[SHINee] Szkatułka

Tutaj wrzucamy fanfiki o aktorach, muzykach, innych artystach i znanych ludziach w ogóle.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
ShizukaAmaya
amator
Posty: 12
Rejestracja: 27 sty 2015, 20:05
Lokalizacja: Nowhere Land
Kontaktowanie:

[SHINee] Szkatułka

Postautor: ShizukaAmaya » 27 sty 2015, 22:26

Tytuł: Szkatułka
Fandom: SHINee
Pairing: 2min
Kategoria: 13+
Gatunek: angst, shōnen-ai, AU, Minho POV
Status: zakończony
Znajomość fandomu: niekonieczna
Od autorki: wiem, że takie metaforyczne obrazowanie nie każdemu się spodoba, w dodatku nie widzę tu póki co zbyt wielu fanów kpopu, ale mimo to proszę o szczerą opinię, i ewentualne rady na przyszłość ^.^

Przesunąłem dłonią po powierzchni drewna. Moja szorstka i poznaczona licznymi bliznami, stanowiącymi ciche piętno wieloletniej pracy, skóra znalazła niejakie ukojenie w tym szlachetnym i wiekowym materiale. Materiale, z którym przyszło mi mieć do czynienia niemal całe życie. Lubiłem swoją pracę. Choć może się to wydać dziwne. Mimo to, ja nie widziałem w niej niczego niepokojącego. Ot, rzemieślnik jak każdy inny.
Jak każdy inny… myśli zmąciły się, wyczuwając bliskość niechcianego tematu. Czegoś, co kryło się w mojej głowie i za wszelką cenę starało się wyjść na światło dzienne. Ale do tego dopuścić nie mogłem. Nie, nie… jeszcze nie teraz. Najpierw muszę skończyć moje dzieło.
Skupiłem wzrok na ułożonej przede mną desce. Sięgnąłem po metr, i za jego pomocą oznaczyłem na płaskiej powierzchni wymiary. Nie musiałem ich nigdzie sprawdzać, tak dobrze były mi znane. Zakodowane w cichym zakątku pamięci. Zakątku poświęconym tobie.
Machnąłem ręką, odganiając niewygodne wspomnienie. Zaraz… o czym to ja? No tak, moje dzieło. Obrzuciłem krytycznym wzrokiem zarysowany kształt. Nie mogło być mowy o pomyłce. Wszystko trzeba było zrobić idealnie, lepiej niż kiedykolwiek. Ale moment… dzieło? Czy naprawdę można to tak nazwać? Choć przez całe życie myślałem w ten właśnie sposób, sposób który zaszczepił w moim umyśle jeszcze mój ojciec… czy nie objawia się to teraz przede mną jak jedna wielka ironia losu? Teraz, w tym najważniejszym momencie, gdy dobrze wiem, że nie mogę zawieść. Czułem się, jakby ktoś nagle włączył nigdy dotąd nie używaną lampę, rozpraszając mrok, w którym dotąd swobodnie się poruszałem. Odsłaniając kurtynę ciemności i ukazując mi maskę groteski, którą przybrało moje życie.
Ponownie położyłem dłoń na drewnie, jakby chcąc się upewnić, że jest prawdziwe, że to wszystko nie dzieje się tylko w moim spracowanym umyśle. Zdawałoby się, że poczuję jakieś ciepło, iskierkę otuchy. Ale tym razem towarzysz mojej pracy pozostał zimny i bezwzględny, jak nigdy dotąd. Od tego, tak dobrze znanego mi materiału, zdawał się bić chłód o nadnaturalnym źródle. Jakby nawet przyroda buntowała się przeciw niesprawiedliwości tego świata, i oznajmiała mi tym dyskretnym sygnałem, że w pełni rozumie mój ból. A może nie… może to zwykły kawał drewna, wywieziony z lasu pod osłoną nocy, sprzedany na czarnym rynku za brudne pieniądze.
Gwałtownie potrząsnąłem głową. Nie wolno mi tak myśleć. Nie teraz. Mogłem to robić przez wszystkie te lata, ale nie tym razem.
- Skup się, Minho… - mruknąłem, jakby łudząc się, że upominanie samego siebie coś da, coś zmieni. Nie dało nic. Wciąż uporczywie wpatrywałem się w deskę, w moją dłoń, gładzącą jej powierzchnię. To mi nie wystarczyło. Po raz pierwszy zapragnąłem więcej. Powoli opadłem na kolana i przyłożyłem rozpalony policzek do ziejącej chłodem powierzchni. Tak wiele lat spędziłem w warsztacie, piłując kolejne deski. Ich wszechobecny zapach stał się częścią mnie. Koił rozszalałe myśli, dawał spokój. Przynajmniej do tej pory… Zmarszczyłem nos, niepewny czy to, co czuję przyprawia mnie o ukojenie, czy raczej o mdłości.
Mój wzrok pobiegł fantazyjną ścieżką słojów, które widniały na powierzchni drewna. Od zawsze czułem niejaką fascynację tym naturalnym malowidłem, pozostawionym w bezpiecznym wnętrzu leśnych mieszkańców, dostępnym tylko tym, którzy odważyli się zabić tych liściastych strażników ciszy. Nawet ten szalony wzór zdawał się tchnąć dziwnym smutkiem.
Przejechałem opuszkiem palca wzdłuż jednej z ciemniejszych linii na brązowym tle, biegnąc jej ścieżką, odbywając podróż zawierającą w sobie cały rok z życia drzewa. Rok, o którym pamiętała jedynie ta ciemna linia. Ah, gdyby tak po moich wspomnieniach mogła zostać jedynie niewyraźna pręga na sercu. O ile lżej by mi było, bez całej tej palety barw, łączących się przed moimi oczami w niechciane obrazy. Obrazy, które były dla mnie wszystkim. Wszystkim, co po tobie zostało.
Drewno ciemniało mi przed oczami, coś wyraźnie komunikując. Nie mogłem zrozumieć skąd w sercu znów zaigrała nagła nostalgia. Co to było? Ah… no tak. Ten kolor. Kolor, który sam wybrałem. Barwa idealnie pasująca do odcienia twojej skóry. Do różnorodnego koloru twoich włosów.
Pamiętasz jeszcze? Bo ja pamiętam doskonale. Ten odległy dzień, który być może nie miał miejsca aż tak dawno temu, nie wiem. Ten dzień, w który to wiosenny powiew przywiał mi cię, tuż przed moje oczy. Rozwichrzone włosy szalały wokół twojej twarzy, na której jednak malował się niczym niezmącony spokój. Po kącikach ust błąkał się uśmiech, niepewny, a mimo to niesamowicie rozjaśniający kształtne oczy. Najpiękniejsze na całej ziemi. Pamiętasz? Byłeś ubrany w za dużą bluzę twojego brata, a przez ramię przewiesiłeś skórzaną torbę…
Nerwowo postukałem palcem w drewno. Dlaczego takie szczegóły kryją się w mojej głowie? Zaszywają się gdzieś w zakątkach umysłu, bez mojej wiedzy i woli. Pewnie po prostu włożyłeś na siebie pierwsze, co znalazłeś w szafie. Jak mógłbyś coś takiego pamiętać…
Oderwałem dłoń od deski, tylko po to, by przejechać nią po własnej twarzy. Żeby zmyć wspomnienia sprzed moich oczu. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu. Musiałem jak najszybciej doprowadzić tę robotę do końca. Ostatnią taką w całym moim życiu. Ostatnią, a jednocześnie jedyną która się naprawdę liczyła.
Ciche skrzypnięcie, gdzieś w sercu mojej drewnianej poduszki, odbiło się echem w uszach, rozchodząc się po całym ciele, bijąc w serce, jak w dzwon. Dzwon, który utracił swoje brzmienie. Zbyt wyniszczony, by móc dalej dźwięczeć. To poruszające skrzypnięcie wyrwało ze zmętniałej brei mojego serca kolejny obraz minionych dni.
Podobne skrzypnięcie, w innym miejscu i czasie, powiadomiło mnie o twojej obecności. Nie podniosłem jednak wzroku znad ciemnych słojów, starannie odmierzając krawędzie kolejnych desek. Twoje oczy zaglądały mi przez ramię, duże i zdumione… Pamiętasz? To wtedy naopowiadałem ci tych kłamstw, w które uwierzyłeś. Mówiłem, że moja praca jest piękna i szlachetna, nieprawdaż? Ty kiwałeś tylko głową, a twoja za długa grzywka podskakiwała uroczo, nie pozwalając mi się skupić. Chciałem, żebyś zrozumiał. I zrozumiałeś, nawet jeśli ja zgubiłem w tym sens. Czy to nie zabawne, że dopiero teraz widzę, w jak wielkim błędzie żyłem przez tyle lat?
Tylko, że wcale nie jest mi do śmiechu.
Z ciężkim westchnieniem zerwałem się z kolan, nie dając sobie czasu na dalsze rozmyślania. Chwyciłem w dłoń moje narzędzie, tępo wpatrując się w jego błyszczące ostrze. Jak to możliwe, że ta drapieżność w odbijanym przez nie świetle, nigdy wcześniej nie wydała mi się niepokojąca? Ułożyłem jedną rękę na drewnie, drugą zatapiając w nim piłę. Zajęcie wymagało dużo siły, a wysiłek fizyczny sprzyjał rozkosznemu niemyśleniu. Odcinałem kolejne zbędne fragmenty deski, pozostawiając jej serce nietknięte. Wyłaniając z pospolitego prostokąta charakterystyczny kształt. Kształt tak dobitny i nieodwracalny, że gardło ścisnęło mi się na jego widok.
Odgarnąłem spoconą grzywkę z czoła. Zaraz jednak zatrzymałem się wpół ruchu, myślami szukając tego obrazu, który wyrył mi się w pamięci, jaśniejąc w głębi umysłu. Tak, to wtedy… pamiętasz? Wtedy inna dłoń, dużo mniejsza i delikatniejsza… twoja, zakradła się między pasma moich włosów, próbując ułatwić mi pracę, oczyszczając pole widzenia. Wtedy też przerwałem swoją pracę i… ah, nie możesz pamiętać, jak niesamowicie wyglądały wtedy twoje oczy. Całe szczęście, że ja nie zapomnę tego nigdy. Ich blask był mi światłem, kiedy moje usta znalazły drogę do twoich. Ten zachwycający słodyczą smak soku malinowego, który obaj dzieliliśmy na swoich językach… to musisz pamiętać.
Ale… czy ty cokolwiek pamiętasz? Czy jesteś do tego zdolny?
Zakryłem uszy rękami. Cisza w moim warsztacie nigdy dotąd nie była tak martwa.
Zacisnąłem zęby i powróciłem do pracy. Jeden gwóźdź, drugi, a to wszystko zaprawione machinalnymi ruchami młotka. Dużo czasu spędziłem dopasowując deski do siebie. Musiały idealnie współgrać. Brak miejsca na jakikolwiek błąd sprawił, że cały proces trwał dwa razy dłużej niż zazwyczaj. Czas nie miał jednak żadnego znaczenia. Już nie.
Kiedyś każda minuta była warta wyczekiwania na kolejną. I następną. Tak długo jak mogłem czuć twój subtelny zapach, rozpraszający monotonność dnia. Zapach wciąż wyraźny i znaczący, nawet jeśli przemieszany z intensywną wonią trawy i ziemi. Pamiętasz…? To wtedy leżeliśmy na zielonym dywanie, nie przejmując się wrzącą pod nami ziemią, nie słysząc odległych szeptów zapomnianych dusz. Wpatrywałeś się we mnie, a gładkość twojego czoła została zakłócona przez uroczą zmarszczkę, formującą się niepewnie między łukami brwi. Dlaczego wybrałem takie smutne miejsce na spacer? – pytałeś. W odpowiedzi oparłem się na łokciu, wzrokiem wodząc ponad twoim ramieniem, wpatrując się w sunący alejką ponury tłum ludzi. Zdawali się być tylko cieniami, zjawami błądzącymi pośród grobowej ciszy panującej wokół. To wtedy na twoją twarz wstąpił wyraz zrozumienia, a bystre oczy zapatrzyły się na ponure cienie ludzi. Wtedy zrozumiałeś, że po prostu nie mogłem opuścić mojego dzieła aż do końca, aż spadnie w czeluść ziemi, i zostanie pochłonięte na wieki. Pamiętasz? Potem już zawsze razem odprowadzaliśmy samotne dusze, obserwując ich odejście. Wyglądałeś tak pięknie w czarnej koszuli, opinającej twoje drobne ciało. Najwyraźniej jednak, wspominam ten bezinteresowny smutek wymalowany w twoich oczach.
Zatrzasnąłem rzeźbione wieko mojego dzieła, i obrzuciłem je krytycznym spojrzeniem. Było piękne. Każda wyryta przeze mnie linia, znacząca szlachetną powierzchnię drewna, przypominała mi o tobie. Proste i krzywe łączące się we wzory zdawały się aż krzyczeć. Ich krzyk układał się w jedno słowo. Jedno, konkretne imię. Twoje.
Podwinąłem rękawy koszuli, i przystąpiłem do lakierowania. Kolejnymi płynnymi ruchami wydobywałem z matowej powierzchni nowy blask. Blask, który w nieskończoności rozbłysków próbował dorównać światłu bijącemu z twoich oczu. Tych najczystszych, bardziej nieskazitelnych niż wody górskich źródeł. Tych dwóch punkcików, które stały się moim całym życiem. Centrum wszechświata, odbijającym rzeczywistość przez pryzmat twojej duszy. Oddałbym wszystkie pozostałe mi lata życia, by móc jeszcze choć przez sekundę wpatrywać się w te oczy, tchnące nieskończoną miłością.
Ponownie uniosłem wieko, i zawiesiłem puste spojrzenie na wnętrzu mojego dzieła, które nagle wydało mi się tak okropnie niegodne i mizerne, że za nic w świecie nie chciałbym ci go powierzać. Przeczesałem włosy dłonią, aż nazbyt świadom, że twoja smukła dłoń już nigdy nie wtargnie pomiędzy ich pasma. Następnie zebrałem w ręce przygotowane wcześniej materiały i począłem z czułością mościć wnętrze mojego dzieła. Starannie przytwierdziłem biały aksamit do ciemnego drewna.
Ten kolor… byłbyś na mnie zły, gdybyś go zobaczył, prawda? Oczywiście, już widzę te wydęte z irytacji wargi, te skrzyżowane na piersi ramiona. Pamiętasz? Tamten letni dzień, w który usiłowałem nakłonić cię do ubrania czegoś jasnego? Prychnąłeś z irytacją, wciskając przez głowę najczarniejszy podkoszulek, jaki znalazłeś w szafie. Ta czerń… kolor pod którym próbowałeś ukryć swoje wrażliwe serce. Nie było potrzeby się obawiać. Twoje serce pozostawało bezpiecznie ukryte przed światem, pulsując niezmiennie w smukłej klatce żeber. Najśmieszniejsze było jednak to, że starałeś się zgrywać twardziela, nieświadom jak wiele twoja twarz mówi światu. …A może tylko mnie? Czy byłem jedynym, który widział nieskończoną wrażliwość w łagodnym kształcie twojego uśmiechu? Albo tę dziecinną wręcz niewinność, której starałeś się wyrzec, a która z szaloną dobitnością objawiała się w gładkiej skórze, tuż przy kącikach roześmianych oczu… Żałuję, że jestem jedynym, który o tym pamięta. Świat powinien był widzieć, a mimo to pozostał ślepy. Powinien był słyszeć, a trwał głuchy. Powinien czuć, a mimo to…
Pociągnąłem nosem, rozpraszając zatęchłą ciszę warsztatu. Nie mogę się teraz rozkleić. Jeszcze trochę, i będzie po wszystkim. Ostatni raz przesunąłem szorstką dłonią po miękkości białego materiału, który w swojej niewinności starał się umykać przed moim palącym dotykiem. Jego biel aż raziła w oczy. Twoja nieskazitelna skóra nie będzie przy nim wyglądać tak blado. Gdyby jeszcze choć raz na twoich policzkach wykwitł ten zapierający dech w piersi rumieniec, ten który nadawał tempa mojemu życiu. Który pojawiał się znienacka, wywołując dziwną suchość w ustach. Pragnienie, które tylko twoje wargi były w stanie zaspokoić.
Zasiadłem do stołu jedynie z moim coraz bardziej ciążącym sercem za towarzysza. Sercem pokiereszowanym od przeszywających je wspomnień, które nie miały gdzie znaleźć ujścia, kotłując się wściekle po moim ciele. Drżącymi rękami ułożyłem przed sobą złoconą tabliczkę. Palce bezwiednie znalazły dłutko, i zaczęły drążyć kolejne ozdobne litery.
Obraz się zamazał, a ja dalej brnąłem, przedzierając się przez powierzchnię Bogu ducha winnej tabliczki, czując jakbym tym samym rył złote litery na własnym sercu. Każde kolejne pociągnięcie, błądzące w labiryncie łez, cieknących deszczem z moich niewdzięcznych oczu, pozostawiało niezbywalny ślad. Ryłem w tabliczce ciemniejące litery, zamykając w nich kolejne dni, godziny i minuty. Przelewając w swoje dzieło każdą sekundę spędzoną z tobą. Każdy moment, który mi podarowałeś.
Głośny okrzyk bólu, który niespodziewanie wyrwał się z mojej piersi, niemal zrujnował pieczołowicie kreowany przeze mnie napis. Zacisnąłem mocno zęby i, ledwo panując nad dłonią, dokończyłem dzieła. Wyryłem te ostatnie znaki. Cyfry, których wciąż nie chciałem przyjąć do wiadomości, które oznaczały dla mnie koniec wszechrzeczy. Cyfry, które z szaloną natarczywością kuły mnie w oczy, komunikując zatrważającą prawdę, że już ty już nic nie pamiętasz, nic nie wiesz. Odszedłeś razem z za dużą bluzą twojego brata i ze smakiem soku malinowego, zabierając ze sobą swój zapach i rumieniec. Nawet jedno pasmo twoich włosów nie pozostało na mojej poduszce, wszystkim przeznaczone jest spocząć na miękkim białym aksamicie, który drżącymi dłońmi ci przygotowałem. Ale nawet jasność tego posłania nie zatuszuje przerażającej bladości twoich policzków.
Umieściłem wygrawerowaną tabliczkę w przygotowanym w tym celu miejscu, na wieku ciężkiej skrzyni, którą własnoręcznie zrobiłem. Nie poczułem spodziewanej ulgi, tylko pustkę. Potworną, wszechobecną pustkę, która zdawała się przygniatać mnie swoją tuszą. Nie opierałem się jej długo, ponownie opadając na kolana, przykładając swój tęskny policzek do powierzchni lśniącego drewna. Łaknąc ostatniego znaku twojej bliskości, zanim zaśniesz w tej skrzyni, a ponury tłum zjaw i cieni poniesie cię pośród zapachu trawy i ziemi. Potem natura przyjmie cię w swoje objęcia, pozbawiając świat tego skarbu, którym tylko mnie było dane się cieszyć. W tej drewnianej szkatułce pozostanie ukryty przed ludzkimi oczami mój największy skarb.
Pamiętasz jak wiosna oszalała w rozkwicie uczuć, stawiając cię na mojej drodze? Nie? Nie szkodzi. Na szczęście ja nie zapomnę nigdy. Schowam te obrazy w głębi mojego pokrytego słojami serca, niczym w drewnianej szkatułce.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 609
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 30 sty 2015, 11:44

Dlaczego takie szczegóły kryją się w mojej głowie?

To zdanie doskonale odzwierciedla całość.
To dla mnie podwójny debiut. Pierwszy raz spotkałem się z tym fandomem jak i czytam coś oznaczone angst + shōnen-ai. Szczęśliwie wcześniej pogooglowałem, po czym przystąpiłem do czytania. Ogólnie tekst mogę skomentować z dwóch różnych perspektyw. Z jednej ogromnym plusem jest ładny i bogaty styl. Opisujesz z detalami każdą rzecz, ruch, sytuacje. Pod tym względem super. Mimo wszystko cały czas czułem, że znajomość fandomu jest konieczna, bo przez większość tekstu czułem się zagubiony. Nie miałem żadnych informacji o narratorze, ani o tym kim jest, co dokładnie się zdarzyło.

W każdym razie tekst bardzo ładnie napisany.
Obrazek

Awatar użytkownika
ShizukaAmaya
amator
Posty: 12
Rejestracja: 27 sty 2015, 20:05
Lokalizacja: Nowhere Land
Kontaktowanie:

Re: [SHINee] Szkatułka

Postautor: ShizukaAmaya » 30 sie 2015, 13:03

*wpada z ponad półrocznym opóźnieniem* ...

Dziękuję za komentarz, nie sądziłam, że w ogóle ktoś to przeczyta >.< Co do nieznajomości fandomu... hm, mowa tu o zespole, w którym nic podobnego nie miało miejsca, całość jest zmyślona i mogłaby równie dobrze być opowiadaniem autorskim. Twój komentarz sprawił, że po raz kolejny zaciążyła mi świadomość, jak bardzo miłuję sferę niedopowiedzeń i jak niewygodne musi to nieraz być dla czytelnika, bo nawykłam opowiadać jedynie drobną część historii, zostawiać odbiorcy wolne pole do popisu w domyślaniu się tego, o czym nie wspomniałam w tekście.
Eh eh, tak czy siak, jeszcze raz dziękuję za chwilę uwagi~~!


Wróć do „Znani ludzie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość