[Supernatural] Dance with the Devil

Tutaj wrzucamy fanfiki do filmów, seriali telewizyjnych, kreskówek itp.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Ailime
amator
Posty: 15
Rejestracja: 31 lip 2013, 15:41

[Supernatural] Dance with the Devil

Postautor: Ailime » 16 sie 2013, 12:11

Tytuł: Dance with the Devil
Fandom: SPN
Opis: moja wersja końcówki 6 i 7 sezonu (głównie destiel, ale nie tylko), duże odniesienia do wydarzeń w serialu, perspektywa kilku bohaterów
Znajomość fandomu: bardzo wskazana
Ostrzeżenia: slash, wulgaryzmy (rzadko), opis piekła (przemoc, gwałt)
Tytuły fanfiku oraz poszczególnych rozdziałów są nawiązaniami, zwykle do piosenek (wujek Google powinien rozjaśnić sprawę ;D) W obrębie tekstu również będą się pojawiały inne, mniej lub bardziej ważne odwołania. Pomysłu na to dostarczył mi sam serial, w którym aż roi się od odwołań nie tylko filmowych czy muzycznych, ale także np. mitycznych. Tak więc, nie przedłużając: miłego czytania! ;)
(Bardzo proszę o komentarze, które pomogłyby mi stwierdzić, jak to jest z tym moim pisaniem i nad czym powinnam popracować :)

Kiss with a fist

Cas stał w płomiennym kręgu.
Kiedy już wszyscy w niego zwątpili, zostałem jeszcze ja i na przekór sobie nie wierzyłem w to, że ten cholerny anioł mógłby nas zdradzić.
- Tyle razy ratował wam tyłek! – wściekałem się. – Bez niego dawno już sczeźlibyśmy na tym padole! A ja w piekle!...
Teraz moje własne słowa obijały mi się po głowie ze wściekłą ironią.
Stałem, nasłuchując jak Sam i Bobby rzucają w niego oskarżeniami. Zachowywali się jak zrzędliwe, zdradzone żony. Miałem dość. Wysłuchiwanie tego wszystkiego przyprawiało mnie o mdłości. Patrzyłem tylko smętnie na Castiela, jak miotał się we własnych wyjaśnieniach, w których dominowało „To skomplikowane”. Wierzyć się nie chciało.
Cas po raz pierwszy wydał mi się po prostu… żałosny, w tym swoim płaszczyku, bezradny, z opuszczonymi wzdłuż tułowia rękami.
- Skomplikowane? – burknąłem w końcu. Zdziwił mnie mój własny, zgnieciony głos, bo zamierzałem krzyknąć. – To może nam teraz łaskawie wyjaśnisz, po ludzku?
Sam i Bobby patrzyli na mnie z jakimś niezrozumiałym mi osłupieniem. Castiel studiował moją twarz, jakby doszukując się w niej podstępu. W jasnych oczach anioła odbijał się blask ognia, który go więził.
Wściekły, zacisnąłem pięść. Jasne oczy i ogień – to było właśnie piękne przedstawienie jego dwulicowości. Nie czułem się tak zraniony nawet wtedy gdy Lisa oznajmiła mi wprost i bez wahania, że nasz związek nie ma sensu. Mogłem się przecież tego spodziewać. Ale nigdy, w najgłupszym ze snów, nie posądziłbym Casa o współpracę z Crowleyem.
Teraz on otwierał usta, żeby dalej mówić.
- Szlag mnie zaraz trafi! – wrzasnąłem wtedy niespodziewanie. – Nie, siedź już cicho, Cas! Zdaje ci się, że jesteśmy tylko małymi, głupimi ludźmi, którzy nic nie pojmują! Jaki sens mają teraz twoje słowa!?
Nie mogłem go znieść. Jego postawy zbitego psa, jego błagalnych oczu. Gdzieś w głębi sprawiało mi jednak lekką satysfakcję, że stoi przodem tylko do mnie i zdawałoby się zależy mu tylko na tym, czy to ja wybaczę mu, czy nie. Że wciąż zależy mu na mnie. Sam kiedyś mówił, że łączy nas jakaś „głębsza więź”, jakkolwiek dziwnie wtedy to zabrzmiało…
Ale równie dobrze mogła to być tylko jego gra. Kolejna, zresztą.
- Nic już nie tłumacz – szepnąłem. – Wcześniej miałeś na to dość czasu. Ale ty wolałeś za naszymi plecami być dziwką Crowleya – parsknąłem gorzkim śmiechem. – Niczym mój kochany dziadziuś. Świętej pamięci! – warknąłem.
- Nie pracowałem DLA Crowleya – poprawił mnie prędko.
- To spójrz mi w oczy i powiedz, że nie pracowałeś też Z nim.

***

Kolejne kłamstwo? Mowy nie ma.
- To spójrz mi w oczy i powiedz, że nie pracowałeś też Z nim.
Czułem, jakbym miał serce w gardle. Napotkałem błagalny wzrok Winchestera. Był tak rozczarowany… Trudno się dziwić. Ale przy tym nie potrafił na nic spojrzeć z drugiej strony, z mojej strony. Widziałem jednak cierpienie, jakie mu zadałem i nie mogłem sobie z nim poradzić. To była moja wina.
Omal nie upadłem pod ciężarem spojrzenia Deana, kiedy w jego oczach błysnęły łzy. Odwróciłem więc wzrok i usłyszałem prychnięcie. Chwilę później przyjąłem na siebie rzuconą niczym ostra brzytwa obelgę, której nie warto powtarzać.
Wyszli w burzliwą noc. Zostałem sam, w kręgu który czynił mnie bezsilnym i który przynosił mi hańbę.

***

Obudził mnie łopot skrzydeł. Chwila… SKRZYDEŁ!?
Siadłem gwałtownie i zobaczyłem Castiela. Zerwałem się na równe nogi.
- Jak się tu!?... – zacząłem, ale mi przerwał.
- Zabezpieczenia przed aniołami na domie… Bobby zrobił kilka błędów – wyjaśnił szybko.
- Szkoda, że w ogóle musiał ich użyć! – syknąłem.
- W gruncie rzeczy… Nie musiał. Ale ty mi w to nie uwierzysz, prawda? – spytał smutno. Jego głos ścisnął mnie za serce, ale za nic nie mogłem po sobie tego pokazać. Zamiast tego warknąłem więc:
- Przestań mi tu znowu odwalać tę swoją tragedię!
Cas jakby skulił się w sobie i zmalał, ale tylko na moment.
- Pozwól mi wyjaśnić, Dean. Chciałem cię chronić…
- Stek bzdur – uciąłem.
- … ale kiedy chciałem do ciebie przyjść, byłeś z Benem, Lisą… – tłumaczył, jakby nie usłyszał, że mu przed chwilą przerwałem.
- Co z tego? – nie ustępowałem.
- „Co z tego”!? Miałeś już ułożone życie, nowe, lepsze życie, nie mogłem ci odebrać… prawa do zwykłego szczęścia.
- Jak widzisz, mój „Nowy, Wspaniały Świat” taki kolorowy nie był. Nierealny i niestabilny, rozumiesz mnie? Poza tym, co ty jesteś, Sam 2? I ty i on mieliście ochotę jakoś bez mojej wiedzy decydować o pewnych sprawach, nawet o moim życiu. Myślisz, że byłem szczęśliwy, myśląc, że Sam smaży się w piekle, myśląc, że ty nie żyjesz i już nigdy nie wrócisz? Nie wiem, czy ktokolwiek, nawet Lisa, mógłby chociaż w połowie złagodzić ten ból po waszej stracie.
Otwierałem jeszcze usta, żeby coś dodać, ale zmieniłem zdanie. Nie było sensu dalej mówić i tak zagalopowałem się za daleko. Nie chciałem, żeby akurat teraz dowiedział się, jak bardzo cierpiałem po jego stracie.
- Ale… O Boże. Ja pewnego dnia zobaczyłem was przez okno przy stole… Wyglądaliście jak taka normalna, dobra rodzina. Musiałem zostawić cię już za sobą…
Poczułem, jakby coś nie do końca zaskoczyło w moim mózgu.
- Słucham?
Nagle spojrzał mi z mocą prosto w oczy, a ja zobaczyłem w nich coś tak silnego i niesamowitego, że ze strachu cofnąłem się o krok.
- Widok ciebie z rodziną z jednej strony mnie cieszył. To była ta… „norma”, której zawsze ci brakowało. Przynajmniej tak sądziłem. Z drugiej strony jednak to mnie… załamywało. Wygrało to egoistyczne załamanie – w komiczny sposób pokazał palcami cudzysłów. Normalnie bym się roześmiał, bo nie miałem pojęcia, czemu Cas w tym momencie uznał, że jego załamanie podpada pod metaforę. Bywał uroczy w tych drobnych pomyłkach.
Serio tak pomyślałem? „Uroczy”? Źle ze mną.
- O czym ty mówisz, do cholery?...
Westchnął, jakby znalazł się pod ścianą, ale najwyraźniej wszystko było mu już jedno.
- O tym, że cię naprawdę kocham, Dean. I że największy ból sprawia mi to, co się stało, to jak zgubiła mnie pycha i poniekąd też żal za tobą.
- Chcesz mi powiedzieć, że to moja wina!? - broniłem się głupio przed tym, co mi powiedział. Nie wierzyłem, albo raczej bałem się uwierzyć. Bo co znaczy jego „kocham cię”, szczególnie teraz!
- Dean. Uspokój się, nie słuchasz mnie. Nie. Ale kierowały mną dziwne uczucia i Crowley umiał wykorzystać ten moment.
- Ciebie też wykorzystał!? – palnąłem głupio.
- W jakim sensie?...
- Nieważne. Albo ważne! Ty i on, wy?... – odjęło mi mowę. To było przecież śmieszne.
Mimo to spostrzegłem, że Cas zaciska pięści.
- Anioł i demon? – prychnął, ale jego twarz stężała.
- No?

***

I do tego pytania musiało dojść.
Owszem, pocałował mnie... Wspominam to ze wstrętem do siebie, ale tak było.
Ten robal, Crowley, ta podła kreatura z piekła mnie pocałowała. Tęskniłem za Deanem, ale w końcu to nie on był obok mnie, tylko demon, który, niestety, miał coś pociągającego dla mnie w całym tym bezpardonowym zachowaniu.
- Castiel, wiecznie taki sztywny… - rzekł do mnie pewnego dnia, charakterystycznie przeciągając sylaby. – Rozluźnij się, bo nic z tego nie będzie i cała nasza robota pójdzie w cholerę! – ganił mnie niby, ale z uśmiechem na ustach. Nagle zbliżył się do mnie i zaczął masować moje barki. Zareagowałem dość dziwacznie:
- Przestań, jestem aniołem, nie bolą mnie mięśnie – ofuknąłem go.
- No tak…
Szybkim gestem obrócił mnie ku sobie.
- Ale z całowaniem demonów chyba nie masz problemów? – wyszeptał mi do ucha dziwnym tonem.
Mrugnąłem. Meg, no jasne. Kiedyś mi odbiło…
Zakręciło mi się w głowie i nim zdążyłem cokolwiek zrobić, zaczął mnie całować. Najpierw powoli, jakby obawiając się, że dam mu w twarz (właściwie to powinienem był…), potem coraz szybciej i z rosnącą pasją.
Nie mogłem się od niego oderwać, ale kiedy poczułem jego rękę, która sunęła w dół moich pleców, wiedziałem, że muszę to przerwać jak najszybciej.
Odchyliłem głowę do tyłu i oznajmiłem krótko jego zdziwionej twarzy: „Nie”.
Po czym zniknąłem. Cóż, chciał mnie od siebie uniezależnić, to było oczywiste.

***

- Dobra, nie chcę wiedzieć – mruknąłem. Ile jeszcze rewelacji od Casa miało na mnie spaść tego dnia? Nie, była noc. Nieważne.
Niech już robi z Crowleyem co chce, niech się z nim nawet pieprzy – nie jest już moim przyjacielem.
- Byłeś dla mnie jak brat – znów mu wyrzucałem.
- Wciąż nim jestem! – odparł jak z automatu. – Przebacz mi, Dean.
Anioł prosi mnie o przebaczenie. Anioł się przede mną uniża i mówi, że mnie kocha. Nagle zrozumiałem, jak daleko mu do Lucyfera. Z jego oczu naprawdę biła szczerość i żal…
- Mówisz, że mnie… - Jezu, Cas jest gejem!, myślałem w popłochu. A może to kolejna zagrywka? DOŚĆ GŁUPIA, swoją drogą… - Kochasz? – niemal zakrztusiłem się tym słowem. On tymczasem patrzył na mnie z powagą. Skinął głową.
- Już chyba od tak dawna…
- A co z grzechem? To podpada pod homoseksualizm – zauważyłem sceptycznie.
Cas się zawahał.
- Nie wiem, co z grzechem. Nie czuję go w sobie.
- Ale ostatnio nie masz najwrażliwszego sumienia, co? I sam przyznajesz: pogubiłeś się. Więc co ty wiesz?
- Ty mi mówisz o grzechu? – uniósł się nagle. – Ty, wiecznie rozwiązły? Liczyłeś kiedyś te wszystkie kobiety?...
Zagotowało się we mnie.
- Ja przynajmniej wiem jaki jestem i kim jestem! A ty, Cas, kim ty jesteś? I po czyjej stoisz stronie!?
Zrobił taką minę, jakby dostał w twarz.

***

„Crowley 2”, pomyślałem. Użył dokładnie tych samych słów, co demon.
Nie tak długo po tym, jak Dean, Sam i Bobby wyszli, zostawiając mnie w ognistym kręgu, zjawił się z hukiem nie kto inny, jak Crowley.
Na mój widok zrobił minę, jakby nie mógł dojść ze sobą do ładu, czy się roześmiać, czy rozpłakać.
- Oooooch, Cassy, kto ci to zrobił? – pytał głupio. – Czyżby okrutni, mściwi bracia? No, już dobrze – pstryknął palcami i bariera zniknęła. Mimo to, nie ruszyłem się z miejsca. Miałem może z wdzięcznością skoczyć mu w ramiona?
Usłyszałem niecierpliwe westchnięcie. Z opuszczoną głową nasłuchiwałem jego powolnych kroków. Zupełnie, jakby delektował się tą chwilą. Psychopata…
Te kroki odbijały się wyraźnym echem w pomieszczeniu, mimo szalejącej na zewnątrz burzy. Brzmiały jak tykanie zegara. Albo raczej bomby zegarowej.
- No i wydało się, trudno – westchnął, jakby miał na myśli zepsucie komuś niespodzianki. – A nie, chwila, teraz mściwi bracia CHCĄ MNIE ZABIĆ! – wrzasnął mi w twarz, po czym chwycił za barki i przybił do ściany.
Była jakaś ulga w tej jego w gruncie rzeczy nieszkodliwej przemocy. Pewna potrzeba ukarania siebie. Dean by mnie nie uderzył, z pewnością by się nie ośmielił, po tym jak kiedyś niemal rozniosłem go na kawałki w ciemnym zaułku. Chciał już powiedzieć „tak” Michaelowi, czego w końcu oczywiście nie zrobił. Pomógł tym samym zażegnać apokalipsę. Dziś nie mógł zrozumieć, że moje działania w pewien sposób wynikają z tamtych decyzji, że to nic innego, jak kontynuacja.
A jednak, czułem się winny.
Crowley też wcale nie był ode mnie silniejszy, właściwie to nawet nie mógł mi dorównywać. Spotkał mnie jednak w tak podłym stanie (znowu), że nawet celowo pozwoliłbym mu się skrzywdzić.
Rzuciłem mu jednak tylko ponure spojrzenie.
- Przestań się kompromitować – burknąłem i wtedy mnie puścił. Szyderstwo jednak nie opuszczało jego twarzy.
- Ja? Kundlowi udałoby się teraz ciebie rozszarpać. Choć sam mam na to ochotę…
- To dalej. Rób swoje.
Crowley odrzucił głowę do tyłu. Z jego gardła dobył się perlisty śmiech. Zmanierowany, jak zawsze.
- Ale! Wciąż jesteś mi coś winien!
- Ja? Tobie? – dyskusja z pytajnikami była dla mnie teraz jakąś łatwiejszą drogą. – Nie rozśmieszaj mnie, zarazo – głupi uśmieszek zatańczył mu na podłych wargach.
- Grajmy w otwarte karty, Cas – powiedział w końcu. – Bracia i pijaczek to balast, do tego absorbujący i wymagający. Zupełnie jak małe dzieci, zagubione we mgle. Rzuć – ich – przy ostatnich słowach dźgnął mnie dwa razy palcem w pierś.
- Dzieci? Boisz się tych dzieci – zauważyłem.
- Kiedy im pomagasz, robią się bardziej krwiożercze, do jasnej cholery! Zostaw ich, nie wiem czy zauważyłeś, ale oni cię olali. Zgniłbyś tu, gdyby nie ja – uniósł jedną brew do góry, jakby mu to miało pomóc w perswazji. – Poświęcasz im tyle uwagi, a zobacz, jak cię potraktowali! Niewdzięczne glisty, Castiel, a my mamy ważniejsze sprawy na głowie, już ty szczególnie. Masz na karku Rafaela, ja potrzebuję Czyśćca. Obaj potrzebujemy, ściślej mówiąc. Dusze, Cassy, dusze!
Odsłonił w uśmiechu białe zęby, jakby w tej chwili miał zamiar wchłonąć cały Czyściec, po czym znów zbliżył się do mnie. Kiedy przyparł mnie, już lżej, do ściany, poczułem alkoholowy oddech i chwilę później jego usta na swoich.
- Co robisz?... – wyrywałem mu się, jakoś nieskutecznie.
- Tylko mi nie znikaj! Potrzebuję ciebie, a ty mnie. Razem tyle możemy zdziałać! – oczy błysnęły mu chytrze. – Pomyśl, Castiel, nie możesz być takim idiotą! Bracia cię osłabiają, ze mną jesteś silny! Będziesz jeszcze silniejszy! Chcę cię, Cas – oznajmił mi na koniec, uśmiechając się przez kilka sekund nieco inaczej niż zwykle, ale już za chwilę ponownie wpił się w moje usta. W końcu odepchnąłem go, choć musiałem użyć do tego sporo silnej woli.
- Chcesz, ciągle tylko czegoś chcesz! – wyrzucałem mu. – „Chcę ciebie, chcę Czyściec, chcę dusze, chcę, chcę, chcę!” A ja myślę o tym, co POWINIENEM – skończyłem chłodno i dobitnie, mierząc go zimnym spojrzeniem.
Crowley przez moment wyglądał na zaskoczonego, ale szybko nałożył na twarz swoją maskę.
- Jak zwykle psujesz całą zabawę – westchnął, a potem wbił we mnie ostre, szydercze spojrzenie. – Ale doprawdy, Cas? Doprawdy? Tylko ja czegoś chcę? Bo jakoś słowa „chcę Deana” masz wypisane neonem na czole! – wrzasnął. Miał rację. Dlatego przykułem go już nie zimnym, a wściekłym wzrokiem. Zdawało mi się, że Crowley zaczyna na mnie działać jak płachta na byka.
- Zejdź… mi… z oczu… - wycedziłem do niego przez zęby.
Crowley udał, że uśmiecha się z grzecznością.
- Jak sobie życzysz, słonko – odparł, doprowadzając moją krew do wrzenia. Nie wiem, co to za bzdury ludzie opowiadają o rzekomej „anielskiej cierpliwości”. Bynajmniej, nic takiego nie istnieje, a już na pewno nie w moim przypadku. – Ale zanim… Wiesz, jaka jest różnica, między tobą, a mną, Cas? – naprawdę nienawidziłem, kiedy mnie tak nazywał. To było zdrobnienie, którego pierwszy zaczął używać Dean i on nie miał do niego prawa. – Ja doskonale WIEM, kim jestem. A ty? Kim ty w ogóle jesteś, Cas?
I zniknął, a ja nagle poczułem się brudniejszy i gorszy od demona, który mnie całował.

***

- Cas? Cas, wkurwiam się, może nie odpływaj? Pytam się o coś!
- Wybacz, po prostu mi coś dobitnie przypomniałeś.
Spojrzałem na niego z głupia.
- Nie musisz się dzielić – bąknąłem, krzyżując ramiona na piersiach. – Jedno mnie tylko interesuje. Skoro, jak twierdzisz, tak mnie kochasz, to czy… - nabrałem powietrza w usta. – Odejdziesz od cholernej spółki z Crowleyem, czy nie? Dla… Dla mnie?
- Dean, nic nie rozumiesz – zaczął, wbijając we mnie wzrok, w którym już dawno brakło cierpliwości. Niemal krzyczał, to było do niego niepodobne. – Potrzebuję dusz, to skarbiec, a ja po prostu muszę być silniejszy!
- Wspaniale – rozłożyłem ręce. – Wiesz, kogo mi teraz przypominasz?
Westchnął, raczej nie zainteresowany, ale ja musiałem uświadomić mu to podobieństwo.
- Sama. Kiedy wszedł do spółki z Ruby. I kontynuował to, po moim wyjściu z piekła, oczywiście za moimi plecami. Kiedy potrzebował krwi demona, by być silniejszy. Przypomina ci to coś? I KIEDY GO TA POTRZEBA ZAŚLEPIŁA I UZALEŻNIŁA, CAS! Taki jesteś niby wiekowy i mądry, a zachowujesz się nie jak anioł, a jak człowieczek zagubiony we mgle! To droga do nikąd, Cas… - wciąż wściekły, nagle jednak zszedłem z tonu. Ostatnie zdanie uleciało ze mnie wraz z jękiem, kiedy musiałem wymówić jegoimię.
- Wiesz, że jesteś dla mnie najważniejszy… Po Sammym – dodałem szybko, co skwitował uśmiechem zrozumienia. – I nie wytrzymam, jeśli będę musiał drugi raz przez to wszystko przechodzić…
Bezszelestnie podszedł do mnie i ujął moją twarz w dłonie. Nie oponowałem, ich chłód był kojący. Powoli uspokajał się mój oddech, ciało rozluźniało.
- Co ty mi robisz, Cas?
- Nic – wyszeptał, szczerze zdumiony.
- Nie mogę w niczym ci ufać.
- Dean… - oparł swoje czoło na moim, kciukami przejechał po żuchwie. Pocałował mnie w policzek, niepewnie i lekko.
Podniosłem głowę i spojrzałem mu prosto w niebieskie tęczówki. Błyszczały w nich łzy.
- Mam coś z oczami… - powiedział nagle zmienionym głosem. – Rozpływam się?...
Kiedy mrugnął, słona kropla przecięła mu policzek. Starłem ją prędkim ruchem dłoni.
- To tylko łzy - szepnąłem.
- Ja… nigdy nie płakałem – wyznał, skonsternowany. Uśmiechnąłem się, mimo woli.
- Bardzo to ludzkie.
Nie mogłem już dłużej z tym walczyć. Przytuliłem anioła z całej siły, sam bliski płaczu.
- Cas, nie rób mi tego – jęknąłem. – Błagam cię, nie zdradzaj nas, mnie…
- I mnie to łamie serce, Dean.
Nie wiedziałem, co robić. To było dziwne, ale pomyślałem sobie, że najprędzej przekonam go, jeśli pokażę mu, jak mi na nim zależy, więc… odchyliłem się, a potem pocałowałem go.
Żeby już nigdy nie oddalił się do Crowleygo. Nagle poczułem, że demon stał się dla mnie podwójnie niebezpieczny i podwójnie go znienawidziłem. Po pierwsze – zagrożenie globalne, po drugie – prywatne. Zabierał mi Casa. Już wiedziałem to na pewno; nie mogłem go stracić, nie mogłem na to pozwolić.
- Nie mogę cię stracić - wyszeptałem równocześnie z myślami.
Castiel wpatrywał się we mnie, niedowierzając.
- A może robisz to tylko po to, by przeforsować własne cele?
Omal mu nie rąbnąłem.
- Powiedz jeszcze, że to ja ostatnio skupiony jestem na „własnych celach”!
- Nie bądź dzieckiem. Wiesz, że to wszystko jest ponad mnie, ciebie, twojego brata, czy demona. Chodzi o cały świat.
Niespodziewanie tym razem to on pochylił się ku mnie i pocałował mnie, ośmielony. Byłem rozdarty. Chciałem w tym samym momencie całować tak Casa choćby i całą noc i jednocześnie okładać go pięściami, aż przyjdzie po rozum do głowy. Pomyślałem nagle, że tylko całowanie go jest teraz możliwe z tych dwóch opcji i serce zabiło mi jeszcze szybciej. Jakby w gorączce, zacząłem mamrotać:
-Nie zostawiaj mnie przynajmniej samego tej nocy… Nie zostawiaj mnie…
Znów spojrzał na mnie dziwnie, biorąc dosłownie moje słowa.
- Jest twój brat… I Bobby…
Zaśmiałem się jak histeryk.
- Chodź ze mną na górę, idioto!
Cas na te słowa uśmiechnął się i dotknął mojej skroni. Wszystko wokół zawirowało; po chwili byliśmy w moim – tymczasowo - pokoju.
- Tak jest szybciej – tłumaczył się, rumieniąc lekko. – I ciszej…
- Cas… - wyszczerzyłem się, próbując oddalić cały swój niepokój. Przy nim było to proste. – Stary, kocham cię!
- Jakże romantycznie… - zironizował.
- To tytuł filmu, właściwie.
- Wiesz, że nie rozumiem tych twoich odniesień! – denerwował się… niby.
W duszy usprawiedliwiałem się, że Cas może mieć co do mnie teraz jeszcze większe wyrzuty sumienia.
Usiadł na łóżku.
- Chcesz… jeszcze porozmawiać?
Stałem jak debil, mrugając oczami i uśmiechając się, niczym nierozgarnięta kelnerka. Czy on serio był tak naiwny, czy udawał? Zagadka mojego życia…
„Taaak! Albo zaprośmy Crowleygo, Raphaela, wyciągnijmy Lucka z piekła i zróbmy balangę!” – chciałem wrzasnąć. Doprowadzał mnie do naprawdę skrajnych stanów. Jeszcze teraz. Siedzi, dziewica i wlepia we mnie niebieskie, jak cholera niebieskie, oczy. Jezu! Rozkładał mnie na łopatki!
- Jakby ci to powiedzieć, Cas… Żebyś nie zwiał, hahaha, żartuję oczywiście… Hahaaaa… - podrapałem się z tyłu głowy, czując się jak idiota. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, jak się mam do tego zabrać, jakbym miał znów, ile to ja miałem… 16 lat?
Usiadłem więc obok niego, zachwiawszy się wcześniej jak pijany. Zdziwię wszystkich; nie byłem. Wciąż trudno mi było uwierzyć we własne uczucia. Całe szczęście okazało się, że gadka mnie nie opuszczała.
- Chcę o wszystkim zapomnieć teraz i dziś w nocy być tak blisko ciebie, jak tylko się da... Rozumiesz, Cas?
Opuścił wzrok i odchrząknął.
- Obawiam się, że tak. Dean, ja nigdy nie…
- Spoko. Wiem, że ty – nigdy – nie. Dla mnie to też nowość, jakby nie było...
- To… niewłaściwe.
Już miałem mu mówić, co uważam za niewłaściwe w jego postępowaniu, ale się powstrzymałem. Nie tędy droga. Zamiast tego szepnąłem tylko:
- Przejmujesz się nie tym, co trzeba, uwierz.
I żeby uciąć dyskusję, chwyciłem go za ten niebieski krawat i przyciągnąłem do siebie, całując z pasją. Zacząłem go rozbierać; zrzuciłem prochowiec z ramion, zwinąłem w kłębek i cisnąłem na fotel. Zmierzwiłem ciemne włosy anioła, ciesząc się przy tym jak dziecko, bo jakoś zawsze chciałem to zrobić (był zbyt poważny…) Rozpinałem guziki koszuli pewnymi dłońmi, niemal nie przerywając namiętnych pocałunków. Poddawał mi się już bez oporów, ale kiedy odsłoniłem jego ramiona i tors, znów zaczął protestować.
- Nie jesteśmy tu sami – wydyszał.
- Śpią!
- Nie o nich mówię.
Siedziałem mu na kolanach, gdy sprzedał mi tę wiadomość. Moje dłonie, dotychczas błądzące po jego plecach, zamarły.
Odchyliłem się i z niedowierzaniem spojrzałem mu w twarz.
- To Crowley – powiedział, krzywiąc się. Jego twarz przybrała barwę piwonii.
No tak. Zabezpieczenia były przeciw aniołom, nie demonom…
- Jaja sobie robisz!?
- Nie! – zepchnął mnie na łóżko, jakbym był kotem, a nie dorosłym facetem.
Zaczął się pospiesznie ubierać.
- Aaaaach! – wkurzył się w końcu i machnął ręką. Guziki koszuli same się pozapinały.
- Harry Potter – skojarzyło mi się głupio.
- Kto taki? – spytał Cas odruchowo, z krawatem w dłoni.
Od odpowiedzi „wybawił” mnie Crowley, pojawiając się nagle z charakterystycznym… pstryknięciem w pokoju.
Obrzucił szybkim spojrzeniem zwinięty płaszcz Casa na fotelu, samego anioła, zdenerwowanego i wciąż dyszącego lekko i mnie, rozpalonego do czerwoności, oddychającego jak po maratonie. Jego mina była jednoznaczna; zrozumiał sytuację w sekundzie.
- No cóż. Chyba nieco przeszkodziłem – udał, że mu przykro z tego powodu, uśmiechając się przepraszająco. W rzeczywistości był dość rozbawiony.
- A żebyś wiedział! Wynoś się, gnido! – wybuchnąłem.
- Zbudzisz Wielkiego Brata, młotku. Hm. Widzę, że moja żywotność cię wcale nie dziwi, choć ostatnio jak się widzieliśmy, spłonąłem zdaje się, na twoich oczach. Czemu tak jest, Cassy?
- Crowley – wycedził Cas przez zęby. – Czego chcesz?
- Wiesz doskonale, skarbie. Ciebie. Mojego wspólnika. Z powrotem, natychmiast, już. Więc zabieraj płaszczyk i ruszaj się z tej nory. Raz, dwa, pięć, osiem, myk - myk!
- Kim niby jesteś, żeby mnie nachodzić i mi rozkazywać? – oburzył się jak zwykle dumny anioł. Chyba w końcu zrozumiał ideę „przestrzeni prywatnej”.
- Jak to, „kim”? – spytał, niby zdziwiony, z błyskiem chytrości w ciemnych jak noc oczach. Byłem przekonany, że przedstawi się zwyczajowo jako „król piekła”, ale on zbliżył się niebezpiecznie blisko Castiela i powiedział powoli: - Twoim – największym – uzależnieniem.
- Wysoko się cenisz – powiedział Cas, mrużąc oczy. Między nimi naprawdę musiało wcześniej coś być! Nagle pojąłem w zupełności, dlaczego demon się tu zjawił.
- WYPAD Z MOJEGO DOMU, CROWLEY! – nie wytrzymałem.
- To nie twój dom, tylko starego pijaka. A propos – dodał, zawieszając palec w powietrzu jak pieprzony lord. – Nie stęsknił się aby za swoim wózkiem?
- Tylko tknij jego nogi… - zacząłem, robiąc krok w jego stronę.
Cas wstrzymał mnie jednym gestem dłoni i wcale nie musiał używać żadnych anielskich mocy.
- … albo choćby jeden włos na jego głowie – dokończył za mnie. – Mówiłem ci. Wciąż tu jestem. Silniejszy od ciebie. Więc nie denerwuj mnie – niemal przesylabował ostatnie słowa.
- Och, jesteś zły, Cassy, bo przerwałem ci twój Sen Nocy Letniej, czyż nie? Proszę, proszę, jak szybko się zmieniasz, słodziaku! Zapomniałeś tylko o jednej rzeczy – ku mojej wściekłości ponownie zbliżył się do Casa, mierząc go wzrokiem ze zdecydowanie zbyt bliskiej odległości. Ten jednak ani drgnął, wytrzymując jego spojrzenie. – To MNIE potrzebujesz do otwarcia Czyśćca, nie młotka – skinął lekceważąco w moją stronę, nie spuszczając rozognionego wzroku z anioła. – Hm? – położył mu łapę na ramieniu, którą Cas szybko strącił, odrzucił też krawat.
- Żebyś wiedział, że jestem zły – odrzekł Cas wymijająco, bo nie odniósł się nijak do wspomnianego układu z Crowleym i Czyśćca… Poczułem ukłucie bólu. – Przestań się wciskać tam, gdzie cię nie proszą, irytująca poczwaro!
Crowley uśmiechnął się szyderczo, ale twarz skamieniała mu lekko.
- Poczwaro? – szepnął. – Nie mogę być ci aż tak nieznośny, Castiel… - zawiesił głos, a Cas oblał się jeszcze większym rumieńcem. Wierzyć się nie chciało.
- CAS! Powiedz, że on bredzi!
Ale on znów tylko opuścił wzrok, zmieszany.
- To było dawno i wymuszone.
- Pieprzona dziewica!?
- Do niczego takiego nie doszło!
- Dean, po co te nerwy… - Crowley był w siódmym niebie, widząc mnie, tak zazdrosnego o Casa. – To było tylko tyle – przyciągnął zaskoczonego anioła do siebie i pocałował go, po czym odepchnął lekko – I to jeszcze dziś…
Doskoczyłem do niego z pięściami…
… i wylądowałem na ścianie z hukiem.
- DEAN! – wrzasnął Cas. – Crowley… - w spiżowym głosie anioła brzmiała groźba.
- Spoko… Żyję… - wykrztusiłem.
- A ty co myślałeś!? – wrzeszczał Crowley do Casa. – Że tak to teraz będzie!? Crowley – murzyn, załatwi dusze, Crowley może odejść?
- Dostaniesz swoje – słuchałem tych słów z niedowierzaniem, gramoląc się na nogi.
- No nie wiem. Chyba coraz mniej ci wierzę. Chyba już ci nie ufam.
Jęknąłem i zakaszlałem.
- Ja… też, Cas…
Castiel podbiegł do mnie i podniósł mnie, już nie zwracając uwagi na demona.
- Cas, mówiłem ci, że jesteś MÓJ.
- Zamknij się – powiedzieliśmy jednocześnie z Castielem, nawet się do niego nie odwracając.
Pstryknęło, demon zniknął, został tylko Cas, gładzący moją twarz. Stężałą w złości i szoku.
- Ja naprawdę nie… Nie byłem z nim… Wiesz, że kocham tylko ciebie.
Kiwałem głową, powstrzymując się od prychnięcia.
- I wiesz jaki jest Crowley. Chce mnie tylko odciągnąć od ciebie, od was w ogóle, dlatego to robi. Uwierz mi, Dean!
- Całował cię…
- Nie chciałem tego.
- A wcześniej?
- Co wcześniej? Wcześniej, to… Tęskniłem za tobą…
Wytrzeszczyłem na niego oczy, ale nie powiedziałem już nic, bo na schodach rozległo się głośne tupanie. Sam i Bobby wpadli do pokoju, uzbrojeni jak na wojnę i zatrzymali się w progu, osłupiali.
Ostatnio zmieniony 05 wrz 2013, 22:35 przez Ailime, łącznie zmieniany 3 razy.
Ailime

Ailime
amator
Posty: 15
Rejestracja: 31 lip 2013, 15:41

Postautor: Ailime » 20 sie 2013, 23:32

You ain’t seen nothing yet


Potworny sen o piekle nagle zlał mi się w głowie z realnymi odgłosami … całkiem z zewnątrz w stosunku do tego świata, w którym się znajdowałem. Mimo to wciąż nie potrafiłem się z niego wyrwać. Zupełnie jak wtedy, gdy miałem szesnaście lat i zemdlałem po tym, jak natarł na mnie poltergeist. Słyszałem, jak tata wywrzaskuje mi nad głową moje imię, ale nie było szans, żebym od razu otworzył oczy.
Teraz też, jak sparaliżowany, nie mogłem zbudzić się do prawdziwego życia z tego, co wywlekł do snu mój mózg. Ściana pękała i przez szczeliny dostawało się coraz więcej wspomnień. W dzień migreny, w nocy kondensacja wszystkich horrorów, jakie można tylko sobie wyobrazić.
Doskonale wiem, że żaden opis piekła nie może oddać jego prawdziwej istoty. Żadne słowa nie oddadzą tego, co się tam dzieje, a przynajmniej działo w moim śnie. W końcu ile można mówić o przelewającej się falami krwi, o cierpieniu, bólu zarówno fizycznym, jak i psychicznym, o poczuciu ciągłego osaczenia i braku wytchnienia od katorgi nawet na moment. To jest zupełnie inny wymiar, inny świat, gdzie nawet ucieczka w marzenia nie daje żadnej możliwości oderwania się…
Czułem już, że to sen. Czułem, że leżę w łóżku, ale wciąż nie mogłem otworzyć oczu. Myślałem, że naprawdę płonę, nie mogłem już stwierdzić na pewno, co się ze mną dzieje. Może to sen, może wspomnienie, a może to dzieje się teraz naprawdę!?
Wrzaski niekończącej się agonii, jakieś paranoidalne kawałki mięsa na hakach… Nie chciałem się dokładnie zastanawiać nad ich pochodzeniem. Czerń, czerwień, jedyne kolory. Metaliczny smak krwi w moich ustach, jej przyprawiający o mdłości zapach, przed którym nie było ucieczki.
Moim ciałem nagle szarpnęła nowa fala bólu.
- Lucyfer – wychrypiałem, podnosząc wzrok na oprawcę.
- Tak jakby… - zaczął nasłuchiwać. - …ktoś cię potrzebował tam na górze… może zrobię ci małe wolne – odsłonił zęby w paskudnym uśmiechu. – Bo swoją drogą, to co zobaczysz tam, też ci się nie spodoba… Więc spadaj! - ostrym kopniakiem dosłownie wywalił mnie ze snu.
Moim ciałem szarpnęło, z krzykiem usiadłem gwałtownie na łóżku. Powoli senne mary ustępowały, choć cały czas w uszach szumiała mi krew, a serce łomotało w piersi, nie mogąc zwolnić szalonego tempa.
Ściana pękała coraz szybciej.
Nagle jednak zdałem sprawę sobie z tego, co mnie obudziło. Nie chodziło o Lucyfera, który niby „wykopał” mnie ze snu. Usłyszałem huk, ale stąd, z rzeczywistości.
Zachłysnąłem się powietrzem, kiedy dobiegł mnie znajomy głos. Krzyk.
- DEAN! Crowley!...
Odzyskiwałem przytomność umysłu i serce miałem już w gardle. Na plecach poczułem strużki zimnego potu.
- Dean… - powtórzyłem zatrwożonym szeptem tak bliskie mi imię, nakarmiony kolejną dawką nieludzkiego przerażenia.
Nagle zdałem sobie sprawę, że jak mantrę powtarzam w myślach trzy imiona:
„Dean, Crowley, Cas, Dean, Crowley, Cas, Dean, Crowley…”
- CROWLEY? CAS!? – wykrzyknąłem, wreszcie zrywając się na nogi i odrzucając pościel. – Co do cholery?...
Z pośpiechem naciągałem spodnie, zadając sobie tylko jedno pytanie: Co tu robią Crowley i Cas? Przecież to właśnie głos anioła dobiegł mnie z góry. Ten głos i huk wyrwały mnie z piekła – pomyślałem jakoś dziwnie, jakby z wdzięcznością.
Przecież Castiel nas zdradził… Ale jak się tu dostał?... – myśli kotłowały mi się w głowie, nie tworząc ani spójnej całości, ani żadnego sensu. Zaczynałem wątpić, że rzeczywiście się już obudziłem.
W końcu wybiegłem z pokoju. Na korytarzu natknąłem się na Bobbyego, z dubeltówką w dłoni. W ułamku sekundy zrozumiałem, dlaczego nie obudził się przede mną; czuć było silnie od niego whisky, był w kompletnym ubraniu (miał nawet kaszkietkę na głowie, nieodłączny element stylizacji…) Musiał więc zasnąć pijany.
Teraz już jednak nie wyglądał ani trochę na skołowanego alkoholem. Rozglądał się groźnie wokół i ujrzawszy mnie, kiwnął głową w kierunku pokoju, w którym spał Dean.
Porwałem ze stołu pistolet. Rzuciliśmy się do schodów. Po drodze krzyknąłem do niego:
- Crowley i Cas tam są! Mają Deana!
- CAS!? – ryknął Bobby z niedowierzaniem, ale nie zatrzymał się.
Na górze z impetem otworzyliśmy drzwi do pokoju Deana.
Wryło nas obu od progu.
Crowleygo już nigdzie nie było, za to Cas, jakiś… niekompletny, stał naprzeciw mojego brata, trzymając go za ramiona.
- Zostaw go! – wrzasnąłem, nim zauważyłem, że anioł patrzy na Deana z niekłamaną troską.
Cały mój mózg zamienił się w jeden wielki pytajnik. Albo raczej w siano.
- Sam, w porządku – burknął Dean i chrząknął. Po chwili nerwowo zerknął gdzieś ponad ramię Casa. Podążając za jego wzrokiem, zobaczyłem na okropnym, wyliniałym fotelu, zwinięty płaszcz Castiela. Nagle zrozumiałem, czego zabrakło mi w wyglądzie anioła. Jego koszula była wyciągnięta ze spodni, włosy zmierzwione w każdą z możliwych stron, a krawat porzucony niedbale na łóżku…
No, i ten skłębiony płaszcz.
Zmarszczyłem brwi i odruchowo zrobiłem krok do tyłu. Dean stał ze spuszczoną głową jak dzieciak przyłapany na rozbiciu ulubionego wazonu mamy. Cas zrobił jakiś dziwny gest dłonią i otworzył usta, ale nie powiedział nic.
Wtedy dopiero Bobby odzyskał mowę.
- Co tu się wyrabia? Gdzie Crowley?
- Odfrunął – prychnął Dean.
- W takim razie, wybacz mi, co tu robi Cas?
- Nie musicie mówić o mnie w trzeciej osobie, jestem tu… - zauważył Castiel, choć wybitnie przy tym zainteresował się podłogą.
Bobby nie odniósł się do uwagi anioła, za to utkwił przenikliwy wzrok w Deanie, jakby to on był tu jakimś winowajcą. Wybitnie w tym momencie kojarzył mi się z agentem FBI.
- I to bez krawata?... – wyrwało mi się, jakby to było takie istotne.
Cóż, właściwie było.
Spojrzałem śmiało w twarz Deana. Szczęka zadrżała mu lekko, co dobitnie świadczyło o jego zdenerwowaniu. Podobnie jak mierna próba wyjścia z twarzą dzięki napastliwej odzywce:
- Co się interesujesz jego krawatem!? Gorąco tu! – wrzasnął.
- Gorąco, niewątpliwie… - ironizował Bobby pod nosem. – Pewnie chciał nim udusić Crowleygo… Ach, nie, pewnie ciebie – uśmiechnął się kwaśno. Zastanawiałem się, do jakich wniosków Bobby dochodził, ale najwyraźniej do odwrotnych niż ja.
Dean w odpowiedzi tylko zazgrzytał zębami. Mojej uwadze nie uszło, jak posłał Castielowi ostre spojrzenie, jakby chciał go ostrzec, żeby się nie odzywał.
To wszystko wydało mi się śmieszne. Mógłbym uwierzyć, że oni?... Co tu było grane? W dodatku teraz, po tym wszystkim? Wiele rzeczy ostatnio przychodziło mi do głowy w związku z Casem, ale wydawało mi się, że nic nie przebije jego współpracy z Crowleym. Ale, przepraszam, UWIEDZENIE Deana?... DEANA?
Przeszył mnie zimny dreszcz. Musiał go obezwładnić jakąś mocą… innej opcji nie ma, jeżeli rzeczywiście do czegoś między nimi doszło. Czułem się jednak zbyt głupio z tymi podejrzeniami, żeby wypowiedzieć je na głos i rozwiać wątpliwości.
Ostatnio wszystko zresztą stawało na głowie, słowo daję, gorzej niż przed końcem świata. Zażegnanie go przyniosło doprawdy dziwaczne konsekwencje…
Stałem więc, oniemiały, patrząc na te dwójkę. W wyobraźni zatańczyła mi chora scenka, w której Dean zaskakuje Castiela bukietem róż. Miałem ochotę sobie samemu strzelić z liścia w twarz.
- Twoje mazidła na oknach nie podziałały! – Dean krzyknął nagle, wyciągając oskarżycielsko palec w stronę Bobbyego.
- Teraz ci to niby przeszkadza… - odezwał się anioł, urażonym głosem.
Myślałem, że się przewrócę. Naprawdę tak strasznie nie chciałem tam być, próbować zrozumieć coś z tej farsy… Najchętniej wyskoczyłbym przez okno, byle tylko pożegnać to towarzystwo. Dean chyba miał rację, mówiąc mi nieraz, że jestem „wycofany”. Ale kręciło mi się w głowie od tych rewelacji.
- SĄDZIŁEM, ŻE TERAZ BĘDZIEMY SIĘ NIECO UNIKAĆ! – wrzasnąłem niespodziewanie, nawet dla samego siebie. Dean aż podskoczył, a Cas spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach. Bobby tylko na mnie zerknął, nieporuszony jak skała. – Co się zmieniło? – spytałem już spokojniej.
Dean odchrząknął i splótł ręce za głową, pogwizdując.
- Kurwa… - zaklął i zaśmiał się dziwnie.
- To może ja wyjaśnię – odezwał się Cas.
Posłałem mu ponure spojrzenie. Jak dotąd kiepski był w tym kiepski.
- Nieee… - Dean jęknął słabo, opadając na łóżko.
Cas nie zwrócił uwagi na ten cichy protest, patrząc na mnie z mocą.
- Przyszedłem wytłumaczyć, to co już wcześniej próbowałem wyjaśniać. Przyszedłem się pojednać.
- Pojednać? – prychnąłem. – Więc mam nadzieję, że w ramach tego to Crowley gruchnął o ścianę?
- Crowley… Crowley komplikuje sprawy, to fakt…
- Brawo, Kapitanie Oczywistość! – zakrzyknął Bobby spod gęstej brody.
- Zrozumcie, jest mi potrzebny, ale to nie oznacza, że spiskuję przeciwko wam!

***

Co za groteska. Nikt mi nie wierzył, Dean był wściekły za ten najazd demona (oczywiście urządzony tylko po to, żeby nas na powrót skłócić…), Sam już miał mnie za drugiego Lucyfera, a Bobby, gdyby tylko mógł, najchętniej rozwaliłby mnie na kawałki. W dodatku szansa na spędzenie czasu z Winchesterem przepadła.
Wciąż tylko coś się psuło, coś było nie tak. Miałem w sobie tyle dobrych chęci, miałem tyle miłości i przyjaźni dla nich, a patrzyli na mnie wilkiem. Sam tak się uczepił mojego krawata, że czułem się, jakbym w ogóle nic na sobie nie miał. Zrozumiałem, że już nic tu po mnie. Nie wyszło, jak to ostatnio zwykle bywa.
- Przepraszam, Dean. Wybaczcie mi, proszę po raz kolejny. Sam, Bobby… wciąż jesteście moją rodziną, to się nie zmienia, nieważne, co powiecie.
- Zmieniłeś to już dawno temu – Sam zaciął się nieubłaganie, ale wyraźnie nie był już tak pewny swego. Jego głos był przygaszony. Zapragnąłem zmusić go, by spojrzał mi w twarz, ale on uparcie przyglądał się swoim butom. Odwróciłem się więc do Deana, który patrzył na mnie, zbolałym wzrokiem.
- Szkoda – szepnąłem, powstrzymując się, by nie uczynić jakiegoś wymownego gestu w jego stronę, jak na przykład… dotknięcie jego zaczerwienionego policzka. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby Dean Winchester się czerwienił.
Te moje… nowo odkryte, jakieś zupełnie ludzkie reakcje i uczucia, zaczynały być tłamszące i ciężkie. Może nawet zupełnie niewłaściwe.
- Szkoda – powtórzył za mną, choć nie byłem pewny, czy myślimy o tym samym.
- Crowley to tylko narzędzie, uwierz mi… - mówiłem wciąż tylko do niego. Nie wytrzymałem i położyłem mu dłoń na ramieniu, zapominając o dwójce za nami.
- No nie wiem, Cas, kto tu jest narzędziem – zbił mnie z pantałyku. Cofnąłem rękę, która jakby mi lekko omdlała. No tak. Po tym dzisiejszym przedstawieniu już chyba nigdy nie uda mi się w pełni odzyskać jego zaufania. Był przekonany, że między mną a demonem coś jest.
Przed oczami stanęły mi te trzy pocałunki, które wymusił na mnie Crowley i ostatecznie w duchu musiałem przyznać, że całkiem wymuszony i niespodziewany był tylko ostatni. Crowley naprawdę wcześniej mnie lekko pociągał, magnetyzował, musiałem w końcu do tego się przed sobą przyznać. Ale jednocześnie już wiedziałem, że teraz mogę go tylko nienawidzić. – W każdym razie, twój cel mi się nie podoba tak samo jak Crowley – powiedział wprost.
Naprawdę chciałem wziąć go w ramiona, nawet zapłakać jeszcze raz, posmakować tych niesamowitych ust, pozwolić się poprowadzić tam, gdzie zamierzał mnie zaprowadzić tej nocy, czuć wyraźnie przyspieszony rytm jego serca… Tak mu ufałem! Pewnie bardziej niż sobie.
- Robię to także dla ciebie – szepnąłem jednak po raz ostatni i zniknąłem im z oczu.
Ailime

Ailime
amator
Posty: 15
Rejestracja: 31 lip 2013, 15:41

Postautor: Ailime » 27 sie 2013, 19:32

Whispers in the dark

- Opętało cię, chłopcze? – odezwałem się po zniknięciu Castiela. Miałem dość. W niczym nie pomagała świadomość, że Crowley pałętał się po moim domu, kiedy spałem. OK., może i przywrócił mi władzę w nogach, ale nie z dobroci serca, rzecz jasna… Nie muszę przypominać, że nie chciał mi zwrócić duszy?...
I ten Cas… Cholera, co ja tam pomyliłem, że się tu dostał?...
Najwyraźniej coś dziwacznego zdarzyło się między nim i Deanem. Jeszcze niedawno chłopak wyglądał jak zbity pies, jakby wręcz brzydził się aniołem! Nie minęło kilka godzin…
Normalnie bym nie wnikał, ale tym razem sytuacja się zmieniła, Castiel miał ciemne sprawki za naszymi plecami. Deana chyba najbardziej powinno to ruszyć!
Wierzyć się nie chce.
- Możesz spróbować z wodą świeconą – pysknął mi Dean, aż naprawdę chciałem wylać na niego całe wiadro i zacząć odprawiać egzorcyzmy.
Zazgrzytałem zębami ze złości. Sięgnąłem za pasek od spodni i szybko chlusnąłem Deana niewielką ilością wody święconej. Ykhm, no co, zwykle mam przy sobie małą buteleczkę…
Nic. Uniósł tylko do góry brwi i otarł twarz ze złością. Nic nie zaskwierczało, nie zasyczało, a on nie krzyknął z bólu. Więc to nie opętanie.
Sam się sobie dziwiłem; właściwie to szczerze wątpiłem w jego opętanie (bo kto niby miał tego dokonać? Crowley? Błagam… Aż tak głupi raczej nie był…), miałem raczej na myśli metaforę. Ale mnie skurczybyk zaczął denerwować, ot co…
Chciałem przynajmniej na dziś skończyć to przedstawienie.
- Dość tego. Słyszycie, mam dość! Rozejść się! Wykończą mnie, matoły! – Sam spojrzał na mnie z urazą w oczach. Wyglądał dokładnie jak wtedy, gdy miał dziesięć lat i nie mógł zrozumieć idei odpowiedzialności zbiorowej za wyskoki Deana.
Cóż, to John miał takie metody wychowawcze.
- Spróbuj mi tylko coś nakombinować z tym degeneratem – pogroziłem jeszcze na odchodne Deanowi.
- Przestań, Bobby, przestań – rzucił mi rozdrażnione spojrzenie. – Poleciał do Crowleygo, nie chcę go znać…
Wyszliśmy z Samem od tego kochasia. Zauważyłem jednak, że wciąż kurczowo ściskaliśmy w dłoniach broń.
- Mimo wszystko, nie wierzę mu – odezwałem się, gdy uznałem, że już jesteśmy poza zasięgiem słuchu Deana.
- Z czym? – spytał Sam.
- Z tym, że odpuszcza Casa.
- Bobby! – szepnął Sam, zatrzymując się na ostatnim stopniu, który w tej ciszy skrzypnął złowieszczo. – Właśnie! Czy ja jestem jakiś nienormalny, czy Cas wyglądał jakby był… wyjątkowo niepozbierany?...
- Jakby Dean się do niego dobierał, nazywajmy rzeczy po imieniu – burknąłem niepewny, czy to już jest „po imieniu”.
- No właśnie… to możliwe!?
- Wiesz, tak. Cas coś kombinuje, to oczywiste. Musiał w jakiś sposób zacząć silnie oddziaływać na twojego brata. Paskudny chwyt, swoją drogą. Mówię ci, on teraz nie myśli racjonalnie…
Sam zmarszczył brwi i zawahał się lekko.
- Co jest, synu?
- Może… Może Cas wcale nie „oddziałuje” na Deana, mam na myśli, za pomocą jakichś mocy?...
Nie wiedziałem, czy go palnąć, czy wybuchnąć śmiechem. Wybrałem coś pośredniego, patrząc na niego jak na idiotę.
- Sam. Przyznaj, że to trochę niepodobne do Deana, samca alfy?
Wygiął usta w podkowę i wzruszył ramionami.
- Puknij się, chłopcze.
- Poważnie mówię!
- Poważnie każę ci się puknąć! –po chwili westchnąłem, patrząc na niego bezradnie. Nic nie miało sensu.
- Wiem, że to brzmi dziwacznie, ale Cas bardzo zmienił się pod wpływem Deana. Może więc to nie byłoby takie złe! Może by się teraz…
- Co, nawrócił? – wpadłem mu w słowo. – Castiel ma swój cel i będzie do niego dążył po trupach. A jeśli jest jak mówisz, to Dean ma po prostu przerąbane.
Sam spojrzał na mnie ze zgrozą.
- Może próbować uciec, czy… coś… - skrzywił się.
Zatrzymałem się w pół kroku. Ależ ze mnie dureń!
- Dureń ze mnie! – powtórzyłem swoje myśli na głos. – Śpij z nim dziś.
- CO!?
- Masz już skrzywioną psychikę – trzepnąłem go w ramię. – Mam na myśli: pilnuj go!
Sam poczerwieniał ze złości i obrócił w dłoni gnata. Wymownie.
- Dobra – warknął i wrócił się.
- Spróbuj coś od niego wyciągnąć! – syknąłem jeszcze za nim. W odpowiedzi uniósł broń i nią potrząsnął. – Nie w ten sposób! – pokręciłem głową i wywróciłem oczami. – Idioci…
Zamknąłem za sobą drzwi do swojej sypialni. – To za dużo na moją starą głowę, za dużo…
Padłem na łóżko tak, jak stałem. Nie miałem siły palcem kiwnąć i już po chwili usnąłem.

***

Puk, puk, puk? Puk, puk?
Niepewne pukanie było bardzo w stylu Sama. Pan „Przepraszam - Że - Żyję”.
- Idź sobie, Sammy – rzuciłem bez przekonania. Wiedziałem aż za dobrze, że i tak nie posłucha. Za bardzo się o mnie martwił. I vice versa, taka nasza choroba…
Faktycznie, po chwili drzwi się uchyliły i ukazała się w nich wielka postać mojego brata.
- Sam, idź spać – próbowałem dalej mimo wszystko. Może w końcu się obrazi, czy coś, przecież był jak baba…
Coś jakby skrzypnęło we mnie, kiedy złośliwy głosik podpowiedział mi, że to nie Sam całował się z facetem i chciał go przelecieć. „Złośliwy głosik”, ha! Widzę, że zaczynam wariować. Uroczo.
Sam oczywiście zignorował moje słowa i już po chwili siedział obok mnie.
- Nie. Powiedz mi, co tu naprawdę się wydarzyło.
Hoho, z grubej rury, bez żadnych spokorniałych wstępniaczków, musiał być naprawdę zdesperowany! Przyjrzałem mu się z ukosa. Nie robił swoich psich oczu, a to znaczyło, że…
- Bobby cię nasłał? Nie bój się, nigdzie się nie wybieram! – warknąłem. Sam jednak nie stracił rezonu ani na chwilę. Wytrawny łowca. I kłamca, pomyślałem, mimo woli, ale byłem wściekły. – Czemu mi nie ufacie?...
Ukryłem twarz w dłoniach. Nikt nikomu nie dawał wiary, wszystko było podejrzane i głupie. Nawet ja!
- Wybacz, że tak prosto z mostu, ale… Czy ty i Cas?... – zamilkł, w momencie gdy podniosłem głowę i posłałem mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Dobranoc, Sammy! – pragnąłem to uciąć. Ległem na łóżku, odwracając się do niego plecami.
Miałem opowiadać, co się wydarzyło! Jeszcze czego! Przeszło mi przez głowę, że i tak zaraz wszystkiego się dowiedzą, choćby od Crowlyego, ale z jakiej racji miałem teraz spowiadać się Samowi, skoro ja sam nie potrafiłem zrozumieć, co mnie opętało…
W przenośni, oczywiście!
Sam lubił zgrywać psychologa, za to ja nie lubiłem się wyzewnętrzniać… uzewnętrzniać… nieważne. Nawet jemu.
- Nie! – Sam zaprotestował gwałtownie, ale ja nie drgnąłem. – Na pewno nie!
Chwycił mnie za ramiona i próbował mnie podnieść. Chwilę mocowałem się z nim, aż w końcu uznałem to za dziecinadę i spojrzałem mu wyzywająco w twarz.
- Kretyn! – warknąłem.
- Wiem, nie musisz się przedstawiać – odparował mi. Swoją drogą, skąd on brał te odzywki, to nie wiem. Z seriali? – Dean. Nie pytam o to, czemu Cas był taki… rozmemłany –Spojrzałem na niego spode łba. – Co tu robił razem z Crowleym?
Zacisnąłem pięść. Przesłuchanie, kurwa, w środku nocy.
- Możemy o tym pogadać rano?
- Nie ma żadnego rana!
- Dobra, Sammy! Nie był z Crowleym! Nie kłamał też, przyszedł jeszcze raz się… - szukałem w głowie słowa, którego anioł użył wcześniej. - … pojednać.
Sam uśmiechnął się słodko, mrugając oczami, jakby chciał z ironią powiedzieć, jak to mi cholernie wierzy.
- Tyle mam do powiedzenia. Wierz mi lub nie. Jestem jego przyjacielem.
- Nie BYŁEŚ? Jeszcze kilka godzin temu go nienawidziłeś – mówił sceptycznie.
- Tak jak ciebie już nieraz nienawidziłem – zauważyłem zimno. – I nigdy cię nie skreśliłem, bo jesteś moją rodziną!
- On nią nie jest – odparł z automatu. Zmienił się na twarzy. Zrozumiałem, że przesadziłem z tą nienawiścią.
- Więc Bobby też nie?
Oburzył się, jakby chciał powiedzieć „Bobby to co innego!”, ale tylko nadął się i nie odezwał się nic.
- A Crowley? – naciskał jednak po chwili dalej. Co za maruda z niego…
„Chciał mi zabrać Casa” – pomyślałem jak dzieciak zazdrosny o swojego psa.
- Uznał, że Cas nie wywiązuje się z umowy, bo zadaje się z nami… – urwałem, bliski szaleństwa, kiedy pomyślałem o jakie „zadawanie się” dokładnie mi chodzi.
Sam jednak kiwał w zamyśleniu głową.
- Bo chcieliśmy go zabić, to oczywiste…
- Dalej chcemy! – przypomniałem mu z werwą.
Sam rzucił mi szybkie spojrzenie.
- Bezczelny jest, że się tu pojawia, swoją drogą. Zupełnie jakby celowo się drażnił…
Zaśmiałem się sucho.
- Mało powiedziane.
Nastała chwila ciszy. Po chwili Sam powiedział spokojnie i z tą swoją wspaniałomyślnością dla całego świata:
- Dean, tak naprawdę zrozumiałem wszystko w sekundę, jak tylko tu wszedłem. W co ty się pakujesz?
- Nie wiem o czym mówisz, Sammy – standardowy tekst na udawanie idioty. Co mogłem niby powiedzieć? Sam był inteligentny… - W nic, Cas odfrunął.
- Wróci.
- Tym lepiej – palnąłem, nim ugryzłem się w język. Cholera.
- Dean! Słyszałeś, co mówił! „Crowley to narzędzie”. Bzdura! Jemu się wydaje, że nim steruje, a może być całkiem odwrotnie! I pewnie jest. Inaczej… rozumiem, że doszło do jakiejś konfrontacji tutaj…
Nic już nie mów, błagałem go w myślach.
- Cas jest zaślepiony – kontynuował jednak nieubłaganie. – I ja… - wziął głęboki oddech, ale jakby uszło z niego powietrze, bo zgarbił się lekko. – Ja najlepiej rozumiem, w co on zabrnął. Zniżył się widać do mojego poziomu, skoro pracuje z demonem… - uśmiechnął się krzywo i nagle przestałem powstrzymywać się od uderzenia go, a zapragnąłem poklepać brata po ramieniu.
- Tą samą analogię mu pokazałem, Sammy – szepnąłem smutno.
- Więc pewnie już wiesz, że nie przetłumaczysz mu, póki nie wydarzy się coś złego – zadrżałem, mimo woli. – Nigdy bym nie pomyślał, że Castiel jest tak naiwny - dodał po chwili z niesmakiem i ziewnął. – Przynajmniej ty nie bądź – bąknął jeszcze.
Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.
- Nie bój się – syknąłem w końcu.
W trakcie całej rozmowy ani przez moment nie przyszło mi do głowy, żeby jakoś usprawiedliwiać Casa, choć gdyby Crowley się nie zjawił, leżałbym teraz z nim w jednym łóżku i nikt by nie wiedział, że anioł tu był.
Uznałem rozmowę za skończoną i ponownie odwróciłem się da Sama plecami.
- Dean… - szepnął cicho moje imię, ale już nie powiedział nic więcej. Nasłuchiwałem jego kroków i skrzypnięcia zamykanych drzwi, ale nic takiego nie nastąpiło. Tylko cisza.
- Mógłbyś mnie wreszcie z łaski swojej zostawić w spokoju, Ewo Drzyzgo?
- Przecież nic już nie mówię – odparł, rozsiadając się w fotelu. – I zostawiam cię w spokoju, ale nie samego w pokoju – widać trzymały się go słowne żarciki.
- Zgłupiałeś? Co to ma znaczyć?
Wzruszył ramionami.
- Nigdzie się nie wybieram, Dean. Postaw się na moim miejscu. Nie chcesz mi nic mówić, nie wiem co się z tobą dzieje…
- Och, nie bój się, nie zwariowałem!
- Nie w tym rzecz.
Miałem wrażenie, że zaraz eksploduję. Najlepiej było chyba na dziś już dać sobie z tym wszystkim święty spokój.
- A zresztą… Siedź tu sobie do samego rana, jak tak bardzo tego pragniesz – takie wydłużone „dobranoc”.
Po chwili udało mi się w końcu zasnąć pod „nadzorem” młodszego brata.
Ailime

Ailime
amator
Posty: 15
Rejestracja: 31 lip 2013, 15:41

Postautor: Ailime » 02 wrz 2013, 19:50

Sweet dream or a beautiful nightmare?

-Dean, posuń się.
Otworzyłem oczy. W ciemności widziałem jedynie na szaro – czarno. Z początku nawet nic nie widziałem. Nie licząc wiszącej nade mną twarzy Sama.
- Chyba sobie żartujesz! – powiedziałem głośnym szeptem . – Idźżesz do siebie, jak tu ci źle!
Sam użył trochę siły i bez słowa przeturlał mnie na drugi brzeg i tak przecież dość wąskiego łóżka. Niezmiernie się zdziwiłem, że się temu poddałem, ale czułem się wyjątkowo bezwolny.
Jeszcze bardziej zdziwiło mnie jednak, że Sam rzeczywiście wślizgnął się do mojego łóżka i umościł wygodnie na boku obok mnie, po czym spojrzał mi z powagą w twarz.
- Hohohoh, Sammy! – próbowałem go zepchnąć, ale był jak skała. Crowley miał w jednym rację, olbrzym z niego! John Coffey niemalże… - Nie masz już sześciu lat, nie boisz się już potworów i nie musisz ze mną spać! No, już… - naparłem na jego ramiona i próbowałem zrzucić z łóżka. Ani drgnął. – Nie… ma… cię…
- Dean, ćśśśśś… - położył mi dłoń na ustach, drugą przygwoździł mnie, trzymając za bark. Deski pode mną jęknęły w proteście. – Nie musisz się mnie obawiać, jestem twoim bratem.
- OK… To już wiemy… - wymamrotałem, kiedy zabrał dłoń.
Sam westchnął, luzując swój żelazny uścisk, ale wciąż nie zabierając dłoni.
- Zrozum… Cas stał się dla nas wyjątkowym zagrożeniem. Myślisz, że on cię kocha, ale to nie tak! Chce po prostu być pewny, że nie pokrzyżujesz mu planów, rozumiesz? Chce cię mieć na oku, uśpić twoją czujność…
Słuchałem tego w najwyższym stanie zdumienia. Co on mi wygadywał w środku nocy!? Każde jego słowo powodowało uczucie podobne do szarpania coraz to nowego nerwu. Serce zaczęło mi galopować w piersi.
- Sam, puść mnie.
Wyjątkowo posłusznie zabrał ręce. Zerknąłem na zegar w budziku.
- I doszedłeś do tych genialnych wniosków o trzeciej w nocy!?
- Im wcześniej, tym lepiej dla ciebie. Pozbądź się wreszcie złudzeń.
Usiadłem po tych słowach jak rażony gromem. Nie mogłem ani przyznać jemu racji, ani przyznać się do Casa, ani wszystkiemu zaprzeczyć. Jego słowa były logiczne, choć jednocześnie przerażające. Wybrałem więc ciężką ciszę.
- Chyba „im później” bąknąłem po dłuższej chwili milczenia, starając się nie myśleć o tym, że w podaniach trzecia w nocy to godzina szatana, kpina ze zmartwychwstania… - Czego ty właściwie teraz ode mnie chcesz? Co ci mam powiedzieć? Nie możesz z tym poczekać do rana?
- Powiedz, czy ty naprawdę kochasz Casa? – spytał łamliwym głosem, ignorując moją irytację.
Nie spodobał mi się jego ton. Był co najmniej… dziwny.
- No wiesz, jak brata… - wykręcałem się, jak mogłem. Zresztą to była prawda. Takie pół prawdy.
Zawsze uważałem że niemówienie całej prawdy i kłamanie to dwie zupełnie inne sprawy.
Ale czy można dzielić prawdę?...
- W takim razie powiedz mi dokładnie, co tu zaszło.
- Przeganialiśmy Crowleygo! – to też nie było kłamstwem.
Dlaczego musiałem sobie bez przerwy to powtarzać?...
- Więc nawet nie pocałowałeś Casa?
No bezczelny!...
- Co ty wygadujesz! Pewnie, że nie!
Ok., tym razem to było kłamstwo absolutne. Ale to nie ja wymyśliłem tę spowiedź!
Sam nagle zamilkł, najwyraźniej kończąc swoje przesłuchanie. Wcześniej trwał w pozycji pół-leżącej, opierając się na łokciach, jak na jakichś greckich sympozjach, teraz zaczął powoli siadać. Wyciągnął szyję i przymknął nieco powieki.
- Co jest?... – szepnąłem. Poczułem dreszcz, przebiegający mi jak wąż od karku, przez ramiona, aż do dołu pleców.
- Nasłuchuję – rzekł bardzo cicho, ledwo słyszalnie.
- Czego? Sammy, przerażasz mnie…
Nagle wyprostował się i spojrzał na mnie dumnie, ze stalowym błyskiem w oczach.
- Piania koguta, braciszku. Właśnie wyrzekłeś się swojego lowelasa trzy razy.
Poczułem ogarniającą mnie rozpacz. Więc to tak? To teraz ja tu jestem Judaszem czy jakimś Piotrem który się zapiera?...
Sam popchnął mnie lekko na łóżko. Przestało mnie dziwić, że się temu nie dziwię. To… pokręcone uczucie w każdym razie.
- I wyrzekłbyś się jeszcze i dwadzieścia razy, gdybym tylko zechciał… - wyszeptał mi do ucha.
Zaśmiał się cicho i trącił mnie nosem w policzek. Czułem się jak sparaliżowany.
- No i czemu się dręczysz? Prawidłowo robisz – syknął. – Bo, widzisz, Dean, jemu jakoś nie przeszkadzało wyrzekać się nas, zdradzać i oszukiwać – mówił powoli, pewny tej wersji, o której ja nie chciałem myśleć. Każde jego słowo jednocześnie hipnotyzowało mnie i napawało odrazą. – I co ci powiedział? Że robi to z bólem serca? Że i tak cię kocha? A może, że robi to dla ciebie? – przy ostatnich słowach parsknął śmiechem. Jego pytania retoryczne były jak mowa prokuratora i wtedy przypomniałem sobie, że Sam miał być adwokatem.
Adwokatem diabła.
Boże, czemu tak pomyślałem?
Łzy bezsilności nabiegły mi do oczu. Nagle doszedłem do wniosku, że Sam musiał usłyszeć dokładnie całą naszą rozmowę, przynajmniej tą na dole. Albo, że to takie oczywiste, a to ja tu jestem głupcem.
- Sammy, przestań… - jęknąłem ze ściśniętym gardłem.
- Dean… - wyraźnie z szedł z tonu i… przytulił mnie ciepło. – Nie rozumiesz? To JA jestem tym, który cię naprawdę kocha! To się nigdy nie zmieni! – szeptał gorąco. – To MNIE zawsze potrzebowałeś i pilnowałeś jak oka w głowie…
Parę razy to oko mi wybito, pomyślałem zgryźliwie.
- Oddałeś za mnie swoją duszę! Wiesz, że zrobiłbym to samo! Nikt nie jest w stanie pokochać cię bardziej ode mnie!
Zacisnąłem powieki, czując jak oczy pieką mnie za zmęczenia. To, co mówił, było szalone, ale jednocześnie prawdziwe. Byliśmy zdecydowanie więcej, niż braćmi.
Zresztą, nie miałem siły dłużej z tym walczyć. Sam był zawsze dla mnie wszystkim, szczególnie po stracie taty. Moją przystanią, moim oparciem, sensem życia właściwie.
Czułem się tak strasznie wycieńczony ciągłą walką, a w jego silnych ramionach było mi po prostu dobrze. Nie mogłem już mówić, a żuchwa bolała mnie od powstrzymywanego płaczu.
Nie mogąc też jasno myśleć, poddałem się instynktowi. Musnąłem wargami jego gorącą szyję. Sam zamruczał z zadowoleniem i naparł na moje plecy ciężkimi dłońmi, tak że niemal nie było między nami już żadnej przerwy. Zaraz potem uniósł mój podbródek i zaczął mnie z pasją całować.
- Jesteś… ode mnie… uzależniony… na zawsze! – wydyszał między pocałunkami.
Zakręciło mi się w głowie. Miał rację; kiedy raz nasze usta się zetknęły, to był koniec. Zatracałem się w nim coraz bardziej, zapominając nawet o Castielu, o całym świecie. Nie było w tym dobra, nie potrafiłem też dostrzec zła. Nie było to ani mądre, ani głupie.
Poddawałem mu się po prostu z poczuciem, że tylko dla niego jestem na tym świecie. Przed oczami przebiegało mi całe nasze życie. Wypełniała mnie wdzięczność dla Sama, za to… za to po prostu, że wciąż ze mną jest, że zawsze przechodzimy razem przez całe to piekiełko, jakie serwuje nam życie.
Nagle jednak coś było nie tak. Sam przesadzał, nie dawał mi możliwości złapania oddechu i napierał na mnie tak mocno, że zacząłem się dusić. Szaro-czarny pokój napełniła krwawa łuna wschodzącego słońca. Z oddali dobiegło nas rozdzierające ciszę pianie koguta…

***

Coś było nie tak. Dopiero nad ranem przysnąłem w fotelu, choć wcześniej na trochę Bobby mnie zmienił i mogłem się zdrzemnąć. Nie udało mi się to jednak. Zbyt wiele myślałem, zbyt wiele chciałem wiedzieć…
Zbyt wiele? Może po prostu cholerną prawdę! To jednak najwyraźniej Deana przerastało. Ciekawe czemu…
Podejrzewałem, że już wszystko wiem, jakkolwiek dziwne by to miało nie być. Łapałem się na tym, że chciałem tylko, żeby mój brat rozwiał wszelkie wątpliwości. Żeby wyjaśnił, co to za awantura z Crowleym (choć tam, gdzie pojawia się jakikolwiek demon, zawsze jest jakaś awantura…)
Na takich myślach głównie spędziłem ten czas wolny od pilnowania Deana.
Boże, to brzmi zupełnie tak, jakby był albo małym dzieckiem, albo groźnym przestępcą!
Nieważne. W każdym razie, kiedy już się ocknąłem, zobaczyłem Deana, rzucającego się po łóżku. Trzymał się za szyję, musiał mieć jakiś koszmar o duszeniu. Albo o astmie. Wolę nie wiedzieć.
Doskoczyłem do niego jak poparzony i zacząłem trząść nim za ramiona, żeby się obudził. Nie takiej jednak reakcji się spodziewałem, gdy otworzył oczy.
Wrzasnął. Wrzasnął dokładnie na mój widok, zeskoczył z łóżka i pobiegł na drugą stronę pokoju.
- O, Boże, Sam, nie podchodź!
Gapiłem się na niego jak cielę w malowane wrota, mrugając oczami. „Wariat” – przemknęło mi przez myśl, ale nie próbowałem się zbliżać. Nie byłem pewny, czy mi się tylko zdawało, czy Dean naprawdę… zaczerwienił się lekko. A przynajmniej końce uszu miał czerwone.
- Dean, to tylko zły sen. Spokojnie, jestem tu – mówiłem z uniesionymi dłońmi w górze, niczym łagodny pastor podczas kazania.
- Jesteś tu, jesteś tam, wszędzie jest mój mały Sam! – wrzasnął nagle i tym razem byłem pewny, że spłonął na twarzy. Jeszcze bardziej wybałuszyłem na niego oczy.
- Chwila, ja ci się śniłem? I co, to było takie straszne? – parsknąłem śmiechem.
- Lepiej się zamknij, Sammy – naskoczył na mnie nagle. Najwidoczniej wyzbył się już strachu. – Naprawdę nie chcesz wiedzieć. Tyle ci tylko powiem, że zmiksowałeś się w mojej głowie z Casem, Crowleym i Lucyferem! A to nie był fajny mix!
- Hej, już dobra! Faktycznie, nie chcę wiedzieć – skrzywiłem się.
Po chwili wahania przeszedł przez pokój i stanął obok mnie. Położyłem mu rękę na ramieniu. Chciałem go jakoś uspokoić, bo wciąż wyglądał dziwnie, ale on był rozhisteryzowany jak baba w ciąży (jakby to Bobby delikatnie ujął), bo nagle odskoczył ode mnie, zupełnie jakbym go dotknął rozgrzanym do czerwoności metalowym prętem.
- Aaaaach!!! Zostaw!...
Serio, zaczynał mnie wkurzać.
- Posłuchaj mnie! – huknąłem na niego, kiedy znów odskoczył. – Nie wiem, co ci się śniło, ale opanuj wreszcie te swoje paranoje! To nie na mój widok powinieneś wrzeszczeć jak gwałcona panienka! – wyrzuciłem z siebie i wyszedłem, zatrzaskując za sobą drzwi. W jednej sekundzie pożałowałem tego wybuchu, ale przecież nie był bezpodstawny. Mimo wszystko… porównanie było chamskie.

***

Sam użył zdecydowanie za dużo siły do tak prostej czynności jak zamykanie drzwi. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy zaraz nie wypadną z zawiasów. Wszystko wyglądało na takie stare w tym domu… Może nawet nie tyle stare, chyba że w ludzkim pojęciu, ale po prostu okropnie zaniedbane. Za co nie można było winić właściciela, Bobby zajmował się o wiele ważniejszymi rzeczami niż remont i chwała mu za to.
Obserwowałem, jak Dean kurczy się w sobie, wbijając wzrok w podłogę. Ja sam pozostałem dla niego niewidocznym.
- Przepraszam, Sammy – wybąkał, choć jego brata nie było już w pokoju. Dziwny zwyczaj, mówić do zamkniętych drzwi.
Nagle przyszło mi do głowy, że podobnie wyglądały moje ostatnie rozmowy z Bogiem. Jakby był za wyjątkowo grubymi drzwiami, które sam zresztą zdawał się zamykać przed moim nosem.
- Może i pękła ściana w TWOJEJ głowie , ale to ja zaczynam naprawdę wariować przez tego skurczybyka.
Przeze mnie? Nie chciałem znów być jakimś ciężarem dla niego!
Nie mogłem tego wytrzymać. Jego ból był jednocześnie moim.
- Dean – odezwałem się, pozwalając w końcu, żeby mnie zobaczył.
Winchester podskoczył, zapewne zaskoczony i odwrócił się ku mnie, wbijając w moją twarz wściekły wzrok.
Zabolało.
- Cas, co ty tu robisz!? – syknął.
- Pilnowali cię całą noc… - wyjąkałem. – Zresztą, ja też czuwałem…
- Dzięki, nie trzeba było, nie jestem ani chory, ani nienormalny! Zresztą – żachnął się. – masz dla mnie tyle czasu! – jak zwykle uciekał w ironię. Cały on. Potrafił nią przykryć wszystko, jak niektórzy każdą potrawę polewaliby ketchupem.
Tak słyszałem…
- A co z Crowleym? Co z wojną w Niebie?
- Ja… To przez to, że doskonale wiem o tym, że zostawiłem cię w niekomfortowej sytuacji…
Jąkałem się. Odczuwałem zażenowanie, niepewność, wstyd… Jeszcze niedawno nie umiałbym chyba dobrze nazwać tych emocji! Jeden człowiek, jeden po prostu nieświęty człowiek, a ja sam zaczynam rozumieć, co to łzy, pożądanie i wszystko inne… „tak bardzo ludzkie”, jak mi powiedział.
Zapewne nie było to teraz dla mnie w cenie: stawać się „ludzkim”. Ludzie byli w większości szlachetni, nie bez powodu Bóg chciał, byśmy ich strzegli i ich kochali. Ludzie potrafili kochać jak nie potrafił dotąd żaden inny gatunek. A mimo to… Mimo to bycie ludzkim rozpraszało mnie. A już na pewno byłem rozdarty.
Szczególnie, że teraz Dean mierzył mnie ostrym spojrzeniem. Po chwili jednak machnął ręką, jakby chodziło o życiowe błahostki dnia codziennego.
- Zapomnij – usłyszałem jego niski, szorstki głos.
Ten jeden człowiek, nie dość, że mnie rozpraszał, to jeszcze tak umniejszał! A ja mu na to pozwalałem. Przy nim zdarzało mi się zapominać, że w ogóle jestem aniołem. O, tak… Wczoraj bardzo się obaj zapomnieliśmy, ale jednocześnie wiem, że niczego bym nie żałował. Bez końca tylko chciałem odzyskiwać jego sympatię, zaufanie, uczucie… Nieważne, w jaki sposób.
Jeżeli to było uczucie, a nie zwyczajna, ludzka żądza, chęć rozładowania związanego z zajęciami łowcy i wszelkimi Kryzysami napięcia, stresu… Sam już nie wiedziałem. Może żałował. Może jego „zapomnij” miało oznaczać „Zapomnij o mnie”, albo „Zapomnij o tym, co było wczoraj, to się nie powtórzy”.
Nie wiem czy słowo „smutek” wystarczająco oddaje to, co czułem, myśląc w ten sposób.
Mimo tych podejrzeń podszedłem do niego i delikatnie objąłem go wpół. Po części tego pragnąłem, po części chciałem się przekonać, czy mnie nie odtrąci.
Całe szczęście jednak, nie zaprotestował.
- Widziałem twój sen – szepnąłem, nim dotarło do mnie, że najwyraźniej za wcześnie mu to wyznałem. W sekundzie zesztywniał w moich ramionach. Przecież to ten sen przysporzył mu kolejne nerwy i kłótnię z Samem. Ale naprawdę, musiał być zawsze taki „w gorącej wodzie kąpany”?
Dean jednak nie odtrącił mnie, jak wcześniej całkiem przecież taktownego brata. Nie poruszył się. Przez chwilę nawet chyba nie oddychał.
- Byłeś w moim śnie? – spytał powoli, jakby nie docierały do niego moje słowa.
- Nie, ale… obserwowałem.
- Włazisz do mojej głowy? – znów się irytował.
Odsunął mnie od siebie na długość swoich ramion i patrzył mi bystro w twarz.
- Przepraszam – wymamrotałem. – Przestrzeń prywatna. No tak. Wy, ludzie… Zapomniałem, jak jej potrzebujecie. Nawet podczas snu.
Gdy to mówiłem, ku mojemu zdziwieniu powoli jego twarz topniała z chłodu, a gniew ustępował miejsca rozbawieniu. W końcu jego wargi zadrżały, aż ni z tego, ni z owego, roześmiał się serdecznie i poklepał mnie po ramieniu.
- Po prostu głupio mi, że widziałeś to skondensowane dziwactwo… Że usłyszałeś, to co mówił o tobie Sam… - dodał poważniej i spojrzał na mnie z ukosa.
- Po pierwsze, nie Sam, mam nadzieję, tylko nocna mara.
Składająca się z jego lęków, a nie Sama, no ale nieważne.
- Po drugie, nie musisz się bać, że twój brat w nocy przygwoździ cię do łóżka.
Dean zaśmiał się, ale śmiech nie sięgnął jego oczu.
- Sam… Sam tylko boi się, że cię straci. Kolejny raz. I to by była taka metafora według mnie.
- To w końcu Sam, czy nie Sam?
„Ty sam, a nie Sam” – miałem w głowie, ale nie powiedziałbym tego.
Zawahałem się więc, przenosząc wzrok gdzieś na ścianę.
- Jeśli chodzi o Sama… Wiem na pewno, że nie chce, byś mnie zrozumiał, bo sam nie jest na to gotowy. Ale… mam nadzieję, że nie znienawidził mnie do reszty. Bo gdybyś potem jeszcze ty nazwał mnie Judaszem…
Znowu to się działo. Znowu. Głos załamał mi się nagle, więc zamilkłem, za słaby by kontynuować.
- Cas, ty głupi skurczybyku… - odezwał się nagle Dean nieco przytłumionym tonem, po czym otoczył mnie ramionami. Kolejny raz dawał mi swoim ciepłem tę iluzję bezpieczeństwa, spokoju i szczęścia.
A przecież najgorsze miało dopiero nadejść.
Ailime

Ailime
amator
Posty: 15
Rejestracja: 31 lip 2013, 15:41

Postautor: Ailime » 19 wrz 2013, 22:58

From the inside

Czyściec, Czyśćca, Czyśćcowi, po łacinie Purgatorium. Czyściec odmieniany przez wszystkie przypadki tłukł się po mojej głowie niczym dźwięk łańcuchów w Piekle. Czyściec, zmieszany ze słowami „Cas” i „Katastrofa”.
Castatrofa…
Podprowadziłem Samowi laptopa i zacząłem szukać roboty. Czytaj: sprawdzać, czy jak zwykle tragiczne wiadomości mieszczą się w dziale „nadprzyrodzone dziwactwa”. W naszym dziale…
Uznałem, że pijany kierowca rzeczywiście był pijany, a kobieta – alkoholiczko-awanturniczka mogła pod wpływem alkoholu zadźgać męża-skurwysyna.
Co ten alkohol robi z ludźmi, pomyślałem, mimo wszystko nie przerywając sobie sączenia whisky.
Gdzieś w głębi jednak, zajmując się szukaniem, nie mogłem przestać myśleć o swoim śnie. Sam już się udobruchał po moich porannych wrzaskach, wyprzytulany Cas rozchmurzył się nieco i odfrunął i tylko Bobby obserwował mnie jakbym był odbezpieczonym granatem, który z jakiegoś powodu nie wybucha. Super.
Co do tego poranka… Mój brat kiedyś zafascynował się snami, gdy miał kilkanaście lat. Próbował mi opowiadać o podświadomości, fazach REM i innych bzdetach. Podobnie jednak jak Cas, wspominał też o symbolice. Coś więc rzeczywiście musiało w tym być.
Mimo to śmiałem się w duchu z samego siebie, gdy otworzyłem jeden z pierwszych internetowych senników.
- Pewnie jakiś stos bzdur… - mruknąłem do siebie sceptycznie.
Co tam było…
Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć elementy, które podchodziłyby pod symboliczne.
Kogut. Pianie koguta.
Wklepałem i zacząłem czytać. „KOGUT – symbol mężczyzny i jego zamierzeń; naiwna i agresywna męskość.”
Zamrugałem i poczułem się jak idiota.
„Naiwna i agresywna męskość”!?
- Super – burknąłem.
„Kogut to także próżność, zaślepienie samym sobą, gdyż kogut ma ptasi móżdżek.”
Sam by się nieźle uśmiał. Zawsze miał mnie za imbecyla.
Poczułem falę irytacji. Może dlatego mnie te słowa dotknęły, bo właściwie… nie mogłem się z nimi nie zgodzić. Czułem się naiwnie, trzymając w ramionach Casa, czułem w sobie agresję, patrząc na Crowleygo i chyba byłem zaślepiony, kiedy myślałem, że Castiel jest w stanie mnie posłuchać.
Jak echo w głowie usłyszałem głos Sama ze snu: „I co ci powiedział? Że cię kocha? Że robi to dla twojego dobra?”
Przełknąłem ślinę, czując ciarki na całym ciele. Nagle zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy: cokolwiek Cas by nie zrobił, jakkolwiek się nie zachowa, nie będę umiał go zostawić. Zgubię siebie i wszystkich, ale nie odejdę od niego. Nigdy.
Potrząsnąłem głową i starałem na nowo skupić się na tekście, nie unosząc przy tym już ironicznie brwi. Przeciwnie: ściągnąłem je w skupieniu i im dalej przesuwał się mój wzrok, tym szerzej otwierały się moje oczy.
„Symbol ten może być również zapowiedzią nowego DNIA, to znaczy nowego etapu w życiu, końca NOCY (kogut pieje o świcie)”
Pomyślałem, że byłoby miło, gdyby moje życie przestało być jak wietrzna, burzliwa noc bez promienia słońca i bez momentu spokoju, ale to raczej nigdy nie nadejdzie. Cały czas pogrążałem się coraz bardziej, cały czas było tylko gorzej, a rzeczy z którymi przyszło mi się mierzyć - coraz trudniejsze do pokonania…
Westchnąłem cicho, dopijając do końca swoją whisky, po czym odstawiłem szklankę lekko drżącymi dłońmi. Stykając się z blatem stuknęła głucho. Potarłem palcami powieki, żeby przegonić mgłę, która zasnuła mi oczy, gdy na jakiś czas zapomniałem o mruganiu.
Przedostatni fragment był chyba jednak najmocniejszy:
„Sen o kogucie niejednokrotnie ujawnia utajony homoseksualizm młodego człowieka.”
Z trudem przełknąłem ślinę. Musiałem przyznać, czy tego chciałem, czy nie, że w tym NA PEWNO coś było. Inna rzecz, że nie czułem się jak gej, bo jakoś dotąd faceci mnie nigdy nie pociągali…
Kiedyś miałem każdą laskę, którą tylko zechciałem. Dalej mogłem mieć! Ale nagle przestało mnie to interesować. Nawet przy Lisie nie czułem czegoś takiego, jak teraz, tuląc tego przeklętego anioła. Jezu!
Kolejny raz musiałem odegnać niechciane myśli, żeby móc wrócić do sennika.
„Słyszeć piejącego: dowiesz się czegoś nieprzyjemnego.”
- Co ty powiesz…
Tyle, co by mnie mogło dotyczyć. Dalej: „NOC – symbol niebezpieczeństw, zagrożeń i niepewności; wewnętrzna przestroga.”
- Nic nowego.
„Ciemna; zbliżają się smutne i ciężkie czasy.”
Przygryzłem dolną wargę. Naprawdę zaczynałem wierzyć w te „bzdety”.
„POCAŁUNEK – może oznaczać tęsknotę do czułej miłości albo ogólnie sympatię do kogoś. Pocałować mężczyznę; pożegnanie z kimś. Namiętny pocałunek – rozpala cię pożądanie i namiętność.”
Miałem dziwną ochotę zanieść się kaszlem.
„Wymieniać wiele; dobre widoki na przyszłość”…
Kurwa, dość, powiedziałem sobie.
Raz tragedie, raz „dobre widoki”. To co w końcu!? Albo może chociaż jakaś kolejność!
Wkręciłem się już jednak i zaintrygowałem, więc wpisałem jeszcze: „DUSZENIE – nadmiar emocji i przeżyć.”
„DUSIĆ SIĘ – czeka cię jakaś nieprzyjemna sprawa.”*
Zamknąłem klapkę laptopa, wywracając oczami.
Całe moje życie nie jest zbyt przyjemne, pomyślałem. Nagle poczułem się potwornie tym wszystkim zmęczony. Nie bardzo potrafiłem sobie odpowiedzieć, jak długo jeszcze wytrzymam…
Cas… Cas i jego wlepione we mnie niebieskie oczy, a w nich wieczne oczekiwanie, pełne napięcia i niepokoju. Czego on się po mnie niby spodziewał teraz? Że pogłaszczę go po głowie i powiem, że spółka z Crowleym mi w ogóle nie przeszkadza, podobnie jak to, że ma czelność całować go na moich oczach?
Tak bardzo go kochałem, tak beznadziejnie… Może i nigdy bym nikomu tego nie powiedział, może nie potrafiłem z tego nawet przy nim się wyjęzyczyć, a może nie chciałem, może bałem się, że on rzeczywiście tylko chce mnie mieć na widelcu…
Ale prawda była taka, że ten koleś z metafizycznymi skrzydełkami w beżowym prochowcu najzwyczajniej w świecie odbierał mi rozum. Nie wiedziałem nawet, czy wciąż jestem sobą i czy mam swoją słynną „wolną wolę”, a może Sam i Bobby mieli rację – czy on mną przypadkiem w jakiś sposób nie… steruje?
Wstając, niemal przewróciłem krzesło i dolałem sobie whisky.

---------------------------------------------------

 Rzeczywiste hasła i ich tłumaczenie wzięte zostały z tego sennika: http://www.sennik.biz


***

- Ty parszywy, głupi dupku!
Na dźwięk tych słów i znajomego głosu, odwróciłem się dość zaskoczony. Starałem po sobie tego nie poznać, ale do cholery…
- Skarbie! – zakrzyknąłem prawie wesoło, niczym wiosenny skowronek. – Skąd u ciebie taki język? Chyba za długo przebywasz z tym prostakiem, Dea…
Nie dokończyłem. Cas podszedł do mnie szybkim krokiem i… gruchnął mnie z pięści w twarz!
Siła tego uderzenia była tak wielka, że zgięła mnie wpół. Stęknąłem, mimo woli.
- …nem – dokończyłem, uparcie.
Cas złapał mnie za poły marynarki i szarpnął mną, zmuszając do spojrzenia mu w twarz.
- A może powinienem tobą trochę porzucać o ścianę? – syknął. – Ty głupia łachudro!
- Coraz wymyślniejsze masz te wyzwiska! – odciąłem się, wyrywając mu i otrzepując kilka razy marynarkę.
- Co to miało być!? – ryknął na mnie, ale postanowił już nie używać pięści. – No CO!?
- Powiem ci co – szepnąłem ochryple, mrużąc przy tym oczy. – Wiadomość dla Winchestera. Może i macie teraz swoje romantyczne „Noce i Dnie”, ale to nie potrwa długo i niech się nie przyzwyczaja.
- Niby dlaczego?
No właśnie, dlaczego? Chyba sam tego nie wiedziałem, a odpowiedź „Bo to groteska”, albo „Bo ja tak chcę i tak będzie” raczej by anioła nie przekonała.
Postanowiłem więc zabawić się w kość niezgody.
- Proszę cię – parsknąłem. – Winchester cię nienawidzi, za to co robisz. A już za późno, żeby się wycofywać, mam rację?
Castiel spojrzał na mnie z wyższością.
- Nienawidzi? Nie wyglądało na to ani wczoraj, ani dzisiaj…
- Nie zaufa ci już. Nigdy.
Oczy Castiela rozszerzyły się w zrozumieniu.
- O to ci chodzi przecież właśnie, prawda? Boisz się, że zrezygnuję z powodu Deana. Dlatego odwaliłeś tę komedię.
Geniusz – pomyślałem zgryźliwie.
- Posłuchaj mnie raz jeszcze – mówił powoli typowym głosem „Ja-Nie-Żartuję-I-Mam-Mordercze-Skłonności” – jeśli tylko włos z głowy spadnie Deanowi albo reszcie…
- Zdefiniuj „resztę” – puściłem mu oko.
Castiel ponownie nie wytrzymał, chwycił mnie za ramiona i przybił do ściany. Z lekkim popłochem stwierdziłem, że pękła, usłyszałem odgłosy łamania, ale całe szczęście, nie był to mój kręgosłup. Skrzywiłem się, jednak było to bardziej irytujące, niż groźne.
- Dean, Sam, Bobby – wymienił mi. – Jeżeli coś im się stanie…
Ziewnąłem i machnąłem dłonią na tyle, na ile pozwalały mi ciężkie ręce Castiela.
- … To wyprujesz mi flaki i porozrzucasz po całym tym ślicznym ambulatorium – zatoczyłem głową łuk, jakby chcąc pokazać mu wykafelkowane, blade i obrzydliwe pomieszczenie z takimi ozdobami jak spreparowane wnętrzności dzieci Ewy w słoikach, jakiś siny truposzek, czy plamy krwi… niemal wszędzie. Cas jednak miał te widoki za swoimi plecami.
- Dajmy na to – mruknął i mnie puścił. – Coś w tym guście w każdym razie – rzekł ponuro.
- Cas, nie musi tak być – próbowałem użyć pojednawczego tonu. Anioł rzucił mi kpiące spojrzenie.
- Pogrzebałeś się już wczoraj, Crowley.
Zmarszczyłem brwi.
- To groźba?
- Nie. Fakt. Ten wyskok był jedną z najgłupszych rzeczy, jakie mogłeś zrobić. Nie rozumiem, czemu do tego stopnia nie możesz pojąć, że żyję w przyjaźni z Winchesterami?
- Gdybym dostał Ewę wcześniej, nim wygadała się Winchesterom, że nie jestem martwy, mielibyśmy i już dostęp do Czyśćca i ja nie musiałbym martwić się, że pewnego pięknego dnia mnie znajdą i dokonają na mnie dekapitacji – syknąłem. – Teraz to prostsze, bo jesteś GPS’em do mnie! Teraz Pinkyemu i Mózgowi na tym zależy jeszcze bardziej; chcą nam przeszkodzić, bo dałeś się złapać jak kretyn i o wszystkim wiedzą!
- To po co wpadłeś wczoraj do domu Bobbyego!? Dean był skłonny zapomnieć o tobie, ale nie: ty zawsze musisz być w centrum zainteresowania! Sam się podałeś na talerzu!
Rzuciłem mu spojrzenie spode łba. Miał rację, mogłem sobie napluć w brodę. Ale wczoraj nie bardzo myślałem logicznie, wydawało mi się, że Dean odpuści Castiela, jeśli mu zasugeruję, że ja i Cas mamy romans i to od dawna. Wydawało mi się, że jest na tyle wściekły i tak bardzo czuje się zdradzony, że nigdy Casowi nie wybaczy i dodatkowo pojawię się ja, rozwiewając jego wątpliwości, że anioł nie jest już z nimi w jednej drużynie.
A tu cholerna niespodzianka! Nie tylko podają sobie piłkę, ale jakże zagrzewają się do wspólnej gry!
Gry wstępnej, jak zdążyłem zauważyć…
Krew mnie zalała i zamiast zmienić taktykę, brnąłem w jedno i to samo, zapominając, że w TAKIEJ sytuacji nic mi nie pomoże, że Dean będzie zazdrosny.
A wręcz przeciwnie.
- Po co? – chciał wiedzieć Cas.
- Upewnić się, że Dean obraził się, siedzi, płacze i pije, a ja mam go z głowy. A tu proszę – wygiąłem usta w podkowę. – Chyba rozumiesz, że mnie to nieco zbiło z pantałyku?
Cas gapił się na mnie z niezrozumieniem i… obrzydzeniem? Czy ja widziałem obrzydzenie w jego oczach?
Co za zniewaga. Naprawdę mnie to uraziło. Nie żebym miał uczucia, czy coś, ale… jakby… nie miał prawa tak na mnie patrzeć? Nie wiem, jak to ująć.
On jednak wciąż próbował coś powiedzieć, jak ryba, wyciągnięta z wody; poruszał ustami, ale nie uszło z nich żadne słowo.
Poczułem, że to jest jakiś jego moment wahania, czy zawstydzenia. Chwyciłem go za nadgarstek.
- To niesprawiedliwe – szepnąłem tylko dlatego, że Cas zwykł się nabierać na moje szepty.
- Co?
„Że on cię ma, nie ja” – chciałem powiedzieć jak dureń.
- On zrujnuje nam cały plan – wyrzuciłem z siebie zamiast tego.
Cas wyrwał mi się ze złością.
- Potrafisz myśleć o czymś jeszcze, poza tymi duszami?
Zniknął, jak zwykle nie czekając na odpowiedź, jakby chciał, żeby to zawsze tylko jego słowa pozostawały na wierzchu, sprawiając wrażenie jedynych i prawdziwych. Ale tak wcale nie było. Za chwilę mu odpowiedziałem, choć już nie mógł tego usłyszeć:
- Tak, myślę. O tobie, aniele.
Ailime

Ailime
amator
Posty: 15
Rejestracja: 31 lip 2013, 15:41

Postautor: Ailime » 21 wrz 2013, 22:46

Give me a sign!

Modliłem się. Już tak dawno tego nie robiłem. Oddaliłem się od Boga, mówiąc sobie, że to On skrywał się przed nami wszystkimi, zostawiając na pastwę losu, wojen… Mówiłem sobie, że miał wszystko gdzieś.
Tym razem jednak uznałem, że to moja ostatnia nadzieja.
Chciałem Mu wszystko od nowa szczerze opowiedzieć. Powiedziałem mu więc także o Deanie, zastanawiając się, czy mnie potępia z jego powodu. Liczyłem na to, że zrozumie. Jeśli On nie zrozumie, to kto?...
- Powiedz mi, co robić – szeptałem gorączkowo w opuszczonym parku. – Daj mi jakiś znak! Jakikolwiek! Pomóż mi! Nie mogę godzić miłości do Deana z działaniem przeciw niemu! Nie mogę się wycofać, nie potrafię też dalej w to brnąć. Nie mogę się rozdwoić, działać wiecznie po dwóch stronach barykady – westchnąłem ciężko. – Kocham tę ludzką istotę ponad siebie. Chcę go chronić, ale on mnie nie rozumie. Jak mam inaczej przeciwstawić się Rafaelowi? Jak zaprowadzić wreszcie pokój? Jeżeli mi nie pomożesz… - w moim głosie pojawiła się złowróżbna nuta, której nie pragnąłem. Nie chciałem, by Bóg pomyślał, że mam czelność Mu w jakiś sposób wygrażać, ale byłem zdesperowany. – Zrobię, co uznam za słuszne. Wszystko to, co będę musiał i…
- Wciągniesz w siebie te wszystkie dusze wraz z potwornościami Czyśćca, czyż nie?
Drgnąłem i wstałem szybko. Kiedy odwróciłem się, ujrzałem za sobą młodą, piękną kobietę o delikatnych rysach twarzy, ściągniętych teraz w lekkim niepokoju. Nie był to gniew, duma, czy ironia. Po prostu zmartwienie, jakie często gości na ludzkich twarzach, nawet z błahych, według mnie, powodów.
- Może to ja jestem twoim znakiem? – szepnęła cicho, podnosząc na mnie swoje duże, błękitne oczy. Miałem wrażenie, że patrzę w dwie morskie tonie. Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem, choć nie wyczułem w jej głosie ani grama pewności siebie. Jakby na dowód tego, sięgnęła białą dłonią do długich blond włosów. Delikatnym ruchem przeniosła je na plecy, tak jakby utkane były z pajęczyny i w każdym momencie mogły się rozpaść. Promienie słońca je rozświetlały, tańczyły też po bladej skórze, która migotała w ich blasku. Kobieta miała na sobie współczesne ubranie; długą do ziemi niebieską spódnicę, jakąś bluzkę bez ramiączek, a na prawym nadgarstku przy każdym ruchu brzęczało kilka bransoletek.
Może byłem zbyt podejrzliwy, ale wziąłem skromność bóstwa za zwykłą pozę. One rzadko kiedy zachowywały się w ten sposób. Zwykle były napastliwe, aroganckie i pewne siebie.
- Afrodyta – poznałem ją wreszcie. – Przerywasz mi modlitwę do Boga. W dodatku podsłuchujesz. I jeszcze śmiesz twierdzić, że to ty jesteśmy przez Niego zesłana?
Spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Tyle w tobie jadu, Castielu – zmrużyła swoje oczy, jakby ją to rzeczywiście zabolało. – Wy, aniołowie, tak bardzo się zmieniliście.
Powstrzymałem się od wywrócenia oczami. Naprawdę nie potrzebowałem teraz jej kazań.
- Proszę, nie wyładowuj na mnie swoich niepokojów – jej głos był dziwny. Mimo woli uspokajałem się, chociaż nie chciałem z nią rozmawiać. Był jak tchnienie wiatru, albo szum wody. – Zawsze byłeś taki dumny – uśmiechnęła się nieśmiało. - To bywa groźne. Nie myślisz jasno. Masz zmącony wzrok.
- Nie na tyle, żeby nie zauważyć, że czegoś chcesz – odparłem szybko, wciąż trzymając się na baczności.
- Nie powiedziałabym, że to ja czegoś chcę, ale dobrze. Do rzeczy. Doskonale rozumiem, że mity greckie nie musiały być twoją ulubioną lekturą, ale z pewnością wiesz, że jestem boginią miłości. Przede wszystkim.
- Byłaś nią wieki temu, Afrodyto. Teraz już nie wiem, czym jesteś. Panteon waszych „bogów” całe szczęście upadł wraz z narodzeniem się Chrystusa. Wasza era dawno minęła.
- Nie do końca masz rację. Boginią, patronką miłości będę zawsze, czy tego chcesz, czy nie – w końcu w jej głosie pobrzmiała leciutka nuta irytacji, ale nie podnosiła tonu. – A era miłości nie ma prawa przeminąć. Nawet w obliczu Apokalipsy, czy tego całego zepsucia XXI wieku i rozbestwienia demonów – skrzywiła się, a po chwili jakby zmieszała lekko. – Sam chyba wiesz o tym najlepiej. Kochasz Deana Winchestera – rzuciła mi wyzywające spojrzenie, od którego miałem ochotę cofnąć się lekko do tyłu. Tak szybko zmieniała nastawienie i ton głosu, że zaczynało mnie to zbijać z pantałyku.
Poczułem ukłucie złości. Co jej do tego było?
- Co ty insynuujesz? Zdaje ci się, że masz władzę nad aniołami? Że może ty wzbudziłaś to uczucie?...
Afrodyta ze zniecierpliwieniem potrząsnęła głową. Mieniące się blond włosy podfrunęły przy tym lekko do góry. Była troszkę w tym podobna do dziecka i wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby jeszcze tupnęła nogą.
- Nie – odparła. – Od dawna już go kochasz, a ja nie jestem żadnym śmiesznym Amorem, żeby strzelać do was z łuku i wmuszać sztuczne uczucia, cukierkowe i godne pożałowania – prychnęła cicho, po czym podjęła ze spokojem, patrząc mi poważnie w twarz. – Ale mam wgląd w wasze serca, także w twoje, Castielu. Tym bardziej w Deana, jak się możesz domyślić. Co do Deana… - Afrodyta zaczęła przechadzać się lekkim krokiem. Podniosła z ziemi październikowy, żółty liść klonu i przyglądała mu się z obłąkańczym niemal uśmiechem na gładkiej twarzy. Przez moment myślałem, że wetknie go sobie za ucho, ale ona wypuściła po chwili liść z dłoni. – Długo myślał, że jesteś mu tylko przyjacielem, czy nawet bratem. A w rzeczywistości tylko usprawiedliwiał swoje męskie ego, dla którego hańbą byłby związek z mężczyzną. Dla którego nieporozumieniem byłoby pokochanie jakiegokolwiek faceta bardziej niż Sama.
Zastanawiało mnie, że użyła słowa „facet”. Zmarszczyłem brwi.
- Afrodyto, jak długo już chodzisz po ziemi?
- Podoba mi się tu, nie zmieniaj tematu – ofuknęła mnie, zła że przerwałem jej mówienie o jej ulubionym temacie: miłości.
Westchnąłem cicho, robiąc kwaśną minę. Z jednej strony cieszyły mnie jej słowa, dotyczące Deana, z drugiej wciąż nie wiedziałem, po co ona mi to wszystko mówi. Co więcej, nie spieszyła się wcale, żeby przejść do meritum swoich górnolotnych opowiadań o uczuciach.
- W porządku, ale może jakaś konkluzja? – odezwałem się w końcu.
Bożki zawsze wydawały mi się jakieś ograniczone, infantylne…
Afrodyta, zgodnie z moimi przewidywaniami, nadąsała się lekko.
- Mężczyźni, nawet wśród aniołów, co za plemię! Zawsze muszą tylko zgrywać twarde skały! Dobrze! Jak sobie życzysz, konkluzja bez ozdobników! – przyjrzała mi się spod zmarszczonych brwi – Swoją drogą, nie pojmuję twojej niechęci do mnie. Liczyłam od samego początku na to, że tobie i łowcy się uda. Dawniej mężczyźni w Grecji zwracali się do mnie bez żenady. Miłość męska była postrzegana jako naturalna, a nawet lepsza od uczucia mężczyzny i kobiety. Kojarzysz może „Ucztę” Platona i mit o androgynie?...
Poczułem, że rumieniec oblewa moją twarz. „Miłość męska”, co za wyrażenie! W dodatku czerwieniłem się na te słowa. Mała pozostałość po Jimmym.
Z tym, że Jimmy miał żonę. I córkę.
- Och, ciebie to naprawdę żenuje! – zauważyła w końcu wspaniałomyślnie. – To dlatego jesteś zły! Wcale nie cieszy cię miłość do Deana, bo nakręca twoje sumienie, prawda? Bez niej czułbyś się swobodniej, czyż nie? Działałbyś z Crowleym bez skrępowania?
Więc wiedziała o Crowleym, świetnie.
- Czy ty jesteś jakimś szpiegiem? – zaatakowałem ją, uciekając od tych wszystkich zarzutów. Z niechęcią musiałem przyznać, że ma trochę racji. Gdyby nie Dean, pewnie siedziałbym teraz z Crowleym w zakrwawionym ambulatorium.
Wzruszyła ramionami.
- Wiem co nieco. Interesuję się tobą od jakiegoś czasu, Castiel. Boję się, że przyniesiesz nam zagładę, jeśli mam mówić wprost.
- Chcę jej zapobiec! – zaprotestowałem. – Co według ciebie mam zrobić?
- Przede wszystkim nie otwierać Czyśćca! Nie masz do tego prawa! Nikt nie może tego zrobić! Twój Bóg wcale by tego nie chciał, nie pragnie tego!
Posłałem jej kpiące spojrzenie.
- Czyżby ci to powiedział? Nikt nie może się z Nim skontaktować od ponad roku…
- Nie rozmawiałam z Nim, oczywiście, że nie. Ale sądzę, że nie po to cię wskrzesił… - urwała, uznając, że się zagalopowała i przygryzła lekko wargę.
- Czy ty wiesz o mnie dosłownie wszystko?
- Chciałam zrozumieć, co tobą kieruje… - wyznała, zmieszana lekko. – Mogę skończyć? Jeszcze nie powiedziałam ci wszystkiego.
Siadłem na ławce i wypuściłem cicho powietrze z ust. Machnąłem nieznacznie dłonią. I choć niespecjalnie tego chciałem, Afrodyta zaczęła mnie ciekawić. I martwić. Zdecydowanie zbyt wiele wiedziała i zbyt radykalne wyrzucała z siebie słowa.
- Mów – mruknąłem więc.
Boginka usiadła obok mnie. Poczułem delikatną woń perfum. Czy czegoś. W każdym razie przyjemny zapach.
- Jak mówiłam – podjęła na nowo. – Nie wzbudziłam uczucia ani w tobie, a nie w Deanie. Ja zakochanych prowadzę tylko takimi ścieżkami, by w końcu wpadli w swoje objęcia.
Rzuciłem jej znudzone spojrzenie. Zdecydowanie była tym zbyt podekscytowana.
- No i wpadliśmy… - burknąłem niechętnie, wciąż czując, jakby delikatny płomień lizał moją twarz. – Mam rozumieć, że gdzieś za tym wszystkim czaisz się… ty?
Kiwnęła głową.
- To całkiem proste. Dean jest odważny i mężny, ale brakowało mu śmiałości, by pokonać swoje ego. Popchnęłam go więc lekko ku tobie, gdy wreszcie powiedziałeś mu, że go kochasz – przy tych słowach dotknęła mnie lekko czubkami palców.
Zamilkła, z uśmiechem na ustach, jakby oczekiwała braw. Nie doczekawszy się ich jednak, dokończyła:
- To był naprawdę lekki, ale przełomowy gest. Normalnie Dean by zaczął udawać, wykręcać się, uciekłby. Ale skłoniłam go do pocałunku. Powiedzmy, że nie mógł się oprzeć twojemu urokowi ani chwili dłużej – zachichotała.
Mnie tymczasem opadła szczęka.
- To wszystko!? – wykrzyknąłem oburzony. – Dean jest skłonny do pożądania, to jego grzech numer jeden! Niespecjalnie próbuje panować nad swoim instynktem, nad zwykłym – ludzkim – fizycznym - pragnieniem! Idiotko! – krzyknąłem. – To nie miłość! To jego… lędźwie – dokończyłem przez zęby, krzywiąc się.
Teraz już nie czerwieniłem się. Teraz to już płonąłem żywym ogniem.
Umilkłem z poczuciem wstydu i pod jej ciężkim spojrzeniem. Obrażona jakby nieco… urosła. Zmienna jak morze, które ją zrodziło. I równie humorzasta.
- Możesz sobie być ulubieńcem Boga, wskrzeszanym bez końca, ale ja jestem od ciebie dużo starsza. Byłam na ziemi wieki przed tobą, wiesz jaki to szmat czasu, skrzydlaty. Uwierz, nie jestem żadną idiotką. I już ci to trzeci raz mówię, nie jestem lubczykiem, ani innym afrodyzjakiem… - urwała, ściągając usta, bo właśnie od jej imienia pochodziła ta nazwa. – W każdym razie NIE WYWOŁUJĘ nieistniejących uczuć, ani tym bardziej zwykłego, nieczystego pożądania. Skłoniłam go tylko do tego, by zrobił to, czego pragnął i przed czym uciekał. Żeby przyznał to wreszcie, przed samym sobą i tobie też wyznał, jak cię kocha. Pocałunek miał mu to w pełni uświadomić, że jesteś jego miłością. Zrozumiałeś, aniele?
- I ta miłość kazała mu zaciągnąć mnie do łóżka?
- Bo taki już jest Dean, potrzebował cię jak nigdy! – wykrzyknęła w uniesieniu. – Zresztą – uśmiechnęła się połową twarzy i nagle zaczęła mi przypominać Crowleygo. – Specjalnie to mu się chyba nie opierałeś, co?
Zatkało mnie.
- Nawet ja wiem, że ludzie potrzebują intymności!
- Och, spokojnie, nie czekałabym na finał. To dla mnie wciąż ocenzurowany serial.
Rzuciłem jej tępe spojrzenie. Jej się to podobało! Reżyserowała swoją własną operę mydlaną!
- W którym masz swoje pięć minut?
- Nie. Wnoszę tylko malutkie poprawki do scen – uśmiechnęła się słodko. Znowu zgrywała głupią kozę.
Zazgrzytałem zębami.
- „Efekt motyla” – rzuciłem. – Kojarzysz?
- Ashton Kutcher, no jasne! Dwie następne części też widziałam… - znów zmieszała się lekko. – Jak byłeś łaskaw zauważyć, nasza pozycja, jako bogów, zdecydowanie zmalała, mam więc trochę więcej czasu, a ludzie, ich poglądy na świat i dzieła, zaczęli mnie jak nigdy fascynować – tłumaczyła.
Omal nie złapałem się za głowę.
- Afrodyto. Chodzi mi o mechanizm.
- Oczywiście. Najdrobniejsze poprawki w świecie mogą odmienić losy świata – jej oczy błysnęły zrozumieniem.
- No właśnie. Nie rozumiesz, że te twoje „poprawki”, to pociąganie Deana za sznurki, jakby był marionetką, może…
- Co? – przerwała mi chłodno. – Doprowadzić do katastrofy? To ty nie rozumiesz, Castiel. To, że Dean cię pocałował, że teraz tuli cię do siebie, jak zbłąkane dziecko… Myślisz, że to był mój cel i że nie rozumiem konsekwencji? Rozumiem je, lepiej od ciebie – nabrała powietrza do ust, a ja zamarłem. – To właśnie był mój cel. Mała korekta. Nigdy w życiu nie odpuścisz Deana, ani on ciebie. Wiesz to. A ten związek… Nie pozwoli ci otworzyć bram Czyśćca…
Zapadła cisza. Tylko kilka jesiennych liści zawirowało w powietrzu i upadło do stóp Afrodyty, jakby sama natura chciała składać jej pokłon.
Nagle przypomniałem sobie pierwsze słowa, jakimi mnie uraczyła w tej rozmowie: „Wciągniesz w siebie te wszystkie dusze wraz z potwornościami Czyśćca, czyż nie?”
Wiedziałem, że Czyściec to miejsce, do którego zostały wtrącone Lewiatany, ale… Przecież zamierzałem dokonać pewnej selekcji…
- Myślisz, że wypuszczę Lewiatany? Dlatego to zrobiłaś? Dean ma mnie powstrzymać? Dean!?
- Zmieniłam przyszłość. Jeden drobny pocałunek i jesteście związani na zawsze. Wiem to. Silniej, niż niejedno małżeństwo, które składa przysięgi jak czeki bez pokrycia przed waszymi ołtarzami.
- Więc to mi chciałaś powiedzieć? – wyszeptałem z trwogą. – Mylisz się. Nie masz wpływu ani na moją, ani na jego przyszłość, a tym bardziej nie na przyszłość świata. Poza tym, już ci powiedziałem, że nie ma lepszego wyjścia. Myślisz, że mam jakieś niecne zamiary? Że chcę zniszczyć ten świat?
- Myślę, że chcesz go przejąć – odparła z powagą. – Pokonać Rafaela i wkroczyć na jego miejsce. Zaprowadzić własny ład, własną utopię. Jak Hitler. Dean to wszystko przeczuwa, ale nie potrafi ci dobrze tego wyłożyć…
Jej słowa nagle przestały być infantylne. Mogłem się z tym wszystkim nie zgadzać, ale to nie zmieniało faktu, że mroziły mnie do szpiku kości.
- Naprawdę myślisz, że tak nisko upadłem? – szepnąłem.
- Upadniesz, jeśli wchłoniesz Lewiatany.
- Nie zamierzam…
- Uwierz mi, nie zdołasz ich powstrzymać. Tylko na to czekają.
Potrząsnąłem głową, chcąc oddalić od siebie taką wizję.
- Użyłaś szantażu emocjonalnego! Nie miałaś prawa!
- A ty masz prawo współpracować z demonem i zdradzać przyjaciół? – syknęła. – Chcę ratować ziemię Castiel! – niemal jęknęła. – Proszę cię, proszę nad wszystko, zaniechaj tych działań! Zgubisz tych biednych ludzi, a Dean ci już nie wybaczy!
- Twierdziłaś, że ten związek wszystko zniesie – zauważyłem sceptycznie.
- Ale nie twoją śmierć.
- Nie mogę się cofnąć. Nie mam wyboru. Nawet jeśli przy tym miałbym zginąć.
- Nie masz wyboru? A ta gadka o wolnej woli? Czy to nie Winchester cię jej nauczył?
Masz mnie, pomyślałem. Cała ta rozmowa, to odbijanie piłeczki, była jednym wielkim impasem. Żadne z nas nie zdoła nigdy przekonać drugiego co do swoich racji.
- To droga do piekła, wierz mi. Mówię ci o tym wszystkim, bo człowiek o imieniu Dean jak dotąd nie wykazał się zbyt silną argumentacją. Choć sądzę, że słowo „zdrajca” z jego ust nigdy nie da ci spokoju. Castiel, obiecaj mi chociaż to jedno: jeszcze raz wszystko dokładnie sobie przemyślisz.
- Albo?
- Albo będę musiała cię powstrzymać. Apokalipsa rozbudziła moich towarzyszy, wszelakich bogów, nie tylko greckich. Im również nie podobają się twoje zamierzenia. Chcesz otworzyć drugą Puszkę Pandory? Obudź się, Epimeteuszu! Sprowadzisz klęskę na siebie i na tych, których tak chciałeś chronić! – Afrodyta złapała mnie za ramiona. Ich uścisk był silniejszy niż można się byłoby tego po niej spodziewać. Jej ostatnie słowa wiatr powtórzył mi złowrogim echem. Bogini nagle pochyliła się nade mną i ze łzami w oczach przycisnęła swoje różane usta do mojego czoła, po czym… zniknęła. Moja pięść zacisnęła się w powietrzu.
Poruszyły się gałęzie drzew, strącając z siebie kilka kolorowych liści. Wiatr zatańczył mi we włosach. W dziwnym odruchu otuliłem się szczelniej płaszczem, choć nie odczuwałem zimna, jak ludzie.
Ściągnąłem brwi i z cichym westchnieniem oparłem plecy o parkową ławkę. Słońce już chyliło się ku zachodowi, wokół mnie na nowo zapanowała pustka. Krwawa jego łuna mnie odrzucała. Ze wstrętem odwróciłem wzrok od nieba.
Ile już razy musiałem dokonywać takich wyborów? A mimo to, jeszcze nigdy nie męczyłem się tak, jak teraz. Ile razy poświęcać coś, dla wyższego dobra?
Mam poświęcić nas? Miałem nadzieję, że gdy to wszystko się skończy, wreszcie będę mógł pozbyć się Crowleygo, zaprowadzić pokój w Niebie, być z Deanem…
Ile razy ostatnim czasem czułem się jak przyparty do muru, lawirując między wybraniem mniejszego, czy większego zła? Wciąż skrępowany, niczym wieczny skazaniec.
Rozłożyłem ramiona, jak bezradne dziecko i odezwałem się w stronę nieba:
- Bogini, mój Panie!? Przysyłasz mi boginkę? To po prostu… niepoważne.
Ailime

Namisiadesu
amator
Posty: 1
Rejestracja: 09 lip 2016, 17:47

Re: [Supernatural] Dance with the Devil

Postautor: Namisiadesu » 09 lip 2016, 17:50

TO JEST ŚWIETNE


Wróć do „Filmy/TV”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości