CENA

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

CENA

Postautor: CynicznaCecylia » 19 kwie 2020, 11:24

Tytuł: CENA
Rating: 16+
Opis: "Położony na bocznych torach cywilizacji Kościokamieniec wydaje się wymykać burzom dziejowym i katastrofom. Zamieszkujący miasteczko potomkowie wojennych jeńców, dezerterów, wędrownych plemion, pechowych podróżników i poszukiwaczy przygód żyją z dnia na dzień nieniepokojeni przez świat zewnętrzny. Do czasu. Z wojaży do miasta wraca miejscowy rozrabiaka, Wicia Markow, a za nim ciągną OBCY. Doktor Timur Zukov, który z nieznanych powodów zdecydował się porzucić karierę w stolicy i wyruszyć na rubieże cywilizacji. Zbiegły z niewoli jednooki zielarz potrafiący poskramiać bestie samym wejrzeniem.
Niedługo po ich przybyciu dochodzi do zbrodni, a nad miastem zaczynają zbierać się czarne chmury. Z cieni dziejów zaczyna wypełzać TABU, a niewidoczny wróg szykuje się do ataku."

Ważny szczegół: opowiadanie zaczęłam pisać półtora roku temu. Czemu ważny? wyjdzie w treści.


PROLOG

Rosja. Wielkie, trawiaste stepy, wielka, śnieżna tajga, wielka, smagana lodowymi wichrami tundra, ogromny kraj. Wiele przestrzeni, wielu ludzi, wiele wiosek. Bardzo dużo miast.

Miasta. Niektóre – odległe, wyłaniające się z dziczy, samotne wyspy – niemal zapomniane. Porzucone przez władze, omijane przez burze historii, ale nie przez jej echa. Zapisane w pamięci jedynie tych, którzy z nich pochodzą i nielicznych, którzy mieli szczęście bądź pecha je odwiedzić. Przybierające formy nic nieznaczących nazw w starych papierach, zagubionych znaków w pobliżu rzadko uczęszczanych torów, marsu w krajobrazie. Zwykle nie budzące niczyjego zainteresowania: ani zwykłych ludzi, ani kupców, ani nawet rządzących. Powoli znikają ze wszelakich spisów i rejestrów, trwające same sobie, „dzikie", nieobarczane podatkami czy obowiązkiem wojskowym. Miasta-wyspy, państwa-miasta, państwa w państwie.

Miasta-wyspy, wiele ich, a wszystkie podzielone na dwa rodzaje, zarazem skrajnie różne i niezwykle sobie bliskie. Te pierwszego – wyrosłe z powoli rozrastających się wiosek. Osad zamieszkałych przez krajan, synów ziemi z dziada pradziada. Te drugiego – siedziby założone przez wszelakiego rodzaju dziwaków, wyrzutków, uchodźców, uciekinierów i poszukiwaczy szczęścia. Ludzi, którym nie sprzyjały okoliczności, fortuna bądź inni ludzie. Nienoszący ziemi we krwi ani w kościach, lecz wrośli w nią bardziej, niżby mogły jej prawdziwe dzieci. Usynowieni przez nią, związani. Jedne i drugie obrzeżone murami nieufności. Zamieszkałe przez zamknięte, stroniące od obcych, społeczności o własnych tradycjach, prawach, a czasem i językach. Własnych światach.

Miasta-wyspy, dziwne miejsca. Miejsca, do których wieści docierają rzadko i prawie nigdy ich nie opuszczają. To, co się stanie w mieście, pozostaje sprawą miasta i tylko miasta. Jego tajemnicą. Zarówno rzeczy dobre jak i złe czy dziwaczne tulone są do piersi i pieczołowicie chronione przed zewnętrzem. Osłaniane przed spojrzeniami obcych, przed ich dotykiem i słowami. Zamykane.

Węsząc swąd publicznych tajemnic, kurtyn i kłódek wykutych z milczenia, cuda odnajdują miasta-wyspy. Szukają zaproszeń, a gdy je otrzymają, wkraczają by zacząć się dziać, zaznać rzeczywistości. Te wielkie, ludzkie samotnie to ich naturalny habitat. Nie lubią metropolii. Nie lubią rozgłosu. Rozgłos wabi ludzi podejrzliwych i ciekawskich, gotowych pokroić pechowy cud na kawałki niczym tuszę wołową, zmielić, poszatkować i wcisnąć pod mikroskopowe szkła swych umysłów. Nie chodzi tu jednak o to, że ów cud może okazać się fałszem, mistyfikacją bądź kwestią nieznajomości świata. Nie. Powód jest o wiele mroczniejszy: cuda istnieją.

***


Z rozbawieniem spoglądał na swych przeciwników. Plujących krwią, słaniających się na nogach. Bezsilnych. Złamanych. Pokonanych. Teraz mieli zginąć tu, na deskach teatru, dając krótkie i dość żałosne przedstawienie. Ostatni akt tej dłużącej się już farsy i pierwszy nowej ery. Szkoda tylko, że publika nie dopisuje, bo przydałyby się gromkie owacje. Owacje na cześć upadku Praw i narodzin Niemożliwego.

- Polegliście. Troje wymierzyło we mnie, troje przegrało. Przebiegłość, Sprawiedliwość i Logika, jestem ponad to. Jestem...!

Coś się poruszyło, skrzypnęły deski. Na scenę, arenę jego zwycięstwa, zza tonących w ciemności kulis wkroczyła kolejna postać. Kobieta. Bosa, okropnie wychudła, odziana w czarne łachmany, wiszące na niej niczym szmaty na strachu na wróble. Jej zapadnięte, otoczone sińcem zmęczenia oczy spoglądały na niego bez gniewu, bez żalu czy strachu. Oba – jedno zwykłe, szare, drugie białe o poziomej niczym u bydlęcia źrenicy – zdawały się puste. Jednak, po dłużej chwili, zauważył na ich dnach słaby żar wstrętu.

- Kolejna wielbicielka praw natury i ohydy rzeczywistości? – zapytał głosem nabrzmiałym od pogardy. Pogardy wobec wszystkiego co żyje, wobec wszystkiego, co naturalne.

Kobieta nie odpowiedziała, jedynie mocniej zacisnęła kościstą, przypominającą szpon dłoń na nadżartym przez rdzę sierpie, marszcząc blade wargi w drapieżnym wyrazie. Wyglądała jak zagłodzony wilk szykujący się do ostatniego boju.

Ziemista, ale gładka cera, płytki oddech, odstające łokcie, kolana i obojczyk. O takich osobach jak ona zwykło mawiać się, że się snują. Snują jak duchy po ciemnych, pustych domach, gdzie mieszka już tylko śmierć.

- Milczysz? – Uśmiechnął się kpiąco. – To może powiesz mi chociaż, jak cię nazywać, snująca się kobieto.

- Kostucha – oznajmiła głosem jak chrzęst ciągniętego po żwirze ciała.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Rodział I "Goście"

Postautor: CynicznaCecylia » 19 kwie 2020, 11:29

Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
„Sprawiedliwość to mocna, stała wola oddawania każdemu tego, co mu się należy.”
św. Tomasz z Akwinu

Rozdział pierwszy: Goście

Komendant Damira Murza cały ranek sprawdzała papiery. Wnioski, skargi, zgłoszenia. Nie znosiła tego, tej całej biurokracji, jednak wiedziała, że to konieczne. Nawet tutaj, na końcu świata wśród Kamulców... Może tutaj nawet bardziej niż gdziekolwiek indziej, bo tam, gdzie ludzie są jak skała, tam żąda się godnej skały trwałości. Pismo zaś daje trwałość, przypinając słowa i wiedzę do rzeczywistości. To, co zostało spisane, trudniej zanegować, przeinaczyć czy zapomnieć. Ze słowem mówionym, nawet tym wypowiedzianym przy świadkach, bywa różnie. Znała to z doświadczenia.

Marszcząc brwi zaczęła czytać kolejną, pełną oburzenia skargę na hałasy, pijaństwo i nierząd, których źródłem miała być knajpa „Pod tańczącym żmijem". Podejrzana karczma, gdzie co dzień płynęły strumienie jarzębiaku, absyntu i wódki, a półnadzy tancerze i tancerki wyginali młode ciała ku uciesze gości. Rzecz w tym, że skargę wysmarowało i podpisało ośmiu dżentelmenów i trzy damy, którzy – wedle informacji Damiry – otrzymali kategoryczny zakaz wstępu do Żmija za skandaliczne zachowanie. Właściciel przybytku, niejaki Obrzyn, pozwalał w swym lokalu na dużo, oferował jeszcze więcej, czasem przekraczając granice dobrego smaku i – co ważniejsze – legalności, ale pewnych rzeczy nie tolerował. Jeżeli ktoś przemycał opium, rzucał się na spokojnych klientów, notorycznie nie płacił bądź szedł w straty, nie miał tam czego szukać. Jednak najbardziej drażniło go, gdy ktoś napastował jego pracowników. Miał u siebie barmanów, barmanki, tancerki, tancerzy, zakapiorów i kurwy płci obojga, ale wszystkich traktował z szacunkiem. Jeżeli ktoś ośmielał się na któregoś podnieść rękę, w najlepszym razie dostawał po mordzie i kończył z zakazem wstępu, w najgorszym rękę tracił. Damira mogła wiele rzeczy powiedzieć o Obrzynie, za większość z nich chętnie by go zamknęła, ale nie, że nie dba o swoich.

Spojrzała na listę nazwisk pod skargą czy też wnioskiem o zamknięcie „tego godzącego w moralność i normy społeczne przybytku ohydy", uśmiechając się do siebie. Przeważnie nikt, kto podpadł Obrzynowi, nie miał czystych rąk, więc teraz wiedziała, gdzie szukać brudu. Przyjrzy się tym ludziom. Tymczasem wypadałoby napisać odpowiedź, prawda?

„Szanowni Państwo,

W imieniu swoim i swych współpracowników dziękuję za Państwa raport, czujność i obywatelską postawę. Zapewniam, iż w najbliższych dniach przyjrzymy się działalności Pana Igora Stenki alias „Obrzyna" , jednakże na dzień dzisiejszy nie mamy powodów do wszczęcia postępowania przeciw rzeczonemu obywatelowi. Działalność lokalu „Pod tańczącym żmijem" jest jak najbardziej legalna i chociaż może być uciążliwa dla sąsiedztwa, należy pamiętać, iż lokal powstał przed zabudowaniami mieszkalnymi – mamy tu do czynienia z zasadą pierwszeństwa. Ponadto przypominamy, iż Pan Stenka w żadnym stopniu nie odpowiada za zachowanie swoich klientów, po opuszczeniu przez nich lokalu. W wypadku nagminnego naruszania przez bywalców Żmija norm społecznych, należy kierować zażalenia przeciw konkretnym osobom. Jednakże, dla bezpieczeństwa Państwa i pobliskich mieszkańców zwiększymy ilość patroli w tamtejszej okolicy.

Z poważaniem,

Komendant Miasta Kościokamieniec Damira Murza"

Zamaszysty podpis, pieczątka, list do zaadresowanej koperty, a koperta na stosik. Pięć pism do wysłania, wszystkie zaadresowane do dwóch sąsiadujących dzielnic. Niewiele roboty dla milicyjnego posłańca. To dobrze. Wracając będzie mógł zrobić małe zakupy.

Wreszcie wolna od papierzysk Damira odchyliła się na krześle, z dumą przyglądając się stosowi dokumentów na jasnym, bukowym biurku. Kiedyś, chyba ze dwadzieścia lat temu, zatrzymał się tu taki dziwny człowiek, przyrodnik. Obrał za cel podróży inne miejsce, ale widząc srebrzyste lasy, wyskoczył z pociągu i zaczął wypytywać wszystkich wokoło skąd w tak zimnym klimacie buki. Wtedy to miejscowi w ogóle dowiedzieli się, że w Rosji lasów bukowych nie ma, a przynajmniej nie powinno być. Mimo tego na pytania przyrodnika „czemu" i „jak" mieli gotową, uniwersalną odpowiedź – „tu nie Rosja tylko Kościokamieniec, a my nie Rosjanie tylko Kamulce". Udzielali jej zawsze, kiedy nielicznym przejezdnym coś nie pasowało. Lubiła ją, bo...

Rozmyślania pani komendant przerwało gwałtowne pukanie do drzwi.

- Wejść!

Rzeźbione w liście dębu drzwi rozwarły się z cichym skrzypnięciem, a do środka wkroczyła Władka Vastustaja, niska, krąglutka kobieta po trzydziestce, potworna plotkara ze słabością do kieliszka i – o czym mało kto wiedział – od pięciu lat milicjantka. Jej przypominająca księżyc w pełni pogodna twarz zarumieniła się od trzeszczącego na dworze mrozu i – sadząc po zapachu – wina, a oczy lśniły świadcząc o tym, że ma jakąś pikantną nowinę. Właśnie na tym polegała praca Władki, a zarazem jej życiowa pasja i talent – na dowiadywaniu się wszystkiego, co tylko możliwe. Wścibska, sprytna, a zarazem niesprawiająca wrażenia groźniej z łatwością wyciągała wiadomości od wszystkich bez względu na ich wykształcenie, płeć, zawód czy pozycję społeczną. Znała każdą plotkę, każdą nowinkę i wiedziała o wielu drobnych, aczkolwiek paskudnych sekretach. Warto było jej regularnie płacić, aczkolwiek nieoficjalne zatrudnianie kogoś takiego jak Władka miało też swoje wady. W tym konkretnym przypadku największa to niekończące się opowieści o kochanych dzieciaczkach i trudnych porodach, bowiem kobiecina funkcjonowała również jako miejscowa akuszerka. Zaraz po tym plasowały się straty w alkoholu. Można było butelkę z trunkiem starannie zakręcić i umieścić na najwyższej szafie, ale kiedy spuściło się Władkę chociażby na sekundę z oka, to po chwili ta już miała w ręku szklaneczkę czegoś mocniejszego. Dlatego Damira zmniejszała koszty, trzymając drogi alkohol dla specjalnych petentów pod kluczem i wynagradzając swego położnego szpiega dużym kubkiem orzechówki własnej roboty za każdą, interesującą informację.

- Pani Damiro, pani Damiro, wieści są! – piszcząc od progu Władka, podbiegała do ciężkiego biurka bez żadnego powitania, zapominając nawet o wytarciu nóg. Jej mokre buty, stanowczo za stare i za brzydkie jak na kogoś tak dobrze zarabiającego, zostawiły ciąg mokrych śladów na dębowej podłodze.

Komendant spojrzała na podekscytowaną kobietę, nie po raz pierwszy zastanawiając się, czemu zawsze, nawet w największe mrozy, kiedy śnieg jest sypki i nie lepi się do odzieży, ta nanosi go do biura aż tyle. Jednak bardziej niż rozwiązanie tej zagadki Damirę interesowały nowiny akuszerki, sadowiącej się w wysokim, ogromnym jak na jej rozmiary krześle.

- A jakież to wieści Władka przynosi? – zapytała, starym zwyczajem, nieśpiesznie wyjmując z biurka flaszkę złotawego trunku i wysoką szklanicę.

- Obcy w mieście pani Damiro. – Akuszerka nachyliła się nad biurkiem komendant niby spoglądając jej w oczy, ale jednocześnie nie spuszczając z oka butelki bursztynowego trunku. – I to nie przejezdni! Na stałe zostać chcą. Jeden już od czterech dni u nas siedzi, znaczy u Obrzyna. Podobno jaki zielarz, ale jak na zielarza młody taki o gładkiej buźce, chociaż spojrzenie to stare ma i takie straszno smutne, aż zbolałe. No i wygląda bardziej na szamana niż na zielarza. Łeb ogolony, wytatuowany i ręce też... Znaczy nie ogolone tylko wytatuowane. Czarnym tuszem, takim bardzo czarnym. I oka nie ma, przepaskę nosi. Taka kolorową, wyszywaną i ozdobioną koralikami.

Damira zmarszczyła brwi. Obcy rzadko przybywali do Kościokamieńca, zresztą i dobrze. Tutaj obcych nie lubiano, a przynajmniej nie takich z zamiarem pozostania. Jeżeli ktoś przybywał na tydzień czy dwa, witano go z szeroko rozwartymi ramionami, bo przynosił wieści ze świata i powiew „świeżego powietrza". Nowych idei, nowych pomysłów. Jednak, gdy ktoś chciał zostać... No cóż, zwykle rodziło to mniejsze bądź większe problemy, związane głównie z tym, że nikt normalny nie chciał się ot tak osiedlić w Kościokamieńcu. Miasto nieodmiennie wabiło dezerterów, uchodźców oraz ludzi ściganych przez przeszłość. Tych ostatnich było najwięcej. Gangsterzy, gwałciciele, zbójcy, mordercy, przemytnicy, złodzieje i ludzie niewygodni politycznie. Każdy z nich miał brudne ręce, niejednokrotnie okrwawione i mógł w każdej chwili wrócić do swej zbrodniczej działalności lub ściągnąć na mieszkańców kłopoty z zewnątrz. Każdy obcy o nieznanej przeszłości stanowił potencjalne zagrożenie.

- A Władka wie, jak się nazywa ten obcy? – zapytała. – No i najważniejsze co robi u Obrzyna?

- Makary Zuber się nazywa, a przynajmniej tak zapewnił. A zajmuje się ziołami, co to ich przywiózł całą torbę. Leczy nimi problemy obrzynowych panienek i chłopaczków... I nie tylko ich. Poza tym ogólnie pomaga. Takie wynieś, przynieś pozamiataj. Bardzo spokojny i cichy młodzieniec. Ładnie mówi, tak inteligentnie. Dał mi nawet buteleczkę jakiegoś wyciągu czy wywaru, powiedział że mam pić dziennie przed snem łyżkę, to uniknę problemów z żołądkiem... No i powiedział jeszcze, że skoro już lubię słodkie wino, to lepiej abym piła wina ziołowe... Jak on je nazwał...?

- Wermuty?

- Tak, Wermuty!

- Coś jeszcze?

- Ano wiecie pani komendant, taka dziwna sprawa. Uraziło go, kiedy nazwałam go szamanem. Rzekł, że nie jest żadnym czarownikiem i gardzi wszelakiego rodzaju szarlatanerią, bo szamani i wiedźmy to przeklęte psubraty.

- Zagniewał się?

- Nie, rzekł to całkiem spokojnie, ale tak jakoś stanowczo. Jak te słowo się nazywa. A tak, dobitnie. Dziwne to trochę, bo wspominał, że wychowali go Łaziki, a wiecie jak to z Łazikami jest.

Damira uniosła brwi. Łaziki, potomkowie Tatarów, Żydów i Słowian, „Cyganie" cieni. Wędrujący przez cały kraj nomadowie o bardzo pokrętnym kodeksie honorowym, widzący w każdym głazie i drzewie bóstwa, duchy i demony. Czarownicy, druciarze, koniarze, władcy wilków i zaklinacze bestii. Zdarzało się, że zaglądali do Kościokamieńca ze swoimi czarami, tajemniczymi lekami, kudłatymi końmi i wilkami zachowującymi się jak radosne szczenięta. No i wronami. Za Łazikami zawsze ciągnęły wrony i kruki. To, że ktoś, kto wyszedł spod ich skrzydeł, tak odrzeka się od czarostwa i szamanizmu, nie było tylko dziwne, a wręcz nienormalne.

- Dobrze Władko, a co z tym drugim?

- Piękny młodzieniec. – Oczy Władki zalśniły, a rumieniec na jej pulchnej twarzy pogłębił się. – Wysoki, szczupły, ale postawny. Ma gęste, ciemnogniade, takie gładkie włosy... I takie ładniutkie, bursztynowe oczka, prawie jak złote. Do tego śliczna, gładka buzia i maniery prawdziwego panicza... Jak to mówią we Świecie? Gentelmana czy jakoś tak. Do tego tak ładnie ubrany... Normalnie, aż się na piersi ciepło zrobiło. Niejedna...

- A kim on jest Władko?

- To doktór pani komendant. Prawdziwy doktór! Ze starej stolicy. Znaczy tego Petersburga, co go teraz Piotrogrodem nazywają. Ma torbę i wszystko.

- Doktor z Petersburga? A to ci dopiero. A co tu robi taka znamienitość? Powiedział coś?

- Tak, ale nakłamał – stanowczo rzekła Władka, nie tylko akuszerka, szpieg i plotkara, ale też niemal nieomylny wykrywacz kłamstw w ludzkiej skórze. – Mówił, że w Petersburgu duża konkurencja między doktórami i dobrze zarabiają tylko ci najważniejsi, a reszta zbiera grosze od biedaków, no to wyjechał szukać szczęścia. Kościokamieniec niby zobaczył z pociągu i pomyślał, że jak takie zadupie, to za wielu doktórów tu nie ma, no i dlatego przyszedł.

- No z tymi lekarzami to się wiele nie pomylił – mruknęła Damira.

Tak, lekarzy w Kościokamieńcu było mało. Dwóch konkretnie. Ledwo wyrabiający się z robotą, czterdziestoletni Szymon Ostrawa i siedemdziesięcioczteroletni Iwan Hryciuk przyjmujący już tylko w swoim domu i tylko przez cztery godziny dziennie. Do tego mieszkający w lesie szaman i jego uczniowie, podejrzane towarzystwo. Dlatego, chociaż kłamał i ewidentnie przed czymś uciekał, obcy młodzieniec, jeżeli istotnie był lekarzem, mógł stanowić dla miasta cenny nabytek. Musi z nim porozmawiać. I z zielarzem też. Jeżeli ten cały Zuber miał taką rękę do zwierząt jak Łaziki i naprawdę znał się na ziołach, to mógł być pomocny. Zarówno dla ludzi jak i inwentarza, bo weterynarzy w ogóle nie mieli. Każdy rolnik wiedział mniej-więcej jak samemu leczyć swoje zwierzęta i wszyscy tego się trzymali, ale przydatny byłby ktoś z nieco szerszym pojęciem.

- Jak się nazywa ten lekarz i gdzie się zatrzymał?

- Timur Zukov. Prawdopodobnie zatrzyma się u wdowy Tofilukowej, a przynajmniej jej dom mu wskazałam. Tofilukowa lubi ładnych chłopów i co chwila zdaje jej się, że jest konająca, to powinna go zatrzymać.

- Wskazałaś mu?

- No tak. Wypatrzyłam tego ślicznego doktórka, jak szedł z pociągu, kiedy wracałam ze Żmija. Przyjechał ledwie parę chwil temu.

- Ślicznego doktórka wypatrzyłaś od razu, a zielarza, co siedzi u Obrzyna już parę dni, to dopiero dzisiaj?

- Zielarz przyszedł nocą z pustkowi, z dziczy. Tak wyczerpany, że dwa dni dochodził do siebie, a Obrzyn się nim nie chwalił. Toć ja nocą nie biegam po cudzych chałupach, to skąd miałam wiedzieć? – Na pulchnej twarzy akuszerki wykwitło szczere oburzenie. – A że doktór wyszedł z pociągu razem z łobuzem Wicią w środku dnia, to trudno było go nie przyuważyć.

- A Władka powinna na sam przód powiedzieć, że zielarz przyszedł z pustkowi i że Wicia wrócił. Dobrze wiecie, że łachudrę trzeba mieć na oku.

- Aj tam, łachudrę. Łobuza. Nigdy nikomu wielkiej krzywdy nie uczynił, a w Kościokamieńcu to nawet nikomu jednego rubla nie zawinął, a że Światowych oskubuje to nie szkodzi. Jedyna jego wina, że kobitom co ładniejszych chłopców próbuje podbierać.

- Kiedy oskubie jednego takiego, co to lepiej z nim nie zadzierać i nam nieszczęścia sprowadzi do miasta. – Westchnęła, zerkając na stojącą na stole butelczynę. W trakcie ich rozmowy akuszerka co najmniej dwukrotnie dolała sobie trunku, chociaż jakoś to umknęło uwadze Damiry. W towarzystwie Władki wszelaki alkohol nabierał dziwnych właściwości, opuszczając swe naczynia i lądując w jej kubku. – Dobrze panno Vastustaja, chyba czas powoli kończyć naszą małą pogawędkę, bo coraz bardziej paruje mi z flaszki. Chyba, że dzieje się coś o czym powinnam wiedzieć.

- Białolica miesza, ale ona miesza zawsze, zatem...

- Tak, rozumiem. No to do widzenia Władce, bo jak widzicie roboty na mnie wiele czeka. Trzeba chłopaka z pismami posłać, zajrzeć do biblioteki, do Obrzyna, popatrolować, chłopaków sprawdzić. Sami wiecie.

- A no tak, tak. Ja też jeszcze roboty mam niemało – pokiwała głową akuszerka, nieśpiesznie wstając z krzesła. – Ja też. Obie panie Lacroix są brzemienne. Żona starszego w szóstym miesiącu, a młodszego będzie na dniach rodzić. Do obu trzeba mi zajrzeć. No i jeszcze sprawdzić co z małym Fiodorkiem waszego kaprala. Dzielnie daje sobie radę, ale trzeba mieć na uwadze, że przyszedł na świat dwa miesiące przed czasem i...

- Tak, tak. Kapral Petrow z pewnością będzie wam wdzięczny – Przerwała jej Damira, unosząc się ze swego krzesła i wymownie wskazując jej drzwi. – Jak będziecie wychodzić, poproście tu Edmonda. Mam pisma dla niego.

Kiedy drzwi zatrzasnęły się za mielącą ozorem kobietą, Damira odetchnęła. Lubiła Władkę, zresztą jakoś trudno było jej nie lubić, ale bywała naprawdę męcząca. No i stanowiła zlepek wielu sprzeczności, które nieco drażniły upatrującą się we wszystkim przyczyny i skutku komendant. Jakich? Otóż chociaż piła jak gąbka, była okazem zdrowia, a upojenie alkoholowe nigdy nie przeszkadzało jej w pełnieniu obowiązków akuszerki. Mało tego, mimo młodego wieku zyskała sławę najlepszej akuszerki w mieście, a wiedzą o chorobach wieku wczesnodziecięcego dorównywała doktorom. Wdzięczni rodzice hojnie opłacali ją pieniędzmi, a w przypadku tych biedniejszych wszelakiego rodzaju produktami spożywczymi, a czasem też ubraniami z drugiej ręki. No i tu pojawiał się kolejny problem, bo Władka nosiła tylko i wyłącznie te stare szmaty po kimś. Dostawała policyjną pensję, dostawała pieniądze od „swoich" rodzin, żywności niemal w ogóle kupować nie musiała, pić piła, ale przeważnie za cudze, bo zawsze jej stawiano, a mimo tego nosiła się jak nędzarka. Wyjątkowo czysta i schludna, ale nędzarka. W takim razie, co robiła z pieniędzmi?

Rozległo się pukanie, a po chwili do gabinetu komendant wkroczył dwudziestoletni chłopaczek o przylizanych gładko włosach i butach tak lśniących, że można byłoby się w nich przejrzeć. Kapral Edmond König doskonale sprawdzał się w roli milicyjnego kuriera dzięki swojej schludności i oficjalnej prezencji. Minę miał oficjalną, spojrzenie miał oficjalne, głos też miał oficjalny. Tacy jak on zwykle pojawiali się na wszelakiego rodzaju defiladach.

- Pani komendant wzywała? – zapytał, stając niemal na baczność.

- Tak kapralu, mam parę pism dla pana. Weźmiecie Cwałkę i rozwieziecie je raz-dwa, a potem, w drodze powrotnej zrobicie małe zakupy. Dwie bańki nafty do lamp, dwie ryzy papieru listownego, cztery duże zeszyty, te porządne, paczkę cukru, dziesięć ołówków, pięć piór i butlę atramentu, puszkę kawy... No i może z dwie paczki herbaty, tej specjalnej, wzmacniającej. Zapamiętacie czy zapisać wam?

- Zapamiętam pani komendant.

- Doskonale. A wiecie, gdzie mieszka wdowa Tofilukowa?

- Tak pani komendant. Zaraz przy rzece, koło Wężowego Mostu.

- Zgadza się. Dzisiejszego ranka przybył do miasta obcy...

Brwi kaprala powędrowały nieznacznie w górę, co znaczyło, że wieść naprawdę go zaskoczyła. Nic dziwnego. Obcy w Kościokamieńcu byli niemal równie rzadcy, jak deszcze szarańczy. Ostatni czy raczej ostatnia trafiła się siedem lat temu. Rodzina wyrzuciła biedactwo z pociągu.

-... Niejaki Timur Zukov, lekarz, jeżeli wierzyć słowom panny Vastustaja. Przekaż mu, że komendant miasta Kościokamieniec, Damira Murza, chce się z nim widzieć i oczekuje go w swoim gabinecie punktualnie o osiemnastej. Oczywiście podaj mu przy tym adres komendy i powiedz dokładnie jak tu dotrzeć. A najlepiej daj mu mapę, jeżeli mamy jeszcze jakieś kopie na zbyciu. Obcy łatwo może się tu zgubić.

- Tak jest pani komendant.

Młodzik wyszedł, salutując na odchodnym i strzelając obcasami. Damira nie po raz pierwszy i nie ostatni zastanowiła się czy chłopak w końcu zrozumie, że jest w milicji, a nie w wojsku. W milicji właściwie tylko z nazwy, a w praktyce w czymś pomiędzy strażą miejską rodem z carskiej Rosji a współczesną policją. W końcu ta cała milicja to stosunkowo świeży pomysł Światowych z nowej stolicy i nikt w Kościokamieńcu nie brał go na poważnie. Nawet nie sprawdzono, jakie stopnie powinny być przypisywane milicjantom tylko dalej posługiwano się tymi sprzed setek lat, o mundurach nie wspominając. Jedynie młody König brał te wymysły do siebie i to do tego stopnia, że zaczął mówić do ludzi per „obywatelu" na socjalistyczną modłę.

- Robota sama się nie zrobi, prawda? – mruknęła do siebie, przeciągając się na krześle, po czym wstała i ruszyła do wieszaka, gdzie czekały na nią czapka uszatka i ciepły, służbowy płaszcz z lamiej wełny – miejscowy wyrób.

Narzuciła płaszcz, nacisnęła na krótko przystrzyżoną, rudą czuprynę czapkę i wartkim krokiem ruszyła przez komendę ku wyjściu, po drodze pokrzykując polecenia i informując podwładnych o tym i owym. Ci słuchali każdego jej słowa, bez najmniejszej zwłoki i marudzenia wykonując rozkazy, nie wyłączając starszych od niej mężczyzn. Nie na darmo nazywali ją Krwawą Waderą, a czasem Czerwoną Suką. Służyła w milicji czy też straży odkąd skończyła szesnaście lat. Od dnia, kiedy odnalazła i zaprowadziła przed sąd sukinsyna, który zaszlachtował jej ojca, a ówczesnego komendanta. Znalazła, ujęła żywcem, udowodniła mu zbrodnię, a potem patrzyła jak tańczy konopne fandango*. Nie zabiła go, chociaż mogła i nikt by nie miał jej tego za złe. Nie. Zamiast niej zabiła go sprawiedliwość miasta i wszyscy widzieli, jak owa sprawiedliwość traktuje zbrodniarzy. Takie rzeczy są potrzebne. Po pierwsze po to, żeby utwierdzać ludzi w tym co słuszne, odciągać ich od samosądów i bezprawia. Po drugie po to, aby pokazać im, że potwory można pokonać.

Otwierając drzwi wejściowe, odruchowo zmrużyła oczy. Śnieg skrzył się w jaskrawych promieniach słońca niczym diamentowa skała, a mroźny wiatr chłostał jej twarz malując rumieńcem wysokie policzki i haczykowaty nos. Lubiła zimę, szczególnie mroźną i słoneczną, najlepiej poprzedzoną urodzajną jesienią. Lubiła, kiedy śnieg skrzypiał pod butami, skuta lodem rzeka połyskiwała niczym klejnot, a dzieciaki ze śmiechem wykorzystywały każdą zamarznięta kałużę jako ślizgawkę. Uwielbiała widok swego miasta otulonego białą pierzyną. Obsypane śniegiem, zlepione z brązowo-czerwonych kamieni budynki wyglądały niemal jak piernikowe domki, a wszystko co brzydkie zostawało zasłonięte.

Uśmiechnięta ruszyła przed siebie.

***


Komendant potrzebowała porozmawiać z obcymi i wyjaśnić sobie z nimi parę spraw, to oczywiste, ale nie musiała się z tym spieszyć. Pierw czekał ją standardowy, codzienny patrol, połączony z kontrolą stacjonujących na posterunkach podwładnych. Otóż w każdej dzielnicy Kościokamieńca znajdował się niewielki posterunek, najczęściej ulokowany w najętych mieszkaniach. W każdym stacjonowało po czterech milicjantów. Jeden miał pilnować posterunku i prowadzić dokumentację, dwóch patrolować, a czwarty w razie konieczności kontaktować się z sąsiednimi posterunkami bądź komendą i przekazywać informacje patrolującym. Zresztą na przedmieściach, wśród wiejskich gospodarstw, sytuacja wyglądała podobnie, tylko że tam milicjanci byli wyposażeni w wierzchowce, a czasem też psa. Damira uważała, że to za mało. Co prawda przestępczość w Kościokamieńcu niemal nie istniała, a dzielnice miały nieduży areał, co nadrabiały swoją liczbą, jednak ona zawsze należała do osób pytających „a co jeśli...". Niestety magistrat nie zgadzał się na zwiększenie liczby funkcjonariuszy, zatem Komendant postanowiła sobie za cel sprawić, żeby ci, których ma, stali się najlepsi w swoim fachu. Codziennie patrolowała inną dzielnicę, czasem dwie, codziennie kontrolowała innych milicjantów. Właściwie nie tylko kontrolowała, ale też zwyczajnie rozmawiała z nimi. Dzięki temu znała ich – wiedziała, jakie mają mocne strony, jakie słabe, czego im trzeba i co ich trapi. Sprawiała, że naprawdę byli jej ludźmi.

Dzień był całkiem przyjemny. Zwiedziła dwie dzielnice, zagadując przechodniów, rozmawiając z dzieciakami, smakując nastroje i prądy płynące przez miasto. Ludzie potrzebowali czegoś takiego, świadomości, że interesuje się nimi ktoś ważny. Że rozmawia z nimi i rozumie, co się dzieje wokoło, a nie tylko pierdzi w stołek, siedzi za biurkiem i raz na jakiś czas poda temu i owemu rękę, żeby zrobić dobre wrażenie. Ona z kolei potrzebowała wiedzieć, dlaczego i dla kogo wszystko to robi.

Milicjanci na posterunkach sprawowali się dobrze. Żadnych niepokojów ani burz, chociaż patrolujący w Oku musieli odbyć ze starym Makułą poważną rozmowę na temat traktowania rodziny, konkretnie rzecz biorąc żony i starszego syna. Dali mu oficjalne ostrzeżenie i wymalowali na jego drzwiach znak czerwonej dłoni. Teraz sąsiedzi będą go mieli na oku, a jeżeli jeszcze raz podniesie rękę na kobietę bądź chłopaka, zostaną wyciągnięte konsekwencje. Hm... Może sama z nim porozmawia, tak prewencyjnie, jeżeli będzie miała chwilę czasu.

Gdy dotarła do Żmija zdążyło już się ściemnić. Uliczki rozświetlały jedynie gwiazdy, błękitne płomienie metanowych latarni, światła domostw i mdły blask dziesiątek przydomowych kapliczek. Pogodne, zimowe noce w Kościokamieńcu zawsze wyglądały bajkowo, chociaż niewielu to doceniało.

Spojrzała na przybytek Obrzyna. Sam budynek nie sprawiał zbyt dobrego wrażenia. Zwykła, raczej brzydka, piętrowa kamieniczka ze sporym poddaszem i dwuspadowym dachem. Na dole knajpa, na piętrze burdel i garderoby tancerek, na poddaszu mieszkanie Obrzyna, w piwnicy bóg wie co. Na pewno bimbrownia i skład broni, ale handel bronią i bimbrem w Kościokamieńcu to nic nielegalnego. Jak wyglądało to w pozostałej części kraju, nie miała pojęcia. Co do reszty... No cóż, od lat podejrzewała go o paserstwo i obrót paroma paskudnymi używkami, ale nie zdobyła na to dowodów. Zresztą, co do tych używek miała poważne wątpliwości. Obrzyn był na swój sposób człekiem honorowym i sprawiedliwym, szczerze nienawidzącym morderców, domowych katów i gwałcicieli. Trucie ludzi byle świństwem nie sprawiało wrażenia czegoś w jego stylu.

- Speluna – mruknęła pod nosem, uśmiechając się krzywo, po czym pchnęła drzwi przybytku.

Powodem uśmiechu było to, że Żmij, chociaż nazywany przez wszystkich speluną, w żaden sposób speluny nie przypominał. Tak, znajdował się w nieciekawej dzielnicy, w towarzystwie bimbrowni, burdelu i (prawdopodobnie) nielegalnego marketu, ale sama knajpa wyglądała porządnie. Już drzwi do niej, wykonane z solidnego drewna, rzeźbione w maszkary z wszelakich mitologii i przedstawiający wielkiego, słowiańskiego żmija szyld o tym świadczyły. Przytulnie i ładne wnętrze lśniło czystością. Wyłożone drewnem, ozdobione, prostymi, wyszywanymi obrazkami ściany, rzeźbione stoliki, wygodne krzesła no i wielki bar z prawdziwego zdarzenia, a za nim ciężki regał barowy wypełniony różnorodnymi trunkami, rzecz jasna miejscowymi. Nalewkami na orzechach, ziołach, owocach, sosnowych igłach, winami i likierami. Tylko piwa nie było dużo. Tutejsi jakoś za piwem nie przepadali.

Do godziny dwudziestej Żmij funkcjonował jako całkiem przyzwoita knajpka. Wpadali tutaj ciągnący z pracy robotnicy płci obojga, pary i wszyscy ci, którzy mieli ochotę rozgrzać się czymś do jedzenia i picia... Niekoniecznie zawierającym procenty. Menu Żmija było skąpe, ale smaczne i co najważniejsze pożywne. Wędzona ryba na ciepło, pieczone ziemniaki z masłem i – za dopłatą – serem, gulasz z dużą ilością warzyw oraz, dla miłośników słodkości, placek z jabłkami. Do tego kawa, herbaty i kozie mleko. Po dwudziestej ciepłe dania i napoje znikały na rzecz alkoholu, pojawiali się muzycy oraz prawie nadzy tancerze płci obojga, a krzesła i ławy wypełniali wielbiciele specyficznej rozrywki. No i ci, którzy chcieli się napić poza domem, mając tę świadomość, że nikt nie wciągnie ich w żadną burdę. Czuwający nad spokojem bywalców Stenka, wykidajło Obrzyna, budził respekt samym wyglądem, a do tego był szybki i silny jak tygrys.

Tego dnia za barem stał Wasyl, na którego widok Damira jęknęła w duchu. Jasnowłosy trzydziestodwulatek o niesamowicie niebieskich oczach za nic miał, że jest od niego dziesięć lat starsza i pracuje w milicji, podczas gdy jego szef naciąga granice prawa jak tylko się da. Z uporem godnym lepszej sprawy nieustannie czynił jej awanse. Niby nie zachowywał się nachalnie, ale przy każdym spotkaniu wysuwał propozycję wspólnego spaceru, przejażdżki, polowania, obiadu bądź kubka herbaty. Nie rozumiała tego. Nie miała majątku, nie była młoda ani urodziwa, do tego pracowała w niebezpiecznym zawodzie i cierpiała na permanentny brak czasu. Należała też do tak zwanych przystojnych kobiet, niby interesujących, ale jednocześnie „męskich", pozbawionych delikatności zarówno w zachowaniu jak i rysach twarzy.

- Och, kogo me oczy widzą – mężczyzna posłał komendant szeroki uśmiech, co ją tylko bardziej poirytowało. – Najuro...

- Ja do szefa, jeżeli można – przerwała mu, woląc, żeby się nadto nie rozwijał. – Obrzyn u siebie?

- Nie, ma jakieś sprawy do załatwienia na mieście, wróci późno... – Spojrzał na nią badawczo. – A jeżeli chciałabyś porozmawiać z naszym zielarzem, to też go nie ma, ale sądzę, że powinien lada chwila wrócić.

- Mogę poczekać góra dwadzieścia minut, bo...

W tym samym momencie rozwarły się drzwi knajpy. Staną w nich szczupły mężczyzna, sądząc po odzieniu łachmaniarz. Wysoki o łysej głowie pokrytej wijącymi się, czarnymi niczym noc tatuażami i przesłoniętym wyszywaną przepaską lewym oku, dokładnie tak jak opisywała zielarza Władka. To, co zwracało w nim szczególną uwagę, to wystająca spod zbyt dużego płaszcza, okrwawiona koszula i niedomyte z krwi dłonie o długich, pajęczych palcach. Obarczony tajemniczym tobołem, rzucił jej przelotne spojrzenie, ukłonił się i ruszył wprost do Wasyla.

- Macie panie trochę mydła i ciepłej wody? I sznur, co by na nim koszulę rozwiesić?

- U góry dziewczyny ci dadzą. – Wasyl przyjrzał mu się badawczo. – Przed nocką nie mają wielu klientów. Ino nie siedź tam, bo pan Obrzyn będzie niezadowolony. Zostaw koszulę do przeprania, jak się która zgodzi, umyj się i schodź tu. Panna komendant chce z tobą zamienić słowo bądź dwa.

- Jak szacowny pan sobie życzy. I panienka komendant też – dodał, spoglądając na nią i ponownie się skłaniając.

Z trudem powstrzymała się przed uniesieniem brwi, zachowując poważny wyraz twarzy. Już dawno wyrosła z bycia „panienką". Poza tym zielarz miał nieco ponad dwadzieścia lat, góra dwadzieścia pięć, zatem mógłby być jej synem. Żeby ktoś w tym wieku mówił do niej „panienko"... Dziwactwo.

Kiedy obcy zniknął w przejściu do klatki schodowej, Damira natychmiast nachyliła się ku Wasylowi, na którego twarz wypełzł wyraz rozbawienia. Wiedział, że zapyta go teraz o tę krew i ten tobół, a ona wiedziała, że to prawdopodobnie nic poważnego, ale musiała dopełnić obowiązku.

- Czemu on cały okrwawiony? Co to za wór?

- Oślica Brody zaczęła się źrebić i coś poszło nie tak. – Ton Wasyla był tak zdawkowy i potulny, że niemal ocierał się o kpinę. – Słyszał o naszym przyjacielu, to posłał tu chłopaka, co by zapytał czy ten da radę coś pomóc. Obiecał trochę używanych ubrań i pieniędzy, jeżeli zielarz ocali klacz. Sądząc po tym worze, ocalił. Może nawet ją i źrebaka.

Broda, brat Obrzyna i jeden z niewielu ludzi w mieście potrafiący dotrzymać tajemnicy. No to, jeżeli zielarz istotnie ocalił źrebaka, będzie miał wdzięczność obu. I starego lekarza, któremu Broda półdarmo dostarcza chleb i mleko.

- Och, znaczy, zrobił dobre wrażenie zaraz po przyjeździe. To dobrze, może nie będzie kłopotów ze strony miejscowych.

- Zrobił, oj zrobił. I to właściwie jeszcze przed przyjazdem – Wasyl mruknął pod nosem, a cała gospoda nastawiła uszu. – Kilka dni temu Drapak przyprowadził go tuż przed świtaniem, wracając z polowania. Zziębniętego, wygłodniałego i półprzytomnego ze zmęczenia. Napadł go, znaczy na Drapaka, tygrys, a zielarz go uratował. Podobno nagle wyłonił się spomiędzy drzew jak jaki demon leśny, popatrzył tygrysowi w ślepia, coś tam pobuczał pod nosem, a tygrys z miejsca odstąpił i ruszył własną drogą. Zaraz po tym, zielarz omdlał...

- Dobrze wiecie, że Drapak bajki lubi pisać.

- Tak, ale tygrysimi pazurami sam sobie kurty nie rozdarł, ani grzbietu nie pociął. A zielarz, to wiem już od samego Obrzyna, jak tylko zjadł czego ciepłego i nieco oprzytomniał, to Drapakowi te poorane plecy zaraz oparzył. A jak skończył szyć i bandażować, to zsunął się z krzesła i zasnął.

No to było już ciekawe, nie ma co. Historia niemal fantastyczna, a chociaż mieszkańcy z chęcią opowiadali bajdy o rozmaitych duchach i demonach, czasem nawet budowali im małe kapliczki, to prawdziwe dziwy, takie oficjalne, rzadko gościły w Kościokamieńcu. Biorąc pod uwagę, ile osób teraz ich słuchało, jutro całe miasto będzie o tym plotkować. Właściwie to cud, że jeszcze o tym nie mówili. Drapak, pięćdziesięcioletni myśliwy i obrzynowy dostawca dziczyzny znany był z paru rzeczy. Ze swej rozwichrzonej czupryny, skłonności do przesady, całkiem niezłego głosu, którym uwielbiał popisywać się po paru głębszych i gadulstwa. Cokolwiek usłyszał, powtarzał wszystkim gotowym słuchać.

- A jak zmusiliście Drapaka, żeby siedział cicho? – zapytała. – Po takiej historii całe miasto powinno już o tym huczeć.

- Obrzyn poprosił go, żeby nikomu o chłopaku nie mówi, póki ten nie odzyska sił i nie będzie potrafił się bronić przed miejscowymi. Powiedział, że skoro to, co młody zrobił, wyglądało jak czary, mogą go zacząć oskarżać o wszystkie możliwe nieszczęścia. Wiecie jak to u nas jest...

- Tak. Do miasta przychodzi obcy, parę dni później zdechnie komu koza i to jego wina. Wykipi mleko? Wina obcego. Stłucze się misa? Wina obcego. Zgubi się ukochana broszka po prababce? Wina obcego.

- Ano prawda. A Drapak bardzo honorowy człowiek i ma u zielarza dług życia. Będzie mu teraz sprzyjał, póki długu...

Za ich plecami rozległo się wymowne chrząknięcie, na co oboje się odwrócili, po to, aby po raz wtóry spojrzeć na zielarza, tym razem występującego w nieco odświeżonym wydaniu. Wyraźnie jego usługi spodobały się Brodzie, bo odzież, którą go obdarował, była czysta, prawie że nowa i nawet mniej-więcej odpowiedniego rozmiaru, chociaż nieco za duża. Mimo tego w szarym golfie i spodniach z grubego płótna wyglądał lepiej niż w tamtej brudnej koszuli, o płaszczu uszytym na mężczyznę niedźwiedzich rozmiarów nie wspominając.

- Panienka komendant wspominała, że chce ze mną porozmawiać, zatem, stawiam się wedle życzenia.

Damira musiała przyznać Władce, że co do manier znachora, to się nie pomyliła. Mówił gładko, jak człek wykształcony i sprawiał wrażenie bardzo grzecznego... Jak to Łazik. Ci dziwni ludzie zawsze dbali o to, aby ich dzieciaki były oczytane, a słowo pisane darzyli wielkim szacunkiem. Zwykle znali po kilka języków, świetnie rachowali i szkicowali własne, skomplikowane mapy, odmienne od tych powszechnie przyjętych.

- Owszem, jeżeli jesteście Makary Zuber, zielarz, jak mnie zapewniono - mruknęła komendant przypatrując się młodzieńcowi, a szczególnie ciemnym sińcom pod jego zapadłymi oczami. Wyglądał, oględnie mówiąc, niezdrowo.

Zuber przytaknął, po raz kolejny skłaniając się lekko, jak przy oficjalnym przedstawieniu. A takie przedstawienie wymaga wzajemności z drugiej strony.

- Damira Murza, komendant miasta Kościokamieniec. Bez obawy panie Zuber, nie musicie się tak spinać, chciałam tylko zamienić parę słów, tak w ramach powitania was w naszej skromnej mieścinie. Jak zapewne wiecie, mamy tu niewielu obcych... Może usiądziemy, przy którymś ze stolików? No, chyba, że wolelibyście rozmowę na osobności?

- Nie ma takiej potrzeby panienko. Tutaj będzie wygodnie.

Komendant westchnęła w duchu, zastanawiając się czy istnieje jakiś prosty, w miarę uprzejmy sposób, aby odwieść Zubera od tej całej „panienki". Powoli zaczynało jej to działać na nerwy. No i nie mogła nie zauważyć, że ten i ów uśmiecha się, słysząc tenże zwrot. Pani komendant i panienka, też coś.

Usiedli koło baru, powodując powstanie do niego małej kolejki. Prawie wszystkim gościom nagle brakło napitków i strawy, dzięki czemu mogli mieć lepszy nasłuch na to, o czym obcy i komendant będą rozmawiać. Niektórzy nawet zamawiali po kilka kubków różnych napojów naraz, byle tylko wydłużyć obsługę. Wasyl nie narzekał, w końcu dodatkowy obrót na jego zmianie, równał się paru dodatkowym groszom w kieszeni.

Zuber usiadł wyprostowany, kładąc dłonie na stole i splatając ich palce, a jego twarz przybrała wyraz spokojnego oczekiwania. Damira znała tę postawę. Podobną przyjmowali podejrzani, którym zależało, aby założyła, że są niewinni. Ręce z dala od broni, spokój i otwartość. Jednak z tą ich niewinnością, tak w praktyce, różnie bywało, dlatego wzmogła czujność.

- Słyszałam, że w ciekawych okolicznościach tu przybyliście panie Zuber. Tygrysa czarowaliście, człeka ocaliliście.

- Istotnie uratowałem waszego łowczego, ale tygrysa nie czarowałem. – W głosie chłopaka pobrzmiała niezwykła stanowczość i dziwny cień okrył jego twarz, gdy wspomniała o czarostwie. – Słuchający Ziemi, czy jak wy ich zwiecie, Łaziki nauczyli mnie ujarzmiania zwierząt. Wiem jak interpretować najdrobniejsze ruchy, spojrzenia i odgłosy wszelakich bestii, a czasem nawet ich zapach. Wiem, jakich słów użyć, by brzmiały jak ich trele, porykiwania czy warknięcia. To żadne zaklęcia tylko zlepki pozbawionych sensu dźwięków pozwalające pokazać bestii, że jestem czymś podobnym do niej, zahaczyć o jej język. Do tego odpowiednie gesty, postawa, kontakt wzrokowy bądź jego brak. Tamten tygrys był silny, w dobrej kondycji i niezbyt głodny, zatem bez większego trudu przekonałem go, że nie warto zjadać mnie ani tamtego człeka. Ludzie nie są szczególnie smaczni, szczególnie tacy odziani w wiele warstw zimowych ubrań. Jednak, gdyby bestia była wygłodzona i zdesperowana, nie miałbym wielkich szans.

Reakcja zielarza na samo wspomnienie o magii była wyraźna, chociaż nie ostra, a w słowie „czarowałem" Damirze udało się usłyszeć nieśmiałe echa wzgardy i gniewu.

- Tak, Wasyl powiedzieli mi, że macie wyjątkowy kontakt ze zwierzętami. Ponoć teraz byliście leczyć oślicę Brody. Pewnie to wasze obeznanie z bestią wszelaką przydało się.

- Istotnie, jednakże bardziej użytecznymi były wyniesiona od Łazików wiedza weterynaryjna i moje długie, chude ręce. Klacz powiła trojaczki, rzecz bardzo rzadka i zwykle śmiertelna. Na jej szczęście jeden z nich obumarł w pierwszych miesiącach ciąży, zostawiając dwóm pozostałym dość miejsca. Niestety te, co nie dziwota, splątały się nogami i pępowinami. Szczęśliwie udało mi się wszystko rozplątać, wyjąć je oraz ich martwego brata i teraz cała trójka czuje się dobrze, chociaż, jak to już przekazałam Brodzie, klaczy lepiej już nie kryć.

Komendant uniosła brwi. Zatem Broda nie tylko nie stracił oślicy, ale wzbogacił się o parę źrebiąt? Toż to dziwne, że z miejsca nie ozłocił zielarza, tylko ofiarował mu tak skąpą zapłatę. W końcu wielkie kamienne osły to niezwykle cenne zwierzęta, jako, że konie w Kościokamieńcu chowały się niezwykle kiepsko. Kłapouchy stanowiły główną siłę roboczą na roli, doskonałe, wytrzymałe wierzchowce oraz źródło miękkiej, przędnej, sierści, a wymagały stosunkowo niewiele opieki i byle-jakiej paszy. Broda, właściciel wielkich pól pszenicy i żyta, mocno odczułby utratę klaczy, a że należał do osób uczciwych....

Hm... Prawdopodobnie za niedocenieniem usług Zubera stała Faina, żona Brody, kobieta skąpa, kłótliwa i bardzo przykra w obyciu. Typowa, złośliwa harpia, której mąż niestety nie potrafił się przeciwstawić w żadnej sprawie.

- Ciekawe to wasze miasto – mruknął zielarz, uśmiechając się pod nosem. – Kozy macie wielkie jak osły, osły jak konie... Aż się człowiek zastanawia czy te wasze wielkie ptaszyska to na pewno strusie, czy może kury wam udały się tak dorodne.

Damira uśmiechnęła się. Tak, strusie. Wszyscy przyjezdni o nie pytali. Niejaki Pierzasty Hamisz sprowadził je tu przed stu laty jako zwierzęta hodowlane, utrzymując, że te, mimo nagich szyi i nóg, dobrze noszą mrozy i cóż, miał rację. Stanowiły doskonale zastępstwo dla bydła, które kiepsko znosiło wystające z tutejszych gleb ostre kamienie, na których kaleczyło i łamało nogi, podobnie zresztą jak konie. Ich delikatne mięso przypominało smakiem cielęcinę, a do tego znosiły jaja, dawały pióra i miały całkiem niezłą, chociaż delikatną skórę, z której miejscowi nauczyli się wyrabiać zdobne paski, portmonetki, kapelusze, a nawet spódnice i bluzki.

- Zapewniam, że to strusie. Aczkolwiek kury też mamy, ale zwyczajnych rozmiarów. A swoją drogą, co tak właściwie robiliście nocą w lesie, kiedy tu trafiliście?

- Uciekałem od złych ludzi.

Na sali zapadła taka cisza, że gdyby jakaś mucha zbudziła się tego zimowego dnia i postanowiła rozprostować skrzydła, jej przelot zabrzmiałby jak seria z karabinu maszynowego. Wszyscy nadstawili uszu, niektórzy niezbyt subtelnie wychylając się ze swych krzeseł. Wścibstwo i plotkarstwo w Kościokamieńcu stanowiły coś w rodzaju sportu narodowego.

- Możecie nakreślić temat bardziej szczegółowo? – zapytała Damira.

- Jak panienka sobie życzy. Jakieś siedem lat temu Łaziki, którzy mnie wychowywali, uznali, że jestem godny, by stać się częścią ich plemienia. Jednakże, aby dopełnić obyczaju, pierwej musiałem przejść wiele testów, prób i rytuałów. Cała procedura miała potrwać pełne dwa lata. Niestety rok później w wyniku fatalnego zbiegu okoliczności mój klan czy raczej prawie mój klan popadł konflikt z grupą niebezpiecznych szarlatanów i morderców zwących się Nawianami. Jeden z naszych koni nieoczekiwanie dostał szału i stratował na śmierć ich wieszcza-niewolnika. Nawianie w ramach rekompensaty zażądali oddania im mnie w niewolę. Wszyscy Łaziki działają wedle zasady dba się pierw o swoich, a że ja jeszcze „ich" nie byłem, nie oficjalnie, przystali na to, chociaż sprawa wyglądała nader podejrzanie. Wieszcz Nawian był bardzo stary, pozostało mu ledwie kilka tygodni życia, a tu nagle łazikowy, niezwykle spokojny wałach zrywa uwięź i depcze starucha na śmierć, dzięki czemu zyskują młodego niewolnika? Dziwne, bardzo dziwne, a dla Nawian niezwykle fartowne. Gdybym zdążył zostać usynowiony przez Łazików, ci pewnie chwyciliby za ostrza i strzelby w mej obronie, jednak dla kogoś, kto oficjalnie był obcym, nie zamierzali ryzykować. Nawianie, chociaż nieliczni, są podstępni, mściwi i pozbawieni wszelakich skrupuł. Za swe tak zwane krzywdy sprowadzają śmierć na tych, którzy nie potrafią się przed nią obronić. Dzieci, niemowlęta, brzemienne kobiety. – W głosie młodzieńca zakwitł gniew, a jego dłonie zacisnęły się w pięści. Usiłując opanować emocje, zamilkł na chwilę, biorąc kilka głębokich wdechów. Gdy znów się odezwał, mówił spokojnie. – W każdym razie, zostałem oddany w niewolę. Ostatnie sześć lat spędziłem z metalową obrożą na karku, przykuty do ściany jednego z nawiańskich wozów. Kiedy potrzebowali, bym uzbierał im ziół, opatrzył kogoś bądź ułagodził bestię przekuwali mnie do przypominającego kowadło ciężaru, który nosiło dwóch mocarnych mężczyzn. Na czas podróży zakładali mi przesłaniający widok i tłumiący dźwięki kaptur, bym nie wiedział, gdzie się znajdujemy i gdzie uciekać. Byłem głodzony, abym nie miał wielu sił i nie mógł się buntować, a kiedy potrzebowali mnie rozkuć na dłuższy czas, pojony narkotykiem. Szczęśliwie z czasem zacząłem uodparniać się na działanie owego narkotyku. Jakieś trzy tygodnie temu, zostałem przehandlowany innej grupie, napojony „wodą snów" i przygotowany do odbioru przez swych nowych właścicieli. Precyzując: zamknięty w leśnej szopie wraz z resztą wymienianego towaru. Udało mi się uwolnić, przyczaić i zabić mającą przejąć mnie dwójkę mężczyzn. Założyłem płaszcz jednego z nich, wskoczyłem w buty drugiego, zabrałem moje zioła i maści, które sprzedano wraz ze mną i uciekłem w dzicz. Od tamtej pory byłem w drodze. Resztę historii znacie panienko.

Komendant patrzyła na niego szczerze zdumiona. Nie spodziewała się podobnej historii. Otwartości zresztą też, mało kto ot tak wyznaje, że kogoś zabił. W dodatku targały nią sprzeczne wrażenia. Jednocześnie coś mówiło jej, że opowieść zielarza jest prawdziwa, z drugiej wyczuwała w nim jakiś fałsz. Nie potrafiła tego rozgryźć.

- Macie jakiś dowód na potwierdzenie swych słów?

Zuber bez słowa opuścił kołnierz golfu, obnażając wcześniej okrytą poszarpanym szalem szyję. Pokrywały ją liczne rany, otarcia, drobne blizny i zgrubienia tworzące wokół karku szeroką obręcz. Podobne ślady nosiły psy łańcuchowe, którym nakładano zbyt ciasne obroże.

- Mogę pokazać też plecy. Za nieposłuszeństwo bito mnie batem, czasem przypiekano, jednakże nie sądzę, aby owe blizny odpowiednim były widokiem dla obecnych tu dam.

- A co z tą przepaską? – Damira, chociaż widok szyi zielarza sprawił, że coś w jej środku ścisnęło się, nie straciła rezonu. – Jest bardzo ładna, wyszywana. Taki prezent dla niewolnika?

- Oko... To się stało, kiedy jeszcze byłem u Łazików. To od nich mam tę przepaskę. Nawianie nie cierpieli na niedobory oczu, więc nie mieli powodu mi jej odbierać.

Chłopak chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przeszkodziła im kelnerka niosąca wielka misę parującego gulaszu i kawałek chleba, które położyła przed Zuberem. Posiłek natychmiast zaabsorbował całą uwagę zielarza, aczkolwiek nie rzucił się na niego, tak jak oczekiwała Damira. Zamiast tego, spokojnie przeprosił i zapytał ją, czy nie będzie przeszkadzało jej, jeżeli będzie jadł w trakcie rozmowy, poczym zaczął powoli wachlować drewnianą łyżką. Coś w tym jak ją trzymał, sugerowało, że doskonale poradziłby sobie z sztućcami w eleganckiej restauracji.

- Zatem co zamierzacie dalej? – zapytała go, gdy przeżuwał zawartość glinianej misy. Skład obrzynowego gulaszu stanowił tajemnicę, podobnie jak pochodzenie mięsa, na którym go robiono. Na pewno w części był to struś, w części dziczyzna, ale jaka? Nie wiadomo. Złośliwi żartowali, że pływają w nim szczury, jednak nikomu to nie przeszkadzało. W końcu nikt się jeszcze nie zatruł, a wszystkim smakowało. – Przekazano mi, że chcielibyście tu zostać. Zatem gdzie się zatrzymacie? Co będziecie robić?

Przy każdym pytaniu chłopak sztywniał i uważnie obserwował jej ręce. Spojrzał na swą misę, pomyślał nad czymś i dopiero się odezwał.

- Panienko, wiem, że ma prośba może was zaskoczyć, ale byłbym zobowiązany, gdyście nie ruszali rękoma, póki nie skończę jeść, a najlepiej schowali je pod stołem. W ostatnim czasie rzadko miałem okazję zjeść do syta i teraz jestem jak ten bity, i głodzony pies, któremu odbierano misę. Nie ugryzę, ale gdy gestykulujecie, czuję się doprawdy niekomfortowo.

Zaskoczona komendant, nie wiedząc, co na to odrzec, niemal odruchowo schowała dłonie pod stół i ścisnęła je udami, żeby czasem za chwilę się nie zapomnieć.

- Dziękuję uprzejmie – zielarz posłał jej słaby uśmiech. Dopiero teraz dostrzegła wielkie zmęczenie ukryte w jego rysach i ten łagodny, wyzierający ze spojrzenia smutek. Podobne spojrzenia mieli starcy, którzy widzieli w swym życiu za dużo. – Wracając do pytań panienki, to chciałbym, na miarę możliwości robić to, w czym jestem najlepszy. Zbierać i suszyć zioła, robić maści, wyciągi, nalewki, leczyć zwierzęta i ludzi, łagodzić bestie. Niestety ziół mam mało, a nowe przyjdzie mi zbierać dopiero wiosną, ale przy dobrych wiatrach być może starczy ich. Ewentualnie spożytkuję jakoś te, które macie po sklepach, chociaż tych niewiele i kiepsko zbierane. Jeżeli jednak me usługi nie znajdą uznania, to jestem gotów podjąć się jakiejkolwiek pracy. W polu, fabryce, tkalni, rzeźni. Gorzej z zamieszkaniem. Latem kłopotu by nie było. Mógłbym mieszkać w byle budzie i spokojnie przyoszczędzić na coś lub spróbować zbudować schronienie. Niestety zimą trzeba człekowi ciepła. Poszukam po gospodarzach na obrzeżach miasta. Może któryś pozwoli mi nocować u siebie kątem albo chociaż w stodole w zamian za opiekę nad inwentarzem. Chyba, że znacie Panienko jakąś samotną starowinkę, która byłaby na tyle odważna, aby przyjąć do siebie obcego w zamian za pomoc w codziennych sprawach?

Damira znała. Nie starowinkę tylko staruszka o piekielnym charakterze i doskonałym nosie do ludzi. Może nie potrzebował tyle opieki, co pomocy w codziennie wykonywanych obowiązkach i ewentualnie dochodzącej gospodyni, ale do tego stopnia opanował sztukę działania ludziom na nerwy, że wszyscy wokół go unikali. Jedynie owdowiała synowa wpadała do niego raz w tygodniu zrobić większe porządki i sprawdzić czy ten pamięta o zakupach. Polecenie dziadka zielarzowi stanowiłoby doskonały test dla obcego, jednak samo w sobie stanowiło pomysł iście diaboliczny. Mimo tego z czystej ciekawości nie potrafiła się powstrzymać, żeby go nie zrealizować.

- Doktor Iwan Hryciuk byłby zadowolony z niewielkiej pomocy. – Zasugerowała, starając się, aby jej głos brzmiał tak lekko i zwyczajnie, jak to tylko możliwe. Zignorowała przy tym ostre spojrzenie Wasyla, który jak tylko usłyszał nazwisko doktora, tak gwałtownie się wyprostował, że niemal rozlał nalewanego drinka. – Jest raczej w dobrej formie, ale przydałby mu się ktoś rozsądny, kto dopilnowałby domu, kota i tego, aby spiżarnia była pełna. No i może pomógł mu nieco z pacjentami. Co prawda doktor darzy pewna nieufnością adeptów medycyny naturalnej, ale jeżeli posiadacie prawdziwą wiedzę i umiejętności powinien pozwolić wam działać w określonym zakresie. Być może nawet dostaniecie w spadku część jego pacjentów?

- Dziękuję wam panienko. Jutro na pewno do niego zajrzę i zapytam.

Zamieniła z nim jeszcze parę słów na polu towarzyskim, tak aby zatrzeć nieprzyjemne wrażenie, że właśnie został przesłuchany. Po krótkim pożegnaniu i życzeniu powodzenia ruszyła w stronę do wyjścia, niestety w drodze do drzwi została zatrzymana przez Wasyla. Barman wychylił się zza kontuaru i schwycił za przegub ręki, przyciągając do siebie.

- Czyś ty kobieto oszalała – syknął. – Polecać temu biedakowi zwariowanego starucha z jego szalonym kociskiem? Nie dość przeżył?

Już dawno komendant nie czuła takiej satysfakcji, jak teraz wyprowadzając Wasyla z równowagi. Do tej pory nie udało się jej tego zrobić żadną odmową spotkania, żadnym „nie" czy też „po moim trupie". Nawet niemiłe wypowiedzi pod adresem Obrzyna, którego mężczyzna miał za przyjaciela, nie wywoływały gniewu amanta. A tu proszę, taka niespodzianka.

- Nie, nie oszalałam. Po prostu liczę, że pan doktor sprawdzi dla mnie tego chłopaczka. Dobrze wiesz, że stary wyga potrafi przejrzeć prawie każdego. – Złapała Wasyla za nadgarstek i z całej siły ścisnęła, a uścisk jak na kobietę miała naprawdę mocny. Mężczyzna zaciskając zęby, żeby nie jęknąć, natychmiast ją puścił. – Liczę też na to, że jeżeli chłopak mówi prawdę, to doktorowi zrobi się go po ludzku żal. Może i jest szurniętym staruchem, ale biedaków leczy za półdarmo, a od sierot w ogóle pieniędzy nie bierze, prawda? No i wszyscy pacjenci go chwalą.

- Pieniędzy nie bierze, ale dobrze wykorzystuje ludzką wdzięczność. Zawsze znajdzie się ktoś, kto oporządzi mu podwórze bądź załatwi sprawunki.

- I cóż z tego? Lepiej jakby zdychali pod płotem na byle choróbsko? – Wyprostowała się i spojrzała twardo na barmana. W ten spokojny, chłodny sposób w jaki tylko ona potrafiła. – A wy, mości Wasylu Kowalow zważajcie na swój język. Zwrot „czyś ty kobieto oszalała" skierowany do oficera milicji na służbie może zostać potraktowane jako obraza munduru. Poza tym, nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na „ty".

Wychodząc czuła na sobie spojrzenie Wasyla i nie tylko jego. Większość klientów Żmija gapiła się na nią znad swych drinków i mis. Doskonale wiedziała, że wszyscy kibicują romantycznym staraniom barmana, co doprowadzało ją do szewskiej pasji. Nie rozumiała, czemu banda obcych ludzi interesuje się tym, co robi ze swoim zadkiem. Gdyby chociaż Kościokamieniec był małą mieściną, gdzie wszyscy się znają, ale nie. Kościokamieniec to miasto. Nie przerośnięta wiocha, ale prawdziwe miasto. Średniej wielkości, zamieszane przez ponad trzydzieści tysięcy dusz, otoczone rozległymi gospodarstwami i polami tworzącymi coś na wzór niewielkich wiosek, z którymi z kolei sąsiadowały chaty myśliwych. Tak, wszyscy w mieście wiedzieli, kim jest Damira Murza, w końcu była osobą publiczną, ale przecież mało kto ją znał tak naprawdę, osobiście. W dodatku Wasyl nie cieszył się szczególną sympatią bywalców pubu, bo często sięgał po pomoc wykidajło wobec nieznośnych klientów, a mimo tego trzymali za niego kciuki.

Wzdychając, odgoniła od siebie te myśli i spojrzała na tarczę wysłużonego zegarka kieszonkowego. Siedemnasta piętnaście. Powrót na posterunek powinien zająć jej około dwudziestu minut, ale musiała jeszcze zajrzeć do biblioteki zamienić ze dwa słowa z Wicią. Tak na wszelki wypadek, żeby wiedział, że ma na niego oko.

Biblioteka miejska mieściła się w tym samym budynku co szkoła – sześciennym, prostym, brzydkim – aczkolwiek miała własne wejście. Dwuskrzydłowe pomalowane łuszczącą się, brązową farbą drzwi, nad którymi wisiał wyblakły, drewniany szyld. Niestety to nie uczniowie szkoły byli najczęstszymi bywalcami domu ksiąg, tylko prostytutki płci obojga i sieroty czy jak ich nazywali Kamulce dzikuski. Otóż Kościokamieniec posiadał oferujący dach nad głową, wyżywienie i jako-takie wykształcenie sierociniec, ale jak to bywa, nie wszystkie sieroty chciały w nim mieszkać, o uciekinierach z domu nie wspominając. Sporo bezdomnych dzieci zasiedlało opuszczone strychy, piwnice i magazyny, tworzyło gangi i rządzące się swymi prawami mikrospołeczności. Bibliotekarz, Vlad Markow, sam był takim sierotą-dzikuskiem, jednak swego czasu złapał literackiego bakcyla, który pozwolił mu się ustatkować i zdobyć zawód. Odkąd w wieku szesnastu lat na stałe zasiadł za kontuarem biblioteki, postawił sobie za główny cel przyciągnąć bezdomne dzieciaki do książek i w miarę skutecznie go realizował. Grał głównie dwoma kartami. Pierwszą była rozrywka, której muszące zadbać o siebie dzieciaki nie miały za wiele, a pasjonujące powieści, szczególnie te z dreszczykiem i sporymi dawkami krwi jak „Dracula" czy „Frankenstein" dawały jej niemało. Oczywiście niektóre z dzieci wolały radosne przygody lub coś romantycznego, ale szczęśliwie jedno i drugie miał na stanie. Druga z kart to wiedza. Sieroty wiedziały, że kogoś, kto nie potrafi dobrze czytać, pisać ani liczyć, łatwo można oszukać, a Vlad oferował lekcje tym, które przychodziły do biblioteki i czytały. Idąc dalej, co poniektóre z dzieci odkrywały wśród książek te napomykające o medycynie, maszynach, ciesielstwie czy – z nieco prostszych rzeczy – szyciu. Nikt nie musiał im mówić, że zrobienie czegoś samemu jest dużo tańsze, a nie rzadko i prostsze niż kupienie. Czasem biblioteczne samouki okazywały się na tyle utalentowane, że przyjmowano je na terminy, a potem do pracy. Takim to sposobem niejaka Gala Alekseev została mechanikiem ruchu w fabryce konserw, bliźnięta Ania i Aleksei Vasilev otworzyli zakład ciesielski, w którym produkowali piękne, rzeźbione meble na zamówienie, a Franciszek Buła znalazł zatrudnienie w najlepszym zakładzie krawieckim w mieście. Prostytutki natomiast... No cóż, biblioteka stała w takim miejscu, że stanowiła wygodne miejsce, żeby przeczekać deszcz lub wstąpić na chwilę, żeby się ogrzać, na co Vlad nie spoglądał łaskawym okiem. Każdy kto wchodził do biblioteki musiał coś czytać, nieważne co. Dlatego też zmarznięci lub chcący uniknąć zmoknięcia przedstawiciele najstarszego zawodu świata, chcieli czy nie, musieli się zapoznać z literaturą. Niektórzy łapali bakcyla bądź dokształcali się, a przynajmniej uczyli, że niektóre informacje lepiej sprawdzać w bibliotece zamiast pytać sąsiadów czy znajomych. Damira niejednokrotnie zastanawiała się, jakim sposobem Vladowi się to wszystko udało. W końcu nie należał do najprzyjemniejszych osób pod słońcem, przeciwnie, a w dodatku był... No cóż, delikatnie rzecz ujmując dziwakiem. Cierpiał na mnóstwo natręctw, manię czystości i potworny lęk przestrzeni, przez który nie opuszczał biblioteki i swojego malutkiego mieszkanka na jej tyłach od dobrych dziesięciu lat. To ostatnie, z tego, co zaobserwowała, z czasem ulegało pogorszeniu. Kiedyś przynajmniej wyglądał przez okna, a ostatnio unikał nawet podchodzenia do nich.

Kiedy weszła do środka, wewnątrz znalazła jedynie młodziutką, zmęczona kobietę czytającą z pasją na twarzy „Zbrodnię i karę", sądząc po jej jaskrawym płaszczu i głębokim dekolcie jedną z kobiet upadłych. Za to z zaplecza, a razem malutkiego mieszkanka Vlada dobiegały odgłosy intensywnej rozmowy. Pierwszy, nieco wzburzony głos należał do bibliotekarza, drugi, wesoły i beztroski, do jego brata Wiktora.

- Wicia! – syknęła Damira, a jej głos rozbrzmiał w bibliotece niczym trzask bicza. Zaczytana kobieta, a właściwie jeszcze dziewczyna, aż podskoczyła na miejscu. – Do mnie, zarazo ty jedna.

Po chwili, w asyście utyskiwań, szmerów i paru teoretycznie cichych przekleństw z zaplecza wyłonili się bracia Markow. Starszy, Wiktor, jak zwykle szelmowsko uśmiechnięty i zadowolony z życia, młodszy, Vlad, przygarbiony, pochmurny z wyrazem twarzy stanowiącym definicję przymiotnika marudny. Teoretycznie byli do siebie podobni – obaj ciemnowłosi, o męskich rysach, orlich nosa, jasnych jak pogodne niebo, błękitnych oczach i szerokich, ale kształtnych ustach, jednak ich postawy sprawiały, że byli nie do pomylenia. Vlad przypominał starego, rannego lwa, wiecznie poirytowanego i żywiącego głęboką urazę w stosunku do rzeczywistości. Przygarbiony, łypiący spode łba, powłóczący nogami, nawykł do mówienia szczerych, ale i bardzo przykrych rzeczy. Natomiast prężny i wyprostowany Wiktor, mimo trzydziestu trzech lat, cały czas miał w sobie coś z uroczego hultaja. Otaczał go swego rodzaju szelmowski czar, który pozwalał mu bez większego trudu zdobywać serca kobiet, szczególnie tych młodziutkich i naiwnych, chociaż stateczne, ale złaknione przygody damy również nie stanowiły dla niego dużego wyzwania. Właśnie dla tych kobiet co kilka miesięcy wyjeżdżał z Kościokamieńca i wojażował po największych miastach Światowych. Czarował je, pożyczał od nich pieniądze, brał prezenty, a w między czasie kręcił lewe biznesy i mamił wszystkich, których się omamić dało. Potem wracał z kieszeniami pełnymi pieniędzy, torbą dóbr wszelakich i paroma księgami, aby ułagodzić zagniewanego brata. Ech, gdyby tylko te wszystkie naiwne kobietki wiedziały, że ich krasomówczy carewicz pod WSZELKIMI względami woli męskie towarzystwo...

Damira nie lubiła Wiktora. Nie dlatego, że wykorzystywał kobiety. Głęboko wierzyła, że każda, która była na tyle głupia, aby dać się zwieść jego słodkim słowom i długim spojrzeniom zasługiwała na to, co ją spotkało. Zresztą lepsza nauczka z rąk Wici, co to tylko co-nieco uszczknął, niżby damulkę miał oszukać ktoś, kto zabierze cały majątek, pohańbi ją, a może i ukręci łeb. Nie. Nie lubiła Wiktora, bo stanowił zagrożenie, bo oszukiwał i okradał nie tylko naiwne gąski i lubieżne matrony, ale też ludzi z którymi lepiej nie igrać. Bała się, że kiedyś ktoś z tych ludzi przyjedzie za nim do Kościokamieńca i narobi tu kłopotów. Przeleje czyjąś krew. Pół biedy, jeżeli to będzie krew samego Wici, ale co jeżeli padnie na kogoś bez winy? Na Vlada dajmy na to? Niestety Wicia uparcie nie widział problemu, bagatelizowała jej uwagi i całe to „mienie na oku" zrzucał na rzecz swojej złodziejskiej młodości. Uparcie obstawał, że nie potrafi mu wybaczyć tego, że nie dał jej się złapać, więc teraz cały czas patrzy mu na ręce. Po prawdzie Damira wolałaby, żeby okradł jej własne mieszkanie, byle tylko przestał igrać z ogniem.

- No któż to odwiedza nasze skromne progi. – Oszust posłał je szeroki, radosny uśmiech aż lśniący od białych, równych zębów. Uśmiech, który prawie nigdy nie obejmował jego zimnych, niebieskich oczu. – Sama Komendant Damira Murza. Siadajcie, siadajcie, jak widzicie miejsca jest dość. Siadajcie i mówcie z czym wam tak śpieszno.

- Wicia, ty lepiej te swoje czarowanie i słodkie uśmiechy zachowaj dla tych, co to cię nie znają. – Warknęła, wbijając w niego spojrzenie tak ostre i zimne jak trzeszczący na zewnątrz mróz. Niestety Wicia nic sobie z tego nie zrobił. Jak zawsze. Jego mózgownica była niczym cytadela – większość rzeczy po prostu odbijała się od jej zbudowanych z pychy i egoizmu murów. Trzeba byłoby tarana i machin oblężniczych, żeby chociaż trochę nim potrząsnąć. – Ile razy mam powtarzać, że masz się meldować, kiedy wracasz?

- A czemu uczciwy obywatel, taki jak ja, ma się meldować na posterunku z każdym swym powrotem? Czy to nie nadużywanie władzy? – Zrobił smutną minę, jednocześnie przeczesując szczupłymi palcami ciemnowłosa grzywę. Damira kątem oka zauważyła, że młodziutka prostytutka skrzywiła się z niesmakiem. Wyraźnie nie lubiła Wiktora. – Poza tym macie tyle tresowanych ptaszków, co to ćwierkają wam o wszystkim, że to zupełnie niepotrzebne.

- Potrzebne, żebyś pamiętał, żeby nie broić... I zawsze mówić, jeżeli zaczną się jakiekolwiek kłopoty. JAKIEKOLWIEK.

- Zgubiłem parę skarpet, to pewnego rodzaju kłopot – mruknął, spoglądając na nią z niewinną minką małego aniołka. Nienawidziła tego. Z miejsca miała mu ochotę przyłożyć w twarz.

- Dlaczego zawsze musisz być takim idiotą? – Zapytał brata Vlad, na co ten odpowiedział mu szerokim uśmiechem. Vlad tylko się skrzywił i przewrócił oczyma. – Wybaczcie mu pani komendant. Niestety to człek nieuleczalnie chory na zidiocenie. Całe życie próbuję mu wybić głupstwa z głowy, ale jak widać bezskutecznie, więc i wy nic nie poradzicie. A co do kłopotów, to szczęśliwie na razie takich nie ma... Nie licząc samego Wici, bo to jeden, wielki kłopot.

- Widzę. – Mruknęła spoglądając na Wiktora, który z pełnym samozadowolenia uśmiechem, oparł się o długie biurko brata. – Ale niech lepiej pamięta, że mam na niego oko. I wy też miejcie. Pamiętajcie, jeżeli zacznie się coś dziać, donieście mi o tym. A ty Wicia – dźgnęła go palcem w pierś – Pilnuj się, zrozumiano?

- Jak pani komendant sobie życzycie. Na pewno siebie nie zgubię.

Damira wywróciła oczami. Powoli zaczynała go mieć coraz bardziej dość, chociaż z drugiej strony mogła się spodziewać, że rozmowa nie wiele da. Z doświadczenia wiedziała, że tacy ludzie jak Wicia się nie zmieniają... Przynajmniej do czasu, póki ich świat nie zawali im się na głowy, ale wtedy jest już za późno.

Rzucając kilka słów pożegnania Vladowi, komendant opuściła bibliotekę i żwawym krokiem ruszyła na posterunek. Udało się jej wrócić dziesięć minut przed czasem i gdy Zukov zapukał do drzwi, już siedziała w swoim fotelu, pochylona nad plikiem dokumentów, sprawiając wrażenie, że jest tam od dłuższego czasu.

- WEJŚĆ! – krzyknęła, z grubsza przeglądając złożone na jej biurku raporty. Te tyczyły głównie drobnych awantur, dwóch przypadków przemocy domowej i kradzieży. Kradzieże z tego wszystkiego były najgorsze, bo zdarzały się coraz częściej i nie potrafili przymknąć ich sprawców, chociaż doskonale wiedzieli, kim oni są. Jak zwykle problem stanowił taki szczególik, jak brak dowodów.

Do środka nieśmiało wkroczył wysoki, ciemnowłosy młodzian, którego obrzuciła szybkim, taksującym spojrzeniem. Istotnie Władka miała rację, że jest urodziwy. Bursztynowe oczy, gładka twarz o delikatnych, a zarazem męskich rysach, do tego elegancko odziany i wyprostowany jak struna... Oraz dość nerwowy w przeciwieństwie do zielarza, którego otaczała aura zaprawionego jakimś-takim dziwnym smutkiem spokoju. Właściwie nie wiedziała, co ją bardziej niepokoiło: spokój tamtego czy nerwowość tego mężczyzny?

- Siadajcie, rozgośćcie się. Zapewne pan Zukov, lekarz jak mnie poinformowano? – zapytała, wskazując wysokie krzesło, w którym uprzednio siedziała Władka i posyłając gościowi łagodny, ciepły uśmiech. Taki, żeby doktorek poczuł się nieco bezpieczniej.

- Zgadza się, pani komendant. – Mężczyzna lekko skłonił się. – Timur Zukov, absolwent akademii medycznej w Piotrogrodzie. Lekarz medycyny ogólnej specjalizujący się głównie w leczeniu chorób natury bakteryjnej i wirusowej, aczkolwiek nastawić złamaną kość, wybity bark czy dokonać prostego zabiegu chirurgicznego też potrafię.

- Miło to słyszeć, będziecie cennym nabytkiem dla miasta, bo jak poinformowano mnie, chcecie tu pozostać. Czy to prawda?

- Zgadza się, pani komendant. Sądzę, że tutaj będzie mi się łatwiej rozwinąć zawodowo niż w dużym mieście. Mniejsza konkurencja.

Damira zmrużyła oczy po kociemu. Zatem nasz śliczny doktorek zamierza obstawać przy tych szytymi grubymi nićmi kłamstwach? Nieładnie. Ale prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw, tak jak zwykle.

- Wiecie, czemu poprosiłam was o przybycie? – zapytała opierając się w fotelu.

- Nie, pani komendant. Właśnie zastanawiałem się nad tym.

- Po pierwsze, aby dopełnić formalności i dokonać pańskiego meldunku – podsunęła mu już wcześniej naszykowany formularz i pióro. – Przynajmniej tymczasowego, chociaż pewnie wdowa Tofilukowa nie tak łatwo wypuści was z rąk. Nie dość, że od lat nie ma stałego towarzystwa, to, jeżeli wierzyć jej słowom, cierpi na wiele niepokojących dolegliwości. Z pewnością wysoce ceni sobie obecność tak uprzejmego młodziana jak pan.

Policzki Zukova oblał lekki rumieniec, świadczący o tym, że został już parokrotnie pożarty wzrokiem, pogładzony niby przypadkiem tu i ówdzie oraz usłyszał parę nasyconych podtekstami wypowiedzi. Na jego szczęście starsza dama była już w tym wieku, że tylko tyle groziło mu z jej strony, chociaż jeszcze pięć, może dziesięć lat temu musiałby się pilnować. Jednak teraz żwawa osiemdziesięciolatka wymieniła zaloty na swaty. Damira zastanawiała się, ile jeszcze będzie danym utrzymać młodzieńcowi stan kawalerski.

- T-tak. Pani Tofilukowa jest bardzo łaskawa – chrząknął niezręcznie, unikając rozbawionego wzroku komendant, w czym pomógł mu formularz.

Niezwłocznie zaczął wypełniać świstek, przy czym zaprezentował delikatne dłonie o smukłych pacach. Palcach naznaczonych niemal niewidocznymi skaleczeniami, które jednak nie umknęły uwadze komendant. Na pierwszy rzut oka potrafiła rozpoznać oparzenia od prochu.

No, no, no... Zaczęło się robić ciekawie.

- Czy mój podkomendny przekazał wam mapę miasta? – zapytała, podczas gdy lekarz drobnym, starannym pismem wypełniał świstek. Dziwne, do tej pory wszyscy znani jej lekarze bazgrali jak przysłowiowa kura pazurem.

- Tak, dziękuję uprzejmie. – Urodziwą, ale zmęczoną i wyraźnie podenerwowaną twarz przeciął uśmiech autentycznej uprzejmości. – To miasto to istny labirynt. Nie wiem czy poradziłbym sobie bez niej.

- Bo to miasto to nie jest zwykła mieścina na końcu świata. Kościokamieniec pod wieloma względami to miejsce inne niż wszystkie. – Damira uśmiechnęła się. Chciała zagadać młodzika, żeby nieco opuścił gardę, a przy okazji powiedzieć mu to, co najważniejsze. – Biegające w zagrodach strusie, ogromne osły i wielkie kozły to dopiero początek.

- Tak?

- Tak. Jeżeli przestudiowaliście bliżej plan miasta jedna rzecz powinna was zastanowić, a mianowicie brak kaplicy czy tez innych zabudowań sakralnych.

- Istotnie, zwróciłem na to uwagę. A potem, idąc tutaj, na te dziwne kapliczki przy domach... A przede wszystkim figury tańczących diabłów przy wjeździe ze strony stacji... Jeżeli stacją można nazwać znak przy torach i kawał odśnieżonego gruntu.

- To nie są diabły, tylko istoty z jakiegoś folkloru, a może nawet kilku folklorów, niewykluczone, że zmieszanych ze sobą. Trudno mi orzec jakich. Widzicie, Kościokamieniec został zbudowany przez różnorakich wyrzutków, uciekinierów i pechowców. Rosjan, Polaków, Finów, Ukraińców, Tatarów, Kozaków i wielu, wielu innych. Nasz kraj od wieków praktykuje zwyczaj wywózki więźniów i szeroko rozumianych niewygodnych osób na Sybir czy w inne północne rejony. Wielu z nich uciekło i osiadło właśnie tutaj. Trafiali tu też wędrujący przez kraj poszukiwacze szczęścia, zbiegowie wszelakiego rodzaju, znudzeniu tułaczką nomadowie z zapomnianych przez świat, dzikich plemion oraz rzecz jasna dezerterzy. Kilkadziesiąt lat temu mieliśmy spory zastrzyk Francuzów, którzy rzucili broń po spaleniu Moskwy. Psy Napoleona zaciekle tropiły i mordowały wszystkich, którym znudziła się wojaczka, dlatego ci mający chociaż trochę rozumu, zamiast uciekać na zachód, z powrotem do kraju, skierowali się na wschód. Ci, którzy przetrwali i okazali pokorę wobec miejscowych znaleźli tu schronienie. Inni, próbujący rozbojów i kradzieży nakarmili wilki. Jedną z wymierzanych tu od wieków i nadal praktykowanych kar, jest wywiezienie nagiego skazańca w dzicz, bez broni i porzucenie go tam. – Dłoń lekarza nieco zadrżała, a komendant musiała powstrzymać uśmiech. Tak, chłopaczek się bał. Bał się, że ktoś wymierzy mu sprawiedliwość bądź „sprawiedliwość". – W każdym razie, już za czasów średniowiecza, a może i wcześniejszych, osadzali się tu różni ludzie. Ludzie obcy sobie, którzy wraz zbiegiem czasu stworzyli zwartą, ściśle współpracującą społeczność, wciąż przyjmującą krew z zewnątrz. Efektem tego jest wielka mieszanina idei, poglądów i wierzeń z wielu zakątków świata, które nieustannie łączą się ze sobą i ewoluują. Większość miejscowych wierzy, że jest jakiś bóg, który chce by ludzie byli dobrzy i prawi, ale nie obchodzi ich jak ma na imię. Nie są zainteresowani też kaplicami, różańcami ani kapłanami. Reszta znów... No cóż, każdy dom tej reszty ma własny zestaw bogów, duchów i demonów, w które się wierzy. Stawiają im kapliczki, wykonują drobne obrzędy, czasem składają niewielkie ofiary z napitków i jadła, ale to wszystko. Bardziej niż jakakolwiek religia obowiązuje tutaj wewnętrzny system przesądów i opartych na bajdach zabobonów, którego nie sposób zrozumieć czy go wytłumaczyć. Można go jedynie wyczuć, co zajmie wam z dobrych kilka lat. Przesądy te niejednokrotnie potrafią utrudnić życie, jednakowoż wniesione tu przez obcych zlepki idei, wiadomości i wiedzy znacznie ułatwiły je. Dzięki nim Kościokamieniec jest w pełni samodzielny i samowystarczalny, a samowystarczalny być musi. Niejednokrotnie nasz kraj zapominał o mieście, zostawiając je na pastwę losu. Jednak, po prawdzie trzeba powiedzieć, że i miasto czasem nie pamięta o kraju, co widać chociażby po moim mundurze. Jednak, bez obaw. Uznajemy zwierzchnictwo mateczki Rosji, chociażby po to, aby uniknąć zbędnych problemów. Nawet mamy fabrykę konserw, gdzie produkujemy „Specjał Wołowy", w który zaopatrujemy armię. Jak dotąd nikt nie zgłosił zażalenia, że „wołowina" jest ze strusia, przeciwnie, wojskowi ponoć niezwykle sobie chwalą nasz wyrób. – Pozwoliła sobie na uśmiech, podobnie jak lekarz, który słuchał ją z uwagą i ciekawością. – W każdym razie, prócz fabryki konserw mamy tu też przędzalnię, tkalnię, zakłady krawieckie, chemiczne, mechaniczne, niewielką hutę, a nawet paru niewielkich farmaceutyków. Do tego wiele gospodarstw, sadów, a dalej, za nimi kopalnie węgla i żelaza. Obecnie zamknięte, bo taniej jest i węgiel, i żelazo sprowadzać niż je wydobywać, ale gotowe do otwarcia, gdyby zaszła taka konieczność. W dodatku wszyscy miejscowi hodują w podwórzach domów warzywa, a czasem też trzymają kury bądź króliki, a zamiast typowych drzew ozdobnych w mieście królują piękne jabłonie, grusze i śliwy. Gdyby nagle zewnętrzny świat postanowił zniknąć, damy sobie radę. Jedynie lekarzy przydałoby się nieco więcej. – Kolejny ciepły uśmiech, pozwalający Zukovowi się nieco odprężyć. – Jednak samodzielność miasta i to, że miejscowi są potomkami szeroko rozumianego elementu napływowego sprawia, że nie ufa się tu obcym. Głównie dlatego, że wiemy do czego obcy są zdolni. No i zdajemy sobie sprawę, że zwyczajni ludzie BARDZO rzadko tu zaglądają. Głównymi przybyszami, tymi chcącymi się tu osiedlić, są ci uciekający przed czymś. Dlatego, póki miejscowi nie przyzwyczają się do pana, radziłabym wam szerokim łukiem unikać kłopotów, również tych cudzych i uzbroić się w cierpliwość. Bardzo dużo cierpliwości. Jednak wiele ułatwiłoby, gdybyście powiedzieli, przed czym uciekacie.

- Słucham? – Święte oburzenie na twarzy Zukova wyglądało niemal autentyczne, jednak do tego stopnia kontrastowało z jego przestraszonym spojrzeniem, że Damira miała ochotę parsknąć śmiechem. Cokolwiek nie zrobił, doktorek na pewno nie był zatwardziałym kryminalistą. Tacy doskonale potrafią ukrywać emocje.

- Nie róbcie takich wielkich oczu. – Rzuciła zdawkowo, jakby rozmawiali o kolorze ścian. – Nie mogę zakazać wam zabawy w ten teatrzyk, ale uwierzcie, że to do niczego nie prowadzi. Jak już rzekłam, jako lekarz jesteście cenni dla Kościokamieńca, a my rządzimy się nieco innymi prawami niż reszta kraju. Nie obowiązują nas listy gończe, rzadko też karzemy za występki popełnione poza miastem. Nie musicie się więc obawiać, przynajmniej nie bardzo. Niewiedza i brak zaufania mogą wam bardziej zaszkodzić.

- Pani sugestie mnie obrażają! Nie pozwolę...!

- Chłopcze, masz ręce poparzone prochem. – Nie krzyknęła, ani nie uniosła się, jednak użyła głosu tak twardego i dobitnego, że powstający krzesła młodzieniec zamilkł i usiadł z powrotem. – Co więcej to świeże poparzenia. W dodatku wysiadasz od tak w mieście, o którym nigdy nie słyszałeś, o którym nic nie wiesz, kierując się tylko tym, że wygląda na względnie cywilizowane i jest na uboczu. Od ponad dwudziestu lat jestem na służbie i potrafię rozpoznać człowieka, którego coś ściga.

- Poparzyłem się na polowaniu – odparł niemal wojowniczo.

- Polowaniu? W Petersburgu, tak? –Westchnęła ciężko. – Nie chcecie powiedzieć prawdy, nie zmuszę was, ale nie róbcie ze mnie idiotki. Jesteście dobrze ubrani, ale uwierzcie, że po stroju można poznać kogoś, kogo stać na wypady za miasto na polowanie. Poza tym nie macie dłoni nawykłych do trzymania broni, co w obecnej sytuacji świadczy na waszą korzyść.

- Nie podoba mi się ta rozmowa.

- Trudno, jednak lepiej dla was, żebyście wiedzieli, że wiem. I że inni też wiedzą, a co gorsza podejrzewają. Bóg jeden wie co. Dlatego bądźcie ostrożni, bo będą mieli na was oko. – Wbiła w niego twarde, ale spokojnie spojrzenie. – Nie wiem, co zrobiliście, ale nie wyglądacie na złego człowieka. W dodatku jesteście lekarzem, a tych potrzebujemy. Jeżeli uważaliście w trakcie nauk, możecie ocalić wiele istnień, a życie wielu innych uczynić łatwiejszym. Dlatego radzę wam, jeżeli pojawi się jakiś problem, biegnijcie z tym prosto do mnie. A teraz podajcie mi waszą mapę, jeżeli macie ją przy sobie.

- Mapę? – zapytał zbity z tropu.

- Tak, mapę. Zaznaczę wam na niej dom Szymona Ostrawy, jednego z dwóch tutejszych lekarzy... Przynajmniej tych prawdziwych. Odda wam połowę swoich pacjentów i „przyuczy". Bez jego pomocy daleko nie zajdziecie, bo mało kto wam zaufa na tyle, żeby pozwolić się wam leczyć, chyba że będzie umierający. Poza tym, jeżeli któryś pacjent wam zemrze, poświadczy, iż to sprawka losu, a nie wasza... Jeżeli istotnie tak będzie. – Spojrzała Zukovowi głęboko w oczy. – Obcym się tu nie ufa, więc musicie liczyć się z fałszywymi oskarżeniami i żalami, szczególnie że nikt nie zna waszej przeszłości. W końcu mogliście sprowadzić na siebie gniew fatalnym błędem medycznym, prawda?

Zukov patrzył na nią, jakby nie była kobietą tylko wielkim, gadającym wężem gotowym lada moment go ukąsić. Mimo tego z pewnym wahaniem wyjął zza pazuchy mapę i podsunął jej.

- Głupio postępujecie niczego nie mówiąc. – Mruknęła bazgrząc po papierze. Zaznaczyła i odpowiednio opisała nie tylko dom Ostrawy, ale też Hryciuka i wszystkie ważniejsze punkty w mieście, które mogły przydać się młodzianowi... Oraz te, których powinien unikać. – Parę dni przed wami trafił tu zielarz, Makary Zuber, wychowanek Łazików... Chociaż wątpię, żebyście wiedzieli, kim są Łaziki. Dzisiaj odwiedziłam go i wyłożył wszystko na stół. Przyznał się nawet do podwójnego zabójstwa. Niby w samoobronie, ale jednak. Oczywiście wiele przemilczał, to widać, jednak to, co najważniejsze, powiedział i możecie mi wierzyć, że zyskał tym spory kredyt.

Podsunęła mu poprawiona mapę, którą niepewnie przyjął. Po raz kolejny uśmiechnęła się.

- Bez obaw, poza mną nikt nie powinien was wypytywać o przeszłość, a przynajmniej nie wprost i nie tak natarczywie. I lepiej wpadnijcie do Ostrawy zaraz z rana. Będzie wdzięczny za waszą pomoc.

Kilka minut później drzwi jej gabinetu zatrzasnęły się. Została sama w sporym, tonącym w mroku pokoju, który rozświetlała jedynie stojąca na biurku lampa naftowa. Gromadzące się pod regałem na akta, parapetami i niewielkim kredensem cienie sprawiały wrażenie żywych, obserwujących ją. Oceniających. W narastającej, ciszy niemal słyszało się ich oddechy. Uwielbiała to. W takich chwilach jak ta, jej umysł pracował na zwiększonych obrotach.

Odwiedziła obu obcych. Zielarz wyglądał na rozsądnego i szczerego, chociaż coś ukrywał. Nie miała pojęcia, co konkretnie i czy jest to ważne. Znaczy się ważne na pewno było, ale czy jest ważne z perspektywy miasta? Cóż, miała nadzieję, że nie. Zresztą nie na darmo wspominała o nim doktorkowi. Liczyła na to, że ciekawość i pokrętne poczucie jedności – w końcu obaj byli tu nowi i obaj mieli coś na sumieniu – zbliży Zukova do niego i ten coś z niego wyciągnie. A Zuber po pewnym czasie wyciągnie coś z Zukova. Prędzej czy później pogadają publicznie, raz, drugi, trzeci, rzucą jednym nieostrożnym słowem, może dwoma, a ona ma wielu słuchaczy. Jak to określił Wicia? Wiele ćwierkających jej o wszystkim ptaszków? Chyba tak. Swoją drogą całkiem ładne porównanie.

Powoli wstała i podeszła do okna, za którym zaczynały wirować płatki śniegu. Zapowiadała się wyjątkowo mroźna i śnieżna zima. W dodatku miało zacząć wiać, czuła to w kościach. Wiatr często zwiastował zmiany, raz dobre, raz złe, dokładnie tak samo jak obcy. Pytanie tylko, co ci obcy przyniosą miastu. Zarówno lekarz jak i zielarz nie wyglądali na złych ludzi. Pierwszy sprawiał wrażenie kogoś, kto zbyt wiele widział i zbyt wiele przeżył w zbyt krótkim okresie czasu, a drugi zagubionego dzieciaka. Doktorek ewidentnie zrobił coś paskudnego, ale raczej z przypadku bądź głupoty niż ze złego serca. Niestety w życiu bywa tak, że zarówno za tymi, co wiele przeszli, jak i za tymi, którzy popełnili błąd ciągną się kłopoty. Najczęściej w postaci psów gończych. Ze Światowymi stróżami prawa daliby tu sobie radę, zresztą milicjanci nie stanowili zagrożenia dla zwykłych obywateli, ale inni... Nawianie. Oni mogą szukać zbiegłego niewolnika, szczególnie jeżeli zabił ich ludzi. A Zukov... Z nim to w ogóle nic nie wiadomo. Mógł podpaść nie tylko wymiarowi sprawiedliwości, ale też komuś niebezpiecznemu.

Zagadki, nie znosiła ich.

Właściwie to przeszłość obydwu jako-taka niezbyt ją obchodziła. Nawet jeżeli narozrabiali, to teoretycznie zasługiwali na drugą szansę i powinni mieć prawo odpokutować. Gdyby tylko potrafili szczerze odpowiedzieć na dwa proste pytania: „czy zamierzasz sprawić miastu kłopoty" i „czy kłopoty mogą cię tu odszukać, a jak tak, to jakie". Niestety nie ma tak dobrze. Dlatego niczym zawzięty terier musiała węszyć, nasłuchiwać, szukać i obnażać zęby.

- Wszystko prędzej czy później się wyjaśni – mruknęła na w poły do siebie, na w poły do otaczających ją cieni. – W ciągu tygodni, ewentualnie kilku miesięcy. Wtedy będziemy mieli jasność.

Nie miała pojęcia, kiedy zaczęła mówić do cieni, jak do żywych istot. Przypuszczała, że to wpływ miasta. Kościokamieniec stanowił naturalną stolicę dziwactwa i nietypowości, i dbał, żeby każdy z jego mieszkańców miał lekkiego, niepowtarzalnego bzika. Ona, gdy nikt nie słyszał, rozmawiała z cieniami, a czasem ogólnie ciemnością. Mogło być gorzej. Zresztą, miasto na swój dziwny sposób zdawało się żywe. Nie raz miała wrażenie, że coś nieuchwytnego wypełnia je całe, oplata, coś co oddycha, żywi się i obserwuje. Coś czego bicie serca rozbrzmiewa w szumie ludzkich głosów, kroków i huku fabrycznych machin. Wolała uosabiać to coś z pełzającymi cieniami niż z nieruchomymi kamieniami, chociaż sama nie rozumiała czemu. Kamienie były trwałe, pewne, co zwykle sobie ceniła, zaś cienie zmieniały się nawet pod wpływem najlżejszego drżenia świecy.

Za oknem gwałtowny podmuch wiatru porwał smugę szarego dymu.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Rozdział drugi: Miejskie gierki

Postautor: CynicznaCecylia » 24 kwie 2020, 14:45

Rozdział drugi: Miejskie gierki


Poirytowana Damira rozglądała się po swoim mieszkaniu, przeszukując kuchenne szafki. Rzadko w nim bywała, właściwie to bardziej niż ten pokoik z ciasną kuchnią i maleńką łazienką za swój dom uważała komendę, ale na komendzie mieszkać nie mogła. Niestety, bo takie rozwiązanie odpowiadałoby jej najbardziej. Nie musiałaby wyrzucać pieniędzy na tę klitkę, a w dodatku na komendzie zawsze znalazło się trochę kawy, herbaty i cukru. W jej mieszkaniu niekoniecznie. Właśnie zarejestrowała bolesny brak powyższych, podobnie jak chleba, masła, mleka i czegokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. No, teoretycznie mogła spróbować zjeść porośniętą grubym kożuchem pleśni kiełbaskę albo sprawdzić, czy podejrzanie wyglądające ogórki konserwowe są jeszcze dobre, ale wolała nie myśleć o efektach.

- Co ze mną jest nie tak? – zapytała siebie samą, wlepiając spojrzenie w kawałek cebuli tak suchej, że mogłaby się nią ogolić. – O zrobieniu zakupów na komendę i posterunki zawsze pamiętam. Dlaczego nie potrafię zapamiętać, żeby zrobić SWOJE zakupy?

Naprawdę nienawidziła dni wolnych, a jakieś dwa lata temu magistrat uchwalił, że każdy musi mieć minimum jeden dzień w tygodniu niepracujący. Niedzielę lub, jeżeli to zawód wymagający ciągłego ruchu, jakikolwiek inny ustalony grafikiem. Nawet ona, miejscowa komendant, jedna z najważniejszych osób w mieście. Doprowadzało ją to do szału. Niby ufała swoim ludziom, ale mimo tego miała wrażenie, że bez niej wszystko się posypie i niemal dostawała epilepsji na myśl, że ktoś z podwładnych może wejść do jej gabinetu. W dodatku, jakby tego wszystkiego było mało, w dni wolne nie mogła korzystać z milicyjnej stołówki, a kucharzyć nie potrafiła. Jajecznica stanowiła szczyt jej możliwości kulinarnych.

- Szlag by to – warknęła.

Musiała zrobić zakupy. Zakupy złożone głównie z konserw, bo jedyne, co potrafiła zrobić na ciepło, to właśnie podgrzać zawartość puszek. Gdyby pracowała w fabryce czy szwalni po prostu poszłaby zjeść do Żmija, ale stołowanie się u kogoś, kogo od paru lat usiłowała aresztować, uznawała za kiepski pomysł. Poza tym zawsze mogła trafić tam na Wasyla, a ten dzień był już wystarczająco fatalny.

Warcząc pod nosem soczyste przekleństwa z rozmachem otworzyła szafę, w której obok wyprasowanych w kant mundurów piętrzyły się wymięte ubrania codzienne. Nie tracąc czasu, naciągnęła na siebie ciepłe rajstopy, kraciastą, długą do kostek, plisowaną spódnicę z koziej wełny i wymiętą koszulę, na którą ubrała brązowy sweter. Całość przypominała powiększoną wersję zestawu „do szkoły" dla panienki z robotniczego domu. Wrażenie owo potęgował płaszcz po ojcu i niedopasowana, nieco za duża czapa na głowie. Jednak nie obchodziło jej to. Nie interesowała się modą, starczało jej, że ubrania miała wręcz wzorcowo czyste. To, że liczyły sobie niemal tyle samo lat, co ona i ostatnio prasowano je w zeszłym dziesięcioleciu, to inna rzecz.

Z niechęcią spojrzała na piętrząca się obok szafy górę brudów, odnotowując w pamięci, żeby zanieść je do praczki... I nająć kogoś do sprzątania, bo kurz na meblach powoli zaczynał przypominać lukier na pierniku.

- Nigdy nie będę dobrą gospodynią – burknęła. – I w sumie dobrze.

Poirytowana, szybkim krokiem maszerowała w stronę najbliższego sklepu spożywczego, delektując się jedną z dwóch, nielicznych zalet dni wolnych – niewidzialnością. Bez zwyczajowego munduru podkreślającego jej sztywną i nieco męską sylwetkę, mało kto ją rozpoznawał, szczególnie, że co tydzień wychodziła w innym płaszczu. Miała ich chyba z dziesięć – przyciasnych i przykrótkich po matce, przydługich i luźnych po ojcu. Tak samo czapek.

Drugą zaletą dni wolnych były plotki. Te, których nie przynosiła jej nawet Władka, te które skutecznie omijały panią komendant w jej mundurze, te, które kryły się pomiędzy zwykłymi stwierdzeniami. Plotki, o których nie plotkowano, plotki, których nie powtarzano. Informacje przekazywane w niedomówieniach. Liczne, maleńkie tabu, od jakich Kościokamieniec wręcz pękał. Co najgorsze, nikt nie wiedział, co te dokładnie znaczą... Może jedynie ci, których bezpośrednio tyczyły. Może. Nie była tego pewna.

Mroźny wiatr szarpał jej płaszczem, chłostał twarz i wciskał się pod odzież. Nie dość, że sprawiał, iż temperatura wydawała się co najmniej z dziesięć stopni niższa niż była, to jeszcze drażnił ludzi. Zmagająca się z nim Damira miała wrażenie, że wszyscy mieszkańcy miasteczka wstali z łóżek lewą nogą, dokładnie tak samo jak ona. Warczeli na siebie, spoglądali z ukosa, przeklinali.

- Wiatr niesie zmiany, a większość ludzi nie lubi zmian – mruknęła do siebie.

Jedną ze zmian miały być ciężkie opady śniegu. Mimo mrozu w powietrzu dawało się wyczuć wilgoć, a w dodatku zwierzęta zachowywały się inaczej. Kruki, wrony i bezpańskie koty buszowały wśród śmietników z większą bezczelnością niż zwykle, podkradały jedzenie podwórkowym burkom, czasem nawet rabowały ludzi, a przynajmniej próbowały. Znaczyło to tylko jedno – zbierały zapasy, bo przez następne kilka dni nie będą miały okazji zdobyć jedzenia.

Chuchając w zmarznięte dłonie i energicznie wycierając buty, weszła do mieszczącego się na parterze piętrowego domu, niewielkiego sklepiku. Wnętrze niemal całkowicie zapełniali cierpliwie czekające w kolejce, ale zrzędliwi klienci. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kiedy grzecznie stanęła w ogonku i bardzo dobrze. Dzięki temu mogła sobie posłuchać, o czym rozmawiają i na co utyskują jej sąsiedzi, co nie raz się przydawało.

Prawdziwy glina może wyjść z pracy, ale praca nigdy nie wyjdzie z prawdziwego gliny. Ot, znana, dobra prawda.

Stara Pawłowa narzekała swojej przyjaciółeczce, że „ten młody z góry, wiecie, ten Hajduk, znowu leje żonę i dzieciaka, a wczoraj to cały wieczór, aż do późnej nocki u nich to tylko łomoty i krzyki". Słysząc to, Damira skrzywiła się. Wystarczyło tylko raz przyuważyć z jakim przerażeniem mały Tomuś patrzy na matkę, żeby zrozumieć, że to ona jest katem w tej rodzinie, nie jej mąż. Niestety to komplikowało sprawę, bo o ile tłuczone przez mężów kobiety mogły znaleźć obronę i współczucie, to tłuczeni przez żonę mężowie niekoniecznie. Zwykle wyśmiewano ich, wyzywano od pantoflarzy i ciamajd, podczas gdy ci nie mieli się jak bronić, bo uderzając w samoobronie żonę, narażali się na symbol czerwonej dłoni – agresywne kobiety były specjalistkami w zakłamywaniu rzeczywistości na swoją korzyść. Musiała sprawę załatwić w cztery oczy z Hajdukową, najlepiej nieoficjalnie. Jeżeli to nie pomoże, to „przypadkiem" powie słówko komuś od Obrzyna czyli praktycznie rzecz biorąc samemu Obrzynowi albo dzieciakom z teatru, a oni już mieli swoje sposoby na sprawiedliwość. Sposoby niekoniecznie zgodne z prawem, ale w wyjątkowych sytuacjach akceptowalne.

Poza informacją o rodzinnym dramacie w mieszkaniu Hajduków nikt nie powiedział już niczego ciekawego. Powoli tonąc we własnych, niewesołych rozmyślaniach, zaczynała wątpić, że w ciasnym, zatłoczonym sklepiku dowie się czegokolwiek nowego, aż tu nagle nowiny same wkroczyły do środka.

Drzwi sklepu otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich znana Damirze postać – zielarz. Już ponad dwa tygodnie siedział u starego doktora i wyglądało na to, że jest jedną z nielicznych osób, z którymi starzec jako-tako się dogaduje. Wedle relacji Władki lekarz traktował obcego prawie jak swego świętej pamięci syna, a obcy odnosił się do niego z wielkim szacunkiem. Jedyne, co dziwiło akuszerkę to, to że stary w trakcie jej odwiedzin miał minę, jakby znał puentę żartu, z którego istnienia ona nawet nie zdawała sobie sprawy.

Damira też była nieco zdziwiona, podobnie jak inni kupujący. Dziwiło ją zaś to, że zielarz dźwiga na plecach mruczącego jak mały kociak rysia, który z lubością lizał go po wytatuowanej głowie. Sprzedawczyni, która ostro traktowała każdego próbującego wejść do sklepu z czworonogiem, tymczasowo odebrało mowę.

Komendant znała tego rysia i podobnie jak większość ludzi, którzy mieli okazję być w domu Hryciuka, uważała go za nieobliczalną, żądną krwi bestię. Doktor znalazł go jakieś sześć lat temu – małego poszarpanego przez bezpańskie psy podrostka – zabrał do siebie i połatał. Zwierzak pokochał go całym sercem i zachowywał się wobec niego jak delikatny, radosny kociak... Niestety tylko wobec niego. Wszystkim innym pokazywał wyjątkowo złośliwą i drapieżną część swojej natury. Przynajmniej do teraz. Kocisko wydawało się ubóstwiać zielarza całym swym podłym serduszkiem, chociaż z drugiej strony sam Zuber nie wyglądał na szczególnie zachwyconego.

- Dzień dobry – grzecznie przywitał się ze wszystkimi, stając w ogonku.

Odpowiedział mu zgodny pomruk „dobry", a staruszki z przodu kolejki natychmiast zmieniły temat rozmowy, jednocześnie ściszając głosy, lecz nie tak, aby stojąca blisko nich Damira nie słyszała o czym mówią. A mówiły rzecz jasna o zielarzu, nie szczędząc mu przykrych słów. Nie podobało im się dosłownie wszystko – jego znoszone ubrania, łysa głowa, tatuaże, a nawet to, że jest taki grzeczny. Jednak między zwykłymi narzekaniami powiedziały parę ciekawych rzeczy. Między innymi, że Hryciuk pozwala Zuberowi pomagać w medycznych sprawach, że dzięki temu stary doktor przyjmuje dwa razy więcej ludzi niż zwykle i że remedia obcego działają cuda na reumatyzm, grzybicę stóp i choroby sezonowe. Teoretycznie ta wyliczanka powinna być pieśnią pochwalną, jednak starowiny opowiadały o tym tak, jakby Hryciuk i Zuber, założyli spisek, mający na celu wytrucie wszystkich mieszkańców. Nie dziwiło to Damiry. Obie należały do tego typu starych harpii, że gdyby którejś obcy – nie ważne zielarz czy doktorek – uratował życie masażem serca, ta narzekałaby, że miał zimne ręce.

Ledwie komendant przywołała na myśl doktora i ten pojawił się w drzwiach sklepu, niemal zderzając się z jedną z owych harpii – kobieta właśnie skończyła robić zakupy i zmierzała ku wyjściu. Swoją drogą to niesamowite, że starowina mimo nieustannego mielenia ozorem w ogóle zdołała cokolwiek kupić, czego dowodem były wypełnione po brzegi torby.

Zukov spojrzał na siedzącego na ramionach Zubera rysia i uniósł brwi w wyrazie niemego zdziwienia, a może i lęku.

- To już przesada – westchnął.

- Tu się akurat z wami zgadzam – odrzekł zielarz, odwracając się do doktora.

Obaj popatrzyli na siebie zdziwieni, najwyraźniej rozpoznając w rozmówcy „tego drugiego obcego". Zuber wyglądał przy tym na zaskoczonego, a Zukov zmieszanego. To dziwne, że do tej pory żaden z nich nie wpadł na pomysł, aby poznać tego drugiego. Zwykle przyjezdni szukali swojego towarzystwa już po kilku dniach wśród Kamulców.

- Pan Zuber, zielarz? – zapytał lekarz patrząc to na mężczyznę, to na rysia. – Niech zgadnę... To na pańskich plecach, to kotek doktora Hryciuka?

- Zgadza się panie Zukov.

- Teraz rozumiem, czemu ludzie tak dziwnie się uśmiechali, kiedy mówiłem, że to nienormalne, aby tak się bali zwykłego kota...

- Tak, miejscowi mają specyficzne poczucie humoru. – Zielarz spokojnie się uśmiechnął – Mnie też ostrzegano jedynie przed „kotem". Swoją drogą, miło was wreszcie poznać, doktorze Timurze Zukov. Jak najwyraźniej już wiecie, jestem Makary Zuber.

Szczupła, wyszorowana do białości dłoń pojawiła się przed zmieszanym lekarzem, który po chwili wahania uścisnął ją.

- Timur Zukov – mruknął lekarz, najwyraźniej zawstydzony, że ktoś taki jak on, zapomniał o manierach. – Miło mi wreszcie poznać pana osobiście.

Damira wątpiła w to „miło mi". Sądząc w jaki sposób lekarz patrzył na jego tatuaże, łysą głowę i wyszywana przepaskę. Zapewne miał niewiele lepsza opinię o nim niż stare harpie. Opinię drżącą wpływem elokwencji i otwartości zielarza, który życzliwie zaczął go wypytywać, jak sobie radzi w nowym miejscu.

Takim to sposobem, nie zadając jednego pytania komendant poznała obecną sytuację obydwu. Lekarz, tak jak mu poradziła, udał się do Ostrawy, który jego widok przyjął niczym błogosławieństwo i poniekąd zatrudnił. Poniekąd, bo wcisnął w ręce przyrządy lekarskie, kitel i kazał brać co drugiego chorego. Krótko mówiąc, młodzik z miejsca został rzucony na głęboką wodę, ale na swoje szczęście sprawował się. Wyglądało, że jeżeli tak dalej pójdzie, szybko otworzy własny gabinet i może nawet weźmie sobie dwóch, trzech uczniów. Sam Ostrawa to planował, ale niestety przez nawał pracy nie miał czasu rozejrzeć się za nikim odpowiednim. Teraz, kiedy do miasta trafili kolejny lekarz, a do tego i zielarz, który także stanowił niemałą pomoc, razem mogli zadbać o przyszłość Kościokamieńca kształcąc nowych doktorów. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby paru co majętniejszych Kamulców zdecydowało się posłać swoje dzieciaki do szkół – w końcu lekarz to nie zawód cechowy – ale ci albo woleli żreć się o wpływy, niż myśleć o tego typu rzeczach, albo mieli tępe i butne bachory. Zielarz znów kursował między domem Hryciuka, gdzie pomagał mu w codziennych sprawach i z pacjentami, a lokalnymi gospodarzami, którzy nie potrafili sobie dać rady z przypadłościami bądź dzikim zachowaniem inwentarzu. Chorzy – zarówno ci czworonożni, pierzaści jak i człekokształtni – nie mogli skarżyć się na jego usługi. Wszyscy szybko stawali na nogi. Generalnie obaj, zielarz i doktor, nie sprawiali miejscowym kłopotów, przeciwnie – pomagali, a miejscowi nie sprawiali kłopotów im. Damira z całych sił trzymała kciuki, żeby tak pozostało.

Kiedy zeszli z bieżących tematów doktor, nie kryjąc swego sceptycyzmu, a zarazem ciekawości, zaczął podpytywać o metody leczenia zielarza i Łazików ogólnie. Zuber zjeżył się na samą aluzję, że bawi się w czarownika i dał Zukovowi cały wykład o wszelkich aspektach swej sztuki. Wykład długi, nieco niezrozumiały dla pospolitego człeka, ale interesujący... Przynajmniej interesujący dla doktora, który co jakiś czas przerywał, pytał i potakiwał. Pierwotna opinia, jaką miał o „wytatuowanym szarlatanie" upadła rozbijając się na kawałki.

- Widzę zatem, że jesteście medykiem jak ja, tyle że waszą apteką jest matka natura. Medykiem, a do tego weterynarzem i zaklinaczem bestii – podsumował Zukov, a jego głos zdradzał szacunek. – Widzę, że mam konkurenta, którego niełatwo będzie mi doścignąć, o ile jest to w ogóle możliwym.

- Nie jestem medykiem, nie w pełni – zaprotestował zielarz. – Nie rozetnę ciała, nie przeprowadzę sekcji, nie wytnę chorego narządu. Nie znam się na mikroskopach, szkiełkach, próbkach i bakteriach, aczkolwiek doktor Hryciuk pracuje nad tym, żeby to zmienić. Nie potrafię stworzyć szczepionki ani remedium. Jedynie używam ziół, ujarzmiam... Ewentualnie mogę zszyć powierzchowną ranę i nastawić złamaną bądź wybitą kość. Nie stanowię dla was żadnej konkurencji. Co najwyżej kogoś... Uzupełniającego zestaw umiejętności.

- Zatem doktor was doucza? Widzę, że dobrze układa się wam z waszym gospodarzem... I jego koteczkiem.

- Z doktorem i owszem, jednak z koteczkiem nie powiedziałbym. – Zerknął przy tym na drzemiącego na nim rysia. – Hultaj doskonale wie, że nie lubię go nosić, bo jest piekielnie ciężki, a mimo tego nieustannie wskakuje mi na grzbiet. Wie też, że nie znoszę jak mnie liże, ten jego język jest niczym tarka, ale nie sposób go tego oduczyć... A niestety próby nabicia rozumu do głowy czemuś, co ma wielkie pazury i zęby, są mocno ograniczone przez cierpliwość tego czegoś. Krótko rzecz ujmując, to perfidna i złośliwa bestia.

- Ale samo porozumienie z doktorem i uniknięcie rysich pazurów to już podobno sztuka. Z tego, co słyszałem, doktor Hryciuk jest człekiem pełnym dobroci, ale również niezwykle specyficznym i trudnym w obyciu.

- To prawda, aczkolwiek mogę zapewnić, że plotki o nim są głęboko przesadzone.

- Podobno to ta wiedźma, komendant Murza, skierowała cię do niego, nic ci o nim nie mówiąc. Okropna kobieta.

Korzystając z tego, że wypowiadając te słowa, doktor zaczął otrzepywać swój płaszcz, zielarz posłał jej, Damirze, rozbawione spojrzenie ponad głowami ludzi. Z miejsca rozpoznał ją, wśród tego całego ścisku, chociaż była w codziennych ubraniach, a jej twarz do połowy zasłaniał szal. Wiedziała. Wiedziała, że ten chłopiec jest nieco inny, pytanie tylko czy powinno ją to martwić czy nie?

- Harda i twarda, ale niekoniecznie okropna – mruknął spoglądając na lekarza i chowając szeroki uśmiech. – Gdyby nie skierowała mnie do doktora Hryciuka, a was do Ostrawy, obaj bylibyśmy teraz w kłopocie, a tak to mamy i dach nad głową, i zajęcie.

- Skąd wiecie, że to komendant skierowała mnie do doktora Ostrawy?

- A jest tu taka jedna miejska plotkara, co to o wszystkim wie i czasem zagląda do doktora. To zadziwiająca, że można w pół godziny poznać sprawy całego miasta, nie wyściubiając nosa z domu.

Damira pokręciła głową, uśmiechając się pod nosem. No tak, Władka. Nie tylko jej przynosiła wieści, aczkolwiek ją informowała najpierw i o wszystkim. Po ludziach nie roznosiła informacji potencjalnie niebezpiecznych, mogących komuś zaszkodzić czy zwyczajnie drażliwych.

Co dalej mówili, nie usłyszała, bo przyszła na nią kolej przy kasie. Kupiła to co zwykle – dziesięć jaj, masło, kawę, herbatę chleb, cukier i standardowy zestaw konserw. Obciążona ciężką siatką zaczęła powoli kierować się ku wyjściu, a wtedy:

- To ciężkie, jeżeli panienka komendant poczeka, aż mnie obsłużą, pomogę panience to nieść.

Wzdychając Damira spojrzała na delikatnie uśmiechniętego, bardzo grzecznego zielarza, aczkolwiek zdębiała i wystraszona twarz doktora stanowiła o wiele ciekawszy widok. Ktoś z kolejki parsknął tłumionym chichotem.

- Dziękuje wam, ale aż tak stara nie jestem, aby nie dać sobie rady z zakupami – mruknęła, krzywo się uśmiechając. – Ale stanowczo jestem za stara, żeby nazywać mnie panienką. Pani, dobrze, panna może być, ale tą panienkę sobie darujcie, na litość.

Chichot bliżej nieokreślonego egzemplarza kolejkowego trwał.

- A panu, panie Zukov dzień dobry – mruknęła, zerkają na doktora, który głośno przełknął ślinę. – I dla waszej informacji, wiedźmą nie jestem, aczkolwiek wielce ułatwiłoby mi to wykonywanie obowiązków. Szczególnie takie latanie na miotle, bardzo pożyteczna rzecz. Raz-dwa i jest się po drugiej stronie miasta. O wożeniu zakupów do domu nie wspominając.

Wychodząc ze zatłoczonego sklepu kątem oka zauważyła, jak doktor posyła zielarzowi mordercze spojrzenie, na co ten tylko rozłożył bezradnie ręce. Nie potrafiła się powstrzymać, żeby nie zachichotać pod nosem.

Zrobienie zakupów stanowiło pierwszy, niewielki krok komendant w walce z dniem wolnym czy raczej z życiem prywatnym. Kiedy w domu zjadła kanapkę z jajkiem i przyswoiła nieprzyzwoicie dużą dawkę kofeiny, mogła się podjąć następnych zadań. Przede wszystkim znaleźć kogoś do sprzątania. Myślała, że jedna z miejscowych, młodych panien z chęcią podejmie się tejże pracy, jednak była w błędzie. Nie, poprawka – nie była w błędzie, chętna panienka by się znalazła. Szkopuł w tym, że rodzice okolicznych nastolatek obawiali się, iż od samego przebywania w jej mieszkaniu, te zaczną się rządzić, strzelać do ludzi i przestaną wykazywać zainteresowanie takimi rzeczami jak małżeństwo i dzieci. Nie wiedzieć czemu wszyscy uważali, że jednym z głównych celów Damiry jest przekabacić jak najwięcej dziewcząt „na swoją stronę", podczas gdy Damira przekabacać nikogo nie zamierzała. Nie miała nawet „swojej strony". Za to bardzo chciałaby, żeby młodzież płci obojga zaczęła myśleć, a nie robiła rzeczy „bo inni tak robą" albo „bo tak jest od zawsze". Gdyby wszyscy postępowali wedle „bo tak jest od zawsze" i „inni tak robią" ludzkość nie wynalazłaby nawet koła.

W każdym razie, dziewczyny do sprzątania nie udało jej się znaleźć. Znalazła za to Marka. Mark był miłym, niezwykle inteligentnym dwunastolatkiem o mysich włosach. Bezdomnym, sierotą i bardzo zaradną istotą. Brak domu i rodziców nie przeszkadzał mu w tym, aby uczęszczać do szkoły, gdzie zbierał same dobre oceny i żyć na w miarę godnym poziomie, nie kradnąc. Podejmował się dziesiątek drobnych prac, a wszystkie wykonywał szybko i sprawnie, więc i opłacano go nie najgorzej. W efekcie chłopcu starczało na jedzenie i przyzwoity przyodziewek z drugiej ręki. Urządził sobie też całkiem niezłe mieszkanko w porzuconym wagonie, gdzie doglądali go milicjanci dbając o jego spokój. Zresztą z tym dbaniem nie mieli wiele roboty, bo i nikt Marka nie zaczepiał. Dziecięcym gangom niejednokrotnie przysługiwał się wykonując da nich różnorakie „inteligenckie" przysługi, podobnie złodziejom, przy czym ani razu nie było to nic nielegalnego. Generalnie wszyscy chłopca lubili i gdyby jakiś przedstawiciel marginesu wyrządził mu kiedy jakąś większą krzywdę, mógł liczyć na to, że jego życie ulegnie gwałtownemu i bolesnemu skróceniu.

Ze względu na sytuację Marka, zapłaciła mu więcej, niż dałaby komu innemu, po czym zostawiła chłopcu klucze do mieszkania, w którym gdzieś-tam były upchnięte miotła, szmata i inne tego typu przyrządy. Sama zaś wzięła wielki kosz brudów i ruszyła wartkim krokiem do praczki, dopinając na ostatni guzik plan dnia.

Nie lubiła chodzić do praczki, jeszcze bardziej niż nie lubiła chodzić do okolicznego sklepiku, ale nie miała zbyt dużego wyboru – ostatnio, gdy próbowała wyprać coś poza bielizną i skarpetami, zalała mieszkanie, a w dodatku musiała zainwestować w parę nowych koszul. Stanowczo nie nadawała się na gospodynię, dlatego usługi pani Bosak i jej córek prowadzących okoliczną pralnię stały się koniecznością odkąd bratowa komendant tupnęła nogą, stanowczo oświadczając, że już nie będzie prać jej brudów. Swoją drogą była to dość zabawna sytuacja. Bratowa ewidentnie spodziewała się z tego tytułu awantury, a nie komentarza „najwyższy czas, jak będziesz taka miękka, to ci na głowę wejdą".

Pralnia mieściła się niedaleko mieszkania Damiry w ponurym zaułku, w niewysokim, przysadzistym budynku uparcie kojarzącym się z wielką, leniwą ropuchą. Jego wnętrze wypełnione pralkami ręcznymi i wielkimi, obficie parującymi kadziami budziło w komendant mimowolny niepokój. Córki i synowe praczki, krążące w gęstych oparach od balii do balii, od kadzi do kadzi przypominały niewyraźnie, bagienne upiory. Do tego ta duchota i dziwny, trudny do określenia zapach. No i oczywiście sama właścicielka przybytku, Bosakowa, starsza kobieta, strasząca rozlanym na twarzy poparzeniem, przypominająca wyglądem swój dom – niska, przysadzista i kojarząca się z przyczajoną ropuchą. Przede wszystkim jednak potwornie nieprzyjemna, używająca bez przerwy ostrego tonu i łypiąca na wszystkich spode łba. Z jednej strony Damira nie dziwiła się kobiecie, bo to, czego ta doświadczyła swego czasu z rąk męża, było czystym okropieństwem, ale z drugiej nie usprawiedliwiało jej postawy.

Próbując stłumić irracjonalne zdenerwowanie sięgające głęboko do jej dziecięcych lęków – opowieści o bagiennych widmach, utopcach i ropuszych wiedźmach – komendant wkroczyła do pralni i wartkim krokiem skierowała się do ciężkiego biurka stojącego nieopodal drzwi. Przy nim stała już inna klientka czekająca na przybycie Wielkiej Praczki. Chuda jak śmierć, odziana w łachmany, dwudziestodwuletnia albinoska. Damira znała ją. To Katia Volkov, obca przybyła do Kościokamieńca przed siedmiu laty, chociaż „przybyła" to trochę za dużo powiedziane. Jej rodzinę wieziono na sybir, a kiedy pociąg przejeżdżał w pobliżu miasta, brat wyrzucił ją z wagonu na pewną śmierć, jak się wtedy zdawało. Dziewczyna połamała żebra i doznała niebezpiecznego urazu głowy, przeżyła wyłącznie dzięki temu, że jeden z okolicznych rolników widział całe zajście i zawiózł półżywą nastolatkę do doktora Hryciuka. Niestety biedactwo nigdy nie zostało zaakceptowane przez Kamulców. Głównie odpowiadała za to jej przypadłość – albinoska w mieście pełnym zabobonów nie miała łatwego życia. Szczególnie albinoska z kalekim okiem, które nieustannie zasłaniała kurtyną białych włosów, dziewczyna tak podle potraktowana przez własną rodzinę. Miejscowi zgodnie uważali, że brat obcej musiał mieć poważny powód, aby chcieć jej śmierci. Posądzali ją o bliżej nieokreśloną, ale z całą pewnością potworną zbrodnię. Jakby tego było mało, Katia najwyraźniej pochodziła z wyższych sfer, miała wręcz arystokratyczne maniery i za nic nie potrafiła się dogadać z bezdomną hałastrą, zwykle bardziej tolerancyjną od tak zwanych „porządnych obywateli".

Nagle bezdomna, wyrzucona na margines społeczny, posądzana o Bóg wie co delikatna panienka z dobrego domu, która nagle musiała zatroszczyć się sama o siebie, mimo otaczającej ją niechęci. To cud, że jakoś przeżyła do tej pory. Mimo tego Damirę trawiło jakieś-takie nieprzyjemne uczucie, że pewnej zimy znajdą jej zamarznięte na kość, białe ciało w zaspie. Już teraz albinoska nie wyglądała najlepiej. Sine palce, podkrążone oczy, brudne włosy, spierzchnięte wargi, świszczący oddech. Dziewczyna potrzebowała porządnego posiłku, ciepłego łóżka i bardzo wiele mocnego snu.

- Dzień dobry Katiu – ostrożnie przywitała się z dziewczyną, używając swojego najłagodniejszego głosu. – Jak się miewasz?

- Dobrze – mruknęła oschle albinoska, wzgardliwie spoglądając w bok i odsuwając się, jakby Damira była trędowata.

Komendant z trudem powstrzymała się, by nie wywrócić oczami. Duma. Arystokratyczna duma przekraczająca granice głupoty stanowiła największy problem Katii, większy nawet niż bezdomność i brak zatrudnienia. Nawet tutaj, w zżeranym przez zabobon Kościokamieńcu, żyli ludzie o dobrych sercach, gotowi wspomóc nieszczęsną istotę drobnymi datkami. Niestety Katia ich odtrącała. Brzydziła się jałmużną i wszystkich traktowała jak potencjalnie niebezpieczną hołotę. Wszystkich poza tutejszą „arystokracją". To głównie dzięki nim udało jej się przeżyć do tej pory. Gdy w ich domach miało miejsce coś nielegalnego bądź mogącego wywołać skandal, posyłali po albinoskę, by pomogła ukryć dowody i zatrzeć wszystkie ślady. Wiedzieli, że ta nie tyle z lojalności, co z pokrętnej przekory i urazy do ludzi niczego nie wygada.

Katii nie było stać na pralnię, więc pewnikiem przyszła tu wykonać misję dla któregoś ze swych dobroczyńców z Wątroby. Dlatego obecność dziewczyny niezwykle intrygowała komendant, a jeszcze bardziej zawartość jej kosza. Albinoska wyraźnie to czuła, dlatego też przyciskała kosz z brudami do piersi, jakby to było jej ukochane dziecko.

Damira uśmiechnęła się w duchu, ignorując zarówno dziewczynę jak i jej kosz. Doskonale wiedziała, że i tak sobie poogląda, co w nim jest i to niezwykle dokładnie.

Po chwili otworzyły się drzwi zaplecza i do biurka pokuśtykała Bosakowa. Jak zwykle mamrotała coś pod nosem, łypała spode łba i krzywiła się.

- Pokaże, co tam ma! – fuknęła na dziewczynę, która z pewnym ociąganiem oddała kosz.

Praczka swoim zwyczajem przejrzała jego zawartość, marszcząc brwi i cmokając. Zawierał głównie drogie koszule nocne i pościel, wszystko w dziwnych, jakby tłustych plamach i krwi. Krwi co prawda było niewiele, ale mimo tego w głowie Damiry rozległ się ostrzegawczy alarm. Tym bardziej, że na pościeli dostrzegła ślad po hafcie. Niezwykłym hafcie, bo po haftowanej pieczęci rodziny Sevick, jednych z bardziej wpływowych ludzi w mieście, przynajmniej niegdyś, a obecnie podupadającym rodzie, pożeranym przez jakąś pokręconą tajemnicę. Chyba właśnie wpadła na trop tegoż sekretu.

Pieczęci, każda ważniejsza rodzina w Kościokamieńcu miała swoją. Stanowiły tutejsze odpowiedniki herbów, wszystkie stworzone na polu koła, kwadratu lub ośmiościanu foremnego. Ten Sevicków przedstawiał szczura na tle latarni, bo też ich przodkowie stanowili w większości producentów lamp i szczurołapów, z czego byli bardzo dumni. Uważali, że to chwalebne, iż ich przodkowie od wieków dbali o miasto chroniąc składy żywności przed gryzoniami i dostarczając mieszkańcom światła. Poniekąd mieli rację. Na pewno przydali się bardziej niż wielu władców. Nawet obecnie w ich rękach spoczywała firma produkująca wymyślne środki skutecznie tępiące gryzonie, chociaż nie tak doskonałe jak głodne lisy płowe. W każdym razie, idąc za przykładem prawdziwych szlachciców, Wielkie Rody zdobiły swymi „godłami" albo chociaż ich uproszonymi przestawieniami wszelkiego rodzaju chusty, pościele, a czasem również koszule. Nigdy tych emblematów nie pruli, chyba, że los zmuszał ich do wyprzedaży majątku, a to znaczy, że usunąć pieczęci musiała sama Katia nim tu przyszła. To znowu oznaczało, że pościel stanowiła zarazem zadanie i zapłatę – dziewczyna dobre pościele i jedwabne koszule mogła sprzedać za całkiem niezłą sumkę... O połowę niższą niżby zaoferowali ją komu innemu, ale i tak niezłą. Pewnie też dostała pieniądze na pralnię, dlatego przybiegła z koszem aż tutaj – do największej, najlepszej, a zarazem jednej z najtańszych pralni w mieście. Im większa reszta, tym więcej pieniędzy na jej osobiste wydatki.

Coś się stało w domu Sevicków. Właściwie to coś się w nim działo zawsze. Co dwa, czasem trzy lata cała rodzina wpadała w ponury, pełen napięcia nastrój, a głowa rodziny, Alexandra Sevick, zwykle pełna werwy i życia, zmieniała się w niemrawą, woskową kukłę o pustym, przerażonym spojrzeniu. Teraz komendant miała szansę wybadać, o co w tym wszystkim chodzi, jeżeli tylko będzie wystarczająco ostrożna.

Musiała zgłosić się do Grety i Hansa. Teraz, już, zaraz! Czemu ta przeklęta praczka tak się guzdrze?

Bosakowa tymczasem dokładnie oglądała zawartość kosza dziewczyny, mamrotała pod nosem i stukała w blat.

- Pięć rubli – rzuciła w końcu. – Trudne plamy i trudne materiały, nie może być niżej.

Z praczką nie było targów, toteż dziewczyna czym prędzej wyjęła sfatygowaną portmonetkę z biustonosza, odliczyła sumę i zostawiwszy kosz pod czujnym okiem Bosakowej, czym prędzej wybiegła na zewnątrz.

Komendant nie miała czasu na przegląd praczki. Rzuciła na stół dwa razy tyle co Katia, oświadczając, że jeżeli to będzie za mało, to dopłaci przy odbiorze i idąc za przykładem albinoski czym prędzej opuściła pralnię.

Nie zamierzała śledzić dziewczyny, co to, to nie. Oczywiście i ta pewnie miała jeszcze coś do ukrycia, ale znała rodzinę Sevick i ich nieoficjalne motto „nie wszystko na raz". Nie ufali ludziom, więc nigdy nie mieli człowieka od wszystkiego.... Czy raczej nie od „wszystkiego na raz". Zamiast wskazać swój bałagan i rzucić ostentacyjnym „zajmij się tym", dawali człowiekowi jedno, dwa zadania, a następnymi czekali, aż ten skończy. Nie, na razie wiele nie zyskałaby wiele śledząc Katię. Ważniejszy od niej był dom Sevicków. Musiała kogoś tam posłać na obserwację. Oczywiście jej ludzie odpadali. Oficjalne śledztwo przeciw Sevickom? Równie dobrze mogłaby wrócić na komendę i wyrzucić swoją odznakę do kosza. Nie... Tu trzeba działać ostrożnie.

Ostrożny na pewno nie był bieg Damiry. Kobieta pędziła po oblodzonych i ośnieżonych uliczkach, jakby gonił ją sam diabeł. Mijała lub tratowała wszystkich, którzy stawali jej na drodze, skakała poprzez ławki i ogrodzenia niczym żwawa nastolatka, wszystko po to, żeby się dostać do niewielkiej, drewnianej budy, obok rzeki, dawnej szopy rybackiej.

- Greta, Hans! – wycharczała, usiłując złapać oddech.

- Tak pani komendant? – rozległy się za nią dwa niemal identyczne głosy.

Odwróciła się, spoglądając na parę czternastolatków. Oboje byli podobnego wzrostu, oboje mieli płowe włosy i wielkie, sarnie oczy, okrągłe buzie, zadarte nosy oraz jasną cerę. Oboje podobnie myśleli, nieustannie wpadali sobie w słowo i dzielili nazwisko Hermann. Jednak, co dziwne, nie byli rodzeństwem. Rodzice Grety, muskularny kowal i drobnokoścista szwaczka, mieszkali na skraju zachodniej części miasta, a rodzice Hansa, przeciętnej budowy pracownicy fabryki konserw, po wschodniej. Dzieciaki znów spotkały się w szkole i od tamtej pory stały się nierozłączne. Więcej czasu niż gdziekolwiek indziej spędzały tutaj – w tej rozwalającej się szopie, z której zrobiły swoją bazę. Tu też kręciły mnóstwo lewych interesów, bardzo często zrywając się ze szkoły. Co dziwne, nie przeszkadzało to zarówno ich rodzicom, jak i nauczycielom. Dlaczego? A dlatego, że ekspresowo nadrabiały zaległości, zadowalająco zdawały wszelkie egzaminy no i przynosiły do domu pieniądze, których ich rodziny nie miały za wiele.

Swoją drogą to podobieństwo i zażyłość dzieciaków były nieco dziwne. Podobnie jak imiona, niemal identyczne jak w tej baśni braci Grimm o złej wiedźmie z piernikowego domu „Gretel und Hansel"*.

- Mam dla was zlecenie szkraby – wysapała. Długie, intensywne biegi nie były już dla niej.

- Szczęśliwie dla pani mamy akurat wolny grafik – oświadczył Hans.

- Zlecenie standardowe czy płatne ekstra? – zapytała Greta.

- Ekstra. Będziecie obserwować dom Sevicków i donosić mi o wszystkich, dziwnych rzeczach, które tam zobaczycie. – Wzięła głęboki wdech. Jej płuca płonęły żywym ogniem, a serce waliło niczym młot. – A jeżeli zobaczycie kogoś wynoszącego podejrzany pakunek, coś, co chyba chce ukryć i tak dalej, śledźcie go. Szczególnie, jeżeli to będzie albinoska Katia.

- Znaczy się Katia znowu była w Wątrobie. To zawsze zwiastuje kłopoty. Tabu znów się dzieje – mruknęła Greta głosem znawczyni.

- Szczegóły sprawy? Czy raczej informacje wstępne, bo na pewno jakieś są – zapytał Hans.

- Katia zjawiła się z koszem brudów u Bosakowej, głównie pościelą i koszulami nocnymi na których były ślady jakiejś tłustej substancji oraz krwi. Dopatrzyłam się na nich resztek pieczęci Sevicków.

- Tabu – stwierdziła Greta z poważną miną.

- Tabu – zgodził się Hans.

- Stawka ekstra plus ewentualne koszty, zjawimy się u pani sami, jak będziemy cokolwiek wiedzieć – orzekła Greta.

- Obowiązuje panią w tej sprawie całkowita dyskrecja. Nikt nie może wiedzieć, że zatrudniła nas pani i co robimy. Nikt nie może nas wiązać z tabu. Jeżeli coś wycieknie, wyciągniemy konsekwencje i zerwiemy wszelkie kontakty. Czy zrozumiała pani? – zapytał Hans.

Damira przytaknęła, jednocześnie zastanawiając się, ile te dzieciaki wiedzą. Obydwoje mieli nieco skrzywione umysły i byli jak szczury – wchodzili wszędzie tam, gdzie inni nie mogli i węszyli różne rzeczy na odległość. Strach pomyśleć, ile sekretów mogli znać. Zarówno tych zwykłych jak i tabu.

***


W następnych dnia Hans i Greta nie dali o sobie znać, zapewne prowadząc obserwację. Damira nie przejmowała się ich tymczasowym milczeniem. Pod wieloma względami nie byli zwykłymi dziećmi, a jeżeli chodzi o szpiegostwo wszelkiego rodzaju nie mieli sobie równych. Póki nie otrzymywała z ich strony żadnych, niepokojących wieści, w ogóle żadnych wieści, wolała zająć się innymi sprawami. Przede wszystkim porozmawiać sobie prywatnie z Hajdukową i nabić jej – oczywiście metaforycznie – rozumu do głowy. Jednak, nie dość, że kobieta nie miała najmniejszego zamiaru zmienić swego postępowania, to jeszcze ważyła się podnieść na nią rękę. I tak „nabijanie rozumu do głowy" nabrało bardziej dosłownego wymiaru. Na nieszczęście Hajdukowej komendant wiedziała jak uderzyć, żeby cholernie bolało i nie został żaden ślad. Mało tego, potrafiła obezwładnić przeciwnika, nie robiąc dużego hałasu, dzięki czemu uniknęła oskarżeń starych bab z cyklu „patrzcie państwo, pani Murza poszła do Hajdukowej w gości i napadła na nią! Bandytyzm w milicji, nadużycia, nie wiadomo kogo bać się bardziej złodziei czy stróżów prawa".

Nie była z tego dumna, ale solidnie wlała niezrównoważonej kobiecie, bo krzyczącej, chorobliwie zazdrosnej i niezwykle agresywnej Hajdukowej normalną nazwać nie mogła. Zdawała sobie sprawę, że tę wyrodną matkę i żonę powinno się skierować do jakiegoś szpitala, żeby ktoś jej „naprostował zwoje", ale niestety Kamulce nie wierzyli ani w psychologię, ani psychiatrię. W związku z tym szalona Hajdukowa miała zostać w domu z bezradnym mężem i przerażonym dzieckiem, przynajmniej do czasu aż stanie się najgorsze. Pytanie tylko czym to najgorsze będzie? Hajduk zabije żonę w obronie siebie i dziecka? Hajdukowa zabije męża? A może syna? A może obu? A może Hajduk zastanie żonę stojącą nad ciałem zakatowanego dziecka i ukręci jej łeb? W każdym razie, jakikolwiek scenariusz szykował los, nie mogła do tego dopuścić, chociaż pole manewru miała mocno ograniczone. Co prawda, powiedziała Hajdukowej, że jeżeli ta znowu podniesie rękę na męża bądź syna, to ją zabije, jednak wątpiła, aby strach długo utrzymywał wariatkę w ryzach. Pozostawało jej więc jedno rozwiązanie, tak zwane mniejsze zło.

„Mniejsze zło" – nienawidziła tego określenia. Szczerze i dogłębnie, jednak nawet ona metodę tak zwanego „mniejszego zła" czasem musiała stosować. Gdyby tylko ludzie raz na jakiś czas zachowywali się jak istoty prawdziwie rozumne, zrzucali kajdany stereotypów i własnych interesów, nie szufladkowali ani nie zmiatali pod dywan, nie byłoby to konieczne. Niestety świat to paskudne miejsce, do którego musiała się przystosować. Dlatego też wydała na zżeraną przez szaleństwo kobietę odroczony w czasie wyrok. Zrobiła to, bo ludzie uważali, że mąż pozwalający się bić żonie, że mężczyzna pozwalający się bić kobiecie jest niegodny, śmieszny, słaby nie wart ani współczucia, ani pomocy. Musiała to zrobić, bo miejscowi mieli psychologię i psychiatrię za nowomodne wymysły, a problemy psychiczne, póki niezrównoważony zachowywał się między nimi względnie normalnie, za nadwrażliwość i urągająca słabość. Tych znów, co nie zachowywali się normalnie traktowali albo jak przerośnięte, godne politowania dzieci, albo wściekłe bestie, które należy w najlepszym wypadku zamknąć, a w najgorszym z miejsca zatłuc.

W każdym razie, nie mając dużego wyboru, udała się do teatru, gdzie rezydowały Dzieci Masek. Niezwykły, dziecięcy gang, swego rodzaju wielka rodzina, a zarazem milicjanci, surowi sędziowie i bezlitośni kaci w tych sprawach, w których wymiar sprawiedliwości miał związane ręce. Komendant starała się ze wszystkich sił, aby takich spraw w ogóle nie było, ale niestety różnie jej to wychodziło. Bywały rzeczy, których nawet ona nie mogła przeskoczyć.

Teatr, dziwny budynek w Lewym Płucu, dzielnicy zajętej głównie przez sprzedawców tkanin, zakłady krawieckie i szewców. Tu i tam rozkładały się stragany, a nawet miniaturowe targowiska, miały swoje postoje powozy, a z małych knajpek z tłustym jedzeniem wylegali na ulicę ludzie pracy. Dzielnica w miarę dobra, ale nieszczególnie bogata, nie taka, w której ktokolwiek spodziewałby się teatru, szczególnie takich rozmiarów. Jednak teatr był – dwupiętrowy, szeroki, otoczony wielkim ogrodem, podobny do pałacu. Rzecz w tym, że na początku, nie miał być to teatr. Pierwej jakiś wielki pan wymarzył sobie tu swą willę, jednak on i jego rodzina zginęli nim ukończono projekt. Później ktoś wykupił działkę, postanawiając przerobić nieukończoną willę na winnicę czy raczej połączenie winnicy z gorzelnią. Biznes kwitł przez kilka lat, ale potem, kiedy mateczka Rosja zapomniała o Kościokamieńcu na dobrych kilkadziesiąt lat i skończył się eksport wysokoprocentowych trunków, produkcja upadła. Miejscowi szybko rozkradli co wartościowszy sprzęt, a sam budynek pozostawał pusty przez długie lata. W końcu, żeby pozbyć się kamiennego „trupa" z centrum miasta, ktoś „mądry" postanowił urządzić tam więzienie. Rzecz w tym, że miasto nie miało aż tylu przestępców by wypełnić nimi ogromny budynek, a ogrzewanie całości i dbanie o nią się nie opłacało. Tak więc kolejny pomysł upadł, tak jak i następny – stworzenie w „willi" szpitala. W końcu zadecydowano zrobić tam teatr i pomysł się mniej-więcej utrzymał. Mniej-więcej, bo teatr działał tylko od święta. Otwierano go wydając wielkie przedstawienia raz na parę miesięcy albo urządzając w nim bale. Wtedy to na scenie sadowiła się orkiestra, a ławy dla publiki – wymyślono, że te będą tańsze od klasycznych siedzisk – znikały na rzecz stołów bankietowych i pysznie poubieranych możnych. Jednak większą część roku teatr stał pusty, a lokalni aktorzy dawali przedstawienia na jarmarkach, czasem w prywatnych rezydencjach. W dodatku, nawet kiedy teatr otwierano, używano niewielką liczbę jego pomieszczeń z całkowitym pominięciem rozległych, „winnicznych" podziemi w późniejszym czasie przerobionych na różnorakie, obecnie zapomniane magazyny. W paru z tych piwnic, będących magazynami czy raczej śmietniskami nadniszczonych masek, starych rekwizytów i przebrań, jakieś dwadzieścia pięć lat temu zagnieździły się zbiegłe z sierocińca dzieci. Niby nic zaskakującego, ale tam, w piwnicznych mrokach stworzyły własną, dziwaczną społeczność. Na zewnątrz teatru pokazywały się jedynie w maskach, co rok, dwa przyjmowały w swe szeregi nowych „braci" i „siostry", a tych, którzy ukończyli piętnaście lat „oddawały miastu", zabierając maskę, przebranie i życząc szerokiej drogi w dorosłości.

Dziwaczna sekta. Sekta złożona z kilkunastu, zamaskowanych dzieciaków w różnym wieku nieraz nie wahających się przed pobiciem, a nawet surowszym potraktowaniem dorosłych. Sekta gnieżdżąca się w ciemnych piwnicach. Normalnie aż dreszcz po plecach przebiegał. W takim razie dlaczego władze miasta je tolerowały? Z dwóch powodów. Po pierwsze „oddani" piętnastolatkowie szybko się asymilowali, znajdowali zawód i dołączali do pełnoprawnych, społecznie pożytecznych obywateli. Nie było wśród nich żadnych awanturników, złodziei, alkoholików, dziwkarzy ani domowych katów. Po drugie, dzieci dbały o teatr. We własnym zakresie naprawiały usterki, które naprawić potrafiły, pielęgnowały rosnące w ogrodzie drzewa i krzewy, szczególnie te owocowe lub dające orzechy, pilnowały by szczury trzymały się z daleka. A to, że raz na jakiś czas któryś złodziej kończył z połamanymi rękoma, gwałciciel bez genitaliów, a domowy kat konający w rynsztoku... Toż to tylko pożytek dla uczciwych obywateli.

Komendant musiała przyznać, że podobały jej się sprawiedliwość i skuteczność dzieciaków. Rzecz w tym, że nie znosiła ich bezwzględności, skrytości „wyroków" i sposobu wymierzania kar. Każdy powinien mieć prawo do obrony albo chociażby skruchy, a każdemu wyrokowi powinien towarzyszyć jawny dla wszystkich proces. Inna rzecz, że uważała, że dzieci w ogóle nie powinno się przyuczać do podobnych okrucieństw.

Damira jak zwykle udała się do teatru po zmroku w cywilnym stroju. Odszukała wśród nagich krzewów dzikiej róży prowadzącą do piwnicy klapę, zastukała w nią dwa razy szybko, cztery razy wolno i znów dwa razy szybko. Rozległ się szczęk odsuwanej zasuwy i w ziejącym czernią przejściu pojawiły się trzy zamaskowane osóbki w wieku – jeżeli sądzić po wzroście – od ośmiu do jedenastu lat. Kot, Lis i Królik. Tak ich właśnie nazywała. Każde z dzieci nosiło inną maskę i to na jej podstawie było identyfikowane w mieście.

- Tak pani komendant? – odezwał się dziewczęcym głosem Lis czy raczej Lisica.

- Źle się dzieje, a ja mam za krótkie ręce – odrzekła swoim zwyczajem, bacznie rozglądając się czy ktoś jej nie obserwuje.

- Słuchamy – zachęcił Kot.

- Przy ulicy Błogosławieństw mieszkają niejacy Hajdukowie: kilkuletni chłopiec, ojciec i matka. Matka jest nie w pełni zdrowa na umyśle, agresywna, bije syna i męża. Sąsiedzi rzecz jasna winią jego za wszelkie awantury, nie ją.

- Rozumiemy. Przyjrzymy się, pomyślimy, naradzimy się i naprawimy – orzekła Lisica przy czym w drugim zdaniu przyłączyli się do niej i jej towarzysze. To był standardowy zwrot, oznajmiający, że „przyjęli sprawę".

Damira przytaknęła, wzdychając głęboko. Miała ogromną nadzieję, że dzieciaki znajdą sposób, żeby załatwić to jakoś polubownie, chociaż, jeżeli miała być szczera, nie wyobrażała sobie takiego rozwiązania. Po prostu nie chciała znaleźć ciała Hajdukowej w jakimś rowie. W końcu to nie wina kobiety, że zachorowała, prawda?

- Niestety czasem tak to w życiu bywa, że wściekłych ludzi, tak jak i wściekłe psy, trzeba zabijać – mruknęła do siebie, wracając ośnieżonymi ulicami do mieszkania.

Pogoda z dnia na dzień stawała się coraz gorsza. Od wczorajszego wieczora padał drobny, ale bardzo gęsty śnieg, niebo okrywały ciemne chmury, a mroźny wiatr chłostał twarze niczym bat. W dodatku ta atmosfera. Damirę nie opuszczało wrażenie, że coś nadciąga, coś groźnego i wrogiego. Zwykle nie wierzyła w przeczucia, jedynie w instynkt, ale tym razem...

Westchnęła. Nie potrafiła tego określić. Była dobra w walce z przeciwnościami, zarówno tymi chodzącymi na dwóch nogach, jak i nieprzyjaznymi splotami zdarzeń, ale tego rodzaju wewnętrzna niepewność... Naprawdę nie wiedziała, co z nią zrobić. Kiedy znów nie wiedziała, co robić to albo próbowała się dowiedzieć zbierając informacje, albo nie robiła nic, żeby nie pogłębić kryzysu. W tej sytuacji niestety pozostawała jej jedynie opcja druga.

Frustrowało ją to.

Do mieszkania wróciła zaniepokojona i poirytowana. Te zwykle stanowiło dla niej nic więcej tylko połączenie legowiska i przechowalni, ale tym razem wchodząc do niego odetchnęła z przyjemnością. Wszystko wokół lśniło czystością, wnętrze było rozkosznie ciepłe, a pościel na łóżku pachniała i szeleściła bo wczoraj odebrała ją z pralni. Opłacało jej się zatrudnić Marka. Chłopak wyczyścił mieszkanie na błysk, a nawet wypolerował podłogi, aż przyjemnie się robiło po wejściu. W dodatku, za niewielką dopłatą, zdecydował się codziennie o szesnastej rozpalać w piecu, aby wróciwszy z pracy miała ciepło i gorącą wodę do kąpieli. Naprawdę dziwiła się, że wcześniej na to nie wpadła.

Dzięki Markowi po raz pierwszy od wielu lat poczuła się w swoim malutkim mieszkaniu prawie jak w prawdziwym domu.

Rozbierając się do kąpieli dostrzegła leżące na stoliku obok łóżka kopertę i niewielką karteczkę, na której ktoś – zapewne Mark – napisał równym, wręcz kaligraficznym pismem „dostarczono to podczas Pani nieobecności".

Kobieta obejrzała kopertę, na której – ku swemu niezadowoleniu – dostrzegła pieczęć magistratu. Z miejsca poirytowana, rozdarła papier, wydobywając list. No tak, mogła się tego spodziewać. Spotkanie rady miasta w sprawie ostatniej „niepokojącej fali kradzieży". Westchnęła ciężko. Kradzieży było więcej, ale nie dużo więcej, a przynajmniej nie na tyle, żeby nazywać zjawisko „falą". Mogła iść o zakład, że to wszystko przez to, że złodzieje tymczasowo przerzucili się na nieco „znamienitszych" obywateli lub ukradli coś ważniejszego. Ewentualnie któryś z możnych miał coś do ukrycia i po kradzieży u sąsiada bał się, że przypadkowy włamywacz odkryje jego sekret. Miejscowa, nieoficjalna gildia złodziei dbała o to, aby nie rabować ponad miarę, co mogłoby zaowocować wojną z policją i praworządnymi mieszkańcami... Oraz możliwym podupadnięciem okolicznych interesów, na których przecież i oni pośrednio zarabiali. W końcu im cięższe kieszenie przeciętnego obywatela, im więcej towarów na półkach, tym lżejszy żywot złodzieja.

Pokręciła głową i westchnęła. Nienawidziła spotkań magistratu. Nienawidziła tych żrących się między sobą, uprawiających tak zwaną politykę, kłamiących i knujących ludków. Niestety, kiedy piastuje się takie stanowisko jak ona, nie można odmówić udziału w podobnych cyrkach. Chociażby po to, żeby występujący w nich zyskali wspólnego wroga i nie rzucili się sobie do gardeł.

***


Magistrat był dość pokracznym budynkiem o nieregularnej bryle. Ciężkim od ostrych i szpiczastych ozdobników oraz robiących wrażenie przesytu i natłoku rzeźbień. Jego główne, dwupiętrowe „ciało" zdawało się czaić przy ziemi podkulając pod siebie łapy zewnętrznych, dziwacznie wygiętych kolumn i osłaniając kopulastym, złożonym z dachówkowych łusek dachu. Z owego dachu wystawały zaś trzy, wysokie wieże. Dwie wąskie, pełniące głównie rolę dekoracyjną i jedna gruba, unosząca się wysoko ponad budynki miejskie, obarczona wielkim zegarem o nietypowym kształcie. Kształcie obróconego o dziewięćdziesiąt stopni oka czy jak twierdzili niektórzy mężczyźni – kiedy wystarczająco dużo popili – kobiecej szparki. Jednak dla większości mieszkańców to było oko. Wielkie, krwawe ślepie czujnie obserwujące, co się dzieje i w mieście, i poza nim, jak tylko daleko jego wzrok sięgał. Nic więc dziwnego w tym, że ludzie, a szczególnie dzieci, upatrywała się w sylwetce pokracznego budynku tajemniczego, przedwiecznego stwora, który kroczył po Ziemi nim człowiek był w ogóle w planach. Powstało też, a właściwie to nadal powstawało, o magistracie wiele dziwacznych legend i historii, co roku uaktualnianych przez nastoletnie pokolenie by straszyć młodszych kolegów. Te najpopularniejsze wiązały się z jego podziemiami, ponoć rozległymi i ciągnącymi się pod całym miastem. Wedle najczęściej powtarzanej opowiastki, owe podziemia to trzewia krwiożerczego potwora, którego magistrat jest wizerunkiem. Podobno założyciele miasta zawarli z monstrum układ, że te pomoże zbudować im miasto i utrzymać w nim władzę, jeżeli będą je karmić i od tej pory co roku rada miasta składa w ratuszu krwawe ofiary składające się – a jakżeby inaczej – z niegrzecznych, wścibskich i donoszących dzieci. Były oczywiście i inne historyjki cieszące się popularnością. Że w tych podziemiach są zamknięte tajemnicze monstra, które wydarły się z trzewi Ziemi i teraz tylko czekają, aby rozbić powstrzymujące je magiczne pieczęci, wylać na ulice miasta i rozpocząć krwawą rzeź. Że tajemnicze tunele i korytarze zamieszkuje rasa nadludzi, którzy kierują wszystkim, co się dzieje w mieście i na świecie oraz są w stanie myślami kontrolować rzeczywistość i umysły innych ludzi. Nie sposób zliczyć ich wszystkich.

Damira sama swego czasu słuchała tych legend, zmyślała je i opowiadała, jednak gdy dorosła pokraczny, ale i tajemniczy oraz ekscytujący budynek stał się dla niej jedynie miejscem obowiązkowych kaźni oraz pałacem głupoty. Czy miał rozległe podziemia? Oczywiście, chociaż nie takie, jak obrazowały to dzieciaki. W końcu w magistracie było kiedyś też więzienie, a skoro więzienie to i spore lochy. Czy rada miasta składała tu krwawe ofiary? Nie, a trochę szkoda, bo może, gdyby to robiła, dałoby się tych zidiociałych chciwców pozamykać.

Jedno dobre, że ratusz, prócz rozległych podziemi, miał też doskonały system ogrzewania, zmodernizowany parę lat wstecz. Dzięki temu Damira i jej zastępca, Ignacy Pasternak, mogli nieco odsapnąć, gdy stanęli w ciepłym, jasnym wnętrzu. Pogoda na zewnątrz nadal była paskudna – już trzeci dzień prószył drobny śnieg, lodowaty wiatr hulał w najlepsze, a mróz ani odrobinę nie odpuszczał. Całe miasto zdawało się mieć dość okropnej aury. Nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, zarówno te hodowlane jak i dzikie. Wróble kuliły się do siebie na poddaszach i parapetach, ponure wrony i kruki nawet nie skrzeczały, a biedne, bezdomne kociska wciskały się w każdą, oferującą osłonę szparę. Nawet hodowane do polowań na chomiki lisy stepowe i miejscowe, odporne na mrozy kozy odmawiały wychodzenia na ponury i mroźny świat. Kobieta nie dziwiła się im. Gdyby mogła, sama nie wściubiałaby nosa z cieplutkiego posterunku.

- Mogę płaszcze, madame? – rozległ się obok niej ochrypły głos.

Wewnętrznie wzdrygając się, spojrzała na garbusa o niegdyś pociętej twarzy i właściciela jednego z najbardziej upiornych uśmiechów, tutejszego szatniarza i woźnego w jednym. Naprawdę aż dziw brał, że miał na imię Olaf, nie Igor. Gdy człowiek widział kogoś takiego, jakoś odruchowo spodziewał się Igora. Igora, trzasku błyskawic i szaleńczego śmiechu gdzieś-tam we tle. Jednak Olaf nie przejawiał żadnego zainteresowania dziwnymi eksperymentami ani wysokim napięciem. Prowadził dość spokojne i proste życie w niedużym mieszkanku na tyłach magistratu wraz z swą całkiem ładną żoną i prześliczną córką.

Dziękując krótko, podała mu płaszcz zarówno swój, jak i zwyczajowo milczącego Pasternaka, rozglądając się uważnie wokół. Zwykle wzburzenie wśród rady, znajdowało swoje odbicie wśród pracowników magistratu... Przynajmniej wtedy, kiedy było to coś poważnego. Nie jest w końcu tajemnicą, że wścibska sprzątaczka wie wszystko przed wszystkimi i często dzieli się swoją wiedzą. Jednak tym razem wyglądało na to, że sprawy przebiegają tak jak powinny. Panie za szklanymi okienkami przeglądały dokumenty, wysuszona kobiecina wycierała posadzkę z gładzonego kamienienia, a petenci i urzędnicy biegali za swoimi sprawami. Dzień jak co dzień, nie licząc lekkiej irytacji wywołanej tym, że „znowu tyle luda nam się tu na głowę zwaliło". Szczególnie nieprzychylnie na zebranie patrzyła pani sprzątająca, usiłując gniewnym spojrzeniem poddać dezintegracji ich zostawiające brudne ślady buty.

Damira uśmiechnęła się pod nosem. Nie jest dużą tajemnicą, że wszyscy urzędnicy niższego i średniego stopnia skrycie uważają ważniaków z samego szczytu za całkowicie zbędnych, a ich pomysły za kompletne fanaberie.

- Ignacy, gdzie to mamy te zebranie? – spytała swego towarzysza. – Jak zwykle Sala Wzniesień?

- Nie inaczej – mruknął Pasternak, co stanowiło u niego przejaw niezwykłej elokwencji.

Komendant westchnęła. Nie raz ani nie dwa zastanawiała się, jak to możliwe, że ten człowiek, zwykle wypowiadający nie więcej niż dziesięć niedługich zdań w ciągu dnia, jest tak dobrym gliną. W końcu ludzie nie ufali milczkom. Do tego takim, którzy wglądają cały czas jak myślące o czymś paskudnym, nadziane ironią lizaki. Bo tak też Pasternak wyglądał. Duża, okrągła twarz i nieproporcjonalnie chude w stosunku do niej, wręcz patykowate ciało czyniły z niego ludka rodem z dziecięcych rysunków. Sytuacji nie poprawiały ani przylizane, ciemne włosy, ani wypielęgnowany, wypomadowany i pozakręcany wąsik godny angielskiego gentelmana. Tym bardziej nie wykrzywione w wiecznie sarkastycznym wyrazie, wąskie wargi i zapadnięte, jakby leniwe oczy o ciężkich powiekach, nadające mu aparycji kogoś, kto wie o człowieku znacznie więcej niż ten by chciał i tylko czeka na jego kłamstwo, aby powiedzieć ironiczne „tak, oczywiście"... Chociaż z drugiej strony, może właśnie to czyniło go takim świetnym gliną – ludzie robili się przy nim nerwowi i często mówili za dużo.

Jednak większą zagadką niźli źródło zawodowych sukcesów Pasternaka, był umysł szaleńca, który swego czasu zaprojektował magistrat. To, że z zewnątrz budynek, który powinien stanowić wizytówkę miasta, wygląda jak plugawe monstrum spod dna oceanu, można spróbować wybaczyć. Tym bardziej, że słowo brzydota ustępowało tu na rzecz okraszonej fascynacją dziwności. Jednak wnętrze, nadające się jedynie do umieszczenia pod etykietą „barok dla ubogich i szalonych", wołało o pomstę do nieba. Wszystkie ściany wyłożono szerokimi, drewnianymi i bardzo zdobnymi panelami, które później pokryto misternymi rzeźbieniami, rytami i malunkami. Mało tego, każdy sufit zdobił pełen skrzydlatych, bardzo pulchnych dzieciaczków fresk. Z tym, że mieszkańcom Kościokamieńca było nie podłodze z jakąkolwiek klasyczną religią, toteż „cherubinki" tak naprawdę przedstawiały rozmaite elfy, demony, strzygi upiory oraz inne mitologiczne i fantastyczne stwory. Do tego połyskujące posadzki z gładzonych kamieni na każdym piętrze. Komendant musiała przyznać, że wszystko z osobna wyglądało bardzo ładnie i ciekawie, ale razem... Człek nie wiedział na czym ma skupić wzrok, a zbyt gwałtowny obrót groził zawrotami głowy. Najgorsza była zaś Sala Wzniesień, stanowiąca mokry sen każdego, kto miałby ochotę na odrobinę świętej inkwizycji.

Siadając na swoim miejscu nie wiedziała, co w wystroju sali jest najgorsze. Dziwne, oniryczne, pełne chaosu i upiornych stworów obrazy w ciężkich, złoconych ramach? Zdające składać się z macek, szponów, pajęczych odnóży, piór i ślepi krzesła? Upiorna płaskorzeźba przedstawiająca stwora o ciele pokrytym tysiącami twarzy złożonych z dziesiątków kolejnych twarzy na środku okrągłego, przypominającego wielki, okultystyczny medalion stołu? A może fresk? Hm... Tak, fresk chyba wygrywał w konkursie na największe okropieństwo.

Malarz, który postanowił go popełnić, zapewne miał w głowie obraz Jeana Cousina „Sąd Ostateczny" – ojciec Damiry swego czasu posiadał jego reprodukcję – oraz cierpiał na wyjątkowo ostry przypadek delirium. Centrum, gdzie powinien znajdować się niebiański sędzia, wraz ze swoim orszakiem zajmowała z grubsza ludzka postać o ośmiu parach rąk, dwóch parach „pierzastych" skrzydeł, które tak naprawdę składały się z setek tysięcy muszych skrzydełek i obliczu pokrytym w całości patrzącymi w różne strony oczami. Otaczały go rozmaite, skrzydlate upiory, demony i stwory rodem z najgłębszych koszmarów. Niektóre wyglądały jakby tańczyły, inne wznosiły donośne pieśni, a jeszcze inne dęły w poskręcane, kościane rogi. Obrzeża fresku znów przestawiały pogrążające się w ciemnościach ruiny fantasmagorycznych miast, z których ku wielookiej bestii unosiły się sylwetki demonicznych ludzi ściąganych jakąś bliżej nieokreślona siłą do upiornego orszaku. Najgorsze jednak było to, że tło obrazu nie stanowiło niebo czy raczej nie dzienne niebo. Zamiast chmur czy gromów, artysta namalował przeraźliwie realistyczną, bulgocącą w trzewiach pierwotnego chaosu, kosmiczną otchłań, pełną zimnych gwiazd, galaktycznych obłoków i ziejących czernią czeluści. Otchłań sprawiającą wrażenie, jakby miała lada chwila wciągnąć człowieka gdzieś-tam, poza znaną rzeczywistość, poza wszystko co dobre i jasne, prosto w paszczę wypranych z wyższych emocji instynktów i nie znającej litości logiki.

Wzdrygając się Damira z trudem oderwała wzrok od malunku i rozejrzała się po powoli zajmujących swe miejsca radnych – kolejnej okropności czającej się w Sali Wzniesień. No, przynajmniej w większości, bo do niektórych radnych żywiła szacunek, a czasem nawet sympatię. Byli nimi tak zwani Kluczowi, czyli osoby zajmujące w mieście najważniejsze, chociaż niekoniecznie najlepiej opłacane stanowiska. Dyrektor poczty, dyrektorka szkoły, naczelny lekarz – doktor Hryciuk, dyrektor przedsiębiorstwa wodno-gazowo-kanalizacyjnego, mający jeden głos przedstawiciele prawa czyli ona sama i Pasternak oraz miejski aprowizator*. Kluczowi byli w porządku, mimo ich czasem niełatwych charakterów. To reszta stanowiła problem. Reszta składająca się z dwunastu osób. Czworga głów wielkich rodów, mających jednocześnie ogromne wpływy w mieście – jeżeli chodzi o opinię Damiry stanowczo zbyt duże – czworga ważniejszych kupców oraz czworga wybranych spośród tak zwanego mieszczaństwa. System mniej-więcej się sprawdzał. Mająca sprzeczne interesy i żywiąca wobec siebie nienawiść Miejska Dwunastka nieustannie patrzyła sobie na ręce, a Kluczowi zwykle starali się, aby ich decyzje nie zaburzały funkcjonowania miasta. No i byli też sędziowie, trójka konkretnie – jeden wywodzący się z warstwy możnych, ale nie należący do żadnego wielkiego rodu, drugi z pomniejszych kupców, trzeci z pospólstwa – niższej klasy średniej lub biedoty. Zwykle pełnili rolę obserwatorów i rzadko zabierali głos, chyba, że była to sprawa na przysłowiowym ostrzu noża. A kiedy nawet oni nie mogli ustabilizować sytuacji zaistniałej wśród radnych, wzywano arbitra, tak zwanego Wiejskiego – przedstawiciela położonych za miastem licznych gospodarstw – aby ten rozstrzygnął sprawę. Oczywiście nic nie było do końca takie proste. W grę wchodziły wota nieufności, rozmaite, dziwaczne procedury i tak dalej. Jednym słowem polityka i biurokracja. Jednego i drugiego Damira szczerze nie znosiła.

Doktor Hryciuk, mający podobny stosunek do zebrań rady jak ona, nerwowo zerknął na swój kieszonkowy zegarek i westchnął ciężko.

- Do rzeczy – burknął, kiedy wszyscy już się rozsiedli. – Mam pacjentów do przyjęcia.

- Z tego, co mi wiadomo, wasz nowy podopieczny nad podziw skutecznie was zastępuje – rozległ się jadowity głos Władimira Ranta, jednego z tutejszych kupców. Człeka dziwnego, bo dość uczciwego i sprawiedliwego, ale pielęgnującego wewnątrz serca wszelkie urazy. – Podobno to bardzo zdolny chłopak. Może wkrótce was zastąpi i nie będziecie już nam potrzebni?

Hryciuk zachichotał. Miał ten uśmiech. Jak to Władka nazwała? Uśmiech kogoś, kto zna puentę żartu, z którego inni nie zdają sobie sprawy? Chyba tak.

- Czyżby doktor wielce szanowny Hryciuk uważał, że jest niezastąpiony? – zapytał Rant, spoglądając na lekarza z nieskrywaną wzgardą.

- Taki stary pierdziel jak ja? Pan raczy żartować. – Hryciuk ponownie zachichotał. – Oczywiście, że jestem do zastąpienia, aczkolwiek mój młody przyjaciel nie jest lekarzem i, jak sam to podkreśla, nigdy nim nie będzie. I bardzo dobrze, bo przyda się wreszcie ktoś, kto uzupełni klasyczne metody leczenia. Niestety tym szarlatanom z lasu średnio to wychodzi. Cała ta Białolica...

Tu doktor westchnął głęboko i wymownie, a twarz Ranta wykrzywił koślawy grymas, świadczący, że podziela jego zdanie co do wspomnianej kobiety. Inni, no cóż, tu sprawa wyglądała różnie. Kluczowi i siedzący pod ścianą w swej loży sędziowie zdawali się mieć niepochlebną opinię o Białolicej – ulubionej uczennicy miejscowego szamana, którą ten przedstawiał niemal jak świętą – ale Dwunastka wydawała się w tej kwestii mocno podzielona. Komendant nie dziwiło to. Zarówno Szaman jak i Białolica byli doskonałymi manipulantami uprawiającymi politykę równie skutecznie co herezje.

Co spotkanie rady sędziowie wyznaczali jednego spośród siebie, żeby przedstawił temat spotkania i pilnował porządku obrad – za każdym razem kogoś innego. Tym razem tym kimś był Grzegorz Stenka, przedstawiciel biedoty, dumny, chociaż skromnie odziany starzec o szerokich ramionach i męskiej, ozdobionej równo przyciętą brodą twarzy. Ze swymi siwymi włosami i haczykowatym nosem przypominał orła, kiedy nagle wyrósł ponad swoich kolegów: Katarzynę Pałkę z warstwy kupieckiej – wątłą właścicielkę mysich włosów i wodnistych oczu, którą można opisać tylko jako pozbawioną wyrazu – i Pekka Jokela z warstwy możnych – przypominającego złośliwego goblina, karłowatego posiadacza przerośniętych kłów, odstających uszu oraz sieci niezliczonych zmarszczek.

Jokel był chyba jedynym znanym Damirze człowiekiem pasującym wyglądem do wystroju sali Wzniesień... I jednym z nielicznych możnych, których znosiła, głównie dlatego, że niczego nie udawał. Miał wygląd wrednego, chciwego goblina, usposobienie wrednego, chciwego goblina i nazywał samego siebie wrednym, chciwym goblinem.

- Spotkaliśmy się w sprawie ostatnich, niezwykle śmiałych, wręcz bezczelnych kradzieży, wskazujących na gwałtowny wzrost przestępczości oraz brak lęku przed wymiarem prawa. Wszystkie miały miejsce w ciągu dnia oraz wielu naocznych świadków. Skradziono między innymi roślinę w kamiennej donicy, ręcznie rzeźbionej w kwieciste wzory zgodnie ze starocarskim zdobnictwem pannie Beatrycze Belrose...

Jedna z dwunastki, młodziutka przedstawicielka kupców, wstała, posyłając Damirze znaczące spojrzenie.

- ...Niedużą, skórzaną lalkę pana Pawła Arslana...

Tu z kolei powstał przedstawiciel tak zwanego pospólstwa, aczkolwiek Damira nie widziała w tym człowieku nic pospolitego. Za jego płaską, nieciekawą twarzą czaił się drapieżny umysł cierpliwego pająka. Pająka, który wiedział, gdzie rozstawić sieć, by mieć pod dostatkiem pożywienia, osłonę i móc wszystkim wokół dyrygować. Tak, nie należał do możnych, ale z drugiej strony nigdy niczego mu nie brakowało. W dodatku wiedział za jaką nić szarpnąć, żeby wywołać ciąg będących mu na rękę reakcji. Przynajmniej do tej pory. Teraz sprawiał wrażenie zagniewanego i... Przestraszonego?

Stenka kontynuował. Szczęśliwie pozostałe przedmioty nie należały do nikogo z rady, aczkolwiek ich charakter... No cóż, komendant mogła je wszystkie określić tylko jako „pierdoły". Ołowiana szkatuła, kościana tabakiera, drewniane pudełko w kształcie maleńkiej trumny, nieduże, kamionkowe naczynie, ceramiczny słój, puszka na kawę. Nic cennego, nic o co można by robić awanturę, nic co uzasadniałoby spotkanie rady. W dodatku nie należały tylko do możnych czy wielkich rodów, którzy lubili być problematyczni, ale ludzi z różnych klas społecznych.

Nic z tego nie rozumiała, ale wiedziała jedno – coś tu śmierdzi. Musiała przyjrzeć się właścicielom tych przedmiotów, popatrzeć im na ręce, rozpuścić wici.

Oj Władka będzie miała niemało roboty. Może trzeba będzie zagadnąć też Krzywego, skoro Hans i Greta są zajęci?

- Może nam pani wyjaśnić ten gwałtowny wzrost przestępczości? – rozległ się niemrawy, jakby zakurzony głos siedzącego w cieniu Igora Bregova, jednego z przedstawicieli wielkich rodów. Zmęczone spojrzenie brązowych oczu spoczęło na niej. – No, może nie wzrost przestępczości... Kradzież ośmiu przedmiotów na przestrzeni kilku dni to żadna fala zbrodni, ale bezczelność złodzieja bądź złodziei jest tu zastanawiająca. Zupełnie jakby nie bał się schwytania.

- Bardziej zastanawiają mnie trzy inne rzeczy – Damira wyprostowała się na krześle obrzucając radę wyniosłym spojrzeniem. – Pierwsza: dlaczego te kradzieże nie zostały zgłoszone?! Jak mamy pracować, skoro nie zgłasza nam się przestępstw? Jak mamy ukrócić złodziejską bezczelność, skoro nie mamy podstaw do ścigania złodziei? Wybaczcie państwo, ale to jest wręcz śmieszne. Druga: czemu sprawa jest omawiana na forum rady miasta, zamiast jak zwykle, na małej obradzie sędziowskiej? Po trzecie, co było w pojemnikach i co to była za roślina?

- Słucham? – Bregov uniósł brwi.

- Prawie wszystkie skradzione przedmioty to pojemniki, do tego, sądząc po ich opisie, niezbyt cenne. Zatem skoro zostały skradzione muszą mieć cenną zawartość. Podobnie z rośliną. Opisano tylko donicę, a nie roślinę, która pewnie była powodem kradzieży. Gdyby nie chodziło o roślinę, złodziej wyrzuciłby ją wraz z ziemią, żeby nie musieć tyle dźwigać.

- To rodzinna pamiątka! – prychnęła ze swego miejsca Belrose. – Nie wiem co to za roślina, ale matula mi ją przekazała, była dla niej prawie jak dziecko i dla mnie też jest. Dlatego chcę ją odzyskać!

- Och i zapewne złodziej ją skradł dla wartości sentymentalnej, tak jak i resztę przedmiotów! – Damira spiorunowała ją wzrokiem, aż ta zająknęła się. Komendant nienawidziła, kiedy ktoś usiłował ją nabić w butelkę. Tym bardziej, kiedy robił to nieumiejętnie, traktując jak kretynkę. – Przykro mi, ale podobne wyjaśnienie byłoby możliwe tylko, gdyby złodziej czy też działający w zmowie złodzieje skontaktowali się z państwem w sprawie „okupu" za skradzione przedmioty. Czy taki kontakt nastąpił?

Belrose spojrzała na Arslana nieco zmieszana, jednak ten jakby nie widział jej spojrzenia. Markotny wbijał wzrok w stół, a jego oblicze nie zdradzało żadnych emocji. W przeciwieństwie do zagniewanego oblicza Damiry, w której głowie tłoczyły się i prześcigały dziesiątki myśli oraz domniemań.

Z miejsca stało się dla niej zrozumiałe, że całe to spotkanie jest farsą. Farsą mająca poszczuć ją na złodziei czy też złodzieja, a w razie niepowodzenia poszczuć na nią tak zwana opinię publiczną. „Oto Damira Murza zwana Krwawą Waderą, zgubiła swój trop i nie wykonała zadania zleconego przez radę miasta. Czy ktoś taki nadaje się na komendanta? Czy naprawdę podobne stanowisko powinno powierzać się kobiecie?" Krew w niej wrzała, kiedy o tym myślała. Mowy nie ma, żeby tak łatwo wpadła w sidła, co to, to nie. Dlatego podniosła głos, żeby już na wstępie urobić opinię publiczną pod siebie – tutejsi sprzątacze, niscy urzędnicy i tym podobni mieli wyjątkowo wrażliwy słuch i mogła iść o zakład, że teraz co najmniej jedna osoba podsłuchuje pod drzwiami. Ktoś chętny do podzielenia się zasłyszanymi nowinami z kolegami i koleżankami przy kubku herbaty bądź czegoś mocniejszego.

Inna rzecz, że te kradzieże cuchnęły. Cuchnęły na kilometr. Nie zgłoszono ich, nikt nie kwapił się, żeby wyjawić jej co zawierają pojemniki, a do tego te roślina i laleczka... Dwa przedmioty wyłamujące się ze schematu. Jedyne dwa przedmioty, które mogłyby same w sobie przedstawiać jakąkolwiek wartość... Z tym, że Belrose już się zdradziła, że jej zielsko to nic ciekawego. Chociaż, na dobrą sprawę obie rzeczy na upartego mogłyby być pojemnikami. W lalce można coś zaszyć, wypełnić jej wnętrze wieloma różnymi substancjami. Podobnie donicę. Potem na wierzch coś izolującego, trochę ziemi, jakaś roślina dla niepoznaki. Tylko co mogło być w środku? Na pewno nie żaden narkotyk, utraty takowego nikt nie zgłaszałby. Diamenty? Nie to głupie, przecież po odzyskaniu przedmiotów, jej ludzie sprawdziliby je i donieśli o wszelkich nieprawidłowościach. Jeżeli istotnie coś zawierały, musiało to być coś z pozoru błahego bądź nieidentyfikowalnego, a tak naprawdę... A tak naprawdę, to nie miała pojęcia. Podobnie jak nie potrafiła dojść, co łączy osiem pozornie nie mających nic wspólnego ze sobą osób. No Belrose i Arslana łączyło miejsce w radzie, ale reszta? Toż to abstrakcja.

Ech, i pomyśleć, że ledwie parę tygodni temu jedynymi zmartwieniami Damiry były dwójka obcych i Wicia.

- Pytania komendant Murzy są w pełni uzasadnione – głos Stenki na chwilę zaburzył jej rozmyślania. – W przeciwieństwie do niezgłoszenia kradzieży. Zgodnie z naszym prawem przestępstwo kradzieży, tak jak i zniszczenie mienia prywatnego, jeżeli nie zostanie zgłoszone, nie może być ścigane. Przypominam, że przestępstwami ściganymi z urzędu są jedynie gwałty, zagrażające zdrowiu pobicia, zabójstwa, morderstwa, podpalenia, czyny o mianach zamachu społecznego oraz zakłócanie porządku społecznego.

- Tak, zgadzam się z panią komendant i sędzią – Bregov przeciągnął spojrzeniem po zebranych. – Nie rozumiem, czemu marnuje się nasz czas, skoro nikt nawet nie zgłosił przestępstwa. Przecież to śmieszne.

Damira drgnęła. Nie spodziewała się wsparcia z tej strony. Ród Bregovów był jednym z najstarszych i najdłużej utrzymujących władzę. Zwykle wykorzystywali każdą okazję, żeby zamanifestować swe niezadowolenie z jej poczynań i co rusz usiłowali wprowadzić do milicji kogoś ze swoich. No cóż, najwyraźniej nawet Bregova zastanowiły te kradzieże i to na tyle, aby na rzecz tej ciekawości zrezygnować z wbicia jej przysłowiowej szpili. Coś się działo i nie wiedział co, a jeżeli chciał utrzymać władzę w rękach rodu, zarówno on jak i jego następcy musieli mieć baczenie na wszystko, co ma miejsce w mieście. Szczególnie rzeczy tak podejrzane.

- To nie sam fakt kradzieży nas zaniepokoił, ale bezczelny, niemal beztroski sposób ich popełnienia – odezwał się powoli Arslan. – Dlatego powołaliśmy zebranie rady. Bo zachowanie złodziei wskazywało na to, że obecność w mieście jakiejkolwiek władzy porządkowej i jakiegokolwiek prawa nie robi na nich większego wrażenia. Zresztą to, że informacje o zdarzeniu czy raczej zdarzeniach dotarły do uszu naszej pani Komendant dopiero teraz, mówi samo za siebie.

- Wiem o nich już od paru dni – Damira uśmiechnęła się pod nosem. Tak, Władzia i paru innych obserwatorów-słuchaczy doniosło jej o wszystkim. Zresztą nie tyko o tym, sama musiała przyznać, że ostatnio kradzieży jest więcej niż zwykle, jednak te omawiane teraz nie miały związku z resztą. Mało tego. O ile przyczyna, dla której skradziono osiem „pierdółek", o które robiono całe to zamieszanie, nie była jej znana, podobnie tak jak i sprawca tychże kradzieży, to doskonale wiedziała kogo winić za wszystkie pozostałe. – Nie wiedziałam, co dokładnie ukradziono i komu, ale sam fakt odnotowaliśmy. Mamy dobry wywiad. Z tego, co mi wiadomo WSZYSTKICH tych przestępstw dokonała osoba szczupła, ale o dobrej muskulaturze, mierząca nieco ponad metr siedemdziesiąt. Zatem prawdopodobnie złodziej był jeden. Jednakowoż bez zgłoszenia kradzieży moje ręce pozostawały i nadal pozostają związane. Teoretycznie mogłabym prewencyjnie zwiększyć ilość i częstość patroli, jednakże na to mam za mało ludzi, a decyzją magistratu czyli państwa, zatrudniać kolejnych na razie nie będziemy. Natomiast, co do samej bezczelności... Jeden bezczelny typ zawsze się znajdzie. Beztroski, uważający się za nieuchwytnego, nie do wytropienia. Przyznaję, sama chcę utrzeć temu komuś nos za błaznowanie, jednakże, bez oficjalnego zgłoszenia nic nie mogę. NIC. Mało tego. Ze względu na to, że zgłoszenia nie dotarły do nas ZARAZ po zajściach, trop ostygł, zatem trudniej będzie odnaleźć zarówno przedmioty jak i sprawcę. Zaniechanie zwrócenia się ze sprawą do milicji jest doprawdy nieodpowiedzialne. Swoją drogą, to dziwne, że ŻADNA z okradzionych osób o niczym nie pisnęła słówkiem. Sposób popełnienia kradzieży, niezgłoszenie ich, niska wartość łupów, fakt, że większość z nich to pojemniki... Bardzo dużo wspólnych mianowników. Czyżby były jeszcze jakieś, o których powinnam wiedzieć?

Arslan i Belrose milczeli, a wśród reszty radnych rozbrzmiały szepty. Nikomu z zebranych nie podobało się to wszystko. Właściwie to dziwne, że w ogóle powołano radę w tej sprawie – teraz prócz milicji własne dochodzenia rozpocznie pozostała dziesiątka ze Dwunastki. Komendant rozumiała, że chciano dać jej do zrozumienia, że te dziwne kradzieże są ważniejsze od reszty dziejących się w mieście przestępstw, ale żeby tak wystawiać się na celownik? Mało tego, teraz wystawiać się, a wcześniej przez tydzień zwlekać ze zgłoszeniem wszystkiego...

Hm... Zapewne poszkodowani czy też spiskowcy, jak zaczynała o nich myśleć, wcześniej próbowali zdziałać coś na własną rękę, oczywiście nieskutecznie i dlatego teraz panikowali. Naciskali na nią, mając gdzieś, że reszta to widzi.

Szlag by to, co to za gierki?

- Wybaczą państwo, ale mam pełen grafik i naprawdę chciałabym wiedzieć na jakiej podstawie zwołano radę, zajmując czas nam wszystkim – syknęła wyraźnie poirytowana Katarzyna Car, korpulentna, szpakowata matrona w zapiętej na ostatni guzik bluzce z karczkiem.

Wyglądająca na wyjętą z minionej epoki kobieta o księżycowej twarzy i ściągniętych w sztywny kok włosach była przedstawicielką wielkich rodów. Jej rodzina nie miała dużego majątku, ale kontrolowała przemysł farmaceutyczny i w sporej mierze chemiczny, sadowiąc się na strategicznej pozycji. Sama Car wyrobiła sobie opinię przykrej w obyciu i niby inteligentnej, ale o topornym sposobie myślenia. Damira z ową opinią się nie zgadzała. Wiedziała, że Morfinowa Caryca to chytra, udająca tępotę wiedźma. W końcu od lat próbowała złapać ją za tłusty tyłek i wraz z resztą klanu wsadzić za kratki – wiedziała, że Carowie produkują nielegalne substancje i handlują nimi oraz mają gdzieś w mieście palarnię opium. W każdym razie, chociaż słowa Car reszcie zapewne wydały się głupie – pozostali wyraźnie mieli nadzieję coś wycisnąć z Belrose i Arslana – w opinii komendant tylko dowodziły jej sprytu. Kobieta wyczuła, że więcej się nie dowie od „poszkodowanych", co najwyżej zaalarmuje ich swoimi dociekaniami. Teraz, dzięki ucięciu tematu, czy raczej dążeniu do ucięcia tematu, mogła liczyć, że najmniej będą się strzec właśnie jej... A ona tymczasem złapie ich za tyłek.

- Pięćdziesięcioro zaniepokojonych obywateli złożyło odpowiedni wniosek – odparł nieco znużonym tonem Stenka. – Wedle wniosku chciano zwrócić uwagę wymiaru prawa na rozpasanie złodziei i całkowitym brakiem lęku...

- To zwrócono! – prychnęła Katarzyna, przerywając sędziemu, czego efektem było jego ostre, wręcz lodowate spojrzenie. – Kosztem czasu nas wszystkich. Teraz niech tylko zgłoszą kradzieże komendant, a ona chyba będzie wiedziała, jak się tym wszystkim, zająć, prawda? W końcu od dziesięciu lat mamy tu najmniej przestępstw w naszej historii, prawda? Kończcie to przestawienie, bo spieszy mi się.

Damira z trudem stłumiła uśmiech. Kiedy Car chciała, naprawdę potrafiła grać toporną. Swoją drogą zawsze ją to dziwiło – odkąd tyko objęła stanowisko, usiłowała przymknąć Katarzynę wraz z jej całą familią, a ci mimo tego zawsze wspierali ją. Czasem miała nawet ochotę spytać Car o to wprost, jednak pokrętna duma zawodowa nie pozwalała jej na to.

- Trochę dużo zamieszania, jak na taką drobnostkę – burknął Piotr Ubijev, przedstawiciel mieszczaństwa, garbiąc się na swoim krześle. Przez wiecznie pochylone ramiona, ponurą naturę oraz haczykowaty nos przylgnęło do niego przezwisko Sęp, które traktował jak swoje drugie imię. Plotka głosiła, że planuje otworzyć zakład pogrzebowy, bo biznes pasował do niego. – Wyjątkowo troskliwi mieszkańcy się trafili. Ale tak, skoro już niczego więcej się nie dowiemy, dobrze byłoby kończyć.

Rozległy się pomruki zgody. Jedne niechętne, inne niecierpliwe, świadczące o tym, że co poniektórym się śpieszy. Damira odchyliła się w krześle. Jeszcze góra dwadzieścia minut i spotkanie zostanie rozwiązane, i to bez żadnych postanowień końcowych, bo nikt nikogo na dobrą sprawę nie mógł zmusić, żeby zgłoszono jej kradzież. Mimo tego wiedziała, że zgłoszenia się pojawią. Instynktownie czuła, że właścicielom bardzo zależy na odzyskaniu skradzionych przedmiotów. Do niej należało ich odszukanie i odpowiedzenie na jedno, bardzo ważne pytanie: czemu?

***


Spotkanie rady miasta nie było nazbyt długie, ale zaplanowane w środku dnia zburzyło rutynę Damiry i zabrało czas, który mogła poświęcić na jakiekolwiek aktywne zawodowo działania. Nie odbyła zwyczajowego parolu, nie zagadała Krzywego, ani nie pogroziła palcem przypuszczalnemu sprawcy co poniektórych „niezwiązanych" kradzieży. Zamiast tego krążyła jak ścierwojad nad truchłem wokół Juszczenki i Kraseva, którzy przyjmowali zgłoszenia. Zgłoszenia kradzieży, tych „związanych", bo rzecz jasna niedługo po zakończeniu spotkania rady ci zaczęli pukać do drzwi komendy. Niestety nie zauważyła niczego znaczącego – że wszyscy poszkodowani byli zdenerwowani i najwyraźniej znali się nawzajem, przewidziała. Nie miała najmniejszego punktu oparcia do żadnych bardziej skonkretyzowanych i dalekosiężnych domniemań. To znów budziło w niej frustrację. Wróciła do domu w naprawdę podłym nastroju, który nazajutrz tylko się pogorszył – większość jej działań, a właściwie działań całego miasta, na trzy dni sparaliżowała potworna śnieżyca, stanowiąca punkt kulminacyjny trwających od ponad tygodnia niepogod. Huraganowy, mroźny wiatr, ogromne ilości śniegu i błyskawice przez blisko dwadzieścia godzin. Wszystko, co żywe, starało się nie wyściubiać nosa ze swych kryjówek. Przemysł się zatrzymał, szkoła odwołała zajęcia, wszystko zastygło. A potem, kiedy śnieżne piekło ustało, a ciężkie chmury rozstąpiły się, przepuszczają jaskrawe promienie słońca, nadszedł czas wielkich porządków. Sprzątania zniszczeń, odśnieżania przypominających zaspy dróg, pozbywania się trucheł nieszczęsnych zwierząt, które nie przetrwały zawieruchy. Milicja tymczasowo chwyciła za łopaty, aby wraz z pracownikami miejskimi udrożnić arterie Kościokamieńca. Pomagali im strażacy oraz liczni ochotnicy. Wśród nich pewnie byli i złodzieje, ale tak to już jest w miastach-wyspach, że w obliczu kataklizmu nawet i najgorsi z najgorszych niejednokrotnie zakasują rękawy i pomagają w imię wspólnego dobra. Wspólnego, znaczy również ich własnego.

Czwartego dnia, kiedy wreszcie komenda zaczęła normalnie funkcjonować, na Damirę spadł ogrom obowiązków, jak zawsze po przymusowym przestoju. Musiała przydzielić ludzi do spraw, wydać różnorakie rozporządzenia, uporać się z toną papierów. Brała też udział w przesłuchaniach świadków „ośmiu bezczelnych kradzieży". Niestety te nie wniosły niczego nowego, za wyjątkiem tego co wiedziała, jedynie potwierdziły, że sprawca kradzieży wydawał się pozbawiony lęku przed karą Raz wyskoczył z zaułka, przewrócił ofiarę, wyrwał jej zza pazuchy tabakierę i uciekł w labirynt wąskich uliczek między kamienicami. Innym razem bezczelnie wskoczył przez okno do mieszkania, pobiegł do pokoju, poczym ukradł stamtąd kamionkę. I tak dalej...

Miała niemiłe uczucie, że odszukanie bezczelnego sprawcy i odzyskanie skradzionych przedmiotów zajmie niemało czasu. Generalnie ostatnio dręczyły ją złe przeczucia. Myślała, że te skończą się wraz z niepogodą, jednak lazurowe niebo i kwilący tu i ówdzie ptasi śpiewacy jeszcze bardziej działali jej na nerwy. To dziwne. Zwykle uwielbiała mróz, skrzący się śnieg i słońce, pogodne, zimowe dni, ale teraz... Nie potrafiła tego określić. Zrzucała rzecz na przemęczenie, nawał obowiązków, ale przecież przeszła gorsze rzeczy i nie była wtedy taka... Taka... Czujna. Czujna czujnością myszy, wiedzącej, że nieopodal jej nory ma swe gniazdo sowa.

Być może właśnie dlatego nie odpuszczała sobie i chociaż stawiła się na komendzie o szóstej rano, a pracę skończyła grubo po dziewiętnastej, postanowiła dokończyć parę spraw. Mianowicie porozmawiać z dwoma złodziejami. Złodziejami, przeciwko którym nie miała żadnych namacalnych dowodów, zatem wedle prawa nadal byli praworządnymi obywatelami.

Maszerując ciemnymi uliczkami oświetlanymi jedynie przez niebieski blask metanowych latarni i światełka kapliczek, ruszyła wartkim krokiem ku mieszczącemu się w Oku zakładowi zegarmistrzowskiemu. O tej porze zakład oczywiście już nie działał, ale jako że właściciel, Konstanty Markov, miał nad nim mieszkanie, a wejście do sklepu stanowiło zarazem wejście do jego domu, miała pewność, że zostanie wpuszczona... Albo sama wejdzie. Markov nigdy nie zamykał drzwi na klucz. Nie musiał. Gdyby ktokolwiek spróbowałby go okraść, zostałby spławiony rzeką następnego dnia.

Serce – będące jednocześnie centrum miasta – i Oko stanowiły dwie główne dzielnice handlowe Kościokamieńca. W Oku, na okrągłym placu zwanym Źrenicą raz w miesiącu odbywał się spory targ, a na co dzień kolorowe, przeszklone witryny wabiły potencjalnych nabywców. Tam malutka kawiarnia wabiła pysznymi ciastkami i ciepłymi napojami, obok cukiernia prezentowała słodkie wspaniałości, nieopodal wytworne kapelusiki i rękawiczki kusiły modne panie, a nieco dalej kuśnierz chwalił się pięknymi futrami. Przynajmniej za dnia. Teraz, po zmroku oko sprawiało dziwne wrażenie. Światła z mieszkań i latarni odbijały się w szybach ciemnych wystaw, śnieg skrzył w mdłym blasku księżycowego rogalika, a szczury i bezdomne koty wychodziły ze swych kryjówek szukać pożywienia. Zresztą nie tylko one. Towarzyszące od dawien dawna człowiekowi gryzonie zwabiały sowy, które śmiałe jak nigdzie indziej zakładały gniazda na strychach i we wnękach budynków. Jedna z nich porządnie straumizowała brata Damiry, kiedy na jego oczach porwała szczeniaka z ich podwórza. Pięcioletni wtedy Afansy przepłakał cały dzień, a przez kilka najbliższych lat prześladował każdą sowę, jaką tylko przyuważył. Ona, chociaż starsza od niego ledwie o trzy lata, doskonale zdawała sobie sprawę, że gdyby puszczyk nie porwał pechowego psiaka, prawdopodobnie i tak musieliby go uśmiercić – mogli sobie pozwolić jedynie na zatrzymanie jednego szczeniaka z miotu ich suczki. Drugiego mieli dać sąsiadom, a reszta czyli pechowiec i jego brat, który krótko potem zmarł na jakąś infekcję, niestety byli przeznaczeni do odstrzału. Właściwie to się cieszyła, że pieska zabrała sowa – dzięki temu ptasia rodzina miała posiłek, a śmierć zwierzęcia zyskała jakiś sens.

Widok wyjątkowo lśniącej wystawy wyrwał komendant z objęć dawnych wspomnień. Za gładką szybą połyskiwały tarcze i wahadła dziesiątek zegarów, z których spora część tykała leniwie. Ciepłe światło pojedynczej lampy naftowej jasno świadczyło, że Markov nadal urzęduje na dole. Nic dziwnego, w końcu na parterze swego piętrowego domu prócz zakładu i zaplecza miał również kuchnię.

Nacisnęła klamkę masywnych, przeszklonych drzwi, a opanowane przez równomierne tykanie pomieszczenie wypełnił dźwięk dzwonka, któremu przygrywało skrzypienie jakieś obluzowanej deski podłogowej. Zgodnie z jej oczekiwaniami niemal zaraz potem zjawił się Markov. Wysoki, szpakowaty brunet o wypielęgnowanych dłoniach i włosach, przystojnej, spokojnej twarzy ozdobionej parą okrąglutkich okularów. Do tego uprzejmość, szarmanckie zachowanie. Nie znosiła tego człowieka. Głównie dlatego, że budził w niej skrajnie różne emocje.

- Pani komendant Murza – jego wąskie wargi wygięły się w uśmiechu. Uśmiechu miłym, szczerym i uprzejmym, ale jednocześnie, jak czuła, kpiącym. – A co panią sprowadza o tak późnej porze w me progi? Czyżby milicja potrzebowała mojej pomocy? Jeżeli tak, to z chęcią posłużę pomocą.

Damira zjeżyła się wewnętrznie. Wiedziała, że Markov zdaje sobie sprawę, że ona wie, kim jest i wie, że on wie. Lubił się z nią drażnić na tym tle, czego szczerze nienawidziła. Nie mogła mu nic zrobić, bo nic na niego nie miała, a ten to wykorzystywał, żeby grać jej na nosie. Miała ochotę przyłożyć mu za to w twarz, ale oczywiście nie dała niczego po sobie poznać. Zamiast tego uśmiechnęła się uprzejmie.

- Nie, ale ja chciałabym pomóc panu. Chociaż pomoc to być może nienajlepsze słowo. W każdym razie przyszłam uprzedzić was, że ostatnio w mieście miały miejsce dość niepokojące kradzieże. Bezczelne, w blasku dnia, a wiem, że wy nigdy nie zamykacie na klucz, zatem możecie zostać wzięci na celownik.

- Och, dziękuję za troskę. Nie musicie się jednak obawiać. To były dość specyficzne kradzieże popełniane jedna po drugiej, a od kilku dni mamy spokój. Czegokolwiek złodziejaszek nie chciał osiągnąć już to osiągnął. Ale tak, to niepokojące. Sam z chęcią też bym dowiedział się, kto narobił tyle zamieszania.

W wolnym tłumaczeniu „to nie moi ludzie za tym stoją, ale chętnie dowiemy się kto stoi i może połamiemy mu nogi". Markov lata temu dzięki sprytowi, charyzmie oraz braku skrupułów zdołał wybić się w miejscowym światku przestępczym, a także go zorganizować. Jako, że Obrzyn przejął przemyt i nielegalny handel, a także, w pewnej części paserstwo, grupa zegarmistrza zajmowała się głównie kradzieżami. Stanowiła swego rodzaju gildię wyłudzającą dolę od wszystkich sięgających do skarbców i kieszeni innych obywateli oraz pilnującą, aby złodzieje nazbyt sobie nie folgowali ani nikogo nie zabijali. Powody tego były dość proste. Po pierwsze głodzona i dojona do ostatek sił krowa w końcu przestaje dawać mleko, tak samo krowa martwa. Po drugie rozboje i morderstwa mogły sprowadzić im na głowę gniew władz. Dbali o swoje interesy i zacierali ich ślady.

Damirę niesłychanie to mierziło. Tak, dzięki jej działaniom chwytano więcej przestępców niż zwykle, ale nie umiała się oprzeć wrażeniu, że ogólny spadek przestępczości to tak naprawdę zasługa Markova – złodzieja, włamywacza i mordercy. Człowieka, na którego zlecenie łamano ręce podrostkom kradnącym z głodu na jego terenie. Człowieka, który nie wahał się przed usuwaniem z świata żywych swych konkurentów. Osoby, która co dzień kryła swoje krwawe oblicze pod maską dobrotliwego zegarmistrza tworzącego cudne czasomierze i wspaniałe, mechaniczne zabawki dla bogatych dzieciaczków. Budził w niej szczere obrzydzenie i jednocześnie gniew na samą siebie. Gniew o to, że jeszcze go nie dopadła oraz o to, że jakieś nieskończenie naiwnej głupiej części niej się podobał.

Był przystojny, szarmancki, pełen elegancji oraz miał gładką wymowę. Miło się go słuchało i oglądało. No i szanował ją. Ne ze względu na stanowisko, ale na umysł. Czuła jak na nią reaguje, jak bardzo pilnuje się w jej obecności, że jest dla niego zagrożeniem. Uważał, zresztą słusznie, że najdrobniejszy gest, ślad bądź źle dobrane słowo mogą poddać jej trop, dzięki któremu wreszcie zatopi kły w jego gardle. Szanował ją tak, jak szanuje się niebezpiecznego przeciwnika, takiego, który swym sposobem bycia wywołuje mimowolną sympatię. Nikt inny tak na nią nie patrzył. Jak na kogoś równorzędnego, jak na kogoś bystrego i silnego. Jedni widzieli w niej swego szefa, inni kobietę na męskim stanowisku, jeszcze inni zgorzkniałą starą pannę. Wszyscy starali się ubrać w kontekst stereotypów oraz norm społecznych, niszcząc obraz osoby mającej własne cele, marzenia i upodobania. On tego nie robił, jako jedyny. Dlatego jakaś maciupeńka, oporna na dorastanie cząsteczka jej duszy, cieszyła się na jego widok, chociaż była świadoma, że w razie kłopotów bez wahania strzeliłby jej w głowę. Jej i każdemu, kto zagroziłby jego interesom, nawet jeżeli miałoby to być dziecko bądź bezbronna starowina.

Nie znosiła siebie za to, a samego uczucia nie rozumiała. Kiedyś od kogoś usłyszała, że kobiety często czują pociąg do drani, a mężczyźni do zołz, bo podłość i bezwzględność są jednymi z ewolucyjnych strategii sukcesu. Zadanie się z sukinsynem miało zwiększać prawdopodobieństwo, że dzieci urodzą się podłe i dzięki temu będą miały większe szanse w życiu. Kwestia instynktu. Cóż, Damira nie wiedziała czy to prawda, ale nie zamierzała pozwolić, żeby zwierzęce instynkty mieszały w jej życiu.

- Miejmy nadzieję. W każdym razie wolałam pana ostrzec, tak na wszelki wypadek. Jak to mówią? – Uśmiechnęła się znowu. – Lepiej dmuchać na zimne.

- Nie szkodzi. Cenię sobie pani uwagę, a odwiedziny szacownej damy zawsze są miłą niespodzianką.

W wolnym tłumaczeniu „wiem, że ma pani na mnie oko, ale miło, że przypomina mi pani o tym, dzięki temu pamiętam, żeby trzymać się na baczność".

Jak zwykle, kiedy odwiedzała Markova po służbie, ten zaproponował jej wstąpienie na kawę bądź kieliszek wina, a ona jak zwykle odmówiła. Czasami zastanawiała się czy się nie zgodzić, bo może zdołałaby coś zwęszyć na gruncie nieco bardziej prywatnym, ale coś ostrzegało ją, że to bardzo kiepski pomysł. Zegarmistrz był niemal jak biblijny wąż, potrafił zręcznie przeinaczać znaczenie słów oraz wydarzeń. Lepiej nie dawać ludziom możliwości do nadinterpretacji, podstaw do oskarżeń i pomówień.

Po Markovie przyszła kolej na Johana Mrewkę, młodego człowieka mieszkającego wraz z wiekową babcią w slumsach Nogi, jednej z trzech dzielnic robotniczych Kościokamieńca. Starowina ostatnio zachorowała, a młodziak miał smykałkę do zamków oraz lepkie rączki, więc bez trudu wydedukowała, kto prawdopodobnie stał za częścią ponadnormowych kradzieży. Poza tym targany szaleństwem i desperacją Johan był jednym z nielicznych, którzy odważali się nie słuchać zaleceń zegarmistrza, a ten nie śpieszył się z ukaraniem chłopaka. Damira bez trudu potrafiła odgadnąć stojące za tym powody. Ponure i egoistyczne.

„Palce" Nogi, część dzielnicy, w której bieda aż piszczała. Nie znaczy to jednak, że było tu szczególnie brzydko czy brudno. Nie. Tu mieszkali ludzie ubożsi od kościelnych myszy, ale uczciwi i porządni, dbający na tyle, na ile mogli swe domostwa. Progi mieli wyszorowane, okna wypucowane, drzwi zawsze pomalowane, ściany zwykle też, chyba że nie udało się komuś zdobyć farby, wtedy je bielił. Podobnie rzecz się miała domostwem Mrewki, chociaż w jego przypadku ta czystość i porządek sprawiały tylko, że wyglądało tym bardziej żałośnie.

Stary, zrujnowany dom wielorodzinny, którego prawa strona w większej mierze zawaliła się, dach uszczelniony wiązkami maczanej w smole, suchej trawy i jednopokojowe mieszkanko na parterze. Czyste i schludne pole bitwy ze szczelinami, odpadającym tynkiem i grzybem, skromne umeblowanie, suszone kwiaty w glinianych wazonikach, szydełkowane serwety. Niezwykle smutny widok. Gdyby to była kolejna melina, której bywalcy tłoczyliby się w ruinie po to, aby pić, zażywać nielegalne substancje i uprawiać nierząd, nie robiłoby to aż takiego wrażenia, jak ta schludność, to staranie widoczne w każdym detalu... I leżąca gdzieś-tam pod stosem koców i połatanych kołder, kruchutka, siwa jak gołąbek staruszka o niezwykle smutnych, łagodnych oczach.

Damira parę razy była w tym mieszkanku, ale Johan nigdy nie aprobował tych wizyt. Nienawidził jej, podobnie jak większości ludzi, czego nie mogła mieć mu za złe. Tym razem jednak nawet nie próbowała wejść do ruiny – chłopak miał trochę nie po kolei w głowie i mógł dość gwałtownie zareagować, gdyby uznał, że zdenerwowała jego chorą babcię... A właściwie to babcię i prababcię w jednym. Inna rzecz, że wcale nie miała ochoty wchodzić do środka. Dom wyglądał jakby miał lada moment runąć. Co prawda mieszkanko Mrewki znajdowało się po lewej stronie, tej stabilniejszej, ale tak czy siak każdy krok postawiony w budynku stanowił jedno wielkie kuszenie losu. Dlatego, zamiast zapukać do drzwi, parę razy stuknęła w okno i czym prędzej odsunęła od budynku. Miała nadzieję, że gospodarz jest w domu.

Był. Po chwili we wnętrzu domu rozległy się szurania i kroki, a w oknie pojawiła wysoka, męska sylwetka. Komendant poczuła na sobie wrogie spojrzenie, takie od którego coś zimnego przebiega po kręgosłupie.

Johan niechętnie stanął przed nią, zresztą niechęć w tym przypadku leżała po obu stronach. Niestety Damira w pełni zdawała sobie sprawę, że jej uczucia w tym zakresie nie mają żadnego uzasadnienia, w przeciwieństwie do tych chłopaka. On miał wszelkie podstawy żeby nienawidzić jej, ludzkości i całego świata. Ta nienawiść wręcz emanowała od niego, podobnie jak czujność, strach oraz trudna do określenia aura zaszczutego, agresywnego zwierzęcia. W dodatku ten wygląd. Kręte złote, ale krzywo przystrzyżone włosy godne cherubinka z barokowych malunków otaczające pociągła, łagodną twarz przyozdobioną ciemnymi, szaleńczo wygiętymi brwiami. Pod tymi brwiami tkwiły duże, głęboko osadzone oczy. Oczy o niezwykle cienkich, ciemnych tęczówkach, które wraz z źrenicami sprawiały ważenie niewielkich, czarnych wysepek poruszających się po morzu bieli białek. Poruszających się nieustannie, bo Johan nie patrzył w jedno miejsce dłużej niż sekundę, może dwie, tyko strzelał spojrzeniami na boki, jakby bojąc się, że nagle coś na niego wyskoczy z morza czerni. Podobnie wyglądała sprawa z nosem – zwyczajnym, prostym, całkiem ładnym, chociaż nieco przydługim i o wyrazistych nozdrzach. Nozdrzach bez przerwy drgających, zupełne jak u badającego nieznany teren szczura. Zresztą nie tylko jego nozdrza drgały, ale też kościste palce, którymi niecierpliwie przebierał oraz nieco zbyt szerokie, ale dość ładnie wykrojone usta skrywające białe zęby o niezwykle ostrych, szpiczastych kłach i przedtrzonowcach. Wszystko to oraz bladość, chudość, cienie zmęczenia, nędzny ubiór i zdeformowana lewa noga sprawiały, że wydawał się jakimś upiornym połączeniem szczura, wygłodniałego wilka ze splugawioną istotą ludzką. Patrząc na niego, odruchowo chciało się wziąć coś ciężkiego i uderzyć go z całych sił. Zdeptać jak robaka, wepchnąć do jakiegoś głębokiego dołu, a potem zasypać kamieniami. Wydawał się czymś zimnym, wrogim i zdegradowanym. Chodzącą ohydą.

Chodzącym wyrzutem sumienia. Przynajmniej dla Damiry.

Chłopak nie był brzydki ani zły, przeciwnie. Niestety swym sposobem bycia, tikami i wrogością sprawiał, że czuło się do niego wręcz odruchową odrazę. Te znów stanowiły efekt tego, jak inni go traktowali od samego dnia narodzin. Odrzucony i wzgardzony przez historię, na którą nie miał wpływu. Na świecie tylko jedna osoba akceptowała go i kochała. Obecnie owa osoba leżała schorowana w wiekowym łóżku, na starym materacu, który już dawno powinien zostać wymieniony. Niestety odrzucony i poniewierany przez społeczeństwo Johan z ledwością zdobywał finanse na bieżące potrzeby. Dlatego kradł. Niewiele, bo jego babcia była osobą o niesłuchanej uczciwości. Jednak teraz, gdy się pochorowała, pewnie był gotów okraść samego diabła, byleby tylko staruszka poczuła się trochę lepiej. Niewykluczone, że spróbował – jego lewą stronę twarzy pokrywał żółto-fioletowy siniec, a dolną wargę miał rozciętą i opuchniętą. Do tego liczne siniaki i otarcia wskazujące na przyduszenie na szyi. Ewidentnie komuś podpadł.

- A to skąd? – Komendant wskazała na siniec. – Czyżby ktoś od naszego znajomego zegarmistrza miał pretensje?

- Nie. Odwiedziłem doktora Hryciuka. Niestety natknąłem się na jego przyjaciela zielarza i doszło do małego nieporozumienia.

Głos Johana był pełen dziwnych syków i świstów, co jeszcze bardziej odstręczało ludzi. Słysząc go, coś wzdrygnęło się z obrzydzeniem w Damirze. Nienawidziła tego czegoś, nawet bardziej niż swej dziwnej słabości do Markova. Wiedziała, że Mrewka jest taki jaki jest nie ze swojej winy, że gdyby dać mu szansę byłby wartościowym, młodym człowiekiem. Mimo tego jakaś jej część kipiała wstrętem na jego widok, tak samo jak serca tych wszystkich bezmyślnych podleców, przez których musiał żyć w nędzy. Może potrafiłaby sobie to wybaczyć, gdyby zachowywał się podobnie jak Katia – był niewdzięczny, wyniosły i opryskliwy – ale nie. Chociaż nie znosił wszystkiego, co żyje, w codziennych kontaktach odpowiadał tym, co otrzymywał. Uprzejmością na uprzejmość, złośliwością na złośliwość.

Zatem Zuber spotkał Johana. Ciekawe.

- Mam nadzieję, że zostało wyjaśnione bez zbędnego zamieszania. – Mruknęła wbijając w chłopaka ostre spojrzenie. Od czasów dzieciństwa nie zrobił nikomu większej krzywdy, chociaż zdarzało mu się być agresywnym. Miała nadzieję, że tym razem nie przegiął. Dla dobra zarówno Zubera jak i jego.

- Tak. Polubownie.

Tyle jej starczyło. Johan nie potrafił kłamać. Gdy tylko próbował coś zmyślić, jego tiki przybierały na sile. Gdyby skrzywdził doktora bądź zielarza, nawet nie próbowałby jej oszukać, tylko od razu zaatakował.

- Przyszłam porozmawiać o...

- Wiem o czym. Nie będzie już problemów – przerwał jej, wykrzywiając wargi, przy czym obnażył zęby jakby zamierzał ją ugryźć. – Porozumienie z panem Zuberem było obopólne. Leczy babcię.

Damira zamrugała. Tego się nie spodziewała. Czemu u diaska zielarz zgodził się pomóc komuś, kto chciał okraść Hryciuka i pośrednio też jego? Owszem, Mrewka mógł wzbudzić w nim współczucie, ale ich spotkanie z pewnością nie należało do najprzyjemniejszych. Nie wspominając o tym, że Zuber jest tu nowy, nie ma wypracowanej opinii, a w związku z tym mógł mu grozić ostracyzm za zadawanie się z „podejrzanym elementem". Jednak, tak jak było powiedziane wcześniej, Johan nie potrafił kłamać. Naprawdę doszedł do porozumienia z Zuberem. Miała nadzieję, że nie tylko w kwestii babci, bo chłopak naprawdę potrzebował kogoś, kto traktowałby go jak człowieka. W końcu staruszka miała już swoje lata i za rok, dwa mogła opuścić ten świat. Komendant obawiała się, co wtedy może spotkać Mrewkę. Całkiem opuszczony, zrozpaczony po śmierci najbliższej osoby... Zdolny do wszystkiego.

- Cieszy mnie to. Naprawdę. – Uśmiechnęła się, ale uśmiech szybko stopniał pod naporem wilczego, złowrogiego spojrzenia chłopaka. – A czy wiadomym jest ci coś o tych dziennych kradzieżach? Wiesz, o których mówię, prawda?

Twarz chłopaka wykrzywił chytry, szczurzy wyraz. Przekrzywił głowę odsłaniając szpiczaste zęby w paroksyzmie uśmiechu.

- Za takie informacje należy się nagroda, prawda?

Damira bez słowa wręczyła mu pięć rubli. Nie lubiła płacić za informacje, ale wiedziała, że chłopak zrobi z nich dobry użytek. Przy rozsądnym rozdysponowaniu mógł nakupić jedzenia dla siebie i babci na pięć dni, a może i dłużej. Z tego, co się orientowała, do tej pory udawało mu się przetrwać głównie dzięki myślistwu czy raczej kłusownictwu i rybołówstwu. Regularnie zakładał wnyki w lesie, zarzucał żyłkę na ryby, a latem prócz tego zbierał orzechy i dzikie owoce, które potem suszył robiąc zapasy na zimę. Musiała mu przyznać, że był o wiele bardziej zaradny od Katii. Wiele rzeczy, podobnie jak Mark, potrafił wykonać własnoręcznie, wielu rzeczy potrafił się szybko nauczyć, jeżeli istniała taka konieczność.

- Pewnego dnia niejakiego Arseniego Hovkę odwiedziła zakapturzona postać o owiniętej szalem twarzy. – Zaczął Johan. Mówił zjadliwo-słodkim tonem, przez który jego głos brzmiał jeszcze bardziej odstręczająco. – Po tym spotkaniu Arseni zrobił się niezwykle nerwowy. W końcu zaczął gdzieś znikać w ciągu dnia. Warto tu wspomnieć, że miał on wyjątkowo podobną budowę ciała do waszego złodzieja. Wagę, wzrost, muskulaturę. No i że w dniach, kiedy miały miejsce kradzieże, pojawiał się w pobliżu opuszczonych magazynów, jeszcze bardziej nerwowy i dziwnie blady.

Damira wychwyciła ukrytą w wypowiedzi informację. Johan strasznie nie lubił mówić wszystkiego, przynajmniej nie wprost. Przesycony specyficznym rodzajem złośliwości lubił zakamuflować to i owo innymi słowami.

- Arseni miał budowę? To już nie ma?

- Ostatnim razem nie wyszedł z magazynu, więc prawdopodobnie MIAŁ i BYŁ. – Spomiędzy zębów Johana wydobył się urwany syk, mający być zapewne swoistym chichotem.

- Gdzie jest ten magazyn?

Johan ponownie wyciągnął rękę, uśmiechając się przy tym wymownie. Nieco dzisiaj przeginał, ale Damira była zbyt zmęczona, żeby się wykłócać i wręczyła mu kolejne pięć rubli.

- Północne pole magazynowe Nogi. Magazyn bez numeru, ale z czerwonymi drzwiami mającymi ślady uderzeń siekierą, więc łatwo go rozpoznać.

Komendant westchnęła. Pola magazynowe Nogi... Dom miejscowych alkoholików, narkomanów i kompletnych obłąkańców. Nie była aż tak szalona, aby iść tam o tej porze. Sprawdzenie tego miejsca musiało poczekać do jutra, cokolwiek w nim się nie znajdowało.

Szczęśliwa, że zdobyła jakieś informacje, ale i zmęczona, mająca na uwadze długą drogę do domu, krótko podziękowała Mrewce i odwróciła się na pięcie. Naprawdę, jedyne czego chciała, to wrócić do ciepłego mieszkanka i położyć się spać.

- Pani komendant!

Damira odwróciła się. Johan miał spojrzenie nieruchomo utkwione w niej, a twarz poważną i nieco mniej wrogą niż zwykle.

- Tak?

- Proszę uważać na siebie. Szykuje się coś... Niedobrego. Nie mam pojęcia co, ale coś wisi w powietrzu. Jakieś niebezpieczeństwo.

Zaskoczona uniosła brwi do góry. Mrewka ją ostrzega? No tego jeszcze nie grali.

- A czym sobie zasłużyłam na taką troskę, że mnie przestrzegacie? – zapytała.

- Nie lubię was i wiem, że wy nie lubicie mnie, ale doceniam, że staracie się chociaż minimalnie wyrównać moje szanse. Jest pani uczciwa, czego nie mogę powiedzieć o wielu w tym mieście.

Z tymi słowy wycofał się tyłem do ziejącego czernią wnętrza rozsypującego się domu, znikając w ciemnościach. No tak, to prawda. Wyrównywała jego szanse. Przecież teoretycznie powinna go zamknąć. W końcu był złodziejem, wiedziała o tym i gdyby naprawdę poszukała, mogłaby znaleźć na niego jakieś dowody. Szkopuł w tym, że parał się złodziejstwem tylko dla tego, bo miasto go odrzuciło. Nie mógł nigdzie znaleźć pracy, nikt nie chciał od niego kupować, sprzedawano mu cokolwiek z niechęcią, niejednokrotnie po zawyżonych cenach. A wszystko przez grzechy jego matki, babki, brata, ojca i siostry. To nie było sprawiedliwe. Dlatego pozwalała mu kraść dalej, przynajmniej póki nie czynił nikomu większej krzywdy. Ci, którzy zepchnęli go na margines, zasługiwali, aby być okradanymi. Nie było to zgodne z prawem, ale prawda taka, że prawo i sprawiedliwość to dwie różne rzeczy. Kiedy mogła wybierać, starała się wybierać sprawiedliwość.

Spojrzała w niebo. Czyste, ciężkie od gwiazd przyćmionych mdłym blaskiem zbliżającego się do pełni księżyca. Tak, Johan miał rację. W powietrzu wisiało coś złego, też to czuła. Szkopuł w tym, że nie miała pojęcia co to takiego, ani jak się przed tym bronić. Wiedziała natomiast jedno – prawdziwe kłopoty się zbliżały.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Rozdział trzeci: Omeny

Postautor: CynicznaCecylia » 24 kwie 2020, 14:48


Rozdział trzeci: Omeny

Następnego dnia Damira rozpoczęła swe obowiązki od sprawdzenia wskazanego przez Johana magazynu. Oczywiście nie poszła tam sama, co to, to nie. Po pierwsze, pola magazynowe Nogi, szczególnie te północne, opuszczone przez normalnych magazynierów, potrafiły być naprawdę niebezpieczne nawet za dnia. Po drugie, dręczyły ją ponure przeczucia, co do tego, co może znaleźć wewnątrz, a wiadomo, że w takich wypadkach dobrze mieć świadków, którzy potwierdzą, że z „tym ponurym czymś" nie miała nic wspólnego. Teraz, oglądając wnętrze magazynu, a nade wszystko zwłoki nieszczęsnego Hovki – żywiła graniczące z pewnością przypuszczanie, że leżący pod jedną ze ścian trup jest jego doczesnymi pozostałościami – wątpiła, aby ktokolwiek miał na tyle fantazji, żeby posądzić ją o śmierć mężczyzny. Rzygający na zewnątrz niczym struty kot sierżant na pewno nie. Sama błogosławiła fakt, że nie zdążyła rano zjeść śniadania. Co prawda raczej nie zwymiotowałaby, ale wewnętrzna walka z własną treścią pokarmową nie należy do najprzyjemniejszych zajęć porannych.

Większość magazynu była zbryzgana krwią, której źródło rzecz jasna stanowił świętej pamięci pan Hovka, obecnie wlepiający bezokie spojrzenie w blaszany dach. Tak, bezokie. Jego zgniecione gałki oczne leżały nieopodal ciała. Otóż z nieznanych przyczyn, Hovka wydłubał sobie oczy, gołymi rękoma zdarł do kości twarz, wyrwał język, a na koniec rozerwał gardło, co zapewne stanowiło bezpośrednią przyczynę śmierci. Damira miała nadzieję, że powodem tego autodestruktywnego zachowania było odurzenie jakimś specyfikiem, przez który mężczyzna tymczasowo stracił rozum i nie czuł bólu. Co prawda, nie potrafiła sobie wyobrazić innej przyczyny, jednak szokujący widok sprawił, że jakaś jej część próbowała się w sobie zebrać, po to, żeby zacząć snuć fantastyczne i przerażające scenariusze. Scenariusze upstrzone bardzo barwnymi obrazami rodem z koszmarów.

- Posrana sprawa – rozbrzmiał z tyłu głos starszego sierżanta Kozłowskiego, pozieleniałego na twarzy, ale trzymającego swoje śniadanie wewnątrz siebie. – Nie spodziewałem się, że tutaj może mieć coś takiego miejsce. Przecież to Kościokamieniec! Tutaj się nic nie dzieje!

Komendant zaśmiała się w duchu. W Kościokamieńcu nic się nie dzieje? Przecież tutaj na okrągło coś się dzieje! Drobne przekręty, przemyt, nielegalny handel, burdy, a także mające miejsce co jakiś czas kradzieże. Jednak rozumiała, o co chodzi Kozłowskiemu. Tu nigdy nie działo się nic poważnego przez duże „D". Nic takiego, o czym można poczytać w pasjonujących powieściach kryminalnych. Kradzieże nie były spektakularne, przemoc domowa szczególnie drastyczna, a morderstwa... No cóż, zdarzały się nader rzadko i zwykle były efektem pijackich burd, porachunków w światku przestępczych bądź napaści na tle rabunkowym czy też seksualnym. „Wyrafinowane", planowane z wyprzedzeniem zbrodnie miały miejsce nie częściej niż raz na dekadę. Natomiast to... Nie wiedziała nawet, jak to zakwalifikować. Tragiczne w skutkach samookaleczenie? Samobójstwo? Wypadek?

Westchnęła. Czuła całą sobą, że do śmierci Hovki przyłożył rękę ktoś trzeci, ale musiała przypiąć zdarzeniu jakąś tymczasową metkę. Niestety do tego potrzebowała werdyktu jednego z dwóch... A nie, teraz to właściwie już trzech lekarzy. Lekarzy, którzy i tak byli obładowani robotą. Nie miała pojęcia, kiedy któryś się tu zjawi. Wysłała po nich – pierwszego wolnego, jaki zgodzi się przyjechać – Władkę, która nie wiadomo skąd dowiedziała się o policyjnym przeszukaniu i koniecznie musiała je obejrzeć. Nie broniła tego kobiecie, tak na wypadek, gdyby ta mogła okazać się użyteczna. No i okazała się użyteczna.

- Posrana, posrana, ale lepiej cieszcie się Macieju, że to zima nie lato. – Mruknęła biorąc w dłonie aparat i robiąc nieboszczykowi kolejne zdjęcie. Wolała, żeby przed przybyciem lekarza miejsce było sfotografowane ze wszystkich stron. Nie chciała, aby ktoś jej zarzucił niedopilnowania dokumentacji tak nietypowej i drastycznej sprawy. – Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby pan Hovka przeleżał w tym blaszanym pudle kilka upalnych, letnich dni.

- Tego to mój żołądek nie strzymałby na pewno.

- Może i nie jest to śmierdziuch, ale i tak upiorności w nim aż nadto – rozbrzmiał z tyłu słaby głos sierżanta, który właśnie skończył wymiotować. – Ten wygląd... No i jeszcze nic go nie tknęło.

- Nic go nie tknęło? – Damira wyprostowała się i wbiła czujne spojrzenie w młodego milicjanta. – Co macie namyśli?

- No... Do tego czasu szczury powinny mieć na nim niemałe używanie, prawda? Normalnie to tego języka i oczu już by tu nie było, a leżą nieruszone. W ogóle jest nietknięty.

Damira zamrugała i przyjrzała się jeszcze raz ponurym pozostałościom pana Hovki. Tak, młody miał rację. Szczury nie tknęły go nawet zębem, chociaż normalnie nie przepuszczały okazji do darmowej wyżerki. Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodziło na myśl Damirze to właśnie zatrucie jakimś świństwem. Wyjaśniałoby to, czemu tak się okaleczył i czemu gryzonie go nie tknęły. W końcu szczury to mądre stworzenia i jeżeli wyczują truciznę, to omijają ją szeroki łukiem.

Że też sama na to nie wpadła. Przecież robiła zdjęcia i oczom, i językowi, i leżącym wokół skrawkom twarzy. No cóż, wyraźnie tak bardzo skupiała się na potencjalnym związku śmierci Hovki z kradzieżami, że nie zwracała należytej uwagi na to, co ma przed sobą. Wystawiła sobie za to mentalną naganę.

- Macie rację sierżancie, dobra robota. – Pochwaliła młodego, na co ten uśmiechnął się... Ciut niemrawo. Nadal źle znosił widok ciała, w dodatku był wycieńczony torsjami.

Przyjrzała się martwemu panu Hovce. Nie wątpiła w instynkt Johana, zresztą chłopak wiedział dużo więcej niż na to wyglądał. Do tego, kiedy chciał, potrafił się poruszać naprawę bezszelestnie, mimo swej powykrzywianej nogi. To Hovka odpowiadał za niezwykłe, dzienne kradzieże, położył ręce na tajemniczych, zawierających niewiadomo co pojemnikach, a teraz był martwy. Pytanie czy to owo coś z pojemników go zabiło, czy może zleceniodawca postanowił się go pozbyć. O ile istniał jakiś zleceniodawca. Aby to ustalić musiała się dowiedzieć, gdzie Hovka mieszka czy raczej mieszkał, sprawdzić jego lokum oraz przeprowadzić wywiad z sąsiadami i jego znajomymi.

Czas oczekiwania na lekarza ciągnął się niemiłosiernie. Zarówno Damirze jak i jej podkomendnym dokuczał siarczysty mróz, a i towarzystwo okaleczonych zwłok nie należało do najprzyjemniejszych. W końcu, po blisko dwóch godzinach od wysłania Władki, zjawił się Zukov. Kapral Künig, który przybył jakoś godzinę wcześniej zaprzężonym w Cwałkę – policyjną oślicę – wozem do przewozu ciał, zdążył porządnie przemarznąć. Najgorzej ze wszystkich gliniarzy znosił mroźne zimy, prawdopodobnie ze względu na swe pochodzenie – płynęła w nim głównie niemiecka i francuska krew z niewielką domieszką kazachskiej. Jednak, co trzeba mu przyznać, nigdy nie narzekał. Chociaż miał nos czerwony i dygotał jak galareta, zachowywał profesjonalną, wyprostowaną postawę, a z jego zaciśniętych ust nie padało nawet słowo skargi. Komendant musiała przyznać, że podziwiała jego oddanie sprawie, aczkolwiek uważała, że podobne katowanie się, gdy problem mogłoby rozwiązać kilka warstw ciepłej bielizny, to głupota. Jednak mówienie dorosłym mężczyznom „załóż kalesony" nie należało do jej kompetencji.

Widok młodziutkiego Zukova nieco ją zaskoczył. Szczerze powiedziawszy myślała, że Ostrava pofatyguje się do niej osobiście, w końcu oględziny zwłok powinny zostać dokonane przez kogoś o dużym zaufaniu społecznym, a obcy był w mieście ledwie miesiąc. Tak, na razie chwalono go, ale nastroje mogły zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni pod wpływem byle bzdury. Inna rzecz, że nie wiedziała jak początkujący lekarz da sobie radę z podobnym zadaniem.

- Dzień dobry pani komendant – doktor przywitał się krótko. Był wyraźniej sztywniejszy niż podczas ich pierwszego spotkania. Pytanie tylko czy to efekt jej oskarżenia tudzież aluzji, czy też zdarzenia w sklepie... A może obu? Chociaż, trzeba przyznać, że i sytuacja nie nastrajała do zbytniej swobody. ­­– Podobno doszło do zabójstwa?

- Czy aby na pewno do zabójstwa, nie wiadomo. Na razie to tylko samookaleczenie ze skutkiem śmiertelnym, a co do reszty, to mam nadzieję, że wy pomożecie nam ją ustalić. – Damira zaprosiła doktora gestem do magazynu. Tam leży ciało. Przygotujcie się, to dość paskudny widok.

Zukov wkroczył do blaszanej budy szybkim i pewnym krokiem, najwyraźniej stwierdzając, że nie ma możliwości, aby tam było cokolwiek, co mogłoby go zszokować. Jednak to, jak szybko się zatrzymał i gwałtowna bladość, która wystąpiła na jego muśnięte zimowym rumieńcem policzki, jasno mówiły, że przecenił swoją odporność. Jednak nie dość, że wstrzymał torsje, to jeszcze nawet nie zaklął, jedynie wziął parę głębokich wdechów.

- Ma... Ma pani jakąś idę, co mogło tu zajść? – zapytał, niemal całkowicie tłumiąc drżenie głosu. – Rzecz jasna, za wyjątkiem oczywistego.

- Przypuszczam, że został czymś otruty, ale bez pańskiej pomocy nie mogę nic rzec na pewno – mruknęła, nonszalancko opierając się o framugę. – Czymś działającym na mózg, zresztą nie potrafię sobie wyobrazić jak mógłby zrobić sobie coś podobnego, pozostając przy zmysłach. Przypuszczenie potwierdza obserwacja sierżanta – tu wskazany policjant wypiął dumnie pierś – że nieboszczyka nie tknął żaden szczur, chociaż, zgodnie z moimi informacjami, nieboszczyk leży tu dość długi czas.

Doktor sprawiał wrażenie, jakby chciał o coś zapytać, ale zmienił zdanie. Zamiast tego kucnął obok skostniałego trupa i poddał go pobieżnym oględzinom, zaznaczając między innymi kredą ułożenie ciała oraz jego fragmentów, oraz zeskrobując brud spod paznokci do słoja. Wszystko to, rzecz jasna, robił w lekarskich rękawiczkach. Także w lekarskich rękawiczkach przetrząsnął kieszenie nieboszczyka, niemal zupełnie puste, nie licząc kluczy, zasmarkanej chusteczki i dokumentów potwierdzających, że to naprawdę pan Hovka. Klucze i dokumenty oddał komendant, a chusteczkę wraz z zawartością schował do kolejnego słoja. Damira, spoglądając na wypchaną torbę lekarza, zastanawiała się, ile jeszcze ich tam ma. W każdym razie, jeżeli tasza była chociażby w połowie tak ciężka, na jaką wyglądała, usprawiedliwiała nieco opieszałość lekarza. Przejście połowy miasta z takim balastem nie mogło być łatwe.

Tak, torba musiała być piekielnie ciężka, a Zukov miał słoików od groma i większość się przydała, gdy przyszło do zbierania zdartej twarzy, której fragmenty leżały porozrzucane po większej części magazynu, o oczach i języku nie wspominając. Niestety nie wziął ze sobą szufelki, a biorąc pod uwagę, że większość fragmentów ciała przymarzła do podłoża, ta byłaby wielce użyteczna. Podważanie ich wszystkich skalpelem nie należało do najłatwiejszych zadań, nie wspominając o podniesieniu i ulokowaniu za wozie samego Hovki, który przypominał lodową figurę. Nie dość, że za żadne skarby świata nie dawało się go wyprostować, to jeszcze gwałtowny upadek czy też uderzenie mogło spowodować utratę paru fragmentów ciała przez nieboszczyka. Jednak, dzięki wspólnej pracy, udało się go mniej-więcej zabezpieczyć przed taką ewentualnością.

- Zbadać zwłoki będę mógł dopiero, kiedy w pełni odtają, jednak wskazanie czasu śmierci jest raczej niemożliwe. – Mruknął zdyszany Zukov, chociaż on najmniej pomagał przy wnoszeniu trupa na wóz. Głównie to instruował. – Przynajmniej nie za pomocą metod medycznych. Ciało zamarzło, więc plamy opadowe i temperatura ciała nic mi nie powiedzą. Zbadam krew i tkanki pod kątem substancji o działaniu narkotycznym, aczkolwiek nie będzie to proste, skoro nie wiem, czego szukam. Być może sekcja zwłok mi to i owo podpowie, jednak bezpośrednia przyczyna śmierci wydaje się równie jasna, co makabryczna.

- Doskonale. – Damira skinęła głową. – Jeżeli potraficie, spróbujcie też przebadać jego odzienie, może na nim znajdziecie jakieś ślady. Cokolwiek, co nam powie, co tu zaszło albo co się działo z Hovką nim tu zaszedł. Byłabym też zobowiązana gdybyście pojechali wraz z ciałem i z marszu zajęli się tą sprawą... Oraz rzecz jasna nikomu nie wspominali o tym, przynajmniej nie bardziej szczegółowo. Mogłoby to zaszkodzić śledztwu. Plotki rozchodzą się tu wyjątkowo prędko, a nie raz po drodze ewoluują w rozmaite, złowieszcze historie. Podobne pogłoski mogłyby wzbudzić społeczne niepokoje, a to zawsze odbija się źle na działaniu miasta, o wymiarze sprawiedliwości nie wspominając.

- Może na mnie pani liczyć.

- A tak z ciekawości, dlaczego przybyliście tu wy, a nie doktor Ostrava?

- Ma dużo pacjentów, głównie wiekowych, takich, którzy z niechęcią zmieniają lekarza. Swoją drogą, czyżby wątpiła pani w moje kompetencje? Przyznaję, że nie mam nazbyt długiej praktyki, jednakże na studiach...

- To nie o pańskie kompetencje chodzi, a o zaufanie społeczne. Nie jestem w stanie stwierdzić czy miejscowi darzą pana takim zaufaniem, żeby nie podważać wyników pańskich badań... Zresztą nieważne, cokolwiek pan nie znajdzie, w razie potrzeby poświadczy to Hryciuk czy tam właśnie Ostrawa. Obaj mają głowę na karku i nie są... Zresztą do tej pory z pewnością parokrotnie przekonaliście się, jacy nie są.

Doktor w milczeniu skinął głową i nieśpiesznie wskoczył na kozioł wozu, sadowiąc się obok wyprostowanego jak struna Küniga i kładąc swoją opasłą torbę na kolanach. Tulił ją do siebie niczym dziecko. Damira uniosła brwi. Rozumiała, że wewnątrz ma większość swego ekwipunku lekarskiego, swoich narzędzi pracy, ale skoro udało mu się zaczepić, bez trudu mógł zdobyć nowy.

Potrząsnęła głową. Nie. Jak na dziś dzień miała o wiele ważniejsze rzeczy do zrobienia niż zastanawiać się czemu doktor przejawia tak wielkie przywiązanie do taszy. Przede wszystkim musiała wyznaczyć zadania swym kolegom, których czekało długie rozpytywanie wśród miejscowego elementu czy ktoś czegoś nie widział. Nie potrzebowali w tym pomocy. Przez lata szkolili się w wyciąganiu informacji i perfekcyjnie opanowali metody takie jak „udawanie głupa", „czepialstwo", „uporczywe zadawanie tego samego pytania w różnych formach", „udajmy chytrych, to przechytrzy sam siebie" oraz klasykę związaną z szantażem, groźbami i przekupstwem. Sama zamierzała potrząsnąć nieco kierownikiem tego całego interesu. W końcu, skoro ktoś wynajmuje magazyny, to wypadałoby, żeby chociaż pobieżnie wiedział, co się w nich wyprawia. To, że Ulrich Fournier nie wiedział i nie zamierzał wiedzieć, to inna sprawa. Dlatego też nie wiązała z tym spotkaniem większych nadziei, jednakże zawsze istniała szansa, że przestraszony zarządca zacznie węszyć i coś jej przekaże... albo chociaż zainteresuje się swoim biznesem i zrobi tu jako-taki porządek. Potem... Potem to trzeba byłoby ściągnąć Władkę i przykazać, żeby dowiedziała się o Hovce, czego tylko może. Normalnie nie zlecała akuszerce spytek, tylko słała kogoś ze swoich uliczników, ale teraz nie było szans, żeby którykolwiek na to poszedł. Może i oficjalna wieść się nie rozniesie, ale bezdomni i odrzuceni tak jak szczury wiedzą wszystko przed innymi, zaś okaleczone ciało jest porządnym straszakiem. Tego typu śmierć aż prosiła się do zakwalifikowania jako tabu, a z tabu nikt nie chciał mieć do czynienia... No może Greta i Hans niezbyt się tabu bali, ale oni mieli inne zadanie.

Trzeba byłoby też zajść do Johana, wypytać go, kiedy dokładnie Hovka wszedł do magazynu i o inne szczegóły, ale to dopiero za parę dni i może nieco ostrożniej niż ostatnio. Lepiej dla chłopaka, żeby zbyt wielu nie kojarzyło go z nią. W końcu nikt nie lubi donosicieli, a że na wejściu wszyscy szczerze Johana nie cierpieli... No cóż, znajomość mogłaby się na nim bardzo źle odbić. Co prawda wszyscy wiedzieli, że jeżeli chłopak zginie, to ona nie puści tego płazem, tylko potrząśnie niebem i ziemią, aby znaleźć winowajcę, ale pogarda, alkohol i złość robiły swoje. Zresztą nieszczęśnikowi na nic, że znalazłaby jego zabójcę, skoro sam byłby już martwy... Może w innym, lepszym świecie.

Nie raz przyłapywała się na myśleniu, że jedynym wybawieniem dla Mrewki jest śmierć. Przerażało ją to. Tak bardzo jak nie cierpiała tego chłopaka, tak bardzo było jej go żal i chciałaby, żeby znalazł kiedyś swoje miejsce. Tak, jak chciałaby, żeby świat stał się lepszy. Marzenia ściętej głowy.

***


Fournier był niskim, łysawym i wyjątkowo antypatycznym typem o twarzy pokrytej dziesiątkami blizn po ospie. Pachniał przetrawionym alkoholem, potem i czymś trudnym do określenia... Słonym. W każdym razie drażnił jej powonienie, zmysł estetyczny, a także temperament swym uniżonym, lizusowskim zachowaniem godnym tresowanego szczura, nie obrażając szczurów. W dodatku nieustannie pociągał nosem i a jego koszula sprawiała ważenie jakby miała się połamać – sztywny od brudu łach chyba nigdy nie zaznał tarki ani mydła. Na domiar złego niczego się od niego nie dowiedziała i raczej nie mogła liczyć na owocną współpracę z tą namiastką człowieka. Z chęcią nazwałaby go karaluchem, lecz obrażałoby to bogu ducha winnego owada, który odgrywał jakąś-tam pożyteczną rolę w przyrodzie. Jedyną pozytywną rolą w przyrodzie, jaką mógł odegrać Fournier, była rola nawozu.

Poirytowana wróciła na posterunek i od razu zajęła się papierami, lecz wcześniej posłała Küniga, żeby poszukał Władki. Biedny młodzik nie zdążył jeszcze odtajać, lecz niestety reszta gliniarzy była potrzebna jej gdzieindziej. Kapral nie do końca sprawdzał się w prawdziwej, milicyjnej robocie, ale był doskonałym chłopcem na posyłki, a także sortownikiem, księgowym i sekretarzem. Pieczołowitym, dokładnym, profesjonalnym no i oficjalnym.

Papierów, jak zawsze przy tego typu okazjach, zebrało się całe mnóstwo, a miało być ich co najmniej dwukrotnie więcej. Raport z sekcji, zeznania i wiele, wiele innych. Nienawidziła papierów, chociaż rozumiała ich konieczność. To trochę tak jak z wizytami u dentysty – są konieczne, lecz nieprzyjemne.

Prawie trzy godziny wypełniała różnorakie dokumenty i pisała listy, a Władki jeszcze nie było. W końcu na posterunku zjawił się miejscowy dziennikarz, Kaspar Alekseev, gotów opisać poranną „sensację". Rola dziennikarza w Kościokamieńcu nie należała do najlżejszych, w końcu wszyscy tu zawsze o wszystkim wiedzieli. Właściwie, tak na zdrowy rozsądek, trochę trudno zrozumieć, jakim cudem miejscowe gazety w ogóle potrafiły na siebie zarobić. Cóż, jeden z głównych powodów to zamieszczane w nich ogłoszenia, zwykle zajmujące parę stronic. Kamulce kochali je, bo stanowiły najłatwiejszy sposób by coś zareklamować, sprzedać, oddać, kogoś nająć, a nade wszystko obrazić. Inne źródła żeru dla gazet to opowiadania z dreszczykiem, krzyżówki, aforyzmy i swego rodzaju pokrętny snobizm – otóż ci kupujący gazety, uważali się za bardziej wykształconych, majętniejszych i generalnie lepszych od tych, którzy tego nie robili. Damira dorzuciłaby do tej wyliczanki jeszcze czystą złośliwość tudzież negatywne uwielbienie w stosunku do cudzych wypowiedzi. Nieważne, oficjalne oświadczenie magistratu czy też wywiad z kimś, osoba, która miała nieszczęście wypowiedzieć się w gazecie, mogła liczyć na to, że zostanie wzięta na tysiące języków i obsmarowana ze wszystkich stron. Szczególnie dotykało to ją – komendant. Wystarczyło, że powiedziała jakiemuś pismakowi dwa słowa, a w mieście huczało przez tydzień. Oczywiście w swym oficjalnym wydaniu nie słyszała na swój temat nawet jednego złego słowa, ale w dniu wolnym, ubrana w rzeczy po rodzicach i z grubsza nierozpoznawalna... No cóż, wtedy to dziwiła się, czemu kamulce jeszcze nie wzięli za widły i pochodnie, i nie roznieśli komendy. Generalnie miała jakieś-takie małe podejrzenie, że każdy rodzimy mieszkaniec Kościokamieńca ma w sobie co najmniej tyle jadu co z trzy, może cztery żmije.

Odwiedziny Alekseeva stanowiły dla Damiry swoistą wisienkę na torcie goryczy tego dnia. Zresztą rozmowa z łapiącą za słówka szują, przy której musiała niezwykle uważać na to co mówi, nigdy nie należała do przyjemności. Szczególnie, że ta konkretna szuja miała w zwyczaju dopisywać sobie rozmaite historie do tego, czego ktoś NIE powiedział. Historie wyrażone albo sugestywnymi pytaniami, albo silnym trybem przypuszczającym, przez co nikt nie mógł go pozwać o szerzenie dezinformacji. Naprawdę go nie znosiła.

Ze względu na niepozorny wygląd Alekseev był dziennikarzem doskonałym, bo budzącym zaufanie. Nieco pulchna, ale nie gruba, wiecznie uśmiechnięta i tak jakby nieśmiała buźka, łagodne spojrzenie błękitnych ocząt, potargane włosy barwy kawy z mlekiem, przeciętna figura, budowa, garnitur z średniej półki. Dość skromny, ale zawsze wyprasowany i wręcz idealnie czysty. Do tego uścisk dłoni – mocny i pewny, z jakim zwykło utożsamiać się uczciwych ludzi. Rzecz w tym, że Alekseev miał tyle wspólnego z uczciwością, co bazarowy sprzedawca chabet z drugiej ręki. Taki, od którego kupowało się żywotnego ogiera, a ten, kilka godzin po transakcji, okazywał się chorowitym, starym, pofarbowanym dziadem na prochach z przyszłością w fabryce kleju.

- Dzień dobry pani komendant – dziennikarz uśmiechnął się szeroko, a Damira zauważyła drapieżny błysk w jego czach. – Czy moglibyśmy chwilę porozmawiać?

Obrzuciła go niechętnym spojrzeniem znad papierów. Już dawno nauczyła się, że wobec tej gnidy nie należy być miłym, ale stanowczym błędem jest brak uprzejmości. Chamstwo zaś... No cóż, pismak potrafił doskonale się mścić za wszelkie przejawy chamstwa w stosunku do swojej niepozornej osoby.

- Szczerze powiedziawszy wolałabym nie. Jak widzicie, panie Alekseev, jestem zawalona robotą. Niemal dosłownie. – Wymownie wskazała na piętrzące się na biurku dokumenty. – Jednakże przypuszczam, że nie dacie się tak łatwo zbyć, zatem rozmawiajmy. Mam nadzieje, że nie potrwa to zbyt długo.

- Nie potrwa. – Alekseev uśmiechnął się szerzej. – Mam tylko jedno, małe pytanie. Co się stało dzisiaj w magazynach? Widziano tam panią, pani ludzi i wóz kostnicy. Podobno był też jakiś trup.

- Zgadza się.

- Można odrobinę szerzej?

- Mogę wydać oficjalne oświadczenie, niezbyt obszerne, jako że śledztwo jest w toku, a i wielu szczegółów nie znamy.

- Dobrze, to owo oficjalne oświadczenie?

- Dzisiaj w godzinach porannych, w magazynie północnego pola magazynowego Nogi znaleziono zwłoki niezidentyfikowanego mężczyzny w średnim wieku, słusznego wzrostu i szczupłej budowy ciała. Obrażenia wstępnie wskazują na śmiertelne samookaleczenie będące, prawdopodobnie, wynikiem zażycia bliżej niezidentyfikowanego środka odurzającego. Jednakże nie jesteśmy w stanie powiedzieć na chwilę obecną czy tak było naprawdę, jaki to był środek ani czy w sprawę nie są zamieszane osoby trzecie. Więcej będzie można dopiero powiedzieć po sekcji zwłok, kiedy przyczyny śmierci zostaną precyzyjnie określone. Jednakże nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy ta zostanie zakończona ze względu na stan ciała.

- To znaczy?

- Zwłoki są zamrożone. Ofiara musiała leżeć w magazynie co najmniej dzień bądź dwa. Niestety określenie dokładnego czasu śmierci, jak zostałam poinformowana, prawdopodobnie będzie niemożliwe, ze względu na mróz. Być może określenie czasu zgonu byłoby prostsze, gdyby nam zgłoszono zaginiecie osobnika o rysopisie podobnym do ofiary, jednakowoż w ostatnich tygodniach nie otrzymujemy żadnych informacji o zaginięciach.

- Mówi pani jakby panią to martwiło.

- Nie martwi mnie brak zaginięć. Martwi mnie to, że ktoś zaginął, a tego nie zgłoszono, bo póki nieszczęśnik z magazynu nie został znaleziony, był zaginiony, ale nikt nie raczył się tym zainteresować. Martwi mnie straszna myśl, że zaginięć może być więcej, ale nic o tym nie wiemy, bo mieszkańcy naszego miasta pozostają obojętni na tego typu wypadki. Jeżeli ktoś przepada bez wieści i to raczej nie dlatego, bo udał się na długie polowanie, bo ma w zwyczaju „pójść w tango" czy też lubi zaszyć się na parę dni gdzieś z dala od cywilizacji obywatele powinni się tym zainteresować. Niekoniecznie zaraz biec na milicję, ale chociaż popytać, wywiedzieć się, a jeżeli sprawa wyda się niepokojąca dopiero nas poinformować.

- Czyli podejrzewa pani, że śmierci jak ta w magazynie może być więcej?

- Nie. Mówiłam ogólnie. W końcu powodów, że ktoś nagle znika może być wiele. Chociażby najczęstszy, a zarazem najbardziej przykry wypadek: staruszka potyka się w domu, łamie sobie biodro, parę żeber i leży bezradna, nie mając nawet siły zawołać po pomoc. Jeżeli nikt się nie zainteresuje, czemu jej ostatnio nie widać, może umierać dniami leżąc na podłodze własnego mieszkania. Zresztą mieliśmy podobny, ponury przypadek zeszłego lata, prawda? Chyba nawet pisaliście o tym, prawda?

- Tak, ale przecież nie każde zaginięcie, to staruszka ze złamanym biodrem, prawda?

- Owszem. Ale też nie każde zaginięcie to zamarznięte zwłoki w magazynie. W przeciwnym razie praca milicji, chociaż bardziej ponura, byłaby też dużo łatwiejsza, prawda?

Alekseev uśmiechnął się półgębkiem i popytał jeszcze o parę rzeczy, licząc, że jeżeli pociągnie rozmowę dłużej, to jakoś podejdzie panią komendant. Na jego nieszczęście Damira wiedziała, jak nie dać po sobie poznać, że coś ukrywa. Inna rzecz, że naprawdę dużo więcej nie mogła mu powiedzieć, nie jeżeli miałyby to być słowa mające jakiekolwiek oparcie w dowodach. Może jedynie to, że w płaszczu nieboszczyka znaleziono dokumenty Hovki, lecz jeżeli jej ludzie mieli w spokoju przeszukać mieszkanie mężczyzny i podpytać jego sąsiadów, musiała się wstrzymać z tą informacją. Reszta... No cóż, tak jak powiedziała dziennikarzowi, sekcja zwłok trwała, a samookaleczenie pozostawało samookaleczeniem, nieważne jak makabrycznie wyglądało. Oczywiście informacja, że ktoś dosłownie zerwał sobie twarz, z pewnością spodobałaby mu się. Zarówno pismaki jak i ich czytelnicy lubią krew. Właściwie to im więcej krwi, tym szybciej rozchodzi się nakład gazety.

Kilka minut po opuszczeniu przez Alekseeva komendy pojawiła się Władka. Damira przypuszczała, że kobieta przyszła dużo wcześniej, ale rozsądnie ukryła się przed dziennikarzem, którego nie znosiła z niemal równą mocą, co wszyscy gliniarze. Uważała go za profesjonalnego plotkarza gorszego rodzaju, dużo gorszego, i pod pewnymi względami miała rację. Dziennikarze, w przeciwieństwie do plotkar takich jak akuszerka, nie rozumieli, że nie powinno się każdemu o wszystkim mówić. Informacja stanowiła broń obosieczną, a czasem nawet punkt zapalny, od którego mogło spłonąć całe miasto.

- Dzień dobry pani komendant. Podobno wołaliście mnie. Czego chcecie?

Komendant spojrzała na rumianą twarz akuszerki. Bez trudu wyczytała z niej, że kobieta zna już co najmniej z dziesięć plotek na temat tego, co znaleziono dzisiaj w magazynach. Mało tego – oczekuje oficjalnego uzupełnienia i sprostowania zasłyszanych informacji. Cóż, akurat z Władką Damira mogła być szczera.

- Złe rzeczy się dzieją Władko – zaczęła, wskazując kobiecie krzesło i ich wspólnym zwyczajem wyciągając flaszkę z biurka. Po chwili podsunęła jej szklankę wypełnioną po brzegi bursztynowym płynem. Jeżeli dobrze pójdzie to na szklance się skończy. Władka, gdy zbierała informacje, mniej folgowała sobie z alkoholem, żeby żadnej nie przeoczyć. – Wiecie, że dzisiaj znaleziono zwłoki na magazynach?

- Ano wiem. Wiecie, jak to u nas jest... Ludzie gadają.

Damira wiedziała aż nazbyt dobrze.

- Paskudna sprawa Władko, powiem Władce w zaufaniu. Znaczy niech to zostanie między nami. Chłopina twarz sobie zdarł gołymi rękoma, oczy wyjął, język wyrwał, a nawet gardło rozerwał. Straszny widok.

- Co też pani mówi! Toż to na prawdziwe tabu wygląda!

- Ano wygląda.

- Ale czemu sobie coś takiego zrobił?

- Abo to wiadomo? – Damira wzruszyła ramionami. – Piją, wciągają i łykają teraz takie rzeczy, że człowiek po tym szaleje. A może kto go otruł? Nie wiemy. Na razie doktór go bada. W każdym razie mam do Władki sprawę. Nieborak miał w płaszczu dokumenty Arseniego Hovki, możno to on. Może popytalibyście się, co to za człowiek był, pogadali z jego sąsiadami? Wiecie Władko, jak to jest. Z mundurowymi ludzie gadać nie lubią, a Władka, akuszerka, a zatem podpora społeczeństwa, wzbudza zaufanie.

- Jasne pani Damiro, jasne. Popytam gdzie się da, bo takie rzeczy to się dziać nie powinny. Nie po to matki wydają na świat dzieci, żeby te same sobie ciało rozrywały, oj nie. Już wystarczająco złe jest jak kto się zapija na śmierć, albo łeb mu ukręcą, ale takie coś... Straszne, naprawdę straszne. Rozumiem też, że o tym, co tu była mowa, to nikt, absolutnie nikt nie ma wiedzieć?

- Oczywiście, a przynajmniej nikt nie powinien wiedzieć więcej niż już ludzie wiedzą. A i jakbyście mogły, pani Władko, miejcie też oko na młodego Mrewkę. On chodzi czarci wiedzą gdzie i wiele widzi. Pewno będę musiała niedługo z nim porozmawiać, ale dobrze byłoby, gdyby na miarę możliwości ktoś na niego zerkał.

- Śledzić go nie będę... – zaczęła stanowczo akuszerka. Co prawda miała lepszy stosunek do Johana niż większość miasta, chociaż z całą mocą gardziła jego ciotką i rodzicami, jednakże bała się go. Mało kto potrafił ją przestraszyć, ale ci, których się bała mieli dwie wspólne cechy. Po pierwsze byli osobnikami wysoko aspołecznymi, a po drugie tańczyli na granicy obłędu bądź nurzali się w nim, a chłopak aż nadto spełniał oba warunki.

- Nie wymagam tego od was, ale odwiedzacie jego babkę, więc podczas tych odwiedzin zerknijcie na niego, jeżeli tam będzie. No i popróbujcie podpytać zielarza, bo nasz obcy ponoć zgodził się leczyć starowinę...

Władka aż się wyprostowała na krześle, a jej oczy żywo błysnęły. To oznaczało jedno – naczelna plotkara Kościokamieńca jeszcze o tym nie słyszała. Damira uśmiechnęła się w duchu. Skoro udało jej się dotrzeć do jakichś wieści przed akuszerką, znaczy z milicją nie było aż tak źle. Nadal potrafili samodzielnie zdobywać informacje.

- Zuber leczy babkę Mrewkową? A jak to się stało?

- Zdaje się, że nasz zielarz przyłapał młodego Mrewkę na próbie kradzieży u Hryciuka i nieźle go poobijał. Jednak potem obaj doszli do porozumienia. Nie mam pojęcia czy jakoś Mrewce udało się złapać zielarza na litość, czy może mu coś zaproponował... Chyba to pierwsze, bo na wymianę to on za wiele nie ma.

- Ma parę niesłabych, zdrowych rąk, czuły słuch i bystre oko, a to nie mało. Nie dla obcego, który nie ma takich oporów jak Kamulce – oznajmiła stanowczym tonem Władka, a jej twarz nieco stężała. – Zresztą, w przypadku targów z obcymi ma nawet więcej do zaproponowania. Gdyby trafił nie na Zubera, a na jakiegoś parszywca, mógł się wykupić wypinając albo klękając przed nim. W końcu ciało ma młode, a i buźkę nienajgorszą.

W pierwszym odruchu Damira nie zrozumiała, o co może chodzić akuszerce, a gdy to pojęła, wzdrygnęła się. Myśl, że ów nękany od przyjścia na świat chłopak mógłby zostać upodlony jeszcze w taki sposób zwyczajnie budziła w niej wtręt. Szczęśliwie Zuber sprawiał wrażenie uczciwego człeka, a przynajmniej nie takiego, który mógłby wykorzystywać innych w TAKI sposób. Inna rzecz, że Johan prędzej zabiłby się, niż pozwolił komuś...

Komendant potrząsnęła głowa odganiając te myśli od siebie. Faktem pozostawało, że Władka miała rację. Zielarz mógł czegoś chcieć od Johana. Czego? Pojęcia nie miała, mogła mieć jedynie nadzieje, że niczego złego. W każdym razie Mrewka mógł być mu użyteczny w wielu rzeczach, jak chociażby zbiór ziół czy pomoc w przygotowaniu ich.

- Tak Władko, macie rację... – Pokiwała głową – Johan młody i silny, zdrowy do tego, chociaż kulawy. Zielarzowi może być użytecznym, o ile zielarz zdaje sobie sprawę, jak może zapłacić za tę znajomość. Wiecie jak to u nas jest. Niektórzy traktują Mrewkę jak chorobę przenoszoną przez dotyk. W każdym razie pytajcie Zubera o niego. Nasz obcy już się chyba zorientował, że jesteście jednym z filarów naszej społeczności i będzie chciał się wam przypodobać swoimi opowieściami... A jeżeli nie, to tym bardziej miejcie uszy i oczy otwarte, bo na pewno coś kombinuje. Przy okazji, jest jeszcze jedna sprawa.

- Tak?

- Jak już skończycie z Hovką, miałabym dla was cała listę ludzi o których chciałabym się tego i owego dowiedzieć...

- Chodzi o tych, co ich niedawno okradli? Co z tego powodu ratusz panią komendant wezwał?

Damira zamrugała. Przenikliwość Władki czasem nawet ją zaskakiwała. Nie pierwszy raz zastanowiła się, jakim komendantem byłaby ta kobieta. Oczywiście zakładając, że miałaby predyspozycje do kierowania ludźmi, bo niestety akuszerka, chociaż doskonale manipulowała, to kiepsko radziła sobie wydawaniem rozkazów i bezpośrednimi starciami. No chyba, że coś się działo przy odbieranym przez nią porodzie. Wtedy zachowywała się jak nieprzejednany generał.

- Tak, o nich.

- Już to przewidziałam i zasięgnęłam języka, pani komendant. Dziwna sprawa z nimi, wiecie... Niby niczym się nie wyróżniają, ciułają swój los z dnia na dzień, nie mają żadnej specjalnej władzy czy wpływów, ale... Są nie do ruszenia. Ktokolwiek czegokolwiek nie próbuje przeciwko nim, to zawsze się na jego niekorzyść obraca. Albo wcześniej dopada go straszny pech. Ludzie to już po kątach mawiają, że oni to czarownicy jacyś. Że to tab...

Nie dokończyła, bo przerwało je wartkie pukanie do drzwi.

- Zajęta jestem! – krzyknęła.

- Ten nowy doktorek przyszedł, mówi, że to ważne!

- Dobrze, niech wejdzie.

Ledwie Zukov przekroczył próg, Komendant zrozumiała, że nie jest dobrze. Mało tego, że jest źle i to jak cholera.

Lekarz sprawiał wrażenie nieźle przestraszonego. Był blady, włosy miał w nieładzie, a jego szczupłe dłonie nieustannie poruszały się – bez przerw coś poprawiał, skubał, gładził. W dodatku pachniał jak gorzelnia, aczkolwiek nie wyglądało na to, żeby cokolwiek pił. Zupełnie jakby się wykąpał w spirytusie. Spirytus to środek odkażający, ale skąd go wzięło na aż taką...

Właśnie w tym momencie coś przeskoczyło w jej umyśle i zalało ją to paskudne uczucie. Cholernie paskudne.

- Tak panie Zukov, co się stało? – zapytała, chociaż coś jej mówiło, że już zna odpowiedź.

Doktor wymownie spojrzał na siedzącą przy biurku Władkę.

- Mówcie przy niej. To nasz nieoficjalny funkcjonariusz i jedna z osób w mieście, co to ma więcej niż jeno krztynę rozsądku.

Lekarz mówił. Mówił długo, chociaż nie rozwlekle, używając wielu medycznych terminów, które potem tłumaczył. Krótko mówiąc Hovka nie zmarł na wskutek działania żadnego nielegalnego proszku czy też innego specyfiku, który miał dawać uczucie euforii i sprawiać, żeby „mozg mrowił". Nie. Zabiło go coś o wiele groźniejszego, chociaż maciupeńkiego. Jakaś bakteria, dziwaczny mikrob, z którym w trakcie studiów Zukov jeszcze nigdy się nie spotkał, chociaż to właśnie w chorobach wywoływanych przez wszelakie mikroby się specjalizował. Ponoć nieboszczyk miał całe ciało wyniszczone i nawet gdyby nie rozerwał sobie gardła, to zginąłby w przeciągu kilku godzin. Mało tego, to właśnie silny stan zapalny mózgu wywołany przez bakterię sprawił, że biedny Hovka tak się okaleczył.

Zukov nie znał tego śmiercionośnego zarazka ani nigdy nie słyszał o chorobie, która dawałaby podobne objawy, jednakowoż zdołał się co nieco o bakcylu dowiedzieć. Po pierwsze bakteria bardzo szybko ginęła poza żywym organizmem, co teoretycznie stanowiło naprawdę dobrą nowinę – zmniejszało zagrożenie ze strony zwłok i dawało też jako-taką strategię w razie gdyby wybuchła plaga: odciąć chore rejony i pozwolić wypalić się zarazie. Niestety tylko teoretycznie. Dlaczego? Bo była zima, a jak to odkrył doktor, bakteria doskonale znosiła stan zamrożenia nawet w niezwykle niskich temperaturach – w ciele Hovki dosłownie roiło się od niej. To z kolei drugi problem. Mikrob błyskawicznie się namnażał, a w związku z tym był piekielnie śmiercionośny i prawdopodobnie niezwykle zaraźliwy.

- Ale jak się to przenosi? – Zapytała niezwłocznie Władka. – Krew, dotyk, powietrze... Znaczy ta, no...

- Droga kropelkowa? – podpowiedział lekarz.

- Właśnie.

- Pojęcia nie mam. Przypadek Hovki jest jedynym i miejmy nadzieje ostatnim z jakim się spotkałem. Prawdopodobnie będę musiał poprosić o konsultację pozostałych doktorów, ale wątpię, że bez przypadków dalszych zakażeń wysnują jakąś teorię. Istnieje możliwość, że zapalenie mózgu stanowi swego rodzaju metodę rozsiewania się choroby. Chory dostaje szału, samo okalecza się, a bakterie rozchlapują się wokół wraz z krwią. Jednak, chociaż makabryczna, to nader optymistyczna wizja, bo wtedy wystarczyłaby izolacja chorych. W każdym razie, choroba prawie na pewno nie przenosi się poprzez wodę.

- Nie poprzez wodę, ale ktoś wnieść wraz z śniegiem na butach do domu może – mruknęła ponuro Damira.

Doktor ponuro przytaknął, po czym odruchowo zmierzwił swoje czarne włosy. Zwykłe nienagannie ułożone, sterczały mu we wszystkie strony, dopinając obrazu zdenerwowanego intelektualisty. Jego strach był nie tylko wyczuwalny, ale i widzialny, lecz mimo tego zachowywał spokój. Damira musiała przyznać, że jest pod lekkim wrażeniem. Biorąc pod uwagę, że Zukov uciekł do Kościokamieńca przed czymś, a tu, w swoim „schronieniu" natknął się na tak wielkie zagrożenie, zachowywał nerwy. Tym bardziej, że był stosunkowo młody, a swoją praktykę zaczął niedawno. Widmo plagi powinno go przerażać bardziej niż kogokolwiek innego, bo doskonale wiedział z czym ta się wiąże, a jeszcze nie potrafił z nią skutecznie walczyć. No i był jeszcze jeden powód.

- Tak w ogóle, pani komendant, trzeba byłoby, aby pani i wszyscy, którzy mieli styczność z nieboszczykiem poddali się badaniu krwi – mruknął. – Pracownicy kostnicy, ja, inni policjanci.

- I ci, których wysłałam do jego mieszkania – uzupełniła Damira, mówiąc jakby do siebie. – A potem wysłać ich tam i do magazynu jeszcze raz, już odpowiednio zabezpieczonych, żeby poszukali czegoś, co mogłoby być źródłem zarazy. A najlepiej wysłać tam z nimi Ostrawę, bo on będzie wiedział, jak zakaźne coś może wyglądać. No i na koniec odkazić jedno i drugie... Chociaż magazyn to najlepiej spalić.

- A dlaczego wysłać doktora Ostrawę? – Zukov uniósł brwi i wyprostował się. Urażona duma zawodowa aż z niego wyciekała. – Sądzę, że ja w równym stopniu...

- Bo jesteście nowi – ucięła. – Bo jeżeli wybuchnie zaraza, Kamulce zaczną sobie zadawać pytania typu „skąd się to choróbsko wzięło, skoro nigdy tu wcześniej nie było?". Odpowiedź jest jedna. Z zewnątrz. A kto jest z zewnątrz? Wy, panie Zukov, wy i ten nieszczęsny Zuber, dlatego lepiej obaj trzymajcie się od sprawy z dala. Przynajmniej oficjalnie.

- Ależ zapewniam...

- Wiem, że to nie wy. – Damira spojrzała w jego młodą, przestraszoną twarz. Twarz kogoś, komu kolejny raz w zbyt krótkim czasie grunt zaczyna się usuwać spod stóp. – Uciekacie przed czymś, przypuszczam, że kogoś zabiliście, ale normalnie z broni. Strzałem. Nie bakteriami. A że uciekacie przez takie coś, najlepszym rozwiązaniem dla was jest osiąść gdzieś, gdzie jest spokojnie. Zaprzyjaźnić ze sobą ludzi, nie wychylać się. Wywołując zarazę, stracilibyście tylko schronienie, zatem nie macie powodu, żeby rozpętywać plagę, przeciwnie. Dla was najlepszą opcją byłoby, gdyby miasto sobie kwitło na bocznym torze cywilizacji, karmiło was i zapewniało wam opiekę. Niestety miejscowi nie patrzą w ten sposób. Dla nich każdy z zewnątrz jest zły, póki tego nie udowodni. Zwykle udowadnia uczciwością i sumienna pracą, ale wy możecie nie zdążyć tego zrobić, jeżeli gawiedzi coś durnego do łba wpadnie, rozumiecie?

Mężczyzna zająknął się i pobladł gwałtownie. Komendant uśmiechnęła się gorzko.

- Odradzałabym też ucieczkę. Pociąg będzie przejeżdżał tędy najwcześniej za trzy tygodnie, tutejsze osły nie słuchają się ot tak obcych jeźdźców, natomiast ucieczka na piechotę to czyste szaleństwo. Nie jesteście nomadem, ani łowczym, a i oni mieliby trudno przetrwać w dziczy, szczególnie zimą i to tak srogą jak teraz. Do tego głodne wilki dają się znać w tym roku hodowcom zwierzyny, a zdesperowane to i na człeka mogą się rzucić. Nie wspominam o zdziczałych psach, co to przed człekiem wiele respektu nie mają. Nie, panie Zukov, lepiej postępujcie zachowawczo, ale i ostrożnie, a w razie kłopotów biegnijcie do mnie lub proście o wstawiennictwo waszą gospodynię. Starowina cieszy się sporym posłuchem wśród miejscowych, a zagniewana potrafi być naprawdę straszna.

- Skoro uważacie, że jestem mordercą, to skąd ta troska o mnie? – Doktor spojrzał na ni z wyraźną podejrzliwością. – Nie powinniście chcieć mnie czym prędzej powiesić?

- Czemu? Ano mam tak ze trzy powody. Po pierwsze nie wyglądacie mi na złego człeka, a ja mam nosa do ludzi. Po drugie każdy zasługuje na drugą szansę, poza tym, jako, że nie wyglądacie na złego człowieka, nie wykluczam, że ten, co to mu wpakowaliście kulkę, zasłużył sobie na to. No i po trzecie i najważniejsze – miasto potrzebuje lekarzy. Potrzebuje jak szlag. Szczególnie, jeżeli miałaby się rozpętać plaga. Owszem, na pierwszy rzut mieszkańcy będą przeciw wam, ale jak zacznie się piekło, pewno docenią każdą pomoc. Czy to będzie pomoc wasza czy zielarza. A na pewno docenię ją ja.

- Wicia i Katia – rozległo się z nimi. Obrócili się. Zamyślona akuszerka miała niezwykle chmurną jak na siebie i poważną twarz. ­– Wicia to hultaj, a do tego ma zatargi tu i ówdzie do tego jego upodobania... No i też przyjechał wraz z doktorem niedawno. Za niego też mogą się wziąć w razie czego, szczególnie, że zegarmistrz go nie cierpi. Może chcieć wykorzystać sytuację, żeby się go pozbyć, nie brudząc sobie rąk, a wiecie pani komendant, jak on potrafi mieszać. Do tego Katia siedzi u nas siódmy rok, a siódemkę wielu uważa za liczbę czarodziejską, więc to rocznica równie zła, jak dziesiąta, bo okrągła, czy tam trzynasta bo znów czarnoksięska. Trzeba będzie ich uprzedzić. Nie wspominając już o tym, że i Mrewka może wpaść w kłopoty. W tym roku jest jego dwudziesta pierwsza zima na tym padole, a dwadzieścia jeden to trzy siódemki, no i do tego ta jego historia...

Komendant spojrzała w oczy Władce. Tak, kobieta miała głowę na karku i świetną pamięć do dat, a do tego potrafiła myśleć w pokrętny, zabobonny, kamulcowy sposób, kiedy trzeba było, nie będą w żaden sposób zabobonną. Tak, tę trójkę trzeba byłoby jakoś ostrzec... No właściwie Johana nie trzeba było, bo chłopak zawsze wychodził z założenia, że wszyscy prócz jego babki, to wrogowie, ale mimo wszystko i jemu trzeba byłoby szepnąć to i owo na ucho. Szkopuł w tym, że nie dawała złamanego grosza za ich lojalność. Mogli wygadać się, a ostatnim czego potrzebowała, to rozprzestrzeniających się po mieście wieści o zarazie, której na razie nie było i wcale nie musiała się pojawić.

Ech, musiała to jakoś obejść. Problemy, problemy, problemy. Wszędzie napotykała problemy.

- Panie Zukov, byłabym wysoce zobowiązana, gdybyście przekazali wszystko doktorowi Ostrawie. Oczywiście tak, żeby nikt inny się o tym nie dowiedział, nie chcę w mieście paniki. I poproście go jak najszybsze przybycie na posterunek. Najlepiej, żeby zdążył przed zmianą wart. Wtedy przebada funkcjonariuszy, którzy mogli mieć kontakt ze schwytanym przez pana bakcylem, a potem „skonsultuje" pańskie wyniki, tak dla formalności. Oczywiście istnieje możliwość, że rozpozna naszego mikroskopijnego przeciwnika, jednakże wątpię. Kościokamieniec do tej pory omijały wszelkiego rodzaju plagi. O dżumie i cholerze wiemy tu jedynie z opowieści. Władko, wy zróbcie to, o co was prosiłam i spróbujcie młodemu Mrewce nabić nieco rozumu, jeżeli go spotkacie. Szepnąć o wszystkim, a jednocześnie zasugerować, w jakiej może się znaleźć sytuacji, jeżeli wieść się rozniesie... Rozumiecie co mam na myśli?

Władka skinęła głową. Tyle Damirze starczyło.

- Doskonale – kontynuowała. – Tylko Władko, na litość proszę was, jeżeli traficie na coś podejrzanego, trzymajcie się od tego z dala, dobrze? Szczególnie, jeżeli to „coś" może byś związane z chorobą. Weźcie pod uwagę to, że narażając siebie, narażacie wszystkich. Zrażając się, możecie rozprowadzić chorobę po całym mieście.

- Pani komendant kochana, ja kobieta prosta, ale nie głupia.

- Wiem Władko, że nie. O głupotę to was nawet przez chwilę nie podejrzewałam. Ale macie dobre serce, a to, kiedy trzeba zachować ostrożność, może być wadą. Dobrze Władko, ja dzisiaj, kiedy wszystko tutaj ogarnę, jeszcze podejdę do Hryciuka. Spróbuje pogadać z nim i zielarzem, w końcu niewykluczone, że zielarzyk coś wie, prawda? Przyznaję, niespecjalnie widzę go w roli roznosiciela zarazy, ale wszystko możliwe. Poza tym może zwyczajnie ZNAĆ tę chorobę, bo ją kiedyś leczył. Łaziki krążą wszędzie, prawda? Jeżeli zna ją i wie jak ja wyleczyć, byłby to prawdziwy cud. Jednak na cuda to ja nie liczę, oj nie.

Westchnęła ciężko, zastanawiając się nad pewną kwestią. Nie wiedziała czy powinna o tym wspominać przy doktorze, bo nie wiedziała na ile może mu ufać. Ostrawa i Hryciuk mogli coś chlapnąć w imię „dobra publicznego", ale Zukov... On znajdował się na linii strzału, a ona była jednym z jego nielicznych, jeżeli nie jedynym sojusznikiem. Chociażby mając to na względzie, powinien siedzieć cicho. Ech... Kogo ona oszukuje? Przecież potrzebuje opinii kogoś w temacie, jak nie Zukov, to kto inny?

- Panie Zukov, mam do was takie odrobinę dziwne pytanie. Dziwne, ale bardzo ważne – zmarszczyła brwi, a lekarz się wyprostował, prezentując swoją gotowość do pomocy. – Otóż jakiś czas temu dokonano w naszym mieście zuchwałych kradzieży. W ciągu dnia, bez strachu przed policją. Okradziono obywateli z różnych warstw społecznych i o różnym majątku. Większością tych skradzionych przedmiotów były różnorakich rozmiarów pojemniki, jak tabakierka czy proste drewniane pudełko. Pojemniki, lalka i donica z rośliną. Nic cennego, jednakże zrobiono wielką aferę z zaginięcia tych przedmiotów. Okropną. Mało tego, z pewnego źródła wiem, że to Hovka prawdopodobnie dokonał wszystkich tych kradzieży, jak przypuszczam na czyjeś zlecenie. Czyje, tego nie wiem. I tu pojawia się moje pytanie: czy w tych skradzionych przedmiotach mogło być coś zakaźnego? Nie wiem...

- Nie wyobrażam sobie co to mogłoby być. – Doktor wymownie rozłożył ręce. – Tak jak powiedziałem, bakteria szybko ginie poza żywym organizmem, chyba, że jest zamrożona. Jedyny związek jaki tu potencjalnie widzę, to taki, że zleceniodawca pana Hovki użył choroby, aby się go pozbyć, jednak coś takiego byłoby szaleństwem. Ten człowiek musiałby mieć dostęp albo do nosiciela zarazy, albo do zamrożonego materiału biologicznego. Biorąc pod uwagę, jak bardzo bakteria jest zaraźliwa coś takiego jest skrajnym ryzykiem. Przez byle fałszywy ruch swój bądź Hovki mógł wywołać plagę albo sam się zarazić. Z drugiej strony normalny człowiek chyba nie zleca kradzieży byle puzderek, laleczki i kwiatka.

- Mam wrażenie, że w tym wszystkim jest coś czego nie widzę, a czego może nawet widzieć nie chcę – mruknęła na poły do siebie, na poły do swoich gości. – W każdym razie dziękuję doktorze. Proszę pamiętać o moich prośbach... I o tym, ze wszystko, co zostało tu powiedziane, nie może się wydostać na zewnątrz. Na razie mamy tylko jeden przypadek zachorowania i mam wielką nadzieję, że na tym się skończy. Jeżeli ludzie usłyszą, że możemy mieć plagę, rozpęta się panika i niewykluczone, że plagę lub coś równie złego mieć będziemy, bo jakiś przestraszony obywatel zrobi coś głupiego. Dlatego BARDZO proszę o dyskrecję.

- A mogę zrobić coś poza byciem dyskretnym? – zapytał Zukov. ­– Póki co utknąłem tutaj, a sytuacja jest dość niepokojąca. Wiem, że oficjalnie powinienem trzymać się od wszystkiego daleka, dla własnego dobra, ale... Może jest coś, co nie zwróci na mnie uwagi?

Damira zastanowiła się. Zukov był niedawno po studiach z dużego miasta...

- W Kościokamieńcu nigdy nie było plagi, więc i miejscowi nie za bardzo wiedzą, jak można by z taką postępować. Wy uczyliście się o dżumie, cholerze i innych. O tym jak zapobiegać takim rzeczom. Możecie zacząć wstępnie opracowywać plan działania, na wypadek, gdyby wybuchła. Zarówno na wypadek gdyby TA zaraza się rozprzestrzeniła, jak i inna. Przydałoby się takie coś. To, że do tej pory los nam błogosławił, nie znaczy, że tak będzie nadal. Pewnie będą wam potrzebne informacje odnośnie ujęć wody, możliwości sanitarnych, transportu i zapasów, postaram się je załatwić. I dziękuję za propozycję.

Doktor skłonił się krótko i czym prędzej wyszedł z gabinetu, a Damira westchnęła głośno, osuwając się na krzesło za biurkiem. To nie był dobry dzień, oj nie. Czuła, że po prawdziwych, pogodowych burzach, nadchodzi kolejna, tym razem taka wywołana przez ludzką wolę. Już słyszała nadchodzące grzmoty.

- Pani komendant, a ja mogę zrobić coś jeszcze? – zapytała Władka, spoglądając na nią z niepokojem.

- To co zawsze. Miej oczy i uszy otwarte, myśl samodzielnie i nie ufaj pozorom.

Akuszerka uśmiechnęła się pod nosem, krótko skłoniła i wyszła.

Damira znowu westchnęła, przeklinając soczyście w myślach, a potem wzięła się do roboty, zaś tej miała nie mało. Po pierwsze musiała ściągnąć wysłanych do Hovki gliniarzy z terenu, żeby ci się nie zarazili, poinformować ich o wszystkim i do czasu badania odizolować. Potem znów przeprowadzić spotkanie ze wszystkimi milicjantami, aby przekazać im wieść o śmiercionośnym bakcylu. Oczywiście nie zamierzała im mówić stuprocentowo wszystkiego, chociażby po to, żeby nie narazić Mrewki na niebezpieczeństwo – niektóry z jej ludzi wykazywali do chłopaka podobny stosunek, jak większość mieszkańców i nie mogła nic z tym zrobić. Najgorszym problemem było zmuszenie gliniarzy, żeby trzymali język za zębami i nie zachowywali się głupio. Niby wszystkich osobiście przeszkoliła i tak dalej, ale musiała pamiętać, że większość z nich ma rodziny: żony, matki, narzeczone, dzieci. Czasem mężów, bądź narzeczonych, bo na służbie miała cztery kobiety. Żaden z jej gliniarzy nie wahał się przed ryzykowaniem własnego życia, ale złapana przez Zukova bakteria stanowiła zagrożenie dla WSZYSKICH. Zagrożenie, przed którym najbezpieczniej było uciec, ale droga ucieczki była jedna – w dzicz, w otchłań bezlitosnej, rosyjskiej zimy.

Najbliższe godziny nie były dla komendant łatwe, oj nie. Podwładni nie przyjęli lekko zasłyszanych wiadomości i tylko jej twarda ręka oraz wypracowany przez lata respekt sprawiły, że obyło się bez jakiegokolwiek buntu. Gorzej sprawa się miała z ludźmi ściągniętymi z terenu. Byli wyraźnie przerażeni ideą, że mogli zostać zarażeni przez śmiercionośną bakterię i oczywiście obwiniali o wszystko ją. Uspokojenie ich wymagało niemało wysiłku, a i tak ostatnie niepokoje zdusiło dopiero badanie doktora Ostrawy, które szczęśliwie nic nie wykazało. Naprawdę Damira dawno nie czuła takiej ulgi, jak po oświadczeniu doktora, że wszyscy są zdrowi. Oczywiście wcześniej nie mogła wiedzieć o bakterii, ale mimo tego wyrzuty sumienia chyba by ją zżarły, gdyby którykolwiek z gliniarzy został zainfekowany. Odpowiadała za tych ludzi, za ich bezpieczeństwo. To prawda, rozpoczynając karierę w milicji wiedzieli na co się piszą, zdawali sobie sprawę, że będą narażać życie, ale uzbrojony rabuś to nie to samo co zdradziecki mikrob, przed którym nie wiadomo jak się bronić.

Niestety to, że gliniarze są zdrowi, było ostatnią dobrą wiadomością, jaką przekazał jej Ostrawa. Zwykle pełen energii, niewysoki od dzieciństwa walczący z nadwaga szatyn zobaczywszy mikrobiologiczne znalezisko Zukova opadł z sił. Mało tego, w bladoniebieskich, skrytych za szkłami okrąglutkich okularków oczami wyraźnie połyskiwał strach. Lekarz był przerażony niemal tak bardzo jak jej ludzie, kiedy myśleli, że mogą być zarażeni. Jednak ów strach różnił się jedną znaczącą kwestią. Ostrawa w pełni zdawał sobie sprawę, co uwięziona na mikroskopowym szkiełku bakteria może oznaczać. Bakteria, od której ciało Hovki wręcz pękało w szwach.

Niestety Ostrawa potwierdził wszystko, co powiedział na temat mikroba Zukov, a prócz tego poprosił o zaznajomienie Hryciuka ze wszystkim i przyniesienie mu próbki materiału. Nakazał też spalenie ciała Hovki i postarał się o to, żeby Damirze W PEŁNI uzmysłowić, że Kościokamieniec nie jest przygotowany na plagę. Miasto nie miało żadnego planu awaryjnego, żadnej strategii na wypadek podobnego nieszczęścia. W razie rozprzestrzenienia się zarazy, nawet składowanie i utylizacja trupów byłoby problemem, nie wspominając o takich rzeczach jak zapewnieniu mieszkańcom, szczególnie tym zarażonym, dostępu do żywności. Zresztą samo to, że na liczące sobie około trzydziestu tysięcy mieszkańców miasto przypadało jedynie trzech lekarzy mówiło dużo o skali problemu.

Damira zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę. Mało tego. Wiedziała, że nawet samo spalenie ciała Hovki będzie niemałym problemem, bo wzbudzi zainteresowanie. Do tej pory z trupami postępowano dwojako – albo je grzebano, albo rzucano w specjalnym miejscu w pobliskim lesie, gdzie zwierzęta się z nimi rozprawiały, przy czym drugie z rozwiązań było praktykowane jedynie przez nielicznych wyznawców „powrotu do natury" i paru miejscowych sekt. Nie mieli miejsca przeznaczonego do palenia zwłok, a nawet gdyby mieli, natychmiast ktoś zaciekawiłby się, czemu akurat ten trup jest palony, co doprowadziłoby do licznych pytań i plotek. Zatem trzeba było przewieźć je pod osłoną nocy i spalić za lasem, a kości pogrzebać. Szkopuł w tym, że nie miała pojęcia kogo wyznaczyć do przewiezienia ciała. To cud, że do tej pory nikt z jej ludzi nie zaraził się, o pracownikach kostnicy i doktorze nie wspominając, zatem przeczuwała, że nikt nie zechce ponownie kusić losu. Oczywiście tym razem mieli użyć podczas transportu środków bezpieczeństwa, takich jak odzież ochronna, rękawiczki czy specyfiki dezynfekujące, które miały sprawić, że ryzyko zakażenia spadnie do zera, ale nie dodawało to wiele otuchy.

Koniec końców postanowiła, że ciało wywiezie sama wraz z dwoma nieposiadającymi rodzin funkcjonariuszami za dwa dni, kiedy to księżyc wejdzie we fazę nowiu. Wolała nie zrzucać obowiązku na nikogo innego... zresztą jakim wtedy byłaby przywódcą, obarczając takim ryzykiem innych? Póki co ciało mogło leżeć w kostnicy, gdzie zamrożone na kość nie stanowiło żadnego zagrożenia.

Około dwudziestej, kompletnie wykończona psychicznie, niosąc szczelnie zamkniętą w słoju próbkę tkanek Hovki, ruszyła wartkim krokiem do stajni komendy, gdzie czekała na nią Cwałka. Zwykle unikała jazdy wierzchem jak diabeł święconej wody, jednak chciała jak najszybciej porozmawiać z Hryciukiem, zaś pora była zbyt późna, żeby bawić się w piesze wycieczki. Poza tym leciwy doktor mieszkał na obrzeżach miasta, a miała nadzieję wrócić do domu przed północą i porządnie się wyspać. Naprawdę potrzebowała długiego i mocnego snu, szczególnie że kolejne dwa, trzy dni nie miały należeć do najłatwiejszych.

Zanurzona półmroku, oświetlana przez jedną zaledwie lampę naftową stajnia nie była duża. Przeznaczono ją na ledwie trzy wierzchowce z czego dwa, Kędzior i Kaprys, właściwie odbywały tu swoją milicyjną emeryturę. Oczywiście i one od czasu do czasu wychodziły ze swego pachnącego sianem i trocinami lamusa, kiedy pilnie trzeba było coś/kogoś przewieźć, a Cwałka miała inne zajęcie, jednak zdarzał się to okazyjnie. Nikt nie chciał staruszkó nazbyt forsować, a znów znalezienie nowych osłów i odesłanie starych do rzeźni byłoby czystą niewdzięcznością. Po tylu latach ciągnięcia więźniarek i kłapouchym należała się spokojna starość w roli ulubieńców komendy.

Wielkie osły, gdy tylko ją wyczuły zaczęły parskać przyjaźnie wyciągając z boksów długie szyje i strzygąc uszami. Znały ją dobrze, chociaż unikała ich grzbietów jak tylko potrafiła. Nie raz, gdy atmosfera na komendzie stawała się nieznośna, a świat z rozmaitych względów przygniatał ją swoim ciężarem, przychodziła tutaj. To naprawdę niewiarygodne, jak odprężająca potrafi być obecność przeżuwających, kilkuset kilogramowych zwierząt w zestawieniu z lekkim aromatem siana, potu i charakterystycznym zapaszkiem oślej sierści. Naprawdę lubiła policyjne osły, a i one lubiły ją, kojarząc komendant głównie z przemycanymi kostkami cukru, jabłkami i marchewkami. Rozpuszczała te zwierzaki.

- Znowu mam dla ciebie robotę, przepraszam, że tak późno – mruknęła, otwierając boks Cwałki, a ta po przyjacielsku spróbowała jej zjeść włosy. – Ale obrócimy szybko, masz długie nogi, a ja nie jestem taka ciężka. Raz-dwa wrócimy i będziesz mogła dalej się obijać, co?

Gorące i wilgotne parsknięcie zwierzęcia odebrała jako „tak".

Niecałe dwadzieścia minut później Damira jechała szybkim kłusem w stronę zachodnich obrzeży miasta, na peryferia Ucha. Nieprzyzwyczajona do ciągłego podskakiwania siodle, przeklinała raz za razem soczyście. Już wolałaby spiąć oślicę i przejść w galop, o wiele bardziej płynny i dużo szybszy, ale bieg po oblodzonych ulicach miasta mógł być dla Cwałki pomysłem śmiercionośnym w skutkach. Dlatego też musiała sie godzić ze średni tempem i wstrząsami, które doprowadzały ją do szału. To właśnie ze względu na te nieustanne podskoki szczerze nienawidziła jazdy wierzchem. Ciągle góra-dół, góra-dół, jakby świadomość siedzenia na bardzo wysokim, ciężkim i posiadającym własny rozum zwierzęciu nie wystarczyła.

Nim dotarła na miejsce, poobijała sobie pośladki, nabrała przekonania, że jej „podroby" zostały poprzestawiane i wpadła w naprawdę podły nastrój. Dlatego też, nim weszła do piętrowego, drewnianego domu zbudowanego na fińską modłę, musiała postać chwilę pod drzwiami, żeby ochłonąć. W końcu zapukała energicznie, a po chwili rozległ się odgłos kroków i w drzwiach pojawiła się znajoma, strzelista postać. Zielarz. Damira musiała przyznać, że bardzo się zmienił przez te kilka tygodni. Znacząco przybrał na wadze i chociaż nadal należał do szczupaczków, sprawiał wrażenie okazu zdrowia. Emanował też swoistą, trudną do określenia siłą i spokojem. Spokojem, który zarażał, a zarazem nieco odstręczał.

Zmarszczyła nieco brwi. Miała wrażenie, że jeszcze coś się zmieniło w młodzieńcu, jednak nie potrafił sprecyzować, co dokładnie. Coś nietypowego, a być może i ważnego, umykającego jej czujnemu spojrzeniu.

- Panna komendant – mruknął uśmiechając się delikatnie i odsuwając na bok, jak lokaj w rezydencji. – Miłą niespodziankę panna nam sprawiła.

- Oj uwierzcie mi, że nie taką miłą – mruknęła ta, wchodząc do ciasnego, ale schludnego przedpokoju, gdzie już czekał na nią zaczepnie spoglądający ryś. Naprawdę nie znosiła tego zwierzaka. – Doktor jeszcze na nogach?

- A i owszem. Właśnie zasiadaliśmy do późnej kolacji. Prosimy. Zaraz wyjmę jeszcze jedno nakrycie.

- Nie ma takiej potrzeby...

- Nonsens. Podobno znaleziono jakiegoś podejrzanego trupa, a dodatku było jakieś zamieszanie na posterunku. Znając osoby panny pokroju, znaczy przejawiające równie gorliwy stosunek do swych obowiązków, pewnie jeszcze nic nie jedliście, a nam strawy na dziś nie brak.

Chciała coś odrzec, ale w tym momencie dotarł do niej dobiegający z kuchni, smakowity zapach i ledwo co stłumiła burczenie w brzuchu. Mogła mówić, co chciała, ale Zuber miał rację. Od czasu śniadania „na szybko" nic nie miała w ustach. Zresztą miała przeczucie, że chłopak nie posłucha nawet najbardziej stanowczej odmowy.

Kuchnia nie należała do największych, ale z całą pewnością została świetnie wyposażona, czego Damira nie mogła powiedzieć o swojej. Wyszorowane na błysk garnki połyskiwały w blasku lamp, na półkach pyszniły się ręcznie malowane misy, dzbany oraz misternie zdobione, kamionkowe naczynia. Ściany zdobiły wieńce cebuli i czosnku, a nad stołem ususzone w barwnych wiązkach wisiały rozmaite zioła, jak lebiodka czy lubczyk, którymi lekarz uwielbiał sowicie doprawiać dania. Pewnie i zielarz robi z nich niezły użytek.

- Mości gospodarzu, panna Damira, tak jako to przewidzieliśmy, uraczyła nas swoją obecnością – zwrócił się Zuber do lekarza. – Zdaje się ma do nas jaką ważną sprawę.

- Tak, jak to przewidzieliśmy – zgodził się lekarz, a jego poważną, jakby zasępioną twarz wykrzywił krzywy uśmiech. – Pani Komendant, słyszałem, że mój młody towarzysz już was zaprosił do stołu, zatem siadajcie. Strawy nam nie zabraknie, a wam potrzeba sił, bo coś mi mówi w moich starych kościach, że nadciągają kłopoty.

Usiadła na wskazanym przez doktora, rzeźbionym stołku. Sam lekarz siedział naprzeciw niej, na staromodnej, zdobnej ławie ze skrzynią. Ponury i zasępiony niemal na nią nie patrzył, jedynie wbijał pełne niepokoju spojrzenie w zawartość swego kubka. Było jasne, że starzec o czymś wie. Pytanie tylko o czym? Ukryte za okrągłymi szkłami okularów, szare oczy niczego nie zdradzały, poza jednym: cokolwiek to nie było, chodziło o coś poważnego.

- Nadciągają albo już nadciągnęły – mruknęła. – Wiecie już, że znaleziono dzisiaj zwłoki, prawda?

- Tak. I że nasz nowy lekarz przeprowadził sekcję zwłok, ale mimo tego sprowadziliście do siebie doktora Ostrawę na konsultację. Znaczy młody musiał coś znaleźć.

- I znalazł. Chorobę, jakiej jeszcze nasze miasto nie widziało. Potwornego bakcyla, który przeraził obu lekarzy.

- Choroba. – Hryciuk spojrzał ciężkim wzrokiem na zielarza, który właśnie niósł misy na stoły. Misy pełne gorącej, parującej zupy, pachnącej warzywami, ziołami i delikatnym mięsem, prawdopodobnie królika. Gdzieś spod stołu rozległo się basowe mruczenie. To kociak doktora dopominał się o swoją porcję.

Zielarz uśmiechnął się nieznacznie, lecz nie był to wesoły uśmiech i skinął głową. Jakaś myśl błysnęła w jego oku, a cienie dziwnie zagrały, sprawiając wrażenie, że tatuaże pokrywające głowę i ramiona mężczyzny zafalowały. Damira niemal się wzdrygnęła na ten widok.

- Tak choroba – powtórzyła, zerkając to na jednego, to na drugiego mężczyznę. Miała wrażenie, że dzieje się tu coś, o czym nie wie. – Bakteria namnażająca się w zastraszającym tempie, szybko ginąca w martwym ciele, ale całkowicie odporna na zamrożenie.

- A my mamy zimę, więc może byle gdzie „spać' w ukryciu, czekając aż ktoś wniesie ją wraz śniegiem na butach do ciepłego pomieszczenia, szczur pożre coś nieodpowiedniego, a szczura dopadnie kot... O ile nie atakuje tylko ludzi. – Hryciuk odchylił się na ławie i spojrzał na zielarza, który zajął miejsce obok Damiry i wydawał się całkowicie pochłonięty swoją misą. – Mój młody przyjaciel już od jakiegoś czasu przepowiada mające nadejść nieszczęście, aczkolwiek do tej pory nie potrafił sprecyzować cóż to za okropność ma nas nawiedzić...

- Nadal nie potrafię gospodarzu – mruknął znad misy, przełykając wielką porcję zupy. – Bakteria może być tylko pojedynczym wypadkiem albo przelotnym zagrożeniem, po którym nastąpi coś równie przerażającego, a może nawet po wielokroć groźniejszego. Na tym etapie nie mogę nic orzec i nie możemy nic zrobić.

- Co mają znaczyć te dziwne słowa? – komendant podniosła głos, ignorując koci warkot, który niemal natychmiast wydobył się spod stołu. – Macie coś z tym wspólnego? Coś wiecie?

- Nie, nie mam nic z tym wspólnego. A czy coś wiem... – Zuber zaśmiał się, a był to śmiech pozbawiony radości, gorzki, podbarwiony cynizmem i ironią. – Tak, można powiedzieć, że coś wiem, ale nie tak jak rozumiecie te słowa. Nikogo na niczym nie przyłapałem, nie odkryłem niczyjego spisku, nie wiem, czyja zła wola sprzyja nadciągającemu nieszczęściu, bo czyjaś na pewno. Zawsze ktoś cieszy się z nadchodzącego nieszczęścia. Powiedzmy tylko, że znam zależności rządzące tym, co nazywamy rzeczywistością.

Damira przyglądała się młodzieńcowi, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Z jednej strony nadal wydawał się nad wyraz delikatny, grzeczny i uprzejmy, a z drugiej... Na jego twarzy pojawił się jakiś cień, nadający mu drapieżnego wyrazu. Wyrazu czekającego na rozpętanie się piekła szakala. Stworzenia, które widziało nie jedną krwawą bitwę, w której krew lała się strumieniami, ciała szarpano na części, a mimo tego nigdy nie zaznało uszczerbku, bo nigdy się nie mieszało. Nie bezpośrednio. Natychmiast nasunął na myśl Damirze wielkiego, czarnego kruka, który widząc pierwsza ofiarę plagi kracze donośnie, szykując się do uczty, a jednocześnie ostrzegając inne stworzenia przed zgubą.

Po raz pierwszy zadała sobie pytanie „czemu Nawianom tak zależało na zielarzu, że zabili swojego starego niewolnika?". Przecież nie było pewne, że Łaziki im go oddadzą. Chodziło tylko o jego umiejętności lekarskie czy może o coś więcej?

Siedzący do tej pory pod stołem ryś z gracją wskoczył na ławę obok Hryciuka i delikatnym pacnięciem łapy upomniał się o swoją dolę z doktorowego posiłku. Mężczyzna zamieszał łyżką w zupie, wyjął z niej płat jasnego mięsa i upuścił na siedzisko, natychmiast zajmując uwagę nachalnego zwierzaka.

- Zatem, skoro nie ty, to może młody Mrewka? – zapytała Damira. – Rozmawiałam nie tak dawno z Johanem. Zwierzył mi się, że leczysz jego babkę. Podobno gagatek chciał was okraść, ale jakimś sposobem doszliście do nader korzystnego dla niego porozumienia.

- Mały Johan... Nie, on też nic nie wie, a w każdym razie nic, co interesowałoby mnie. – Zuber oparł się o stół i westchnął głęboko. – Panna nie rozumie, panno Damiro. Nie ważne co panna uczyni, co ja uczynię, nieszczęście i tak nadejdzie. W naszej gestii pozostaje tylko, jak się za nie zabierzemy, kiedy już przybędzie i ile ofiar ochłonie. Dlatego wysyłanie gdziekolwiek Johana, bawienie się w przeszpiegi i tak dalej, byłoby tylko niepotrzebnym narażaniem życia chłopaka, a żywy może się bardzo przydać, kiedy nieszczęście nadejdzie. Bystry, sprawny, zaskakująco jak na swoją budowę ciała zwinny i silny. Taki sojusznik w kryzysowej sytuacji, pośród obcych, gotowych obwinić mnie, nieszczęsnego przybysza, o wszystko, co tu się stanie... Czymkolwiek to wszystko nie będzie... Cóż, może się okazać naprawdę na wagę złota.

- Skąd pewność, że Johan zostanie twoim sojusznikiem?

- Chłopak jest zaskakująco prosty, a zarazem trudny do oszukania. Otóż odpowiada człowiekowi tym, co od niego otrzymuje. Szacunkiem na szacunek, złem na zło i dobrem na dobro, zaś ja mam zamiar dawać mu jedynie dobro. Oczywiście tkwi w tym pewien haczyk, a jest nim moralność. Bardzo pokręcona, ale żelazna i konsekwentna.

- To znaczy?

- To znaczy tyle, że chociaż Mrewka życzy ludzkości jako-takiej upadku w czeluście piekielne, to nigdy nie będzie wspierał mordercy, gwałciciela, domowego kata czy innego zwyrodnialca. Prędzej roztrzaska mu czerep pierwszą rzeczą, którą będzie miał pod ręką. Zatem, póki oboje żyjemy, ja i on, nie musicie się obawiać, że kombinuję coś niedobrego. Gdybym czegoś próbował, musiałbym ukręcić mu łeb albo nieustannie pilnować swoich pleców.

Hryciuk posłał mu ciężkie spojrzenie znad okularów.

- Zdajesz sobie sprawę dzieciaku, iż w pełni starczyłoby moje poręczenie? – zapytał, po czym zerknął na Damirę. – Zapewniam, że mój młody przyjaciel nie mieszał ani nie miesza się w żadne podejrzane rzeczy. Właściwie to poza odwiedzinami na farmach gdzie leczy zwierzynę i wyjść po zakupy rzadko rusza się z domu... Jakoś niezbyt interesuje go życie towarzyskie, co jest dość specyficzne jak na osobę w tym wieku, ale na pewno nie nielegalne.

Komendant zamieszała łyżką zupę i ostrożnie skosztowała parującej polewki. Zaskoczona uniosła brwi. Nie miała pojęcia, który dokładnie z jej gospodarzy gotował, ale była naprawdę smaczna, a do tego cudownie rozgrzewała. Szkoda tylko, że napięta atmosfera niezbyt sprzyjała wspólnemu posiłkowi, chociaż po prawdzie nie wyglądało na to, żeby rzucane przez nią insynuacje jakkolwiek wpłynęły na nastrój zielarza. Na pewno nie psuły apetytu rysiowi, który znów wziął się za żebry.

- Zatem, co takiego wiecie mości panie Zuber? – zapytała wsadzając kolejną porcję ciepłego posiłku do ust. – Bo coś jednak wiecie, prawda?

- Możecie myśleć o tym jak o czytaniu z natury, a może nawet o wróżeniu, chociaż brzydzę się tym terminem. – Zielarz wygiął wąskie usta w dziwnym uśmiechu. ­– Zachowania wszelkich istot zamieszkujących to miasto i jego okolice jasno świadczą, że niedługo stanie się coś... Złego. Może za tydzień, może za dwa, a może nawet za parę miesięcy, ale na pewno jeszcze nim wiosna zagości tu na dobre. Właściwie to prawdopodobnie już się stało, ale dopiero teraz Kościokamieniec odczuje tego efekty.

- Stało się? Zachowania? Nie rozumiem...

- Łaziki do perfekcji, jak na ludzkie możliwości, doprowadzili umiejętność obserwacji widzialnego świata. Ja, nie chwaląc się, jestem pod tym względem najlepszym z nich. Byłem taki już, kiedy jeszcze z nimi przebywałem, a po oddaniu mnie Nawianom owe zdolności jeszcze się rozwinęły. Zamknięty, przykuty, mający naprawdę niewiele zajęć, zajmowałem się głównie patrzeniem, słuchaniem i wyciąganiem wniosków. Mimo iż rzadko wypuszczano mnie z mojego wozu, doskonale orientowałem się, cóż takiego dzieje się wokół... Między innymi dlatego też udało mi się zbiec z niewoli. Zachowania wszelkiego stworzenia począwszy od roślin, poprzez każdego rodzaju robactwo i zwierzęta po ludzi daje o wiele więcej informacji na temat tego, co się naprawdę dzieje, niż można by tego oczekiwać... Oczywiście ludzie w większej mierze są głusi i ślepi, dlatego w ich przypadku trzeba doszukiwać się głównie zachowań podświadomych, jednakże nie jest to takie trudne, jakby mogło się wydawać.

- Ale co masz na myśli mówiąc, że zło już się stało?

- Większość tego, co nazywamy złem, wojny, mordy, a nawet kataklizmy, są jedynie efektem tego, czego przyczyna nastąpiła już dawno, dawno temu. Nie wątpię, że i w tym wypadku tak będzie... Tak jest. Chyba słyszała panna o czymś takim jak efekt domina?

Damira skinęła głową, po czym westchnęła i wsadziła do ust kolejną łyżkę zupy. Chociaż Zuber uparcie twierdził, że brzydzi się szamanizmem oraz wszelką szarlatanerią, właśnie mówił jak szarlatan. Krążył wokół tematu, jego odpowiedzi niczego nie wyjaśniały, a powodowały jedynie, że pojawiało się więcej pytań. Rozbudzał atmosferę tajemnicy. Jednak, nie wiedzieć czemu, wierzyła mu, że nie ma nic wspólnego z obecnymi wydarzeniami... A także wierzyła, że wie o wiele więcej niż można by oczekiwać i że nie jest to nic przyjemnego. W dodatku wcale, a wcale nie podobał jej się spokój z jakim podchodził do nadchodzącej groźby. Zupełnie, jakby go nie dotyczyła. Mało tego, miała wrażenie, że gdy usłyszał, że na miasto może spaść właśnie choroba, a nie inne nieszczęście, w jego szarym oku na moment zabłysła ulga.

- Zwodzicie mnie panie Zuber, zwodzicie – mruknęła znad misy, na co młodzik uśmiechnął się, jakby na potwierdzenie jej słów. – Nie wiem jeszcze w jakiej dokładnie sprawie, albowiem sama nie wierzę, iż byście to wy stali za czyhającym na nas nieszczęściem, ale tak jest. Wiecie, że wasze milczenie może kosztować ludzkie życie?

- Podzielenie się moją wiedzą nikogo nie ocaliłoby, możecie mi wierzyć. Radziłbym wam bardziej przejmować się tym, po której stronie stanę, kiedy najgorsze zacznie się dziać, bo sam jeszcze tego nie wiem... A na pewno mam więcej niż dwie opcje. Na pewno. Natomiast, co do śmierci... – twarz młodzieńca ściągnęła się w ponurym wyrazie, a spojrzenie jego jedynego oka spowił mrok. – Śmierć czasem bywa jedyną metodą ucieczki, jedyną wolnością i wybawieniem. Możecie mi wierzyć, odejście z tego świata to nie najgorsza droga i nie najgorsze wyjście. Natomiast pozostanie na nim niejednokrotnie tak.

Komendant otworzyła usta, żeby zapytać, co ma namyśl, jednak zrezygnowała. Coś jej mówiło, że nie chce znać odpowiedzi i to jak szlag. To samo coś podpowiadało również, że i tak sama się wszystkiego dowie... Doświadczając tego na własnej skórze. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, a zimna gula zaciążyła w żołądku.

Przez chwilę jedli w milczeniu, każde zatopione we własnych myślach. W końcu drewniane łyżki zastukały w ceramiczne dna mis, a nie mający już szans na dodatkowy posiłek ryś, ziewną przeciągle, po czym rozłożył się na lawie, opierając łeb na kolanach swego pana i donośnie mrucząc. Zadumany doktor Hryciuk przez chwilę podświadomie gładził nakrapiane futro ku uciesze pupila, po to, żeby w końcu podnieść ciężkie spojrzenie na panią komendant.

- Wie pani, że zawsze cenię wasze towarzystwo, jednakże coś mi mówi, że nie przybyła pani tylko po to, aby podzielić się wieściami, prawda?

Damira skinęła głową i nieśpieszne sięgnęła do kieszeni zawierającej potencjalnie śmiercionośny ładunek. Małe, wypełnione watą, drewniane pudełko, w którym spoczywał niewielki, dodatkowo zapieczętowany woskiem słoiczek zawierający fragment języka nieszczęsnego Hovki.

- Próbka zainfekowanej tkanki – oznajmiła, kładąc pudełko na stole. – Doktor Ostrava zasugerował, że być może chcielibyście zobaczyć, jak wygląda tajemnicza i co najważniejsze mordercza bakteria. Ani on ani Zukov nie widzieli niczego podobnego w trakcie swojej kariery, ale pan ma o wiele większe doświadczenie niż oni obaj razem wzięci.

- Tak, z miłą chęcią spojrzę w ślepia tego potwora... Rzecz jasna metaforycznie. – Ostrożnie, szczupłymi, pokrytymi siecią zmarszczek i żył rękoma wziął pudełko i przez chwile obracał je w palcach, dumając nad czymś. – Widzieliście już ją? Znaczy tę bakterię?

- Nie. W końcu nie mnie prowadzić badania i sekcje...

- To zapraszam do mojej pracowni. Warto poznać oblicze wroga, bo chociaż nie jesteście pani medykiem, to nasz mikroskopijnym więzień jest niemal w równym stopniu pani przeciwnikiem, co wszystkich medyków, zielarzy i znachorów. Makary ty też chodź, nauczysz się czegoś. Zobaczymy jak ci idzie obsługa mikroskopu i czy potrafisz wyróżnić spośród krwinek i innego drobiazgu naszego nieprzyjaciela.

Pracownia, a konkretniej rzecz ujmując miniaturowe laboratorium lekarza znajdowało się w niewielkiej piwniczce, do której prowadziła klapa jego gabinecie. Po otworzeniu jej i zejściu po dość stromych stopniach trafiało się do wypełnionego różnoraką, medyczną aparaturą pokoiku o ceglanych ścianach i niskim suficie. Na dużym stole o gładkim, wyłożonym ceramicznymi kafelkami blacie stał sporych rozmiarów mikroskop świetlny, na ile potrafiła ocenić Damira, jeden z tych lepszych. Do niego też niezwłocznie ruszył Hryciuk, jak tylko zapalił wiszącą pod niskim sklepieniem lampę naftową.

Komendant nigdy specjalnie nie interesowała się medycyną, zwyczajnie nie czuła takiej potrzeby. Jednak teraz z prawdziwą ciekawością obserwowała jak stary lekarz i młody zielarz przygotowują szkiełko mikroskopowe. Nie dało się nie zauważyć ostrożności jaką przy tym zachowywali. Obaj założyli rękawiczki, fartuchy i maski, każdą powierzchnię, z którą zetknął się preparat natychmiast odkażali, a narzędzia wypalali pod płomieniem palnika alkoholowego. W końcu z czymś tak niebezpiecznym, jak to, co po chwili zagościło pod obiektywem mikroskopu, nie ma żartów.

- Ojojoj... Cóż za poczwara! – świsnął przez zęby Hryciuk, obserwując zamknięta pod szkiełkiem bestię. – Spójrz młodzieńcze, czy widzisz to co ja?

Zuber nachylił się nad aparatem, pokręcił śrubami dostosowując przyrząd do swojego wzroku, a po chwili jego cienkie brwi podjechały w górę.

- No proszę, proszę... Wygląda na to, że nasz bakcyl ma coś na wzór ściany komórkowej o ile się nie mylę?

- Częściowej ściany, tak. Niemal przypomina komórkę grzyba, ale niech mnie szlag, jeżeli to grzyb. Nic dziwnego, że Zukov się przejął, jak ujrzał takie monstrum. Ściana komórkowa, mnóstwo wici, ogromne mitochondria... To się nie kwalifikuje jako nic, co do tej pory widziano. Pani podejdzie, pani komendant. Zobaczcie potwora, z którym przyszło nam walczyć.

Damira ostrożnie podeszła do mikroskopu i zerknęła w okular. Jej oczom ukazało się coś, co mogłoby być dziesiątkami dziecięcych rysunków słońca... Gdyby słoneczne promienie miały w zwyczaju wić się niczym robactwo. Okrągłe „ciała" i rozchodzące się od nich promieniście, ruchliwe wici nie robiły dużego wrażenia, jednak tempo ich powielania się i owszem. Na jej oczach mikroby dzieliły się na połowy i nabierały objętości, geometrycznie zwiększając swoją liczebność... Po czym ginęły. Tak jak powiedział Zukov, bakteria czy cokolwiek to nie było, nie potrafiła długo przetrwać poza żywym organizmem, a ciało Hovki stanowczo nie należało do tych najbardziej żywotnych. Zamrożenie odroczyło wyrok mikroskopijnego zabójcy, jednak teraz żyjąca w przyniesionym przez nią fragmencie ciała kolonia masowo ginęła. Mimo to nadal usiłowała się mnożyć.

- To się powiela na naszych oczach, błyskawicznie. W ciągu paru godzin w człeku może być tego więcej niż samego człeka – mruknęła, odchodząc od mikroskopu.

- Nie ma aż tak źle, ale istotnie... Bakteria mnoży się niemal niemożliwie szybko, co niemal uniemożliwia zapobieżenie rozwojowi infekcji. – Hryciuk pokiwał głową. – Zakażenie jest praktycznie równoznaczne ze śmiercią, przynajmniej na razie. Swoją drogą, mamy jakiś plan na wypadek, gdyby nieszczęście istotnie nastąpiło?

- Na razie nie. Magistrat nigdy nie musiał czegoś podobnego rozważać, dobrze wiecie, że wszelakie zarazy mijały nasze miasteczko szerokim łukiem. Dżuma, cholera, tyfus... Jednak poleciłam, znaczy zaproponowałam Zukovowi, aby obmyślił jakąś strategię. On ze świata, a świat nieraz musiał się mierzyć z plagami, więc pewnie uczono go, tak jak innych światowych medyków, jak postępować w podobnych sytuacjach. Obiecał się tym zająć, ale trzeba będzie mu donieść informacje o stanie sanitarnym miasta, kanalizacji, wodociągach i tym podobnych.

- Dobry pomysł. Może nawet zajrzę do niego i spróbuję wesprzeć w jakiś sposób. Chociażby z ustawieniem spraw tak, żeby ludzie to łyknęli. A tak właśnie, a propos magistratu, poinformuje pani radę?

- Tak, ale dopiero za jakiś czas... Cztery, pięć dni, kiedy pozbędziemy się ciała nieszczęsnego Hovki, a plotki o tajemniczym trupie przygasną. Wolałabym uniknąć paniki, bo na razie plagi nie ma, ale Bóg jeden wie, do czego może doprowadzić grupa przestraszonych idiotów.

- Bóg nie ma z tym wiele wspólnego, uwierzcie mi... – mruknął pod nosem, jakby do siebie, Zielarz, a po jego twarzy rozlał się cierpki uśmiech.

- Właśnie... – podjął Hryciuk – Jak zamierzacie pozbyć się ciała?

- Nocą, w trakcie nowiu wywieźć do lasu, położyć na stosie drewna oblać naftą i gorzałą, i spalić do cna, a co zostanie zakopać.

- Nie najgorszy plan, ale ja bym raczej spróbował dogadać się z kimś z huty lub jakim garncarzem. Najlepiej spytajcie Władkę, ona doskonale wie, kto z ludzi ma olej we łbie i potrafi trzymać jęzor za zębami. Wielki ogień w lesie może zwrócić uwagę, ludzie zaczną gadać, rozgrzebywać stare zabobony i znów szeptać po kątach, że tabu się dzieje. Poza tym spalenie na stosie jest niezbyt bezpieczne, a taki piec hutniczy albo dobrze rozgrzany piec na ceramikę... Tam nawet kości obrócą się w popiół. No i wóz jadący z czymś do huty lub domu garncarza nie zwróci dużej uwagi prawda? Za to wóz jadący w środku nocy w las i owszem.

Damira zamrugała. Nie wpadła na to. Co jak co, ale musiała przyznać, że stary doktor ma łeb na karku. Jego coraz bardziej zaawansowany wiek i niełatwe życie nie odcisnęły większego piętna na umyśle, który nadal pozostawał ostry niczym brzytwa.

- Macie dobry pomysł, nie omieszkam skorzystać.

Załatwiła to, po co przyszła, nawet więcej. Najadła się, porozmawiała i... Zmitrężyła wystarczająco dużo czasu. Chciała się porządnie wyspać, ale wyglądało na to, że wróci do domu niedługo przed północą. Nie wspominając o tym, że zostawiła na zewnątrz Cwałkę na ponad godzinę. Nie, żeby to oślicy szczególnie mocno przeszkadzało. Pokryta grubą, przypominającą owcze runo sierścią już nie takie mrozy znosiła, ale mimo tego Damira nie lubiła wykorzystywać w ten sposób zwierzęcia. Postanowiła, że jutro odwdzięczy się klaczy dorzucając jej coś od siebie do żłobu.

Zielarz odprowadził ją do drzwi, a teraz, gdy dosiadała oślicy, obserwował uważnie. Wyraźnie zastanawiał się nad czymś. Nie miała pojęcia, co mu chodzi po wytatuowanej głowie, ale naprawdę chciała się dowiedzieć.

- Może to wykrztusicie z siebie? – zagadnęła, spoglądając na niego z oślego grzbietu. Miała nadzieję, że ta bezpośredniość sprawi, iż co nieco jej zdradzi. – Bo widzę, że chcecie coś powiedzieć.

- Nie tyle powiedzieć, co może... - Westchnął, wbijając spojrzenie w gwieździste niebo, jednak nie patrzył na gwiazdy jak inni... W szarym oku nie dostrzegła nawet śladu zachwytu czy sentymentu, a jedynie ten dziwny wyraz, który czasem widywała u swojego ojca, gdy ów po raz kolejny oglądał jakieś okropieństwo... Zwłoki zgwałconej dziewczyny, skatowane dziecko. Był to wyraz, którym witał dobrze znaną sobie, znienawidzoną grozę, tak znajomą, że niemal zwyczajną. – Nie ma nic gorszego niż oczekiwanie na cios, który wiadomo, że nadejdzie, ale nie wiadomo dokładnie kiedy i której strony. Jeżeli istotnie to plaga stanie się klątwą tego miejsca, ów cios powinien nastąpić na dniach... W przeciągu paru tygodni. Wypatrujcie znaków panno komendant. Obserwujcie zwierzęta, a może i ludzi oraz wszelkiego anomalie. Przede wszystkim jednak zwierzęta. Jeżeli zobaczycie coś niezwykłego, coś czego nie widzieliście nigdy ze strony braci mniejszych, możecie być pewną, że nieszczęście stanęło na progu i puka do drzwi. Powinno też nadejść tamtej strony.

Damira uniosła brwi słysząc to ostrzeżenie... Czy też podpowiedź. Nie była do końca pewna, jak zinterpretować słowa młodzieńca.

- Dziwny z was człowiek – mruknęła, przypatrując się mu uważnie. – Wydajecie się rzeczowi i rozsądni, a tu po chwili, jesteście... Hm... Zupełnie nierzeczywiści.

- Rzeczywistość to zaledwie uszyty z dobrych życzeń i nadziei koc naciągnięty na głowę przerażonego dziecka, liczącego, że ów ochroni je przed potworami spod łóżka... A potwory są prawdziwe.

- Słucham?

- Przekonacie się niedługo. – Zielarz posłał jej gorzki uśmiech. - Powinniście jechać już do domu, wyspać się, odpocząć. Czekają na was wyjątkowo ciężkie dni. Powinniście nabrać sił... Dowidzenia wam i szerokiej drogi, panno komendant.

Poruszając się niczym cień, mężczyzna zniknął za uchylonymi drzwiami, zamykając te z cichym szczękiem. Osłupiała i niewiele z tego wszystkiego rozumiejąca, przez chwilę patrzyła za nim, zastanawiając się co to wszystko ma znaczyć. Dopiero po paru minutach, nieśpiesznie ruszyła, spinając boki Cwałki.

Gdy jechała przez ciemne, powoli pogrążające się we śnie miasto w jej umyśle nieustannie pobrzmiewały słowa zielarza, zdające się nieść w sobie więcej znaczenia, niż mogła na chwilę obecną się domyślać...

„Rzeczywistość to zaledwie uszyty z dobrych życzeń i nadziei koc naciągnięty na głowę przerażonego dziecka..."

***


Następne dni były znacznie spokojniejsze, chociaż niewiele mniej pracowite dla komendant, która musiała uporać się z paroma trudnymi sprawami i to na „już". Przede wszystkim zająć się ciałem Hovki, co dzięki uprzejmości jednego z miejscowych garncarzy, któremu swego czasu darowała parę nieznacznych przewin, obyło się względnie bezproblemowo. Pozbyto się trupa, jego odzienia, a po wszystkim kostnicę odkażono tak, że opary alkoholu i lizolu unosiły się w niej jeszcze przez parę dni mimo otwartych na oścież okien. Po tym musiała zwołać tajne zebranie Rady Miasta – takie, które miało szanse nie tylko nie być podsłuchanym przez sprzątaczki i licznych urzędasów magistratu, ale w ogóle umknąć ich uwadze – aby przekazać wieści o potencjalnym zagrożeniu epidemiologicznym oraz nakłonić radnych, aby udostępnili dane sanitarne Zukovowi. Nie było to łatwe zadanie. Przede wszystkim dlatego, że jak ktoś taki jak ona zwoływał zebranie w NAPRAWDĘ poważnej sprawie, jakoś wszyscy radni okazywali się strasznie zajęci, zagonieni i nie mający czasu. Dopiero dłuższa bieganina, gimnastyka umysłowa, szantaże i groźby sprawiły, że pewnego dnia o czwartej rano rada miasta rozpoczęła obrady niejawne. Oczywiście wszyscy radni przyjęli wieść o nieznanej bakterii z niesłychaną grozą. W końcu Kościokamieniec, najzdrowsze – jak się dotąd wydawało – miasto świata nigdy nie zaznało groźby plagi i nikt nigdy nie wpadł na to, aby je jakoś przed nią zabezpieczyć. Ta bezbronność miasta wobec potencjalnego zagrożenia, sprawiła, że Damirze udało się jakoś przekonać radnych, aby pozwolili opracować Zukovowi plany awaryjne, chociaż nie sprawiali wrażenia zachwyconych tą perspektywą. Bez przerwy powtarzali, że lekarz jest obcy, a obcy to przecież nic dobrego, obcym nie można ufać. Jednak, wbrew temu, co mówili, „obcość" doktora stanowiła w tym wszystkim duży atut. Nie, nie chodziło tu o jego wykształcenie, doświadczenia świata w radzeniu sobie problemami i tak dalej. Przede wszystkim chodziło o to, że jako obcy, będzie trzymał język za zębami. Nikt tak dobrze jak radni nie zdawał sobie sprawy, z tego, co może się stać, jeżeli wieść o możliwej zarazie się rozniesie. Panika to jeden problem. Szukanie winnych, których można by obrzucić kamieniami, których krew można by przelać to drugi. Inna rzecz, że Damira nie miała pewności czy tylko krew „winnych" polałaby się. W końcu niewielki, ale niemożliwy do zignorowania procent mieszkańców wyznawał różne dziwne gusła. Nie chciała sprawdzać czy ktoś z owego procenta nie wpadnie na pomysł składania ofiar z ludzi.

Po utylizacji ciała i zebraniu rady pozostał jeszcze jeden problem, o którym radni nie omieszkali jej przypomnieć. Mianowicie musiała znaleźć złodzieja pojemników czy raczej tego, który złodziejowi, w domniemaniu Hovce, kradzież zlecił... A przy okazji spróbować poszukać źródła groźnego bakcyla. Zadanie podwójnie trudne. Głównie dlatego, że ich główny trop – Hovka – skończył jako kupka popiołów, a przeszukanie jego mieszkania nic nie dało. Jednak to nie jedyny problem. Otóż gliniarze bali się, że sami mogą skończyć jak domniemany złodziejaszek, a w dodatku zarazić tajemniczym mikrobem swoich bliskich, dlatego też wielu z nich podchodziło do sprawy jak do jeża. Aby dać im dobry przykład, angażowała się w śledztwo z całą mocą, niestety jej możliwości pozostawały ograniczone - jako komendant musiała zajmować się też dziesiątkami innych rzeczy. W końcu nadzorowała ruchy policji w całym mieście, w jej rękach leżało bezpieczeństwo obywateli.

Do tego wszystkiego mnóstwo papierów. Papiery, to głównie one wypełniały jej czas. W tych pokręconych czasach wszystko wymagało papieru. Czasem dziwiła się, że umierający nie muszą wypełniać wniosku o zezwolenie na zgon, a zwłoki tych, którzy nie dopełnili obowiązku, nie są przykładnie sadzanie w celach.

Bębniąc szczupłymi palcami o blat biurka czytała świeżo spisany przez siebie raport Władki aka „tajnego oficera wywiadu, kryptonim Bocian", wykazujący, że niczego nie dowiedziała się o Hovce... Poprawka, nie dowiedziała się niczego niepokojącego. Wyglądało na to, że nieszczęśnik był do bólu nudnym, pozbawionym większych zainteresować kawalerem po czterdziestce, pracownikiem fabryki konserw, dla którego szczytem rozrywki stanowiło rozwiązanie nowej krzyżówki. Zatem co czy raczej kto popchnął go do kradzieży? Nie wyglądało na to, aby ta zagadka miała zostać szybko rozwiązana. Śledztwo ewidentnie utknęło w martwym punkcie.

Wsadziła dokument do odpowiedniego folderu, a ten upchnęła w otwartej szufladzie szafki. Zmęczona przeciągnęła znużone ciało. Nie było specjalnie późno, ale gęstniejący mrok już rozlał się po gabinecie, a cienie przykucnęły w kątach. Już od jakiegoś czasu miała wrażenie, że są jakieś-takie niespokojne, jakby wyczekujące... Że obserwują ją z niepokojem, jakby chciały powiedzieć „uważaj".

Uśmiechnęła się pod nosem. Nie tak dawno wytknęła zielarzowi, że ten bywa nierzeczywisty, a sama traktowała ciemne kąty i szczeliny jak żywe istoty. No cóż, jak to mówią, każdy ma swojego świra, prawda?

Zarzuciła płaszcz na grzbiet, naciągnęła czapkę na uszy i zgasiła wiszącą nad biurkiem lampę naftową. Najwyższy czas, aby w końcu wróciła do swojego mieszkanka, zjadła coś porządnego i się wyspała. W ostatnich dniach wystarczająco często siedziała po godzinach.

- Widzimy się jutro – pożegnała cichym szeptem dziesiątki cieni, obecnie zlepionych w jedną, wielką nieprzeniknioną ciemność.

Wychodząc sprawdziła wszystko jeszcze raz, aczkolwiek nie wątpiła, że komenda poradzi sobie bez niej do jutra. Od znalezienia ciała Hovki dbała mocno jak nigdy dotąd, aby na nocnej zmianie zostawiać naprawdę obeznanych z robotą gliniarzy, w tym co najmniej jednego z psem. Dobrze wyszkolony pies bywał na wagę złota, kiedy dochodziło do nagłych niepokojów, a jego czułe uszy i nos stanowiły doskonały system alarmowy.

Noc była bardzo mroźna i pogodna, jak ostatnio wszystkie. Morza gwiazd i powoli przybierającego na objętości księżycowego rogala nie przykrywała nawet jedna chmurka, a śnieg skrzył się w ich blasku niczym diamenty. Piękna noc czy raczej wieczór – w końcu nie minęła nawet osiemnasta – na spacer, ale ostatnio Damira coraz mniej lubiła spacerować po zmroku, mimo swego uwielbienia dla zimowej pory. Zauważyła, że ostatnimi czasy miasto jest nienaturalnie ciche, zarówno za dnia jak i w nocy. Jednak za dnia natłok wydarzeń i poniekąd przymusowy gwar życia, zacierał to wrażenie, jednak, gdy tylko ludzie chowali się w swych domach, nie potrafiła tego ignorować. Żaden szczur nie skrobał, koty nie wrzeszczały dla siebie, pohukiwania wijących gniazda na poddaszach sów przeszły w zapomnienie, tak jak i piski myszy, na które polowały. Nawet zwykle znajdujące pretekst, żeby na coś poszczekać albo chociażby powyć w niebogłosy psy dały sobie spokój. To nie było normalne.

Podobnie jak nie był normalny widok czternastoletniego chłopak w środku nocy na rzadko uczęszczanej drodze. W pierwszym odruchu myślała, że może to jeden z ulicznych rabusiów nie rozpoznał jej i zamierzał spróbować wydębić kozikiem parę groszy, ale nie. Gdy zbliżyła się, rozpoznała twarz. Hans. Momentalnie ogarnęły ją mroczne przeczucia.

- Dobry wieczór pani komendant. Ja w sprawie zlecenia... I tabu – mruknął cicho, ale niezwykle poważnie. Jego ton bardziej pasował do osiemdziesięcioletniego właściciela zakładu pogrzebowego niż do młodego chłopaka.

Słowa Hansa pierw wytrąciły kobietę z równowagi, ale po chwili oprzytomniała. Przez nawał pracy zapomniała o zleceniu, które powierzyła dzieciakom. Tak długo nie otrzymywała od nich żadnych wieści... Szlag, że też musiały odezwać się właśnie teraz, kiedy sytuacja zrobiła się tak napięta.

Dręczący Damirę niepokój przybrał na sile, ale jednocześnie zmienił barwę. Wątpiła, aby to, co dzieje się w rodzinie możnych miało jakiś związek z mikrobem i kradzieżą, przynajmniej nie bezpośrednio, ale sadząc po grobowej minie chłopaka, mieli do czynienia z czymś paskudnym. Z prawdziwym tabu, jednym z tych, o których szeptano po kątach. Drżąc zrozumiała, że być może właśnie jest na prostej drodze do odkrycia głęboko skrywanego sekretu jednej z najpotężniejszych rodzin w mieście, a być może i tajemnicy samego miasta... Bo Kościokamieniec miał wiele tajemnic, nikt w to nie wątpił.

- Mów – rzuciła krótko.

- Albinoska Katia znowu była u Sevicków. Niedawno. Wzięła stamtąd dwa zawiniątka. Jedno było dzieckiem. Niemowlęciem. Podrzuciła je pod drzwi sierocińca. Drugie zawiniątko zakopała.

Porzucone dziecko? Zakopała... Komendant zmartwiała. Czyżby ta wzgardzona przez wszystkich dziewczyna była zdolna do podobnego okrucieństwa? Czy Sevickowie posunęliby się do czegoś podobnego...? Nie, to niemożliwe, przecież ich znała. Mieli brudne ręce, ale nikt z nich wyrządziłby krzywdy dziecku. Niemowlęciu. I to z ich własnego rodu. Własnej krwi.

- Zakopała? Gdzie?!

- Przy murze cmentarza. Greta tam na was czeka.

- Mam nadzieję, że niczego nie dotykała?!

- Oczywiście, że nie. Jesteśmy profesjonalistami. Jest jeszcze coś pani komendant.

- Tak?

- Od dłuższego czasu przypatrujemy się z Gretą dzieciom masek, zwykle bez większych sukcesów, ale... - Chłopak zawahał się. Nic dziwnego. Sama, mimo że była dorosła, nosiła broń i piastowała wysokie stanowisko, bałaby się narazić tej zamaskowanej bandzie. Jednak skoro już powiedział „A" wypadałoby, żeby wykrztusił z siebie też „B". – Usłyszałem, jak dwoje z nich mówiło, że na dniach przyjdzie na świat ich nowy braciszek, a siostrzyczkę trzeba będzie odebrać z sierocińca i zaprowadzić do domu. Jakieś dwa dni później sześcioletnia dziewczynka uciekła z sierocińca do teatru, a ten dzieciak porzucony przez Katię to chłopczyk. Sześciolatka też podobno została porzucona pod drzwiami sierocińca.

Damira zdrętwiała, a w jej umyśle wykwitła bardzo dziwna, wręcz niewiarygodna myśl: wszystkie dzieci teatru to naprawdę rodzina, tak jak zawsze utrzymywały, a wszystkie pochodziły od Sevicków. Jednak, aby to była prawda, co rok, dwa któraś z ich kobiet musiałaby być w ciąży, poza tym, po co mieliby pozbywać się własnych dzieci? Przecież byli bogaci, ich potomkom, nawet gdyby była ich cała rzesza, niczego by nie brakło. Z powodu skandalu obyczajowego? Toż to śmieszne. Niejedna panna możnych rodziła dziecko będące wynikiem cudzołóstwa i jeszcze hołubiła się nim. W Kościokamieńcu udawana moralność nigdy nie zyskała wielkiej popularności, a kobiety już dawno wywalczyły sobie w nim prawa, o które gdzie indziej feministki musiały toczyć wielkie boje. Sama była na to dowodem. Oczywiście preferowano, aby młode dziewczęta trzymały się tak zwanych „tradycyjnych ról", ale gdy któraś tupnęła nogą i krzyknęła „nie" nikt większych problemów jej nie robił.

- Jesteś pewien?

Chłopak w milczeniu skinął głową. Widziała, jaki jest spięty. Jego oczy co jakiś czas strzelały na boki, szukając potencjalnych szpiegów, a postawa świadczyła, że czujnie nasłuchuje tego, co dzieje się w cieniach.

- Dobrze... Za te informacje dostaniecie ekstra wypłatę – mruknęła. – Ale teraz lepiej idź już do domu... I radziłabym ci na parę dni przyczaić się. Ty i Greta jesteście wyjątkowo szczwanymi lisami, ale wolałabym, żeby nikt na was sideł nie stawiał.

- Nie szczwanymi lisami, a chytrymi szczurami – sprostował Hans. – Szczury są mądrzejsze, trafnie oceniają niebezpieczeństwo i nikt nie próbuje ściągnąć z nich futer.

- Ale i te bywają tępione i powinny wystrzegać się szczekania terierów...

- Dlatego lepiej, aby czym prędzej ruszyła pani do Grety. Im dłużej czeka, tym dłużej jest narażona na tabu.

- Racja. Ja biegnę, a ty zmykaj.

Chłopak skinął głową, mruknął coś na odchodnym i zrobił krok w tył, niemal dosłownie stapiając się z cieniami. Ledwie komendant mrugnęła i już go nie był, pozostało tylko parę śladów na śniegu.

Cmentarz... Zaklęła pod nosem. Cmentarz ulokowano niejako poza obrębem samego miasta, spory kawałek za torami kolejowymi. Owo miejsce miało tę „urokliwa" cechę, że było tam cholernie daleko. Czemu zatem ulokowano go w tak odległym miejscu? No cóż, prawdopodobnie dlatego, że zabobonni Kamulce woleli nie ryzykować, że jakieś truposze kiedyś powstaną z grobów i zaczną podgryzać mieszkańców. Zresztą w codziennym życiu odległość od cmentarza w żaden sposób nie przeszkadzała. Zmarłych odwiedzano rzadko, chociaż jeżeli już to robiono, to z pewną pompą. Przynoszono na groby świece, kwiaty, a nierzadko, hołdując starym, prawie zapomnianym już zwyczajom, maczany w zwierzęcej krwi chleb bądź kurze serca. Jednak, gdy ktoś potrzebował dotrzeć tam raz-dwa pojawiał się problem. Teoretycznie mogła wrócić na komendę i znowu wziąć Cwałkę, ale wierzchowiec zwróciłby na siebie uwagę, a te sprawę należało załatwić po cichu. Dla dobra jej, jej kariery i spokoju dzieciaków. W końcu nikt bezkarnie nie narażał się Wielkim Rodom.

Wyglądało na to, że znowu czeka ją przebieżka. Długa przebieżka. Ech... Była stanowczo za stara na tego typu rozrywki...

Swoją drogą przydałoby się skołować po drodze coś do kopania. Grzebanie w zmarzniętej ziemi, nawet jeżeli dołek był stosunkowo świeży i płytki – naprawdę wątpiła, aby Katia dała radę wykopać chociażby metrowy dół – gołymi rękoma nie zakrawało na szczególnie dobry pomysł. Tym bardziej, że nie zamierza pokazać się jutro w robocie z pokaleczonymi, przemarzniętymi dłońmi. Z pewnością zwróciłoby to uwagę jej podwładnych i stało się źródłem wielu plotek, a gliniarze potrafili plotkować jak mało kto.

Obarczona zgarniętą ze śmietnika, starą szufelką do węgla i dysząca jak parowóz jakieś czterdzieści minut później zjawiła się pod bramą cmentarza. Mimo mrozu pot kapał jej z nosa, a w dodatku coś potwornie zaczęło ją kłuć w boku, jednak nie narzekała. Bardziej niż tym, że stanowczo nadwyrężyła swoje siły, przejmowała się straconym czasem i tym, że nigdzie nie widziała Grety. Kusiło ją, żeby zacząć wołać dziewczynę, jednak szybko odgoniła tę myśl. Jeżeli w pobliżu czaił się ktoś, kogo wolałaby nie spotkać, drąc japę na pewno zwróciłaby a siebie uwagę... Nie wspominając o Grecie. Wolała nie narażać dziewczyny.

Rozejrzała się wokół i zaklęła pod nosem. Mogła chociaż zapytać Hansa, w którym dokładnie miejscu czeka Greta. Front, strona północna, południowa czy może tył? Ech, wyglądało na to, że będzie musiała obejść cały cmentarz dookoła. Szlag by to.

Od frontu nic, dopołudnia nic, w końcu zaszła na graniczące z lasem tyły. Pośród ponurych drzew tu i ówdzie widniały kopczyki kamieni, nagrobki tych, którym z różnych powodów odmówiono pochówku na samym cmentarzu. Nagle Damira dostrzegła rząd niewielkich kopczyków, biegnących wzdłuż muru, jeden przy drugim. Było ich kilkadziesiąt. Ponure, policyjne przeczucie dźgnęło ją w sam środek serca. Przyspieszyła kroku, nie zważając na bunt przemęczonych mięśni.

W końcu dobrnęła do końca linii maleńkich nagrobków, których naliczyła czterdzieści osiem. Ostatni z nich wyglądał na świeży, widać było, że kamienie zostały niedawno wyrwane ziemi, a śnieg wokół nich odgarnięto. Dotarła na miejsce, pytanie tylko, gdzie podziała się...

- Tak, to tutaj.

Cichy, dziewczęcy głos nieomal doprowadził ją do zawału. Odwróciła się na pięcie, spoglądając wprost na wychodzącą z cieni Gretę. To cud, że wcześniej nie zauważyła dziewczyny – jej jaskrawo czerwony płaszczyk powinien być dobrze widoczny. Te przeklęte dzieciaki były lepsze w kryciu się od szczurów i cichsze od kotów.

- Co zostało tu zakopane? – zapytała Damira.

- Zawiniątko. Okrwawione.

- Zawiniątko? Znaczy dziecko?

- Nie wiem... - Dziewczyna przygryzła nieznacznie wargę. – Katia wyglądała, jakby zawartość zawiniątka budziła w niej odrazę. Nie odrazę przez zbrodnią czy zwłokami, a przed czymś ohydnym... W dodatku po jej odejściu unosił się tu dość specyficzny zapach. Zresztą, nawet jeżeli to było dziecko, wątpię żeby żyło. Zawiniątko nie poruszało się ani nie wydawało żadnych dźwięków.

- Rozumiem... – Komendant spojrzała ponuro na niewielki nagrobek, a potem przesunęła wzrokiem po pozostałych. Jeżeli zawartością zawiniątka nie było dziecko, to co? I Co znaczyła tak wielka ilość kopczyków. Przecież, gdyby każdy z nich zawierał dziecięce zwłoki znaczyłoby to, że albo co roku któraś z pań Sevicków rodziła dziecko, które tu zakopywano, albo że to wszystko to jakiś ostro popaprany zwyczaj trwający od pokoleń.

- Co do zapłaty, proszę przekazać ją w ciągu dwóch najbliższych dni. Stawka ekstra z dodatkiem za czas, plus pokrycie kosztów, tu ma pani wszystko rozpisane. – Greta wręczyła jej niewielką karteczkę. – Ja i Hans bylibyśmy zobowiązani, gdyby zerwała pani z nami kontakt na okres około dwóch tygodni. Nie chcemy, aby nas podejrzewano o JAKIKOLWIEK związek z tą sprawą. Reszta warunków zlecenia, w szczególności żądanie całkowitej dyskrecji, pozostaje niezmienna.

Komendant, chowając karteczkę za pazuchę, w milczeniu skinęła głową, po czym zerknęła na niewielki kopczyk kamieni, czując jak jej żołądek zawiązuje się na supeł. Nie znosiła tego typu spraw. Nienawidziła.

- A nie wiesz... - zaczęła, ale Grety już nie było. Weszła w las stapiając się z cieniami niczym tygrys. Z tym, że tygrysy nie chodziły w czerwonych płaszczykach.

Momentami Greta i Hans budzili w niej nawet większy niepokój niż dzieci masek, z którymi, notabene, niedługo czekało ją spotkanie.

Ścisnęła mocniej szufelkę i spojrzała na kamienny kopczyk. Nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, ale zamierzała się dowiedzieć. Sposób na to niestety był tylko jeden.

Parę godzin mrozu i ziemia zdążyła na powrót stwardnieć, jednak, nie na tyle, aby nie dało się pokonać warstwy gleby nawet przy tak nędznym osprzętowaniu jak jej. Po dziesięciu minutach intensywnej pracy, dokopała się do niedużego, lodowatego i potwornie brudnego zawiniątka. Białe, ubłocone płótno, pochodzące najpewniej z podartego prześcieradła, w niektórych miejscach było wymazane krwią i trudną do identyfikacji cieczą. Rozwinięcie go przysporzyło jej niemało trudności, w końcu wszystko pozamarzało, ale...

Z trudem stłumiła krzyk, jednocześnie przyciskając dłoń do ust. Żołądkiem szarpnął odruch wymiotny, gdy odór, którego nie potrafiła powiązać z żadnym ziemskim zapachem, podrażnił jej nozdrza. Widok zawartości zawiniątka, nie poprawiał sytuacji. Musiała przyznać sama przed sobą, że chociaż była przygotowana na wiele, to nie na coś podobnego.

W zawiniątku istotnie leżało dziecko, lecz, gdyby nie okoliczności, w życiu nie pomyślałaby, że to coś mogłoby być dzieckiem ludzkim. Raczej oseskiem maszkary z ludowych opowieści lub potwora rodem z najgłębszych koszmarów. Pięcioro nienaturalnie wytrzeszczonych oczu półkolistym wachlarzem zdobiło płaską, krótką twarz. W miejscu, gdzie powinien być nos, ziała czerwienia trójkątna szczelina, której sączyła się bura maź. Niżej widniały szerokie, pozbawione warg usta pełne półprzeźroczystych, przypominających paznokcie zębów wystających zza bladych, niemal białych warg, kontrastujących barwą z sino-czarnym językiem. Sześć kończyn wyrastało z boków martwej istotki. Długie, powykręcane, mające po osiem przypominających szpony palców każda, niemożliwe były do określenia mianem nóg czy rąk. Płaską czaszkę pokrywały wydzielające odrażająca, żółtawą ciecz guzy, uparcie kojarzące się z wrzodami bądź ogromnymi pryszczami. Brzuch był nienaturalnie rozdęty, pomarszczony i workowaty, a do tego pokrywały go przypominające otarcia, czerwone plamy. Uszu kompletnie brakowało. Najgorsza jednak była sama sino-zielona skóra, czy raczej to co ją pokrywało. A pokrywały ją tysiące niewielkich wypustek, krótkich rzęsek, powoli grubnących i wydłużających w stronę grzbietu, po to by przejść w grzebień macek ciągnących się wzdłuż kręgosłupa.

Przerażona wpatrywała się w stworzenie. Nie miała pojęcia, co mogło sprawić, że coś podobnego przyszło na świat, ale była szczerze wdzięczna, że owo wynaturzone nie-wiadomo-co jest martwe. Jakoś bez trudu potrafiła sobie wyobrazić to coś pełznące po suficie, po to, aby skoczyć jej na twarz i przegryźć tętnicę.

Nerwowo przełknęła ślinę. Pomyśleć, że do tej pory w większej mierze miała to całe tabu za gadanie starych kobiet i zabobony. A czym to stworzenie nie było, jak nie prawdziwym tabu, Nieznanym, które wypełzło zza tego, co ludzkość uznawała za realne?

„Rzeczywistość to zaledwie uszyty z dobrych życzeń i nadziei koc naciągnięty na głowę przerażonego dziecka" – jak bumerang wróciły do niej słowa zielarza.

Zadrżała, lecz nie zimna, po czym rozejrzała się z niepokojem wokół. Nagle odniosła wrażenie, że ktoś uchylił „koca", a z kosmicznych przestrzeni lodowatego chaosu przypatrują się jej setki plugawych istot.

Szybkimi ruchami na powrót owinęła ciałko pełniącą rolę całunu szmatą. Najchętniej wrzuciłaby je z powrotem do grobu, zakopała i zapomniała o wszystkim, lecz nie mogła. Musiała to załatwić. I to już, zaraz. Wiedział, że nie zniesie, jeżeli będzie musiała zatrzymać to coś na dłużej, dlatego już teraz musiała skonfrontować się z dziećmi masek, a potem z rodziną Sevicków, nieważne co będzie potem.

Chwyciła zawiniątko za pasmo tkaniny, po czym, usiłując trzymać je jak najdalej od siebie, wartkim rokiem ruszyła w stronę teatru. Trzymała się cieni i bocznych ścieżek, mając nadzieję, że nikt jej nie zauważy, a jakiś nadpobudliwy pies nie zdradzi swym szczekaniem. Co prawda wszelka zwierzyna ostatnimi czasy zachowywała się nadspodziewanie cicho, jednak wątpiła, aby prawdziwy, podwórkowy stróż zachował milczenie wyczuwając przechodzącego pod bramką obcego w dodatku niosącego coś okrwawionego.

Jak się okazało, była w błędzie.

Gdziekolwiek nie pojawiła się z koszmarnym zawiniątkiem w ręku, tam wszelka zwierzyna truchlała, brała nogi za pas, uciekała. Nawet szczury i co bardziej chuderlawe koty, zwykle nie mające nic przeciw temu, aby napocząć zwłoki, zmykały, gdy tylko zwęszyły tajemnicze truchło. Zresztą nie tylko one. Wystarczyło, żeby przeszła pod drzewem, gdzie nocowała krucza para, aby rozległ się cichy szelest skrzydeł, a ptaki, mimo panujących wokół ciemności, czym prędzej opuściły schronienie.

Naprawdę, czymkolwiek to kalekie coś nie było, chciała się tego czym prędzej pozbyć.

Widok teatru powitała z ulgą, a zarazem niepokojem. Nie miała pojęcia, co może ją czekać na miejscu. Dziwna sekta dzieci masek skrzętnie pilnowała swych tajemnic, a jej członkowie mogli stać się naprawdę nieprzewidywalni, wiedząc że jedna z nich, być może ta najgorsza, została odkryta. Co prawda miała przy sobie broń, ale naprawdę nie chciała strzelać do tych dzieciaków, zresztą wątpiła w skuteczność tego typu aktywnej obrony. Zapewne, gdyby zabiła jedno z nich, cała reszta, uzbrojona w noże, brzytwy i tłuczki do mięsa, skoczyłaby na nią chmarą, niepomna na to, że któreś z nich może zostać zranione.

Przedarła się przez ośnieżone krzewy róż i bezlistne bzy, po czym swoim starym zwyczajem wystukała melodię w prowadząca do piwnic teatru klapę. Ta po dłuższej chwili rozwarła się z cichym jękiem, zdającym się być gromem wśród przejmującej ciszy tej gwieździstej nocy. W otworze pojawiły się zamaskowane postaci. Królik i Lis, którzy ostatnio najczęściej z nią rozmawiali oraz dość wysoka persona w baraniej masce, sądząc po budowie, w wieku czternastu bądź trzynastu lat czyli na „wylocie" – lada dzień miała zdjąć maskę, opuścić teatr i swą zamaskowana rodzinę.

- Późna pora na odwiedziny pani Komendant, bardzo późna – odezwała się zamaskowana persona. Dość niski i z lekka chropowaty, ale niezwykle gładki głos nie zdradzał jakiej jest płci. – Cóż się stało, że niepokoicie pani Teatr o tak późnej porze?

Damira rozwarła usta, żeby odpowiedzieć, ale odpowiednie słowa jakoś nie chciały przyjść. Zacisnęła usta i milcząc wyciągnęła przed siebie dłoń, w której trzymała koszmarne zawiniątko i wymownym spojrzeniem przewierciła swego rozmówcę. Baran zdrętwiał, a Lis i Kot gwałtownie cofnęli się. Nie widziała ich twarzy zza masek, ale niemal czuła jak wykrzywiają się w grymasach wstrętu i lęku.

- Chcę wyjaśnień – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Milczenie, które zapadło, jeszcze pogłębiło ciszę tej nocy. Do tego stopnia, że zdawała się zasysać samą siebie do środka. Przez chwilę nic się nie działo. Damira stała jak zamrożona w czasie – z wyciągniętą ręką, przed trojgiem dzieci i kilkanaściorgiem innych, czających się gdzieś tam w cieniach. Dumnie wyprostowana, z kamienną twarzą i twardym spojrzenie wyglądała stanowczo i odważnie, lecz jej wnętrzności skręcały się ze strachu.

- Musicie poczekać – wyszeptała barania maska po chwili. – Tu decyduje Starszy Brat.

Dzieci cofnęły się w głąb piwnicy, a klapa zamknęła za nimi. Komendant została sama... Mimo to miała wrażenie, że jest obserwowana. Czuła jak każdy cień świdruje ją przeszywającym, a zarazem obojętnym spojrzeniem, śledzi każdy jej krok.

Damira zamrugała. Starszy Brat? Kto to do diabła był Starszy Brat?! Pierwszy raz o kimś takim słyszała. Znaczy Dzieci Masek miały swojego przywódcę? Dlaczego nigdy o nim nie wspominały? Kim on do cholery był? A może CZYM był w końcu...

Spojrzała na zawiniątko i poczuła uścisk w żołądku.

Minuty ciągnęły się jak godziny, zdenerwowanie pożerało ją od środka a mróz nieprzyjemnie szczypał twarz. Milcząca obecność koszmarnego truchełka nie poprawiała sytuacji. Gwiazd, chociaż ich blask powinien podnosić ją na duchu, również nie. Teraz, w tej przejmującej ciszy, u drzwi schronienia dziecięcej sekty, kiedy trzymała zwłoki dziecięcia z koszmarów, przywodziły jej na myśl malowidło ze Sali Wzniesień. Kosmiczną, lodowatą otchłań pełną stworów tak potężnych, że człowiek jest przy nich niczym pyłek, niekoniecznie złych, ale mających wobec rodzaju ludzkiego tyle współczucia co człek wobec mrówki.

„Rzeczywistość to zaledwie uszyty z dobrych życzeń i nadziei koc naciągnięty na głowę przerażonego dziecka, liczącego, że ów ochroni je przed potworami spod łóżka... A potwory są prawdziwe" po raz kolejny powróciły do niej słowa zielarza.

- Zuber, kim ty do diabła jesteś? – wyszeptała pod nosem. Miała wrażenie, że odpowiedź na to pytanie byłaby długa, skomplikowana i stanowczo nie spodobała jej się.

Odgłos kroków sprawił, że drgnęła niespokojnie. Parę stuknięć, szurnięcie i klapa ponownie się uniosła. Tym razem oczom Damiry ukazały się dwie nowe maski: bocian i kruk. Dzieciaki wyglądały na mniej-więcej jedenaście lat. Chyba były bliźniętami – miały taki sam wzrost, budowę ciała i półdługie, falowane, złocisto-brązowe włosy.

„Bociany wiosną, a kruki jesienią prowadzą dusze zmarłych do zaświatów, a na Ziemię sprowadzają tych, co to dopiero narodzić się mają" – przypomniała sobie jedną z ludowych baśni... A może to ludowe wierzenie? W każdym razie nagłe wspomnienie sprawiło, że dreszcz przeszedł jej po plecach.

- Starszy Brat chce się z panią widzieć, madame – mruknął Kruk. – Na miejscu zostaną udzielone wszystkie odpowiedzi.

Bocian wykonał zapraszający gest, wskazując ziejące czernią wnętrze piwnicy, a serce Damiry przyspieszyło. Wzięła głęboki wdech i zrobiła duży krok naprzód.

Od samego początku doskonale wiedziała, że jeżeli ma się czegoś dowiedzieć, to będzie musiała wejść do teatru, a mimo wszystko zaproszenie Dzieci Masek zaskoczyło ją. Teatr, te jego części zamieszkałe przez zamaskowany klan, zawsze stanowiły dla niej tajemnicę. Abstrakcję. Myśl, że będzie spacerowała tymi samymi korytarzami, co młodociani lokatorzy, wydawała jej się równie prawdopodobna, co spacer tunelami mrowisk – jedno i drugie sprawiało wrażenie ciekawego, ale kompletnie nierealnego. A jednak trafiła „do mrowiska". Mrowiska pełnego małych, wykonujących polecenia żołnierzy-robotników, jednak słuchających nie królowej tylko króla, Starszego Brata.

Nigdy nie myślała o tym, jak dokładnie wygląda „niedostępna" część Teatru, jednak musiała przyznać, że spodziewała się czegoś bardziej ponurego. Scenerii wyciętej z gotyckiej powieści toczącej się w jakimś zamczysku czy też rezydencji. Jednak nic z tego. Wszystko wokół zdawało się niesamowicie czyste, drewniane podłogi chociaż stare i skrzypiące, zostały niedawno wyszorowane i napastowane. Żadnych pajęczyn, kożuchów kurzu czy też półmroku – o ile piwnica przez która weszła do środka tonęła w ciemności, to wnętrza zostały jasno oświetlone lampami naftowymi i świecami. Jedyne, co zwracało uwagę, to grube kotary i coś na wzór wewnętrznych okiennic nie pozwalających się wydostać jasnemu blaskowi na zewnątrz. Gdyby nie one, wystarczyłoby malowanie i może tu i ówdzie cyklinowanie podłóg, żeby wnętrza wyglądały całkiem przyjemnie.

Nabrała powietrza do płuc. Zero zaduchu. Za dnia przynajmniej część okien musiała być otwierana i odsłaniana. Najwyraźniej lokatorom zależało, żeby niechcąco nie zdradzić jaką dokładnie część teatru zajmują ani ilu ich jest.

Jej przewodnicy ani razu się nie odezwali. Jeden trzymał się z przodu, prowadzącą ją wąskimi korytarzami poprzez rejony pierwotnie zarezerwowane dla służby, później strażników więziennych, a potem pomniejszych pomocników teatralnych. Drugi szedł za nią, pilnując by nie zrobiła czegoś głupiego – zapewne w fałdach jego zimowej odzieży zostały ukryte różne, drobne ostrza. Mijali drzwi za drzwiami, solidne, z ciemnego drewna, po to by w końcu zatrzymać się przed jednymi z nich, niczym nie wyróżniającymi się od pozostałych.

-Starszy Brat czeka – mruknął stojący za nią Bocian.

Mimo zżerającej ją od wewnątrz niepewności, Damira zdecydowanym ruchem wyciągnęła dłoń przed siebie i nacisnęła klamkę. Rozległ się cichy szczęk zamka, poczym drzwi bezgłośnie uchyliły się ukazując wnętrze niedużego, ale całkiem ładnego salonu tudzież niewielkiej biblioteki. Zaskoczona weszła do środka.

Blask strzelających w zdobnym kominku płomieni odbijał się od wypolerowanej na połysk drewnianej podłogi. Wysokie, wypełnione grubimy woluminami regały tonęły w rok, światło jedynej w pomieszczeniu naftowej lampy zwisającej z sufitu tworzyło niewielki krąg obejmujący jedynie zdobny stolik i nieduży, ale bardzo elegancki komplet wypoczynkowy. Na skraju cienia i światła siedziała niemal monstrualnie wysoka, przygarbiona postać. Całe jej ciało opatulała zielono-szara szata, a spod szerokiego kaptura na świat wyglądała grecka, tragiczna maska. Jej kościana biel i przerysowane rysy w półmroku wyglądały naprawdę upiornie.

- Niech pani wejdzie, pani komendant – rozbrzmiał przyjemny, chociaż nieco niewyraźny, męski głos. Brzmiał trochę tak, jakby zakapturzonej postaci ciężko było mówić. – Gwarantuję, że jest pani bezpieczna. Ani z mojej strony, ani mego rodzeństwa nie grozi pani żadne niebezpieczeństwo. Od zawsze darzymy panią największym szacunkiem i traktujemy jak sojusznika. Proszę rozgościć się. Skosztować herbaty... Niestety dysponujemy tylko rumiankową... Jak pani zapewne wie nie posiadamy nazbyt wielkich funduszy, aczkolwiek oddani miastu wspierają nas od czasu do czasu niewielkimi datkami. Gdyby to ode mnie zależało poczęstowałbym panią ulungiem bądź najszlachetniejszym earl greyem, jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Czy raczej na zdrowie. Biorąc pod uwagę jaka pogoda panuje na zewnątrz rumianek jest jak najbardziej wskazany.

Spojrzała na ręce Starszego Brata. Jedną wyciągniętą w stronę wygodnego fotela, drugą wskazującą staromodną zastawę zajmującą stolik. Obie osłaniały zszyte ze skrawków materiału, długie rękawice. Nic dziwnego żadne normalne rękawiczki nie pasowałyby na te dłonie – nienaturalnie długie, posiadające nadliczbową ilość palców o nadliczbowej ilości członów, a wszystkie zwieńczone przebijającymi materię szponami.

„...A potwory są prawdziwe"

- Zielarz pewnie zgodziłby się z wami, aczkolwiek znając życie, zaproponowałby ciut bardziej skomplikowana mieszankę – mruknęła tłumiąc wewnętrzną grozę zgniatającą jej wnętrzności w lodowatym uścisku. Całe życie uczono ją, że potwory nie istnieją, że jedynymi „potworami" są ludzie, a tu nagle stała przed jednym z nich, trzymając truchło drugiego w dłoni.

- Niewykluczone. Wiele słyszałem o personie nazywającej się Makarym Zuberem. Niezwykle silnej i mądrej, lecz pod wieloma względami nieokreślonej. – Starszy Brat oparł się w fotelu, pokazując swą prawdziwą wysokość. – Naprawdę proszę siadać. Tak, jestem istotą, która ze względu na swe warunki fizyczne, a nawet pochodzenie zasługuje na miano potwora, lecz skoro obiecałem, że nie stanie się wami żadna krzywda, to się nie stanie. Nigdy też nie podniosłem ręki na nikogo, kto sobie na to nie zasłużył, chyba że w samoobronie. Poza tym zdaje się, że chcieliście porozmawiać o moim zmarłym krewniaku.

Damira drgnęła, gdy szpon stwora wycelował w trzymane przez nią zawiniątko. Nie podobało jej się to wszystko. Nie podobało, że Starszy Brat bez trudu odgaduje jej myśli, nie podobało, że tak łatwo przyznał się do pokrewieństwa z tym czymś, co trzymała. A najbardziej nie podobało jej się to, że ot tak powierzyła swój los jemu i jego... Rodzeństwu. Jednak, skoro już wtargnęła na tę, a nie inną planszę gry, musiała grać według zasad. To, że była jednym pionkiem przeciwko kilkunastu... No cóż, wiedziała, na co się pisze, wchodząc tutaj. Chciała zgrywać dzielną, no to ma.

- Zatem przyznajecie, że to coś jest z wami spokrewnione? – zapytała podchodząc do wskazanego przez potwora fotela, po czym rzuciła truchełko na stolik i wygodnie się rozsiadła.

- Istotnie, mamy tę samą matkę... Prawdopodobnie. Być może klątwa przeszła na jedną z jej córek, tych normalnych, należących do jej męża, aczkolwiek wątpię. Matka jest ostatnim Pęknięciem... Przynajmniej jeżeli chodzi o naszą rodzinę.

- Pęknięciem? – zapytała. Naprawdę niewiele rozumiała... A im więcej dowiadywała się tym miała wrażenie, że wie coraz mniej.

- Tak. Pęknięciem w świecie, prowadzącym do tego, co na zewnątrz. Bestii i potęg, z którymi ludzkość nie może się mierzyć, których nie jest świadoma i nie powinna być. Nie, jeżeli chce zachować poczytalność. Nawet samo patrzenie w to, co jest po drugiej stronie, może zgnieść umysł jak młot kowalski orzech, a w efekcie zabić.

- Możecie jaśniej? – poprosiła. Starczyły jej zagadki rzucane przez zielarza, chciała, żeby chociaż Starszy Brat mówił wprost. Szczególnie, że słowa obydwóch były niezwykle podobne do siebie... Co czyniło rzecz jeszcze upiorniejszą.

- Trudno mówić o tym jaśniej, szczególnie, iż nie posiadam tyle wiedzy, ile czuję to... - Stwór westchnął ciężko, krzyżując ramiona na piersi. Chwilę zastanawiał się nad czymś. – Może zacznę od początku. Kościokamieniec to... Tutaj dzieją się cuda. A przynajmniej wydarzył się jeden cud. Nie potrafię rzec dokładnie jaki, ale tak jest. To dzięki niemu miasto nie jest niepokojone przez świat zewnętrzny. Wojny, awantury, nowe władze. Rzecz w tym, że cuda to nic dobrego. Pochodzą z zewnątrz. Z otaczających świat przestrzeni wypełnionych wszechwładnymi koszmarami, gwiazdami i śpiewem demonów. Aby ich dosięgnąć, trzeba roszczelnić świat, sprowadzić je tutaj...

- Zrobić dziurę w kocu rzeczywistości – mruknął na poły do niego, na poły do siebie.

- Słucham?

- Makary Zuber niedawno powiedział mi coś podobnego do tego, co mówicie wy... Że rzeczywistość to koc naciągnięty na głowę przerażonego dziecka, a wszędzie wokół są potwory. – Spojrzała w ziejące czernią oczodoły tragicznej maski. – Znacie się? Ukartowaliście to?

Najpierw myślała, że potwór krztusi się bądź wydaje warkot świadczący o tym, że trafiła, zdemaskowała go zdemaskowała i zaraz zginie. Dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że dziwny, chropowaty gulgot wydobywający się zza maski to śmiech. Właśnie została mało subtelnie wyśmiana przez stwora z koszmarów.

- Naprawdę myślicie, że można coś takiego ukartować? – zapytał, wskazując na cuchnące śmiercią i grozą zawiniątko. – Naprawdę sądzi pani, że coś takiego można ukształtować ludzkimi dłońmi, po to by wycelować... No właśnie w kogo? – zapytał, powoli zdejmując swoje rękawice. Kościste, ale wyraźnie silne, łykowate, sino-szare, zwieńczone ostrymi szponami ręce pokrywała sieć czerwonych żyłek doskonale prześwitujących przez półprzeźroczysta skórę obnażającą ciemne, niemal czarne tkanki tkwiące pod nią.

Upiorne dłonie powoli sięgnęły ku masce, po to, aby odsłonić oblicze demona. Piątka wachlarzowo ułożonych, ruchliwych oczu o wielu źrenicach świdrowało ją spojrzeniami, wąskie nozdrza długiego płaskiego nosa drgały, a szerokie od ucha do ucha, niemal przeźroczyste wargi zasłaniały szczęki uzbrojone w trzy rzędy, rybich, haczykowatych zębów każda. Zamiast uszu widniały podłużne szczeliny osłonięte pofalowaną, siną tkanką, brwi zastępowały cienkie kolce, a łysą jak kolano głowę zdoiły przypominające spłaszczone rogi zrogowacenia.

Damira zamarła, ale jednocześnie jakaś część umysłu mówiła jej, że mogło być gorzej. Istota przed nią, chociaż przypominała wykopane truchło, miała w sobie o wiele więcej z człowieka niż ono. Przede wszystkim nie otaczały jej ten dziwny smród ani zepsuta aura.

- Nikt rzeczy obecnie dziejących się... Związanych z tym wszystkim... Ze mną, z moim ludzkim rodzeństwem, z zepsutymi... - Większość oczu stwora zerknęła na położone na stole truchło. – Nic z tego nie zostało zaplanowane. Ani przeze mnie, ani nawet przez moją babkę i innych. Tych, którzy wraz z nią sprowadzili cud tutaj. Natomiast twojego zielarza nie znam. Nigdy go nie spotkałem. Od ponad piętnastu lat nie opuszczam teatru na krok, a on od teatru trzyma się z dala. Wiem o nim jedynie z opowieści moich braci i sióstr. Jednak z tego, co powiedzieliście, wynika że jest nie tyko nieokreślony, ale też może być czymś znacznie więcej niż się wydaje.

- Nieokreślony? Więcej niż się wydaje? – zapytała. – Możecie mówić jaśniej?

- Nie, wybaczcie, ale nie mogę. Zielarz to dla mnie jedna wielka sfera domysłów, wątpliwości i domniemań. Dlatego też nie wyrzeknę nic jasno, bo w jego przypadku nic nie jest jasnym i oczywistym... Być może za wyjątkiem jednego: od swego przybycia nie uczynił nikomu krzywdy, ale za to wielu uleczył i wielu wspomógł. Tym bardziej wstrzymam swój język, bo też rzucanie słów, które mogą okazać się oszczerstwami, wobec persony, która do tej pory okazywała jedynie dobroć, to podłość. Być może i jestem potworem, ale na pewno nie podlcem.

Damira westchnęła w duchu. Pytanie czy raczej zarzut okazały się przysłowiową kulą w płot, lecz dzięki temu przynajmniej widziała twarz swego rozmówcy. Musiała przyznać, iż nie był to przyjemny widok, jednak lepszy niż niepewność i domysły.

- Dobrze, zatem może wróćmy do głównego problemu. O co chodzi z tymi całymi cudami i waszą familią? Z Sevickami i twoim rodzeństwem... Twoimi wychowankami?

Stwór położył dłonie na kościstych kolanach, po czym zabębnił o nie swymi długimi szponami. Damira niemal widziała jak w jego głowie poruszają się koła zębate niewypowiedzianych myśli i wątpliwości.

- Trudno mi o tym mówić, szczególnie, że sam poruszam się na ruchomych piaskach niepewności. Z matką, Aleksandrą Sevick widziałem się jeden jedyny raz w życiu i nie było to miłe spotkanie. Wtedy sam się domagałem odpowiedzi, chociaż nie wiedziałem jakie pytania zadawać, toteż otrzymałem jedynie okruchy ze stołu wiedzy... Zresztą i matka nie wydawała się nazbyt pewna swych odpowiedzi. W końcu cud z samej definicji jest czymś wymykającym się ludzkiemu pojęciu. Chociaż z drugiej strony mogło to być jedynie me wrażenie wynikłe jej stanu emocjonalnego. W końcu stając oko w oko ze mną, monstrum, które wypełzło z jej łona, niemalże demonem, przynajmniej biorąc pod uwagę aparycję, musiała przeżyć poważny wstrząs... Tym bardziej, że porzuciła mnie na pewną śmierć, chociaż o to mieć pretensji do niej nie mogę. Szczególnie że charakter jej poprzednich dzieci cudu był wrogi temu światu, podobnie jak tego... - wskazał palcem na koszmarne truchło.

- Znaczy zabiła poprzednie noworodki? – zapytała czując, jak jej twarz mimowolnie wykrzywia ponury, wrogi wyraz. – Te wynaturzone?

- Kilkoro spośród kilkudziesięciu podobnych. Większość z nich urodziła się martwa... I proszę nie oceniajcie jej w tym względzie źle, gdyż postępowała słusznie. – Dodał uśmiechając się dziwnie. – Te potworki nie miały w sobie praktycznie nic z człowieka. Z tego co mi wiadomo, te które przeżywały pierwej rozdzierały swe ludzkie rodzeństwo jeszcze w łonie matki, a potem, po wydostaniu się na świat próbowały zabić każdego, kto znalazł się w pobliżu. Jedynym wyjątkiem od reguły, z tego, co mi wiadomo, byłem ja. Mimo swej aparycji zachowywałem się jak zwykłe ludzkie niemowlę.

- To jak to wygląda? Alexandra co półtora roku, dwa lata rodzi dwójkę dzieci? Monstrum i człowieka? Kto jest ojcem? I na jak to w ogóle możliwe biorąc pod uwagę jej wiek. Na boga, on ma już prawie dziewięćdziesiąt lat!

- Tak, rodzi mniej-więcej raz na półtora roku dzieci i robi to od ponad pół wieku. Za wyjątkiem jej trojga dzieci, syna i córek, które spłodziła ze swym mężem, za powicie reszty odpowiada cud. Natomiast co do jej wiek tu też jest odpowiedzią cud.

- A czym jest ten piekielny cud?

- Cud to ingerencja z zewnątrz w świat. Ingerencja na zaproszenie, cuda nie przychodzą same z siebie, zawsze ktoś musi je zaprosić... Jednak czyja to bądź czego ingerencja? Cóż, tego nie potrafię powiedzie. Ludzka natura nakłania by krzyknąć bogowie albo demony, lecz ja nawet nie jestem pewien czy podobne istoty istnieją. BA! Nie wiem czy cudem kieruje jakakolwiek świadomość. Może to być zwykła siła uchodząca w tym co na zewnątrz za siłę natury. Jednakże pod niektórymi względami, jak utrzymywała matka, cuda przypominają stworzenia żywe. Muszą się odżywiać, a ich pokarmem może być wiele rzeczy, począwszy od czegoś trywialnego po coś budzące grozę. Jednakże wszystkie po pewnym czasie dopominają się ofiar. Nie ofiar składanych na ołtarzach, ale zdobyczy, po które same sięgają. Dlatego cudu nie warto sprowadzać. Jest nieprzewidywalny i zawsze bierze więcej niż daje. – Westchnął, znów milknąc na chwilę. Wyraźnie próbował sobie wszystko poukładać w głowie. – Wedle tego, co mówiła mi matka, za czasów młodości mego pradziada miasto było zagrożone. W jaki sposób, tego nie wyjaśniła. Zresztą pewnie nie tylko chodziło o dobro Kościokamieńca, ale też o władzę. Zawsze chodzi o władzę, zupełnie jakby ta była czymś dobrym. Ludzkie pragnienie trzymania innych za gardło jest doprawdy irracjonalne... W każdym razie, pradziad wraz z innymi postanowił ochronić miasto. Przypadkiem odkryli jak sprowadzić tutaj cud i to uczynili, aby odegnać zagrożenie. Aby to zrobić pradziad naznaczył mą wtedy czternastoletnia babkę. Ta miałach co osiem lat rodzic potworne dziecko jako zapłatę za cud. Narodzone z niej stwory przetrzymywano w bliżej nieokreślonym miejscu i karmiono ludzkim mięsem. Czyje to było mięso, jak je zdobywano, tego matka nie wie, ani nie chce wiedzieć. W każdym razie po śmierci babki, klątwa przeszła na mą matkę, która dopiero wtedy dowiedziała się o koszmarnym procederze. Zerwała „pakt" z cudem, zabiła przetrzymywane gdzieś w podziemiach miasta monstra i to, które niedługo potem z niej wyszło. Jednak nie poprzestała na tym. Dopilnowała, aby i reszta biorących w tym udział zapłaciło. Nikczemnicy przypłacili życiem swe procedery, dwa wielkie rody upadły. Oczywiście podupadł też i ród Sevicków, jednak zdołał zachować szacunek i część wpływów. Niestety matka, Alexandra Sevick, słono zapłaciła za swój bunt wobec cudu. Wbrew swej woli niemal nieustannie jest brzemienna i w bólach daje życie kolejnym pokoleniom wychodzącym z niej szeregiem. Porody ją niszczą, jednak jako że jest ostatnim pęknięciem w świecie, ostatnią drogą wejścia dla cudu, ten nie pozwala jej umrzeć... Chociaż to się może zmienić.

- To znaczy?

- Coś nadchodzi. Od czterech miesięcy matka rodzi co trzy tygodnie, dzieci w jej łonie rozwijają się z nadludzką prędkością i wychodzą nas świat żywe... Moi bracia i siostry donoszą, że od kilku dni jest półprzytomna i nie rozróżnia rzeczywistości od majaków. Jej czas się zbliża, tak jak i czas świetności wielkiego rodu Sevicków.

- Czas na to, aby cud upomniał się o swoje, czy tak?

- Być może. Albo pęknięcie ma się zasklepić i cud wykorzystuje ostatnie chwile na tym świecie. Albo nowy cud przedziera się do tego świata. Trudno mi to określić. Nie jestem specjalistą od cudów tylko dzieckiem jednego z nich. W dodatku widzę i słyszę tylko tyle, co moi bracia i siostry przynoszący mi wieści spoza teatru.

Damira skinęła głową. No tak, Starszy Brat był uwięziony w tych murach. Gdyby tylko wyściubił nos na zewnątrz prawdopodobnie zginąłby na dniach. Owszem, kamulce wykazywali wielką tolerancję wobec swoich, ale zabobon i tabu były wśród nich żywe jak nigdzie indziej na świecie. Widząc kogoś takiego, coś takiego, jak Starszy Brat nie zawahaliby się nawet minuty. W ruch poszłyby widły, siekiery, łopaty i pochodnie.

- Skoro odpowiedziałem już na wszystkie wasze pytania...

- Nie wszystkie – przerwała mu. – Czemu zabierasz swoich braci i siostry z sierocińca? Po to, żeby ci służyli? Czy może masz jakiś inny cel.

Stwór się uśmiechnął.

- Doprawdy, muszę powiedzieć, że podziwiam wasze dociekliwość i przenikliwość – mruknął. – Nie, nie zabieram ich po to by byli moimi sługami. Przyczyny, dla których ich zabieram, są dwie. Pierwsza jest dość trywialna i nieco samolubna. Nie chcę być sam. Chcę rodziny, poza tym rodzina powinna być razem, prawda? Zatem dlaczego nie dać dzieciakom prawdziwego domu rodzinnego? Wykształcenia, własnych łóżek i tak dalej? Poczucia, że nie są same na tym świecie... Druga natomiast... No cóż nie tylko ja jestem wyjątkiem spośród standardowych urodzeń mej matki. Niektóre z jej dzieci, które wyglądają na ludzkie, takie nie są. Wraz z wiekiem przechodzą wewnętrzną metamorfozę, zmieniając się w żądne krwi bestie. Nadal wyglądają normalnie, ale budzi się w nich wielka siła, stają się szybkie i zabijają. Zabijają każdego, kogo tylko mogą, pożerają ludzkie mięso, a ich osobowość, to kim były przed przeobrażeniem , odchodzi w niepamięć. Wszystko to ma początek wraz z rozpoczęciem dojrzewania płciowego czyli pomiędzy jedenastym, a czternastym rokiem życia. Tych przemienionych trzeba zabijać.

- Dlatego piętnastolatków oddajecie miastu?

- Tak, chociaż są też inne powody. Piętnaście lat to wiek, kiedy jest się prawie dorosłym. Jeszcze nie tak do końca, ale już na pewno nie jest się dzieckiem i ludzie traktują cię względnie poważnie. Piętnastolatkom łatwiej niż starszym czy młodszym zostać zaakceptowanym przez miasto i przywyknąć do jego rytmu, bo w teatrze zostać nie mogą, a przynajmniej nie powinni. Dorosłych zamaskowanych społeczeństwo nie zaakceptowałoby, staliby się wyrzutkami pod wszelkimi względami, a całą moją teatralną rodzinę zaczęto by postrzegać jako potencjalne zagrożenie. W dodatku teatr może pomieścić tylko określoną liczbę osób. Gdybyśmy zaczęli zajmować pomieszczenia używane przez miasto rozpoczęłaby się wojna.

Damira przyjrzała się po raz kolejny istocie, z którą prowadziła rozmowę. Ta chociaż przerażająca i odstręczająca wykazywała dalej idącą zdolność przewidywania niż większość ludzi. Do tego potrafiła się dobrze wysławiać, była taktowna i sprawiała wrażenie uczciwej. Mimo całej tej upiornej otoczki i spoczywającego na stole truchła rozmowa z nim mogła uchodzić niemal za przyjemną. Niemal.

- Skoro odpowiedziałem już na wszystkie wasze pytania, chciałbym sam zapytać o parę rzeczy – odezwał się stwór.

- Słucham?

- O co chodzi ze zwłokami w znalezionymi w magazynie? Wiem, że wywołały poruszenie. Doktor Zukov wydawał się przestraszony po ich oględzinach, w dodatku oglądał je potem i doktor Ostrawa, a to coś musi znaczyć. Dlaczego magistrat robi tak wielką sprawę z drobnych kradzieży? Czemu kazaliście śledzić Johana Mrewkę?

Damira zamrugała. Skąd Starszy Brat tyle wiedział? Przecież... Ach, no tak. Dzieci Masek. Nawet w tych swoich maskach poruszały się nadspodziewanie cicho, szybko i zwinnie, przez co były trudno zauważalne, a przecież przeoczyć kogoś w masce kota czy kaczki jest dość trudno. Natomiast, jeżeli je zdejmowały poza murami teatru, po cichu, tak żeby nikt nie wiedział, kim naprawdę są, stawały się praktycznie niewidzialne. Dlatego stwór tyle wiedział o mieście, chociaż teoretycznie nie powinien wiedzieć nic.

Pytania, a przy ich okazji pojawia się nowe pytanie. Czy powinna na to wszystko odpowiedzieć szczerze? W końcu nie znała intencji siedzącego naprzeciw niej monstrum. Wydawało się łagodne i przyjazne, lecz mogło to być tylko złudzenie. W końcu od lat dowodziło grupie zebranych przez siebie dzieciaków wymierzających sprawiedliwość na własną rękę. Być może nawet wykorzystywał je do innych celów, o których nie chciała myśleć. Komuś takiemu nie można ufać. Z drugiej strony... Okłamanie go nie wchodziło w grę, bo koniec końców sam mógł odkryć prawdę, a wtedy jego nastawienie w stosunku do niej mogło zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni, czego nie chciała. Gniew monstrum znów... Cóż, gdyby Starszy Brat wydał na nią wyrok śmierci, egzekucja byłaby skuteczna, cicha i pozbawiona konsekwencji zarówno dla niego jak i jego rodzeństwa. Natomiast odmowa powiedzenia czegokolwiek stanowiłaby dowód złej woli. W końcu stwór zaprosił ją do swego domu, zagwarantował nietykalność, a nawet zaoferował poczęstunek, którym notabene wzgardziła, popisując się niezbyt dobrego wychowaniem, zaprawionym nieufnością. Rzecz w tym, że odpowiadając na pytania Starszego Brata dawała mu do ręki broń mogąca się okazać toporem kata spadającym na jej kark. Na kark całego miasta.

Każda decyzja stanowiła ryzyko. Podjęcie każdej było tańcem na końcu noża. Jednak coś musiała zrobić, którąś musiała wybrać. Pytanie tylko czy pójdzie na wprost, skręci w lewo, a może w prawo?

W końcu zdecydowała się na szeroko stosowaną regułę wzajemności zwanej również „rączka, rączkę myje". Postanowiła odpowiedzieć tym samym Starszemu Bratu, czym on odpowiedział jej. Miała przy tym nadzieję, że na wybranej przez siebie ścieżce nie trafi na wilczy dół nabijany kolcami. Aby zwiększyć swe szanse zainwestowała w „latarnię"

- Pierw musicie przyrzec, że nic, co tu powiemy, nie opuści murów teatru – mruknęła. – Szczególnie to, co powiem o zwłokach. Rozprzestrzenienie się tych informacji może zagrozić miastu.

- Przyrzekam, że ani ja ani me rodzeństwo nie przekażemy dalej nic, co zostanie tu powiedziane – obiecało monstrum, a „latarnia" Damiry zapłonęła.

- Dobrze, to jako że wszystkie te informacje łączą się ze sobą zacznę od początku...

Opowiedziała mu o wszystkim. O wezwaniu na posiedzenie rady miasta, odwiedzinach u Mrewki, informacjach jakie od niego uzyskała, znalezieniu ciała Hovki, odkryciu, że to jest zakażone, naradzie z Władką i Zukovem, odwiedzinach u Hryciuka i Zubera. Nawet wspomniała o Katii i tym w jaki sposób trafiła na trop koszmarnych dzieci i niepokojów w domu wielkiego rodu Sevicków, jednak starannie ominęła kwestie Grety i Hansa. Nie chciała, żeby nie daj Bóg dzieciaki miały przez nią kłopoty. Jednak Starszego Brata najbardziej w tym wszystkim interesowały dwie kwestie. Pierwsza, możliwy motyw, dla którego pewnym grupom w mieście tak zależy na odzyskaniu skradzionych przedmiotów, mimo ich niewielkiej wartości. Druga, to co powiedział jej Zuber o nadchodzącym nieszczęściu, którego korzenie mogą sięgać daleko w przeszłość. Z każdą chwilą wydawał się coraz bardziej zaintrygowany postacią zielarza.

- Chyba trzeba będzie mu wysłać zaproszenie na popołudniową herbatkę – mruknął w końcu na poły do siebie, na poły do niej, po czym spojrzał na nią ze swego rodzaju czujnością, ale i zarazem podziwem. – Doceniam waszą szczerość, tym bardziej, jak wielką wagę mają informacje, które nam przekazaliście. Przyrzekam, że zaufanie, którym mnie ora mych braci i siostry obdarzyliście nie zostanie zdradzone ani nadwyrężone.

- Zobaczymy. Swoją drogą, nie sprawiacie wrażenia jakbyście się przejmowali groźbą plagi.

- Bo ta nie wydaje mi się aż tak groźna, w dodatku sądzę, że wiem, jak ją przetrwać – mruknął. – Od zawsze wraz z braćmi i siostrami zbieramy zapasy na zimę, starając się, żeby te starczyły spokojnie do połowy wiosny... Tak na wszelki wypadek. Zatem, nawet jeżeli plaga wybuchnie jesteśmy bezpieczni, tym bardziej, że teatr posiada własne źródło wody niepołączone z innymi. Możemy tu spokojnie przeczekać zarazę, a gdy pojawią się ciepłe dni i ta nie będzie mogła przyczaić się w lodzie ani śniegach, szybko się wypali. Zresztą, nawet gdyby nasze zasoby nie wystarczyły, to starczy trzymać się paru reguł, aby zaraza nas nie dotknęła. Przede wszystkim unikać ludzi, a co za tym idzie pożywienie zdobywać polując w lesie i na miejscu oprawiać i dokładnie piec, dbając przy tym, żeby wydzieliny ubitego zwierza nie miały kontaktu z ciałem łowcy. Jeżeli zwierzę nosiłoby zarazę w sobie, ogień powinien ją wytrawić. Po powrocie zrzucić z siebie ubrania w jednej z piwnic, gdzie panuje temperatura taka sama jak na zewnątrz, odkazić ciało roztworem spirytusu, przejść do drugiej piwnicy, a tam się przebrać w czystą odzież. Zebrane mięso jeszcze raz przypiec płomieniami. Niezbyt skomplikowane, chociaż zajmujące czas. No i na co dzień maski na twarz. Przeciwgazowe, albo uszyte chałupniczo, z dodatkiem wkładu z węgla aktywnego, co by bakterie wyłapały... Węgla albo jeszcze czegoś innego. W którejś z ksiąg powinno być coś o tego typu rzeczach. Przypuszczam, że bez większego trudu przetrwamy plagę, jeżeli ta nastąpi... Chyba, że zaatakują nas mieszkańcy, co też jest możliwe.

Damira skinęła głowa z uznaniem. Umysł monstrum wyraźnie działał na wyższych obrotach. Zdołał obmyślić plan awaryjny w ciągu chwil w międzyczasie prowadząc wraz z nią ożywioną rozmowę? Naprawdę godne podziwu. Żałowała, że nie wszyscy z jej ludzi są tak bystrzy jak Starszy Brat. Chociaż i tępi, ale lojalni bywali użyteczni. Czasem nawet bardziej od tych bystrych.

Po wymienieniu uprzejmości, wstała ze swego miejsca i zabrawszy ze sobą upiorne truchełko, ruszyła do wyjścia. Nie sama, ku jej zaskoczeniu Starszy Brat zaoferował, że ją odprowadzi. Policyjna paranoja podniosła łeb i zaczęła węszyć w poszukiwaniu podstępu, jednak nie było to warte zachodu. Nawet gdyby monstrum coś kombinowało i tak nie miała za bardzo jak się przed nim obronić. Nie, kiedy każdy jej ruch i krok obserwowały dzieci masek.

Zeszła do piwnicy, przez którą wprowadzono ją do teatru. Wcześniej tonącą w bezbrzeżnych ciemnościach, oświetlało teraz kulka lamp naftowych i świec, a pod ścianami zgromadziły się dzieci. Chude, ale nie wychudzone, poubierane w rzeczy wyraźnie z drugiej ręki, połatane na łokciach i kolanach, ale czyste i schludne. Wszystkie miały na twarzach te upiorne, stare teatralne maski, wszystkie wpatrywały się w nią w ukryte za plastikowymi twarzami oczyma.

Instynkt samozachowawczy Damiry złapał za sznur dzwona alarmowego, dzwoniąc jak szalony i wrzeszcząc, aby czym prędzej pobiegła do wyjścia, to może się uratuje. Jednak ta nie wykonała żadnego ruchu. Wstrzymując swe naturalne odruchy, stała nieruchomo niczym slup soli z czujnością obserwując to groteskowe zgromadzenie i czekając na to co nastąpi.

- Bracia, siostry – mruknął Starszy Brat.

Dziecko noszące maskę niedźwiedzia nieśpiesznie zdjęło ją ukazując krąglutka, ciut zarumienioną, dziewczęcą buzię otoczoną przez koronę loczków.

- Miła Sevickowa zwana Vasilową – przedstawiła się.

Następna spadła maska przedstawiająca psa.

- Sven Sevick, zwany Fiodorovem.

I tak raz za razem spadały maska za maską, a dziecko za dzieckiem przedstawiało jej się. Po chwili zamiast morza masek otaczało ją morze drobnych, skupionych twarzyczek i wielkich, czujnie ją obserwujących oczu.

- Eryk Sevick – rozbrzmiał za nią głos stwora. – Zwany także Potworem, Starszym Bratem bądź Bezimiennym. Głowa Rodu Masek, następców wielkiego rodu Sevicków.

„Następców?" zapytała sama siebie Damira, ale niemal zaraz przypomniało jej się, że każde z dzieci Aleksandry doczekało się po jednym z potomków, przy czym jeden z jej wnuków zginął tragicznie, drugi chociaż jest już pięć lat po ślubie nie posiada potomstwa, a trzeci czy raczej trzecia... Cyntia wolała towarzystwo kobiet z czym się niespecjalnie kryła. Wątpliwym było, aby główny pień rodu Sevicków przedłużył swe istnienie. Co prawda było dalsze kuzynostwo i wujostwo, lecz całą tą klikę dawno zepchnięto w odmęty towarzyskiego niebytu i pozbawiono wpływów. Jeżeli zwarte szeregi wygnanych dzieci połączyłyby siły, mogłyby zgarnąć to, co i tak im się należało, a tajemniczy, zamaskowany Starszy Brat zasiadłby na krześle głowy rodu. Zapewne wstrząsnęłoby to całym miastem, a na pewno jego „śmietanką", ale porządne wstrząsy bywają potrzebne. W końcu nie samą śmietanką człek żyje, czasami chce też masła.

Komendant szybo przeciągnęła wzrokiem po zebranym tłumie dzieci i spojrzała pytająco na Eryka, jak się też przedstawił. Odpowiedział jej łagodny uśmiech.

- Dowód zaufania z naszej strony, panno Damiro Murza – mruknął. – Teraz zna pani nasze imiona i twarze, może nas pani rozpoznać w każdej sytuacji. Dowód na to, że ufamy pani, szanujemy panią i uważamy za sojusznika. A sojuszników będzie pani potrzebowała, jeżeli wydarzy się nieszczęście. Podobnie zresztą jak my.

- Rozumiem. Dziękuje wam... Dziękuję ci Eryku.

Starszy brat skłonił się lekko z gracją i subtelnością o jaką trudno posądzać kogoś podobnego. Damira odpowiedziała ukłonem na ukłon, po czym nie tracąc czasu szybko wyszła na ciężką od gwiazd, nabrzmiałą ciszą noc.

To było interesujące spotkanie. Przerażające, niezwykłe o dość nieoczekiwanym finiszu. Nigdy nie pomyślałaby, że w teatrze może żyć podobne monstrum... Potwór, a zarazem istota wykształcona, elokwentna i co ważniejsze przyjaźnie nastawiona. Pomyśleć, że o magistracie opowiadano niestworzone historie, dzieciarnia nawzajem straszyła się opowieściami o nim, a tutaj, pod bokiem... Zabawne.

Odetchnęła ciężko świadoma, że najcięższe zadanie tego dnia jest dopiero przed nią. Musiała spotkać się z Sevickami i to już, zaraz. Wątpiła, aby byli zachwyceni nocnymi odwiedzinami, ale naprawdę nie mogła z tym czekać, szczególnie, że nestorka rodu z każdym dniem czuła się gorzej, a to właśnie ona posiadała cenne informacje. Ryzyko, że kobieta zejdzie z tego świata, zabierając swe tajemnice do grobu było zbyt wielkie.

- Oby tylko ich słudzy nie zastrzelili mnie zaraz przy wejściu – ponuro mruknęła pod nosem.

Przed około stu laty strzelanie do niewygodnych petentów i argumentowanie „myśleliśmy, że to rabusie" było powszechnym zwyczajem wśród wielkich rodów. Miała nadzieję, że wśród Sevicków nie znajdzie się nikt hołdujący starym tradycjom.

Droga do Wątroby zajęła jej pół godziny. Długo, ale i tak o wiele krócej niż gdyby szła normalnym tempem. Teraz niemal biegła, nie zwracając większej uwagi na słabnące nogi i pracujące niczym miechy płuca. Potworne truchełko, które dźwigała, zdawało się ją palić, gnało ją przez miasto niczym bat zaprzęgowego konia. Chciała się jak najszybciej pozbyć tego czegoś, ale aby to zrobić pierw musiała załatwić sprawę z Sevickami... I ich cudami.

Rezydencja Sevicków była może nie największa, ale z pewnością najkunsztowniejsza spośród tych, które przysiadły wzdłuż szerokiej jak na standardy Kościokamieńca ulicy Złotych Czartów. Tak, kunsztowną – to określenie pasowało jak żadne inne. Bo też przypominała niezwykle zdobną, a zarazem subtelną szkatułę, połyskliwą, a jednocześnie będąca w dobrym guście, wysmakowaną. Jej wysoka brama wejściowa, podobnie jak i kute ogrodzenie pierwsze rzucały się w oczy. Ukształtowano je na wzór niezwykle realistycznych pędów pnącej się róży, których ostre krawędzie metalowych liści i kolców skutecznie zniechęcały wszystkich, którzy mieliby ochotę przeskoczyć na drugą stronę. Jeszcze bardziej zniechęcały ogromne, przypominające niedźwiedzie psy, które kręciły się po cudnym ogrodzie, przyciągającym spojrzenia nawet teraz, w środku zimy. Wykonane z wygładzonego na wysoki połysk kamienia ażurowe fontanny i hiperrealistyczne rzeźby przedstawiające rozmaite, mityczne stworzenia lśniły w blasku gwiazd od pokrywającego je lodu, a skrzący się śnieg przypominał magiczny pył. Rzeźbione na wzór ludowej wycinanki drzwi zdawały się zwodniczo zapraszające, a posągi skłaniających się rogatych chochlików jeszcze bardziej owo wrażenie potęgowały. Podobnie szerokie, zdobione schody i ukształtowane na wzór splecionych za sobą pnączy poręcze. Jednak komendant najbardziej interesowały okna. Wysokie, wąskie osadzone w dekoracyjnych ramach, umieszczonych w zdobnych, miękkich łukach. Okna za którymi paliło się światło, a od czasu do czasu przebiegały ciemne sylwetki.

Dom Sevicków nie spał.

Damira wyciągnęła dłoń do połyskującego łańcucha, który jakimiś mechaniczno-technicznymi sposobami był połączony z dzwonkami umieszczonymi w domu i zawahała się. Nagle zdała sobie sprawę, jak bardzo jest mała. Stała tam, pośród wielkich domów, na ulicy szerokiej niczym rzeka, pomiędzy strzelistymi, metanowymi latarniami o płomieniach tak zimnych jak blask ciążących nad nią gwiazd. Gwiazd odległych i bezwzględnych, tkwiących w czarnych otchłaniach pustki. Była taka drobna, taka słaba, taka nic nie znacząca, a zamierzała od tak wtargnąć do domu jednego z Wielkich Rodów i zacząć żądać wyjaśnień. Wyjaśnień na temat cudu...

Boże, jak to irracjonalnie brzmiało. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miała pewności czy sprawa Sevicków w jakikolwiek sposób wiąże się z tym wszystkim. Ze śmiercią Hovki, z kradzieżami, chorobą. Instynkt podpowiadał jej, że coś jest na rzeczy, ale jednocześnie czuła, że Sevickowie są czyści. Że jedyne, co na nich ciąży to klątwa, której nestorka rodu lata temu przeciwstawiła się.

Zaśmiała się pod nosem. Cuda, klątwy... Jeszcze tydzień temu była osobą twardo stąpającą po ziemi, nie wierzącą w tego typu bzdety. To aż przerażające, jak łatwo przyjęła do wiadomości istnienie Nadnaturalnego. Może lada dzień zacznie jadać śniadania z aniołami i wpadać na drinka do demonów? Kto wie?

Pociągnęła za łańcuch, a z wnętrza domu rozbrzmiał chór dzwonków wygrywających całkiem miłą uchu melodię. Wielkie psy zastrzygły uszami i leniwie podeszły do bramy machając ogonami. Swymi pazurami bez trudu mogłyby rozedrzeć ciało, a szczękami zmiażdżyć kości, ale jednocześnie wyglądały przy tym nader sympatycznie. Wielkie, puchate, szare kule o nosach niby czarne węgielki i niedużych, ale ciekawskich, brązowych ślepkach. Ich przyjazne „pluszowe" mordki zachęcały do tego by wyciągnąć rękę i pogłaskać... Co zapewne skończyłoby się utratą kończyny.

Trwało to dłuższą chwilę i Damira zaczęła się zastanawiać czy nie zadzwonić jeszcze raz, kiedy do jej uszu dotarł odgłos nieśpiesznych kroków. Po chwili w drzwiach pojawił się kamerdyner Sevicków, dość młody bo trzydziestokilkuletni brunet o przyjemnej, ale wyraźnie zmęczonej twarzy i wysokim czole. Doskonale opisywało go słowo „powściągliwy", bo też bardziej powściągliwszego niż on człowieka komendant nie znała i to zarówno pod względem aparycji jak i zachowania. Poza tym, jak głosiły wieści na mieście, był wyjątkowo lojalny wobec swego państwa i nigdy nie plotkował, co w przypadku nieustannie mielącej ozorami służby stanowiło miłą odmianę. Nawet Władka miała problemy z wydobyciem od niego informacji.

- Witam mości panią – głos kamerdynera był chłodny i nie zdradzający żadnych emocji. – Cóż sprowadza panią o tak... Niecodziennej porze?

- Sprawa nie cierpiąca zwłoki.

- Czy mógłbym dowiedzieć się jaka?

- Nie – warknęła. – Na Boga, człowieku, ogarnijże się. Nie przychodziłabym w samym środku zimowej nocy, gdyby chodziło o coś błahego, to chyba oczywiste. Zresztą, z tego co widzę, domownicy i tak nie śpią. Weźże poskrom te ludożercze bestie i wpuść mnie.

- Mimo to, będę nalegał, aby podała pani powód – ton lokaja nie zmienił się ani odrobinę. Powściągliwy do granic, doskonały sługa.

- Powód? – Damira westchnęła. Była wykończona zarówno psychicznie, jak i fizycznie. W ciągu kilku godzin została zmuszona przez okoliczności do zaakceptowania istnienia Nadnaturalnego, dźwigała upiorny płód i rozmawiała z potworem dowodzącym klanem bezwzględnie oddanych mu dzieciaków. Naprawdę miała serdecznie dość, a lokaj, chociaż w normalnych okolicznościach z pewnością doceniłaby jego profesjonalizm, stał jej na drodze. Irytował. – To, że spotkałam się z najstarszym lokatorem naszego pięknego teatru. To, że parę godzin temu spod muru cmentarza wykopałam mały, brzydki sekret, który wcześniej zakopała tam albinoska Katia. Sekret twoich państwa.

- Sekret mych państwa? – lokaj nieznacznie uniósł brwi. – Nie przypominam sobie niczego takiego.

- Nie? To, co powiesz o tym?

Poirytowana cisnęła koszmarnym zawiniątkiem, które padło pomiędzy psy. Te – wielkie, niedźwiedzio podobne bestie – natychmiast wpadły w panikę. Skomląc i piszcząc odskoczyły od truchełka i rzuciły się do drzwi, drapiąc w nie wielkimi pazurami. Ich pełna spokoju pewność własnej siły gdzieś uleciała. Pozostał jedynie strach przed Nieznanym i Nienaturalnym. Przed czymś, co nie powinno zagościć na tym świecie.

Lokaj wyprostował się i spojrzał na Damirę, najwyraźniej nic nie rozumiejąc. Komendant zaczęła podejrzewać, że chociaż zapewne wiedział o odwiedzinach Katii i jej związku ze swoim państwem, to niekoniecznie miał pojęcie, czego to wszystko tyczyło. Być może nawet nie interesowało go to. W końcu brak wścibstwa to naczelna cecha kamerdynera z prawdziwego zdarzenia.

Po chwili wahania mężczyzna podniósł zawiniątko za strzęp tkaniny i rzucił komendant enigmatyczne, pozbawione wyrazu spojrzenie. Być może po raz pierwszy w swej długoletniej karierze zadał sobie pytanie „co to ma wszystko znaczyć". W końcu nawet on nie mógł zignorować niepokojącej aury otaczającej tajemniczy, okrwawiony pakiet.

- Przekażę wszystko państwu. Może zechcą się panią zobaczyć – oświadczył sucho, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku domu. Do tej pory tarasujące przejście psy, odskoczył jak oparzone, kiedy tylko zbliżył się do nich dziwgając upiorny pakunek.

Damira ponownie została sama na dworze. Pozostawało jej tylko czekać, z czego bynajmniej nie była zadowolona. Nie lubiła być zdaną na cudze decyzje, szczególnie na takie, na które nie miała dużego wpływu. Bo też i na to, co postanowią Sevickowie wpływu nie miała. Nie mogła ich zaszantażować, zagrozić im, bo niby jak? Powie, że nestorka rodu, mimo swego leciwego wieku niby pszczela królowa nieustannie rodzi, a połowa jej dzieci to potwory? Zabito by ją śmiechem i uznano za obłąkaną... A i to tylko, jeżeli miałaby szczęście. Tak, Kamulce mieli swe zabobony, wierzyli w nie, czasem nawet czcili, ale utrwalony zabobon, a czyjeś irracjonalne opowieści to dwie różne rzeczy. Dlatego, jedyne co mogła, to mieć nadzieję, że któreś z Sevicków zdecyduje się z nią porozmawiać.

Westchnęła. To był bardzo długi dzień, a do tego to zimno. Okropne zimno, marznące stopy, dłonie i policzki. Zmęczenie dawało jej o sobie znać, skutkiem czego natarczywe pragnienie zdobycia informacji powoli ustępowało pragnieniu znalezienia się we własnym, ciepłym łóżku i zaśnięcia. W końcu miała już swoje lata, zatem szeroko pojęty świat nie mógł od niej oczekiwać, że będzie biegała z jednego krańca miasta na drugi niby dwudziestoletnia młódka... Co niestety robiła.

Ponownie rozległy się kroki, a po chwili kamerdyner znowu stał przed nią. Tym razem nieco bledszy i jakby podenerwowany. Jego pełna powściągliwości, obojętna maska doczekała się kilku pęknięć.

- Państwo zgadzają się na krótką audiencję – oświadczył nieco drżącym głosem. – Proszę za mną.

Damirze nie trzeba było powtarzać. Niezwłocznie ruszyła za mężczyzną wprost do jasnego i co ważniejsze ciepłego wnętrza pysznej, nasuwającej na myśl dwory ze starych baśni, rezydencji. Miękkie dywany tłumiły jej kroki, jasne tapety i draperie doskonale komponowały się ze złocistymi podłogami z bukowego drewna, a kryształowe żyrandole połyskiwały niczym najcenniejsze klejnoty. Do tego subtelne, floralne zdobienia, mityczne motywy i gustowne, dziwnie delikatne meble. Robiło to wrażenie. Wielkie wrażenie. Jednak nie takie, aby nie wyczuładziwnej, trudnej do określenia atmosfery, jaka roztaczała się wokół. Gdyby aury miejsc posiadały zapachy, ta trąciłaby słodyczą zgnilizny i żelazistym aromatem krwi.

Została wprowadzona szerokimi schodami na drugie piętro, gdzie w niewielkim saloniku czy też raczej pomieszczeniu będącym czymś pośrednim między salonem, a gabinetem czekali na nią Sevickowie. Konkretniej rzecz ujmując dwójka z nich. Lubieżna Cyntia oraz jej wuj Leopold. Oboje sprawiali wrażenie ponurych, przeraźliwie zmęczonych i wrogich... Bardziej dla zasady niż z przekonania. Zmęczenie najbardziej rzucało się w przypadku Cyntii, której zwykle promienna twarz poszarzała, a błyszczące, chabrowe oczy przysłoniła mgła wyczerpania. Nie wspominając o uśmiechu. Ilekroć Damira widziała młodą Sevickową uśmiechała się niczym zadowolony kot, teraz znów jej wargi wykrzywiał nieprzyjemny, cierpki grymas.

- Wyjdź – rzucił Leopold do kamerdynera, kiedy ten tylko ją przyprowadził. – I dopilnuj, żeby żadna z tych miernot ośmielających nazywać się naszymi sługami nie podsłuchiwała pod drzwiami!

Leopold Sevick, drobny, nieco pulchny, chociaż w żadnym wypadku gruby brunet o śmiesznie wywiniętym wąsiku był znany wszem i wobec jako mężczyzna niezwykle opanowany, uprzejmy i taktowny. Dlatego teraz szorstkość jego zachowania wręcz uderzała, a dla komendant stanowiła znak, że powinna być bardzo ostrożna. Bardzo. Zarówno Leopold jak i jego siostrzenica znajdowali się na granicach wyczerpania psychicznego... A niewykluczone, że i fizycznego.

„No to mamy coś wspólnego... Chociaż oni chyba mają o wiele gorszy dzień niźli ja" pomyślała z ponurą satysfakcją.

- A teraz pani... - warknął mężczyzna, kierując na nią spojrzenie przekrwionych oczu. – Suka rozkopująca groby za wonią krwi, kundel grzebiący w śmietnisku naszej rodziny! Czego pani chce? Skandalu? Szantażu? Czy może zwyczajnie popatrzyć na nasz upadek. W końcu nie jest tajemnicą pani niechęć do Wielkich Rodów. Jednak ostrzegam, cokolwiek pani planuje, nie uda się to! NIKT pani nie uwierzy, NIKT!!!

- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, obywatelu. I nie żywię niechęci do Wielkich Rodów... A przynajmniej nie tych, które nie używają swych wpływów i pochodzenia jako łomu na zamkach sprawiedliwości. – Mruknęła, zerkając kątem oka na jeden z wygodnych foteli. Żałowała, że nikt nie zaproponował jej, żeby usiadła. Chociaż może to i lepiej... Mimo napięcia, które odczuwała całą sobą, nie wykluczała, że gdyby zapadła się w miękki mebel, natychmiast zasnęłaby. – Jedyne czego chcę to informacji. Nie jestem wrogiem.

- Nie? – Siedząca u boku swego wuja na nieszerokiej sofie Cyntia wyprostowała się, spoglądając na nią z góry. – I dlatego rozkopuje pani tajemnice, rzuca ścierwem przed naszym domem i wprasza się o tej pogańskiej porze? Jakoś nie wygląda mi to na nazbyt przyjazne zachowania.

Tak, można panna miała rację, to nie wyglądało nazbyt dobrze.

- Istotnie, zachowałam się nieco nietaktownie, ale naprawdę zależało mi na czasie. I nadal zależy. Poza tym nie sądzę, aby przyjście za dnia było o wiele lepszym pomysłem. Ludzie plotkują, Wielkie Rody również, chociaż starają się nie częstować swoimi informacjami... Hm... Pospólstwa.. Sąsiedzi zapewne już zauważyli, że palicie państwo światło po nocach, a odwiedziny milicji zapewne nie...

- Czyli jednak szantaż. – Cyntia uśmiechnęła się jadowicie. – Subtelny, ale szantaż!

- Nie do jasnej cholery! – Damirze brakło cierpliwości. – W ciągu ostatnich kilku godzin dowiedziałam się, że na tym przeklętym świecie istnieją plugawe rzeczy, które istnieć nie powinny mieć prawa egzystować. BA! Nawet rozmawiałam z jedną z nich... Czy raczej efektem jednej z nich. Generalnie mam cholernie ciężki dzień, a w dodatku wiele wskazuje na to, iż nad miastem wisi niebezpieczeństwo, być może związane z tym... Tym wszystkim. Może to zaskakiwać was, przeklęte snoby, ale NAPRAWDĘ zależy mi na tej dziurze i bezpieczeństwu jej obywateli. Przed laty złożyłam przysięgę, że będę CHORONIĆ i służyć, i mam zamiar to czynić, póki starczy mi sił. Zresztą WY podobno też wrąbaliście się w to wszystko, bo któryś z waszych przodków postanowił chronić miasto w nie do końca właściwy sposób, zaś Alexandra postanowiła się przeciwstawić złu jakie z tego wynikło. Nie wiem jak wy, szanowni państwo, ale ja, skoro już tkwię po uszy w tym łajnie, wolałabym, żeby to nie było po nic!

Ledwie wypowiedziała te słowa, natychmiast ich pożałowała. Nie chciała drażnić tych ludzi. Nie chciała dolewać oliwy do ognia. Zamierzała być ostrożna. Niestety zmęczenie i napięcie sprawiły, że nerwy jej puściły i wybuchła.

Spojrzała na swych rozmówców, oczekując najgorszego, jednak nic zasługującego na to miano nie nastąpiło. W pomieszczeniu na dłuższą chwilę zapadła ciężka, pełna wyczekiwania i napięcia cisza, zakłócana jedynie równomiernym tykaniem stojącego w kącie zegara wahadłowego.

- Zatem sądzi pani, że coś grozi Kościokamieńcowi? – zapytał w końcu Leopold, zupełnie jakby nic się nie stało.

- Tak. Przypuszczam, że... Że w mieście może wybuchnąć zaraza. – Wyrzuciła z siebie, właściwie nie rozumiejąc, czemu. Przecież nie powinna zdradzać tej informacji. Nie, jeżeli chciała zachować spokój w mieście. Jednak czuła, że to właściwie... Że jeżeli chce cokolwiek zyskać, powinna być szczera z Sevickami. – Ech... Odnotowaliśmy zgon, tylko jeden. Nieznana bakteria, bardzo zjadliwa. Zarówno nasi lekarze, jak i ten przyjezdny, Zukov, nie mają pojęcia, co to takiego. Na razie nie ma dowodów, że zbiera się na wybuch plagi, ale owym zabitym przez bakterię był niejaki Hovka, persona stojąca za serią bezczelnych i dziwacznych kradzieży. Kradzieży bezwartościowych pojemników, których właściciele, osoby nie związane ze sobą, pochodzące z różnych klas społecznych, zaprzeczają, aby te zawierały coś niezwykłego. Zaprzeczają nazbyt gorliwie. Do tego dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Do tego trafiłam na to... To coś zakopane pod murem cmentarza, a moi szpiedzy pozwolili mi połączyć to z teatrem. Rozmawiałam z osobnikiem nazywającym siebie Starszym Bratem, a stanowczo nie będącym człowiekiem. Nie w pełni. Usłyszałam parę ciekawych wieści. Wątpię, abyście państwo mieli coś wspólnego z zagrożeniem wiszącym nad miastem, ale coś mi podpowiada, że nie jest ono... Naturalne. Że może mieć podobne korzenie, jak to, co się u państwa dzieje. Dlatego też potrzebuję wszelkich, możliwych informacji. Wiem, że moje przeczucia nie są żadną podwaliną, ale podobno jestem jednym z najlepszych komendantów, jakich to miasto kiedykolwiek posiadało i to właśnie ze względu na moje przeczucia... Instynkt. Dlatego PROSZĘ o współpracę. Tak jak zwróciliście uwagę, nie mogę nic wam uczynić. Ludzie nie dadzą wiary w me rewelacje, te są zbyt dziwaczne. Dowodów nie mam... już nie, wasz sługa zabrał truchło. Dlatego też proszę, jak człek człeka, powiedzcie mi, co tu się dzieje. Słyszałam o cudach, mocach z zewnątrz i tym, że cuda to nic dobrego... Jednakże to wszystko jest poplątane i niewiarygodne. To nie wiadomości, którym można ufać. Jestem gliną z krwi i kości, potrzebuję czegoś bardziej namacalnego, tropu, krwi... Cud to nie coś, co można złapać, skazać czy uwięzić.

- Niestety my wiele więcej wam nie powiemy, pani komendant. – Wzrok Cyntii nieco złagodniał, ale nadal połyskiwała w nim zaprawiona niechęcią nieufność. – Babcia od zawsze trzymała nas od tego wszystkiego z dala. Mówiła jedynie niezbędne minimum albo nie mówiła nic. A o Teatrze nic nie wiem...

- W teatrze kryją się moi bracia i siostry, którym przewodzi Starszy Brat, dziecko tego przekleństwa o ludzkim umyśle – mruknął Leopold, na co Cyntia spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona.

- Ukrywałeś to przede mną? - siostrzenica mężczyzny groźnie zmarszczyła brwi, na co ten uśmiechnął się gorzko.

- Nie, moja droga, nie. Po prostu nigdy nie przyszło mi do głowy powiedzieć ci o tym... Sam wiem o tym tylko dlatego, że będąc młodzieńcem byłem świadkiem odwiedzin tego czegoś... Naszego brata. – Uśmiechnął się gorzko. – Matka nie pozwoliłam być przy ich rozmowie. Ale możesz mi wierzyć, nic więcej nie wiem. Matka i mnie nie wtajemniczała. Mówiła tylko, że to wszystko musi umrzeć wraz z nią i nimi... Tymi, którzy powołali do istnienia tę klątwę. – Spojrzał poważnie na Damirę. – Bo tak to tutaj nazywamy, klątwą. Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś określał to wszystko mianem cudów, jednak skoro Starszy Brat użył tego sformułowania i matka musiała go używać. Nie rozumiem dlaczego, przecież nazwać TO cudem... W każdym razie, jeżeli rozmawialiście pani z tą istotą zapewne wiecie więcej ode mnie.

- A kim są ci oni, o których wspominaliście?

- Tylko tyle wiadomo nam na ich temat, że nie żyją. – Cyntia uśmiechnęła się jadowicie. – Zginęli gwałtownie i nieoczekiwani lata temu. Babcia o to zadbała. I bardzo dobrze.

Damira westchnęła ciężko. Wyglądało na to, że trafiła na ślepy zaułek. Nikt nic nie wiedział. Co prawda Sevickowie mogli ją oszukiwać, ale jakoś nie sprawiali takiego wrażenia. Zwykle wyczuwała kłamstwo.

Nie mogła od tak odpuścić. Po prostu nie mogła. Ta noc była zbyt szalona, zbyt dziwna, aby zakończyć ją zwykłym rozłożeniem rąk.

- A pozostali z rodu nie wiedzą nic więcej? – zapytała.

- Nie, możecie mi wierzyć – mruknął ponuro Leopold. – Wszystko się zaczęło, kiedy miałem jedenaście lat i matka dbała, żebyśmy nie otrzymali żadnych odpowiedzi. Powiedziała nawet, że woli zostać porzucona na śmierć niż zatruć nasze umysły tą wiedzą. Bała się, że któreś z nas ponownie ściągnie to nieszczęście na siebie lub kogoś innego.

- A Alexandra? Mogę z nią porozmawiać?

- Babcia jest niedysponowana – twardo oświadczyła Cyntia, obdarzając ją nieprzyjemnym spojrzeniem. – Poza tym niewiele z niej wydobędziecie, pani komendant. Umysł babci... Powiedzmy, że nie patrzy już na ten świat. Pozostaje nam mieć nadzieję, że również nie na ten, z którego pochodzi ta cała ohyda.

- Mimo tego byłabym wysoce zobowiązana za widzenie z nią. Wasz... Starszy Brat wspominał o jej przypadłości, a niepokój, który otacza dom dał mi pewien obraz, ale... - zaczynała się plątać. Zmęczenie i nieustanne napięcie zrobiły swoje. – Nawet człek dręczony najgorszymi omamami może wyrzec parę rozsądnych słów.

- To naprawdę nierozsądne... - oponował Leopold. – Wiecie pani, czemu mnie teraz nie ma przy matce? Albowiem nie jestem w stanie znieść tego, co się z nią dzieje. Nie mogę wytrzymać z nią w tym samym pokoju, w jego pobliżu, a los oswajał mnie z podobnymi doświadczeniami od dziecka. Pani zaś jest obca. To pierwsze pani zetknięcie z tego typu... - westchnął wymownie.

- Mimo tego będę nalegać.

- Ostrzegam, że to nie przyniesie nic dobrego. Naszej matki w tym, czym się stało już nie ma... Mam nadzieję.

- Rozumiem. Ale i tak chcę ją zobaczyć.

Leopold otworzył usta, żeby spróbować jeszcze raz przemówić jej do rozsądku, ale Cyntia uciszyła go gestem. Miała niezbyt przyjemny wyraz twarzy.

- Na upartych głupców jest tylko jeden sposób. Pozwolić ich uporowi zemścić się na nich. –Oświadczyła, a jej głos ociekał jadowitą słodyczą. – Skoro pani komendant nie chce odpuścić, dajmy jej tego, czego chce. Może to ją nauczy, aby nie przeceniać swoich sił. Poza tym i tak jej nie przekonamy. Jeżeli wyrzucimy ją stąd bez pokazania babci, z pewnością uzna, że jesteśmy wrogo nastawieni i nieskłonni do współpracy.

Leopold przez chwilę nic na to nie odpowiadał, ale w końcu, zamyślony, skinął głową. Po jego twarzy rozlał się ponury, zacięty wyraz. Wyraz stanowiący wyraźne ostrzeżenie, jednak zmęczony umysł Damiry nie wychwycił go. Zresztą, gdyby nawet, raczej nie odpuściłaby. Tak jak Cyntia powiedziała, była niezwykle uparta. Czasem wręcz zgubnie.

- Jestem temu przeciwny, ale moja siostrzenica chyba ma rację – mruknął. – Zatem, proszę za mną.

Chwilę później Damira stała przed szerokimi, śnieżnobiałymi drzwiami sypialni, zza których wydobywały się dźwięki nieustannej krzątaniny, dziwne kwilenia i jazgoty... I ten zapach. Żelazisty aromat krwi, słodycz rozkładu i odór nieczystości... Oraz TO. Subtelna, ale zarazem przeraźliwa woń, która otaczała wykopane przez nią truchło. Jak na zawołanie wszystkie instynkty zaczęły ostrzegać, żeby nie wchodziła do środka, żeby odwróciła się na pięcie i odeszła jak najdalej.

Korytarz był zaniedbany i zakurzony, aczkolwiek ślady butów jasno świadczyły o tym, że jest często używany – w końcu Aleksandra wymagała opieki. Pewnie służba dostała zakaz zbliżania się do sypialni pani domu, a może i wcześniej wyczuła, że przebywanie w pobliżu tego miejsca to nienajlepszy pomysł.

Komendant zerknęła przez ramię, na czających się w pewnej odległości za nią Sevicków. Na ustach Cyntii wykwitł ironiczny uśmiech.

- Niech pani na nas tak nie patrzy. Żadne z nas nie podejdzie bliżej. Co prawda moja matka i ciotka wraz z paroma sługami przełamali się i opiekują się babcią, ale ja... My z wujkiem nie jesteśmy tak silni. Nie pod tym względem. I wątpię abyście wy byli, pani komendant. Jednak o tym musicie się przekonać samej... Chyba, że posłuchacie głosu rozsądku i dacie sobie spokój.

Dać sobie spokój? Posłuchać głosu rozsądku? Wolne żarty. Gdyby słuchała głosu rozsądku, nie zabierałaby tego potwornego płodu, oseska, czy jak zwać to coś, spod murów cmentarza, tylko zakopała powrotem i zapomniała o wszystkim, zresztą gdzie tu miejsce na rozsądek, skoro wokół dzieją się takie rzeczy. Gdzie cudem określa się plugastwo wyglądające spod pokrywy rzeczywistości...

...Spod naciągniętego na głowę koca.

Przełykając ślinę nacisnęła klamkę i zrobiła wartki krok naprzód zamykając je za sobą. Znalazła się w dusznym wnętrzu, gdzie nieustannie uwijały się cztery postacie otulone od stóp po sam głowy rozmaitymi, ochronnymi płachtami. Jednak to nie one, drogie sprzęty czy też cudny wystrój zwróciły jej uwagę. Nawet nie pełzające, rozdeptywane przez opiekunów Alexandry niczym podłe robactwo maszkary bliźniaczo podobne do tej spod cmentarza. Nawet nie ciałka na wpół wykształconych, ludzkich dzieci. Nie. To sama Aleksandra czy raczej to czym się stała, pochłonęło jej cały świat. Storturowana kobieta, której łono i brzuch rozrosły się do monstrualnych rozmiarów pochłaniając łóżko, sporą część podłogi, a nawet nogi. Wielka, cielista naznaczona grubymi naczyniami, obrzękami i ranami masa trzęsącego się, obślizgłego, sinawego cielska. To dodatkowe otwory rodne, którymi była naszpikowana niczym sito dziurami. Otwory, przez które nieustannie wypadały rozbijając się o podłogę koszmarne płody i nie do końca ukształtowane ludzkie dzieci. To rozwarte na nienaturalną szerokość usta nieszczęsnej kobiety, przez które wypadał pokaleczony, białawy język, po którym sunęły kaskady śliny i cuchnącej, żółtej piany. Jednak przede wszystkim to niewysłowiona groza na którą jej oczy patrzyły, ale nie widziały. Stając twarzą w twarz z tym groteskowym koszmarem dziejącym się za pięknymi, białymi drzwiami komendant czuła, że widzi zaledwie połowę, bo coś w jej umyśle blokuje resztę... bo gdyby nie blokowało z pewnością natychmiast wpadłaby w obłęd, a być może nawet zginęła na miejscu na wskutek szoku.

Chciała krzyczeć, wybiec stamtąd, uciec. Biec tak długo, aż nie padłaby z wyczerpania, a potem się czołgać. Byle dalej od tej grozy, byle dalej od tej makabry. Jednak tego nie zrobiła. Jej świadomość ze swoistym zdumieniem obserwowała z boku, jak ciało powoli się odwraca i najspokojniej wychodzi z pokoju, po to, żeby ze sztywnym uśmiechem na ustach, zdawkowym tonem obwieścić Sevickom, że istotnie mieli rację – niczego nie dowie się od Alexandry. Uczyniwszy to, ruszyła wolnym krokiem ku wyjściu, niepomna naleganiom Leopolda, aby pozwoliła ich kamerdynerowi odwieźć się do domu. Mało tego, nie zwróciła nawet uwagi na wielkie psy, których słudzy nie zdążyli odwołać, jednak nie wiedzieć czemu zwierzęcy struże zostawili ją spokoju. Na sztywnych nogach, wyprostowana jak struna, opuściła rezydencję Wielkiego Rodu.

Niewiele pamiętała z drogi powrotnej do domu. Tak właściwie to kompletnie nic. Była jak w transie. Nie czuła, nie myślała po prostu szła. Jak maszyna. Jak tocząca się po swoich torach lokomotywa, kierująca się wewnętrznym nakazem buchającego gorącem pieca. Dopiero, gdy przekroczyła próg swego małego, skromnego mieszkanka, wróciła do siebie. Złudne wrażenie bezpieczeństwa sprawiło, że odrętwienie ustąpiło.

Uderzona przez wspomnienie tego, co zobaczyła, zwymiotowała. Raz drugi, trzeci. Wymiotowała póki miała czym, a szarpany mdłościami żołądek nie zaczął boleć. Potem wyzuta zarówno z sił psychicznych jak i fizycznych z wolna osunęła się na podłogę. Ze swego rodzaju zdziwieniem poczuła, że po jej twarzy płyną kaskady gorących łez. Zaczęła płakać. Płakała histerycznie i głośno, a jej ciałem wstrząsały potworne dreszcze.

Tak, była twardym gliną. Tak, widziała wiele zła, okropieństw i niegodziwości. Rzecz w tym, że owe okropieństwa, zło i niegodziwość należały do TEGO świata, do szeroko pojętej rzeczywistości... Podobnie jak wszystko inne z czym kiedykolwiek miała styczność. Teraz znów okazało się, że rzeczywistość to tylko kurtyna za którą czają się plejady koszmarów, a czyjaś niewidzialna ręka właśnie zaczęła ją zaczął podnosić. Dlatego płakała. Płakała, bo była tylko słabym, nieprzygotowanym na to wszystko człowiekiem. Nieutulonym w swym żalu, przerażonym dzieckiem, z którego głowy zdarto koc, a potwory okazały się prawdziwe.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 32
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Rozdział czwarty: Anielska trąba

Postautor: CynicznaCecylia » 24 kwie 2020, 14:53

Rozdział czwarty: Anielska trąba

Damira błogosławiła fakt, że następny dzień był jej dniem wolnym. Przymusowym wolnym jak dotąd na to patrzyła. Jednak ten przymus uratował jej reputację, bo następnego dnia naprawdę nie była wstanie iść do pracy. Walcząc z myślami, większość czasu spędziła w łóżku zastanawiając się „co teraz?". Co teraz, kiedy zajrzała za kurtynę rzeczywistości wprost w otchłani i dość brutalnie przekonała się, że niezbyt może się mierzyć z tym, co tam na nią czeka.

Odpowiedź była prosta, chociaż w pewnym sensie trudna do zaakceptowania, a brzmiała ona „skupić się na rzeczywistości". Wściekłemu psu gończemu, jakim była Damira – w końcu nie nazywano ją Krwawą Waderą po próżnicy – trudno było przyjąć do wiadomości obecność na swym terenie przeciwnika, z którym nie może się mierzyć. Którego dla własnego dobra musi ignorować... Przynajmniej w pewnym stopniu. Jednak w końcu doszła do siebie i zabrała się za to, z czym sobie radziła najlepiej – za świat realny. Realny w ludzkim, wyświechtanym rozumieniu, cudownie znajomy i bezpieczny mimo istnienia złodziei, morderców, oszustów i gwałcicieli.

W powrocie do rzeczywistości, a przede wszystkim do siebie pomogła jej praca, bo też następny tydzień na komendzie nie dostarczał wielu okazji do przemyśleń natury egzystencjalnej. Domowe awantury, drobne kradzieże, a nade wszystko burdy barowe skutecznie absorbowały jej uwagę, tym bardziej, że ósemka gliniarzy nabawiła się paskudnego przeziębienia, więc mieli poważne luki kadrowe. Krótko mówiąc, pracy było aż nadto, aby zając jej umysł sprawami bieżącymi... I nie tylko. W końcu pozostawała też sprawa skradzionych pojemników, potwornie zalatująca jej czymś nadnaturalnym. Jednak póki o kradzież nie podejrzewano żadnego mackowatego stwora ani plugawych sił, robiła wszystko, aby ją rozwiązać oraz – co za tym idzie – znaleźć źródło tego, czym zarażono Hovkę. Niestety tu tropy się urywały. Nawet Władka, mimo iż czujnie obserwowała zarówno Mrewkę jak i Zielarza nic nie znalazła. Ów brak śladów rzecz jasna niesłychanie irytował Damirę i to do tego stopnia, że poważnie rozważała odwiedziny w teatrze i kolejną rozmowę ze Starszym Bratem. W końcu ten wspominał, że zamierza zaprosić zielarza do siebie na herbatkę... Nie wiedziała, co konkretnie rozumiał pod tymi słowami, jednak na pewno postać Zukova go intrygowała. W końcu zielarz zdawał się zbyt dużo wiedzieć na temat... Tych zagadnień, o których teraz intensywnie starała się nie myśleć. Właściwie to z powodu owego wewnętrznego postanowienia, aby nie wchodzić w to wszystko głębiej niż to konieczne, nie złożyła jeszcze wizyty Erykowi i dzieciom teatru, ani nie zamierzała tego zrobić. Zamiast tego pozwalała domysłom snuć się, a domniemaniom pozostać domniemaniami.

Niestety los nie zamierzał zostawić jej w spokoju. Otóż pod koniec tygodnia zmarła Alexandra Sevick. Decyzja rodziny, aby urządzić pochówek przy zamkniętej trumnie stała się źródłem wielu plotek i niedomówień. Niby wersja, że starsza pani umarła w wyniku jakiegoś wstrząsu brzmiała jak najbardziej prawdopodobnie, ale jak sama komendant wcześnie wspomniała: sąsiedzi i ich służba zauważyli, że coś jest nie tak w rezydencji Sevicków. A skoro w rezydencji działo się coś niedobrego, to być może i nestorka rodu nie zmarła śmiercią naturalną. Co prawda nikt nie ważył się podnieść oficjalnego oskarżenia, ale pogłoski dotarły do wielu uszu. W tym tych szczególnie nieodpowiednich. Fakt, że reszta klanu wyjechała z miasta zaledwie w cztery dni po pogrzebie nie poprawiał sytuacji. Szczególnie nie, dla pani komendant, która o wyjeździe Sevicków dowiedziała się jako jedna z pierwszych.

To był wtorek. W pośpiechu wychodząc do pracy w drzwiach niemal zderzyła się z posłańcem. Rozmemłany, młody człowiek bąknął pod nosem, że to od pana Leopolda Sevicka, po czym wyciągnął dłoń, w której trzymał kilka kopert obarczonych pieczęcią Wielkiego Rodu. Damira natychmiast je odebrała, w pustą dłoń młodziaka wcisnęła rubla jako napiwek i czym prędzej wypchnęła go na korytarz. Przypuszczała, że cokolwiek nie zawiera koperta, nie są to dobre wieść. Jak zwykle instynkt jej nie pomylił.

Szybkim ruchem złamała pieczęć pierwszej z kopert, jako jedynej zaadresowanej bezpośrednio do niej, po czym zagłębiła się w treść zapisanego niezwykle równym, wręcz kaligraficznym pismem listu.

„Szacowna Pani komendant,

Zwracam się do Pani, jako że jesteście pani jedyną, żyjąca osobą w pełni obznajomioną z tajemnicą naszej rodziny, za wyjątkiem kilkorga sług, które zabraliśmy ze sobą. Otóż opuszczamy Kościokamieniec. Definitywnie i nieodwracalnie. Śmierć mej storturowanej matki przecięła nić wiążąca nas z ciążącą nad miastem klątwą. Być może to samolubne myślenie, ale zarówno ja, jak i moi pozostali krewni uważamy, że spłaciliśmy dług wobec tego miejsca. Od narodzin służyliśmy mu, a wszelkie nasze działania miały za cel jego dobro. Również działania naszych nieszczęsnych, szalonych przodków, którzy tak nieroztropnie otwarli bramy plugastwu spoza świata. Dlatego też należy nam się odpoczynek. Rzucamy te rządzoną przez zabobon prowincję na rzecz wielkich miast i Świata. Być może czynimy to na własną zgubę, doprawdy trudno mi to ocenić, jednakże pozostać na pewno nie możemy. Dlaczegóż to? Pierwszym z powodów, powodem najbardziej namacalnym, jest "szacowny" szaman, który od lat węszy wokół naszego domy, a odkąd ma u swego boku Białolicą stał się w tym niezwykle bezczelny. Też z jego ust pada pod naszym adresem najwięcej oszczerstw i zarzutów. Niewykluczone, że gdybyśmy pozostali, ów okropny człek zdołałby się jakimś cudem dostać do źródła naszej tajemnicy, sekretu, który ma nieszczęsna matka tak bardzo chciała uśmiercić i co stało się celem jej życia. Wie Pani do czego mogłoby to doprowadzić, w końcu zdaje sobie Pani sprawę jaką jest on osobą. Kanalią gotową podpalić cały świat by tylko móc zatańczyć w blasku płomieni. Gdyby poznał plugawy sekret kwestią czasu byłoby, kiedy Kościokamieniec pożre klątwa czy jak to Pani określiła cud. Co do drugiego powodu jest on mniej namacalny i niezwykle samolubny. Uciekamy. Nie tylko Pani czuje, że coś złego się wydarzy, nie tylko Pani ma złe przeczucia. Matka miała podobne. My również. Dlatego uciekamy niczym szczury z tonącego okrętu, mając nadzieję znaleźć spokój i dom gdzie indziej. Nie jest to najszlachetniejsza postawa, jednakże proszę nie mieć nam tego za złe. Żywię nadzieję, że mimo wszystko będzie życzyć nam Pani szczęścia.

Zapewne zastanawia się Pani, czemu w ogóle do Pani piszę. Jeżeli zerknęła Pani na pozostałe koperty, a w szczególności ich adresatów, jak chociażby „Starszego Brata" być może się już pani domyśla. W końcu ma Pani niezwykle analityczny umysł. Otóż chodzi o nasze dziedzictwo i tę część naszego rodu, którą tak samolubnie odtrąciliśmy. Chcemy by cały majątek, który tu pozostawiliśmy, nasz dom i inne dobra, trafił do ich rąk. Głównym spadkobiercą, jak zapewne domyśla się Pani, ma zostać „Starszy Brat" Sevick, o ile przeżyje nadchodzącą próbę. Niech przejmie rolę mej nieszczęsnej matki i stanie się nestorem nowej, silniejszej gałęzi naszego rodu. W kopertach znajdują się list dla niego i wszelkie niezbędne upoważnienia dla Pani. Chcemy, żeby to Pani pośredniczyła we wszystkim i pilnowała, aby rzecz przebiegła wedle naszej myśl oraz, zgodnie z prawem. Ma Pani opinię osoby rzetelnej i wielkiej uczciwości, jest też Pani powszechnie szanowana, zatem mamy nadzieję, że nie powstanie nazbyt wiele głosów sprzeciwu. Za Pani trud w naszym „testamencie" wyznaczyliśmy sporą wypłatę dla Pani i datek dla miejscowej policji czy też raczej milicji. Wiem, że pieniądze są dla Pani sprawą drugorzędną, jednakże tylko w taki sposób możemy się odwdzięczyć.

Jeszcze jedno. Chcielibyśmy, aby przekazanie majątku odbyło się dopiero po nieszczęściu, które nawiedzi miasto. Sądzę, że jeżeli Kościokamieniec je przetrwa, nastaną takie czasy, że Starszy Brat będzie mógł swobodnie chodzić pośród pozostałych mieszkańców. Dlatego też mam do Pani nietypową prośbę: niech Pani przeżyje. Nie tylko po to, aby dopilnować naszych spraw, ale przede wszystkim, dlatego że miasto Pani potrzebuje i będzie potrzebowało. Zarówno teraz, w trakcie próby, jak i potem. Jest Pani jednym z fundamentów tego miejsca. Najsolidniejszym, jeżeli mnie to oceniać.

Żegnam Panią, Pani Damiro. Żegnam i życzę szczęścia, bo niewykluczone, że będzie potrzebowała go Pani bardziej niż my. Oby los był dla Pani łaskawy.

Z wyrazami szacunku,

Leopold Sevick."

Zaklęła pod nosem. Nie lubiła być wykorzystywaną, a właśnie w tym momencie wykorzystywana się czuła. Wielmożny pan obarczył ją zadaniem trudnym, na które nie miała ani ochoty, ani czasu. Teoretycznie powinna zmiąć list, wrzucić go wraz z resztą kopert do pieca i zapomnieć o sprawie, jednakże wrodzona uczciwość jej nie pozwalała. Poza tym czuła, że jest coś winna Starszemu Bratu. W końcu przyjął ją pod swój dach, nie uczynił niczego złego, a jeszcze podzielił się ważkimi informacjami. Musiała też pamiętać, że jego klan od zawsze wspierał jej działania. Chociażby z tego powodu powinna go wspomóc, o ile przeżyje „nadchodzącą próbę" jak to określił Sevick.

Dreszcz przeszedł jej po grzbiecie. Fakt, że Leopold uważał nadchodzące nieszczęście za pewne i nieuniknione, mroził jej krew w żyłach. Cokolwiek zawisło nad miastem, nie sądziła, aby była na to przygotowana... Aby ktokolwiek był.

Wcisnęła list wraz z resztą do szuflady szafki nocnej, postanawiając, że jeszcze dzisiejszej nocy zaniesie go wraz z resztą korespondencji Starszemu Bratu, po czym szybko opuściła mieszkanie. Nie chciała się spóźnić do pracy. Nie zdarzyło jej się to w ciągu ostatnich dwudziestu lat i nie zamierzała dopuścić, aby dziś był pierwszy raz. Tym bardziej, że tego rodzaju drobnostki zwykle są powodem plotek wśród podwładnych, a tych naprawdę nie potrzebowała. Szczególnie teraz, gdy niewidzialna chmura koszmaru powoli nadciągała nad miasto. Jeżeli istotnie w najbliższych tygodniach na Kościokamieniec miała spaść plaga bądź inne nieszczęście, musiała pokładać ufność w swoich ludziach, a co więcej, ci musieli pokładać ufność w niej. Pewny siebie, spokojny i stanowczy przywódca w chwili kryzysu niejednokrotnie czyni różnicę miedzy porządkiem, a totalnym chaosem.

Dzień był taki sam jak wszystkie ostatnimi czasy. Bezchmurny i mroźny, ale pozbawiony ptasich trelów, szczekania psów czy chociażby krakania wron i kruków, które przecież zawsze miały coś do powiedzenia. Szarość przedświtu dopiero rozlewała się na horyzoncie, ale Damira szczerze wątpiła, aby słoneczny blask ożywił zwierzęcych mieszkańców Kościokamieńca. No i to powietrze...

Zauważyła to jakieś dwa dni temu, trochę po niewczasie. Powietrze było całkowicie nieruchome, wiatr ustał zupełnie. Dymy z kominów wznosiły się idealnie pionowo niczym szare kolumny, a żadna gałąź nie drżała. Mogła iść o zakład, że nawet upuszczone pióro nie wzniosłoby się, tylko wirując wokół własnej osi upadło prosto w miejsce wyznaczone mu przez grawitację. Owszem, bezwietrzne dni to niby nic nowego, ale to... Ten cały zastój nie był naturalny. Komendant odnosiła dziwne wrażenie, że ktoś schwytał całe miasto w gigantyczny słój niczym pechowego owada i teraz trzyma je oddzielone niewidzialną barierą od reszty świata, poza czasem i przestrzenią. Właściwie poniekąd zawsze tak było, w końcu Kościokamieniec od wieków stał na bocznych torach historii, rzadko pamiętany przez świat zewnętrzny. Nawet Czerwona Rewolucja nie raczyła tu zajrzeć, chociaż za to akurat Damira dziękowała losowi – wieści z kraju odnośnie „dobrej zmiany" mającej znieść nierówność społeczną i niesprawiedliwość szczególnie dobre nie były. W każdym razie, chociaż miasto od wieków, a może nawet tysiącleci omijały burze tego świata, to dopiero teraz, to jego zawieszenie zdawało się wręcz namacalne.

Niemal odruchowo skierowała wzrok w stronę odległego nasypu kolejowego. Sevickowie odjechali ostatnim pociągiem, a następny miał tu przybyć...? Cóż, podejrzewała, że nieprędko, o ile w ogóle...

Przełknęła nerwowo ślinę. Jakoś dzisiaj, otrzymawszy list Leopolda, przeczytawszy te wszystkie prośby, niezwykle pewne przewidywania katastrofy oraz życzenia powodzenia, nabrała przekonania, że odcięto jej wszystkie drogi ucieczki. Że ostatnia szansa, aby zostawić nadchodzący koszmar za sobą, odjechała wraz z nimi i ich pociągiem w kłębach dymu i pary. Że teraz ona oraz wszyscy inni w tym przeklętym mieście są jak szczury na ringu. Stłoczeni, instynktownie przestraszeni, ale nie wiedzący jeszcze, co los dla nich szykuje i nieświadomie czekający aż któryś „szanowny pan" rzuci między nich wściekłego teriera ku uciesze widzów.

Potrząsnęła głową, usiłując odgonić od siebie złe myśli. Zwykle nie była taką fatalistką. Owszem, ze względu na swój zawód doszukiwała się w ludziach najgorszego, a w każdym bezinteresownym geście drugiego dna, ale miała w zwyczaju traktować wszelkie przeszkody jak... Niemalże jak terier szczura, z tym, że ona w przeciwieństwie do teriera – to psy nieszczególnie bystre, szczególnie kiedy dają się porwać łowczym instynktom – nie rzucała się na zwierzynę czy też przeciwnika bezmyślnie. Pod tym względem bardziej przypominała zajadłego wilka... Dlatego też częściej przezywano ją Krwawą Waderą niż Czerwoną Suką.

Gdy weszła na komendę, westchnęła z ulgą. Mimo złych przeczuć z każdym dniem nękających ją coraz mocniej i świadomości Nieznanego Nienazwanego łypiącego krwawym okiem zza kurtyny rzeczywistości, tu czuła się bezpiecznie. Na swoim miejscu. Silna. Mogąca wpływać na rzeczy. Miała poczucie, że nie jest tylko liściem rzucanym to w lewo to w prawo przez kapryśne wichry losu i upiorów przywdziewających jego maskę.

Mocna kawa, czarna ze sporą ilością cukru, jajko na twardo i grzanka skąpo poskrobana masłem pozwoliły jej powrócić w pełni do rzeczywistości. Czy też raczej Rzeczywistości. Wydawała polecenia, zbierała nowiny, a nade wszystko monitorowała. Uważnie badała sprawę zaginięcia pojemników, do której oddelegowała swoich najlepszych ludzi oraz miejskich szpiegów, a w każdym razie tych, którzy się zgodzili pomóc. Swoją drogą nie przypuszczała, że dołączy do nich też Zukov, a przynajmniej nie, kiedy po raz pierwszy go spotkała. Tymczasem młody doktor wyraźnie przerażony groźbą plagi, sam odwiedzał ją co jakiś czas opowiadając o wszystkich niepokojących rzeczach, które zaobserwował – niestety z perspektywy przyjezdnego większość zwyczajów Kamulców zakrawała na niepokojące, więc lwia część jego rewelacji była bezużyteczna – oraz postępach w układaniu planu awaryjnego dla miasta. W dodatku miała pewność, że dzień w dzień szuka on wszelkich objawów zarazy. Co prawda tych jeszcze nie znali, nie w pełni, ale młodzieniec wyglądał na bystrego, a w dodatku zżerała go paranoja. Nie wątpiła, że gdyby trafił na przypadek tej straszliwej choroby, z miejsca by go rozpoznał. Władka, chociaż z medycyną też miała niejednokrotnie do czynienia, nie posiadała potrzebnej ku temu wiedzy i bystrego oka. Jednak i ona się rozglądała, a miała dostęp do wielu więcej domów niż lekarz, któremu nadal nie ufano.

Zrządzeniem losu tego dnia zjawili się u niej oboje, aby zrelacjonować to, co udało im się zaobserwować. Władka swym zwyczajem w iście czarodziejski sposób opróżniła prawie połowę flaszki nalewki pigwowej, a doktor jak zwykle nie potrafił niczego przełknąć ze zdenerwowania. Nie przeszkadzało mu to jednak poprosić o filiżankę herbaty, która teraz powoli stygła na jej biurku. Bawiło to szczerze Damirę. Czuła, że mimo wszystkiego, co zostało powiedziane między nimi, zaufania, którym go obdarzyła, Zukov nadal uważa ją za potencjalne zagrożenie i tym samym się jej obawia. Obawia się, a zarazem usiłuje tego nie okazywać, robiąc poważną minę i udając na tyle swobodnego, aby poprosić o herbatę. Pewnie uważał naczynie naparu za swego rodzaju tarczę, jedyną obronę przed siedzącą za biurkiem Krwawą Wilczycą.

- Tak jak powiedziała pani Władysława, Mrewka coraz częściej u niego przesiaduje. Doktor sprawia wrażenie jakby mu to nie przeszkadzało, chyba nawet lubi tego... Osobnika – Lekarz skrzywił się nieprzyjemnie. Jak większość wyczuwał emanującą z Mrewki ciemność, lecz w przeciwieństwie do miejscowych nie rozumiał jej, więc ta tym bardziej budziła jego niechęć. Z kolei niechęć Zukova podjudzała niechęć Mrewki. – Poza tym nic nowego. Przyznaję, że na początku naszej znajomości mości Zuber wydawał mi się, mimo swego nietypowego wyglądu, osobnikiem inteligentnym, rzeczowym i wykształconym, jednakowoż teraz... Coraz częściej sprawia na mnie wrażenie szarlatana, a być może i niebezpiecznego szaleńca. Ostatnio nawet... - Mężczyzna zadrżał. – Powiedział, że w cuda i czary nie należy wierzyć, bowiem są one prawdziwe i bawiąc się w magię bądź rytuały, można natknąć się na coś, co chociaż realne leży daleko poza granicami rzeczywistości. Miał przy tym taki dziwny wzrok, aż się zaląkłem. Nie wiem jak doktor Hryciuk może znosić tego typu bezsensy pod swoim dachem. Właściwie to odniosłem wrażenie, że to wszystko bawi go...

Damira wygięła usta w krzywym uśmiechu. Przypuszczała, że Zuber uświadomił Hryciuka w niejednej sprawie, a być może i sam stary wyga wiedział o niektórych nadnaturalnych plugastwach toczących miasto. Tłumaczyłoby to, dlaczego odsunął od siebie ludzi, nawet własnego syna, o dziwnej i nieoczekiwanej śmierci jego małżonki nie wspominając. Zuber... Tak, powinna go odwiedzić, porozmawiać, spróbować przeciągnąć na swoją stronę albo przynajmniej przekonać się, co zamierza. Planowała to już od kilku dni i nieustannie odkładała, chcąc odsunąć od siebie świadomość nadnaturalnej ohydy jak najdalej. Starczało jej, że wstrząs, którego niedawno zaznała, prześladował ją w koszmarach, z których nie potrafiła się wybudzić. Widok spoczwarnionej Alexandry i wijącego się wokół jej plugawego, wynaturzonego potomstwa ani razu nie skończył się donośnym wrzaskiem i ucieczką z domeny Hypnosa. Zamiast tego, przerażona komendant nieodmiennie tonęła w bezmiarze czerni, po to by na koniec pogrążyć się w sennej nieświadomości. Zupełnie jakby odległa otchłań chciała ją pochłonąć, wyciągnąć z bezpiecznego blasku Rzeczywistości, wtedy, kiedy była bezbronna – w trakcie snu.

- ...generalnie muszę przyznać, iż pan Zuber budzi we mnie coraz większe obawy. Zresztą nie tylko we mnie. Ta bezdomna albinoska też się go obawia.

Damira drgnęła. Katia?

- Znaczy znacie pannę Volkov, a ona zna zielarza czy tak? – zapytała tonem sugerującym, że życzy sobie nieco obszerniejszych wyjaśnień.

- Zaiste. – Lekarz skrzywił się, wymownie zaznaczając swój stosunek do owej znajomości. – Szacowna wdowa Tofilukowa z bliżej nieznanych powodów żywi tę... Osobę sporym przywiązaniem. Jakieś dwa tygodnie temu oświadczyła, że od dawna jej nie widuje i zatroskana o zdrowie panny Volkov poprosiła mnie, abym do niej zajrzał. Cóż, nie zwykłem się wyrażać w sposób nieuprzejmy o osobach nieobecnych, jednakże skłamałbym mówiąc, iż owa wizyta należała do szczególnie przyjemnych. W każdym razie, okazało się, że obawy mej gospodyni były poniekąd uzasadnione. Otóż trzy dni wcześniej panna Volkov została napadnięta. Ocalił ją wtedy i opatrzył po tymże zdarzeniu pan Zuber, jednakże dziewczę nie sprawiało szczególnie wdzięcznego za ratunek. Wspomniała, iż za napaścią stał niejaki Kaziuk zwany Szramą, którego jeszcze tej samej nocy rozdarły na strzępy bezdomne psy. Niczego nie rzekła wprost, jednakże wyraźnie sugerowała, iż za tymże wypadkiem stoi zielarz. Sprawiała także wrażenie, iż boi się go, a na pewno nie darzy sympatią... Chociaż wątpię, aby darzyła sympatią kogokolwiek. Inna rzecz, że chociaż mości Zuber utracił w moich oczach, to nie wyobrażam sobie, jakby miał zaplanować rozdarcie tamtego mężczyzny przez sforę od miesięcy prześladująca okoliczne gospodarstwa.

Damira miała kilka pomysłów odnośnie tego, nie wspominając, iż podejrzewała, że umiejętności Zubera sięgają daleko poza zwykłe używanie ziół i poskramianie zwierzyny. Mimo tego, w przeciwieństwie do Zukova, nie czuła do niego niechęci. Pewną obawę i owszem, ale nie niechęć. W dodatku miała wrażenie, że nie kłamał w trakcie ich rozmowy... Wszystkich rozmów. Nie mówił absolutnie wszystkiego, jednakże po spotkaniu z Alexandrą mogła zrozumieć czemu i wierzyła, że nie ma nic wspólnego z obecnymi wydarzeniami, ani że nie wie, kto za nie odpowiada. Jednak morderstwo starego dewianta, który napadł na albinoskę... To zupełnie inna sprawa. Jakoś pasował jej do obrazu persony skrycie wymierzającej sprawiedliwość na własną rękę. Pod tym względem przypominał jej Starszego Brata i jego rodzeństwo z teatru.

- Tak, nasza Katia nie darzy zbytnią miłością świata, ale żeś pan nie powinien winić jej za to. – Władka westchnęła zbliżając do ust kubek, w którym znów chlupotał alkohol, chociaż ledwie chwilę temu komendant odsunęła od niej flaszkę na bezpieczną odległość... A przynajmniej myślała, że bezpieczną. – Bity pies potrafi ugryźć nawet rękę podającą mu strawę, a co dopiero chcącą go pogłaskać. A dziewucha w życiu raczej łatwo nie miała, chociaż zdaje się urodziła się w bogatym domu ze srebrną łyżeczką w gąbce. Jednak ta wasza rewolucyjo szczególnie łaskawa dla jaśniepaństwa nie była i nie jest, oj nie. Wielu wieziono tędy na Sybir, samych dobrze urodzonych. Katię też, ale brat wyrzucił ją z pociągu w pełnym pędzie, szubrawiec. Dziewczyna rzec słowa nie chce czemu, a Kamulce teorie o spiskach snują, jakoby Katia jaką wiedźmą była, ale ja wiem swoje. Mała zacięta jest w taki sposób, w jaki są tylko ci, co to doznali dużej krzywdy. I pani Tofilukowa też to wie, inaczej małą by się nie przejmowała.

- Niewykluczone, że los ją doświadczył, jednakże to jej nie usprawiedliwia. I mnie życie nie rozpieszczało, a staram się zachowywać w stosunku do innych uprzejmie, tak by nie uchybić ich godności.

- Może i nie usprawiedliwia, ale pomaga zrozumieć. A zrozumienie to pierwszy krok do porozumienia niezbędnego do zgody – oświadczyła położna. – I do wyjścia poza ramy własnej głowy. Niewielu ludzi to praktykuje, takie wyglądanie poza samych siebie.

Władka ewidentnie zamierzała poszerzyć horyzonty doktora, ale to nie był czas ani miejsce na takie rozmowy. Przynajmniej nie według komendant, która już jakiś czas zerkała na zegar. Zamierzała zrobić swój zwyczajowy obchód po posterunkach, a przecież jeszcze musiała wrócić do domu, napić się czegoś na szybko, może przekąsić, a potem, kiedy ciemność na dobre rozgości się na ulicach, odwiedzić teatr. Przekazać Starszemu Bratu listy jego... No cóż, brata, i powiadomić go o spadku. Oraz, tak przy okazji, wypytać o zielarza, którego nazwisko coraz częściej słyszała z ust różnych ludzi. Zwykle tych chwalących jego umiejętności weterynaryjne i lekarskie, łatwość z jaką radzi sobie ze zwierzętami, ale czasem pojawiały się i inne głosy. Te, w których obok szacunku, pobrzmiewał swego rodzaju pobożny lęk... I nie chodziło tu tylko o Zukova czy Władkę. Tak... Zielarz stanowił coraz większą zagadkę i chociaż wątpiła, aby to on był jej przeciwnikiem, musiała mu się przyjrzeć.

Może, jeżeli pospieszy się z obchodem, to zdąży wpaść do Mrewki nim zajdzie do teatru? Nienawidził jej, ale miała z nim dobry układ, więc a nuż powie coś więcej na temat zielarza, w końcu zdawali się być w całkiem niezłej komitywie, a przynajmniej tak twierdził Zukov. Teoretycznie powinna też wpaść do Katii i ją podpytać, ale wiedziała, że albinoska nic nie powie. Nigdy nic jej nie mówiła. To, że wygadała się lekarzowi, jasno świadczyło, że między tym dwojgiem doszło do jakiejś intensywniejszej scysji. Tylko wzburzona pozwalała sobie na podzielenie się z kimś swoimi odczuciami... Przeważnie niechęcią. Nie, Katia w niczym jej nie pomoże, lepiej będzie, jeżeli zerknie na miejsce, w którym psy rozdarły Szramę. Może tam znajdzie jakieś ślady i haka na Zubera. Nie, żeby pragnęła zamknąć zielarza za kratami, a przynajmniej nie z powodu takiego ścierwa jak Szrama, dla którego rozdarcie przez psy – przynajmniej w jej opinii – było dość łagodną karą. Jednak chciała mieć poczucie, że posiada nad nim jakąkolwiek kontrolę... Że w razie czego może go powstrzymać, gdyby chciał... Sama nie wiedziała., co chciał. Jednak jego słowa, o tym, że nie wybrał jeszcze strony, po której stanie, kiedy nadejdzie czas próby... No cóż, na razie nie wierzyła, aby był winien jakiejkolwiek straszliwej zbrodni, jednak nie wykluczała, że w przyszłości może to się zmienić. Sprawiał wrażenie kogoś mocno skrzywdzonego przez los, a tacy czasem lubią brać na świecie odwet za swe cierpienie. Szkopuł w tym, że elementami świata są zarówno winni jak i niewinni, silni jak i słabi.

- Katia nie jest ważna, przynajmniej na razie nie – mruknęła przerywając wywód doktora, o tym, że porozumienie i dialog wymagają dobrej woli obu stron, których albinoska nie wykazuje. – Niewykluczone, że wie sporo o szacownym pani Zuberze, a może i o wielu innych rzeczach, jednak nie ma sposobu, aby owe informacje z niej wydobyć. Nie boi się ani więzienia, ani ostracyzmu, a informacjami nie handluje... Woli zdechnąć z głodu niźli ułatwić komu życie. Póki nie wiemy, jak do niej dotrzeć i nie mamy pojęcia, jak się tego dowiedzieć, lepiej skupić się nad bardziej naglącymi sprawami. Toteż będę wysoce zobowiązana, jeżeli nadal będziecie mieć państwo otwarte oczy i uszy. Ktoś w tym mieście mąci i naprawdę zależy mi, aby dowiedzieć się któż to. Szczególnie, iż sprawa zgonu nieszczęsnego Hovki wydaje mi się nie być jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Ton jej głosu jasno oznajmiał, że czas już powoli kończyć ich małe, nieoficjalne zebranie. Władka dużym haustem dopiła alkohol, a wyprostowany niczym struna doktor sztywno dźwignął się ze swego miejsca. Doktor, właśnie... Pewnie zmierzał w stronę Wężowego Mostu. Może sama powinna udać się w stronę Aorty? Dawno nie odwiedzała tamtejszego posterunku, a chociaż dzielnica była najspokojniejszą w całym mieście, też wymagała pewnego nadzoru, prawda? Zresztą wielu z panującego w niej spokoju, a tym samym zmniejszonej czujności stróżów prawa, mogło korzystać w sposób niezbyt zgodny z prawem. W końcu przestępczość to nie same włamania, morderstwa, burdy czy inne „głośne" działania.

- Wracacie do domu? –zapytała Zukova, samej wstając.

- Zaiste. Jest już dość późno, a tutejsze ulice nie należą do szczególnie bezpiecznych dla obcych. Nie po zapadnięciu zmroku – mruknął.

Miał rację, jednakże komendant zainteresowała swego rodzaju pewność pobrzmiewająca w jego głosie oraz nieprzyjemny grymas, który przebiegł przez jego twarz niczym pająk. Miał coś konkretnego na myśli?

- Czyżby przytrafiło się wam coś nieprzyjemnego? – zapytała.

- Prawie. Szczęśliwie mości Zuber wychynął jakby znikąd i zniechęcił tamtych osobników. – Znów ten grymas. – To było z jednej strony niezwykle fartowne spotkanie, a z drugiej... No cóż, muszę rzecz, że nasz zielarz jest specjalistą w zbudzaniu obawy bez czynienia czegokolwiek czy to słowem czy gestem.

- Skoro tak, odprowadzę was. Sama zmierzam do posterunku w Aorcie, zatem mogę was eskortować.

- Dziękuję za propozycję, jednakże to dżentelmen winien eskortować damę...

- Za wyjątkiem Wasyla żaden mężczyzna w Kościokamieńcu nie widzi w komendant kobiety, a nawet on nie nazwałby jej damą! – Władka zarechotała. – A nawet jeżeli, to przeszło mu, kiedy ujrzał, jak szacowna pani Murza dwóm rosłym chłopom urządza takie lańsko, że aż Obrzynowego wykidajło wprawiła w zdumienie. HA!

- Och, Władko, ależ ja jestem damą. – Damira obnażyła zęby w wilczym uśmiechu, od którego między innymi otrzymała swój przydomek „Wadera". – Żelazną damą, żelazną dziewicą i gotowam wykrwawić każdego, kto podejdzie za blisko.

- Zaiste pani komendant, macie rację. – Zachichotała ponownie położna, wyraźnie mając niezły ubaw z lekarza, który sprawiał wrażenie nad wyraz zmieszanego. – Pytanie tylko czy teraz mości pan Zukov powinien się przy was czuć bezpiecznie.

Na widok skołowanej miny młodego doktora obie kobiety parsknęły śmiechem, na co policzki młodziana okryła czerwień, a twarz przyozdobił wyraz urażonej dumy. Mimo tego nie oponował, kiedy komendant ruszyła wraz z nim do wyjścia zabierając po drodze płaszcz i swoją uszatkę. Nie śmiałby. Tak jak nie śmiał za wiele mówić, kiedy kroczyli niemal pustymi uliczkami powoli tonącego w coraz gęstszych ciemnościach miasteczka. Nadal żywił w stosunku do niej zbyt wielką obawę. A może wyczuwał, że nie lubi pustego gadania? Podtrzymywania rozmowy dla samej rozmowy. Kto wie. Jeżeli tak, była mu szczerze wdzięczna za tę ciszę, dzięki której mogła odpłynąć myślami ku swoim sprawom. Ciszę mąconą jedynie ich miarowymi oddechami, przytłumionymi odgłosami dobiegającymi z mijanych domów i skrzypieniem śniegu pod butami.

Z zamyślenia Damirę wyrwał dopiero dość nieoczekiwany widok. Widok mości Zubera dźwigającego ciężką, wypchaną nieokreślonym czymś torbę, który nucąc pod nosem dziwaczną melodię, prężnym krokiem zmierzał do domu doktora. Na ich widok skłonił się, uchylając swej futrzanej czapy, jednak wyraźnie nie zamierzał przystawać. Komendant zaś nie zamierzała go zatrzymywać, jednakże instynkt gliniarza kazał jej to zrobić niejako w brew niej samej. Czasem naprawdę nienawidziła w sobie tego policyjnego wścibstwa.

Naprawdę nie miała ochoty psuć sobie tego dnia, tym bardziej, że jeszcze czekała ją wizyta w teatrze i spotkanie ze Starszym Bratem. Spotkanie na myśl o którym przez jej grzbiet przebiegał nieprzyjemny dreszcz. Nie potrzebował jeszcze do tego myśli o Zuberze, o tym, kim może być, co może zrobić, co wie, a czego nie i skąd to wie. Mimo tego zawołała:

- Witajcie mości zielarzu. A cóż to takiego taszczycie tak późną porą?

Zuber zwolnił i przystanął, uśmiechając się słabo, jednak widać było, że ten przestój mu nie na rękę. Niestety jej bystre oko nie dopatrzyło się żadnych oznak zdenerwowania, jedynie zmęczenia. Chociaż mężczyzna z cała pewnością wyglądał o niebo lepiej, niż kiedy go pierwszy raz widziała, pod jego oczami widniały fioletowe cienie niewyspania i przemęczenia.

- Nic ciekawego pani komendant, nic ciekawego. Jeno zapasy – mówiąc to uchylił wieka torby ukazując wypełnione konserwami i paczkami sucharów wnętrze. Całość musiała niemało ważyć, nic dziwnego, że nie miał ochoty stać z tym ciężarem i po próżnicy język strzępić. Rozumiała to, jednakże wrodzona nieustępliwość nie pozwalała jej odpuścić, mimo iż widziała, że pogawędka jest nie na rękę Zukovowi.

- A po cóż wam tyle tego? Przecież wy i doktor i z miesiąc tego nie przejecie.

- Dobrze wiecie, że zbliża się czas niepokoju, a na ten trzeba się przygotować. Zresztą my z doktorem mamy i trzecią, kocią gębę do wykarmienia, a ta je niemało.

- Czas niepokoju? A po czym to wnosicie? – zapytał doktor, marszcząc wrogo brwi, na co Zuber tylko znowu uśmiechnął się, a jego jedyne oko nabrało jakiegoś-takiego łagodnego wyrazu. Podobnie czasem patrzą do rośli na dzieci, które tkwią w błędzie i stanowczo, a zarazem wielce naiwnie upierają się przy swym zdaniu..

- Nienaturalne zachowania zwierząt, nienaturalny zastój powietrza, to, że dzika zwierzyna coraz bardziej zaczyna się oddalać od miasta, a większość wędrownego ptactwa omija je szerokim łukiem, nie licząc rzecz jasna kruków i wron. Do tego ten mało przyjemny zgon w magazynach i jego przyczyna... - kolejny uśmiech, gdy zaskoczony Zukov wyraźnie drgnął. – Niechże pan nie robi takiej miny, wszak jestem pod skrzydłami doktora Hryciuka, a sama obecna tu panna Damira przekazywała mu wieści. Wiem, co ma tu miejsce, tak jak i wiem o czynionych przez was wysiłkach, aby uchronić miasto przed klęską, pochwały godnych notabene. Dlatego na waszym miejscu również zacząłbym gromadzić zapasy nim zrobi się gorąco. Nikomu nie pomożecie, jeżeli zastanie was głód i słabość.

Lekarz w pierwszej chwili otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale niemal natychmiast je zamknął. Zamiast tego wbijał czujne spojrzenie w szczerą, uprzejmą twarz zielarza.

„Wyglądającą na szczerą" upomniała się w myślach obserwująca tę scenę Damira.

- A właśnie, a propos dziwnych zachowań zwierząt, nie wiecie czegoś na temat ataku dzikich psów na niejakiego Szramę? Bestie ponoś go rozdarły na strzępy – zapytała pozornie niewinnie Damira.

- To ten szubrawiec, który napadł tę bezdomną albinoskę? – zapytał równie niewinnie, na co komendant skinęła z uśmiechem głową. – Cóż... Przeszkodziłem temu padalcowi w jego czynnościach i zająłem się poszkodowaną. Niestety w drodze powrotnej owo ścierwo postanowiło wziąć na mnie odwet. Nie stanowił dla mnie większego wyzwania, więc nieco go poobijałem, lecz gdy odchodziłem jeszcze żył... Chociaż. Miałem ze sobą wiadro krwi. Wcześniej opiekowałem się kozami Macnika, parę z nich zaczęło rodzic na raz, a trzy miały przy tym nieliche problemy. W każdym razie zabrałem krew ze sobą, ażeby wylać ją z dala od gospodarstw właśnie ze względu na dzikie psy. Niestety w trakcie zamieszania chlusnąłem nią na Szramę. Niewykluczone, że odór posoki zwabił bestie, a że ten był mocno poobijany, to nie miał się jak bronić i... Cóż nieprzyjemna okoliczność. Jednakże rzekłbym nieprawdę mówiąc, iż żal mi tego ścierwa. Los dał mu to, na co ów zasłużył.

Damira uśmiechnęła się do siebie w myślach. Tak, on to miał wyjaśnienie na wszystko. W dodatku naprawdę robił wrażenie szczerego. Kto inny na jego miejscu próbowałby się wypierać, kłamał, kręcił byleby odsunąć od siebie podejrzenia. Byleby nie być wmieszanym w tę sprawę. Tymczasem on... Mogła się założyć, że hodowca kóz potwierdzi jego wersję wydarzeń. Znów ona sama... Jak mogłaby mieć za złe mężczyźnie, że ten broniąc się przed ochlaj mordą i recydywistą chlusnął na niego krwią? Gdyby spróbowała go za to zamknąć, zostałaby wyśmiana tym bardziej, że wielu ludzi życzyło od dawna śmierci Szramie i cieszyło się, że ten skonał jak skonał. Uznawało to za swego rodzaju boską sprawiedliwość.

- To dobrze. To pewnie z powodu tego wiadra krwi biedna Katia przestraszyła się ciebie. Bo obecny tu mości Zukov na prośbę wdowy Tofilukowej poszedł sprawdzić co z Katią i ta niezbyt pewnie się o was wyrażała.

- Nie, to nie dlatego. Po prostu zirytowała mnie swym zachowaniem i udzieliłem jej pewnej lekcji, a propos kąsania ręki wyciąganej z pomocą – oświadczył, a w jego głosie pobrzmiał gniew, na co Damira z trudem skryła uśmiech. Nikt tak nie potrafił wyprowadzić z równowagi jak Katia. – Po kilku godzinach męczenia się z rodzącymi kozami nie miałem najmniejszej ochoty na fochy obrażonej na cały świat dzierlatki. Utarłem jej nosa i porządnie natarłem uszu, a także nastraszyłem i szczerze powiedziawszy, nie mam na tym tle najmniejszych wyrzutów. Zresztą lepsze to, niżbym pozwolił wdać się w jej rany gangrenie, bo „nie pozwoli tknąć się jakiemuś brudasowi".

Zukov westchnął ciężko, chociaż nic nie powiedział. Wyraźnie, mimo swej niechęci do zielarza, w tym wypadku rozumiał go aż nadto. Mało tego. Damira mogła się założyć, że miał nadzieję, że zafundował albinosce porządne lanie, takie jakie należy się rozkapryszonemu dzieciakowi. Bo tak prawdopodobnie patrzył na dziewczynę, jak na rozkapryszonego dzieciaka.

Damira uśmiechnęła się w zaciszu swych myśli. Naprawdę musiała przyznać, że zielarz jest kuty na cztery kopyta. Swą – pozorną bądź nie – otwartością, mimo dziwacznej aparycji, wzbudzał sympatię i zaufanie. Odnosiło się wrażenie, że ten oto mężczyzna mówi prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Jednak, nawet jeżeli istotnie tak było, doskonale potrafił ukryć tym, co mówił, to, o co nie chciał zostać zapytany. Po głowie chodziło jej kilka pytań, którymi mogłaby spróbować go przyszpilić, ale to była gra niewarta świeczki. Tym bardziej, że nie chciała, aby widział w niej wroga. Przeciwnie. Chciała przeciągnąć go na swoją stronę. Sama niezbyt potrafiła stawić czoła tej paranormalnej ohydzie dziejącej się za kulisami Rzeczywistości, nie wiedziała jakimi zasadami ta się kieruje, więc ktoś, kto już wyjrzał poza bezpieczny koc i spojrzał monstrom w oczy, stanowił dla niej bezcennego sojusznika. Tym bardziej, że jak na razie zielarz zdawał się mieć odpowiednio prosty kręgosłup moralny i bystry umysł.

- Dobrze wiedzieć, że trzymacie dłoń na pulsie – rzuciła tylko. – Może niedługo odwiedzę...

- Pani Komendant!!!

Damira natychmiast umilkła, odwracając się w stronę wrzasku, którego źródłem okazał się być młody chłopaczyna gnający w ich stronę na złamanie karku. Jasne włosy rozwiał wiatr, a zaaferowana, a zarazem przestraszona buźka była czerwona od uszczypnięć mrozu.

- Hola, hola, kawalerze! Co się stało?

- Coś pozabijało nasze strusie. Tatko myśli, że to robota sąsiada, Isaeva i tera się biją. Matka i pani Isaevowa prosili, żebym na policje gnał, bo się tatko i pan Isaev pozabijają i trza nam tyż odkryć kto tak poubijał biedne strusie.

- Isaev... A ty młody to z czyjego domu jesteś? – zapytał ni z tego ni z owego Zuber wyraźnie zaniepokojony.

- Kozlov panie zielarzu.

- Kozlov, szczęście... – odsapnął, po czym, widząc jej pytające spojrzenie i badawczy, niemal oskarżające wejrzenie doktora, uśmiechnął się krzywo. – Wczoraj opiekowałem się do późna strusiami Takala. Jego farma jest dość mocno oddalona od farmy Isaeva, ale na upartego można nazwać ich sąsiadami. Wiem, iż to samolubne, jednakże nie chciałbym być w to wplątany nawet pośrednio. Jestem tutaj nowy i zła fala lada moment może wezbrać przeciwko mnie, sami wiecie... Szczególnie, że ostatnio miałem małą acz niemiłą scysję z Białolicą i jej opiekunem szarlatanem – wyrzucając ostatnie słowo skrzywił się z wyraźną wzgardą, a jego smutne, spokojne wejrzenie nabrało nieprzyjemnego odcienia.

Damira zamrugała. No o tym to nie wiedziała, a gdyby owa „scysja" była sprawą publiczną na pewno Władka doniosłaby jej o wszystkim. W końcu plotki stanowiły żywioł, w którym położna czuła się najlepiej. Nie, to musiało się stać na gruncie prywatnym, w czterech ścianach, a tym, którzy byli świadkami zdarzenia zależało na utrzymaniu tajemnicy.

Intrygujące.

- Dobrze, to gdzie mieszkacie mości Kozlovie i skąd twój tatko wnosi, że te strusie pomordowano i że pomordował je właśnie Isaev? – zapytała dzieciaka, starając się skupić na sprawach bieżących.

- No bo mości Isaev strasznie nie lubi ptaków, boi się ich. Tatko mówi, że ma z tym coś z głową. Jak jaki ptak tylko wejdzie na jego podwórze czy to czyjaś kura, czy to wrona, to go ubija jak zdoła. Zawsze bardzo dużo przy tym krwi i wrzasku, bo robił to nadto okrutnie. A te nasze strusie to właśnie okrutnie poubijane. Wygląda to tak, jakby kto je porozrywał. Mają pokaleczone łby i piersi, powybijane oczy, połamane karki, no i całe są pokaleczone. Jest mnóstwo, mnóstwo krwi...

Damira poczuła jak krew odpływa jej z twarzy. Przerażona ze ściśniętym żołądkiem zerknęła kątem oka na doktora, który również gwałtownie zbladł. Zielarz zaś jedynie spoważniał. Słowa chłopca w żadnym wypadku nie zaskoczyły go ani nazbyt nie zaspokoiły. Wyglądał raczej, jakby otrzymał złe wieści, których od dawna się spodziewał. Dlatego też jemu, w przeciwieństwie do niej, nawet na chwilę nie odebrało języka w gębie.

- Powiedz mi no, druchu, czy ty albo kto z twojej rodziny zbliżał się do martwych strusi? Albo zbliżał się do nich nim zostały znalezione martwe.

- No tatko. Był im dać żryć w południe, no i tera jak poszedł je zagonić na noc. Zobaczył, że wszystkie lezą martwe, obaczył czy żaden nie przeżył i w te pędy pobiegł do pana Isaeva.

- A czy zbliżał się potem do ciebie bądź twej matki?

- Nie, jak wpadł do pana Isaeva, to dostał takiego szału, obaj dostali, że próbować ich powstrzymać było darmo. Dlatego matula pognała mnie po policjantów.

- Jedno dobre – odsapnęła Damira, wlepiając ponure spojrzenie w chłopaczka. Niewykluczone, że na dniach, a nawet na godzinach miał stracić ojca... A może i matkę, jeżeli ta nierozsądnie jednak spróbowała powstrzymać męża i go przytrzymać. – Dobra paniczu, prowadź jeno wartko. Nie chcemy, żeby twój ojciec i sąsiad sobie łby porozbijali. – Spojrzała przez ramię na stojących obok niej mężczyzn. – A wy za mną. Będziecie potrzebni. Obaj.

Zielarz nieznacznie się skrzywił, widocznie dźwiganie ciężkiej torby było mu nie w smak, jednakże, nie oponował. Zaś Zukov... Biedny lekarz wyglądał, jakby nagle został wtrącony w piekielne otchłanie, gdzie najgorsze z jego koszmarów witały go wśród fanfar i potępieńczych wrzasków.

Godzinę zajęło im dotarcie do miejsca burdy, a przynajmniej jej i lekarzowi, bo Zuber zobligował się zabezpieczyć miejsce zgonu nieszczęsnych strusi, za co była mu szczerze wdzięczna. Tym bardziej, że on z ich trójki najlepiej nadawał się do tego zadania. Właściwie to nie potrafiła powiedzieć czemu, jednakże jego kompletny brak lęku wobec choroby... Miała dziwne przeczucie, że od czegokolwiek Zuber nie zginie, to na pewno nie od tej zarazy.

Dom Isaeva był duży i porządny, przypominał bardziej wiejski dwór niźli rolniczą chałupę. Przed takim domem człowiek nie spodziewa się widoku dwóch kompletnie przerażonych kobiet. Jedna z nich: krągła i rumiana niczym bułeczka wyciągnięta z pieca – roniła rzewne łzy głośno szlochając. Druga usiłowała ją uspokoić, chociaż sama drżała na całym ciele. Nic dziwnego, z wnętrza domu dobiegały wręcz nieludzkie wrzaski i rzężenia, którym przygrywały rozmaite łomoty. Wszystko doskonale słyszalne przez wybite okna, które brutalnie potraktowano stołkami i innymi sprzętami domowymi.

Damira zaklęła w duchu. Do tej pory burda powinna dawno wygasnąć – idąc tutaj zakładała, że matka przewodzącego im chłopaczka wysłała go tylko po to, aby ów nie widział mordobicia. W końcu żadna normalna bijatyka, a przynajmniej bijatyka pomiędzy dwojgiem ludzi, nie powinna trwać aż godzinę. Chyba że w grę wkroczył jakiś czynnik zewnętrzny. Czynnik, który nie tak dawno widziała na mikroskopowym szkiełku.

- Matulu, matulu! – zawołał wyraźnie przerażony chłopak, biegnąc ku spłakanej i przerażonej matce, której wyraźnie już zaczynało brakować sił. – Co się dzieje? Gdzie tatko.

- W-w śro-środku – wydukała z trudem.

Widząc, że z pani Kozlov raczej niewiele wyciągnie, Damira prężnym krokiem podeszła do nieco bardziej opanowanej kobiety, zapewne żony Isaeva.

- Dobry wieczór obywatelko, możecie mi treściwie wyjaśnić, co się tu właściwie dzieje?

- Pani komendant... - zająknęła się ta, najwyraźniej nie oczekując, że dzieciak sąsiadów sprowadzi samą Krwawą Waderę. - Nie wiem. Naprawę nie mam pojęcia. Pierwej sąsiad napadł Ignacego, że niby ten mu strusie poubijał. To jeszcze mogłam zrozumieć, jak i bijatykę potem. Sąsiad krewki, a i mój Ignac w gorącej wodzie kąpany. Ani jednemu ani drugiemu lepiej nie wchodzić w drogę, kiedy się z kim za łby weźmie, chyba że ten ktoś silniejszy od nich dwóch do społu. No to z sąsiadką odstąpiłyśmy licząc, że ci jak zwykle po mordach se dadzą, zdyszą się i padną, a gdy ochłoną to możno rozsądnie porozmawiają... Ale nic z tego. Jak sąsiad nagle furii nie dostanie, jak gołymi dłońmi nie złapie rozgrzany pogrzebacz... Przerazilim się, sąsiadka też i Ignac również. Ja z Kozlovową uciekli na podwórko, ale co oni tam... - Pokręciła głową, a jej ciało przeszedł dreszcz. – Pierw było słychać tylko Kozlova, ale potem i mój Ignac zaczął wrzeszczeć i rąbać. Od kilku chwil jest prawie cicho, ale ani ja, ani sąsiadka nie mamy odwagi by zajrzeć, co tam. Pani komendant, ja znam Kozlova od małego, od takiego dzieciaka, co ledwie od ziemi odstaje i to nie był on, jeno jaki demon, co jego skórę przywdział.

- Nie demon, a choroba. Pewnie i Kozlov i wasz mąż już nie żyją, jeżeli mają szczęście – rzekła, na co chlipiąca obok niewiasta zaniosła się jeszcze większym płaczem. – Czy w domu dobrze napalone?

- Co? – Isaevowa, najwyraźniej porażona co dopiero zasłyszanymi wieściami, spojrzała na nią zaskoczona. Dopiero po chwili zrozumiała. – A tak. Dobrze. Ignac lubił, aby gorko było w chałupie, kiedy mróz przyciska. A czemu pytacie?

- Choróbsko szybko wypala się, kiedy chory umiera, bo wtedy nie ma co żreć. Chyba, że zamarznie, wtedy może długo przetrwać i się poprzenosić. Jeżeli w chałupie jest ciepło, będzie można z tego korzystać, oczywiście, jeżeli wszystko się poczyści styrolem czy bimbrem. W przeciwnym razie musielibyście dom spalić.

Kobieta umilkła, kiwając głową i odetchnęła z ulgą, chociaż strapienie nie opuszczało jej twarzy. Wyraźnie wyrok, jaki zapadł na jej męża, uderzył ją, ale nie zmiażdżył. Nie tak, jak pochlipującą obok Kozlovą, która padła na kolana i zaczęła zalewać się rzewnymi łzami, niepomna usiłującego ją pocieszyć chłopaka.

Stojący obok Zukov z lękiem spoglądał na powybijane okna domu, zaciskając usta niemal do białości. Lekarska torba, z którą prawie nigdy się nie rozstawał, drżała w jego dłoni, zaś oczy płonęły jakby gorączkowym blaskiem. Okalające go niczym płaszcz przerażenie można było wyczuć na kilometr. Mimo tego nie cofnął się.

- Doktorze wchodzimy? – zapytała go.

Zapytała, bo sama nie wiedziała czy wejść, czy może nie odczekać trochę. Nie poczekać, aż mikroby się wypalą, przynajmniej w większości, i dopiero wtedy wejść. Chciała również sprawdzić jak lekarz zareaguje. Właściwie to była niemal pewna, że każe poczekać albo nakaże tymczasowy odwrót, celem lepszego przygotowania się... A może nawet zwyczajnie weźmie nogi za pas.

Lekarz przez chwilę nie odpowiadał, tylko patrzył pustym wzrokiem na częściowo uchylone, bogato rzeźbione drzwi tonące w cieniu krytego strzyżoną strzechą dachu. Wyglądało to tak, jakby siłował się z czyhająca za nimi grozą na spojrzenia. W końcu jego twarz wykrzywił grymas dziwnej, zajadłej determinacji.

- Tak, ale ostrożnie – oznajmił, chociaż drżał ze strachu. – Ja przodem, pani za mną i niczego nie dotykajcie... Ale pierwej lepiej zabezpieczmy się. W torbie mam alkohol, rękawiczki i maski na twarz.

Pod czujnym okiem pani Isaevowej, wdziali lateksowe, długie do połowy przedramienia rękawice, założyli maski i zrosili odzienie alkoholem. Jednak okrycie wierzchnie zostawili przed domem. Chwila nieuwagi mogłaby starczyć, żeby któreś otarło się płaszczem czy kurtą o krwawą plamę i już mogłoby zawlec zarazę do miasta. Woleli nie ryzykować. Poza tym, jeżeli wierzyć gospodyni, w domu było porządnie napalone w piecu i mimo wybitych okien nie powinni zmarznąć.

Tak, nie zmarzli. Głównie dlatego, że nie tylko napalono w piecu, ale też w ogromnym, kamiennym kominku, którego blask rozświetlał izbę główną, gdzie też rozegrała się tragedia. Czerwonawe płomienie odbijały się w brązowiejących plamach krwi, nadając im wyglądu połyskliwych granatów, sprawiały, że porozrzucane fragmenty ciała różowiły się niczym dojrzewające pączki róż. Odurzający, żelazisty, a zarazem słodkawy zapach posoki był wszechogarniający. Wzbogacała go nęcąca woń otaczająca porozbijane talerze i zastawę. Najwyraźniej Kozlov odwiedził sąsiadów, gdy ci zasiadali do wieczerzy.

Kozlov. Jego poszarpane ciało budziło prawdziwą grozę. O ile na szczątki Hovki potrafiła patrzeć bez większych oporów, to zwłoki hodowcy strusiów... Rozerwana jama brzuszna, rozlane wnętrzności... Nawet jej ścisnął się żołądek. Za część obrażeń zapewne odpowiadał on sam, a część zadał mu usiłujący bronić się Isaev. Isaev, którego widok budził najczystszą grozę.

Okrutnie okaleczony mężczyzna jakimś cudem jeszcze żył... Na swoje nieszczęście. A żył tylko dlatego, że w trakcie walki z Kozlovem doznał tyłu złamań, że nie mógł sam zadać sobie śmierci. Co nie znaczy że nie próbował. Nieustannie przebierał bosymi, połamanymi nogami po kawałkach rozbitej zastawy, najwyraźniej chcąc zadać sobie jak najwięcej ran. Jednocześnie rzężąc pocierał twarzą po sterczących z dłoni, połamanych paliczkach raz zarazem ją tnąc. Spływały po nich resztki jego oczu.

No cóż, najwyraźniej odnaleźli źródło dziwnych dźwięków dobiegających z wiejskiego domostwa.

Damira zaklęła soczyście. Naprawdę myślała, że największym wyzwaniem tego dnia, będzie wizyta w teatrze i przekazanie Starszemu Bratu spadku. Tymczasem wszystko się posypało. Plaga wychynęła z ukrycia, mieli dwie ofiary śmiertelnie – na razie tylko jedną, ale praktycznie już dwie – oraz dwie rozbite rodziny. Lada moment miasto miały ogarnąć panika i gniew. Wiedziała, że w jej stronę i w stronę magistratu posypią się kamienie, zarówno te metaforyczne jak i nie. W końcu ukryli pierwszy przypadek zarazy, zatuszowali wszystko. Zrobili to dla dobra miasta i jego obywateli, ale jasnym jest, że spojrzenie na sprawę szarego mieszczanina nie miało wyglądać w ten sposób. Zaufanie do wszelakich władz podupadnie, za co prawdopodobnie porządnie zapłacą, kiedy przyjdzie do wdrażania planu ratunkowego... Zakładając oczywiście, że wybuchnie epidemia, co teoretycznie nie było jeszcze takie pewne, chociaż czuła... No cóż, wierzyła w przepowiednie zielarza, a dzisiejszy wypadek zdawał się być ostatnim werblem przed występem czterech jeźdźców apokalipsy.

W dodatku teraz... Teraz stała nad trzęsącym się strzępem człowieka, cierpiącym stworzeniem, na które z trudem patrzyła i zastanawiała się jak ukrócić jego męki. Jak go zabić, żeby pod jej adresem nie padły żadne zarzuty, a jednocześnie nie wystawić się na ryzyko zarażenia. Co zrobić...

- On musi żyć. Tak długo jak to tylko możliwe.

Nieoczekiwane słowa ze strony doktora zaskoczyły ją. Mężczyzna wlepiał w nią dziwne, przepełnione przerażeniem, a jednocześnie całkiem opanowane spojrzenie. Dziwnie zimne.

- Co masz na myśli? – zapytała.

- Jeżeli mamy poznać chorobę i być może ją zwalczyć, musimy też w pełni poznać jej przebieg. To jak wyniszcza ludzkie ciało. Hovka zmarł od zadanych sobie ran, ale pewnie i sama zaraza w końcu pozbawiłaby go życia. Musimy dowiedzieć się w jaki sposób. Który organ pierwszy się wyłączy. Co zostanie najbardziej uszkodzone. Nastąpi krwotok? A może niszczycielski stan zapalny? Być może chorych da się spętać, żeby nie uczynili sobie krzywdy i jakoś uleczyć, jednak pierwej musimy wiedzieć, jak to zrobić. Co chronić, co łagodzić.

Damira skinęła głową ze zrozumieniem. To miało sens, chociaż pozostawienie Isaeva przy życiu, skazać na mogąca trwać godziny mękę budziło w niej grozę. Miała tylko nadzieję, że Zukovem naprawdę kierowała troska o przyszłych pacjentów, a nie pragnienie zdobycia sławy. Nazwanie śmiercionośnego, budzącego powszechną grozę choróbska jego nazwiskiem... Coś podobnego musiało być marzeniem niejednego lekarza, prawda?

Spojrzała jeszcze raz na zwłoki i na jeszcze-nie-zwłoki z lekka wzdrygając się przy tym. Naprawdę dziwiła się, że jej żołądek jeszcze nie tańczy trepaka. Właściwie to w ogóle dziwiła się sobie... Co prawda „wystrój" głównej izby wzbudził w niej prawdziwą grozę, jednak nie było to tak intensywne jak powinno. Zupełnie jakby już nie mogła odczuwać pełni grozy. Nie po zobaczeniu Alexandry w jej przedagonalnym stanie... Właściwie to zazdrościła doktorowi. Drżał na całym ciele, a zawartość jego torby z lekka podzwaniała, miał przyśpieszony oddech, a po jego cele spływał pot. Do tego ta bladość zdobiona lekką sugestią zieleni na twarzy, a przynajmniej jej częściach widocznych zza maski. Mimo iż zachowywał logiczne rozumowanie i chłodny osąd, ledwie krok dzielił go od paniki. Ten lęk, ta odraza, które zdominowały sporą część jego świadomości jak i podświadomości stanowiły prawdziwy balsam dla duszy, albowiem pełnia tego, co się stało, chłodna, pozbawiona emocji, brudna pełnia, trzymała się na dystans.

- Dobrze, to jesteśmy tutaj i co dalej? – mruknęła. – To bardziej wasze pole do popisu niż moje... Przypuszczam, że będzie chciał pan, aby przewieźć do przebadania zwłoki, ale jedne z nich jeszcze zwłokami nie są i nie sądzę, aby było bezpiecznie się do nich zbliżać. Poza tym trzeba coś zrobić z Isaevową, bo raczej nie będzie mogła tu dzisiaj wrócić.

- Ani ona tutaj nie wróci w ciągu najbliższych dni, ani Kozlovowie nie wrócą do siebie. W końcu nie wiadomo, co wywołało tę zarazę, ale zaczęło się u nich. Padły ich strusie. Czynnik zakaźny nadal może tam być. Jeżeli wrócą do siebie, nie dość, że mogą sami się zarazić, to jeszcze rozwlec to cholerstwo po całym mieście. Trzeba ich gdzieś przewieźć... Do znajomych albo do jakiegoś schroniska, jeżeli miasto takie posiada.

Tak, miasto posiadało schronisko... Poniekąd. Schroniskiem była swego rodzaju ponadgabarytowa, szopa, którą zamieszkiwał Wasyl, a która należała po równi do Obrzyna, po równi do miasta. Magistrat zgodził się, aby mogli tam zamieszkiwać stale ludzie karczmarza, pod warunkiem, że będą naprawiać i utrzymywać we względnie dobrym stanie pozostałą część budynku przeznaczoną dla ludzi przejściowo pozbawionych domu. Obrzyn, będący swego rodzaju pokrętnym filantropem, zgodził się na to, jednocześnie dając radzie miasta do zrozumienia, że idzie im na rękę. Bo też szedł. Oddać mu budynku po całości ot tak nie mogli, on kupić nie zamierzał, a dzielić go czy szarpać się z mężczyzną o tę budę nikomu się nie chciało... Tym bardziej, że mogło to przynieść negatywny rozgłos. Pytaniem pozostawało, dlaczego, za wyjątkiem tymczasowych lokatorów – zwykle prostytutek chcących rozstać się z zawodem – w budynku na stałe zamieszkuje jedynie Wasyl.

Naprawdę miała nadzieję, że kobiety mają rodziny i przyjaciół u których mogą się zatrzymać na jakiś czas. Ostatnim, czego było jej dzisiaj to Wasyl. Wasyl mający do niej pretensje, że nie powiedziała nic o pladze i że tak wiele zataiła... Jakby była mu cokolwiek winna. Jakby on był kimś więcej niż tylko nachalnym natrętem. I tak już miała za wiele na głowie, nie potrzebowała jeszcze, aby karczmarz próbował jej utworzyć „kącik spraw prywatnych", których od dawna praktycznie nie miała i nie chciała mieć.

Westchnęła ciężko. Było ich troje. Ona, doktor i zielarz, który został przy strusiach i demony wiedzą, co robił. Na jego miejscu spaliłaby truchła padłych strusi, zostawiając może jednego czy dwa do przebadania, ale to ogrom roboty. Zebranie drewna, ułożenie wielkiego stosu, rzucenie nań ciał nielekkich zwierząt. W dodatku te leżały dłuższy czas na mrozie, więc zaraza w nich z pewnością się zachowała , a co za tym idzie były śmiertelnie niebezpieczne...

Zresztą, cokolwiek nie robił, nie było go tutaj, chociaż tam gdzie został, również był potrzebny, chociażby po to, żeby odganiać ludzi, którzy chcieliby sprawdzić, cóż się stało z padłymi zwierzętami oraz bestie liczące na łatwy żer. Tutaj też musiał ktoś zostać. Rzecz w tym, że doktor miał mały posłuch. Wiedziała, że jej ludzie mogą nie posłuchać jego rewelacji, chociaż przecież widzieli, że wychodziła z doktorkiem. Jeżeli znów Zukov zostałby tutaj, istniała szansa, że ktoś z mniej szlachetnych obywateli będzie próbował obrabować dom mimo jego ostrzeżeń i rozwlecze syf po mieście. Nie wyglądało to dobrze. Inna rzecz, że nie czuła się kompetentna stać tutaj, przed tym domem zarazy. Los nie przeznaczył jej do walki z mikrobami, tylko ze złem tkwiących w ludziach. Z niesprawiedliwością.

W końcu, po chwili dłuższego namysłu, podjęła decyzję.

Wyszli na zewnątrz i starając się oszczędzić kobietom co bardziej drastycznych szczegółów, opowiedzieli im i chłopakowi, co zastali w środku oraz, że na parę dni muszą poszukać schronienia poza swymi domami. Oczywiście Damira nie omieszkała wspomnieć o możliwości skorzystania ze schroniska. Na szczęście Kozlova, chociaż prawie nieprzytomna z płaczu, oznajmiła, że ma do kogo pójść, zaś Isaevowa stwierdziła, że sama zagadnie Obrzyna, z którym ponoć dość dobrze się znała. Damirze naprawdę ulżyło, kiedy to usłyszała. W jednej chwili spadło na nią tyle obowiązków: zabezpieczenie miejsc potencjalnych źródeł epidemii, poinformowanie członków rady miasta, wymuszenie nadzwyczajnego spotkania rady miasta w środku nocy, zbadanie sprawy, uspokojenie mieszkańców. Myśl, że teraz musiałaby niańczyć którąś z tych kobiet, a potem jeszcze znosić Wasyla, była niczym cierń w boku. Mimo tego nie wiedziała czy postępuje dobrze puszczając Kozlovą samą na miasto. Wyglądała na mocno wstrząśniętą i mogła narobić wielu głupot. Miała tylko nadzieję, że jej dzieciak, dwunastoletni zuch, w razie czego zdoła ją powstrzymać przed czymś nierozsądnym. Isaevowa to zupełnie inna sprawa. Wyglądała na przybitą, ale zapewne już teraz planowała jak poukładać sobie życie po śmierci męża. Bystre brązowe oczy błyszczały, a pełne usta zaciskały się w cienką linię determinacji, gdy maszerowała żywym krokiem w stronę odległych zabudowań miejskich.

Kiedy kobiety oddaliły się westchnęła i wyjęła z kabury broń odwracając się w stronę doktora. Ten pierw spojrzał na nią wystraszony, niemal odskakując do tyłu, mimo iż nie trzymała rewolweru jak do strzału.

- Weźcie to – poleciła mu. – Jak kto zechce wleźć do chałupy i nie posłucha was strzelajcie bez wahania. No i chyba byłoby dobrze dorzucić i do kominka, i do pieca co, by ta zaraza na pewno obumarła, ale wy już wiecie najlepiej, co czynić. Ja idę po pomoc dla was i Zubera. Za godzinę, jeżeli dobrze pójdzie, powinny zjawić się posiłki.

Zukov wziął ostrożnie broń w dłoń, a ta zadrżała, jednak jego spojrzenie, gdy skinął głową, potwierdzając jej rozkaz, było twarde i stanowcze. Przypuszczała, że jeżeli ktoś spróbuje włamać się do Isaevów skończy z kulką w piersi. W końcu lekarz już raz strzelał i niewykluczone, że kogoś zabił. Właściwie obstawiała, że tak właśnie zrobił. Że zabił.

- Polegam na was, panie Zukov – oznajmiła, spoglądając mu w oczy. No bo polegała. I na nim, i na robiącym gdzieś-tam Bóg wie co Zuberze. Z tym, że doktora była bardziej pewna. Zielarz znów... On stanowił zagadkę. Zresztą, jak sam powiedział, nie zdecydował jeszcze, po której stanie stronie. – Nie zawiedźcie mnie.

- Zawodząc was, zawiódłbym i siebie – mruknął. – Nie mogę stąd wyjechać z rozmaitych przyczyn. Zatem, pozwalając się rozplenić zarazie, nie wystawiłbym na niebezpieczeństwo jedynie Kościokamieńca, a również i siebie. Zresztą, jeżeli wybuchnie epidemia, już nikt stąd nie wyjedzie.

Damira skinęła głową. Tak, czytała wstępne plany poczynione przez doktora, które miały zarówno chronić Kamulców, jak i cały kraj. Po wybuchu plagi, miasto – jak wszystkie inne miasta toczone przez zarazy – zamierzano zamknąć, aby nikt nie rozwlókł mikroba. Chociaż, biorąc pod uwagę jak szybko owa choroba rozwijała się i zabijała, wątpliwym było, aby jakikolwiek nieszczęśnik zdołał ją zanieść na tyle daleko poza miejskie granice, żeby zarazić kogokolwiek innego. Poza tym, jeżeli bakteria istotnie tak szybko wypalała się, stanowiła prawdziwe zagrożenie tylko teraz – w zimie. Latem, wszyscy zarażeni zginęliby na dniach, a zarazek wraz z nimi. Dlatego ironią było, że choroba uderzyła akurat teraz.

Tak, cudowny plan awaryjny i miasto, które chroniąc świat zewnętrzny miało stać się klatką dla jego mieszkańców. Więzieniem zewsząd otoczonym płonącymi stosami ostrzegawczymi, tak aby nikt nieostrożny przypadkiem się nie zbliżył. Z daleka straszącym i ostrzegającym przed sobą.

Wzdychając głęboko, ruszyła szybkim krokiem w stronę komendy. Czekała ją długa, nieprzespana noc, a potem długi, bardzo długi i bardzo nieprzyjemny dzień. Dzień pełen wyrzutów, zarzutów i wykłócania się. Obrony i walki o swoje racje. Brudnej roboty.

Jeszcze się nie zaczęło, a już miała dość. Naprawdę dość. A perspektywa, że doktora być może czekają jeszcze większe męczarnie jakoś jej nie pocieszała. Chyba zaczynała robić się na to za stara. Umysł jeszcze pracował na wysokich obrotach, ale ciało już było nie to. Odchorowywała zarwane noce, długie biegi i kiepskie jedzenie. Była zwyczajnie zmęczona... A największa próba miała dopiero nadejść i nie tylko jej los zależał od tego czy zwycięży, czy polegnie. Czuła to.

***


Obudził ją sen. Koszmar. Nie jeden z tych o Aleksandrze, ale inny stanowiący zlepek ostatnich wydarzeń. Nieustannie przewijały się w nim twarze Mrewki, Władki, Zukova i Zubera... I wielu innych. Wszystko to stanowiło jeden, wielki chaos, jedno wielkie szaleństwo. Obłęd. Jeden, wielki obłęd. I chaos. Dokładnie jak ostatnie dwa dni, z których, tak właściwie niewiele pamiętała... Przynajmniej nie teraz, po śnie przypominającym bardziej pijackie omdlenie niźli normalną wędrówkę po krainie Hypnosa. Chociaż, wedle nakręcanego zegara spokojnie tykającego na komodzie, przespała ponad dwanaście godzin, nadal czuła się potwornie zmęczona.

Usiadła na łóżku, usiłując jakoś poukładać w głowie ostatnie wydarzenia. Jedyne, co pamiętała wyraźnie to fakt, że po raz pierwszy wszyscy członkowie rady miasta zwarli szyki, aby uspokoić wzburzonych mieszczan. Ci, którzy zwykle rzucali się sobie do gardeł stanęli ramię przy ramieniu i zaczęli działać, jednak to przede wszystkim doktor Hryciuk ocalił im wszystkim, całej władzy Kościokamieńca, tyłki. On i stojący w tłumie Ostrawa, który natychmiast go wsparł. Wiekowy, siwowłosy lekarz, ryczał niczym lew na tłuszczę, która wdarła się na zebranie rady. Wrzeszczał, wyzywał od idiotów, a przede wszystkim zadał jedno ważkie pytanie „A co zrobilibyście, gdybyście wiedzieli o wszystkim zawczasu?". Oczywiście prawie nikt pomysłu nie miał, co takiego mądrego zrobiłby. Ci którzy zaś pomysły mieli... No cóż, w praktyce okazało się, że nie były to takie świetne idee. Lekarze, persony mające największy szacunek w społeczeństwie, gdzie dziesiątki, jeżeli nie setki ludzi winnych było im życie, zbijały je jedną po drugiej. Na sam koniec wsparła ich wyraźnie rozsierdzona Władka, która przyjęła na świat dzieciaki połowy miasta. Wytknęła wszystkim parę bolesnych rzeczy, a mąciciele spuścili głowy.

Niestety, chociaż bunt przeciw władzy został zduszony, problemy nie zniknęły. Epidemia co prawda nie wybuchła, ale wszyscy zakładali, że lada dzień się to stanie. Prawdopodobnie słusznie. Niosło to za sobą wiele nieprzyjemnych konsekwencji. Przede wszystkim ceny jedzenia skoczyły dwukrotnie w górę. Powody były dwa: po pierwsze sklepikarze nie zamierzali wyzbyć się całej żywności, na wypadek, gdyby musieli przeczekać Bóg wie ile zamknięci w swych domach. Poza tym wyczuli dobry interes. Wiedzieli, że wystraszeni mieszkańcy zaczną robić zapasy, a skoro można zbić niezłą kasę na nieszczęściu bliźniego, to czemu by nie? Podobna sprawa miała się z aptekarzami oraz sprzedawcami broni. Tak, wszyscy wkoło zaczęli się zbroić, wychodząc z niejako słusznego założenia, że gdy zaraza wypełznie na ulice, a śmierć zacznie zbierać żniwo, w co poniektórych obudzą się najgorsze instynkty. Rzecz w tym, że tam gdzie strach i dużo broni, tam są również przypadkowe ofiary. Szczęście w nieszczęściu, że magistrat zawczasu poczynił pewne przygotowania... W tym przygotowania do przygotowania obywateli. Przede wszystkim zebrano sporo żywności, głównie kaszy i konserw, aby móc rozdysponować je wśród mieszkańców w razie plagi. Jako że na razie nie znano żadnego remedium na chorobę, prawdopodobnym, pierwszym krokiem po wybuchu epidemii byłoby zakazanie obywatelom opuszczania domów, jak to dawniej czyniono, gdy czarna śmierć szła przez Europę. Uczynieniem ich więźniami we własnych domach i wyznaczenie im strażników. Ubranych w zapobiegające zarażeniu przebrania ochotników, którzy w zamian za rozmaite benefity rozwoziliby im pożywienie, środki opatrunkowe i leki, a także palili ścierwo.

Wszystko to było po równi przerażające, jak i przygnębiające. Jednak istniała też nadzieja. Lekarze, znaczy Zukov i Ostrawa przy doraźnej pomocy Hryciuka badali chorobę. Zielarz, który nie wiadomo jakim cudem zdołał samodzielnie spalić większość padłych strusi, a przy tym nie zarazić się chorobą, zachował ciało jednego z myślą o lekarzach. Ci wiedząc już, że i zwierzęta są podatne na zarazę, zaczęli testy na szczurach. Schwytali ich niemało, usunęli im zęby, żeby zmniejszyć zagrożenie z ich strony, kiedy zaczną wpadać w szał i zaczęli zarażać bakterią. Teraz pozostawało poczekać na wyniki... Nie tylko badań.

Równocześnie z walką w magistracie, trwała walka z horrorem na farmach ofiar pełzającego szału, jak nazwano zarazę. O ile Zuber sam uwinął się nadspodziewanie szybko z bałaganem w gospodarstwie Kozlovów, to jeżeli chodzi o dom Isaevów... No cóż, tutaj było o wiele więcej do roboty. Szczęśliwie lekarzom pomagali odziani w ubrania ochronne ochotnicy i niestety dzieci. Tak, dzieci. Zarówno Zukov jak i Ostrawa wzięli ze sobą dzieciaki, które zamierzali przyuczać do lekarskiego fachu. Ostrawa bezdomne, rudowłose rodzeństwo, którego na dobrą sprawę nie znała, a Zukov Marka. Oczywiście dowiedziała się o wszystkim poniewczasie. Gdyby wcześniej ktoś jej szepnął chociażby słówko, że ci dwaj mają zamiar narażać dzieciaki, chyba by im łby poukręcała. Niestety, mimo że nie tylko ona była niezadowolona z tego, co zrobili, oni sami nie wykazywali w tej kwestii najmniejszej skruchy. Bełkotali coś o konieczności przeprowadzenia śledztwa na farmie Kozlovów, gdzie doszło do pierwszego zakażenia i tym, że nie mają czasu na przeszkolenie ochotników. Dzieciaki ponoć przeszkalać nie trzeba było, bo już zostały wstępnie obznajomione ze wszystkim w trakcie swych praktyk.

O ile nie zgadzała się z nimi, co do zaprzęgnięcia dzieci do pracy, to śledztwo na farmie Kozlovów było koniecznością. Jednak, z tego co się dowiedziała, nim padła na wznak na swoim łóżku i straciła świadomość, nie przyniosło ono żadnych efektów. To właśnie była ostatnia informacja, którą jej przekazano. Że doktorzy zebrali próbki i teraz je badają, ale wątpią, aby cokolwiek w jakieś znaleźli. Choroba pojawiła się jakby znikąd... A przecież musiał być jakiś nosiciel, prawda? Przynajmniej tak twierdzili lekarze. Biorąc pod uwagę, jak szybko zaraza zabijała musiała istnieć odporna na nią istota, która ją roznosiła? Istota albo jakiś ośrodek. Teoretycznie woda mogła stanowić źródło zakażenia, w końcu w środku zimy miała na tyle niską temperaturę, żeby opóźnić tempo obumierania zawartej w niej bakterii. Jednak wodę przebadano jako pierwszą i wedle zapewnień Władki, która przekazała jej nowiny, nie zawierała śladu śmiercionośnego mikroba.

Wzdychając przypomniała sobie słowa zielarza: „Zawsze ktoś cieszy się z nadchodzącego nieszczęścia.". No cóż, wyraźnie wyczuwała tu ludzką rękę, a jak nie ludzką to chociaż czegoś pokrętnie inteligentnego. Wolała nie myśleć czego. W każdym razie, miała wrażenie, że ktoś sprzyja zarazie.

Przeklęła, westchnęła i przetarła zaspaną twarz dłońmi. Przywołanie wspomnień nie poprawiło jej nastroju, oj nie. Teraz wiedziała, dlaczego po przebudzeniu się niczego nie pamiętała – człowiek zasługiwał, żeby chociaż przez tę parę rozkosznych chwil nie pamiętać jak w głębokiej dupie się znajduje.

Powoli wstała, na co zmęczone ciało i obolałe mięśnie gwałtownie zaprotestowały. Niestety nie mogła sobie pozwolić na lenistwo, mimo iż był to teoretycznie jej wolny dzień. Musiała zasięgnąć języków, zobaczyć co u pań Isaev i Kozlov, pogadać z doktorami, sprawdzić czy do czegoś doszli, przekazać list Starszemu Bratu no i wreszcie spróbować pogadać szczerze z Zuberem, co też miała zamiar załatwić na koniec dnia – a nuż Starszy Brat powie jej coś więcej, o Zuberze, dzięki czemu w razie kłopotów mogłaby przyszpilić mężczyznę pytaniami. W końcu tych z dnia na dzień przybywało. Najważniejsze z nich obecnie brzmiało: „jak zdołałeś spalić wszystkie padłe strusie, nie zarażając się przy tym?". Chociaż może lepiej byłoby prosto z mostu: „dlaczego plaga cię nie przeraża"?

Potrzebowała kawy. Mocnej, czarnej kawy z ogromną ilością cukru, żeby postawiła ją do pionu. Niestety ku swemu niezadowoleniu w szafkach znalazła jedynie herbatę. Nie mając więc dużego wyboru, zrobiła cholernie mocną herbatę z olbrzymią ilością cukru, żywiąc nadzieję, że ta jej pomoże. Tak jak suchar i jajko na twardo, które miała na śniadanie. Ech... Naprawdę nie była dobrą gospodynią. Raz po raz dawać się zaskoczyć brakiem podstawowych produktów w swoim domu, doprawdy. Dobrze, że przynajmniej nadal miała czyste ubrania i pościele, chociaż powinna pamiętać, aby tak za tydzień, dwa zajrzeć do praczki... Niestety.

Uśmiechnęła się krzywo. To doprawdy ironia, że po tym wszystkim , co widziała, nadal czuła nieprzyjemny ucisk gdzieś tam w środku na myśl o odwiedzeniu dusznej i parnej pralni. Zupełnie jak małe dziecko...

Nagle rozległo się energiczne pukanie do jej drzwi. Zaskoczona ruszyła do nich i niepewnie położyła dłoń na klamce, nie mając pojęcia czego może się spodziewać. Z jednej strony nie spodziewała się żadnych gości, z drugiej... Po ostatnich wydarzeniach mógł być to dosłownie każdy. Na przykład rozjuszony obywatel czujący się pokrzywdzonym ostatnim obrotem spraw. Ktoś uzbrojony. Ktoś...

Próba zerknięcia przez judasza i tak mijała się z celem, bo ten był tak upaskudzony, że i tak nic nie zobaczyłaby. Dlatego też szybko i z rozmachem otworzyła drzwi, mając nadzieję, że zaskoczy tego, kogoś, kto za nimi czeka.

Nie zaskoczyła. Prędzej sama została zaskoczona. Otóż była to dźwigająca wielki kosz, około trzynastoletnia dziewczyna. Duża. Solidna. Taka bardziej grubokoścista niż gruba, przypominająca filar bądź mitologiczną walkirię, z tym, że niezbyt urodziwą... Można rzec, że wręcz antypatyczną. Jasne, muśnięte sugestią rudego włosy miała splecione w dwa warkoczyki związane irracjonalnymi kokardkami, a toporną, ziemistą twarz zdobiły piegi w ilościach wręcz hurtowych oraz szeroki nos i jeszcze szersze usta. Na pierwszy rzut oka wyglądała na strasznie tępą, lecz przeczyły temu błyszczące inteligencją oraz swego rodzaju sprytem, czarne oczy.

Nieznane dziewczę emanowało swego rodzaju siłą i pewności siebie. Damira z miejsca je wyczuła, chociaż nie pasowało jej ono ni w ząb do aparycji tępej krowy... Dlatego też, gdy nastolatka nie czekając na zaproszenie, burknęła „dzień dobry" i dosłownie wepchnęła się do mieszkania, odniosła wrażenie, że bydło wtargnęło na jej salony. Było to tak nieoczekiwane, że ona – komendant miejscowej straży, kobieta słynąca z twardego charakteru, ciężkiej ręki i ciętego języka – zająknęła się, mimowolnie pozwalając wejść małoletniej intruzce.

- Mości Zuber przysłał mnie, żebym sprawdziła, co z wami, pani komendant, po tym wszystkim, co się działo ostatnio. – Oświadczyła dziewczyna rozglądając się krytycznie po mieszkaniu. – No i widzę, że nie za dobrze, jakem Ursula Moroz. Zara, zara, toż to jeno miało być wasze śniadane? – Wskazała topornym paluchem leżące na stole resztki sucharów i we połowie zjedzone jajko na twardo. – Oj nie! Nie przy takiej pogodzie! Nie kiedy choróbsko gdzieś tam się czai. Siadajcie, ja zara rozpalę pod kuchnią i zjecie... Psia morda, ależ tu zimno. Jeżeli tak żyjecie odkąd Mark przestał do was chodzić, to doprawdy wstyd...

W komendant zawrzało. Jakieś obce dziewuszysko nie dość, że wlazło nieproszone, to jeszcze rozstawiało ją po kątach w jej własnym mieszkaniu. Toż to doprawdy przesada.

- Panienko, nie folgujcie sobie, co? – warknęła na dziewczynę, chwytając ją za ramię, kiedy ta właśnie dziarskim krokiem zmierzała do kuchenki. – A teraz bierzcie ze sobą ten kosz i wypieprzajcie stąd, a już. Nie mam najmniejszej ochoty ani czasu na nieproszonych gości.

Na nastolatce nie zrobiło to większego wrażenia.

- Pani komendant, nie ma takiej opcji, ażebym wyszła nim nie zjecie porządnego śniadania i nie napijecie się czego wzmacniającego... Wiecie, co by się uchronić chociaż troszku przed tym cholerstwie co to tam lata gdzieś po mieście – oświadczyła twardo. – Poza tym sami przyznacie, że trochę oporządzić by się tu przydało.

- Dziewczyno, bo cię zaraz stąd SIŁĄ wyrzucę.

- Nie radzę. – Na twarzy dziewczęcia pojawił się twardy, chytry i bardzo nieprzyjemny wyraz. – Bo wtedy JA zacznę krzyczeć na całe gardło, że mnie bijecie i narobię rabanu. A cuś ostatnio ludziska niezbyt za wami przepadają, prawda pani komendant?...

Damira wytrzeszczyła na dziewczynę oczy. Czy ta smarkula jej groziła?

- ... Poza tym, idąc tutaj, spotkałam panią Władkę – kontynuowała Ursula. – Powiedziałam jej, że zmierzam tutaj, aby trochę zadbać o was, po tym wszystkim, co ostatnio miało miejsce. Wydawała się być zachwycona tym pomysłem. Pewno nie będzie zadowolona, kiedy dojdą ją słuchy, że za dobre serce potraktowano mnie ostrymi słowami i wyrzucono za drzwi. Mało tego. Gotowam się założyć, że porządnie wam za to nagada, a dobrze wiecie, jaka ona jest.

Tak. Smarkula jej groziła. I to całkiem skutecznie.

Z ponurą miną i mordem w oczach usunęła się nastolatce z drogi, jednocześnie zastanawiając się, jak bardzo musi być z nią źle, skoro dała się zagiąć jakiemuś dziewuszysku. Małoletniemu, topornemu babochłopowi.

- No już. Nie patrzcie na mnie tak, jakbym was ukrzywdziła. – Mruknęła dziewczyna, ostawiając kosz na niewielki stolik obok kuchenki. – Powiedzcie sami, nie zjedlibyście z chęcią czegoś jeszcze? Czegoś dobrego i ciepłego? Pewnie, że zjedlibyście....

Damira nie mogła zaprzeczyć, że ta cała Moroz ma rację, jednakże sama możliwość spożycia dobrego posiłku powinna być równie atrakcyjna jak i jej okoliczności.

-... Poza tym obiecałam mości Zuberowi i Mości Mrewce, że was dopilnuję i zaopatrzę, a słowa dotrzymuję. Można nawet rzec, że w tej gestii jestem personą aż nadto skuteczną. Znaczy, jeżeli chodzi o dotrzymywanie słowa. Ursula Skuteczna, tak powinni mnie zwać.

Damira zdrętwiała, gdy tylko usłyszała o Mrewce. Zubera, że wyraził uprzejme aczkolwiek dość nieoczekiwane zainteresowanie jej osobą, mogła zrozumieć, ale Mrewkę? Mrewka jej nie znosił, tak jak wszystkich innych, całego miasta, a może i świata za wyjątkiem babci... Chociaż z drugiej strony zdawał się być w całkiem dobrej komitywie z Zuberem. Czemu zależało mu, żeby była... Hm... Zaopatrzona? Bardziej powinien dbać o siebie i swą leciwą babkę. Starowina ostatnimi czasy nie wyglądała dobrze. Możliwe nawet, że umierała, w końcu liczyła grubo ponad osiemdziesiąt zim, a życia łatwego nigdy nie miała.

Doprawdy dziwne... Tym bardziej, że widząc kosz pełen żarcia, chłopak powinien zacząć kombinować jak go zdobyć dla siebie. W końcu nadchodzący czas zagrażał i jemu, który nigdy nie miał wiele. Który całe życie cierpiał głód, chłód i rozmaite niedole. Którego odporność mogła nie wytrzymać pierwszego uderzenia zarazy i ulec, pozwalając infekcji rozprzestrzenić się po całym ciele.

Spojrzała na dziewczynę, żywo uwijającą się przy kuchni. Może jej odwiedziny były bardziej korzystne niż mogła przypuszczać? W końcu sprawiała wrażenie całkiem bystrej , a nawet przebiegłej... Mimo tkwiącego na twarzy tępego, wręcz topornego wyrazu.

- A co Mrewce do mojego śniadania? – zapytała, siadając przy stole. – Zuberowi zresztą też?

- A wiecie pani komendant, sama zapytałam o to mości Zubera. – Usta dziewczyny wygiął dziwny, nieco złośliwy uśmiech. – No to powiedział, że Mrewka, chociaż wywodzi się z plugastwa sam plugastwem nie jest, a do tego można nazwać go człekiem niesłychanej uczciwości. Pokrętnej, ale żelaznej. Możno to i prawda, tym bardziej, że od śmierci babki siedzi wraz z zielarzem u doktora, a tam mu pod dostatkiem wszystkiego. Nie ma powodu być nieuczciwym.

Damira uniosła brwi. Babka Mrewki zmarła? A-ale dlaczego o tym nie wiedziała? Przecież Władka powinna jej donieść o czymś tak istotnym! Chyba że sama nie wiedziała, ale...

- Mrewkowa babka zeszła, kiedy wykryto zarazę u Kozlovów, a wtedy wyście mieli zupełnie inne rzeczy na głowie, tak jak i pani Władka, pani komendant – oświadczyła ni z tego ni z owego Ursula, zupełnie jakby czytała jej w myślach. – Zielarz i rzecz jasna sam Mrewka niekoniecznie, bo to nie na nich skupiły się spojrzenia opinii publicznej, chociaż być może powinny. Przynajmniej na mości Zuberze. Obu starczyło czasu, aby zaoferować starowinie godny pochówek. Im i mnie, bo wzięli mnie do pomocy, wiedząc żem dziewucha młoda, ale silna jako tur, a kiedy trzeba, to potrafię trzymać język za zębami. Kiedy trzeba. – Uśmiechnęła się znacząco. – Potem już obaj zasiedli u Hryciuka. Doktór sprawiał wrażenie zadowolonego z tego.

Komendant wiedziała, że dziewczyna chce zaimponować swymi informacjami – zresztą całkiem nieźle jej to wychodziło – jak również, że nie mówi niczego, czego Zuber i Mrewka nie życzyliby sobie. Przede wszystkim Zuber. Nie miała pojęcia, w co gra Ursula i, jeżeli miała być szczera, nie wiele ją to obchodziło. Bardziej obchodziło ją, co kombinuje zielarz i co Ula ma do powiedzenia na ten temat. Bo na pewno coś miała.

- Jak myślisz, dlaczego zielarz przygarnął Mrewkę? Planuje coś wobec niego?

- Ano, pewnie żal mu chłopaka. Kamulce podle go traktują, a przecie Mrewka nic nie poradzi na to, że ma takie, a nie inne korzenie, prawda? Nikt nie poradzi na to, w jakim domu przyszedł na świat. No i ten Mrewka, to tyż całkiem łebski jegomość, chociaż ma porządnie nasrane między uszami. Bystry, dość silny, chociaż wygląda jak śmierć na wietrze... Z tym to akurat z mości Zukowem sobie ręce może podać... No i potrafi wiele rzeczy. Łowić, szyć, strzelać, oprawiać skóry, zakładać sidła, murować, na stolarce tyż się troszku zna... Czarci wiedzą, co jeszcze. Przyda się zarówno doktorowi jak i jemu, cokolwiek się nie stanie. Poza tym, jest zwyczajnie go ciekaw, zresztą nie tylko on. Sama się łapię na tym, że jak patrzę na jego lokaty łeb, to się zastanawiam, co się w środku dzieje i dlaczego.

Damira uniosła brwi... Dziewczyna wyrażała się pozytywnie o Mrewce, a co ważniejsze w jej głosie nie było słychać ani cienia wstrętu, gdy o nim mówiła. Chociaż, z drugiej strony, wyczuła specyficzną złośliwość, którą czasem spotykało się w wypowiedziach rodzeństwa na swój temat. Cóż... Nie ulegało wątpliwości, że Urszula ma zupełnie inne podejście do młodzieńca niż większość lokalnej społeczności. Widać Mrewka nie jest, aż takim wyrzutkiem, jak uważała... Być może nawet jak sam uważał.

Jednak, tak czy siak, nie uzyskała odpowiedzi na swoje pytanie, bo chociaż Ursula odpowiedziała i to na temat, nie poruszyła kwestii najbardziej ją interesującej. Być może zrobiła to specjalnie, być może nie, trudno orzec. Jednak kwestią istotniejszą było czy – zakładając, że udzieliła niewłaściwej „właściwej" odpowiedzi z premedytacją – nie chciała udzielić informacji, czy zwyczajnie drażniła się z nią. Mogła się przekonać tylko w jeden sposób – zadając bardziej precyzyjne i bezpośrednie pytania. Tylko jak je sprecyzować?

- Owszem, Mrewka potrafi być użyteczny, sama to wiem. Jednakże to dziwne, że Zuber tak ulega jego sugestiom. W końcu, w obecnej sytuacji, żywność to rzecz dość cenna. Starczy spojrzeć na sklepowe ceny. Wiem, że zielarz porobił zawczasu zapasy, lecz...

- Zapasy są głównie dla doktora i Mrewki, pani komendant. No i dla mnie, bom była dla mości Zubera użyteczną, zatem istnieje nadzieja, że mnie wspomoże, jeżeli bieda przyciśnie. Jemu samemu starczy wejść do trupiego domu i zabrać to, co mu potrzebne.

- Jak to?

- Nu... Jak plaga się rozpanoszy, to ludziska zaczną padać jak muchy, prawda? Prawda. A większość z nich pewnie będzie miała jakieś zapasy u siebie, prawda? Prawda. Zatem starczy jemu ino je zabrać.

- Przecie w żywności mogą być bakterie.

- Bakcyl ponoć szybko pada w „martwym ośrodku", a przynajmniej także prawił mości Hryciuk. Poza tym mości Zuber nie wygląda na zbytnio przejętego plagą, a przynajmniej nie nią samą jako-taką. No i popalił te wszystkie zdechłe strusie. Sam. Mówcie co chcecie, ale ja tam czuję, że w jakiejkolwiek formie nie przyjdzie po niego kostucha, to nie będzie to choróbko... A może nawet żadne inne. Pewnie jak się zaraza rozszaleje, będzie chodził wśród ciał chorych bez najmniejszego lęku, nawet nie uszczknięty przez bakcyla. Możno będzie się bał czy ogarnięci chorobą w szale nie rzucą się na niego albo czy zdrowi, widząc, iż plaga się go nie ima, nie zaczną go obwiniać i nie spalą w czarcim dole, ale samej zarazy... Zaraza go nie tknie, ja wam to mówię. W jego spojrzeniu nie ma śladu strachu czy chociażby zwykłego, ludzkiego, pobożnego respektu wobec niej.

Ursula nie powiedziała niczego, czego sama Damira nie wiedziałaby... Czy raczej nie czułaby, jednakże dopiero, gdy usłyszała to z ust innej osoby, prawda przebiła się przez swego rodzaju wyparcie. Tak, Zuber musiał być odporny na to cholerstwo i niewykluczone, że powodem tej odporności jest jego wiedza na temat świata. Tego, że Rzeczywistość to jedynie niewielka, oświetlana blaskiem ciepłych reflektorów logiki i człowieczeństwa scena, a gdzieś tam za kulisami... No cóż, o tym lepiej nie myśleć. Ani o tym, co się stanie, gdy kurtyna opadnie. Bo kiedyś opadnie.

Jednak... Jednak, jeżeli Zuber był „po prostu" odporny, tak zwyczajnie, mogło to oznaczać dwie rzeczy, które w dodatku wzajemnie się nie wykluczały: że jest odpowiedzialny za wszystko, co się wydarzyło, a także miało dopiero wydarzyć oraz że jego krew może kryć lek na zarazę. Jako komendant musiała brać to pod uwagę, chociaż spotkanie z Alexandrą sprawiło, że ostatnimi czasy logiczne wyjaśnienia nie wydawały jej się szczególnie przekonujące. Jednak należała do Rzeczywistości, a rzeczywistością, przynajmniej pozornie, kierował racjonalizm. Dlatego sama powinna być racjonalna. Dlatego musiała zobaczyć się z Zuberem i... I zadać mu parę pytań wprost. Chociażby dla formalności.

Westchnęła w duchu. Nie wierzyła, aby zielarz miał coś wspólnego z chorobą, czy też precyzując – z jej wywołaniem. Jednakże powoli zaczynała się zastanawiać czy za tą wiarą stoi jej policyjny instynkt czy może podświadomy strach przed stawieniem czoła komuś takiemu jak on. W końcu... Po tym, co widziała... Ech... Mógł nie być do końca człowiekiem. Tak, jak Starszy Brat. Zresztą sam Eryk wspominał, że Zuber jest nieokreślony, że nie jest tym czym się wydaje. Skoro Eryk wyglądał jak potwór, a zachowywał się niczym godny i honorowy człek – przynajmniej na razie – to wyglądający jak człek zielarz mógł być potworem.

Potrząsnęła głową. Tego typu rozważania były na nic. Musiała z nim porozmawiać, spróbować coś z niego wytrząsnąć. Zamienić parę słów o „cudach"... Zresztą o nich powinna pogadać już dawno. Rzecz w tym, że chyba nie chciała znać odpowiedzi. A przynajmniej ta jej część pragnąca aby świat był zwyczajny i zrozumiały tego nie chciała. Rozpaczliwie nie chciała.

- Nie dumajcie tak, pani komendant – wyrwała ją z zadumy Ursula, ze stukotem kładąc na blacie obtłuczony kubek z parującym naparem. – Jeżeli chcecie iść pogadać z Zuberem, to w domu jest jeno doktór. Mości Zuber poszedł w miasto doglądać ludzi i zwierząt, bo doktórowie zajęci badaniem bakcyla, a wielu obywateli tera truchleje o zdrowie swoje i inwentarza. Po prawdzie, nim plaga uderzy, zielarz zdoła nieźle się obłowić... Albo zabezpieczyć, bo za zapłatę rzadko dają mu pieniądze, częściej zapasy i przyodziewek.

Damira nie zdziwiła się tym razem, że dziewczyna tak łatwo odczytała jej zamiary. Pewnie emocje miała wymalowane na twarzy. Tak samo nie dziwiło ją nagłe wzbogacenie zielarza. Mężczyzna wyglądał na zaradnego, no i znał naturę ludzka, a ta w podobnych wypadkach okazywała się niezwykle przewidywalna. Plaga czy chociażby jej groźba to ZAWSZE gwałtowny wzrost cen żywności, medykamentów oraz nieufności, a co za tym idzie agresji. W końcu nie wiadomo, kto w tłumie nosi w swym ciele śmiercionośne bakterie prawda? Może sąsiad, przyjaciel, współmałżonek, a nawet dziecko? Strach kogokolwiek wpuścić przez drzwi. Dlatego ludzie zamykają się w domach. Sami. Potem zamyka ich w domach władza, chcąc ograniczyć rejon objęty przez zarazę. Ale przedtem wszyscy oni chcą się widzieć z lekarzem. Chcą aby uzbrojony w leki, mazidła i kadzidła raz po raz upewniał ich, że są zdrowi... Dopóty nie zrozumieją, że plaga jest śmiercionośna. Że lekarz może wydać wyrok „chory", po którym pod drzwi domu podejdą uzbrojeni w deski, młoty oraz gwoździe robotnicy i zabijają je na głucho. Wtedy jedynym Oknem na świat" pozostanie niewielka szczelina, przez którą czyjaś ręka będzie [podawać raz dziennie żywność... Albo i nie. W końcu w trakcie plagi jadło cenne, zatem ktoś może sobie przywłaszczyć prowiant dla chorych bądź przehandlować go za coś. Jednak do tego czasu zarówno zielarz jak i doktorzy będą widziani niemalże jak bóstwa... Cóż, lekarze może nawet dłużej. W końcu ludzie będą widzieć w nich tych, którzy mogą plagę zabić niczym Goliata, a wiara bywa wyjątkowo żywotna. Czasem egzystuje nawet wtedy, kiedy sprawa jest już przesądzona. Zawsze czeka na cud...

Cud. Przeklęte cuda. To przez nie to wszystko...

W każdym razie, zielarz nie był medykiem, nie znał się na szczepionkach, przeciwciałach i surowicach. W związku z tym lada moment z bóstwa mógł stać się demonem. Czarownikiem, którego trzeba spalić na stosie. Ludzie potrzebują demonów, które można obwinić o wszystko, tak samo jak nadziei, bóstw i wiary w cuda... W te przeklęte cuda.

Natura ludzka jest naprawdę łatwa do przewidzenia, szczególnie, jeżeli chodzi o masy. Kościokamieniec nie doświadczył żadnej plagi, ani dżumy, ani cholery, jednak bez trudu mogła sobie wyobrazić ogólny rozwój wypadków. Strach wylewający się na ulice wraz z zarazą, trupy, rozpaczliwą walkę o przetrwanie, ludzi gotowych do najgorszych zbrodni dla bochenka chleba. Gwałty, mordy i kradzieże, bo gdy piekło jest na Ziemi, to czego się bać? Kary boskiej? Raczej nie. Jednak będą i tacy widzący w tym wszystkim palec boży. Karę za grzechy. Szukający winnych. A winnymi zwykle byli ci wyróżniający się czymś. Obcy, dziwacy oraz ci budzący zawiść. Starszy Brat wraz ze swoją rodziną miał się czego obawiać, podobnie zielarz. Dlatego tym bardziej dziwiła ją i niepokoiła jego postawa.

- Dlaczego Zuber pozwala decydować Mrewce. Dlaczego wydał mi żywność, tylko dlatego, bo Mrewka sobie tego zażyczył? – zapytała w końcu, bo właśnie to pytanie na sam przód chciała zadać Ursuli.

- Nie wiem. Znaczy... - Czoło Ursuli na chwilę zmarszczyło. – Mrewka to człek, co to od miasta najwięcej wycierpiał, prawda? Nie ma tu przyjaciół, a większość luda nim gadzi. Może mości Zuber chce sprawdzić, czy ktoś taki potrafi wy... Nie, tu nie o wybaczenie chodzi... Hm... Może chce sprawdzić, czy w jego oczach miasto i ludzie są cokolwiek warci? Nie wiem... Jak to określić dokładniej.

Damira drgnęła. Tak... było coś w tym wszystkim, tym bardziej, że i Zuber nie doświadczył od ludzi za wiele dobrego. Łaziki, których miał za rodzinę, wydali go tym całym Nawianom, a ci traktowali go przez wiele lat gorzej niż psa łańcuchowego. Co prawda tu go przygarnięto i przyjęto dość życzliwie, co nieco zaskakuje, biorąc pod uwagę stosunek Kamulców do obcych, szczególnie tych dziwnych. Należy jednak pamiętać, że to miasto zaciągnęło na sam przód dług wobec niego, a nie on wobec miasta. Ocalił łowczego, prawie natychmiast zaczął zarabiać na swe utrzymanie, ratował inwentarz, leczył, wspomagał Hryciuka. No i nie należy zapominać, że dobrze manipulował ludźmi.

Podświadomie objęła dłońmi kubek. Był ciepły. Rozkosznie ciepły, a ciecz w nim pachniała słodko i aromatycznie. Niemal automatycznie zbliżyła naczynie do ust i upiła niewielki łyk gorącego naparu. Mocna herbata z dodatkiem jakiś ziół – zapewne mieszanka przygotowana przez zielarza – pigwy i miodu. Nieco pikantna, ale przyjemna w smaku i pobudzająca... Nawet lepiej niż kawa. Tego potrzebowała. Tego i solidnego posiłku jaki po chwili zaserwowała jej Ursula – jajek na toście i fasolki z dodatkiem warzyw oraz sporej ilości czosnkowej kiełbasy. Naprawdę nie potrafiła uwierzyć, że ledwie przed chwilą zamierzała wyrzucić dziewczynę z mieszkania. Co za głupota.

Kończąc posiłek, Damira obserwowała jak nastolatka sprząta. No cóż, Ursula, naprawdę była skuteczna. Miało się wrażenie, że bród i bałagan same uciekają przed tą małoletnią walkirią o aparycji barowego wykidajły. Nie minęła nawet godzina, a mieszkanie niemal lśniło. Jedyne ustępstwa dziewczyny na rzecz bałaganu, to pominięcie mycia okiem – co można było zrozumieć ze względu na czającą się na zewnątrz zarazę, nie wspominając o mrozie – i szorowania podług, chociaż trzeba oddać sprawiedliwości, że wymiotła je tak, iż nie było znać żadnej różnicy.

- Dobrze, pani komendant, moja praca jest zakończona – oświadczyła po wszystkim Ursula, wycierając ręce w poszarzałą od użytkowania szmatę. – Fasoli starczy wam jeszcze na dwa dni. Bez obawy, nie popsuje się. Użyłam takich przypraw, że nic z temu nie będzie. W koszu macie konserwy i kaszę, zabezpieczy was to na tydzień, może dłużej. Wy tylko nie zapomnijcie dołożyć do pieca, bo tu zamarzniecie i pomyjcie gary, jak skończycie jeść...

- Już skończyłam – mruknęła, wstając od stołu. – A gary pomyję, jak wrócę do domu. Mam z paroma osobami do pogadania i parę spraw do załatwienia.

- A gdzie idziecie? – w bystrych oczach dziewczyny błysnęła ciekawość.

- Gdzie, gdzie, gdzie... To moja rzecz, prawda? – Spojrzała surowo na dziewczynę, jednak nie zamierzała przed nią zbyt wiele zatajać. Z doświadczenia wiedziała, że rozpalona ciekawość potrafi być bardzo niewygodna, a pozorną otwartością można wiele ukryć. –Jak już musisz wiedzieć, to zamierzam zajrzeć do naszych doktorów, jak im idzie badanie bakcyla. Potem może odwiedzę panie Kozlov i Isaev, sprawdzić jak sobie radzą.

- Jeżeli wam to nie przeszkadza, pani komendant, chciałabym wam towarzyszyć do doktorów... Mnie też interesuje, czy coś zdziałali, zresztą to nie dziwota. No i siedzi tam doktor Hryciuk, możno będzie miał mi co do zlecenia.

- Coś bardzo chcesz się przydać doktorowi, prawda? A właściwie to jemu i zielarzowi.

- No ba! Przecie to zwiększa moje szanse, kiedy gruchnie plaga, no nie? Po niej może i też. A nuż mości Zuber będzie szukał kogo do terminu, a zielarz do dobry zawód, szczególnie kiedy doktórów mało. Nawet już powiedział, że możno bym się nadawała, zatem trza kuć żelazo póki gorące.

- Tak mówią...

Spojrzała na naciągająca na grzbiet połatany płaszcz dziewczynę. Ten płaszcz poruszył jej pamięć. Znała go... Znaczy prawdopodobnie znała i dziewczynę. Musiała ją już spotkać i to nie tylko minąć na ulicy.

- Moroz... Znam to nazwisko...

- Pięć lat temu, mój ojciec zatłukł moją matkę, a ja rozwaliłam mu łeb, kiedy próbował ubić i mnie. Szczęście matula nieźle go poharatała, to nie miałam trudno. – Uśmiechnęła się paskudnie. – Było sporo krwi. Powinniście pamiętać, wkurzyliście się, kiedy jeden z waszych nazwał mnie małą rzeźniczką.

Tak, Damira pamiętała. Mała dziewczynka o pustym, pozbawionym lęku spojrzeniu, ściskająca w ręku tłuczek do mięsa, mająca wiele siniaków i zadrapań na ciele, zarówno starych jak i nowych. Sąsiedzi mówili, że zarówno ojciec jak i matka zaniedbywali i tłukli ją, czasem zapominali nakarmić, lecz wszystko działo się za zamkniętymi drzwiami i na tyle cicho, że uniknęli znaku krwawej dłoni. W każdym razie, nie wyglądało na to, aby dziewczynka martwiła się tym, co zaszło, przeciwnie. Przepytywana szczerze przyznała, że nie kocha rodziców i uważa, że dobrze, że nie żyją. Były nawet podejrzenia, że poszczuła ich nawzajem na siebie, ujawniając romans matki, ale nawet jeżeli tak było nie mogli tego udowodnić... No i nawet gdyby udowodnili, nie mieliby za bardzo o co oskarżyć małą. W końcu to Władysław Moroz złapał za nóż, nie ona. Ona tylko się broniła.

Przyjrzała się Ursuli... Tak, rysy twarzy się zgadzały. Dziewczyna nawet jako dziecko nie była najładniejsza. Nie poznała jej głównie dlatego, iż wtedy, przed pięciu laty, ośmioletnia dziewczynka, którą zabrała z zachlapanej krwią kuchni, cierpiała na potworną niedowagę, teraz znów... Teraz Ursula była babą, co się zowie. Widać dobrze jej się wiodło. Na pewno o wiele lepiej niż za życia rodziców.

Ten połatany płaszcz należał do jej matki. Zapewne on i mieszkanie, to jedyne, co od nich dostała. Przynajmniej z wartościowych rzeczy.

Przypomniała sobie ojca Ursuli. Podrzędny kuśnierz znany z okrucieństwa wobec zwierząt i agresywny alkoholik mający zakaz wstępu do obrzynowego burdelu, bo lubił bić dziewczyny. Nie był to przyjemny człek, oj nie. Jej matka znów... Nie wiedziała o niej nazbyt wiele, ale również nie sprawiała dobrego wrażenia. W każdym razie, nawet jeżeli dziewczyna poszczuła rodziców na siebie, nie mogła mieć jej tego za złe.

- Tak, pamiętam. Istotnie było bardzo dużo krwi. Pewnie miałaś sporo szorowania, kiedy w końcu wróciłaś do domu.

Paskudny uśmiech Ursuli nieco stopniał. Westchnęła ciężko i skinęła głową, a jej oczy jakby pociemniały.

Damira w milczącym towarzystwie Ursuli opuściła mieszkanie, wychodząc na zalany słonecznym blaskiem, mroźny świat, gdzie śnieg i lód skrzyły się niczym najszlachetniejsze diamenty. Zwykle w takie dni zewsząd było słychać gwar i śmiechy dzieci urządzających ślizgawki, wojny na śnieżki, bądź jeżdżących na sankach. Jednak nie dziś. Wszędzie wokół zalegała niemal grobowa cisza, jeszcze głębsza niż w ostatnich dniach. Wieść o groźbie plagi zmroziła Kościokamieniec skuteczniej niż surowa zima. Nikt, absolutnie kit nie wychodził bez powodu z bezpiecznych mieszkań, jedynie co jakiś czas czyjaś niespokojna twarz pojawiała się w oknie. Wyglądano zarazy, zupełnie jakby ta miała się pojawić na progu czyjegoś domu w namacalnej formie.

Właściwie to poniekąd miano rację. Plaga czy raczej jej zapowiedź pojawiła się w nader widocznej formie.

Doktorzy otworzyli swe laboratorium w Nerce, gdzie rozgościło się kilka zakładów chemicznych, fabryka farmaceutyczna – wszystkie należące do Katarzyny Car – a także garbiarnia. Ze względu na nieprzyjemny zapach otaczający owe przybytki niewielu mieszkało tu ludzi, zatem i groźba nieoczekiwanego rozniesienia się mikroba była nikła. Zresztą mało który zarazek byłby w stanie wytrzymać w tutejszych wyziewach i zanieczyszczeniach. Nawet szczury i karaluchy unikały tego miejsca, uznając je za niezdatne do życia. Ludzie również, chociaż zdarzali się i tacy, którzy najmowali tu kwatery. Dziwni osobnicy.

Tak, niewiele było tu szczurów, toteż Damira potężnie zdziwiła się słysząc liczne, chociaż niezbyt głośne szczurze popiskiwania, którym towarzyszyły charakterystyczne chroboty. Po chwili do jej uszu dobiegły również nieliczne miauknięcia, krakania i skamlenia.

Zaskoczona, jeżeli nie kompletnie ogłupiała, spojrzała pytająco na Ursulę, która wyglądała na równie zdziwioną, co ona. Dopiero po chwili zobaczyła to. Obie zobaczyły.

Pierwsze pojawiły się wrony i kruki. Całą chmarą nieśpiesznie przeleciały nad ich głowami. Czarny obłok złożony z smolistych piór i cichego, wypranego ze zwykłej żywiołowości, jakby żałobnego krakania. Chwilę później pojawił się ciągnący z głębi miasta pochód. Wielki przemarsz szczurów, którym towarzyszyły idące z nimi ramię w ramię koty i udomowione lisy płowe. Zgodnie, bez zwady maszerowały w stronę Nogi, a stamtąd – zapewne – w dzicz. Opuszczały Kościokamieniec i jego niezabezpieczone piwnice, obfitujące w resztki śmietniki oraz pełne miski, mimo iż zima była wyjątkowo sroga, a poza murami czaiły się wilki i tygrysy.

„Jeżeli zobaczycie coś niezwykłego, coś czego nie widzieliście nigdy ze strony braci mniejszych, możecie być pewną, że nieszczęście stanęło na progu i puka do drzwi" – komendant przypomniała sobie słowo w słowo ostrzeżenie zielarza, a włosy stanęły jej dęba na karku.

Plaga, przed którą uciekały szczury. Epidemia, której chciały uniknąć wrony i kruki. Zaraza, na której nawet padlinożercy nie zamierzali ucztować. Nie wyglądało to dobrze, oj nie...

- Zaczyna się... - rozbrzmiał tuż obok komendant pełen nabożnego lęku głos Ursuli.


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości