PORZUCONE SKRAWKI

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

PORZUCONE SKRAWKI

Postautor: CynicznaCecylia » 16 kwie 2020, 19:55

Tu porzucam parę starych, porzuconych tekstów, z potencjalnym... Potencjałem :D Znaczy takie, które MOŻE kiedyś znowu ruszę.
Na początek coś zainspirowanego half-life (nie ff), co lubię za użyty tam popaprany, chamski humor i spojrzenie na świat życiowej mendki. Tylko jeden, niedokończony rozdział.

POWRÓT. Rozdział 1 - szczur laboratoryjny

Poranki zawsze przysparzały jej niejaką trudność. Należała do osób, które kryją się w łóżku przed „możliwościami nowego, wspaniałego dnia” tak długo jak tylko mogą, a prokastrynacja jest ich drugim imieniem. Nie lubiła codziennego „wstawania i robienia rzeczy”. Nie dlatego, że była leniwa, chociaż za taką się uważała. Po prostu dorosłość, obowiązki i odpowiedzialność nieco ją przerastały. Nie czuła się dużo doroślejsza niż w drugiej klasie liceum, o ile w ogóle. Dlatego, kiedy budzik komórki rozdarł ciszę wydała z siebie niemal agonalny jęk.

Jeszcze trzy lata temu wstałaby, wyjrzała przez okno, ponarzekała na pogodę jakakolwiek ta nie byłaby i wygrzebała ze sterty leżących na krześle ubrań coś czystego. Potem poczłapała do łazienki celem odprawienia codziennego, okraszonego soczystymi przekleństwami rytuału mycie, czesanie, ubieranie. Jednak od trzech lat nie miała okna, żadnych okien, a wszelkie brudne rzeczy „magicznie” trafiały z kosza na pranie do szafy czyste i wyprasowane. Mało tego. Jedzenie samo się gotowało, starczyło tylko po nie pójść do stołówki, wszędzie wokół królowały ekspresy do kawy, zaś kawa – cudowny napój bogów – była darmowa. Życie stało się o wiele łatwiejsze, od kiedy zatrudniła się w Under Frost, największym, międzynarodowym ośrodku naukowym pod patronatem organizacji takich jak ONZ czy NATO oraz rzecz jasna wielu międzynarodowych korporacji i koncernów, szukających zysków w potencjalnych odkryciach naukowych.

Tak, mogła śmiało powiedzieć, że zgłoszenie się na ślepo do wzięcia udziału w projekcie to najlepsza decyzja jaką podjęła w życiu. Przygniatający ją but codzienności stał się lżejszy o codzienne obowiązki jak pranie, gotowanie czy stres związany z samą drogą do pracy, bo w pracy mieszkała. Zresztą korzyści było dużo więcej. Po pierwsze podszkoliła angielski z poziomu „jakoś się dogadam” do „nie odróżnisz mnie od angola nawet po akcencie”, a nawet liznęła nieco rosyjskiego i hiszpańskiego. Oczywiście do samego podjęcia pracy już była konieczna bardzo dobra znajomość angielskiego, ale nakłamała w CV i jakoś się prześlizgnęła. Po drugie bardzo dobrze zarabiała, a dzięki zdobytemu doświadczeniu i rekomendacjom mogła bez trudu zmienić pracę, czego na razie nie planowała. Właściwie to chciała pozostać w Under Frost najdłużej jak to możliwe, chociaż większość jej kolegów po sześciu miesiącach, czasem roku odchodziła na parę miesięcy bądź na zawsze. Robili tak ze względu na lokalizację projektu, która uniemożliwiała prowadzenie normalnego życia towarzysko-rodzinnego. Otóż tworzącą podziemną metropolię sieć wszelkiego rodzaju laboratoriów naukowych, wspólnie nazywanych Under Frost mieściła się… Pod powierzchnią Antarktydy. W związku z tym weekendowe wypady do domu nie wchodziły w grę, podobnie jak niespodziewane urlopy i tym podobne. Na dłuższe okresy czasu nie uwzględniające chociażby kilkutygodniowych przerw zatrudniali się tu jedynie prawdziwi pasjonaci nauki. No i ona. Od zawsze miała trudności w nawiązywaniu więzi międzyludzkich, a z rodziną dogadywała się jak naziści z komunistami, więc separację uważała za prawdziwe błogosławieństwo.

Z jej perspektywy praca w Under Frost miała tylko dwa potencjalne minusy. Pierwszy to stos obarczonych rządowymi pieczęciami papierów dotyczących przestrzegania tajemnic, odpowiedzialności prawnej i tym podobnych, na których złożyła podpisy. Nie miała pojęcia, co większość z nich znaczy. Klauzule, paragrafy i ustępy sporządzono tak zawile, tak szczegółowo, że jedynie komisja posługujących się łopatologią prawników mogłaby przedstawić je we względnie zrozumiały sposób. Jednak wiedziała, że tego typu dokumenty są równie niebezpieczne jak skrzynia dynamitu. Póki skrzynia była odpowiednio zabezpieczona, a dynamit na gwarancji i z dobrego źródła, to w porządku. Problem w tym, że wystarczyła odrobina nieostrożności, trochę ognia, czyjeś zaniedbanie i wszystko mogło jebnąć tak, że nawet zawodowy kloszard nie miałby czego zbierać. No i druga rzecz. Nie bez powodu laboratoria ulokowano na Antarktydzie czy raczej pod nią i nie chodziło tylko o utrzymanie tajemnicy. W niektórych sektorach podziemnej metropolii prowadzono tak niebezpieczne badania, że gdyby coś się spieprzyło, efekty mogłyby być NAPRAWDĘ śmiercionośne. Dlatego izolacja Under Frost od rejonów zamieszkałych stanowiła jedno z kluczowych założeń projektu, a nie ma bardziej odizolowanego miejsca niż Antarktyda. Z potencjalną bombą zagłady tykającą akurat tam reszta świata, nie licząc miejscowej fauny – w większości pingwinów – mogła czuć się względnie bezpiecznie. Niestety z jej perspektywy, bardzo podobnej do tej pingwinów, sprawa nie wyglądała różowo. Nie. Właściwie wyglądała aż nazbyt różowo, szkopuł w tym, że był to róż jej własnych wnętrzności zmieszanych z krwią. Gdyby prawo Murphy’ego obrało sobie za cel Under Frost, miałaby szanse przeżycia mniejsze niż chomik wrzucony do sokowirówki. Oczywiście istniały systemy bezpieczeństwa, plany ewakuacji, bunkry, w których dałoby radę przeżyć całe tygodnie, ale dogłębnie wierzyła w efekt domina, który zwykle opisywała słowami „jak się coś już pieprzy, to wszystko na raz i ze sobą na wzajem”.

Szczęśliwie to tylko potencjalne zagrożenia. Co do groźnych papierzysk, to dbała, żeby trzymać język za zębami przed światem zewnętrznym, z którym i tak prawie się nie kontaktowała, a co ważniejsze, żeby nie wiedzieć za dużo. Unikała jak ognia zgłębia szczegółów wielkich projektów naukowych, w szczególności tych wojskowych, ograniczając się jedynie do wyznaczonego jej skrawka, który i tak traktowała raczej powierzchownie. Jednak nie znaczyło to, że była zupełną ignorantką. Jeżeli chodzi o znajomość ogólnego zarysu tego, czym się zajmowali jej koledzy, przewyższała nawet zarząd, którego członkowie musieli zaglądać do papierów, żeby wiedzieć co, kto, gdzie robi. Uważała to za życiową konieczność ze względu na czerwoną lampkę alarmową. W niektórych laboratoriach oznaczała tylko, że należy obudzić przysypiającego na stole ciołka, bo zaraz eksperyment mu wykipi i miesiące badań pójdą się jebać. W innych, że coś się ostro spieprzyło, więc należy zarzucić kombinezon ochronny i ruszyć na ratunek, ewentualnie zawołać pomoc. W najgorszym wypadku znaczyła, że należy brać nogi za pas głośno wrzeszcząc, najlepiej tak, żeby przekrzyczeć syrenę alarmową. Tym sposobem, jeżeli biegło się w kierunku dającym największe szanse na przeżycie, istniała szansa, że reszta rozsądnych ludzi popędzi za tobą i się uratuje, a samozwańczy bohaterowie i ludzie najęci do zażegnywania sytuacji kryzysowych ruszą w przeciwną stronę. Oczywiście znała też wszystkie drogi ewakuacyjne, zarówno te oficjalne, jak i te nie, nie raz bezpieczniejsze i dające większe szanse uratowania tyłka niż trasy wyznaczone przez służby bezpieczeństwa.
Natomiast, co do groźby ostatecznego pierdolnięcia, jak to nazywała, uważała ją za niemal nieprawdopodobną, bo co chwilę coś się pieprzyło, szczęśliwie na niewielką skalę.. Tak, właśnie dlatego. Z tego, co zaobserwowała, najkrwawsze zamachy terrorystyczne, widowiskowe wypadki czy wielkie kataklizmy zwykle następowały znienacka. Pompeje usmażyło po latach względnego uśpienia Wezuwiusza, kiedy całe pokolenia uważały widok dymiącej od czasu do czasu góry i trzęsienia ziemi za coś naturalnego i niegroźnego. Zamachy jedenastego września też stanowiły dla wszystkich zaskoczenie, chociaż właściwie można było ich oczekiwać. No i stary, dobry Czarnobyl. Nikt nie podejrzewał, że w wyniku czyjegoś niedopatrzenia trzeba będzie ewakuować całe miasto, a najbliższe okolice zostaną mniej lub bardziej zanieczyszczone opadem radioaktywnym. Los zwyczajnie lubił dawać kopa znienacka. Natomiast, gdy ludzie spodziewali się czegoś, popadali w lekką paranoję zajmując się kwestiami bezpieczeństwa, potencjalnych zagrożeń i tym podobnych, krzyżował ręce na piersi i spokojnie patrzył jak zżera ich stres. Dlatego, gdy słyszała, że coś wyciekło, eksplodowało, czy gdzieś-tam wydobyły się trujące opary, a cały sektor bezpieczeństwa po raz któryś w tygodniu załamuje ręce, czuła się bezpieczna. No może poza tym wypadkiem, kiedy takiego jednego Turka zagryzła zmutowana świnka morska. To nie było fajne. Szczególnie, że sama pracowała ze zwierzętami laboratoryjnymi, głównie gryzoniami.

W każdym razie, wypełzając z cieplutkiego, zafundowanego przez Under Frost łóżka, czuła się o wiele bezpieczniej niż w domu, gdzie groził jej atak jednego z sześciu wiecznie napalonych, psychotycznych yorków matki. Zgodnie ze swoim zwyczajem podrapała się po tyłku, przeciągnęła, tak że wszystkie kości zatrzeszczały i poczłapała do łazienki, pomstując na wszystko, na co tylko mogła. Ponieważ powodów do narzekania za wiele nie miała, bo naprawdę lubiła życie w Under Frost, skupiała się na błahostkach, takich jak chociażby wystrój pokoju… Właściwie to wystrój całego instytutu. Widniejące w jego godle pastelowe żółć, błękit i śnieżna biel królowały w całej, podziemnej metropolii. Wszystkie meble, sprzęty biurowe, ściany, podłogi, a nawet większość środków czystości i kombinezonów ochronnych była właśnie w tych barwach. Nie miało znaczenia czy ktoś trafił do sekcji mieszkalnej, publicznej, laboratoriów czy pomieszczeń za ciężkimi, strzeżonymi drzwiami, gdzie kwitły szczególnie niebezpieczne projekty wojskowe. Wszędzie tyko biel, błękit i żółć. Nie znosiła pasteli, które uparcie kojarzyły jej się ze znienawidzonymi szkołami. Do tego te dominujące wszędzie nowoczesne kształty i formy, które dla zmysłu estetycznego osoby zakochanej w epoce wiktoriańskiej – przynajmniej jeżeli chodzi o wystrój wnętrz – były jak solidny prawy sierpowy. Niby nic wielkiego, ale miała na co ponarzekać. Lubiła narzekać. Regularne „trzepanie wątroby”, jak to nazywała, uważała za warunek konieczny do podtrzymania dobrej kondycji psychicznej i względnie szczęśliwej egzystencji. Brak powodów do narzekania, wedle jej opinii, rodził frustrację, która szybko ewoluowała w zjadliwość i stanowiła jeden z powodów zgorzknienia.

Chociaż nienawidziła wstawania, zawsze potrafiła się dość szybko ogarnąć. Poranny rytuał mycie-ubieranie-czesanie, zajmował jej tylko około dwudziestu minut. Nigdy nie rozumiała koleżanek mówiących, że aby wyjść z domu o szóstej rano muszą wstać przed piątą. Co one tak długo robiły? Ile może zająć szybki prysznic i zrobienie sobie kanapki? Ponad godzinę? To chyba żart. No oczywiście one, w przeciwieństwie do niej, malowały się, jednak wątpiła, żeby chodziło tylko o to. Sama też kiedyś bawiła się w makijaż i nie zajmowało to więcej niż dziesięć minut, nawet na początku, gdy musiała naprawdę uważać, żeby nie wydłubać sobie oka kredką. Szkopuł w tym, że z jej perspektywy każda minuta dłużej w łóżku była bezcenna, dlatego w końcu dała sobie spokój z tymi wygłupami. Zresztą efekty, jakie widziała w lustrze, nigdy nie były zadowalające. Przysadzista o szerokiej szczęce, zapadniętych oczach, długim, szpiczastym nosie i popielatych włosach mogłaby się oddać w ręce najlepszych stylistów a t tak wyglądałaby jak gremlin. Sympatyczny, ale gremlin. Dlatego odpuściła sobie wszelkie zabiegi estetyczne i modę, dbając tylko o to, żeby wyglądać czysto i schludnie. Tak też prezentowała się w swoim kryjącym koszulkę z żrącym pączka Homerem Simpsonem i wytarte dżinsy, śnieżnobiałym fartuchu. Nawet włosy, zwykle sterczące na wszystkie strony i stanowczo odmawiające współpracy sprawiały dobre wrażenie po spleceniu w ciasny warkocz.

Zdjęła z nowoczesnego, przypominającego powyginany plasterek żółtego sera krzesła swoją przepastną czarną torbę i z roztargnieniem zaczęła wrzucać do niej rzeczy z biurka. Portfel, książka, którą zaczęła czytać – na wypadek gdyby udało się nieco poleniuchować w pracy i zajrzeć do niej – własny zestaw kolorowych pisaków, bo te laboratoryjne zawsze gdzieś giną, kieszonkowy futeralik na długopisy… A nie, futeralik to do kieszeni fartucha. Lubiła go. Użyteczny, a do tego sprawiał, to jeszcze sprawiał że wyglądała ciut bardziej fachowo. Teraz okulary… Tylko gdzie ona je wsadziła.
Jak wielu osobom pracującym przy mikroskopach i ekranach, pogorszył się jej wzrok i od czterech lat miała zaszczyt nosić pingle. Niezbyt grube, lecz jednak. Teoretycznie nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że była dalekowidzem. Pojęcia nie miała jak nabyła akurat takiej wady wzroku. Tak samo nie wiedziała, jakim cudem, skoro okulary miała niemal bez przerwy na nosie, co rano musiała ich szukać. Znalazła je dopiero po pięciu minutach w łazience obok umywalki przygniecione aktualnie wertowanym przez nią czasopismem o grach. Gdy wreszcie wcisnęła je na nos, mogła zająć się poszukiwaniem ostatniej rzeczy, jakiej potrzebowała, aby wyruszyć do pracy – swojego identyfikatora. Ten zwykle był przypięty do fartucha, rzadziej szlafroka, kisił się w kieszeni spodni lub leżał na biurku pomiędzy resztkami starej pizzy, chusteczkami i opakowaniami po chipsach. Jednym słowem, miał ograniczoną liczbę kryjówek. Szkopuł w tym, że doskonale się maskował pomiędzy różnymi, tymczasowymi przepustkami do co bardziej strzeżonych sektorów, a tych miała na pęczki. Czemu? Otóż, chociaż została przypisana do projektu zajmującego się majstrowaniem w genotypie ssaków, co chwilę wypożyczano ją komuś. Nie była niezbędna w projekcie, pełniła rolę szarej laborantki, a laborantów, szczególnie tych obeznanych z co bardziej skomplikowanymi przyrządami pomiarowymi potrzebowano wszędzie. Co chwilę ktoś odchodził z Under Frost, a na jego miejsce przychodził ktoś nowy. Niestety prawie wszystkich nowych trzeba było przyuczać, na co nie zawsze starsi koledzy mieli czas. Ona znów siedziała tu od trzech lat, poznała większość maszynerii pomiarowej i nie wściubiała nosa, gdzie nie trzeba, więc nie mogła nigdzie roznieść tajemnic czy to handlowych, czy to wojskowych. W efekcie niemal wszystkie działy co jakiś czas posyłały po nią, żeby coś zmierzyła, a ona robiła to, bez zbędnych pytań. Nigdy nie interesowała się, co dokładnie mierzy, ani po co. Czasem tylko pytała czy samo badanie jest niebezpieczne i czy proszący zdają sobie sprawę, że w razie, gdyby poszło coś nie tak, użyje ich ciał jako żywych tarcz. Dokładnie takich słów używała. Dbała o to, żeby wszyscy wiedzieli, że jak stanie się coś złego, to nie będzie bawiła się w żadne bohaterstwo, tylko będzie dbała o bezpieczeństwo własnego, tłustego zadu, nawet jeżeli oznaczałoby to napuszczenie na innych żniwiarza. Co dziwne, większość ludzi, chociaż zdawała sobie sprawę, że mówi absolutnie poważnie, kwitowała jej oświadczenie z szczerym uśmiechem, po czym klepała ją po przyjacielsku po plecach.

W każdym razie, odszukanie identyfikatora między kilkunastoma wyglądającymi niemal identycznie jak on przepustkami, nie było prostym zadaniem. W końcu jednak znalazła go i pośpiesznie zawiesiła na szyi. Niebiesko-biały, plastikowy prostokąt z logo firmy i jej zdjęciem – na którym oczywiście wyszła wprost fatalnie – oraz wielkim napisem: „Regina B. Brzęśćczyszkowska” i nieco mniejszym „katedra genetyki BVX113457”. Zatopiony w nim chip najnowszej generacji otwierał większość drzwi Under Frost, a także służył jako karta zdrowia, zamiennik dowodu osobistego i tak dalej. Gdy ktoś gubił swój, kończyło się to stratą całego dnia na papierkową robotę i – co już zakrawało na lekką paranoję – badanie genetyczne mające potwierdzić, że jest się osobą, za którą się podaje. No i oczywiście naganą. Dlatego dbała, żeby swojego nie zgubić. Co prawda, po powrocie z laboratorium do pokoju nie zawsze wiedziała, gdzie konkretnie ten się znajduje, ale miała pewność, że gdzieś tu jest.

Donośnie ziewając wyszła z pokoju, identycznego jak setki innych. Każdy pracownik naukowy dostawał taki sam. Przestronny o białych ścianach z bladożółtym, szerokim pasem w poprzek i podłodze krytej niebieską wykładziną. Do tego proste łóżko o białej ramie, w dziwny sposób sugerujące, że możnaby je wystrzelić w przestrzeń kosmiczną, biurko z jakiegoś przeźroczystego tworzywa, żółty stołek-fasolka na trzech nóżkach, stolik nocny i wielka, niebiesko-żółta, trzydrzwiowa szafa. Wszystko wysmakowanie proste, lśniące i łatwe w czyszczeniu. Jedynie rzeczy przyniesione z domów sprawiały, że pokoje nabierały jakiejkolwiek indywidualności. Zdjęcia rodzin i przyjaciół, plakaty, obrazy, pluszaki. Każdy dawał coś od siebie. Ona też. Wieczny bałagan i plamy na wykładzinie. Zdjęć nie przywiozła, bo nie miała przyjaciół, a rodziny nie lubiła, poza tym ze względu na swoją „wybitnie” fotogeniczną twarz unikała aparatu jak wampir słońca. Jedynymi drobiazgami „tworzącymi klimat” w pokoju, które przywiozła z domu, był wielki, pluszowy Cthulhu i parę kubków z pokręconymi napisami i rysunkami. Gdyby pewnego dnia zdecydowała się porządnie posprzątać jeden z nowych mógłby pomylić jej drzwi ze swoimi nie dostrzegając cudzego „ja” wtartego w bezosobowe lokum.
Prawie wszyscy w Under Frost zaczynali pracę o dziewiątej. No, kuchnia startowała już o szóstej, żeby wyśrubowane umysły największych intelektualistów w kraju mogły wchłonąć nieco kalorii w drodze do swoich laboratoriów. Jednak, kiedy zaspana szła lśniącym bielą hollem w kierunku przypominających szklane rakiety wind, wcale nie zamierzała odwiedzić mieszczącej się trzecim poziomie stołówki. Zamiast tego zmierzała do głównej sali na drugim. Konkretniej znajdującej się niedaleko niej stróżówki ochrony, czy jak to określał jej prawie-przyjaciel Kevin, pomieszczenia monitoringu.

Rozkład Under Frost był w miarę prosty, jeżeli pominąć pomieszczenia sanitarne, magazynowe i techniczne. Na powierzchni znajdowała się spora stacja, gdzie przyjmowano różnego rodzaju towary i nowych pracowników, którzy sami stanowili swego rodzaju towar. Towary trafiały do magazynów, zlokalizowanych gdzieś-tam w głębi, a pracownicy na poziom drugi czy konkretniej rzecz ujmując na poziom minus dwa. Tam też mieściła się sala główna, większość ważniejszych biur, a także, parę restauracji czy też elegantszych barów, sklepów i pawilon naukowo-pokazowy, po którym oprowadzano nielicznych gości. Bary i sklepy przy przedsięwzięciu takim jak Under Frost stanowiły swego rodzaju konieczność. Może i większość pracujących w nim „doktorków” miała hopla na punkcie nauki, ale nawet oni odczuwali potrzeby socjalizacji i rozrywki. Wyskoczenia na piwo, potańczenia, zjedzenia czegoś bardzo niezdrowego. No i nie należy zapominać, że na jednego pracownika naukowego – a było ich kilka setek – przypadało co najmniej trzech szaraczków czyli ochroniarzy, pracowników biurowych, sprzątaczek, kucharzy, magazynierów, techników, elektryków i wszystkich tych, którzy w ogóle umożliwiali istnienie ośrodka. Każdy z nich spędzał pod powierzchnią Antarktydy długie miesiące, jeżeli nie lata i też potrzebował jakiejś namiastki „normalnego życia”. Wszyscy oni, zarówno pracownicy naukowi jak i nie, mieszkali na poziomie pierwszym (minus pierwszym), gdzie znajdowały się bloki mieszkalne. Oczywiście „doktorkowie” wraz z biurokratycznymi ważniakami mieli pokoje w innym bloku niż cała reszta oraz cieszyli się nieco większymi przestrzenią i luksusem, ale tak już bywa. Z kolei na trzecim poziomie ulokowano działającą szesnaście godzin na dobę, olbrzymią stołówkę, siłownie, baseny, centrum medyczne, podziemny park, pomieszczenia socjalne, kilka biur oraz parę mniej ważnych laboratoriów. Stanowił on przejście między częścią społeczno-socjalną projektu, a ciągnącymi się dziesięć, a może nawet i więcej poziomów w dół laboratoriami wszelkiego rodzaju. Teoretycznie wszystko można było wszystko szybko i sprawnie zlokalizować. Teoretycznie. Niestety Regina posiadał wyczucie kierunku równie dobre jak pozbawiony głowy kurczak, więc nauczenie się rozkładu pomieszczeń do perfekcji zajęło jej prawie rok. Zajęłoby dłużej, gdyby nie to, że zgrała sobie plan całego instytutu na tablet i wieczorami kuła go na blachę. Oczywiście największy nacisk kładła na położenie częściej odwiedzanych miejsc i dróg ewakuacji z nich, ale z biegiem czasu coś jeszcze zaczęło mieć dla niej znaczenie. Rozlokowanie automatów ze słodyczami i kamer. Zarówno jednych jak i drugich zdawało się być bez liku, szczęśliwie kamery umiejscowiono tak, aby czuwały przy ważniejszych wejściach, przejściach i tak dalej. Nikt rozmieszczając je nie myślał o tym, aby pilnowały automatów z jedzeniem przed rabunkiem ze strony jakiegoś łasucha. I bardzo dobrze, bo właśnie ona była takim złodziejaszkiem-łasuchem.

W trakcie słodkich grabieży musiała dbać nie tylko o to, aby nie dać się złapać zawsze czujnym kamerom, ale także ludziom. Dlatego regularnie odwiedzała te automaty, przy których nie było zbyt wielkiego ruchu, a okolice głównej sali niemal zawsze ziały pustkami. Siedząca tam za eleganckim blatem z włókna szklanego recepcjonistka zwykle nudziła się jak mops, podobnie jak ochroniarze z sali monitoringu. Nowi, chociaż obieg pracowników był dość duży, nie siedzieli w niej zbyt długo, a delegacje prowadzących tu interesy koncernów, wojskowi czy inni goście pojawiali się nie częściej niż raz w miesiącu. Dlatego żeby zostać właścicielem od jednego do czterech, losowych batoników starczyło podejść do jednego nie monitorowanych automatów i w odpowiedni sposób uderzyć w bok machiny. Oczywiście mogła zwyczajnie kupić słodycze, ale wtedy „nie byłoby zabawy”.

Tym razem jej wybór padł na automat tuż przy sali, zgrabnie ukryty za wielką paprocią o niebieskich liściach. Rośliny nie stworzyła natura tylko miejscowi genetycy. Wielka, ozdobna i doskonale radząca sobie w sztucznym środowisku Under Frost stanowiła nie tylko dekorację, ale też reklamę możliwości tutejszych naukowców. Jednak dla niej liczyło się głównie to, że zielsko doskonale zasłaniało łypiącą z boku kamerę.

Kradzież tym razem przebiegła wyjątkowo gładko, bo już za pierwszym podejściem z machiny wypadły trzy batony czyli dokładnie tyle, ile potrzebowała. Z zadowoloną miną ruszyła do dyżurki strażników.
Tego dnia nad spokojem niemal pustej sali głównej i okolic czuwali Kevin i jego przełożony Anderson. Nie miała bladego pojęcia, jak Anderson się nazywa i podejrzewała, że za wyjątkiem kierownictwa nikt tego nie wie. Jego postawa i lodowate spojrzenie spode łba z miejsca zniechęcały do pytań typu „jak masz na imię?”, „jak leci?” czy „wyskoczysz z nami na piwo?”. Łykowaty, dość postawny ex-żołnierz kojarzył się raczej z błaganiami o litość i strzelaniem między oczy. Jego cechami charakterystycznymi były szeroka szczęka, wręcz stereotypowa blizna biegnąca od oka przez cały policzek po kącik ust i doprowadzona do poziomu mistrzostwa mrukliwość. Wyjątkowo antypatyczny osobnik, przynajmniej pozornie. Nie, żeby jakoś specjalnie go lubiła, ale nigdy nie miała z nim najmniejszego zatargu no i przymykał oko na jej drobne kradzieże. Poza tym szanowała go, zresztą brak szacunku dla faceta, który potrafił jednym ciosem zabić, byłby cholernym brakiem rozsądku.

- Siemka – zawołała, przechodząc przez ciężkie, metalowe drzwi, jedne z tych, które stanowiła prawdziwą zmorę włamywaczy i straży pożarnej.
Siedzący przy panelu sterującym kamer, czarnoskóry chudzielec odwrócił się do niej prezentując biały uśmiech. Z burzą dredów na głowie i splecioną w zgrabny warkoczyk bródką przypominał bardziej piosenkarza reggae niż profesjonalnego pracownika ochrony. Ani odprasowany w kancik mundur, ani otoczenie błyskających monitorów w żaden sposób tego nie zmieniały. Patrzyło się na niego i wiedziało, że to wulkan pozytywnej energii, dusza towarzystwa, urodzony imprezowicz. Szkopuł w tym, że to towarzyskie, zwykle łagodne zwierzę miało czarny pas w karate i świetnie strzelało. Nie tak dobrze jak Anderson, ale jednak.

- Siemano droga pani. A cóż to przywiało cię w nasze skromne progi?

- To co zwykle. Gdzie żarcie?

- Żarcie? Żarcie? A ja to co?! – zawołał robiąc obrażoną minę i krzyżując ręce na piersi.

- Ty to dodatek. Takie radyjko do śniadania, żeby zagłuszyć weltshmertz.

- Nie, żarcie to dodatek do mojej wybitnie niebanalnej osobowości! A jak chcesz radia, to sobie zapuść internetowe, jak wszyscy. Sio! Nie chce cię tu. Zraniłaś moje uczucia!

- Internetowe? – zamrugała. – Przecież nie pozwalają używać Internetu poza blokami mieszkalnymi. Nawet ostatnio była o to jakaś afera…

- I nadal wszyscy mają na to wyjebane. No, może poza wami, profesorkami. Bo duchy Internetu jeszcze wyssą tajne dane z waszych komputerów uuu…

- No niestety tak to wygląda – mruknęła wyjmując z fartucha baton i rzucając mu. Nawet nie spojrzał na niego, tylko od razu wcisnął go do kieszonki koszuli. Lubił wszystko, co słodkie. – Ostatnio nawet wyjebali jakąś laskę, bo ją przyłapali na siedzeniu na fejsie. Jeżeli chodzi o tajność danych, to nie ma zmiłuj. Tutaj wszyscy mają na tym punkcie paranoję, więc uważaj, bo jeszcze z tym radyjkiem i innymi takimi przypierdolą się i do ciebie.
Podała drugi batonik Andersonowi, który przyjął go z mruknięciem mogącym oznaczać zarówno „dziękuję” jak i „cholerna złodziejka”. Jednak gdy po chwili dodał, zwracając się do Kevina, „ma rację”, słychać było go głośno i wyraźnie.

- Ale przecież my tu nie mamy żadnych ważnych danych ani nic – wzruszył ramionami, po czym sięgnął po leżącą za jego plecami tacę, na której leżały dwa okryte folią talerze.

Kevin, zawsze kiedy miał dzienną zmianę, zbaczał z drogi podczas rannego obchodu, żeby zahaczyć o stołówkę i wziąć im coś do jedzenia. Robił tak od prawie pół roku, czyli niemal od dnia, kiedy postawił nogę w Under Frost. Wpadła na niego kilka dni po tym jak się przyjął i jakoś od razu się polubili. Zresztą, żeby nie lubić Kevina, trzeba było się naprawdę postarać. Nawet Anderson go lubił, w końcu pozwalał na jej odwiedziny i wycieczki do jadłodajni w trakcie obchodów, a nawet nie doniósł na niego za to nieszczęsne radio. Nielubienie Kevina to jak skopanie wesołego psiaka, który właśnie przyniósł ci piłeczkę. Niby są osoby do tego zdolne, ale nie należą do ludzi, z którymi ktoś względnie normalny chciałby się zadawać. Bardziej zastanawiało to, czym ona zyskała jego sympatię, oczywiście poza dokarmianiem kradzionymi batonikami. Na początku często za nią chodził, bo świetnie znała zarówno ośrodek jak i jego mieszkańców, a chciał się jakoś wdrożyć w to wszystko. Dużo osób za nią tak chodziło. Właściwie to mogłaby dorabiać jako niańka dla nowych, bo zwykle trafiali pod jej opiekę. Nie zawsze i nie wszyscy, ale jednak. Nie przeszkadzało jej to. Dzięki temu sporo osób miało u niej mniejsze lub większe długi wdzięczności i żywiło do niej niejaką życzliwość. Zawsze mogła liczyć na drobną pomoc, cynk o niezapowiedzianym audycie, darmowe ciastko i tak dalej.

- Co dzisiaj?

- Śniadanie po angielsku. Fasola na toście, jajko sadzone i smażona kiełbaska.

- Mmm… Cholesterol i węglowodany proste, jak ja to uwielbiam – mruknęła, zajmując stołek przy konsoli sterującej.
Rozwinęła folię, zerkając na jedzenie. Oczywiście tost był nieco rozmiękły, fasolka miała dziwny kolor, a do kiełbaski bardziej pasowało określenie „przypalona” niż usmażona, ale tak to już jest przy masowym gotowaniu. I tak, jak na jedzenie ze stołówki, prezentowało się całkiem nieźle.

- A tak w ogóle, to jak tam ranek? – zapytała przeżuwając tost. – Najazd kosmitów? Istot z innego wymiaru? Krwiożercze potwory stworzone przez szalonych naukowców próbowały opanować ośrodek?

- Chciałbym, przynajmniej można byłoby sobie postrzelać…

Ze strony Andersona dobiegło złowróżbne burczenie, świadczące o tym, że ceni sobie spokój. Zawierało też sugestię, że nie widzi Kevina w roli pogromcy monstr, tylko ich pierwszej ofiary.

- …ale niestety. Przyjechało paru nowych, ale prawie same laski. Był jeden koleś, ale tłusty i morda jak rozgotowane pierogi. Porażka jakaś…

Przewróciła oczyma. No tak, Kevin, wiecznie i bezskutecznie szukający prawdziwej miłości gej. Ostatnio został spławiony przez jakiegoś latino lovero, który narobił mu nadziei i znowu był w TYM stanie. Odtrącony zawsze próbował na gwałt – w przenośni i nie wykluczone, że również dosłownie – znaleźć sobie kogoś, żeby udowodnić światu, że jednak jest coś wart. Oczywiście świat miał głęboko w dupie, co ten wyprawia w łóżku, ale jakoś tego nie zauważał. W każdym razie, Kevinowy „tryb romantycznego łowcy” oznaczał dla niej tylko jedno – przeciągające się i nudne jak flaki z olejem rozmowy o facetach, a szczególnie ich torsach, tyłkach i tak dalej. Nie, żeby sama miała skłonności homoseksualne i wolała rozmawiać o dziewczynach. Zwyczajnie przekonała się już lata temu, że nie jest w typie mężczyzn, którzy są w jej typie, a jałowe gadanie o nich przypominało jej lizanie słodyczy przez szybę – było smutne, dołujące i cholernie frustrujące. Dziwiła się jak Anderson to wytrzymuje, skoro sam preferuje kobiety. W końcu dwanaście godzin słuchania seksistowskich komentarzy pod adresem męskich tyłków mogło wejść heteroseksualnemu facetowi porządnie na psychikę.

Wyłączyła się na chwilę, pozwalając Kevinowi paplać. Zamiast tego zajęła się swoim śniadaniem. Kiełbaska i tost z fasolą, chociaż miały ze sto kilometrów do prawdziwej, domowej kuchni, były całkiem smaczne, ale jajko… Nie wiedziała, co za ludzie pracują w kuchni, ale najwyraźniej przyrządzanie jajek ich przerastało. Kurczak w cieście – proszę bardzo, sushi – jak najbardziej, zapiekanka ziemniaczana – oczywiście. Niestety jak ktoś chciał smażone jajka, omlet i tak dalej, musiał liczyć się z tym, że jego posiłek będzie wyglądał i smakował jak przypalone smarki. Do tej pory pamiętała, jak nieostrożnie wzięła kiedyś jajecznicę z serem. W dzieciństwie, miała chyba wtedy z pięć lat, zjadła trochę kleju do tapet. Nawet on był lepszy od tamtej glutowatej brei.

- Ale tobie się pofarciło! – Kevin znienacka rąbnął ją w ramię, akurat gdy zastanawiała się czy podjąć to niewysłowione ryzyko i jednak skosztować jajka czy może sobie odpuścić. Niemal upuściła tackę, co odebrała jako znak od instancji wyższej, aby pozwolić spoczywać niedoszłemu kurczakowi w spokoju.

- Tak, a niby jak? – mruknęła, sięgając po stojący na konsoli kubek kawy. Nie wiedziała czy był przyszykowany dla niej, ale niepisana reguła współżycia z nią brzmiała „każda kawa w zasięgu rąk Reginy, jeżeli nie jest upita, należy do Reginy”. Ze względu na nią większość jej kolegów podpisywała swoje kubki i zastrzegała, że ma ich nie tykać.

- No ten gościu ze wczoraj. Totalnie w twoim guście. Musiałaś mieć niezły ślinotok oprowadzając go.

- Kevin, może się zdziwisz, ale nie oprowadzam po ośrodku KAŻDEGO nowego.

- Nie oprowadzałaś go? – zamrugał zaskoczony. – A słyszałem, jak któryś mówił do niego, że zaraz oprowadzi go po wszystkim jeden z najlepiej obeznanych ze wszystkim pracowników naukowych. Przecież ty jesteś najbardziej obeznana…

- Jak wyglądał?

- Smukły, wysoki, przystojny i elegancki w takim staroangielskim stylu. Ciemne włosy, blada cera, jasne oczy, ponura mina i spojrzenie zimnego sukinkota, które tak lubisz…

- Jak wygląda w sensie jak ubrany i tak dalej.

- Przylizane włosy, czarny garnitur jak od hitmana, cały taki odprasowany w kancik, wypolerowane czarne buty, neseserek, tablecik…

- Szycha. Pewnie z jakiejś korporacji, wojskowi i z rządu wyglądają trochę inaczej. – Pociągnęła łyk kawy i wytrzeszczyła oczy. To, co znajdowało się w kubku, przypominało bardziej smołę niż napar. Po większej dawce czegoś takiego człowiek mógł zacząć widzieć dźwięki. Najwyraźniej podpięła się do kawy Andersona, tylko on pił taką mocną. – Założę się coś wspólnego z badaniami na dolnych poziomach. Nie mam odpowiedniej prezencji ani uprawnień, żeby kogoś takiego oprowadzać. Kiepsko wyglądałoby, gdybym przy każdych drzwiach poniżej poziomu piątego żonglowała przepustkami tymczasowymi. Wątpię, żeby korporacje umoczone w interesy rządowe ucieszyły się, że byle laborantka z czwórki ma podgląd na to, co oni tam wyprawiają. Poza tym, jeżeli chodzi o szczegóły badań niżej i ich postępy, to nie jestem aż tak obeznana. Oprowadzam nowych, bo wiem, gdzie co załatwić, znam rozlokowanie laboratoriów, a nawet pralni, kuchni i niektórych magazynów, z kim pogadać w razie problemów i tak dalej. Czasami jakąś pomniejszą szychę, bo jestem wygadana i potrafię łopatologicznie wyłożyć to, co tu robimy, ale korpoksięciunia… Nie no, no co ty.

- Korpoksięciuno… – kącik ust Andersona drgnął, co było równoznaczne z parsknięciem śmiechem. Mężczyzna spojrzał na nią z czymś w rodzaju niechętnego rozbawienia i pokręcił głową. – Dobre określenia. I uważaj z tym. – Wskazał na swój już do połowy już pusty kubek. – Nie jesteś przyzwyczajona.

- Wiem. Będzie mną trzęsło jak rażonym prądem epileptykiem na dyskotece – mruknęła pijąc kolejny łyk kawowej smoły. – Przynajmniej próbki w labie dobrze wymieszam i to bez włączania jakichkolwiek urządzeń. Kobieta-wirówka, oto ja. Oto moje przeznaczenie… Przynajmniej na dzisiejszy dzień

- A ty powinieneś pić mniej kawy. A przynajmniej pić kawę, którą da się pić, a nie jeść, bo to już zupa. – Kevin wycelował kościstym palcem w pierś Andersona, po czym spojrzał na nią. – A ty musisz coś z sobą zrobić.

Uniosła brew. Co jakiś czas Kevin próbował wskrzesić jej dawno zmarłą motywację, a przynajmniej tę jej część odpowiadającą za tak zwane „dbanie o siebie”. Zwykle miało to miejsce właśnie po tym, jak zostawał mniej lub bardziej brutalnie spławiony przez kogoś, kto narobił mu nadziei. Zwyczajnie chciał mieć wyskoczyć z kimś na podryw. Wbrew stereotypom, kumplował się głównie z facetami, którzy oczywiście woleli dziewczyny i czuli się nieswojo, gdy ten zabierał się za poszukiwanie „tego jedynego”. Oczywiście oprócz niej miał też inne koleżanki, ale zrządzeniem losu wszystkie były zajęte i nie miały po co chadzać na podryw… No może za wyjątkiem Michiko, drobnej Japoneczki zajmującej się badaniami molekularnymi – odkąd trafiła do Under Frost, zdawała się próbować pobić rekord zdrad małżeńskich.

- Nic z tego. Jestem łajzą i dobrze mi z tym. Nie mam zamiaru się maskować. Ludzie tacy jak ja są potrzebni, żeby cała reszta czuła się lepiej.

- A potem jojczysz, że nie masz prezencji i nawet nie próbujesz podbić do pana Lodowe Spojrzenie korpoksięciunia.

„Nie mam odpowiedniej prezencji”, a więc i tym razem tego określenia postanowił się uczepić. Westchnęła ciężko.

- Po pierwsze, korpoksięciunia nie widziałam na oczy, więc nie mogłabym do niego zagaić, nawet gdybym chciała. Po drugie, nawet gdybym miała szansę, w życiu nie podbijałabym do kogoś takiego. Ci goście trzęsą całym ośrodkiem, jedno źle zinterpretowane słowo, a taki strzela focha, donosi komu trzeba i wylatuję, wracam do domu na przedmieściach Krakowa do stukniętej matki, brata dziecioroba i reszty tego syfu. A po trzecie i ostatnie – w Polsce mamy takie ładne powiedzenie „wyżej dupy nie podskoczysz”. Ja wiem na jakiej wysokości leży moja dupa i nie mam zamiaru nabawić się kurwicy odpieprzając życiowy odpowiednik skoku o tyczce bez tyczki.

- A może chociaż trochę, co… Dla mnie? – Zrobił psią minę. – Starczyłoby, żebyś szepnęła słówko laseczkom z labu. Wiem, że chcą cię wziąć na warsztat. Farbowanie, szpachlowanie i tak dalej… Nie wiem jak się to tam dokładnie odbywa, facet jestem, ale…

- NIE. – Wstała ze stołka, który zatrzeszczał cicho. – A co do labu, to się zmywam, bo czas mi się kończy, a jak się spóźnię, ten stary buc znowu będzie zrzędził cały dzień. Jakby po przerwie obiadowej sam nie łapał dziesięciominutowego opóźnienia.

- Uciekasz przed trudną rozmową.

- Nie. Przed gejem, który chce, żebym się dla niego stroiła, chociaż nie mam fiuta.

Zaśmiała się widząc minę Kevina, wartą tego, aby ją oprawić i pokazywać w jakimś muzeum narodowym. Nawet Anderson się uśmiechnął.

Pomachała im i pognała do wind. Była o krok od spóźnienia, czekał ją zjazd na poziom czwarty i dość długi spacerek do laboratorium. Musiała zagęszczać kroki, jeżeli nie chciała się narazić panu Gustafssonowi..

Co chwilę ślizgając się i przeklinając gładkie, białe płytki, którymi wyłożono prawie wszystkie podłogi, parła przed siebie. Dopóki nie dotarła na pierwszy z poziomów laboratoryjnych, swój poziom, szło gładko. Niestety potem musiała przejść przez kilka sektorów, z których każdy broniła para przesuwnych drzwi z pancernego szkła. Co chwilę musiała skanować identyfikator i czekać, aż te otworzą się z sykiem. Do tego szeroko pojęci koledzy, którzy też szli do pracy, czegoś szukali i tak dalej. Bez przerwy powtarzała „cześć”, „hej”, „dzień dobry”, ale to nie wszystkim starczyło. Kilku maruderów uznało za konieczne zamienić parę z nią słów. Większość z nich bez trudu spławiła, ale niestety, gdy „zaatakowała ją” Agnessa, starsza pani profesor z Rosji, musiała przystanąć i grzecznie wymienić poranne uprzejmości. Komuś z taką ilością doktoratów, habilitacji i nagród naukowych, wypadało poświęcić chwilkę. Poza tym Agnessa należała do nielicznych naukowców, tych z prawdziwego zdarzenia, którzy nie patrzyli na nią z góry. To prawda, była nieco gadatliwa i pachniała kulkami na mole, ale to nic takiego. No i wymiatała w grach. W prawdzie nie wiedziała tego na pewno, ale podejrzewała, że to właśnie u jej boku szerzy śmierć i zniszczenie w Guild Wars.

Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości