Brama

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 513
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Brama

Postautor: Skorpion » 04 paź 2018, 21:06

tytuł: Brama
opis: Historia, która kiedyś mi się przytrafiła.
kategoria: 13+

Z sentymentem, a czasem niezbadanym niepokojem wspominam okres dzieciństwa, gdy mieszkałem w kamienicy na Jarmarcznej. Był to czas mieszany; podzielony na dziecięce zabawy, naiwny śmiech i pierwsze zetknięcie z czymś mrocznym, czego nie potrafiłem wtedy zrozumieć i czego nie potrafię pojąć do dzisiaj. Gdy chcę uciec od tamtych wydarzeń mówię sobie, że był to zbieg okoliczności, zwykły przypadek, połączony z bujną wyobraźnią dziecka, ale po chwili wraca do mnie pytanie, a co jeśli nie?
Nasza kamienica liczyła sobie cztery mieszkania rozłożone na piętrze pierwszym i poddaszu, parter zajmował sklep, wtedy spożywczy, dzisiaj odzieżowy. Na lewo od wejścia do sklepu znajdowała się ogromna brama wprowadzająca na klatkę schodową. Długa niczym tunel, w którego głębi znajdowały się schody; jedne na wcześniej wspomnianą klatkę, a drugie do piwnicy. Na samym końcu było wejście na podwórze; kamieniste, brudne i przykre. Mieszkając tutaj czuło się biedę i chociaż mieszkanie w kamienicy zostawili kochani dziadkowie to niejeden raz obrzydzały mnie warunki. Ohydą napawały mnie niedopałki papierosów rzucane na schody, tynk odpadający ze ścian bramy oraz klatka schodowa ozdobiona graffiti.
Sąsiedztwo w tamtych czasach nie należało do najlepszych. W podwórzu zatrzymywali się pijaczkowie, którzy pamiętali jeszcze czasy, gdy zamiast sklepu spożywczego przychodziło się tam wyłącznie po alkohol. Było to jeszcze przed wojną. Pamiętali o tym moi dziadkowie. Nie darzyłem szczególną sympatią moich sąsiadów, a zwłaszcza tych z poddasza. Mieszkała tam staruszka i dosyć apatyczna rodzina. Stara schodziła po schodach długo, brzęcząc kluczami, które zawsze trzymała w kieszeni swojej brudnej spódnicy. Nie były to klucze dzisiejsze, ale wielkie, głośne spięte na metalowym kółku. Od domu, pokoju, piwniczki, strychu, a nawet toalety. Dodam, że w porównaniu z mieszkaniami na strychu posiadaliśmy komfort łazienki. Mieszkańcy poddasza chodzili do ubikacji znajdujących się w podwórzu. Stara sąsiadowała z rodziną; matka, ojciec i dwóch synów w wieku dorosłym. Ich nazwisko zachowam dla siebie, bo wam, czytelnikom nic nie powie, a ja do dziś dnia staram się wymazać sprzed oczu obraz tragedii i późniejszych jej konsekwencji. Rodzina nadużywała alkoholu, świątek, piątek, ale kłótnie były tam codziennością. Najbardziej przerażał mnie ojciec. Ubierał się w granatową kurtkę z dwoma jasnymi pasami idącymi w poprzek, pasiastą koszulę i szare spodnie. Miał siwe, rzadkie włosy skórę ciemną, śmierdział nie alkoholem, ale brudem. Strachem napawały mnie oczy ojca. Ciemne, mroczne, ale mroczniejszy był sposób w jaki umarł. Pijany leżał we własnych sikach i wymiotach pod drzwiami do własnego mieszkania. Tak, leżał i umierał na klatce schodowej. Jakieś dwa metry nad przejściem prowadzącym do naszego mieszkania. Karetka nie przyjechała, bo dyżurka uznała, że pijany i potrzebuje do izby wytrzeźwień, a nie do szpitala. Zmarł tamtej nocy pod własnymi drzwiami. Zawał. Wtedy raz tylko wyszedłem na klatkę. Nie widziałem zwłok, a jedynie kontur, zarys postaci w granatowej kurtce.
Minęło trochę czasu. Przyszła jesień. Jeśli się nie mylę, to był listopad. Szybko robiło się ciemno, a ja wracałem z miasta, być może ze szkoły. W bramie panował półmrok, jedyne światło dawała niewielka żarówka zawieszona na suficie. Roztaczała blade światło na środek bramy, kąty pozostawały przyciemnione. Z niepokojem wszedłem do bramy. Bardzo nie chciałem wpaść na jakiegoś pijaczka, chociaż oni nie byli agresywni, nie zaczepiali mnie nigdy to za każdym razem mijając ich czułem lekką obawę.
W ciemnym kącie, twarzą do ściany stał przygarbiony mężczyzna. Szedłem do schodów bacznie przyglądając się postaci i próbując skojarzyć znajomy wygląd. Nie widziałem twarzy, a jedynie rzadkie, siwe włosy zaczesane do tyłu i granatową kurtkę z jasnymi pasami idącymi w poprzek. Mężczyzna stał w bezruchu, z rękoma opuszczonymi w dół. Stał tak blisko ściany, jakby się o nią opierał całym ciałem. Milczał. Tylko stał. I jestem wdzięczny za to, że się nie odwrócił, bo bałem się ujrzeć raz jeszcze twarz ojca.
Przeszedłem przez bramę szybkim krokiem i jednym długim, skokiem wbiegłem na schody. Miałem tylko nadzieję, że złowieszcza postać nie ruszy się z miejsca. Biegłem po schodach. Pamiętam, że jedną rękę miałem wyciągniętą przed siebie, jakbym prędko chciał dosięgnąć bezpiecznych drzwi mieszkania, drugą miałem nico wycofaną, tak jakbym próbował odepchnąć od siebie niewdzianą siłę.
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Minęły lata, a ja czasem wspominam ulicę Jarmarczną, kamienicę, w której zmarł człowiek, bo to był człowiek, nawet jeśli przyszło mu umrzeć tak, a nie inaczej. Myślę także o postaci z bramy, ubranej w granatową kurtkę. Ze spokojem znajduję racjonalne wyjaśnienie, to pewnie był jakiś pijaczek. A co jeśli nie?
Obrazek

Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości