[Pokemon] Nadprzyrodzony

Tutaj zamieszczamy fanfiki do wszelkich japońskich komiksów i animacji.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 513
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

[Pokemon] Nadprzyrodzony

Postautor: Skorpion » 28 lut 2019, 11:15

Tytuł: Nadprzyrodzony
Fandom: Pokemon Original Series, Mewtwo Strikes Back, Pokemon R/G/B
Ostrzeżenia: krew, trupy?
Znajomość fandomu: nie potrzebna
Opis: Oficer Jenny Marble rozpoczyna śledztwo w sprawie zaginionej nastolatki. Trop prowadzi ją do sennego miasteczka Lavender. To pierwszy fan fik, w którym poniekąd wychodzę ze swojej bezpiecznej strefy AU.
Status: 3,2/5

Jenny


miasteczko Lavender, region Kanto, rok 1996

Paniczny krzyk rozciął ponurą, nocną ciszę. Młodzieniec ostatkiem sił wypadł z wnętrza cmentarnej wieży. Straciwszy równowagę upadł w wysoką trawę. Dla bezpieczeństwa postanowił nie podnosić się. Gdyby jeszcze potrafił wymazać z pamięci to, co zobaczył wewnątrz tej przeklętej wieży, o nieludzkiej istocie i dudniącym dźwięku młotka uderzającego o podłogę. Wiedział, że to, coś słyszy nawet najcichszy szmer. Powoli zaczął czołgać się w stronę bramy. Nagle usłyszał zawodzący ryk potwora. Strach sparaliżował chłopaka na moment. Ryk powtórzył się. Tym razem brzmiał inaczej. Nie tłumiły go ściany zatęchłego budynku. Teraz miał pewność, że to coś wylazło za nim na zewnątrz. Nie było czasu. Zaczął pośpiesznie czołgać się w stronę wyjścia, aż wreszcie wyrżnął głową w metalowy pręt. Ostrożnie wstał z ziemi i delikatnie spróbował przesunąć zardzewiały uchwyt furtki. Wrota uchyliły się nieznacznie hamując o nierówny chodnik. W oddaleniu jakichś pięciu metrów od niego to, coś lazło po czworakach dysząc głośno. Było jak pies myśliwski tropiący ofiarę. Już miał z krzykiem szarpnąć furtkę, gdy zauważył dziewczynę przyglądającą mu się z drugiej strony ogrodzenia.
- Po... Pomóż mi – wymamrotał, usiłując przecisnąć się przez szparę.
- Czy wierzysz w duchy?
- Tak.
- Naprawdę? A więc są wierzący... - westchnęła w zadumie.
Bestia stanęła tuż obok niego. Chwyciła go za ramię i jak kukłę poniosła do wnętrza cmentarnej wieży. Rano bramę zamknięto na kłódkę.

***


miasto Saffron, region Kanto, rok 1997

Do gabinetu komisarza weszła zdecydowanym krokiem. Stanęła przy ścianie, na której wśród dyplomów i wycinków z gazet wisiało jedyne zdjęcie przełożonego z jego kobietą. Była ładna, raczej młoda. Ilekroć tu przychodziła chciała zapytać o imię dziewczyny, ale z jakiegoś powodu nigdy tego nie robiła.
- Usiądź, Jenny – poprosił.
Przeszła od ściany do biurka. Wysunęła niewygodne drewniane krzesło i zajęła miejsce na przeciwko mężczyzny.
Komisarz Locker wyglądał na zmęczonego. Po jego twarzy przesuwały się pojedyncze zmarszczki. Szare oczy pozbawione blasku tkwiły w monitorze. Odruchowo raz jeszcze spojrzała na fotografię. Tam również wydawał się zmęczony, ale jednak szczęśliwszy. Zapragnęła poznać imię kobiety.
- Nazwisko Raymond Hamm – powiedział, odrywając wzrok od komputera: - mówi ci coś?
Raymonda Hamma kojarzył każdy, kto czytywał gazety. Jego nazwisko padało często w rubryce gospodarka. Ostatnio również zrobiło się o nim głośno za sprawą plotek o rzekomej kandydaturze do rady miasta. Jednak przede wszystkim był właścicielem Sliph. "Sliph. Firma jutra" – brzmiało hasło reklamowe. Korporacja zatrudniała około siedemdziesięciu procent mieszkańców Saffron, a w tym również rodziców Jenny. Wielkie gmaszysko wybijało się na tle innych wieżowców, jakby wskazując im drogę do nieba. Każdego ranka mijała pracowników Sliph śpieszących się na pierwszą zmianę w fabrykach ustawionych wokół biurowca. Długie, ciągnące się na kilka kilometrów magazyny produkcyjne były jak poddani klękający u stóp wielkiego drapacza chmur. Przerażająca korporacja mająca monopol na futurystyczne technologie trzęsła rynkiem i wszystko wskazywało na to, że będzie nim trzęsła następne dekady. Z pewnością obok Giovanniego i rodziny Prima, Raymond Hamm był najbogatszą osobą w Kanto.
- Miliarder.
- Zaginęła mu wnuczka.
- Porwanie dla okupu.
- Zaginęła prawie cztery dni temu, ale żaden porywacz nie zgłosił żądań – wyjaśnił Locker.
Teraz on spoglądał na fotografię na ścianie.
- Ucieczka?
- Niewykluczone – przyznał ostrożnie: - pojechała na kilkudniową wycieczkę ze swoim chłopakiem i ślad po nich zaginął.
- Cztery dni temu zniknęła dziedziczka wielkiej fortuny, a my zajmujemy się tym dopiero teraz?
- To delikatna sprawa – zaakcentował środkowe słowo: - dziadek nie chce rozgłosu, dlatego o jej zniknięciu poinformował mnie dopiero dzisiaj.
Rozumiała. W pamięci miała błąd policji z upublicznieniem informacji o zaginięciu Giovanniego. Posterunki zalała fala fałszywych informacji. Każdy widział zaginionego na ulicy i liczył na nagrodę za nawet najbzdurniejszą wiadomość. Do tego dochodziły jeszcze próby wyłudzenia okupu. I zrobił się prawdziwy cyrk. Trzy czwarte policji zajmowało się zaginięciem jednego człowieka mozolnie odcedzając fałszywe informacje, a resztę szlag trafiał przy pozostałych sprawach. Rozgłosu należało uniknąć za wszelką cenę.
- Sprawa jest trudna, bo nie możemy pozwolić sobie na jakikolwiek przeciek.
- Jakikolwiek? Co to znaczy?
Locker westchnął w zadumie.
- Wczoraj przeprowadziłem długą rozmowę z Hammem. Facet kocha wnuczkę, co do tego nie mam wątpliwości, ale martwi się także o Sliph.
Jenny spróbowała wyobrazić siebie w podobnej sytuacji. Chciwość rzecz ludzka. Wnuczkę mógł kochać, ale nie wykluczało to dziedzictwa, jakie jej pozostawi.
- Dziewczyna jest jego jedyną rodziną. W innym przypadku firma w całości przejdzie w ręce udziałowców – tłumaczył dalej.
- Podejrzewa, że ktoś z firmy ją porwał?
- Ma ograniczone zaufanie.
- W takim razie, co mam robić? Rozumiem, że w razie, gdyby nie została porwana przez kogoś z korporacji...
- Tak. Obawia się, że nawet w przypadku, jeśli jego podwładni są czyści, mogliby próbować utrudnić śledztwo. Jak to powiedział – sięgnął pamięcią do rozmowy – oceniaj innych swoją miarą, czy coś podobnego.
On skorzystałby z takiej szansy. Gdyby komuś zaginęło dziecko wykorzystałby to dla własnych celów – tak miała rozumieć jego wypowiedź. Dotąd Jenny znała Hamma wyłącznie z gazet. Prasowe fotografie przedstawiały starszego, wychudzonego pana o bujnej, acz siwej czuprynie. Sprawiał wrażenie rzetelnego człowieka, uczciwego pracodawcy, inteligentnego inżyniera. Teraz jednak właściciel Sliph wydał się wyrachowany. Nie zmieniało to sytuacji. Zaginęła dziewczyna. Należało jej szukać.
- To robota pod biurkiem, a nie prawdziwe śledztwo. Niech wynajmie detektywa.
- Ufa policji. Po prostu nie chce, aby ktoś poza nim, mną i tobą dowiedział się o zaginięciu dziewczyny.
- Jeśli się odnajdzie w ciągu najbliższych dni o sprawie wszyscy zapominamy.
- A jeśli nie?
- Wtedy będzie musiał poinformować mnie oficjalnie o jej zaginięciu. Byli w okolicach Lavender – kontynuował: - pojedź tam, popytaj. Taki wyjazd może wyjść ci na dobre – powiedział ostrożnie.
Nawet ostrożna sugestia zabolała.

***


Mówi się, że nowe domy mają w sobie coś dobrego. Oczywiście, ludzie narzekają na przeprowadzki; mnogość kartonów, firmy przewozowe, remonty i dorabianie kluczy, ale podświadomie czują radość albo ulgę związaną ze zmianą adresu, albo dopiero ją poczują, gdy ustawią stół w jadalni, czy szafkę na obuwie w przedpokoju.
Moja matka tak uważała. W ten sposób tłumaczyła nasze przeprowadzki – wspominała Rachela dla dodania otuchy.
Gdy była dzieckiem traktowała wszelkie tłumaczenia z najwyższą obojętnością. Zmiany adresu uszczęśliwiają ludzi. Teraz znajdowała się w tej samej pozycji, co jej matka dwadzieścia kilka lat temu. Matka miała rację – nowe domy powinny nas uspokajać. Pobudzać uczucie szczęścia i bezpieczeństwa. Jednak dom w Lavender od początku wzbudzał w niej trwogę. Niewytłumaczalne obrzydzenie i złość. Jednak jako dobra żona i matka nie mogła kłaść na szalę własnej intuicji oraz ich szczęścia.
Wyjrzała przez okno kuchenne, z którego roztaczał się widok na podwórko i brzydki drewniany płot zamykający przestrzeń w idealnym kwadracie. Zaraz za płotem zaczynała się spokojna szosa i rząd niewysokich, działkowych domków, które pięły się na niewielkie wzniesienie wyżej i wyżej. Tam w oddali znajdowała się cmentarna brama. Ponure groby z okna kuchni przypominały skulone w sobie stworzenia, które w bezruchu kajają się przed ogromną wieżą stojącą po środku cmentarza.
Rachel wzdrygnęła się w momencie, w którym objął ją Abe.
- Nasz nowy dom.
Spojrzała na męża.
- Czy Sabrina będzie tutaj szczęśliwa?
- Wszyscy będziemy.
Rachel rozejrzała się wokoło. Kuchnię stanowiła niewielka izdebka, która z jednej strony łączyła się z korytarzem, a z drugiej ze spiżarnią. Nad kuchennym blatem rozciągało się okno. Po środku stał stół; jeden z niewielu mebli pozostawionych przez właścicieli.
- Zobaczysz – zapewnił Abe.
W jego oczach nie było strachu. Po ośmiu latach w dziale technologicznym Sliph otrzymał awans – stanowisko kierownicze oddziału w Lavender. Z nową pracą przyszły nowe obowiązki, podwyżka i kupno domu.
Ich nowy dom z ulicy wydawał się ciasny. Miał wysokie ściany, ostry, spadzisty dach, małe okna na poddaszu i wąskie drzwi frontowe. Przypominał bliźniaka pozbawionego brata. Perspektywa zmieniała się wewnątrz. Szeroki korytarz rozwidlał się na kuchnię, gabinet, salon i łazienkę. Schody prowadziły do piwnicy oraz do dwóch sypialni oraz na strych. Dom był ładny. Nie było powodu, aby go nienawidzić, a jednak w Rachel budził najstraszniejsze emocje.
- Szafeczka na obuwie w przedpokoju – wymamrotała Rachel przypomniawszy sobie słowa matki.
- Co?
- Musimy ją ustawić.

***


- Mama! Mama! Mama!
Piskliwy wrzask Sabriny przyciągnął Rachelę i Abe'a pod wyjęte z zawiasów drzwi na strych.
- Patrzcie – zawołała śmiało wchodząc do pomieszczenia.
- Myślałam, że strych jest zakluczony.
- Był – odparł z urazą: - agent nieruchomości obiecał otworzyć drzwi na nasz przyjazd, ale myślałem, że znajdzie do nich klucz.
Rodzice ruszyli za Sabriną w głąb pomieszczenia. Dopiero po zapaleniu światła złowrogie cienie zmieniły się w niegroźne, acz zaskakujące przedmioty. Pokój na poddaszu służył wcześniejszym właścicielom jako bawialnia. Na podłodze znajdował się poszarzały dywan we wzorek z Pikachu. Między zakurzoną kanapą, a regałem z książeczkami leżała góra maskotek. W kącie stał wysłużony konik na biegunach, a pod jego nogami upchano kilka piłek, z których przez lata uciekło powietrze. Pod oknem stała komoda z lusterkiem i zabawkowymi przyrządami fryzjerskimi. Sabrina zaczęła przeglądać maskotki. Ładne odkładała obok, a brzydkie i zniszczone odpychała w stronę regału. Abe stanął w progu. Teraz zastanawiał się nad odmalowaniem pokoju. Rachel podeszła do okienka. Z pokoju na poddaszu miała widok na cmentarz i czarną iglicę wieży. Tym samym widokiem raczyła się z okna kuchni.
- To ty mnie wołałaś – powiedziała Sabrina wyciągając z kopca lalkę niemal tak dużą jak ona sama – mogę ją zabrać?
Lalka prezentowała się przepięknie. Miała rumiane poliki i drobne usta, które w kącikach zdawały się uśmiechać. Wielkie oczy miały kolor błękitu z domieszką zieleni. Długie, kasztanowe włosy oplatała niebieska kokarda. Ubrana była w prostą, turkusową sukienkę, skórzane buciki i kapelusz z wielkim rondem.
- Ma na imię Sabrina – powiedziała dziewczynka – czy mogę ją zabrać?

***


Właściciel motelu wyszedł na ganek w chwili, gdy akurat Jenny zamykała za sobą metalową furtkę od podwórza. Był to człowiek starszy, około sześćdziesiątki. Rzadkie włosy zaczesywał do tyłu. Na garbatym nosie znajdowały się okulary. Mimo zgarbionej postury był wysoki. Ubrany był w koszule na guziki i zielone spodnie. Miał w sobie naturalną elegancję. Popatrzył na nią, a w końcu zawołał ostrożnie:
- Pani do mnie?
- Zarezerwowałam pokój na tydzień – odparła, podchodząc: - Hotel na Lawendowym Wzgórzu, to tutaj? - tym razem to jej głos wydawał się ostrożny.
Gospodarz z zakłopotaniem spojrzał na szyld oparty o krzak bzu. Napis: "Witamy w Hotelu na Lawendowym Wzgórzu" spadł ze spróchniałego słupka. Czas mijał, a on mimowolnie odkładał zawieszenie tablicy na nowym słupku. Zawsze wyskakiwało coś pilniejszego: naprawa rynny, sprzątanie ogrodu, malowanie. Kobieta z wielkiego miasta przyjechała do obskurnej, bezimiennej rudery. Nagle poczuł ogromny wstyd.
- To tutaj – odparł szybko wpuszczając ją do środka.
Byle tylko nie zauważyła szyldu opartego o krzak.
- Nie wiedziałem, o której dokładnie pani przyjedzie – mówił: – do nas ciężko trafić.
Tu się zgodziła. Lavender nie posiadało komunikacji miejskiej. Ostatni autobus wycofano w zeszłym roku.
- Przygotowałem pokój dwuosobowy, bo byłem przekonany, ze przyjadą dwie osoby. Chyba, że jeszcze ktoś do pani dołączy – napomknął, prowadząc ją do pokoju w głębi holu.
- Nie.
- Mamy mało turystów – oznajmił przepraszająco.
- Ale to ładna pora pod namiot – przyznała Jenny: - na pewno macie tutaj jakichś biwakowiczów.
Gospodarz nie podjął tematu. Bojaźliwie prezentował pokój, uczciwie punktując wszelakie mankamenty, jakby w obawie przed tym, że gość przeniesie się do konkurencji. Hotel na Lawendowym Wzgórzu był jedynym w Lavender.
- Śniadanie wydaję do godziny ósmej – kontynuował: - Kolacja jest zawsze o osiemnastej, zaraz po popołudniowej kawie. Oczywiście, jeśli jada pani w innych godzinach... Z kuchni można korzystać do woli. W razie czego mieszkam na końcu korytarza, w ósemce. Nazywam się Wilbur Fuji – zakończył przedstawiając się.
Gdy Jenny rozpakowała swoje rzeczy było już czterdzieści minut po północy. Księżyc w obłym i nienaturalnym kształcie mienił się bladą poświatą. Rozświetlał wieżę na cmentarzu oddalonym o kilka ulic od motelu. Z okna jej pokoju miała doskonały widok na nią. W tym samym czasie Rachel nie mogąc zasnąć zeszła do kuchni. Z okna przyglądała się tajemniczemu budynkowi. Dwie kobiety. Nigdy wcześniej się nie znały, a jednak robiły coś wspólnie – przyglądały się cmentarnej wieży.
Ostatnio zmieniony 08 maja 2019, 19:34 przez Skorpion, łącznie zmieniany 8 razy.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 513
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: [Pokemon] Nadprzyrodzony

Postautor: Skorpion » 17 mar 2019, 17:45

Sabrina



Dla Sabriny przeprowadzka oznaczała ogromną przygodę. Przygodę tak emocjonującą i wspaniałą, że oddaliła w czasie oczekiwane przez dziewczynkę przyjęcie urodzinowe mające się odbyć już za cztery miesiące. Porzuciła szare i brzydkie mieszkanie w bloku, aby zamieszkać w tęczowej chatce. Fasada domu była oliwkowa, drzwi i okna ozdabiały kremowe obramowania, zaś dachówka była fioletowa. Pomieszczenia wewnątrz chatki były – jak sama zauważyła – bardzo rygorystycznie uporządkowanie kolorystycznie. W każdym pokoju była jedna rzecz nadająca kolor pomieszczeniu. I tak na przykład w kuchni znajdował się biały blat, w dużym pokoju ciężkie, czerwone zasłony, gabinecie brązowy dywan, a w łazience różowe firanki. Czasem kolory schodziły z przedmiotów i wypełniały pomieszczenie jak kłębiasta chmura. O swoim odkryciu postanowiła nikomu nie mówić. Dlaczego? A, ot, tak sobie. Skoro dorośli mogli mieć sekrety przed dziećmi, to dlaczego ona, mała dziewczynka nie mogła mieć tajemnic przed nimi? Tęczowa chatka i jej właściwości były pierwszym sekretem odkrytym przez Sabrinę. Drugi sekret domu okazał się o wiele mroczniejszy w skutkach, które miały spętać ją na wiele długich lat zapomnienia.
Gdy Sabrina pierwszy raz weszła do domu usłyszała dźwięk dzwoneczków. Były niczym wspomnienie – krótkie i ulotne. Po jakimś czasie potrafiła nadać dzwoneczkom rytm, a ich, zdawało się, bezosobowy ton niósł słowa piosenki:

Młoda dziewczyno, za kim tak płaczesz?
Młoda dziewczyno, za kim tak czekasz?


W końcu między nimi usłyszała głos wołający o pomoc:
- Ratunku! Niech ktoś mi pomoże.
Sabrina intuicyjnie wybiegła z pokoju starając się uchwycić kierunek wołania. Wydostawał się ze strychu. Im wyżej po schodach się wspinała, tym głos zdwał się wyraźniejszy. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy, że prośba o pomoc nie dociera do uszu, ale płynie do głowy. Słowa piosenki coraz bardziej zniekształcone nie pozwalały jej myśleć o niczym innym poza głosem wołającym o pomoc.
Sabrina zapukała do drzwi. Cisza. Zapukała raz jeszcze. Melodia ucichła.
- Och, jak dobrze, że przyszłaś mnie uwolnić – rozległo się.
Głos pierwszy raz skrystalizował się. Należał do małej dziewczynki.
Kim była? Dlaczego została zamknięta w tęczowej chatce – myślała Sabrina. - Może była zaczarowaną księżniczką albo córeczką zapomnianą przez rodziców? Jeśli ją uratuje to może zostaną przyjaciółkami? I nikt nigdy nie dowie się w jaki sposób się poznały. To będzie wspólny sekret pieczętujący ich przyjaźń.
Sabrina szarpnęła za klamkę.
- Zamknięte – mruknęła rozczarowana.
Jedynym sposobem było zawołać mamę. Sekret przestał być sekretem.
- Głuptasku – odezwała się uwięziona dziewczynka. - Drzwi nie są problemem dla kogoś tak wyjątkowego jak ty. Wystarczy, że rozkażesz im się otworzyć.
Zawiasy wystrzeliły w powietrze, a drzwi dostojnie opadły na ścianę. Już nic nie broniło sekretu strychu. Sabrina spoglądała w mrok martwiąc się następną, tym razem nie do pokonania, przeszkodą – lękiem przed ciemnością.
- Mama! Mama! Mama!

***


Ostatnie zdjęcie Terri Hamm wykonano przed miesiącem z okazji ukończenia szkoły. Jenny od razu rozpoznała budynek z fotografii. Było to prywatne liceum w Saffron. Terri była bardzo ładną dziewczyną. Miała długie rude włosy związane w warkocze oraz niebieskie oczy. Jej okrągła buzia promieniała szczęściem. Jakoś trudno było sobie wyobrazić powody, dla których miałaby uciekać z domu. Obok stali jej dziadek i chłopak.
Policjantka przerzuciła wzrok pocztówkę, która była ostatnim śladem po zaginionych. Na kartce znajdował się szyderczo uśmiechnięty Gengar. Na odwrocie napisano:

Pogoda dopisuje, bawimy się wspaniale. Pozdrawiamy T&K


- Kyle Berlitz, niekarany, lat dwadzieścia – przeczytała notatkę od Lockera. - Czternastego sierpnia Terri i Kyle wyjechali na tydzień pod namioty. Ostatni raz kontaktowali się z bliskim we wtorek, czyli w przeddzień powrotu. Od tamtej pory minęły cztery dni. Z tego, co nam wiadomo biwakowali w okolicy miasteczka Lavender – skończyła.
Odłożywszy notatkę sięgnęła do teczki po mapę miasta.
- W okolicy znaczy... gdzie?
Serce Lavender stanowił rynek przecinany przez ulicę Główną. Od niego wychodziły cztery odnogi – Lawendowa, Fuksji, Spokojna i Jesienna. Na tej ostatniej znajdował się motel pana Fuji'ego. Od północy i wschodu miasto otaczały gęste lasy i góry, zaś od południa rozciągał się widok na ocean. Jedyną drogę komunikacji stanowiła szosa prowadząca do Saffron. Inną ciekawostką był cmentarz oznaczony na mapie w miejscu przecięcia ulic Spokojnej i Lawendowej, co nie miało większego sensu, bo był on widoczny z okna motelowego pokoju, mimo że wedle mapy znajdował się po drugiej stronie miasta. Lavender przypominało labirynt o wysokich ścianach, wąskich korytarzach i ślepych uliczkach.
Czy Terri i Kyle mogli razem uciec? Kolejne dziecko zaginęło – pomyślała.

***


- Tamten pan – wskazał dyskretnie Fuji: - był umówiony z panią na spotkanie.
Jenny dyskretnie spojrzała. W jadalni siedział młody mężczyzna. Miał około dwudziestu kilku lat, wątły i wysoki, nieco przygarbiony. Nerwowo poprawiał okulary.
- Na pewno do mnie?
- Powiedział, że ma spotkanie z panem oficerem Marble – zacytował słowa młodzieńca wyraźnie rozbawiony jego nieświadomością odnośnie płci rozmówcy.
Zabrawszy kawę z blatu recepcji ruszyła w stronę stolika, przy którym siedział młodzieniec.
- Pan do mnie, tak? Oficer Jenny Marble – powiedziała, dosiadając się.
Chłopak ponownie poprawił okulary. Zaskoczony spróbował wstać. Chaotycznie wysunął rękę na przywitanie, w jednej chwili uznając to za nietakt, cofnął dłoń.
- Seymour Blaustein.
Przestał wiercić się.
- Oboje pracujemy dla Richarda Hamma – przeszedł do sedna.
- Nie – pokręciła głową. - Ja pracuję dla policji.
Młodzieniec poczuł uwierający kołnierzyk koszuli.
- To znaczy... ja pracuję – poprawił się - pani oficer szuka jego wnuczki. Pan Richard zlecił mi przyjazd i... - nie mógł użyć słowa "kontrola" – pomoc w śledztwie.
Jenny zamieszała łyżeczką w filiżance, jakby chcąc zyskać kilka sekund nad zdenerwowanym pracownikiem firmy Sliph.
- Czym się pan zajmuje dokładnie?
- Jestem starszym technikiem w dziale usprawnień optycznych – wyrecytował.
- A ja jestem policjantką. Wydaje mi się, że jestem odpowiedniejszą osobą do poszukiwań Terri – mówiła ze spokojem – za pomoc dziękuję, ale chyba nie skorzystam.
- Muszę nalegać. Richard Hamm wyraźnie zlecił...
- Skontaktuję się z moim przełożonym – ucięła.

***


- Co mam ci powiedzieć, Jenny?
- Że zabierzesz stąd tego dzieciaka – odparła rozgniewana.
W słuchawce rozbrzmiało głębokie westchnienie. Przełożony dobrze ją rozumiał, ale z jakichś powodów nie chciał robić niczego wbrew właścicielowi Sliph.
- Hamm nie poinformował mnie o wysłaniu do Lavender swojego człowieka – zaczął ostrożnie.
- A ponoć nikomu nie ufa.
- Widocznie ten facet stanowi wyjątek – urwał - może spróbuj czegoś się od niego dowiedzieć?
- O co tu właściwie chodzi? - spytała wyraźnie rozdrażniona: - Zaginęła para nastolatków. Rodzina zaginionej nie chce informować policji oficjalnie, a koniec końców wysyła za mną na przeszpiegi jakiegoś idiotę, a ty na to się zgadzasz.
Kolejne westchnienie Lockera zdradzało jego zniecierpliwienie.
- Richard Hamm to bardzo wpływowy człowiek i jakkolwiek bardzo mi się nie podoba ta cała sytuacja to mam związane ręce. Proszę cię, jak przyjaciel, Jenny, nie zwracaj uwagi na tego człowieka i zrób wszystko, aby znaleźć tę dziewczynę.
- On ci płaci, czy jak? - zawahała się.
- Chroniłem cię po sprawie z Lostelle – mruknął chłodno - i teraz to ja potrzebuję twojej pomocy.
- Znajdę ją.

***


Było przyjemne przed południe. Wzdłuż wąskiej alejki rozciągał się rząd iglastych drzewek. Szła tak jeszcze chwilę, aż do zakrętu, gdzie alejka bez ostrzeżenia dobiegała końca. Dotarła do ukrytego między drzewami placyku zabaw. Otoczony umownym ogrodzeniem w postaci krzewów i głazów zamykał się w prostokącie. Policjantka przystanęła wpatrując się w matkę i córkę. Mimowolnie przypomniała sobie Lostelle. Nagle dziewczynka zeskoczyła z huśtawki i podbiegła do niej.
- Niech pani uważa na Sabrinę! - zawołała.
Jenny spojrzała pod nogi. Na piaszczystej polanie leżała odwrócona twarzą do ziemi lalka.
- To twoja? - spytała ostrożnie ją podnosząc.
- Nie wiem, czy jest moja – odparła w zadumie dziewczynka. - To ja ją uratowałam, ale wydaje mi się, że Sabrina szuka swojej przyjaciółki. Chyba polubiła panią.
Marble uśmiechnęła się, spoglądając na lalkę. Zawsze marzyła o takiej lalce; w pięknej sukience, o porcelanowej twarzyczce i długich, miękkich włosach.
- Jestem Jenny, a ty?
- Sabrina.
- Masz na imię tak samo jak laleczka?
- Tak... - mruknęła wyraźnie niezadowolona z tego faktu.
- Sabrino! - zawołała matka – chodź tu natychmiast!
- To jest Jenny! - odkrzyknęła dziewczynka. - Znalazła Sabrinę!
Policjantka nie miała zamiaru stracić takiej okazji. Postanowiła podejść, przywitać się, a przy okazji wypytać matkę dziewczynki o miasteczko.
- Dzień dobry! - zawołała życzliwie. - Ma pani uroczą córkę – dodała, siadając na ławce obok Rachel. - Ile ma lat?
- W listopadzie skończy sześć.
- Czyli w tym roku pójdzie do szkoły - podtrzymała temat.
- Tak, ale nie jestem pewna, czy są tu jakieś dobre szkoły – wymknęło jej się.
Poczuła wstyd. Zabrzmiało złośliwie, jakby w Lavender nie było nic poza grobową pustką. Poczuła wstyd przed rozmówczynią, jak zakładała, mieszkanką miasteczka, która wbrew temu co powiedziała, mogła uczęszczać do dobrej, tutejszej szkoły.
- Nie jesteście z Lavender?
- Wprowadziliśmy się tutaj kilka dni temu.
- To tak jak ja. Przyjechałam do miasteczka w sprawach służbowych.
Widząc utratę zainteresowania ze strony Jenny desperacko postanowiła ją zatrzymać. Nowe miejsce przytłaczało ją. Nowy dom przerażał, sąsiedzi odpychali i chyba tylko cmentarna wieża wzbudzała w niej jeszcze gorsze myśli. Jenny była inna, nieprzesiąknięta atmosferą Lavender. Dlatego chciała mieć ją blisko.
- Czyli żadna z nas nie zna miasta - rzuciła pośpieszenie. - Szkoda, bo mogłybyśmy urządzić sobie jakąś wycieczkę po okolicy.
- Słyszałam, że ocean jest bardzo ładny, ale to kilka kilometrów pieszej wędrówki - odparła melancholijnie Jenny. - O, tam w stronę Panieńskiej Skarpy - wskazała nieprecyzyjnie.
- W mieście na zabytkową wygląda wyłącznie ta wieża.
Na samą myśl o wieży zmroziło ją. Dlaczego wspomniała o miejscu, którego tak bardzo nie znosiła?
- Wiesz o niej coś więcej?
- Nie - westchnęła, spoglądając w kierunku wysokich drzew zasłaniających widok na wieżę. - To chyba jakaś kapliczka.
Jenny przypomniało się dziwne rozmieszczenie na mapie. Cmentarz wokół wieży nie mógł być tym z mapy.
Rachel i Jenny jeszcze długo rozmawiały. Były jak przyjaciółki, które spotykały się po raz pierwszy po wielu latach rozłąki.

***


Seymour nerwowo chodził po korytarzu od czasu do czasu spoglądając w okno wychodzące na ulicę. Oficer Marble wyszła z motelu kilka godzin temu i do tej pory nie wróciła. Już trzykrotnie chciał kontaktować się ze Sliph i przynajmniej jeden raz z przełożonym policjantki. Ostatecznie nie zrobił tego w obawie przed własną kompromitacją.
Drzwi wejściowe zaskrzypiały. W progu stanęła Jenny.
- Gdzie pani była tyle czasu?
- Mówiłam. Musiałam skontaktować się z komisarzem – odparła zgodnie z prawdą. - Teraz porozmawiajmy na spokojnie.
Odwiesiła płaszczyk i ruszyła do jadalni, która wydała się najbardziej neutralnym pomieszczeniem w całym pensjonacie. Seymour podążył za nią. Zajęli miejsce przy kwadratowym stole w kącie sali.
- Musisz mi obiecać – przeszła na ty z racji niewielkiej różnicy wieku między nimi oraz chęci zatarcia złego, pierwszego wrażenia – że nie będziesz mi przeszkadzać.
- Nie zamierzam! - zapewnił energicznie.
Na samą myśl, że mógłby utrudnić śledztwo zrobiło mu się niedobrze.
- Nikt nie miał wiedzieć, że jestem z policji, a ty od wejścia zapytałeś o oficer Marble – wypomniała mu wpadkę.
- Bardzo panią przepraszam – wymamrotał.
- Mam na imię Jenny.
- Jenny – powtórzył mechanicznie.
- Powiedz mi, Seymour – zmieniła ton głosu. - Czy aktualnie pracujecie w Sliph nad jakimś ważnym projektem?
- Nad wieloma, ale ze względu na tajemnicę patentową nie mogę o tym opowiadać.
- A czy ostatnio ktoś interesował się jakimś urządzeniem bardziej niż inni? - pytała hipotetycznie.
Seymour poprawił okulary. Nie zajmował się handlem, ale miał pojęcie o najważniejszych klientach Sliph. Wszyscy pracownicy rozmawiali pokątnie o najnowszym dziele działu technicznego, udoskonalonej wersji ultra balla. Urządzenie otwierające zupełnie nowy wymiar możliwości łowieckich. Informacja wyciekła na zewnątrz, a z ofertą kupna patentu wyszedł sam Giovanni.
- Czy mogło się zdarzyć – szeptała konspiracyjnie – że któryś z większych klientów byłby gotowy porwać Terri dla jakiegoś urządzenia zaprojektowanego przez waszą firmę?
- Mógł, ale... to nie ma sensu.
Jenny skrzywiła się.
- Dlaczego?
- Terri nadal jest w Lavender.
- Skąd wiesz? - spytała niezadowolona.
- Jedyna droga wyjazdowa stąd to ósemka do Saffron – zaczął wykład – nie można z niej zboczyć, aż do miasta, bo otaczają ją góry. Sliph ma dostęp do systemu monitorującego Saffron. Osobiście, klatka po klatce sprawdziłem zapis ze wszystkich kamer. Na żadnym nagraniu nie było Terri, ani Kyle'a.
Policjantka nie dawała łatwo za wygraną.
- A może ich ktoś porwał i wwiózł do miasta w skrzyni lub bagażniku?
Seymour pokręcił głową.
- Od strony Lavender nikt nie wjeżdżał do Saffron.
- Czyli albo jest jak mówisz, oni nie wyjechali stąd, albo nigdy tu nie dotarli - założyła.
- Jak mogli nie dotrzeć? - zdziwił się. - Przysłali pocztówkę.
- No właśnie... Ta pocztówka nie daje mi spokoju - wyjęła z torebki kartkę i raz jeszcze dokładnie ją obejrzała.
Złośliwy Gengar zdawał się śmiać do rozpuku z główkującej pary. "Pozdrawiamy T&K" z odwrotu jako list pożegnalny pozorującej własne zniknięcie pary kochanków brzmiało okrutnie.
- Zupełnie jakby chcieli mieć dowód na to, że są w Lavender. Pomyśl, pojechali pod namioty w okolice miasta. Nie pokazali się nikomu z miasteczka i tylko ta pocztówka łączy ich z tym miejscem.
- Zakładasz ucieczkę? - spytał ostrożnie.
- Kto ich tam wie? - westchnęła. - Może za kilka dni sami wrócą do domu? Jutro popytam o nich mieszkańców, a ty poszukasz namiotu za miastem.
- Ja? Jak to?
- Zakładając, ze stało się coś złego, ich rzeczy muszą gdzieś leżeć, prawda?

***


To była niespokojna noc. Jenny znowu śniła się Lostelle. Pierwszy raz od wielu tygodni znowu spacerowała plażą. Nie słysząc szumu morza i szelestu piasku pod stopami. Jak w tajemniczym niemym filmie podążała w ciszy. Gdzieś tam daleko pojawiła się Lostelle. Uśmiechnęła się do niej. Jenny chciała ją zatrzymać. Otworzyła usta, aby ją zawołać, ale głos utknął jej w gardle. Dziewczynka zniknęła. W głowie rozbrzmiały jej setki głosów rozgoryczonych brutalną śmiercią Lostelle.
Znów zaginęła jakaś dziewczynka - obudziła się z tą myślą.
Diaboliczny księżyc w obłym kształcie świecił jasno, ale tam gdzie leżała Terri nie dochodził nawet jego hipnotyczny blask. Uwięziona w ponurym lochu nuciła żałobną kołysankę o Lavender.

***


Rachel przysypiała w fotelu przy łóżeczku Sabrniy. Zawsze tak robiła, gdy Abe zostawał w pracy dłużej. W nowym domu czuła wręcz przymus zasypiania blisko córeczki.
Sabrina nie mogła spać tej nocy. Z niepokojem przyciskała do piersi lalkę i spoglądała w ciemność. Wątłe światło lampki wzorowanej na figurkę Charmandera z żarzącym się ogonem padało na skraj łóżka.
Niewyraźny kontur postaci stojącej w progu nie pozwalał jej zasnąć. Stara kobieta stojąca w wejściu spoglądała na dziewczynkę i jej matkę swoimi jarzącymi się w mroku oczyma. Były jak lampy samochodu wyjeżdżającego z ciemnego tunelu; oślepiające, chłodne, nieludzkie. Starucha otworzyła usta, z których wydobył się ohydny odór zgnilizny. Zachrypnięty głos zmroził małą Sabrinę. Okropieństwa płynące z ust kobiety doprowadziły ją do płaczu.
- Przestań, bo powiem mamie.
- Do kogo mówisz? - wymamrotała przez sen Rachel.
- Do tej pani - skazała palcem ciemny pokój. - Powiedz jej, żeby sobie poszła.
Na hasło "pani" Rachel podniosła się z fotela, ale w pokoju nie było nikogo.
- Jakiej pani?
- Tam! - wskazała energicznie palcem. - Nie widzisz jej? Ona tu idzie! Idzie! Stoi obok ciebie!
Dziewczynka zaciągnęła kołdrę na głowę. W czeluściach ciemnego pokoju rozległ się zmęczony i ochrypnięty głos kobiety:
- Nad czyim grobem tak rozpaczasz? Nad kim rozłożysz całun, dziecię moje?
Rachel sparaliżował strach. Okropny odór unoszący się w powietrzu ocucił ją. Matka intuicyjnie wskoczyła na łóżko obejmując ukrytą pod kołdrą córkę.
- To tylko zły sen - powiedziała, chcąc dodać otuchy Sabrinie. - To tylko zły sen - powtórzyła, próbując przekonać siebie samą.
Spod kołdry wysunęła się koścista dłoń staruchy. Jej długie palce owinęły się wokół nadgarstka matki i ścisnęły. Rachel obudziła się na fotelu obok łóżka Sabriny. Był ciepły poranek.
- To był tylko zły sen - powtórzyła.
Niepierwszy i zapewne nie ostatni - pomyślała sobie.
Sabrina bawiła się przed domem nucąc piosenkę usłyszaną wcześniej:

Młoda dziewczyno, za kim tak płaczesz?
Nad czyim grobem rozpaczasz?
Młoda dziewczyno, za kim tak czekasz?
Nad kim rozłożysz całun, dziecię moje?
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 513
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: [Pokemon] Nadprzyrodzony

Postautor: Skorpion » 08 maja 2019, 16:20

Terri


Nad lawendowymi wzgórzami unosił się słodko-mdły zapach kwiatów. W ciszy przypominającej mowę nagrobków dało się usłyszeć pojedyncze głosy. Szeptały coś pomiędzy sobą, ale milkły zawsze wtedy, gdy do miasta zbliżał się jakiś podróżny. Przypominały wścibskie sąsiadki bezczelnie obgadujące wszystkich dookoła i nabierające wody w usta wraz z pojawieniem się na horyzoncie przedmiotu plotek.
Nazwa wzgórz jak i miasteczka wzięła się od otaczających je zewsząd kwiatów. Rozkwitały na wiosnę i barwiły okolicę na intensywny, fioletowy kolor. Do samego miasteczka można było dotrzeć od wschodu z Saffron, przez góry wyruszając z Vermilion, lub drogą morską. Jednak w rzeczywistości przez większą część roku, trasy do Lavender były niedostępne. Jakieś dwa lata temu w Kamiennym Tunelu doszło do nieszczęśliwego wypadku - zginął młody chłopak – osunął się kawałek skały i zmiażdżył mu głowę. Wtedy jakiś biurokrata wydał zakaz wstępu do jaskiń (jakby miało to zwrócić życie tamtemu dziecku) i z czystym sumieniem przeszedł do innych, urzędniczych obowiązków. Droga numer osiem z Saffron do Fuschia była niemal nieprzejezdna, a na pieszą wycieczkę mało kto sobie pozwalał. Szkoda, że tym razem biurokraci nie pomyśleli o jakiejś renowacji. Do Fuschia jak i Saffron prowadziły inne drogi, a kto by się przejmował Lavender? Pozostawała jeszcze przeprawa przez wodę. Niestety miasto nie posiadało portu, a więc jedynym sposobem dopłynięcia do jego brzegu był pokemon, ale tylko wtedy, gdy nie było burz, czyli w okresie wiosennym. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat pogoda w Kanto bardzo się zmieniła, utrudniając tym samym życie wielu trenerom. Pogoda nie sprzyjała podróżom na pokemonach, a miejsca takie jak Lavender odczuwały to najmocniej. Miasteczko nie miało areny lidera, a więc i powodu, aby było odwiedzane przez trenerów. Jedynymi przybyszami byli ludzie, którzy nie mieli wyboru; odwiedzali krewnych lub stary cmentarz znajdujący się na wzgórzu.
Będąc szóstą godzinę w trasie czuła jak biała bluzka przesiąknięta potem klei się do pleców. Autobus zatrzymał się na ostatnim przystanku, z którego zawracał z powrotem do centrum miasta. Tu wysiedli. Tuż przed nimi znajdowała się droga prowadząca do Lavender. Chociaż słowo droga wydawało się Terri niewłaściwym określeniem. Kończył się chodnik, a zaczynała zaniedbana ścieżka pełna kałuż, wyboi i chwastów wychodzących z pobocza.
- Moja babka mawiała, że opuszczając Lavender niewolno spoglądać za siebie.
- Twoja rodzina pochodzi z tych okolic, prawda? Masz tu jakichś krewnych?
Kyle wzruszył ramionami.
- Niby tak, ale nie utrzymujemy z nimi kontaktu.
- Dlaczego?
- Babcia w młodości była niezłą żyletą - stwierdził: - podobno ukradła chłopaka swojej siostrze. Pogniewały się o to na śmierć i życie.
- To okrutne - stwierdziła Terri, a potem oboje się zaśmiali.
O Lavender pierwszy raz usłyszała na lekcji historii. W okresie wojen o Kalos miasteczko posiadało port służący do przepraw międzyregionalnych. Po wojnie Lavender nie potrafiło odżyć i pozostało jedynie wspomnieniem dobrze prosperującego miasta portowego. Pod krótką notatką w podręczniku szkolnym umieszczono ilustrację miasteczka przedstawiającą widziane z oddali brzydkie, spadziste dachy domów tonące we mgle. Nawet fotografia zdawała się zniechęcać do wizyty tam, bo co lepszego może czekać podróżnych poza brzydkimi, spadzistymi dachami? Wtedy obiecała sobie wbrew wszystkiemu zawędrować do Lavender i na przekór całemu światu oświadczyć, że jej się tam podoba. Chociaż Terri często zapominała o obietnicy złożonej miasteczku to w końcu zawsze powracała do niego myślami.
W zeszłym roku, dla przykładu, poznała bajkę o pięknej księżniczce, która z tęsknoty za ukochanym skoczyła ze skarpy w pobliżu Lavender. Ukończywszy szkołę postanowiła dłużej nie zwlekać i wyruszyć na kilkudniową wycieczkę do miejsca, które fascynowało ją od tak dawna. Wreszcie podążała na spotkanie z przeznaczeniem.

***


Czasami miewała złudne wrażenie, że od śmierci Lostelle minęło zaledwie kilka dni, a nie szesnaście miesięcy. To był najtrudniejszy okres w jej życiu. Dokładnie pamiętała każdy dzień poszukiwań dziewczynki. Ośmiolatka z Archipelagu Wysp Sevii zaginęła szóstego kwietnia zeszłego roku. Wyszła do szkoły i już nikt więcej jej nie widział. Do poszukiwań zaangażowano wtedy całą policję Kanto. Pod dowództwem Jenny przeczesywano kolejne wyspy archipelagu. Dziesiątego kwietnia ze względu na złe warunki atmosferyczne postanowiła zawiesić poszukiwania dziecka na dobę. Jedna doba. Jedna decyzja. Jeden błąd. Po rozpogodzeniu zaczęto przeszukiwać las na sztucznej wysepce należącej do wyspy Kin. Dwie godziny później odnaleziono kryjówkę porywacza oraz ciało małej Lostelle. Sekcja zwłok wykazała zatrucie silnymi toksynami z grzybów Parasecta. Morderca czując na plecach oddech policji postanowił pozbyć się wszelakich dowodów, a w tym dziewczynki. Policja spóźniła się kilkanaście minut. Trucizna działała szybko.
Kilka dni później Jenny aresztowała mordercę.
Prasa długo rozpisywała się o policjantce, która aresztowała seryjnego mordercę. Lostelle przeszła do historii jako jego ostatnia ofiara. Jenny przybyła na pogrzeb dziewczynki jako bohaterka. Wszyscy jej gratulowali i dziękowali, a ona najzwyklej w świecie przyjmowała dziękczynne peany.
I wtedy usłyszała słowa matki:
- To ty ją zabiłaś! Gdybyście nie byli tacy opieszali ona byłaby tutaj! Moje dziecko!
Dlaczego wszyscy inni widzieli w niej bohaterkę skoro nią nie była? Wspomnienie o Lostelle zawsze będzie wspomnieniem o Lostelle.

***


Worek z symbolem pocztowego Pidgey'a leżał w progu blokując drzwi na zaplecze. Jenny przystanęła spoglądając na niego. Po chwili z pomieszczenia wyłonił się Wilbur Fuji z tacką i trzema filiżankami. Ustawił je na małym stoliku pomiędzy Jenny, a czajniekiem elektrycznym.
- Ładna pogoda – zagaił.
- Czy u pana kupię pocztówki? - przeszła do rzeczy.
- Owszem.
- A na poczcie?
- Nie mamy poczty – odparł zupełnie otwarcie, spoglądając na worek pocztowy: - listy trafiają do hotelu, a stąd zawożę je do urzędu w Saffron w każdy poniedziałek, środę i czwartek.
List musiał zostać wysłany zaraz po przyjeździe. Ostatni raz z rodziną kontaktowała się we wtorek. Wtedy dzwoniła, że wracają. Ciekawe, czy zapamiętał ją?
- Dużo poczty przychodzi do pana?
Fuji uśmiechnął się przebiegle. Podniósł czajnik z zagotowaną wodą i zalał wrzątkiem dwie filiżanki. Trzecią zostawił. Seymour jeszcze spał. Ludzie z natury nie lubią zimnej kawy i młody towarzysz policjantki z pewnością nie stanowił w tej kwestii wyjątku. Do dłuższej rozmowy należało się napić kawy. Podał filiżankę Jenny.
- Mój ojciec tak robił - stwierdził z rozbawieniem.
- Co takiego? - spytała zakłopotana.
- Miał to poczucie, że nawet najzwyklejsze pytanie powinna poprzedzać jakaś głębsza myśl - wziął łyk kawy i kontynuował: - układał kolorowe przemówienia, na przykład, kiedy źle się sprawowałem w szkole opowiadał mi o wędkarstwie, aby na końcu porównać mnie do ryby miotającej się na żyłce i w ten sposób przestrzec mnie przed wagarowaniem. Słuchając tych wywodów męczyłem się strasznie i chociaż teraz robię dokładnie to, co on, proszę mi wierzyć, lubię konkrety. Za stary jestem na cyganienie. Skoro jest pani policjantką lub detektywem to proszę pytać bez podchodów, chętnie odpowiem.
- Chciałam być miła - ukorzyła się zaskoczona postawą hotelarza.
- W porządku - uśmiechnął się - możemy porozmawiać o niczym, ale szanuję też pani czas.
Dłużej nie musiał jej przekonywać. Sięgnęła po fotografię do kieszeni. Z pokazaniem pocztówki chwilowo wstrzymała się.
- Dwoje nastolatków.
Widok pary nze zdjęcia wywołał żywiołową reakcję Fuji'ego.
- Zameldowali się w poniedziałek.
- Mieszkali w hotelu? - tym razem reakcja Jenny była nieco nad wyraz.
- Nie... Chłopak mówił o biwaku - zaczął wyjaśniać nieco spokojnej: - Chcieli na ten czas zostawić w pokoju niepotrzebne szpargały.
Jenny pokiwała głową.
- I zostawili? Co potem?
- Potem... - zakłopotał się. - Wynajęli pokój na cztery dni. W czwartek z samego rana przyszła dziewczyna. Zabrała walizki i tyle ją widziałem.
- A Kyle?
- Nie... Była sama.
- Możliwe, że czekał przed motelem?
Fuji zawahał się.
- Może to nic takiego, ale ona była jakaś inna - zmienił ostrożnie temat. - Gdy pojawili się u mnie po raz pierwszy, ta mała, była bardzo wesoła i rozgadana, a gdy wróciła po rzeczy prawie nie mówiła. Poza tym utykała na lewą nogę.
- I co dalej?
- Spytałem, czy potrzebuje pomocy, ale powiedziała, że nie. Tyle.
Jenny układała kolejną teorię. Na razie wolała nie rozmyślać o nastrojach Kyle'a i Terri oraz o kontuzji nogi. Mogli mieć wypadek, a Terri pod wpływem szoku wróciła do motelu po rzeczy, ale co dalej? Należało jak najszybciej rozpocząć poszukiwania. Biznesowe przepychanki to jedno, ale dwójka dzieciaków potrzebująca pomocy to zupełnie inna sprawa.
- W Lavender od zawsze znikali młodzi ludzie - wycedził przez zęby Fuji: - to klątwa tego miasteczka.
- Co ma pan na myśli? - spytał Seymour od dłuższej chwili przysłuchujący się rozmowie z boku.
Wilbur odbił od blatu recepcji po trzecią filiżankę.
- Jakiś rok temu do Lavender przybył młody trener pokemonów - mówił, podając kawę chłopakowi - był zainteresowany nawiedzoną wieżą.
- Chodzi o ten budynek, który widać z mojego okna? - wtrąciła Jenny.
- Widać go z każdego miejsca. To jakaś diabelska sztuczka - dodał niechętnie hotelarz. - Nieważne, w którą stronę patrzysz widok na wieżę masz zawsze przed sobą.
- I co z tym trenerem? - ponaglił go zniecierpliwiony Seymour.
- Wszedł do środka - głos Fuji'ego falował. Staruszek wyraźnie usiłował zapanować nad nerwami. - Tamtej nocy z wnętrza wieży dobywały się przeraźliwe, nieludzkie wrzaski. Rano ludzie zauważyli, że zamknięte od lat drzwi są otwarte na oścież. W końcu postanowiono, że dla bezpieczeństwa zamknie się je na kłódkę.
- Może to był pokemon? - zasugerowała Jenny.
- To nie brzmiało jak coś pochodzącego z naszego świata.
- A co z chłopakiem? - Seymour ponowił pytanie.
Fuji głęboko westchnął.
- Więcej go nie widzieliśmy w tych stronach.
- Nikt nie zgłosił jego zaginięcia na policję? - dla Jenny najbardziej niewiarygodnym elementem historii był brak udziału służb.
- To był przyjezdny - odparł usprawiedliwiająco hotelarz. - Trenerzy opuszczają miasta za nim ktokolwiek zauważy, że w ogóle w nich się pojawili.
- A inni? Powiedział pan, że od zawsze znikali tu młodzi ludzie - naciskał Seymour, widocznie nie zauważając jak ciężko przychodzi o tym opowiadać ich gospodarzowi.
Fuji zamieszał w filiżance.
- Kilka lat temu zaginęli chuligani, a jeszcze przed nimi facet, który chciał przerobić wieżę na hotel. Wszystkim zaginięciom towarzyszyły te okropne hałasy. Kilka dni temu... - teraz zawahał się: - to coś znowu się odzywało.
- Czemu właściwie służy wieża?
- Tego nikt nie wie. Była tu od zawsze i będzie dopóki nie rozpadnie się ze starości. Najlepiej byłoby ją zburzyć, ale ludzie obawiają się, że to coś co mieszka w jej wnętrzu będzie wtedy szukało nowego domostwa.
Jenny i Seymour wymienili się spojrzeniami, a pan Fuji mówił dalej:
- Jeśli te dzieciaki weszły do wieży to z pewnością potrzebują pomocy.

***


Jeśli w życiu istniała jedna idealna chwila to właśnie ją przeżywała, starając się nie uronić ani jednej cennej sekundy. Był chłodny poranek. Stalowo-niebieskie chmury powoli płynęły po niebie mijając blade słońce. Obok niej leżał Kyle. Jego spokojny, rytmiczny oddech uspokajał ją. W tle miała widok na panoramę Lavender. Znad jednakowych dachów domów, które pokochała przed laty dzięki ilustracji w podręczniku górowała wysoka wieża z iglicą. W jednej chwili zapragnęła odwiedzić wieżę.

***


Kyle ruszył wzdłuż metalowego ogrodzenia. Od wschodniej strony brakowało kilku prętów w ogrodzeniu. Chłopak bez trudu przecisnął się przez ubytek, a następnie zawołał swoją dziewczynę. Po chwili oboje stali po drugiej stronie. Terri rozejrzała się po placyku. W wysokiej trawie kryły się nagrobki. Naliczyła trzynaście grobów i trzy kupki kamieni, które mogły być niegdyś grobami. Sama budowla miała podstawę prostokąta. Na dłuższych ścianach znajdowały się po cztery małe okna osadzone w ciężkich murach. Od podstawy wychodził długi komin kończący się iglicą. Do środka wiodły ogromne dwuskrzydłowe drzwi, na których wisiał łańcuch z kłódką. Górny zawias od lewego skrzydła był luźny. Natomiast prawe skrzydło pod wpływem wilgoci deformowało się do zewnątrz.
Terri obeszła budowlę. Okna na wschodniej ścianie były powybijane. Ostatnie było wyrwane z ramy, a wokół niego ktoś prowizorycznie ustawił cegły łatające wyrwę w ścianie. Odsunąwszy kilka cegieł dostała się do środka. Zaraz za nią wszedł nieco niezdarnie Kyle.
W nieprzeniknionej ciemności czuli fetor zgnilizny.
- Strasznie capi - wyszeptała.
Mimo że byli sami wolała zachowywać się cicho. Wykiełkowała w niej obawa, że ktoś może ich usłyszeć, jakiś ochroniarz, policjant albo co gorsza właściciel terenu. Zwymyśla ich, a na końcu wyrzuci. Obawa jakkolwiek wydała jej się nieuzasadniona. Mieszkańcy Lavender proszeni o wskazanie jakichś zabytków zwyczajnie kiwali głowami strapieni, a na pytanie odnośnie wieży stawali się zdenerwowani lub agresywni. Nikt nie miał dość odwagi, aby wejść do środka i wyrzucić ich.
Latarka nieznacznie oświetliła pomieszczenie. Nie było w nim nic nadzwyczajnego - zniszczone meble, jakieś śmieci. W jednej chwili Terri zapragnęła zwiedzić wyższe piętra budynku. Z niemal oszalałą ekscytacją wspięła się na kręcone schody prowadzące na górę.
Ściany pomieszczenia pokrywał grzyb oraz grafii. Wśród niecenzuralnych napisów i paskudnych obrazków nader często pojawiała się czerwona litera "R". Na środku znajdowały się długie, drewniane ławki, a gdzieś pomiędzy nimi leżała przewrócona na bok mównica.
Nagle usłyszała głuchy stukot oraz dławiący się warkot. Intuicyjnie odwróciła się za siebie. Tuż obok leżał Kyle. Terri poczuła jak na moment traci czucie w nogach upadając obok chłopca. Jego dłonie drżały, a z wielkiej rany na głowie wyciekała krew. Nad nim stał morderca.
Tytanicznych rozmiarów, umięśniony mężczyzna w masce zakrywającej większą część twarzy. W dłoni ściskał długą kość, do której końca przytwierdzony był kamień. Prymitywny młot dotknął twarzy Terri. Morderca przymierzył się do uderzenia i wziął zamach.
Dziewczyna intuicyjnie przesunęła się do tyłu. Młot znalazł się tuż obok nogi Terri. Obuch utkwił w przegniłej podłodze dając jej kilka sekund na ucieczkę.
Wstała z ziemi i zrobiła kilka kroków, aby wpaść na ławkę przed sobą. Przekoziołkowała się, lądując tuż obok przewróconej mównicy. Jakieś dwa metry od niej znajdował się morderca. Pomrukiwał nerwowo stąpając pomiędzy ławkami. Terri opanowała chęć wrzaśnięcia. Przerażona przeczołgała się w stronę niewyraźnego konturu schodów prowadzących na wyższe piętro. Powoli zaczęła wchodzić na kolejne stopnie; wyżej i wyżej. Wtedy poczuła ucisk łydki, a zaraz za nim rwący, tysiąc razy gorszy, ból. Trafił ją!
W szale i przerażeniu jęła wspinać się na kolejne stopnie docierając na drugie piętro. Odgłosy wydawane przez potwora cichły. Oddalał się. Zebrawszy siły spróbowała stanąć na nogach, ale okropny ból uderzył ze zdwojoną siłą. Skóra wokół rany siniała, a całość wyglądała koszmarnie. Chociaż chciała płakać, krzyczeć, wołać o pomoc nie zrobiła tego w obawie przed monstrum, które zabiło Kyle'a. Wydała z siebie jedynie cichy dławiący jęk.
- Nie bój się - usłyszała słowa otuchy.
Dopiero teraz rozejrzała się po pomieszczeniu. Pokój był w zasadzie pusty. Jedynie na jego środku stało łóżko, na którym siedziała kilkuletnia dziewczynka.
- Co... co tu robisz? - wyszeptała.
- On tutaj nie przyjdzie - odparła najzwyklej w świecie. - Mamusia mu nie pozwala.
- Kim... jesteś? - spytała, czołgając się w jej stronę.
Dziewczynka pomogła jej usiąść na łóżku.
- Mam na imię Amber, a ty?

***


- To nie jest dobry pomysł - oznajmił Seymour.
Jenny nic nie odopowiedziała. Od przyjazdu miała wrażenie, że wieża woła ją do siebie. Nie była to żadna optyczna sztuczka jak tłumaczył to sobie Seymour, czy działanie złych sił, w które wierzył pan Fuji. Nawiedzona wieża była samotna, a jedynym lekarstwem na jej odosobnienie była Jenny.
- Terri i Kyle mogą być w środku i potrzebować pomocy - odparła stanowczo.
- Nadal uważam to za zły pomysł - jego sprzeciw był pozbawiony siły. - Może powinniśmy wrócić z policją albo jakimś zarządcą?
- Nie ma na to czasu - ucięła, szarpiąc łańcuch na drzwiach.
Seymour nie odpowiedział już nic. W duchu chciał, aby tam weszła i wszelakie sprzeciwy wygłaszał wyłącznie z przyzwoitości. Nie cierpiał siebie za tchórzliwą postawę, ale nie pozostało mu nic innego. Na prośbę pana Hamma dotarł do Lavender, usiłuje współpracować z policjantką, a teraz jest pod wieżą, w której wnętrzu, być może, byli Terri i Kyle.
- Wierzysz w intuicję? - spytała Jenny. - Wierzysz, że należy za nią podążać nawet ślepo?
- Nie wiem - odparł cicho.
Zawstydzony niespoglądał już na twarz policjantki, ale na nagrobek znajdujący się przy samej ścianie budynku. Odczytał imię Gwendolyn lub Gwendolen.
Jenny otworzyła lewe skrzydło. Drzwi na jednym zawiasie odgieły się mocno i opadły na ścianę. Do wnętrza wieży wpadły pierwsze od wielu lat promienie słońca odsłaniając jej sekrety.
Parter do złudzenia przypominał małą izdebkę jakiegoś zrujnowanego domu. Pod ścianą ustawiono meble; kredens, stół oraz połamane krzesła i przegniły fotel. Dalej stały zwinięte dywany oraz obraz przedstawiające kwiaty. W powietrzu unosił się zapach zgnilizny. Jenny poczuła ogromne rozczarowanie. Z zewnątrz wieża przypominała majestatyczną budowlę religijną, a w rzeczywistości była mieszkaniem.
- Kyle! Terri!
Z murów odpowiedział jej dźwięczny głos w rytm melodii:

Za kim tak płaczesz, młoda dziewczyno?
Nad czyim grobem rozpaczasz?


Piosenka ucichła tuż za plecami Jenny. Kobieta obejrzała się za siebie. Obok porzuconych mebli stała starsza kobieta i nuciła melodię.
- Co pani tu robi? - spytała odruchowo policjantka.
- Widziałaś moje córeczki? Piękne są.
- Kim pani jest?
- Dlaczego tak boisz się Lostelle?
Jenny zamarła na chwilę. Zapanowała ciemność.
Obrazek


Wróć do „Anime/Manga”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości