średnią i studia. Nie chciała mieszkać w Polsce na stałe, kochała ten kraj, ale zbyt wiele nerwów kosztowało ją włączanie chociażby radia… Te ciągłe afery, śmieszne polityczne sparingi słowne, piramidalne błędy doprowadzały ją do szału. Spędziła kilka lat w Anglii, ale zbyt długo czuła się tam obco, nie potrafiła przywyknąć do tendencji Anglików. Skończyła studia i wyrwała się z przyjaciółmi do Stanów. Dwoje z nich ulotniło się do Nowego Jorku na trzy tygodnie, jej przyjaciółka zamieszkała w studio-flacie ze swoim chłopakiem. Została sama, ale nie planowała zawieszenia broni. Chciała zacząć walczyć. Zapłaciła za bilet u kierowcy i rozsiadła się przy oknie po lewej stronie. W jednej ręce trzymała w dłoni starannie dobrane i wydrukowane CV w drugiej kubek z kawą z jej kawowego raju – Starbucks ( duże Cappucino z syropem waniliowym i podwójną posypką z czekolady). Miała na sobie białą koszulkę i lniane kremowe spodnie. Nie chciała wyglądać jak ktoś, kto chce zarabiać miliony, liczyła na tą prace, to był jej argument na to by nie wracać z powrotem do domu.

Wydawało się, że autobus jechał wieki. W końcu jednak dojechali na przystanek, na którym musiała wysiąść. Uśmiechnęła się do kierowcy i wyszła na zewnątrz. Mała włoska kawiarenka była tuż naprzeciwko. Śliczna, schowana za wielkimi donicami, w których rosły bujne tuje. Przed nią – patio oczywiście. Weszła do środka, rozejrzała się szybko i podeszła do dziewczyny stojącej przy maszynie do robienia kawy.
- Dzień Dobry, czy zastałam może Kim?
- Cześć, Margaret zapewne? – Wyciągnęła do niej rękę. – Usiądź sobie na patio. Zaraz zawołam Kim. Chcesz coś do picia?
-Wodę, dziękuje – wyszła i usiadła w cieniu parasolek. Dziwne uczucie przeszyło jej anielski spokój, rozejrzała się, nie wiedząc za czym. Ludzie spacerujący, kilka samochodów zaparkowanych przy ulicy, nic specjalnego. Nadal jednak miała wrażenie jakby ktoś ją obserwował, czuła czyjeś oczy na sobie i aż dreszcze przeszły ją od stóp do głowy.
- Dziwne…
- Co jest dziwne? – Na patio wyszła krępa blondyneczka z przyjazną twarzą, miała najwyżej 45 lat, na co wskazywały jej lekko zmęczone dłonie. Reszta jednak była świetnie zakonserwowana.
- Zastanawiałam się czy tutaj kiedykolwiek padał śnieg – Meg wstała i przywitała się serdecznie z właścicielką restauracji.
- Nie sądzę kochanieńka – usiadła wygodnie z jakimś notesem w rękach. – Nie póki sięgam pamięcią. Ale przejdźmy do rzeczy. Przejrzałam Twoje CV, nie zastanawiałaś się nad czymś lepszym?? Twoje wykształcenie jest lepsze nawet od mojego – tutaj uśmiechnęła się spod złotych okularów. – Widziałam też, że interesujesz się fotografią. Dlaczego więc moja kawiarnia??
Rozmawiały jakieś 30 min. Po 30 minutach Kim w końcu dała Meg odetchnąć. Dostała tę prace, czuła ulgę, radość, ale jednocześnie nie ukrywała, że chyba będzie płakać za popołudniowym wylegiwaniem się w łóżku. No cóż, koniec obijania. Pożegnały się, Meg wróciła do domu.

Trwało to dwa tygodnie. Praca jak to praca, na początku, trudno jest się przyzwyczaić do rannego wstawania. Później zmęczenie ciągłym uśmiechaniem się do klientów daje się we znaki. Ale to nie wszystko, co przez ostatnie tygodnie odczuwała Meg. Wiedziała już na pewno, że ktoś ją obserwuje. Nie mogła przecież oszaleć, prawda?? Czuła ten wzrok na każdym centymetrze swojej skóry. Co jakiś czas rozglądała się na boki, nie widząc nic. Ale jednak ktoś musiał tam być… I był.

Obudziła się wczesnym rankiem w piątkowy cudowny dzień. Zrobiła sobie śniadanie do łóżka i włączyła telewizor. Leciał film, powtórka z czwartkowego wieczoru. Adwokat Diabła. Usadowiła się wygodnie na łóżku i zaczęła wcinać kanapki jednocześnie podziwiając jednego ze swoich ulubionych aktorów Al’a Pacino. Widziała już ten film, ale teraz obejrzała go z zupełnie innej perspektywy. Kanapka zamarła wraz z ruchem ręki przy ustach. Te same ciemne, lekko skośne oczy, śliczny uśmiech. Te same rysy twarzy. Cudowna postura… Boże, czy to naprawdę był ON?? Jak ona głupia mogła nie wiedzieć, że rozmawia z Keanu Reevsem??
- Chwila – zerwała się z łóżka i doskoczyła do laptopa. – Przecież to może być tylko jakiś głupi zbieg okoliczność. Ta broda, lekko przydługawe włosy i luźny strój to musiało mnie zmylić. Co za idiotka.
Zaczęła gorączkowo przeszukiwać Internet w poszukiwaniu odpowiedzi.
- Keanu Charles Reeves! – Opadła na biurko i zaczęła lekko uderzać głową o drewniany blat – Głupia, głupia, głupia…

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Nie wiedział dlaczego to robi, z nudów?? Z braku jakichkolwiek zajęć. A może przyczyną było coś zupełnie innego? Ta dziewczyna od dwóch tygodni siedziała mu w głowie. Nie wiedział czy to przez to, że nie wiedziała kim on jest, czy może dlatego, że była zwyczajnie prześliczna. Jej delikatnie wyczuwalny obcy akcent wywoływał dreszcze na jego plecach.
- ‘Może powinien z nią znowu porozmawiać, ale jak, co jej powie, że się stęsknił? Że ciągle o niej myślał, śledził każdy jej ruch? To głupie. Banalne i kompletnie niedojrzałe’- zza rogu wyszedł listonosz.
- No nareszcie…
* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Zeszła na dół odebrać pocztę. Listy od rodziców, dwie pocztówki z Nowego Jorku i jedna bordowa koperta bez znaczka, nie podpisana. Otworzyła ją, w środku znalazła białe zaproszenie do niejakiego klubu Viper Room na Sunset Strip w Zachodnim Hollywood, na koncert Dogstar na dziś wieczór. Niedługo musiała się zastanawiać, pierwszy wolny wieczór od trzech tygodni i jakiś naprawdę sensowny pomysł na jego spędzenie spadł prawie jak z nieba. A co tam. Wzięła długą kąpiel i z namaszczeniem zaczęła się przygotowywać do wyjścia. O 18tej taksówka stała już pod kamienicą. Spojrzała przelotem w lustro i ruszyła na imprezę.
Taksówkarz zatrzymał się tuż przed wejściem do pubu. Zapłaciła i wyszła spokojnie rozglądając się po okolicy. Mnóstwo ludzi czekających w kolejce na dostanie się do środka. Co chwila nadjeżdżające samochody opuszczane przez kolejnych, przyszłych klientów pubu. Nad wejściem biały szyld z napisem: Zaproszenia Przodem. Podeszła zatem do wielkiego ciemnoskórego bramkarza i pokazała zaproszenie. Mężczyzna odpiął łańcuch i bez słowa wpuścił ją do środka. Nigdy wcześniej nie była w tego typu stronach. Ciemnobrązowe ściany, czarny bar i stoliki. I mnóstwo ludzi, jedni stojący pod barem inni zajmujący swoje miejsca pod sceną. Koncert miał zacząć się za 15 minut. Podeszła do baru i zamówiła sobie Strawberry Daquiri, usiadła na wolnym stołku i odwróciła się w stronę sceny. Obserwowała ludzi, przepięknie ubranych, jak jakieś gwiazdy filmowe, wszyscy już częściowo albo zupełnie upici. Tacy szczęśliwi, chyba szczęśliwi, bo śmiejący się w niebogłosy. Na scenę wszedł dobrze znajomy Meg mężczyzna, od razu wiedziała, że to Johnny Depp. Jego seksownie ospały głos, nieprzeciętne ubranie i ruchy przywróciły wspomnienia wszystkich filmów jakie z nim widziała.
- Co to za pub do diaska?? – wpatrywała się w aktora zapowiadającego zespół. Odetchnęła kiedy zszedł ze sceny, ale nie na długo. Jej oczom ukazał się ON…

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Siedział za sceną, denerwował się. Przyjdzie? Czy może uzna to za jakiś głupi żart? Wstał, podszedł do kurtyny, która oddzielała go od całego tego zgiełku. Rozejrzał się po pubie, za dużo ludzi. Nie zobaczył jej. Koledzy z zespołu zauważyli jego nerwowe chodzenie w tą i z powrotem. On sam nie mógł opanować podniecenia, scena, widownia i może ONA, gdzieś między tymi ludźmi. Musiała się skusić, musiała tu być. Johnny wypowiedział ostatnie słowa głośniej i wskazał na kurtynę, która machinalnie, jakby pod jego zaklęciem rozsunęła się w dwie strony. Serce zabiło mu mocniej, złapał za swoją gitarę i ruszył za kolegami na scenę.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Wiedziała już na pewno, że to ON. Ta sama koszulka, nawet te same dżinsy. Widziała, że nie dba o to co ma na sobie. Nie musiał. Teraz, gdy zgolił ten kilkudniowy zarost wyglądał jak chodzący ideał. Wpatrywała się w jego ruchy sceniczne jak zaczarowana. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze kilkanaście dni temu, rozmawiała z nim, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, kim jest. Wszystko zrobiło się jasne. Podziwiała go, każdy jego ruch sprawiał, że dreszcze przeszywały ją na wskroś. Zdawało jej się, że patrzy na nią, przez jedną chwile, była o tym święcie przekonana. W końcu zespół przeszedł do ostatniej piosenki. Keanu podszedł do mikrofonu i zaanonsował, że będzie to utwór And I Pray , zaśpiewał go. Doskonale wiedział co robi. Chciał jej zaimponować, zauważył ją siedzącą przy barze, wpatrującą się w to co robił i czuł, że wszystko idzie w dobrym kierunku, dokładnie tak jak by tego chciał.

Dark and cold closing in
I feel something new begin
Is it a flower that begins to bloom
Or is it history repeating too soon?

All at once it rushes in
Makes itself my new best friend
Is it safe?
I don't know
But I bought the ticket,
So I'll try and enjoy the show

And I pray that tonight
Will show me mercy from its fight
And I pray that tonight
I am wrong and she is right

Dark and warm closing in
I feel something strange within
You're the flower in full bloom my friend
You're the story I can't wait to tell again

And I pray every night
That you can feel like me inside
And I pray, I pray to you
You are the saving grace
With a warm embrace...


Jak tylko koncert się skończył Meg odwróciła się z powrotem do baru. Poprosiła barmana o to samo i odpaliła cienkiego papierosa. Tysiąc myśli krążyło jej po głowie, zastanawiała się kto dostarczył jej to zaproszenie, i czemu przez ostatnie dni czuła się obserwowana. Z rozmyślań wyrwał ją niski i dobrze znajomy już głos.
- Cześć nieznajoma – odwróciła się, siedział obok niej, na stołku. Nie wiedziała jak długo, wyłączyła się na jakiś czas. – Koncert się podobał??
Uśmiechnęła się delikatnie, co bardziej przypominało grymas niż uśmiech. Zaciągnęła się papierosem i spokojnie wypuściła szary dym.
- Cześć – postanowiła być niewzruszona. – Koncert może być. Czy to zaproszenie to Twoja sprawka??
Kiwnął głową, nie takiej reakcji oczekiwał.
- No to teraz mi powiedz czy to byłeś Ty?? Obserwowałeś mnie jak pracowałam. Nie wydaje Ci się człowieku, że to lekko chore?
Oczy otworzyły mu się szerzej.
- Tak, mój drogi – wycelowała palcem w jego ramie. – Nie lepiej było po prostu podejść i porozmawiać? Ty wiesz, przez co ja przechodziłam przez ostatnie tygodnie? Co sekundę odwracałam się za siebie idąc do autobusu a ty miałeś po prostu świetną zabawę. No i jeszcze to imię.
- Nie moja wina, że mnie nie poznałaś wtedy – zamówił sobie whisky i też odpalił papierosa. – A z tym śledzeniem to może faktycznie troszkę przesadziłem. Właściwie nie mogłem znaleźć w głowie żadnego pretekstu, dla którego miałbym do Ciebie podejść.
- Trzeba było wpaść na kawę, to chyba całkiem niezły pretekst – spojrzała na niego i wydawałoby się, że prawie przygryzła sobie wargi patrząc na jego profil.
Uśmiechnął się do szklanki.
- No tak, wtedy niestety żaden pomysł nie wydawał się zbyt dobry – spojrzał na nią i ich oczy spotkały się po raz kolejny. – Ale teraz rozmawiamy. Cieszę się, że przyszłaś.
- Ja też się cieszę – dopiła swój koktajl. – Ale jakimś cudem czuje, że przyjdzie czas kiedy będę tego żałować.
Podniosła się ze stołka i popatrzała na parkiet. Keanu odwrócił się i spojrzał w tym samym kierunku.
- Nie ma pewnie nadziei na to, że umiesz tańczyć? – Poprawiła spodnie i spojrzała na niego z rozjaśnioną od uśmiechu twarzą. – Moglibyśmy się pobawić. To już mój trzeci drink, i wiem, że jak tego nie rozruszam to będę zamulać. A z marudą pewnie rozmawiać nie chcesz, więc jak?
- Nie dzięki, ostatnio nie tańczę w ogóle. Bariera – kiwnął na parkiet. – Ale ty idź, ja na Ciebie poczekam.
Wzruszyła ramionami i weszła między ludzi. Ale nie za daleko, by ON mógł ją obserwować. Alkohol lekko szumiał jej w głowie, dlatego też odwaga zastąpiła zdrowy rozsądek. Zaczęła się ponętnie ruszać, widząc jego oczy na sobie. Czuła jak na nią patrzy. Kręciło ją to.


* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Oparł się o barek i wpatrywał się w jej seksowne ruchy. Kołysała biodrami w tak nieprzeciętny sposób, że poczuł dziwne mrowienie w okolicy brzucha. Popił whisky, i złapał oddech żeby się lekko uspokoić. Wzrok znowu skierował na nią. Jakiś facet próbował się do niej przykleić, ale trzymała go na dystans. Wyglądało to jakby robił wszystko to na co ona miała ochotę. W końcu z drwiącym uśmiechem odepchnęła go i zaczęła tańczyć dalej. Pomyliła się. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, ale ilość alkoholu w jego krwi przyćmiła jego myślenie. Złapał ją od tyłu za włosy i przyciągnął ją gwałtownie do siebie. Czuła go i to jak pachniał. Zrobiło jej się niedobrze. Chciała się wyplątać z tego uścisku, ale nie potrafiła. Spojrzała za Keanu błagalnym wzrokiem. Nie było go przy barze, błądziła wzrokiem na tyle ile mogła w poszukiwaniu jakiegoś ratunku.
- Lubisz pikantne gierki, mi to pasuje laluniu – wyszeptał jej do ucha.
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, uścisk złagodniał. Wyrwała się z niego zupełnie korzystając z okazji. Stała na giętkich nogach i nie wiedziała co się stało. Obejrzała się za siebie. Jej napastnik leżał przykrywając krwawiący nos, zbulwersowany i zszokowany. Keanu stał nad nim z wściekłością na twarzy, kiwnął na ochroniarzy, którzy podnieśli zbira i wyprowadzili z pubu. Odwrócił się i spojrzał na nią.
- Nic Ci nie jest? – Złość na jego twarzy zastąpiła troska i ciepłe spojrzenie.
- Nie, chyba nie – skrzyżowała ręce na piersiach. – Możesz mnie stąd zabrać?
Podszedł i bez słowa złapał ją za rękę. Szła za nim patrząc w podłogę. Miała wrażenie, że wszyscy ją obserwują. Wszyscy bez wyjątku. W końcu wyszli na zewnątrz tylnimi drzwiami. Odetchnęła świeżym powietrzem i usiadła na krawężniku, odpaliła kolejnego papierosa i uśmiechnęła się pod nosem.
- No i znowu ratujesz mnie z opresji – usiadł obok niej i też delikatnie się uśmiechnął.


* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Nie miała ochoty wracać do domu. Wyczuł to doskonale. On zresztą tez nie bardzo spieszył się do pustych ścian swojej willi. Do stołu od ping-ponga w jadalni i do tego, że po raz kolejny od jakiś czterech tygodni zasypia w ciuchach na kanapie, przy włączonym telewizorze. Jechali dosyć długo, jakby czas nie miał znaczenia. Keanu ociągał się, a ona jeszcze intensywniej była w niego wtulona. Kręciło jej się w głowie i definitywnie bała się, że wypadnie, a może po prostu chciała go trzymać, więc trzymała go kurczowo w pasie i miała wrażenie, że zasypia.
W końcu motor zwolnił aż zupełnie stanął. Ocknęła się i rozejrzała unosząc szybkę od kasku. Przed nimi ocean. Plaża i ocean. I ten szum, który wcześniej zagłuszony był przez silnik motoru. Zsiadła i zdjęła kask. On delikatnie oparł się o siedzenie motoru i zaczął wpatrywać się w bezmiar wody.
- Zawsze tutaj przyjeżdżam jak chce przed czymś uciec – przerwał cisze. – Szum wody mnie relaksuje, bezchmurne niebo uspokaja, no i brak ludzi, którzy czasem po prostu za dużo mówią.
- Ślicznie tu – Dodała tylko i zdjęła buty żeby poczuć piasek pod stopami – pójdziemy w dół??
Kiwnął głową i zrobił dokładnie to co ona. Schodzili w ciszy, patrząc przed siebie, na ocean. Ich stopy delikatnie zanurzały się w nadchodzących falach. Usłyszała jego delikatny pomruk, woda wcale nie była najcieplejsza, jednak o wiele cieplejsza niż morze w Polsce. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
- Cieszę się, że wykorzystałam to zaproszenie, cieszę się, że to Twoja sprawka.
Spojrzał na stopy a później na nią zabójczym spojrzeniem.
- Dlaczego? – Zapytał.
- Bo wydajesz się całkiem nieprzeciętny, i taki niecodzienny – odwdzięczyła mu się równie mocnym spojrzeniem. Roześmiali się. Spacerowali jeszcze chwilę. Później on rozłożył swoją ciemną marynarkę by mięli na czym usiąść. Chłodny wiatr od oceanu zapowiadał kolejny przypływ. Księżyc widniał w pełni wraz z tysiącem gwiazd na niebie. Dreszcze chłodu zmusiły Meg do przybliżenia się do Keanu. Nie protestował, objął ją delikatnie ramieniem i dalej wsłuchiwał się w odgłosy morza.
- Czasem wydaje mi się, że mogłabym umrzeć z tęsknoty – wyszeptała, nie próbował przerywać, czuł że ma potrzebę wygadania się. – Kiedy tu przyleciałam, byłam z przyjaciółmi, w nowym miejscu, w miejscu do którego całe życie mnie ciągnęło a teraz… Teraz coraz częściej jestem sama tylko ze swoimi myślami. W końcu samotność wcale dobrze na mnie nie wpływa. Coraz rzadziej dzwonie do domu, nie mam o czym opowiadać. Boje się usłyszeć, że zmarnowałam czas. A takie miałam plany.
- Ja też czuje się czasami samotny. Ale zdążyłem się przyzwyczaić, że bardziej samotny jestem wśród ludzi. Jak wracam do domu to wszystko ucicha. Obawy, obowiązek rozmawiania, bycia miłym dla kogoś, kto definitywnie jest wrzodem na tyłku. Chociaż – westchnął. – Wiem doskonale, co masz na myśli.
Coraz chłodniejszy wiatr zmusił ich do powrotu. Wrócili zatem do miejsca gdzie stał motor.
-Mówiłaś o planach – odezwał się wkładając kask. – Co to były za plany?
Machnęła ręką.
- Chciałam pracować dla jakiejś firmy fotograficznej. A później może otworzyć jakąś małą galerię, ze swoimi zdjęciami i zdjęciami ludzi, którzy tak jak ja mają problemy z przebiciem się a mają talent. Ale tutaj nic nie przychodzi łatwo. Trudno nawet mówić o jakimkolwiek przebiciu.
- A co fotografujesz? – przez chwilę wpatrywał się w nią jak w obrazek, szybko jednak skarcił sam siebie, nie chciał wyjść na durnia.
- Fotografuję wszystko! Jedna z niewielu rzeczy, w którą wkładam całą duszę i serce – uśmiechnęła się pod nosem. – Jedźmy już, naprawdę zmarzłam.
Dochodziła godzina 1.30 kiedy podjechali pod kamienice. Czas podróży tym razem minął niespodziewanie szybko. Z ociąganiem pożegnała się z motorem i stanęła naprzeciwko Keanu. Nie chciała się z nim rozstawać, całą drogę obmyślała plan, żeby ten czarodziejski wieczór trwał cała noc. I kolejny dzień i jeszcze dłużej.
- Gdybyś miał jeszcze kiedyś ochotę posiedzieć, pomilczeć nawet w tej samotności to ja chętnie użyczę Ci swojego towarzystwa.
Spojrzał na nią ciepłym wzrokiem, podniósł się z motoru, ściągnął kask i podszedł do niej. Na tyle blisko, że czuła jego oddech na swoich ustach.
- Dziękuję za dzisiaj i już teraz dziękuję za później – objął ja lekko a później pocałował delikatnie w policzek. – Śpij dobrze. Do zobaczenia.
- Dobranoc – zdołała wyszeptać i zanim się ocknęła on już odjeżdżał z podjazdu. – Ja chyba umrę…




Następnego dnia obudziła się wcześnie rano. Oczy miała załzawione, nos zatkany i dreszcze na całym ciele. Jęknęła spoglądając na zegarek. Spełzła wręcz z łóżka i udała się do kuchni po ratunek. Aspiryna, Witamina C, syrop na kaszel i dwie ostatnie tabletki przeciwbólowe. Zagotowała mleka w garnku. Przygotowała sobie miksturę z mlekiem miodem i masłem. Połknęła po jednej tabletce ze wszystkiego i wróciła do łóżka. Nie minęło wiele czasu kiedy ponownie usnęła. Ze snu wyrwał ją dzwonek domofonu, dobitny, długi i uparty. Wybiegła z łóżka jak poparzona. Odebrała.
- No już, już. Słucham?!
- Cześć – to był on. – Pomyślałem sobie, że moglibyśmy wyjść gdzieś na śniadanie, nie znoszę jadać sam.
- Cześć Keanu – gdyby ją teraz widział zauważyłby rumieniec rozlewający się na jej policzkach. – Problem w tym, że wczorajszy spacer chyba nie wyszedł mi na dobre. Mam gorączkę, i fatalnie się czuje.
- To niedobrze, ale na taką ewentualność, a właściwie na ewentualność, że mi odmówisz też się przygotowałem i zabrałem śniadanie ze sobą – usłyszała szelest. – Mam świeże rogaliki z nadzieniem sezamowym, owoce, sok. Jak chcesz to skocze jeszcze do apteki, tylko powiedz czego Ci trzeba?
Roześmiała się
- Już niczego, wskakuj na górę – przydusiła przycisk i drzwi się otworzyły. Po paru sekundach już był przy jej drzwiach. Otworzyła je i uśmiechnęła się lekko zmieszana. – Wybacz za ten strój i za to co za chwile zobaczysz, mam nadzieję, że nie weźmiesz się i nie uciekniesz.
- Musiałabyś odwiedzić mnie w moim domu, też rzadko kiedy sprzątam – wszedł do środka i rozejrzał się po średniej wielkości pokoju. Pokój gościnny, jadalnia, i pokój telewizyjny w jednym. Kuchnia oddzielona luksferami, wejście do łazienki i do drugiego, znacznie mniejszego pokoju, w którym właściwie znajdowało się tylko wielkie łóżko i biurko z laptopem. Plus olbrzymie okno na świat. Sypialnia była bardzo nastrojowa, ciemno bordowe ściany, czarno białe poduszki na łóżku i śliczne kremowe firanki. Bardzo przytulnie. Kuchnia zaś była cała w bieli, za wyjątkiem jednej ściany, która pokryta była czerwoną cegłą. Wszystko mimo iż było małe tworzyło naprawdę przyjemny obrazek. To znaczy tworzyłoby gdyby ktoś tutaj sprzątał.
- Zaparzę świeżej herbaty a ty jak możesz to rozłóż wszystko na stoliku – podała mu talerzyki. – Jestem w lekkim szoku, że przyjechałeś. W końcu niecodziennie miewa się w domu na śniadaniu samego Neo no nie??
Roześmiał się.
-No tak racja. Wybacz, że tak się wprosiłem ale całkiem fajnie mi się z Tobą rozmawia. I naprawdę nie znoszę jadać w moim domu. Zastanawiałem się czy może to ta chałupa tak na mnie wpływa. Sam nie wiem. Z resztą. Miałem też cichą nadzieję, że lubisz stare filmy i grę w szachy – zrobił dumną miną i rozsiadł się na kanapie. – Gotowe!
- Stare, czarno-białe filmy uwielbiam a co do szach – położyła świeżo zaparzoną herbatę na stolik i pokroiła plasterki cytryny. – W szachy to ja wieki nie grałam. Ale chętnie sobie przypomnę. Włóż plasterek cytryny do herbaty, to bardzo Polski zwyczaj.
Przegadali całe przedpołudnie przy herbacie i rogalikach, które przyniósł Keanu. Później rozłożyli szachy, Keanu przypomniał Meg zasady gry i tak przepadły im kolejne godziny. Później popcorn i wieczorny seans z filmami, które przyniósł. Najpierw ‘Wiosenna bujność traw’, później ‘Deszczowa piosenka’. Chciał zaproponować coś jeszcze, niestety Laura już mocno spała. Lekko wtulona w poduszkę. Wyglądała prześlicznie, bez makijażu, bez udoskonaleń. Nie mógł się powstrzymać, teraz gdy spała, mógł na nią patrzeć, tak długo jak tylko miał na to ochotę. Dotknął delikatnie jej czoła i odgarnął ciemne włosy z twarzy. Później nachylił się nad nią i wziął na ręce. Zaniósł do sypialni i najdelikatniej jak potrafił ułożył na łóżku.
- Zostań ze mną – nie wiedział czy powiedziała to przez sen, czy obudziła się na chwilę. Tysiące myśli przeszło mu przez głowę. Ona lekko ujęła jego dłoń i przyciągnęła ją do siebie. – Zostań troszkę dłużej.
Nie potrafił sam nad tym zapanować, uklęknął lekko przy niej na łóżku a później wtulił się w jej plecy. Objęła jego ręce swoimi rękoma i dalej zasnęła. On jeszcze długo leżał wąchając jej włosy, które pachniały jak wanilia z kokosem, czuł jej lekko kwiatowe perfumy. I jej delikatna skóra dłoni oplatających jego dłoni nie dały mu spać jeszcze długo. W końcu jednak zasnął.

Wczesnym rankiem ze snu wyrwał ją uciążliwy sygnał dzwoniącego telefonu. Z zamkniętymi oczami, wciąż na wpół śpiąca zaczęła macać szafkę w poszukiwaniu komórki.
- No? – Odezwała się lekko zachrypniętym i ospałym głosem.
- Meg? Jestem na lotnisku, musimy się spotkać. Nigdy nie uwierzysz co załatwiłem. Spotkaj się ze mną za dwie godziny u Jamiego w Pubie. Będziesz zachwycona…
- Ale… – Nie zdążyła nic więcej z siebie wydusić, Toma nie było już po drugiej stronie.
Rozejrzała się po pokoju, czegoś jej brakowało. Wiedziała, że zapach w powietrzu za czymś tęskni. Za czymś ostrym i słodkim jednocześnie. Wstała z łóżka, wyciągnęła się i podeszła do okna. Przed kamienicą stał metalowy rumak. Uśmiechnęła się lekko i przecierając oczy poszła w stronę łazienki. Złapała za klamkę i otworzyła drzwi.
- O mój Boże!! – Krzyknęła i odwróciła się o 180 stopni. – Keanu, przepraszam!
Keanu właśnie skończył prysznic i otworzył drzwiczki kabiny, kiedy to jego oczom ukazała się ona, potargana, w obciągniętej pidżamie, wchodząca bez pardonu do łazienki. Roześmiał się głośno i złapał za ręcznik, którym przykrył swoje najbardziej strategiczne części ciała.
- Byłam święcie przekonana, że poszedłeś po śniadanie – łapała oddech i próbowała odzyskać mniej purpurowe kolory na policzkach.
- Starałem się robić wszystko w taki sposób by Ciebie nie obudzić – obwiązał ręcznik w pasie. – Wszystko opanowane, możesz się odwrócić.
Sama nie wiedziała, czy chce się odwracać, wyglądała jak burak i czuła, że to nie koniecznie z zawstydzenia. W końcu jednak wzięła głęboki oddech i wróciła do kontynuowania uprzednio przerwanych planów. Podeszła do zlewu i puściła wodę, nabrała pastę na szczoteczkę i zaczęła szorować zęby. Kątem oka widziała jego nagi tors i każdą kropelkę wody, która leniwie zsuwała się na jego ciele by zniknąć w materiale ręcznika. Widziała jak oddycha, jak jego klatka piersiowa unosi się to w dół to górę, wzrokiem zjechała niżej, ścieżką koło pępka i w dół rozkoszy… Czuła jak rośnie w niej pragnienie, nie umiała tego wytłumaczyć, ale czuła, że jeśli natychmiast nie wyjdzie on z łazienki jego ręcznik będzie musiał być usunięty. Ręcznik robił się coraz wilgotniejszy, ciało Keanu coraz bardziej suche.
- Meg? – Keanu stał i wpatrywał się w najbardziej oddaloną myślami twarz świata, z lekkim uśmiechem satysfakcji. – Będziesz dzisiaj?
- Gdzie? – Zapytała umorusana pastą do zębów. – Możesz powtórzyć?
- Mówiłem, że dzisiaj jest mecz hokeja i chciałem się tam wybrać z kumplem. Pytałem czy będziesz wieczorem w domu bo chciałem podwieźć Ci te filmy, o których wspominałem wczoraj przed Twoim zaśnięciem.
- Nie wiem, szczerze mówiąc to wątpię. Albo zadzwoń do mnie po meczu, wtedy będzie wszystko bardziej jasne.
-Ok – uśmiechnął się i wyszedł z łazienki.
Zanim Meg skończyła doprowadzanie siebie do ładu, jego już nie było. Wyszedł i zostawił liścik na stoliku do kawy.
„Muszę uciekać, miło było, do zobaczenia. K.”
Pomachała liścikiem w nadziei, że może ostudzi to jej temperaturę ciała, ale nic nie pomogło.
- Kretynka świata znowu sama w czterech ścianach…
* * * * * * * * * * * * * * * * * *
- Nie wydaje Ci się, że ten cały pomysł z dzierżawą tego miejsca może spalić na panewce? Musimy zainwestować sporo kasy, żeby doprowadzić to miejsce do jakiegokolwiek porządku. – Meg stała właśnie po środku pustego, przestronnego pomieszczenia, którego wielkie okna były zamalowane białą farbą a kurz kręcił w gardle.
- Owszem, z boku nie wygląda to na łatwe zadanie. Ale nic się nie martw, w Nowym Jorku poznałem pewnego artystę, który wszystko mi wyjaśnił. Załatwił nam wejściówki na wernisaż dzisiaj wieczorem, powiedział żebym porozmawiał z właścicielem tego miejsca, powoła się na niego a ten już będzie wiedział co robić – Tom podszedł do Meg i objął ją ramieniem. – Kochana, Twoje prace są zabójcze, ja nie wiem czego Ty się boisz, wystarczy je pokazać światu a padnie do Twoich stóp.
- Chciałeś powiedzieć do naszych stóp – położyła lekko głowę na ramieniu przyjaciela. – Tom jesteś niesamowity wiesz?
- Tak wiem, zawsze mi to mówisz – poczochrał ją po włosach. – A teraz chodź, Twój przyjaciel ma pomysł na to w co Cie dzisiaj ubrać.
* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Sukienka została wybrana, portfolio ze zdjęciami wsunięte pod czarny płaszczyk. Meg siedziała na balkonie w mieszkaniu Toma i paliła drugiego już papierosa.
-Czy Ty przypadkiem nie przesadzasz – syknął Tom. – Dalej, jedziemy. Taksówka już czeka.
Pod budynkiem galerii trwało wielkie zamieszanie. Tysiące fleszy obskakiwało jedną, totalnie znudzoną osobę opierającą się o ścianę. Rozmawiał przez telefon jakby stał sam na bezludnej wyspie. Meg zwróciła swój wzrok na szyld, który jaśniał i miliony światełek oświetlający wodne korytarze. Spojrzała na Toma z błyskiem w oku.
-J. Paul Getty Center? Ten artysta w Nowym Jorku to kto to był mówiłeś? – Złapała kurczowo Toma za dłoń.
-Nie mówiłem, a teraz już chodź histeryczko i po prostu enjoy the show!!
Budynek tego jedynego w swoim rodzaju miejsca powalał na łopatki. Był położony na wzgórzu, z którego widać było całe LA. Sama konstrukcja zapierała dech w piersiach, białe budynki, piękny wodny chodnik, wyrzeźbione krzaki zwyczajne cudo. Meg poczuła się jak w Alicji z Kariny Czarów, nie wiedziała co ma powiedzieć. Na miejsce dotarła z otwartą buzia i wydętymi oczami z podziwu.

Wernisaż już trwał, piękne kreacje snuły się od zdjęcia do zdjęcia. W jednej Sali stał stół, syto nakryty, kelnerzy chodzili z szampanem. Ludzie szeptali sobie do uszu opinie na temat każdego z dzieł sztuki. Meg i Tom rozeszli się w swoje strony.
- Za pół godziny przy stole z deserami – powiedział na odchodne Tom i zniknął w tłumie.
Meg zaczarowana nie mogła oderwać wzroku od niesamowitych zdjęć. Szczególnie jedno przykuło jej uwagę
Zatrzymała się przed zdjęciem z szampanem w dłoni. Podziwiała światła i cienie, poczuła strach i wzruszenie. Czuła jakby sama spacerowała parkiem pełnym tajemnic. Całe pomieszczenie przestało istnieć. Trwała tylko ona i to zdjęcie i autor po drugiej stronie obiektywu.
- Co tam widzisz? – Usłyszała głos który wyrwał ją z fantazji. Dopiero teraz poczuła, że stoi obok niej ktoś ramię w ramię.
- Widzę siebie, spacerującą po parku. W brzasku latarni rozświetlających cień i widzę też jego. Ukrywa się za drzewem, księżyc rzuca jego cień w moją stronę.. – Westchnęła.
- Ciekawe – odpowiedział głos, spojrzała na niego, na jego profil. Miał smutne i rozmarzone oczy. Wpatrywał się w zdjęcie z takim samym zaangażowaniem jak ona. Poczuł, że na niego spogląda. Oderwał wzrok i spojrzał jej w oczy. – Nie wiem czy wiesz, ale Feninger również malował obrazy. Uwielbiam jego sztukę.
- Ja również – uśmiechnęła się delikatnie. – Idziemy dalej?
Przespacerowali przez resztę pomieszczeń, rozpuszczając swoje fantazje przy każdym zdjęciu. Gdy dotarli do ostatniego zdjęcia zdążyli wypić już czwarty kieliszek szampana.
- Tutaj zawsze człowieka najpierw upiją a potem podstawiają sztukę pod nos? – Zachichotała i oparła się o balustradę.
- Może tak, może nie – oparł się obiema rękami o barierki tak by mieć ją po środku. – Pijemy za nasze spotkanie czy może za zdjęcia, a może wypijemy za spacer, masz ochotę na spacer?
- Mam ochotę poznać Twoje imię – zbliżyła się do niego tak, że ich nosy prawie się dotknęły. – Poznam je?
- Ryan, Ryan Gosling at your service – odsunął się lekko i złapał dwa kolejne kieliszki z szampanem, podał Meg jeden i uniósł swój w geście toastu. – Za spotkanie.
- Za spotkanie!
I tak mijał im bokiem wernisaż, po szóstym kieliszku ich matematyka została uśpiona. Meg zapomniała o bożym świecie. O komórce, która dzwoniła już od godziny w jej płaszczyku w szatni o Tomie, który czekał na nią pół godziny przy stoliku z deserami a potem sam znalazł sobie pocieszenie. Wyszli tylnymi drzwiami na wielkie patio. Taras z każdej strony otoczony był krzewami, w których wyrzeźbione były popiersia znanych myślicieli. Za ostatnim budynkiem galerii rozpościerał się widok na przepiękne wzgórza, na którego szczycie, jakieś 200 metrów od nich stał kolejny domek, delikatnie oświetlony. Ryan złapał Meg mocniej za dłoń i pociągnął ja w kierunku domku. Szli i śmiali się w niebogłosy. Kiedy dotarli na samą górę okazało się że była to swego rodzaju kapliczka, na środku której stał teleskop, z którego można było podziwiać gwiazdy.
- Spójrz na to – Meg zdjęła buty i podeszła, by spojrzeć przez teleskop. – Widać drogę mleczną.
Ryan podszedł do niej i przykleił się do jej pleców. Objął dłońmi jej uda i delikatnie powąchał jej szyję. Meg zadrżała i naparła na niego jeszcze intensywniej. Nie potrzebował więcej sygnałów, wpił się w jej szyję i zaczął całować jak oszalały. Jego dłonie błądziły po jej ciele lekko unosząc do góry jej sukienkę. Odwróciła się, by na niego popatrzeć, jego oczy błyszczały jak gwiazdy, czuła, że go pragnie. Wpiła się w jego usta, lekko gryząc jego dolną wargę. Uniósł ją lekko, ale wystarczająco by mogła opleść wokół niego nogi. Ruszył kilka kroków do przodu by mogła oprzeć plecy o jedną ze ścian domku. Całował ją namiętnie i z utęsknieniem, jakbym smakował fondue truskawkowe, które tak bardzo uwielbiał. Czuła, że wybuchnie, jej ciało poddało się rozkoszy, każdy milimetr jej skóry drżał, była wilgotna i gotowa by go poznawać. Odsunął materiał stringów i wszedł w nią, twardy, ciepły. Zatrzymał się na chwilę by zaraz potem zacząć się ruszać w niej i doprowadzać ją do szału. Oddychała głośno i szybko, jej paznokcie zatrzymały się na jego łopatkach, wbijały się w nie coraz to mocniej i intensywniej. Czuła, że oszaleje, czuła jak dreszcze z całego ciała zmieniają się w gorączkę. Odsunął twarz tak by móc patrzeć jej w oczy. Widział, że jest bliska, ale czekał tak długo aż jej wzrok stanie się zupełnie mętny. Zakończyli wspólnym jękiem rozkoszy, zdyszani, spoceni opadli na podłogę. Ryan spoglądał na profil Meg, patrzył jak jej rozkosz powoli uchodzi z jej ciała. Odgarnął lekko pasemka włosów z jej twarzy i uśmiechnął się blado kiedy ona spojrzała na niego trzeźwym wzrokiem.
- Muszę iść – podniosła się lekko chwiejnie, czuła jak nogi jej drżą, czuła jak pulsuje cały czas czując go w środku. – Przepraszam, ale muszę już iść.
Ryan spojrzał na nią z dołu, nadal bowiem siedział na podłodze. Nie zdołał nic powiedzieć Meg wyszła pośpiesznym krokiem.
* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Stał przed jej kamienicą. Światło w jej mieszkaniu było zgaszone. Telefon nie odpowiadał. Zastanawiał się gdzie może być, co robi. Z kim jest… Schował telefon do kieszeni, który nagle zaczął dzwonić.
- Hallo? – Odezwał się zrezygnowanym głosem.
- Zgubiłam telefon – usłyszał po drugiej stronie. – Jestem na wernisażu w północnej części LA, zabierz mnie stąd, proszę…
- Zaraz tam będę.
* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Podjechał pod galerię, Meg stała pod wejściem i paliła papierosa. Zgasiła go jak tylko podjechał, podsunęła sukienkę do góry i wsiadła na motor. Keanu nawracając spostrzegł znajomą twarz wychodzącą przed galerię, Ryan, jakby czegoś, lub kogoś szukał. Odjechał. Zabrał ją do siebie.
- Przepraszam za bałagan – zdjął kask i pomógł jej zejść z rumaka.
- Za który bałagan? Ten w mojej głowie czy ten u Ciebie w domu? – Ruszyła w stronę drzwi.
- Coś się stało Meg? Przed kim uciekałaś? – Dogonił ją by otworzyć jej drzwi.
- Proszę Cię, nie teraz.
Usiedli na wielkiej skórzanej kanapie, dzielił ich prawie metr odległości. Słychać było jedynie ich miarowe oddechy, a może nawet spokojne bicie serca. Meg czuła, że adrenalina opada. Czuła również, że razem z odchodzącym stresem wraca nietrzeźwość. Wszystko zaczęło jej wirować, schowała głowę w dłonie i roześmiała się.
- Dzisiaj ta sytuacja u mnie – spojrzała na Keanu, który cały czas próbował wyczytać z niej co się za chwilę wydarzy. – To wszystko było przemyślane, prawda?
- Nie rozumiem, co masz na myśli – zapytał zbłąkanym głosem.
- Prysznic, Twoje ciało, wszystko – zaczęła się do niego lekko przysuwać. – To dlatego zostałeś na noc, by rano pokazać mi jaki jesteś idealny..
- Meg ja nic z tego nie rozumiem, zostałem u Ciebie, bo chciałaś bym został – czuł, że faktycznie coraz mniej rozumie. Widział jak się do niego zbliża, widział jej długie nogi, które stawały się coraz dłuższe z każdym podwinięciem sukienki. Westchnął.
- Widzisz, nawet teraz – spojrzała za jego wzrokiem. – Nie możesz się temu oprzeć.
Usiadła na nim okrakiem i wsunęła dłonie w jego kruczo czarne włosy odchylając na chwilę jego głowę do tyłu. Złapał ją za ręce.
- Jesteś pijana Meg, przestań – jego serce zabiło mocniej. Wiedział że ją pragnie ale wiedział, że póki co nie jest to wskazane uczucie. Nie chciał się wiązać, nie chciał jej tracić. Czego chciał?
Roześmiała się na głos i zbliżyła swoją twarz do jego. Wpiła się w jego usta i zaczęła go całować, odwzajemnił pocałunek. Poczuł jak rośnie w nim pragnienie, czuł jak smakują jej usta, jak pachnie, jak delikatną ma skórę. Powstrzymał się. Spojrzała na niego zdziwiona. Opuściła twarz i poczuła smutek ogarniający ją ze wszystkich stron.
- Idiotka…– Odwróciła się i poczuła, że zaraz zemdleje.
Keanu wstał, wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Jego oczy były równie smutne jak jej. Nie wiedział co się wydarzyło, nadal nic nie rozumiał.

Obudził ją okropny ból głowy. Gdy trochę oprzytomniała zorientowała się, że siedzi po środku wielkiego, niekończącego się łóżka. Leżała w ciuchach, w szarej pościeli. W sypialni nie było nic poza łóżkiem. Wstała z niego delikatnie i ruszyła do drzwi, czuła się okropnie, bo z każdym krokiem przypominała sobie wernisaż i jego. Nie wiedziała czy gorzej się czuje z powodu tego, że się z nim przespała czy może tego, że uciekła jak tchórz. Zeszła po schodach na sam dół, w kierunku odgłosu grającego radia. Zajrzała do kuchni. Keanu siedział i czytał książkę na jednym z kuchennych stołków. Spojrzał znad książki, zatrzymali chwilę wzrok na sobie. Odłożył książkę.
- Usiądź, zrobię Ci kawy.
Meg usiadła niedbale na stolik i spojrzała na Keanu zrezygnowanym wzrokiem.
- Przepraszam za wczoraj..
- Co do wczoraj, przemyślałem parę spraw – podał jej kawę. – Myślę, że nie powinniśmy się już spotykać. Myślę, że odebrałaś błędne wrażenie. Albo to ja odebrałem Cie zupełnie inaczej.
- Rozumiem – odsunęła od siebie kubek. – Jednak nie mam ochoty na kawę, pójdę już.
- Nie musisz – spuścił wzrok i zaczął się bawić sznurkiem od spodni do spania.
Uśmiechnęła się blado, złapała za swoją torebkę i ruszyła do drzwi.
Chciał ją zatrzymać, ale nie wiedział jak. Nie wiedział czego chciał, nie znał jej, pomylił się. Nie miał siły na kolejne rozterki a ona, no cóż była jednym wielkim kłopotem. Pozwolił jej wyjść i emocje puściły dopiero jak usłyszał odjeżdżającą taksówkę z podjazdu. Złapał za kubek i cisnął nim o ziemię.
-Fuck!!
Ostatnio zmieniony 03 mar 2013, 23:43 przez MissCherry, łącznie zmieniany 2 razy.
shocking...

Wróć do „Znani ludzie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości