Wyciągnięta dłoń

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Lisbeth77
debiutant
Posty: 72
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Wyciągnięta dłoń

Postautor: Lisbeth77 » 16 kwie 2020, 17:26

Tytuł: "Wyciągnięta dłoń"
Fandom: tekst własny
Beta: brak
Ostrzeżenia: krew, przekleństwa, śmierć
Gatunek: Sci-Fi, Dramat
Opis: Ten tekst został napisany w ramach akcji Heroes&Villains na forum Imaginarium na zadany temat: "Jak działania bohatera/-ów powodują powstanie villaina/-ów." Pomyślałam, żeby się z Wami nim podzielić. Chcę tylko napomknąć, że sam pomysł siedział we mnie już od dawna, więc wykorzystałam akcję, aby go dokończyć. Jest to wizja, która moim zdaniem byłaby bardzo prawdopodobna. Chcemy przeszukiwać kosmos, a toczymy bitwy na własnym podwórku. Jeśli ktoś poczuje, że mogłam inspirować się filmem "Dystrykt 9", to... nie wiem, czy tak było. Film oglądałam dawno temu, nie myślałam o nim podczas wymyślania i pisania, ale każde dzieło ma na nas jakiś wpływ. Więc może rzeczywiście była jakaś niezamierzona inspiracja. Jest jeszcze niedopracowany, jeśli kiedyś będę chciała go rozszerzyć, na pewno dopracuję pewne szczegóły.





Wyciągnięta Dłoń




Jasper czekał.

To chyba umiał robić najlepiej.

Życie nie obdarzyło go żadnymi niezwykłymi talentami. Nie potrafił śpiewać ani grać na żadnym instrumencie, nie miał zdolności matematycznych ani nie był też specjalnie wysportowany. Od dziecka najbardziej fascynowały go podróże, lecz nie miał zbyt wiele okazji do tego, aby jakąś odbyć.

Jedyna podróż, którą pamiętał z dzieciństwa, polegała przede wszystkim na czekaniu. To właśnie ona nauczyła go siedzieć w bezruchu, wpatrywać się w okno i myśleć zupełnie o niczym. Tak, to był zdecydowanie jego talent. Wyczekiwanie. Cierpliwe odliczanie mijających chwil. Trwanie w ciszy.

Siedząca po drugiej stronie biurka kobieta wbijała spojrzenie w ekran komputera. Jej smukłe palce, po pięć u każdej dłoni, tańczyły po klawiaturze, wpisując z zawrotną szybkością dane do systemu. Kobieta wyglądała jak zwykła przedstawicielka rodzaju ludzkiego, miała długie, jasne włosy i urokliwe, błękitne oczy. Na nosie kobiety znajdowały się prostokątne okulary o szarych oprawkach. Po chwili westchnęła i spojrzała na Jaspera.

– Panie… T’arkur… Niestety, obawiam się, że nie mamy obecnie żadnej oferty pracy dla pana. Proszę przyjść za dwa miesiące. Być może coś się zmieni.

Jasper uniósł kąciki ust i skinął głową. Kobieta spojrzała na niego krótko, po czym szybko uciekła wzrokiem w bok. W jej oczach odczytał prawdę. Przez dwa miesiące na pewno nic się nie zmieni.

Pośredniczka wyciągnęła z drukarki kartkę papieru i podała mu ją od razu. Była na niej data kolejnego spotkania, krótka informacja o dzisiejszej konsultacji oraz logo urzędu: dłonie ściskające się nawzajem. Jasper zamyślił się. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję do tego, żeby uścisnąć czyjąś dłoń. Uważał ten gest za coś wspaniałego, niesamowitego, symbolizującego pokój i harmonię. Odkąd tylko go poznał, nie mógł nadziwić się nad tym, jak bardzo był doskonały i po prostu piękny. Wyciągnięta dłoń oznaczała bezpieczeństwo, ofertę pomocy, deklarację dobroci.

Pożegnał się z pośredniczką i wyszedł z gabinetu. Ludzie siedzący w holu i czekający na swoją kolej spojrzeli w jego kierunku. Większość od razu uciekła wzrokiem w bok. W kilku spojrzeniach dostrzegł strach, w innych oburzenie zmieszane z jeszcze bardziej złowrogim uczuciem. Jasper nie starał się dopatrywać, czym ono było. Twarze tylko dwóch osób wydawały się obojętne.

Szybkim krokiem opuścił pomieszczenie, zbiegł po schodach i wyszedł przed budynek. Kartkę od pośredniczki zgiął dwa razy i schował do kieszeni. Skierował się w stronę przystanku autobusowego. Jakiś czas temu musiał wymienić prawo jazdy i z jakiegoś powodu wszystkie formalności trwały niezwykle długo...

Podbiegł do przystanku, gdyż autobus właśnie podjeżdżał. Zanim drzwi otworzyły się, Jasper ujrzał swoje odbicie w szybie. Był wysokim, szczupłym przedstawicielem gatunku Moyaninów (tak przynajmniej tłumaczyli tę nazwę na język ludzki). Byli podobni do ludzi, jednak różnili się między innymi kolorem skóry (przeważały u nich niebieskie lub zielone barwy, im Moyanin był starszy, tym robił się bardziej żółty), mieli spiczaste uszy i szeroko rozstawione oczy o czarnej twardówce. Byli też wyżsi od przeciętnych ludzi. Jasper miał ponad dwa metry wzrostu, jego skóra wciąż jeszcze była błękitna, ale dostrzegał, jak powoli zaczynała nabierać zielonych odcieni. Nic dziwnego, był już dorosły, miał 150 lat. To znaczy, w latach moyańskich, bo w przełożeniu na wiek Ziemian miał około trzydziestu lat. Włosy miał krótkie, ciemnoniebieskie.

W autobusie usiadł na samym końcu. Dwie osoby, które znajdowały się obok, na jego widok podniosły się i przeszły na przód pojazdu. Wyglądały na przerażone. Jasper spojrzał w okno. Takie zachowania były coraz częstsze. Miał nadzieję, że za jakiś czas to minie.

Gdy wysiadł z autobusu, zadzwoniła jego komórka.

– Cześć, mamo – powiedział do słuchawki i zaczął iść powoli w stronę swojego mieszkania. – Co słychać?

– Jasper, przepraszam, że dzwonię w środku dnia, dziś miałeś spotkanie w urzędzie… Nie przeszkadzam?

Jasper poczuł ukłucie niepokoju. W głosie swojej matki wyczuł coś, co mu się nie spodobało.

– Już jestem po, właśnie wracam do domu. Szybko poszło, jak zwykle zresztą. I nie przepraszaj! Czy… czy coś się stało?

– Ja… Sama nie wiem, mam nadzieję że nie… Ojciec nie wrócił jeszcze z pracy. Miał dziś nocną zmianę, zwykle o ósmej był już w domu i szedł spać. Martwię się. Próbuję się do niego dodzwonić, ale nie odbiera.

Ojciec Jaspera pracował jako ochroniarz w zakładzie produkcyjnym. Przedstawiciele ich gatunku mieli ostatnio problemy ze znalezieniem dobrej pracy, dlatego Jasper cieszył się, że przynajmniej jego rodzice nie muszą się o to martwić. Zwłaszcza, że jego matka miała problemy zdrowotne.

– Mamo, na pewno nic się nie stało. Też spróbuję do niego zadzwonić, a jak nie będzie odbierał, to zadzwonię do firmy albo się tam przejadę. W porządku?

– Dziękuję, Jasper.

*


Planeta Moya od wielu lat zmagała się ze zmianami klimatycznymi. W pewnym momencie jej mieszkańcy wiedzieli już, że życie na niej przestanie być możliwe. Ci mieszkańcy, którzy mieli pieniądze lub znajomości, otrzymali możliwość ucieczki na statkach kosmicznych. Reszta… cóż, statki nie mogły pomieścić wszystkich mieszkańców planety. Aby gatunek przetrwał, przynajmniej część musiała się ewakuować. Kolejnym problemem okazało się przeżycie w przestrzeni kosmicznej. Nie mieli tyle zapasów jedzenia i picia, aby przetrwać tam wieczność.

Rodzina Jaspera znalazła się tam właściwie przez przypadek. Na planecie Moya jego ojciec pracował jako lekarz. Odebrał kiedyś bardzo skomplikowany poród od żony wysoko postawionego urzędnika. Od tamtego czasu był jego bliskim przyjacielem. W czasie kryzysu okazało się, że Moyanin pamiętał o nich. Dlatego cudem udało im się przeżyć.

Ziemian spotkali podczas swojej podróży przez galaktykę. Doszło do porozumienia, Ziemianie przybyli na ich statek, miała odbyć się międzygatunkowa narada.

Jasper wykradł się wtedy ze śluzy, w której przebywał razem z rodzicami, prześlizgnął się przez szyb wentylacyjny i wydostał się na korytarz, przez który szli akurat przedstawiciele obu gatunków, kierujący się do Sali Narad. Jasper nie mógł uwierzyć własnym oczom. Widział cztery nieznane mu sylwetki, ubrane w białe skafandry. Osobnicy mieli jasne twarze i byli dziwnie niscy, choć wydawali się dorośli.

Dzieciaku, skąd się tu wziąłeś? – zapytał Moyaniński generał w ich języku, łapiąc go za ramię. – Wracaj prędko do siebie…

Jeden z ludzi uniósł dłoń. Zarówno Jasper jak i nieznany mu Moyanin spojrzeli na tę dłoń z lekkim przestrachem. Ludzie mieli pięć palców, oni cztery. Nie wiedzieli jeszcze, czy ów dodatkowy palec robi coś specjalnego, czy nie jest groźny.

Z jakiegoś powodu człowiek wyciągnął rękę do niego. Jasper trochę się bał, ale w oczach mężczyzny nie widział wtedy żadnego zagrożenia. Uniósł więc swoją dłoń i podał ją człowiekowi. Ten uścisnął ją delikatnie, a jego usta rozciągnęły się w uśmiechu.

– Witaj. Możecie liczyć na naszą pomoc – powiedział człowiek i choć Jasper nie wiedział wtedy, co oznaczają te słowa, cała ta scena była dla niego niesamowita. Wiedział, że nigdy jej nie zapomni.

Ludzie sprowadzili ich więc na Ziemię.

Zamieszkali wśród nich, pracowali wśród nich, żyli wśród nich. Rodzili się, dorastali, umierali. Początkowo wszystko wydawało się piękne, otrzymali nowy dom, nową planetę do życia, nic nie zagrażało ich istnieniu. Do czasu.

Jasper pracował w call center, gdy to się zaczęło. Znajomi w pracy przestali z nim rozmawiać, nie wiedział, co jest tego powodem. Pewnego razu na portalu społecznościowym zauważył pewne video. Przedstawiało człowieka, który przekonywał, że postępujące na Ziemi zmiany klimatyczne są spowodowane przyjęciem miliona pozaziemskich uchodźców, których nazwał barbarzyńcami, groził, że to oni sprowadzą zgubę na planetę, co wcześniej już zrobili ze swoją. Kiedy indziej na innej stronie Jasper przeczytał artykuł, w którym ktoś stwierdził, że Moyanie chcą przejąć władzę nad planetą.

Takich niepokojących sygnałów było coraz więcej. Wiedział, że to wszystko bujda, jego gatunek był niezwykle pokojowy. Gdy uczył się historii Ziemian, był przerażony, jak wiele wojen prowadzili z sobą od początku swojego istnienia. Nie pojmował tego. Pamiętał jednak to uczucie, które nim owładnęło, kiedy tajemniczy, ziemski przybysz podał mu dłoń wtedy, na statku. Było to poczucie absolutnego szczęścia i bezpieczeństwa, ujrzał wtedy w oczach człowieka, że nic złego nie może mu się stać. Cokolwiek by się nie działo, na pewno otrzymają pomoc.

Od tamtego dnia ludzka rasa była dla niego niczym bohaterowie.

Jasper bardzo lubił filmy, przedstawiające superbohaterów, uwielbiał chodzić do kina, gdy tylko pojawiał się nowy tytuł. Nie rozumiał przestępców, nie wiedział, jak ktoś może chcieć niszczyć panujący porządek i harmonię. Sam chciał kiedyś móc wyciągnąć do obcej osoby pomocną dłoń. Chciał być jak tamten ziemski astronauta.

*


Było już po południu, kiedy Jasper stwierdził, że pojedzie do firmy ojca, gdyż ten wciąż nie odbierał. O dziwo nie mógł się też dodzwonić do jego zakładu pracy. Złapał autobus i po dłuższej chwili był już na miejscu. Udał się od razu do recepcji, tam mu jednak powiedziano, że nie wiedzą, gdzie jest jego ojciec. Mężczyzna za szybą był też dodatkowo bardzo nieuprzejmy.

– O której wyszedł dzisiaj z pracy? Czy może mi pan chociaż to powiedzieć? – pytał zrozpaczony Jasper.

– Nie udzielamy takich informacji. Jeśli nie jest… pan pracownikiem, proszę wyjść z budynku, bo wezwę ochronę – wycedził człowiek, słowo „pan” wypowiadając z sarkazmem.

– Nie wyjdę stąd, dopóki nie dowiem się, co się stało z moim ojcem!

– Świetnie.

Mężczyzna, siedzący za szybą, sięgnął po telefon i powiedział coś do słuchawki. Po chwili szare drzwi na końcu korytarza otworzyły się i wyszedł z nich ochroniarz. Był to człowiek mniej więcej w wieku jego ojca. Jasper stwierdził, że nie chce się awanturować, więc grzecznie wyszedł z budynku, choć w środku był wzburzony. Zauważył, że ochroniarz wyszedł razem z nim, dlatego szybko spojrzał na niego z nadzieją.

– Pan na pewno kojarzy mojego tatę, też pracuje tutaj na ochronie! Mniej więcej w pana wieku, nazywa się Cando T’arkur…

– Zabrało go pogotowie – powiedział cicho mężczyzna, nie patrząc na Jaspera. Moyanin rozszerzył oczy, a jego spiczaste uszy lekko oklapły.

– Co takiego? Co się stało? – Jasper zrobił krok w stronę ochroniarza, ale ten już wracał do środka.

– Nie mogę więcej pomóc – powiedział i zniknął w środku. Jasper patrzył za nim zrozpaczonym wzrokiem. Szybko wyciągnął komórkę z kieszeni.

*


Miał szczęście, jego ojciec okazał się być w drugim szpitalu, do którego zadzwonił. Przyjechał tam razem z matką. Siedzieli razem przy łóżku, na którym znajdował się nieprzytomny Moyanin. Obecnie spał, twarz miał bladozieloną. Lekarz poinformował ich, że doszło do pobicia, podobno jacyś mężczyźni idący w proteście przez miasto zauważyli go, gdy wychodził z pracy. Jasper nie mógł uwierzyć, że ktoś mógł pobić jego ojca, bez żadnego powodu… Jego matka siedziała na krześle, zgarbiona, trzymając męża za dłoń, a łzy kapały z jej małych, czarnych oczu.

Ojciec w końcu obudził się, czuł się dobrze i tak jak Jasper podejrzewał, nie chciał składać żadnej skargi. Stwierdził, że to był nieszczęśliwy wypadek, a osoby, które go pobiły, musiały być pod działaniem jakichś alkoholu lub narkotyków i nie myśleć racjonalnie. Stwierdził, że na pewno więcej do tego nie dojdzie. Jasper zgodził się z nim, jednak w duchu czuł dziwny lęk.

*


Na drugi dzień ojciec Jaspera został wypisany ze szpitala. Rodzinę zdziwił list, który znaleźli w skrzynce tuż po tym, jak przybyli do domu. Okazało się, że ojciec Jaspera dostał wypowiedzenie, a w dokumencie nie było informacji, co jest tego powodem. Cando pokręcił spokojnie głową.

– To na pewno jakieś nieporozumienie – powiedział spokojnie. Próbował dodzwonić się do firmy, jednak podobnie jak Jasper ostatnio, nikt nie odbierał telefonów. Jasper wymienił zaniepokojone spojrzenia z matką.

Pożegnał się z rodzicami, stwierdzając, że musi wrócić do siebie. Gdy schodził po schodach na parter, minął jedną z sąsiadek, witając się z nią. Budynek, w którym mieszkali jego rodzice, wynajmowali sami przedstawiciele rasy Moyaninów. Dzięki temu przynajmniej jego rodzice mogli czuć się bezpiecznie…

Jasper rozszerzył oczy. Skąd u niego ta myśl? Przecież nie było powodu do tego, aby bał się ludzi. Te nieporozumienia na pewno szybko przeminą, przecież wiele lat temu Ziemianie sami zaproponowali im pomoc. Przyjęli ich do siebie. Podali pomocną dłoń. Koegzystowali razem już tyle lat… Nie mogło się to zmienić, nigdy.

*


Dni mijały, a Jasper z przerażeniem oglądał wiadomości, przeglądał coraz to nowe artykuły w internecie i obserwował protesty na ulicach. Coraz więcej ludzi domagało się, aby państwo wyznaczyło specjalne strefy, w których mieliby żyć Moyanie. Pojawiły się pierwsze plany tego, jak miałoby to wyglądać. Jasper nie mógł w to uwierzyć.

Wieczorem spotkał się z przyjacielem w pubie, chcieli jak zwykle napić się zimnego piwa i porozmawiać. Norio, przyjaciel Jaspera, też był Moyaninem. Był jednak trochę młodszy, urodził się już na Ziemi. Gdy podeszła do nich kelnerka, chcieli złożyć zamówienie, jednak zdziwiła ich jej zasępiona mina.

– Bardzo panów przepraszam, ale muszą panowie stąd wyjść. Nie obsługujemy Moyaninów. Na drzwiach wisi kartka.

– Co takiego? – Jasper szczerze się zdziwił.

– Jesteśmy stałymi klientami, jakiś tydzień temu też tu byliśmy… – próbował wytłumaczyć Norio.

– Bardzo mi przykro, ale trochę się pozmieniało. Muszą panowie wyjść.

Jasper spojrzał ze smutkiem na Norio, ten wzruszył ramionami. Podnieśli się z miejsc i wyszli przed pub. Rzeczywiście, na drzwiach znajdowała się naklejka, przedstawiająca przekreślonego Moyanina. Zaczęli iść powoli obok siebie. Żaden z nich nic nie mówił. Jasper domyślał się, jak jego przyjaciel musiał się teraz czuć. On czuł się tak samo.

– Rozumiesz coś z tego? – spytał Norio, zakładając kosmyk włosów za spiczaste ucho. Moyanie nie mieli tak cienkich włosów jak ludzie, kształtem i grubością przypominały one trochę ziemskie słomki.

– Absolutnie nic. Wydaje mi się, że to wynika z jakiejś niewiedzy. Część ludzi nie ma z nami styczności i może stąd bierze się ten dziwny strach. Nie znają nas.

– Ale żeby aż tak… Przecież my nigdy nie prowadziliśmy z nikim żadnej wojny! Nawet z sobą! – zawołał Norio, podnosząc swoje czteropalczaste, smukłe dłonie ku niebu. – Brzydzimy się przemocą! A oni naprawdę myślą, że… Ech, ja nawet nie znoszę widoku krwi.

Jasper zaśmiał się i spojrzał na przyjaciela z sympatią.

– Wiem, Norio, wiem. Też tego nie rozumiem. Sądzą, że chcemy przejąć władzę nad ich planetą, co jest absurdalne. To nie w naszym stylu…

Jasper usłyszał nagle gwizd za sobą. Spojrzał w tamtym kierunku. Zauważył grupkę mężczyzn, którzy szli w ich kierunku. Mieli kominiarki na twarzach. W rękach nieśli kije bejsbolowe.

Poczuł, jak przerażenie go paraliżuje. Mimo to szybko złapał przyjaciela za ramię.

– Norio, musimy stąd uciekać.

– Co? Dlaczego? – spytał Norio, po czym jego wzrok powędrował w stronę zmierzających w ich stronę, groźnie wyglądających mężczyzn. – Och…

Mężczyźni nagle zaczęli biec w ich kierunku. Jasper wiedział, że nie daliby radę uciec. Zasłonił swoim ciałem niższego przyjaciela i poczuł silne uderzenie w pierś. Krzyknął z bólu i upadł na chodnik, czując łzy pod powiekami. Nieznajomi ludzie zaczęli okładać go pięściami i kijami, a on nie mógł zrobić nic, aby się bronić.

– Ziemia jest nasza! – wrzasnął jeden z agresorów, opluwając przy tym Jaspera. – Wynoście się tam, skąd was przywiało!

– Zostawcie go! Dzwonię na policję! – krzyczał Norio, sięgając po telefon. – Przestańcie!

Norio złapał jednego z mężczyzn za ramię i próbował odciągnąć go od Jaspera. Ten spojrzał na Moyanina twarzą wykrzywioną z obrzydzenia.

– Nie dotykaj mnie, brudny kosmito! – wrzasnął i sięgnął do kieszeni spodni.

Jasper rozszerzył oczy. Wyciągnął przed siebie prawą dłoń… nie zdążył jednak nic zrobić.

Rozległ się huk wystrzału. Norio złapał się za brzuch, z którego zaczęła wypływać niebieska krew. Rozejrzał się wokół siebie przerażonym wzrokiem, a potem padł na ziemię.

– Kurwa, odjebało ci zupełnie? – zapytał ze złością jeden z mężczyzn. – Mieliśmy ich postraszyć…

– No co? Dotknął mnie! Poza tym, to ich przestraszy najlepiej! A po dzisiejszej nocy wiele ich nie zostanie… Spadamy!

Mężczyźni szybko odbiegli w dół ulicy. Jasper podniósł się i na drżących nogach podszedł do Norio. Klęknął przed nim i złapał go za rękę. Miał nadzieję, że jego przyjaciel jeszcze żyje, ale jego oczy były już nieruchome, dziwnie zamglone. Jego pierś nie poruszała się.

Jasper pokręcił głową. To nie mogło się dziać naprawdę… To było jak zły sen.

Sięgnął po telefon, aby zadzwonić po policję, jednak wtedy usłyszał wybuchy w pobliżu. Jeden, drugi, trzeci. Do jego uszu dobiegły też przeraźliwe krzyki. Usłyszał też kolejne wystrzały z broni, a potem kolejne wybuchy. Te akurat dobiegały bardziej z centrum miasta…

Jasper rozszerzył oczy. W tamtej okolicy mieszkali jego rodzice.

Podniósł się i zaczął biec.

*


Zatrzymał się przed miejscem, gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się budynek. Teraz wyglądał bardziej jak ruina. Dwa piętra zapadły się, z okien buchały płomienie. Jasper wpatrywał się w ten widok przez parę sekund z rosnącym przerażeniem. W końcu otrząsnął się. Ruszył biegiem w stronę wejścia, chcąc dostać się do środka. W jego stronę buchnęły jednak płomienie.

Nie, nie mógł tak tego zostawić! Musiał uratować rodziców! Spróbował ponownie wejść do środka, jednak wtedy coś eksplodowało bardzo blisko stąd, aż ziemia zadrżała. Jasper poczuł piasek, opadający mu na głowę. Gdy po raz trzeci próbował dostać się do budynku, coś w środku musiało nagle zetknąć się z ogniem, chyba coś łatwopalnego. Jasper usłyszał głośny wybuch i poczuł, jak jakaś wielka siła odpycha go do tyłu. Uderzył o ziemię i stracił przytomność.

*


Ocknął się jakiś czas potem, nie wiedząc, gdzie się znajduje i co się dzieje.

Podniósł się powoli i dostrzegł bardzo dziwną rzecz. Padał śnieg. Podniósł głowę i zapatrzył się w białe punkciki spadające z nieba. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że to popiół. Domy płonęły, przynajmniej w tej okolicy. Okolicy Moyańskiej. W oddali słychać było syreny strażackie.

Nagle przypomniał sobie wszystko.

– Mamo! Tato! – zawołał, błyskawicznie podnosząc się z ziemi i ile sił pędząc w stronę zrujnowanego budynku. Płomienie wciąż trawiły dom, jednak tym razem opadły na tyle, że mógł wejść do środka. Ruszył w górę po częściowo zawalonych schodach, przeskakując parę stopni na raz. Był wysoki, więc nie miał z tym problemu.

Mieszkanie jego rodziców kompletnie spłonęło. Jasper opadł na kolana przed tlącymi się szczątkami. Zapłakał głośno, obejmując swoją głowę dłońmi i kręcąc nią na boki. Nie wierzył w to, to nie mogła być prawda. Ludzie nie mogli być tak okrutni, nie mogli odwrócić się od nich po tym, jak obiecali im pomoc… Nie wiedział, ile tak tkwił, klęcząc na podłodze i łkając. W pewnym momencie oparł się plecami o ścianę. Sięgnął do kieszeni i ujrzał powiadomienie o nowych wiadomościach ze świata. Wciąż cicho pochlipując, patrzył na same tytuły artykułów. „USA: największe zamieszki w dziejach kraju: nie chcemy tu Moyaninów”. „Niemcy: Spiczastousi, wracajcie do domu!”. „Rosja: specjalne strefy dla przybyszów z Planety Moya”. „Włochy: Wykryto tajne plany – Moyanie chcą przejąć władzę”.

Jasper z wściekłością odrzucił telefon gdzieś na bok.

Czuł, jak szybko bije jego serce. Nie czuł wcześniej tego uczucia i wiedział, że musi się uspokoić. Moyanie nie byli przyzwyczajeni do takich emocji, nie mogli się denerwować. Nigdy wcześniej nie czuł się tak bardzo… wściekły. Tak, jakby nagle zaczął rozumieć, co oznacza… nienawidzić kogoś. To uczucie było dla niego abstrakcją, a teraz chyba je rozumiał. Odczuwał.

Rozszerzył oczy. Łzy zaschły już na jego skórze.

Podniósł się powoli. Jego ręce swobodnie zwisały wzdłuż boków. Nagle jego prawa dłoń powoli zacisnęła się. Zaciskała się mocniej i mocniej, jakby Jasper chciał zmiażdżyć swoje palce. To nie był gest stworzony dla jego gatunku. Jako Moyanin nie miał kciuka, aby móc zacisnąć pięść w pełnym tego słowa znaczeniu. To jednak nie było ważne. Zaciskał ją tak, jak umiał najlepiej. Tak, jak się nauczył.

Chciał kiedyś wyciągnąć tę dłoń do jakiegoś człowieka, do kogoś w potrzebie. Chciał pomóc bezbronnemu. Chciał, aby ktoś poczuł kiedyś ciepło tej dłoni, jej bezpieczeństwo, jej obietnicę.

Ale to niemożliwe.

Zacisnął dłoń jeszcze mocniej. Jego czarne spojrzenie aż kipiało od nienawiści. Wiedział, że będzie musiał poczekać, aby zemsta doszła do skutku, na razie nie miał żadnej broni ani sprzymierzeńców.

Ale mógł poczekać.

Umiał czekać.

Skoro tak bardzo chcą wroga, będą go mieli.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Zaczarowana
uczeń
Posty: 28
Rejestracja: 16 mar 2019, 19:19

Re: Wyciągnięta dłoń

Postautor: Zaczarowana » 19 kwie 2020, 19:42

Bardzo rzadko ostatnio coś czytam na tym forum, a jeszcze rzadziej komentuję cokolwiek, jednak to opowiadanie w jakiś sposób przyciągnęło moją uwagę i na jakiś czas na pewno zostanie ze mną.

Chciałoby się zapytać: co dalej? Mam wrażenie, że tekst urywa się zbyt gwałtownie, chociaż rozumiem, że tutaj to celowy zabieg. Bo chodziło głównie o pokazanie ciągu (niestety nieprzyjemnych dla bohatera) wydarzeń, który może doprowadzić do zmiany myślenia postaci. Jasper wyszedł całkiem sympatyczny i można go polubić, więc to na plus dla Ciebie, że w krótkim tekście można zapałać sympatią do bohatera. Jeśli kiedyś to rozwiniesz w coś więcej, jakieś dłuższe opowiadanie, to chętnie przeczytam, jeśli na nie akurat trafię.

Weny na dalszą twórczość! Pozdrawiam ciepło, Zaczarowana
"Nie wystarczy mówić tego, co się myśli. Trzeba jeszcze myśleć, co się mówi."

»ao3«»Mirriel«»ff.net«


Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości