Klinika doktora Marcha

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 09 mar 2019, 08:22

Tytuł: Klinika doktora Marcza
Rating: 16+
Opis: "Spotkało cię coś niesamowitego? Przeżyłeś osobliwą przygodę i masz trudności z przystosowaniem się do normalnego życia? Przydarzyło ci się coś, czego nie potrafisz do końca wyjaśnić? Klinika doktora Memorandusa Marcha zaprasza na konsultacje i psychoterapię."Bliżej nieokreślona przyszłość. Od trzydziestu lat ludzkość podtrzymuje kontakt z Minerwianami - zafascynowaną ziemskimi kulturami rasą obcych. Minerwiańska nauka stoi na wysokim poziomie, co więcej - obcy zbadali i opisali wpływ pewnych zjawisk i wydarzeń na psychikę istot rozumnych; zjawisk i wydarzeń, które na Ziemi dotąd opisywane były tylko w powieściach fantasy i science-fiction. Doktor Memorandus March postanowił skorzystać z tej wiedzy, aby pomóc ludzkości, a za cel swoich badań wybrał małe miasteczko Clive's Grove, gdzie wiele rzeczy nie jest taka jak się wydaje. Oto kilka z przypadków, z którymi miał styczność.

Rozdział 1: Syndrom Krainy Czarów

1

Jakieś piętnaście lat temu…
Oliver Benson mieszał swoje płatki owsiane, spoglądając ze zniecierpliwieniem na schody i mając nadzieję, że Marianna zaraz zejdzie na śniadanie. Za jakąś godzinę mieli już być gotowi do szkoły, a tej ośmioletniej smarkuli wciąż nie było widać. Czasami Oliver żałował, że jest od niej straszy o siedem lat i że to on musi być tym odpowiedzialnym.
Właściwie sam nie wiedział czemu na nią czekał. Z jakiegoś powodu czuł niepokój, kiedy długo nie schodziła na śniadanie… Ale sprawdził dziś rano jej pokój. Nigdzie nie było żadnych dziwacznych drzwi…
Oliver otrząsnął się ze swoich ponurych myśli i poprawił okulary. To wszystko było już za nim. Teraz czekała go reszta jego życia.
No wreszcie ta dziewucha się pojawiła. Właściwie to zbiegła ze schodów, robiąc hałas na cały dom. Tata był w pracy, mama wyszła tuż po nim (ale zdążyła przyszykować im kanapki), więc to Oliver powiedział siostrze, aby się uspokoiła. Marianna natychmiast się opanowała i usiadła przy stole, gdzie już czekała na nią kanapka z żółtym serem.
- Ale ja nie lubię sera!
- Trudno. Jedz i nie marudź.
- A nie możemy zjeść babeczek jagodowych? Wiesz, takich jak robiła Pani Gąska?
Oliver zamarł na chwilę. Przypomniał sobie gadającą gęś w kuchennym fartuchu, która jakimś cudem była w stanie utrzymać dzbanek z herbatą…
Nastolatek otrząsnął się i odrzekł stanowczo:
- Nie. Masz zjeść to. Niedługo idziemy do szkoły.
- Ale w szkole jest tak nudno! – marudziła Marianna. – Poza tym nikogo nie znam.
Oliver spojrzał na nią z podniesionymi brwiami. Wydawała się rzeczywiście trochę smutna. Odłożył więc łyżkę i położył rękę na ramieniu dziewczynki.
- Hej, to dopiero drugi dzień. Zobaczysz, jeszcze będziesz miała dużo przyjaciół.
Uśmiechnął się nawet, aby dodać jej otuchy, zanim powrócił do płatków. Przez chwilę siedziała cicho, powoli zajadając kanapkę. W końcu jednak powiedziała:
- Ale nie takich jak w Zenlandii.
Oliver wziął głęboki oddech i po raz kolejny przerwał jedzenie, aby zwrócić się do siostry:
- Posłuchaj, Marianno. Wiesz, że nie możemy wrócić do Zenlandii.
- Szkoda – prychnęła. – Tam wszystko jest lepsze.
- To nieprawda. A co z olbrzymem?
- Ależ jego już nie ma! Przecież pomogliśmy go pokonać! A w Zenlandii ludzie są milsi i na śniadanie zawsze są babeczki.
Oliver nie wierzył, że znów przeprowadzają tę rozmowę. I prawdę mówiąc, miał już po dziurki w nosie Zenlandii. Nie dość, że widział ją w snach; nie dość, że musiał jakoś przywyknąć po tym całym szaleństwie, że już jest w normalnym świecie, to jeszcze Marianna ciągle o niej gadała.
- Nie pamiętasz jak olbrzym próbował mnie upiec w piekarniku? – oświadczył, podnosząc się z miejsca. – Uwierz mi, to nie było przyjemne doświadczenie.
Marianna spuściła wzrok, widocznie zawstydzona. To z kolei sprawiło, że Oliver usiadł z powrotem na krześle. Marianna milczała do momentu, kiedy wreszcie połknęła ostatni kęs kanapki. Wtedy odparła cicho:
- To nie tak, że zapomniałam.
Oliver spojrzał na nią, również zjadając resztki swojego śniadania. Oboje przyglądali się sobie w ciszy pustego domu.
- Po prostu… po prostu tam miałam wreszcie przyjaciół. No i – uśmiechnęła się do niego lekko – przecież cię w końcu uratowałam. Nigdy, przenigdy bym cię nie zostawiła.
Oliver przypomniał sobie całe zajście. I przypomniał sobie jak bardzo się cieszył, że siostra jednak po niego wróciła.
- Tak, pamiętam – odparł w końcu, również się uśmiechając. – Byłaś genialna.
To nie tak, że nie rozumiał, dlaczego chciała tam wrócić. W końcu byli tam bohaterami i on sam wielokrotnie czuł się tam o wiele lepiej niż w prawdziwym świecie. Ale problemem było to, że oboje zapamiętali to miejsce inaczej.
Oliver wziął naczynia i poszedł umyć je w zlewie.
- Ubierz się i spakuj – oznajmił nieco znużonym głosem. Spojrzał na zegar nad lodówką i dodał: – Autobus mamy za dwadzieścia minut.
2

Obecnie…
Była już trzecia popołudniu. Trzecia po popołudniu i nikt nie przychodził!
Asystentka doktora Marcha, Nancy Keats, rozejrzała się po jasnoniebieskiej poczekalni, spojrzała na drzwi naprzeciw swojego biurka recepcyjnego, po czym ziewnęła z nudów. Po raz któryś z rzędu zerknęła na grafik spotkań i po raz któryś z rzędu przekonała się, że dwóch pierwszych klientów przyszło na wizyty już rano, a trzeci przeniósł wizytę na przyszłą środę. Nikt inny nie był na dzisiaj umówiony.
Była kasztanowowłosą okularnicą w czarnym golfie i spódnicy. Wszyscy, który wchodzili do kliniki i widzieli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, że Nancy jest bardzo profesjonalna i poważna, a ona lubiła sprawiać takie wrażenie. Bo rzeczywiście taka była… w pewnych sprawach. Lubiła swoją pracę, ale nie wszystkie jej aspekty. Na przykład, ze wszystkich swoich obowiązków jako asystentki, najbardziej nie lubiła pracy przy recepcji, zwłaszcza w takie dni jak dzisiaj, kiedy nic się nie działo.
Wcisnęła przycisk na intercomie i powiedziała:
- Myślę, że nikt już nie przyjdzie, doktorze.
- Mnie też ta bezczynność męczy, panno Keats – odpowiedział głos jej szefa. – Na szczęście mój kaktus nie dostał dawno wody, więc go teraz poję. Na pewno jest coś, czym może pani zabić czas.
Nancy przerwała połączenie i westchnęła. Następnie wyciągnęła z szafki swojego biurka najnowszy numer ulubionego czasopisma. Był tam ciekawy artykuł na temat poltergeistów i Nancy chciała go przeczytać już od samego rana. Szybko go znalazła i wzięła się za lekturę.
Kiedy brała się za drugi akapit, drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna, który miał na oko jakieś trzydzieści lat. Kiedy ściągnął kaptur kurtki, Nancy mogła się przyjrzeć jego czuprynie jasnobrązowych włosów, których kosmyk na czubku głowy układał się w lekki szpic. Twarz przybysza była lekko opalona, a na nosie znajdowały się okulary.
- Przepraszam? – zaczął niepewnie. – Ja… ja znalazłem ogłoszenie o waszej klinice. Podobno zajmujecie się nietypowymi przypadkami. Czy jest możliwość, abym się dzisiaj umówił na sesję z doktorem Marchem?
- Tak, oczywiście – odparła Nancy.
- Kiedy mógłby mnie najwcześniej przyjąć?
Nancy udała, że przegląda grafik i po niespełna minucie zwróciła się znów do potencjalnego klienta:
- Mam pan szczęście. Właśnie zwolniło się miejsce. Może pan wejść już teraz, panie…?
- Benson. Oliver Benson – przedstawił się mężczyzna i po krótkiej chwili milczenia dodał trochę pewniej: – Proszę mnie więc zaprowadzić.
Nancy uśmiechnęła się, po czym wcisnęła przycisk intercomu i powiadomiła swojego szefa:
- Pewien człowiek chciałby z panem pomówić, doktorze. To klient.
- Fantastycznie! – odparł z entuzjazmem doktor March. – Niech przyjdzie!
- Oczywiście – asystentka przerwała połączenie i podniosła z krzesła, po czym zwróciła się do pana Bensona: – Proszę za mną.
Mężczyzna tylko przytaknął i pozwolił się prowadzić.
3

Asystentka wprowadziła Olivera do gabinetu doktora Marcha. Zielone ściany były od dolnej połowy pokryte panelami. Pośrodku podłogi położony był wielki dywan, na którym stała zielona kanapa i stolik do kawy. Na nim postawiono jakąś paprotkę, a koło drzwi znajdowała się duża donica z kaktusem, na którym już kwitły różowe opuncje. Pod oknem stało biurko z ciemnego drewna, a na lewo od niego szeroki regał z książkami. Przed biurkiem stało dodatkowe krzesło, zapewne dla klientów.
A oparty o biurko stał on. Wydawał się mieć zupełnie białą skórę i wielkie, czarne oczy, a do tego szpiczaste uszy. Nosił czarne dżinsy, białą koszulę i brązowy sweter w serek, przez co wydawał się grubszy niż prawdopodobnie był, a mimo to jego dłonie robiły wrażenie długich i wąskich.
Po raz pierwszy w życiu Oliver widział na własne oczy Minerwianina. Mężczyzna mimochodem śledził informacje o Minerwianach – tych dziwnych kosmitach, którzy trzy dekady temu nawiązali kontakt z ludzkością i byli żywo zafascynowani ziemskimi kulturami (był na to nawet termin: gajofilia). Dopiero od niedawna Ziemianie przekonali się do tego, że kosmici nie są wrogo nastawieni i nie chcą dokonać inwazji (chociaż nie brakowało ludzi, którzy wciąż tak uważali) i rozpoczęła się prawidłowa współpraca między obiema planetami.
Po chwili milczenia, doktor March uśmiechnął się i podszedł do pana Bensona.
- Witam w moich skromnych progach – powiedział i wyciągnął rękę w stronę Olivera. – Nazywam się Memorandus March.
Mężczyzna nieśmiało uścisnął jego dłoń i odparł krótko:
- Oliver. Oliver Benson.
- Czy mogę do pana mówić po imieniu? – Doktor March przerwał uścisk.
Oliver zastanowił się przez chwilę, aż w końcu odparł:
- Tak. Myślę, że tak.
- Proszę, usiądź, Oliverze. – Psychoterapeuta znów się uśmiechnął i wskazał otwartą ręką krzesło przed biurkiem.
- Zostawiam was samych i wracam na recepcję – odrzekła panna Keats i zamknęła za sobą drzwi.
Kiedy tylko odeszła, Oliver natychmiast skierował się w stronę wyznaczonego miejsca i niepewnie zasiadł na nim. Tymczasem doktor March zajął miejsce za biurkiem, oparł łokcie na blacie i uśmiechnął się znów przyjaźnie do klienta. Oliver natychmiast zauważył, że po lewej stronie psychoterapeuty leżały długopis i otwarty, niebieski notatnik.
- Cóż cię do mnie sprowadza, Oliverze?
Oliver nie odpowiedział od razu, tylko przyglądał się psychologowi, próbując jakoś ubrać w słowa to, z czym przyszedł. Im dłużej siedział naprzeciw Minerwianina, tym bardziej miał wrażenie, że to jest jeden wielki sen. Właśnie miał opowiedzieć zupełnie obcej osobie o swojej dziwnej przygodzie z dzieciństwa.
- Pewnie dziwi cię, że Minerwianin nosi ziemskie nazwisko – odezwał się nagle doktor March.
- Ależ nie! – odparł Oliver, machając defensywnie rękami.
- Spokojnie, o nic cię nie oskarżam – oświadczył doktor, wciąż się uśmiechając. – Sprawa jest właściwie bardzo prosta: moja matka jest Minerwianką, a ojciec pochodzi z Connecticut. I to po nim mam nazwisko.
- Aha – odrzekł Oliver.
Rzeczywiście, to miało sens. I z jakiegoś dziwnego powodu, kiedy tylko ta kwestia się wyjaśniła, Benson czuł się bardziej komfortowo. Jakby całkiem rozsądny powód, dla którego doktor March nazywa się tak, a nie inaczej, uczynił całą sytuację zwierzania się kosmicie z wyprawy do magicznego świata bardziej osadzoną w rzeczywistości, a więc mniej niezręczną.
Znowu zapadła cisza. Oliver nie był pewien jak zacząć.
- Nie spiesz się – zachęcał go doktor. – Dzisiaj jest wolniejszy dzień. Nikt nam nie przeszkodzi.
Oliver spojrzał na niego jeszcze raz i pomyślał sobie, że to w sumie dobrze, że doktor March był kosmitą. Jeszcze kilka dekad temu istoty z innych planet należały do wytworów ludzkiej wyobraźni. Cywilizacje pozaziemskie należały do domeny kina albo literatury (ewentualnie teorii spiskowych, które mało kto brał na poważnie). Innymi słowy – kosmici byli elementem fikcji.
Tak jak magiczne krainy, do których przedostawały się dzieci w książkach i filmach fantasy.
Toteż Oliver wziął głęboki oddech i wreszcie się przełamał.
- Ja… znaczy się, ja i moja siostra… byliśmy w dziwnym miejscu.
Doktor March splótł ręce i położył je na biurku. Wydawał się zainteresowany tym, co jego pacjent miał do powiedzenia.
- Próbuję sobie to jakoś wytłumaczyć, ale nie wiem jak – ciągnął dalej Oliver. – W jednej chwili byliśmy z Marianną w nowym domu, a potem otworzyły się te drzwi, i nagle byliśmy w Zenlandii, i spotkaliśmy Panią Gąskę i… i gonił mnie olbrzym, i… Ja wiem, że pewnie brzmię jak szaleniec, ale to się naprawdę zdarzyło, a teraz muszę udawać, że się nie zdarzyło i…
- Spokojnie, Oliverze. – Doktor March nagle przerwał jego potok słów. – Najpierw opowiedz o tym miejscu, w którym się znaleźliście. Potem zobaczymy, czy ci uwierzę.
Oliver wyprostował się na krześle i przez chwilę zastanawiał się, od czego zacząć. W końcu spojrzał na psychoterapeutę i oświadczył:
- To miejsce nazywało się Zenlandia i było niesamowite. Żywe kolory, fantastyczne rośliny, o których nawet mi się nie śniło… i leśne zwierzęta, chodzące po tym świecie, ubrane jak ludzie i zachowujące się po ludzku. Pamiętam, jak przeszliśmy wraz z Marianną… to właśnie moja siostra – wyjaśnił szybko Oliver i ciągnął dalej: – No więc jak przeszliśmy z Marianną przez drzwi, które nagle pojawiły się w jej sypialni, naszym oczom ukazała się kwiecista łąka. Niektóre kwiaty były wielkości słoneczników, ale ich pąki były bardziej dzbankowate. Słońce sprawiało, że mieniły się kolorami tęczy. Obojętnie jakbym nie opisywał tego, co widziałem, nie mógłbym oddać jakie to wszystko było piękne. Ta łąka wręcz zachęcała mnie, abym przeszedł przez drzwi i przyjrzał się wszystkiemu z bliska. Moja siostra nawet nie czekała na mnie. Sama przekroczyła próg i zaczęła biegać po tej łące, oglądając każdy kwiat, który zwrócił jej uwagę.
- A jak reagowali na was mieszkańcy Zenlandii? – zapytał nagle doktor March. – Przyjaźnie? Wrogo? Ze zdziwieniem?
- Pierwszą istotą jaką napotkaliśmy była Pani Gąska.
Przerwał nagle, znów próbując jakoś ogarnąć myśli. Spodziewał się teraz po doktorze Marchu wyrazu zdziwienia, ale nie zobaczył nic z tych rzeczy. Psychoterapeuta przyglądał się mu tylko z wyrazem zainteresowania, od czasu do czasu robiąc notatki.
Oliver postanowił ciągnąć dalej:
- Wyszła nam naprzeciw. Była prawie tak wysoka jak ja i miała na sobie fartuch w kratkę. Była jakby wyjęta z jakiejś książeczki dla dzieci. W końcu przemówiła: „Nie powinniście tu być, dzieciaczki. Olbrzym jeszcze was odkryje. Odejdźcie jak najszybciej.” Pani Gąska od samego początku okazywała nam troskę i chciała nas chronić. Pozwoliła nam nawet schronić się w swoim domu i poczęstowała nas babeczkami jagodowymi.
Oliver zastanawiał się wielokrotnie dlaczego w ogóle zaufał Pani Gąsce. Dlaczego pozwolił, aby ich gdziekolwiek zabrała? Może po prostu jej aparycja sprawiła, że wydawała się niegroźna.
- Marianna dogadywała się świetnie z Panią Gąską i jej przyjaciółmi, Borsukiem i Żabą. Żartowała z nimi, rozmawiała o różnych rzeczach, opowiadała im o naszym świecie. Lubiła ich, a oni lubili ją. Czuła się całkiem swobodnie w całej tej sytuacji. Nie traciła pogody ducha ani na chwilę. Dla niej to była wspaniała przygoda.
- A dla ciebie? – spytał doktor March.
- Ja chciałem mieć już to wszystko za sobą. Chciałem obudzić się z tego dziwnego snu. Chciałem znaleźć się we własnym łóżku, w świecie, który znam. Zwłaszcza, że Pani Gąska wyjaśniła nam, że kraina, w której się znaleźliśmy, przez dłuższy czas była spokojnym miejscem, gdzie życie toczyło się jak w sielance… Potem jednak pojawił się olbrzym i zaczął gnębić mieszkańców. Podobno zdarzało się, że ludzie z naszego świata przedostawali się do Zenlandii i trafiali w jego łapy. Wtedy on ich zjadał. Szczególnie upodobał sobie mięso dzieci.
- Hmm… całkiem interesujące – mruknął w zadumie doktor March, po czym zapisał coś w notatniku.
To sprawiło, że przez chwilę Oliver nie mógł się skupić na opowieści. Szybko zorientował się, że psychoterapeuta pisze w innym języku niż angielski, bo używał dziwnych, obcych znaków.
Nagle jednak doktor March przerwał pisanie i jego oczy spoczęły na pacjencie.
- Proszę, kontynuuj. Ja tylko robię notatki. – Kiedy Oliver długo nie odpowiadał, psychoterapeuta podpowiedział mu: – No więc dowiedzieliście się, że olbrzym terroryzuje okolicę. Czy skonfrontowaliście go w jakiś sposób?
Oliver wziął głęboki oddech. Nie lubił myśleć o olbrzymie.
- W pewnym momencie musieliśmy – oświadczył. – Pojmał Panią Gąskę, więc musieliśmy ją uratować. Ale byliśmy tylko ośmiolatką i czternastoletnim chłopakiem. Nie mogliśmy go pokonać. Nie we dwójkę. W rezultacie trafiłem w niewolę olbrzyma i prawie zostałem upieczony żywcem w jego piecu.
Oliver znów przerwał, przypominając sobie tamto wydarzenie: on siedzący w powoli rozgrzewającym się piecu…
- Myślałem, że zginę w płomieniach – podjął opowieść znów. Jego głos był cichy, mężczyzna mówił jakby nie był do końca obecny. – Patrzyłem z wnętrza pieca, jak olbrzym przygotowuje sałatkę, z którą mnie zje. Marzyłem o tym, aby to wszystko stało się snem, ale im dłużej siedziałem w nagrzewającym się piecu, tym bardziej byłem świadom tego, że to wszystko dzieje się naprawdę. – Nagle uśmiechnął się do swoich wspomnień. – Ale nagle do chaty olbrzyma zaczął przedostawać się tłum różnych leśnych i rzecznych stworzeń: żab, gryzoni, ptaków… Było nawet kilka wilków i niedźwiedzi.
- Jak rozumiem one też były zbyt małe, aby mierzyć się z olbrzymem – odezwał się nagle doktor March. – Inaczej już dawno by go pokonały.
- Po części tak – stwierdził Oliver. – A po części nie wchodziły mu w drogę, bo miał strzelbę i przez to był jeszcze groźniejszy. W każdym razie – pacjent powrócił do swojej opowieści – na samym przedzie stała Marianna z jakimś patykiem w ręce. To ona skrzyknęła cały las przeciwko olbrzymowi i to ona przekonała ich, aby mi pomogli. Zażądała, aby olbrzym mnie wypuścił. Na początku nie był ani trochę przerażony tym, że tyle zwierząt go najechało i zaczął nawet rechotać. Wtedy przystąpiły do zmasowanego ataku. Ptaki go dziobały, gryzonie, wilki i niedźwiedzie gryzły, a Marianna obijała patykiem. A w czasie, kiedy większość z nich zajmowała się atakiem, Pani Gąska przekradła się do pieca i wypuściła mnie. Koniec końców olbrzym został powalony.
- I co z nim zrobiliście?
- Gotów był zgodzić się na wszystko, abyśmy go tylko nie zabijali. Kilka zwierząt chciało nawet, aby zginął za to, co nam zrobił. Marianna jednak wolała dać mu inną karę: wygnanie. Ja na początku też chciałem wymierzyć olbrzymowi karę śmierci. – Mężczyzna uśmiechnął się gorzko. – W końcu dopiero co chciał mnie zjeść. Nikt by mnie nie winił za pragnienie zemsty. – Spoważniał. – Ale kiedy tylko zobaczyłem jego twarz, jego błagające o litość oczy, natychmiast ochłonąłem. Zacząłem myśleć o Rewolucji Francuskiej i o rozlicznych rzeziach, o których zwykłem uczyć się na historii, i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie odebrać komuś życia. Toteż poparłem Mariannę w tym, aby po prostu wygnać olbrzyma i zabronić mu wstępu do Zenlandii. Pani Gąska i kilka innych zwierząt również było za tym rozwiązaniem i ostatecznie na tym właśnie stanęło.
Doktor March nic nie powiedział. Uśmiechnął się tylko i znów zapisał coś w notatniku. Tymczasem Oliver jeszcze nie skończył swojej opowieści:
- W każdym razie to była nasza pierwsza przygoda w Zenlandii. Później wielokrotnie wracaliśmy tam z Marianną, kiedy nagle ktoś stamtąd pojawiał się w naszym świecie i prosił nas o pomoc. Widzi pan, doktorze, staliśmy się bohaterami… a właściwie Marianna była bohaterką, bo ja stałem się nim o wiele później. Tak czy inaczej, mieszkańcy Zenlandii wzywali nas ilekroć pojawiał się jakiś problem: a to nad rzeką zaczął się panoszyć Krokodyl, a to w Zenlandii przebudził się potężny Czarnoksiężnik ze Wzgórza… Było kilka tych problemów. Tak więc wchodziliśmy do magicznej krainy, pokonywaliśmy zło i wracaliśmy do domu, do normalności. I właśnie ze względu na ten powrót do normalności przyszedłem do pana.
- Tak właśnie myślałem – odparł doktor March i przestał się uśmiechać.
- Za każdym razem, kiedy wracałem do naszego świata i próbowałem w nim żyć, miałem trudności z przestawieniem się. Chodziłem do szkoły, na wypady z przyjaciółmi, nawet na randki… Ale trudno jest zachowywać się jak normalny nastolatek i zajmować się normalnymi rzeczami, kiedy przeżyło się przygodę w świecie z wielkimi, mówiącymi zwierzętami, ludożerczymi olbrzymami, magią i całym tym szaleństwem. Najtrudniej było po pierwszej wyprawie, bo to był mój drugi dzień w nowej szkole i…
- Hmm… nowa szkoła. – Psychoterapeuta zrobił kolejną notatkę, po czym spojrzał na Olivera.
- Tak. Jakiś czas przed tą całą historią moja rodzina przeprowadziła się do Clive’s Grove.
- Ach – doktor March się znów rozpromienił. – Czyli mieszkaliście wtedy tutaj! To sporo wyjaśnia.
Oliver nie bardzo rozumiał o co doktorowi chodziło. Clive’s Grove było małym miasteczkiem, którego szczególnym atutem (zdaniem rodziców Olivera i Marianny) był szybki dojazd do oddalonego o kilkaset kilometrów Nowego Jorku. W pobliżu stacjonowała jednostka wojskowa, a większość zatrudnienia pochodziła z pobliskiej fabryki (Oliver nie był pewien, co dokładnie tam produkowano, ale podejrzewał, że się w końcu dowie). Zarówno Oliver, jak i Marianna, uważali, że Clive’s Grove było nudne ze swoim jednym kinem, małymi sklepikami, wszechogarniającą naturą i brakiem centrum handlowego. Jedno, co można było tam robić, to wybrać się na automaty albo do McDonalds, albo po prostu zostać w domu i poczytać. Na szczęście nie była to ostatnia dziura bez prądu, internetu, czy jakiejkolwiek cywilizacji.
- Tak – odparł Oliver. – Właściwie nadal tu mieszkamy… W każdym razie – ciągnął dalej swoją opowieść – chodziło o coś związanego z pracą mamy. Przenieśli ją z jakiegoś powodu do oddziału w Clive’s Grove. Tata też dostał awans, przez co musiał ciągle podróżować.
- Czy rodzice ze sobą rozmawiali? – zapytał nagle doktor March.
Olivera zdziwiła ta nagła zmiana tematu, ale mimo to odpowiedział:
- No tak, na pewno. Ale rzadko bywali razem w domu. Zwykle to ja opiekowałem się Marianną.
Doktor wydobył z siebie pomruk zrozumienia i zapisał coś w notatniku.
- Pewnie zostawiliście w poprzednim miejscu dużo przyjaciół – stwierdził po chwili.
- Prawda – odparł Oliver. – Ale Marianna akurat przeżyła przeprowadzkę bardziej niż ja. Nie rozumiała, dlaczego w ogóle musimy wyjeżdżać, skoro było nam dobrze w Nowym Jorku.
- Jak rozumiem twoja siostra była w podstawówce, kiedy miała miejsce wasza przygoda? – spytał domyślnie psychoterapeuta.
- Tak – odrzekł Oliver. – Miała osiem lat. I wiem, co chce pan powiedzieć, doktorze – wtrącił nagle mężczyzna. – Chce mi pan wmówić, że wszystko, co przeżyłem, to wytwór mojej wyobraźni; że tak naprawdę wymyśliłem sobie Zenlandię, aby poradzić sobie ze zmianami w moim życiu…
- Ależ wręcz przeciwnie, Oliverze – oznajmił ze spokojem doktor March. – Ja ci jak najbardziej wierzę. Co więcej, nie jesteś jedynym przypadkiem syndromu Krainy Czarów, z jakim się spotkałem tu, na Ziemi.
Zdumiony Oliver nagle oniemiał.
- Syndromu Krainy Czarów? – spytał.
Doktor March przytaknął.
- Widzisz, Oliverze – podniósł się z fotela i zaczął krążyć po pokoju. – Istnieją miejsca podobne do Nibylandii, Oz, czy Krainy Czarów właśnie. Minerwiańscy naukowcy badają to zjawisko już od lat i są nawet pewne teorie co do tego, czym te magiczne miejsca mogą tak naprawdę być. Według jednej z nich to wymiar kieszonkowy, według innej są powoływane do życia przez dzieci i młodzież, kiedy zaistnieją pewne określone warunki. Obojętnie jednak jaki jest powód, zwykle po powrocie do własnej rzeczywistości, ludzie cierpią na syndrom Krainy Czarów – mają wrażenie odrealnienia i trudno im przejść nad tym do porządku dziennego, zwłaszcza, kiedy przeżyli tam pełną wrażeń przygodę, a nawet o mało nie zginęli.
Oliver poczuł się o wiele lepiej, wiedząc, że nie jest jedynym, który nie tylko trafił do magicznego świata, ale też przeżywał trudności z ponownym przystosowaniem się do starej rzeczywistości. Przez lata miał wrażenie, że on i Marianna byli jedynymi osobami, którym przydarzyło się coś takiego, więc świadomość, że istnieje psychologiczna przypadłość, na którą cierpią nie tylko oni, napawała go ulgą.
- W skrajnych przypadkach zdarza się nawet – ciągnął dalej doktor March – że osoby z syndromem Krainy Czarów wolą tamten magiczny, kolorowy świat od własnego.
Oliver nagle spojrzał na doktora ze zdumieniem. Milczał przez chwilę, kiedy coś mu się przypomniało.
- Moja siostra – odezwał się w końcu, spuszczając wzrok – przez dłuższy czas wolała Zenlandię od naszego świata. – Popatrzył na kosmitę przed sobą. – Myślę, że czuła się tam o wiele szczęśliwsza. Miała tam przyjaciół i poczucie przynależności. Poza tym Pani Gąska jej chętnie matkowała, kiedy naszej mamy nie było w domu. Dla Marianny Zenlandia była piękną, pełną przygód krainą, gdzie wreszcie czuła się jak w domu. Dlatego ze zniecierpliwieniem czekała, aż drzwi do Zenlandii znowu się otworzą i zaglądała tam o wiele częściej niż ja. W pewnym momencie zacząłem się nawet niepokoić, czy nie zechce zostać tam na stałe. Nie wiem, co bym wtedy zrobił. Nie wiem, jak wytłumaczyłbym rodzicom to, że ich córka poszła do magicznego świata. – Uśmiechnął się nagle. – W końcu jednak Pani Gąska powiedziała Mariannie, że powinna znaleźć sobie przyjaciół także wśród innych dzieci; że może zawsze odwiedzić Zenlandię, ale powinna jednak żyć w naszym świecie. Moja siostra myślała o tym przez jakiś czas i w końcu wzięła sobie do serca te słowa. Kilka dni później wybrała się na piżamówkę do koleżanki z klasy.
- A ty, Oliverze? Nie było takich momentów, kiedy wolałeś Zenlandię od świata rzeczywistego?
Olivera zdziwiło to pytanie, ale nie musiał długo nad nim myśleć.
- Czasem. Zwłaszcza, kiedy coś mi nie wychodziło w szkole albo w pracy, myślałem sobie: „No ale przynajmniej w Zenlandii jestem bohaterem.” Niemniej jednak dla mnie Zenlandia była do pewnego stopnia przerażająca.
Przerwał, bo zalała go fala niemiłych wspomnień.
- No i czasem śni mi się – dodał po chwili, zaciskając pięści – że nadal znajduję się w piecu. Ale tym razem nikt nie przybywa mi na ratunek.
Zapadła cisza, podczas której doktor March zapisywał coś w notatniku. A potem nagle zadzwonił telefon Olivera. Mężczyzna przeprosił na chwilę psychologa i odebrał. Wymienił z osobą po drugiej stronie kilka słów, po czym rozłączył się i powiadomił doktora Marcha:
- Przepraszam, ale muszę już iść. Żona i ja wybieramy się na wakacje za dwa miesiące i jest kilka rzeczy, o które musimy zadbać. Ile płacę?
- Pierwsza sesja jest zawsze gratis – oznajmił z przyjaznym uśmiechem doktor March i podniósł się ze swojego miejsca. – A każda następna to 27 dolarów za godzinę.
Oliver przypomniał sobie, że przeczytał o tym w ogłoszeniu kliniki doktora Marcha. Jak na psychoterapeutę nie brał zbyt dużo za swoje usługi.
- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, Oliverze – powiedział doktor i wyciągnął w stronę pacjenta rękę.
Oliver ją uścisnął.
- O tak, na pewno – odparł z uśmiechem. – Już czuję się o wiele lepiej, bo mogłem z kimś o tym porozmawiać.
Wyszli na korytarz i zaczęli iść w stronę recepcji.
- W takim razie, proszę, zadzwoń w ciągu tego tygodnia, kiedy zechciałbyś się ze mną spotkać.
- Oczywiście – odrzekł Oliver. – Dziękuję za poświęcony mi czas, doktorze.
4

Klinika doktora Marcha była zamykana o czwartej trzydzieści (o ile sesja się nie przedłużyła), toteż po wyjściu Olivera Bensona i założeniu mu teczki, doktor i panna Keats również zaczęli szykować się do domu. Mimo wszystko jednak, kiedy tylko Memorandus założył na siebie kurtkę i już miał wyjść z gabinetu, postanowił jeszcze raz przejrzeć notatki, które zrobił podczas spotkania z najnowszym klientem.
Nagle drzwi do gabinetu się otworzyły i stanęła w nich Nancy dopinająca płaszcz. Rzuciła mu jedno, krótkie spojrzenie i oznajmiła:
- Skończyliśmy pracę na dziś. Proszę to zostawić.
- Ależ ja tylko przeglądam… – Memorandus zaczął się bronić, ale Nancy natychmiast go ucięła:
- Zawsze najpierw „tylko przeglądasz”, Memo, a potem siedzisz do drugiej nad ranem i muszę cię zmuszać do spania.
Koniec pracy oznaczał, że Nancy mogła sobie pozwolić na mówienie do przyjaciela po imieniu. A skoro czas na profesjonalizm minął, mogła go strofować ile chciała.
- Serio, czy już doszło do tego, że spędzasz więcej czasu tutaj, jak we własnym domu?
- Zapewniam, że nie – obruszył się Memorandus.
- W takim razie idziemy na obiad – oświadczyła stanowczo Nancy. – Niedawno otworzyli w okolicy całkiem niezłą włoską knajpę.
Memorandus tylko przewrócił oczami. Zaraz potem poczuł burczenie w brzuchu i doszedł do wniosku, że rzeczywiście powinni już wyjść z pracy. Wprawdzie nieszczególnie przepadał za włoskim żarciem, ale lubił przyjacielskie wypady ze swoją asystentką od czasu do czasu.
- Poczekaj – powiedział po chwili – wezmę tylko portfel.
Ostatnio zmieniony 15 mar 2019, 00:19 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 2 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Vampircia » 11 mar 2019, 23:00

Od razu mówię, że ostatnio czytanie nie jest moją mocną stroną i mój komentarz może być mało konstruktywny, ale spróbuję. Generalnie nie lubię oceniać rzeczy tylko po jednym rozdziale, bo na razie za mało wiadomo o fabule i postaciach. Motyw z kosmitami może być dla mnie interesujący, o ile pociągniesz go dalej w ciekawy sposób. Pewnie o tym świecie masz już napisane całkiem sporo i będziesz nam dawkować ciekawostki. Jeśli tak, to fajnie. Lepiej tak, niż walnąć długaśny opis na samym początku.
Nie do końca rozumiem, po co są te podpunkty. Chyba wystarczyłoby po prostu zaczynać od nowego akapitu bez numerków. Ale to drobiazg.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 13 mar 2019, 11:54

Te podpunkty to takie przerywniki. Doszłam do wniosku, że zostawianie pustych akapitów wygląda źle i postanowiłam dla odmiany wstawić numerację. To lepiej wygląda jak są wyśrodkowane, ale edytor forum na to nie pozwala.

A teraz kolejny rozdział. Właściwie jest to nieco rozbudowane opowiadanie, które wysłałam kiedyś na konkurs. Przy okazji poznacie pewną jednostkę wojskową.

Rozdział 2: Zespół postpętlowy

1

Podporucznik Jefferson Rogers czasami żałował, że jednak nie poszedł w rodzinny biznes. Przynajmniej jako hydraulik nie musiałby się mierzyć z całym tym dziwactwem, ba, prawdopodobnie nie potrafiłby pokazać Clive’s Grove na mapie. Przykręcałby całe dnie uszczelki, zamiast głowić się nad rzeczami, które za młodu uważał za co najwyżej wytwór czyjejś wybujałej wyobraźni. Nie widziałby też większości sytuacji, które w najlepszym razie były osobliwe, w najgorszym – koszmarne.
Tak, życie hydraulika byłoby o wiele prostsze.
Niemniej jednak postanowił pójść do akademii wojskowej. Radził sobie w niej całkiem dobrze, zyskiwał pochwały u przełożonych, wyjeżdżał na misje i zanim się obejrzał, przydzielono mu dowództwo bazy wojskowej w Clive’s Grove. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś tam na górze go nie lubi albo chce go sprawdzić; że generalicja wysyła go na jakieś pustkowie. Zaraz jednak wyjaśniono mu specyfikę Clive’s Grove, a im dłużej słuchał, tym bardziej miał wrażenie, że to sen albo jeden wielki żart. Ale kiedy po pół godzinie ani się nie budził, ani nikt nie wyskakiwał z gromkim okrzykiem: „Mamy cię!”, podporucznik Rogers musiał w końcu spojrzeć prawdzie w oczy – jego przełożeni mówili absolutnie serio.
Teraz Jefferson Rogers siedział przy biurku i spoglądał na stojącego przed nim sierżanta Benjamina Portera. Trzydziestokilkuletni, przedwcześnie siwiejący podporucznik przyglądał się dwudziestodwuletniemu młokosowi o blond włosach, wyraźnie próbującemu zrozumieć, co się właśnie dzieje. Rogers lubił Portera – sierżant wywiązywał się ze swoich obowiązków wzorowo (jakoś udawało mu się ogarnąć całą tę papierkową robotę), było jednak w nim coś takiego, co sprawiało, że w podporuczniku budziły się instynkty opiekuńcze. Być może był to niski wzrost sierżanta (Ben był tak mały, że wyglądał co najwyżej na piętnaście lat), a być może jego wrodzona nieśmiałość. W każdym razie podporucznik darzył go sympatią.
Ostatnio sierżant Porter bywał… nieobecny duchem. Przydarzyła mu się bowiem niezwykła przygoda – jedna z tych przygód, które trudno wyjaśnić i które wydawały się zdarzać tylko w filmach. Filmy jednak zatrzymują się tuż po tym, jak przygoda dobiega szczęśliwego (bądź nie) końca. Nigdy nie pokazują co się dzieje po przygodzie.
Minął już tydzień, a Ben Porter nadal odczuwał skutki swojej przygody. Naprawdę się starał. Naprawdę myślał, że da radę. Niemniej jednak jego przełożony miał zupełnie inne zdanie i dlatego zaprosił go do swojego gabinetu.
- Sierżancie Porter, musimy porozmawiać.
Stojący naprzeciw Rogersa Porter martwił się, co jego dowódca miał do powiedzenia.
Podporucznik spojrzał na sierżanta i oświadczył:
- Na wstępie chciałem zaznaczyć, że w pełni wam wierzę, sierżancie. Nasi najlepsi naukowcy potwierdzili waszą wersję wydarzeń, a i wasz przypadek nie jest pierwszym w historii.
- Dziękuję, panie podporuczniku – odpowiedział Porter, przeczuwając, że gdzieś tam kryje się jakieś „ale”.
- Jednakże dobrze rozumiecie, że choć wiemy o tym zjawisku dość dużo z punktu widzenia fizyki, nadal nie do końca rozumiemy jego aspekt psychologiczny.
Porter poczuł uderzenie gorąca, ale starał się nie okazywać zdenerwowania. Był młodym podoficerem, jego kariera wojskowa dopiero się zaczynała. Mogła się skończyć bardzo szybko, jeśli psychoterapeuta uzna, że stan psychiczny sierżanta uniemożliwiał mu podejmowanie obiektywnych decyzji. Bardzo starał się zachowywać normalnie, jednak pewnych rzeczy najwidoczniej nie dało się ukryć…
A może da się to jeszcze odkręcić – szeptał cichy, bezosobowy głosik. – Przecież zawsze można zacząć od nowa…
Porter potrząsnął głową, bo zdał sobie sprawę, że podporucznik Rogers wciąż do niego mówi.
- Nasza jednostka współpracuje z pewnym… specjalistą.
- Specjalistą? – zapytał Porter, próbując ukryć podejrzliwość.
Rogers rozsiadł się wygodnie w fotelu. Nie pierwszy raz widział taką reakcję u swoich żołnierzy. W pełni rozumiał ten sceptycyzm, zwłaszcza, że sam go kiedyś podzielał.
- To psychoterapeuta – wyjaśnił podporucznik. – Zajmuje się takimi… przypadkami jak wasz. Zaproponował zbadanie was i ewentualną pomoc w ponownym przystosowaniu się do rzeczywistości.
Ben nie był do końca przekonany. Przez chwilę milczał, zapewne zastanawiając się nad swoją sytuacją. W końcu jednak odpowiedział z ledwo słyszalną nutka zrezygnowania:
- Tak, panie podporuczniku. Zgłoszę się do niego w najbliższym czasie.
2

I tak oto Ben Porter siedział teraz w poczekalni o miłym, jasnoniebieskim odcieniu, czekając na tego „specjalistę”. Ben był krzepkim, dwudziestodwuletnim mężczyzną. Jeszcze niedawno uważał się za w pełni poczytalnego i zdolnego do służby. Teraz też tak myślał, ale nie był tego aż tak bardzo pewien. Szczerze mówiąc, nie miał zbyt wielkich nadziei na to, że jakikolwiek psychoterapeuta mu pomoże. Sam podporucznik stwierdził, że aspekt psychologiczny tego, co mu się przydarzyło, jest prawie zupełnie obcy naukowcom. Może więc ten cały psychoterapeuta ma za zadanie nie tyle go leczyć, co obserwować.
Asystentka – kasztanowowłosa okularnica w czarnym golfie i spódnicy – powiedziała mu, że doktor March niedługo go przyjmie, po czym, kiedy tylko odparł nieśmiało: „Rozumiem.”, usiadła przy biurku recepcyjnym i zajęła się czymś przy komputerze. Ben przyglądał się jej przez jakiś czas, aż nie podniosła na niego wzroku. Wtedy on spuścił swój.
Uśmiechnęła się.
- Wprawdzie to nie potrwa długo, sierżancie, ale może zechciałby pan się czegoś napić?
- O, nie, nie trzeba – odparł natychmiast i rzucił jej szybki uśmiech.
Przez chwilę się nie odzywała, tylko przyglądała się mu badawczym wzrokiem. Porter miał wrażenie, że dziewczyna go ocenia. Zresztą znając swoje szczęście, i tak nie miałby śmiałości, aby ją gdziekolwiek zaprosić.
- Pierwszy raz u psychologa? – zapytała nagle.
- Nie, już mnie kilka razy ewaluowano – odrzekł.
- Ale mimo wszystko jest pan spięty – stwierdziła.
- To nic, naprawdę – próbował opanować nerwowość w głosie, ale mu się nie udało.
Jeszcze przez chwilę przyglądała mu się uważanie, a zaraz potem odezwał się intercom. Wcisnęła przycisk i głos po drugiej stronie oznajmił:
- Proszę wprowadzić klienta.
Asystentka powstała ze swojego miejsca i zwróciła się w stronę gościa.
- Doktor March już na pana czeka, sierżancie – oświadczyła w końcu, a on podniósł się na równe nogi. Odwróciła się do niego tyłem i dodała: – Proszę za mną.
Zaprowadziła go do drzwi po lewej, na których wisiała mosiężna tabliczka z napisem: „Memorandus March – psychoterapeuta”. Asystentka nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi przed pacjentem.
Sierżant Porter niemal natychmiast wszedł do środka. Gabinet nie odwlekał za bardzo od jego wyobrażeń: biurko z ciemnego drewna, duży czarny fotel odwrócony do gości tyłem, kanapa, regał z książkami… Zielone ściany były od dolnej połowy pokryte panelamia pośrodku podłogi położony był wielki dywan. Koło drzwi stała duża donica z kaktusem z kwitnącymi na jego czubku opuncjami.
- Dziękuję, panno Keats – odezwał się nagle spokojny, melodyjny głos zza fotela. – Niech pani zostawi nas samych, proszę.
Bez słowa panna Keats zamknęła za sobą drzwi. Fotel przekręcił się i oczom Portera ukazał się dziwny jegomość. Wydawał się mieć zupełnie białą skórę i wielkie, czarne oczy. Po chwili sierżant zauważył u niego szpiczaste uszy. Kiedy doktor podniósł się na równe nogi, zdawał się zaokrąglony w tali, chociaż jego dłonie były długie i wąskie.
- Dzień dobry, sierżancie – przywitał się w końcu i zaczął iść w stronę pacjenta. – Pan wybaczy ten teatralny gest, ale od zawsze chciałem zrobić to coś z fotelem. – Zatrzymał się metr przed Benem i wyciągnął rękę w jego stronę. – Nazywam się Memorandus March i będę pana psychoterapeutą.
Jeszcze przez chwilę Porter przyglądał mu się, oniemiały. Do umysłu cisnęła mu się jedna myśl: Kosmita… kosmita stoi przede mną...
Oczywiście, nie powinien się dziwić. Nie, biorąc pod uwagę to, jak długo ludzkość wiedziała o istnieniu obcych cywilizacji; nie, biorąc pod uwagę to, co mu się przydarzyło. Ale mimo wszystko spoglądał teraz na kosmitę. Nigdy wcześniej żadnego nie spotkał. Wiedzieć o czymś, a widzieć to na własne oczy, to dwie zupełnie różne rzeczy.
W końcu Porter uścisnął rękę psychoterapeuty. Doktor March uśmiechnął się.
- Rozumiem, że pierwszy raz w życiu widzi pan Minerwianina, sierżancie. Proszę się nie obawiać. Obowiązuje mnie ta sama etyka pracy, co każdego ziemskiego psychologa. Proszę spocząć i się rozluźnić. – Wskazał otwartą dłonią kanapę. – Zależy mi na pańskim komforcie.
Wydawał się naprawdę miły. Tak miły, że sierżant miał wrażenie, że jego pierwsza reakcja mogła urazić psychoterapeutę. Pewnie spotkał się z takim oniemieniem już wcześniej.
- Przepraszam – wybąkał wreszcie Porter. – Nie chciałem być nieuprzejmy.
- Ależ ja wszystko rozumiem! – Na białej twarzy znów zagościł uśmiech. – Proszę się nie tłumaczyć. To co? Zaczynamy terapię?
Porter doszedł do wniosku, że zmarnowali już zbyt dużo czasu. A chciał mieć już to za sobą. Dlatego położył się na kanapie (która okazała się być nawet bardzo wygodna) jak na kozetce. Doktor March z kolei usiadł za biurkiem. Odczekał jeszcze kilka sekund, aż jego pacjent się rozluźni, i dopiero wtedy zadał pierwsze pytanie:
- Tak więc, sierżancie, z czym pan do mnie przychodzi? Mam, co prawda, pańskie akta, ale chciałby wiedzieć, co pana nurtuje.
Porter zastanowił się. Wcześniej, siedząc w poczekalni, wyobrażał sobie, jak wyjaśni to, z czym przyszedł. Najważniejsze było to, aby ubrać problem w słowa.
- Boję się deja vu – powiedział wreszcie. Powiedział to cicho, niemal ze wstydem.
- Aha? – odparł krótko doktor March i Porter doszedł do wniosku, że to zachęta do dalszego mówienia.
- Niby taka zwyczajna rzecz – deja vu. Każdemu się zdarza. Każdy, raz na jakiś czas, ma wrażenie, że chwila, którą właśnie przeżywa, już kiedyś się zdarzyła. Zwykle trwa to zaledwie kilka sekund – dwie, trzy, może pięć – a potem wrażenie mija i człowiek idzie dalej ze swoim życiem. Nie rozmyśla o tym, czy miało ono jakieś znaczenie i czy mogło za nim kryć się coś więcej. A przynajmniej nie robi tego na poważnie…
Porter podniósł głowę znad kanapy i spojrzał na doktora Marcha. Kosmita notował coś i nie zwracał na żołnierza uwagi, dopóki po chwili nie zdał sobie sprawy z tego, że jego pacjent przestał mówić. Podniósł wzrok na niego i oświadczył:
- Proszę kontynuować, sierżancie. Słucham pana.
Porter położył głowę z powrotem na kanapie i ciągnął dalej:
- Kiedyś też taki byłem. Kiedyś też nie poświęcałem całemu konceptowi deja vu zbyt wiele uwagi. Z chęcią powróciłbym do tego błogiego stanu. Z chęcią wymazałbym ten irracjonalny lęk, który ogarnia mnie za każdym razem, kiedy mam wrażenie, że dana chwila już się przydarzyła.
Porter wziął głęboki oddech. Wiedział, że teraz będzie najtrudniejsze.
- Bo widzi pan, doktorze, wszystko komplikuje się, kiedy deja vu trwa dłużej niż minutę. Na początku myślisz, że to tylko twoja wyobraźnia; że tylko ci się wydaje, że kolega z pryczy już kiedyś potknął się i wpadł na zaskoczonego kuriera. W miarę jak deja vu trwa przez całą drogę do stołówki, jeszcze wierzysz w zdrowy rozsądek, ale już zaczyna docierać do twojej świadomości, że coś jest nie tak. W chwili, kiedy dzwoni do ciebie matka z wiadomością, że zmarła ciotka Eleonora, i ujmuje to w ten sam sposób, w jaki przekazała ci te wieści dzień wcześniej, wreszcie zdajesz sobie sprawę z tego, co się dzieje.
- I co się dzieje? – zapytał doktor March. – Proszę spróbować to opisać.
Porter wiele razy próbował nazwać to, co wtedy czuł, ale zawsze wydawało mu się, że nie potrafił oddać tego słowami. A przynajmniej nie w pełni. Niemniej jednak spróbował.
- Najpierw… no cóż… najpierw ogarnia cię przerażenie. Z każdą chwilą uzmysławiasz sobie coraz bardziej grozę całej sytuacji. Utknąłeś w pętli czasowej. Jak Bill Murray w Dniu Świstaka. Jednocześnie masz nadzieję, że jest to tylko sen i wkrótce się obudzisz. Kiedy jednak budzisz się następnego dnia, przestajesz się łudzić.
- I co dalej?
- Zaczynasz szukać kogoś, kto też pamięta, ale szybko orientujesz się, że jesteś sam, otoczony złotymi rybkami. Nie wiesz dlaczego tak jest.
Przerwał, rozmyślając o tym jak przez kilka dni za każdym razem tłumaczył od nowa, co mu się przydarzyło. Tłumaczył kapralowi Kimowi, Claire, nawet Desmondowi… Zawsze w nadziei, że będą pamiętać wszystko następnego dnia.
Nigdy nie pamiętali.
- Po kilku takich dniach myślisz, że pętla czasowa nie jest znowu taka zła. Możesz wygarnąć przełożonemu, który się na ciebie uwziął…
- Jest ktoś komu chciałby pan wygarnąć, sierżancie? – zapytał nagle doktor March.
Ben zdziwił się tym zadanym znienacka pytaniem. Po krótkiej chwili namysłu nad tym, czy powinien się dzielić takimi informacjami, czy nie, odpowiedział:
- Chorąży Desmond.
- Ach, Reed Desmond… – odparł psychoterapeuta i po jego tonie można było wywnioskować, że również miał styczność z chorążym.
- Nie lubi mnie. Nie wiem czemu. Może po prostu lubi się znęcać nad ludźmi. – Sierżant Porter uśmiechnął się do swoich myśli. – Tam, w pętli, mogłem mu się odpłacić. Ale nie jakoś poważnie – dodał po chwili. – Tylko płatałem mu różne niewybredne żarty. No i kilka razy mówiłem mu otwarcie, co o nim myślę. Zawsze odgrażał mi się, że mnie zdegraduje, ale następnego dnia wszystko było po staremu. Zaczynało mnie to nawet bawić.
Odchrząknął i ciągnął dalej:
- W każdym razie, jak mówiłem, możesz wygarnąć przełożonemu, który się na ciebie uwziął. Możesz wziąć ogromną pożyczkę od miejscowego lichwiarza i przeznaczyć ją na dziwki. Możesz się nawet zabić. Pętla czasowa daje ci nieśmiertelność i wieczną młodość, ale przede wszystkim – bezkarność. Zaczynasz więc korzystać z danej ci szansy, przy okazji urozmaicając sobie monotonię.
- I co pan, na przykład, robił sierżancie?
- No cóż… różne rzeczy. Głównie to, na co zawsze miałem ochotę, ale nigdy nie miałem odwagi, aby to zrobić. Poza mszczeniem się na Desmondzie, zagadywałem dziewczynę, która mi się zawsze podobała, ale nigdy dotąd nie miałem śmiałości, aby do niej podejść. Wychodziło mi to z większym lub mniejszym powodzeniem. Wypróbowałem chyba większość znanych mi tekstów na podryw. Szybko się przekonałem, że ona mnie nie lubi, a przynajmniej nie tak jak ja ją. Zresztą i tak podczas kilku rozmów, które udało mi się z nią przeprowadzić, przekonałem się, że nie mamy ze sobą za dużo wspólnego.
- A tak poza tym, co pan robił?
- Urywałem się z roboty i jechałem do miasta. Czasem tylko do Clive’s Grove, a czasem do Nowego Jorku. A raz nawet przemknąłem się do hangaru i przejechałem się po bazie czołgiem.
Porter uśmiechnął się do swoich myśli, ale ten uśmiech szybko osłabł na wspomnienie dalszych wydarzeń.
- Ale wie pan, doktorze, kiedy nie jesteś już w stanie zliczyć ile tygodni spędziłeś w pętli; kiedy zaczyna brakować ci pomysłów na kolejne szalone przygody; kiedy dopada cię tęsknota za świętami i porami roku, po raz kolejny dociera do ciebie, że jesteś więźniem. Tylko tym razem jest gorzej. Bo tym razem odkrywasz, że nie wyruszysz w podróż dookoła świata, nie zdobędziesz awansu, nie wyrobisz sobie mięśni. Jesteś zamknięty w czasie i przestrzeni jednego dnia. Wszystko, co osiągniesz, zostanie wymazane. Jesteś w piekle.
- Ale panu jakoś udało się wydostać – zauważył doktor March. – Jest pan teraz tutaj.
- Odkryłem, co musiałem zrobić, aby czas mógł płynąć dalej.
- I co to było?
- Opowiedziałem o tym doktor Vatos. Okazało się, że słyszała o takich przypadkach. Dokonała pewnych obliczeń i wskazała mi w którym miejscu otwiera się przejście do właściwej linii czasowej. Musiałem się spieszyć, bo przejście zamykało się za pięć minut, a pani doktor twierdziła, że nowe równie dobrze może pojawić się za miesiąc lub dziesięć lat. Tak więc pobiegłem co sił w nogach, chociaż ludzie patrzyli na mnie dziwnie. Dotarłem niemalże na styk; przejście już zaczęło się zamykać. Przecisnąłem się jednak i już byłem po drugiej stronie.
Porter zrobił pauzę, myśląc o tym wydarzeniu. Wciąż uważał tę chwilę za najpiękniejszą w swoim życiu.
- Z radością przywitałem następny dzień, zupełnie inny od poprzedniego. A potem następny i następny. Jednak moje niezwykłe doświadczenie pozostawiło swój ślad na mojej psychice. Czasami myślę, że zacznę dany dzień od nowa i zrobię wszystko lepiej. Czasami mam wrażenie, że jestem o wiele starszy od wszystkich innych. Czasami, kiedy dopada mnie wrażenie deja vu, zaczynam w panice przeglądać kalendarze, aby przekonać siebie samego, że nie trafiłem do kolejnej pętli. Bo sama myśl o tym, że mógłbym znów przechodzić przez to wszystko, napawa mnie nie wypowiedzianą grozą.
I tak oto doszedł do końca. Nie wiedział, czy to cokolwiek da, ale w pewnym sensie cieszył się, że może wreszcie o tym opowiedzieć. Teraz czekał już tylko na to, co powie psychoterapeuta.
Usłyszał skrzypnięcie, co oznaczało, że doktor March oparł się wygodnie w fotelu.
- Jedna rzecz jest dla mnie niejasna, sierżancie. Mógł pan poprosić o pomoc doktor Vatos już wcześniej. Skoro szukał pan kogoś, kto byłby świadomy tego, że jest w pętli, to na pewno prędzej czy później dotarłby pan do doktor Vatos, a ona pomogłaby panu dużo, dużo wcześniej. Nie mówiąc już o tym, że ktoś inny zaproponowałby panu właśnie konsultację z panią doktor.
Ben musiał przyznać mu rację. Obiektywnie rzecz biorąc, pójście prosto do naukowca wydawało się być rozsądne. To jednak nie było aż tak proste, jak doktor March sobie wyobrażał.
- No cóż – zaczął swoje tłumaczenia sierżant – przede wszystkim nikt mi nie wierzył. Widzi pan, wszyscy uważają mnie za bardzo nerwowego. Sam przyznaję, że czasem przesadzam… ale Clive’s Grove ma historię taką jaką ma i po jakimś czasie zacząłem się spodziewać, że zdarzy mi się coś dziwnego. I również wtedy większość ludzi myślało, że, jak zwykle, przesadzam.
- A co z podporucznikiem Rogersem? On zawsze słucha tego, co jego podwładni mają do powiedzenia.
Ben prychnął śmiechem.
- Być może by mnie wysłuchał – zaczął z gorzkim uśmiechem. – Ale tak się złożyło, że tego dnia był zagranicą. – Posmutniał. – Próbowałem się z nim skontaktować, naprawdę próbowałem… ale nie było nawet sygnału. Jak opuściłem pętle, dowiedziałem się, że to dlatego, że tego dnia bateria w telefonie podporucznika się wyczerpała, a on nie miał jak jej podładować, bo swoją ładowarkę zgubił, a nikt inny nie mógł mu pożyczyć.
Sierżant pomyślał, że gdyby nie to, że podporucznik nie jest typem, który śmiało korzysta z wymówek i kłamie swoim podwładnym, zapewne jego zachowanie można by było odebrać jako pretekst do nieodbierania telefonów w czasie wyjazdów. Przecież wtedy był na wakacjach z rodziną.
- W końcu dałem za wygraną i przestałem ich przekonywać. Co zaś się tyczy doktor Vatos, to tak po prawdzie ona mnie trochę przeraża. Nigdy nie byliśmy zbyt bliskimi współpracownikami.
- Rozumiem – odparł doktor March. – Z tego, co słyszałem, jest ona dość… osobliwą kobietą.
Ben doszedł do wniosku, że trudno byłoby się z tym nie zgodzić.
Po krótkiej chwili ciszy, która wydawała się sierżantowi wiecznością, psychoterapeuta oznajmił:
- Na pańskiej planecie nie ma jeszcze określenia na schorzenie, na które pan cierpi. Na mojej jest, dlatego pozwoliłem sobie roboczo przetłumaczyć je z mojego na angielski: zespół postpętlowy. Będę szczery: to wrażenie odrealnienia pozostanie z panem do końca życia, jednakże pocieszę pana, sierżancie, że z czasem nauczy się pan z nim żyć.
- Czy będę w stanie wykonywać swoje obowiązki? – zapytał Porter.
- Myślę, że tak – odpowiedział doktor March. – Na początek proponuję pewne ćwiczenie: niech pan przy każdym wrażeniu, że dane zdarzenie się powtarza zastanowi się jakie były okoliczności poprzedniego razu. Natychmiast dostrzeże pan szczegóły, które nie miały miejsca wtedy, a są w danej chwili.
- No dobrze – odparł Ben. – Spróbuję tak zrobić.
Sesja trwała jeszcze jakieś pół godziny, a potem doktor March uścisnął rękę sierżantowi i zaprosił go na kolejną wizytę za tydzień. Ben Porter opuścił gabinet czując się dziwnie, ale niekoniecznie w złym sensie.
3

Podporucznik Rogers przeglądał papiery na swoim biurku, kiedy nagle usłyszał dochodzące z korytarza ciężkie kroki. Westchnął, odłożył trzymany w ręce dokument na bok i oparł się w fotelu, czekając na przybysza. Wkrótce kroki ucichły, przez chwilę trwała cisza, a potem gałka w drzwiach się przekręciła i wszedł wysoki jak pika brunet z cienkimi wąsikami. Od razu, kiedy zamknął za sobą drzwi, stanął na baczność.
- Sir, chciałbym z panem pomówić.
Przez chwilę podporucznika kusiło, aby go tak zostawić, ale sama perspektywa przybysza stojącego sztywno i przyglądającego się w oczekiwaniu każdemu ruchowi dowódcy ostatecznie zniechęciła Rogersa do tego pomysłu.
- Nie musicie nic mówić, Desmond. Dobrze wiem z czym przyszliście.
Chorąży Reed Desmond jakby zapomniał o całym wojskowym protokole, bo natychmiast podszedł do biurka dowódcy i oświadczył:
- Znów wysłał pan jednego z naszych do tego konowała.
- W rzeczy samej – przytaknął Rogers.
- Nie powinien pan tego robić – ciągnął dalej chorąży. – Kto wie co się dzieje podczas tej tak zwanej „terapii”. Pewnie biedny Porter ma już wodę z mózgu…
- O, na pewno. A wiecie, Desmond, chyba widziałem ostatnio jak doktor March próbował zaprowadzić krowę do latającego spodka. Oczywiście w przerwie od wypalania kręgów na zbożu.
- Sir, ja mówię poważnie. Ostatnio czytałem taką książkę, Kosmici i demony, i tam…
- Nie mam czasu na wasze teorie spiskowe, chorąży – przerwał mu podporucznik. – Doktor March pomógł już wielu naszym żołnierzom i z tego, co mi opowiadali, sondowanie ciała nie jest częścią terapii. Przestańcie pochłaniać marne science-fiction z lat pięćdziesiątych i zejdźcie na Ziemię.
Przez chwilę chorąży Desmond wydawał się nie być pewnym, co odpowiedzieć. W końcu jednak cofnął się od biurka i powiedział:
- Mam nadzieję, że pan się obudzi, sir. Historia zna przypadki, kiedy podbite ludy orientowały się zbyt późno, że są podbite.
- Możecie odejść, chorąży – rzucił podporucznik ze znużeniem.
Desmond zasalutował i wyszedł. Rogers westchnął jeszcze raz.
Tak, zdecydowanie lepiej by było zostać hydraulikiem.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2545
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Vampircia » 18 mar 2019, 12:17

Chyba wciąż nie do końca rozumiem koncepcji tego opowiadania (czy raczej zbioru opowiadań). Jest o kosmitach itp. ale jakoś nie czyta się tego jak s-f. Może tylko ja tak mam, ale mnie tu brakuje jakichś startrekowych akcji. Może ten doktor mógłby też mieć jakieś przygody oprócz rozmów z pacjentami. Bo ogólnie pomysły masz fajne, "zespół postpętlowy" to świetna koncepcja i ja w ogóle uwielbiam motywy z pętlą, ale jak dla mnie to nie zostało przedstawione w ciekawy sposób. Po prostu nie wszystko da się wciągająco pokazać w dialogach. To jest chyba główny problem, że tutaj jest za dużo mówienia, za mało akcji. Może zamiast samego dialogu przydałaby się też jakaś retrospekcja? I wiem, że główny zamysł to miała być terapia z tym doktorem, ale jedno nie musi wykluczać drugiego.
A druga sprawa to w zasadzie pytanie. Myślałaś, żeby to tłumaczyć na angielski? Bo pomyślałam, że skoro poszłaś w takie anglosaskie klimaty, to mogłoby to trafić do zagranicznych odbiorców.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zaczarowana
uczeń
Posty: 25
Rejestracja: 16 mar 2019, 19:19

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Zaczarowana » 19 mar 2019, 21:41

Opis bardzo ciekawy i zachęcający do dalszego czytania.
RedHatMeg pisze:Doktor Memorandus March postanowił skorzystać z tej wiedzy, aby pomóc ludzkości, a za cel swoich badań wybrał małe miasteczko Clive's Grove, gdzie wiele rzeczy nie jest taka jak się wydaje.

Bardzo podoba mi się to zdanie; jest takie tajemnicze i chce się dowiedzieć coś więcej na temat tego miasteczka.

Dalej też jest dobrze. Już na pierwszy rzut oka widać, że dużo piszesz, bo tekst czyta się przyjemnie, bez zgrzytów.

Postać doktora Marcha jest bardzo ciekawa. Fajnie jest czytać o kosmicie, który ma ludzkie odruchy. Podoba mi się, że tak spokojnie podchodzi do swoich pacjentów i nie próbuje im niczego narzucać. Jestem naprawdę ciekawa, jaki będzie jego następny pacjent/pacjentka. Chętnie przeczytałabym coś więcej o przemyśleniach doktora i może jakichś jego przygodach poza pracą.

Ciekawe wymyślasz nazwy przypadłości pacjentów. Zespół postpętlowy to całkiem ciekawy przypadek. A skoro już przy tym jestem, to bardziej podobała mi się druga sesja, z sierżantem Porterem. Może dlatego, że nie raz miałam wrażenie deja vu. Nie chciałabym być na jego miejscu.

Ciekawa jestem, jak rozwiniesz to dalej, i czy wrócisz jeszcze do rozmów z tymi pacjentami. Życzę weny!
"Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni, nie mają z tym problemu."
- Fritz Perls -


»ao3«»Mirriel«»ff.net«

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 21 mar 2019, 09:10

No dobrze. Czas na pytania.
Vampi - W sumie wiedziałam, że nie każdemu taki format może się spodobać. W późniejszych rozdziałach będzie trochę więcej akcji. I tak zastanawiałam się czy by tego nie przetłumaczyć, ale trochę mnie ilość tekstu przytłacza.

Z poniższym rozdziałem miałam problem, bo stworzyłam postać apodyktycznej i oschłej matki, i z jednej strony nie chcę, aby była sztampowa, a z drugiej - nie chcę też jej za bardzo usprawiedliwiać. Toteż wszelkie rady jak to zbalansować chętnie przyjmę.

Rozdział 3: Sprzężenie emocjonalno-parapsychiczne

1

Doktor Memorandus March uwielbiał ogrodnictwo. Kochał ziemskie rośliny niemalże od dziecka – ich różnorodność w kształtach, gatunkach, kolorach, właściwościach i zastosowaniach. Lubił jeść warzywa i owoce, które sam wcześniej wyhodował, lubił obserwować jak kwiaty wyrastały, pączkowały i kwitły, i lubił tę świadomość, że dzięki jego trosce rośliny z każdym rokiem rozwijały się coraz lepiej.
Kiedy wprowadził się do małego jednorodzinnego domku w Clive’s Grove, przynależny do niego ogródek właściwie był zapuszczonym trawnikiem, niemalże przypominającym dzikie pole z trawą sięgającą kosmicie do piersi. W ciągu kilku miesięcy doktorowi udało się go doprowadzić do porządku: skosić trawę, podzielić ogród na odpowiednie strefy, zasadzić nowe rośliny i użyźnić je odpowiednio. Wkrótce wszystko zaczęło nabierać kształtu i choć na wiele efektów swojej ciężkiej pracy musiał poczekać do następnego roku, już cieszył się całkiem ładnym i schludnym ogródkiem.
Lubił spędzać dni wolne na pracy przy roślinach – mimo że była to ciężka praca, miał potem wrażenie spełnienia i szczególnego rodzaju spokoju. W ogrodzie myślał o wielu sprawach, jednocześnie zajmując się czymś pożytecznym. A w razie czego zawsze znajdował się jakiś chwast, na którym można się było wyżyć.
I to właśnie pewnego wrześniowego ranka, kiedy Memorandus pracował właśnie w ogrodzie, usłyszał czyjś głos wołający ze zdumieniem:
- Memo?! To naprawdę ty?!
Memorandus podniósł wzrok znad swoich petunii i zobaczył, że przy jego płocie stał wysoki brunet z gęstą brodą i łagodnymi, ciemnymi oczami. Doktor March rozpoznał go niemal od razu i uśmiechnął się.
- Tamaki! – zawołał, wstając, po czym podszedł do płotu. – Co ty tutaj robisz?
Tamaki Mosuno. Stary przyjaciel Memorandusa z Connecticut. Razem byli w podstawówce, gimnazjum i liceum, ale podczas gdy Memorandus w ostateczności dostał się na studia psychologiczne na Akademii w Derezz (najbardziej znanej uczelni na Minerwie), Tamaki wybrał Columbię i został prawnikiem. Ich drogi się rozeszły i Tamaki stał się dla doktora Marcha jedną z tych osób, które kiedyś się znało, ale o których teraz nie wiedziało się prawie nic.
- Słyszałem, że tu mieszkasz, więc pomyślałem, że wpadnę – wyjaśnił Tamaki, po czym przeniósł wzrok na dom Memorandusa. – W sumie bardzo ładnie się urządziłeś.
- Dzięki – odparł doktor March. – Poczekaj, przebiorę się w coś lepszego i zabiorę cię na lunch.
Memorandus miał na sobie swoje stare, w niektórych miejscach już dziurawe ogrodniczki oraz równie sponiewieraną kurtkę. Wolał tak nie chodzić po mieście, nie mówiąc już o przyjmowaniu gości.
Zanim jednak się przebrał, wpuścił Tamakiego do domu, aby mężczyzna nie stał cały czas na zimnie. Podczas gdy Memorandus zmieniał ubranie na dżinsy i sweter, Tamaki rozglądał się po pastelowym przedpokoju, z którego na piętro prowadziły stare, dębowe schody.
- Jak tam życie, Tamaki? – zapytał ze swojej sypialni Memorandus.
- A całkiem nieźle, powiem ci – odparł jego gość. – Jestem radcą prawnym.
Była w jego głosie pewna mała nutka; jakiś smutek, którego Memorandus nie potrafił na razie umiejscowić.
- Ożeniłem się też – powiedział zaraz potem nieco żywiej pan Mosuno.
- Fantastycznie! – odrzekł Memorandus. – Kim jest szczęśliwa wybranka?
- Ma na imię Saki. Poznaliśmy się na Okinawie, podczas wakacji. Dwa lata później wzięliśmy ślub i osiedliliśmy się w Nowym Jorku.
Memorandus skończył się przebierać i wyszedł przyjacielowi naprzeciw.
- Mam nadzieję, że ją kiedyś poznam – oświadczył po chwili.
Tamaki nie odpowiedział od razu. Dopiero po krótkiej chwili milczenia rozpromienił się i dodał:
- Może nawet wcześniej niż myślisz. Saki i moi dwaj synowie przyjechali ze mną. Odpoczywają w hotelu po długiej podróży, ale chciałbym cię z nimi później poznać.
- Ach, rozumiem. – Memorandus uśmiechnął się.
- Na razie jest tyle różnych rzeczy, które chciałbym z tobą omówić… W końcu minęło ile? Dziesięć lat?
- Chyba dwanaście – stwierdził doktor March.
- No właśnie, Memo – przyznał Tamaki. – Mamy tyle do nadrobienia!
2

Memorandus zabrał Tamakiego do swojej ulubionej kawiarni – „Różyczki”, położonej kilka przecznic od domu kosmity. Właściciel, pan Bones, był kiedyś przedsiębiorcą pogrzebowym, toteż miał specyficzne poczucie humoru. Na różowych ścianach, pasujących do nazwy lokalu, wisiały wieńce pogrzebowe ze sztucznych kwiatów, ozdobione szarfami z napisami typu: „Wieczny Odpoczynek”, „Spoczywaj w Spokoju”, czy „Nigdy Cię Nie Zapomnimy: Chłopaki z New Jersey”. Cała reszta wystroju była taka jak w przeciętnej kawiarni: białe, okrągłe stoliki, linoleum w kratkę, ładne, ceramiczne cukiernice… Mimo wszystko atmosfera była całkiem przyjemna, o ile było się w stanie ignorować napisy na wieńcach. Stali bywalcy nauczyli się traktować je jak część otoczenia, a nie niezbyt subtelne przypomnienie o ich własnej śmiertelności.
Sam Tamaki uważał, że to nawet zabawne (czy też raczej udawał, że go to bawi, bo ilekroć jego wzrok padał na któryś wieniec, wyglądał na spiętego). Zamówił kawę z mlekiem i ciasto cynamonowe, tymczasem Memorandus zadowolił się gorącą czekoladą i szarlotką. Najpierw rozmawiali o starych, dobrych czasach – o głupich sytuacjach na wspólnych wypadach, o znajomych, o nauczycielach, o sąsiadach… Głównie mówił Tamaki, który od zawsze był ekstrawertykiem i jak już zaczął o czymś nawijać, trudno było mu potem przerwać. Ale Memorandus nie narzekał. Dzięki temu mógł się dowiedzieć czegoś o kolegach, z którymi od dawna nie miał kontaktu.
Jednak kiedy Memorandus zapytał go o jego rodzinę, Tamaki odpowiedział coś zdawkowego, po czym zapytał nagle:
- A co u ciebie, Memo? Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się tutaj zamieszkać?
Memorandus uznał tę szybką zmianę tematu za podejrzaną, ale doszedł do wniosku, że może potem uda mu się rozgryźć Tamakiego.
Na razie uśmiechnął się.
- Widzisz, Clive’s Grove idealnie nadaje się do mojej pracy. Jestem psychoterapeutą i zajmuję się szczególnymi przypadkami, które minerwiańska psychologia już dawno zbadała i opisała – spoważniał i mówił dalej: – Zamierzam zrobić to samo na Ziemi, nie tylko ze względów akademickich, ale przede wszystkim, aby pomóc ludziom, którzy inaczej nie mieliby się do kogo zwrócić.
Tamaki milczał przez chwilę i nagle znów wydawał się nieco bardziej ponury niż zwykle. Wyprostował się na krześle, po czym pochylił się bardziej ku staremu znajomemu i spojrzał mu w oczy.
- Tak naprawdę nie przyszedłem tutaj wspominać starych, dobrych czasów – oświadczył. – Mam… pewien problem, a twój ojciec powiedział mi, że możesz mi pomóc.
I wszystko stało się jasne.
Być może Memorandus powinien poczuć się dotknięty, że jego stary przyjaciel odwiedził go tylko dlatego, że szukał pomocy, ale jego pierwszą reakcją było:
- Mów o co chodzi. Zobaczę, co da się zrobić.
Tamaki nie odpowiedział od razu. Najpierw oparł się na krześle, wciąż patrząc na Memorandusa. Widać było, że czuł się trochę niezręcznie.
- Jak już wspominałem – zaczął wreszcie – mam dwóch synów. Mają piętnaście i czternaście lat.
Doktor March tylko przytaknął ze zrozumieniem. Tamaki ciągnął dalej:
- Starszy ma na imię Shichiro, młodszy – Kenta. Z Kentą nigdy nie było kłopotów: dobrze się uczy, uprawia sporty, ma przyjaciół… Natomiast Seiji… – dodał przenosząc wzrok w bok. Westchnął ciężko i wyjaśnił: – Shichiro jest dziwny.
- W jakim sensie? – zapytał Memorandus.
- Widzisz, Memo – Tamaki znów nachylił się do niego i tym razem ściszył nawet głos – to się zaczęło, kiedy Shichiro miał trzy latka. Weszliśmy do pokoju dziecięcego i zobaczyliśmy, że wokół jego głowy unoszą się w powietrzu zabawki. On sam zdawał się nie przejmować tym faktem, ale my nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to przerażenie, że zaraz zaczną latać po pokoju klocki i uderzą kogoś w głowę albo w oko, albo w jeszcze coś innego. Ale nie – żaden z unoszących się przedmiotów nie ruszył się z miejsca, w którym wisiał. Dopiero chwilę później, kiedy Shichiro zdał sobie sprawę z tego, że stoimy w drzwiach i gapimy się na niego, zabawki nagle opadły na ziemię. Tak właśnie ja i Saki odkryliśmy, że nasze dziecko ma moce parapsychiczne.
- Ach – odparł ze zrozumieniem Memorandus i uśmiechnął się. – Więc twój niezwykły problem ma związek z mocami syna.
- Tak – ciągnął dalej Tamaki. – Wkrótce zaczęły się w naszym domu dziać dziwne rzeczy. Zdarzało się, że kiedy karmiliśmy Shichiro, łyżeczka zaczęła się sama zginać. Czasem jak nie mógł zasnąć, nagle włączała się nocna lampka, albo telewizor, albo jakaś zabawka elektryczna. Kiedy indziej Shichiro podnosił rękę i używał telekinezy, aby zdjąć coś z wyższej półki; coś, co specjalnie postawiliśmy wysoko, aby on nie mógł sięgnąć. Baliśmy się, że jak tak dalej pójdzie, zrobi sobie, bratu albo nam krzywdę.
Memorandus upił przez słomkę łyk czekolady. Od razu przyszło mu do głowy, że Tamakiego i jego żonę niepokoił fakt, że ich dziecko ma moce, a oni nie wiedzą jaka jest tego przyczyna.
Nie wyraził jednak swoich podejrzeń na głos.
- Sprawa była dosyć tajemnicza, toteż postanowiliśmy zrobić małe śledztwo – ciągnął dalej Tamaki. – Ani w mojej rodzinie, ani w rodzinie mojej żony nie było wcześniej żadnego przypadku espera. Z tego co wiem, również żadne z nas nie było poddawane żadnym eksperymentom; ani w miastach, gdzie żyliśmy przez dłuższy czas nie prowadzono żadnych badań związanych z parapsychologią. Te moce pojawiły się tak po prostu, znikąd.
- Wbrew pozorom, to się zdarza dość często – stwierdził Memorandus. – Nie-esperom rodzą się dzieci z mocami parapsychicznymi. Co prawda, na skalę światową szansa pojawienia się osobnika z takimi umiejętnościami jest jedna na dwadzieścia tysięcy, ale to i tak dużo.
- Wiem – odparł Tamaki. – Szukaliśmy z Saki jakichś informacji na ten temat. Żeby wiedzieć jak postępować z takim dzieckiem. Przeczytaliśmy mnóstwo książek i chodziliśmy na różne seminaria, byleby tylko być gotowym na to wszystko.
- Prawidłowo – skomentował Memorandus. – Tak właśnie postępują odpowiedzialni rodzice.
- Po jakimś czasie zginające się sztućce i latające przedmioty przestały na nas robić wrażenie. Nauczyliśmy się żyć z tym, że nasz syn nie jest tak do końca zwyczajny. No i wyrósł na całkiem miłego chłopca. Choć troszeczkę też zahukanego. – Tamaki zbliżył się bardziej ku staremu przyjacielowi i dodał: – To w sumie dość dziwne, bo Kenta nie ma żadnych mocy, a jest bardziej towarzyski. Radzi sobie w szkole, ma przyjaciół, a nawet jest kapitanem drużyny baseballowej. Tymczasem Shichiro jest odludkiem, wysiłek fizyczny przyprawia go o zadyszkę, a jego oceny są w najlepszym razie średnie.
- I myślisz, że moce utrudniają mu zwyczajne życie? – zapytał Memorandus.
- Ja i Saki jesteśmy przekonani, że coś jest nie tak… Ale nie wiemy już jak mu pomóc i dlatego chciałbym, abyś porozmawiał z Shchiro.
- Rozumiem – odparł doktor March i oparł plecy na krześle. – Oczywiście mogę to zrobić, ale nie oczekuj natychmiastowych rezultatów. Życie żadnego klienta nie zmieniło się w przeciągu jednej wizyty.
Tamaki uśmiechnął się i chwycił rękę starego przyjaciela.
- Dziękuję, Memo.
3

Tamaki zabrał Memorandusa do hotelu, w którym się zatrzymał wraz z rodziną. Doktor March miał porozmawiać jeszcze przez chwilę z panią Mosuno, aby potem odbyć nieoficjalną pierwszą sesję z Shichiro. To była sprawa rodzinna, więc wpierw musiał przyjrzeć się całej rodzinie, aby zobaczyć, co dałoby się zrobić. Prawdę mówiąc, był naprawdę ciekaw tego, jaka była żona jego starego przyjaciela.
Saki Mosuno robiła wrażenie osoby zadbanej. Miała na sobie spódnicę i białą bluzę. Jej okrągła twarz wydawała się jeszcze okrąglejsza przez krótko ścięte włosy. Dało się jednak od razu zauważyć, że jej oczy były zmęczone. Przywitała Memorandusa uprzejmym uśmiechem.
Obie jej pociechy prezentowały się schludnie, ubrane w (najwyraźniej) swoje najlepsze ubrana. Kenta, młodszy z synów, był wysoki i szczupły. Nosił na sobie niebieski garnitur, w którym wyglądał naprawdę elegancko, a jego włosy były lekko potargane. Robił wrażenie kogoś, kto nie chce tu być, ale ma dość taktu, aby nie powiedzieć tego wprost. Na widok Memorandusa. wyciągnął sztywną dłoń, aby uścisnął rękę gościa na powitanie.
Starszy syn, Shichiro, był niższy od brata i wydawał się czuć niezręcznie w towarzystwie. Tak jak matka, miał okrągłą twarz, którą zaokrąglała jeszcze bardziej fryzura na grzyba. On również wyciągnął w stronę psychoterapeuty rękę do uścisku, ale wydawał się spięty i tylko raz spojrzał Memorandusowi w oczy, zanim nie spuścił wzroku. Był najwyraźniej zdenerwowany.
- Miło mi pana poznać, doktorze – powiedział cichym głosem.
- Mnie również miło poznać ciebie – odparł Memorandus z przyjaznym uśmiechem, po czym wyciągnął z torby pudełko z piekarni. – Przyniosłem sernik robiony przez mojego znajomego cukiernika. Może potem go zjemy?
- Ależ nie musiał pan, doktorze. – Saki odebrała od niego pakunek. – To miło z pana strony.
- A czego właściwie jest pan doktorem? – spytał nagle Kenta, spoglądając na niego podejrzliwie.
- Zajmuję się psychoterapią – odpowiedział Memorandus.
- Tata powiedział, że ma pan zbadać mojego brata. To prawda? – dopytywał się chłopak.
W pierwszej chwili doktor March nie wiedział, co odpowiedzieć. Wprawdzie był to cel jego wizyty, ale ton młodszego z synów jego starego przyjaciela świadczył o tym, że Kenta uważał przybysza za potencjalne zagrożenie. Mało to było opowieści o naukowcach prowadzących nieludzkie eksperymenty na esperach?
- Tak, ale nie tylko – odpowiedział w końcu Memorandus. – Ja i wasz tata wychowywaliśmy się w tej samej okolicy. Chciał mnie odwiedzić, a przy okazji pochwalić się jaką ma rodzinę. – Zwrócił się w stronę Shichiro. – Zresztą i tak powinienem najpierw porozmawiać z całą rodziną, zanim porozmawiamy na osobności, Shichiro.
- Oczywiście, rozumiem – odparł chłopak.
- To może ja przygotuję ten sernik, a wy usiądziecie przy stole – zaproponowała pani Mosuno.
- Ja już jadłem – oznajmił Tamaki – więc możesz komuś odstąpić mój kawałek, kochanie.
- Obaj z Tamakim byliśmy już wcześniej na podwieczorku – dodał Memorandus. – Dlatego ja też dziękuję.
Zrezygnował również dlatego, że stojących na małym, okrągłym stole talerzyków, sztućców i filiżanek było tylko na cztery osoby. Saki otworzyła pudełko z sernikiem i postawiła je na stole, po czy zaczęła kroić po dwa kawałki ciasta dla każdego. Następnie rozdała chłopcom talerzyki z sernikiem i łyżeczkami, a w końcu usiadła przy stole i zajęła się swoją porcją. Tymczasem Tamaki włączył elektryczny czajnik i zaczął przygotowywać herbatę.
Memorandusowi udało się dostrzec krótki moment, w którym pani Mosuno rzuciła starszemu synowi ostrzegawcze spojrzenie. Psychoterapeuta szybko przeniósł wzrok na Shichiro, który nadal wydawał się spięty; a potem na Kentę, który zauważył dyskomfort brata i uśmiechnął się do niego, wyraźnie próbując dodać mu otuchy.
- Tamaki powiedział mi, że jest pani malarką – zwrócił się do Saki doktor March.
- Czasem namaluję jakiś pejzaż albo martwą naturę – odparła z uśmiechem zawstydzenia. – Głównie maluję dla relaksu. Chłopcy czasem mi mówią, abym wysłała te moje malunki na jakiś konkurs, ale na razie się wstydzę tak obcym ludziom pokazywać moje bazgroły.
- Może kiedyś ty odwiedzisz nas, Memo – wtrącił Tamaki, rozdając wszystkim filiżanki z herbatą. Następnie usiadł przy stole, obok przyjaciela, i dodał: – To wtedy ci pokażemy kilka z tych obrazów.
- Byłbym zaszczycony – odrzekł Memorandus.
- Przepraszam – zaczął nagle Shichiro – ale dlaczego tata nazwał pana „Memo”?
Memorandus cieszył się z takiego obrotu sprawy.
- Ach, to dlatego, że mam bardzo dziwne imię: Memorandus. Po łacinie to oznacza: „ten, który powinien być zapamiętany”. Moja matka uważała, że to imię będzie wzniosłe i szlachetne, a w rzeczywistości jest za długie. Pociesza mnie jednak fakt, że mój brat dostał niewiele lepsze.
- Ma pan brata? – zapytał Kenta.
Uśmiech Memorandusa trochę osłabł, kiedy kosmita pomyślał swoim rodzeństwie.
- Tak, ale nie jesteśmy zbyt blisko.
- Och, jaka szkoda – odparł Tamaki. – Ale może to i dobrze. Zawsze był z niego wał.
Jego żona zganiła go po japońsku, zapewne mówiąc: „Tamaki, nie przy dzieciach!”, po czym uśmiechnęła się uprzejmie do doktora Marcha.
- A jak wam się układa, chłopcy? – spytał Memorandus. – Na pewno dajecie sobie popalić.
- Nie, w żadnym razie! – Kenta odezwał się pierwszy. – Shichiro i ja świetnie się dogadujemy. Prawie ze sobą nie walczymy.
- Kenta jest dobrym bratem – dodał Shichiro, spoglądając na doktora Marcha spode łba. – Lepiej sobie radzi z pewnymi sytuacjami i chętnie mi pomaga.
- Och, oni sią niezwykle zżyci – wtrąciła Saki. – Shichiro czasem ma problemy w szkole i Kenta staje w jego obronie.
Memorandus dostrzegł zawstydzenie na twarzy starszego z synów Tamakiego.
- To bardzo pomocny i cierpliwy chłopak – ciągnęła dalej z dumą pani Mosuno. – A przy tym towarzyski i radzi sobie w sportach.
Shichiro podniósł łyżeczkę i ukroił nią kawałek ciasta.
- Często mówimy Shichiro, że powinien być bardziej jak Kenta. Znaleźć sobie przyjaciół i jakieś zajęcie po szkole.
Shichiro podniósł łyżeczkę do ust.
- Wie pan, żeby nie marnował młodości na siedzenie w kącie i bujanie w obłokach. Jeszcze obudzi się z ręką w nocniku.
- Och, nie – powiedział nagle Shichiro.
Oczy wszystkich skierowały się na piętnastolatka. Łyżeczka w jego ręce była zgięta u nasady. Kawałek sernika znajdował się na spodniach chłopaka, który wyglądał na zakłopotanego całą sytuacją.
- Och, Shichiro – odparła jego matka, natychmiast biorąc ze stołu serwetkę i wycierając plamę.
- Przepraszam – powiedział zakłopotany chłopak, a jego smutne oczy spoczęły na matce. – To nie było świadomie…
Saki podniosła wzrok na Memorandusa i rzuciła mu przepraszające spojrzenie.
- Pan wybaczy synowi. To się czasem zdarza podczas posiłków. Słowo daję, czasem jego moce to istne utrapienie. Powinien już dawno się oduczyć zginania sztućców.
Memorandus spojrzał na Shichiro, który spuścił wzrok i stał się nagle jakby mniejszy.
- To tylko okres dojrzewania – argumentował Tamaki. – Denerwuje się, więc jego podświadomość wyżywa się na łyżkach.
- Czy mogę podzielić się pewną obserwacją? – wtrącił doktor March, kierując uwagę wszystkich na siebie. – Pamiętajmy też, że to nie jest normalna sytuacja. Zaprosiliście do siebie obcego, który ma ocenić wasze dziecko. Shichiro miał prawo poczuć się zestresowany.
- Widzisz, mamo? – powiedział Kenta. – Nie powinnaś być taka surowa.
Memorandus miał już jako takie pojęcie o tym, jak wygląda życie rodzinne Masunów. Potrzebował jednak dowiedzieć się jeszcze kilku rzeczy, zanim zacznie rozmowę z Shichiro.
- Chciałabym teraz porozmawiać z każdym z was z osobna. Jest tu może jakiś ustronny pokój?
- Może sypialnia moja i Shichiro? – zaproponował Kenta i wstał. – Jest tuż obok.
- Prowadź – powiedział krótko doktor March.
Wyszli na korytarz i Kenta otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju. Były tam dwa łóżka, dwa krzesła i komoda, oraz wejście do łazienki. Memorandus uśmiechnął się do swoich myśli. Tak, to się nada.
- To się nawet dobrze składa, że tu jesteś, Kenta – zwrócił się do nastolatka. – Chciałbym zacząć od ciebie.
- O… – Kenta podniósł brwi ze zdumienia.
- Zaczekaj tutaj. Zaraz wracam.
Powrócił do reszty rodziny i zaczął szukać jakiegoś papieru. Na szczęście przed przyjściem do hotelu, wrócił jeszcze do domu i wziął swój notes. Toteż teraz wyrwał cztery kartki i rozdał po jednej każdemu z obecnych w pokoju członków rodziny Mosuno.
- Podczas gdy ja będę rozmawiał z Kentą, wy wykonacie pewne ćwiczenie – wyjaśnił po chwili. – Napiszcie mi na tych kartkach po pięć zalet Shichiro. Tak, myślę, że pięć wystarczy. No i nie możecie się porozumiewać w kwestii tego, co macie napisać, ani podglądać, co piszą inni. Kiedy skończę z Kentą, poproszę następną osobę, a wy powiecie mu, na czym polega ćwiczenie. Czy wszystko jasne?
Wydawało się, że wszyscy zrozumieli, tak więc Memorandus powrócił do Kenty. Chłopak siedział na jednym z krzeseł, wyraźnie znudzony i zniecierpliwiony. Doktor March zajął miejsce na drugim krześle. Rozmowę rozpoczął od pytania, które chciał zadać już od jakiegoś czasu:
- Powiedz mi taką rzecz: Jaki jest twój stosunek do mocy brata?
Kenta nie odpowiedział od razu. Z zakłopotaniem odwrócił wzrok i splótł ze sobą ręce, zanim jego twarz przybrała bardziej buntowniczy wyraz.
- A jaki ma być? – zapytał po chwili, nadal nie patrząc na psychoterapeutę. – Shichiro ma moce, ja ich nie mam. Nic z tego nie wynika.
- Bez urazy – zaczął Memorandus – ale może z tego wyniknąć bardzo dużo. Jestem prawie pewien, że wielokrotnie zastanawiałeś się, czy z czasem i ty nie będziesz miał mocy parapsychicznych.
Kenta mimowolnie ścisnął splecione dłonie, po czym nagle rozluźnił się i odparł:
- Rzeczywiście myślałem o tym. – Westchnął i przeniósł wreszcie wzrok na swojego rozmówcę. – Ale szybko przekonałem się, że to niemożliwe. Przede wszystkim moce Shichiro zamanifestowały się, kiedy miał trzy lata. Gdybym miał ten dar, zapewne pojawiłby się u mnie już dawno. Poza tym czytałem, że sytuacje, w których nie-esperom rodzą się dzieci z mocami parapsychicznymi, są bardzo rzadkie. Jakie są szanse, aby taki cud zdarzył się dwa razy tym samym rodzicom?
- A chciałbyś, żeby się zdarzył? – zapytał doktor March.
Kenta nie odpowiedział. Być może ze wstydu, a być może dlatego, że nie ufał psychoterapeucie.
- Zwykle starszy brat ma świecić przykładem młodszemu – powiedział Memorandus. – W większości kultur starszy syn jest drugim najważniejszym mężczyzną po ojcu. A co za tym idzie, ciążą na nim pewne obowiązki. Jednak nietrudno zauważyć, że w waszej rodzinie to ty wydajesz się być stawiany jako przykład Shichiro, a nie on tobie.
Kenta spuścił wzrok i jego twarz przybrała smutny wyraz. Minęła dłuższa chwila, zanim położył ręce na kolanach i w końcu się odezwał:
- Ja jestem wszystkim tym, czym chciałby być Shichiro. – Jego głos był cichy, ale dobrze słyszalny.
Po chwili chłopak podniósł oczy na Memorandusa.
- Myślę, że to właśnie przez te moce jest taki, jaki jest. Wie pan, on się czasem boi tego, co może nimi zrobić.
- Zapewne jego moce są silnie sprzężone z emocjami – powiedział domyślnie Memorandus.
Kenta przytaknął.
- Zginanie łyżek to pikuś. Jeśli mój brat się naprawdę bardzo zdenerwuje, może rzucić kimś o ścianę – mówiąc to, ścisnął spoczywające na kolanach ręce. Po chwili rozluźnił się. – Na szczęście jest typem osoby, która nie skrzywdziłaby muchy. Dlatego raczej stara się tłamsić w sobie uczucia.
- Tak też myślałem – stwierdził doktor March i dodał: – Ale na dłuższą metę to nie jest zbyt zdrowe.
- Wiem – odparł Kenta. – I zawsze mu mówię, że jakby co, może mi wszystko powiedzieć. Ale on zwykle mówi, że wszystko jest dobrze. Nie wierzę mu, ale też nie chcę na niego naciskać.
Memorandus doszedł do wniosku, że dowiedział się dość, aby zakończyć rozmowę z młodszym synem Mosunów. Dlatego wstał i oświadczył:
- Dziękuję, Kenta. Dałeś mi do myślenia. Wróć teraz do rodziny i zaproś tutaj swojego tatę.
- Oczywiście – przytaknął chłopak i również wstał.
Podszedł do drzwi i położył rękę na klamce, ale zanim ją przekręcił, spojrzał jeszcze na doktora Marcha i oświadczył:
- Spytał pan, czy chciałbym również mieć moce parapsychiczne. Tak, chciałbym… ale nie wiem, czy poradziłbym sobie z nimi aż tak dobrze jak mój brat.
4

Teoretycznie rozmawiał już z Tamakim sam na sam, jednak w świetle poczynionych obserwacji Memorandus miał kolejne pytania do starego przyjaciela.
Tamaki wyglądał na wyraźnie zdenerwowanego, siadając na krześle. Prawdopodobnie obawiał się tego, co Memorandus miał mu do powiedzenia. Doktor March postanowił zacząć rozmowę z innej strony.
- Jakie Shichiro ma hobby?
- Hobby? – zdziwił się Tamaki.
- Czym się interesuje? Co lubi robić dla przyjemności? – wyjaśnił Memorandus.
- Och… no cóż… – Tamaki spojrzał w bok i zaczął w zamyśleniu drapać się po karku. Po chwili wziął głęboki oddech i splótł ręce razem. – Widziałeś jaki jest zamknięty w sobie. Rzadko z nami rozmawia.
- Więc nie wiesz, jakie ma hobby? – spytał domyślnie Memorandus.
- Nie no, wiem! – odparł Tamaki defensywnie, ale nie odpowiedział natychmiast. Zamiast tego przytknął rękę do podbródka i dopiero po dłuższej chwili dodał: – Lubi historię, zwłaszcza starożytną. Czyta też dużo o mitologii i duchach w różnych kulturach.
- Hmm… interesujące – odrzekł Memorandus i oparł się o oparcie krzesła. – I co o tym myślicie?
Tamaki wzruszył ramionami.
- Historia jak historia. Przynajmniej pomoże mu w szkole. Mitologia też jest niczego sobie, natomiast duchy… Na początku myślałem, że to nic wielkiego, ale potem zdałem sobie sprawę z tego, że Shichiro może o nich czytać nie tylko z ciekawości.
- Ach… – Memorandus zrozumiał niemal od razu. – Podejrzewasz, że on je widzi.
To dlatego Tamaki był taki spięty w „Różyczce”.
- Czasami wydaje mi się, że rozmawia z kimś, kogo tam nie ma – tłumaczył Tamaki. – Zwłaszcza jak mijamy jakiś stary budynek. Kiedy indziej ostrzega nas, żebyśmy nie wchodzili do jakiegoś miejsca, bo jest tam „niedobra aura”, jak on to nazywa. Do latających przedmiotów i zginających się łyżek już się przyzwyczaiłem. Widzenie zmarłych zaczęło się niedawno i, powiem ci, jest nieco upiorne.
Memorandus zanotował ten fakt w pamięci i doszedł do wniosku, że może dobrze by było przedstawić Shichiro Nancy. Być może dogadaliby się całkiem szybko.
Postanowił przejść do kolejne kwestii:
- Czy były sytuacje, w których mieliście wrażenie, że moce Shichiro stanowią zagrożenie? Dla niego samego albo dla ludzi dookoła?
- Zagrożenie, powiadasz? – Tamaki znów się zamyślił. Po chwili odparł: – Może na początku, kiedy nie wiedzieliśmy tak do końca jak działają… Ale, Memo – dodał, przyjmując bardzo poważny wyraz twarzy – Shichiro nie skrzywdziłby muchy. Zawsze bardzo uważa na to, aby kogoś przypadkiem nie uderzyć, kiedy rzeczy zaczynają lewitować wokół niego.
- A kiedy zwykle zaczynają lewitować? – zapytał nagle Memorandus.
- A wiesz, dawno nie widziałem, aby to robił. – Tamaki znów przytknął dłoń do brody, po czym uśmiechnął się. – Ale jak był młodszy to się mu przydarzało, kiedy był smutny, zagniewany albo podniecony w jakikolwiek sposób. Z czasem nauczył się nad tym panować i zdarzało mu się to coraz rzadziej.
Memorandus milczał, rozmyślając o tym, co przed chwilą usłyszał. Słowa Tamakiego niejako potwierdziły już to, czego dowiedział się od Kenty. Była jednak pewna rzecz, która nie dawała mu spokoju.
- I jesteś pewien, że nie było sytuacji, w której jego moce mogłyby komuś zagrażać?
- Tak, w żadnym razie nie było takich sytuacji – odrzekł Tamaki i spojrzał na starego przyjaciela chłodno. – Mój syn może i jest dziwny, ale niegroźny.
- Rozumiem i wierzę ci – odparł doktor March.
Tamaki natychmiast nieco się rozluźnił.
- Nie mam więcej pytań – oświadczył Memorandus. – Chciałbym teraz porozmawiać z twoją żoną.
- Oczywiście – odrzekł pan Mosuno i podniósł się na równe nogi. – Powiem jej, aby przyszła.
Opuścił pokój. Przez te pół minuty, kiedy czekał na przybycie Saki, Memorandus zastanawiał się nad tym, czego się do tej pory dowiedział. Miał już pewien obraz tego jak ta rodzina działała, ale była pewna rzecz, która nie dawała mu spokoju. Musiał się upewnić, co do swoich przypuszczeń.
Drzwi się otworzyły i pani Mosuno przez nie weszła. Memorandus nie wstał, tylko od razu powiedział jej, aby usiadła. Sposób, w jaki siedziała, czekając na pytania, wydał się doktorowi sztywny, jakby była na przesłuchaniu i czekała na to, co przesłuchujący zamierza zrobić.
- Czy Tamaki albo Kenta mówili coś o tym, jakie pytania im zadawałem? – zaczął Memorandus.
- Nie – zaprzeczyła Saki.
Wydawała się mówić prawdę, więc doktor March przeszedł do dalszych pytań:
- Proszę mi opowiedzieć coś o zainteresowaniach Shichiro.
Tak jak wcześniej jej mąż, tak teraz i Saki potrzebowała chwili, aby się zastanowić. A im dłużej się zastanawiała, tym bardziej Memorandus mógł dostrzec napięcie widoczne w całym jej ciele. Najwidoczniej była czymś sfrustrowana i on miał pewne podejrzenia na temat źródła tych frustracji.
- No cóż – odezwała się wreszcie – na pewno lubi historię. Interesuje się też okultyzmem. Twierdzi, że widzi duchy. Całe szczęście, że nie został gothem. Jeszcze by tego brakowało, aby zrobił sobie grzywkę i zaczął chodzić cały na czarno…
Memorandus dywagował na temat tego, czy powinien jej powiedzieć, co na pytanie o hobby syna odpowiedział Tamaki… ale doszedł do wniosku, że lepiej na razie tego nie mówić.
- Czy były sytuacje, w których moce Shichiro stanowiły zagrożenie?
Saki rzuciła mu spojrzenie, które zdawało się mówić: „Ależ wypraszam sobie takie insynuacje!”, po czym znów przyjęła poważny wyraz twarzy i oświadczyła:
- Na szczęście nie. Mój syn wie, kiedy może używać mocy, a kiedy nie. – Nagle westchnęła i na jej twarzy pojawiło się zrezygnowanie, kiedy spojrzała na doktora Marcha i oznajmiła: – Powiem szczerze, doktorze, że czasem nie wiem, co z tym moim Shichiro zrobić. Nie wiem, co mu chodzi po głowie, nie wiem jak sobie poradzić z jego mocami… Widział pan, co się działo, kiedy próbował zjeść ten sernik. To się zdarza dość często i czasem się zastanawiam, czy on nie robi tego specjalnie.
- Niby dlaczego miałby to robić specjalnie? – spytał Memorandus. Jednocześnie poczuł wzbierające w nim jakieś napięcie.
- Aby zwrócić na siebie uwagę, ot co! – odrzekła energicznie. – Czytałam o tym w czasopiśmie… starsze dziecko zaczyna zachowywać się jak bobas, aby zwrócić na siebie uwagę matki, kiedy ta zajęta jest jego młodszym rodzeństwem.
Napięcie wzmogło się.
- No tak, pani Mosuno – zaczął doktor March – ale to odnosi się raczej do przypadków, kiedy rodzeństwo jest w wieku niemowlęcym, a nie nastoletnim.
- Och, naprawdę? – Pani Mosuno podniosła brwi ze zdziwienia, ale zaraz się zreflektowała i dodała: – Ale sam pan przyzna, że Shichiro zachowuje się nieodpowiednio do wieku.
Napięcie we wnętrzu doktora Marcha wreszcie uformowało się w dobrze znaną mu emocję. Tak, Saki Mosuno miała konkretną wizję swojego dziecka. Memorandusowi z kolei cisnęło się na usta kilka niemiłych zdań, ale postanowił ich nie wypowiadać. Zamiast tego odparł krótko:
- Nie odniosłem takiego wrażenia.
To stwierdzenie z kolei nieco zbiło Saki z pantałyku.
- Proszę mi powiedzieć – ciągnął dalej doktor March – jak pani idzie ćwiczenie, jakie wam zadałem?
- Och… – spojrzała na moment w dół, aby zaraz dodać z lekkim zdenerwowaniem: – No cóż… jeszcze nie skończyłam.
Dlaczego go to wcale nie zdziwiło?
- Przecież mamy czas aż pan porozmawia ze wszystkimi, prawda? – powiedziała pani Mosuno i uśmiechnęła się.
- Tak – odpowiedział. – Ma pani rację.
Naprawdę starał się nie okazywać wzrastającej w nim niechęci, ale jego klientka mu tego nie ułatwiała.
Podniósł się z krzesła i oznajmił:
- Nie mam już do pani więcej pytań.
- Na pewno? – zapytała Saki.
- Na pewno – przytaknął. – Czas już, żebym porozmawiał z Shichiro. A pani niech dokończy ćwiczenie.
- Długo ta rozmowa potrwa? – spytała jego rozmówczyni, sama wstając na równe nogi.
- Nie wiem – odrzekł Memorandus. – Ale podejrzewam, że dłużej niż pięć minut.
- Rozumiem – odparła i zwróciła się w stronę drzwi. – Zaraz przyślę do pana syna.
5

Nadeszła chwila prawdy. Memorandus wiedział już wszystko, aby przeprowadzić rozmowę z Shichiro Mosuno sam na sam. Zastanawiał się jak ona przebiegnie i co uda mu się ustalić.
Po chwili drzwi się otworzyły i wszedł przez nie Shichiro. Tak jak przewidywał doktor March, chłopak był nadal spięty. Rzucił psychoterapeucie krótkie spojrzenie, aby zaraz potem zacząć unikać jego wzroku. Zamknął za sobą drzwi. Memorandus uśmiechnął się przyjacielsko.
- Usiądź, proszę – powiedział, wskazując krzesło naprzeciw siebie. Kiedy chłopak wykonał polecenie i spojrzał na niego spode łba, doktor March oznajmił: – Zanim zaczniemy, chcę, abyś wiedział pewną rzecz: Obowiązuje mnie tajemnica lekarska, tak więc cokolwiek mi powiesz, nie opuści tego pokoju. Możesz być pewien, że tylko ty będziesz decydował o tym, czy twoi rodzice będą wiedzieć, o czym tu rozmawiamy.
Shichiro przez chwilę przyglądał się Memorandusowi ze zdziwieniem. A potem nagle rozluźnił się.
- Dziękuję – odpowiedział i po raz pierwszy w ciągu wizyty doktora uśmiechnął się.
- Zaczynamy, kiedy będziesz gotów – oświadczył Memorandus. – Nie musimy się spieszyć.
Shichiro milczał przez chwilę i przyglądał się psychoterapeucie z zainteresowaniem. Nagle spuścił wzrok i powiedział cichym, nieśmiałym tonem:
- Pan ma sprawić… że będę normalny?
Memorandus posmutniał.
- No cóż – zaczął, odwracając oczy od klienta – z normą jest taki problem, że bardzo trudno ją określić. Psychologowie przez lata zastanawiają się nad tym, co należy definiować jako normalne, a co nie.
Przeniósł wzrok na Shichiro, który z kolei podniósł swój na psychoterapeutę. Popatrzyli na siebie nawzajem.
- Ale wiem, na przykład – ciągnął dalej doktor March – że normalne jest, aby moce parapsychiczne uaktywniały się, kiedy osoba nimi obdarzona odczuwa pewne emocje. Chociażby zawstydzenie albo smutek.
Shichiro milczał, jednak jego twarz zdradzała poruszenie.
- Łyżka zgięła się, bo twoja mama zaczęła wychwalać Kentę i to cię zasmuciło. Czy nie tak było?
Shichiro spojrzał w bok i przygryzł górną wargę.
- Tak – odpowiedział cicho. – Wiem, że to nie jego wina… Wiem, że mama ma powody, aby uważać, że jestem… że nie spełniam… – Miał widoczne trudności z wysłowieniem się. W końcu wziął głęboki oddech i przeszedł dalej: – W każdym razie staram się, aby to uczucie mną nie zawładnęło. Nie chcę nikomu zrobić krzywdy – dodał ciszej.
Memorandus wiedział, że natrafił na ważny trop.
- Mam pewne pytanie – oznajmił, splatając ręce i kładąc je na kolana. – Nie musisz na nie odpowiadać, jeśli nie chcesz, ale wiedz, że niezależnie od tego, co odpowiesz, nic ci się nie stanie.
- Rozumiem – Shichiro przytaknął. – Co to za pytanie?
Memorandus miał nadzieję, że chłopak jednak odpowie. Chciałby sprawdzić pewną hipotezę.
- Czy zdarzyło się – zaczął, nie spuszczając oczu z rozmówcy – aby twoje moce stanowiły zagrożenie dla ciebie albo osób w twoim otoczeniu?
Pierwszą reakcją nastolatka było wytrzeszczenie oczu ze zdziwienia. Następnie odwrócił wzrok, a jego pięści się zacisnęły. A potem zapytał nagle:
- Nic, co powiem, nie opuści tego pokoju?
- Tak jest – Memorandus przytaknął.
- I nie pomyśli pan, że jestem…? – zaczął Shichiro drżącym głosem, ale psychoterapeuta mu natychmiast przerwał:
- Nie – Doktor March uśmiechnął się do niego przyjaźnie. – Jestem tu po to, aby ci pomóc, nie po to, aby cię oceniać.
Coś pękło w nastolatku, bo kiedy spojrzał na Memorandusa po raz kolejny, w jego oczach pojawiły się łzy.
- Byli… byli tacy dwaj – zaczął łamiącym się głosem. – Jak byłem w trzeciej, może czwartej klasie podstawówki… – Urwał i szybko otarł łzy rękawem. Wziął głęboki oddech, jakby próbował tym samym wziąć się w garść, ale zaraz znów oczy zaszkliły mu się od łez.
- Starsi? Młodsi? – zapytał doktor March.
- Starsi. Dużo, dużo starsi – odpowiedział szybko Shichiro. – Nie pamiętam już w której… w której byli klasie. Pamiętam tylko – jego głos kompletnie się załamał – że byli wielcy.
Już się nie powstrzymywał. Pozwolił sobie na łzy. Tymczasem Memorandus od razu poczuł wydobywającą się ze swojego klienta jakby elektryzującą energię.
- Lubili się nad nami znęcać, zwłaszcza nade mną, bo jestem dziwny. Prawie codziennie czegoś ode mnie chcieli, a ja marzyłem o tym, aby ich tym razem nie było. Każdy dzień był przepełniony lękiem i poczuciem bezradności. Nienawidziłem tego, że nie mogłem im się przeciwstawić; że nie miałem odwagi im się przeciwstawić. To… to uczucie we mnie wzbierało z każdym dniem, aż pewnego dnia, kiedy zaciągnęli nas na tył szkoły i zagrozili, że pobiją Kentę, coś we mnie pękło i… i… – urwał zakrył twarz w dłoniach. – To się stało tak szybko… one po prostu wyrzuciły ich na ścianę…
I tak oto prawda wyszła na jaw. Memorandus zastanawiał się przez chwilę, czy Tamaki i Saki zarzekali się, że moce ich syna nigdy nie stanowiły zagrożenia, bo chcieli go chronić. Bardziej jednak skłaniał się ku hipotezie, że tak naprawdę nie wiedzieli o całym zajściu.
- I co zrobiliście, kiedy już do tego doszło?
Shichiro otarł łzy rękawem i spojrzał na doktora Marcha. Pociągnął dwa razy nosem i odpowiedział:
- Kiedy już minął… minął pierwszy szok, Kenta chwycił mnie za rękę i… i… uciekliśmy. Przez całą drogę do domu mówił mi rożne rzeczy – że nie możemy nikomu o tym powiedzieć; że jak rodzice się o tym dowiedzą albo szkoła, to… to może się zdarzyć coś złego… a potem nagle się uspokoił i stwierdził, że może teraz jak nasi prześladowcy poczuli uderzenie moich mocy, zostawią nas w spokoju.
- I tak było? – zapytał Memorandus.
- Przez jakiś czas leżeli w szpitalu nieprzytomni – odparł Shichiro, spuszczając wzrok. – Obaj doznali poważnych urazów głowy. Ponieważ o wiele wcześniej bili się z kimś, mieli… mieli siniaki i zadrapania na całym ciele. Było też powszechnie wiadomo, że czasem bili się ze starszymi uczniami. Kiedy wreszcie się obudzili i zostali wypytani o całe zdarzenie, mówili tylko, że to niczyja sprawa; że sami sobie poradzą. Tak więc oficjalna wersja wydarzeń była taka, że wdali się w bójkę z jakimiś wyrostkami i ze względu na jakiś uliczny kodeks honorowy nie chcieli wyjawić nazwisk. Ale kiedy wreszcie wrócili do szkoły, nigdy więcej już nas nie zaczepiali.
Mówiąc ostatnie zdanie, Shichiro nawet się nie uśmiechnął. Jeśli już, to jego unikanie wzroku rozmówcy można było odczytać jako oznakę głębokiego wstydu.
- Próbowałem ich nawet przeprosić, wie pan – mówił dalej. – Ale za każdym razem, kiedy do nich podchodziłem, oni chcieli znaleźć się jak najdalej ode mnie. Widziałem w ich oczach wyraz najczystszego przerażenia. – Prychnął pustym śmiechem. – Nawet nie próbowali ze mną walczyć. Jedno uderzenie moich mocy i nie byli już tacy twardzi…
- Wiesz – wtrącił doktor March, uśmiechając się – wiele dzieciaków byłoby szczęśliwych z tego, że posłało swoich prześladowców do szpitala. Ale ty, nawet po tylu latach, jesteś przerażony tym, co zrobiłeś.
- Oczywiście, że tak! – Shichiro podniósł nagle głos, ale zaraz spuścił wzrok i dodał, tym razem spokojnie: – To uczucie, które mną wtedy zawładnęło… nigdy więcej nie chciałbym być tą osobą. Nie chcę być tym, który posyła ludzi do szpitala.
Memorandus uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale zaraz spoważniał.
- Wasi rodzice wiedzieli o tym, że jesteście nękani w szkole?
- Mówiliśmy im kilka razy, ale oni twierdzili, że jeśli zgłosimy to w szkole i jeśli postawimy się tym dwóm, to wszystko będzie dobrze. Jednak ja nie miałem śmiałości im się przeciwstawić, a protesty Kenty nic nie dawały. Byliśmy przecież o wiele młodsi od nich.
- A szkoła? – dopytywał się doktor March, choć znał odpowiedź.
- Nie… nie wiedzieli, co z nimi zrobić. Zawiesz… zawieszali ich kilka razy, ale to nie dawało efektu. Z jakiegoś powodu nie chcieli ich posłać… nie chcieli, aby trafili do poprawczaka.
- Rozumiem.
W ciągu kilku godzin Memorandus dowiedział się dość o rodzinie swojego starego przyjaciela, aby postawić diagnozę. Obraz, który malował się przed nim, był pod wieloma względami tragiczny.
- Jedno, ostatnie pytanie w tym temacie – przechylił się odrobinę w stronę klienta i spojrzał mu w oczy. – Wasi rodzice nadal nie wiedzą o całym zajściu, prawda?
Shichiro pokręcił głową.
- Tak myślałem – odparł Memorandus i wyprostował się na krześle. Następnie popatrzył na chłopaka ze współczuciem. – Fakt, że przez tyle lat miałeś wyrzuty sumienia z powodu tego zajścia, już świadczy o tym, że masz serce na właściwym miejscu. Uważasz, że to, co się stało, było złe i że nigdy nie powinieneś używać swoich mocy, aby krzywdzić innych. Osobiście uważam, że była to samoobrona, obojętnie jednak jak na to spojrzeć, nie jesteś złym dzieciakiem.
Na twarzy Shichiro pojawiło się lekkie zdziwienie, które następnie przemieniło się w nieśmiały uśmiech.
- Jednakże – Memorandus ciągnął dalej, a jego poważny ton sprawił, że chłopak przestał się uśmiechać – sam rozumiesz, że trzymałeś to w sobie za długo. Mam wrażenie, że należysz do tych osób, które siedzą cicho, kiedy coś im przeszkadza, i pozwalają, aby frustracja i stres powoli, powoli narastały, dopóki nie osiągną masy krytycznej. Chcesz stłamsić w sobie emocje, jednak one nie znikają, tylko manifestują się poprzez twoje moce.
- Och… – powiedział Shichiro i spuścił wzrok.
Milczał przez chwilę, prawdopodobnie zastanawiając się nad tym, co przed chwilą usłyszał.
Doktor March położył mu rękę na ramieniu, sprawiając, że chłopak zwrócił znów na niego uwagę.
- Wiesz – zaczął, posyłając klientowi kolejny przyjacielski uśmiech – słyszałem, że interesujesz się duchami.
- No, tak trochę – odparł niepewnie Shichiro.
- Mam pewną znajomą, która zna się na tych sprawach. Spędziła wiele lat zajmując się wszystkim, co paranormalne. Może kiedyś poznam was ze sobą i porozmawiacie sobie?
Nastoletni esper po raz kolejny uśmiechnął się nieśmiało i przytaknął.
- Byłoby miło.
- Teraz chodź – Memorandus spoważniał i podniósł się z krzesła. – Muszę porozmawiać z twoimi rodzicami.
6

Pierwsza rzecz, którą zrobił Memorandus, kiedy powrócił do państwa Mosuno i ich młodszego syna, było sprawdzenie jak całej rodzinie poszło zadane przez niego ćwiczenie. Przez dobre trzy minuty przeglądał kartki, na których Tamaki, Saki, Kenta i Shichiro wypisali pięć zalet młodego espera. Czuł na sobie uważny wzrok całej czwórki czekającej na to, aż przejdzie do omawiania tego, co odkrył.
- Nie za bardzo rozumiem, co to ćwiczenie miało pokazać. – Pani Mosuno przerwała ciszę pierwsza.
Memorandus odłożył kartki na stół i spojrzał na nią.
- Proszę mi powiedzieć taką rzecz: Czy wyliczenie pięciu zalet Shichiro sprawiło wam dużo problemów?
Milczeli przez moment, zapewne zastanawiając się nad odpowiedzią, aż w końcu odezwał się Tamaki:
- Pierwsze trzy punkty były łatwe. Nad czwartym i piątym musiałem dłużej pomyśleć.
Doktor March spojrzał na kartkę Tamakiego.
- Napisałeś, że Shichiro jest uprzejmy, pomocny, zawsze sprząta swój pokój, dużo czyta i zna się na historii. Całkiem nieźle. A jak tobie poszło, Kenta?
- U mnie było podobnie – przyznał chłopak. – Ale problemy miałem tylko z ostatnim punktem.
Memorandus przeczytał jeszcze raz kartkę Kenty.
- Według ciebie, brat jest miły, ma dobre serce, unika konfliktów, wie dużo o historii i duchach, oraz umie słuchać. Dobrze, dobrze. – Psychoterapeuta przeniósł wzrok na Saki i dodał: – Natomiast pani wypisała tylko, że Shichiro jest dobry i pomocny, ale nic poza tym. Dlaczego?
- No cóż… – Saki odwróciła wzrok, ale zaraz potem spojrzała znów na Memorandusa i oświadczyła: – Może rzeczywiście nie było to takie łatwe.
- Tego się właśnie spodziewałem – stwierdził doktor March i dodał po chwili: – Droga pani, czy moglibyśmy porozmawiać na osobności? – Natychmiast kątem oka zauważył zdenerwowanie na twarzy Shichiro, więc zaraz oświadczył: – Chciałbym pani zadać pani kilka pytań o to ćwiczenie i wolałbym nie robić tego przy reszcie rodziny.
- Jest pan bardzo tajemniczy, doktorze March – stwierdziła Saki i wstała. – Ale zgoda, pójdę z panem.
Niebawem znów znaleźli się w pokoju chłopców i znów siedzieli na tych samych krzesłach, co wcześniej. Doktor March poczuł wzbierającą w nim energię. Postanowił powiedzieć pani Mosuno kilka rzeczy:
- Pewien mój znajomy nauczyciel powiedział mi, że nikt nie jest większym ekspertem od wad dziecka, niż jego rodzice. Matka albo ojciec często są pierwszymi do wyliczenia przywar swoich pociech, ale już przy zaletach nie są tak rozmowni. Oczywiście, są rodzice, którzy widzą tylko zalety swoich dzieci; jak również tacy, którzy są świadomi i ich zalet, i wad… Niemniej jednak od samego początku odnosiłem wrażenie, że ma pani jednego syna w większym poważaniu niż drugiego.
Saki nic nie mówiła. Przyglądała się tylko psychoterapeucie z wyrazem zaciekawienia, ale podszytego pewnego rodzaju oburzeniem.
- Jeden z nich – ciągnął dalej doktor March i nieświadomie podniósł głos – jest w pani oczach wspaniałym chłopcem z sukcesami, a drugi to same problemy. Kenta ma przyjaciół, Shichiro jest odludkiem. Kenta radzi sobie w szkole, Shichiro nie. Kenta jest normalny, Shichiro jest dziwny. Innymi słowy: Kenta jest tym, który się udał, w przeciwieństwie do Shichiro, z którym coś poszło nie tak. Dlatego stawia pani Kentę za wzór Shichiro.
- A wie pan, co ja myślę? – Saki podniosła się z krzesła. – Myślę, że chce pan zrzucić winę za problemy Shichiro na mnie. Już ja dobrze znam te sztuczki psychiatrów. Lubicie wmawiać matkom, że są złe.
Memorandus już zamierzał odpowiedzieć, że niektóre matki są złe; że niektóre matki faworyzują jedno dziecko ponad pozostałe; że on sam znał to z autopsji. Ale nagle zdał sobie sprawę, że znów to zrobił. Znów pozwolił, aby uczucia wobec jego własnej matki rzutowały na jego pracę.
- Proszę usiąść. – Memorandus powiedział po chwili spokojnie. Saki spełniła jego prośbę, ale nadal patrzyła na niego z wyraźną wrogością. – Przepraszam za swoje zachowanie – dodał zaraz potem, czując wzbierające w nim zakłopotanie. – Zapewne, kiedy dowiadywaliście się o mocach parapsychicznych, spotkaliście się z terminem „sprzężenie emocjonalno-parapsychiczne”, w skrócie SEPP.
- Tak, wiem o co chodzi – przyznała Saki. – Chodzi o to, że niektóre manifestacje mocy parapsychicznych są reakcją emocjonalną na pewne wydarzenia.
- Otóż to – odparł doktor March. – Problem Shichiro jest rzeczywiście złożony. Powodów takiego, a nie innego stanu rzeczy u dziecka jest zawsze więcej niż jeden. Musi pani jednak spojrzeć prawdzie w oczy: od kiedy moce Shichiro objawiły się po raz pierwszy, postrzegała je pani jako niedogodność. Zapewne trudno pani było uporać się z wyzwaniami, jakie stawiało wychowanie tak obdarzonego dziecka. Toteż, kiedy okazało się, że Kenta nie ma żadnych mocy, odetchnęła pani z ulgą.
- Dopowiada pan to sobie, doktorze – prychnęła śmiechem Saki, a zaraz potem spoważniała. – To prawda, że radzenie sobie z mocami Shichiro było trudne, ale w żadnym razie nie faworyzuję żadnego z moich dzieci.
Nagle drzwi do pokoju się otworzyły i do środka wszedł Kenta.
- On ma rację, mamo – odezwał się, spoglądając na matkę poważnie. – Ciągle mnie chwalisz przed innymi, ale nie pamiętam, abyś kiedykolwiek chwaliła Shichiro. Wręcz rozwodzisz się nad tym, jak to dobrze sobie radzę i nad tym, jak bardzo on sobie nie radzi.
- To wpływa na jego samoocenę i samopoczucie, a te z kolei skutkują wyładowaniami mocy parapsychicznej – wyjaśnił doktor March.
Saki milczała przez chwilę, jakby zastanawiała się nad tym, co przed chwilą usłyszała.
- Proszę zrozumieć, ja mówię to wszystko, bo się o niego martwię – odparła w końcu. – Rodzice mają prawo martwić się i wyrażać swoje obawy. W końcu każda matka chce dla dziecka jak najlepiej. Chce, aby miało sukcesy i przyjaciół, którym na nim zależy…
- Tak, to jest w pełni zrozumiałe – przerwał jej Memorandus. – Ale rzecz w tym, że stawia pani za silny nacisk na to, jak wielkim kłopotem jest Shchiro. Właściwie to podczas mojej wizyty tylko raz zdarzyło się, aby powiedziała pani coś miłego na temat starszego syna. A i tak miało to miejsce, kiedy rozmawialiśmy sam na sam. Czy rozumie pani, o co mi chodzi?
Nic nie odpowiedziała, ale wydawała się rozważać to, co przed chwilą usłyszała. Memorandus zaś pomyślał, że pewnie podczas którejś z kolejnych sesji być może dowiedziałby się, jak Saki została wychowana i doszukałby się powielania jakichś niezdrowych wzorców.
W końcu sam też coś o tym wiedział.
- Teraz powróćmy do Tamakiego i Shichiro – oznajmił doktor March. – Muszę wam wszystkim coś pokazać.
We trójkę wrócili do pokoju państwa Mosuno, po czym Memorandus wyciągnął na wierzch kartkę Shichiro i postawił ją na środku stołu, aby cała rodzina mogła przyjrzeć się temu, co było na niej napisane. Od razu brwi Tamakiego, Saki i Kenty podniosły się ze zdumienia, a potem wszyscy troje spojrzeli na Shichiro, który siedział tylko, jakby z boku, ze zwieszoną głową.
- Niby jeden punkt, a mówi całkiem sporo – zaczął Memorandus i cała rodzina spojrzała na niego. – Już choćby przez to, że jest tylko jeden.
Na kartce było napisane: „Jestem miły.”
- Wielu ludzi, kiedy prosi ich się, aby powiedzieli albo napisali o sobie coś pozytywnego, ma z tym problemy. To zrozumiałe – doktor March uśmiechnął się lekko – w końcu zbytnie zadufanie w sobie jest wadą. – Spoważniał. – Jednak fakt, że Shichiro, mając tak dużo czasu, potrafił napisać tylko jedną rzecz, świadczy o tym, że nie ma o sobie zbyt wysokiego mniemania. Jak pani myśli, pani Mosuno? – spojrzał na nią. – Dlaczego tak jest?
Saki nie odpowiedziała. Memorandus miał nadzieję, że ta sytuacja da jej trochę do myślenia.
- Jest jeszcze jedna sprawa – dodał po chwili i zwrócił się do Tamakiego: – Dom powinien być miejscem, w którym Shichiro może znaleźć ostoję po ciężkim dniu. Chłopak powinien czuć, że ma oparcie w rodzicach. Jak wspominałem, jedna sesja nie wystarczy. Ponieważ pewnie nie uśmiecha się wam jeździć ciągle do Clive’s Grove i z powrotem, powinniście jak najszybciej znaleźć w Nowym Jorku jakiegoś specjalistę od psychologii rodziny i chodzić na sesje razem. Możecie też skorzystać z pomocy psychologa szkolnego.
- No właśnie nie możemy, bo oni nam nie pomogą z mocami Shichiro – zaargumentował Tamaki.
- Może jednak będziemy przyjeżdżać tutaj co jakiś czas – zaproponowała Saki, nieco nieśmiało. – Albo pan będzie odwiedzał nas. Tak, żeby sprawdzić, jak Shichiro sobie radzi.
Memorandus uśmiechnął się na taki obrót sprawy.
- Myślę, że to da się zrobić.
Ostatnio zmieniony 31 mar 2019, 08:42 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Zaczarowana
uczeń
Posty: 25
Rejestracja: 16 mar 2019, 19:19

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Zaczarowana » 21 mar 2019, 11:40

Całkiem ciekawy rozdział. Między wierszami, pozwoliłaś nam dowiedzieć się czegoś więcej o Memorandusie, że nie do końca dogaduje się z rodziną, a mimo to robi wszystko, żeby zachować profesjonalne podejscie do swojego pacjenta. Rozmowa z rodziną Shichiro musiała być dla niego trudniejsza, przez własne doświadczenia.

Jestem ciekawa, jak rozwiniesz dalej ten wątek i co jeszcze wymyślisz. Weny i czasu na pisanie kolejnych części!
Ostatnio zmieniony 31 mar 2019, 18:41 przez Zaczarowana, łącznie zmieniany 1 raz.
"Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni, nie mają z tym problemu."
- Fritz Perls -


»ao3«»Mirriel«»ff.net«

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 31 mar 2019, 08:38

Rozdział 4: Dysocjacja temporalna

1

- Ale serio, powiedz jak tam było. – Kapral Kim podążał za nią z tacką obiadu w rękach.
- Daj mi spokój, Henry. – Chorąży Claire Benton usiadła przy stoliku. – Ledwo wróciłam, a ty mnie męczysz.
Niezrażony kapral dosiadł się do niej. Zwykle Claire lubiła jego towarzystwo (byli przyjaciółmi właściwie od akademii), ale tym razem wolała, aby sobie poszedł.
- Wiedziałaś, że będę chciał poznać wszystkie szczegóły – powiedział, wbijając widelec w klopsika. – Umówiliśmy się, że jak wrócisz z pierwszej takiej poważnej podróży, wszystko mi opowiesz. – Ugryzł klopsa i zaczął go rzuć.
- Nie wszystko mogę ci powiedzieć – odparła, również biorąc się za jedzenie. – Wiele z tego jest ściśle tajne. Poza tym sama próbuję to sobie jakoś poukładać.
Henry przełknął i westchnął ze zrezygnowaniem.
- No dobrze, nie będę naciskał – oznajmił wreszcie. Claire już myślała, że będzie miała spokój, kiedy nagle kapral z rozmarzeniem powiedział: – Wiesz, czasem ci zazdroszczę. Ile ja bym dał, aby móc przenieść się do ery disco albo do renesansu, albo w czasy, kiedy mój dziadek spotkał moją babcię…
- A efekt motyla sprawiłby, że byś się nie narodził – przerwała mu Claire. – Nie mówiąc już o tym, że żadna z wymienionych przez ciebie epok nie sprzyjała zbyt bardzo Koreańczykom.
Spojrzała na niego. Wielokrotnie zastanawiała się, czy zmienił się jakoś po jej powrocie; czy pamięta coś, czego nie pamiętała ona. Odkąd wróciła wszystko było takie same… a jednak inne.
- Coś nie tak? – zapytał, prawdopodobnie dziwiąc się, że mu się przygląda.
- Nie, nie – odparła i przeniosła wzrok na tackę z jedzeniem.
Milczeli przez chwilę, jedząc posiłek. Ta cisza miała w sobie coś miłego, chociaż Claire podejrzewała, że dla Henry’ego mogła być trochę niezręczna. Lubił rozmawiać przy posiłku, a teraz chyba nie wiedział jak zmienić temat.
- Pokazywałaś już Desmondowi swoją książkę? – powiedział w końcu.
Claire uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Nie, jeszcze nie. Ale on próbował mi wcisnąć swoją – przerwała jedzenie i zastanowiła się przez chwilę. – Tajne sprawy kosmitów… chyba taki miała tytuł. I chyba napisał ją facet od Całej prawdy o Minerwie. Nie wiem nawet czemu Desmond próbuje, przecież i tak wie, że nie zmienię zdania.
- Nie, ty nie rozumiesz, Claire – odparł z udawanym zaaferowaniem Henry. – On cię ratuje przed tobą samą. No bo przecież to nie on się zachowuje jak oszołom, to ciebie doktor March poddaje praniu mózgu.
- Nie, aż tak nie – oznajmiła równie żartobliwie Benton. – Po prostu nasz drogi chorąży Desmond myśli, że jestem naiwna i nie widzę zagrożenia.
Claire śmiała się, ale zaraz pomyślała o doktor Vatos. Ona również nie przepadała za bardzo za Minerwianami, ale u niej to wynikało z przykrych doświadczeń, a nie przeświadczenia, że obcy chcą podbić świat. Kiedy pewnego dnia Claire wspomniała, że chciałaby kiedyś polecieć na Minerwę, doktor Vatos nie omieszkała opowiedzieć jej o tym, co udało jej się zaobserwować i w jaki sposób wielu minerwiańskich naukowców ją potraktowało. Claire nadal chciała polecieć, bo minerwiańska kultura wydawała jej się fascynująca.
Zresztą, tych kilku Minerwian, których spotkała, było całkiem miłych.
Nagle Claire przypomniała sobie, że następna wizyta będzie miała miejsce za dwa dni. Właściwie to cieszyła się, że tak się złożyło. Miała przecież bardzo dużo do powiedzenia.
2

Jak zwykle przywitał ją uśmiechem, jak starą przyjaciółkę.
- Dobrze cię widzieć, Claire – powiedział.
- Pana również, doktorze – odparła i zaraz dodała: – Jak idzie lektura?
- Ach, tak, lektura – oświadczył doktor March, po czym szybko podszedł do biurka.
Otworzył szufladę i wyciągnął z niej książkę, którą jakiś czas temu Claire mu pożyczyła – Wielki sen. Następnie podszedł do pani chorąży i oddał jej własność.
- Muszę przyznać, że bardzo mnie wciągnęła. Nadal jednak uważam, że Zabójstwo Rogera Ackroyda jest lepsze.
- Ależ to trudno porównywać – odrzekła Claire. – W końcu to dwa różne rodzaje kryminału. Wielki sen to czarny kryminał, charakterystyczny dla Stanów Zjednoczonych, tymczasem Zabójstwo Rogera Ackroyda to kryminał klasyczny, głęboko osadzony w brytyjskiej prowincji.
- Ktoś bardziej snobistyczny powiedziałby, że nikt nie może się równać z Królową Kryminału. Masz jednak rację, to jabłka i pomarańcze – stwierdził doktor March z uśmiechem.
Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że się nie zmienił. Claire postanowiła jednak coś sprawdzić.
- Jak tam rodzina, doktorze?
- Brutus pracuje nad jakimś nowym projektem robota, Desdemona zdobyła nagrodę w konkursie kulinarnym, Artemida szykuje się w kolejną podróż, a rodzice nadal chcą, abym znalazł sobie dziewczynę – podsumował krótko psychoterapeuta.
No cóż, co najmniej trójka z jego piątki rodzeństwa była na swoim miejscu.
- A u twojego taty i macochy jak? – zapytał doktor.
Claire zmieszała się. To pytanie było niebezpiecznie blisko tematu dzisiejszej sesji, a nie chciała go jeszcze poruszać. Powiedziała więc tylko:
- Raczej dobrze. Jakoś sobie radzą.
Doktor March chyba wyczuł, że jego pacjentka nie za bardzo chce się wdawać pogawędkę, bo stwierdził:
- No cóż… to może zaczniemy?
- Oczywiście – odparła tylko.
Usiadła na krześle przed biurkiem, a doktor – na swoim stały miejscu. Jeszcze przez chwilę trwała cisza, a potem psychoterapeuta ją przerwał:
- Jak się trzymasz? Mam nadzieję, że nie było ostatnio żadnych ataków.
- Nie, nie – uspokoiła go. – Ten specyfik, który mi pan przepisał, działa całkiem nieźle. Od ponad dwóch miesięcy się nie przemieniam.
- To dobrze – odrzekł. – Nie ma żadnych skutków ubocznych?
Claire zastanowiła się przez chwilę.
- Na razie tylko brak apetytu na mięso. Ale to chyba normalne.
- W rzeczy samej.
Znów zapadła cisza. Tym razem wydawała się bardziej niezręczna. Claire chciała podjąć temat ostatnich wydarzeń, ale nie wiedziała jak się do tego zabrać. W końcu jednak doktor zapytał:
- A jak tam w pracy?
To było wejście, którego potrzebowała i cieszyła się, że doktor zadał to pytanie i do tego w taki sposób. To jej dawało możliwość przejścia do niedawnych wydarzeń w tempie, które uważała za stosowne.
- Pamięta pan, doktorze, tę maszynę, nad którą pracowałyśmy z doktor Vatos?
- Tak – odparł krótko doktor March. – Ale podobno to ściśle tajne.
Claire puściła tę uwagę mimo uszu. Oboje wiedzieli, że Marcha obowiązywała tajemnica zawodowa, a Claire – inne środki bezpieczeństwa niż przy reszcie pacjentów.
- No więc – zaczęła swoją opowieść chorąży Benton – jakiś tydzień temu udało nam się ją uruchomić. Ja i doktor Vatos byłyśmy bardzo podekscytowane, przez krótką chwilę nawet nie mogłam uwierzyć w to, że to się dzieje naprawdę. Ale się działo. I było niesamowite… – Chorąży rozmarzyła się, jednak zaraz się otrząsnęła i teraz mówiła bardziej rzeczowo: – Oczywiście uruchomienie maszyny czasu to jedna rzecz. Najpierw musiałyśmy przeprowadzić kilka testów, zanim wyruszyłybyśmy gdzieś dalej w przeszłość lub przyszłość. Poza tym mieliśmy mechanikę podróży w czasie do rozszyfrowania.
- Rozsądne podejście – skomentował doktor March.
- Tak więc najpierw sprawdziłyśmy czy działa. Przeniosłam się o jedną minutę, przemknęłam się niezauważona przez samą siebie i innych z przeszłości, i zabrałam ze swojego biurka kubek. Kiedy wróciłam do swojego czasu, miałam już dwa identyczne kubki, stanowiące dowód na to, że przeniosłam się w czasie. Przyszedł więc czas testów. Przenosiłyśmy się na krótkie dystanse, monitorowałyśmy swoje reakcje biologiczne, brałyśmy różne przedmioty z przeszłości i sprawdzałyśmy jak długo zajmie efektowi domina sprawienie, aby jeden z przedmiotów zniknął. Sprawdzałyśmy nawet te przedmioty pod kątem składu chemicznego i właściwości fizycznych. – Westchnęła ze zrezygnowaniem i powiedziała po chwili: – Wie pan, doktorze, te wszystkie testy może i same w sobie były potrzebne i mogły odkryć coś interesującego na temat podróży w czasie, jednakże ja już pierwszego dnia przeprowadzania ich zapragnęłam posunąć się nieco dalej. Zaczęłam marzyć o odwiedzaniu dalekich epok, spotykaniu postaci historycznych… byciu świadkiem wielkich wydarzeń w historii ludzkości. Chyba każdy marzy o tym, żeby przenieść się w czasie w jakiś konkretny okres. Zobaczyć dinozaury, wybrać się na pierwsze Woodstock, przejść się po Florencji w czasach Leonarda da Vinci. Szczególnie jak to jest ktoś, kto fascynuje się historią albo literaturą, albo jakąś dziedziną nauki… albo po prostu ma wrażenie, że w jakiejś dawno minionej epoce było lepiej niż jest teraz. Do jakiej epoki pan by się wybrał, doktorze, gdyby miał pan możliwość? – zapytała nagle.
- Och… ja? – Najwyraźniej doktor March nie spodziewał się tego pytania. Przytknął końcówkę długopisu do brody i zamyślił się. – No cóż – odparł po chwili, a na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek – zawsze chciałem pójść na wykład profesora Freuda o psychoanalizie i wygarnąć mu, że jego teorie to stek bzdur. – Po czym dodał z udawanych zrezygnowaniem: – No, ale pewnie bym się strasznie wyróżniał. Poza tym mój niemiecki jest na fatalnym poziomie. A tak naprawdę – oparł się wygodnie w fotelu i pozwolił, aby na twarzy pojawiło mu się lekkie rozmarzenie – to chciałbym się cofnąć do szalonych lat dwudziestych dwudziestego wieku. Zawsze wydawało mi się, że to bardzo fascynująca epoka.
- No, ale nie pozbawiona niebezpieczeństw – przypomniała Claire.
- Prawda, prawda – przyznał doktor March.
- W tym właśnie sęk, że czytając albo oglądając coś związanego z konkretną epoką, możemy oglądać przeszłość z bezpiecznej odległości – stwierdziła Claire. – Możemy zachwycać się cudami epoki bez martwienia się o to, że dopadną nas skutki tamtejszych realiów. Oglądając westerny, na przykład, możemy opowiadać jaki to Dziki Zachód był wspaniały i marzyć o byciu kowbojami, ale nie musimy się martwić o higienę, rasizm i brak lekarstw, których jeszcze wtedy nie wynaleziono. Nikt po głębszym namyśle nie zdecydowałby się zostać w dawnych czasach, bo jednak nasze oferują pewne ułatwiające życie luksusy.
- No, fakt – odparł doktor March.
- Mówię o tym tylko dlatego, że od zawsze zakładałam, że nasz wehikuł czasu będzie raczej używany do badań historycznych albo czegoś w rodzaju turystyki temporalnej. I właśnie korciło mnie, aby wreszcie wypróbować naszą maszynę w jednym z tych celów. Ale doktor Vatos kategorycznie tego zabraniała, dopóki nie przekonalibyśmy się, jakie ewentualne ryzyko biologiczne stanowi samo użycie maszyny. – Nagle spuściła wzrok i jej wyraz twarzy stał się smutniejszy. – Tak naprawdę jest jeszcze jeden powód, dla którego ludzie marzą o podróżach w czasie: chcieliby nie doprowadzić do tego, aby pewne wydarzenia miały miejsce. O tym też myślałam wielokrotnie. Nawet zanim w ogóle odkryłam, że będę pracować nad wehikułem czasu.
Spojrzała znów na doktora Marcha i uśmiechnęła się smutno.
- To nawet trochę zabawne. Przed podróżą w przeszłość wielokrotnie opowiadałam panu o swoim dzieciństwie podczas sesji. A teraz nie wiem nawet, jak bardzo różni się to od tego, co mówiłam panu w tej linii czasowej.
Uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jakby co, powiem ci, jeśli coś jest inaczej niż pamiętam.
Claire odwzajemniła uśmiech. Następnie spoważniała i ciągnęła dalej, nieco ostrożnie:
- W takim razie, zanim opowiem, co się stało, muszę się dowiedzieć kilku rzeczy. Co pan pamięta o moim ojcu?
- Cóż – zaczął doktor March – wiem, że nazywał się Jack Benton i był nauczycielem. Wiem, że przez większą część twojego życia wychowywał cię samotnie, ale kiedy byłaś na studiach poznał manikiurzystkę, która z początku ci się nie spodobała, ale po jakimś czasie się do niej przekonałaś. Dwa lata później wzięli ślub. Wiem też, że twój ojciec interesuje się nowymi technologiami i oboje zawsze chcieliście polecieć na Minerwę. Obecnie mieszka w San Francisco.
- No cóż… trochę z tego jest zgodne z tym, co powiedziałam panu przed skokiem w przeszłość – stwierdziła chorąży Benton. – Aczkolwiek jest kilka rzeczy, które zostały pominięte.
- Och, naprawdę? – zapytał psychoterapeuta. – Co na przykład?
- No, na przykład – odparła Claire – że mój ojciec zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałam szesnaście lat. To… – przerwała, wzięła głęboki oddech i dopiero po wypuszczeniu go ciągnęła dalej: – To się stało, kiedy jechał odebrać mnie z imprezy u Freda Johnsona, na której się upiłam. – Uśmiechnęła się gorzko. – Tak się złożyło, że inny, podchmielony chłopak, postanowił wyjść wcześniej. – Przestała się uśmiechać. – Kiedy mój tata po mnie jechał, spotkał tego chłopaka, który akurat przechodził przez ulicę. Za późno go zobaczył i pospiesznie zahamował. W rezultacie uderzył w pobliskie drzewo. Nie poznał żadnej manikiurzystki, nie ożenił się ani nie mieszka w San Francisco. Przynajmniej w tej linii czasowej, z której pochodzę.
- No cóż… – odrzekł doktor March i oparł się bardziej w fotelu. – Uczyli mnie na studiach, że leczenie podróżników w czasie może skutkować takimi niespodziankami.
To, że Minerwianie mieli do czynienia z podróżnikami w czasie, wcale jej nie zdziwiło. W końcu pobratymcy doktora Marcha już mieli w tym względzie pewne osiągnięcia i nie była to jedyna dziedzina, w której odnieśli znaczące sukcesy. Ludzkie uczelnie i rządy zabiegały o to, aby móc rozwijać tę technologię, ale Minerwianie byli wybredni, jeśli chodzi o to, komu jej użyczali. Z tego, między innymi, powodu doktor Vatos ich nigdy nie lubiła. Claire z kolei w pełni rozumiała rozwagę Minerwian. W końcu gdyby ta technologia wpadła w nieodpowiednie ręce, mogłoby dojść do katastrofy.
- Jak mam rozumieć, po to właśnie chciałaś się wybrać w przeszłość – stwierdził po chwili doktor March. – Żeby ocalić ojca przed śmiercią.
- Tak, właśnie dlatego – odparła. – Chyba nie muszę mówić, że mój wypad był… nieautoryzowany. Oficjalnie przeprowadziłam pierwszy bardziej dalekosiężny skok w przeszłość i bezwiednie wpisałam datę jego śmierci. Minerwiańskie regulacje prawne odnośnie podróży w czasie, na które zgodziła się nasza jednostka, dopuszczają możliwość pomylenia daty albo nieumyślnego uruchomienia wehikułu czasu, a że urodziłam się i wychowałam w Clive’s Grove, które jest od zawsze obiektem zainteresowań naszej jednostki, nawet dobrze się złożyło. To jest wersja, którą przedstawili podporucznik Rogers i doktor Vatos.
- I rozumiem, że tej właśnie wersji mam się trzymać. – Doktor March uśmiechnął się przyjaźnie, ale zaraz potem jego uśmiech osłabł. – W takim razie zacznijmy od początku.
Claire oparła się wygodnie w fotelu. Wzięła głęboki oddech i przygotowała się mentalnie do tego, co miała wkrótce opowiedzieć.
- Długo nie mogłam się pozbierać po śmierci ojca. Stryj Matt i ciotka Amanda, którzy się mną zajęli, próbowali przekonać mnie, że to nie moja wina, ale ja nie mogłam przestać o tym myśleć. W końcu, gdybym nie poszła wtedy na tę imprezę, tata pewnie jeszcze by żył. Wielokrotnie w myślach cofałam się w czasie i zostawałam w domu, uczyć się do egzaminu z chemii albo oglądać jakąś głupią komedię. Kiedy indziej wychodziłam od Freda wcześniej, jeszcze trzeźwa i brałam ze sobą tamtego chłopaka, który przechodził przez ulicę. Miałam mnóstwo pomysłów na to, jak rozegrałabym całą sytuację, gdybym mogła cofnąć się w czasie. Ale to było niemożliwe. – Przymknęła oczy i westchnęła. Po chwili znów je otworzyła i ciągnęła dalej: – Próbowałam jakoś ruszyć dalej ze swoim życiem. Stryjostwo bardzo się starało pomóc mi w przejściu przez żałobę i w powrocie do normalności. I choć przyjęto mnie do akademii wojskowej, nie było dnia, w którym nie myślałabym o tamtej nocy. Kiedy więc po latach trafiłam tu i doktor Vatos wzięła mnie do pomocy przy swoich maszynach, w tym: wehikule czasu, odżyła we mnie nadzieja. A kiedy wreszcie go skonstruowałyśmy i sprawdziłyśmy czy działa, nie mogłam się już doczekać aż przeniosę się do przeszłości.
- Czy doktor Vatos wiedziała o tym, co chcesz zrobić? – zapytał nagle doktor March.
- Rozmawiałam z nią o tym, ale tylko w ramach ogólnikowych, hipotetycznych rozważań. Twierdziła, że jest wiele zmiennych, które musiałabym wziąć pod uwagę, aby czasem nie zmienić przeszłości innych. Później zdałam sobie sprawę z tego, że powinnam też zastanowić się jaki wpływ miało przygarnięcie mnie na mojego stryja i ciotkę; oraz to, czy bycie świadkiem wypadku mogło podziałać na tamtego chłopaka jak kubeł zimnej wody i od tej pory starał się być bardziej ostrożny. Tak czy inaczej, musiałam przyznać doktor Vatos rację, dlatego zanim ruszyłam w przeszłość, sprawdziłam kilka rzeczy. Wiedziałam, że przed śmiercią taty, stryj prawie się z nami nie kontaktował. Mówił, że przed laty miała miejsce jakaś sprzeczka i od tamtej pory bracia ograniczali interakcje ze sobą. To, że stryj Matt mnie potem przygarnął, sprawiło, że żałował, iż nie pogodzili się z tatą, kiedy jeszcze żył. Za to ów chłopak, niejaki Francis Dibney, był tak wstrząśnięty tym, co widział tamtej nocy i tym, że przez niego zostałam sierotą, że w końcu postanowił popełnić samobójstwo. To mi dało do myślenia. Musiałam zadbać, żeby nie tylko mój tata przeżył, ale też, aby się pogodził z bratem i aby Francis wyszedł na ludzi. Wiedziałam też, że jako szesnastolatka bardzo chciałam iść na tę imprezę, więc trudno byłoby przekonać mnie, abym została w domu.
- Sporo do roboty jak na jeden wypad – stwierdził psychoterapeuta.
- Miałam już jednak ułożony plan działania. Przemyślałam go w najdrobniejszych szczegółach. Przygotowałam się też na to, że coś może nie wypalić. Ale myśleć o przeniesieniu się w przeszłość, a naprawdę się do niej przenieść, to dwie zupełnie różne rzeczy.
- Nie wątpię. Chociaż pewnie jest tak z wieloma rzeczami – odparł doktor March i uśmiechnął się. Claire puściła tę uwagę mimo uszu i ciągnęła dalej:
- Czasy przed wypadkiem zawsze wyobrażałam sobie jako prawie sielankowe. Być może to nostalgia; tęsknota za czasami, kiedy miałam jeszcze ojca i nie musiałam żyć z konsekwencjami jego śmierci. Kiedy ustawiałam datę w wehikule czasu, myślałam głównie o czekającym mnie zadaniu. Cofnęłam się o pięć godzin przed imprezą i ustawiłam jako miejsce pobytu ulicę kilka przecznic od mojego rodzinnego domu. Kiedy przeszłam się kawałek, zobaczyłam jak mój ojciec właśnie wychodzi z samochodu.
Zamilkła na moment, aby pozbierać swoje myśli.
- Nie wiedziałam, że będzie to takie trudne. – Jej głos zaczął się załamywać. – Nie wiedziałam, że… że kiedy znowu go… go zobaczę… Wie pan, doktorze, całego i zdrowego… Nie spodziewałam się, że ogarnie mnie taka niemoc. – Znów wzięła głęboki oddech, aby się pozbierać. – Wiedziałam, że go znów zobaczę, oczywiście, że tak… – Uśmiechnęła się smutno. – Ale nagle zalała mnie fala emocji. Najpierw radość, że znów go widzę, potem smutek z powodu tego, co zgotował mu los, następnie rozrzewnienie związane z tym wszystkim, co chciałam mu powiedzieć: o sobie, o przyszłości, o tym, jak bardzo za nim tęsknię… Potem zalały mnie te wszystkie wspomnienia z dnia imprezy… Wie pan, doktorze, akurat tego dnia pomagał mi w lekcjach, a potem powiedział mi, że mogę pojechać do Freda, ale liczy na to, że będę odpowiedzialna. W każdym razie teraz, jako podróżniczka w czasie, przyglądałam się jak mój jeszcze żywy ojciec wyciąga z bagażnika zakupy, zamyka drzwi od auta i idzie do domu. Wreszcie otrząsnęłam się z tego dziwnego stanu, w którym byłam, kiedy zobaczyłam jak zamyka za sobą drzwi. Wtedy też przystąpiłam do dzieła. Podeszłam do drzwi rodzinnego domu i zapukałam. Tak jak się spodziewałam, otworzyła szesnastoletnia ja.
- Jeśli mogę spytać: jak się czułaś, widząc siebie z przeszłości?
Claire oblizała dyskretnie usta.
- Miała na sobie dżinsową spódnicę i różową koszulę z szerokimi rękawami. To pierwsze, co w niej zauważyłam: jej ubiór. No i włosy: jasne blond włosy spięte w wysoki kucyk. I kiedy tak na nią patrzyłam, przypomniałam sobie jak bardzo nienawidziłam trądziku na skórze i aparatu na zębach. W duchu ucieszyłam się, że teraz już wyglądam inaczej. Niemniej jednak stałam przy drzwiach za długo, bo ta młodsza ja zapytała, czy czegoś chcę. Powiedziałam jej: „Cześć, nie znasz mnie. Jestem Marsha, znajoma twojej ciotki, Amandy. Chciałabym porozmawiać z tobą i twoim tatą.” Od razu widać było, że jest bardzo podejrzliwa, ale kiedy tylko ojciec mnie zobaczył, od razu postanowił mnie wpuścić do domu. Widzi pan, on, co prawda miał na pieńku ze stryjem, ale zawsze lubił jego żonę. Wiedziałam, że jeśli się na nią powołam, zechce mnie wysłuchać. Tak więc zaprowadzono mnie do kuchni, gdzie tata zaczął układać zakupy na swoje miejsca, a ja z przeszłości włączyła czajnik, aby zrobić mi potem herbatę. Znów poczułam się dziwnie – uśmiechnęła się smutno – no bo przecież siedziałam w kuchni swojego dzieciństwa, w towarzystwie szesnastoletniej wersji siebie i dawno niewidzianego ojca. A jeszcze pytano mnie jaką herbatę chcę. To wszystko było takie surrealistyczne… Znajdowałam się w tym domu, w którym się wychowałam, ale byłam gościem.
Otrząsnęła się i wyprostowała na krześle.
- W każdym razie – ciągnęła dalej swoją opowieść – zaczęłam od opowiedzenia im trochę o tym jak żyją stryjek Matt i jego żona. Powiedziałam im, że ciotka Amanda bardzo chciałaby, aby Matt i Jack się ze sobą pogodzili. Tata wydawał się walczyć ze sobą, ale ostatecznie nic nie powiedział przeciwko bratu. Najwyraźniej nie chciał zatruwać atmosfery swoimi żalami. Kiedy zaś nastoletnia ja powiedziała, że musi się już szykować na imprezę, postanowiłam, że to dobry moment, aby niby to mimochodem powiedzieć: „Samowi Greenowi się ostatnio pogorszyło.” Sam Green był starym znajomym mojego ojca i stryja. Kiedyś, podczas Sylwestra rozbił się po pijaku samochodem i wpadł w śpiączkę. Wspominając o nim, zmusiłam ojca do tego, aby opowiedział tę historię swojej córce jako przestrogę przed pijaństwem. Kiedy skończył, rzuciłam zdanie: „Może gdyby tyle nie pił i wyszedł wcześniej, byłby cały i zdrowy.” Miałam nadzieję, że to da im obojgu do myślenia. – Przerwała i złączyła ręce razem. – W pewnym momencie zostałam z tatą sama, bo nastoletnia ja poszła wybrać ubranie na imprezę. Znów zapragnęłam mu coś powiedzieć, ale wiedziałam, że nie mam zbyt dużo czasu. W końcu miałam dopilnować, aby w razie czego moja młodsza wersja wróciła do domu wcześniej… Nie mówiąc już o tym, że sama musiałam wrócić do swoich czasów. Ale przez chwilę byliśmy tylko ja i on, mój tata, którego straciłam i z którym nie rozmawiałam od ponad dziesięciu lat. Przez tę chwilę mogłam mu coś powiedzieć. Niestety, nie to kim naprawdę jestem, co tu robię i co go czeka w przyszłości. Dlatego musiałam się głębiej zastanowić nad tym, co chcę mu przekazać i w jaki sposób.
- I na czym w końcu stanęło? – zapytał doktor March.
- Powiedziałam mu: „Twoja córka ma szczęście, że przy niej jesteś i na pewno bardzo cię kocha.” A on na początku nie wiedział, co odpowiedzieć, aż w końcu uśmiechnął się tylko i oświadczył, że on też ma szczęście i kocha ją najbardziej na świecie. W tym momencie zachciało mi się płakać, ale wzięłam się w garść i pożegnałam się. Jakiś czas później poszłam do Freda Johnsona i z ukrycia obserwowałam imprezę. Byłam gotowa interweniować, ale poszło lepiej niż się spodziewałam. Nie tylko moja młodsza wersja nic nie piła, ale też zadzwoniła po ojca wcześniej. Kiedy wyszła, zauważyłam, że Francis Dibney siedzi na zewnątrz z kolegami. Wyglądało na to, że chcieli go na coś namówić, a on nie chciał tego robić, chociaż z każdą chwilą stawiał coraz mniejszy opór. Dlatego zdecydowałam się wyjść z ukrycia, podeszłam do nich i kazałam zostawić go samego. Kazał mi się nie wtrącać, ale zamiast iść za nimi, oświadczył: „Mam już dość. Spadam stąd.” i poszedł do domu. I tyle: nie było żadnego wypadku, nikomu nic się nie stało, a moja robota była skończona. Mogłam więc wrócić do teraźniejszości.
- Zapewne na miejscu czekało cię kilka niespodzianek – stwierdził domyślnie doktor March.
Chorąży Benton spuściła wzrok.
- To… mało powiedziane – odparła. Po raz kolejny wzięła głęboki oddech, zanim przystąpiła do dalszych wyjaśnień. Przez chwilę zastanawiała się od czego zacząć, ale niebawem już wiedziała. Popatrzyła na doktora Marcha. – Największą niespodzianką było to, że mając ojca o dziesięć lat dłużej, najwyraźniej przeżyłam z nim wiele rzeczy, o których nie miałam zupełnie pojęcia. Po raz pierwszy zdałam sobie z tego sprawę, tak naprawdę, kiedy podczas rozmowy z Henry’m, który pamiętał całą historię z czasów naszych wspólnych studiów, dowiedziałam się o tym, że tata się ożenił. Jedno zdanie Henry’ego: „A co chcesz kupić tacie i Lindzie na rocznicę ślubu?” i nagle okazało się, że ominęło mnie coś tak ważnego. Ominęło mnie to, jak ojciec poznał Lindę, jak się w sobie zakochali, jak mi ją przedstawił, jak się jej oświadczył, jak wzięli ślub… Teraz muszę poznawać macochę od początku, chociaż oficjalnie znamy się od bardzo dawna i mamy już za sobą przełamywanie lodów. Z kolei kiedy ostatnio rozmawiałam z tatą przez telefon, dowiedziałam się, że w zeszłym roku spędziliśmy razem z rodziną stryja Święto Dziękczynienia i po raz pierwszy upiekłam wraz z Lindą indyka. Ale nie chodzi tylko o wspomnienia związane z ojcem. Nagle okazało się, że prawie zmieniłam kierunek studiów na robotykę. Nagle okazało się, że doktor Vatos widuje się z kimś. Nagle okazało się, że niedawno Henry został wyznaczony do awansu. I ja niby to wszystko wiem od dawna, niby to wszystko powinno być dla mnie oczywiste, ale jednak dowiaduję się o tym dopiero teraz.
Oparła się w fotelu i spuściła wzrok.
- I niedawno zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy: to życie, którym teraz żyję… Czy ja mogę w ogóle nazywać je moim? – Spojrzała na doktora Marcha. – Bo tak naprawdę ono należy do innej Claire Benton; do tej, której ojciec miał okazję być na jej rozdaniu dyplomów; która mogła z nim rozmawiać, kiedy tylko chciała; która nigdy nie czuła się tak jak ja po tej pamiętnej imprezie u Freda Johnsona.
Im dłużej mówiła, tym bardziej jej głos się załamywał, a po chwili jej oczy zaszkliły się od łez. Nagle zupełnie się rozkleiła. Rozpłakała się w fotelu u psychoterapeuty, myśląc o tych wszystkich rzeczach, które krążyły jej po głowie od czasu, kiedy wróciła do swoich czasów.
- To tak… to tak jakby mi ukradziono te wszystkie lata – powiedziała, ciągle płacząc. – W mojej linii czasowej straciłam ojca, opłakiwałam go i musiałam żyć bez niego. A ta druga Claire Benton miała te wszystkie rzeczy, których ja nie miałam. – Prychnęła śmiechem, ale nie było w nim wesołości. – To zaiste ironia losu: zmieniłam przeszłość, aby go odzyskać, ale kiedy wróciłam do teraźniejszości, nadal mam wspomnienia jego śmierci i żałoby po nim. A ta Claire, którą zastąpiłam… ta Claire, w której miejsce weszłam… czy ona rzeczywiście była mną, skoro jej doświadczenia życiowe były inne? – Podniosła głowę, wytarła ręką oczy i ciągnęła dalej, nieco bardziej spokojnie: – A każda osoba, którą znam, nagle okazuje się różnić w jakiś sposób od tej, którą zostawiałam, wchodząc do wehikułu. Nawet pan jest inny od tego doktora Marcha, z którym rozmawiałam ostatnio. Wie pan o mnie rzeczy, których tamten nie wiedział. – Uśmiechnęła się gorzko. – Powinnam się chyba tego spodziewać – posmutniała – a mimo to, mam wrażenie, że nie jestem na swoim miejscu.
- To dość częste wśród podróżników w czasie – odezwał się po długim milczeniu doktor March. – Nosi nazwę dysocjacji temporalnej i ma miejsce, kiedy podróżnik wchodzi w nową linię czasową, musi się do niej jakoś przystosować i ma kryzys tożsamości. To minie, w miarę jak przystosujesz się do nowej rzeczywistości. – Nagle odłożył na bok długopis, położył ręce na biurku i spojrzał na Claire. – Jest coś, o co muszę cię spytać. To bardzo ważne i wiele zależy od twojej odpowiedzi, więc odpowiedz szczerze.
Claire miała wrażenie, że przygląda się jej, jakby sprawdzał, czy skłamie, czy nie. Domyślała się mniej więcej, o co chciał zapytać.
- Tak? – odparła po chwili.
- Czy poza twoją rodziną, przyjaciółmi i jednostką, miały miejsce jakieś większe zmiany?
- Na przykład, czy naziści wygrali wojnę? – spytała domyślnie Claire.
- Albo czy prezydentem jest ktoś inny? – odrzekł doktor March.
Claire zastanowiła się.
- Nie – oznajmiła w końcu. – Z tego, co wiem, układ sił i wydarzenia historyczne się nie zmieniły.
- A Francis Dibney? Dowiedziałaś się, kim się stał w tej linii czasowej? – spytał Minerwianin, wciąż pozostając poważnym.
- Tak – przyznała. – Został dentystą i przyłączył się do Lekarzy Bez Granic.
Doktor March przez chwilę jeszcze się jej przyglądał z uwagą. Claire zaczęła się trochę niepokoić. Czy to oznaczało, że miała kłopoty? Nagle odsunął się od biurka, oparł wygodnie w fotelu i, wciąż patrząc na pacjentkę, powiedział:
- Wprawdzie obejmuje mnie tajemnica zawodowa, ale możliwe, że władze Minerwy będą chciały zbadać okoliczności twojej podróży w czasie. Poproszą, abym wydał opinię na temat twojego zdrowia psychicznego i wtedy możliwe, że będę musiał powiedzieć prawdę o tym, co mi powiedziałaś. Podporucznik Rogers również o tym wie, dlatego musimy ustalić czy czasem nie spowodowałaś jakichś wielkich zmian w linii czasowej.
Claire spojrzała na niego. Już wcześniej była świadoma tego, że jej czyn mógłby mieć poważne konsekwencje prawne.
- Rozumiem – odpowiedziała po chwili, spuszczając wzrok.
Doktor March wstał, podszedł do niej i oparł się o swoje biurko. Kiedy Claire znów na niego spojrzała, zobaczyła, że uśmiechał się pocieszająco.
- Jeszcze zobaczymy. Być może skończy się na reprymendzie.
3

Śledztwo było, ale nie wykazało, aby Claire jakoś drastycznie zmieniła linię czasową (a Minerwianie mieli sposoby, aby to sprawdzić), tak więc panią chorąży nie czekało więzienie. Dzięki wstawiennictwu doktor Vatos i podporucznika Rogersa mogła zostać w jednostce, jednak została zdegradowana do kaprala. Dostała też zakaz wstępu do laboratorium oraz wpisaną do akt naganę. Oficjalnie miała zakaz pracy we wszystkich projektach wykorzystujących technologię Minerwian.
Claire, oczywiście, nie była tym zachwycona. I tak po prawdzie, to zastanawiała się, czy było warto. Nie dość, że już nie mogła pomagać doktor Vatos, to jeszcze miała to poczucie wyobcowania z powodu znalezienia się w rzeczywistości, której nie poznawała.
Potem zadzwonił jej ojciec i próbował ją pocieszyć. Po tej rozmowie doszła do wniosku, że i tak niczego więcej nie zmieni. Teraz mogła tylko jakoś przystosować się do nowej sytuacji.
W końcu było jeszcze mnóstwo rzeczy, do których musiała się jakoś przyzwyczaić.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Zaczarowana
uczeń
Posty: 25
Rejestracja: 16 mar 2019, 19:19

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Zaczarowana » 31 mar 2019, 19:14

Rozdział świetny. No co ja dużo będę mówić. Widać, że masz dużą wprawę w pisaniu.

Ja bardzo lubię motyw podróży w czasie. Najciekawsze jest to, że za każdym razem jak trafiam na ten motyw, to jest on opisany trochę inaczej. U Ciebie jest to bardzo fajnie opisane. Podoba mi się, że jeden kilkugodzinny skok w przeszłość i tak na dobrą sprawę jedna rozmowa z dawną sobą i swoim ojcem tak wiele zmieniła, w życiu wielu osób. Przypuszczam, że zagubienie po takiej podróży w czasie mogłoby mieć podobny wpływ na podróżnika.

Czekam na kolejną część :)
Ostatnio zmieniony 23 kwie 2019, 22:24 przez Zaczarowana, łącznie zmieniany 1 raz.
"Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni, nie mają z tym problemu."
- Fritz Perls -


»ao3«»Mirriel«»ff.net«

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 04 kwie 2019, 15:07

Dzisiejszy rozdział teoretycznie jest halloweenowym specialem. Chciałam napisać coś strasznego w okresie jesiennym i miałam kilka pomysłów (w tym - o tzw. final girl i o żołnierzu, który widział Lovecraftiańskie potwory). Ostatecznie stanęło na duchu, bo doszłam do wniosku, że to dobry sposób, aby powiedzieć też coś o Nancy Keats, co do której i tak mam pewne plany (pierwotnie nawet chciałam zrobić coś takiego, że ona miałaby własne przygody; powiedzcie mi więc, co o niej myślicie i czy chcielibyście widzieć jej więcej).
Trochę też tutaj o relacji Nancy i doktora Marcha. Chcę częściej dawać im takie sceny, gdzie działają razem i eksplorujemy ich przyjaźń.

Rozdział 5: Pomsta poprzez pośrednika

1

Nancy usiadła na ławce na placu głównym i zaczęła sączyć zieloną herbatę z termosu. Był środek października, toteż jesień jeszcze nie weszła w swoją brzydką fazę, kiedy wszędzie na ziemi walało się błoto zmieszane z podgniłymi liśćmi. Na razie była to piękna, złota jesień mieniąca się czerwonymi i żółtymi barwami, zarówno na drzewach, jak i pod nimi. O tak, Nancy uwielbiała siedzieć sobie na świeżym powietrzu o tej porze roku.
Pośrodku placu głównego Clive’s Grove znajdował się pomnik. Przedstawiał Indiankę, która w jednej ręce trzymała opartą o ziemię strzelbę, a drugą przytykała do czoła, próbując dostrzec coś w oddali. Indianka nazywała się Minoka Kahente i zasłynęła jako jedna z bohaterek Clive’s Grove. Pochodząca z pobliskiego plemienia Irokezów Kahente pomogła mieszkańcom zorganizować obronę przed niebezpieczeństwem, które jeden z nastolatków nieumyślnie sprowadził na miasto. Walczyła z przeciwnikiem zaciekle, używając taktyk partyzanckich. Niestety zginęła w walce, ale udało jej się odeprzeć zagrożenie i sprowadzić tam, gdzie jego miejsce. Oddała życie za Clive’s Grove i mieszkańcy postanowili uhonorować jej pamięć, stawiając jej pomnik (choć nie bez sprzeciwu kilku malkontentów).
Tak samo jak jesieni, Nancy lubiła przyglądać się temu pomnikowi. Nie była, co prawda, z Clive’s Grove, ale im dłużej w nim mieszkała, tym bardziej uważała to miejsce za fascynujące. Już choćby poprzez fakt, że żył tam kiedyś ktoś taki jak Minoka Kahente.
Nancy rozejrzała się po witrynach sklepów i drobnych biznesów, stojących wokół placu. Uwielbiała również oglądać halloweenowe dekoracje – małe i duże sztuczne dynie szczerzące się zębiastymi uśmiechami; czarownice w szpiczastych kapeluszach i pasiastych rajstopach, wszechobecne czerń i pomarańcz… Może i były wytworem komercji, ale miały w sobie coś, co sprawiało, że jesień była jeszcze bardziej magiczna… i na odwrót – kolory jesieni nadawały magii Halloween. Bo jak można sobie wyobrazić Halloween bez czerwonych liści pod drzewami? To prawie jak Boże Narodzenie bez śniegu.
Nagle Nancy posmutniała. Miała… mieszane uczucia, co do Halloween. Kochała je jako dziecko, kiedy wraz ze swoją bliźniaczką, Anną, chodziły od domu do domu w przebraniu ulubionych postaci z filmów. Zawsze fascynowały się różnymi strasznymi historiami (chociaż Anna lubiła też Indianę Jonesa i zarzekała się, że w przyszłości zostanie archeologiem), a Halloween sprawiało, że Nancy czasem miała wrażenie, że może będzie miała w tym roku szczęście i zobaczy jedno z nich.
Z drugiej strony, kiedy już dorosła, październik i listopad były dla niej najbardziej pracowitym okresem w roku. W swojej poprzedniej pracy nie miała czasu nacieszyć się, ani jesienią, ani Halloween. Ale był też inny powód, dla którego Święto Duchów nie wywoływało u niej aż takiego entuzjazmu jak kiedyś – jej ówczesna profesja sprawiała, że zarówno ta pora roku, jak i to piękne święto, miały słodko-gorzki posmak.
Prawda była taka, że czasami tęskniła za swoim dawnym życiem – za śledztwem, które prowadziło ją do różnych zaskakujących rzeczy w kronikach, gazetach, czasem nawet od ludzi, którzy żyli na tyle długo, aby pamiętać coś, co nie zostało zapisane; za dreszczykiem ekscytacji za każdym razem, kiedy wchodziła do starych budynków, otoczonych aurą historii; w końcu za tym zapierającym dech momentem, kiedy one wreszcie się przed nią pojawiały. Bo z tym nic nie mogło się równać. Niezależnie od tego, czy były rozgniewane czy tylko zagubione, zawsze stanowiły widok, który sprawiał, iż Nancy czuła, że żyje.
Czasem trafiało się coś gorszego – coś o wiele potężniejszego niż to, z czym zwykle miała styczność. Jednak to jej nie zrażało. Świadomość, że mogłaby zginąć, tylko pobudzała Nancy do walki. Niebezpieczeństwo sprawiało, że zadanie wydawało się o wiele bardziej ekscytujące.
Teraz, kiedy pracowała jako asystentka, Nancy czasem brakowało akcji… tego dreszczyku emocji, który towarzyszył jej w dawnej pracy. Prawda, praca z Memo też wymagała od niej od czasu do czasu czegoś bardziej w stylu jej dawnego stylu życia… ale czasem miała wrażenie, że nie zdarza się to dość często. Jakaś jej część zawsze pragnęła przygody, niebezpieczeństwa, wyzwania!
Ale za każdym razem, kiedy rozmyślała z rozrzewnieniem o tamtych latach, przypominała sobie, co sprawiło, że postanowiła zmienić zawód. Właściwie myślała o tym częściej niż o tych „starych, dobrych czasach” i zawsze łapała się na tym, że jej ręka wędrowała do miejsca na jej lewym barku…
Nancy odechciało się siedzieć na powietrzu, więc włożyła termos z powrotem do torby i odeszła. Nie uszła jednak daleko, zanim nie zadzwonił jej telefon. Nie zdziwiła się wcale, widząc na wyświetlaczu znajome nazwisko.
- Tak, Memo? – zapytała po odebraniu połączenia.
- Pójdę jako pirat – oznajmił głos po drugiej stronie.
- Pirat, hę? – odparła Nancy. – Jakiś konkretny?
- Jeszcze nie wiem – odpowiedział doktor March. – Zobaczę jakie będą mieli kostiumy.
- Od razu zaznaczam, że ja nie zamierzam być ani papugą, ani Panem Smee.
- Jeśli już miałabyś iść jako ktoś ze środowiska Kapitana Haka, Nancy, to raczej jako Piotruś.
- A co było nie tak z poprzednim pomysłem? Wiesz, my jako Sherlock Holmes i doktor Watson?
- Bracia Harper idą jako Holmes i Watson.
- Niech to – żachnęła się. – Dlaczego oni zawsze nas wyprzedzają?
Blanche Becket, która niedawno odziedziczyła w Clive’s Grove dom po ciotce, urządzała z tej okazji halloweenową imprezę. Ponadto organizowała konkurs na parę w najlepszych kostiumach, więc doktor March i Nancy byli zdeterminowani znaleźć idealne przebrania. Zresztą nawet gdyby nie ten konkurs, poszliby w kostiumach łączących się jednym tematem (Sól i Pieprz, Jasi i Małgosia, Marty McFly i Doktor Brown…), bo robili tak od kiedy Nancy wpadła na pomysł, że będzie Dorotką a Memorandus – Strachem na Wróble.
- A piraci ci nie odpowiadają, bo…? – zapytał doktor.
- Są po prostu banalni. Na pewno pojawi się ktoś przebrany za pirata, więc lepiej znaleźć coś innego – odpowiedziała.
- Fakt – przyznał Memo. Po krótkiej chwili ciszy dodał: – No nic, będę jeszcze myśleć.
- Ja również.
- Chociaż – zaczął nagle, trochę nieśmiało – jest pewien pomysł, który mi chodzi po głowie już od jakiegoś czasu.
- Tak? Jaki?
- Na razie to pomysł tylko dla mnie, a nie mam pojęcia, za kogo ty mogłabyś się przebrać… Widzisz, ja już mam bladą skórę i jestem łysy, więc…
- Powiedz to w końcu, Memo – ponagliła go.
- Może pójdę jako Lord Voldemort? – wreszcie wyrzucił z siebie. – Potrzebuję tylko czarnej tuniki i patyka, a tak to wszystko już jest gotowe.
Nancy przystanęła i zastanowiła się nad tym. W pierwszej chwili zastanawiała się czy to czasem nie jest trochę rasistowskie, żeby łysy kosmita o całkiem białej skórze przebierał się za Lorda Voldemorta… zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że Memorandus – tak jak większość Minerwian – miał mały nos. Skoro jednak to on wpadł na ten pomysł, to pewnie on osobiście nie miał z tym problemów.
- A nikt z Minerwian się nie obrazi? – zapytała, aby się upewnić.
- Nie sądzę. Ale jestem tutaj jedynym Minerwianinem – odrzekł doktor March.
No cóż, to chyba załatwiało sprawę. A jak będą problemy, to Nancy się tym zajmie.
Poza tym, o ile jej pamięć nie myliła, miała gdzieś mundurek Hogwartu.
- Ty będziesz Voldemortem, ja Harry’m.
- Genialne! – odrzekł.
- No pewnie. My mielibyśmy nie wpaść na genialny pomysł? – odparła żartobliwie. – A jeśli chodzi o tę drugą sprawę…
Konkurs nie był jedynym powodem, dla którego wybierali się na to przyjęcie. Tak się złożyło, że Blanche przeprowadziła się do domu nazywanego Domem Wdów, który był podobno nawiedzony. Sama Blanche śmiała się z tego i twierdziła, że nic dziwnego nie zaobserwowała… a przynajmniej tak twierdziła, bo w rzeczywistości sama prosiła Nancy i doktora o interwencję (pochodziła spoza Clive’s Grove i bardzo ciężko pracowała na reputację sceptycznej przyjezdnej, chociaż wiele rzeczy związanych z miastem przyprawiało ją o dreszcze). Dobrze wiedziała, że doświadczenia jej starej przyjaciółki z poprzedniej pracy sprawiły, że Nancy umiała rozpoznać czy dom jest nawiedzony czy nie, tylko podchodząc do ogrodzenia.
- Nie jestem tego do końca pewna – zaczęła – ale podejrzewam, że mamy tu klasyczny przykład duszy dążącej do pomsty przez pośrednika.
- To ma sens, biorąc pod uwagę historię rodziny – stwierdził doktor March.
Nancy poczuła narastający niepokój.
- Memo… jesteś pewien, że chcesz to zrobić? To nie będzie zwykła terapia.
- Musimy spróbować – odparł. – Poza tym, jak cię znam, wszystko się dobrze skończy.
Niemal widziała uśmiech na jego twarzy, kiedy mówił te słowa. Czasem potrafił być irytujący z tym, że potrafił wcale nie dbać o własne zdrowie, kiedy zajmował się pacj… znaczy się, klientami (no i tym, że zwykle to jego niezawodna asystentka musiała pilnować, aby spał i jadł o przyzwoitych porach). A tym razem zależało mu bardzo na tym, aby Nancy służyła mu swoją ekspertyzą.
- Jeżeli omal nie zginiemy, zażądam podwyżki – oświadczyła.
- Potraktujemy to jako premię halloweenową – odparł doktor March i zachichotał. Zaraz jednak dodał poważnie: – Jeżeli nie chcesz albo martwisz się, że coś się nam stanie, możemy nie iść…
- Nie, nie, wszystko dobrze – przerwała mu i uśmiechnęła się. – Blanche przecież na nas liczy. Poza tym poradzę sobie z taką płotką.
Nie taki przeciwnik dręczył ją po nocy… Nie taki duch sprawił, że postanowiła porzucić swoją poprzednią pracę. Tego rodzaju zjawa nie stanowiła dla niej niebezpieczeństwa.
Ale stanowiła dla Memorandusa. A on prędzej czy później poszedłby do Domu Wdów sam.
- Porozmawiamy potem – powiedziała po chwili Nancy. – Muszę jeszcze skoczyć do sklepu.
- No dobrze – odparł doktor March. – Widzimy się jutro.
Rozłączyli się i Nancy skierowała się w stronę sklepu okultystycznego.
2

Była czwarta nad ranem. Nancy znowu nie mogła spać, więc stała przed oknem z kubkiem herbaty w ręku. Na zewnątrz unosiła się gęsta mgła, ale Nancy była w stanie dostrzec kontur rosnącej na jej posesji sosny.
Dziewczyna wciąż miała w pamięci kościstą, białą sylwetkę ociekającą jakaś czarną, przypominającą smołę ciecz. Wielka, czarna łapa złapała ją za lewy bark i…
Nancy potrząsnęła głową. Nie chciała o tym myśleć. Musiała zająć czymś umysł.
Podeszła do biurka i przejrzała jeszcze raz materiały na temat Domu Wdów. Było ich w sumie całkiem sporo, biorąc pod uwagę to, że Dom Wdów był znany w okolicy, krążyły o nim różne historie i do zadań Nancy należało je zweryfikować, zanim doktor March wybierze się do klienta.
Co do jednego wszyscy byli zgodni – wszystko zaczęło się od Gwendolyn Busset i jej męża, znamienitego lekarza, Francisa Busseta. Około roku 1905 Francis zbudował Dom Wdów dla Gwendolyn, marząc o tym, że wychowają tam razem dzieci. Jednakże wkrótce po przeprowadzce Gwendolyn nagle zmarła. Oficjalnie jej serce nie wytrzymało (w końcu podobno na coś chorowała, ale źródła nie były zgodne, co do choroby), ale krążyły też słuchy o tym, że tak naprawdę została otruta, tylko nikt nie wiedział dlaczego… do chwili kiedy okazało się, że doktor Busset zaczął bardziej interesować się starą przyjaciółką żony, Diane. Jakieś dwa lata później Diane i Francis wzięli ślub i wtedy właśnie rozpoczęło się nawiedzanie – służba kuchenna zarzekała się, że nagle koło garnków pojawiała się trutka na szczury, a stangret twierdził, że konie nagle się robiły nerwowe bez wyraźnego powodu. W końcu Diane zdarzyło się podobno widzieć w nocy stojącą nad nią Gwendolyn, spoglądającą na nią oskarżycielsko. Francis niby temu wszystkiemu nie dowierzał, ale robił się jakoś dziwnie nerwowy. W końcu pewnego dnia spadł ze schodów i złamał sobie kark. Niby wypadek, ale jednak Diane była święcie przekonana, że to zmarła popchnęła męża, aby zemścić się i na nim i na swojej byłej przyjaciółce. Niebawem i ona umarła – czy na serce, czy odbierając sobie życie, co do tego ludzie nie byli zgodni.
Przez kolejne dekady różne małżeństwa wprowadzały się do domu Bussetów i za każdym razem prędzej czy później mężowie umierali, a żony znajdowały się na skraju załamania. Różne źródła różnie przedstawiały poszczególnych lokatorów. Państwo Clancy byli filantropami albo prali pieniądze i zbijali fortunę na nielegalnym alkoholu. Państwo Brown cierpieli z powodu przedwczesnej śmierci dziecka albo ukrywali to dziecko na strychu, bo okazało się zdeformowane. Pani Moxie za bardzo się malowała albo pan Moxie miał zwyczaj bić ją po pijaku. Toteż zaczęto podejrzewać, że duch pani Busset nie tylko mścił się za swoje krzywdy, ale i do pewnego stopnia karał złych ludzi, którzy zamieszkiali w jej domu. Nawet jeśli przedstawiano zwolennikom tej teorii przykłady mieszkańców Domu Wdów, którzy byli niewinni (jak pani Moxie), to i tak twierdzili, że może owi niewinni ludzie kryli jakieś mroczne sekrety. Nancy uważała, że ta teoria jest głupia, bo czasem kazała pani Busset oburzać się rzeczami, które zgodnie z obyczajowości w roku 1905 nie były aż tak bulwersujące (a wręcz uważano je za normę).
Blanche Becket nie była zamężna (w przeciwieństwie do ciotki, po której dostała dom), tak więc trochę psuła pani Busset Modus Operandi. Nigdy wcześniej do Domu Wdów nie wprowadzał się singiel, zawsze było to małżeństwo. Nie było więc wiadomo jak zareaguje Gwendolyn i jak podejdzie do problemu, ale Nancy zakładała, że raczej nie zostawi nowej lokatorki w spokoju.
Dla Nancy wszystko było jasne – Gwendolyn Busset była wściekła za swoją przedwczesną śmierć i dlatego mściła się najpierw na domniemanych sprawcach jej nieszczęścia, a potem na każdym żywym, który zamieszkiwał w jej domu. Takie duchy potrafiły być niebezpieczne, jeśli nie wiedziało się, jak z nimi postępować.
Nancy dopiła herbatę i odłożyła materiały na bok. Poszła do salonu i włączyła telewizor. Przeskakiwała z kanału na kanał, dopóki nie natknęła się na jakiś stary film grozy. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Przypomniała sobie jak oglądała horrory Universala wraz z siostrą i z babcią. Babcia zawsze miała coś ciekawego do powiedzenia o każdym z nich, właściwie to ona sprawiła, że jej dwie wnuczki miały taki pociąg do opowieści z dreszczykiem.
Babcia wiedziała też całkiem sporo o duchach, demonach i innych stworach nie z tego świata, i nie omieszkała przekazać wiedzy bliźniaczkom.
Nancy spędziła więc resztę ranka przed telewizorem, oglądając film i zastanawiając się, co babcia powiedziałaby na jej nadchodzącą eskapadę. Mogła niemal usłyszeć jej chropowaty głos mówiący: „Pamiętaj, duchy są skoncentrowane na sobie. Nawet jak myślą o innych, zawsze tak naprawdę chodzi o nie same.”
3

- Och, Nancy, doktorze! Bardzo ciekawe kostiumy!
Blanche przywitała ich w drzwiach, przebrana za Narzeczoną Frankensteina – spod czarnej peruki z dwoma białymi pasemkami po bokach wystawało kilka blond włosów, a biała sukienka była prawdopodobnie starą koszulą nocną. Upiorny makijaż (czarne kręgi wokół oczu, biały puder i popękane usta) był zrobiony profesjonalnie. W końcu Blanche była zawodową kosmetyczką i kiedyś pracowała jako charakteryzatorka w teatrze.
Nachyliła się bardziej do przodu i szepnęła do nich:
- Dobrze, że już jesteście. Wiecie co mówią o duchach i Halloween. – Po czym dodała głośniej i bardziej rubasznie: – Wchodźcie do środka! Impreza się dopiero rozkręca.
Zaprosiła ich do środka i weszli przez duże, drewniane drzwi do holu. W świetle kilku lampek naściennych z kwiatowymi kloszami podłogi z ciemnego drewna, stare, ciemnozielone tapety oraz liczne bibeloty wyjęte wprost z początku dwudziestego wieku, nadawały pomieszczeniu nastrojowego klimatu. Na półpiętrze schodów znajdował się portret jakiejś kobiety w białej sukience i edwardiańskim kapeluszu. W mętnym świetle wiszącej opodal lampy ledwo można było dostrzec szczegóły twarzy.
- To pewnie pani Busset – stwierdził doktor March, przyglądając się obrazowi.
- Pewnie tak – odparła Blanche. – Jest tutaj kilka jej portretów, jak i zdjęć jej, jej męża i tej całej Diane. W zasadzie każdy z poprzednich właścicieli zostawił coś po sobie i czasem trudno nadążyć, co jest czyje. Ale dość już o tym. – Uśmiechnęła się i wzięła doktora pod ramię. – Chodźcie do salonu, tam jest cała ferajna.
Zaprowadziła ich do pomieszczenia po prawej, gdzie już pełno było przebierańców. Niektórzy tańczyli do rytmu Monster Mash puszczanego z wieży stereo przy oknie; inni stali obok bufetu i rozmawiali, jeszcze inni siedzieli z boku i popijali poncz z plastikowych kubków. Trzeba było jednak przyznać, że i tutaj samotny żyrandol z lampkami w kształcie świec, żółte ściany obłożone starymi zdjęciami i obrazami, meble, które miały ponad sto lat jeśli nie więcej; a także zapach starego drewna, który roznosił się wokoło – wszystko to nadawało całemu salonowi jakiejś mroczniejszej atmosfery i sprawiało, że muzyka i przebrani za kosmonautów, hipisów i superbohaterów goście wydawali się nie na miejscu.
- Rozgośćcie się. Zaraz będzie poławianie jabłek – poleciła im Blanche i wycofała się do holu, aby otworzyć kolejnym gościom dzwoniącym do drzwi.
- No to co? – zapytała Nancy. – Idziemy od razu pogadać z duchem, czy najpierw napijemy się ponczu?
- Najpierw znajdźmy tego ducha – odrzekł doktor March.
- Jeśli dobrze pójdzie, skończymy przed konkursem na kostiumy w parach – odparła jego asystentka i wyciągnęła z torebki swój czerwony notatnik. Przejrzała ostatnie zapiski i po chwili oświadczyła: – Zacznijmy od sypialni państwa Busset. Zawsze zaczyna się od miejsca zgonu.
- Wiesz gdzie to jest, czy powinniśmy zapytać Blanche? – spytał Memorandus.
W odpowiedzi Nancy zagadnęła idącą z przystawkami gospodynię:
- Hej, Blanche, powiedz, gdzie jest to miejsce, gdzie umarła pani Busset?
- Kochanie, ja wiem, że jest Halloween i w ogóle – zaczęła Blanche, nadal grając rolę sceptycznej gospodyni – ale nie sądzisz, że oglądanie miejsca czyjejś śmierci nie jest odrobinę makabryczne?
- Och, przecież mnie znasz – Nancy machnęła ręką, również grając swoją rolę. – Lubię historie z dreszczykiem, a takie są najlepsze w noc Halloween i w rzekomo nawiedzonych domach. Zajrzymy tylko i zaraz wrócimy na dół. Uwierz mi, naprawdę chcemy wygrać ten konkurs kostiumowy.
Blanche udawała, że nie jest do końca przekonana, ale po chwili milczenia westchnęła ze zrezygnowaniem i odrzekła:
- No dobrze. Tylko poczekajcie, muszę dołożyć przystawki.
Kilka minut później Blanche prowadziła doktora Marcha i Nancy po schodach. U ich szczytu oświadczyła:
- Jak pewnie słyszeliście, tutaj doktor Busset skręcił sobie kark. Tam zaś – wskazała pokój na samym końcu korytarza – była sypialnia państwa Busset, gdzie zmarła jego żona.
Ruszyła dalej, a jej dwuosobowa grupka turystów poszła za nią. Doszedłszy do starych drzwi sypialni, Blanche położyła rękę na klamce. Otworzyła drzwi jednym, pociągłym ruchem i oczom Nancy i doktora ukazał się mały, jasnoniebieski pokój z wielkim, dwuosobowym łóżkiem z jasnego drewna. Po obu jego stronach znajdowały się nocne szafki z lampami, a na ścianie wisiał obraz z dorożką na tle leśnego krajobrazu. Naprzeciw łóżka stała komoda, na której starannie ułożono parę z saskiej porcelany; z kolei koło okna wychodzącego na ulicę (pod którym ktoś postawił drewniane krzesło) stała dwudrzwiowa szafa, a w kącie, obok drzwi – toaletka z wielkim lustrem w kształcie serca.
- Nawet ładne – stwierdził doktor March.
- Jak dla kogo – odparła Blanche. – Ciotka zakazała tu komukolwiek spać ani cokolwiek zmieniać. A szkoda, bo wstawiłabym tutaj coś nowocześniejszego. Nie wiem jeszcze co dokładnie, bo mam kilka pomysłów. Ale znacie mnie, szanuję ostatnią wolę zmarłych. – Znów ściszyła głos i szepnęła: – Na pewno sobie poradzicie?
- Nie martw się – odparła Nancy. – Mamy wszystko pod kontrolą. Ty się zajmij przyjęciem.
Jakby wszechświat chciał ponaglić właścicielkę domu, nagle z dołu doszedł ich łoskot. Zaraz któryś z gości zawołał Blanche z holu. Gospodyni westchnęła z irytacją i powiedziała:
- Przepraszam, muszę sprawdzić, co się stało.
- Oczywiście – odrzekł doktor March.
- Konkurs będzie za dwie godziny, więc nie zasiedźcie się zbytnio – powiedziała od niechcenia, po czym dodała szeptem: – Powodzenia.
Nancy zastanawiała się, czy dystrakcja pochodziła od gościa, czy też może była to działalność ducha. Szybko jednak ona i jej szef zostali sami w korytarzu. Przekroczyli próg sypialni i rozejrzeli się dookoła. Było cicho, nie licząc odgłosów muzyki dochodzących z dołu.
Jedna z lampek nocnych zaczęła unosić się w powietrzu. Nancy wyciągnęła z torby mały, skórzany mieszek, włożyła do niego dwa palce i po chwili rzuciła w stronę lampy biały proszek. Następnie wystawiła przed siebie otwartą rękę i powiedziała z mocą:
- Veni, spiritis!
Wkrótce przed nią i doktorem stanęła drobna kobieta w błękitnej koszuli nocnej i czepku. Jej brązowe loki opadały rozpuszczone na ramiona.
- Otóż i jest pani Busset. – Memorandus uśmiechnął się uprzejmie. – Możemy zaczynać terapię.
Nagle oczy Gwendolyn Busset zajaśniały wściekle czerwonym światłem i zaczęła iść w stronę doktora Marcha. Nancy natychmiast zajęła pozycję przed nim i znów wyprostowała rękę w stronę ducha.
- Subsist, spiritis! – zawołała i pani Busset powróciła do swojej oryginalnej postaci. Nancy westchnęła z ulgą i dodała: – No to teraz porozmawiamy sobie.
- Zostawcie mnie w spokoju – syknęła Gwendolyn.
- Najpierw porozmawiamy – upierał się doktor March. – Chcemy pomóc.
- Dobrze ci radzę, dziwaku, odejdź zanim tobie i twojej towarzyszce stanie się krzywda. – Pani Busset nadal obstawiała przy swoim.
Niezrażony tonem, jakim do niego zwrócił się duch, Memo ciągnął dalej:
- Widzi pani, ja jestem doktor Memorandus March, a to jest specjalistka od problemów paranormalnych, Nancy Keats. Przyszliśmy tutaj, aby ułatwić pani podróż na drugą stronę.
- O ile nie chce pani spędzić reszty wieczności w Domu Wdów – dodała Nancy.
- Kolejni spirytyści! – Duch przewrócił oczyma.
- Niezupełnie. Jestem psychoterapeutą.
- Psycho-co? – Pani Busset w pierwszej chwili zdziwiła się, ale po chwili przyszło do niej zrozumienie: – Ach, jesteś jednym z tych konowałów od Freuda.
Nancy zastanawiała się, skąd zmarła wiedziała o Freudzie, ale po chwili doszła do wniosku, że może ktoś z lokatorów o nim wspominał. W końcu ludzie rozmawiali w tym domu na różne tematy i jednym z nich równie dobrze mogły być odjechane teorie o kompleksie Edypa.
- Do pewnego stopnia ma pani rację – odparł doktor March. – Jednakże zaznaczam, że psychologia przeszła sporą ewolucję od czasów Wstępu do psychoanalizy. Tak więc, pani Busset – ciągnął dalej – przeszła pani traumę przedwczesnej śmierci; traumę, której nigdy pani tak do końca nie przepracowała. A do tego jeszcze obcy wchodzą do pani domu i przestawiają pani meble, jakby nigdy nic. To wszystko zapewne jest bardzo frustrujące.
Twarz ducha złagodniała.
- Nawet pan sobie nie wyobraża.
- Proszę poświęcić nam około godziny – zaproponował Memo. – Proszę się nam wyżalić, a potem, jeśli taka będzie pani wola, nigdy już tu nie wrócimy. Nas obowiązuje tajemnica lekarska i zapewniam, że odnosi się ona również co do nieżywych pacjentów. Tak więc jak będzie?
Milczała, prawdopodobnie zastanawiając się nad propozycją. Nancy spodziewała się różnych reakcji – od stanowczej odmowy, poprzez kpiny, a na nagłym ataku ich obojga skończywszy. Była gotowa na każdą ewentualność. Jeśli będzie musiała, stanie nawet z tym duchem do walki.
Nie zamierzała tracić kolejnego przyjaciela…
- Godzina – oznajmiła pani Busset. – A potem opuścicie moją sypialnię.
Nancy uśmiechnęła się. Jednak obejdzie się bez rękoczynów.
- Oczywiście – odparł doktor March. – W takim razie, może usiądźmy.
Podszedł do krzesła pod oknem, postawił je przed łóżkiem i usiadł. Duch zajął miejsce na łóżku, a Nancy – przy toaletce. Przy okazji zerknęła na czas i zapamiętała godzinę.
- Może zacznijmy od tego, jak pani weszła w posiadanie tego domu – zaproponował doktor March.
- No cóż…
I tak oto zaczęła się pierwsza sesja psychoterapeutyczna ducha Gwendolyn Busset. Najpierw opowiedziała o swoim małżeństwie – że było bardzo szczęśliwe… a przynajmniej tak jej się wydawało; że ona i Francis marzyli o dziecku i o pięknym domu, w którym mogliby je wychowywać; o tym, że Francis postanowił ten wymarzony dom zbudować w Clive’s Grove, bo został zatrudniony w tamtejszym szpitalu. W momencie, kiedy zjawa rozluźniła się nieco bardziej, stała się bardziej otwarta i zalała terapeutę potokiem słów. Opowiadała o swojej zaufanej służącej, Margerie, której syn pracował w sklepie rusznikarskim i zginął w pierwszej wojnie światowej; o sąsiedzie z domu obok, który zrobił fortunę, a potem stracił ją podczas Wielkiego Kryzysu i się powiesił; o siostrzenicy Francisa, która była sufrażystką i ciągle trafiała do więzienia.
Być może od kiedy zmarła, nie miała z kim o tym rozmawiać… a być może nie chciała mówić o swojej śmierci i odwlekała ten temat jak mogła. Dla wielu duchów było to jednak traumatyczne przeżycie. Wystarczył sam fakt, że byli martwi i nie mogli wyjść poza budynek, w którym zmarli; myśl o tym mogła wprowadzić w depresję. A już kiedy śmierć była przedwczesna i, co gorsza, brutalna… To wystarczyło, aby być wściekłym.
- A co pani pamięta z dnia swojej śmierci? – zapytał doktor March cichym, spokojnym tonem. Miał przy tym na twarzy wyraz współczucia, przez co jego pytanie nie wydawało się wścibstwem.
Gwendolyn zamilkła nagle, a jej twarz zmieniła się z radosnej w smutną. Wyprostowała się, podniosła wysoko głowę i powiedziała:
- To było, oczywiście, morderstwo.
- Dlaczego pani tak myśli? – spytał Memo.
- Na początku rzeczywiście myślałam, że to choroba serca. W końcu miałam ją od kiedy tylko pamiętam… Ale jakiś tydzień po mojej śmierci Francis i Diane zaczęli spędzać ze sobą więcej czasu i coraz częściej wspominali mnie mniej ciepło niż na początku. Podobno o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Oni zaś potrafili długo rozprawiać o moich wadach. Nagle dowiadywałam się, że za bardzo zrzędziłam, że się wymądrzałam, że wzbudzałam w nich poczucie winy i zmuszałam do rzeczy, na które nie mieli ochoty. Zmuszałam ich, uwierzy pan doktorze?! – zawołała z oburzeniem. Zaraz potem jednak posmutniała. – Rozwodzili się nad tym jaka to ja byłam okropna, aż w końcu zdałam sobie sprawę z tego, że mój ukochany mąż i najdroższa przyjaciółka są szczęśliwi z powodu mojej śmierci. Szczęśliwi, ponieważ wreszcie się ode mnie uwolnili. – Jej głos zaczął się łamać i po chwili jej oczy zaszkliły się w świetle księżyca. – Francis znał się na farmakologii. Na pewno wiedział jak mnie otruć, aby to wyglądało na śmierć z powodu choroby serca.
Zaczęła szlochać i Nancy nagle zrobiło się jej żal. Nie dość, że nie żyła, to jeszcze jakiś czas po swojej śmierci nasłuchała się od dwóch najbliższych osób takich rzeczy. Nie trudno było dojść do wniosku, że żywi cieszą się, że już jej nie było. Być może była to tylko rozmowa o tym, jak bardzo zmarła dała im w kość… a być może rzeczywiście kryło się za tym coś więcej.
Nancy spojrzała na Memo. Wydawał się zasmucony tym, co przed chwilą usłyszał.
- No a potem musiałam patrzeć jak się w sobie zakochują – ciągnęła dalej pani Busset, nadal płacząc. – Z każdym dniem coraz bardziej. Aż w końcu Francis postanowił, że kiedy już minie okres żałoby, wezmą ślub. – Nagle jej zapłakana twarz wyrażała nie żal, ale chłodny gniew. – I to był mężczyzna, który przysięgał, że będzie mnie kochać aż po grób… że nigdy nie spojrzy na inną kobietę… Kiedy złożył Diane tę propozycję, byłam już pewna, że mnie zabił.
- A co pani czuła do Diane? – spytał doktor March.
- Pewnie gdyby nie konwersacje, które z nim przeprowadziła, uwierzyłabym, że zamącił jej w głowie. Jednak ona nawet nie próbowała mnie bronić… nawet nie protestowała, kiedy mnie szkalował. A skoro tak, to nigdy nie była moją przyjaciółką i nawet jeśli nie brała udziału w moim morderstwie, zdradziła mnie.
- Tak więc wzięli ślub i zamieszkali w pani domu – nakierował ją doktor March.
- To był naprawdę szczyt bezczelności – stwierdziła zjawa. – Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i należycie ich ukarać. Najpierw dałam im do zrozumienia, że wiem, co zrobił Francis, a potem wzięłam się za nawiedzanie. Kiedy Francis spadł ze schodów i skręcił sobie kark, cieszyłam się jak nigdy w życiu. Żałowałam tylko, że nie może umrzeć jeszcze raz, tym razem powoli i boleśnie.
Uśmiechnęła się złowieszczo. Już nie była biednym, zrozpaczonym duchem. Teraz była duchem mściwym, czerpiącym satysfakcje z krzywdy tych, których uważała za swoich oprawców.
Nancy znów spojrzała na Memorandusa. Był wyraźnie poruszony, chociaż starał się zachować spokój.
- A kiedy tamta ladacznica powoli popadała w obłęd, aż w końcu połknęła truciznę, wiedziałam, że zwycięstwo było moje!
Ale było ci mało, prawda? – pomyślała Nancy i zacisnęła pięści. Mogła to sobie łatwo wyobrazić: każde następne małżeństwo, które zamieszkało w Domu Wdów, przypominało pani Busset o jej krzywdzie i napełniało mieszanką gniewu, smutku i goryczy. Dlatego duch postanowił, że będzie się odgrywał na kolejnych lokatorach. A każda śmierć męża i doprowadzenie do szaleństwa żony dawało coraz mniejszą i mniejszą satysfakcję.
Pani Busset ciągnęła dalej, opowiadając o kolejnych latach bycia duchem i dzieląc się plotkami, które zasłyszała albo widziała przez ten cały czas… ale Nancy jej nie słuchała. Czuła wzrastającą złość i chęć wygarnięcia tej kobiecie jej brak skrupułów i mściwość. Ostatecznie Memo, jako psychoterapeuta, nie mógł oceniać swoich klientów; jego asystentka, która przez lata miała do czynienia z różnego rodzaju duchami, już tak.
A mimo to milczała i tylko spoglądała na zegarek – godzina powoli dobiegała końca i, prawdę mówiąc, Nancy nie mogła się już doczekać.
Sam Memo uśmiechał się uprzejmie i starał się zachęcać klientkę do dalszego otwierania się, ale Nancy widziała, że od momentu, w którym pani Busset pokazała swoje bardziej mściwe oblicze, wyraźnie czuł się niekomfortowo. Toteż tym bardziej Nancy czuła szczęście, kiedy oznajmiła:
- Godzina minęła. Koniec sesji.
Oboje spojrzeli na nią: pani Busset z zawodem, doktor March – z lekkim wyrazem ulgi.
- No cóż – powiedział, odwracając się z powrotem do klientki, i wstał (Nancy również). – Już więcej nie będziemy zajmować pani czasu. – Odstawił krzesło z powrotem pod okno.
- Jaka szkoda – odparła pani Busset. – Miło było wreszcie z kimś porozmawiać. Chętnie bym to powtórzyła.
Memorandus nie odpowiedział od razu. Spojrzał na nią, prawdopodobnie nie będąc pewnym, czy proponować dalsze sesje, czy nie. W końcu jednak uśmiechnął się znów uprzejmie i zwrócił do ducha:
- W takim razie powinniśmy wybrać jakiś termin. Co pani powie na czwartki o szesnastej?
- Ja się nigdzie nie wybieram, doktorze, więc może pan przychodzić, kiedy tylko chce. – Pani Busset wzruszyła ramionami. Zaraz potem dodała: – A co z tą całą Becket? Nie będzie robić problemów?
- Raczej nie – odpowiedziała krótko Nancy.
Pani Busset rozpromieniła się.
- W takim razie do widzenia w czwartek.
Kiedy wyszli na korytarz i doktor March zamknął drzwi sypialni, jeszcze przez chwilę stał z ręką na klamce, przyglądając się jej nieobecnym wzrokiem. Gdy zaczął iść w stronę drzwi, nadal miał ten sam wyraz twarzy. Nancy nie wiedziała, czy spotkał się już kiedyś z klientem, który również wzbudziłby w nim taki niepokój, ale możliwe, że nawet gdyby spotkał ich kilku, nadal by go to męczyło. Być może nawet myślał to samo, co ona myślała wielokrotnie po spotkaniu mściwego ducha – że ludzie, obojętnie czy żywi, czy martwi, potrafią sprawić, że świat wydaje się mroczniejszy.
Dlatego ręką kazała mu się zatrzymać, a następnie objęła go w przyjaznym uścisku. W pierwszej chwili był zaskoczony, ale zaraz poklepał ją delikatnie po plecach, dając jej do zrozumienia, że docenia gest. Nancy przerwała uścisk i powiedziała:
- Wiesz, jakbyś chciał pogadać …
- Wiem – odrzekł, uśmiechając się. – Dziękuję, Nancy.
- No to chodźmy już – oznajmiła dziarsko. – Mamy konkurs do wygrania.
Przez resztę imprezy starali się nie myśleć o Gwendolyn Busset i dobrze się bawić. Rozmawiali ze znajomymi, smakowali przystawek, tańczyli do muzyki… Kiedy zaś nadszedł czas na konkurs kostiumowy zdobyli drugie miejsce, zaraz po braciach Harper, którzy jednak postanowili nie iść jako Holmes i Watson, tylko jako Doktor Jekyll i Pan Hyde.
Około trzeciej nad ranem Nancy i doktor March wracali do swoich domów (na szczęście oba miejsca od Domu Wdów dzieliło kilka przecznic) i Memo postanowił się odezwać:
- Trochę mi jej żal.
Nancy spojrzała na niego. Mniej więcej wiedziała, kogo jej szef ma na myśli, ale on i tak wyjaśnił:
- Pani Busset. To jej przedwczesna śmierć sprawiła, że jest taka. Podejrzewam też, że może rzeczywiście została zamordowana.
- Być może – stwierdziła panna Keats, po czym spytała: – Jesteś pewien, że chcesz spotykać się z nią co czwartek? Nie wątpię, że można jej pomóc… ale to pewnie nie będzie łatwe.
- Muszę spróbować – odparł doktor March. – Zarówno dla pani Busset, jak i dla Blanche.
Nancy nic nie odpowiedziała. Szli jeszcze przez chwilę w milczeniu, a potem Memo znów się odezwał:
- Często trafiają się takie duchy?
Panna Keats zatrzymała się. Jej szef również przystanął i spojrzeli na siebie nawzajem. Po krótkiej chwili zastanowienia, Nancy odpowiedziała:
- Zdarza się parę. Ale to i tak lżejsza liga.
Doktor March uśmiechnął się.
- W takim razie tym bardziej ciszę się, że cię znam, Nancy.
Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poszli dalej. Kiedy zbliżali się już do jej domu, doszła do wniosku, że nie było to jej najlepsze Halloween… ale nie było też najgorsze; i że mimo wszystko jej obecna praca miała swoje zalety.
Ostatnio zmieniony 14 lip 2019, 13:39 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 2 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Zaczarowana
uczeń
Posty: 25
Rejestracja: 16 mar 2019, 19:19

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Zaczarowana » 04 kwie 2019, 16:04

Rozdział naprawdę świetny. Dobrze się czytało; opisy plastyczne i działające na wyobraźnię. Chociaż prawdopodobnie czytałoby się ten rozdział jeszcze lepiej, gdyby była jesień i faktycznie zbliżało się Halloween ;)

Wiesz, ja tam nie mam nic przeciwko rozdziałom z Nancy w roli głównej. Takie fragmenty, które pokazują przeszłość bohaterów też są w opowiadaniach potrzebne. Bardzo dobrze wychodzi Ci przeplatanie wspomnień z teraźniejszością.
"Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni, nie mają z tym problemu."
- Fritz Perls -


»ao3«»Mirriel«»ff.net«

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 26 cze 2019, 09:22

Co prawda, miałam wstawić przed tym rozdziałem ten, nad którym pracuję teraz (będący swego rodzaju fillerem, w którym do doktora Marcha przyjeżdża jego matka), ale doszłam do wniosku, że już za długo czytelnicy czekają na nowe rozdziały.

W każdym razie ktoś na Wattpadzie poprosił, abym napisała coś o nieśmiertelnym. Poddał mi nawet kilka pomysłów, a że chciałam napisać coś o Minerwie, macie tutaj również mały wątek związany z Minerwianami.

Rozdział 6: Syndrom Gamerona

1

Nikt nie wiedział tak dokładnie, kim był Klaun Tonio. Pojawił się pewnego dnia w Clive’s Grove i zaczął występować na ulicach miasta – głównie w pobliżu pomnika Kahente i w parku, czasem jednak zdarzało się, że wynajmowano go na przyjęcia urodzinowe. Ludność lubiła Tonia, gdyż zawsze wykonywał niesamowite akrobacje (zwłaszcza taniec na piłce), pokazywał ciekawe sztuczki, opowiadał lekkie dowcipy, miał pogodne usposobienie i fantastyczne podejście do dzieci.
W Clive’s Grove nie było też zbyt wielu coulrofobów, a to dlatego, że miasto miało długą historię klaunów, którzy kochali swoją pracę, lubili rozśmieszać ludzi i nigdy nie przesadzali z make-upem. Ponieważ klauni kojarzyli się w miasteczku tak pozytywnie, TO Kinga jakoś nigdy nie było tam specjalnie popularne.
Tak czy inaczej, niebawem Klaun Tonio stał się elementem Clive’s Grove, ale nikt nigdy nie widział go bez make-upu. Nikt nie wiedział jak naprawdę wygląda ani jak ma na imię. Było to o tyle trudniejsze do określenia, że nie tylko jego ubiór sceniczny miał typowo klaunie workowate spodnie i koszulę, ale też sam Tonio pojawił się pięć lat temu, kiedy do Clive’s Grove wprowadziło się kilka nowych osób. Po jakimś czasie znalazło się paru, którzy zaczęli się zastanawiać nad tożsamością Tonia, jednak kiedy tylko postanowili go śledzić, on pokazywał po raz kolejny kunszt swoich zdolności scenicznych i znikał nagle w wąskiej alejce albo wdrapywał się gdzieś, gdzie jego prześladowcy nie mogli wejść. Po kilku takich próbach wkrótce dawali sobie spokój.
Naprawdę Klaun Tonio nazywał się Camilo Zamora. Był kościstym Portorykańczykiem o rzadkich, czarnych włosach. W swoim „cywilnym” ubraniu wyglądał na wiecznie zmęczonego i przygnębionego. Czasami, podczas zakupów słyszał od ludzi, żeby się rozchmurzył, na co zwykle reagował słabym uśmiechem. Zastanawiał się, co by pomyśleli sobie, gdyby wiedzieli nie tylko o tym, że jest Klaunem Tonio, ale też o jego drugim, o wiele dziwniejszym sekrecie.
Faktem jest, że od jakiegoś czasu Camilo był rzeczywiście przygnębiony. Stracił już dawno nadzieję na to, że jego marzenie zostanie spełnione, dlatego postanowił, że będzie żył z dnia na dzień. Jednakże wkrótce nadzieja w nim odżyła, a to za sprawą pewnej plotki, którą usłyszał jako Klaun Tonio.
Przygotowując się do kolejnego występu, został zagadnięty przez pana Bonesa, właściciela kawiarni „Różyczka”.
- Słyszałeś? Wojskowi zabrali swoich jajogłowych i będą badać Jamę Zielonego Człowieka.
Camilo właśnie pochylał się nad torbą z pałeczkami do żonglowania. Kiedy tylko usłyszał znajomą sobie nazwę, zatrzymał się, po czym wyprostował się i zwrócił do starca.
- Naprawdę? Ale dlaczego?
- Podobno chcą zbadać tamte okolice. Zwłaszcza Leżę.
Leżę go akurat nie obchodziło. Camilo chciał wiedzieć coś innego.
- A tamtejsze źródełko też będą badać?
- To zbadali już wczoraj. Czy też może raczej zebrali próbki do laboratorium i teraz je pewnie analizują. A czemu pytasz? – dodał po chwili pan Bones, przyglądając się klaunowi z zainteresowaniem.
Camilo zdał sobie sprawę z tego, że mógł wzbudzić pewne podejrzenia swoim nagłym zainteresowaniem tajemniczym źródełkiem. Musiał to dobrze rozegrać, aby wydawało się to naturalne.
- Wie pan, co mówią o Jamie – zaczął po chwili z nonszalanckim uśmieszkiem. – Jestem ciekaw, czy to prawda.
- Aha – odparł krótko pan Bones. – To rzeczywiście byłoby ciekawe. Ale pewnie okaże się, że to tylko woda.
- Pewnie tak – przytaknął Camilo z wymuszonym uśmiechem.
Niemniej jednak sama myśl o tym, że źródełko już zostało zbadane, napawała go nową energią. Wprawdzie możliwość, że znajdą to, czego pragnął już od tak dawna, mogła być nikła, ale mimo wszystko już postanowił, że musi się dowiedzieć, co naukowcom z jednostki wojskowej udało się odkryć.
Dlatego wieczorem, w zaciszu swojego domu, zaczął planować włamanie do jednostki.
Już kiedyś tam był. Lata temu, ale wciąż pamiętał, co gdzie jest. Najważniejsze było to, że oni nie pamiętali jego.
Nie ruszył jednak tam od razu – doszedł do wniosku, że odczeka kilka dni, aby naukowcy mieli trochę czasu na zrobienie przeróżnych badań. Zresztą jakaś jego cześć nie była tak do końca gotowa, aby wejść do środka; jakaś jego część uważała cały ten plan za istne szaleństwo. Zarówno podczas występów, jak i wieczorem, w swoim domu, miotał się między wprowadzeniem planu w życie a odstawieniem go na później.
W końcu jednak przełamał się. Agonia czekania stała się już nie do wytrzymania i pragnienie odpowiedzi przeważyło ponad ostrożnością.
Tak więc w nocy, przebrany na czarno i z pasem różnych narzędzi Camilo dotarł do murów jednostki. Wspiął się na ogrodzenie, a potem, kilkoma zwinnymi ruchami przyciął drut kolczasty, aby następnie zrzucić go na ziemię i przeskoczyć na drugą stronę. Od razu dostrzegł kilka metrów dalej strażnika, toteż szybko schował się za ścianą i poczekał, aż żołnierz się oddali i dopiero wtedy skierował się w stronę drzwi frontowych. Wyciągnął z pasa wytrychy i zaczął nimi majstrować przy zamku.
Ledwo jednak narzędzia dotknęły dziurki od klucza, uruchomił się alarm.
2

Podporucznik Rogers nie wiedział, co powiedzieć. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że Clive’s Grove jest… specyficzne, ale nie spodziewał się, że kiedykolwiek zdarzy się coś takiego: że komuś zechce się włamać do jego jednostki jakby nigdy nic i że ten ktoś wykaże się taką amatorszczyzną. Rogers pewnie by się roześmiał, gdyby nie to, że miał zbyt wiele rzeczy na głowie i nie było mu do śmiechu.
Tak więc wyszedł na spotkanie pechowemu włamywaczowi. Postanowił przesłuchać go osobiście, bo tak po prawdzie był ciekawy, co popchnęło owego włamywacza, żeby wtargnąć do jednostki wojskowej. Podporucznik miał też przeczucie, że może się dowiedzieć wielu interesujących rzeczy.
Tak więc Rogers wszedł do celi. Pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy na widok tajemniczego intruza, to to, że wyglądał bardzo mizernie. Skute nadgarstki były bardzo chude, a głowa wydawała się trzymać na małej, cienkiej szyi. No i jeszcze oczy: paciorkowate, brązowe oczy. Rogers skądś je znał, ale nie wiedział skąd.
Włamywacz podniósł wzrok i obaj spojrzeli na siebie nawzajem. Wojskowy postanowił nie marnować już więcej czasu.
- No cóż – zaczął, siadając naprzeciw więźnia – masz jaja, chłopcze. Wiesz co grozi za szpiegostwo? Podpowiem ci: nic przyjemnego. Możesz spędzić najbliższe kilka godzin w tej celi, będąc pytanym o to, dla kogo pracujesz i czego szukałeś, a możesz nam powiedzieć teraz i oszczędzisz nam obu zmarnowanej nocy.
- Nie jestem szpiegiem – oznajmił krótko więzień.
- Jakoś w to nie wierzę – odparł podporucznik.
- Nie jestem szpiegiem – powtórzył z emfazą mężczyzna, po czym dodał: – I nie pracuję dla nikogo.
- Skoro dla nikogo nie pracujesz, to co tu robisz?
Włamywacz spuścił wzrok i milczał przez chwilę. Wyglądało na to, że zastanawiał się nad czymś. W końcu wziął głęboki oddech i spojrzał znów na swojego rozmówcę. A zaraz potem uśmiechnął się gorzko.
- Pewnie głupio robię, ale wyglądasz na porządnego gościa. Takiego, który nie jest okrutny i nie łamie praw człowieka z ciekawości. – Spoważniał. – Jakiś czas temu pobraliście próbki pewnej wody w Jamie Zielonego Człowieka. Chciałem wiedzieć, czy udało wam się coś na jej temat ustalić.
Znów Jama – pomyślał podporucznik Rogers. – Jakby nie było z nią dość kłopotów…
A na głos powiedział:
- Co jest takiego szczególnego w tej wodzie, że włamałeś się do jednostki wojskowej?
Mężczyzna przyjrzał się Rogersowi od stóp do głów i oświadczył:
- Pozwól, że coś ci pokażę.
Szybko wstał z krzesła, chwycił dół czarnego swetra, który miał na sobie i podciągnął go do góry. Oczom podporucznika ukazał się wychudzony do kości tułów z bliznami po cięciach – wiele w miejscach, gdzie znajdowały się organy życiowe. Następnie więzień opuścił sweter, za to podwinął trochę rękawy, aby pokazać wojskowemu kolejne ślady, tym razem przebiegające przez żyły na nadgarstkach. Na końcu odsłonił trochę włosów z prawej strony głowy, gdzie znajdował się okrągły kształt, którego podporucznik Rogers nie mógłby z niczym pomylić.
Postrzał. Ten człowiek został postrzelony w głowę.
Rogers, co prawda, słyszał o przypadkach, kiedy ludzie po takich urazach nie tylko przeżywali, ale też potem żyli przez długie lata. Miał jednak przeczucie, że nie to chciał powiedzieć mu jego rozmówca
Mężczyzna usiadł z powrotem na krześle i oznajmił:
- Dawno temu napiłem się ze źródełka w Jamie Zielonego Człowieka. Od tamtej pory nie mogę umrzeć.
Podporucznik jeszcze przez chwilę przyglądał się przybyszowi, próbując ogarnąć, co właśnie usłyszał. Zaraz jednak jego zaprawiony w naturalnej dziwności Clive’s Grove umysł pokonał pierwotny sceptycyzm i oznajmił:
- Tak więc pewnie przyszedłeś zniszczyć próbki, aby nikt inny nie dowiedział się o tej wodzie.
- To nie tak, podporuczniku – odparł włamywacz. – Przyszedłem, bo chcę odwrócić ten proces. Chcę znowu stać się śmiertelny.
3

Podporucznik Rogers poinformował Memorandusa o całej sytuacji – o włamaniu i o tym, co powiedział zatrzymany, niejaki Camilo Zamora… jak również o tym, że Zamora chciał, aby naukowcy z jednostki znaleźli lekarstwo na jego przypadłość. Na szczęście obcy naukowcy wrócili do Waszyngtonu na długo, zanim doszło do włamania, toteż podporucznik Rogers nie musiał się martwić tym, że będzie musiał wyjawić im, czego się dowiedział o Zamorze (podporucznik stąpał teraz po grząskim gruncie, ale twierdził, że są pewne rzeczy, w które nie wolno ingerować; i nie ufa jajogłowym z Waszyngtonu, że oprą się pokusie odkrycia źródła wiecznego życia). Jedyny problem stanowił fakt, że obcy wzięli ze sobą próbkę wody. Z drugiej strony i tak nie mógł właściwie nic z tym zrobić.
Po długich dywagacjach doszedł też do wniosku, że nie ma sensu oskarżać Zamory o wtargnięcie – Rogersowi ani nie uśmiechało się łazić po sądach (biorąc pod uwagę, że podporucznik miał masę swoich własnych problemów), ani nie chciało męczyć biednego człowieka ewentualnymi karami za wtargnięcie.
Toteż ostatecznie postanowili pójść na układ – oficjalnie wtargnięcie nie miało miejsca, jeśli Camilo Zamora od czasu do czasu będzie przychodzić do jednostki wojskowej na różne badania. Mężczyzna zgodził się od razu i natychmiast został wysłany do laboratorium, aby oddać kilka próbek krwi.
Podczas gdy naukowcy z jednostki badaliby biologiczne aspekty nieśmiertelności Camila, doktor March miał przeprowadzić badania psychologiczne pana Zamory. Tak więc odkąd dowiedział się o całej sytuacji, Memorandus oczekiwał telefonu od Camilo, aby móc się umówić na spotkanie. Jednakże przez cały dzień do jego kliniki dzwonili tylko stali klienci.
Dopiero pod wieczór, kiedy Memo siedział w domu i czytał książkę o roślinach bagiennych, usłyszał dzwonek telefonu. Wiedziony przeczuciem, odebrał go.
- Przepraszam, że dzwonię o tej porze – odezwał się zdyszany głos po drugiej stronie, a zaraz potem dodał: – Prawda jest taka, że moja praca nie pozwala mi przyjść do pana w ciągu dnia.
- A nie może pan poprosić o jeden dzień wolnego? – zapytał doktor March.
- Prosić akurat nie muszę. Jestem swoim własnym szefem – wyjaśnił Camilo. – Ale jeśli odpuszczę sobie jeden dzień pracy, stracę dzienny utarg. Czy jest możliwość, aby przyjechał któregoś wieczora?
Doktor March przeczuwał, że ten pomysł nie spodoba się Nancy. Z drugiej strony teoretycznie to on był tutaj szefem i mógł posłać ją do domu, podczas gdy sam zajmie się klientem. Mimo że nie uśmiechało mu się zostawać do wieczora w gabinecie i zazwyczaj nie prowadził sesji tak późno, już wiedział, że się zgodzi. I nawet nie dlatego, że Rogers liczył na jak najszybszą ewaluację pana Zamory.
- Kiedy pasowałoby panu przyjść?
- Jutro, na przykład. O osiemnastej.
- W takim razie wtedy się widzimy – oznajmił doktor March.
- Dziękuję za wyrozumiałość, doktorze – odparł Camilo i można było wyczuć w jego głosie ulgę.
Pożegnali się i Memorandus odłożył słuchawkę.
4

Camilo przybył o czasie, a doktor March już na niego czekał w recepcji. Po wymianie przywitań od razu przeszli do gabinetu psychoterapeuty.
- Muszę przyznać, że… to dziwne uczucie – powiedział po chwili, sprawiając, że brwi doktora Marcha się podniosły.
- W jakim sensie?
- Wyznam panu coś, doktorze. – Camilo sam nie wiedział, czemu nagle naszła go chęć na zwierzenia. – Nie wyglądam na to, ale pamiętam jak Minerwianie nawiązali pierwszy kontakt z Ziemianami. Pamiętam jak na początku ludzie występowali w telewizji i wygłaszali swoje opinie na temat tego, co to dla nas oznacza. Pamiętam jak zaczęliście udzielać wywiadów i jaka to była nowość dla wszystkich widzieć i słyszeć was. Pamiętam jak jacyś narwańcy głosili, że skończycie z kapitalizmem i religią, i że byli wśród nich tacy, który nawet na to czekali. To było istne szaleństwo: dowiedzieć się, że jednak nie jesteśmy sami we wszechświecie i że sen o pozaziemskich cywilizacjach nie był tylko snem.
- Domyślam się – stwierdził Memorandus. – Może usiądźmy już.
Odwrócił się plecami do gościa, który, nie ruszając się z miejsca, dodał:
- Pamiętam też, jak przyjechał pan do Clive’s Grove, doktorze.
Memo natychmiast spojrzał w jego stronę i Camilo ciągnął dalej:
- Wróciłem właśnie z tułaczki po Stanach. Zwykle przez dwie-trzy dekady jestem poza Clive’s Grove, aby tutejsi ludzie zdążyli o mnie zapomnieć. Potem wracam i zaczynam budować swoje życie od nowa.
- To musi być bardzo męczące – stwierdził doktor March. – Zwłaszcza, że Clive’s Grove widziało tyle różnych rzeczy, że jeden nieśmiertelny na pewno by ich nie zdziwił.
- W każdym razie ja widziałem Minerwian w metropoliach – mówił dalej, jakby nigdy nic, Zamora. – Ba, w samym Nowym Jorku było was całkiem sporo. Jednak Clive’s Grove zawsze wydawało się stać gdzieś z boku; było jednym z tych miasteczek, do których wszelkie nowości przychodziły kilka lat później. Tak też było w pana przypadku, doktorze. Był pan naszym pierwszym Minerwianinem.
- „Waszym”, powiada pan – odparł z uśmiechem doktor March i usiadł za biurkiem. – Mam przez to rozumieć, że urodził się pan w Clive’s Grove?
Camilo podszedł do krzesła i spoczął na nim.
- Nie, ale uważam je za swój dom. Moi rodzice pochodzili z Puerto Rico i mieszkali w Clive’s Grove od 1926. Tak mniej więcej od kiedy miałem pięć lat. – Uśmiechnął się do swoich myśli. – Prowadzili piekarnię. Małą, ale przytulną. Byli z niej bardzo dumni i mieli nadzieję, że kiedyś przejmę interes. Ja jednak nie miałem w ogóle drygu do wypieków. Nie, mnie marzyła się scena. Właściwie od momentu, w którym po raz pierwszy obejrzałem cyrk.
- Cyrk? – zdumiał się doktor March.
Camilo przytaknął.
- Wyznam coś panu, ale muszę się najpierw upewnić, że cokolwiek tutaj powiem, nie opuści tego pokoju.
- Oczywiście – odparł Memorandus.
Camilo przyglądał mu się przez dłuższy czas. Tak po prawdzie, to chciał się komuś zwierzyć. Już od jakiegoś czasu zżerało go, aby opowiedzieć komuś swoją historię. A w doktorze Marchu było coś takiego, co sprawiało, że chciał mówić nie tylko o swojej przypadłości, ale też o całej reszcie.
Tak więc oznajmił:
- Tam… w tym cyrku, znaczy się… był pewien klaun. Na scenie występował jako Wesoły Sammy, ale naprawdę nazywał się Samuel D. Taylor. Jego cyrk gościł w Clive’s Grove przez tydzień, a ja, wraz z kolegami, zakradałem się do ich namiotów, aby przyjrzeć się wszystkim, co tam było. Sammy był przemiłym człowiekiem. Szybko się z nim zaprzyjaźniłem, a on pokazywał mi różne sztuczki, aż pewnego dnia wyznał mi, że uwielbiał bawić ludzi i chciał uczynić świat piękniejszym poprzez śmiech.. „Są różne śmiechy, Camilo,” mówił. „Jest śmiech szyderstwa, wymuszony śmiech, śmiech dziecka, które widzi coś nowego, i śmiech starca, który widział już wszystko. Śmiech może być najpiękniejszym dźwiękiem na świecie, jeśli zrodzony jest z chęci ulżenia bliźnim w rozpaczy.” Kiedy mi o tym powiedział pierwszy raz, wiedziałem już, co chcę robić w życiu. Najpierw planowałem, że zabiorę się wraz z cyrkiem, ale jak tylko cyrkowcy zorientowali się, że z nimi idę, sprowadzili mnie z powrotem do rodziców. Pamiętam, że Sammy odbył potem z nimi długą rozmowę, przepraszając za całą sytuację. A potem poprosił o możliwość porozmawiania ze mną po raz ostatni, na co moi rodzice się zgodzili. Powiedział mi wtedy, że cieszy go mój entuzjazm, ale woli, abym nie podejmował pochopnych decyzji; że zapewne kiedyś jeszcze jego cyrk przybędzie do Clive’s Grove, a jeśli wejdę wtedy w wiek męski i nadal będę chciał zostać klaunem, to weźmie mnie pod swoje skrzydła. Myślę, że spodziewał się, że kiedy dorosnę, poszukam sobie innego zajęcia i zapomnę o cyrku.
- Być może. Ale zapewne obietnica spełnienia marzenia tylko wzmocniła pańską determinację.
- O tak – przyznał Camilo. – Zacząłem ćwiczyć te wszystkie sztuczki, których się nauczyłem od Sammy’ego, a ponadto uczyłem się wspinać po budynkach i drzewach, i robić różne fikołki. To oczywiście nie ucieszyło moich rodziców. Uważali, że to głupota i lekkomyślność z mojej strony. W końcu, kiedy skończyłem już osiemnaście lat, nie mieli już nic więcej do powiedzenia, albowiem do Clive’s Grove zawitał cyrk Sammy’ego. Gdy zaś odchodził, ja odszedłem razem z nim i moja wielka przygoda z klaunowaniem rozpoczęła się na dobre.
Camilo uśmiechnął się do swoich wspomnień.
- To był najpiękniejszy okres w moim życiu. Trwał ponad dwadzieścia lat. – Prychnął śmiechem, ale szybko posmutniał. – To dużo dla kogoś normalnego, ale dla mnie ten okres był za krótki. Ile ja bym dał, aby wrócić do tamtych czasów, podróżować z jednego miejsca na drugie, zobaczyć znów innych cyrkowców… – Spojrzał na doktora Marcha. – Wie pan, miałem tam nawet dziewczynę, Dinę. Pracowała jako wróżbitka i była przepiękna. Jednakże Dina spojrzała w moją przyszłość… Muszę przyznać, że wtedy myślałem, że ona nie ma żadnego daru i tylko mówi to, co ludzie chcą usłyszeć… No więc ona spojrzała w moją przyszłość pewnego dnia i powiedziała mi: „Nie wracaj do Clive’s Grove, bo czeka cię tam wieczność.” Co by pan pomyślał, gdyby usłyszał coś takiego?
- Nie wiedząc, że chodzi o nieśmiertelność? – dopytał się doktor March. – Zapewne byłbym nieco skonfundowany. A potem pomyślałbym, że dziewczyna z jakiegoś powodu nie chce, abym wracał do rodzinnego miasta.
- Właśnie tak było ze mną. Dlatego uspokoiłem ją, mówiąc, że za nic nie chciałbym znów znaleźć się Clive’s Grove. Nie chodziło tylko o to, że sto razy bardziej wolałem podróżować po świecie. Byłem po prostu świadom tego, że gdybym wrócił, ludzie, a zwłaszcza moi rodzice, spoglądaliby na mnie jak na pariasa. Za nic nie zamierzałem wracać do rodzinnego miasta i nie musiałem się nawet o to martwić, bo przyjeżdżaliśmy z jednego miasta na drugie i przez bardzo długi czas byliśmy daleko od Clive’s Grove. Niemniej jednak po dziesięciu latach znów tam zawitaliśmy. Wtedy Dina powiedziała mi: „Jeśli nie wejdziesz do miasta, wszystko będzie dobrze. Pozostań tutaj, a będziesz bezpieczny.” Nawet jeśli nie wierzyłem w jej przepowiednie, w pełni zgadzałem się z jej stwierdzeniem. Naprawdę planowałem, że pozostanę w cyrku przez cały nasz pobyt w Clive’s Grove.
- Zapewne coś te plany pokrzyżowało – stwierdził doktor March.
- Tak – przyznał mężczyzna. – Los miał zupełnie inne plany. Moja matka przyszła do obozowiska i powiedziała mi, że ojciec jest ciężko chory i już nie pożyje długo. Cóż można zrobić w takiej sytuacji? Oczywiste było to, że musiałam do niego iść. Dina próbowała mnie powstrzymać, ale ja powiedziałem jej, że nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie spotkał się z ojcem. W pełni to rozumiała, powiedziała mi jednak: „W takim razie, choćby nie wiem co, nie opuszczaj swego ojca, dopóki nie umrze.” Odparłem, że pewnie tak właśnie zrobię i odszedłem jak najszybciej do rodzinnego domu.
Zamilkł na moment, wspomniawszy to, jak usiadł tuż przy łóżku ojca i jak zaczęli ze sobą rozmawiać, po raz pierwszy od chwili, kiedy Camilo opuścił Clive’s Grove.
- Po tylu latach – zaczął po chwili – ledwo pamiętam ich twarze. To jednak prawda, co mówią… twarz ukochanej osoby zaciera się pierwsza. Czy też raczej, pamięta się jak wyglądała tak ogólnie, ale jeśli chce się przywołać wszystkie szczegóły… tutaj pojawia się problem. Wiem, jak wyglądali moi rodzice, bo trzymam ich zdjęcia w domu. Podobnie jest z Diną, Sammy’m i resztą cyrku. Ale w moich wspomnieniach wielu ludzi, którzy byli mi bliscy, w ogóle nie ma twarzy.
- Dużo ich było? – zapytał nagle psychoterapeuta.
To pytanie wprawiło Camila w zdziwienie. Zaraz potem zamknął oczy i zamyślił się. Przygryzł dolną wargę, kiedy kilka słodkogorzkich wspomnień stanęło mu przed oczami, które w końcu otworzył i skierował na kosmitę.
- Tak, było ich… kilka – odparł. – Kochanki, przyjaciele… nawet dzieci, które zabawiałem jako klaun. Ja żyłem, a one rosły, starzały się i umierały. Była taka mała dziewczynka, Lidia… – Nagle urwał i się zreflektował. – Ale chyba posuwam się trochę za daleko.
- Proszę się tym nie przejmować – odrzekł doktor March z uśmiechem.
- Chodzi mi o to, że nawet nie doszedłem do tego, jak stałem się nieśmiertelny. – Wyprostował się na krześle i splótł ręce razem. Znów stał się poważny. – To miało miejsce tego samego dnia, w którym odwiedziłem ojca. Powiedział mi wtedy: „Camilo, nie będę już długo na tym świecie. Pamiętasz może historię o źródełku w Jamie Zielonego Człowieka?” Odparłem, że jest coś takiego, a ojciec oświadczył: „Kiedy byłem mały, często wybierałem się z twoim dziadkiem na ryby i piliśmy wodę z jednego bukłaka. Czułem wtedy z nim największą więź. Teraz, na łożu śmierci, żałuję, że ty i ja nie mieliśmy podobnych wspomnień. Mam tylko jedno pragnienie, synu: przynieś mi trochę tej źródlanej wody i napijmy się razem.” Prośba była dość dziwna, ale umierającemu się nie odmawia, zwłaszcza, gdy jest to rodzic. Tak więc wybrałem się do Jamy… Nie znalazłem jej prędko, błądziłem przez chyba jakąś godzinę… ale w końcu ją zobaczyłem. Wszedłem do środka i od razu dojrzałem źródełko. Szybko nabrałem trochę wody do bukłaka i ruszyłem jak najszybciej do rodzinnego domu. Jednak nawet kiedy przy wyjściu z lasu pewien znajomy zaoferował mi podwózkę, przybyłem za późno: mój ojciec nie żył już od kilku minut.
Camilo przypomniał sobie, jak wszedł do sypialni ojca i zobaczył jego blade, nieruchome ciało. Przypomniał też sobie jak przemożny żal ogarnął go na ten widok i jak bardzo ciążył mu wtedy trzymany w rękach bukłak, chociaż jego zawartość nie sięgała nawet połowy pojemnika.
- Nie dane nam było wypić tej wody wspólnie. Nie mogłem spełnić ostatniego życzenia ojca. Zastanawiałem się nawet czy by nie wylać wody do zlewu, ale coś mi przyszło do głowy. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiłem i skąd mi się to wzięło. Przecież to nie miało sensu. Niemniej jednak odkorkowałem bukłak, nalałem trochę wody w usta ojca, a potem sam upiłem spory łyk. Smakowała zwyczajnie, choć czułem, że była trochę brudna. Tak czy inaczej, nie spodziewałem się, że pijąc ją, skazuję się na wieczne życie. Kiedy wróciłem do cyrku, Dina już na mnie czekała. Po jej twarzy widziałem, że jest załamana. Wtedy myślałam, że po prostu przeczuła, że mój ojciec zmarł, ale ona po prostu wiedziała, co się stało. Właściciel cyrku pozwolił mi zostać i zająć się pogrzebem. Miałem dołączyć do nich za miesiąc, jednak postanowiłem wrócić już po stypie. Nie chciałem siedzieć w Clive’s Grove dłużej niż musiałem.
- A w jaki sposób odkrył pan, że jest nieśmiertelny?
- Tydzień po powrocie, gdy zatrzymaliśmy się w pewnej wsi w pobliżu New Jersey, zostałem zaatakowany. W barze, przez człowieka, który nie lubił klaunów… i Latynosów. Podczas bójki wyciągnął nóż i wbił mi go między żebra. – Camilo prychnął pozbawionym radości śmiechem. – Musiał się pewnie przerazić krwi albo to był pierwszy raz, kiedy tak naprawdę tego noża użył… Wielokrotnie, kiedy wracałem do tego dnia, wydawało mi się, że facet nie trzymał broni pewnie. Mimo wszystko nie jest tak łatwo zabić człowieka. Tak czy inaczej, uciekł, jak tylko zobaczył co zrobił. Ktoś próbował zatamować krwotok, ktoś inny pobiegł po lekarza. Usłyszałem też, jak barman mówi: „Nie przeżyje. Widziałem już takie obrażenia. Facet przebił mu płuco.” Ale mimo że leżałem półżywy na ziemi i krwawiłem obficie, nie miałem problemu z oddychaniem. Co więcej, lekarz przyszedł jakieś półgodziny później, a ja nadal nie byłem martwy. Sam medyk twierdził, że krew, co prawda była wszędzie, ale w miejscu, gdzie powinna być rana, znajdowała się tylko blizna po ostrzu. Uznał to za jakiś żart i sobie poszedł, a wszyscy wokoło patrzyli na mnie dziwnie. Ja też nie byłem pewien, co się właściwie stało, zwłaszcza, że nabrałem nagle sił. O własnych nogach wróciłem do cyrku, nadal nie rozumiejąc, co mi się przydarzyło. Ale Dina znów na mnie czekała. Co więcej, miała odpowiedź.
- I co powiedziała?
- Że nie jest pewna, co tak dokładnie sprawiło, że stałem się nieśmiertelny, ale jest przekonana, że miało to coś wspólnego z Jamą Zielonego Człowieka. Twierdziła, że miała wizję, w której odszedłem od łóżka ojca, aby wejść do Jamy, a potem widziała jak przez stulecia tułam się po świecie, nie mogąc umrzeć. Kiedy to usłyszałem i kiedy spojrzałem na swoje zabliźnione rany po nożu, wiedziałem, że to prawda. – Uśmiechnął się słabo. – Na początku bałem się tego, co się ze mną stanie, kiedy ludzie odkryją mój sekret. Bałem się nawet tych ludzi, którzy widzieli, jak pchnięto mnie nożem. Na szczęście następnego dnia kilku z nich przyszło do mnie i powiedziało, że świetny numer wczoraj zrobiłem. „Prawie daliśmy się nabrać.”, mówili. Najwyraźniej myśleli, że ten atak był jednym wielkim przedstawieniem, zwłaszcza, że mój napastnik nie był miejscowy; przyjechał tego samego dnia, co cyrk.
- Miał pan szczęście.
- Rzeczywiście miałem. Ja i Dina wiedzieliśmy jednak, że to szczęście może nie trwać zbyt długo. Mimo to jakaś część mnie myślała, że moja przypadłość to świetna sprawa. – Znów prychnął śmiechem. – No bo kto nie chciałby być nieśmiertelny i wiecznie młody?
Doktor March przyjrzał się pacjentowi uważnie. Przez chwilę milczał, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu jednak się odezwał:
- Słyszał pan może o Gameronie?
- Nie – odparł lekko zdzwiony tą nagłą zmianą tematu Camilo.
- To stary mit z Minerwy, ale ma znaczenie w pana przypadku.
- W jakim sensie?
- Widzi pan, Gameron był starożytnym minerwiańskim alchemikiem. Pewnej nocy udało mu się, właściwie przez przypadek, odkryć miksturę, która dawała istotom żywym nieśmiertelność. Coś jak wasz kamień filozoficzny, tylko nie zamieniał żelaza w złoto – zażartował doktor March, ale zaraz potem spoważniał. – Kiedy Gameron zdał sobie sprawę z tego, że jego denkrun doświadczalny wypił miksturę, a po upadku z wysokości, która wręcz musiała go zabić, tak po prostu wstał, Gameron postanowił przeprowadzić kilka eksperymentów na zwierzęciu. Niezależnie od tego, co robił temu biednemu gryzoniowi, stworzenie nie tylko żyło, ale też jego rany goiły się w miarę dobrze. Oczywiście jakiś czas potem postanowił wypróbować miksturę na sobie. Według jednych kierowała nim naukowa ciekawość, według innych pragnienie nieśmiertelności. Ja osobiście jestem zdania, że zrobił to z obu tych powodów.
- I co się potem stało? – zapytał Camilo.
Miał wrażenie, że ta opowieść mogła odpowiedzieć na jego pytania. Być może woda w Jamie Zielonego Człowieka miała pozaziemskie pochodzenie…
- Legenda mówi, że najpierw upajał się swoją nieśmiertelnością. Ponieważ nic nie mogło go zranić, robił rzeczy, których pewnie nigdy wcześniej by nie zrobił: smakował narkotyków, skakał z klifu, wdawał się w bójki z osobnikami silniejszymi od siebie. To z kolei sprawiło, że z czasem zatracił instynkt przetrwania… przynajmniej jeśli chodzi o zagrożenia cielesne.
Coś przyszło Camilowi do głowy.
- Też czułem na początku, że jestem niezniszczalny. Poprosiłem nawet Siostry Szewczenko, aby nauczyły mnie chodzenia po linie i skoków na trapezie. Już wcześniej chciałem to zrobić, ale bałem się, że złamię sobie kark albo rękę. Kiedy zaś stałem się nieśmiertelny, miałem wrażenie, że pękła we mnie jakaś bariera; że jestem w stanie zrobić wszystko.
- Jednakże z czasem Gameron zdał sobie sprawę z tego, że są rzeczy gorsze od śmierci. Mieszkańcy jego wioski niebawem odkryli, że jest w nim coś nienaturalnego i oskarżali go o zarazę, która pustoszyła wtedy ich osadę. W akcie desperacji Gameron zaproponował, że da im napić się swojej mikstury, aby nikt już więcej nie umierał… Oni jednak uznali, że kłamie i że chce ich otruć, więc postanowili utopić go w rzece. Gameron nie miał innego wyjścia: musiał udać, że naprawdę utonął, a potem zbiec do innej osady. Tak właśnie przekonał się, że nie może umrzeć… ale i tak czyhają na niego niebezpieczeństwa.
- No cóż, mnie nie trzeba było tego powtarzać – wtrącił Camilo. – Wiedziałem, że gdyby ktokolwiek jeszcze zobaczył, że jestem nieśmiertelny, mógłbym zostać poddany eksperymentom… albo coś jeszcze gorszego by mnie spotkało. Dlatego przez dłuższy czas jedynymi, którzy wiedzieli o tym, co się stało, byli Dina i Sammy.
Doktor March uśmiechnął się przyjaźnie.
- No cóż, Gameron również miał swoją Dinę. W którymś momencie, podczas swoich podróży po Minerwie, zawitał na dwór księcia Fonderu. Fonderu był światłym władcą i pasjonował się nauką. On i Gameron szybko stali się sobie bliscy, a że akurat na jego dworze zwolniło się stanowisko alchemika, książę natychmiast zaproponował je swojemu gościowi. Zanim jednak Gameron je przyjął, doszedł do wniosku, że musi wyznać księciu swój sekret. Tak też zrobił i ku jego zdumieniu, Fonderu nadal chciał go na alchemika. Gameron zaproponował nawet, że przygotuje dla niego miksturę, jednak Fonderu odmówił, twierdząc, że woli oddać władzę synowi, niż rządzić wiecznie. Gameron był tym zasmucony. Marzyło mu się, że spędzi wieczność z księciem, dlatego jeszcze kilka razy podczas służby na dworze próbował namówić go do wypicia mikstury. Ale Fonderu zawsze odmawiał. I tak dokonał żywota jako stulatek, a Gameron pozostał sam.
- To chyba najgorsze w całej tej sytuacji – odparł Camilo. – Kiedyś proponowałem Dinie, aby napiła się ze mną ze źródełka. Byłem pewien, że nie chcę żyć bez niej; że jeśli ona się zestarzeje i umrze, a ja będę żył dalej… pęknie mi serce. Widziałem, że rozważa ten pomysł; że chce stać się taka jak ja. Ale ostatecznie doszła do wniosku, że nie chce tego zrobić. Twierdziła, że ludzie po kilku latach mogą przestać się kochać, a co dopiero, kiedy mają spędzić ze sobą całą wieczność? Wtedy myślałem, że nie kocha mnie tak bardzo jak ja ją; wtedy myślałem, że jest samolubna. Dopiero po latach zrozumiałem, że nie mogłem wymagać od niej aż takiej ofiary. Tak czy inaczej rozstaliśmy się, kiedy powiedziała „nie” i teraz żałuję, że tak się stało. Mimo wszystko wolałbym być przy niej przez resztę jej życia.
- Czy miał pan inne kobiety? Albo innych partnerów w ogóle?
- Było ich kilka – odpowiedział pan Zamora. – Ale nie były to związki na tak głębokim poziomie, jak ten z Diną. To była miłość mojego życia i nie sądzę, abym kiedykolwiek miał okazję poczuć znów coś takiego. A kiedy cyrk zbankrutował, oboje poszliśmy w swoje strony i nigdy więcej się nie widzieliśmy.
- A dzieci? Miał pan jakieś?
- Nie. – Camilo pokiwał głową. – Przynajmniej nie biologiczne. Była Lidia… ale ona nie była moja.
- Proszę o niej opowiedzieć.
Camilo uśmiechnął się na wspomnienie kruczowłosej dziewczynki z warkoczykami i o wielkich, brązowych oczach.
- Lidia była… dziwnym dzieckiem. Wycofanym, nieprzepadającym za tłumami, trochę też molem książkowym. Ale lubiła magiczne sztuczki. Mówiła, że chce zostać mistrzynią ucieczek, tak jak Harry Houdini. Pierwszy raz spotkałem ją w 1963, jakaś dekadę po tym jak cyrk się rozpadł. Pracowałem wtedy jako klaun na przyjęciach i pewnego dnia zaproszono mnie do sierocińca. – Zaśmiał się pod nosem. – Nie lubiła klaunów. Uważała, że nie są wcale śmieszni. Przez większą część występu siedziała z boku i czytała coś. Zainteresowała się bardziej tym, co działo się na scenie, kiedy zacząłem pokazywać magiczne sztuczki. Mogłem zauważyć jak chłonie jak gąbka wszystko, co robię, każdy trik, który wykonuję. Moje umiejętności magika nie są jakoś specjalnie wyszukane, ale podejrzewam, że chyba wtedy po raz pierwszy widziała pokaz sztuki magicznej na własne oczy. A kiedy już mój występ się skończył, podeszła do mnie i zaczęła wypytywać o to, jak zrobiłem te wszystkie rzeczy. Nie mogłem odpowiedzieć na wszystkie jej pytania, bo śpieszyłem się na pociąg, ale wytłumaczyłem ze dwie sztuczki. Jakiś czas potem ktoś puka do mojego mieszkania i kogóż tam widzę? Lidię, która chce, abym opowiedział jej coś więcej o magii. To była pierwsza z wielu wizyt, które mi złożyła.
- Czy powiedział jej pan o nieśmiertelności?
- Dowiedziała się o niej sama. Znalazła zdjęcie mojego cyrku z lat czterdziestych, gdzie wyglądałem dokładnie tak samo, jak dwadzieścia lat później. Przez dłuższy czas zaprzeczałem, że to ja. Jakaś część mnie chciała jej powiedzieć; chciała wreszcie wyznać ten sekret po tylu latach niezwierzania się nikomu… Ale miałem wrażenie, że gdybym powiedział Lidii, coś by się między nami zmieniło. Zaczynałem ją lubić. Cieszyłem się, że mam przyjaciela. Wkrótce jednak nastąpił moment, w którym nie mogłem już dłużej zaprzeczać.
- I czy nastąpiła wtedy jakaś zmiana w waszych relacjach?
- Na początku nie za bardzo. Na początku Lidia po prostu uważała, że moja nieśmiertelność jest niesamowita. Z czasem jednak, jakoś tak, kiedy była w gimnazjum, postanowiła, że pomoże mi odkryć sekret źródełka. Mówiłem jej, że powinna raczej zająć się szkołą. Chciałem, aby żyła swoim życiem, miała swoich przyjaciół, być może założyła rodzinę. Ale ona chciała rozwikłać tajemnicę i kiedy tylko osiągnęła pełnoletność i zebrała trochę grosza, pojechała ze mną do Clive’s Grove. Działy tam się wtedy różne rzeczy, o których nie mam czasu dzisiaj mówić, ale ważne jest to, że spędziliśmy w tym mieście większość życia Lidii.
Przerwał i spojrzał na swoje ręce. Ścisnął je w pięści.
- Wie pan, co jeszcze jest okropne w nieśmiertelności? – powiedział w końcu, podnosząc wzrok. – To świadomość, że będę żyć dalej, kiedy dziewczyna, którą zacząłem traktować jak córkę, się zestarzeje i umrze z przyczyn naturalnych. Nie ma sensu mieć dzieci, bo niezależnie od tego, jak długo będą żyć, zawsze się je, prędzej czy później, pogrzebie. Lidia żyła ponad osiemdziesiąt lat i twierdziła, że lubiła swoje życie. Ja jednak żałowałem, że nie mogłem sprawić, aby było bardziej normalne.
Zamilkł i otarł łzy, które pojawiły się w jego oczach. Czuł na sobie wzrok doktora Marcha, który również przez dłuższy czas się nie odzywał. W końcu Camilo wziął się w garść i przerwał ciszę.
- Potem nastąpił okres, w którym przenosiłem się co kilka dekad z jednego miejsca na drugie. Zarabiałem tak jak umiałem: występując jako klaun. Świat wokół mnie się zmieniał nie do poznania… a jednocześnie pewne rzeczy się nigdy nie zmieniały. W końcu pogodziłem się z tym, że nigdy się nie zestarzeję… aż do teraz.
Camilo poczuł nagle jak bardzo jest zmęczony. Te zwierzenia jednak dużo go kosztowały. Psychoterapeuta musiał to zauważyć, bo odparł:
- Jeśli pan chce, możemy na dzisiaj skończyć.
- Tak – przyznał Camilo i podniósł się z fotela. – Dziękuję, że mnie pan wysłuchał.
- Nie ma sprawy – odrzekł Memorandus, podchodząc do drzwi. Kiedy jej otworzył, dodał: – Jeszcze się zdzwonimy a propos kolejnej wizyty.
Camilo wyszedł na korytarz i już miał iść w stronę wyjścia, kiedy coś mu się przypomniało. Odwrócił się do Minerwianina i zapytał:
- A co się w końcu stało z Gameronem?
- No cóż – zaczął doktor March – miał wiele różnych przygód, ale pewnego dnia zniknął zupełnie. Według podań żyje jednak do dziś i ukrywa się pomiędzy Minerwianami. Nie wiadomo jednak jak wygląda.
- Powiedzmy, że ta historia jest prawdziwa – wtrącił Camilo. – Czy jest możliwe, aby Gameron nie tylko żył nadal, ale też przyleciał na Ziemię? I czy jest możliwe, żeby przeniósł się do Clive’s Grove i zrobił coś z tamtejszą wodą?
Doktor March uśmiechnął się.
- Niektórzy Minerwianie uznaliby, że to, co pan przed chwilą powiedział, to teoria spiskowa, bo Gameron tak naprawdę nigdy nie istniał. Inni z chęcią zbadaliby ten trop, tak jak naukowcy szukający Wielkiej Stopy.
- Czyli nie wierzy pan, że mogło tak być?
Memorandus spoważniał.
- Jest to jakaś hipoteza. Nie chcę jej odrzucać, ale opiera się ona na podaniu ludowym. Naukowcom podporucznika Rogersa chyba potrzeba jednak czegoś więcej.
Camilo zastanowił się nad tymi słowami. Zaraz potem dodał:
- Czy jest może jakaś książka opisująca ten mit bardziej dokładnie?
- Myślę, że coś znajdę – oświadczył doktor March.
Na chwilę wrócił do gabinetu i zaczął przeszukiwać regał. Jakieś pół minuty później, wrócił z jakąś starą, lekko już pożółkłą książką w ręku. Podał ją gościowi i Camilo mógł zobaczyć, że jej tytuł brzmiał: Mity z całej Minerwy. Opracowanie etnograficzne.
- Tylko proszę mi ją oddać jak tylko pan skończy czytać. Trudną ją dzisiaj znaleźć.
Camilo uśmiechnął się w geście podziękowania. Żegnając się, czuł się znów pełen nadziei. Czuł też – po raz pierwszy od bardzo dawna – że nie musi dźwigać ciężaru swojej nieśmiertelności sam. Znów miał komu się zwierzać. Co więcej – było mu z tym dobrze.
Ostatnio zmieniony 14 lip 2019, 13:39 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Zaczarowana
uczeń
Posty: 25
Rejestracja: 16 mar 2019, 19:19

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: Zaczarowana » 08 lip 2019, 13:44

Nieśmiertelność to ciekawy temat, fajnie opisałaś przypadek Camilo i jego porównanie do jakiegoś alchemika z Minerwy. Teoria samego Camilo na temat źródła jest naprawdę ciekawa i wydaje się prawdopodobna.

Wiesz, ciekawa jestem jak Ty widzisz to opowiadanie... w sensie zastanawiam się, czy dla Ciebie dodane wcześniej rozdziały tworzą zamkniętą całość, czy zamierzasz jeszcze kiedyś wrócić do wspomnianych tam wątków i rozwinąć je w nastepnych częściach?
"Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni, nie mają z tym problemu."
- Fritz Perls -


»ao3«»Mirriel«»ff.net«

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2087
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: RedHatMeg » 13 lip 2019, 15:20

Czas na fillier episode! Poznajemy matkę doktora Marcha, a przy okazji wspomniane jest kilka rzeczy na temat Minerwy.

Rozdział 7: Wizyta matki

1

Profesor Zandi March miała kilka ulubionych miejsc na Ziemi. Lubiła, na przykład, Nowy Jork, zwłaszcza Muzeum Guggenheima, gdzie wiele lat temu odbyła się pierwsza randka jej i Winstona Marcha. Lubiła też Włochy i Grecję za ciepły klimat i przepiękną architekturę (zawsze interesowała się kulturą antyczną, więc z fascynacją zwiedzała starożytne ruiny cywilizacji greckiej i rzymskiej). Podobało jej się w Osace, Pekinie, Addis Abebie i Kairze, bo tamtejsze budowle również pozwoliły jej odczuć siłę historii ludzkości. W Moskwie i w Petersburgu także się nie nudziła. Ogólnie rzecz biorąc miała o Ziemi bardzo wysokie mniemanie.
Jednak nie znosiła Clive’s Grove. Dla niej była to zapadła dziura, nie mająca nic do zaoferowania potencjalnym turystom. Ani natura tutaj nie była specjalnie ładna, ani historii Clive’s Grove nie miało zbyt ciekawej. Nie było tam zbyt wielu zdobyczy cywilizacji (cud, że w ogóle był prąd i internet!), jedynie jakieś centrum handlowe i być może kino. Zandi mimo wszystko przyzwyczajona była do dużych miast, gdzie coś się działo. Rozumiała, oczywiście, dlaczego jedna z jej trojaczek, Artemida, lubiła podróżować w różne dzikie krainy (Artemida zawsze miała w sobie żyłkę poszukiwacza przygód), ale wybieranie się w jakieś miejsce, aby zobaczyć na własne oczy piękno nieujarzmionej przyrody a dobrowolne zamieszkanie na stałe w małym, nudnym jak flaki z olejem miasteczku, to dwie różne rzeczy.
I tutaj było sedno sprawy. To, co nie podobało się Zandi najbardziej w Clive’s Grove, to to, że musiała tam przyjeżdżać, aby spędzić trochę czasu z synem; z synem, który uparł się, że jego „badania” wymagają od niego założenia na odludziu praktyki psychoterapeutycznej. Zandi pogodziła się z tym, że jej pierworodny wybrał sobie tak niepoważny zawód, ale nie rozumiała, dlaczego wybrał właśnie to miejsce na praktykę. Przecież równie dobrze mógłby pracować w Nowym Jorku, Londynie i każdym innym dużym, ziemskim mieście. Uparł się jednak, że wybierze się na dobrowolne wygnanie. Ale cóż… Memorandus zawsze zdawał się robić wszystko na przekór matce.
Tak więc Zandi wysiadła z pociągu na stacji Clive’s Grove i rozejrzała się za pociechą. Jako drobna, starsza Minerwianka o ostrych rysach twarzy wyróżniała się na tle pozostałych ludzi na stacji, jednakże kilka osób rozpoznało ją i nawet rzuciło jej jakieś uprzejme przywitania (jako matka jedynego Minerwianina w miasteczku, szybko stała się rozpoznawalna po swojej pierwszej wizycie… to było kolejny powód, aby nienawidzić Clive’s Grove). Przez dłuższy czas wydawało się, że Memorandusa nigdzie nie ma, a im dłużej Zandi go szukała, tym bardziej zastanawiała się czy jej pierworodny czasem nie zapomniał o tym, że dzisiaj przyjeżdża jego matka.
W końcu go zobaczyła. Stał przy wejściu na peron i machał do niej, ale bez jakiegoś większego entuzjazmu. Zandi podeszła do niego szybkim krokiem. Kiedy przed nim stanęła, w geście przywitania przytknęła kciuk do swojego mostka i w takiej pozycji, zakręciła ręką. On zrobił to samo.
- Witaj, mamo – powiedział, po czym dodał: – Na razie pojedziemy do mnie, odstawimy twój bagaż i trochę odpoczniesz, a potem wybierzemy się w pewne miejsce.
- A gdzie konkretnie? – zapytała, bo przecież miała prawo wiedzieć.
- To będzie niespodzianka – odparł i uśmiechnął się jakoś nieszczerze.
Znając życie, chciał ją zabrać do jakiejś podrzędnej restauracji albo nawet do tej jego „Różyczki”. Nie znosiła tego miejsca. Nie chodziło nawet o dekoracje w postaci wieńców pogrzebowych, tylko o fakt, że jedyną kawę, jaką można tam było zamówić była zwykła czarna, do której, ewentualnie, dodawało się cukru i mleka. Zandi lubiła bardziej wyrafinowane kawy. Rozsmakowała się w nich lata temu, kiedy zaczęła pracować na Ziemi.
Zobaczymy – pomyślała. – Może tym razem będzie lepiej.
- Rozumiem. – Również się uśmiechnęła. – Chodźmy już.
Przed dworcem czekał już żółty renault Memorandusa. Wsadzili do niego walizkę i Zandi usiadła na miejscu pasażera. Memorandus niebawem siadł za kółkiem i włączył silnik.
- Wiesz, Ael jest w Nowym Jorku – odezwała się Zandi chwilę po zapięciu pasa. Spojrzała na syna znacząco. – Powiedzieć jej, że chciałbyś się spotkać?
Wyjeżdżając z parkingu, Memorandus westchnął ciężko.
- Nie masz co wzdychać tak ostentacyjnie – wyrzuciła mu matka.
- No właśnie mam – odparł, po czym dodał: – Ja i Ael nie lubimy się w taki sposób, w jaki byś chciała.
- A ta twoja asystentka? Nie chciałbyś, aby było między wami coś więcej?
- To byłoby nieprofesjonalne – oświadczył wyjeżdżając na jezdnię.
- Z tego co wiem spędzasz z nią dużo czasu nawet poza pracą – odrzekła Zandi. – Jesteś pewien, że nie ma między wami czegoś więcej?
- Dobrze wiesz, że się tylko przyjaźnimy – powiedział. – Wiesz też, że takie rzeczy mnie nie interesują.
- Niestety wiem – odparła. – Żebyś się tylko nie obudził pewnego dnia i nie zdał sobie nagle sprawy z tego, że zmarnowałeś życie w jakimś zapyziałym mieście, nie mając ani kariery, ani rodziny. Osobiście nie wierzę w tę twoją aseksualność i aromantyczność. Po prostu nie spotkałeś odpowiedniego partnera i boisz się związków po tym jak dostałeś kosza na studiach.
- Uważaj, mamo – powiedział Memorandus, na chwilę odwracając do niej wzrok i uśmiechając się złośliwie. – Wkraczasz na teren psychologii, a przecież to szarlataneria.
Znów zaczął patrzeć na drogę. Na chwilę zapadła cisza. Widać było, że coś go zirytowało. Zandi wiedziała, co dokładnie.
- Nie gorączkuj się tak – powiedziała. – Ja chcę tylko spędzić trochę czasu z synem. A że ty nas odwiedzasz tylko na święta, to ja muszę przyjeżdżać do ciebie i się nudzić w tej zapadłej dziurze.
- Nie wiedziałem, że chcesz tracić cenny czas na syna marnotrawnego – odgryzł się.
- Ależ chcę. Ty najwidoczniej też chcesz trochę ze mną pobyć. Wiesz, spodziewałam się, że specjalnie znajdziesz sobie zajęcie, akurat na dzień, w którym przyjeżdżam do ciebie; jakiegoś nieszczęśnika, którego łzawych historyjek musiałbyś wysłuchiwać, bo wolałbyś to, niż spotkać się na jeden dzień ze starą matką. Zawsze byłeś wyrodnym synem.
- Z zawodowego doświadczenia wiem, że wyrodne dzieci mają nieraz wyrodnych rodziców – oświadczył Memorandus, zerkając na matkę kątem oka.
I to jest typowa postawa psychoterapeuty: wszystkiemu winna jest matka. Zandi była już do tego przyzwyczajona.
- Po prostu zmieńmy temat – odezwał się Memorandus.
- Możemy również milczeć – zasugerował Memorandus.
- Też mi to pasuje – stwierdziła Zandi, chociaż powiedziała to bardziej dlatego, że miała już dość humorów syna.
Ona tutaj próbowała nawiązać z nim rozmowę, a on ją odtrącał. Prawda była taka, że martwiła się o swojego pierworodnego, a w szczególności o jego przyszłość. Jeszcze nie było za późno, aby wyprowadził się z tej dziury i zajął się czymś poważniejszym. Jego rodzeństwo już dawno było w związkach, niektórzy nawet już doczekali się dzieci, a on nadal nie miał ani partnera, ani tym bardziej potomstwa. Nawet ludzie uważali, że są rzeczy ważne i ważniejsze, więc czemu jej syn nie potrafił tego pojąć?
Tak więc milczeli przez resztę podróży do domu Memorandusa, oboje zajęci własnymi myślami. Zandi spojrzała na szare, zachmurzone niebo, zwiastujące deszcz. Przypomniała sobie, że w jej rodzinnym mieście, Flim, było podobne. Wychowywała się w bardzo deszczowym rejonie, ale kiedy chmury się rozjaśniały, mogła zobaczyć lazurowe niebo. W nocy, jeśli nie było żadnej burzy ani chmur, można było zobaczyć oba księżyce Minerwy – Halon (Północny) i Belis (Południowy). Kiedy wchodziły w kolejne fazy, były jak swoje lustrzane odbicia – jeśli Halon malał od prawej, to Belis od lewej. Trzeba było zawsze pamiętać który księżyc jest który, jeśli zgubiło się w lesie albo na pustyni.
Zandi westchnęła. Niezależnie od tego, jak bardzo lubiła ziemską kulturę i jak wiele pięknych rzeczy jej się przydarzyło na tej planecie, często tęskniła za Minerwą. Chociaż starała się jak mogła, podtrzymywać tradycje, jej dzieci mimo wszystko były bardziej ziemskie niż minerwiańskie. No, może poza Brutusem. Brutus przeprowadził się na Minerwę i tam założył rodzinę. Odwiedzał też rodziców na tyle, na ile był w stanie (a miał na tyle dobrze płatną pracę, że mógł sobie kilka razy do roku pozwolić na loty międzyplanetarne), i przywoził również dzieci. To było wręcz niesamowite jak on i Memorandus się od siebie różnili…
Kiedy nareszcie Zandi i Memorandus zajechali do jego domu, marzyła już o tym, aby zajść do pokoju gościnnego na górze, położyć walizkę na podłodze i się przespać. Tak też zrobiła, a jej syn poszedł do ogrodu. Na odchodnym powiedział jej jednak, że około pierwszej pójdą na obiad. Zandi zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby zostać w domu, ale najwidoczniej Memorandus chciał ciągać gdzieś swoją starą matkę. No trudno. Być może nie będzie aż tak źle.
2

Jakiś czas później Memorandusa odwiedziła panna Keats. Zandi od razu wiedziała, że dziewczyna pójdzie wraz z nimi na obiad. Profesor March nie miała nic przeciwko. Nawet lubiła Nancy – dziewczyna była sympatyczna, zabawna i świetnie się dogadywała z jej synem. Właśnie dlatego Zandi zastanawiała się czasem czy nie byliby całkiem ładną parą. Memorandus niby nie był zainteresowany, ale Zandi mogła zauważyć, że mają się ku sobie… Tylko jeszcze sobie nie zdają z tego sprawy.
W każdym razie niespodzianką, którą przygotował dla matki Memorandus, okazała się być otwarta niedawno restauracja „Dolce Vita”, udekorowana w girlandy i utrzymana w jasnych kolorach. W powietrzu utrzymywały się smakowite zapachy, a kelnerzy sprawiali miłe wrażenie. Już na wstępie Zandi była pozytywnie zaskoczona, że nie poszli znów do „Różyczki”.
Zajrzała do menu. Jak można się było łatwo spodziewać, przeważało tam włoskie jedzenie – pasta, makarony, pizze, sałatki, ryby… a na deser można było nawet zamówić robione przez właścicieli lody gelato. Zandi podejrzewała, że nie będą takiej samej jakości, co we Włoszech, dlatego skusiła się na risotto. Memorandus wziął sobie spaghetti carbonara, a Nancy – spaghetti neapolitańskie. Ponieważ „Dolce Vita” znajdowała się na tyle blisko domu jej syna, że poszli tam pieszo, zamówili sobie również butelkę czerwonego wina.
- A jak tam rodzina? – zapytał Memorandus jak tylko kelner przyjął ich zamówienie.
- Och, wszyscy mają się całkiem nieźle – odparła Zandi. – Kalpurnia i jej zespół wydali nową płytę, tym razem podobno bardziej jazzową niż rockową.
- Naprawdę? – Memorandus uśmiechnął się na wieści o swojej bliźniaczce. – Ostatnia płyta była inspirowana surf rockiem, ale nie wiem, czy fani Green Bulls będą zainteresowani jazzem.
- Zobaczymy – dodała Nancy. – Czasem małe eksperymenty potrafią zdziałać cuda. A jak tam trojaczki? – spytała po chwili.
- Desdemona nieźle sobie radzi w restauracji, chociaż Kevin przechodził ostatnio grypę, a potem zaraził siostrę. Desdemona i Norman musieli na zmianę brać wolne w pracy, aby zająć się dziećmi. Diotyma szykuje się do wystawy swoich najnowszych prac, a Artemida wraz z Dylanem wybrali się na Karaiby.
- Czasem jej zazdroszczę – stwierdziła Nancy. – Takie podróże muszą być bardzo zachwycające.
- No, a jeśli wszystko pójdzie dobrze – ciągnęła dalej Zandi – to za rok wybiorą się obejrzeć Równiny Hor. Od kilku lat Artemida nosi się z zamiarem odwiedzenia Minerwy, zwłaszcza, że jest tam kilka miejsc, na które chciałaby się wybrać. Na razie jednak zbiera fundusze na tę wyprawę. Brutus, oczywiście, zaoferował, że zafunduje im bilet rakietą i przenocuje siostrę i siostrzeńca…
- Przepraszam państwa – odezwał się nagle czyjś głos, zmuszając Zandi to przerwania opowieści.
Do ich stolika podszedł mężczyzna. Był pulchny, rumiany na twarzy i wyglądał na jakieś dwadzieścia lat… ale miał sztywną, wyprostowaną postawę i okulary, które jeszcze bardziej zaokrąglały mu twarz. Na głowie nosił kapelusz.
- Przepraszam państwa – powtórzył, jednak tym razem dodał: – ale czy mógłbym zająć na chwilę uwagę doktora Marcha?
Zandi spojrzała ze zdziwieniem na syna, który tylko wzruszył ramionami.
- Panie Redford – zwrócił się do przybysza Memorandus. – Rozumiem, że pański pracodawca ma jakiś problem, który chciałby ze mną omówić?
- Tak, doktorze March – odpowiedział pan Redford. – Pan Sherman wysłał mnie do miasta, aby pana znaleźć i do niego przyprowadzić.
- Czy to sprawa niecierpiąca zwłoki? Kolejny atak paniki? – dopytywał się Memorandus.
Pan Redford nie odpowiedział od razu. Spojrzał najpierw na Zandi, a potem na Nancy. Na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie.
- Naprawdę przepraszam – powiedział po chwili. – Nie chciałem przeszkadzać panu w spotkaniu rodzinnym, doktorze. Niemniej jednak, rozumie pan, mój pracodawca…
- Tak, rozumiem – przerwał mu Memorandus i podniósł się z krzesła.
Zandi również wstała.
- Chyba nie zamierzasz teraz nas tak zostawić, Memorandusie.
- Ależ, mamo – zaczął i uśmiechnął się – pan Sherman cierpi na stany lękowe i agorafobię. Czasami potrzebuje pomocy specjalisty, a tak się składa, że jedynym specjalistą w tym mieście jestem ja.
- Nie będziesz potrzebował pomocy? – zapytała Nancy, wyraźnie zmartwiona.
- Z panem Shermanem sobie poradzę – odrzekł lekko Memorandus. – Mogłabyś jednak dotrzymać mojej matce towarzystwa, dopóki nie wrócę?
Panna Keats rozpogodziła się i odparła:
- Oczywiście.
- Doktorze March – zwrócił się do niego ponaglająco Redford.
- Tak, prawda. Ruszajmy już. – Memorandus odwrócił się do swoich towarzyszek i powiedział: – Zadzwonię do was, jak już będzie po wszystkim.
- Drogie panie. – Pan Redford uchylił kapelusza w geście szacunku i zaraz potem skierował się wraz z Memorandusem w stronę wyjścia.
Przez chwilę jeszcze Zandi i Nancy obserwowały przez okno jak obaj panowie idą do zaparkowanego przed restauracją czarnego samochodu, wchodzą do niego i wjeżdżają na drogę. Dopiero kiedy zniknęli w oddali, Zandi wyraziła swoje oburzenie:
- Co za okropne dziecko! Tak po prostu zostawiać starą matkę…
- A co ja, powietrze? – zapytała Nancy.
Zandi od razu się zreflektowała i uśmiechnęła uprzejmie do dziewczyny.
- Nie o to chodzi, kochanie – odparła. – Ty wiesz, że cię bardzo lubię. Jesteś porządną, ciężko pracującą dziewczyną i mój syn wyraźnie cię nie docenia.
- Myli się pani – odrzekła Nancy, również przywdziewając uprzejmy uśmiech. – Memo jest porządnym szefem i przyjacielem.
- Niemniej jednak – ciągnęła dalej z tym samym oburzeniem, co wcześniej Zandi – zostawił cię, abyś zajmowała się mną, a sam poszedł nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Nie jest twoją odpowiedzialnością dotrzymywać mi towarzystwa, kiedy mój wyrodny syn mnie opuszcza.
- Proszę pamiętać, że pani syn jest lekarzem – odparła Nancy, nadal się uśmiechając. – Gdyby był medykiem i został wezwany do nagłego przypadku, czy miałaby pani mu za złe, że odchodzi się nim zająć?
Zandi prychnęła.
- Jak można porównywać nagłe przypadki medyczne do czegoś takiego?
Panna Keats spoważniała.
- Czasami jest to kwestia życia i śmierci – oświadczyła spokojnie. – Zwłaszcza w przypadku pana Shermana. Widzi pani ten dom? – spytała, wskazując na wielką posiadłość położoną na wzgórzu. – Tam właśnie pojechali Memo i pan Redford.
Zandi spojrzała na wzgórze. Biorąc pod uwagę odległość i perspektywę, dom musiał być ogromny. Wyglądał na wiktoriański, z wielką wieżą po środku, ciemnymi ścianami i czarnym dachem. Zandi nie mogła dostrzec zbyt wielu szczegółów z tak daleka i trochę tego żałowała. Jakaś jej część chciała się tam wybrać i obejrzeć wszystko z bliska.
- Shermanowie to stara rodzina tutaj, w Clive’s Grove – ciągnęła dalej Nancy, odwracając uwagę rozmówczyni od posiadłości. – Alistair Sherman pochodził stąd. Po wojnie secesyjnej dorobił się sporej fortuny i postanowił trochę jej zainwestować w przemysł rodzinnego miasta. Przyjechał wraz z żoną, Mirandą, która udzielała się społecznie. Oboje właściwie przywieźli do Clive’s Grove cywilizację: nowe miejsca pracy, nowoczesną jak na owe czasy oświatę i technologię… zbudowali nawet szpital i zatrudnili w nim specjalistów z różnych dziedzin medycyny. Dzięki nim Clive’s Grove stało się bogatsze, toteż kiedy Alistair Sherman postanowił wziąć udział w wyborach, od razu było wiadomo, że fotel burmistrza był już jego. Niestety, zanim ogłoszono wyniki, zginął w tajemniczych okolicznościach. Do dziś nie wiadomo tak dokładnie jak do tego doszło, ale istniały różne opowieści o tym, że Sherman zdobył swoją fortunę w niezbyt szlachetny sposób i to się na nim odbiło. Niektórzy twierdzą, że dopadli go oszukani wspólnicy albo gang, któremu wisiał pieniądze. Jeszcze inni twierdzili, że Alistair Sherman zaprzedał swoją duszę i ten, któremu ją obiecał, upomniał się o nią tej nocy. Tak czy inaczej, zmarł, pozostawiając swoją fortunę żonie, pierworodnemu synowi, Howardowi, i nienarodzonemu wtedy jeszcze dziecku.
Zandi nie chciała tego przyznać, ale słuchała całej historii z zainteresowaniem. Może jednak Clive’s Grove nie było tak nudne jak myślała.
- Kiedy młody dziedzic, Howard Sherman I, urodził się – mówiła dalej Nancy – wydawał się zwyczajnym dzieckiem. Jednak po śmierci jego ojca coś się z nim stało. Im bardziej dorastał, tym bardziej wydawał się dziwny: znerwicowany, melancholijny, lubiący samotność i twierdzący, że widzi rzeczy, których nie ma. W końcu, kiedy miał dwanaście lat, matka zabrała go do szpitala psychiatrycznego. Po kilku latach jednak wiedziona poczuciem winy i przeświadczona, że synowi się polepszyło, zabrała go z powrotem do domu. Młody Howard rzeczywiście zachowywał się względnie normalnie, mimo wszystko jednak ludzie uważali, że jest niespełna rozumu. Zmarł bezpotomnie, bo nie mógł znaleźć sobie żony, zresztą nikt nie chciał, aby się rozmnażał i przenosił chorobę psychiczną dalej. Cała nadzieja w przetrwaniu rodu spoczęła więc na jego młodszym bracie, Philipie. Philip miał również dwoje dzieci, syna i córkę. Syn miał się dobrze, ale córka odziedziczyła po stryju chorobę. I tak było przez następne pokolenia: przynajmniej jedno z dzieci Shermanów okazywało się cierpieć na jakiś obłęd. Zaczęto się zastanawiać, czy czasem Alistair rzeczywiście nie sprowadził jakiegoś nieszczęścia na swój ród; jakiejś klątwy.
- Toż to niedorzeczne – odparła Zandi. – Po co szukać nadnaturalnych przyczyn, skoro najprostszym wyjaśnieniem są obciążenia genetyczne?
- No cóż – Nancy uśmiechnęła się – akurat w Clive’s Grove nigdy nie wiadomo. Poza tym, skąd ten sceptycyzm, pani profesor? Wszak Minerwianie mają również zjawiska paranormalne. Wystarczy wspomnieć Lazurowe Jaskinie.
Zandi zaśmiała się pod nosem.
- Czy w swojej poprzedniej pracy, nie zaczynałaś od wyeliminowania przyziemnych wyjaśnień, zanim nie wzięłaś pod uwagę tych nadnaturalnych?
- Racja – przyznała dziewczyna i oparła się wygodnie na swoim siedzeniu. – Niemniej jednak DNA Shermanów było badane wielokrotnie i co dziwne, ani Alistair Sherman, ani żaden z jego przodków, nie posiadali genów z chorobą. Miranda Sherman i jej strona rodziny również. Choroba zaczęła się od Howarda i do dzisiaj pozostaje jedną z największych tajemnic Clive’s Grove.
- Ależ jest multum naukowych wyjaśnień tego, jak mogło do dojść do uszkodzenia genów.
- Prawda, przez te wszystkie lata nazbierało się kilka teorii na ten temat – przytaknęła Nancy. – Jednak do tej pory nie dało się jednoznacznie powiedzieć, która z nich jest prawdziwa.
Kelner przyniósł im jedzenie i wino. Zdziwił się nieobecnością jednego z gości, ale Nancy powiedziała mu, że doktor March musiał wcześniej wyjść i poprosiła o to, aby jego danie przygotowano na wynos. Kiedy odszedł, dziewczyna znów zwróciła się do Zandi:
- Obecnie właścicielem posiadłości jest Howard Sherman IV. Ten facet, którego pani dziś poznała, to Denver Redford, jego osobisty sekretarz. Pan Sherman kieruje wszystkimi swoimi interesami z domu, a Redford zajmuje się jego potrzebami i załatwia sprawy, które wymagają bezpośredniej interwencji. Do pewnego stopnia jest on nie tylko sekretarzem, ale i lokajem i pielęgniarzem. Jest też jedną z niewielu osób, które mogą wejść do rezydencji Shermanów. To właśnie Redford zaproponował swojemu pracodawcy, żeby skorzystał z usług Memo. I korzysta z nich do tej pory.
- I Memorandus pozwala się, tak po prostu, zabierać z ulicy, kiedy tylko ten cały Sherman tego chce?
- To bardziej skomplikowane, ale tak – odparła Nancy. – To tak jakby wizyty domowe u pacjenta cierpiącego na przewlekłą chorobę. Czasem zdarza się… nagła sytuacja i wtedy Redford prosi Memo o pomoc.
Zandi miała złe przeczucia. Stanowczo nie podobało jej się to, że jej syn był na każde zawołanie jakiegoś dziwaka.
Myślała o tym jeszcze przez dłuższy czas, kiedy jadła w ciszy obiad, ledwo słuchając tego, co Nancy jej opowiadała. Jedzenie – choć całkiem przyzwoite – jakoś jej nie smakowało. W końcu nie mogła już przełknąć ani kęsa – odsunęła od siebie talerz i oświadczyła:
- Chciałabym się spotkać z tym całym panem Shermanem.
- Ależ, pani profesor – zaprotestowała Nancy – nie powinnyśmy przeszkadzać w terapii. To byłoby naruszenie prywatności klienta. Poza tym – ciągnęła dalej – Memo był już tam z milion razy i wie, co ma robić.
Jej wczesna serdeczność zniknęła, pozostawiając poważny i czysto profesjonalny ton głosu. Zandi wiedziała, że asystentka zamierzała trzymać ją z dala od posiadłości Shermanów. Profesor March widziała też wiarę w to, że cokolwiek Memorandus teraz robi, na pewno sobie poradzi.
Po chwili Nancy uśmiechnęła się i powiedziała:
- Weźmy jedzenie na wynos i wróćmy do domu. Tam poczekamy na Memo.
Zandi niespecjalnie podobał się ten pomysł, ale miała wrażenie, że nie ma sensu się kłócić.
3

- Naprawdę przepraszam za to, że musiał pan tu przyjechać – powiedział nagle głos w owianym ciemnościami kącie, gdzie siedziała chuda, ledwo widoczna postać. – Zwłaszcza, że tak naprawdę to nie było nic ważnego.
- Nieprawda, Howardzie – Memo uśmiechnął się do niego przyjaźnie. – Potrzebowałeś pomocy, więc przyjechałem.
Szczerze mówiąc, to miejsce przyprawiało Memo o dreszcze. To przez atmosferę starego domu, w którym niewątpliwie kryła się jakaś tajemnica. Memorandus ją znał… a przynajmniej znał jedną z wielu tajemnic tego domu, bo został w nią wtajemniczony, kiedy przeprowadził pierwszą sesję z Howardem Shermanem IV. Przeprowadzka z całą pewnością rozwiązałaby wiele jego problemów – ataki paniki, stres związany z postawionymi przed nim wymaganiami, poczucie, że marnuje sobie życie… Jednak największym problemem pana Shermana było to, że nienawidził swojego rodzinnego domu, ale z powodu agorafobii nie mógł go opuścić. Oczywiście doktor March pomagał mu przezwyciężyć ten lęk, ale terapię zaczęli dopiero miesiąc temu, więc była przed nimi jeszcze długa droga.
- Ale pewnie przeszkodziłem panu w spotkaniu towarzyskim. Przepraszam – powtórzył pan Sherman.
- To nie było nic wielkiego – zarzekał się doktor March.
- Na pewno? – zapytał jego klient. – Powiedziano mi, że do Clive’s Grove przyjechała pańska matka.
Memo dawno przestał się dziwić temu, że Howard Sherman zdawał się wiedzieć wszystko, co dzieje się w mieście. Co więcej – psychoterapeuta był świadom tego, że to nie pan Redford go informował o miasteczkowych aferach. To nie było też tak, że pan Sherman miał wszędzie porozstawiane pluskwy i kamery, bo w niektórych miejscach w Clive’s Grove technologia po prostu nie działała. Nie, Nancy już podczas pierwszego spotkania z tym człowiekiem, powiedziała swojemu szefowi, że źródło wszechwiedzy jego klienta jest bardziej nadnaturalne.
Jednak to, że Memo przestał się temu dziwić, nie oznaczało, że czuł się dobrze ze świadomością, że ktoś go podgląda.
- Przepraszam – powtórzył znów pan Sherman, najwidoczniej widząc, że jego psychoterapeuta czuje się nieswojo. – Mówiłem im, żeby tego nie robili, ale oni są po prostu zbyt ciekawscy.
- Panna Keats też tak twierdzi – przyznał doktor March. – W pewnym sensie trudno im się dziwić. Muszą się strasznie nudzić.
- Pewnie nawet dręczenie mnie robi się po jakimś czasie nudne – stwierdził mężczyzna w cieniu i Memo miał wrażenie, że to miał być żart. Po chwili pan Sherman dodał: – Mogę zadać panu osobiste pytanie, doktorze? Proszę się nie martwić: jesteśmy tu sami. Kazałem im dać nam odrobinę prywatności.
Memorandus podniósł brew, zastanawiając się do czego zmierza jego rozmówca.
- Proszę pytać, ale zastrzegam sobie prawo do nie odpowiadania – oświadczył po chwili.
- Jaka jest pańska matka? Z tego co słyszałem niezbyt podoba jej się Clive’s Grove.
Memo uśmiechnął się do swoich myśli.
- Rzeczywiście nie – odparł po chwili i zaraz potem jego uśmiech osłabł.
- Nie dogadujecie się, prawda? – dopytywał się pan Sherman.
Doktor March milczał, zastanawiając się czy powinien odpowiedzieć czy nie. Czy miałoby to sens, gdyby to zrobił? Czy przyniosłoby to pożytek jemu albo jego klientowi?
Oczywiście, miał komu się zwierzać. Naprawdę, cieszył się, że między nim a Nancy relacje są na tyle luźne, że była bardziej jego przyjaciółką niż pracownicą i zawsze mógł liczyć, że go wysłucha (tym bardziej irytowało go, że matka doszukiwała się w tych relacjach czegoś więcej; ale on już dawno doszedł do wniosku, że Zandi March nie wierzyła w przyjaźń damsko-męską). Zwykle nie zwierzał się klientom. Oni mieli własne problemy i nie musieli słuchać o tym jakie problemy miał on.
Ale zastanawiał się czy może pan Sherman nie pyta go o to wszystko, bo pragnie usłyszeć, że nie jest sam w swoich zmaganiach.
- Nie, nie dogadujemy się – odpowiedział wreszcie Memorandus i spojrzał w stronę swojego rozmówcy. – Można powiedzieć, że matka nie aprobuje wybranej przeze mnie drogi życia. Nie uważa moich badań za ważne, bo dla niej psychologia to szarlataneria. Na Minerwie zresztą jest silna władza matki w rodzinie. W wielu naszych kulturach zakłada się, że skoro matka urodziła dziecko i uczyła je przez większość jego życia, jej zadaniem jest wybrać dla niego ścieżkę. W idealnym układzie rodzicielka bierze pod uwagę takie czynniki jak talenty, zdolności i pasje potomka i pomaga mu znaleźć miejsce w świecie. Niestety, często zdarza się tak, że matka ma swoje wyobrażenie tego, gdzie każde z jej dzieci powinno trafić, niezależnie od tychże czynników. A to jeszcze pomijając względy ekonomiczne czy społeczne. W każdym razie moja matka upatrzyła sobie mnie jako biologa albo innego specjalistę od nauk ścisłych; kogoś, kto będzie kontynuował jej pracę, kiedy ona już odejdzie. Ja jednak wolałem zostać psychoterapeutą, co ją bardzo rozczarowało.
- Ach, rozumiem – odparł pan Sherman, a po chwili dodał: – Szkoda, że nie może pana zobaczyć w akcji, doktorze March. Jestem pewien, że gdyby tak było, spojrzałaby inaczej na to, co pan tu robi.
Memorandus uśmiechnął się słabo.
- Wątpię, aby tak się stało. Ale dziękuję za miłe słowa.
Pan Sherman zawołał Redforda i jego sekretarz natychmiast wszedł do pokoju, gotowy otrzymać wytyczne.
- Nie zatrzymujmy już doktora. Proszę, zawieź go do domu.
- Tak jest, sir – odparł Redford i zwrócił się do Memo: – Proszę za mną, doktorze.
Memorandus i pan Sherman wymienili się pożegnaniami, a kiedy psychoterapeuta zaczął już wychodzić, usłyszał za sobą:
- Niech pan pozdrowi ode mnie matkę. Zainteresował mnie pan. Z chęcią kiedyś ją poznam.
Memo odwrócił się do niego i po chwili oświadczył z lekkim uśmiechem:
- Nie omieszkam was sobie przedstawić przy najbliższej okazji.
4

Zandi spędziła czas oczekiwania na syna, oglądając wraz z panną Keats Strażników Galaktyki, zjadając resztki z restauracji i pijąc wino (właściwie piła tylko Zandi, bo Nancy musiała potem wrócić do domu). Za oknem robiło się już ciemno, a Zandi powoli zaczynała się niepokoić. Jednocześnie miała wrażenie, że cała ta sytuacja z Memorandusem jest na swój sposób śmieszna. W końcu jej syn siedział teraz w upiornej posiadłości rodem z filmów o nawiedzonym domu. Brakowało jeszcze burzy z piorunami, aby dopełnić obrazu.
Akurat doszły do sceny, w której Strażnicy trafili do Knowhere, kiedy nagle Nancy odezwała się:
- Wie pani profesor, zawsze się zastanawiałam… jak Minerwianie podchodzą do ziemskich filmów o kosmitach?
Zandi zaśmiała się do swoich myśli.
- Nie wiem jak inni – zaczęła i spojrzała na swoją rozmówczynie – ale mnie zawsze fascynowało to, jak Ziemianie wyobrażali sobie pozaziemskie cywilizacje. Marsjanie atakujący Londyn… Kierujący się logiką ludzie ze szpiczastymi uszami… Wielkie kudłate stwory przemierzające galaktykę… Potwory wyskakujące ludziom z brzuchów… To takie surrealistyczne, ale na swój sposób cudowne. No i, oczywiście, większość planet ma jednolity ekosystem i kulturę.
- To rzeczywiście brzmi głupio.
- Ale jest fascynujące z punktu widzenia kulturoznawczego. Zwłaszcza ze względu na tropy i motywy, które często towarzyszą poszczególnym wyobrażeniom kosmitów. Można powiedzieć, że poprzez książki i filmy o pozaziemskich cywilizacjach ludzkość przygląda się samej sobie.
- Fakt, najczęściej tak właśnie jest.
- Dlatego trochę szkoda, że ostatnimi czasy robi się je coraz rzadziej.
To stwierdzenie sprawiło, że Nancy spojrzała na Zandi ze zdziwieniem.
- No cóż – zaczęła zaraz potem – pewnie głupio pisać o fikcyjnych kosmitach, kiedy prawdziwi już tu są i z nami współpracują. Poza tym niektórzy boją się was obrazić… chociaż inni myślą, że nie ma w tym nic obraźliwego.
- Być może masz rację, moja droga – odparła Zandi.
Milczała przez chwilę, zastanawiając się nad pewną sprawą. Tymczasem Rocket i Drax właśnie zostali sami w barze. Zandi zatrzymała film.
- Być może obie nasze planety mają o sobie błędne mniemanie – powiedziała w końcu. – Pamiętam jak poznałam Winstona i zaczęliśmy ze sobą pracować. Co chwila odkrywaliśmy jakieś mylne wyobrażenia na temat swoich planet. On myślał, że na Minerwie panuje ciągle ładna pogoda, a ja myślałam, że wszyscy Ziemianie trzymają w domach psy. To było lata temu, ale do dzisiaj większość Ziemian nie wie, ile krajów jest na Minerwie ani że w ogóle jakieś są.
Nancy już miała coś na to odpowiedzieć, kiedy nagle usłyszały jak ktoś otwiera zamek do drzwi. Dziewczyna poszła sprawdzić kto to. Zandi odwróciła się. Drzwi się otworzyły i stanął w nich Memorandus.
- I jak było? – zapytała panna Keats, kiedy jej szef ściągał buty.
- Całkiem dobrze – odpowiedział lekkim tonem. – Szybko załagodziliśmy sytuację.
Przez cały czas Zandi przyglądała się z kanapy i zastanawiała się, kiedy jej syn raczy na nią spojrzeć. Chwilę po tym, jak ściągnął buty, jego wzrok wreszcie spoczął na siedzącą w salonie matkę i Zandi mogła zobaczyć jak poważnieje na jej widok.
- Głodny jesteś? – spytała zaraz potem. – Wzięłyśmy ci jedzenie na wynos.
Wyraźnie się rozluźnił.
- Dziękuję. Faktycznie zgłodniałem.
Wszedł do kuchni, wziął jedyną nieotwartą torbę z resztkami i zaczął ją odgrzewać.
- O, oglądacie Strażników Galaktyki – zauważył po chwili, wchodząc do salonu.
- Musieliśmy jakoś zabić czas – odparła Zandi. – Miałyśmy do wyboru to albo Charliego i Fabrykę Czekolady.
Nancy nalała mu do przygotowanego wcześniej kieliszka wino. Wkrótce jedzenie Memorandusa odgrzało się i niebawem dołączył do matki i przyjaciółki na kanapie.
Przez resztę wieczoru oglądał z nimi film, odzywając się tylko od czasu do czasu. Zandi przyglądała się mu i doszła do wniosku, że jej syn nie chce rozmawiać; chce się tylko zrelaksować. Być może więc ten „nagły wypadek” z panem Shermanem musiał być bardzo stresujący. Sama skupiła się znów na oglądaniu filmu, mimo wszystko jednak interesował ją tylko jeden jego element…
Po seansie panna Keats powiedziała, że musi już iść, tak więc oboje Marchów odprowadziło ją do drzwi i pożegnało. Właściwie Zandi była już naprawdę zmęczona (wino robiło swoje) i mogła zauważyć podobne zmęczenie w swoim synu. Tak więc życzyła mu dobrej nocy i ruszyła do swojego pokoju, przygotować się do snu.
- Mamo – odezwał się nagle Memorandus, sprawiając, że Zandi zatrzymała się w drodze na schody i odwróciła się do niego. Po chwili uśmiechnął się smutno i mówił dalej: – Strażnicy Galaktyki są ciekawym filmem, prawda?
- Tak – przyznała, chociaż nie była pewna do czego zmierzał.
Posmutniał.
- A zauważyłaś, że każdy ze Strażników cierpiał na jakaś formę zespołu stresu pourazowego?
- Nie… ale zauważyłam, że Rocket to szop amerykański, oczywiście nieco bardziej zantropomorfizowany. Przez cały film zastanawiałam się na czym konkretnie polegały te modyfikacje, którym go poddano, aby uzyskać taki efekt. A w każdym razie jakie ja wprowadziłabym modyfikacje, aby uzyskać taki efekt.
- Ja z kolei myślałem nad tym, jak bym go leczył – wyznał Memorandus.
W pierwszej chwili Zandi nic nie odpowiedziała. Poczuła wzrastającą irytację.
- Czy chciałabyś mi coś powiedzieć? Na przykład, że nie mam serca? Że to, co przed chwilą powiedziałam, świadczy o tym, że postrzegam ofiarę eksperymentów medycznych jak obiekt doświadczalny?
Zaśmiał się.
- Nie, nie o to mi chodziło – odpowiedział, po czym spojrzał na matkę poważnie. – Po prostu mam wrażenie… No cóż, być może nie jesteśmy tak bardzo od siebie różni.
Zandi zdziwiło to stwierdzenie, ale po chwili zrozumiała.
- Dobranoc, matko – dodał po chwili Memorandus i skierował się w stronę swojej sypialni.
5

Następnego dnia po południu Zandi musiała wracać do Connecticut. Jak zawsze, kiedy miała wyjechać z Clive’s Grove, cieszyła się… ale jakaś jej część była smutna z powodu tego, że jej pierworodny zostaje w tym zapyziałym mieście i że Zandi zobaczy go znów na święta albo przy kolejnej wizycie w tej dziurze.
Jej pożegnanie z synem było krótkie. Zawsze tak się działo, kiedy się nawzajem odwiedzali. Ona nie lubiła długich pożegnań, a on zdał sobie z tego sprawę już dawno temu. Tak więc Zandi powiedziała mu, że oczekuje go na Dzień Ramiry w marcu i że ojciec na pewno ucieszy się na jego widok. Memorandus zaś odparł, że na pewno przybędzie i poprosił, aby uściskała od niego ojca… po czym sam uściskał matkę, chociaż niezbyt mocno.
Kiedy pociąg już zaczął ruszać, Zandi zaczęła myśleć o domu na wzgórzu i tajemniczym panu Shermanie, dotkniętym równie tajemniczą chorobą umysłową. Zandi wiedziała, że przeważająca ilość pacjentów jej syna jest niegroźna, mimo wszystko jednak…
Nie wierzyła w przeczucia, ale tym razem nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jednak ten konkretny pacjent może okazać się niebezpieczny.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
An-Nah
noblista
Posty: 505
Rejestracja: 02 sty 2010, 20:26
Lokalizacja: Sam środek Czarnej Dziury
Kontaktowanie:

Re: Klinika doktora Marcha

Postautor: An-Nah » 06 sie 2019, 15:49

Ok, po pierwsze: POMYSŁ! Pomysł jest rewelacyjny i bardzo go popieram, w ogóle psychologowie w fantastycznych światach to taki nedoreprezentowany zawód, a psychologowie i psyciatrzy w fikcji w ogóle za często zą albo źli albo niekompetentni, więc wpisujesz się w coś, czego kulturze brakuje. Postać obcego-psychologa zajmującego się dziwnymi fantastycznymi sprawami ma wielki potencjał. Pierwsze teksty też mają: na krótkie opowiadania układające się w dłuższy cykl.

To, czego mi zabrakło, to jakichś wyrazistych punktów kulminacyjnych i wyraźnych zakończeń. Jedynym tekstem, który ma coś na kształt tego jest tekst o duchu, ale w większości wygląda to tak, że przychodzi pacjent, opowiada swoją historię, doktor March mówi, co o tym myśli i... w zasadzie tyle. Nic z tego nie wynika. Jako pojedyńcze opowiadania się nie bronią - dłuższy watek z kolei gdzieś tam majaczy w tle, ale na razie też nie widać ani wyraźnie zarysowanego konfliktu, ani jakiejś obietnicy o czym ta historia będzie opowiadać.

Bardzo chętnie bym przeczytała takie porządnie skonstruowane opowiadanie w tej serii, z wyraźną myślą przewodnią, punktem kulminacyjnym i zakończeniem innym niż "i pacjent umówił się na kolejną wizytę". Widzę potęcjał :3
No Savior Vivre guidances explained how you should behave when you are kind of stuck with an evil alien leader whom you tried to assassinate


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości