[Przygody Merlina] Opowieści z Camelotu

Tutaj wrzucamy fanfiki do filmów, seriali telewizyjnych, kreskówek itp.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1195
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 17 paź 2010, 20:13

No, wreszcie komentuję. Sorki, że dopiero teraz, ale mam masakrycznie mało czasu ostatnio. Poniekąd na własne życzenie :P

"Bolesny poranek" bardzo mi się podoba. Co prawda chyba wolałabym, gdybyś zrezygnowała z formy retrospekcji i po prostu opisała tą ucztę, ale niech tam. Jak zwykle świetne poczucie humoru i genialne dialogi. Oczywiście bardzo mi przypadł do gustu ten fragment:
RedHatMeg pisze:O, i jeszcze z Colgrevancem za to, że pomylił Merlina z kobietą i zaczął się do niego zalecać.


Jeśli chodzi o "Kiedyś..." to mam mieszane uczucia. Fanfik nie jest zły (jak zwykle zgrabnie napisany, z zachowaniem charakterów postaci i klimatu serialu), ale pomysł uważam za zbyt słaby, żeby robić z niego fika, nawet jeśli jest on krótkim oneshotem. To już kwestia gustu. Gdybyś wplotła tu jeszcze jakiś wątek, gdyby to, że Gwaine zna sekret Merlina pozwoliłoby zawiązać jakąś ciekawą intrygę, byłoby fajnie. Ale sama alternatywna wersja zakończenia to dla mnie po prostu za mało.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2066
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 21 lis 2010, 16:12

Poniższy one-shot to jeden z tych pomysłów, które walają się po głowie, ale nie chcesz ich napisać, a potem, jak nie masz weny, postanawiasz je zrealizować i idzie jak burza. Inspiracją była legenda o zniknięciu Merlina, który został zamknięty w magicznym grobie prze Nimueh. Oczywiscie to luźna adaptacja (na początku miał być to z deka crack!fic, ale potem jakoś tak się zrobiło bardziej poważnie), więc lepiej sprawdzić w Wiki, niż wzorować się na tym, co tu napisałam. :mrgreen:
Jest to też pierwszy mój fik do Merlina, w którym pojawiają się zaklęcia (czyli koniec z frazami: "wymamrotał pod nosem jakieś zaklęcie...").

Tytuł: Kryształowa pułaka
Rating: +7 (a co!)
Ostrzeżenia: Spollery do trzeciej serii (Elyan i Gwaine).
Opis: Merlin został uwięziony w kryształowej trumnie. Artur, Lancelot, Gwaine i Elyan próbują go z niej wydostać.
Kryształowa pułapka
Merlin westchnął głęboko. Ta sytuacja była – delikatnie mówiąc – irytująca. Od ponad godziny mag leżał uwięziony w kryształowej trumnie w pobliżu znajomego jeziora. Freya – która widziała jak wcześniej jakaś podejrzana kobieta coś robiła w pobliżu jej miejsca spoczynku, ale nie miała pojęcia co, więc nie mogła uprzedzić ukochanego – była tak miła, że ruszyła po pomoc do Camelotu. W tym czasie Merlin leżał w trumnie i próbował wydostać się z niej za pomocą magii.
- Ic abietee paet stanhol. Ic abietee paet stanhol.
Po minucie bezskutecznych prób, które tylko sprawiały, że jego usta były wyschnięte i obolałe, przerwał wypowiadanie w kółko tego samego zaklęcia i postanowił wszystko przemyśleć. Znalazł się tu za sprawą magii, a więc tylko magią mógł się stąd wydostać. Za każdym razem, kiedy pomyślał o innej, bardziej przyziemnej metodzie, przypominały mu się historie o tych wszystkich nieboszczykach, z których grobowców dochodziły krzyki, a kiedy ich odkopywano, ich ręce były poranione, a paznokcie poobrywane od drapania w trumnę. I wtedy mógł usłyszeć przyśpieszone bicie własnego serca. W gruncie rzeczy cieszył się z tego, że jego trumna znajdowała się na trawie, a nie pod nią. Przynajmniej nie groziło mu zawalenie ziemią.
Wokoło było cicho, tylko szum wody dawał o sobie znać. Ta cisza doprowadzała Merlina do szału, miał wrażenie, że jest całkiem sam i że nikt mu nie pomoże. Ale ufał Freyi. Pomoc przybędzie, bo Freya nie zostawi go w potrzebie.
Niebawem do uszu czarodzieja dotarł odgłos końskich kopyt. Merlin poczuł jak ziemia się trzęsie, co oznaczało, że jeźdźców było więcej niż jeden. Przy trumnie pojawiła się znów Pani Jeziora – siedziała i pochylała się nad Merlinem, spoglądając na niego z wyrazem zmartwienia w oczach. Zaraz jednak podniosła wzrok i krzyknęła:
- Tutaj! Przy jeziorze! – Potem znów popatrzyła na Merlina i się lekko uśmiechnęła. – Już jadą. Niebawem będziesz wolny.
Zanim cokolwiek powiedział od strony ścieżki prowadzącej z lasu do jeziora wyjechało czterech mężczyzn – Artur, Gwaine, Lancelot i Elyan. Wszyscy czterej zatrzymali konie jakieś dwa metry od trumny; zeszli z siodeł i szybko podbiegli do Merlina. Przez kryształową szybę mógł zobaczyć jak stają naokoło niego i przyglądają mu się, jakby po prostu spadł z konia – Artur z wyrazem zażenowania, Lancelot i Elyan – zmartwienia, a Gwaine – złośliwej wesołości.
- Powiedz mi taką rzecz, Merlinie – zaczął Artur. – Dlaczego tobie zawsze przydarzają się takie rzeczy?
- No już bez przesady! – oburzył się Merlin. – Na pewno mnie się zdarzają rzadziej niż tobie, a i tak zawsze ratuję ci tyłek!
- Nie da się ukryć, że ma rację, panie – stwierdził Gwaine i uśmiechnął się.
- Co ty insynuujesz, Gwaine? – zapytał cicho, ale z wyraźnym rozdrażnieniem król.
- Cóż – wtrącił Lancelot – myślę, że Gwaine miał na myśli to, iż Merlin jest na tyle doświadczony, aby rozpoznać magiczne zagrożenie.
- Lata praktyki powinny cię nauczyć, że Merlin przeważnie ma rację – ciągnął dalej Gwaine – ale i tak często ignorujesz jego rady.
- Bo zwykle jest idiotą – wyjaśnił krótko Artur, po czym nagle coś mu przyszło do głowy i spytał: – Zaraz, zaraz. Skąd w ogóle mamy wiedzieć, że w tej trumnie leży Merlin? Może to jakieś czary Morgany albo innego czarnoksiężnika.
- Że co?! – wrzasnął czarownik, a potem zaraz zasyczał: – Poczekaj jak tylko stąd wyjdę, ćwoku.
- Tak – stwierdził Lancelot, kiwając głową. – To na pewno Merlin. – Zwrócił się do króla: – Co robimy, panie?
Artur zamyślił się przez chwilę. Jego wzrok spoczął na uwięzionym za kryształowym wiekiem Merlinie, który przyglądał mu się w napięciu i prawie się nie ruszał. Czekał na decyzję swojego króla. Inni też myśleli gorączkowo jak pomóc przyjacielowi. Kilka minut minęło bardzo powoli, aż w końcu odezwał się Lancelot:
- Zdaje się, panie, że powinniśmy podważyć wieko mieczami.
- Dobry pomysł, Lancelocie – pochwalił go Artur i nawet poklepał po ramieniu.
Wszyscy czterej wyjęli swoje zwyczajne, dwuręczne miecze, a Freya oddaliła się od trumny i stanęła na jeziorze. Król i rycerze wsadzili ostrza w szpary kryształowej trumny i zaczęli podważanie wieka. Merlin czuł się nieco nieswojo, będąc otoczonym przez klingi mieczy, które w każdej chwili mogły pójść za daleko i go zranić, ale na szczęście trumna nie była tak wąska, aby nie mogli nimi swobodnie manewrować. Niestety nie ważne jak wiele siły w to wkładali, wieko i tak pozostało niewzruszone. W końcu się zmęczyli i przerwali pracę.
- To… nie ma… sensu – oświadczył Artur oddychając ciężko i wbił swój miecz w ziemię.
Reszta zrobiła to samo. Wrócili do punktu wyjścia.
Nagle Elyan uśmiechnął się jakby coś sobie przypomniał albo jakby właśnie naszedł go jakiś genialny pomysł. Królewski szwagier podszedł do swojego konia i wyciągnął z juków kowalki młot z warsztatu swojego ojca. Zarówno Merlin, jak i pozostali jego „wybawcy” przyglądali się temu z niedowierzaniem.
- Elyan, ty… – zaczął wciąż jeszcze zszokowany Artur. – Ty naprawdę tachasz ze sobą młot kowalski?
- Kto wie czy się kiedyś nie przyda – odpowiedział Elyan, cały czas się uśmiechając.
Podszedł do trumny, trzymając oburącz młot. Nie było trudno zgadnąć, co zamierzał zrobić. W końcu stanął i podniósł nad głowę swoje narzędzie pracy. Z szerokim uśmiechem, który nie wróżył nic dobrego powiedział do uwięzionego czarownika:
- Nie martw się, Merlinie. Kryształ jest niczym w porównaniu do żelaznego młota.
- Elyan, nie sądzę, aby to był… – zaczął mag z nerwowym uśmieszkiem, ale nie zdążył dokończyć, bo syn kowala spuścił z impetem młot i Merlinowi pozostało tylko zakryć twarz ramionami przed odłamkami kryształu.
Jednak kiedy po dłuższej chwili nic na niego nie spadło, Merlin odsunął ręce i popatrzył na miejsce, gdzie Elyan uderzył. Nie było wgniecione ani nawet zarysowane. Elyan od razu zmarkotniał i zamachnął się jeszcze kilka razy, ale choć młot uderzał w kryształ z hukiem, trumna była wciąż cała, a Merlin nadal leżał w środku. W końcu Elyan się zmęczył, opadł na ziemię i usiadł, oddychając ciężko.
- Tak jak myślałem. Tę trumnę można otworzyć tylko magią – odparł po chwili Merlin i wszyscy na niego spojrzeli.
- Ach, tak?! – spytał z nutką irytacji król. – To może trzeba było od razu użyć zaklęć, żebyśmy nie musieli jechać tutaj na łeb na szyję, co?
- Myślisz, że nie próbowałem, ćwoku? – zapytał równie zezłoszczony Merlin. – Rzecz w tym, że moje zaklęcia nie działają. Popatrz. – Merlin odchrząknął i powiedział: – Ic abietee paet stanhol.
Tak jak poprzednio nic się nie stało.
- Tospringe.
Nic. Wieko trumny spoczywało na niej niewzruszenie.
Artur dotknął w zamyśleniu brody. Znów zapadła cisza. Tymczasem ciało Merlina było już obolałe z powodu leżenia wciąż w tej samej pozycji. Miał szczerą nadzieję, że uda im się coś wymyśleć, zanim całkiem zdrętwieje.
Wtedy odezwał się Lancelot:
- A może użyjesz tego czaru, który zwykle rzucasz na nasze lance, kiedy mamy walczyć z jakimś magicznym stworem? Tylko tym razem zaczarujesz nasze miecze i znów spróbujemy podważyć wieko.
Merlin zdziwił się na ten pomysł, ale przystał na niego. Po kolei zaczarował każdy z czterech mieczy, mówiąc: Bregdan anweald gafeluc, i zaraz wokół broni pojawiły się błękitne płomienie. Rycerze znów włożyli miecze w szpary i ponowili próby podważenia wieka. Lecz i tym razem ani drgnęło, choć próbowali z całych sił. Za to kilka razy magiczne płomienie liznęły Merlina, pozostawiając na jego skórze poparzenia, które nie wyglądały dobrze.
- To może zaczarujesz mój młot? – zaproponował Elyan. – Nie zaszkodzi spróbować, prawda?
- Skoro zaczarowane miecze nie pozostawiły nawet zadrapania, to zaczarowany młot też nie pomoże – oświadczył Gwaine.
Merlin zaczął już się poważnie martwić. A potem przeszło mu przez myśl, że może się z tej trumny nigdy nie wydostać. W końcu jego magia nie działała, a to już było niepokojące. Kto wie czy ten urok nie był nieodwracalny. Czarownik nie był w stanie tego sprawdzić z dala od biblioteki Gajusza. I naraz Merlin poczuł przypływ paniki. Co jeśli skończy mu się powietrze? Umrze i będzie tu tkwił do końca świata? Nie chciał skończyć w taki sposób. Za wszelką cenę musiał się uwolnić, ale nagle jego umysł się zablokował i zamiast myśleć racjonalnie, Merlin pozwolił, aby instynkt samozachowawczy i panika przejęły nad nim kontrolę. Począł walić z całej siły w wieko.
- Tospringe! Ic abietee paet stanhol! Tospringe! – krzyczał z całą zawziętością. – Ic abietee paet stanhol! Ic abietee paet stanhol! Tospringe!
- Merlinie, uspokój się. Nie masz się o co martwić. Uwolnimy cię. – Lancelot próbował przemówić mu do rozsądku.
- Tospringe! Tospringe! Tospringe!
- Merlinie, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz… – odparła Freya.
- Tospringe! Tospringe!
- Merlinie… – zaczął Gwaine, ale nie mógł dokończyć.
- Ic abietee paet stanhol! Ic abietee paet stanhol! Otwórz się, głupia trumno, otwórz!
- Merlinie!
Głos Artura był spokojny, ale stanowczy. Był to głos przywódcy, który potrafi jednym słowem zapanować nad przerażonym tłumem. To wystarczyło, aby Merlin zamarł oniemiały w oczekiwaniu na to, co Artur powie lub zrobi. A Artur stanął nad trumną i spojrzał na Merlina z poważnym wyrazem twarzy, który świadczył o tym, że król był gotów na wszystko byle tylko wydostać swojego przyjaciela z trumny.
- Ufasz mi, Merlinie? – spytał po chwili. Czarownik przytaknął ostrożnie, a wtedy Artur dodał: – Wyciągnę cię stąd.
Włożył pierwszy miecz do pochwy i wyjął drugi, a był nim Excalibur. Freya, Gwaine, Lancelot i Elyan odsunęli się od trumny, aby nie przeszkadzać królowi. Artur jednym, pewnym ruchem uderzył Excaliburem w kryształ, a potem usunął klingę na bok. Na pierwszy rzut oka trumna była cała i kolejna próba zakończyła się niepowodzeniem, ale Artur ukląkł, aby przyjrzeć się miejscu, gdzie wylądował jego miecz i po chwili uśmiechnął się. Merlin również się uśmiechnął. Na powierzchni kryształu pojawiła się bowiem rysa – mała, ale jednak; świadcząca o tym, że magiczna pułapka nie była niezniszczalna. Do Merlina powróciła nadzieja. Artur szybko powstał z kolan i zamachnął się jeszcze mocniej. Uderzył w to samo miejsce, pozostawiając jeszcze większą rysę, która miała szerokość pasa Merlina.
Artur znów podniósł miecz do góry.
- Poczekaj chwilkę – odezwał się nagle Merlin, sprawiając, że Artur się zatrzymał i spojrzał na niego ze zdziwieniem. Mag uśmiechnął się i dodał: – Mam pomysł. – Następnie powiedział: – Bregdan anweald gafeluc.
Dopiero kiedy Excalibur zajarzył się niebieskimi płomieniami, Artur spuścił go znów na trumnę, na której pojawiło się całkiem spore pęknięcie, a nawet mały kawałek kryształu ukruszył się i spadł na ziemię tuż obok lewej ręki Merlina. Król skorzystał z tego, że jego miecz był wciąż zaczarowany i uderzył po raz kolejny, a potem jeszcze raz. Teraz pęknięcie rozpościerało się na całe wieko kryształowej trumny tworząc nieregularny, pajęczynowaty wzór. Wydawało się, że wystarczył tylko jeden cios i wszystko się rozleci. Jednak Artur nie śpieszył się go zadać. Musiał dobrze pomyśleć jak to zrobić, aby przy okazji nie sprawić, że wszystko spadnie na Merlina.
- Może teraz spróbujesz jedno z tych poprzednich zaklęć? – zaproponował po chwili. – Jeśli teraz uderzę mieczem, to wszystko się na ciebie rozleci.
- Dobry pomysł, ale lepiej odsuńcie się wszyscy jak najdalej – stwierdził Merlin.
Kiedy rycerze wraz z końmi cofnęli się aż do lasu, położył rękę na samym środku pęknięcia i powiedział:
- Ic abietee paet stanhol.
Kryształowa trumna rozpadła się całkiem jak przy nieudanym alchemicznym eksperymencie i po chwili Merlin podniósł się i usiadł. Wszyscy do niego wybiegli ze swych kryjówek. Najpierw uścisnęła go Freya, całując go przy tym namiętnie w usta. Potem wpadł w ramiona Gwaine’a, a Lancelot poklepał go przyjacielsko. Kiedy Gwaine przerwał uścisk on i Elyan pomogli Merlinowi wstać. Czarownik szybko przeszedł nad kawałkami swojego niedawnego więzienia i stanął przy ścieżce do lasu, otrzepując się.
Wtedy podszedł do niego Artur. Obaj – król i czarownik – popatrzyli na siebie. Przez chwilę nic nie mówili, choć wiedzieli, że powinni. W końcu Merlin odchrząknął i, uśmiechając się lekko, oświadczył:
- Dzięki, Arturze.
Artur również się rozpromienił i klepnął go w ramię.
- Nie ma sprawy. – Następnie podszedł do swojego konia i dodał nieco poważniej: – Wracamy do Camelotu.
Merlin pożegnał się z Freyą. Gwaine pomógł Merlinowi wejść na swojego konia i cała piątka ruszyła w stronę zamku.
Ostatnio zmieniony 27 lis 2010, 14:29 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 5 razy.

Awatar użytkownika
Natka
pomocnik
Posty: 605
Rejestracja: 07 sty 2010, 19:56
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn

Postautor: Natka » 21 lis 2010, 18:12

- Zdaje się, panie, że powinniśmy podważyć wieko mieczami.

Powodzenia.

Tak swoją drogą to, co nazywamy mieczem dwuręcznym było raczej bronią piechoty. Jako że to ff do merlina, to dam sobie spokój z datowaniem -__^

A ff fajny, jak zwykle^^
OC-holic

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1195
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 22 lis 2010, 20:06

Zdecydowanie brakuje mi tu wyjaśnienia, kto i dlaczego zamknął Merlina w magicznej kryształowej trumnie. Sam pomysł dobry, ale cała scenka wyjęta z pupy. Wolałabym, żeby była częścią czegoś większego.

Wykonanie ok, miło się czytało, ale wg mnie troszkę przesadziłaś z tymi zaklęciami. Wolałabym, żeby część inkantacji została zastąpiona zwrotami "wymamrotał zaklęcie", a już szczególnie w narracji, np:
RedHatMeg pisze:Po kolei zaczarował każdy z czterech mieczy, mówiąc: Bregdan anweald gafeluc
Przytaczanie zaklęć w takich momentach uważam za zbędne.

Podobało mi się, jak Merlin zaczął panikować i Artur go uspokoił ^^
Hyuu~!

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2066
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 22 lis 2010, 20:55

Miryoku pisze:Zdecydowanie brakuje mi tu wyjaśnienia, kto i dlaczego zamknął Merlina w magicznej kryształowej trumnie. Sam pomysł dobry, ale cała scenka wyjęta z pupy. Wolałabym, żeby była częścią czegoś większego.

W oryginale to była nimiana (czyli Nimueh). Od początku wyobrażałam sobie, że nie zamieszczę sceny, w której Merlin zostaje uwięziony, tylko od razu pokażę go leżącego w tej trumnie. Myślałam, co prawda, nad tym, czy by nie wsadzić tam uśmiechniętej Morgany, która nagle pojawia się i mówi: "To nic nie da, Arturze. tylko ja wiem jak go stąd wydostać.", ale potem doszłam do wniosku, że to będzie za dużo na jednego one-shota i pozostałam przy starym zakończeniu, w którym Artur wyciąga Excalibura.
Miryoku pisze:Podobało mi się, jak Merlin zaczął panikować i Artur go uspokoił ^^

Na początku w ogóle tego nie było, ale w miarę jak pisałam, dochodziłam do wniosku, że to może być bardzo fajny pomysł. W ogóle ostatnio bardzo mi się chce pisać fik, w którym merlin jest w opałach, a inni muszą go uratować (szczególnie Gwaine; brakuje mi fików o przyjaźni miedzy nim a Merlinem).

Awatar użytkownika
An-Nah
mistrz
Posty: 482
Rejestracja: 02 sty 2010, 20:26
Lokalizacja: mHroczne miasto Kraków

Postautor: An-Nah » 24 lis 2010, 15:35

Całej sytuacji zabrakło IMHO kontekstu. A morał o współpracy i sile przyjaźni - już był. Pozostawia niedosyt. Przepraszam, że tak dziś po tobie jadę, ale IMHO stać cię na więcej, a i ten pomysł daje większe możliwości. Miryoku ma rację, to powinna być część czegoś większego, zabrakło powodu dla którego Merlin został uwięziony, zabrakło panów szukających sprawcy żeby go ukarać/unieszkodliwić.
Come with me in the twilight of a summer night for awhile
Tell me of a story never ever told in the past

(...)

Fanatics find their heaven in never ending storming wind
Auguries of destruction be a lullaby for rebirth

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2066
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 27 lis 2010, 19:30

Tym razem fik refleksyjny, który przyszedł mi do głowy niedawno. Chciałam napisać coś o przyjaźni między Gwainem i Merlinem, bo mało tego, nawet na fanfiction.net. No i pewnego dnia pomyślałam, że przecież Gwaine zwykle spija się na umór, więc może kiedy się budzi taki skacowany, jest to idealny moment, aby zastanowił się nad swoim życiem. Jest to więc fik skoncetrowany tylko na nim i jego relacjach z Merlinem.

Tytuł: Wolny duch o poranku
Rating: +12
Ostrzeżenie: Spoilery z odcinków 3x4 i 3x8.
Opis: Był wolnym duchem. Nie potrzebował nikogo i niczego ponad to, co nosił w torbie i co mógł zarobić. Cały świat był jego domem, a co najważniejsze – nikomu nie podlegał. Jeszcze do niedawna taki sposób bycia mu odpowiadał, ale po wydarzeniach w Camelocie i historii z Królem Rybakiem Gwaine coraz częściej miał wrażenie, że czegoś mu brakowało.
Wolny duch o poranku
Gwaine powoli otworzył oczy. Wyschnięte gardło i nagły przypływ migreny przypomniały mu o zdarzeniach minionej nocy. Nie musiał się specjalnie rozglądać, aby wiedzieć, że nie leży na podłodze tawerny (co nieraz mu się zdarzało), tylko w wynajętym przez siebie pokoju, który dzielił z jakimś, w tej chwili nieobecnym, knypkiem.
Mężczyzna nie miał ochoty, aby ruszyć choćby jednym mięśniem. Jedynie jego oczy rozglądały się po pokoju, nie mogąc spocząć na jednym miejscu. Pokój był mały i ubogi w umeblowanie – miał dwa łóżka, dwa krzesła i stół, na którym znajdowała się jedna, samotna świeczka. Ściany były pokryte poszarzałym i popękanym przez czas wapnem, a drewniana podłoga porysowana i brudna. Promienie słońca przedostawały się do środka przez okno i sprawiały, że kac był jeszcze trudniejszy do zniesienia.
Najwyraźniej ktoś był tak miły i zaniósł Gwaine’a do łóżka, kiedy tylko stracił przytomność. Mężczyzna westchnął. W ciszy poranka, kiedy był sam ze swoim kacem, dotkliwie odczuwał brak bratniej duszy. Jego dorosłe życie było właściwie serią powtarzających się epizodów: przyjeżdżał do miasta, zatrzymywał się w tawernie, jadł, znajdował sobie jakąś dorywczą pracę, aby potem przepić lub przegrać w kości zarobione pieniądze, a potem ruszał do następnej tawerny albo innego miasta. Był wolnym duchem. Nie potrzebował nikogo i niczego ponad to, co nosił w torbie i co mógł zarobić. Cały świat był jego domem, a co najważniejsze – nikomu nie podlegał. Jeszcze do niedawna taki sposób bycia mu odpowiadał, ale po wydarzeniach w Camelocie i historii z Królem Rybakiem Gwaine coraz częściej miał wrażenie, że czegoś mu brakowało.

Czuł, że ktoś zawiesił go sobie na ramieniu i pomaga mu wejść po schodach z pogrążonego w ciemnościach korytarza do małej izby. Jego nogi chwiały się tak bardzo, że przechylał w bok swojego wybawcę, który prowadził go w stronę łóżka. Gwaine czuł się wspaniale, radość wręcz go rozpierała. Alkohol buzował w jego głowie, podtrzymując uczucie euforii, ale było jeszcze coś. Coś, na co wcześniej nie zwracał zbytniej uwagi. Wrażenie miłego ciepła, wytwarzanego przez drugiego człowieka, którego poznał zaledwie dwa dni wcześniej, a który wydawał mu się kimś bliższym. Tak się cieszył z obecności tego kogoś, że słowa same wyszły z jego ust:
- Jesteś najlepszym przyjacielem jakiego kiedykolwiek miałem.
- Wygląda na to, że masz ich całkiem sporo – odpowiedział nieco poirytowany Merlin, który położył go na łóżku.
Już na leżąco, Gwaine zaśmiał się, Merlin również. Ta cała sytuacja była właściwie bardzo zabawna. Dobrze było usłyszeć czyjś śmiech. Gdyby Gwaine śmiał się sam, poczułby się jak głupek. Obecność Merlina sprawiała, że chciało mu się żartować.
- Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć minę Artura, kiedy ujrzy ten rachunek.


Gwaine ostrożnie przechylił głowę w bok i spojrzał na puste łóżko po swojej prawej stronie. Dziwne, nigdy wcześniej nie tęsknił za czyimś towarzystwem; nigdy wcześniej nie miał uczucia tak przytłaczającej samotności. Albo i miał, tylko nie zawracał sobie tym głowy. Niemniej jednak ostatnio dopadał go rankiem natłok dziwnych, pozornie niezwiązanych ze sobą myśli. Wspomnienia krążyły w jego głowie chaotycznie, przyprawiając go o depresję.

- Do widzenia, Rose. Przyjdź jeszcze jutro – powiedziała matka, stojąc w drzwiach.
- Na pewno przyjdę. O, i opowiem, co usłyszałam w mieście – odparła smukła kobieta w średnim wieku, która stała już na zewnątrz i zamierzała iść w stronę rynku.
Siedzący przy stole pięcioletni Gwaine przyglądał się im z zainteresowaniem. Pocałowały się w oba policzki i Rose odeszła. Matka zamknęła za sobą drzwi i poszła do kuchni, aby przygotować obiad. Przez dłuższy czas trwała cisza, zarówno Gwaine, jak i jego matka się nie odzywali, pochłonięci własnymi myślami. Jednak po pewnym czasie to milczenie stało się dla Gwaine’a nie do zniesienia. Postanowił je przerwać i zacząć jakąś miłą rozmowę.
- Sympatyczna ta Rose. Tęsknisz za nią, mamo? – spytał po chwili.
Kobieta aż odwróciła się ze zdziwienia, popatrzyła na swojego synka, prychnęła śmiechem i powróciła do pracy.
- Kochanie, przecież ona tu jutro przyjdzie znowu. Dlaczego miałabym za nią tęsknić?
- Myślałem, że jesteście bliskimi przyjaciółkami.
- I jesteśmy. – Szybko rzuciła okiem w stronę chłopca i dodała: – Widzisz, kochanie, kiedy rozstajesz się z przyjacielem, a wiesz, że niebawem się zobaczycie i że wszystko z nim dobrze, nie tęsknisz za nim. Rozstanie nie jest dla ciebie jakimś wielkim dramatem, jeśli wasze spotkanie nie dojdzie do skutku, też nie rozpaczasz, a jeśli dojdzie, to też jest dobrze. Na pewno masz kolegę, którego bardzo lubisz. Czy teraz za nim tęsknisz?
- Nie, mamo.


- Tak, mamo – wyszeptał ochrypłym głosem do nikogo.
Choć nie zgodziłby się teraz, że Merlin to jego „kolega”, albowiem od tego pamiętnego wieczoru, kiedy zaprowadził pijanego Gwaine’a do łóżka, a potem odkrył przed nim, że jego zmarły ojciec również został zdradzony przez króla, Gwaine nie potrafił myśleć o nim inaczej jak o przyjacielu. To dlatego był tak skory do pomocy przy zdemaskowaniu Degra i Ebora; to dlatego po zbyt długim niewracaniu Merlina pobiegł go poszukać, a potem bronił go przed bandytami udającymi rycerzy; to dlatego kiedy Merlin go odszukał i poprosił o wsparcie w misji Artura, Gwaine natychmiast zabrał ze sobą cały swój dobytek i wyruszył w drogę. Za pierwszym razem, w gospodzie, pomógł im z wewnętrznego poczucia sprawiedliwości (dwóch przeciwko całej bandzie to nie była równa walka). Potem robił to tylko dla Merlina. To wszystko wydawało się być tak naturalne – jak oddychanie. Jeśli Merlin miał kłopoty, Gwaine ruszał mu na pomoc bez minuty zastanowienia.
Książę Artur go nie obchodził. To znaczy – z całą pewnością był dobrym, honorowym i szlachetnym człowiekiem, ale Gwaine nie tęsknił za nim tak jak za Merlinem. Artur był mu prawie obcy. Merlin był dla niego jak brat. Gwaine spotkał w swoim życiu wielu ludzi, z którymi mógł wypić piwo i sobie pożartować, ale oni nie byli dla niego nikim ważnym. Tylko Merlin tak często pojawiał się w jego myślach; tylko on sprawiał, że dzień po popijawie Gwaine żałował, że go nie ma; tylko o niego się martwił.
Widzisz, kochanie, kiedy rozstajesz się z przyjacielem, a wiesz, że niebawem się zobaczycie i że wszystko z nim dobrze, nie tęsknisz za nim…
Ale Gwaine dobrze wiedział, że to, co teraz czuł, to tęsknota za Merlinem. Wiele razy zastanawiał się, co jego przyjaciel teraz porabia. Zawsze dochodził do wniosku, że chłopak pewnie czyści buty Artura albo robi dla niego jakąś inną pracę, i ta myśl sprawiała, że Gwaine mimowolnie się uśmiechał. Zaraz jednak dopadała go inna myśl – co jeśli właśnie teraz był sam przeciwko grupce zbirów, którzy byli gotowi go obrabować, pobić i zostawić dogorywającego na ziemi? Albo co gorsza – musiał zdemaskować kolejny magiczny spisek przeciwko Utherowi? W końcu wielu chciało zniszczyć Camelot i zemścić się na Utherze w ten czy inny sposób, a Merlin był gotów na wszystko, byleby tylko chronić Artura. Przy okazji i jemu mogło się coś stać. Średnio mu wychodziło robienie mieczem i miał niesamowity talent wpakowywania się w kłopoty. Toteż Merlin był dla Gwaine’a troszkę jak młodszy braciszek.
W takich momentach Gwaine przeklinał króla za to, że go wygnał. Gdyby Uther mu wybaczył, zamiast podtrzymywać swoją decyzję, on mógłby osiąść w Camelocie, widywać Merlina na co dzień i chronić go w razie potrzeby. To mógłby być jego dom… Dopóki Uther nie umrze albo nie odwoła wyroku, Gwaine musiał trzymać się z dala od Camelotu i od swojego przyjaciela. I musiał czuć się właśnie w taki sposób – samotny, niespokojny i niepewny, czy kiedy zawita znów do królestwa Uthera, Merlin wciąż tam będzie.
Bo kiedyś na pewno wróci. Jeśli nie z dekretu króla (obojętnie czy będzie nim Uther, czy Artur), to sam tam przyjedzie, gdy uzna, że Camelot (czy też raczej Merlin) go potrzebuje. Choćby musiał całkowicie zmienić swój wygląd albo kryć się po lasach, kiedyś wróci. I oby tego dnia dowiedział się, że jego przyjaciel ma się dobrze.
Czasem Gwaine żałował, że nie zaproponował Merlinowi, aby z nim poszedł. Byłby wtedy takim samym wolnym duchem jak Gwaine. Przeżyliby razem mnóstwo niewiarygodnych przygód, żyliby chwilą, cieszyliby się każdym spędzonym razem dniem. W głowie Gwaine’a wszystko było takie proste i wspaniałe.
Zaraz jednak uświadamiał sobie, że Merlin przecież i tak by się nie zgodził. Za bardzo był przywiązany do Artura, aby go zostawić. Gwaine wiedział o tym od momentu, w którym Merlin powiedział mu, że książę nie jest taki zły. Mimo że Artur traktował go czasem źle i bywał niewdzięczny, Merlin był gotów na wiele, aby mu służyć.
Artur ma szczęście, że ma nas…
Poprawka, Merlinie: ma szczęście, że ma ciebie
– pomyślał Gwaine. Zawsze uważał, że szlachectwo zobowiązuje. Merlin ryzykował własne życie, aby zdobyć zaczarowane miecze tych, którzy chcieli zabić Artura; zadał sobie trud, aby sprawdzić każdą tawernę w Mercii i odnaleźć Gwaine’a, i z całą pewnością robił wiele innych, ryzykownych rzeczy dla dobra księcia. Oby jego pan był godzien takiego oddania. Gdyby był kolejnym rozpieszczonym księciuniem, który ma się za ważniejszego od innych i nie wie co to poświęcenie, nie zasługiwałby na takiego sługę jak Merlin. Ale Artur zdradzał oznaki szlachetności, więc być może był godzien.
Gwiane powoli dźwignął się z łóżka i usiadł. Wciąż kręciło mu się w głowie, ale spojrzał w okno. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Idealny na długą, konną podróż do kolejnego siedliska ludzkiego. Gwaine uśmiechnął się. Gdziekolwiek jest Merlin i cokolwiek teraz robi, być może to samo słońce zagląda teraz w jego okno i napawa go optymizmem, który pozwoli mu przetrwać kolejny dzień na dworze króla Uthera.
Tymczasem on – Gwaine – musiał się niebawem zbierać do następnej gospody. Jego wolny duch nie mógł usiedzieć długo w jednym miejscu. Mnóstwo tawern czekało, aby on do nich przybył, mnóstwo piw, aby ich skosztował i mnóstwo oprychów, aby im przywalił.
Zszedł tylko na dół, wypił klina i pozdrowił kilku ze swoich nowych znajomych, którzy akurat przebywali o tej porze w tawernie. Na wieść o tym, że już odjeżdża, wielu z nich zasmuciło się i próbowało go przekonać, aby został, ale on był nieprzejednany. Zawsze tak było, jak odchodził. Zawsze ktoś chciał, aby on jednak został. I zawsze jakaś jego część chciała, aby to zrobił – osiadł na stałe i cieszył się życiem. Nawet gdy on nie mógł zostać.
- Dlaczego nie powiesz królowi, kim jesteś? Otrzymałbyś ułaskawienie. Mógłbyś zostać w Camelocie…
- Nigdy nie mógłbym służyć Utherowi…

Gwaine położył przed karczmarzem zapłatę za nocleg i trunki, pożegnał się po raz ostatni z gośćmi, założył worek na plecy i ruszył w stronę wyjścia.
- Ale pomogłeś Arturowi.
- Wstawił się za mną.
- Wiedziałeś, że to zrobi.

Nawet nie odwrócił się, kiedy przekroczył próg i wyszedł na podwórze. Podszedł do swojego konia i nieśpiesznie objuczył go. Dzieci bawiły się, kobiety rozmawiały, gdzieś w oddali słychać było gdakające kury. Ale Gwaine wydawał się być głuchy na życie wokół niego.
- Pokazał, że naprawdę jest szlachetny.
- Dlaczego więc nie zostaniesz?

Westchnął głęboko, po czym wskoczył na konia. Pociągnął za cugle i skierował się w stronę lasu. Był jakby nieobecny, pogrążony we własnych myślach. Och, Merlinie – pomyślał. – Dobrze wiesz, że twoje prośby na nic by się nie zdały. Choćbyś nie wiem jak próbował, ja i tak nie mógłbym pozostać w Camelocie.
- Mógłbyś zostać rycerzem jak twój ojciec.

Znów westchnął, ale tym razem podniósł głowę. Przecież już ci mówiłem… Nigdy nie zostaję zbyt długo w jednym miejscu, bo ludzie szybko mają mnie dość. Poza tym nie chcę być rycerzem tak jak mój ojciec.
- Dobrze walczyliście, ty i Artur.

Nawet nie zauważył, kiedy wyjechał z wioski i znalazł się na ścieżce prowadzącej przez las do następnej osady. Jego myśli dryfowały same, odpowiadając wspomnieniu jego przyjaciela. Nie chcę być niczyim wasalem, Merlinie. Szczególnie wasalem kogoś takiego jak Uther. Przecież o tym wiesz. – Miał wrażenie, że się usprawiedliwia, ale ten, przed kim to robi, nie był w stanie go usłyszeć. – Ja jestem wolnym duchem, Merlinie. Nikomu nie podlegam i niech tak zostanie. Nie potrzebuję też wyrazów wdzięczności od królów i książąt. Sam sobie wystarczam.
Tak więc jechał, zdając się na los. Kontynuował swoją niekończącą się podróż w poszukiwaniu dobrej zabawy. Wolny jak ptak i nieprzywiązany do żadnego miejsca. Po prostu szczęśliwy, bo podążający własną drogą.
Tylko dlaczego czuł się tak okropnie?

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1195
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 08 gru 2010, 20:28

Hmm... Trudno mi wyrazić jednoznaczną opinię na temat tego fika. Podobał mi się, czytało się go dobrze. Jest poprawnie napisany, wpadek językowych nie zauważyłam, oprócz tego jednego zdanka, które niezbyt dobrze mi zabrzmiało:
RedHatMeg pisze:to dlatego po zbyt długim niewracaniu Merlina pobiegł go poszukać
Słowo "niewracanie" jakoś mnie razi. Osobiście wolałabym, żeby zmienić to zdanie na "gdy Merlin długo nie wracał" bądź "po zbyt długim oczekiwaniu na powrót Merlina". Taka mała sugestia stylistyczna.

Emocje Gwaine'a ładnie opisane. Ale nie wydaje Ci się, że ukazujesz facetów jako zbyt uczuciowych? Owszem, bywają tacy bardziej wrażliwi, ale w Twoich opowiadaniach często pojawiają się rozważania, które wg mnie są jak na mężczyznę nieco zbyt... sentymentalne? Jest to też kolejny Twój refleksyjny fik o przyjaźni, troszkę mi się to już przejadło. Rozumiem jednak, że piszesz dużo, więc pewne motywy w Twoich opowiadaniach będą się powtarzać, poza tym ja też lubię sceny, w których jest dużo rozważań. Ale wolałabym, gdyby takie rzeczy wymieszane były z jakąś akcją.

Swoją drogą, ten fik jest przesiąknięty slashem. Wiem, że niezamierzenie, ale jest :P Można by zrobić z tego songfika do "Niepewności" Grechuty. Przynajmniej byłoby to coś nowego w Twojej twórczości ^^
Hyuu~!

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2066
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 16 lut 2011, 05:22

Wesoła przygoda sir Lancelota i przyjaciół
Kurtyna idzie w górę. Artur Pendragon siedzi na fotelu w swojej komnacie. Po chwili odwraca się do widowni.
Artur: Opowiem wam dzisiaj, drodzy przyjaciele, pewną historię, która przydarzyła się jakiś czas temu mnie, mojemu słudze i moim dwóm rycerzom. Usiądźcie wygodnie, bo będzie to historia o rzeczach mrożących krew w żyłach, rzeczach, które mogą doprowadzić do łez nawet najdzielniejszych mężów…
Wchodzi Merlin. Staje koło Artura, który się do niego odwraca.
Merlin: No, Arturze, wyprałem twój płaszcz, naostrzyłem ci miecz, nakarmiłem psy i posprzątałem komnatę. Mimo że zrobiłem to wszystko, wciąż nie pojawiła się moja dobra wróżka i nie zabrała mnie na bal.
Artur: Idioto, przerwałeś mi opowieść.
Merlin: (szeptem) Wybacz, panie. Już jestem cicho.
Artur: (odwraca się z powrotem do widowni) A więc zdarzyło się to podczas polowania. W lesie panowała śmiertelna cisza, kiedy to przez ciemna głuszę przedzierali się…
Nagle drzwi do komnaty się otwierają i wychylają zza nich głowy Lancelota i Gwaine’a.
Gwaine: Hej, Merlinie, czy nasza popijawa jest nadal aktualna?
Merlin: (odwraca się do niego) No, jasne.
Artur: Ekhm…
Wszyscy trzej zwracają na niego uwagę.
Artur: Przerwaliście mi opowiadanie historii. Znowu.
Gwaine: A jakąż to szlachetną historię chciałeś przekazać przyszłym pokoleniom, cny bardzie?
Artur: Tę, która przydarzyła się nam podczas ostatniego polowania.
Merlin: Masz na myśli tę, kiedy zabiłeś…
Artur podnosi się z fotela i wali Merlina w potylicę.
Artur: Nie spoileruj, idioto. Ja mam opowiedzieć tę historię i zrobię to. A jeśli jeszcze raz mi przerwiesz, zakuję cię w dyby.
Merlin: No dobra! Nie ciskaj się tak, ćwoku.
Gwaine: Wiesz, panie, może lepiej my tu zostaniemy. (wchodzi wraz z Lancelotem do komnaty) Tak na wszelki wypadek, abyś niczego nie poplątał.
Artur: Dlaczego sugerujecie, że mógłbym coś poplątać?! Dlaczego w ogóle śmiecie się tak do mnie odzywać? Jestem waszym królem!
Merlin: Z całym szacunkiem, Wasza Ćwokowatość. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Nie okazujemy ci należnej czci tylko po to, aby woda sodowa nie uderzyła ci do głowy i żebyś nie zaprzepaścił mojej ciężkiej pracy zmieniania cię z nadętego ćwoka w niczego sobie króla.
Artur: Co ty, za przeproszeniem, powiedziałeś?!
Lancelot staje pomiędzy nimi.
Lancelot: Panie, może lepiej odłóż ukaranie Merlina na później i pójdź dalej z opowieścią.
Artur: Dziękuję, Lancelocie. (odwraca się do widowni i posyła jej delikatny uśmiech) Tak więc zdarzyło się to podczas polowania. W lesie panowała śmiertelna cisza, kiedy to przez ciemną głuszę przedzierali się powoli czterej mężczyźni: przystojny król Artur, odważny sir Lancelot, złotousty sir Gwaine i Merlin.
Merlin: A ja co? Pies? Dlaczego nie dałeś mi żadnego ozdobnika?
Artur: No niech ci będzie. Przystojny król Artur, odważny sir Lancelot, złotousty sir Gwaine i idiota Merlin.
Merlin: Ćwok.
Artur: A więc cni mężowie… i Merlin szli przez las. Szli, szli, szli…
Merlin: (z wyrazem zachwytu) I wtedy ujrzeli przecudne stworzenie o kształcie wierzchowca. Miało śnieżnobiałą sierść, mlecznobiałą grzywę i złoty róg. Jednorożec podszedł do nas nieśmiało i już miałem go pogłaskać… (przerwał przyjął znudzony wyraz twarzy), kiedy nagle Artur go ustrzelił.
Artur: Ile razy mam przepraszać?! Przecież wiesz, że nie chciałem!
Gwaine: Panie, kiedy celujesz do czegoś z kuszy przez dłuższy czas, to raczej chcesz to ustrzelić.
Artur: No, chyba że tak. Ale to bardzo ciekawe, że oba jednorożce, które zdarzyło mi się w swoim życiu spotkać, były tak ufne wobec Merlina. Zwłaszcza, że aby oswoić jednorożca, trzeba być sami-wiecie-kim.
Merlin: O przepraszam! Tym razem jednorożec skłaniał się bardziej ku tobie!
Artur: Nie, nie, nie. To oczywiste, że szedł do ciebie, Merlinie.
Gwaine: Moim zdaniem do Lancelota. (prycha śmiechem) Bo na pewno nie do mnie. Zresztą o co, kurwa, chodzi? Żyjemy w średniowieczu. Dziewictwo to nie obciach.
Merlin: Może to nie tyle średniowiecze, co czasy celtyckie.
Artur: Dobra, przestańcie. Znowu schodzimy z tematu. Ekhm… No, więc stało się. Jednorożec padł i byliśmy w dupie. Nagle pojawił się nasz znajomy Anhora.
Merlin: Postanowiliśmy go obłaskawić. Podszedłem do niego, uśmiechnąłem się szarmancko i powiedziałem: „Cześć, Anhora. Jak tam życie? Na pewno artretyzm daje się we znaki…”
Artur: Palnąłem idiotę w łeb i sam postanowiłem zagadać do staruszka: „Widzisz, stary, mieliśmy tu mały wypadek i tak się jakoś złożyło, że zabiliśmy ci jednorożca. Wiem, że normalnie rzuciłbyś na Camelot klątwę, ja musiałbym przejść te trzy próby i tak dalej, ale bardzo nam się śpieszy, więc może byś nam tak odpuścił po znajomości?”
Merlin: Nam?! To ty załatwiłeś jednorożca, ćwoku!
Artur: Merlinie, wiesz, co mam na myśli. Poza tym to był wypadek.
Gwaine: W każdym razie Anhora nie wydawał się przekonany, więc ja i Lancelot postanowiliśmy przejąć inicjatywę. Powiedziałem mu: „Wiem, że to wszystko wygląda nieciekawie, ale możemy odkupić tego jednorożca.” A on na to: „Odkupicie go własną krwią!”
Artur: Od kiedy to Anhora jest taki krwiożerczy?
Merlin: Właśnie. Przecież nie jest antagonistą per se. Ale widocznie na potrzeby tej opowieści, musimy go ździebko zdemonizować.
Lancelot: W każdym razie do akcji wkroczyłem ja. Ukląkłem przed Anhorą, pochyliłem głowę i oświadczyłem: „Panie, wiem, że jesteś cnym mężem o dobrym sercu i że my, niegodne robaki, śmieliśmy zbezcześcić twoje ziemię i przelać niewinną krew z twojego stada.”
Gwaine: „Dobra jest! Wazelina zawsze działa…” – szepnąłem do Merlina.
Lancelot: (lekko zirytowany) „W każdym razie, przyjmij mnie, panie, jako niewolnika. Ukarz mnie zamiast Camelotu za błędy jego władcy.” Anhora tak popatrzył na mnie, zamyślił się przez chwilę, aż w końcu powiedział: „Dobra, może być.” Złapał mnie za rękę i po chwili przenieśliśmy się w dziwne miejsce. To była duża polana z różowymi kwiatkami, na której pasły się kucyki i puszyste króliczki, a gdzieniegdzie na jasnym niebie rozpościerała się nad nami tęcza. Myślałem, że umarłem i trafiłem za jakieś bliżej nieokreślone grzechy na plan „My Little Pony”. Anhora usiadł na pobliskim wzgórku i posadził mnie obok. Zaczęły się nasze długie rozmowy o życiu i śmierci.
Artur: Tymczasem myśmy stali jak wryci przez dłuższy moment i zastanawiali się co robić. Po chwili dotarło do nas, że nasz przyjaciel poświęcił się dla nas i całego królestwa. Merlin wyszedł z inicjatywą, aby go uwolnić. Gwaine nawet go poparł, ale ja im powiedziałem, że to nie ma sensu, bo Lancelot oddał się dobrowolnie i jego ofiara poszłaby na marne, gdybyśmy teraz poszli go ratować. Powróciliśmy do Camelotu. Mimo że przez całą drogę do zamku Merlin i Gwaine dawali mi tak zwany „silent treatment”, udało mi się dotrwać do końca podróży bez zanudzenia się na śmierć. Za to, kiedy Gwen zauważyła, że nie ma z nami Lancelota, mało mnie nie udusiła.
Merlin: (z entuzjazmem) Tak więc jakieś dwie minuty potem trzyosobowa grupa dzielnych mężów – w tym ja – wyruszyła dziarsko w podróż, aby uratować swojego towarzysza.
Lancelot: W tym czasie ja poznawałem bliżej Anhorę. Opowiedział mi o tym, że chciałby przejść już na emeryturę i zająć się majsterkowaniem. Nawet pokazał mi kilka swoich zegarów z kukułką. Pozostawały wiele do życzenia, no ale miały jednak własny styl. Taki gothowaty, z mnóstwem kolców z gwoździ. W każdym razie miał już dość pasania jednorożców i szukał zastępcy. Siłą rzeczy musiałem nim zostać. Już mieliśmy zacząć kurs przygotowawczy, kiedy nagle pojawili się oni (wskazuje ręką Merlina, Artura i Gwaine’a) i nam przerwali, robiąc mi wstyd.
Gwaine: (obrażony) No wiesz, stary! Trochę wdzięczności! Przemierzyliśmy pół lasu, aby znaleźć miejsce, gdzie cię zabrał tamten stary zboczeniec.
Lancelot: Jaki „stary zboczeniec”?! Facet potrzebował tylko kogoś do pogadania i do przekazania spuścizny.
Gwaine: Taa, jasne. Ciesz się, że udało nam się przybyć, zanim zapadł zmrok i mogłeś się przekonać jak bardzo był samotny.
Merlin: Przestań, Gwaine. Wbrew pozorom homoseksualizm nie jest AŻ tak powszechny.
Lancelot: Możecie mi chociaż powiedzieć, jak udało wam się nas znaleźć?
Gwaine: Proste, znamy producenta i zgodził się nam pomóc, jeśli damy mu autografy Bradleya Jamesa i Colina Morgana.
Artur: A tak naprawdę to przeszliśmy przez Labirynt Gedref i jakoś tak nas wyrzuciło w dobre miejsce. W każdym razie kiedy was wreszcie znaleźliśmy, zaproponowaliśmy Anhorze, że podda mnie, Merlina i Gwaine’a tym trzem próbom i jeśli się sprawdzimy, uwolni Lancelota. Staruszek się zgodził i od razu postanowił mieć to z głowy, bo niebawem musiał wziąć swoje lekarstwo.
Merlin: Najpierw była moja próba. Musiałem uzdrowić jednego wieśniaka. Nie byłoby to nic wielkiego, gdyby nie to, że gonili mnie inni wieśniacy z widłami. Wziąłem gościa na bok i udało mi się dokonać uzdrowienia, choć oczywiście facet musiał się ciskać i krzyczeć: „Aaaaaa! Zostaw mnie, przebrzydły czarowniku! I tak ci nie powiem z czego moja stara robi konfitury, więc nawet nie myśl o zamienieniu mnie w bakłażana!” Niemniej jednak Anhora mi to zaliczył.
Gwaine: Moja próba polegała na zaniesieniu koszyka z jedzeniem jednej staruszce. Problem był w tym, że po drodze do jej chatki spotykałem ludzi, którzy także potrzebowali jedzenia. Pierwszym dwóm żebrakom dałem po jednej rzeczy z koszyka, ale już następnym upolowałem jelenia i wszystko grało. Jednak kiedy dotarłem do chatki, czekało mnie jeszcze gorsze zadanie, albowiem Anhora zażądał, aby nakarmić staruszkę, bo ona ma problemy z jedzeniem i lubi marudzić. Usiadłem więc, wyjąłem z koszyka zupę, nabrałem dużą łyżkę tejże zupy i skierowałem ją w stronę staruszki, mówiąc: „Uwaga, wywerna leci! Opuść most zwodzony!” Trochę się namęczyłem, a kiedy było już po wszystkim, byłem upaćkany od góry do dołu, ale zwycięstwo należało do mnie.
Artur: Nic jednak nie mogło przebić mojej próby.
Merlin: Nie była znowu taka zła.
Artur: No nie, wcale! (sarkastycznie) Rozwiązywanie zadań matematycznych i perspektywa utraty życia przy pierwszej pomyłce to kaszka z mleczkiem. A ja zawsze byłem kiepski z matmy. W dodatku te zadania były bardzo sugestywne: „Gryf zjada przeciętnie 20 wieśniaków przy każdym ataku na wioskę. Camelot liczy sobie 139 wiosek po 500 mieszkańców. Ilu wieśniaków zje gryf, zanim Camelot zupełnie opustoszeje?”
Merlin: Na szczęście udało mi się przesłać ci telepatycznie odpowiedzi.
Artur: To byłeś ty? Myślałem, że słyszę głosy.
Gwaine: W każdym razie Anhora uznał nam tę próbę i mogliśmy wracać do domciu z Lancelotem.
Lancelot: Zanim jednak wyruszyliśmy, złapaliśmy pierwszego lepszego idiotę i podstawiliśmy staruszkowi, żeby miał towarzystwo. My wróciliśmy do domu, jednorożec wrócił do życia, a Anhora miał wymarzonego następcę i wszyscy byli zadowoleni.
Artur: I tak, proszę państwa, zakończyła się nasza wesoła przygoda.
Wszyscy czterej stają w jednym szeregu przed publicznością.
Merlin: Dedykujemy tę historię ulubionej czytelniczce RedHatMeg – Miryoku, która ma dzisiaj urodziny.
Gwaine: Mamy nadzieję, że ten fik spodobał jej się i napełnił pozytywną energią.
Artur: A teraz, panowie, kłaniamy się nisko.
Merlin, Artur, Gwaine i Lancelot kłaniają się, a kurtyna idzie w dół.

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1195
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 16 lut 2011, 19:25

O rany... To było genialne! Serio, Meg, totalnie się uśmiałam! :D Dziękuję Ci bardzo, bardzo, bardzo za tego fika! :* Skojarzyło mi się to trochę z bajką dla synka dr. Coxa ze Scrubsów :P Pomysł świetny, a teksty po prostu miażdżą. Jesteś mistrzynią dialogów. Mogłabym zacytować, które fragmenty najbardziej mnie rozśmieszyły, ale musiałabym tu wkleić pół fika, bo było ich mnóstwo :P Masz ogromny talent do komedii! Chyba sobie zaraz to przeczytam jeszcze raz. I będę czytać zawsze, jak będę mieć doła. A tak poza tym mam chrapkę na więcej! Niech już się zacznie kolejny sezon Merlina, to może znowu załapiesz fazę na fiki do niego i będę miała zaciesz :)
Hyuu~!

Elanor
amator
Posty: 5
Rejestracja: 26 lip 2018, 16:02
Lokalizacja: Miasto, którego nazwy niewolno wymawiać

Re: [Przygody Merlina] Opowieści z Camelotu

Postautor: Elanor » 26 lip 2018, 18:55

Odgrzebuję. :)
Stosunkowo niedawno dorwałam się do tych opowiadań. "Merlina" pierwszy raz oglądałam jako nastolatka, a teraz stara kobyła ze mnie, ale jakoś w zeszłym roku złapałam na ten serial fazę i tak mnie trzyma. Dzięki fickom można jeszcze pozostać w klimacie, a Twoje niewątpliwie się do tego nadają.
Szczególnie przypadło mi do serca "O przyjacielu". Aż sobie do "Zaratustry" zajrzałam. Nieprzeciętnie ubawiłam się przy "Bolesnym poranku".
Ogólnie, bardzo przyjemnie się czyta. Dialogi jak z oryginału wyjęte. Zaniepokoiła mnie jedynie Frea, plącząca się w pobliżu Merlina w niektórych opowiadaniach. Nie, żebym miała coś przeciwko niej, ale życie z duchem ukochanej u boku, to trochę... średnia perspektywa. ;)
Pozdrawiam
Pierwsze zarejestrowane proto-kłamstwo Zoonów brzmiało: „Właściwie
mój dziadek jest całkiem wysoki". W końcu jednak zrozumiano, na czym rzecz polega i powołano urząd plemiennego Kłamcy.
T. Pratchett: "Równoumagicznienie"

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2066
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: [Przygody Merlina] Opowieści z Camelotu

Postautor: RedHatMeg » 26 lip 2018, 19:12

Hehe, dzięki.

akurat z Freyą jest taka sprawa, że kiedy pisałam te fiki, było już niemal pewne, że Freya będzie takim odpowiednikiem Pani Jeziora z legend arturiańskich, czyli taką czarodziejką, która czasem się wtrąca. Dlatego miałam taki headcanon, że jak już Artur zostanie królem, się ożeni, a w Camelocie będzie zalegalizowana magia, to Freya się odrodzi jako Pani Jeziora i zostanie żoną Merlina.

(Wiesz, czasem patrzę na te moje stare fiki do Merlina, opisujące jakąś tam przyszłość, a potem przypominam sobie, finał serii i trochę mi się żal robi tych moich headcanonów.)


Wróć do „Filmy/TV”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości