Druga Strona Lustra

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 07 maja 2020, 19:14

Gatunek: dramat, obyczajówka, kryminał, thriller, angst... i trochę komedii
Długość: ??? - pisane na żywioł, aby oderwać się od innego ff. Nie jestem podać nawet przybliżonej ilości rozdziałów.
Ostrzeżenie: język, tematy moralnie trudne, drastyczne opisy, przemoc... Generalnie lubię pastwić się nad swoimi bohaterami na wszelkie możliwe sposoby.
Kanon: zmasakrowany. Wszystko przepisane "od nowa"
Opis/nota autora: Pewnie nie jestem jedyną osobą, która drażnią luki fabularno-logiczne w uniwersum HP oraz trawestacja pewnych wątków np. motywu z Dursleyami oraz pewien brak psychologicznej głębi. No to pozwalam sobie "poprzepisywać" od nowa, pozmieniać mlutum rzeczy i poszaleć z przepsychologizowaniem niektórych motywów i sadyzmem w stosunku do bohaterów.


Prolog – więźniowie poświęcenia.

James Potter siedział na sofie, wlepiając niewidzące spojrzenie w ścianę. Obok, w kołysce jego córeczka krzyczała w niebogłosy, jakby chciała swoimi wrzaskami przywrócić zmarłą przed dwoma dniami matkę do życia. To wprost nie do wiary, że coś równie małego mogło być tak głośne.

Wiedział, że powinien trwać przy małej, przytulić ją, pocieszyć, ale nie potrafił. Jego ból był zbyt wielki. W końcu stracił ukochaną, miłość swojego życia, tę jedyną… Jednak nie chodziło tylko o to. Problemem stanowiła też zazdrość. Kochał Lilly nade wszystko, ale ona zamiast niego wybrała Harriet. Ich córeczkę. Osłoniła ją własną piersią przed śmiercionośnym zaklęciem, poświęcając się, chociaż mogła odpuścić. Mogła zostać z nim. Nikt nie miałby jej tego za złe. Nikt nie oskarżałby matki w żałobie, że ta nie zrobiła wystarczająco wiele dla swego dziecka. Niestety wybrała córkę, nie jego. Jej heroizm i instynkt macierzyński na zawsze przekreśliły ich wspólną przyszłość.

Płacz dziecka sprawiał, że z minuty na minutę odczuwał coraz większą irytację. Właściwie nie tylko jego płacz, ale i sama jego obecność. To, że pośrednio odebrało mu Lilly. Wiedział, że nie tak powinno to wyglądać. Że powinien kochać Harriet bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie potrafił. Wraz ze śmiercią żony, jego ojcowskie uczucia wyparowały, zostawiając wypełnioną żalem i bezsilnym gniewem otchłań.

Gniew… Lepszym określeniem byłaby raczej wściekłość. Na Petera, że go zdradził. Na Syriusza, że nie zgodził się strzec ich tajemnicy. Na Lily, bo oddała życie za córkę. Na Harriet, bo gdyby nie przyszła na świat, Lily wciąż żyłaby. Na siebie, bo jak ostatni dureń stracił czujność, zamiast mieć różdżkę zawsze pod ręką. Na Dumbledore’a bo nie zdołał ich ochronić. Mało tego, zabrał mu pelerynę niewidkę – artefakt, który mógłby ocalić Lily – aby ją przebadać. No i nade wszystko na los, który dał mu tak wiele, tylko po to, żeby to tak brutalnie odebrać.

Jak na ironię, nie czuł wściekłości w stosunku do Voldemorta. Właściwie to nie czuł w stosunku do czarnoksiężnika nic. Czarny Pan - wybitnie inteligentny psychopata, napędzana chorą ideologią groza w ludzkiej - o ile to, co widział przed dwoma dniami, mógł nazwać człowiekiem – skórze. Od samego początku wiedział, czym on jest i z czym wiąże się przeciwstawianie mu, tak jak każdy zdrowo myślący czarodziej. Rzecz w tym, że Voldemort był jak żywioł. Złość w stosunku do niego przypominała gniew na tornado. Ludzie znowu nie żywią urazy do żywiołów, tylko do innych ludzi. Istot żyjących i myślących. On sam nie stanowił tu wyjątku.

Nagły ruch, przykuł uwagę Jamesa. Dumbledore wstał ze swojego krzesła i ostrożnie wyjął krzyczące niemowlę z kołyski, usiłując je uspokoić. Niestety bezskutecznie – wrzaski Harriet niosły się po całym pomieszczeniu, zupełnie jakby ta zamierzała wylać wszystkie pozostałe jej w życiu żale już teraz, tak na wypadek, gdyby w przyszłości nie miała ku temu okazji.

– Trzeba zadbać o jej bezpieczeństwo – mruknął sędziwy czarodziej. – To, że nie jest chłopcem, tak jak mówiła przepowiednia, niczego nie zmienia. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy przepowiednia okazała się nieprecyzyjna. Harriet pozbawiła Voldemorta mocy i teraz jego poplecznicy będą chcieli ją zgładzić… Ją oraz każdego, kto stanie im na drodze. Poza tym, chociaż Voldemort obecnie egzystuje wśród cieni, bardziej martwy niż żywy, to nie umarł. Wciąż tu jest. I kiedyś wróci. A wtedy będzie chciał wziąć odwet. Na nas wszystkich, ale przede wszystkim na niej.

James podniósł spojrzenie na dyrektora Hogwartu. Jeden z największych magów świata zawsze przypominał mu czarodzieja z mugolskich książeczek dla dzieci. Tiara o szerokim rondzie, niedorzecznie kolorowa szata w gwiazdki, długie siwe włosy, długa siwa broda, sporawy nos i osadzone na nim okulary-połówki. Postać doskonale zgrywająca się z pstrokatą tapetą pokoju dziecinnego. Pozornie niegroźna, zwykle szeroko uśmiechnięta, teraz śmiertelnie poważna. Niebieskie oczy, lśniły chłodem, a pomiędzy krzaczastymi brwiami widniał wyraźny mars.

James niegdyś czuł w stosunku do Dumbledora jedynie szacunek i szczerą sympatię. Obecnie owo uczucie zastąpiły żal i niechęć. Niechęć, bo zawiódł jego ukochaną. Bo zawiódł jego. A teraz… Teraz zmuszał go do konfrontacji z rzeczywistością. Z zimnym, pozbawionym Lily światem. I z Harriet.

Spojrzał na niemowlę. Na małą, kruchą, wymagającą nieustannej uwagi istotkę, którą powinien kochać, ale nie kochał. Na swoje nowe brzemię. Powinność.

– Chronić, ale jak? – zapytał z nieskrywaną goryczą. Jak Dumbledore mógł mówić o ochronie kogokolwiek, skoro nie zdołał ochronić Lily? – Ostatni sposób nie zdał egzaminu, prawda?

Starzec pominął uwagę milczeniem. Zamiast tego skupił się na sprawach bieżących.

– Wiesz, co obroniło tę małą, prawda? Co sprawiło, że zaklęcie zamiast ją zabić, odbiło się od niej, uderzając wprost w Voldemorta?

Skinął głową. Stara magia. Magia krwi, magia poświęcenia. Jeżeli z czystego serca oddało się za kogoś życie, roztaczało się wokół niego potężną, magiczną tarczę. Jednak były dwa warunki. Po pierwsze poświęcającego i chronionego musiały łączyć więzy krwi. Po drugie… Cóż, drugiego warunku nikt nie znał, jednak istniała nieokreślona zmienna, która powodowała, że magia poświęcenia raz działała, raz nie.

– Harriet jest teraz dobrze chroniona, ale można tę ochronę wzmocnić wielokrotnie poprzez krew jej matki – mruknął starzec. – Krew płynąca w Petunii i jej synu.

Siostra Lily i jej syn? James drgnął. Przez ułamek sekundy pomyślał, że Dumbledore proponuje mu coś głęboko nieetycznego, związanego z rytuałami o jakich nawet praktykujący czarną magię rozmawiają po cichu. Szybko się jednak zreflektował. Nie, ten człowiek nie był taki. Nie sięgnąłby po tego rodzaju moc. Nigdy. Nawet, gdyby stanowiło to absolutną konieczność.

Był zbyt ograniczony.

– Co masz na myśli?

– Jeżeli poprosimy Petunię o schronienie dla Harriet, a ona go udzieli, tarcza ulegnie wzmocnieniu. Obejmie też domostwo. Przeprowadziłem badania w bibliotece i wynika z nich…

James nie słuchał zatopiony w swoich myślach. Dursleyowie. Musiał dogadać się z Dursleyami, jakby to wszystko nie było już dość okropne. Jakby los nie wyrwał mu serca, pozbawiając ukochanej żony, jakby nie musiał zmagać się z pogrzebem, formalnościami i dzieckiem, z którym niespecjalnie wiedział, co zrobić. Z dzieckiem, którego wolałby nie mieć.
Poród Harriet był wyjątkowo długi i trudny. To, że przyszła na świat cała i zdrowa zakrawało na cud. Cud, którego nie chciał. Żałował, że mała nie umarła zaduszona pępowiną. Wtedy miałby swoją Lily.

Spojrzał na płaczące w ramionach sędziwego czarodzieja niemowlę. Nie kochał go. Nie kochał jej. Niby była krwią z jego krwi, ale nie czuł tego. Właściwie to nie czuł wobec Harriet nawet tej odruchowej sympatii, którą zwykle czuje się wobec dzieci. Była dla niego jak… Jak przedmiot. Obcy i bez znaczenia. Jednak Lily oddała za nią życie. Chciała, żeby ich córka przetrwała. To stanowiło jej życzenie. Ostatnie życzenie ukochanej. A ostatnie życzenia MUSZĄ być honorowane.

Zmarszczył brwi. Skoro Lily tego chciała, będzie chronił Harriet za WSZELKĄ cenę. Nieważne, jaki będzie koszt, dopilnuje, aby jego córka dożyła sędziwego wieku. Zrobi, co konieczne i będzie to robił, póki starczy mu sił. Dogadanie się z Dursleyami, tymi tępymi, upartymi niczym osły mugolami, chociaż upokarzające, nie powinno zbyt dużego wyzwania.

***

Petunia Dursey z bladym uśmiechem obserwowała jak jej syn wraca ze szkoły. Dumny ze świadectwa, szeroko uśmiechnięty. Zaraz miała go obsypać pocałunkami, powiedzieć jaki jest wspaniały, a potem wraz z mężem zaprosić do pobliskiej restauracji, aby świętować koniec pierwszego etapu jego edukacji. I to jak wspaniale ukończonego! Owszem, może nie był najlepszym uczniem z klasy, ale średnią miał więcej niż zadawalającą. Do tego wyróżnienie z muzyki i informatyki. Naprawdę dał jej powody do dumy.

Za Dudleyem ciągnęła nieco ponura, mała Potter. Nie miała pojęcia, kiedy ani jak jej syn zaprzyjaźnił się z kuzynką, tym bardziej, że wraz z mężem szczerze nie cierpieli i Harriet, i jej przekletego ojca, czego nigdy nie kryli. Jednak stało się – mała czarownica oraz niemagiczny chłopiec zostali najlepszymi przyjaciółmi. Może to dziwne, ale nie miała nic przeciwko temu. Owszem, mogła nie znosić dziewczynki, ale byłaby ślepa, gdyby nie widziała, jak pozytywny wpływ ma na Dudleya. Wcześniej jej synek kolegował się z łobuzami, a po szkole wałęsał niewiadomo gdzie. No i bywał – co sama przez sobą przyznawała z ogromnym trudem – niegrzeczny i niewdzięczny. Teraz… To Harriet sprawiła, że zainteresował się grą na pianinie, no i pośrednio za jej sprawą trafił na lekcje karate, dzięki którym wzmocnił kondycję, a nawet nieco schudł… Pulpecik kochany. No i poprawił swoje zachowanie.

Zaciskając usta przypomniała sobie rozmowę Harriet z synem, kiedy przed laty dziewczynka zaczepiła Dudleya, niedługo po tym, jak ten na nią – swoją matkę – nakrzyczał.

– Powinieneś być milszy dla twojej mamy.

– A czemu? Zresztą, co cię to obchodzi? Przecież nie lubi ciebie i bardzo często jest dla ciebie niedobra.

– Ale dla ciebie jest dobra. Daje ci prezenty, przytula cię, mówi, że jesteś świetny. I bardzo cię kocha, tak samo jak twój tata. A mogłeś mieć jak ja… Mój tata mnie nie lubi. I chyba nie kocha.

Westchnęła ciężko, przyglądając się niepewnej, nieco ponurej minie jedenastolatki i zastanowiła się przelotnie, ile prawdy było w słowach dziewczynki? Czy Potter naprawdę jej nie kochał? Cóż, nie potrafiła tego stwierdzić. W każdym razie, jego metody wychowawcze były nader… dziwne. Po szkole mała całe dnie uwięziona w domu, mając kategoryczny zakaz wyściubiania nosa chociażby cal za ogrodzenie. Z jednej strony rozumiała troskę Pottera o bezpieczeństwo córki, ale z drugiej musiała przyznać, że zamykanie dziecka w domu i urządzanie awantur za najmniejsze złamanie narzuconych restrykcji, nie jest dobrym sposobem na wychowanie. Tak samo jak kupczenie nią przed tymi wszystkimi przeklętymi czarodziejami, chcącymi koniecznie przytulić Dziewczynkę, Która Przeżyła, zrobić sobie z nią zdjęcie, a przynajmniej uścisnąć jej dłoń. Mała ewidentnie tego nie znosiła.

Być może powinna zareagować, powiedzieć Potterowi z dwa ostre słowa, ale… zwyczajnie nie potrafiła. Niestety przy całym współczuciu, jakie żywiła do dziewczynki, nie potrafiła się zdobyć na nawet krztynę sympatii w stosunku do niej. Może, gdyby mała tak bardzo nie przypominała swojego przeklętego ojca, z tą jego wiecznie potarganą czupryną, chudością i twarzą Piotrusia Pana… Może gdyby nie miała szmaragdowych oczu, identycznych jak te Lily…

Lily… Petunia zacisnęła szczęki. Za każdym razem, kiedy o niej myślała, nie potrafiła powstrzymać uderzenia goryczy. Goryczy i żalu. Nikt tak jak Lily nie potrafił sprawić, żeby poczuła się gorsza. Jej młodsza siostra miała wszystko: niepospolitą urodę, charyzmę, urok osobisty, miłość rodziców no i magię. W książkach zawsze to niedoceniane dziecko dostawało od losu jakieś niesamowite zdolności. Niestety w przypadku Evansów Lily zgarnęła całą pulę, nie zostawiając jej nic.

Zacisnęła palce na trzymanej w dłoni szklance soku, aż szkło złowróżbnie zatrzeszczało. Jakikolwiek sukces by nie odniosła, cokolwiek by nie zrobiła, Lily zawsze potrafiła to przyćmić i to z uśmiechem na ustach. Niechcący, nieświadomie, ale jednak. Zaś ta nieświadomość sprawiała, że rzecz była jeszcze bardziej bolesna. Rodzice… Oni zawsze bardziej cieszyli się z sukcesów Lily niż jej. Faworyzowali młodszą córkę, okazując jej większą czułość troskę i uległość. Na początku Petunia oszukiwała siebie, że to wszystko tylko jej się wydaje. Że tak naprawdę kochają je obie tak samo, a ona jest zwyczajnie nadwrażliwa. Do czasu, kiedy podsłuchała rozmowę rodziców, kiedy przyznali otwarcie…

Dłoń jej zadrżała.

A teraz przez tą małą nie mogła nawet mieć własnego życia, tylko musiała dzielić je z nią oraz jej cholernym ojcem. Dzielić dom. Owszem, ów posiadał dwa oddzielne wejścia, salony, kuchnie i pokoje, a jedyne jadalnię mieli wspólną, jednak fakt pozostaje faktem. W dodatku musieli jeść razem przynajmniej jeden posiłek dziennie, aby podkreślić, że ich bliźniak jest jednym domem, a oni jedną rodziną, a nie dwoma odrębnymi częściami. Taki magiczny – cholera by to wzięła – rytuał. W efekcie została skazana na znoszenie dzień po dniu patrzącego na nią z góry Pottera i spoglądającą na nią oczyma swej matki Harriet. Tyle wystarczyło, aby zatruć serce.

Miała piekielną ochotę zapalić. Ukryta na dnie kuchennej szuflady paczka papierosów zdawała się śpiewać do niej. Niestety obiecała Veronowi, że rzuci. Właściwie to teoretycznie rzuciła już cztery lata temu. Skrycie popalała – a czasem też popijała – tylko wtedy, gdy rzeczywistość robiła się zbyt trudna do zniesienia. Z chęcią i dziś ulżyłaby sobie, niestety ze względu na rodzinny wypad było to wysoce niewskazane.

Po raz kolejny spojrzała na Harriet i targnęły nią wyrzuty sumienia. Nie znosiła, niemal nienawidziła tej małej, chociaż dziewczynka niczym sobie na to nie zasłużyła. Przeciwnie. Zawsze była uprzejma, a dla Dudleya stanowiła najlepszą przyjaciółkę… Siostrę, jaką Petunia chciałaby mieć w Lily. Niestety nie potrafiła inaczej. Po prostu nie. Oczywiście wiedziała, jak bardzo jest niesprawiedliwa i świadomość tego sprawiała, że nie znosiła małej Potter jeszcze bardziej.

„Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona Lily” – pomyślała biorąc porządny łyk soku i żałując, że to nie alkohol.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 07 maja 2020, 19:17

Uwaga, w tej części zmieniłam nieco działanie proszku Fiuu i zwiększyłam wzrost goblinów + modyfikacji uległo parę drobniejszych szczegółów. Zespoły, których słucha Harriet autentycznie grały w tamtych czasach (1991), podobnie jak "Simpsonowie", "Dynastia" i "Co ludzie powiedzą" gościli na ekranach. Resztę programów TV zmyśliłam.

TOM PIERWSZY


Rozdział I Szkolna Wyprawka



Harriet przyjrzała się sobie w stojącym w przedpokoju lustrze. Dżinsy, koszulka z nazwą zespołu, wielkie okulary o grubych, ni to kwadratowych, ni to okrągłych, czarnych oprawach. Do tego krucze włosy pierwotnie splecione w schludny warkocz, a obecnie masowo wymykające się spod gumki. Nieważne, co z nimi robiła, jak starannie je upinała, po kwadransie znowu sterczały na wszystkie strony. Najgorszym problemem była jednak twarz. Nie brzydka, ale nie jednocześnie nie mająca w sobie nic szczególnie ładnego czy dziewczęcego. Chociaż ludzie mówili, że ma po mamie śliczne oczy. Zielone. Osobiście nie widziała w nich nic szczególnego, no może poza kolorem. Zielone oczy nie trafiały się często.

– Gdyby nie długie włosy, wyglądałabym jak chłopak.

– Długie włosy niczego nie zmieniają. Metalowcy takie mają – zachichotał z tyłu Dudley, na co wzdrygnęła się zaskoczona. To wprost niewiarygodne, że dzieciak takiej postury potrafił tak cicho chodzić.

Naprawdę, momentami żałowała, że namówiła go wspólne zajęcia z karate. Znaczy pierw namówiła tatę, żeby ją puścił… Czy raczej namówiła wujka Syriusza, żeby namówił tatę. No a jak Dudley usłyszał, że jego kuzynka zacznie ćwiczyć, natychmiast sam chciał, bo jak to tak, że dziewczyna ma się bić lepiej od niego? Znowu Dursleyowie nie potrafili chłopakowi odmówić, bo nie ma tak, żeby durna Potterówna miała lepiej od ich ukochanego synka. I tym sposobem Harriet osiągnęła cel, który przyświecał jej od samego początku. Dodatkowy czas z Dudleyem poza domem.

– Tak? A splatają włosy w warkocze? – zapytała.

– A… znaczy, to-to jest warkocz, tak? – zakpił zaczepnie, uśmiechając się półgębkiem. – Nie no, w sumie to nie wiem. Może? Kto dorosłym facetom zabroni? Na pewno noszą koszulki podobne do twojej… A tak właściwie, to wychodzicie gdzieś?

– Niestety… - westchnęła, odwracając się do kuzyna, swojego całkowitego przeciwieństwa… Przynajmniej w kwestii wyglądu. Tak jak ona była chuda i patykowata, tak on był pulchny i raczej krępy. Ona miała wiecznie potargane, czarne gniazdo na głowie, on starannie ułożone jasne włosy. Jej skóra od ciągłego siedzenia w domu przypominała trupią, jego pokrywała zdrowa opalenizna. Do tego różnica płci. Stanowili naprawdę kontrastowy duet. – Jedziemy na Pokątną po podręczniki, ubranie do szkoły i inne pierdoły.

Powiedziała to niby zdawkowo, ale Dudley bez trudu zauważył, że jest zdenerwowana.

Zawsze zauważał. Był w tym piekielnie dobry.

– Boisz się tego, no… Hogwartu? – zapytał.

– Trochę… - Przełknęła ciężko. Nie lubiła zmian, bo te rzadko oznaczały dla niej coś dobrego. – Z jednej strony, trochę się oderwę od taty, więc w sumie spoko, ale no wiesz. Nie będzie tam ciebie. Za to będzie mnóstwo czarodziejów i innych. Takich, co to mówią na mnie „Dziewczynka, Która Przeżyła”, pokazują sobie moją bliznę palcem i chcą sobie zrobić ze mną zdjęcie.

Dudley spojrzał na środek jej czoła, przez które biegł biały zygzak, czy też błyskawica, niechciana pamiątka po zabójczym zaklęciu. Jednak nie patrzył na nią jak czarodzieje, z mieszaniną fascynacji i ekscytacji, ale jak na zwykłą, nic nieznacząca bliznę. Dlatego między innymi wolała go od rówieśników ze świata magii. Dla Dudleya była TYLKO kuzynką, zwyczajną jedenastolatką. No, prawie jedenastolatką, bo urodziny miała dopiero za dwa tygodnie. To, że pochodziła z magicznej rodziny, nie miało znaczenia, bo i tak, póki mieszkała tutaj, na Privet Drive cztery, magii używać nie mogła… A nawet gdyby mogła, to dla niego liczyłoby się tylko to, żeby nie używała czarów do oszukiwania w gry. Chociaż pewnie próbowałby ją namówić do magicznego zdjęcia temu i owemu spodni.

– Może zetniesz grzywkę i będziesz bliznę zasłaniać włosami? – poradził, krzyżując ręce na piersi.

– To nic nie zmieni. Będą wiedzieli, że tam jest. W czarodziejskich gazetach parę razy były moje zdjęcia, więc wszyscy już wiedzą, jak wyglądam. No i dzisiaj pewnie znowu będą ci z gazet…

Poczuła jak żołądek wiąże się jej na supeł. Nienawidziła tego. Naprawdę. Lasu wyciągniętych rąk, fleszy, sztucznego uśmiechania się i taty obejmującego ją jak jakieś trofeum. Nie znosiła, że wszyscy wokół uważają, że mogą ot tak podejść, klepnąć ją w ramię, zmierzwić jej włosy, uścisnąć rękę. A zawsze tak było… Zawsze, kiedy pojawiała się wśród innych czarodziejów. Oprócz wujka Lupina i wujka Syriusza, wszyscy stanowili dla niej jedynie jedną, wielką masę wyciągniętych dłoni, szerokich uśmiechów i ust powtarzających na okrągło „Potter, Potter, Potter…”.

Dziś znowu musiała się zetknąć z tym wielorękim monstrum. Sama myśl wystarczała, żeby pochłonął ją lęk. W „Tajemnicach Umysłu” wysłuchała, że to fobia społeczna. Z tym, że większość ludzi z fobią społeczną unika ludzi i tłumów, znowu ona tego robić nie mogła. Musiała ściskać dłonie, uśmiechać się, pozwalać obejmować tacie i mówić, co jej kazał. Jak manekin. Laleczka na sznurkach.

– Może nie będzie aż tak źle. W końcu macie zrobić zakupy, prawda? – zagadnął Dudley. – Robienie zakupów i jednoczesne szczerzenie się do zdjęć, chyba nie jest zbyt wygodne, prawda? Poza tym, skąd reporterzy i inni mają wiedzieć, że tam jedziecie? Twój tata chyba nie dzwoni z zapowiedziami przy takich okazjach, co?

– Czarodzieje nie mają telefonów – rzuciła, ale widząc minę kuzyna, zaraz sprostowała. – Nie, tata nas nie zapowiada. Ale wystarczy, że ktoś nas zobaczy, da cynk i się zacznie: Dziewczynka, Która Przeżyła robi swoje pierwsze zakupy do Hogwartu! Wybiera pierwszą różdżkę! Chodźmy, musimy zapytać ją jak się z tym czuje, zrobić jej parę zdjęć! O proszę kochana czy możesz tam stanąć i się szeroko uśmiechnąć?

– Dasz radę – klepną ją w ramię. Wielu ludzi klepało ją w ramię, ale tylko Dudley posiadał na to mentalny odpowiednik uroczystego zezwolenia. Kiedy robił to ktoś inny, miała ochotę mu odgryźć rękę. – Jak zawsze. A potem, jak wrócisz, to urządzimy sobie wieczór gier z dużą ilością chipsów, frytek i colą. I zrobimy konkurs bekania.

– Serio?

– Serio – uśmiechnął się szeroko. – Rodzice wyjeżdżają na kolację z kontrahentem ojca, który niespecjalnie lubi dzieciaki, no i dobrze wiedzą, że nie lubię takich imprez. No to mnie zostawiają i mam wolną chatę… Ale, co do tych całych zakupów, to jeżeli tam będą reporterzy, to lepiej zmień koszulkę. Wiem, że mówiłaś, że czarodzieje nie znają się na mugolskich rzeczach, ale napis „Cannibal Corpse” przykuwa uwagę.

Zamrugała i spojrzała jeszcze raz na swój T-shirt. Myślała, że naciągnęła ten z Paradise Lost… Znaczy chciała ubrać ten z Paradise Lost, ale pewnie w trakcie ubierania zaczęła o myśleć o czymś innym i założyła pierwszy, który był pod ręką. I nie zauważyła tego nawet gapiąc się w lustro. Ech, czasami w ogóle nie myślała. Gdyby w tym poszła… Nie, gdyby tata zobaczył, że chce w tym iść, byłaby niezła chryja.

– Racja, dzięki.

Wróciła do pokoju i zajrzała do szafy. Przejrzała jej zawartość z krytyczną miną. Chciała asekuracyjnie założyć coś gładkiego, bez nadruków, niestety wszystkie gładkie koszulki miała albo potwornie wymięte, albo nadające się do prania. Przynajmniej te, które lubiła, znaczy luźne i proste. Reszta… No cóż, to były bardziej bluzki niż koszulki. Takie elegantsze do tego. Nie czuła się w nich swobodnie. A potrzebowała chociaż odrobiny swobody, aby zmierzyć się z tym, co ją czekało.

– No cóż Homer, póki co wyglądasz na najbezpieczniejszy wybór – mruknęła, wyjmując z szafy biały T-shirt z Homerem Simpsonem jedzącym gigantycznych rozmiarów pączka.
Kiedy zeszła na dół, nie było już Dudleya, który zapewne zniknął w swojej części domu. Jego miejsce zajął przyszywany wujek – Syriusz Black. Uśmiechając się łobuzerko, spoglądał w jej kierunku.

– No i jak ma się nasza pierwszoroczniaczka? – zapytał. – Podenerwowana przed wyborem pierwszej różdżki?

– Trochę – mruknęła, niepewnie.

Lubiła Syriusza. Był zawsze wesoły, uśmiechnięty i potrafił ją rozbawić. Szkopuł w tym, że emanował taką energią i pewnością siebie, że to aż przytłaczało. No i miał coś ze showmana, co czasem czyniło ich czarodziejskie wypady – znaczy jej i taty – jeszcze trudniejszymi niż zwykle. Trudniejszymi dla niej. Chociaż z drugiej strony, tak potrafił zabawić tłum, że uwaga wszystkich ściągała na niego.

- Nie masz się czego bać. Olivander to najlepszy wytwórca różdżek w całej Brytanii, na pewno znajdzie ci coś dobrego. A jeżeli nie, to zrobi różdżkę specjalnie pod ciebie.

Chciała mu powiedzieć, że tak ogólnie, to się boi całego tego Hogwartu, ale z góry wiedziała, co odpowie. Że nie ma się czego bać, że szkoła to najlepsze lata życia, że Dumbledore, znaczy dyrektor, to najlepszy facet na świecie i takie tam. Nie raz słyszała, jak razem z tatą wspominają „wspaniałe szkolne czasy”. Nie zrozumiałby, gdyby powiedziała, że chodzi o tą całą aferę z Dziewczynką, Która Przeżyła. Z tym całym zamieszaniem, jakie czarodzieje robili wokół niej. Nigdy nie rozumiał, chociaż parę razy usiłowała mu tłumaczyć. Uparcie uważał, że jest zwyczajnie nieśmiała.

– To idziesz z nami? – zapytała.

– No jasne! Przecież twój ulubiony wujek musi ci towarzyszyć w tak ważnym dniu – puścił do niej oko. – Poza tym twój tata jest trochę nadwrażliwy, jeżeli chodzi o kwestie bezpieczeństwa.

Nie sprostowała, że jej ulubionym wujkiem jest nie on, tylko Lupin. Starannie też się nie skrzywiła, kiedy wspomniał o ojcu i kwestiach bezpieczeństwa – gdyby to zrobiła, czekałby ją wykład z cyklu „powinnaś go zrozumieć, wiesz przecież, jak bardzo cię kocha…”

Z tym, że Harriet wiedziała, że jej nie kocha. Kiedyś, po pijaku powiedział, że żałuje, że się urodziła, bo gdyby nie, to jego żona nadal by żyła. Potem, już na trzeźwo, powtórzył to w czasie jakiejś większej kłótni. Wiedziała, że mówił poważnie. Czuła to całą sobą. Zresztą nigdy nie było między nimi, tego, co istniało między Dudleyem, a jego rodzicami. Ciepła. Czułości. Poczucia bezpieczeństwa…

Tego ostatniego w szczególności. Czasami, kiedy się wściekał, dostawał takiego ataku szału, że ze strachu uciekała do komórki pod schodami. Jak wtedy, gdy na czas nie ugryzła się w język i publicznie nazwała tę reporterkę, Skeeter, zołzą, a ona wysmarowała jakiś paskudny artykuł. Albo kiedy odważyła się wyjść z domu po chipsy, bez zezwolenia i ochrony dziesiątek zaklęć. Albo jak znowu zaczął ją porównywać do mamy i w złości powiedziała mu parę słów za dużo.

– A tak z innej beczki, co to za żółty koleś na twojej koszulce? – Syriusz zmienił temat, intensywnie przyglądając się Homerowi Simpsonowi.

– Postać z kreskówki, „The Simpsons”.

– A fajna ta kreskówka?

– No tak, inaczej nie miałabym z niej koszulki.

– Hm, to muszę obejrzeć. O ile zapamiętam, żeby kupić program telewizyjny.

– To ty masz telewizor? – zamrugała zaskoczona.

Czarodzieje zwykle niezbyt znali się na mugolskim świecie. Oczywiście częściej nosili normalne ubrania niż czarodziejskie szaty, chodzili też do mugolskich sklepów. Wyjątek stanowili tu separujący się od społeczeństwa magowie „czystej krwi” gardzący wszystkim, co niemagiczne. Jednak nawet ci przeciętni czarodzieje, żyjący z i obok zwykłych ludzi, rzadko orientowali się w rzeczach takich jak telewizja, mugolska muzyka (przynajmniej ta współczesna) komiks czy – z bardziej codziennych spraw – obsługa pralki. Niby wujek Syriusz był bardzo „zmugolały”, o czym świadczył chociażby jego strój – wytarte dżinsy, czarny podkoszulek i skórzana kurtka – bardziej pasujący do dwudziestoletniego rockmana, niż maga po trzydziestce, ale mimo wszystko…

– No tak, mam – potwierdził. – Ale rzadko oglądam. Jest taki serial… „Moda na Sukces”? Odstraszył mnie.

– Się nie dziwię, to jest straszne – mruknęła z powagą. – Ale Simpsonowie są świetni. Znowu z seriali to mógłbyś obejrzeć… - zastanowiła się chwilę. Potrzebny był jej serial rozrywkowy nie zahaczający zbytnio o mugolską technologię ani historię. – „Co Ludzie Powiedzą”. Jest o takiej nawiedzonej babce, co ma manię na punkcie tego, jak ją widzą inni i zamęcza wszystkich wokół.

– Trochę jak Malfoyowie? – zapytał.

– Chyba nie… - Poruszyła się niespokojnie. – No chyba, że śpiewają na ludzi – dodała, aby przekierować temat rozmowę na nieco inne tory. Znaczy nie takie zahaczające o rodowe urazy.

Nazwisko Malfoy bardzo często pojawiało się w rozmowach taty i wujków, zwykle w niezbyt pochlebnym kontekście. Harriet to nie przeszkadzało, póki któryś z mężczyzn nie usiłował jej wplątać w dyskusję. Nie wątpiła, że mają podstawy, aby mówić o Malfoyach tak, a nie inaczej i podejrzewała, że ci naprawdę są okropni, ale… Po prostu nie chciała obgadywać ludzi, których nie widziała na oczy i którzy nic jej nie zrobili. Przynajmniej narazie.

– A ktoś tam śpiewa na ludzi? – Syriusz uniósł brwi, szeroko się uśmiechając. – No, to brzmi ciekawie. A tak w ogóle, to gdzie ci zniknął tata?

– Powiedział, że coś musi załatwić – po raz kolejny starannie się nie skrzywiła. – Coś związanego z bezpieczeństwem. Jakieś przygotowania do przygotowania mnie na Hogwart.

Syriusz wydawał się zdziwiony.

– Przecież Hogwart to najbezpieczniejsze miejsce na świecie!

Zamrugała zaskoczona. Hasło „najbezpieczniejsze miejsce na świecie” jakoś nie bardzo pasowało jej do opowieści wujków i taty.

– Ym… Ale mówiliście, że szkołę otacza las pełen niebezpiecznych bestii, a gajowy jeszcze takie hoduje. No i że jest tam drzewo, które tłucze ludzi, a w szklarniach przy szkole rosną śmiertelnie niebezpieczne rośliny. No i że wujek Lupin, jak się zwilkołaczył w pełnię, to co o mało by nie pogryzł waszego kolegi… a może nawet i zagryzł. No i będę tam warzyć niebezpieczne eliksiry, i uczyć się zaklęć, które pewnie też mogą coś narobić, jak zrobię coś nie tak. No i do tego quidditch. Sam opowiadałeś, jak kiedyś przypadkiem wybito tłuczka w publikę i…

– Tak, tak, tak... Ale nikomu nic się nie stało, prawda? – przerwał jej, wyraźnie zmieszany. – Przynajmniej nie trwale.

– Nie wiem. Stało się? – zapytała.

– Nie, nie stało się… I możesz być pewna, że z Dumbledore’em u boku nic się nie stanie.

Zamilkła. Nie wspomniała, że tata nie raz i nie dwa wyklinał na wiekowego czarodzieja, że niby nie zdołał ochronić mamy. Nie wspomniała też, że tłuczek – twarda piłka, służąca do zrzucania innych zawodników quidditcha z mioteł, poprzez wybicie jej w nich pałką – mógł kogoś zabić, gdyby trafił w odpowiedni punkt na głowie. W końcu ludzie czasem ginęli od uderzenia piłeczką golfową, a co dopiero czymś takim… Na dodatek zawodnicy quidditcha nie nosili żadnych kasków, co powinni robić chociażby ze względu na ryzyko upadku z wysokości. Nie żeby sama miała jakieś lęki na tle dużej odległości od ziemi, przeciwnie – uwielbiała znajdować się wysoko – ale była pod tym względem realistką. Poza tym, siedząc całymi dniami zamknięta w domu, zwykle albo czytała, albo oglądała telewizję. Głównie programy o kryminologii, antropologii, psychologii i patologii sądowej. Przy tych ostatnich miała okazję napatrzyć się na to, co mogą z robić z człowiekiem upadki i uderzenia piłką… A także potrącenia przez samochód, ataki dzikich zwierząt, różnorakie wybuchy, ulatniający się gaz i wiele innych.

Oczywiście jak każdy dzieciak lubiła kreskówki, ale, kiedy nie mogąc spać, w nocy zeszła do salonu, oświeciła telewizor i obejrzała „Kulisy Zbrodni”, zrozumiała, że istnieją programy o WIELE bardziej interesujące. Szczęśliwie James Potter nie zwracał większej uwagi na to, co ogląda, słucha lub czyta jego córka.

Tata nie wracał, a rozmowa z wujkiem ponownie zeszła na temat kreskówek i seriali. Jako, że zaczęli się polecani przez Harriet „Simpsonowie”, oboje zasiedli przed telewizorem, wlepiając spojrzenia w ekran, po którym szalały kolorowe postaci. Zadowolona dziewczynka stwierdziła, że trafiła w dziesiątkę z kreskówką – Syriusz naprawdę się wciągnął i co chwilę wypytywał ją o poszczególnych bohaterów albo parskał śmiechem. W sumie to się nie dziwiła. Chociaż sama miała niecałe jedenaście lat, nie potrafiła nie zauważyć, że wujek czasem przypomina przerośniętego dzieciaka. Pamiętała jak raz, kiedy nocował u nich przez kilka dni, najadł się lodów na śniadanie, a potem jęczał, że boli go brzuch.

Drzwi wejściowe się otworzyły, akurat, gdy kreskówka dobiegła końca. Kiedy tylko tata wszedł do salonu, Harriet natychmiast ogarnął niepokój, który przybrał formę lodowato zimnej, zalegającej w żołądku guli. Znowu miał TO spojrzenie. Dzikie, szalone i nieustępliwe. Jednak widząc Syriusza, natychmiast „przełączył się” jak kanał w telewizorze. W ułamku sekundy przeskoczył z ponurego faceta, którego nikt nie chciałby spotkać nocą w ciemnym zaułku do jowialnego, dowcipnego „złotego chłopca”.

– No cześć! Co tam? – zagadnął Syriusz. – Gdzieś się tak długo podziewał?

– A takie tam – tata posłał przyjacielowi szeroki uśmiech. – Muszę w końcu zadbać o naszą księżniczkę, żeby czasem nie wpakowała się w jakieś kłopoty w trakcie roku szkolnego, prawda? Wiesz, jaki ma ku temu talent – mruknął i puścił do Harriet oczko.

Harriet z trudem przywołała na usta słaby uśmiech. Owszem, jakimś dziwnym trafem zawsze wszystko przytrafiało się jej, nieważne jak bardzo uważała. Autobus wjechał w kałużę ochlapując pieszych? Na pewno stała wśród nich. Lecący gołąb sobie ulżył? Na sto procent kupa trafiła na sam środek jej głowy. Wielki pies zerwał się z łańcucha? Oczywiście to ją spośród tłumu dzieciaków wybrał za cel. No i kto utknął na samym czubku drzewa, uciekając przed psem? Właśnie. Miejscowemu wielbicielowi gadów zaginęła kobra? Zgadnijcie w czyim ogródku się znalazła… Chociaż to z kobrą było nieco dziwne. Wąż wydawał się potulny, a nawet posłuszny. Kiedy przestraszona kazała mu się odsunąć, natychmiast to zrobił i miała wrażenie, że czekał na dalsze polecenia. Sprawiał wrażenie sympatycznego, wręcz przyjaznego. Niestety tata tak nie uważał – kiedy tylko zobaczył gada, jednym zaklęciem przerobił go na skórzany pasek…

Biedna kobra.

…W każdym razie, Harriet istotnie była pechowa. Nawet bardzo. Właściwie to nie pechowa, tylko PECHOWA. Jednak wątpiła, aby na pecha miały pomóc dziesiątki ochronnych eliksirów, zaklęć i pomniejszych rytuałów – nierzadko naprawdę nieprzyjemnych – które tata na niej testował, odkąd tylko pamiętała. Mogłaby to jeszcze znieść, gdyby tłumaczył, jaki dokładnie efekt ma wywołać dany eliksir czy zaklęcie. Niestety nigdy tego nie robił, a pytania, nawet te najbardziej uporczywe, zbywał milczeniem. Natomiast, kiedy się buntowała, zawsze wybuchała awantura… Ewentualnie tata rzucał na nią zaklęcie o sporo mówiącej nazwie „drętwota”, żeby skończyła „z tymi wygłupami”. Cały czas tylko powtarzał, że to dla jej dobra i po to, aby ją chronić…

O ile w tę ochronę mogła jeszcze uwierzyć, to w dobro z roku na rok coraz bardziej wątpiła.

Syriusz zajął tatę, za co Harriet była mu szczerze wdzięczna – wolała, kiedy uwaga ojca nie skupiała się na niej. Jednak w końcu nadszedł czas wyjścia, chociaż nie do końca wiedziała czy „wyjście” to odpowiednie słowo. Lepiej pasowałoby przejście. W końcu, używając proszku fiuu, tak-jakby przechodziło się z jednego miejsca w drugie. Znaczy pomiędzy wejściem w jeden kominek a wyjściem z drugiego, trzeba było „przelecieć” przez magiczną sieć, ale trwało to ledwie ułamek sekundy.

Podeszli do kominka – prostego, białego i nowoczesnego, jak reszta domu – na którym stał kamienny wazon wypełniony po brzegi srebrzystym proszkiem. Tata skinieniem różdżki rozpalił palenisko, po czym wziął szczyptę proszku i rzucił go w ogień. Wesołe złoto-pomarańczowe płomyki natychmiast zmieniły barwę na srebrzysto-błękitną, roztaczając wokół zimny blask. Wszyscy stanęli tak blisko kominka, jak tylko można było, a tata krzyknął „Pokątna”. Ledwie skończył, płomienie buchnęły wprost na nich, a świat zawirował w rozbłysku białego światła.

Minęła minuta, może dwie, nim Harriet zaczęła normalnie widzieć i słyszeć. Rozejrzała się wokół, rejestrując otoczenie – wnętrze Dziurawego Kotła. Zwykle, kiedy tata chciał się dostać na Pokątną, trafiali właśnie tutaj. Zwykle, znaczy ostatnie trzy razy z czterech. Kiedy pierwszy raz zabrał ją na magiczną ulicę, trafili do wnętrza eleganckiego sklepu z szatami. Potrzebowała wtedy stroju wyjściowego na jakiś bankiet u taty w pracy, znaczy w redakcji czarodziejskiego pisma sportowego, gdzie pisał artykuły o quidditchu. Właśnie wtedy W PEŁNI zrozumiała, jaki czarodzieje mają do niej stosunek. Oczywiście wpadała na nich i wcześniej, wracając ze szkoły albo idąc do sklepu i nawet wtedy, kiedy pilnowali się, żeby nie przykuć uwagi normalnych ludzi, było to wystarczająco krępujące i nieprzyjemne. Ta ekscytacja, potrząsanie ręką, to, że zupełnie obce osoby wiedziały, kim jest i chciały sobie zrobić z nią zdjęcie. Znowu, gdy trafiła w sam środek wielkiego przyjęcia, gdzie magiczni mogli czuć się swobodnie…

Na samo wspomnienie przechodził ją dreszcz. Gdyby nie to, że tata trzymał ją w żelaznym chwycie, uciekłaby stamtąd z płaczem. Do tej pory pamiętała, jak chłodnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem wyszeptał jej do ucha „a teraz szeroko się uśmiechnij i przywitaj ze wszystkimi jak grzeczna dziewczynka”.

Jako że praktycznie nigdzie nie mogła sama wychodzić, Harriet nie bywała w pubach. Jednak, według jej niewyrobionej opinii, Kocioł nie wyglądał na jeden z tych lepszych. Podłodze przydałoby się częstsze zmywanie, a blatom wycieranie, w dodatku wszędzie wokół unosił się specyficzny, trudny do zidentyfikowania zapaszek. No i barman – łysy, bezzębny i nieco garbaty starzec - uparcie przypominał jej Igora z filmów o frankensteinie. Mimo tego pub cieszył się sporą popularnością, bo za każdym razem, gdy tu trafiała, większość stołów była zajęta. Może to dzięki temu, że bar służył jako przejście z mugolskiej części Londynu do magicznej? A może zasługa menu? Tutejsze jedzenie zawsze wyglądało i pachniało całkiem atrakcyjnie. Nawet zupy, których mieli w Kotle od groma, a których składu nigdy nie zdradzano.

– Witaj Tom! – zawołał jowialnie Syriusz, witając barmana i jednocześnie puszczając oko do siedzących w rogu dwudziestokilkuletnich czarownic. Wszystkie jak na zawołanie zachichotały.

Harriet nie rozumiała tajemniczego uroku wujka, dzięki któremu prawie wszystkie kobiety automatycznie miękły na jego widok. Owszem, był przystojny – czarne, opadające w falach na ramiona włosy, jasnoszare, kontrastujące z nimi oczy, lisi uśmiech i wyraziste rysy sprawiały, że nie mogła temu zaprzeczyć. Jednak, żeby aż tak? Chichoty, rumieńce i tak dalej? Naprawdę, to aż głupie…

Zastanawiała się, czy jak dopadną ją hormony i całe to dojrzewanie, to też zacznie chichotać jak kretynka na widok ładnej, męskiej buzi. I to jeszcze takiego faceta… Oczywiście lubiła wujka Syriusza, ale doskonale wiedziała, że ten nie nadawał się na chłopaka. A przynajmniej nie takiego na dłużej. Każdy z jego dotychczasowych związków kończył się potworną awanturą i nie raz siarczystym policzkiem. Jeżeli istniałby poradnik dla kobiet, jakich facetów nie wybierać na mężów, byłoby w nim jego zdjęcie ze stosownym ostrzeżeniem.

– Witam szanownego pana Blacka i pana Pottera! – zawołał jowialnie starzec, ale tylko przebiegł po ich twarzach, po to, aby utkwić spojrzenie w Harriet. – Co panów sprowadza w moje skromne progi?

– My niestety tylko przelotem. – Tata posłał mu przepraszające spojrzenie. – No, może potem wpadniemy na coś do jedzenia. Ale pierw trzeba zrobić zakupy dla tej młodej damy.

Po ostatnim zdaniu uśmiechnął się szeroko i puścił do niej oko, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi. Odpowiedziała mu bladym uśmiechem, który szybko zgasł. Czasami chciałaby umieć tak dobrze grać jak on.

Po chwili wyszli na Pokątną. Wąską, brukowaną uliczkę, pełną staromodnych kamieniczek, niezwykłych sklepów i fikuśnych, metalowych szyldów… Oraz, rzecz jasna, czarodziei, z których część chadzała w tradycyjnych, czarodziejskich szatach. Ciche pohukiwania sów pocztowych niosły się nad ich głowami, sprzedawcy nawoływali, reklamując najdziwniejsze towary, za szybami staromodnych wystaw przyciągały spojrzenia najrozmaitsze niezwykłości. Atmosfera Pokątnej była zwyczajnie magiczna… szczególnie dla wychowanej wśród mugoli Harriet, która chciałaby móc cieszyć się nią w spokoju. Niestety ledwie zrobiła krok na zewnątrz Dziurawego Kotła, którego bywalcy mieli na tyle przyzwoitości, aby jej nie zaczepiać, usłyszała zachwycony okrzyk:

– Harriet Potter!

Gdyby mogła, przeklęłaby wszystkie osoby, które używały wobec niej TEGO tonu. Albo rzuciła się z jakiegoś wysokiego mostu. W sumie nie wiedziała, na co ma większą ochotę w tym momencie.

– Kto wzywa imię mej chrześnicy na daremno? – zawołał Syriusz z uśmiechem, wykonując szeroki, teatralny gest, na co parę osób parsknęło śmiechem.

Zaczął przedstawienie, zwabiając do Harriet grupkę osób, z którymi musiała się przywitać i odpowiedzieć coś na niemal tradycyjną frazę „doceniamy twoją ofiarę”. Szkoda tylko, że to nie ona poniosła jakąkolwiek ofiarę, tylko jej mama. Prawdopodobnie jedyna osoba, która naprawdę ją kochała, a zarazem kobieta, której nie znała, a w której cieniu nieustannie żyła. To dzięki poświęceniu Lily Potter Voldemort zniknął. Harriet znowu… Cóż, dziewczynka doskonale zawała sobie sprawę, że jej jedynym wkładem w historię był sam fakt istnienia. No i może donośne wrzaski oraz brudzenie pieluszki.

Mimo całej okropności teatrzyku Syriusza, ten okazał się przydatny. Harriet szybko odfajkowała sprawę z najbardziej wścibskimi personami – tymi nie ograniczającymi się tylko do „konspiracyjnych” szeptów – i mogła iść dalej. Na zakupy.

Najpierw wstąpili po szkolne szaty. W eleganckim butiku natychmiast obskoczył ją tłumek sprzedawczyń, z których większość mniej lub bardzie próbowała Syriusza poderwać. Ten jednak poświęcał najwięcej uwagi właścicielce przybytku, madame Malkin, pulchnej kobiecie o białych włosach, bystrych niebieskich oczach i obfitym, eksponowanym przez spory dekolt biuście… Oraz wyjątkowo wymownym spojrzeniu. Jego treść Harriet mogła określić jako „za wysokie progi, panie Black i lepiej się z tego ciesz, bo gdybym cię wzięła w obroty, mógłbyś nie przeżyć”. Dziewczynka wolała nie myśleć, czemu dokładnie mógłby nie przeżyć.

W pozostałych sklepach było nieco spokojniej, aczkolwiek wszędzie, gdzie trafili na damski personel, ten natychmiast obskakiwał Syriusza, ewentualnie Syriusz wdzięczył się do personelu. Harriet to odpowiadało – mniej osób zwracało na nią uwagę. W końcu, po dość intensywnie spędzonych dwóch godzinach, mieli prawie wszystko. Cały zestaw podręczników, cztery komplety zimowych szat, cztery letnich, składniki do eliksirów, wszelkiego rodzaju pisadła, zeszyty i tym podobne. Brakowało tylko jednej rzeczy: różdżki.
Mieli właśnie ruszyć w stronę właściwego sklepu, kiedy drogę przegrodził im osobnik niezwykłych wręcz gabarytów. Musiał mieć z dwa i pół metra wzrostu, a w dodatku był niezwykle masywny. Na jego widok Harriet niemal się cofnęła, ale spojrzała w okoloną zmierzwionymi włosami oraz długą brodą dobrotliwą twarz o niesamowicie łagodnych, przypominających żuki oczach i początkowy lęk natychmiast minął.

– Cholibka! – zawołał mężczyzna, szeroko się uśmiechając. Harriet miała wrażenie, że zaraz ten uśmiech przetnie jego głowę na pół, a czubek odpadnie. – James! Syriusz! Sto lat!

– Hagrid! Co u ciebie stary? – zawołał James. – Kiedyśmy się ostatnio widzieli?

Harriet zamrugała słysząc znane sobie z opowieści imię. Hagrid, gajowy Hogwartu…

Naprawdę… Naprawdę był ogromny, tak jak w historiach taty i wujków. Właściwie to ubrany w płaszcz ze zwierzęcych skórek i z tkwiącymi we włosach sosnowymi igłami, i kawałkami liści wyglądał jak jakiś pogański duch lasów.

– Zbyt dawno temu! Zapomniałeś o starym, dobrym Hagridzie, cholibka. A tak właściwie to, co… - w tym momencie skupił wzrok na stojącej przed nim dziewczynce. – Harriet! To Harriet, prawda? – zawołał, po czym, nie czekając na odpowiedź, schwycił ją w wielkie ręce i podniósł na wysokość swojej twarzy, jakby była kociakiem. – Cholibka, jakaś ty podobna do taty. Normalnie kropka w kropkę! Ale oczy masz po mamie. Ona miała piękne oczy.

Zwykle Harriet przeszkadzało bycie dotykaną, ale w wykonaniu roześmianego olbrzyma było to nawet zabawne… Ale też okropnie dziwne oraz zaskakujące. Poczuła jak mimowolnie jej policzki robią się czerwone.

– Dzień dobry panu – wydukała, na co wielkolud wybuchnął śmiechem, odstawiając ją na ziemię.

– Jakiemu panu? – zapytał. – Hagrid jestem. Przynajmniej dla ciebie – puścił do niej oko. – Mam nadzieję, że jak twój tata będziesz mnie odwiedzać od czasu do czasu w mojej chatce, co? Chociaż ostatnio twój tata to chyba o mnie troszku zapomniał – spojrzał na Jamesa ze sztucznym wyrzutem na twarzy.

– Hagrid, o tobie nie da się zapomnieć. Chyba nie dałoby rady nawet przy pomocy zaklęć – zaśmiał się James. – Wiesz jak jest. Wszyscy zajęci, życie gna przed siebie, czasu na wszystko brakuje. A potem nagle tydzień zamienia się w rok.

– Oj tam, oj tam… Przecież się nie gniewam.

– A tak właściwie, to co tu robisz? – zapytał z ciekawością Syriusz, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Nieco drapieżnie. – Kupowałeś jakiegoś nowego zwierzaka do kolekcji?

– Ym… Nie. Sprawa dla Dumbledore’a. Muszę wpaść do Gringotta coś zabrać.

– Gringott! – James z rozmachem uderzył się w czoło. – Jasna cholera, kompletnie zapomniałem. W mugolskim banku mam prawie puste konto, a rachunki same się nie popłacą. Muszę wymienić trochę forsy.

Harriet już od jakiegoś czasu zastanawiało, po co dwie różne waluty dla czarodziejów i mugoli, skoro czarodzieje korzystali z mugolskich sklepów, a mugole mający magiczne dzieci z czarodziejskich i obie strony nieustannie musiały wymieniać pieniądze. Jedna wielka strata czasu i nerwów. Chociaż miało to i swoje dobre strony, przynajmniej dla dziewczynki – wizyty u Gringotta. Lubiła to miejsce, a pracujące w banku gobliny nieodparcie ją fascynowały. A fascynacji towarzyszył wielki szacunek. Trochę ze względu na ich reputację, a trochę za stosunek mikrych bankierów do niej. Widziała, że ciekawi pracowników banku niemal tak samo jak czarodziei, ale ani razu żaden z nich jej nie zaczepił, nie rzucił żadnej durnej uwagi, nie szeptał za plecami. Przeciwnie. Wszyscy byli uprzejmi, taktowni i profesjonalni. No i naprawdę słuchali. Przebywając wśród ludzi – nie ważne magicznych czy nie – czasem odnosiła wrażenie, że ci widzą i słyszą tylko to, co chcą. Gobliny znowu naprawdę patrzyły i widziały, słuchały i słyszały, a potem wszystko dogłębnie analizowały. Nie zakładały niczego z góry… No, może poza tym, że prawie wszyscy ludzie chcą je oszukać albo naciągnąć, ale to mogła zrozumieć.

Po chwili byli już przed wejściem do banku, których strzegły dwa ubrane w staromodne zbroje, dzierżące halabardy gobliny. Stojący nieopodal goblińscy odźwierni, noszący identyczne, niezwykle eleganckie surduty, otworzyli przed nimi ciężkie drzwi, jednocześnie się skłaniając. Wchodząc do środka zerknęła na przywieszoną na prawym skrzydle tabliczkę z rymowanką-ostrzeżeniem dla złodziei, którzy chcieliby coś ukraść. Rymowanka była długa, ale przekaz krótki: połóż łapę na nieswoim złocie, a w zginiesz. Według dziewczynki działało lepiej niż zapewnienia mugolskich banków o bezpieczeństwie… Chociaż nie mogła tego zweryfikować, bo Bank Gringotta miał monopol w Brytanii.

Wnętrze banku zawsze przypominało Harriet krzyżówkę wielkiego, mugolskiego banku – jednego z tych tonących w szkle, mosiądzu i marmurach – muzeum i oksfordzkiej sali wykładowej, którą widziała kiedyś w telewizji. Za znajdującymi się na podestach blatami, oddzielone od petentów wysokimi szybami – dokładnie takimi samymi jak w niemagicznych bankach – gobliny zajmowały się tym, czym na co dzień zajmują się pracownicy bankowości. Z tego, co widziała Harriet, głównie liczeniem, wypełnianiem rozmaitych dokumentów oraz obracaniem pieniędzmi. Niby nic w niezwykłego, a jednak. Po pierwsze dla dziewczynki niezwykłe były same gobliny – w końcu żyjąc pośród mugoli rzadko je widywała. Mające po około metra trzydzieści wzrostu o dużych, spiczastych uszach, ostro zarysowanych twarzach i długich nosach przyciągały wzrok dziewczynki. Jednak to nie twarze goblinów ani ich gabaryty budziły szczególne zainteresowanie Harriet, a dłonie. Szczupłe, długopalce, ale niezwykle silne i tak niesamowicie precyzyjne. To właśnie ta precyzja stanowiła dla niej prawdziwą niezwykłość. Delikatne, dystyngowane, ale szybkie ruchy uzbrojonych w pióra wieczne palców, stawiających litery z wręcz kaligraficzną dokładnością, liczących złoto, gładzących dokumenty. Do tego te analizujące wszystko dokoła spojrzenia, pełne niewymuszonego skupienia.

Nie rozumiała czemu, ale mogłaby oglądać gobliny przy pracy całymi godzinami. Widok pochylających się nad dokumentami bankierów działał na nią niemal kojąco.

– Cholibka, przepraszam was na chwilę, ale muszę iść tam – mruknął Hagrid wskazując na jedno z okienek, przy którym pracował siwowłosy goblin w okularach o srebrnych oprawach. Ułamek sekundy później już szorował w jego stronę, stawiając wielkie kroki.

– Czekaj stary, też muszę wyciągnąć kasę! – zawołał Syriusz i intensywnie przebierając nogami, ruszył za nim.

Harriet zerknęła na tatę, który wzdychając ciężko, spojrzał na długą kolejkę przed kantorem wymiany walut. Nie czekając na jego pozwolenie, usiadła na pobliskiej, obitej miękką skórą ławie i moszcząc się wygodnie, z zainteresowaniem obserwowała pracujących bankierów.

Poprzez przytłumione rozmowy i odgłosy skrobania piór po papierze doszedł ją jeszcze konspiracyjny „szept” Hagrida:

– Ja po to z tej skrytki… No wiesz… Siedemset trzynaście. Pakunek specjalny dla Dumbledore’a. Tu mam papiery…

Niezbyt ją to zainteresowało. Gobliny były ciekawsze. To jak dokładnie odciskały każdą pieczątkę, jak równo składały każdą kartę papieru, ich wręcz perfekcyjne pismo… Chciałaby tak potrafić. Niestety z natury przejawiała tendencję do bałaganiarstwa i lekkiego niechlujstwa, a do tego miła dysgrafię. Starała się z tym walczyć, ale niestety, bez większych efektów.

Nagle poczuła, że ktoś ją obserwuje. Zerknęła w bok i napotkała spojrzenie goblina w średnim wieku o chłodnej, surowej twarzy.

– Ym… dzień dobry – przywitała się niepewnie.

– Dzień dobry panienko – odpowiedział goblin. – Interesuje panienkę praca w bankowości?

Harriet zamrugała. Wyczuła w pytaniu pewien haczyk…

Nagle zrozumiała. Gapiła się na pracowników, jakby ci byli jakimiś eksponatami. Pewnie coś takiego stanowiło normę ze strony mugolaków i ich rodziców, ale wszyscy w banku wiedzieli, że ona pochodzi z czarodziejskiej rodziny. W dodatku nie była tu pierwszy raz.

– No nie do końca – mruknęła, czując jak na jej policzki wstępuje rumieniec. – Po prostu lubię patrzyć jak państwo wszystko robią tak dokładnie. Pieczołowicie. Patrzą na każdy szczegół i detal. No i jakoś tak robią to wszystko cicho. Ludzie są czasem trochę niedokładni i bardzo hałasują. Sama mam okropne kłopoty z utrzymaniem porządku i nie potrafię od ręki nawet prostej linii narysować.

Intensywność spojrzenia jej rozmówcy przybrała na sile. Patrzył Harriet prosto w oczy, niemal przyszpilając dziewczynkę wzrokiem. W końcu, po chwili, która zdawała się wiecznością, wąskie usta wygiął słaby uśmiech:

– Miło to słyszeć. Rzadko ktoś docenią naszą pracę.

Nagle Harriet poczuła się irracjonalnie szczęśliwa. Jak psiak, którego właśnie pochwalono.

– Jak coś się powtarza, ludzie szybko biorą to za pewnik i nie zwracają dużej uwagi. Ale mogę powiedzieć, że to, co państwo tu robią jest naprawdę… W mugolskich bankach panuje zawsze lekki… Hm… Nie wiem jak to nazwać. Nieporządek to za mocne słowo. W każdym razie, tu tego w ogóle nie widać.

– Och, czarodzieje zapewne poczuliby się mocno urażeni słysząc, że porównuje się ich do mugoli. Nie sądzi panienka, że bank pod kierownictwem magów funkcjonowałby dużo lepiej niż te mugolskie?

Stanowczo pokręciła głową.

– Byłoby tak samo jak u mugoli, tyle że z dodatkiem sowich kup. Chociaż… - zawahała się, przypominając sobie ciocię Petunię podczas sprzątania. – Mugole są troszkę bardziej dokładni od czarodziejów… Przynajmniej pod niektórymi względami. Musieli się tego nauczyć, bo nie mają magii, która by ich wyręczała.

Kolejne intensywne spojrzenie i kolejny uśmiech ze strony goblina.

– Interesująca, aczkolwiek nietypowa jak na czarodzieja obserwacja panno Potter, bo rozumiem, że to panienka, prawda? – skinęła głową. – Ragnarok – przedstawił się goblin, lekko skłaniając głowę, na co niezgrabie wstała z siedziska i dygnęła.

W tym samym momencie pojawił się tata, posyłając jej i Ragnarokowi uważne, podszyte niepokojem spojrzenie. Gdy je zauważyła, ją samą ogarnęło zdenerwowanie, jednak zrobiła dobrą minę do złej gry. Jak zwykle.

– Czy coś się stało? – zapytał James.

Goblin nagle stał się poważny, a delikatny uśmiech zniknął z jego warg. Przyjrzał się ojcu Harriet z uwagą, zerknął na nią i ponownie spojrzał na niego.

– Wymieniłem jedynie parę słów z panienką i muszę przyznać, że była to dość przyjemna rozmowa. Miło spotkać kogoś, kto widzi nieco… dalej. – Skłonił się lekko. - Przykro mi, ale muszę wracać do swoich obowiązków. Dowidzenia panu, panie Potter. Dowidzenia panienko. Miło było panienkę poznać.

Coś mówiło Harriet, że rzadko słyszy się pochwały od goblinów, tym bardzie poczuła się doceniona. Naprawdę musiała użyć sporo siły woli, aby na jej twarzy nie wykwitł idiotyczny uśmiech.

Jak tylko Ragnarok odszedł, zjawili się Syriusz i Hagrid niosący pod pachą jakiś niewielki pakuneczek.

– Co jest? – spytał Syriusz, widząc, że jego przyjaciel gapi się tępo na córkę.

– Ragnarok właśnie pochwalił Harriet – mruknął James.

– To chyba dobrze, prawda?

– Z nim nigdy nie wiadomo.

– Cholibka, Harry. Jak Harriet dogaduje się z goblinami, to dogada się z każdym – zaśmiał się Hagrid i klepnął go tak mocno w plecy, że ten niemal się przewrócił. – A tak w ogóle, to będziecie robić coś jeszcze na Pokątnej?

– Tak, musimy jeszcze wpaść po różdżkę dla młodej.

Harriet poczuła dłoń taty na ramieniu. Mocny uścisk, palce wbijające się w ciało. Nienawidziła tego. Dlaczego, skoro już musiał ją dotykać, nie mógł zwyczajnie położyć dłoni? No czemu?

– Ja też muszę załatwić parę spraw… - Olbrzym się zamyślił – Po wizycie u Olivandera poczekacie na mnie w Kotle? Zjemy coś razem i pogadamy, jak to kiedyś było?

– No jasne – Syriusz się zaśmiał. – W końcu kiedyś Harriet musi spróbować jednej z dziurawych zup Toma.

– To jesteśmy umówieni – szeroki uśmiech przeciął twarz Hagrida.

Wielkolud ruszył dziarskim krokiem do drzwi, a oni za nim, jednak na zewnątrz zaraz się rozdzielili. Hargid poszedł w swoją stronę, a oni skierowali się do sklepu z różdżkami.

Harriet nie zdziwiła się, gdy pod sklepem Olivandera dostrzegła dwie znajome postaci – reportera Proroka Codziennego i jego fotografa. Zapewne nie jedynych pismaków, czających się przy drzwiach. Co prawda wybór różdżki przez „Dziewczynkę, Która Przeżyła” niekoniecznie był tematem na pierwszą stronę, a przynajmniej nie na główny artykuł, ale stanowił dobry zapełniacz. Ciekawostkę, jakiej czarodziejskie dzienniki nie mogły przepuścić.
Tata przywitał się z reporterem, którego nazwiska Harriet uparcie nie potrafiła zapamiętać, jak ze starym znajomym. Zresztą może i znajomymi byli, w końcu obaj pracowali w dziennikarstwie, chociaż w innych gazetach. Kiedy rozmawiali ze sobą, dziewczynka nerwowo rozglądała się dookoła, szukając wśród tłumu znajomej, jasnowłosej postaci. Na szczęście nigdzie nie dostrzegła Rity Skeeter, reporterki o najpiekielniejszym z piekielnych charakterów. Podłe babsko uwielbiało dopowiadać rozmaite rzeczy do mających miejsce wydarzeń. W przypadku Harriet zwykle oznaczało to domalowywanie jej „łez wzruszenia” lub wciskanie w usta wypowiedzi typu „tak bardzo żałuję, że nie ma tutaj mamy”. Generalnie kobieta postawiła sobie za cel przedstawienie Dziewczynki, Która Przeżyła, jako postaci wybitnie tragicznej. Harriet znów zastanawiała się nad postawieniem sobie za cel zepchnięcia Skeeter ze schodów.

James nieśpiesznie wymieniał uprzejmości z pismakami, potrząsał dłońmi, pokazywał swoje najlepsze uśmiechy. Syriusz jak zwykle wdzięczył się do wszystkich. Harriet znowu uparcie usiłowała być jak najmniej widoczną, w czym odniosła pewien sukces, bo dziennikarze nie zwracali na nią większej uwagi. Mimo to, nawet w tak niewielkiej grupie, nie czuła się nazbyt swobodnie. Chciała jak najszybciej wejść do sklepu, wybrać tę piekielną różdżkę i mieć to wszystko za sobą. Wkrótce jej życzenie się ziściło. Otworzyła wraz z wujkiem i tatą przeszklone drzwi, błysnęło parę reporterskich fleszy i po chwili już stała w słynnym sklepie z różdżkami Olivandera.

Rzadko kiedy mogła powiedzieć o jakimś pomieszczeniu, że to jest jednocześnie przestronne i ciasne, jednak stojący za staromodnym kontuarem wytwórca różdżek zdołał uzyskać ten efekt. Sklep był duży, wręcz ogromny, lecz wysokie, zapełnione zakurzonymi pudełkami z różdżkami regały wydawały się napierać na klientów ze wszystkich stron. Odnosiło się wrażenie, że chcą człowieka osaczyć niczym chuligani w ciemnym zaułku.

„Przydałaby się tu ciocia Petunia” – pomyślała Harriet, przesuwając spojrzeniem po zalegającej na wszystkim warstewce kurzu. Nawet sam sprzedawca wydawał się przykurzony. Pani Dursley nie dopuściłaby do czegoś takiego. Jakby zabrała się za tutejsze półki, te błyszczałyby jak klamki u Gringotta.

– Dzień dobry panu – przywitał się James. – Przyprowadziłem Harriet po różdżkę. Myślę, że ma pan dla niej coś odpowiedniego.

Sprzedawca, zapewne właśnie sam słynny Olivander, spojrzał na nią uważnie swymi wielkimi, jasnoszarymi oczami tak wnikliwie, że niemal zadrżała. Aureola cienkich jak pajęczyna, ale gęstych, białych włosów okalających chudą, pociągłą twarz nadawała mu aparycji istoty nie do końca z tego świata.

– Pierwsza różdżka dla młodej damy, tak? – zapytał. Jego głos z niewiadomych powodów skojarzył się dziewczynce ze smętną, fortepianową melodią. – Proszę do mnie, zaraz coś znajdziemy.

Harriet niepewnie podeszła do kontuaru, tymczasem mężczyzna zdjął ostrożnie, niemal z nabożnością jedno z leżących na pobliskim regale pudełek, otworzył je i wyjął niczym nie wyróżniającą się różdżkę.

– Proszę wypróbować panienko – mruknął, wręczając jej długą, drewnianą pałeczkę o rzeźbionej rękojeści.

– Wypróbować? To znaczy?

– Machnij nią – podpowiedział Syriusz. – No dalej, śmiało.

Harriet machnęła. Ostrożnie. Nic się nie stało, ale Olivander natychmiast wyrwał jej różdżkę z dłoni.

– Nie, to nie to – mruknął, po czym odłożył pudełko na swoje miejsce i popędził na tył sklepu, skąd po chwili wrócił z kolejnym.

– Panienka wypróbuje tą.

Harriet jeszcze kilkakrotnie wypróbowała różdżki, za każdym razem tylko nimi machając, bez jakiegokolwiek efektu… Przynajmniej według swojej opinii. Jednak Olivanderowi najwyraźniej każde machnięcie coś mówiło Coś, co naprowadzało na trop, tego, czego młoda klientka potrzebowała.

– Proszę, niech panienka spróbuje. – Podał jej kolejną, chyba już dziewiątą różdżkę. – Ta powinna być już dobra.

To było nieco dziwne. Jak tylko Harriet chwyciła różdżkę, poczuła, że ta do niej pasuje. Nie rozbrzmiał żaden grom, nie powiał magiczny wiatr, nie nastąpił rozbłysk światła, ale wiedziała, że Olivander ma rację – to właśnie ta. Jednak, tak na wszelki wypadek, machnęła nią.

– Pióro feniksa i ostrokrzew, jedenaści cali… Intrygujące – ostatnie słowo mruknął jakby do siebie, wbijając w dziewczynkę intensywne spojrzenie.

– Intrygujące. A to czemu? – zapytała.

– Ach nic, starcze gadanie… Po prostu dawno temu widziałem podobne połączenie – machnął ręką jakby nigdy nic i uśmiechnął się. Trochę nazbyt szeroko… a na pewno szerzej niż był do tego przyzwyczajony. – Dobrze, w każdym razie różdżka, na pewno panience posłuży. Rozumiem, że pan płaci? – zwrócił się do Jamesa.

Harriet zmarszczyła brwi. Olivander mógł sobie mówić, że te całe „intrygujące” to „starcze gadanie”, ale wyraźnie usłyszała TEN ton. Ton oznajmujący „to coś ważnego”. Z tym, że niestety mężczyzna najwyraźniej nie zamierzał jej nic wyjaśnić. Nikt nigdy niczego jej nie tłumaczył.

Ściskając swoją nową i pierwszą w życiu różdżkę, z którą nie miała większego pojęcia, co zrobić – kieszenie dżinsów były zbyt płytkie, żeby ją do nich wsadzić, a torebki nie wzięła – wyszła w towarzystwie ojca i wujka wyszła ze sklepu. Ledwo przekroczyła jego próg, tata natychmiast objął ją opiekuńczo ramieniem, a ułamek sekundy później rozbłysło parę fleszy. Wyuczony odruch sprawił, że się uśmiechnęła, zupełnie jak wytresowany pies. I jak wytresowany pies pozowała do zdjęć, pokazywała różdżkę i pozwalała się przytulać ojcu, chociaż tak naprawdę miała ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Szczęśliwie nie trwało to długo i wkrótce została uwolniona od ich towarzystwa. Pozostało jej tylko dziękować niebiosom, że Rita Skeeter najwyraźniej tego dnia miała lepszy temat, bo wiedźma na pewno szybko nie wypuściłaby jej ze swoich szponów.

W Dziurawym Kotle nadal było gwarno, chociaż zwolniło się parę stolików. Zajęli jeden z nich w odległym kącie sali, gdzie mogli liczyć na jako-taką prywatność.

– Dobra, to pójdę zamówić – oświadczył Syriusz. – Mówcie, co chcecie… znaczy Harriet obowiązkowo je dziurawą zupę domową, bo każdy musi przeżyć tę przygodę – błysnął zębami w szerokim uśmiechu – ale co oprócz tego?

Dziewczynka zmrużyła oczy lustrując wzrokiem wiszące nad barem menu. Pieczona wieprzowina ją kusiła, bo wyglądała i pachniała całkiem atrakcyjnie – siedzący nieopodal mężczyzna właśnie jadł porcję – ale upolowany placek też zwrócił jej uwagę. Rzecz w tym, że w życiu nie słyszała o tym daniu. Zwykle żywiła się pizzą, chińszczyzną, rybą z frytkami i daniami z mikrofali, a witaminy uzupełniała gotowymi surówkami ze sklepu. Tata nigdy nie zawracał sobie uwagi gotowaniem. Domowe posiłki jadła tylko podczas rytualnych kolacji cz też śniadań – zależy od dnia – z Dursleyami… No i w soboty, kiedy wpadał do nich Stworek, skrzat Syriusza, żeby ogarnąć dom. Posprzątać, zrobić pranie i takie tam. Jeżeli coś wymagało pilnego uprzątnięcia w ciągu tygodnia, dziewczynka musiała sobie radzić sama. Szczęśliwie parę lat temu tata wreszcie kupił pralkę, co bardzo ułatwiło jej życie. I Stworkowi też. Swoją drogą, setnie bawiło ją, że wyklinający na mugoli i czarodziejów mugolskiego pochodzenia skrzat domowy tak szybko zaprzyjaźni się z urządzeniem. I zmywarką do naczyń. Instrukcję obsługi przyswoił nawet szybciej od niej.

– Co to jest upolowany placek? – zapytała.

– Placek drobiowy z „dzikim” drobiem. Kuropatwami, bażantami i tak dalej – wyjaśnił James.
Brzmiało pysznie.

– To ja chcę upolowany placek.

– Ja poproszę „zupę, zupę, zupę” – zdeklarował się James.

– A do picia?

– Jest sok jabłkowy? – zainteresowała się Harriet.

– Nie, ale jest jabłecznik – zachichotał Syriusz. – Chociaż twój tata chyba by mnie zabił, gdybym ci go kupił.

– Oj tak – zgodził się James. – A ona by poprawiła, jak tylko by poczuła, jakiego ma się po tym kaca. Weź dla mnie piwo, a dla młodej herbatę.

– Bardzo mocna, bardzo dużo cukru i cytryna – uzupełniła Harriet.

Syriusz skinął głową i ruszył w stronę baru. Niedługo po tym jak wrócił do stolika, pojawił się Tom, niosąc ich zamówienie.

Mężczyźni zadowolili się samymi zupami, przy czym Harriet szczerze podziwiała odwagę Syriusza, który wcinał flaki – chociaż miała strusi żołądek, boleśnie przekonała się, że tę potrawę należy spożywać jedynie w wielokrotnie sprawdzonych lokalach, gdzie inspekcja sanitarna dostaje nerwicy nie potrafiąc znaleźć żadnego naruszenia. Chociaż i jej dziurawa zupa domowa – szaro-zielona zawiesina, w której unosiły się dziwne, kremowe kłaczki – nie napawała optymizmem. Przynajmniej jeżeli chodzi o wygląd. W smaku znów… Cóż, była naprawdę dobra. Nie miała pojęcia, co w niej jest i raczej nie chciała tego wiedzieć, ale całkiem przyjemnie łechtało to jej podniebienie. Znowu upolowany placek okazał się przepyszny. Kończyła go konsumować, kiedy z wielkim hukiem – dosłownie, drzwi przybytku tak przywaliły w ścianę, że wszyscy klienci aż podskoczyli – do baru wkroczył Hagrid. Dźwigał w ręku wielką klatkę z niemal zupełnie białą sową i wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego, kiedy idąc w kich kierunku, rozpychał innych klientów na boki jak lodołamacz kry.

– Cholibka, cieszem się strasznie, żeście na mnie poczekali – powiedział, jak tylko dotarł do stolika, przy którym siedzieli. Z uśmiechem zwycięzcy położył klatkę z sową na samym środku blatu. – To dla ciebie Harriet. Przyśpieszony prezent urodzinowy. I taki troszkę za te wszystkie zaległe urodziny. Będzie ci nosić listy do domu.

– Jest śliczna! – Zawołała dziewczynka, zapominając wcześniej do porządku przełknąć, przez co kawałek mięsa wypadł jej z ust, trafiając wprost do klatki. Ptak natychmiast wykazał nim żywe zainteresowanie. – Dziękuję panu bardzo. To sowa śnieżna, prawda?

– Nu tak… i nie dziękuję panu, tylko dziękuję Hagridzie – ciężko usiadł na krześle, które złowróżbnie zatrzeszczało. – Tak se pomyślałem, że śnieżna będzie dobra. Normalnie to latają i za dnia, i w nocy, to można ją przyuczyć, żeby w nocy spała i nie hałasowała. W Hogwacie będzie ci bez różnicy, tam mają sowiarnię, ale w domu się przyda.

– Hagridzie, taki drogi prezent… Nie wiem czy powinniśmy – zaczął James, ale wielkolud uciszył go stanowczym gestem.

– Chłopaku, małej nie dałem prezentu przez dziesięć lat, to wypada, że jak już wreszcie ogarnąłem, żeby dać, żeby to było coś porządnego, prawda?

Harriet nie zwróciła większej uwagi na odpowiedź. Oczy błyszczały jej jak dwa klejnoty, kiedy uśmiechała się szeroko do ptaka. Chciała przekonać tatę, żeby pozwolić jej kupić kotka lub fretkę – jedne z niewielkiej grupy zwierząt akceptowanych w Hogwarcie – bo z góry wiedziała, że na sowę się nie zgodzi. Miał swoją, puszczyka Hermesa i nie widział potrzeby przygarniać kolejnej… Właściwie to przygarniać jakiegokolwiek zwierzaka, więc i na kotka, fretkę, a nawet szczura nie widziała dużych szans. Przynajmniej w samodzielnej walce. Dlatego zamierzała poruszyć temat przy Syriuszu… A najlepiej to przy Syriuszu i Lupinie, gdyby kiedyś wpadli obaj na raz. Z ich wsparciem miała niewielką szansę namówić ojca. Jednak sowa w prezencie… Opromieniany przez pełen samozadowolenia uśmiech Hargrida, James nie miał nawet możliwości powiedzieć „nie” ani nawet po chichu pozbyć się ptaka. W końcu wielkolud prędzej czy później zapytałby o nią, a może nawet zechciał zobaczyć.

Pochłonęła ostatni kęs placka i ostrożnie sięgnęła do drzwiczek klatki, kładąc dłonie na zamku.

– Mogę ją pogłaskać? Nie dziabnie mnie? – zapytała cicho Hagrida.

– Ależ skąd! Magiczne sowy pocztowe to mądre i doskonale wyszkolone ptaki. Szczególnie te z Centrum Handlowego Eeylopa, a tam ją właśnie kupiłem.

Ostrożnie otworzyła klatkę i wsadziła rękę do środka. Sowa odruchowo uniosła nogę, najwyraźniej oczekując, że zaraz zostanie obarczona listem. Wyglądała na nieco skołowaną, kiedy dłoń zamiast dać jej list, sięgnęła ku głowie, ale pozwoliła się pogłaskać. Pierw delikatnie i ostrożnie po to, aby chwile później palce dziewczynki zaczęły ją czule drapać między piórami. Niepewność w oczach sowy szybko przerodziła się w błogostan, a ciężkie powieki niemal całkowicie przesłoniły złote ślepia wyrazie ogromnej przyjemności.

– Na brodę Merlina, masz prawdziwy talent – zaśmiał się Hagrid. – Ledwo cię poznała, a już wie, że dobrze trafiła.

– Jak ją nazwiesz? – zainteresował się Syriusz.

Harriet nie musiała się namyślać. Jak tylko zobaczyła sowę, od razu wiedziała, jakie imię będzie do niej pasować.

– Stella. Biała na tle nocnego nieba musi wyglądać jak gwiazda…

Ledwo skończyła to mówić, przy stoliku pojawił się Tom z szarlotką – ulubionym ciastem Harriet – w ręku.

– Proszę, to dla młodej damy na koszt firmy – mruknął.

Dziewczynka zamrugała. Pierw sowa, a teraz szarlotka? Nie miała pojęcia skąd ta kulminacja szczęścia, tym bardziej, że barman ani ją znał, ani lubił. No i w dodatku w pubie nie sprzedawano deserów.

– Tom, jeżeli to… – zaczął James, ale starzec szybko przytknął palec do ust, uciszając go.

– Razem z chłopakami robimy zakłady ile ta mała jest wstanie zjeść – wyszeptał konspiracyjnym tonem. – Jeżeli da radę, chociaż z jednym kawałkiem, będę pięć galeonów do przodu.

Po tym się skłonił, puścił do Harriet oko i idąc nieco bokiem, niczym krab, oddalił się w stronę baru, skąd uważnie obserwowało ją trzech mężczyzn.

Hagrid zerknął na nią, potem na nich, a w końcu zwrócił się do Jamesa:

– O co im chodzi?

– O to, że przed chwilą wsunęła michę dziurawej zupy domowej i cały upolowany placek.

– Tyle, co dorosły chłop – mruknął z uznaniem brodacz. – Ale to normalne. Ona przecież rośnie…

– W takim razie chyba planuje być co najmniej tak wielka jak ty – zachichotał znad kufla Syriusz. – Znając młodą to za dwie godziny, może trzy znowu będzie buszować po kuchni…

Harriet poczuła, jak jej policzki pokrywa rumieniec. Nieraz była obiektem żartów z powodu swojego smoczego apetytu… i tego, że nie ważne ile zjadła, zawsze wyglądała jak szczudło.

– To w rodzinie, ze strony Evansów – wyjaśnił James. – Petunia je tyle samo, co jej spasiony mąż, a jest chuda jak stara szkapa.

Pieszcząca Stellę dłoń Harriet znieruchomiała, gdy jej ociec wspomniał o Petunii. Czuła niemiłe ukłucie, kiedy tak mówił o cioci. Albo o wujku Veronie. Owszem nie lubili jej, a i ona sama nie darzyła ich dużą sympatią, ale byli rodzicami Dudleya i Dudley ich kochał. No i zgodzili się ją chronić, prawda? Ciocia Petunia nie znosiła Jamesa i żywiła wielki żal do siostry, a wujek Veron cierpiał na wręcz organiczną niechęć do magii. Mimo to pomogli, a przecież wcale nie musieli. Poza tym wiedziała, że słowa taty mają stanowić przytyk w stosunku do niej samej. Każdą, chociażby najdrobniejszą cechę wspólną córki z ciotką, traktował jak wadę.

Wyjęła rękę z klatki i zamknęła drzwiczki. Stella spojrzała na nią głęboko rozczarowana. Głaskanie wyraźnie przypadło sowie do gustu.

– To się nie utuczy – oświadczył Hagrid, klepiąc się pod wielkim brzuchu. – Nadmiar słoniny może przeszkadzać, sam coś o tym wiem.

Zerknęła na wielkoluda, niepewnie się uśmiechając.

– To może zjemy razem? – zapytała, wskazując na szarlotkę. – Chętnie się podzielę.

Harriet skonsumowała nie jeden kawałek, ale aż trzy, dzięki czemu Tom wygrał zakład ze znajomymi. Pozostałą część szarlotki, czyli aż trzy czwarte placka, pochłonął Hagrid, zdobiąc szpakowatą brodę licznymi okruchami. James i Syriusz ograniczyli się do popijania piw i wspominania z gajowym starych, dobrych czasów. Te zdawały się składać niemal wyłącznie z nocnych wypraw szkolnych przyjaciół do Zakazanego Lasu i znajdowania ich przez wielkoluda. Harriet, która poświęcała większość uwagi Stelli – co tej, ponownie głaskanej i wyraźnie niebo wziętej, jak najbardziej odpowiadało – zdawało się, że zarówno jej tata jak i przyszywany wujek mieli w młodości głęboko zakorzenione tendencje samobójcze. Raz po raz zakradali się do najniebezpieczniejszych zakątków kniei, gdzie mieszkały najgroźniejsze bestie. W dodatku zazwyczaj robili to tylko i wyłącznie dla szpanu.

Zdawała sobie sprawę, że większość dzieciaków słuchając o tym wszystkim, podziwiałaby ich śmiałość i odwagę, ale ona wprost nie potrafiła się nadziwić ówczesnej głupocie mężczyzn. Może dlatego, że ją samą uczono od najmłodszych lata zasad bezpieczeństwa i tego, co może się stać, jak się ich nie przestrzega?

Około trzeciej po południu nastąpił czas pożegnania. Syriusz skorzystał z kominka w Kotle, aby wrócić do siebie, Hagrid do Hogwartu, a oni do domu.

Mimo „starcia” z reporterami i swoimi „fanami” oraz ogólnego stresu związanego z przebywaniem wśród obcych, Harriet zakwalifikowała wyprawę na Pokątną jako bardzo udaną. Poznała Hagrida, została pochwalona przez goblina, objadła się pyszności, a w dodatku dostała sowę! Swoje pierwsze, własne zwierzątko. Przyjazną duszę, która miała jej towarzyszyć w tym całym Hogwarcie… Pośród tłumów całkiem obcych dzieciaków i nauczycieli. Przez całe dziewięć miesięcy. Bez Dudleya.

Na samą myśl coś się w niej skręcało. Od przedszkola byli nierozłączni i chociaż nie zawsze wszystko między nimi grało, zawsze miała obok siebie znajomą twarz.

Westchnęła, odkładając klatkę z Stellą na podłogę – sowa ważyła nie mało – i rozejrzała się za kapciami. Co prawda uwielbiała swoje trampki, ale kiedy chodziła po domu w butach, ciocia Petunia zawsze patrzyła na nią bardziej krzywo niż zwykle. Nikt normalny ot tak nie narażał się pani Dursley. Nawet wuj Veron, hałaśliwy, nieustępliwy choleryk święcie przekonany, że to właśnie on rządzi w domu. Pozornie Petunia wydawała się całkowicie pod wpływem męża i była z tego stanu rzeczy zadowolona, ale gdy tylko przekraczał granicę… Cóż, Harriet nigdy nie widziała człowieka, który tak bardzo żałował, że nie wypada mu schować się pod stołem. W dodatku kobieta osiągała ten efekt bez podnoszenia głosu. Tak bardzo jak dziewczynka za nią nie przepadała, tak bardzo podziwiała w niej umiejętność siania niemal bezgłośnego terroru. Sama chciałaby tak umieć.

– Nie przebieraj się – mruknął James. – Zanieś sowę do pokoju i zejdź do piwnicy. Musimy odwiedzić jeszcze jedno miejsce.

Odwiedzić jeszcze jedno miejsce? I w tym celu zejść do piwnicy?

Harriet uniosła brwi, ale nie spytała o nic. Wiedziała, że to bez sensu, podobnie jak protesty – tata znowu miał te swoje spojrzenie. To samo, co rano.

„No to dobra passa się skończyła, teraz będą kłopoty” – pomyślała, wspinając się po schodach, a żołądek ścisnęło jej znajome uczucie niepokoju.

Położyła klatkę na komodzie i uśmiechnęła się słabo do uważnie obserwującej ją Stelli.
– Niedługo wrócę – mruknęła. – Na razie posiedź tu grzecznie, dobrze?

Sowa przekrzywiła głowę i zaskrzeczała cicho. Wyglądała na zdenerwowaną, co niespecjalnie dziwiło dziewczynkę. W końcu przed chwilą zmieniła właściciela, została przetransportowana w zupełnie obce miejsce, a teraz nagle jej nowa pani zaczęła się czegoś bać. Czegoś, czego Stella nie potrafiła zidentyfikować.

Harriet zeszła do piwnicy… Po raz pierwszy od czterech lat, znaczy odkąd tata jej zabronił. Niegdyś zapełnione różnymi rupieciami, mroczne pomieszczenie teraz było niemal zupełnie puste. Niemal, bo po jego środku stały osadzone w prostej ramie drzwi. Pozornie zwyczajne, wyglądające identycznie jak te w mugolskich blokach – tanio i nieciekawie. Tuż obok nich stał ojciec, spoglądając na nią z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Ręka – rozkazał, wyciągając ku niej dłoń.

Niechętnie wykonała polecenie. Tata schwycił ją mocno, prawie do bólu i wyjął z kieszeni tweedowej marynarki ciężki, brązowy klucz, który niezwłocznie wsadził do zamka. Rozległo się kliknięcie i drzwi stanęły otworem, ukazując oczom Harriet zupełnie obcy krajobraz. Kwietną, górską łąkę, gęsty, zalewający strome stoki niczym fala bór, majaczące w oddali wysokie, nie, BARDZO wysokie, ośnieżone szczyty. Znacznie wyższe niż te w Szkocji, które pamiętała z jakiegoś programu przyrodniczego.

„To chyba już nie Brytania” – przemknęło jej przez myśl, kiedy wraz z ojcem przeszła przez drzwi, stając na wydeptanej pomiędzy wysokimi trawami ścieżce

Ścieżka prowadziła do pozbawionej okien chatki. Piętrowej, idealnie okrągłej o stożkowym dachu, przypominającej bardzo przysadzistą wieżę. Budynek otaczało ze wszystkich stron dziewięć oddalonych od niego o jakieś siedem metrów, wysokich jak latarnie uliczne, kryształowych „szponów”. Bezbarwnych, migoczących w letnim słońcu niczym diamenty, nachylających się w stronę tajemniczego domostwa. Wyglądało to jakby pazury mitycznej bestii usiłowały złapać budynek i wciągnąć pod ziemię.

Kryształowy krąg otaczał kolejny złożony z nieznanych Harriet, czerwonych roślin. Wystające z gleby, nieustannie wijące się krwawe liście budziły w dziewczynce niepokój, podobnie jak ich kielichowate, wydzielające dziwną woń kwiaty. Tym większy, im bardziej się zbliżała.

– Co to za miejsce? – zapytała drżącym głosem, zwalniając. Wszystko w niej wołało, że nie chce wejść do tego domu. Że powinna stąd uciekać, im szybciej tym lepiej.

James nie odpowiedział, tylko ścisnął mocniej jej dłoń i przyśpieszył kroku. Harriet syknęła z bólu i nie mając dużego wyboru, dostosowała tempo do ojca. Mogła zrobić to albo zostać wleczona.

Ściany chaty zdawały się odlane z szaro-błękitnego kamienia. Litą, gładką niczym lustro powierzchnię nie znaczyły najmniejsze szczeliny czy pęknięcia. Jedyną wyrwę stanowił otwór na drzwi. Te zaś wykonano z jednego, bogato rzeźbionego w rozmaite symbole kawałka drewna.

Harriet wyczuwała napierającą na siebie ze wszystkich stron, gęstą jak dziurawa zupa magię. Niekoniecznie wrogą, ale jakąś-taką, niezdrową. Alarmującą. Straszną. Dlatego też, gdy James otworzył drzwi, zaparła się ze wszystkich sił, odmawiając wejścia, chociaż na dobrą sprawę wiedziała, że opór jest daremny. W końcu zniecierpliwiony mężczyzna wepchnął ją do środka.

Zatoczyła się do przodu, poślizgnęła na niemal idealnie gładkiej, kamiennej podłodze i boleśnie upadła.

– Skończysz z tymi wygłupami, czy mam cię unieruchomić? – syknął James, unosząc różdżkę, a w jego orzechowych oczach pojawiły się ostrzegawcze błyski. Jak u bestii gotowej ugryźć.

Zacisnęła szczęki, usiłując powstrzymać drżenie brody i przestraszona rozejrzała się dookoła.

Podłoga chaty została wykonana podobnie jak jej ściany, z tą różnicą, że pokrywały ją liczne żłobienia w postaci wypełnionych symbolami magicznych kręgów. Tylko ten najmniejszy na samym środku był pusty. Na prawo od wejścia dostrzegła wąskie, mogące pomieścić góra jedną osobę prowadzące na piętro schody, a na lewo stół, na którym walało się mnóstwo różnej wielkości ostrzy, narzędzi, fiolek z eliksirami, kryształów i ksiąg. Jednak to nie stół czy schody przykuły uwagę dziewczyny, a uwięzione w najbardziej zewnętrznym z magicznych kręgów stworzenia: feniks, żmijoptak, jednorożec i nieco upiorna, skrzydlata bestia, wyglądająca jak krzyżówka konia ze smokiem… Czarnego konia z czarnym smokiem. Wszystkie stały w równych od siebie odstępach, zastygłe w bezruchu, chociaż ich nozdrza drgały niespokojnie, a ślepia toczyły wokół pełnym lęku wzrokiem. Wszystkie, za wyjątkiem konio-smoka. Ten nieustannie usiłował obnażyć zęby i chociaż jego oczy stanowiły jedynie dwie, idealnie białe kule, Harriet była pewna, że wbija w jej ojca mordercze spojrzenie.

– Co to za stwór? – zapytała, powoli wstając.

– Testral – padło w odpowiedzi. – Legenda głosi, że to, co widzimy, to jedynie ich nikła namiastka, a ich prawdziwą formę potrafią dostrzec jedynie ci, którzy dali się ucałować Ponuremu Żniwiarzowi.

– C-co tu robimy?

– Stań na środku – polecił James, ignorując pytanie i wskazując najmniejszy z kręgów.

– Po co? – zapytała po raz kolejny.

Serce Harriet kołatało z przerażenia, a dłonie się trzęsły. Nie miała pojęcia, o co tu chodziło, ale czuła, że to nic dobrego. Wszystko w niej krzyczało, aby uciekała, rzecz w tym, że nie miała dokąd. Poza tym tata złapałby ją. A nawet, jeżeli nie, to prędzej czy później odnalazłby przez ten przeklęty medalion namiaru, który nosiła odkąd ukończyła trzy lata. Potężny, niepozwalający się zdjąć amulet wskazujący ojcu jej położenie.

– RÓB, CO MÓWIĘ ALBO SAM CIĘ TAM POSTAWIĘ! – ryknął James, a przestraszona Harriet aż podskoczyła. – Możemy zrobić to po dobroci albo nie. Uwierz mi, nie chcesz próbować drugiego sposobu.

Zadrżała. Wiedziała, że tata nie żartuje, dlatego też posłusznie stanęła pośrodku magicznych pierścieni. Cokolwiek się działo, nie mogła tego powstrzymać. Nie mogła od tego uciec. Ojciec, czy tego chciała, czy nie, miał ją w swojej władzy.

– Grzeczna dziewczynka – mruknął, po czym poszedł do stołu, skąd zabrał ogromną fiolkę wypełnioną złotawą cieczą.

Harriet bezradnie patrzyła jak ten oblewa zawartością fiolki magiczne stworzenia i od każdego z nich tworzy złotą ścieżkę prowadzącą wprost do niej. Na samym końcu wylał ciecz na nią. Nieoczekiwanie substancja zmieniła kolor na ciemnoczerwony, a w powietrze wypełnił słodkawy, metaliczny odór. Chociaż kamienne ściany i podłoga pozostały nieruchome, dziewczynka odniosła wrażenie, że pulsują w rytm uderzeń jej serca. Wtedy właśnie James sięgnął po misę zawierającą biały pył i…

Harriet obudziła się na kamiennej podłodze. Chociaż czuła, że straciła przytomność całkiem niedawno, a odprawiany przez tatę rytuał trwał dłuższą chwilę, to nie pamiętała z niego prawie nic. Jednak wiedziała, że cokolwiek się nie działo w trakcie, było złe. Fizycznie nic jej nie dolegało, wręcz przeciwnie, ale miała wrażenie, że przez jej żyły płynie szlam. Najgorsze plugastwo. Odczucie nie leżało ani po stronie ciała, ani umysłu i chociaż nie potrafiła go w żaden sposób umiejscowić, zdominowało wszystkie inne. Miała ochotę zedrzeć z siebie skórę i umyć się od środka wybielaczem cioci Petunii. Wyczyścić każde włókienko mięśniowe, każdą żyłkę, wyszorować do białości mózg i oczy, wlać żrący środek do kości.

Dygocząc ze wstrętu do samej siebie, powoli podniosła powieki i ostrożnie usiadła. Po złotej czy też krwawej cieczy nie został nawet ślad, podobnie z białym proszkiem. Zostały za to porzucone na podłodze niczym zepsute zabawki magiczne bestie. Nieruchome. Martwe. Wyblakłe. Wyglądające jak utkane z szarawego pyłu i pajęczyny, rozpadające się w proch pod wpływem najmniejszego drżenia.

„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” przebiegło dziewczynce przez myśl, kiedy patrzyła na marne szczątki tego, co ledwie przed chwilą było pełnymi życia istotami. Stworzeniami, które mogły żyć jeszcze przez długie lata szczęśliwe i wolne.

Uczucie odrazy nieco ustąpiło żalowi. Nie miała pojęcia, co tata zrobił, ani po co, ale robić tego nie powinien. Naprawdę nie powinien.

– I co, nie było tak źle, prawda? – zapytał wyraźnie zadowolony z siebie James.

Dygocząc na całym ciele spojrzała mężczyźnie w oczy i wzięła głęboki wdech. Z trudem powstrzymała łzy i cisnące się na usta słowa. Złe, pełne goryczy, bólu i wstrętu.

– Dobrze… – mruknął mężczyzna, biorąc w dłoń różdżkę. – A teraz podaj mi rękę.

– Po co? – zapytała, cofając się i obdarzając ojca wrogim spojrzeniem.

– Złożysz mi przysięgę wieczystą, że nigdy nikomu nie zdradzisz istnienia tego miejsca ani tego, co się tu działo i będzie dziać – powiedział spokojnie, wręcz zdawkowo.

Na słowa „będzie dziać” Harriet zamarła. To tata zamierzał robić tu podobne okropieństwa częściej? Czy on kompletnie oszalał?!

– Nie! – krzyknęła stanowczo, cofając się w stronę wyjścia.

Przemknęło jej przez myśl, że jeżeli tata nie zamknął drzwi do piwnicy, to może uda jej się dostać do domu, a potem, za pomocą proszku fiuu, na Pokątna i zaalarmować kogoś. W końcu, cokolwiek takiego tu nie zrobił, to na pewno było nielegalne, prawda? Wujek Lupin kiedyś wspominał, że samo trzymanie żmijoptaków jest sprzeczne z prawem, a coś takiego…

– Chyba nie chcesz, żeby coś złego przytrafiło się Dudleyowi, prawda? – zapytał chłodno James.

Poczuła się, jakby jej serce wpadło do wiadra z lodem. Czy… Czy on naprawdę to powiedział? Czy on naprawdę…?

– Słucham? – szepnęła.

– Do ochrony ciebie, potrzebna jest mi tylko Petunia. To ona jest najbliższą krewną twojej matki. Dudley… Cóż, jeżeli stanie mu się coś złego, na przykład wpadnie pod samochód, z pewnością to będzie straszne, ale nie zaszkodzi nam, a to najważniejsze, prawda? – oświadczył wypranym z emocji głosem.

Spojrzała na niego. Na swojego ojca. Na człowieka, któremu Dursleyowie udzielili schronienia. On… On naprawdę mówił poważnie. Śmiertelnie poważnie. Groził synowi ludzi, którzy mu pomogli. Groził siostrzeńcowi swej żony. Groził kuzynowi i najlepszemu przyjacielowi córki. Jak… Jak mógł być aż tak podły?

– Czemu to robisz? Za co to wszystko? – zapytała drżącym głosem. Łzy wypełniły jej oczy.

– Obiecałem twojej matce, że będę chronił cię bez względu na wszystko. Za wszelką cenę. I właśnie to robię, nie ważne, co o tym myślisz.

Przełknęła ciężko. To… To było CHORE. Jednak nic nie mogła z tym zrobić. Nie miała szans przekonać tatę, aby się opamiętał – nigdy jej nie słuchał, poza tym już od dawna… Od dawna czuła, że coś z nim nie tak. Nie mogła też uciec ani odmówić przysięgi, jeżeli nie chciała narażać Dudleya.

Znowu zadrżała jej broda, ale się opanował. Przełknęła łzy, wolno ruszyła ku ojcu i podała mu dłoń. Uśmiechnął się z zadowoleniem, a w jego spojrzeniu błysnęła lodowata satysfakcja. Harriet nigdy nie spodziewała się, że oczy tak ciepłej barwy mogą być tak zimne.

***


Dudley wiedział, że coś jest nie tak. Gdy wrócił do domu Harriet siedziała w schowku pod schodami. Często tam wspólnie przeglądali komiksy Marvela, których jego mama nie tolerowała, a także rozmawiali o różnych głupotach i jedli nieodpowiednie rzeczy z dala od dorosłych. To był ich kącik, ich baza. Pani Dursley nie lubiła, kiedy syn przesiadywał nazbyt długo w pokoju kuzynki, a pan Dursley irytował się, gdy Harriet przebywała dłuższy czas po ich stronie domu – uważał, że rozwleka „to”… zupełnie jakby magią można było zarazić. Dlatego też, kiedy chcieli porobić coś dłużej razem wewnątrz domu, a rodzice robili się upierdliwi, schowek stanowił doskonałe rozwiązanie. Jednak dziewczynka praktycznie nigdy nie przesiadywała tam sama, chyba że bardzo pokłóciła się z tatą. Miała ku temu swoje powody. Dudley nie do końca rozumiał to, co pan Potter zrobił z domem, ale rzucił na niego wiele zaklęć ochronnych. Te znów – jak mu tłumaczyła kuzynka – miały formę sieci. Sieci, której lepiej nie naruszać ani fizycznie, ani magicznie. Parę z wątków owej sieci przebiegało przez schowek. Dlatego, gdy się tam zamknęła, wujek James, nie mogąc drzwiczek ani wyważyć, ani otworzyć czarami, musiał odpuścić, chyba, że chciał potem łatać zaklęcia ochronne.

Dudley zdawał sobie sprawę, co pan Potter o nim myśli, zresztą i on od samego początku nie darzył czarnowłosego, aroganckiego czarodziej sympatią. Jednak z czasem, kiedy widział jak mężczyzna nieraz krzyczy na Harriet i mówi jej te wszystkie okropne rzeczy, jego niechęć zaczęła się pogłębiać, a nawet ocierać o nienawiść. Pamiętał jak pewnego dnia Ten Dupek – inaczej w myślach nie nazywał pana Pottera – powiedział dziewczynce, że jest niewypałem, bo nie urodziła się chłopcem, tak jak powinna. Innym razem nazwał ją nic nie wartą, bo nie przypomina matki. Chłopak nie rozumiał tego. Nie rozumiał, jak można być tak okropnym. Raz nawet zapytał swoją mamę, czy kochałaby go, gdyby urodził się rudą dziewczynką albo miał zielone oczy. Bez zastanowienia powiedziała, że tak.

Dzisiaj musiało się stać coś naprawdę okropnego, bo Harriet nie chciała mu o tym opowiedzieć, chociaż zawsze mówili sobie o wszystkim. Nawet o bardzo dziwnych sprawach. Zdradziła tylko, że pokłóciła się z tatą i że nie chodzi o wyjście po rzeczy do szkoły. Co do tego ostatniego, to wiedział, że to prawda. Szedł z nimi ten cały Black, a chociaż rodzice Dudleya zgodnie uważali go za rozsiewającego zły wpływ oszołoma, to pan Potter nigdy nie krzyczał przy nim na córkę. Jednak, jeżeli chodzi o tę całą kłótnię, to chłopiec miał pewność, że chodzi o coś więcej. O coś niedobrego. A miał pewność, bo kuzynka się bała… w dodatku jakoś tak inaczej niż zwykle. I patrzyła na niego, jakby zaraz miał się rozpaść na milion kawałków albo zniknąć w innym wymiarze.

Po kilku próbach Dudley z trudem się pogodził z tym, że nic z niej nie wyciągnie. Irytowała go tajemniczość przyjaciółki, ale stwierdził, że nie ma co drążyć, bo na pewno nie poprawi jej tym nastoju. Zamiast tego, poprosił Harriet, żeby pokazała mu sowę, o której wspomniała. To okazało się strzałem w dziesiątkę. Przy Stelli, jak nazwała ptaszysko, szybko odzyskała równowagę. Zresztą jakoś zawsze tak miała, że zwierzęta działały na nią uspokajająco. W pobliżu szkoły znała każdego bezdomnego kociaka i wszystkie wiewiórki, dla których specjalnie kupowała orzechy. Tak oswoiła małe tłuściochy, że te wskakiwały jej na kolana jak domowe pupile. Koty znów zawsze mogły liczyć, że podzieli się z nimi swoim drugim śniadaniem, chociaż z natury była żarłokiem.

Pobawili się trochę ze Stellą, która okazała się uwielbiać głaskanie, a potem przeglądali znalezioną w jej klatce książkę o opiece nad czarodziejskimi sowami. Zgodnie z zawartymi w poradniku instrukcjami napełnili poidełko ptaka oraz dali mu nieco surowego mięsa. W końcu, kiedy rodzice Dudleya wyszli na kolację z kontrahentem, przenieśli się do jego pokoju, gdzie urządzili sobie wieczór gier, maltretując dziesiątki przeciwników na komputerze chłopaka, popijając colę, jedząc chipsy, pizzę i urządzając konkurs bekania, który z dumą wygrał. Pod koniec, kiedy wypadałoby zacząć się powoli zbierać, Harriet sprawiała wrażenie, jakby prawie zapomniała o tym, co miało miejsce… Cokolwiek to nie było.

PRAWIE zapomniała.

Nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, czy większego powodu dziewczynka wtuliła się w jego ramię.

– Bardzo się cieszę, że ciebie mam – oświadczyła z niezwykłą powagą. – Tylko ty z rodziny mnie lubisz i bez ciebie to chyba bym tu oszalała. Jesteś dla mnie najważniejszą na świecie osobą. Dziękuję, że jesteś. Że mnie lubisz.

Zmieszany, poczuł jak policzki mu czerwienieją, serce wypełnia dziwne ciepło, a wnętrzności ściskają wzruszenie i zdenerwowanie. Nie spodziewał się tego i nie do końca wiedział, jak zareagować. Do tej pory tego typu rzeczy mówiła mu tylko mama. W dodatku… W dodatku czuł, że nagle spadła na niego wielka odpowiedzialność, chociaż nie potrafił określić dokładnie czemu.

– Ja też się cieszę, że ciebie mam – wykrztusił w końcu. – I nie lubię cię, tylko kocham jak siostrę… Znaczy nie tak jak moja mama kiedyś twoją, tylko tak jak powinno się kochać swoją siostrę.

Kuzynka przytuliła go mocniej, szepcząc ledwo słyszalne „dziękuję”.

Dudley zadrżał i nacisnął przycisk komputerowej myszy, likwidując kolejnego, wirtualnego przeciwnika. Bardzo żałował, że w ten sam sposób, nie mógł rozprawić się z Jamesem Potterem.
Ostatnio zmieniony 16 maja 2020, 10:07 przez CynicznaCecylia, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 10 maja 2020, 13:46

II Wielki dworzec, wielki pociąg, wielka uczta, wielkie obawy (cz. 1)




Harriet miała sporo problemów w tym takich, których nie mogła rozwiązać… Przynajmniej na razie nie potrafiła. Radziła sobie z nimi w jedyny sposób jaki znała. Ignorując. Nie myśląc o nich. Odsuwając na bok do czasu, kiedy przyjdzie jej na myśl jakieś rozwiązanie. Metoda ta sprawdzała się doskonale w przypadku ostatnich wydarzeń. Co prawda wyczuwała w sobie jakąś trudną do określenia zmianę, jednak nie było to szczególnie uciążliwe.

Większość wakacji spędziła unikając swojego ojca niczym wykwalifikowany ninja, spędzając tyle czasu, ile tylko się dało z Dudleyem i zacieśniając więzi ze Stellą, którą rozpuściła ponad miarę. Budząc się wczesnym rankiem pierwszego września i patrząc na rozłożoną na jej łóżku pupilkę, mogła iść o zakład, że ta jest najbardziej rozbestwionym sówskiem w całej Brytanii… i jednym z niewielu, które nauczyły się załatwiać tylko w jednym miejscu. Znaczy dwóch. Na dworze i w klatce.

Dołączony do sowy i klatki poradnik okazał się całkiem użyteczny. Po pierwsze wyjaśnił Harriet kwestie, nad którymi już dawno się zastanawiała, a których nikt nigdy nie miał czasu jej objaśnić: czym są czarodziejskie sowy i skąd się tak właściwie biorą, skoro sowy pocztowe nie mają lęgów. Otóż, jak wyczytała, wśród zwyczajnych zwierząt, w tym sów, zdarzają się osobniki, które rodzą się ze swego rodzaju potencjałem magicznym. Ów potencjał jest w większej mierze dziedziczony, dokładnie tak jak i u ludzi, ale sam nie wystarczy, żeby zwierzę stało się zwierzęciem czarodziejskim. Do tego musi zostać potraktowane odpowiednimi zaklęciami, wtedy zyskuje dużo wyższą inteligencję i zdolność widzenia magii, ale niestety traci też zdolność rozrodu. Dlatego okazało się koniecznością prowadzenie przez czarodziei specjalnych hodowli zarówno sów, jak i kotów, ropuch, fretek, kun, szczurów oraz wielu innych stworzeń wykorzystywanych przez czarodziei.

Oczywiście poradnik zawierał też wiele innych, interesujących informacji i wskazówek jak dbać o sowy, jak je pielęgnować i co dawać im do jedzenia, gdyby nie mogły same dla siebie polować lub niezbyt im to wychodziło. Z tym, że to ostatnie okazało się swego rodzaju pułapką. Otóż Harriet wyczytała, że prócz surowego mięsa, sowy mogą jeść również kocią karmę i postanowiła to wypróbować. Na swoje nieszczęście. Stella momentalnie została smakoszką wszelkiego rodzaju puszkowanych posiłków dla mruczków i stanowczo odmówiła żywienia się na własna rękę… Czy też raczej szpon. Co prawda w domu nie stanowiło to dużego problemu, ale dziewczynka martwiła się, co będzie w Hogwarcie. Czy zaopatrzenie szkoły szarpnie się na kupowanie jej milusińskiej kociej karmy? A może będzie trzeba o to poprosić Hargrida? No i wątpiła też, że sowiarnia jako taka przypadnie Stelli do gustu, która przyzwyczaiła się do spania w pościeli.

Myślała o tym wszystkim, spoglądając na pochrapującego ptaka.

– Wstawaj leniuchu, dzisiaj wielki dzień – zawołała. – Wielki i przerażający.

Stella nie wyglądała na przerażoną, bo tylko przeturlała się na plecy i zerknęła na nią, prosząc o drapanie po brzuszku. Harriet nie potrafiła nie ulec i najbliższe pięć minut spędziła rozpuszczając żądną pieszczot sowę.

W pokoju dziewczynki jak zwykle panował nieporządek, jednak stojący przy sosnowym łóżku kufer podróżny z szufladami mogący pełnić również rolę komody, był spakowany perfekcyjnie. Nic nie wystawało z żadnej przegródki, a ubrania w nim zostały ułożone wręcz nienaturalnie równo. Wszystko to stanowiło zasługę Stworka, który zjawił się wczoraj specjalnie po to, aby pomóc jej z pakowaniem. Trochę się dziwiła, czemu, ale wyjaśnił jej, że chociaż „jest miernotą półkrwi, wielbicielką szlam i mugoli”, to jest też dzieckiem, którym się opiekuje i nie dopuści do tego, żeby miała wygniecione szaty pierwszego dnia. Duma zawodowa skrzata domowego w pełnej krasie. Dziewczynce to odpowiadało i grzecznie podziękowała skrzatowi, na który tylko odpowiedział coś kąśliwego. Jak zwykle zresztą. Już zdążyła się do tego przyzwyczaić, zresztą nie wkładał w słowa szczególnej złości. No chyba, że w pobliżu był Syriusz… Wtedy Stworek kipiał jadem, że aż miło.

Bagaże miała spakowane, bilet na pociąg przygotowany, więc po porannej toalecie, pozostawało jej tylko wsadzić do klatki Stellę, co zamierzała zrobić tuż przed samym wyjazdem… Podejrzewał, że sowa śmiertelnie się na nią o to obrazi. Dlaczego zatem zrywała się z łóżka o piątej rano, chociaż mogłaby śmiało pospać do dziewiątej? Cóż, powód był prosty. Chciała spędzić ostatnie godziny z Dudleyem, który podobnie jak ona wyjeżdżał tego roku do szkoły z internatem. Rzecz w tym, że on, w przeciwieństwie do niej, miał siłę przebicia i dobrze odnajdował się w grupie. Znowu Harriet… Cóż, podejrzewała, że w ciągu roku będzie BARDZO tęskniła za kuzynem, chociaż usiłowała myśleć pozytywnie…

Przychodziło jej to z pewnym trudem.

Umyta, ubrana i powiedzmy, że uczesana, zeszła na dół, do salonu, a Stella dreptała za nią krok w krok. Sowa okazała się niezwykle ciekawskim stworzeniem i towarzyszyła swej pani przy większości codziennych czynności. Przypominała tym koty pani Figg, staruszki z sąsiedztwa, które nieodstępowany kobiety niemal na krok. Właściwie to Harriet zaczynała już snuć teorię, że sowy to tak naprawdę nic innego, tylko opierzone kiciusie.

– Siemka – przywitał ją Dudley siedzący w pozycji „podwyższonej gotowości” przed telewizorem. Zwykle owa pozycja obejmowała obecność popcornu i coli, jednak tym razem, ze względu na wczesną porę, pojawiło się kakao i owsiane ciasteczka z kawałkami czekolady.

Harriet chciała odpowiedzieć, ale w tym momencie Stella wleciała na stół i porwała w dziób jedno z ciasteczek. Dlatego pierwszym, co Dudley usłyszało od kuzynki, nie było „cześć” tylko „oddawaj, bo jeszcze ci zaszkodzi, głupi ptaku”. Setnie go to ubawiło, podobnie jak to,  że sowa zaczęła się przeraźliwie wydzierać i dziewczynka musiała pójść do kuchni po puszeczkę kociej karmy, żeby ją uciszyć.

– Nieźle cię wytresowała – zachichotał, wsadzając ciasteczko do ust, po czym nacisnął pilota. Właśnie zaczynał się poranny maraton kreskówek.

– Ani mi nie mów. W szkole to będzie dramat, jak wsadzą ją do sowiarni. Bunt na całego.

Roześmiał się, drapiąc Stellę po łebku. Ptaszysko strategicznie rozsiadło się między nimi, aby móc być głaskanym po równi z obu stron.

– A właśnie, jak wyglądam w swoim szkolnym mundurku? – zapytał, wstając i okręcając się wokół własnej osi jak modelka na wybiegu. Jego mina świadczyła, że oczekuje samych komplementów i superlatyw.

Harriet przekrzywiła głowę. Nawet, gdyby chciała być złośliwa, musiała przyznać, że mundurek, stanowiący ni mniej ni więcej tylko swego rodzaju garnitur, bardzo mu pasuje. Dobrze skrojony maskował nieco oponę na brzuchu, dodawał elegancji, a stalowo-niebieski kolor podkreślał błękit oczu chłopaka.

– Solidne dziewięć na dziesięć – zawyrokowała.

– A czemu nie dziesięć na dziesięć?! – Zawołał oburzony.

– Do tego musiałbyś zrzucić co nieco z brzucha, spaślaku.

– Nie wszyscy mogą jak ty jeść na kilogramy i nie tyć – burknął. – Ale zemsta będzie moja, cycki ci nie urosną! Będziesz dechą. HA!

– I dzięki temu nie zepsuję naszego komediowego wyglądu typu Flip i Flap. A to nasz plan awaryjny, jakby coś bam nie wyszło… Hollywood – mówiąc to, zrobiła szeroki ruch ręką i spojrzała w dal, a chłopak zachichotał.

– A tak w ogóle, to czemu nie masz na sobie swojego mundurka? – zainteresował się po chwili.

– Czarodziejskich szat i tiary? – uniosła brwi. – Miny taksówkarza i ludzi na dworcu byłyby przednie. Wujek Syriusz mówił, że przebieramy się dopiero w pociągu. Z mundurku to mam tylko koszulę na nią mam naciągnąć szatę… A potem, już zasłonięta zdjąć spodnie i wpakować do torby.

– A te czarodziejskie szaty to jak wyglądają?

– Jak krzyżówka czarnej marynarki z sukienką.

– Ale ty nie cierpisz sukienek. Zawsze mówiłaś, że nie znosisz jak cię podwiewa od dołu.

– Wiem, dlatego pod spodnie ubrałam getry… Mam nadzieję, że nie będzie mi w nich za ciepło.

– Raczej nie… Podobno popołudniu ma mocno lać. Burza czy coś.

– No to pięknie – westchnęła. – Pierwszy dzień szkoły i od razu ulewa oraz błyskawice w tle. Raczej nie za dobry omen…

Rozmawiali o wszystkim i o niczym, dopóki nie skończyły się kreskówki, a potem poszli do schowka pod schodami, gdzie czytali komiksy Marvela. Harriet na każde urodziny prosiła Syriusza o wszystkie wydania konkretnych serii z danego roku, bo sama mogła kupować je tylko wysyłkowo – nie miała żadnego sklepu z komiksami po drodze ze szkoły – a niestety posiadała jedną skrzynkę pocztową z Dursleyami. Gdyby ciocia dorwała komiksy przed nią… Cóż, byłaby nieziemska awantura. Ale dzięki Syriuszowi i temu, że nigdy nie chciało mu się myśleć nad prezentami, mogli niemal swobodnie śledzić przygody swoich ulubionych X-menów i Spidermana. Zresztą i od taty poniekąd coś dostała, chociaż zwykle w jej urodziny tylko się upijał i wspominał mamę. A dostała pelerynę-niewidkę. Kazał Harriet wziąć ją na wypadek, gdyby w Hogwarcie stało się coś złego. W takim wypadku miała ją założyć i uciekać, byle dalej. Oczywiście jednocześnie zastrzegł, że jeżeli będzie używać artefaktu do robienia głupot bądź go zniszczy to oberwie tak, że zapamięta to do końca życia.

Siedzieli w schowku do czasu, aż dobiegły ich dźwięki porannego poruszenia, świadczące o tym, że reszta domowników już wstała. Niedługo potem zjedli wspólne potterowsko-dursleyowe śniadanie, podczas którego jak zwykle panowała niczym niezmącona, dyplomatyczna cisza. Po wszystkim Harriet pozmywała – skoro ciocia gotowała, wypadałoby z potterowskiej strony zrobić chociaż to – a na koniec wyściskała porządnie kuzyna, który już wybywał do nowej szkoły. Oboje niemal się popłakali. Kiedy wujek Veron wreszcie oderwał syna od dziewczynki i wsadził do samochodu, chłopak machał do niej przez szybę póki wóz nie zniknął za najbliższym zakrętem.

Harriet patrzyła jeszcze za nim przez kilka minut, czując się samotna jak jeszcze nigdy w życiu.
Jakiś czas potem przyszła pora i na jej wyjazd. Tak jak dziewczynka przewidziała, Stella była okropnie obrażona za wsadzenie do klatki, co okazała porządnie dziobiąc ją i demonstracyjnie odwracając się tyłem do drzwiczek. Taksówkarz znów nie wyglądał na szczególnie zadowolonego widząc bagaże i ptaszysko, jednak tata zamknął mu usta miejsca wręczając banknot pięćdziesięciu funtowy. Jeżeli znów chodzi o samego Jamesa, to nie zaszczycił córki nawet dłuższym spojrzeniem, co rzecz jasna diametralnie zmieniło się na dworcu, gdzie przebywali inni czarodzieje. W końcu nie chciał wyjść na złego ojca przed innymi członkami magicznej społeczności.

Dworzec King’s Cross. Rzadko opuszczająca cztery ściany domu, zafascynowana nowymi widokami i dźwiękami, Harriet nawet nie zwróciła uwagi na uścisk ojcowskiej dłoni na ramieniu. Nieustannie rozglądała się wokoło, kręcąc głową niczym podekscytowana sowa… Co nie było do końca dobrym porównaniem, biorąc pod uwagę, że obrażona Stella nadal uparcie siedziała tyłem do drzwiczek i ani drgnęła.

Budynki, staromodne, a zarazem nowoczesne perony, pociągi – pierwszy raz w życiu widziała pociągi – sprzedawcy przekąsek, umundurowani pracownicy dworca… Chłonęła wszystko jak gąbka. Gdyby tylko nie te tłumy w około, to byłoby cudownie. Jedno dobre, że w ogólnym zamieszaniu nikt nie zwracał na nią większej uwagi, chociaż wokół dostrzegała wielu potencjalnych czarodziej – wysyp wózków bagażowych obładowanych kuframi, klatek z rozmaitymi zwierzakami i rodziców z młodzieżą w wieku od jedenastu do siedemnastu lat raczej nie stanowił dziwnego zbiegu okoliczności.

Wedle listu z Hogwartu, który otrzymała dzień po rozpoczęciu wakacji, pociąg do szkoły miał odjechać z peronu dziewięć i trzy czwarte, którego – jak poniekąd oczekiwała – nigdzie nie potrafiła dostrzec. Mrużąc oczy, zastanawiała się, gdzie może znajdować się wejście do magicznego skrawka dworca.

– Barierka pomiędzy peronem dziewięć i dziesięć, tam, gdzie stoi peronowy z przypinką omamiacza – mruknął James, popychając ją do przodu. – Musisz przez nią przejechać.

Dziewczynka wypatrzyła barierkę oraz stojącego przy niej, pulchnego mężczyznę z niewielką, niebieską przypinką przyczepioną do klapy uniformu. Owe przypinki były oznaczeniami czarodziejskich tajniaków zajmujących się podtrzymywaniem i rzucaniem „sezonowych” zaklęć, mających sprawiać, aby mugole nie zwracali uwagi na różne rzeczy. Tutaj na wózki bagażowe przejeżdżające swobodnie przez barierkę i przechodzących przez nią magów. Co prawda, jak powiedział jej kiedyś wujek Lupin, na cały peron dziewięć i trzy czwarte zostało rzucone trwałe zaklęcie rozpraszające, wymagające „renowacji” jedynie raz na trzy lata, ale przy takiej ilości odwiedzających dworzec czarodziei jak pierwszego września, zapewne wszystko wymagało mniejszego lub większego wzmocnienia.

Niezdarnie pchając przed sobą wózek ruszyła na barierkę, po to, aby po chwili na nią naprzeć. Bagaże przeszły bez oporu, ale kiedy przyszedł czas na nią sama lekko się zawahała. Owszem, była czarownicą i kilka razy już odwiedziła Pokątną oraz widziała czary w wykonaniu taty, ale nadal magia stanowiła dla niej coś… Obcego. Poza tym własna percepcja uparcie usiłowała ją przekonać, że wchodzenie na wyglądającą na bardzo solidną barierkę to głupota, pal licho że ta bez problemu przepuściła wcześniej wózek.

– Zamknij oczy i zrób trzy szybkie kroki do przodu – dobiegło ją z tyłu. – A tak na przyszłość, to póki się nie przyzwyczaisz, łatwiej na nią wbiegać.

Odwróciła się w kierunku przyjaznego, kobiecego głosu, który dobiegł ją z tyłu. Jego właścicielką okazała się pulchna kobieta o przemiłej, rumianej twarzy i ogniście rudych włosach. Towarzyszył jej rudy mężczyzna i grupka rudowłosych chłopców, z których prawie wszyscy wlepiali mało subtelne spojrzenia w jej bliznę. Wyjątkiem był najstarszy, ostentacyjnie NIE patrzący na nią, ale za to posyłający karcące spojrzenie braciom.

„Wyglądają, jakby ich wszystkich wystawiono na deszcz i zardzewieli” – pomyślała Harriet, ale głośno powiedziała tylko:

– Dziękuje pani…

– Och, witaj Molly. Arturze – James się do czarodziei, kiwając im głową.

Korzystając z tego, że tata był zajęty rudowłosymi znajomymi, dziewczynka czym prędzej skorzystała z rady pani Molly, zacisnęła powieki zrobiła trzy szybkie kroki przez barierkę. Miała nadzieję zejść z oczu jej synom, którzy patrzyli na nią jak na ruchomą atrakcję turystyczną, czego szczerze nie cierpiała.  Niestety rudowłosa rodzinka podążyła za nią, w tym najmłodszy, wytrzeszczający na nią oczy tak bardzo, że istniała obawa, iż zaraz mu wylecą.

– Ty jesteś Harriet, prawda? – zaczął z przejęciem. – Harriet Potter, Dziewczynka, Która Przeżyła?

– Tak. Niestety tak – mruknęła.

– Ron Weasley! – Wyciągnął do niej dłoń, którą nieco niepewnie uścisnęła. – Ja też idę na pierwszy rok do Hogwartu. Może trafimy do tego samego domu, co? Ja mam nadzieje, że trafię do Gryffindoru. Moi rodzice i wszyscy bracia są z Gryffindoru. A jak u ciebie?

Ekscytacja chłopaka niepokoiła ją. Niby nie stykała się z takim zachowanie po raz pierwszy, ale… Cóż, rzadko spotykało ją to ze strony rówieśników, do tego takich, z którymi właśnie miała jechać do szkoły.
Momentalnie zatęskniła za Dudleyem i realiami mugolskiej podstawówki, gdzie stanowiła jedynie szary, nieciekawy element tła. Była niewidzialna.

– No tata i mama byli w Gryffindorze, tak jak i moi przyszywani wujkowie, ale mnie to wszystko jedno, gdzie trafię – oświadczyła, nieco się cofając. – Bylebym tam pasowała.

„I byleby nikt mi nie dokuczał ani mnie nie nazywał Dziewczynką, Która Przeżyła” – dodała w myślach.

– Wszystko jedno? – usłyszała niby zaczepny, ale tak naprawdę podszyty lekkim chłodem głos ojca. – Myślałem, że już dawno przekonałem cię, że Gryffindor jest najlepszym z wszystkich domów.

– Nie przesadzaj James, mała ma rację – przerwał mu ze śmiechem rudowłosy mężczyzna, Artur, prawdopodobnie mąż świeżo poznanej pani Molly. – Każdy dom ma swoje zalety i najważniejsze, żebyś się w odnalazła.

– Każdy, nawet Slytherin? – zapytał wesoło jeden ze starszych braci Rona, szturchając drugiego, identycznego jak on sam, w bok, na co tamten zachichotał.

– Nawet Slytherin – oświadczyła pani Molly, posyłając synom ostrzegawcze spojrzenie, jednak natychmiast się rozpogodziła, zerkając na nią. – Nie przejmuj się nimi, to zgrywusy. Jestem Molly Weasley, a to mój mąż Artur. Rona już znasz, a te dwa złośliwce to Fred i George…

– Mamo, to ja jestem George – mruknął chłopak, którego przedstawiła jako Fred.

– Oj nie, mój kochany, drugi raz nie dam się na to nabrać – mruknęła, klepiąc go lekko w tył głowy.

– A ten najstarszy to Percy. Percy PREFEKT – powiedział drugi z bliźniaków, wieszając się na ramieniu najstarszego brata, który spiorunował go spojrzeniem brązowych oczu tkwiących za szkłami okularów w rogowych oprawach.

– Miło mi poznać.

Wesleyowie byli sympatyczni, chociaż hałaśliwi, ale nade wszystko było ich zbyt wielu na raz. Harriet nie miała problemów z nieśmiałością, chociaż wielu jej zdystansowane zachowanie właśnie tak odbierało. Po prostu dłuższą chwilę zajmowało jej określenie z całą pewnością czy kogoś lubi, a w związku z tym i zawarcie przyjaźni. W dodatku, przebywając z kimś na gruncie towarzyskim, zwykle stosowała zasadę „góra dwie osoby na raz”… No chyba, że wszystkich w otoczeniu znała i względnie lubiła. Niestety tutaj znajdowała się wśród obcych, po których nie wiedziała czego się spodziewać do tego na obcym gruncie. Dlatego też z ulgą powitała komunikat jednego z kolejarzy, poganiających pasażerów, aby czym prędzej wsiedli do pociągu, bo ten zaraz odjeżdża.

Jak się okazało ulga była chwilowa. Pękła niczym bańka mydlana, kiedy dziewczynka dowiedziała się, że musi oddać cały bagaż, w tym klatkę ze Stellą do wagonu bagażowego. Jak jej powiedziano po przyjeździe na miejsce skrzaty domowe miały przenieść sowę do sowiarnii, a kufer, po ceremonii przydziału, do odpowiedniego dormitorium. Próbowała oponować, prosząc, żeby pozwolono jej wziąć klatkę, niestety obsługa pociągu była stanowcza.

– Nie martw się kochanie, na domowych skrzatach można polegać – pocieszyła ją pani Molly. – Podobnie jak na obsłudze pociągu. Zaopiekują się twoją sową i niczego jej nie zabraknie.

– Już jest na mnie obrażona za to, że wsadziłam ją do klatki – mruknęła powątpiewająco, patrząc na rozglądającą się wokoło, nieco przestraszona Stellę, którą umundurowany mężczyzna niósł do pociągu. – Po wszystkim będzie naprawdę wściekła.

– A to dla niej nowość, że jest w klatce? – zainteresował się jeden z bliźniaków. – Na co dzień śpi w twoim łóżku?

– Tak.

Chłopak otworzył usta, żeby rzucić jakimś komentarzem, ale widząc, że dziewczynka mówi poważnie, zamknął je i zrobił dość głupią minę.

Rozbiegł się donośny gwizdek, oznajmiający ostatnim maruderom, że najwyższy czas już wsiadać. Pani Molly pogoniła swoich synów do pociągu, a Harriet ruszyła pośpiesznie za nimi, nie oglądając się na machającego jej ojca.

Ku jej uldze starsi chłopcy zniknęli gdzieś z przodu pociągu, zapewne szukając szkolnych kolegów, ale Ron, nieustannie wlepiający spojrzenie w jej bliznę został. Czuła, że nieprędko się odczepi w o ile w ogóle. Nie, żeby miała coś przeciwko niemu jako takiemu, ale ta jego dziwna fascynacja w oczach… Naprawdę zaczynała rozumieć, co czują zwierzęta w zoo i nie było to fajne.

Weszła do pierwszego wolnego przedziału, a chłopak – jak przewidziała – zaraz za nią. Kiedy zajęła miejsce na pluszowym siedzisku, oczywiście usiadł naprzeciwko. Przynajmniej o tyle dobrze, że nie zaraz obok.

Usiłując skupić uwagę na czymś innym, niż intensywnie chłonącym jej obecność – czy raczej obecność jej blizny – towarzyszu podróży, rozejrzała się ciekawie wokoło. Sam pociąg, wielki, staromodny parowóz, robił wrażenie, ale wnętrze okazało się dużo ładniejsze. Całe w jasnym drewnie, do tego eleganckie, wygodne kanapy i duże okna. Wszystko to nasuwało dziewczynce na myśl Orient Express, aczkolwiek zdawała sobie sprawę, że słynny, mugolski pociąg był o wiele bardziej elegancki, luksusowy i drogi…

Szkoda, że już nie kursował, chętnie przejechałaby się nim kiedyś… Jak już będzie dorosła. Sama albo z Dudleyem. Zobaczyła te wszystkie kraje i miasta przez, które przejeżdżał, od Paryża po sam Stambuł, zrobiła mnóstwo zdjęć, nagromadziła wspomnień.

Rozległ się przeciągły gwizd i parowóz powoli ruszył. Harriet z ciekawością wyjrzała przez okno, nie chcąc przegapić żadnego ciekawego widoku. Bardzo rzadko bywała poza domem, więc chciała zobaczyć ze świata najwięcej, ile się tylko da.

– Denerwujesz się? – zapytał Ron. – Bo ja trochę… Pierwsze dni w szkole są tego, ważne nie? No i trochę boje się tego całego przydziału. Wszyscy bracia są w Gryffindorze, jeżeli trafię do, nie wiem, Hufflepuffu, to się od nich nasłucham.

– Coś jest nie tak z Hufflepuffem?

– Nie, puchoni, znaczy ci z Hufflepuffu są w porządku, ale Fred mówi, że to „miękki dom”.
Harriet przypomniała sobie, że kiedyś Syriusz sugerował coś podobnego. Wiedziała, że wujek i tata chcieliby, żeby trafiła do Gryffindoru, ale szczerze niezbyt się tym przejmowała. Wiedziała, że Syriusz przeżyje, do któregokolwiek domu nie trafi, a ojciec… Cóż, on nigdy nie przejmował się jej życzeniami, więc nie widziała powodu przejmować się jego zachciankami, nawet, jeżeli dzięki temu mógłby spojrzeć na nią łaskawszym okiem.

– Wszystko ma plusy i minusy – wzruszyła ramionami. – Jak trafisz do innego domu, będziesz miał czysty start. Bracia nie będą ci patrzeć przez ramię.

Ron rozwarł usta, żeby coś powiedzieć, ale nieoczekiwanie do przedziału wszedł jakiś chłopak.

– Cześć, można? – zapytał. – Wszędzie indziej albo pełno, albo dużo starsi, a nie chcę robić za malucha…

Chociaż chłopiec popatrzył prosto na nią i zauważył jej bliznę, nijak nie zareagował. Znaczy był z mugolskiej rodziny. Momentalnie jej ulżyło.

– Jasne, wchodź – mruknęła przesuwając swoją podręczną torbę nieco na bok, robiąc nieznajomemu miejsce.

Spojrzała na chłopaka, był lekko piegowaty, podobnie jak Ron, miał ładne, kasztanowe i mocno kędzierzawe włosy oraz nieco przydługie przednie zęby. Robił dość przyjemne wrażenie.

– Justyn Finch-Fletchley – przedstawił się z szerokim uśmiechem. – Jestem z niemagicznej rodziny, więc to wszystko dla mnie jest takie… Łał.  Piekielnie nie mogę się doczekać, ale też się okropnie boję… A wy?

– No ja jestem z rodziny czarodziejów, ale też się denerwuję – powiedział Ron, wreszcie odrywając spojrzenie od jej blizny. – Wszyscy mi dużo mówili o Hogwarcie, ale sam go nigdy nie widziałem, więc… – Rozłożył ręce.

Justin przeniósł spojrzenie na nią.

– No ja jestem z rodziny czarodziejów, ale mieszkam wśród mugoli i z magią to tak raczej rzadko mam kontakt, chociaż wiem o co w tym wszystkim chodzi. I też się boję, ale nie tyle samych czarów i takich tam, co normalnie… Że sobie ogólnie nie poradzę, no i że trafię na palantów. W domu przed palantami nawzajem broniliśmy się z moim kuzynem, bo to mój najlepszy kumpel, ale on jest mugolem, więc… No, zostałam sama.

– Ja nie jestem palantem! – zawołał Justin, po to by sekundę później stracić pewność siebie. – Znaczy mam nadzieję…

Ron zachichotał, a Harriet odetchnęła, dziękując w duchu, że Justin trafił do ich przedziału. Dzięki chłopakowi Weasley przestał patrzeć na nią, jakby z księżyca spadła, atmosfera nieco się rozluźniła i wreszcie mogła być zwyczajną Harriet, a nie Dziewczynką, Która Przeżyła. Sympatyczny, piekielnie podekscytowany i gestykulujący jak najęty Finch-Fletchley, nieustannie paplał, nakręcając tym samym Rona, który po chwili nawijał równie żywiołowo jak on. Przysłuchiwanie się ich nie zawsze składnej, ale energicznej rozmowie, sprawiało dziewczynce przyjemność, a jednocześnie nie zakłócało podziwiania widoków za oknem, na czym skupiała większość uwagi. Owszem, od czasu do czasu musiała odpowiedzieć na jakieś pytanie lub sama coś dopowiadała, jednak pejzaże stanowiły dla niej priorytet. Nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć na żywo słynnego krajobrazu angielskiej wsi, więc teraz nadrabiała, ciesząc się na widok każdej krowy i konia jak małe dziecko.

Po jakimś czasie na korytarzu pojawił się wózek z jedzeniem. Piekielnie głodna wykupiła sporo zapasów, oczywiście dzieląc się ze swoimi towarzyszami podróży. Ron ucieszył się, że dzięki temu nie musi jeść spakowanych przez mamę kanapek z peklowaną wołowiną, której szczerze nie znosił. Zwykle w takich wypadkach niechciane kanapki zostawały porzucone w śmietnikach, jednak nie tym razem – Harriet z przyjemnością wyręczyła rudzielca w obowiązku skonsumowania lunchu, wprawiając obu chłopaków w zdumienie wilczym apetytem. Justin znowu przeżył atak ekscytacji odkrywając czekoladowe żaby, które po otwarciu pudełka, zaczynały skakać i zachowywać się jak te prawdziwe. W jego orzechowych oczach błyszczała czysta fascynacja, kiedy schwytał usiłujący zbiec mu łakoć. Było to niemal rozczulające.

Właśnie, kiedy kończyli z przekąskami, do ich przedziału wpadła dziewczynka o twarzy otoczonej burzą brązowych włosów. Ładna, aczkolwiek mająca nieco za duże przednie zęby i bardzo przemądrzałą wyraz twarzy. Towarzyszył jej pulchny chłopiec sprawiający wrażenie nieco zagubionego. Wejście nieznajomych wypadło dość dramatycznie, gdyż już jakąś chwilę temu na dworze zaczęło padać. Kiedy drzwi otworzyły się, zasnute ołowianymi chmurami niebo przeszyła pierwsza błyskawica.

– Widzieliście tu gdzieś ropuchę? – zapytała, nawet się nie przedstawiając. – Neville’owi właśnie uciekła ropucha.

– Ma na imię Teodora – dodał po chichu chłopiec, zdający się być nieco stłamszony towarzystwem pewnej siebie koleżanki.

Jeżeli oni się w sobie zakochają i pobiorą, Neville będzie miał przerąbane” – przelotnie pomyślała Harriet, przecząco kręcąc głową i zastanawiając się, czy dziewczyna czasami nie przeprowadzi ropuchorewizji. Sprawiała wrażenie takiej, która potrzebuje dowodów.

Nagle spojrzenie śmiałej poszukiwaczki zaginionej ropuchy padło na bliznę Harriet. Źrenice brązowych oczu rozszerzyły się, usta rozwarły w wyrazie zdumienia, a palec wycelował w pierś Potterówny, która już wiedziała, co nastąpi.

– Wiem, kim jesteś! Ty jesteś Harriet Potter! Czytałam o tobie w podręczniku do historii magii!

„Czytała o mnie?”  zdumiała się dziewczynka, ale po chwili nadeszło zrozumienie.

Harriet przeciągle jęknęła w duchu. Liczyła, że chociaż ze strony mugolaków będzie miała jako-taki spokój. Niestety nie wzięła pod uwagę podręcznika do historii, w którym najwyraźniej jakiś palant postanowił o niej wspomnieć. I to podręczniku do pierwszej klasy! Przecież Voldemort i cała ta awantura ze śmierciożercami oraz bzikiem na punkcie czystości krwi to dzieje nowożytne! Takie coś powinno pojawić się dopiero w ostatnich latach nauki!

– Tak, niestety się zgadza. To ja – mruknęła, posyłając dziewczynie spojrzenie ciężkie jak tona cegieł.

– A czemu jest o tobie w podręczniku do historii magii – zainteresował się Justyn.

Westchnęła ze złością, przewracając oczami. Powoli zaczynała tracić cierpliwość.

– Kiedyś był sobie taki czarodziej-Hitler, czarnoksiężnik Voldemort, który ubzdurał sobie, że tylko czarodzieje czystej krwi są coś warci, a ci półkrwi i pochodzący z niemagicznych rodzin tak jak i sami niemagiczni to podludzie. Gorszy gatunek. Rozpętał wojnę czarodziei. Z jakichś przyczyn chciał mnie zabić i kiedy miałam coś około dwóch miesięcy zaatakował moją rodzinę. Tata przeżył, bo wypadł z okna, czy coś i Voldemort myślał, że go zabił. Niestety moja mama zginęła, bo kiedy Voldemort miał mnie zabić, zasłoniła mnie sobą. Oddała życie za mnie i wtedy zadziałała jakaś-tam pierwotna magia krwi, i roztoczyła nade mną coś w rodzaju tarczy ochronnej. Dlatego, jak rzucił na mnie zaklęcie uśmiercające na mnie, te się odbiło i przerobiło go na takiego jakby pół-ducha. Potem zniknął, a wojna skończyła. Przez to wszyscy czarodzieje traktują mnie jak jakąś atrakcję turystyczną: nazywają Dziewczynką, Która Przeżyła, męczą zdjęciami i innymi takimi, i nie dają spokoju, tylko dla tego, bo nie umarłam. Albo pokazują sobie mnie palcami, krzycząc moje imię. Jakbym była jakimś dziwadłem albo zwierzakiem, który uciekł z zoo. „O! Patrzcie! Hipopotam w środku Londynu!”

Justyn zrobił wielkie oczy, a nieznajoma dziewczynka się speszyła. Zresztą nie tylko ona, Ron również, a jego uszy mocno poczerwieniały.

– No ale Voldemort chciał cię zabić, prawda? – wydukała nieznajoma. – To znaczy, że uważał, że w jakiś sposób byłaś dla niego groźna, a on był naprawdę potężnym czarnoksiężnikiem, znaczy musisz być wyjątkowa.

– Czasami mam okropnego pecha, ale poza tym żadnej wyjątkowości u siebie nie zauważyłam – burknęła. – Na szczęście. Albo niestety. Nie wiem. W każdym razie byłoby fajnie, gdyby ludzie się mnie nie czepiali, bo jakiś świr kiedyś zabił mi mamę i chciał zabić mnie, ale mu nie wyszło.

Właścicielka burzy brązowych loków zarumieniła się nieco:

– Ym… No tak, trochę niefajnie to wypadło. – Wyprostowała się i wyciągnęła dłoń do Harriet. – Hermiona Granger. Miło mi cię poznać i przepraszam za nieeleganckie zachowanie.

– Spoko. – Harriet potrząsnęła dłonią Hermiony. – Ja też specjalnie miła nie byłam, ale po prostu strasznie mnie to męczy… A w szkole będzie jeszcze gorzej – dodała krzywiąc się.

– Nevile Longbottom – zza Hermiony nieśmiało wychylił chłopak od ropuchy, również wyciągając do Harriet rękę.

Dziewczynka przywitała się z nim, podobnie jak Ron i Seamus. Zamienili parę słów, przy czym najwięcej mówiła Hermiona, a najmniej Neville, który przed wyjściem jeszcze raz zapytał o swoją ropuchę. To z kolei sprawiło, że Harriet ponownie zaczęła myśleć o Stelli – przestraszonej, samej i zamkniętej w wagonie bagażowym… Do tego piekielnie obrażonej. Miała nadzieję, że sowa da się jakoś przeprosić.

Po odejściu Hermiony i Neville’a Harriet zorientowała się, że na korytarzu panuje dość duży gwar. Ostrożnie wyjrzała z przedziału, aby sprawdzić, co się dzieje i po raz kolejny tego dnia jęknęła w duchu. Uczniowie biegali po wagonie szukając – w przypadku tych starszych – swoich kolegów albo – w przypadku pierwszoklasistów – poznając ich. Przypuszczała, że taki chodzenie i mówienie sobie „cześć”, w szczególności wśród pierwszorocznych, to norma, co ją wcale nie cieszyło. Wiedziała, że prędzej czy później ktoś zajrzy i do nich. Znając jej szczęście ktoś, kto został wychowany przez czarodziejów i zacznie się ekscytować spotkaniem z Dziewczynką, Która przeżyła. W końcu skoro nawet wśród mugolaków trafiła na dziewczynkę, która o niej CZYTAŁA, to…

Najwyraźniej jej czarne myśli miały moc sprawczą, bo po chwili do przedziału wszedł jasnowłosy chłopak emanujący równą pewnością siebie co Hermiona, przy czym patrzył na nich jakoś tak z góry. Dumnie. Zimne, szare oczy blondyna błysnęły żywym zainteresowaniem, kiedy tylko ją zauważył. Towarzysząca mu para chłopców, krępych i mocno zbudowanych, zaczęła szeptać. Razem zrobili na Harriet wrażenie typowej chuligańskiej trójki – dwójki bezmózgich osiłków i szefa. Jednak nie należała do osób, które ot tak dają się ponieść pierwszemu wrażeniu, dlatego czekała na rozwój sytuacji.

– Proszę, proszę… Potter – mruknął, jednak bez obecnej u innych fascynacji, raczej ze swego rodzaju jadowitym przekąsem. – Ojciec mówił, że będziemy na jednym roku, ale nie spodziewałem się, że trafię na ciebie już w pociągu. To się nazywa pech… Albo szczęście. Chociaż raczej to drugie, biorąc pod uwagę, jakim towarzystwem się otaczasz. Takim samym jak twój tatuś… – mówiąc to spojrzał z widoczną pogardą na Rona, który automatycznie poczerwieniał na twarzy.

– A ty to kto? – zapytał wojowniczo.

– Draco Malfoy. – Chłopak wyprostował się dumnie i spojrzał na nich z wyraźną wyższością. Niestety nie wywołał zamierzonego efektu, bo Ron i Justyn parsknęli śmiechem. Nie wykalkulowanym, ironicznym i podłym, jakiego można by w takiej sytuacji oczekiwać, tylko takim wynikającym ze szczerego rozbawienia czy też zaskoczenia.

Najwyraźniej „Draco” nie należało do szczególnie popularnych imion zarówno wśród czarodziei jak i mugoli.

Młody Malfoy zacisnął usta w cienką linię i spiorunował Rona spojrzeniem, całkowicie ignorując przy tym Justyna.

– Tak cię to bawi? – wysyczał. – Ciekawe jak ty masz na imię… Chociaż TY wcale nie musisz się przedstawiać, prawda? Rude włosy, stara torba, używane, mugolskie ciuchy, za duże do tego, bo pewnie po starszym bracie. MUSISZ być KOLEJNYM Weasleyem, następnym z bandy klepiących biedę obdartusów i dziwaków przynoszących wstyd wszystkim PRAWDZIWYM czarodziejom.

Uśmiech spadł z twarzy Rona, a jego policzki poróżowiały. Wydawał się po równi wściekły jak i zawstydzony. Otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, jednak najwyraźniej żadna riposta nie przyszła mu na myśl.

Harriet obrzuciła Draco lodowatym spojrzeniem. Najwyraźniej wujkowie nie mylili się, co do tych całych Malfoyów. Co prawda Rona, do którego miała dość ambiwalentny stosunek, poznała ledwie chwilę temu, a do tego naprawdę wolałaby się nie wplątywać w jakiekolwiek utarczki, jednak jasnowłosy paniczyk powiedział o dwa słowa za dużo. Poza tym szczerze nie znosiła takich ludzi – osób oceniających innych na podstawie tego, na co ci nie mieli najmniejszego wpływu. Pochodzenia, wyglądu, predyspozycji fizycznych, posiadania talentu magicznego bądź jego braku. Od najmłodszych lat była porównywana do matki i do ojca, zwykle w negatywnym kontekście, więc rozumiała jak to boli. Inna rzecz, że w ogóle nie lubiła takich porównań. Za każdym razem miała wrażenie, że ludzie widzą w niej któregoś z jej rodziców albo coś pośredniego między nimi, a nie ją samą.

– Super, nabijasz się z kogoś, bo jego rodzina nie ma pieniędzy. Sorry, ale to nie było jego wyborem. Za to bycie okropnym dupkiem wyborem jest… Chodziłeś na jakieś kursy czy to naturalny talent? – zapytała spokojnie, niemal zdawkowo. Lata pomiędzy mówiącymi przykre rzeczy krewnymi nauczyły ją, że ostatnią dobrą rzeczą, którą można w takich sytuacjach zrobić, to dać się sprowokować.

Draco zamrugał i spojrzał na nią uśmiechając się wzgardliwie.

– Masz szansę wziąć stronę elity, Dziewczynko, Która Przeżyła, tych posiadających prawdziwą moc. Nie mów, że chcesz trzymać stronę wielbicieli szlam, mugoli i innego robactwa jak twój ojciec?
Robactwa… Nie powinien tak nazywać mugoli, oj nie.

Justyn aż się wyprostował, widząc wyraz jej twarzy, a Draco zamrugał nieco tracąc na pewności siebie. Sama, gdyby mogła się w tym momencie zobaczyć, uznałaby, że zrobiła minę godną seryjnego zabójcy.

– Moja matka pochodziła z mugolskiej rodziny, a mój kuzyn i jednocześnie NAJLEPSZY przyjaciel jest mugolem – oświadczyła głosem tak zimnym, że mógłby zamrozić jezioro.

– Tak, twoja mama była szlamą i jak skończyła? – mruknął Malfoy, jednak w jego słowach brakło odpowiedniej dozy jadu, aby odniosły pożądany efekt. Poza tym Harriet tyle już się nasłuchała od cioci o śmierci matki, że akurat na ten przytyk się uodporniła. Podobnie jak na sugestie, że mama zginęła z jej winy, którymi kilkukrotnie raczył ją ojciec.

– Najpierw wyśmiewasz Rona, bo jego rodzina nie ma kasy, a teraz wytykasz szkolnej koleżance, którą pierwszy raz widzisz na oczy, że jej mama została zamordowana? – zapytała unosząc brwi. – Gratulacje, właśnie zdobyłeś order dupka roku i spadłeś na taki poziom, że zaraz zaczniesz kopać. A teraz proszę wyjdź, bo twoje towarzystwo nam uwłacza – wyprosiła go, cytując zasłyszany w telewizji tekst.

– Chyba nie pozwolisz jej tak się odzywać – szepnął jeden z osiłków, na co Malfoy zacisnął usta.

– A co, zmusisz mnie? – zakpił, wyciągając różdżkę i celując nią w dziewczynę.

Nie wiele myśląc Harriet poderwała się z siedzenia i szybkim ruchem wyrwała mu magiczną pałeczkę z dłoni, na co niemal podskoczył w miejscu.

– Tak, zmuszę – oświadczyła, po czym wyrzuciła różdżkę na korytarz.

– To miało być zabawne? – zasyczał.

– Skuteczne. Zabawne byłoby, gdybym wyrzuciła ją przez okno.

Chłopak otworzył usta, ale nic nie powiedział, tylko odwrócił się na pięcie i wściekły wyszedł z przedziału. Krok za mi ruszyli jego przyboczni.

Harriet odetchnęła. Już dawno nauczyła się pilnować, żeby szkolne łobuzy nie wchodziły jej na głowę. Czasem nawet brała udział w bójkach, zwykle broniąc Dudleya, tak jak i on bił się w jej obronie. Całkiem często, dzięki diabelskiej zawziętości i nieustępliwości, wygrywała, ale jako osoba spokojna i rozsądna wolała rozwiązywać rzeczy pokojowo. Dlatego nauczyła się śmiać z siebie i obracać zaczepki w żart. Unikać konfliktów… Ale nie za wszelką cenę. Czasami po prostu się inaczej nie dało, trzeba było tupnąć nogą, tak jak teraz. Jednak naprawdę nie chciała awantury pierwszego dnia nowej szkoły i to jeszcze przed przyjazdem do Hogwartu.

– To było ekstra – mruknął z podziwem Ron.

– No… – zgodził się Justyn. – Ta twoja mina, kiedy powiedział to o robactwie… aż mnie zmroziło. Ale tak w ogóle to o co mu chodziło? I kim są szlamy?

Wymieniła spojrzenia z Ronem, po czym, ciężko wzdychając, wytłumaczyła nowemu koledze, do czego pił Malfoy. Że nadal są czarodzieje uważający mugoli i czarodziei pochodzących z mugolskich rodzin za gorszych. Za nieczystych, szlamowaty, za robactwo. Justyn nie wyglądał na zachwyconego tym faktem, zresztą nic dziwnego. Ron pocieszył go, że obecnie podobny stosunek do społeczeństwa ma tylko niewielu czarodziejów, głównie tych z naprawdę starych, czystokrwistych rodów, którzy nie nadążają za współczesnym światem.

Jakiś czas potem do przedziału zajrzał starszy chłopak, informując ich, że niedługo będą na miejscu i mają założyć szkolne szaty.

Harriet otworzyła podręczną torbę, w której trzymała szkolny uniform i przyjrzała mu się krytycznie. Góra od marynarki, dół od sukienki… Naprawdę nie rozumiała, czemu miało służyć chodzenie w takim dziwactwie. Pokazać chłopakom jak to jest czuć przeciąg między nogami? No i ta tiara… Wielki, materiałowy stożek z szerokim rondem. Pozostawało jej dziękować, że nakrycia głowy obowiązywały w szkole tylko podczas oficjalnych uroczystości. Chociaż, kiedy dziewczynka zerknęła przez okno, doszła do wniosku, że tego dnia kapelusz może się przydać – na zewnątrz tak lało, że każda osłona od deszczu była na wagę złota. Jednak nie zmieniało to faktu, że w szkolnych ciuchach czuła się idiotycznie.

„Dobrze, że Dudley mnie nie widzi, miałby ubaw po pachy” – pomyślała, przeglądając się w okiennej szybie. – „I dobrze, że do ubrania się w to dziadostwo, trzeba je tylko przeciągnąć przez głowę. Gdyby trzeba był się rozbierać i tak dalej, kolejka do ubikacji nie miałaby końca.”

Pociąg zatrzymał się z piskiem kół, rozbrzmiał przeciągły syk i drzwi stanęły otworem. Odziani w czarne szaty młodzi czarodzieje wylali na peron niczym rzeka, garbiąc się pod siłą lejącego deszczu. Niebo przeszyła błyskawica, zupełnie jakby pogoda chciała dodać sytuacji dramatyzmu.

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 16 maja 2020, 10:09

II Wielki dworzec, wielki pociąg, wielka uczta, wielkie obawy (cz. 2)



Pociąg zatrzymał się z piskiem kół, rozbrzmiał przeciągły syk i drzwi stanęły otworem. Odziani w czarne szaty młodzi czarodzieje wylali na peron niczym rzeka, garbiąc się pod siłą lejącego deszczu. Niebo przeszyła błyskawica, zupełnie jakby pogoda chciała dodać sytuacji dramatyzmu.

Harriet nie dość, że niemal natychmiast zgubiła w tłumie nowych znajomych, to jeszcze z miejsca  przemokła do suchej nitki. W dodatku deszcz był naprawdę lodowaty, a dmący, zdający się przenikać ją do samych kości wiatr wszystko pogarszał.

– Pirwszoroczni do mnie! – zawołał nagle Hagrid, który jakby znikąd wyłonił się pośród uczniów, co przy jego gabarytach stanowiło niemały wyczyn. Trzymając w wysoko uniesionej ręce latarnię,  wyglądał niczym dziwna karykatura Statui Wolności. – Pirwszoroczni tutaj! No, śmiało!

Dziewczynka zerknęła na starsze roczniki, które ruszyły z wolna ku krytym wozom zaprzężonym w skrzydlate, koniopodobne stworzenia… Testrale. Przez chwilę zastanowiła się, czy to stąd ojciec wykradł jednego ze stworów do rytuału, jednak przelotną myśl szybko ustąpiła zazdrości. Sama też chciałaby siedzieć w suchym wodzie, a nie moknąć i marznąć wśród pierwszorocznych. Mimo to, posłusznie ruszyła w stronę wielkoluda.

– Harriet! No chodź tu do mnie – zawołał Hagrid, jak tylko ją zauważył.

Człapiąc ku mężczyźnie, dziewczynka zaczęła się zastanawiać, czy ów nie posiada jakichś nadnaturalnych zdolności. W końcu przez burzę było ciemno jak w nocy, a wbici w szaty i tiary uczniowie musieli wyglądać niemal identycznie, szczególnie dla kogoś patrzącego na nich z góry. Tymczasem on rozpoznał ją niemal od razu spośród tłumu innych dzieciaków.

– Cześć… – mruknęła, usiłując nie dzwonić zębami. Niezbyt jej to wychodziło.

– No cześć. Cholibka, paskudna pogoda co nie? – zaśmiał się i tak ją klepnął w plecy, że niemal upadła. Spoglądając na tłum nowych uczniów, nawet tego nie zauważył. – No pierwszoroczni słuchać mnie! Zaraz idziemy nad Jezioro Hogwartu. Tam wsiądziecie do łódek i jezioro przepłyniecie… To taka tradycja dla pierwszaków. Iść za mną i się nie rozbiegać, bo podczas tej burzy znaleźć kogoś… Cholibka, to będzie niemały problem! No to szorujemy.

Nadążenie za krokami Hagrida powinno stanowić niemałe wyzwanie, jednak deszcz i ziąb stanowiły dodatkową motywację dla trzęsących się jak liście na wietrze uczniów. Szczególnie dla chudej jak patyk Harriet, która nie miała na sobie nawet grama mogącego grzać tłuszczyku. Dlatego widok rozległej, obsydianowej tafli wody i rzędu łódek powitała z prawdziwą ulgą… Która minęła jak tylko do jednej z nich wsiadła i wypłynęła na wzburzone jezioro.

Wystraszona, w kolebiącej się na wszystkie stronie, pływającej łupinie rozpaczliwie usiłowała myśleć pozytywnie. Na pewno jednym z pozytywów było to, że łódki płynęły same i nie musieli nimi sterować, bo wtedy na pewno wszyscy by potonęli. Niby wujek Lupin powiedział jej, że w jeziorze żyje wielka kałamarnica pełniąca rolę szkolnej maskotki i ratownika, ale nawet ona miała ograniczoną ilość macek. Drugi stanowiło to, że trafiła do łódki z Hagridem. Przy gajowym czuła się nieco spokojniejsza… do tego ukradkiem okryła się skrajem jego płaszcza ze zwierzęcych skórek, cudownie nieprzemakalnym i dającym odpór smagającemu wiatrowi. Mimo to nadal potwornie marzła, dlatego też z utęsknieniem wlepiała spojrzenie w nieznośnie powoli zbliżająca się sylwetkę wielkiego zamczyska. Ciepłe światło wypełniające jego wysokie okna było więcej niż zachęcające.

Kiedy w końcu dobili do brzegu, z radością wyskoczyła z łódki, chociaż oznaczało to pozbycie się osłony hagridowego płaszcza i pognała ku wielkiej, strzeżonej przez posągi skrzydlatych dzików bramie, wyprzedzając mężczyznę. Zresztą nie ona jedna. Wszyscy pierwszoroczniacy, jeden po drugim pędzili do wejścia, jak tylko stanęli na brzegu, chcąc wreszcie znaleźć się gdzieś, gdzie jest ciepło, sucho i nie wieje. Niestety dwuskrzydłowe, mierzące co najmniej pięć metrów wrota rozwarły się dopiero, gdy przybył Hagrid i w nie zapukał.

Harriet, podobnie jak reszta uczniów, pospiesznie wkroczyła do głównego hallu zamczyska. Zwykle kamiennych murów nie kojarzy się z ciepłem, raczej zimnymi i wilgotnymi lochami, jednak tu różnica między tym co na dworze, a wewnątrz była więcej niż odczuwalna. Wokół niosły westchnienia ulgi… i plusk wody, kiedy co poniektórzy wykręcali swoje przemoczone szaty.

Harriet, usiłując ignorować już nie tak bardzo uciążliwe zimno, rozglądała się z ciekawością wokoło. Zbudowane z kamiennych bloków ściany okrywały liczne gobeliny i ruchome obrazy, a uwiecznione na nich postaci mrugały, uśmiechały się, a czasem nawet machały do zebranych. Z łukowatego sklepienia zwieszał się ogromny żyrandol, w którym tkwiły dziesiątki, o ile nie setki roztaczających ciepły blask świec. Takich prawdziwych, żółtych z wosku, nie parafinowych. Parokrotnie widziała takie w mugolskich sklepach, były dość drogie. Ciekawiło ją, gdzie zarząd szkoły je kupuje. U mugoli, czy może czarodzieje prowadzą własne pasieki i produkują świece sami…?

Ventus calidus!

Nieoczekiwany podmuch bardzo ciepłego powietrza uderzył w uczniów, rozkosznie rozgrzewając ciało Harriet i jednocześnie niemal zupełnie osuszając ubranie. Źródłem owego podmuchu, czy raczej zaklęcia, jakie go wywołało okazała się starsza, strzelista czarownica o surowej twarzy i upiętych w zwarty kok, szpakowatych włosach. Przesuwała po zebranych uważnym, badawczym spojrzeniem, a ci powoli sami z siebie milkli i skupiali na niej uwagę. Kiedy w końcu w hallu zapadła niemal absolutna cisza, kobieta nieznacznie się uśmiechnęła.

– Dzień dobry państwu – czysty, dźwięczny głos czarownicy przybrał niezwykle rzeczowy, niemal rozkazujący ton, wystarczający, aby co po niektórzy stanęli na baczność.  – Zaraz odbędzie się ceremonia przydziału. Proszę za mną. Rzędem, bez ociągania się i wygłupów. Ostrożnie na schodach, są dość strome.

Ruszyli za profesorką – bo jak przypuszczała Harriet, kobieta musiała być jednym z nauczycieli – pierw hollem, potem wąskimi, spiralnie skręconymi schodami aż na piętro, gdzie stanęli u szeroko rozwartych wrót ogromnego, wypełnionego stołami pomieszczenia. Przy czterech ułożonych równolegle do siebie siedzieli uczniowie starszych roczników, przyglądając się im z zainteresowaniem. Przy kolejnym, umieszczonym na tyłach Sali  na przypominającym niewielką scenę podwyższeniu siedzieli dorośli, zapewne nauczyciele. Środkowe miejsce przy profesorskim stole zajmował wysoki starzec o długiej, śnieżnobiałej brodzie i takich samych włosach. Wyróżniał się spośród pozostałych nie tylko wiekiem i wyglądem, ale również ubiorem – w brokatowej szacie mienił się pośród pozostałych niczym dyskotekowa kula.

Harriet słyszała, że dyrektor szkoły, Dumbledore, był dość ekscentryczny. Jeżeli tak, to chyba właśnie na niego patrzyła.

Ich przewodniczka zatrzymała pierwszorocznych przy wejściu, gdzie zbili się w niemałą gromadę. Wielogłową, czarną masę kręcących się dookoła głów, szeptów i ekscytacji… Oraz w jednym przypadku nieprzyjemnego skrępowania.

Jak każda osoba źle czująca się w tłumie, Harriet zaczęła szukać jakiejś odskoczni, dzięki której mogłaby się chociażby psychicznie odciąć od otaczających ją ludzi. Nagle jej spojrzenie padło na obserwującego całe to zgromadzenie kota… Czy raczej kotkę. Burą, dużą, ale okropnie chudą o przenikliwych, bursztynowych oczach. Zwierzak patrzył na pierwszaków ze swego rodzaju pełnym wyższości dystansem, a zarazem ostrożnym zainteresowaniem. Można powiedzieć, że nawet lekką podejrzliwością. Jednak nie zraziło to dziewczynki, która na podstawie dotychczasowych doświadczeń, mogła śmiało powiedzieć, że woli zwierzęta od ludzi. Poza tym lśniąca w ślepiach zwierzaka inteligencja intrygowała ją.

– Chodź tu kotku, kici, kici… – zawołała, nieco zbliżając się do zwierzaka, na co ten tylko zjeżył sierść. Widząc to zatrzymała się i kucnęła, nie chcąc straszyć kotki, po czym jeszcze raz spróbowała. – Ni chodź, kici, kici… Ja się chcę tylko zaprzyjaźnić. Chodź daj się pogłaskać, nic ci nie…

Nagle obok kota wyrósł uzbrojony w miotłę, starszy mężczyzna o wyrazie twarzy niezadowolonej hieny. Wysoki i łykowaty zdawał się składać z samych ścięgien, właściwie to mógłby uchodzić za definicję słowa „czerstwy” użytego w stosunku do człowieka. Obrazu dopełniało czyste, ale okropnie stare i wymięte ubranie, dwudniowy zarost oraz spore zakola otoczone przez szpakowate włosy sprawiające wrażenie nieco sfilcowanych. Generalnie osobnik wyglądał jak ziszczenie wszystkich stereotypów o wrednym woźnym, miał nawet gumofilce na nogach… Czy raczej wyglądałby, gdyby nie oczy. Jasnoszare, jakby wyblakłe o niewyraźnie zarysowanych tęczówkach. Kryło się w nich coś… Innego. Nie potrafiła tego nazwać.

– Pani Norris nie spoufala się z uczniami – oświadczył chłodno, obrzucając ją podejrzliwym spojrzeniem do złudzenia przypominającym to kota.

Kotka miauknęła i wskoczyła na mężczyznę, zapewne swojego pana, z gracją siadając mu na ramieniu.

– Szkoda, lubię koty – mruknęła, nie wiedząc, co innego mogłaby powiedzieć. – A Pani Norris wygląda na bardzo mądrą.

– I jest mądra. Oj jest… – mężczyzna posłał jej nieprzyjemny uśmiech, po czym, przepychając się między uczniami, ruszył w stronę wejścia do Wielkiej Sali, gdzie podparł jedną ze ścian.

Harriet zamrugała, rejestrując, że podczas gdy zajmowała się kotem, przed stołem nauczycielskim ustawiono wysoki, chociaż zarazem dobijająco zwyczajny stołek. Jedna z nauczycielek, pulchna kobieta o siwych, kędzierzawych włosach, niosła w jego kierunku spoczywająca na pluszowej poduszce starą, wymiętą czarodziejską tiarę. Po chwili umieściła kapelusz ze swoistą czcią na stołku. Wtedy stało się coś dziwnego. Jedno z rozdarć tiary rozwarło się na kształt ust, a ta zaśpiewała. Śpiewała o sobie i domach Hogwartu, cechach, które każdy z nich faworyzował.

Występ nieco dziwny, chociaż raczej przewidywalny. Dziewczynka musiała jednak przyznać, że Tiara Przydziału, jak na stary, czarodziejski kapelusz, ma całkiem ładny głos i dobre wyczucie rytmu… A na pewno lepsze niż jej własne, co dało się odczuć na lekcjach muzyki. Śpiewała okropnie i chociaż uwielbiała grę na pianinie, ledwie dawała sobie radę z poprawnym wykonywaniem prostszych utworów. Za to w grze innych potrafiła wychwycić najmniejszy nawet fałsz.

– Ceremonia przydziału rozpoczyna się! – oświadczyła nauczycielka, która przyprowadziła ich do Sali, po czym rozwinęła trzymany w dłoniach, spory zwój. – Każdy uczeń, którego nazwisko wyczytam ma założyć Tiarę Przydziału, a ta określi, do którego domu ów trafi…

Czarownica zaczęła wyczytywać nazwiska uczniów w kolejności alfabetycznej. Każdy wywołany, tak jak mówiła, nakładał tiarę przydziału na głowę, siadał na stołku, ta po kilku minutach wykrzykiwała nazwę domu, a uczeń siadał przy jednym z czterech stołów.

Harriet pobieżnie przyjrzała się godłom domów wiszących nad stołem nauczycielskim. Srebrnemu wężowi na srebrno-zielonym tle Slytherinu, borsukowi na żółto-czarnym, Hufflepuffu, Lwu na karmazynowo-złotym Gryffindoru i orłowi na brązowo-niebieskim Ravenclawu. Jeżeli chodzi o estetykę wybrałaby Slytherin, ale jeżeli chodzi o cechy preferowane przez dom… Slytherin to ambicja i przebiegłość, a chociaż przebiegłością czasem wykazywała się z życiowej konieczności, to ambicji nie przejawiała za grosz. Od świata i innych chciała tylko świętego spokoju. Tego, aby pozwolono jej żyć po swojemu. Jak to mówią? „Żyj i daj żyć innym”, czy nie tak? Hufflepuff… Cóż, przeciwko preferowanej przez dom pracowitości nie miała nic przeciwko, problem stanowiła jednak wierność. Nie wyobrażała sobie dochowywać wierności ot tak. Wierność to coś na co trzeba sobie zasłużyć. Coś co powinno być wzajemne. Natomiast, co do sprawiedliwości i uczciwości… cóż, starała się być sprawiedliwa i uczciwa, jednak wiedziała, że świat taki nie jest. Szczególny kłopot stanowiła uczciwość, niejednokrotnie zakrawająca na luksus, tym bardziej, że każdy ma swoje małe, brudne sekrety, prawda? Odwaga Gryffindoru… Odwagą wykazywała się tylko wtedy, kiedy naprawdę musiała albo kiedy ktoś naprawdę nadepnął jej na odcisk, jak Draco Malfoy… Ewentualnie, kiedy atakował Dudleya. W przeciwnym razie wolała ominąć problem okrężną drogą, negocjacjami, obróceniem wszystkiego w żart lub zignorowaniem go. Znowu Ravenclaw… Dom żądnych wiedzy. Cóż, interesowało ją jak działa wiele rzeczy, lubiła znać przyczyny i potencjalne skutki wszystkiego oraz całkiem dobrze przewidywała ludzkie zachowania i ich efekty. Jednak brakowało jej inteligencji. Nie oszukiwała się w tym względzie. Owszem, nie była głupia, nawet mogła określić siebie jako jedną z tych nieco powyżej przeciętnej, ale na pewno nie należała do elity.

Uśmiechnęła się pod nosem. Gdyby Tiara zamilkła na dłuższą chwilę, tylko po to, aby powiedzieć „pojęcia nie mam”… Cóż, byłoby to niezłym podsumowaniem jej życia. Jakoś nigdy nigdzie nie pasowała. Nie do końca.

Oderwała spojrzenie od godeł, kierując je ponownie na woźnego i jego kotkę. Od najwcześniejszych lat życia,  więziona przez ojca w domu, spędzała całe godziny w oknie, przyglądając się ludziom. Podglądając co robili, jak się zachowywali i co ukrywali. Poznając ich charaktery, upodobania, słabości i mocne strony, a nade wszystko drobne sekrety oraz to, jak usiłowali je utrzymać w tajemnicy. Tata mówił, że ciocia Petunia jest wścibską plotkarą, jednak wścibstwo cioci było niczym przy jej własnym, o tyle większym, że miała nieprawdopodobny wprost zmysł obserwacji. Nauczyła się wychwytywać te drobne oznaki, świadczące o tym, że osoba, na którą patrzy, jest kimś więcej niż się wydaje. Czasem nie potrafiła ich nazwać, określić, lecz zawsze je wyczuwała. Znowu ten mężczyzna, ten starzec… Przygarbiony, zgryźliwy o spojrzeniu zdającym się przeszywać świat na wylot i niezwyklej stanowczości w drobnych gestach… On na pewno był kimś więcej niż tylko obmierzłym staruchem z miotłą.

– Finch-Fletchley Justyn – nazwisko zwróciło uwagę Harriet.

Obserwowała, jak kolega z pociągu zakłada czarodziejski kapelusz na głowę, a ten po chwili wykrzykuje „Hufflepuff”.  Niedługo potem przyszła kolej na następnego – niestety – znajomego, mianowicie na Draco Malfoy’a, który trafił do Slytherinu. Wtedy właśnie po raz pierwszy Harriet wpadło do głowy, że lepiej byłoby, gdyby nie wylądowała w Slytherinie. Nie dlatego, że dom jako taki jej nie odpowiadał, czy dlatego, że tata i wujek Syriusz psioczyli na ślizgonów, znaczy członków Slytherinu, a dlatego, że wolała nie zaczynać szkoły skłócona z kimś ze swojej klasy. Uważała, że ma wystarczająco trudne i pełne konfliktów życie na samym starcie, żeby jeszcze w to wszystko brnąć w szkole. Ciocia jej nie cierpiała, bo była córką jej siostry, wujek Veron, bo była czarownicą, a tata, bo w ogóle się urodziła, przez co zginęła jego żona. Zatruwający egzystencję kolega ze szkolnego domu… Cóż, naprawdę wolała sobie tego oszczędzić.

– Harriet Potter!

Tak jak się spodziewała, ledwo rozbrzmiało jej nazwisko, Wielką Salę przeszła fala szeptów i pomruków. Wszyscy wbili w Dziewczynkę, Która Przeżyła badawcze spojrzenia, co bynajmniej nie było miłe. Jak zwykle w takich chwilach, odruchowo wyprostowała się, przywołując na usta sztuczny uśmiech i utkwiła spojrzenie w martwym punkcie, rozpaczliwie usiłując nikomu nie patrzyć prosto w oczy. Zwykle ta postawa wystarczała, aby ludzie w miarę  szybko się odczepili. Aby wielki, wielogłowy potwór o tysiącu rąk i twarzy okrążył ją, i poszedł sobie dalej… Szukać kolejnej ofiary.

Z bijącym niczym młot sercem, palona setkami spojrzeń ruszyła w stronę stołka i założyła magiczny kapelusz…

Tiara Przydziału opadła Harriet na oczy, skutecznie przesłaniając widok, co ta przyjęła z niejaką ulgą, chociaż nadal czuła na sobie wzrok otaczających ją ludzi. Po chwili w umyśle dziewczynki rozbrzmiał głos… Który właściwie w ogóle nie był głosem, raczej pozbawioną efektu dźwiękowego ścieżką myśli. Myśli, które dopatrzyły się w niej ambicji i przebiegłości, myśli które rozważały Slytherin.

Przestraszona perspektywą wylądowania w jednym domu z Malfoyem zaprotestowała, jednocześnie przywołując wszystkie wątpliwości, które odczuwała, podziwiając herby domów. Wtedy właśnie Tiara się „wzdrygnęła”. Głos ponownie rozbrzmiał w jej głowie serią słów pozbawionych dźwięków.

Dysonans… Tkwi w tobie jakiś dysonans. Ach, wyczuwam go. Pasożyt, cecha nabyta, ale nie przynależąca. Fałszywy dźwięk. Muszę dotrzeć do rdzenia, tego, co wewnątrz. Ach… Widzę. Takie proste, takie oczywiste. Dziewczynka na rozdrożu, wszystkiemu zaprzeczająca, wszystkiemu się skłaniająca. Ta która idzie na przełaj, gdzie ją własna myśl prowadzi. Duch własnej ziemi, szczery wobec siebie i sobie wierny.

– Hufflepuff – rozbrzmiało zarówno w uszach jak i głowie Harriet. Nie miała pojęcia, czy to ze względu na to, że nosiła kapelusz, ale wydało jej się, że głos Tiary Przydziału był głośniejszy i bardziej pewny niż w przypadku innych.

Zdjęła tiarę i niepewnie ruszyła w ku odpowiedniemu stołowi, gdzie witały ją donośne owacje i oklaski. Najwyraźniej puchoni cieszyli się, mogąc powitać w swym gronie słynną Dziewczynkę, Która Przeżyła. Ona sama nie była zbytnio uradowana. Znowu stanowiła centrum zainteresowania, na co nie miała najmniejszej ochoty. No i ta cała Tiara Przydziału. Dziwna pewność kapelusza, kiedy krzyczał „Hufflepuff!” nieco ją niepokoiła… Jednak nie tak, jak ta cała gadka o pasożycie. O co mogło chodzić? Może rytuał, który odprawił na niej tata coś namieszał? Cóż, całkiem możliwe, chociaż po wszystkim nie czuła się, jakby coś do niej wlazło. Owszem, jakiś czas towarzyszyło jej wrażenie ohydy, ale to w końcu ustąpiło, nie zostawiając po sobie nawet śladu. Owszem, coś się zmieniło. Zapachy i smaki stały wyraźniejsze, a sen regenerował bardziej niż zwykle, ale to wszystko. Sposób w jaki patrzyła na świat, w jaki myślała, pozostał ten sam…

No, może poza tym, że powoli zaczynała uważać swojego ojca za potwora.

Rozejrzała się wśród siedzących przy stole osób. Miejsca koło Justyna było już zajęte przez szatyna o czekoladowych oczach i jasnowłosą dziewczynkę w warkoczykach, dlatego też, bez większego zastanawiania, usiadła na pierwszym wolnym krześle na rogu stołu. Dzięki temu miała tylko jednego sąsiada – jakieś dwa, może trzy lata starszego chłopaka o szarych oczach i ciemnych włosach – a po skończeniu uczy powitalnej, mogła swobodnie wstać i wyjść bez przeciskania się pomiędzy innymi.

– Witamy w Hufflepuffie – odezwał się chłopak, opromieniając ją uśmiechem niemalże zbyt równych zębów. – Cedrik Diggory.

– Harriet  – mruknęła, posyłając mu słaby uśmiech i ściskając dłoń.

Chłopak spojrzał na nią z żywym zainteresowaniem, jednak nic nie powiedział, a i ona nie miała najmniejszego zamiaru go zagadywać. Zamiast tego, rozejrzała się uważniej po Wielkiej Sali, podziwiając cudowne sklepienie, idealnie odwzorowujące wygląd nieba na zewnątrz – obecnie zasnutego ołowianymi chmurami i raz po przeszywanego błyskawicami – oraz wielką ławicę lewitujących tuż pod nim świec, ozłacających ściany ciepłym blaskiem. Wszystko tak jak opisał jej wujek Lupin. Co prawda to Syriusz częściej opowiadał o Hogwarcie, jednak on skupiał się na bardziej dynamicznych sprawach, na przykład na słynnej wierzbie bijącej, hodowanych przez Hagrida hipogryfach i psotach, jakie wspólnie wywijał z resztą Huncwotów, znaczy ich paczki… Starannie omijając przy tym temat „Parszywca”, jak nazywał Petera Pettigrewa, który swego czasu przeszedł na stronę Voldemorta i zdradził jej rodziców. Wujek Lupin znów skupiał się bardziej na konkretach, opisując, co jak wygląda i napomykając to i owo o nauczycielach. No i w przeciwieństwie do Syriusza odpowiadał na pytania, nie gubiąc wątku w różnych pobocznych tematach, które przychodziły mu na myśl, jak tylko tonął we wspomnieniach. Znowu rozmawiając ze Syriuszem, miała wrażenie, że mężczyzna wciąż tkwi w szkole i nie może się doczekać, kiedy córka przyjaciela dołączy do niego na szkolnych korytarzach.

– Ciekawe , jak to jest, że na nas nie kapie… – mruknęła do siebie, obserwując lewitujące świece.

– Słucham? – nieoczekiwanie zapytał Cedrik, nieco wybijając ją z rytmu.

– E… Ja się tylko zastanawiałam, czemu wosk na nas nie kapie, chociaż świece się powoli wypalają.

Chłopak zamrugał i zadarł głowę, również przyglądając się świecom.

– Wiesz, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem? – mruknął. – Na początku ciekawiło mnie, jakim sposobem unoszą się w powietrzu, pewnie tak jak wszystkich, ale wosk… Jakoś nie zwróciłem uwagi. Trzeba będzie spytać profesora Flitwicka.

– To nauczyciel zaklęć, tak?

– Zgadza się, tam siedzi – wskazał na stół nauczycielski, na maleńkiego człowieczka, którego głowa ledwie wystawała nad blat, aczkolwiek ów zdawał sobie z tego nic nie robić. Uśmiechnięty spoglądał zza okrągłych okularów na ceremonię przydziału z miną dziecka, które właśnie zjadło smacznego cukierka.

Przesunęła pobieżnie spojrzeniem po twarzach profesorów. Wujkowie sporo o nich opowiadali, ale nie rozwodzili się nad tym kto jak wygląda. No może poza jednym wypadkiem – profesorem eliksirów, Severusem Snape’em.

Otóż w Hogwarcie uczył kolega z roku wujków i ojca, jednak po tym jak tata i Syriusz, w szczególności Syriusz, wypowiadali się na jego temat, szybko doszła do wniosku, że słowo „koledzy” stanowiło w ich przypadku wielkie nieporozumienie. Tata nie mówił o nim prawie wcale, jednak krótkie, niechętne mruknięcia, kiedy Syriusz o nim wspominał, nie należały do pochlebnych. Znowu Lupin… Cóż, wujek Lupin, jako jedyny z paczki, starał się zachowywać dojrzale. Gdy tylko Syriusz zaczynał temat, zwykle oscylujący wokół stwierdzenia „…ten tłustowłosy hakonos to podły dupek, niech ci tylko coś zrobi, to daj cynk, a wtedy zrobię z nim porządek…” ucinał rozmowę. Właściwie to ucinał rozmowę, a potem usiłował wtłuc przyjacielowi do głowy, że ich niegdysiejszy, szkolny wróg ma być jej NAUCZYCIELEM i powinna go szanować, a nie wysłuchiwać obelg pod jego adresem. Z miernym skutkiem. Syriusz miał na tle niechęci do „Śmierdzielusa”, jak go czasem przezywał, jakąś obsesję. Gdy tylko pojawiał się temat eliksirów, w szczególności w kontekście szkolnego przedmiotu, Harriet miała pewność, że prędzej czy później padnie nazwisko „Snape” i nieprzyjemna litania pod jego adresem.

„Tłustowłosy hakonos” po trzydziestce. Bez trudu odnalazła wśród nauczycieli pasującego do opisu mężczyznę i otoczyła go metaforycznym, czerwonym kółkiem, stawiając obok trzy wykrzykniki i myślową notatkę: „Nie pyskować, nie uciekać z lekcji, zawsze odrabiać zadania i przykładać się do przedmiotu, bo u niego już na wejściu masz przechlapane.”

– Ronald Weasley! – okrzyk Tiary Przydziału oderwał jej uwagę od nauczycieli.
Ron, blady z denerwowania, podszedł do kapelusza, założył go, a ten, po ledwie kilku sekundach wykrzyknął „Gryffindor”. Przy stole gryfonów rozległ się wielki ryk połączony z burzą oklasków, przy czym większość hałasu generowali bliźniacy Weasley, drąc się jakby ich żywcem ze skóry obdzierano. Percy usiłował jakoś opanować całą tę wrzawę, niestety biedny nie miał najmniejszych szans w starciu z rozhukanymi braćmi i ich kolegami. Jednak sam Ron wyglądał na więcej niż zadowolonego. Szczęście i ulga wręcz promieniały z jego twarzy.

No i proszę, chciałeś do Gryffindoru, to i jesteś w Gryffindorze” pomyślała z lekkim uśmiechem na ustach. Sama jednak cieszyła się, że zaszczyt trafienia do domu Godryka ją ominął – nie wyobrażała sobie przebywać wśród ludzi generujących podobny hałas. Puchoni, kiedy przydzielono ją do ich domu, nie byli nawet w połowie tak głośni, a przecież otaczała ją – chciała tego czy nie – niemała sława.

Niedługo po tym ceremonia przydziału dobiegła końca, stołek z tiarą uprzątnięto – oczywiście w dość uroczysty sposób – a rozmowy na Sali jakoś tak same z siebie przycichły.

Ze strony stołu nauczycielskiego rozbrzmiało przeciągłe skrzypnięcie, przykuwając uwagę wszystkich obecnych. To dyrektor podniósł się z krzesła i dobrotliwym, a zarazem nieco figlarnym spojrzeniem przesunął po uczniach:

– Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam! –Salę obiegła salwa śmiechów, a czasem – co nie umknęło uwadze Harriet – kpiących uśmieszków. Sam dyrektor zachichotał pod nosem, po czym skłonił się lekko w stronę uczniowskiej publiki. – A teraz na poważnie. Witam podczas nowego roku nauki w Hogwarcie, szczególnie tych pośród was, którzy dopiero zaczynają przygodę z magią. Na sam przód chciałbym poruszyć kwestie bezpieczeństwa. Po pierwsze, wstęp do otaczającego Hogwart Zakazanego Lasu jest całkowicie zabroniony…

Litania rzeczy, których uczniowie nie powinni robić była dość długa i przewidywalna. Na sam jej koniec, dyrektor przywołał nazwisko podpierającego ścianę woźnego, Argusa Filcha, któremu się lekko skłonił, wspominając o liście – potwornie długiej liście – przedmiotów zakazanych oraz przypominając, że rzucanie czarów poza salami lekcyjnymi jest zabronione… szczególnie, jeżeli chodzi o ewentualne pojedynki między uczniami. Potem zaczął przedstawiać pierwszorocznym nauczycieli, wywołując kolejno ich nazwiska i mówiąc jakiego przedmiotu uczą. Zaczął od opiekunów domów.

Zielonooką czarownicą o szpakowatych włosach, która przyprowadziła ich do Wielkiej Sali, okazała się być Minerwa McGonagal, zastępczyni dyrektora, opiekunka Gryffindoru i nauczycielka transmutacji. Niedaleko niej siedziała ucząca zielarstwa i sprawująca pieczę nad puchonami Pomona Sprout, która to niosła Tiarę przydziału. Harriet ucieszyła się, że to właśnie ona będzie jej opiekunką, bo sprawiała wrażenie osoby wymagającej, ale jednocześnie takiej, z którą łatwo się dogadać. Chociaż nie pogardziłaby i Flitwickiem nadzorującym Ravenclaw. Słyszała, że to podobno najmilszy facet pod słońcem, posiadający cudowną zdolność utrzymywania porządku i posłuszeństwa niemal samą uprzejmością. Zresztą i wyglądał na takiego. Mikrego staruszka o radosnej buźce po prostu miało się ochotę podnieść niczym lalkę i uścisnąć. Niestety nie mogła tego powiedzieć o nauczycielu eliksirów i opiekunie Slytherinu.

Wywołany przez dyrektora Severus Snape nie uśmiechnął się do uczniów, tylko przeciągnął po nich nieprzyjaznym spojrzeniem czarnych niczym dwa moriony oczu. Blada twarz o niezdrowej, ziemistej cerze nie wyrażała zupełnie niczego, jedynie wąskie, chociaż – musiała to przyznać – ładnie wykrojone usta wykrzywiły się nieznacznie w raczej niezbyt przyjemnym wyrazie.

Harriet przyjrzała mu się uważnie. Syriusz nie raz opisywał go jako kościste, czarnowłose straszydło o hakowatym nosie, trupiej skórze i szponiastych palcach. Widząc nauczyciela na żywo stwierdziła, że słowa wujka były po równi prawdziwe, co przerysowane i krzywdzące. Profesor Snape nie przypominał straszydła. Owszem miał smoliście czarne, tłuste włosy, ale po za tym, że powinny nieco częściej widywać szampon, nie sprawiały jakiegoś okropnego wrażenia. Haczykowaty nos, mógłby należeć do stereotypowego Rzymianina, ale nie miał aż takich rozmiarów jak w wujkowych opowieściach, zaś szczupłe dłonie o długich palcach przypominały raczej ręce pianisty niż szpony. No i ta trupia skóra… Mężczyzna ewidentnie powinien więcej przebywać na słońcu, właściwie to generalnie świeżym powietrzu, ale nie kojarzył się ze zwłokami. Przynajmniej jeszcze nie. Niestety nie potrafiła zaprzeczyć, że robił raczej odpychające wrażenie, jednak nie tyle z powodu wyglądu, co postawy. Nieprzyjazne, chłodne oblicze, lodowate, niemal wrogie spojrzenie rzucane jednocześnie – chociaż mogłoby się to wydawać niemożliwe – spode łba i z góry, z pełną dumy wyższością. No i te szaty. Czarne, luźne, staromodne. Przypominające habit. Wszystko to tworzyło image idealnego czarnego charakteru. Gdyby profesor Snape starał się o rolę wampira albo czarnoksiężnika w mugolskim filmie, dostałby ją bez większego wysiłku.

Nagle spojrzenie obsydianowych oczu skierowała się wprost na nią. Harriet zdrętwiała, mając wrażenie, że przeszywają ją na wskroś, poznając wszystkie grzeszki i tajemnice. Sekundę później bliznę dziewczynki przeszył palący ból i poczuła jakby głowa miała jej eksplodować.

Zacisnęła zęby, żeby nie krzyknąć i odruchowo przyłożyła dłoń do czoła.

– Coś się stało? – zapytał Cedrik, przyglądając się jej z uwagą.

– N-nic – wydukała. – Nagła migrena.

– Może powinnaś zajrzeć do pielęgniarki? W razie czego zaprowadzę…

– Nie, nie trzeba – przerwała mu. Nie zamierzała robić zamieszania wokół siebie. Samo to, że pół stołu zerkało na nią, jakby zaraz miała zacząć strzelać fajerwerkami, wystarczyło, żeby miała dość. – Już przechodzi. To pewnie przez stres. Dużo się dzisiaj działo.

Chłopak skinął głową, chociaż nie wyglądał na przekonanego, a ona ponownie spojrzała w kierunku stołu. Profesor Snape zdążył usiąść na swoim miejscu i wlepiał spojrzenie w blat, jakby ujrzał na nim coś fascynującego. Tymczasem wstał dziwny, anemiczny facet w fioletowym turbanie, profesor Kwiryniusz Quirrel, podobno uczący obrony przed czarną magią. Miał nerwowy uśmiech i bardzo rozbiegany wzrok, nieustannie też przebierał palcami, jakby lada moment zamierzał zagrać na pianinie albo flecie. Wydawał się dość miły, czy raczej wydawałby się gdyby nie… Harriet nie potrafiła tego określić.

Pobieżnie przyjrzała się kolejnym nauczycielom. Nauczająca astronomii kruczowłosa właścicielka oliwkowej cery i niezwykle enigmatycznego uśmiechu, profesor Sinistra, zrobiła na niej wrażenie swoją nienachlaną, powściągliwą urodą. Właściwie, to patrząc na nią, świadoma, że sama nigdy nie będzie wyglądać podobnie, dziewczynka poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Za to widząc dziarskiego staruszka prowadzącego opiekę nad magicznymi stworzeniami, nie potrafiła się nie uśmiechnąć.

Kolejni nauczyciele wstawali ze swych miejsc i siadali. Harriet usiłowała zapamiętać ich nazwiska i twarze jednak raz po raz jej spojrzenie zawracało ku profesorowi Snapeowi. Zerkała na niego ukradkiem, usiłując się nie gapić i zastanawiała, czy ten dziwny atak bólu to reakcja na niego, przypadek, czy może coś zupełnie innego. W każdym razie mężczyzna budził w niej niepokój. Nie dość, że gdy spojrzał na nią, blizna zaczęła ją palić, to jeszcze sprawiał nieco straszne wrażenie – ewidentnie z premedytacją – a do tego w szkole miał na pieńku z jej tatą. Naprawdę bała się, że oberwie za to, co kiedyś robili sobie nawzajem, tak jak w domu cały czas obrywała od cioci Petunii, bo ta miała żal do swojej młodszej siostry.

Właściwie to bardzo często obrywała za rzeczy, na które nie miała wpływu. I to od bardzo dawna.

Po przedstawieniu wszystkich swoich kolegów dyrektor powiedział jeszcze parę luźniejszych słów, a całą mowę zakończył radosnym „wsuwajcie”. W tym momencie stoły pokryły się dziesiątkami najróżniejszych dań i deserów, których widok i zapachy zapierały dech, a u Harriet wywołały natychmiastowy ślinotok. Z niemal wojowniczą miną dobyła sztućców – co jak co, ale końcowemu poleceniu Dumbledore’a miała zamiar uczynić więcej niż za dość… Mimo, że w pociągu spałaszowała niemało łakoci i drugie śniadanie Rona.

Właśnie kończyła wielką porcję ryby w ziołach i zamierzała się zabrać za placek z kurczakiem, kiedy ku jej zdumieniu coś uderzyło w stół. Gwałtownie, wściekle i z pełnym urazy skrzekiem. Zdumiona spojrzała w złote oczy sowy śnieżnej, z których wylewała się złość. Aż dziw, że ptaszysko nie tupało wymownie w blat stołu.

– Stella! – zawołała radośnie dziewczynka, niemal się dławiąc trzymanym w ustach kęsem. Po chwili jednak radość ustąpiła niepewności – Ale skąd się tu wzięłaś? Znaczy chyba nie powinno cię tu być, prawda?

Sowa dziabnęła ją w palec i zaskrzeczała oskarżycielsko.

– Oj no przepraszam, nie ja ustalam reguły. Widziałaś, że zabrali mi klatę. – Nagle zauważyła, że z piór jej pupilki obficie kapie woda, mocząc odświętny obrus uroczyście nakrytego stołu. – Zaraz, zaraz… Jesteś mokra? Przecież skrzaty domowe miały cię zabrać do sowiarni! Co się tam podziało?

Sowa nie zamierzała udzielać wyjaśnień. Skrzecząc, zatrzepotała skrzydłami obficie chlapiąc swoją panię oraz siedzącego obok Cerika wodą. Potem rozejrzała się po stole i zdecydowanym ruchem szpona schwyciła ucho kubka herbaty, z którego piła dziewczynka, przyciągnęła go do siebie, po czym pociągnęła solidny łyk naparu.

Harriet westchnęła ciężko. Coś jej mówiło, że próba odesłania Stelli do sowiarni będzie zakrawała na sport ekstremalny o ile nie czyn samobójczy. Zerknęła na Cedrika, który przypatrywał się ptaszysku z rosnącym rozbawieniem i zainteresowaniem.

– Ym… Czy stanie się coś strasznego, jeżeli zabiorę Stellę do pokoju? Raczej nie da się namówić na sowiarnię – zapytała chłopaka.

– Wiesz, regulamin szkoły nic nie mówi o tym, że nie można… O ile wiem. Pytanie tylko, czy dziewczyny z dormitorium nie będą miały nic przeciwko. Latająca po sypialni, budząca w nocy i robiąca wszędzie kupy sowa raczej nie przypadnie im do gustu. No i pamiętaj o wypluwkach.

– Stella w pokojach najczęściej chodzi na łapach, w nocy nie budzi, bo sama śpi, a kupki robi albo do klatki, albo puka w okno, żeby ją wypuścić na zewnątrz. A wypluwek nie będzie, bo jak skosztowała puszek dla kotów, olała polowania… – W tym momencie Harriet spojrzała na sowę dobierająca się do leżącego na jej talerzu placka z kurczakiem. – Właśnie, a co z jedzeniem dla niej? Inni mają pewnie koty, to skrzaty domowe dostarczają im kocich puszek, czy będę musiała je zamawiać wysyłkowo? Albo coś?

Chłopak uniósł brwi i rozejrzał się po stole, wyławiając spośród innych puchonów drobną szatynkę o włosach układających się w wielkie loki. Pomachał do niej, a gdy ta zwróciła na niego uwagę – przy okazji pokrywając się nieśmiałym rumieńcem – wyjaśnił, o co chodzi. Puchonka, Margaret, spojrzała uważnie na Stellę z lekka marszcząc brwi.

– Wiesz, skrzaty domowe spisują sobie na początku roku, kto ma jakie zwierzątko i dostarczają im jedzenie. Nie dotyczy to sów, które zwykle same dbają o siebie, ale pewnie wystarczy zajść do kuchni i zagadnąć je o to, i nie będzie problemu. Ze sową w sypialni, jeżeli nie będzie przeszkadzała reszcie dziewczyn, też raczej spoko. Gorzej, jeżeli będzie tu przylatywać podczas każdego posiłku i skakać po stole. Na wielką Salę nie wolno wprowadzać zwierząt. Oczywiście dla sów jest wyjątek, bo przynoszą pocztę, ale nie nadużywałabym tego. Niech raczej tu nie przylatuje bez paczki albo listu.

– Słyszałaś? – zapytała Stelli, która spojrzała na nią pyszczkiem umorusanym plackiem, jednoznacznie dając do zrozumienia, że ma gdzieś sowią dietę. – Masz nie przylatywać na Wielką Salę bez listu, ewentualnie w naprawdę wyjątkowych wypadkach, bo obie podpadniemy.

Sowa zaskrzeczała przeciągle, po czym ponownie zanurzyła dziób w placku. Harriet nie miała pojęcia, czy pupilka ją zrozumiała, jednak wiedziała jedno: naprawdę wolałaby, żeby sowa była puchaczem, uszatką lub jakąkolwiek inną sową przyjemnie hukającą. Niestety, jak się dowiedziała w ciągu kilku ostatnich tygodni, sowy śnieżne głównie skrzeczą, a ich huknięcia przypominają mają niskie, chropowate, niemal groblowe brzmienie. No i bekają… A przynajmniej Stella potrafiła bekać, do tego całkiem donośnie, co po chwili zaprezentowała ku rozbawieniu Cedrika i kilku najbliżej siedzących puchonów.

– Manier nie masz – burknęła do ptaka, na co ten tylko zaczepnie przekrzywił głowę.
Jedzenie na uczcie powitalnej było naprawdę przepyszne, co Harriet zaprezentowała siejąc prawdziwy pogrom w swojej części stołu. Zniknęła nie tylko porcja ryby i placek – czy raczej to, co niego zostało po ataku Stelli – ale też spory kawał szarlotki, parę babeczek i nie małą porcję lodów. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie dopchać wszystkiego smakowicie wyglądającymi pierożkami, ale dźwięk jaki wydały jej wnętrzności i zaskoczone, niemal wystraszone spojrzenia kolegów, jasno powiedziały dziewczynce, że raczej powinna sobie darować. Zresztą nawet Stella popatrzyła na nią z ukosa, jakby się bała, że ta zaraz eksploduje.

Po wyżerce – najprzyjemniejszym punkcie dnia od pożegnania z Dudleyem, przynajmniej według Harriet – prefekci zaczęli zwoływać do siebie pierwszorocznych, aby pokazać im drogę do dormitoriów. Powstałe przy tym zamieszanie nie przypadło do gustu Stelli, która donośnie skrzecząc wzbiła się w powietrze i… Wylądowała na głowie swojej pani, przy okazji zrzucając jej tiarę, co wywołało falę śmiechów. W końcu sowa moszcząca się w rozczochranych włosach właścicielki jak w gnieździe to niecodzienny widok. Jednak nie wszystkich on rozbawił. Przechodzący obok nauczyciel eliksirów, rzucił Harriet nieprzyjemne spojrzenie, na co wewnętrznie się skuliła i speszona niezwłocznie podniosła z podłogi kapelusz. Nadzieja dziewczynki, że uraza pomiędzy profesorem Snape’em a Huncwotami nie odbije się na niej, zaczęła gwałtownie topnieć.

„Ciocia mnie nie lubi, bo nie lubiła mamy, tata mnie nie lubi, bo mama umarła mnie broniąc, a pan profesor mnie nie lubi, bo nie lubi taty i jego kolegów. Dlaczego wszyscy się mnie czepiają za to, co zrobił ktoś inny?” – pomyślała przelotnie.

Prefekci – wysoki, chłopak o niemal białych włosach oraz kontrastujących z nimi czarnych oczach i przeurocza, kędzierzawa mulatka – zaprowadzili ich do piwnic zamku, gdzie w jednym z korytarzy stała piramida ogromnych beczek, z których każda miała ponad dwa metry średnicy. Prefektka stanęła przy jednej  i uśmiechnęła się do nich, zagubionych pierwszaczków, promiennie.

– A teraz paczcie, co zrobię i zapamiętajcie to, jeżeli nie chcecie przy następnej próbie wejścia do dormitorium zostać oblani octem – mruknęła, po czym rytmicznie zastukała w wieko beczki. Wtedy to nagle uniosło się ukazując przestronny, prowadzący w górę korytarz. – Wiem, że nie wszyscy mają wyczucie rytmu, ale trzeba wystukać melodię imienia i nazwiska naszej założycielki, „Helga Hufflepuff”. Rytmiczne, długie sylaby i szybkie „f”, w sumie dziewięć puknięć. To pokażę jeszcze raz, a wy słuchajcie, dobrze?

Niemal zupełnie ucichli, a dziewczyna jeszcze raz zaprezentowała. Potem dodała, że koniecznie muszą zapukać w tę, a nie inną beczkę, bo w przeciwnym razie czeka ich przygoda z octem.

Harriet nie rozumiała, po co te wszystkie utrudnienia, ale nie komentowała. Zamiast tego ruszyła wraz z innymi obitym drewnianymi, żółto-czarnymi panelami, okrągławym korytarzem. Ten ciągnął się około piętnastu metrów w górę – może mniej, dziewczynka nie miała dobrego wyczucia odległości – i kończył okrągłymi, ciężkimi drzwiami z litego drewna, na których ktoś wyrzeźbił śpiącego borsuka… a przynajmniej tymczasowo śpiącego, bo gdy tylko się do niego zbliżyli, płaskorzeźba drgnęła, ziewnęła przeciągle, po czym mruknęła nieco nieprzytomnym głosem „hasło”.

– Śpiewające borówki – oznajmił prefekt, a drzwi z cichym kliknięciem się otworzyły.
Weszli do rozświetlonego ciepłym blaskiem świec i lamp naftowych pokoju wspólnego. Idealnie okrągłego, wypełnionego pasującymi do niego meblami, półkami, regałami zapełnionymi przyniesionymi przez uczniów czytadłami oraz miękkimi, wołającymi, żeby w nich usiąść fotelami i sofami. Centralny punkt pomieszczenia stanowił kominek. Ogromny, kamienny o krągłym palenisku, dobrze korespondującym z nisko osadzonymi w ścianach okrągłymi okienkami.

Wszystko to, jako że większość mebli, sprzętów, gobelinów i puchatych dywanów utrzymana została w żółto-czarnej kolorystyce domu, przypominało Harriet ogromny ul. Wrażenie owo potęgowały umieszczone gdzie się tylko da rośliny doniczkowe, z których spora część posiadała barwne kwiaty. Wszystkie obarczono eleganckimi etykietami z ich nazwami.
Prefekci rozdali im plany lekcji, na których dokładnie opisano, jak trafić do poszczególnych klas, omówili parę ogólnych spraw, po czym zaprowadzili ich do skrzydeł sypialnych, osobnych dla chłopców i dziewczynek. Tam zrobili dodatkowe ogólne rozeznanie pokazując toalety, łazienki, kosze na brudne ubrania i informując, że celem uniknięcia ewentualnych sporów, łóżka przydzieliły im skrzaty domowe, przy każdym stawiając bagaże.

Harriet z ciekawością zajrzała do dość przestronnej sypialni mieszczącej pięć szerokich, przypominających łódki łóżek. Skojarzenie nie było bezpodstawne – posłania zrobiono z przeciętych w pół, wielkich beczek, z których każdą ozdobiono fikuśnymi rzeźbieniami i osadzono między czterema kolumienkami, służącymi za stelaż ciężkiej złocisto-czarnej kotary, która niezasunięta nasuwała na myśl żagiel. Pod każdym z łóżek ułożono dywanik, zapewne mający chronić stopy od chłodu kamiennej podłogi w razie nocnej pobudki, zaś ściany ozdobiono licznymi obrazami – zarówno czarodziejskimi, ruchomymi jak i nie – przedstawiającymi sielankowe pejzaże i kwiaty.

Dziewczynka od razu zauważyła swoje bagaże, a tym samym i swoje przyszłe łóżko. Nie było to nazbyt trudne, bo tuż przy nich stała wyraźnie strapiona domowa skrzatka. Krucha, mierząca nieco ponad metr postać o zielonkawej skórze, nietoperzach uszach i wielkich, granatowych oczach spoglądała na nią z bezbrzeżnym smutkiem, nerwowo tłamsząc róg zrobionej z hogwartowskiej serwety tuniki.

– Straszne wieści panienko. Okropne – zakwiliła skrzatka, przeczesując długimi palcami krótko przycięte, ciemne włosy. – Tak bardzo mi wstyd. Nam wszystkim. Takie co s nie zdarzyło się tutaj od kilkudziesięciu lat…!

Jak tylko skrzatka zaczęła biadolić, Harriet zorientowała się, że podążająca za nią krok w krok Stella – sowa zeskoczyła z jej głowy, jak tylko weszli do pokoju wspólnego – schowała się pod łóżko. Właśnie wtedy ogarnęło ją to graniczące z pewnością przeczucie, tym bardziej, że zauważyła na przedramieniu skrzacie służącej trzy dość wymowne zadrapania.

–… Panienki sowa… Panienki sowa nam uciekła przy rozładunku wagonu bagażowego – wyrzuciła z siebie skrzatka, a krągłą twarz okrył ciemny rumieniec wstydu. – Jakoś udało jej się otworzyć drzwiczki klatki, a potem spanikowana wyleciała w noc, prosto w tą okropną burzę. Mieliśmy nadzieję, że może poleciała do sowiarni, ale niestety… Ani śladu…
Broda skrzatki zadrżała, wielkie oczy zaszkliły się niebezpiecznie.

Harriet skrzyżowała ręce na piersi, wzięła głęboki wdech na uspokojenie i głosem jak arktyczny wiatr powiedziała tylko jedno słowo.

– STELLA.

Sowa wychyliła spod łóżka i zaskrzeczała cicho, a skrzatka, wyraźnie nie oczekując takiego rozwoju wypadków aż pisnęła.

– Stella, możesz mi wyjaśnić, coś ty narobiła? – zapytała surowo Harriet.

Sowa oczywiście nie odpowiedziała, ale spuściła głowę, wbijając spojrzenie w szpony tak jakby było jej naprawdę wstyd. Z tyłu, wśród reszty pierwszoroczniaczek rozległy się ciche chichoty i komentarze, jaka ta sówka nie jest urocza. Niestety nie uratowało to Stelli przed złym wzrokiem i gniewną miną jej pani.

Harriet westchnęła ciężko. Naprawdę będzie musiała popracować nad krnąbrnym ptaszyskiem, bo to naprawdę przesadzało. O ile nie miała nic przeciwko temu, aby sowa spała z nią w pokoju czy pożerała puszkowaną karmę dla kotów, to terroryzowanie skrzatów domowych i ucieczki stanowczo wykraczały poza rzeczy, na które mogła przymknąć oko.

– Bardzo przepraszam za nią i za wszystko, co nawyrabiała – powiedziała w końcu, a skrzatka ponownie się zarumieniła. – W domu została przyzwyczajona do nieco innego trybu życia niż większość sów i chyba też trochę ją rozpuściłam. Naprawdę bardzo mi głupio. A ty i reszta skrzatów nie musicie się niczym przejmować, tym bardziej, że WSTĘCIUCHA ma się dobrze. To jej wina, a właściwie nasza wspólna, bo jej nie wychowałam, nie wasza.

– Naszym zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim pupilom studentów Hogwartu, nieważne jak te są krnąbrne, panienko – oświadczyła z zawodową dumą skrzatka. – Dlatego przepraszam za siebie i wszystkich, bo nie zachowaliśmy się należycie profesjonalnie. Czy moglibyśmy to panience jakoś wynagrodzić?

– Może nie wynagrodzić, ale… – Harriet spojrzała na Stellę i westchnęła głośno. Znowu. – Podobno zaopatrujecie zwierzęta uczniów, między innymi koty, w jedzenie. Macie kocią karmę? Znaczy taką w puszkach?

– Oczywiście.

– A byłoby to dużym problemem, gdyby Stella też dostawała? Wiesz… Ona nie bardzo lubi polować… – zająknęła się, przypominając sobie, jak jakieś dwa tygodnie przed wyjazdem sowa wrzuciła jej żywą wiewiórkę do łóżka. – Znaczy nie lubi zjadać tego, co upolowała, ale bardzo lubi kocią karmę w puszkach.

– To nie jest najmniejszy problem, panienko.

– Super. Dziękuję ci bardzo… Przepraszam, jak masz na imię?

Skrzatka zamrugała intensywnie, po to by po chwili ponownie pokryć się rumieńcem. Tym razem ów pokrył nawet czubki jej wielkich uszu. Najwyraźniej rzadko ktoś interesował się personaliami skrzatów.

– Paciorka – wyszeptała nieśmiało.

– Dziękuje ci Paciorko – posłała służce szeroki uśmiech. – Równa z ciebie babka.

Skrzatka zarumieniła się jeszcze bardziej, skłoniła głęboko i bąkając jakieś uprzejmości oraz pożegnania zniknęła. Rozbrzmiał cichy trzask i już jej nie było. Zapewne, jak przypuszczała dziewczynka, teleportowała się do kuchni.

Tymczasem Stella zdążyła już wskoczyć na łóżko i właśnie zaczęła się mościć w pościeli. Niestety dla sowy, Harriet nie zamierzała jej od tak odpuścić. Nie po tym, co ta nawyrabiała.

– TY! – wycelowała w nią palcem, a sowa zamarła w pół ruchu. – Jesteś niedobrą, złośliwą i rozpuszczoną sową. Podrapałaś biedną Paciorkę, tak? Pewnie też podziobałaś. Ją i ile jeszcze skrzatów, hm?

Stella zaskrzeczała z lekką pretensją, na co Harriet tylko bardziej zmarszczyła brwi.

– Nie próbuj robić z siebie ofiary! – fuknęła. – Wiem, że jazda wagonem bagażowym pewnie była nie przyjemna, ale jechały tam też inne sowy. Spokojne, niewystraszone, dla których to niepierwszyzna, wręcz normalka. Jakoś nie wierzę, że nie potraficie rozmawiać. Mogłaś zagadać i wypytać je o wszystko i pewnie tak zrobiłaś, ale musiałaś pokazać swoje kozły, tak? Do tego wyżywając się na biednych skrzatach, jakby nie dość miały w życiu ciężko!
Sowa skuliła się i wbiła spojrzenie w swoje szpony. Ponownie zaskrzeczała, tym razem jakby przepraszająco. Na dziewczynce jednak nie zrobiło to dużego wrażenia.

– Przegięłaś i masz szlaban. Śpisz dzisiaj w klatce! Żadnego wylegiwania się w pierzynie.
Stella spojrzał na nią i zahukała. Trochę buntowniczo, trochę prosząco. Bardzo przypominało to dziecięce „ale mamo…”.

– Oj nie moja panno. Jeszcze jedno huknięcie i będziesz spać w klatce przez tydzień. Albo w ogóle wyniosę cię do sowiarni.

Stella skuliła się zamykając oczy i zasłaniając głowę skrzydłami, przy czym zaskrzeczała żałośnie. Przypatrujące się scenie puchonki, natychmiast wydały z siebie przeciągłe „ooo”. Zerkając przez ramię Harriet zobaczyła cztery par rozpływających się nad uroczą sówką oczu.

– Oj, nie złość się na nią, widzisz, że jest jej przykro – dziewczyna w blond warkoczykach wzięła ptaka w obronę. – Pewnie to pierwszy raz, kiedy jest gdzieś poza sklepem z sowami albo twoim domem i się zestresowała.

– Właśnie – poparła ją ciemnooka dziewczyna o rudych włosach splecionych w gruby na pięść warkocz.

– Jejciu jaka ona jest mądra – zachwyciła się kolejna, właścicielka burzy drobnych, jasnych loczków tworzących wokół jej głowy swego rodzaju naturalny beret. – Nikt mi nie mówił, że sowy tak potrafią. Gdyby powiedzieli namówiłabym rodziców na jedną, nie ważne, że sąsiedzi dziwnie by się patrzyli!

Harriet nie musiała nawet pytać, żeby wiedzieć, że dziewczyna jest mugolaczką. W każdym razie, ekscytacja z jaką patrzyła na Stellę sprawiła, że sowa nieco się speszyła. Właściwie to wyglądała tak, jakby właśnie uznała, że kraty między nią, a tym dziwnym dwunogiem to nienajgorszy pomysł.

– Magiczne sowy są bardzo mądre i można je nauczyć wielu rzeczy. Mój wujek je hoduje – oświadczyła szatynka o krągłej, zaspanej twarzy. Kojarzyła się Harriet z obudzonym z głębokiej drzemki kotem. – Niestety to bardzo niezależne ptaki i rzadko zdarza się takie coś… Znaczy, że nawiążą taką więź z właścicielem. Zwykle tylko noszą pocztę i od czasu do czasu pozwolą się pogłaskać.

– Może to dlatego, że mało kto daje im smakołyki, pozwala spać w pościeli i biegać po całym domu – mruknęła Harriet, rzucając Stelli spojrzenie z ukosa. – A ty do klatki.

Sowa zaskrzeczała żałośnie robiąc łzawą, proszącą minkę. W tym momencie naprawdę przypominała kotka.

– Oj nie bądź dla niej taka. Odpuść jej ten jeden raz – poprosiła kędzierzawa dziewczyna. – Zrób to dla mnie.

– A ty to…?

– Megan! Megan Jones – dziewczynka wyciągnęła ku niej dłoń, uśmiechając się szeroko. – Dla przyjaciół Meg.

– Harriet Potter –powiedziała, a wraz z nią trzy pozostałe dziewczyny, po to by popatrzeć na siebie nawzajem i parsknąć śmiechem. Harriet znów średnio było do śmiechu. Jej policzki okrył lekki rumieniec.

– To wy się znacie? – zapytała Meg, unosząc ze zdziwieniem brwi.

– Nie tak do końca… – mruknęła blondynka, ciągnąc za jeden ze swoich warkoczyków. – Harriet jest dość znana w społeczności czarodziejskiej.

- Tak?

Harriet westchnęła ciężko, widząc pytające spojrzenie nowej koleżanki. Unikając wchodzenia w szczegóły i starając się nie brzmieć nazbyt cierpko, wyjaśniła sprawę. Reakcja dziewczyny była dość nietypowa, ale – dla Harriet – optymistyczna:

– Pokręcona historia. Niefajna. Wolę opowieści o mądrych sówkach i innych fajnych zwierzątkach.

– No to będziemy miały do pogadania, bo zwierzaki to jakby rodzinny biznes – stwierdziła szatynka. – Brat taty hoduje sowy, mama kuny domowe, siostra mamy koty, a wujek taty skrzydlate konie… Podczas zjazdów rodzinnych szału można dostać. A tak w ogóle to Lorelei Brown jestem. Tak, wiem, mama lubi legendy. I kuny.

– Kuny? – zapytała ruda. – A to nie lepiej fretki?

– Nie mów tego przy mojej mamie – powiedziała Lorelei poważnie. – Uważa  fretki za upośledzone krewniaczki kun, pod każdym względem gorsze i szału dostaje przy takich tekstach. Zresztą całą rodzinę mam nieco ześwirowaną. A tak w ogóle, to masz na imię…?

– Ach… Susan. Susan Bones – uśmiechnęła się ciut nieśmiało.

– A ja Hanna Abbot –przedstawiła się, słuchająca rozmowy blondynka w warkoczykach.

Harriet musiała przyznać, że nienajgorzej trafiła ze współlokatorkami. Żadna nie sprawiała odstręczającego wrażenia, żadna nie drążyła jej przeszłości ani niezasłużonej sławy, wszystkie wolały poplotkować o luźniejszych tematach. Szybko dowiedziała się, że mama Susan jest mugolką, ale ma brata czarodzieja, jeden ze skrzydlatych koni wujka Lorelai kiedyś się uwolnił i narobił porządnego zamieszania w Edynburgu, a Hanna piekielnie boi się węży i przy ceremonii przydziału drżała ze strachu, że trafi do Slytherinu. Sama nie mówiła zbyt wiele, woląc słuchać, tym bardziej, że niezbyt potrafiła się odnaleźć w grupie. Szczęśliwie dziewczyny szybko poszły spać. Stres, niepewność i ekscytacja oraz suta kolacja na wszystkich odcisnęły piętno, poza tym nazajutrz zaczynały zajęcia punkt ósma i to od transmutacji, jak wieść niosła, jednego z najtrudniejszych przedmiotów praktycznych. Podobno trudniejsze było jedynie zaklinanie, bo łączyło w sobie aspekty zarówno zaklęć, transmutacji jak i niektóre elementy eliksirów.

Przebrana w swoją ulubioną pidżamkę w kotki, Harriet zanurkowała pod kołdrę, a Stella wygodnie rozciągnęła się w nogach łóżka. Dziewczynka czuła się okropnie zmęczona, ale jednocześnie niezbyt senna. Zdarzenia minionego dnia, sprawiły, że dręczyła ją niepewność znajdująca ujście w gonitwie niespokojnych, pełnych obaw myśli. Słowa Tiary Przydziału, zdarzenie z blizną, do tego profesor Snape, to jego krytyczne, nieprzyjemne spojrzenie… Nie wspominając o tym, że pierwszego dnia zdążyła sobie zrobić wroga wśród uczniów. Ach, no i jeszcze woźny i pani Norris. Ta para… Oni byli jacyś inni. Inni niż się wydawali. Nie potrafiła tego sprecyzować i nie wiedziała czy kiedykolwiek będzie potrafiła, ale po prostu to wiedziała. Pytanie tylko czy ta ich dziwność była zła, dobra, czy raczej neutralna? Bez znaczenia? Nie wiedziała. A nie cierpiała nie wiedzieć takich rzeczy.

Obawy Harriet budziły też błahsze sprawy, jak chociażby rozmiary zamku. Jak miała się tu nie zgubić?  Owszem, dostała instrukcje jak się dostać do każdej klasy, a także do skrzydła szpitalnego i wielkiej Sali, niestety wszystkie opisywały jak tam trafić z dormitorium. Znowu przemieszczanie się pomiędzy salami i klasami… Nomen omen „czarna magia”. Co prawda miała dość dobre wyczucie kierunku, ale do tej pory wykorzystywała je głównie w centach handlowych, w których zarówno tata jak i wujek Lupin nagminne tracili orientację… Co w przypadku Lupina nieco ją dziwiło. W końcu był wilkołakiem prawda? Znaczy powinien mieć jakiś-tam podświadomy, zwierzęcy instynkt, pomagający mu w takich sytuacjach. Zresztą nieważne. Fakt, że posiadający wieże i lochy zamek to coś więcej niż alejki, przejścia i piętra dużego sklepu. Tak samo jak nauka magii to coś więcej niż lekcje w mugolskiej szkole. Podczas biologii nie groziło wysadzenie się w powietrze… No, może podczas chemii, ale Harriet przypuszczała, że trzeba byłoby się przy tym postarać. Chociaż z drugiej strony, przy swoim pechu, mogła doprowadzić do eksplozji nawet parząc herbatę.

Westchnęła. Chyba wolałaby być mugolem. Mugole mieli łatwiej.

Niedługo potem, zmęczenie wygrało z dręczącymi ją, niepokojącymi myślami i wizjami, tego, co może, ale nie musi, nastąpić. Powieki powoli opadły, a oddech dziewczynki stał się powolny i rytmiczny. Nie dręczyły ją żadne sny, chociaż trudno by nazwa senć dziewczynki w pełni spokojnym. Na granicy dzielącej świadomość od podświadomość nieustannie tańczyły otulone mgłą nieznanego niewyraźne przeczucia i wrażenia. Ani wrogie, ani przyjazne, bez kształtu czy postaci, po prostu istniejące. Usiłujące wyrazić to, czego na jawie umysł nie potrafił.

_____________________________________________________________________


EDIT: Tak zmieniłam trochę sposób dostania się do dormitorium puchonów. Powód był prosty - stukanie i beczka stanowią stałe, które łatwo podejrzeć. Podczas gdy reszta domów ma hasła lub skomplikowane zagadki logiczne, Hufflepuff miałby być tak nieostrożny? oj, co to, to nie ;) A przynajmniej nie u mnie.

Tak, dodałam też jeden przedmiot szkolny - zaklinanie. Dlaczego? cóż, poprostu tworzenie magicznych przedmiotów - jak na przykład mapa huncwotów - zasługuje według mnie na bycie osobną dziedziną magii. W końcu nie jest to tyle transmutacja przedmiotu czy rzucenie na niego zaklęcia, a w pisanie w ów magii. Poza tym historia, astronomia, transmutacja, eliksiry, zaklęcia, OPCM, zielarstwo i - na pierwszym roku/półroczu - nauka latania? Przepraszam bardzo, ale mugole w liceum mają więcej przedmiotów, więc niech i czarodziejom coś jeszcze się dostanie ;)

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 14 cze 2021, 20:50

III Kwestia spojrzenia (cz1)



Donośny alarm staromodnego budzika z dzwonkami sprawił, że Harriet dosłownie wyskoczyła z łóżka… czy raczej wypadła, nie wiedząc, co się dzieje ani gdzie jest. Stella miała podobnie. Wystraszona przeraźliwym dźwiękiem poderwała się do lotu i uderzyła w zamknięte okno. Teraz z lekka ogłuszona leżała na podłodze, tocząc niezbyt przytomnym spojrzeniem wokoło.

Minutę później rozdzwoniły się cztery pozostałe budziki. Każda z puchonek przyniosła swój, jednak dziewczyny wydawały się do potwornego dzwonienia przyzwyczajone. Natomiast Harriet… Cóż, większość życia wstawała przy pomocy elektronicznego budzika, takiego z radiem. Niestety w Hogwarcie elektronika niezbyt dobrze działała ze względu na silne pole magiczne. Elektryka zresztą też, dlatego, między innymi, jako źródło światła królowały tu świece i lampy naftowe. Oczywiście na wszystko istniał sposób. Aby mugolskie, prądożerne wynalazki działały w miejscach takich jak Hogwart poprawnie, trzeba było je potraktować tym, co zakłócało ich funkcjonowanie – magią. Przed wyjazdem, podczas odwiedzin wujka Lupina, zadbała o to, aby ten rzucił na jej walkmana parę czarów izolujących. Niestety nie wpadła na to, żeby tak samo postąpić z radiobudzikiem.

Po kilku, zdający się wiecznością sekundach, Harriet przypomniała sobie wczorajsze wydarzenia i jęknęła przeciągle. Zderzenie z podłogą z samego rana i to w poniedziałek nie wróżyło dobrze.

Półprzytomna i obolała, powoli wstała, przecierając oczy. Jej współlokatorki wyskoczyły z łóżek niczym tosty z tostera i pełne werwy zaczęły wykonywać wszystkie te drobne, ale konieczne, poranne czynności. No może poza Lorelai. Szatynka zdawała się poruszać w zwolnionym tempie, a do tego nieustannie ziewała. Jednak nawet ona zdołała już przyszykować sobie szaty. Tymczasem Harriet stała, gapiąc się przed siebie tępo i jakoś nie potrafiąc zaskoczyć. Zazwyczaj poranna rutyna nie sprawiała jej większych trudności, jednak tutaj… cóż, rutyna rutyną nie była, bo wszystko wokół stanowiło nowość. Począwszy od łóżka, poprzez drogę do łazienki po samą łazienkę.

– No raz-raz! – Hanna zaklaskała w ręce z energią, która – zdaniem Harriet – powinna być zabroniona przed dziewiątą rano. – Chyba się nie chcesz spóźnić pierwszego dnia, prawda?

Dziewczyna miała rację. Nie chciała się spóźnić, dlatego potrząsnęła głową i ruszyła do kufra po ubrania. Poranna dezorientacja, poranną dezorientacją, a czekająca ją transmutacja, transmutacją. Poza tym nie zamierzała przegapić śniadania – kiszki grały jej marsza.

Stella podążała za Harriet kok w krok. W tym do łazienki, gdzie z radością pochlapała się w umywalce, a potem wystraszyła starszą puchonkę nieoczekiwanie postanawiając sobie ulżyć po ludzku, w toalecie. Dziewczyna przeżyła lekki szok widząc siedzącą na sedesie sowę, która huknęła na nią, jakby ganiąc za nieprzyzwoitość. Jednak nie była zła, bo chwilę późnie setnie ubawiło ją, jak Harriet zmusiła krnąbrnego ptaka do umycia szponów po skorzystaniu ubikacji.

O ile ubranie i umycie się, nie było dla małej Potter dużym kłopotem, to poczesanie… Grzebień i szczotka od zawsze stanowiły jej nemezis. Jednak, jak zwykle, przy sporej dozie samozaparcia i zawziętości, zdołała spleść je w schludny warkocz… który po chwili zaczął sam z siebie się rozplątywać. Niepokorne kosmyki uciekały spod ciasno zawiązanych gumek, jakby w proteście przeciwko zniewoleniu. Zafascynowało to nawet Meg, która głośno zaczęła się zastanawiać czy jej włosy nie mają właściwości magicznych. Słysząc to Harriet, wystarczająco podenerwowana mało subtelnymi spojrzeniami na swoją bliznę, dokonała szybkiej ewakuacji z łazienki, a niedługo potem i pokoju wspólnego.

Kiedy dotarła do Wielkiej Sali, zalała ją fala dumy, bo samodzielnie trafiła na miejsce… A zaraz potem kolejna, bo Stella grzecznie została na zewnątrz, dostosowując się do wczorajszego przykazu. Jednak dumę szybko zagłuszyło burczenie w brzuchu. Nadszedł czas, aby zamordować nieco kalorii.

Co prawda śniadanie nie było tak wystawne jak uczta powitalna, ale więcej niż zadawalające. Jajecznica na boczku, tosty francuskie, kolorowe kanapki… Wszystkie ginęły w ustach Harriet z prędkością i w ilościach budzących wśród kolegów coś na wzór podziwu graniczącego z grozą. Nic dziwnego, że tak jak uprzednio klienci Dziurawego Kotła, tak teraz hogwartcy uczniowie zaczęli obstawiać, ile ta jest w stanie pochłonąć. Zresztą nie tylko oni. Gdyby ktoś zerknął na stół nauczycielski, dostrzegłby, jak profesor Flitwick ukradkiem szturcha nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami i z uśmiechem wskazuje na nią.

Harriet usilnie ignorowała mimowolnie wzbudzane zainteresowanie, więc nie miała o tym pojęcia. Za to doskonale wiedziała, że jeżeli szybko nie zagęści ruchów, to zaraz spóźni się na pierwsze zajęcia, a tego naprawdę nie chciała. Jednak los po raz kolejny pokazał dziewczynce, że ma w głębokim poważaniu jej życzenia.

Zgubiła się. W plątaninie sal, schodów, korytarzy i przejść straciła orientację do tego stopnia, że nie wiedziała nawet, jak wrócić do Wielkiej Sali. Na domiar złego, innych uczniów jakby wymiotło z zasięgu wzroku i nie miała kogo spytać o drogę. Wystraszona biegała od klasy do klasy zaglądając przez dziurki do klucza, w nadziei, że w środku dojrzy jakąś znajomą twarz albo chociaż sylwetkę profesor McGonagall. Niestety nic z tego. W końcu dotarła do masywnych, nieco podejrzanych drzwi miejscu, gdzie teoretycznie – biorąc pod uwagę układ budynku – powinien być korytarz. Bez przekonania, tracąc nadzieję, pochyliła się i zajrzała w dziurkę. Właśnie wtedy wyczuła za sobą cudzą obecność.

– Potter… Wścibska i bezmyślna jak twój ojciec, czy tak? – rozbrzmiał lodowaty, ostry głos, który natychmiast skojarzył się dziewczynce z mroźnym podmuchem.

Odwróciła się, po to, aby spojrzeć wprost w nieprzyjazne oblicze nauczyciela eliksirów. Paradoksalnie, mimo okoliczności, widok przyjęła z niejaką ulgą – może w końcu wydostanie się z tego labiryntu.

– Dzień dobry pro…

– Możesz mi wyjaśnić, czemu już pierwszego dnia nauki łamiesz szkolne zasady, Potter? – zapytał cicho, spokojnie, ale głos zawierał taką sugestię krzyku, że Harriet aż skurczyła się w sobie. – Czyżbyś sądziła, że jesteś ponad nimi?

– Szkolne zasady? – szepnęła nic nie rozumiejąc. – Jeżeli chodzi o to, czemu nie ma mnie na lekcjach, to się trochę zgubiłam… Właściwie to bardzo się zgubiłam i…

– Nie. Chodzi o to, czemu jesteś na trzecim piętrze, skoro przed wielką ucztą dyrektor jasno i wyraźnie mówił, że wchodzenie tutaj jest zakazane, a korytarz zamknięty!

Mężczyzna krzyknął tak bardzo, że dziewczynka wbrew sobie podskoczyła w miejscu. Przestraszona kilkukrotnie otworzyła i zamknęła usta, ale po chwili odzyskała jako taki rezon. W końcu nie pierwszy raz na nią wrzeszczano. Jeżeli chodzi o siłę głosu, Snape nie mógł się równać z wujkiem Veronem, kiedy puszczały mu nerwy.

– To ja jestem na trzecim piętrze? – mruknęła na poły do siebie na poły do mężczyzny, po czym marszcząc brwi i mimowolnie poruszając ustami, usiłowała odtworzyć swoją drogę z wielkiej sami, przy czym od czasu do czasu zerkała na trzymane cały czas w dłoni wskazówki od prefektów. W końcu zerknęła przez ramię na masywne drzwi. – To dlatego są inne niż reszta i nikogo tutaj nie ma…

Gdy ponownie spojrzała na profesora Snapea, ten miał bardzo specyficzny wyraz twarzy. Minę kogoś, kto zastanawia się, czy rozmówca naprawdę jest idiotą, czy tylko takiego udaje.

– Minus pięć punktów dla Hufflepuffu. Chyba, że ma panna jakieś obiekcje?

– Nie, ale mam prośbę. Może profesor mnie zaprowadzić do klasy transmutacji dla pierwszorocznych? Bo sama tam chyba nie trafię… – mimowolnie uderzyła w błagalny, a zarazem bardzo niepewny ton, czego sama przed sobą się wstydziła. W dodatku miała przeczucie, że wygląda jak przestraszone zwierzątko, które nawet nazbyt gwałtowny gest może spłoszyć.

Nauczyciel ni to westchnął ni to warknął, a jego twarz przybrała jeszcze bardziej nieprzyjemny wyraz niż przedtem.

– Dobrze… Za mną Potter, bo jeszcze znowu się zgubisz.

Schwycił jej ramię w żelazny uścisk, tak bardzo przypominający ten ojca, że niemal się wzdrygnęła. Jednak palce Snape'a, z racji, że były dużo szczuplejsze niż Jamesa Pottera, znacznie mocniej wpijały się w ciało. Mimo to nawet nie stęknęła, kiedy ciągnął ją za sobą.

Przez chwilę usiłowała zapamiętać trasę, jaką idą, ale szybko sobie odpuściła. Chociaż na każdym korytarzu wisiały zupełnie różne obrazy i gobeliny, w natłoku zdobień, szczególnie kiedy szło się tak szybko, wszystkie zlewały się w jedno. Co prawda istnieją osoby potrafiące rysować mapy w swoich umysłach, ale niestety dziewczynka do nich nie należała. Owszem, miała dobry zmysł kierunku, ale najwyraźniej owa umiejętność wymagała jeszcze jakiejś zdolności pośredniej. Po za tym, jak stwierdziła po chwili, próba późniejszego odtworzenia trasy i tak mijała się z celem, skoro nie wiedziała, jak się w ogóle znalazła na trzecim piętrze.

Po dłuższej chwili, kiedy ramię dziewczynki zaczęło nieprzyjemnie mrowić, oznajmiając, że uściska nauczyciela trwa zbyt długo, dotarli do szeroko uchylonych drzwi, zza których skąd dochodziły liczne szepty i szemrania, wśród których Harriet rozpoznała wiecznie podekscytowany głosik Meg. Z trudem powstrzymała się od westchnienia ulgi.

– Zgubiła się – z tymi słowami mężczyzna dosłownie wepchnął ją do środka i zostawił, szybkim krokiem ruszając w swoją stronę. Wyraźnie było mu nie w smak, że musiał marnować swój cenny czas na jakąś smarkulę, do tego córkę szkolnego wroga.

Dziewczynka potoczyła spojrzeniem po sali, intensywnie zastanawiając się, do kogo profesor powiedział to „zgubiła się". Chyba do reszty uczniów, bo nikogo poza nimi nie dostrzegła, a to znaczyło, że lekcja jeszcze się nie zaczęła. Na szczęście. Jedynie siedzący na biurku kot przypatrywał się je z pełnym dystansu, chłodnym zainteresowaniem… Jak to kot.

Uśmiechnęła się.

– Kotek. Chodź tu do mnie, kici, kici…

Zbliżyła się do zwierzęcia, a to nagle, ni z tego ni z owego przeobraziło się w profesor McGonagall. Zaskoczona Harriet wydała z siebie zduszony krzyk i odskoczyła do tyłu… A przynajmniej spróbowała. W trakcie skoku, jakimś sposobem zahaczyła o swoją szatę i runęła jak długa na podłogę, wyrzucając do góry ręce. Do góry też wzleciała jej torba, z której wysypały się przybory i podręczniki, tworząc na podłodze wokół dziewczynki interesujący kolarz.

– Ała – stęknęła. Stanowczo nie miała dziś dobrego dnia. Najpierw pobudka, potem zgubienie się i Snape, a teraz jeszcze to.

Zwykle w takich momentach salę lekcyjną wypełnia głośny śmiech, jednak wywrotka Harriet była na tyle malownicza, a kontakt z podłożem silny, że zamiast tego wszyscy jak jeden mąż wzięli głęboki wdech.

– Potter! Wszystko w porządku?! – nad dziewczynką zamajaczyło zmartwione oblicze nauczycielki.

– Chyba tak… poza tym, że życie mnie nie lubi.

Dopiero teraz salę wypełniły śmiechy. Niektóre tłumione, inne jawne, ośmielone tym, że i sama McGonagall nieznacznie się uśmiechnęła.

Starsza nauczycielka wyciągnęła pomocną dłoń, którą dziewczynka z wdzięcznością przyjęła, niezdarnie podnosząc się z podłogi.

– Ojciec ani wujkowie nie uprzedzili cię, że wśród nauczycieli jest animag? – zapytała profesor, unosząc brew.

– Nie – mruknęła Harriet, pospiesznie i nieco nieskładnie zbierając z podłogi swoje rzeczy. Dopiero, gdy powiedziała to słowo, zdała sobie sprawę, że brzmiało trochę jak „już ja sobie z nimi porozmawiam".

Podejrzliwe i nieco surowe spojrzenie nauczycielki nieco złagodniało, kiedy usłyszała jej ton, a nawet pojawiła się w nim iskierka rozbawienia. Prawdopodobnie dlatego została odesłana na miejsce bez przykrych komentarzy i odejmowania punktów domowi. Niestety puchon, którego imienia nie pamiętała, od komentarza nie potrafił się wstrzymać:

– Przed Ceremonią Przydziału próbowałaś głaskać kotkę Filcha, teraz panią profesor… Chyźnięta jesteś czy co?

Harriet udała, że tego nie słyszała w przeciwieństwie do McGonagall, która posłała chłopcu ostrzegawcze spojrzenie, na co natychmiast umilkł i wyprostował się w ławce.

– Jak przed chwilą to zaprezentowałam na sobie, transmutacja jest sztuką szeroko pojętej przemiany – zaczęła nauczycielka, a Harriet niezwłocznie złapała za długopis i przyjęła pozycję gotowej do notowania. – Właściwie to każdą sztukę magiczną, zarówno wytworzenie eliksiru jak i rzucenie jakiegokolwiek zaklęcia można określić mianem transmutacji, bo wszystkie wiążą się ze zmianą, która jest tu kluczowa…

Transmutacja, zgodnie z tym, co dziewczynka słyszała, okazała się przedmiotem niezwykle wymagającym i trudnym. Przez ponad godzinę męczyli teorię, potem przygotowywali się do dzisiejszego zadania – przemiany zabarwionej na czerwono cieczy w niebieską – po to aby w końcu spróbować dokonać tej trudnej sztuki. Jako że było to ich pierwsze w życiu czarowanie, nic dziwnego, że część uczniów nie zrobiła żadnych postępów, niektórzy dokonali nieznacznych zniszczeń, a większość jedynie nieznacznie zmieniła barwę cieczy, ale niekoniecznie na dobrą. Właściwie na całą klasę niebieski, chociaż nadal nieco przechodzący we fiolet, udało się uzyskać jedynie Lorelei. Meg, która najwyraźniej wybrała ją na najlepszą przyjaciółkę, przyjęła to z wielką radością i okrzykami typu „dajesz, jesteś najlepsza, przekoloryzujesz ich wszystkich!". W efekcie wybuchło lekkie zamieszanie i musiała interweniować profesor McGonagall. Siedząca w kącie Harriet, irracjonalnie dumna z uzyskanego przez siebie zimnego różu, była szczerze wdzięczna Meg za tę dawkę niepohamowanej ekspresji, która zabsorbowała uwagę wszystkich w około, dzięki czemu chwilowo zapomnieli o „Dziewczynce, Która Przeżyła" i jej porannej wpadce. Jednak, wychodząc z klasy, Harriet po prostu musiała zapytać nauczycielkę o pewną newralgiczną dla siebie kwestię:

– Pani profesor, przepraszam bardzo, ale czy wśród nauczycieli są jeszcze jacyś animagowie?

McGonagall z trudem tłumiąc uśmiech, odpowiedziała, że nie, na co dziewczynka odetchnęła z ulgą. Jeszcze znowu spróbowałaby jakiegoś pogłaskać. Albo – co gorsza – przez nieuwagę usiadłaby na którymś.

Następne w kolejności były zaklęcia. Przedmiot teoretycznie łatwiejszy niż transmutacja, ale dużo bardziej dynamiczny. Otóż po odbębnieniu teorii, dostali za zadanie lewitację strusiego pióra. Precyzując mieli je unieść na dwa metry w górę. Niektórzy nie odnosili zamierzonego skutku, inni tak, jeszcze inni tylko zrzucali pióra z ławek, ale zdarzały się i inne wypadki. Chłopak, który skrytykował ją na transmutacji, eksplodował swoje, jeszcze inny zamiast pióra lewitował Hannę, która, dyndając pod sufitem, zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć, znowu Meg jakimś sposobem zdołała zmienić swoje pióro w pocisk, który wbił się na centymetr w kamienną ścianę. Zresztą dziwnych wypadków zdarzyło się znacznie więcej, jednak – o dziwo – nie powstał przy tym najmniejszy chaos. Profesor Flitwick zdawał się mieć oczy wokół głowy i co chwilę przechwytywał jakiś przedmiot – albo ucznia jak w przypadku Hanny – bądź usuwał kogoś z pola bezpośredniego rażenia, czy też tłumił płomienie. Ekspresowo, raz za razem. Generalnie rzucający przydatnymi sugestiami, nieustannie chwalący i subtelnie karcący studentów nauczyciel bardziej przypominał precyzyjną maszynę niż istotę z krwi i kości. Trochę jak gobliny. W sumie, Harriet słyszała, że miał przodka wśród nich i stąd jego niewielki wzrost.

Idąc za radą Cedryka, po lekcjach zapytała mikrego profesora o świece, o to co się dzieje ze skapującym z nich woskiem. Mężczyzna, kiedy tylko usłyszał o nurtującej ją kwestii, zaczął wręcz emanować entuzjazmem charakterystycznym dla nauczycieli z powołania.

– Intrygujące, prawda? – mruknął, uśmiechając się od ucha do ucha. – Jeszcze bardziej intrygujące jest to, że mało kto się tym interesuje, nawet mugolaki. Wszyscy dziwią się, że świece latają, ale nikt nie pyta czemu nie kapią… Otóż spływający z nich wosk zbiera się w formach nowych świec, dzięki czemu go odzyskujemy. Świece są swego rodzaju autoświstoklikami. Wiesz, co to świstokliki?

Harriet zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie termin, bo gdzieś go już słyszała.

– Przedmioty do teleportacji?

– No, nie do końca do teleportacji, ale można powiedzieć, że tak. W każdym razie, w momencie kiedy kropla wosku ma już skapnąć, natychmiast przenosi się do formy nowej świecy. Ogromna oszczędność.

Jako, że Harriet nadal miała w pamięci niedawną lekcję transmutacji, nasunęło jej się kolejne pytanie:

– A nie można świec po prostu wyczarować? Znaczy wiem, że nie da rady wyczarować czegoś z nikąd, ale … No nie wiem… Nie można by przeobrazić kamieni albo piasku?

– No cóż, transmutacja to dziedzina, jak wam to niedługo profesor McGonagall uświadomi, usiana drobnymi wyjątkami, pułapkami i sporymi ograniczeniami. Otóż trwale przemienić jedną materię w drugą można tylko wtedy, jeżeli obie składają się z tych samych cząsteczek… Jak to mugole nazywają? A tak, atomów. W przeciwnym wypadku przemiana jest tylko tymczasowa, co tak bardzo boli alchemików. Owszem, niektórym udało się przemienić materię w energię, a tę skondensować i przetworzyć w materię innego rodzaju, jednak jest to proces bardzo niebezpieczny. Po pierwsze przemiany jednych pierwiastków w drugie mogą doprowadzić do zaburzenia równowagi w świecie i to na wszystkich możliwych polach, począwszy od możliwości zniszczenia środowisk naturalnych po upadek gospodarki. Po drugie… Cóż, sama przemiana materii w energię jest BARDZO trudna i wybuchowa. Niewielu czarodziejom udała się ta sztuka, chociaż, o dziwo, mugole opanowali ją za pomocą nauki. Jak na razie tylko jeden mag zdołał ponownie przetworzyć energię na materię.

– Mugolom się udało…? – Zaskoczona Harriet zamrugała, ale nagle coś jakby przeskoczyło w jej umyśle. – Bomba atomowa!

– A tak, zdaje się to tak nazywało. Straszny wynalazek. Wyparował sporo czarodziejów z Japonii podczas wielkiej wojny – mówiąc to jeszcze przed chwilą wesolutki profesor nieco posmutniał. – Ale zdaje się, że jest używany też do produkcji prądu, prawda?

– Tak, ale z tym był też niebezpieczny wypadek w Czarnobylu. Zdaje się coś wyciekło czy coś podobnego… - Zastanowiła się chwilę. – Generalnie te całe rozrywanie atomów, żeby mieć energię jest jak nóż. Można z nim zrobić mnóstwo pożytecznych rzeczy, można zrobić też komuś krzywdę. Ale przede wszystkim należy być z nim ostrożnym, bo bieganie z czymś ostrym w ręku i wymachiwanie tym, to nie jest dobry pomysł.

– I to jest wartościowe podsumowanie – ponownie szeroki uśmiech przeszył usianą zmarszczkami twarz. – Jesteś całkiem bystra Harriet, a z takimi osobami zawsze ciekawie się dyskutuje. A teraz leć na obiad. Z tego co pamiętam, następne macie zielarstwo, a ono wymaga sporej dawki energii.

Mówiąc to, puścił do niej oczko.

Jakieś półtorej godziny później musiała przyznać rację Flitwickowi. Zielarstwo istotnie wymagało energii, bo profesor Sprout stawała na rzęsach, aby zaangażować zarówno umysły jak i ciała studentów w zajęcia. Te średnio przypadły Harriet do gustu, może za wyjątkiem omówienia zasad bezpieczeństwa, czy też potencjalnych niebezpieczeństw mogących się czaić w magicznej szklarni, które uznała za całkiem interesujące. Jako że często oglądała zarówno programy naukowo-kryminalne, jak i te opisujące z perspektywy patologów zgony na wskutek różnorakich wypadków, „złapała falę". Z wielkim zaciekawieniem zaczęła podpytywać nauczycielkę o różne kwestie, między innymi o nawozy. Kiedy okazało się, że kobieta nie do końca wie, o co może jej chodzić, niemal z dumą uświadomiła profesorce, jak bardzo niebezpieczne te mogą być w odpowiednich, czy też raczej nieodpowiednich, warunkach. Przede wszystkim sztuczne, ale oczywiście nieomieszkana napomknąć, podpierając się bardzo barwnymi przykładami, że nawet zwykły kompost potrafi nieprzyjemnie zaskoczyć, podobnie jak odchody przeżuwaczy. Profesor przyjęła te rewelacje ze zmarszczonym czołem i miną stanowiącą zestawienie komunikatów „trzeba sprawdzić, czy to prawda", „jeżeli to prawda, to trzeba będzie podziałać, bo chyba pewnych rzeczy nie przewidziałam", „dziecko, jeżeli kłamiesz, to uwierz mi, rozliczę się z tobą".

Harriet wiedziała, że to, co powiedziała jest prawdą, więc z dumą przyjęła chmurny wyraz twarzy nauczycielki jako dowód, że właśnie odwaliła dobrą robotę, działając na rzecz bezpieczeństwa szkoły. Jednak duma szybko uleciała, gdy przyszło do pracy przy roślinach – brudnej i wymagającej sporo wysiłku – oraz poznawania różnicy między korą porowatą, a chropowatą, bo podobno była diametralna i niezwykle istotna… Przynajmniej z perspektywy czarodziejskiego botanika. Generalnie koniec zajęć powitała z niekłamaną ulgą.

Zmęczona natłokiem wrażeń resztę dnia – za wyjątkiem przerwy na kolację, kiedy to ponownie dokonała istnego spustoszenia wśród zaserwowanych dań – spędziła gnuśniejąc w pokoju wspólnym na jednej z sof, rozpuszczając Stellę i czytając przywiezione z domu tomiszcze. Gdyby z raz czy dwa na dłużej uniosła wzrok znad książki, zauważyłaby, że przyciąga sporo ciekawskich spojrzeń. Jednak tym razem nie jej blizna stanowiła przyczynę tego stanu rzeczy, a właśnie książka. Opasły podręcznik akademicki do psychologii w rękach jedenastolatki budził zdziwienie nawet wśród czarodziei czystej krwi, którzy nie do końca wiedzieli czym owa „psychologia" jest. Dlaczego w ogóle czytała coś takiego? Otóż, kiedy miała siedem lat, podobnie jak pozostali uczniowie klas pierwszych, zaliczyła wizytę u szkolnego psychologa – tryskającej energią blondynki o twarzy kojarzącej się z radosnym króliczkiem. Nasłuchawszy się sporo głupiego gadania kolegów, uznała tę wizytę za próbę znalezienia w szkole wariatów i ich wyłapania. Nic więc dziwnego, że na początku miała stosunek do psycholożki, panny Lake, jak pies do jeża. Jednak podczas rozmowy, początkowy dystans szybko stopniał. Kobieta wyjaśniła, że psychologia to żadne szukanie wariatów na siłę, tylko sposób na radzenie sobie ze swoimi i cudzymi problemami, a przede wszystkim klucz do poznania ludzi jako takich. Zrozumienia, dlaczego postępują tak a nie inaczej, co mogą zrobić w danej sytuacji oraz jak temu zapobiec, jeżeli trzeba. Sztuka osiągania kompromisów, budowania pozytywnych więzi, a także pomagania we właściwy sposób. Ze względu na niewesołą relację z ojcem, Harriet żywo zainteresowała się tematem i zaczęła czytać wszystkie pozycje związane z psychologią, jakie tylko wpadły jej w ręce. Miała nadzieję, że dzięki nim zdoła „zrobić tak, żeby tata był trochę milszy i częściej się uśmiechał". Niestety plan spalił na panewce, co dość boleśnie odczuła, jednak zainteresowanie dziedziną pozostało. Efekt? Cztery przywiezione do szkoły woluminy „na nudniejsze dni".

Nudniejsze dni… Szczerze powiedziawszy Harriet nie przewidywała wielu takich, a przynajmniej nie, kiedy zaczną się pierwsze sprawdziany i testy. Jednak na razie mogła cieszyć się spokojem, bo widoki na intensywne życie towarzyskie miała raczej marne. Powód był prosty – wśród puchonów, chociaż minął ledwie pierwszy dzień nauki, już zaczęły się tworzyć grupki, zaś ona do żadnej nie należała. Nie potrafiła się ot tak podczepić do kogoś. Justyn utworzył kwartet z Hanną, Susan i takim jednym chłopakiem o gentelmeńskich manierach… Chyba miał na imię Ernie. Meg i Lorelei zostały istnymi papużkami nierozłączkami, podobnie Wayne Hopkins i Albrecht Oddwell. Jedynie Zachariasz, chłopak, który dogadał jej na transmutacji, nie został adoptowany przez żadną paczkę. Jednak z nim nie miała zbytniej ochoty nawiązywać bliższych relacji. Co prawda nie należała do osób chowających urazy, ale czuła, że Zachariasz żywi do niej jakąś pretensję, chociaż nie miała pojęcia jaką, skoro wczoraj widziała go pierwszy raz w życiu.

W każdym razie, grupy koleżeńskie dopiero zaczęły się tworzyć, więc migracje między nimi były więcej niż możliwe. Jednak Harriet nie widziała dużych szans na adoptowanie przez którąś. Zarówno z obserwacji jak i własnego doświadczenia wiedziała, że ci, którzy z miejsca nie zostają przygarnięci i nie bardzo się o to ubiegają, zwykle zostają sami. Ubiegać się znów nie miała zamiaru, bo o ile wszyscy, za wyjątkiem Zachariasza, sprawiali wrażenie sympatycznych, to nadal ich nie znała. Nie wiedziała, czy naprawdę ich lubi… Znaczy czy lubi ich do tego stopnia, żeby tworzyć z nimi naprawdę zgraną drużynę, bo tylko taka paczka była coś warta, prawda?

Najbliższe dwa dni przekonały Harriet, że magia to nie przelewki. Nauczyciele nie zamierzali się cackać i dali im do wiwatu, od razu rzucając na głęboką wodę. Astronomia stanowiła niezwykle wymagający przedmiot pod względem teoretycznym i bolesny prztyczek w nos dla wszystkich nieznoszących matematyki. Reszta przedmiotów znów… Cóż, tu kłopot stanowiła praktyka, bo rzucanie zaklęć porządnie wyczerpywało psychicznie, a mierzenie się z nie zawsze pokornymi roślinami fizycznie. Właściwie to w natłoku zajęć jedyne wytchnienie stanowiła historia magii… czy też raczej historia i etnologia magii, bo na jednej połowie zajęć poznawali dzieje czarodziejstwa, a na drugiej uczyli się o czarodziejskich rasach i ich obyczajach. Przedmiot wyłącznie teoretyczny, nie wymagający twórczego myślenia ani zdolności analitycznych, ale ciekawy… Czy raczej ciekawy byłby, gdyby nie prowadzący go profesor, Cuthbert Binns, jedyny duch wśród nauczycieli i największy nudziarz z całego grona pedagogicznego. Dlaczego? Bo osobę, która przez dwie godziny z rzędu potrafi monotonnym, wypranym z emocji głosem recytować wiadomości z podręcznika inaczej nazwać nie można. Właściwie to momentami miała wrażenie, że profesor, bardziej niż swoim przedmiotem, interesuje się uczniami. Chyba nikt poza nią tego nie zauważył, ale duch nieustannie ich obserwował. Obojętnie, ale niezwykle uważnie, jakby patrzenie stanowiło esencję jego istnienia. Zaintrygowana, spróbowała o to podpytać Cedryka, jednak ten wydawał się zaskoczony samą możliwością, że martwy historyk mógłby interesować się swoimi studentami. Chłopak wyraźnie widział w nim jedynie potrafiący sprawdzać testy magnetofon, którego przeznaczeniem było cykliczne odtwarzanie informacji i nic więcej. Dlatego, dochodząc do wniosku, że podobne spojrzenie na widmo ma pewnie i reszta uczniów, postanowiła zagadnąć któregoś z profesorów. Padło na Flitwicka, którego z grona profesorskiego polubiła najbardziej. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Co prawda nauczyciel napomknął, że w przyszłości o tego typu rzeczy powinna pytać samych zainteresowanych, jednak udzielił też wyczerpującej odpowiedzi. Otóż, jak wyjaśnił, profesor Binns patrzył na wszystko jak na element historii, w tym na bieżące wydarzenia. Dlatego też wszystko obserwował i zapamiętywał, aby w przyszłości móc to przekazać dalej, już jako fakt historyczny. W końcu Hogwart niejednokrotnie pełnił ważną rolę w dziejach czarodziejstwa, szczególnie brytyjskiego, podobnie jak jego uczniowie.

Harriet czuła się nieco dziwnie z świadomością, że dla profesora Binnsa jest czymś w rodzaju żywej historii, którą warto by wpiąć do podręcznika… Co zresztą zrobiono, w końcu Hermiona przeczytała o niej w „Historii Magii" Bathildy Bagshot. Z drugiej strony chyba wolała to od bycia traktowaną jak celebrytka.

Rozważania na temat profesora Binnsa i jego podejścia do świata, szybko poszły w odstawkę, bo wir nowych zajęć pochłonął ją bez reszty. I tak, nie wiedzieć kiedy, w czwartek z samego rana stawiła się na zajęciach z obrony przed czarną magią przygotowana niemal na wszystko. Oczekiwała, że nadchodzące dwie godziny będą niezwykle intensywne, pełne teorii opisującej straszliwe efekty złowrogich zaklęć, a potem wyczerpujących ćwiczeń w rzucaniu czarów ochronnych i przeciwzaklęć… Czy też raczej czaru bądź przeciwzaklęcia, bo na każde potrzeba było kilku zajęć. Niestety się myliła. Nerwowy niczym rozdygotany ratlerek profesor Quirrell nieustannie się jąkał, a czasem nawet zacinał na dłuższą chwilę i raz za razem zerkał przez ramię, jakby lada moment miały zaatakować go czarnoksięskie monstra. W efekcie teorię ograniczył do minimum, bo na wykrztuszenie z siebie prawdziwego wykładu, zwyczajnie nie starczyłoby mu czasu. Jeżeli znów chodzi o praktykę… Cóż, spiął się w sobie, aby poprawnie sformułować zaklęcie i pokazać, jak je rzucić. Potem niestety nastąpiło jedno wielkie „radźcie sobie sami".

Harriet dowiedziała się od Erniego, że powodem nerwowego zachowania profesora jest zeszłoroczna podróż do Albanii. Wedle słów chłopaka, narobił sobie wtedy wielu potężnych wrogów, a w albańskiej puszczy doświadczył czegoś przerażającego. Dlatego też nieustannie nosił ten okropny, dziwnie pachnący turban – nakrycie głowy podobno chroniło przed czarną magią. Skąd Ernie to wszystko wiedział, nie miała pojęcia, jednak jego opowieść wystarczyła, aby zaczęła nauczycielowi współczuć. Wiedziała jak okropne jest uczucie zaszczucia, a do tego Quirrell sprawiał wrażenie jakiegoś takiego delikatnego, wręcz kruchego, co jednak nie miało nic wspólnego z jego wyglądem. No i te smutne oczy… Pełne rezygnacji i zmęczenia.

Niestety u boku współczucia Harriet, szybko pojawiła się niezręczność. Otóż dziewczynka nie mogła nie zauważyć, że profesor przygląda się jej częściej i uważniej niż innym, ale nie tak jak Binns, obojętnie. Spojrzenie Quirrella było natarczywe. Do tego częściej się jąkał, kiedy stała blisko. Przypuszczała, że to efekt sławy Dziewczynki, Która Przeżyła, jednak podobna reakcja ze strony nauczyciela naprawdę ją rozczarowała. Rozumiała, że niektórzy koledzy mogą przez jakiś czas sprawiać pod tym kątem problemy, ale żeby i profesor…

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 17 cze 2021, 21:14

III Kwestia spojrzenia (cz. 2)
...
Czasami miała wrażenie, że blizna po zaklęciu Voldemorta, to piętno. Klątwa mająca sprawić, aby inni postrzegali ją bardziej jako rzecz niż normalną osobę.

Koniec końców, obrona przed czarną magią okazała się nie trzymać poziomu, jaki pokazali nauczyciele pozostałych zajęć praktycznych. Harriet czuła się tym nieco zawiedziona, jednak potrafiła też dostrzec jasne strony: nie przemęczyła się nadto. To znów stanowiło dobrą informację, bo co do charakteru następnych zajęć – eliksirów – nie miała złudzeń. Po pierwsze profesor Snape wydawał się być… No cóż, straszny. Po drugie otaczała go sława surowego, wymagającego i dość nieprzyjemnego w obyciu. Po trzecie nie lubił się z jej ojcem i wujkami. Wiedziała, że jest na celowniku. Owszem, teoretycznie nauczyciel mógł być ponad swoje uprzedzenia i traktować ją na równi z innymi, ale jakoś wątpiła w taki scenariusz. Szczególnie po tym, jak wpadł na nią na trzecim piętrze. Owszem, owo spotkanie mogło się potoczyć o wiele gorzej, ale i tak nie należało do przyjemnych. Sińce, jakie zostawiły szczupłe palce mężczyzny na jej ramieniu, nieprędko miały zejść.

Sława mistrza eliksirów naprawdę go wyprzedzała. Jeszcze przed jego wkroczeniem, do umiejscowionej w lochu sali – zwyczajnym wejściem tego nie można było nazwać, bo Snape nie chodził, tylko kroczył – klasa zachowywała się niezwykle cicho, natomiast, gdy się pojawił, zamarła. Falujące, czarne szaty, zimne, nieprzyjazne spojrzenie zarazem spode łba i z góry, plecy wyprostowane jak u wojskowego. Harriet odniosła wrażenie, że patrzy na przedstawienie i może poniekąd miała rację, bo w czarnych oczach dostrzegła błysk zadowolenia. Profesor wyraźnie lubił wzbudzać lęk.

Harriet automatycznie zaczęła starać się wyglądać na struchlałą, doskonale wiedząc, że podejście „na luzie" natychmiast uczyni z niej cel, którym, co prawda i tak już była, ale nie aż tak bardzo ja być mogła.

Nagle czarne oczy spoczęły na niej, a wąskie usta wygiął kpiący uśmieszek… Jakoś nie była tym zaskoczona.

– Proszę, proszę. Panna Potter zdołała dotrzeć na moje zajęcia. Nie zgubiła się panna? Nie pomyliła pięter?

Harriet nie odwróciła wzroku. Podobna reakcja pogorszyłaby tylko sytuację, bo stanowiłaby jasny sygnał, że jest łatwą ofiarą. Dlatego patrzyła mu prosto w oczy, jednocześnie przybierając najbardziej pokorny wyraz twarzy, na jaki było ją stać.

– Na szczęście nie, panie profesorze.

Po zdającej się trwać wieczność chwili, Snape przerwał kontakt wzrokowy i ruszył do biurka, aby sprawdzić obecność. Wypowiadał jedno nazwisko za drugim w sposób, który nasuwał Harriet na myśl wezwanie do rozstrzelania. Jedynie „Potter" wypowiedział jak przekleństwo.

– Wszyscy są, jak miło – mruknął, z trzaskiem zamykając dziennik. Uśmiechnął się krzywo i przeciągnął wzrokiem po klasie. – Możecie odłożyć różdżki. Tutaj nie będzie żadnego machania łapami ani bablania zaklęć. Ręce radziłbym trzymać przy sobie, jeżeli nie jest koniecznym, aby w danym momencie w określony sposób ich użyć, w przeciwnym razie możecie je stracić. A niestety nawet nasza nieoceniona pielęgniarka, pani Pomfrey, nie jest w stanie uleczyć wszystkich obrażeń – tu pozwolił sobie na krótką pauzę okraszoną paskudnym uśmiechem. – Sztuka eliksirów to sztuka skupienia, dokładności i bacznie prowadzonej obserwacji. Nieodpowiednio starta kość gryfa i wywar można wylać do zlewu. Zbyt późno zauważona zmiana barwy bądź dodanie złego składniku? Cóż, sama nieprzydatność eliksiru, jest tu wersją optymistyczną, bo konsekwencje podobnej pomyłki mogą być dużo większe. Wykipienie żrącej substancji, toksyczne opary, eksplozja. Chwila nieuwagi i trzeba ewakuować całą klasę. Dlatego też dobrze byłoby, żebyście mnie SŁUCHALI!

Marszcząc brwi, posłał komuś siedzącemu za Harriet mordercze spojrzenie. Dziewczynka zaryzykowała zerknięcie przez ramię i zobaczyła szeroko uśmiechniętą twarz Meg.

– A w ostatnich latach zdarzył się jakiś porządny wybuch? I jak duży był? Trzeba było zamykać lochy? Bo eliksiry są w lochach, żeby w razie czego można było odciąć teren zagrożony od reszty szkoły, prawda?

– Panno Jones, czyżby usiłowała być pani zabawna? – warknął, gromiąc ją spojrzeniem, co jednak zdawało się nie robić na Megan żadnego wrażenia. Dziewczyna jedynie przekrzywiła po ptasiemu głowę, przyglądając się mu z ciekawością.

– Nie. – Oświadczyła po chwili. – Po prostu dwa lata temu przeczytałam w podręczniku brata o doświadczeniach z saletrą i innych takich, i na wakacjach u dziadków razem z kuzynem postanowiliśmy zrobić własny eksperyment. Zmiotło całą szopę dziadka, a młot do węgla przeleciał z piętnaście metrów i zabił gęś, co się akurat dobrze złożyło, bo miała być w niedzielę na obiad. Dziadek był wściekły, ale babcia się cieszyła, bo w szopie cichcem pędził bimber, a to ją okropnie wkurzało. Pewnie dlatego, znaczy przez ten bimber, wybuch wyszedł trochę większy niż planowaliśmy. W każdym razie byłam ciekawa, jak wyglądają magiczne wybuchy, bo teoretycznie powinny być dużo ciekawsze.

Snape zrobił minę jakby właśnie dostał bolesnej i niezwykle gwałtownej obstrukcji, a na jego skroni pojawiła się pulsująca żyłka.

– Panno Jones, jeżeli kiedykolwiek na mojej lekcji rozmyślnie doprowadzi pani chociażby do najmniejszej eksplozji, dopilnuję, żeby w trybie natychmiastowym wydalono panią ze szkoły.

Mówiąc to Snape brzmiał tak, jakby to sama otchłań przemówiła, a Harriet zaczęła poważnie wątpić, że po takim czymś koleżanka dożyłaby wyrzucenia z Hogwartu.

– No, rozmyślnie na pewno tego nie zrobię, bo nie chciałabym, żeby kogoś spotkało to co gęś. Albo szopę. Bo myślę, że wybuch mógłby zrobić z człowiekiem to samo, co z szopą. Tyle że wyglądałoby to trochę jak w tedy, kiedy wujkowi Samowi, wujek jest rzeźnikiem, zepsuła się na zakładzie rozdrabniarka do mięsa i zaczęła wszystko z siebie wyrzucać. Krew i strzępy mięsa były dosłownie wszędzie. Ale zawsze fajnie jest posłuchać ciekawych historii. Albo je poopowiadać.

Meg sprawiała wrażenie całkowicie szczerej, a w jej oczach, twarzy i tonie głosu nie można było się doszukać chociażby śladu kpiny. Prawdopodobnie dlatego Snape z miejsca nie odjął Hufflepuffowi sporej liczby punktów. Zamiast tego patrzył na nią, jak pielęgniarz szpitala psychiatrycznego na nieprzewidywalnego pacjenta, który właśnie wydostał się z kaftana bezpieczeństwa. Nie był w tym osamotniony. Siedzący ławkę obok Megan krukon wyglądał, jakby chciał zapytać, czy może się przesiąść poza potencjalne pole rażenia puchonki, jednak – koniec końców – brakło mu odwagi.

Harriet odetchnęła nieco. Niby Meg tylko bardziej rozdrażniła Snape'a, ale z drugiej strony przerzuciła jego uwagę na siebie. Właściwie to mogła iść o zakład, że „panna Jones" jest pierwszym od wielu lat uczniem całkowicie odpornym na jego „urok" osobisty, co wyraźnie było mu nie w smak.

„Może nie będzie tak źle? Może będzie zbyt zajęty nią, żeby na mnie zwracać uwagę?" – pomyślała z nadzieją.

Nadzieja nie trwała jednak długo. Nauczyciel obwieścił, że skoro Megan uważa takie historie za ciekawe, to prawdopodobnie ma niezdrowe skłonności i jest potencjalnie niebezpieczna, a potem, zauważywszy, że Harriet przygląda się scenie, posłał jej nieprzyjemne spojrzenie. Zupełnie jakby chciał powiedzieć „No dalej, zaśmiej się albo chociaż uśmiechnij. Zrób mi tę przyjemność…"

Szczęśliwie lekcja nie mogła poprowadzić się sama, dlatego Snape, musiał skupić się na czymś innym – na nauczaniu. Te znowu, całkiem nieźle mu wychodziło… Przynajmniej w opinii Harriet. Szczególnie spodobał jej się wykład. Owszem, profesor wplatał w niego rozmaite, niekoniecznie przyjemne aluzje, ale to tylko dodawało całości intrygującego dreszczyku. Do tego władczy, pełen nieokreślonej groźby ton, ruchy nasuwające na myśl poirytowanego tygrysa, czujne, jakby podejrzliwe spojrzenie. Prawdziwy teatr, a Harriet potrafiła docenić dobre przedstawienie. Poza tym eliksiry jako takie wydawały się przedmiotem bardzo przydatnym i dość interesującym. Szkoda tylko, że nauczyciel nie znosił jej za sam fakt istnienia. Jednak podobna kolej rzeczy, niespecjalnie ją dziwiła, chociaż budziła pewne przygnębienie.

„Cóż, zaklęcia i tak są dużo ciekawsze, a profesor Flitwick jest jedną z najmilszych osób jakie w życiu poznałam, o ile nie najmilszą" – pomyślała, przyglądając się Snape'owi, gdy ten prezentował im składniki, których będą używać do dzisiejszego eliksiru.

Część praktyczna zajęć nie była jakoś bardzo trudna, ale Harriet, nie chcąc przypadkiem podpaść jeszcze bardziej, poświęciła jej niemało uwagi, wykonując każdą, nawet najmniejszą czynność z niesamowitą dokładnością. Jako że z natury wykazywała tendencję do bałaganiarstwa i lekkiej niechlujności, wymagało to od niej sporo wysiłku. Pomyśleć by można, że zostanie to docenione, ale nie.

– Na boga, Potter. Mówiłem, że należy uważać, co się robi, ale szatkowanie nie wymaga żadnej, wielkiej filozofii… No chyba, że to przekracza twoje skromne zasoby intelektualne. Zagęść ruchy, bo nie skończysz do końca zajęć, a nie mam zamiaru marnować swojego cennego czasu na ślamazary.

Uwaga nie sprawiła jej szczególnej przykrości, ani nie zezłościła. Ze strony taty na co dzień słyszała o wiele więcej, o wiele gorszych przytyków. Takich potrafiących sprawić, że czuła się słaba, nic nie warta, brzydka i bezużyteczna. Snape z kolei był kimś obcym, więc nawet gdyby naprawdę się postarał, nie potrafiłby jej skrzywdzić, a przynajmniej nie słowem. Jednak doskonale sobie zdawała sprawę jak bardzo profesor może uprzykrzyć jej życie. Nie wspominając, że bycie uwikłaną w nieswój konflikt, tak jak i bezpodstawnie krytykowaną, to nic przyjemnego. Niestety, jedyne, co mogła z tym zrobić, to pozwolić sobie na ciche westchnienie pod nosem i jakoś przecierpieć.

Zresztą, jeżeli chodzi o przecierpienie, to większość uczniów miała, co do lekcji z Snape'em, podobne odczucia. Dało się to jasno wyczuć po zajęciach, kiedy puchoni wrócili do pokoju wspólnego.

– Boże, jaki terrorysta – mruknęła Susan. – Patrzył na nas jak na sowie wypluwki.

– „Na nas", znaczy chyba na puchonów – westchnął przygnębiony Justyn. – W stosunku do krukonów wydawał się uprzejmiejszy. Ledwo, ledwo, ale jednak.

– To nie tajemnica, że nie lubi naszego domu najbardziej ze wszystkich – odezwał się Wayne, a stojący obok Albrecht mu przytaknął.

– Ale czemu? Jak był dzieciakiem miał zatarg z puchonami? - zapytała Hanna.

– Snape to były ślizgon, a ślizgoni tak ogólnie to najmniej lubią Hufflepuff… Znaczy ślizgoni jako dom. Tak normalnie, to wiadomo, podejście indywidualne. Czy cię polubię, zależy od tego, jaki jesteś – wyjaśnił Ernie. – W każdym razie, mają nas za mięczaków czy coś w tym stylu.

Przysłuchując się temu Harriet przypomniała sobie słowa Rona, jakoby Hufflepuff był „miękkim" domem. Najwyraźniej uważali tak nie tylko ślizgoni, ale też gryfoni. A może i krukoni. Zresztą niepochlebne opinie słyszała i o innych domach. Do Gryffindoru podobno trafiały same „gorące głowy", które pierw robiły, a potem myślały i tylko szukały okazji do wpakowania się w kłopoty. Krukoni nie mieli poczucia humoru, nie potrafili się bawić i traktowali wszystkich z góry, a ślizgoni… Cóż, ktoś określił Slytherin gniazdem oportunistycznych, dwulicowych żmij gardzących wszystkim, co mugolskie. Osobiście Harriet uważała, że domowi węża dostała się najgorsza łatka ze wszystkich.

– Nie chodzi tylko o to – mruknął Albrecht, drapiąc się po kędzierzawej głowie. – Sześć lat temu był tu taki jeden puchon, co narobił Snape kłopotów. Jednocześnie go podpalił i przymroził. Znaczy ten puchon był całkiem dobry z eliksirów i jak już zdawał eliksir do oceny, a potem miał chwilę wolnego, to sobie trochę eksperymentował. No i wymyślił „eliksir zimnych płomieni". Znaczy taki eliksir, co „zapala" wszystko oprócz szkła i metalu, ale „ogień" wydziela chłód zamiast palić. Tak lekko mrozi. No i dość trudno go zgasić, a sam z siebie gaśnie dopiero po dwudziestu minutach czy coś. No i ten lodowy ogień go przymroził, znaczy Snape'a przymroził i ten złapał okropną grypę, na którą nawet eliksir pieprzowy pani Pomfrey średnio działał. No i był też jakiś wypadek, no bo człowiek może się wystraszyć, kiedy nagle staje w płomieniach, co nie? No i od tamtej pory Snape uważa Puchonów za nieobliczalnych idiotów, tym bardziej niebezpiecznych, im bardziej są inteligentni. No i zwalcza nas na lekcjach, żeby żaden nie zdobył SUMa na tyle wysokiego, żeby kontynuować eliksiry po piątej klasie. Uważa, że puchon, który ma dostęp do zaawansowanych eliksirów, to tykająca bomba.

– SUMa? – zapytała Harriet.

– SUMy to Standardowe Umiejętności Magiczne. Testy w piątej klasie. Bardzo ważne. Trochę jak te… Mugolskie egzaminy końcowe – wyjaśnił Ernie. – Potem w siódmej są ZUMy. Zaawansowane Umiejętności Magiczne. No, ale ZUM'y są nieobowiązkowe.

– Ech… Testy, tak? Jakoś nie dziwi mnie, że ani tata ani wujkowie o nich nie mówili – burknęła. – Woleli wspominać… przygody. A ten puchon, który podpalił Snape'a, to jak skończył…?

– Całkiem dobrze. – Albrecht wzruszył ramionami. – Skończył szkołę, został alchemikiem, wyjechał do Kanady i otworzył tam wielki sklep. Mój kuzyn tam pracuje. Zresztą od niego o tym wszystkim wiem. Był razem z tym kolesiem na roku.

– A tak w ogóle, to on się ciebie tak uczepił? – zapytała Hanna. – To Meg powinno się najbardziej oberwać, ale to na ciebie zawarczał i to właściwie bez powodu.

Harriet otworzyła usta, ale nie zdążyła wydobyć z siebie dźwięku, bo uprzedził ją Albrecht.

– Snape i jej stary mieli na pieńku w szkole. Non stop żarli się ze sobą, w dodatku Snape bujał się w jej mamie… Właściwie to nawet się przyjaźnili, ale po tym, jak w nerwach nazwał ją szlamą, przestała się do niego odzywać. No i koniec końców wyszła za jego szkolnego wroga. No i Harriet jest córką jego szkolnej miłości, która go odrzuciła i szkolnego wroga.

Harriet zamrugała.

– No o tym, że mama przyjaźniła się ze Snape'em, a ten się w niej kochał nie wiedziałam. Tylko, że nie znosił się z tatą i jego kolegami – mruknęła do siebie, ale na tyle głośno, żeby reszta ją słyszała. – Do tego trafiłam do Hufflepuffu, którego nie cierpi. Boziu… Mam przesrane i to bardziej niż publiczny kibel.

– Albrech, a skąd, na boga, wiesz o Snape'ie i mamie Harriet? – zapytał wyraźnie zaintrygowany Ernie.

– Tata był na roku z Potterem i Snape'em – Wyjaśnił Albrecht. – Powiedział mi o tym, przy okazji rozmowy o eliksirach i poradził, żebym nie siedział na nich z Harriet w jednej ławce, bo mogę oberwać rykoszetem. Generalnie mam trochę taką rodzinę, co to wszystkich zna i o wszystkich coś wie. Na ten przykład babcia to dobra koleżanka Sprout i McGonagall.

– Harriet nie łam się. – Susan uśmiechnęła się pocieszająco. – Może nie będzie aż tak źle. Wystarczy się nie przejmować. Widzisz, Meg powiedziała, że profesor jest całkiem zabawny.

Harriet posłała Susan bardzo wymowne spojrzenie, podobnie jak reszta pierwszorocznych puchonów, wśród których nie było jedynie Zachariasza, Lorelei i właśnie Megan. Wszyscy podejrzewali, że „panna Jones" ugruntuje w profesorze opinię o puchonach jako nieprzewidywalnej i potencjalnie niebezpiecznej bandzie.

W każdym razie, wydarzenia ostatnich godzin sprawiły, że Harriet podupadła na duchu i nawet suty posiłek nie poprawił jej nastroju. W dodatku cały czas wisiała nad nią świadomość, że jutro znowu będą mieli eliksiry i to w podwójnej dawce, ale tym razem nie z krukonami tylko pierw gryfonami, a potem ślizgonami. Swoją drogą to irytujące. Z nieznanych jej przyczyn plan zajęć ułożono tak, że każdy dom miał zajęcia ze wszystkimi innymi. I tak, przykładowo, pierwszy rok Hufflepuffu w ciągu tygodnia zaliczał po kolei transmutację z Gryffindorem, Slytherinem i Ravenclawem. Podobnie z pozostałymi przedmiotami, za wyjątkiem historii magii i astronomii, gdzie ryzyko eksplozji czy przypadkowego zaklęcia było nikłe, więc wszyscy mogli mieć lekcje razem. No i latania, ale latanie nie do końca było typowym przedmiotem szkolnym. Nie dostawało się z niego ocen, ani nie organizowano z niego egzaminów… Przynajmniej tak słyszała Harriet. Po prostu, jako że latanie na miotle stanowiło podstawowy sposób podróżowania czarodziejów, uznano za dobry pomysł przeprowadzenia odpowiedniego kursu. Tak na wszelki wypadek, żeby nie uczniowie nie pozabijali się, chcąc odwiedzić sąsiadów.

Rozmyślając o rozkładzie planu lekcji, Harriet nieśpiesznie wędrowała szkolnym korytarzem, a krok w krok za nią człapała Stella. Uznała, że zarówno jej jak i sowie przyda się nieco ruchu, więc postanowiła skorzystać z tego, że na zewnątrz chwilowo nie pada. Liczyła, że dzięki świeżemu powietrzu, zdoła zwrócić myśli ku nieco przyjemniejszym sprawom niż jutrzejsze eliksiry.

Nagle poczuła, że jest obserwowana. Rozejrzała się i napotkała spojrzenie złotych oczu.

– Ach… dzień dobry Pani Norris – przywitała się z kotką, przywołując na twarz słaby uśmiech. – Jak dzień? Mam nadzieję, że trochę lepiej niż mój.

Stella zaskrzeczała gwałtownie i posłała Harriet obrażone spojrzenie, jednocześnie stając na drodze do kotki.

– Oj nie bądź zazdrosna, głuptasie – zachichotała pod nosem. – Pani Norris to pracownik szkoły. Wypada jej okazać troszeczkę uprzejmości i szacunku… Szczególnie, że reszta uczniów tego nie robi.

Uszy koki drgnęły, a źrenice zwężyły się do tego stopnia, że stały niemal niewidoczne. Podejrzliwość zwierzęcia była wyczuwalna do tego stopnia, że Harriet niemal czuła jej smak.

Stella przekrzywiła głowę i zahukała zaintrygowana.

– E… Tak że tego… To my sobie pójdziemy, co? Chciałybyśmy się ze Stellą pobawić trochę na dworze, bo w domu rzadko mam okazję. Ym… Miłego popołudnia. Tak.

Właściwie Harriet nie wiedziała, czemu tłumaczy się kotu woźnego, ale miała wrażenie, że Pani Norris doskonale ją rozumie. Jak człowiek. A może nawet lepiej niż przeciętny człowiek.

Speszona milczącym, ale więcej niż oceniającym spojrzeniem czworonożnego stróża, ruszyła przed siebie, chcąc czym prędzej zniknąć z pola widzenia kotki. Niestety na schodach natknęła się na kolejnego hogwardzkiego strażnika, tym razem ludzkiego.

– Dzień dobry panu, panie Filch – mruknęła, jednocześnie schodząc na bok, by prędko go wyminąć, jednak nagle coś jej wpadło do głowy. – Ym… A tak przy okazji, mogę o coś pana spytać?

Woźny, który zdążył już wejść parę stopni w górę, odwrócił się, spoglądając na nią z góry.

– Tak?

– No… Trochę mnie dziwi plan zajęć. To, że ułożono go tak, żeby każdy dom miał każde zajęcia z każdym. Wiem, że nie pan go układa, ale może pan wie, czemu to tak zrobiono? Nie prościej byłoby utworzyć stałe grupy?

– Na pewno prościej, ale chodzi o to, żeby uczniowie łatwiej mogli znaleźć znajomków w innych domach. Ma to zapobiec kłótniom domów i temu, że ktoś znielubi jakiś przedmiot, tylko dlatego, bo go ma, na ten przykład, z gryfonami, a nie z krukonami. No i chodzi też o to, żebyście byli na tym samym poziomie z czarami i innymi takimi. No i stanowili dobrą drużynę, bo wszyscy jesteście z Hogwartu. Czy jakoś tak. Nie znam się na tych bzurach.

– Ma to sens. Dziękuję panu.

Woźny posłał jej niemal równie podejrzliwe spojrzenie jak pani Norris, po czym zmarszczył brwi.

– Jeżeli idziesz na zewnątrz, to pamiętaj, żeby wracając dobrze wytrzeć buty! – warknął. – Zarówno ja jak i skrzaty domowe mamy lepsze rzeczy do roboty niż sprzątanie po nieszanujących cudzej pracy smarkaczach.

– Tak jest – mruknęła, po czym zrobiła taktyczny zwrot i ruszyła w dół schodów.

Dopiero na dole zadała sobie pytanie „Skąd Filch wiedział, że idę na dwór? Przecież powiedziałam o tym Pani Norris, nie jemu, a on był za daleko, żeby słyszeć".

Szkolne błonia były rozległe, zielone i piękne. Duży ogród, gdzie prezentowały swoje wdzięki rośliny ozdobne, zarówno te magiczne jak i nie, boisko do quiddicha, jezioro i spory kawałek sielskiej równiny, ciągnącej się aż do lasu. Właśnie równinę Harriet wybrała do zabawy. Ciskała zabraną z domu, materiałową piłeczkę wysoko w górę, a gdy ta zaczynała opadać, Stella gwałtownie pikowała i chwytała ją w szpony. Nie było to szczególnie porywające zajęcie, ale wystarczające, aby im obu dać nieco radości i przykuć uwagę przechodzącego obok Hagrida.

– Cholibka, pierwszy raz widzę, żeby ktoś coś podobnego odprawiał ze sową. Nieźle ją trenujesz – zadudnił, obserwując wyczyny Stelli. – No to jak ci się podoba w szkole?

– Nie jest źle. Lekcje są ciężkie, ale nawet fajne… no może za wyjątkiem historii magii. Wolałabym wieczorami czytać podręcznik w łóżku, byłoby to sensowniejsze od słuchania profesora Binnsa.

– A kolegów masz?

– I tak, i nie. Znaczy prawie wszyscy są sympatyczni i chyba ich lubię, a oni mnie, ale nie należę do żadnej paczki. Zawsze tak mam, że stoję trochę z boku. Znaczy w domu to miałam duet z Dudleyem, ale tak ogólnie mówię. Nie do końca potrafię się dopasować.

– Rozumim. Miałem tak samo – mruknął trochę do siebie, trochę do niej. – Ale to nic. A jak na eliksirach? Profesor mocno was postraszył?

Nie trzeba było być geniuszem, aby zrozumieć drugie dno pytania, szczególnie, że gajowy na pewno wiedział o konflikcie Snape'a i jej ojca. Westchnęła ciężko.

– Ym… Sama nie wiem. Przedmiot wygląda na ciekawy, profesor nawet interesująco opowiada, nawet te jego straszenie jest jakieś fajne, takie klimatyczne. Jak w przedstawieniu teatralnym, takim z dreszczykiem. Gorzej, że jest przy tym wszystkim okropnie kąśliwy no i trochę przykry. Ale da się przeżyć.

– No… Wiem, że twój tata i wujkowie mogą się nie zgodzić, ale profesor Snape jest w porządku. Znaczy Dumbledore tak mówi i mu ufa, a to spoko gość. No i inni profesorowie mu ufają. Ale tak, jest kąśliwy. I podobno strasznie się czepia, jak ktoś robi coś nie tak na zajęciach, nawet przypadkiem, i jak nie słucha. No więc tego, musisz mieć troszkę nerwu, jeżeli wiesz o co mi chodzi.

– O to, żebym nie dała się zastraszyć, ale też nie pyskowała, chyba, że chcę spędzić większość wolnego czasu na szlabanie? – zapytała z uśmiechem, na co wielkolud zachichotał.

– Cholibka, otóż to. Otóż to. A tak w ogóle, to jak nie masz nic do roboty w weekend, może wpadniesz do mojej chatki? Zrobisz staruszkowi przyjemność, a przy okazji się nieco rozerwiesz. No i poznasz się z kłem.

– Kłem?

– Moim psiskiem. Czarny brytan. Wygląda groźnie, ale to przytulanka. Tylko, że dość mocno się ślini.

Harriet naprawdę przyłożyła się, żeby nie zrobić sceptycznej miny. Po incydencie z ogromnym, wyraźnie dzieciożernym kundlem, przez którego utknęła na kilka godzin na drzewie, nie przepadała za dużymi psami. Znaczy obcymi. Jeżeli któregoś poznała, a ten okazywał się porządku, z chęcią się zaprzyjaźniała. Rzecz w tym, że psy wyczuwają lęk, co niejednokrotnie stanowiło niemały problem.

– Ym… Nie wiem, czy to dobry pomysł. Stella jest trochę zazdrosna. Jak się przywitałam z Panią Norris to wyglądała, jakby chciała ją zjeść.

– A czemu żeś się witała z tym paskudnym kociskiem? – zapytał Hagrid, marszcząc grube, przypominające gąsienice brwi.

– Bo to tak jakby pracownik szkoły i trochę wypada?

– Pani Norris to zwykły, tępy kot, więc nie wypada. To jakbyś mówiła „dzień dobry" mojemu Kłowi, no bo niby też tu pracuje, nie? Pomaga mi patrolować las i szukać dzieciaków, co to do niego chciałyby powłazić. – Poirytowany odetchnął mocno, a właściwie to wręcz parsknął. – Poza tym, co jestem w szkole, to ta łazi za mną krok w krok. Filch ewidentnie wysyła ją na przeszpiegi, stary drań. Cholibka, jak się kiedyś zdenerwuję, to nakarmię nią Kła, mówię ci.

Harriet powstrzymała się od głośnego powiedzenia, co sądzi o rzucaniu kotów psom na pożarcie, skupiając się na czymś innym.

– Skoro Pani Norris to zwykły, tępy kot, to jakim sposobem może cię szpiegować? Jest magiczna?

– Nie, nie jest. Powiedziałem, to zwykły pchlarz. I, cholibka, pojęcia nie mam jak mnie szpieguje, ale to robi. Filch pewnie coś wymyślił. Niby zwykły, tępawy charłak, ale kurde szczwane to-to… Potrafi być bardziej szczwany niż szczwany lis. A szkołę zna to chyba nawet lepiej od dyrektora. Zawsze pojawia się nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, tak jak i ten jego kot. A jak Pani Norris cię na czymś przyłapie i zacznie miauczeć, to chwilę potem ten stary drań wylezie z niewiadomo jakiej dziury. Ja ci radzę, uważaj na niego, szczególnie jakby cię wzięło na nocne przechadzki albo coś. Do tej pory jedynie bliźniakom Wesley i Irytkowi udaje się mu grać na nosie. Nawet Huncwoci, znaczy paczka twojego taty, często wpadali w jego kościste łapska. Swoją drogą, z tych rudych bliźniaków to niezłe gagatki. Dobrze, że twój tato i Syriusz nie mieli tylu pomysłów co oni. I że oni nie interesują się za bardzo Zakazanym Lasem, inaczej musiałbym ich wyciągać z pajęczego gniazda jak nic.

– Z pajęczego gniazda?

– E… To takie moje powiedzonko – mruknął wielkolud, ale po jego minie było widać, że to żadne powiedzonko, tylko „chlapnęło" mu się za dużo. – E… No to przyjdziesz do mnie?

– Jeżeli nie zdarzy mi się szlaban z Filchem? Na pewno – uśmiechnęła się, jednak ów uśmiech prawie natychmiast stopniał. – Albo jeżeli po sobotniej lekcji latania nie wyląduję na dłużej w skrzydle szpitalnym.

Tak, latanie. Harriet bała się tych zajęć. Nie, żeby miała lęk wysokości, co to, to nie. Uwielbiała przebywać wysoko i świetnie się wspinała. Nie raz, kiedy taty nie było w domu, wdrapywała się na dach, od strony niewidocznej z ulicy i podziwiała okolicę. Z góry wszystko wydawało się takie małe, nic nie znaczące. Nawet jej problemy. Za to horyzont… Horyzont był o wiele szerszy niż zwykle. Jednak latanie na miotle, to nie to samo, co wspinanie się po budynku czy drzewie. Drzewa, budowle czy nawet góry zwykle są solidnie przymocowane do podłoża i nie mogą ot tak spaść, a miotła i owszem.

– Nie martw się, twój tata pieruńsko dobrze lata na miotle. Był nawet szukającym w drużynie quiddicha. Zresztą Lily też sobie świetnie radziła, a ty, jak tak patrzę, to mama i tata zlepieni w jednego człowieka. Musisz być w tym dobra, z taką rodziną to nie masz wyboru.

Harriet zjeżyła się wewnętrznie. Nienawidziła takich porównań, zarówno w jedną jak i drugą stronę. Wujek Veron powtarzał, że jest takim samym niebezpiecznym dziwadłem jak tata, ciocia Petunia nieustannie przyrównywała ją do mamy, a tata mówił jak bardzo do mamy jest niepodobna. Zaś Syriusz… Syriusz często mówił, to co większość napotykanych czarodziei, którzy znali jej rodziców: wykapany tata, ale oczy masz po mamie. Niestety im bardziej ją poznawał, tym bardziej reagował jak oni – był rozczarowany. Nie mocno, usiłował nie dać tego po sobie poznać, ale jednak. Wszyscy jakby oczekiwali, żeby będzie albo jak mama, albo jak tata, ewentualnie, że będzie stanowiła coś pomiędzy nią a nim. Niestety koniec końców okazywała się po prostu sobą – ani nie tak elokwentną, pewną siebie i rozrywkową jak James Potter, ani tak inteligentną, dzielną i pełną uroku jak Lily Evans. Zwykłą, małą Harriet: zdystansowaną, bojącą się tłumów, pozbawioną charyzmy i raczej pechową. Szarą, nijaką, nudną.

– No, mam nadzieję, że się nie mylisz – mruknęła, starając się nie okazać jak bardzo słowa Hagrida ją ubodły. W końcu nie chciał, nie wiedział… Chociaż właściwie tak było jeszcze gorzej.

Kiedy ktoś chciał ją zranić, porównując do rodziców, potrafiła sobie z tym radzić. Wiedziała, jak radzić sobie z atakami. Jednak, gdy ktoś mówił „jesteś jak tata", „jesteś jak mama" ot tak, po prostu, miała wrażenie, że nie istnieje. Że znika. Że nikt nie chce Harriet, tylko mniejszą wersję któregoś z państwa Potter.

Właściwie to najgorzej było, kiedy ktoś porównywał ją do mamy, a potem mówił jaka była wspaniała, jaka zdolna, piękna, mądra i odważna. Tatę znała od podszewki i w przeciwieństwie do innych, wiedziała jaki jest naprawdę, więc na to całe „jesteś jak James" mogła powiedzieć sobie „oj naprawdę nie chcielibyście, żebym była taka jak on". Jednak w przypadku Lily Potter… Mierząc się z opowieściami o niej, z jej legendą, stała na z góry przegranej pozycji. Zawsze wypadała na gorszą i to pod każdym względem. To naprawdę okropne, ale czasami lubiła jak ciocia Petunia mówiła źle o mamie. Owszem, zdarzało się to i wujkowi Veronowi, ale to ciocia ją znała, tak naprawdę, nie wujek. Znała i nie szczędziła jej przykrych słów. Znowu świadomość, że i cudowna Lily miała swoje wady, przywary i popełniała błędy, czyniła egzystencję Harriet nieco lżejszą, a cień matki, w którym tkwiła mniej głębokim.

– Bez obawy, wiem co mówię! – Szeroko uśmiechnięty Hagrid, najwyraźniej biorąc chłód w głosie Harriet za objaw strachu, zmierzwił jej włosy. – Dobra, tera to lecę, bo mam jeszcze trochę roboty. Grządki same się nie okopią, a zwierzaki nie nakarmią. To do jutra, do niedzieli czy jak tam wyjdzie. No i trzymaj się mocno miotły!

Odchodząc, puścił jej oko, jednocześnie posyłając szeroki, ciepły uśmiech. Sama się też uśmiechnęła. Lubiła Hagrida, jego bezpośredniość i wesołe usposobienie. Zresztą nie lubić go, byłoby trochę jak kopać małego psiaka. Dlatego też miała nadzieję, że i on ją polubi, chociaż nie jest taka jak którekolwiek z rodziców. Polubi, mimo że jest tylko i wyłącznie sobą… A może właśnie dlatego.

Westchnęła i po raz kolejny cisnęła szmaciana piłeczką, którą przed chwilą przyniosła jej Stella. Usiłując odgonić ponury nastrój, zaczęła myśleć o Filchu. Woźny był charłakiem, niemagiczny człowiekiem, pochodzącym z czarodziejskiej lub częściowo czarodziejskiej rodziny. Zatem, teoretycznie, nie powinien mieć żadnych magicznych mocy. Tymczasem, jeżeli to, co mówił Hagrid było prawdą… Cóż, zarówno woźny jak i jego kotka sprawiali wrażenie bardzo podejrzanie magicznych, chociaż chyba nikt nie patrzył tak na nich.

Obserwując pikującą za piłeczką sowę, rozmyślała o percepcji. O tym, jak często ludzie nie widzą tego, co przed nimi jest, tylko to, co chcą. Nie znosiła tego, bo nieustannie tkwiła w cieniu rodziców, i swoim własnym, czy też raczej Dziewczynki, Która Przeżyła. Jednak wiedziała, że są osoby, którym podobny stan rzeczy jest na rękę. Zastanawiała się czy czasami groźny woźny do nich nie należy.

Nota:

Zawsze mnie to zastanawiało: niby Filch był zwykłym charłakiem, ale jakimś sposobem miał zdolność pojawiania się znikąd, mało tego – momentami zdawał się współdzielić z Panią Norris wzrok. W dodatku wychodził obronną ręką ze wszelkich kłopotów prawda? Nie ważne, kto przejmował władzę w Hogwarcie, jakie toczyły się w nim wojny, wszystko jakby go… przeoczało. Tak jak mugole niezauważaną pluskającej obok nich magii :) Można by pomyśleć nawet, że udaje te swoje nierozgarnięcie, prawda? Motyw, którego aż żal nie wykorzystać.

Jak zwykle będę wdzięczna za komentarze, uwagi, bluzgi czy co tam chcecie :D

Awatar użytkownika
CynicznaCecylia
uczeń
Posty: 41
Rejestracja: 08 gru 2019, 16:10
Kontaktowanie:

Re: Druga Strona Lustra

Postautor: CynicznaCecylia » 01 lip 2021, 18:41

IV SOWA I KARA


Latanie. Nie dość, że żywiła co do niego same obawy, to jeszcze zostało zorganizowane w TEN sposób. Wszystkie klasy pierwsze razem, tak, aby ci, którzy jeszcze nie nawykli do widoku Dziewczynki, Która Przeżyła, mogli sobie ją pooglądać jak na wybiegu. No i żeby każdy dokładnie widział, jak zleci z miotły i mógł potem poopowiadać Ricie Skeeter, że widział śmierć Harriet Potter.

„Zaklęcie uśmiercające mnie nie dopadło, to zrobi to grawitacja" – pomyślała, przypatrując się dwóm rzędom leżących na trawie mioteł. – „Dlaczego musi być dzisiaj taka ładna pogoda? Dlaczego nie ma ołowianych chmur, ulewy, huraganowego wiatru i błyskawic? Jak wtedy, kiedy przyjechaliśmy do szkoły?"

Spojrzała z wyrzutem na lazurowe niebo, na którym z rzadka pojawiały się małe, puchate obłoczki. Zero wiatru, grzejące słoneczko i radośnie szczebioczące ptaszki nigdy nie irytowały jej tak bardzo jak dzisiaj.

– No dzieciaki, ustawiać się przy miotłach. Raz, raz!

Pani Hooch klasnęła w ręce i obdarzyła ich pełnym energii, wesołym uśmiechem, a żółte – dosłownie żółte – oczy błysnęły. One, jak również dość twarde rysy twarzy i sterczące na wszystkie strony szarawe włosy sprawiały, ze kojarzyła się Harriet z jastrzębiem… Albo harpią. W każdym razie z czymś wydającym z siebie głośne okrzyki i spadającym z nieba na małe puchate stworzonka.

Dziewczynka z rezygnacją ruszyła w stronę najbliższej miotły. Jakoś dzisiaj wyjątkowo identyfikowała się z małym, puchatym stworzonkiem. Albo żółwiem. Drapieżne ptaki porywały żółwie, a potem zrzucały na skały, żeby dobrać się do tego, co pod skorupą.

– Jakoś jesteś dziwnie milcząca, a na pewno nie tak pyskata jak w pociągu. Czyżby strach cię obleciał, Potter.

Harriet zerknęła w prawo, wprost na stojącego tuż obok i emanującego samozadowoleniem Draco. Jeszcze tego jej brakowało, towarzystwa blond dupka.

Udawanie, że nie boi się latania, byłoby głupotą, skoro Malfoy i tak już to dostrzegł. Dlatego nie zamierzała udawać, co nie znaczyło, że od tak pozwoli z siebie kpić. Jedna z głównych zasad nigdy nie spisanego podręcznika „jak się nie dać szkolnym łobuzom" mówiła „każda kąśliwa uwaga musi zostać zripostowana, chociażby autoironicznie". Rady dorosłych typu „nie zwracaj uwagi, to przestaną ci dokuczać" naprawdę rzadko się sprawdzały. Swoją drogą, to okropnie dziwne, że w ogóle wyskakiwali z równie idiotycznymi tekstami – zupełnie, jakby po osiągnięciu pewnego wieku całkiem zapominali, jak to jest być dzieckiem.

– No, obleciał. Ale się pocieszam, że jak zacznę spadać, zawsze mogę celować w ciebie. Przynajmniej moja śmierć nie pójdzie na marne.

Draco zająknął się, co nie zdziwiło Harriet. Już dawno zauważyła, że osoby o przerośniętym ego mają problem z cudzą autoironią. Nie do końca wiedzą jak sobie z nią radzić, bo to, że można z samych siebie kpić, zwyczajnie nie mieści się im w głowach. Mogła iść o zakład, że blondynek zawsze usiłuje robić jak najlepsze wrażenie, a każdą krytykę, nawet krytykę ze słów wroga, boleśnie odczuwa, chociaż nie daje po sobie tego poznać. Patrząc na chłopaka, nie pierwszy raz w życiu zastanowiła się, czy owo pełne szklanej dumy podejście do życia jest bardziej kwestią wychowania czy charakteru? A jeżeli charakteru, to jak długo Malfoy wytrzymałby żyjąc w jej skórze?

Nie chcąc się narażać na kolejną zaczepkę Draco, odwróciła wzrok i wbiła niemal wrogie spojrzenie w miotłę. W czarodziejski kij utrzymujący się na wysokości tylko dzięki magii. Rzecz w tym, że magii niezbyt ufała. Owszem, była czarownicą, tak jak i jej rodzice, ale wśród czarów się nie wychowała. W dodatku dziwiła dziwne przekonanie, że fizyka i inne podstawowe prawa natury mają na nie swoje własne spojrzenie, a jest to spojrzenie ukrytych w trawie grabi. Człowiek może sobie pół życia radośnie hasać po łączce magii i nic, ale pewnego dnia robi jeden zły krok i nagle styl rzeczywistości uderza go w sam środek twarzy.

Miotła zawieszona na wysokości kilkunastu metrów, podtrzymywana przez coś niewidzialnego… Nie, stanowczo jej się to nie podobało. Z dwojga złego chyba wolałaby latać na smoku. Smok raczej nie może spaść od tak, prawda?

– Witam was na pierwszej lekcji latania – zawołała dziarsko nauczycielka. Właściwie to cała była dziarska. Mogłaby stanowić synonim tego słowa. – Jak zapewne wiecie, nazywam się Rolanda Hooch i oprócz nauki latania, opiekuję się także hogwardzkimi rozrywkami w quidditcha…

Harriet słuchała jednym uchem, zbyt zajęta wyobrażaniem sobie wszystkich możliwych czarnych scenariuszy swojego pierwszego lotu, aby poświęcić nauczycielce pełnię uwagi. Zresztą przemowa nie była szczególnie długa, a jeżeli chodzi o wskazówki, co do następnych poczynań, to były dość proste. Mieli zaprząc do pracy silną wolę, wyciągnąć ręce nad miotły i powiedzieć „do mnie", a te powinny wskoczyć im do dłoni.

Stojący obok Maloy niezwłocznie z wprost niezwykłą pewnością siebie, niemal nonszalancją i stuprocentową skutecznością. Zupełnie jakby jego ręka stanowiła przyciągający drewno i wierzbowe witki magnes.

– A ty co, Potter? Pietrasz się? Bez obawy, samo przywołanie miotły cię nie zabije. Żeby na polecieć w górę, najpierw musisz na nią wsiąść.

– Hm? Przepraszam, ale nie słuchałam. Zastanawiałam się też, jak brzmi pękający kręgosłup i czy osoba, której on pęka, słyszy to, czy może jest zbyt zajęta cierpieniem i byciem przerażoną.

Tym razem Draco nie zająknął się, tylko rzucił jej dziwne i z lekka zaniepokojone spojrzenie, jakby chciał powiedzieć „ty to chyba nienormalna jesteś". Z satysfakcją zauważyła, że odrobinkę stracił na pewności siebie. Wsadzenie odpowiedniego obrazu do czyjejś głowy, często pozwala podkopać jego wiarę we własne siły.

Wzdychając uniosła rękę nad miotła i pełnym rezygnacji głosem wymamrotała „do mnie". O dziwo magiczny kij natychmiast posłuchał, co potężnie ją zaskoczyło, tym bardziej, że nie wszystkim szło tak dobrze. Zauważyła, że przemądrzała dziewczynka z pociągu, która tak jak Ron wylądowała w Gryffindorze – Hermiona, o ile dobrze pamiętała – chociaż z reszty przedmiotów wymiatała, nie potrafiła opanować swojej miotły. Dopiero przy którymś podejściu przywołała ją. Malfoy to zauważył i posłał dziewczynie nieprzyjemny uśmiech, na co ta zareagował zimnym, pełnym wyższości spojrzeniem.

„No, panicz Malfoy jak nikt potrafi zniechęcać ludzi. Ciekawe czy tatuś daje mu za to dodatkowe kieszonkowe?" – pomyślała w przelocie, przy czym nie była to myśl szczególnie złośliwa. Raczej stanowiła odpowiednik ciężkiego westchnienia.

W końcu, po mniejszych i większych przygodach, wszyscy stali z miotłami w dłoniach.

– Dobrze, a teraz trochę polatamy – oświadczyła z uśmiechem profesor. – Nie wszyscy naraz oczywiście. Każdy po kolei. Dobrze, no to pierwszy z brzegu… Ty, jak masz na imię?

Stojący na skraju jednego z szeregów gryfon nieco pobladł.

– N-neville Longbottom.

– Chodź do mnie. Zaczniemy od ciebie. Potem pierwsza osoba z drugiego rzędu i po kolei.

– A-ale może lepiej żeby pierwszy był kto inny…?

– No chłopcze, odwagi. Czarodzieje latają na miotłach od setek lat, poza tym i tak cię to nie minie. Tak to odhaczysz rzecz jako pierwszy i będziesz miał z głowy, może ci się nawet spodoba?

Neville sceptycznie spojrzał na kobietę, ale już nie oponował, tylko westchnąć ciężko i z miną cierpiętnika podszedł do niej.

– Dobrze panie Logbottom. Teraz stań okrakiem nad miotłą, dosiądź jej i odepchnij się stopami, wyobrażając sobie, że POWOLI wzlatujesz. Kiedy zaczniesz się wznosić, jak najszybciej opuść stylisko, tak, żeby znalazło się poziomo w stosunku do gruntu i wyobraź sobie, że zawisasz w powietrzu. Nie chcemy w końcu, żebyś nie wiadomo jak wysoko poleciał podczas pierwszej lekcji. Dwa metry jak najbardziej wystarczą. Wszystko jasne?

Neville niepewnie skinął głową. Bardzo niepewnie. Właściwie to wyglądał jakby miał zwymiotować, jednak wykonał polecenie. Odepchnął się od ziemi i… zaczął wzlatywać. Niestety nie powoli. Co prawda nie leciał jakoś naprawdę bardzo szybko, ale startując ze strachu zamknął oczy, zaś prędkość wystarczyła to tego, żeby po ich ponownym otwarciu wisiał już jakieś dziesięć metrów nad ziemią. Wystraszony, gwałtownie opuścił kij miotły. Za szybko i za mocno, w skutek czego zaczął gwałtownie pikować w dół, to zaś wystarczyło, aby wpadł w panikę. Wrzeszcząc niczym opętany podciągnął znowu kij no powrót do góry, wystrzeliwując jak korek z szampana, po czym, w wyraźnym akcie desperacji, jak tylko znalazł się nad dachem Hogwartu, zeskoczył z miotły. Spadł z całym impetem na bok ciała, przeraźliwie krzyknął i zaczął się staczać po dachówkach.

Profesor Hooch, dopóki Neville był w powietrzu, zachowywała całkowity spokój, nieustannie celując w chłopaka różdżką, zapewne, aby go lewitować, gdyby zaczął spadać. Jednak wyraźnie nie przewidziała, że ten może tak spanikować, że aż zeskoczy z miotły. Gdy tylko uderzył w dach Hogwartu, zaklęła tak soczyście, że wszyscy zebrani aż rozdziawili usta, słysząc coś podobnego ze strony nauczycielki.

Wszystko skończyło się na tym, że Neville spadł z dachu, ale nie na ziemię. Za sprawą zręcznie wyprowadzonego przez profesor Hooch zaklęcia, zawisł metr na gruntem. Szlochał, a włosy przesłoniły jego zaczerwienioną twarz. Czemu szlochał było jasne na pierwszy rzut oka. Miał połamaną rękę. Z przemieszczeniem, czy raczej przemieszczeniami. Właściwie to wyglądała tak, jakby dorobił się dwóch nowych łokci.

Harriet zrobiło się nieco słabo. Co prawda nie raz oglądała programy o różnych wypadkach i takich tam, ale wypadek na ekranie telewizora, a wypadek na żywo i to osoby, która się zna to dwie różne rzeczy. Szczególnie, jeżeli się wie, że za moment coś podobnego może spotkać i ciebie.

Profesor natychmiast podbiegła do poszkodowanego chłopaka i ostrożnie pomogła mu wstać.

– Już dobrze, zaraz pójdziemy do gabinetu pielęgniarskiego i pani Pomfrey zajmie się tobą. Naprawi to w minutkę albo dwie, możesz mi wierzyć – starając się uspokoić Neville'a uderzała w delikatne, łagodne, niemal matczyne tony, które natychmiast zniknęły, kiedy spojrzała na nich. – WY!. Jeżeli podczas mojej nieobecności, którekolwiek wzleci na chociażby dziesięć centymetrów, albo nawet dosiadzie miotły dopilnuję, aby wyleciał ze szkoły w trybie natychmiastowym!

Harriet była całkiem niezła w interpretowaniu prawdziwego znaczenia wypowiedzianych słów, a w dodatku doskonale zdawała sobie sprawę, że wyrzucić młodocianego czarodzieja ze szkoły wcale nie jest tak łatwo. Dlatego szybko przełożyła groźbę nauczycielki na „Dopilnuję, aby miał miesięczny szlaban u Filcha i każdego dnia przez co najmniej cztery godziny dziennie szorował szkolne łazienki szczoteczką do zębów! Uwierzcie, po dwóch tygodniach żałowalibyście, że was nie wyrzucono albo, że nie spadliście i nie skręciliście sobie tych kruchych, cienkich karczków." Swoją drogą, wersja interpretacyjna bardziej działała na wyobraźnię, tym bardziej, że brzmiała prawdziwiej.

– Patrzcie, co tu mam! – zawołał Malfoy, jak tylko profesor Hooch i Neville zniknęli z zasięgu wzroku.

Spojrzenia wszystkich ściągnęły ku niemu, na co ten wyszczerzył zęby w pełnym samozadowolenia uśmiechu, pokazując coś w rodzaju szklanej kuli wypełnionej mgłą. Harriet nie miała pojęcia, co to i szczerze powiedziawszy niezbyt ją to obchodziło. Jednak Hermiona tak poczerwieniała, że włosy stojącego obok niej Rona nagle wydały się jakieś takie wyblakłe.

– To przypominajka Nevillea! Oddaj mu ją! – wrzasnęła.

– To zmuś mnie! – zaśmiał się Draco, wskakując na miotłę i wzlatując w górę. Wyglądało na to, że w powietrzu czuje się niemal jak ryba w wodzie. – No, proszę bardzo. Jestem tu i czekam.

Chociaż wydawało się to niemożliwe, Hermiona poczerwieniała jeszcze bardziej, ale nie ruszyła się na krok. Była jedną z tych grzecznych… No i prawdopodobnie zwyczajnie nie chciała się zabić.

– Ja mogę cię zmusić! – zawołał niemalże po rycersku Ron, ściskając kij swojej miotły.

Harriet wywróciła oczami. Wiedziała dokąd to zmierza, a nie chciała być świadkiem śmiertelnego wypadku zaraz na początku szkoły. Dlatego, tak bardzo jak nie chciała się w to wszystko mieszać, tak bardzo czuła, że powinna.

Zaczęła klaskać, a spojrzenia wszystkich skierowały się na nią. Nie znosiła tego, ale tym razem była to konieczność.

– Brawo. Normalnie oklaski na stojąco. Bogaty dzieciak okradający połamanego kolegę z bibelotu, pewnie drogiego, który nie jest mu do niczego potrzebny, a do tego łamiący nakaz nauczycielki, bo ma wpływowego tatusia, który uchroni go przed poważniejszymi konsekwencjami. Pozycja szkolnego dupka i rozpuszczonego, bogatego gnojka zagwarantowana do końca roku. Zaangażowanie w rolę godne podziwu.

Uśmiechnęła się, pokazując dwa kciuki w górę, ktoś z tłumu parsknął śmiechem, a Malfoy zrobił się purpurowy. Wyglądało to teraz jakby brał z Hermioną udział w konkursie, kto potrafi bardziej poczerwienieć.

– Miernoty takie jak Longbottom muszą dostawać za swoje, żeby się ogarnąć. Tłusty, mały mazgaj szkaluje dobre imię czarodziei czystej krwi! I nie mów tak o Draco!

Dziewczęcy głos z tyłu sprawił, że Harriet się odwróciła, po to, aby spojrzeć na mordującą ją wzrokiem, ciemnowłosą dziewczynę o lekko skośnych oczach. Całkiem ładną, ale mającą nieco zbyt szeroko rozstawione oczy, do tego jej usta wydawały się położone zbyt blisko zadartego nosa. Właściwie to przypominała nieco mopsa. W dodatku jej postawa, skrzyżowane na piersi ręce i ton, jakim powiedziała…

– „I nie mów tak o Draco"… Niech zgadnę, wzięłaś go na celownik i już wszystko sobie zaplanowałaś, prawda? Pierwsze dwa lata przyjaźń, chodzenie w trzeciej klasie, zaręczyny w szóstej, ślub trzy lata później, co najmniej z dwie setki gości na weselu, kilkupiętrowy tort, piekielnie droga suknia, gołębie, obrusy w barwach Slytherinu, a za jakiś czas dwójka dzieci i pół jego rodowej fortuny. No, docelowo, znaczy po śmierci jego rodziców, cała.

Parkinson nie poczerwieniała, za to jej wzrok mógłby pełnić rolę plutonu egzekucyjnego, gdyby dano mu taką szansę. To znowu powiedziało Harriet, że jest na dobrej drodze. Uśmiechnęła się – doskonale wiedziała, że najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi od jednej awantury jest druga awantura.

– Chłopie, ty lepiej nie schodź z tej miotły – zawołała do Malfoya, czując na sobie mordercze spojrzenie dziewczyny. – Weź lepiej, leć gdzieś za granicę, zmień nazwisko i dobrze się ukryj… Ale naprawdę fajnie byłoby, gdybyś najpierw oddał przypominajkę.

Na twarzy Draco zderzyły się ze sobą gniew, skrępowanie i niepewność. Momentalnie jasnym stało się – a przynajmniej jasnym dla Harriet – że możliwość, że dziewczyna darzy go uczuciem, raczej nie jest mu w smak, a jej ewentualne plany wobec niego nieco go przerażają. W końcu, jaki jedenastolatek nie czułby się przytłoczony myślą, że koleżanka ze szkolnej ławki zaplanowała im ze szczegółami wspólną przyszłość? Zresztą pewnie i dorosłego coś podobnego by wystraszyło. Jednak ślizgonka udzieliła mu wsparcia, więc poniekąd był zobligowany do tego samego. Powinien rzucić jakąś ciętą ripostą, jednak najwyraźniej nic mu nie przychodziło do głowy.

– Nie gadaj bzdur… - wykrztusił w końcu.

– Bzdur? A mnie się wydaje, że to prawda – zaszczebiotała radośnie Hermiona.

Spojrzenie Draco stwardniało.

– Nie obchodzi mnie opinia szlam i ich wielbicieli! – warknął.

Hermiona zrobiła minę, jakby chłopak przyłożył jej w twarz, prawie wszyscy wokół wydali z siebie krótkie, aczkolwiek oburzone „ach", a Ron wyprostował się jak struna.

– No teraz to przegiąłeś! – wrzasnął, wskakując na miotłę.

Harriet przewróciła oczyma, wydając z siebie przeciągły jęk. Dlaczego chłopcy nie nigdy nie myślą? A właściwie to nie tylko chłopcy.

Spojrzała z ukosa na Hermionę.

– I po coś się odzywała? Wszystko szło dobrze. Odegrałabym z mopsicą dramat jak to złośliwa, podobna do stracha na wróbla dziewoja nikczemnie obnaża, po czym wyśmiewa jej płomienne uczucie przed wybrankiem serca i wszyscy mieliby zajecie do powrotu pani Hooch. Byliby bezpieczni. A teraz ci dwaj ścigają się o to, który jest większym idiotą i pewnie, jak życie znam, zderzą się ze sobą i spadną prosto na mnie. Zawsze wszystko koniec końców spada na mnie.

Słysząc plan manipulacji Pansy zmarszczyła brwi i zamordowała ją po raz kolejny tego dnia wzrokiem, wyraźnie starając się pod złością ukryć zaskoczenie. Hermiona znowu zamrugała zdziwiona, rozchylając usta niczym ryba. Jednak szybko odzyskała rezon, bo po chwili stała na baczność ze rękami skrzyżowanymi na piersi i miną pełną słusznego oburzenia.

– Po pierwsze nie kazałam Ronowi atakować Malfoya, sam to zrobił. Zresztą nie wiedziałam nawet, że coś takiego strzeli mu do głowy! Nie lubi mnie, zawsze gdy zaczynam do niego mówić albo gdzieś ucieka, albo wywraca oczami. Po drugie to nie moja wina, ze ten burak nazwał mnie SZLAMĄ.

– Wielkie mecyje.

Hermiona znowu poczerwieniała na twarzy. Harriet zastanowiła się przelotnie czy dziewczyna nie jest spokrewniona ze sygnalizacją świetlną.

– Czy ty wiesz w ogóle, co to znaczy? – zapytała, a głos zadrżał z oburzenia.

– No… w przypadku Malfoya znaczy to „osoba pochodzenia mugolskiego, którą uważam za chodzący szlam, bo rodzice nauczyli mnie tak myśleć". A ogólnie to prawie tak samo, tylko bez tego „bo rodzice mnie nauczyli". Szlama lepsze bo krótsze, więc jak ktoś to mówi, krócej słuchasz bzdur.

– I w ogóle cię to nie rusza?

Harriet zamrugała. Nie spodziewała się, że będzie musiała tłumaczyć podstawowe rzeczy Granger, która sprawiała wrażenie dość upierdliwej, ale też całkiem bystrej.

– Słowo to tylko słowo, problemem jest, że Malfoy serio tak uważa, ale tego ot tak nie zmienisz. A na pewno nie bez wysiłku, którego nie wiadomo czy w ogóle jest wart. No i nazywając cię szlamą, chciał, żeby cię zabolało, a ty dałaś mu satysfakcje faktycznie się przejmując i robiąc minę, jakby ci utopił ukochanego kotka.

– To co, miałam nic nie robić?

– Odpyskować, jednocześnie pokazując, że się nie przejmujesz. Nie wiem, powiedzieć „przynajmniej nie jestem efektem chowu wsobnego"?

– A co to chów wsobny? – usłyszała za sobą męski głos i niemal podskoczyła w miejscu.

Odwróciła się, spoglądając w twarz Erniego, który patrzył na nią z uprzejmym zainteresowaniem. Zaraz obok stał Justyn, któremu chyba przypadła do gustu jej wersja definicji szlamy. Generalnie zauważyła, że jej dyskusja z Hermioną przykuła uwagę wielu osób, co z kolei sprawiło, że natychmiast nabrała przemożnej ochoty rozpłynięcia się w powietrzu albo chociaż stania niewidzialną.

– Ym, to jak osoby z jednej rodziny mają dzieci ze sobą. Nie koniecznie kazirodztwo, ale na ten przykład dalsi kuzyni z dalszymi kuzynami i tak w kółko bez dopływu świeżej krwi. To osłabia stado. Rodziny królewskie często tak miały.

– E… Aha. Ale wiesz, że jestem też czystej krwi i to wszystko takie średnio miłe.

– A masz stuprocentową pewność, że na ten przykład twoja praprababcia nie była córką albo wnuczką mugola i czarownicy, czy coś w ten deseń?

– No nie.

– A jak myślisz, Malfoy wie o czymś takim? Znaczy wie, czy taka sytuacja zdarzyła się w jego rodzinie?

– Pewnie tak. Malfoyowie należą do tych, którzy prowadzą długie i bardzo szczegółowe drzewa genealogiczne i uczą się ich na pamięć… Ah! Rozumiem.

Latający nad ich głowami niczym muchy przed burzą Ron i Draco jakby nagle stali się zazdrośni o uwagę, bo ich podniebny taniec przybrał na intensywności, a w dodatku odlecieli mocno na bok. Pierwszoklasiści zadarli głowy do góry i podekscytowani pobiegli za nimi, żywiołowo komentując poczynania obydwu. Harriet również, z tym, że niczego nie komentowała i bynajmniej nie była podekscytowana, przeciwnie. Jednak nie chciała zostać z tyłu. Ostentacyjne zostawanie z tyłu zwykle nie kończyło się dla niej dobrze.

Człapiąc za grupką, mimowolnie obserwowała wygłupy chłopaków, tylko czekając, aż któryś zrobi sobie krzywdę. Jednak musiała przyznać, że ich popisy – ścigającego Draco Rona i Draco grającego Ronowi na nosie – są całkiem widowiskowe. Obaj latali świetnie, jednak Malfoy wyprzedzał Weasley'a doświadczeniem. Z tego, co słyszała od taty i wujków, wynikało, że Malfoyowie mieszkają w wielkiej, ekskluzywnej posiadłości. Zapewne ta miała rozległe tereny zielone, gdzie chłopak mógł się wylatać do woli i doszlifować umiejętności.

Myśląc o tym poczuła niewielkie ukłucie zazdrości. Sama całymi dniami siedziała zamknięta w domu, musząc zadowolić się niedużym ogródkiem, niemal w całości zawłaszczonym przez kwiaty cioci Petunii, a Malfoy miał do dyspozycji tyle przestrzeni… Chociaż musiała przyznać, że byłoby dużo gorzej, gdyby wylądowała w mieszkaniu.

Wyglądało na to, że zabawa w kotka i myszkę, czy raczej rude kocisko i złośliwego, złodziejskiego szczura – nie obrażając szczurów – będzie się ciągnąć bez końca. Niestety tylko wyglądało, bo po chwili niedaleko chłopaków pojawiła się brązowa kropka, którą Harriet zidentyfikowała jako sowę. Ułamek sekundy później Draco, nie zauważając nadlatującego ptaka, wykonał malowniczy piruet na miotle, z ogromną siłą uderzając nieszczęsne stworzenie witkami. Sowa wystrzeliła do tyłu, zmieniając się w żywy – zakładając, że nie zabiło jej samo uderzenie – pocisk lecący wprost do wierzby bijącej, drzewa słynącego z tego, że uderzone oddawało i to wielokrotnie mocniej.

Harriet nie miała pojęcia, kiedy pojedynek chłopaków przeniósł się w okolice drzewa i szczerze powiedziawszy nie wiele ją to obchodziło. Ważne było, że jeżeli sowa jeszcze żyje i uderzy w wierzbę, to ta przerobi ją na sowi pasztet. Dlatego musiała działać. I zadziałała, niekoniecznie przy wcześniejszej konsultacji z rozsądkiem czy chociażby świadomością. Po prostu w jednej chwili stała sobie spokojnie obok Erniego, a w następnej z prędkością rakiety pędziła na miotle – prawdopodobnie wcześniej komuś wyrwanej – wprost do sowy. Z tego, co się działo potem niewiele zarejestrowała, jedynie ogromną prędkość, własne przerażenie i to, że mnóstwo drewnianych, okrytych liśćmi cosiów usiłuje ją zabić. No i moment schwycenia sowy, go pamiętała dokładnie –ciepło kruchego ciała i rytm napawającego ulgą, bijącego gdzieś-tam pod piórami ptasiego serduszka.

Nie miała pojęcia, ile zajęło jej wydostanie się spomiędzy konarów, bo strach zamieniał każdą sekundę w godzinę, jednak sprawiał też, że ciało reagowało na każdy bodziec nim zrobił to umysł. Dzięki temu raz za razem unikała ciosów młócących powietrze gałęzi. Niestety, kiedy już wydawało się, że jest bezpiecznie, jedna, wyjątkowo długa, uderzyła w tył miotły.

Harriet zrobiła obrót. Właściwie to dwa obroty, pierw salto do tyłu, a potem rozpaczliwie usiłując wyrównać lot, obrót wokół własnej osi. Niestety nic to nie dało. Spadała. Pędziła wprost na spotkanie twardego gruntu.

„No to zaraz się dowiem, czy człowiek słyszy, kiedy pęka mu kręgosłup" – pomyślała zaciskając powieki.

Jednak trzask pękającego kręgosłupa nie nastąpił. Ani uderzenie.

Ostrożnie otworzyła oczy, zobaczyła jakieś pół metra przed swoją twarzą murawę i zamrugała.

– Co jest? Czemu ja jeszcze żyję?

– Brzmisz, jakby była zawiedziona Potter.

Ociekający jadem głos mistrza eliksirów bynajmniej jej nie uspokoił. Spojrzała w stronę, z której dobiegał i mimo niewesołych okoliczności, pozwoliła sobie na maluteńkie westchnienie ulgi. Profesor Snape, obecnie mordujący ja wzrokiem, nie był sam. Towarzyszyły mu nieco pobladła profesor Sprout i celująca w nią różdżką profesor Hooch.

– Ym… Dzień dobry. I dziękuję za ratunek pani profesor. I przepraszam.

Nauczycielka machnęła różdżką, stawiając zaskoczoną Harriet na nogach. Niezbyt skutecznie, bo dziewczynka miała nogi jak z waty i natychmiast siadła na ziemię, z czego – szczerze powiedziawszy – była całkiem zadowolona. W duchu postanowiła, że już nigdy w życiu nie oderwie stóp od cudownie stabilnego i bezpiecznego gruntu.

– Czy ty wiesz, co w ogóle zrobiłaś?

– Ym, zobaczyłam, że sowa potrzebuje ratunku i chciałam ją ratować, i mózg tak jakby mi się wyłączył, a potem to już tylko pamiętam, że złapałam sowę i zaczęłam spadać. A tak w ogóle sówka potrzebuje pomocy i to natychmiast!

Profesor Sprout przyjrzała się leżącemu w objęciach Harriet, połamanemu ptakowi i uniosła brwi. Podeszła do niego i wyjęła z jego szponów pakunek, który ów nadal ściskał.

– Chyba wiem, czyja jest – Spojrzała w kierunku zbitych w zwarte stadko, niczym przestraszone owce, uczniów. Właściwie to nie na nich, ale na stojących nieco z boku, w pewnej odległości od siebie, a nade wszystko już uziemionych Rona i Malfoya. Obaj mieli ponure miny i łypali na siebie spode łba.

– Draco, to chyba twoje – zawołała, machając w powietrzu paczką.

Butna mina chłopaka zsunęła się mu z twarzy, spadła i rozbiła na milion kawałeczków. Pobladł, a jego oczy stały się jakby większe

– Ocypete! – krzyknął i ruszył biegiem w ich kierunku.

Kiedy stanął przed Harriet, z trudem powstrzymywał napływające do oczu łzy.

– Pewnie chciała ci to wręczyć, kiedy zaczęliście się wydurniać z Weasley'em – oświadczyła chłodnym tonem nauczycielka zielarstwa, jednocześnie wręczając mu pakunek.

Poczucie winy wykrzywiło twarz Malfoya. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Harriet jakoś odruchowo zrobiło się go żal. Może i był dupkiem, ale skoro martwił się o swoją sówkę, nie mógł być taki zły, prawda?

– Ale będzie z nią wszystko w porządku, prawda? – zapytał drżącym głosem. – Wyjdzie z tego?

Odpowiedź na to pytanie interesowała również Harriet. Razem z chłopakiem przesunęła zaniepokojonym wzrokiem po twarzach profesorów, nagle bardziej ponurych niż zagniewanych.

Profesor Hooch westchnęła.

– Nie wiadomo. Leć po profesora Kettleburna, powiedz mu, co się stało i poproś, żeby przyszedł do skrzydła szpitalnego. Zaniosę tam twoją sowę, może razem z panią Pomfrey coś zdziałają. A potem – tu podniosła głos – do pokoju nauczycielskiego. Razem z profesor McGonagall pomyślimy, co z wami zrobić, kiedy skończę lekcję. Państwo odprowadzą Wesley'a i Harriet na miejsce, prawda?

– Może na nas pani polegać – mruknął Snape, posyłając Harriet i powoli zbliżającemu się Ronowi wyjątkowo paskudne spojrzenie.

Harriet nagle zaczęła się zastanawiać, czy jednak nie wolałaby przydzwonić w ziemię. W końcu stwierdziła, że nie, bo pewnie zabiłoby to i Ocypete, a tata, jak nie byłoby jej w domu, pewnie szybko pozbyłby się Stelli. Najwyraźniej los postanowił ją skazać na cierpienie z rąk mistrza eliksirów. Już czuła, jak kościste palce ponownie wpijają się w jej ciało i z miejsca miała dość.

Szczęśliwie los oszczędził jej tego doświadczenia. Kiedy tylko profesor Hooch wzięła od niej zmaltretowaną sowę, została otoczona troskliwym ramieniem przez nauczycielkę zielarstwa. Najwyraźniej opiekunka Hufflepuffu czuła się w obowiązku uchronić swoją podopieczną od towarzystwa kolegi. Snape, z braku innych opcji, musiał zadowolić się rzuconym mu na pożarcie Ronem, którego natychmiast schwycił w swoje szpony.

Kiedy kilka minut później szli kamiennymi korytarzami, Harriet zaczęła się zastanawiać… To oczywiste, ze profesor Hooch wróciła na błonia, w końcu prowadziła z nimi lekcje, ale skąd wytrzasnęła Sprout i Snape'a? Przecież ci mieli w weekendy wolne. Znaczy od lekcji. Oczywiście czasem prowadzili szlabany i zajmowali się obowiązkami opiekunów, ale teoretycznie obecnie mogli być gdziekolwiek. W tym, jeżeli mieli rodziny, poza szkołą. No, od wujka Syriusza wiedziała, że Snape jest starym kawalerem, bo „żadna kobieta nie jest na tyle nienormalna, żeby go zechcieć", ale o profesor Sprout ani jej wujkowie, ani ojciec niezbyt często mówili. O wiele więcej mieli do powiedzenia o McGonagall, w szczególności, jeżeli chodzi jeżeli chodzi o jej uwielbienie quidditcha i to jak nie raz dawała się ponieść w trakcie meczów.

– Ym… pani profesor, a skąd się pani znalazła na błoniach? – zapytała nieśmiało, jednocześnie starając się schować za nauczycielką przed wzrokiem Snape'a.

– Ja? Cóż, zobaczyłam biegnących w stronę wierzby bijącej profesora Snape'a i profesor Hooch. Nagle usłyszałam, że krzyczy coś w rodzaju „o nie, Potter też", a że jestem twoją opiekunką, postanowiłam się zainteresować. Ty pewnie dołączyłeś w podobny sposób, prawda Severusie? – zagadnęła Snape'a.

– Cóż, ta kobieta ma dość donośny głos – mruknął Snape ponuro. – Właściwie mogła by być jednoosobowym systemem alarmowym. Minerwy zapewne nie ma z nami tylko dlatego, że nawet wrzask Rolandy nie był w stanie dotrzeć do gabinetu dyrektora. Swoją drogą macie szczęście, że nie zrobiła z wami tego, co wykrzykiwała – zwrócił się do Harriet i Rona, posyłając im wyjątkowo paskudny uśmiech. – Była w swych groźbach nawet barwniejsza od Filcha, a on jest mistrzem działających na wyobraźnię wywodów.

No, tego ostatniego to Harriet nie musiała wiedzieć. Właściwie to naprawdę wolałaby nie, szczególnie biorąc pod uwagę wyraz twarzy profesor Hooch, kiedy mówiła „postanowimy, co z wami robić". Owszem, postanowienie i tak by nadeszło, ale przynajmniej przed nastąpieniem szeroko pojętych konsekwencji nie stresowałaby się aż tak bardzo.

Kiedy byli praktycznie przed drzwiami pokoju nauczycielskiego, dziewczynka potknęła się i pewnie padłaby na ziemie jak długa, gdyby profesor Sprout w ostatniej chwili jej nie przytrzymała.

– Chyba sznurowadło ci się rozwiązało – mruknęła, wskazując na jej jaskrawozielone trampki. – Szybko je zawiąż, bo trochę byłoby głupio, gdybyś przeżyła slalom między gałęziami wierzby bijącej, a zabiła się o własne nogi.

– Racja…

Co jak co, ale zabicie się o własne nogi było w jej przypadku więcej niż możliwe i Harriet doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Dlatego czym prędzej przyklękła i zawiązała krnąbrne sznurowadło. Już się prostowała, kiedy nagle rozbrzmiał dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi i świat nieoczekiwanie zgasł.

– Ja ich normalnie…

Myśli profesor McGonagall, do tej pory krążące wokół bliźniaków Wesley, gwałtownie zmieniły tory, jak tylko usłyszała TEN dźwięk. Zwykle drzwi, które – co musiała przyznać – w chwilach silnego wzburzenia czasem otwierała nazbyt gwałtownie, uderzały z charakterystycznym hukiem w kamienną ścianę. Jednak tym razem huku nie było, tylko głuche uderzenie. W dodatku drewniane skrzydło zatrzymało się zdecydowanie za wcześnie.

No i oni. Pomona, Sewerus i młody Wesley patrzący na nią z lekkim – a w przypadku chłopaka naprawdę wielkim – szokiem wymalowanym na twarzach. To nie wróżyło niczego dobrego.

– Zabiła ją pani! – krzyknął Ron, co tylko potwierdziło jej okropne podejrzenia.

Spojrzała za drzwi, a tam leżała ogłuszona Potter. Na jej czole, tuż nad zygzakowatą blizną, odcisnął się wzorek zdobiący klamkę. Odbita na bladej skórze, powoli czerwieniejąca i puchnąca plątanina liści i pnączy przypominała chmurę. Chmurę, z której właśnie wystrzeliła biała błyskawica-blizna. W innych okolicznościach, nie uwzględniających poważnego urazu głowy dziewczynki, byłoby to nawet zabawne.

– Rany boskie, Potter! – krzyknęła przerażona i natychmiast podbiegła do znokautowanego dziecka. – Harriet żyjesz? Powiedz coś!

Delikatnie potrząsała ramionami dziewczynki, a ta w końcu – ku jej ogromnej uldze – otworzyła oczy. Niestety wzrok miała bardzo mętny.

– Żyjesz? – zapytała pomagając małej wstać.

– Chyba…

– Wszystko w porządku?

– Nie.

Ledwie Harriet to powiedziała, zwymiotowała. Wprost na nią. Na twarz i włosy. Bardzo obficie, bo też jadała niemało. Wilczy apetyt dziewczynki sprawił, że niektóre skrzaty domowe poddawały w wątpliwość jej ludzkie pochodzenie.

– To pewnie wstrząs mózgu, wymioty są jednym z objawów – rozbrzmiał chłodny głos Snape'a.

Minerwa stłumiła w sobie chęć rzucenia kąśliwego „no co ty nie powiesz?", tym bardziej, że mężczyzna pomógł jej przytrzymać osuwającą się Harriet – dziewczynka miała nogi jak z waty. No i kiedy twoją twarz pokrywa warstwa wymiocin, otwieranie ust nie jest najlepszym pomysłem. Oczu zresztą również.

Szczęśliwie z wymiocinami pomogła jej się uporać Pomona, specjalistka od wszelkiego rodzaju zaklęć czyszczących. Z konieczności. Kiedy czarodziej całe życie pracuje grzebiąc w glebie, nawozach i śluzach magicznych roślin to albo bierze kąpiel dziesięć razy dziennie, albo używa Delokacji Zanieczyszczeń z wręcz chirurgiczną precyzją.

Niestety, chociaż zaklęcie dość skutecznie oczyszczało, nie było w stanie usunąć tego okropnego, ostrego zapachu. Nic nie mogło zastąpić mydła i gorącej wody. O szamponie nie wspominając.

– Zabierzmy ją do pani Pomfrey i to szybko, zanim rozwinie się obrzęk mózgu lub coś gorszego. – Pomona stanowczym gestem odsunęła ją Harriet, którą natychmiast wzięła pod ramię.

Minerwa nie miała pretensji o zaborczy gest koleżanki. Wiedziała jak bardzo Sprout bierze sobie do serca bezpieczeństwo swoich podopiecznych. Owszem, kiedy sytuacja tego wymagała, wykazywała się niezwykłą surowością, którą uczniowie zwykle dostrzegali z lekkim opóźnieniem – zagniewana wyglądała jak obrażony, pluszowy miś – i orientowali się w sytuacji dopiero dostając wielotygodniowe szlabany, rzadziej wakacyjne prace społeczne lub nawet wylatując ze szkoły. Jednak zazwyczaj była jak ta kwoka: gotowa zadziobać każdego, kto zagroził jej pisklaczkom. Boleśnie przekonał się o tym Severus dwa lata po objęciu stanowiska, kiedy stracił cierpliwość wobec jednego z puchonów i potraktował go, delikatnie mówiąc, niesprawiedliwie. Pomona dowiedziała się o wszystkim i zaprosiła Mistrza Eliksirów do swojego gabinetu, aby wyjaśnić parę kwestii. Właściwie Minerwa nie wiedziała, co się wtedy stało, ale Snape nagle zaczął mieć lekkie problemy z otwieraniem ust, a pamiętała, że będąc uczennicą zielarka nosiła wiele mówiące przezwisko „szczękołamacz". Niepozorna i pulchna parę razy udowodniła szkolnym prześmiewcom, że pięść bywa szybsza od różdżki, a lata dźwigania ciężkich worów z ziemią oraz mocowania się z zielskami musiały wyrobić jej potężne mięśnie…

Nie, żeby Minerwa była fanką rozwiązań siłowych, co to, to nie. Jednak wiedziała, że czasem sprawdzają się lepiej niż jakiekolwiek inne, a Pomona jak nikt potrafiła wyczuć kiedy.

W każdym razie, mężczyzna podtrzymywał Harriet pod drugie ramię. Ze względu na różnice wzrostu, nie było to wygodne ani dla niego, ani dla Sprout ale obje wydawali się zdecydowani utrzymać dziewczynkę w pozycji możliwie zbliżonej do pionowej.

– Skoro tak ważny jest czas, nie lepiej ja lewitować? – zapytała.

– Nie, niech trzyma głowę w górze tak długo, jak to tylko możliwe – mruknęła Pomona. – Dobra, to idziemy, raz-raz.

Minerwa nie dyskutowała. Urazy głowy, generalnie urazy fizyczne, rzadko zdarzały się na jej przedmiocie. Czasem ktoś siebie w coś przemienił, czasem nawet było to bolesne i niebezpieczne dla zdrowia, jednak interwencja przebiegała wtedy zgoła inaczej. Trzeba było magicznie powstrzymać metamorfozę, potem na miarę możliwości cofnąć ją, a na koniec czym prędzej lewitować ucznia do skrzydła szpitalnego, żeby Poppy przywróciła pechowego ucznia do normalności. Owszem, wiedziała, jakich zaklęć użyć w razie gwałtownego krwotoku, wstrzymania oddechu czy podpalenia, ale to wszystko. Z resztą „zachowawczych procedur ratunkowych" praktycznie nie miała do czynienia.

Sewerus i Pomona ruszyli przed siebie szybkim truchtem, wlokąc między sobą półprzytomną Harriet. Minerwa wyprzedziła ich, aby pootwierać drzwi i zadbać o drożność korytarzy, po których zwykle błąkało się niemało uczniów i to zwykle w najmniej odpowiednich momentach. Pochód zamykał Ron, który, wyraźnie nie wiedząc, co robić, dreptał za nimi.

– A tak właściwie, to co się stało? – zapytała, zerkając przez ramię na kolegów. – Bo rozumiem, że nie prowadziliście tej parki do pokoju nauczycielskiego bez powodu.

– W skrócie Malfoy i Weasley postanowili polatać na miotłach za plecami Rolandy, a potem dołączyła do nich Potter. No właściwie nie do nich, bo poleciała wprost do bijącej wierzby, ratować pechową sowę, która w nią uderzyła.

– O boże! I nic się jej nie stało?

– Tak, mnie też to dziwi – mruknął Severus tonem sugerującym, że połamanie nóg i kilku żeber mogłoby nauczyć dziewczynę rozumu, a na pewno nie zaszkodziłoby. Tak jak i mający miejsce po tym karny szlaban. Bardzo dotkliwy, obejmujący skrobanie stołów w sali alchemicznej – Najwyraźniej jednak uznała, że dużo zabawniejszym będzie to przetrwać i efektownie dać się zabić drzwiami.

– Severus!

– No na szczęście nic, ale stałoby się, gdyby Rolanda nie przechwyciła jej miotły i to dosłownie w ostatniej chwili – mruknęła Pomona. – Jednak, jak widać, co się odwlecze, to nie ucieczce. Jak nie ona uderzyła w grunt, to drzwi uderzyły w nią.

Snape uśmiechnął się krzywo, a Minerwa odsunęła od siebie przemożną chęć zdzielenia go w ucho.

– A czemu nie było z wami Malfoy'a? Przecież…

– Sowa, która uderzyła w wierzbę należy do niego. Bardzo ją poturbowało, a on się przejął, więc Hooch zaoferowała się zanieść ptaka do Poppy, a jemu poradziła zawołać Silvanusa, a dopiero potem przyjść do pokoju nauczycielskiego.

Minerwa skinęła głową. Pamiętała śmierć swojego puszczyka uralskiego, Eola. Miał już ponad czterdzieści lat, więc kiedy znalazła go sztywnego w klatce, nie była specjalnie zdziwiona, a mimo to zabolało ją to. Dzieci znowu przeżywały wszystko kilka razy mocniej. Poza tym nieudzielenie pomocy sowie Malfoya stanowiłoby znęcanie się nad zwierzętami, na które biedne stworzenie sobie nie zasłużyło.

– Wesley, możesz powiedzieć, co wam do głowy strzeliło? – zapytała rudzielca.

– No bo to wszystko wina Malfoya! Po wypadku Neville'a ukradł jego przypominajkę …

– Neville'a? A co on ma z tym wspólnego?

– Spadł z miotły na lekcji latania. O ile się orientuję, nic mu nie jest – pospieszyła z wyjaśnieniami Pomona.

– …no i to on uderzył miotłą swoją…

– Co do oskarżeń, to może zaczekajmy, aż się pojawią wszystkie strony konfliktu – warknął Snape. – Poza tym, nawet gdyby wykradł samą tiarę przydziału, to chyba wystarczyło to powiedzieć profesor Hooch, zamiast ganiać go, po całych błoniach ryzykując życie swoje i innych.

– Innych?

– Mogłeś w kogoś uderzyć, imbecylu!

Pełen gniewu syk Severusa przypominał trzaśnięcie bicza. Przestraszony Wesley odruchowo spojrzał na nią, szukając wsparcia. Owszem, nauczyciel eliksirów powinien darować sobie epitet, ale…

– Pan profesor ma rację. Zanim coś zrobisz, pomyśl… Moi drodzy, z drogi, nie ma tu nic do oglądania! – Przegoniła wlepiającą w nich oczy grupkę czwartoklasistów. Swoją drogą, uczniowie na tym roku powinni już doskonale wiedzieć, że nie wchodzić się w drogę eskortującym poszkodowanego, szczególnie nauczycielom.

Widząc ich piątkę Poppy Pomfrey była, delikatnie rzecz ujmując, zdziwiona. Podobnie Nevile, Silvanus i Malfoy. Generalnie w przychodni zrobiło się nieco tłoczno.

– Co się stało? – zapytała pielęgniarka, natychmiast podbiegając do oszołomionej Harriet, którą Pomona i Snape pomogli posadzili na kozetce. No, tak-jakby posadzili. Trzeba było przytrzymać ją, żeby się nie zsunęła.

Minerwa pospieszyła z wyjaśnieniami, w końcu to ona była odpowiedzialna za całe to zamieszanie… No, nie za całe. Za wypadek małej Potter. Reszta nie była jej udziałem, a przynajmniej nie Nevile i Silvanus. No i sowa. Ptak naprawdę musiał być w kiepskim stanie, skoro Poppy pozwoliła mu to zostać. Nieszczęsne stworzenie zajmowało jedną z kozetek leżąc na plecach i tocząc wokół zbolałym wzrokiem, ale wyglądało na to, że mu nic nie będzie. Swoją drogą nieraz słała listy do Ministerstwa Magii, aby te wyskrobało fundusze na dodatkowego medyka i przy okazji weterynarza, niestety bez efektów. A nie była jedyna. Wiedziała, że podobne listy spływają od wielu innych nauczycieli, w tym od samego dyrektora.

– Prawdopodobnie wstrząśnienie mózgu. Zwymiotowała niemal zaraz po uderzeniu – uzupełnił jej wywód Severus, przypatrując się małej z niepokojem, chociaż nawet w połowie nie takim jak Pomona, a prawdopodobnie i ona sama.

Nie stanowiło tajemnicy, że mózg jest niezwykle wrażliwym narządem, a pośrednio źródłem woli, zatem i mocy, w związku z czym czarodzieje niezbyt dobrze radzili sobie z jego urazami… a przynajmniej nie na tle innych. Naprawienie złamanej kości trwało jedynie chwilę, podobnie przytwierdzenie uciętego palca, a nawet ręki, czy zasklepienie rozerwanej aorty. Jednak mózg, z nim trzeba było postępować delikatnie. Ostrożnie. I angażując najmniej magii, jak to tylko możliwe.

Poppy niezwłocznie zajęła się dziewczynką, której Pomona nie odstępowała na krok, podczas gdy Minerwa, podobnie jak Snape, stanęli za parawanem.

Swoją drogą Minerwa podziwiała to jak Sprout, mimo czającego się w jej spojrzeniu zmartwienia, zachowywała spokój, praktycznie w ogóle nie okazując zdenerwowania. Nie była jedną z tych, którym z powodu emocji drży głos, trzęsą się ręce czy napływają łzy do oczu. Praktycznie nigdy też nie okazywała wzruszenia czy większego gniewu. Owszem, kiedy nastrój dopisywał, pozwalała sobie na rubaszny śmiech, wesołkowate komentarze, a nawet pieprzne żarty, ale w obliczu jakiegokolwiek kryzysu zachowywała spokój, którego Minerwa szczerze koleżance pozazdrościła. Podejrzewała, że sama jest teraz blada jak ściana, a z twarzy bije jej czyste poczucie winy. W końcu to ona narozrabiała, prawda? Nie raz krzyczała na uczniów, kiedy ci z takim rozmachem otwierali drzwi, do tego parę razy też ledwie uniknęła uderzenia nim, a tu, ot tak, sama dała się ponieść złości i…

Westchnęła.

– A tak w ogóle, to co cię tak rozjuszyło, że tak wypadłaś z pokoju nauczycielskiego? – zapytał Severus, zerkając na nią z ukosa.

Wybita z rytmu pytaniem, zastanowiła się przelotnie, czemu w ogóle mężczyzna tu został… A. tak – był jednym z opiekunów uczniów, którzy złamali przepisy. Obie wraz z Pomoną tu zostały, więc i on również. Poza tym na miejscu znajdowali się wszyscy mali winowajcy. Podenerwowany i zaniepokojony Ron, rozdarty między troską o sowę, lękiem przed karą i ciekawością Draco oraz nieprzytomna Harriet.

– Bliźniacy Wesley. Filius przyłapał ich, kiedy bawili się w wybuchowe dowcipy w toalecie. Jakby nasza kanalizacja nie była w wystarczająco opłakanym stanie.

Twarz mistrza eliksirów wykrzywił natychmiastowy gniew. Nie dziwiła mu się. Wszelkiego rodzaju łazienkowe wygłupy nie raz i nie dwa kończyły się zalaniem lochów.

– I Filius doniósł na swoich ulubieńców do ich opiekunki? – zapytał.

- Wiesz… – zaczęła, ale zorientowała się, że słucha ją o kilka par uszu za dużo. – Wesley, Malfoy idźcie do pokoju nauczycielskiego, a jak wróci pani Hooch, powiedzcie jej, żeby na nas zaczekała. Nie myślcie sobie, że wam się upiecze! Silvanusie, mógłbyś ich proszę odprowadzić? Już raz dzisiaj próbowali się pozabijać i wolałabym, żeby to się nie powtórzyło.

– Niech on pierw odda przypominajkę Neville'owi! – zawołała Ron, oskarżycielsko celując palcem w Draco.

– Już to zrobił, w końcu dwóch nie musi mieć – wtrącił się wesoło Longbottom, którego Malfoy spróbował zamordować wzrokiem. Widząc pytające spojrzenie Wesley'a, szybko uzupełnił – W paczce, którą przyniosła jego sowa była właśnie przypominajka. Ojciec mu ją wysłał, bo zapomniał paru rzeczy z domu.

Silvanus nawet nie próbował udawać, że go to nie bawi. Chichocząc wstał z kozetki i objął rozeźlonego chłopaka zastępująca mu ramię protezą.

– No kawalerowie, idziemy. A ty mój panie się nie przejmuj. Sówce nic nie będzie, przeleży sobie tutaj w spokoju do rana i jutro będzie jak nowa. No może lepiej, żeby przez kolejne dwa dni nocowała w klatce, a w nie sowiarni i przez tydzień unikała latania, ale to tyle…

Kiedy nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami zniknął wraz z Wesleyem i Malfoyem, Lognbottom sam wpadł na to, aby iść w ich ślady – z jakiegokolwiek powodu nie trafił do pielęgniarki, wyglądało na to, że Poppy już jakiś czas temu go uleczyła. Pewnie został trochę dłużej tylko po to, aby się do porządku uspokoić.

– Bliźniaki zmieniły toalety na kilku piętrach w gejzery – dokończyła myśl, kiedy wszyscy niepożądani słuchacze znaleźli się poza zasięgiem jej głosu. – Na jednym z sedesów siedział właśnie Filius. Zresztą nie tylko on. Ucierpiała też bibliotekarka. Oboje są wściekli, chociaż to nic przy Filchu, który to teraz wszystko sprząta razem ze skrzatami. Jeżeli ich dopadnie, to chyba obedrze ze skóry. DOSŁOWNIE.

– To niech od razu te skóry przerobi na buty. Wreszcie ci dwaj idioci przydadzą się do czegoś.

– Gdyby to byli idioci… Niestety oni SĄ inteligentni. W dodatku zdolni, czego dowód stanowią ich całkiem niezłe stopnie między innymi z eliksirów. Rzecz w tym, że używają inteligencji w całkowicie nieodpowiedni sposób. Gdyby byli idiotami, byłoby ich o wiele łatwiej kontrolować.

– Nie powiedziałbym. Idioci bywają naprawę nieprzewidywalni, niejednokrotnie o wiele bardziej niż prawdziwi szaleńcy. Czasem są wręcz genialni… Na swój pokrętny sposób. Niestety efekty tego geniuszu zwykle obejmują rozmaite zniszczenia i urazy fizyczne.

– Masz na myśli Richarda? Myślałam, że puściłeś ten wypadek w niepamięć.

– Wybacz, ale gdy obok twojej głowy z olbrzymia siłą uderza w ścianę kula metalu, która ledwie sekundę temu była przyzwoitym, WZMACNIANYM kociołkiem… Cóż, coś takiego trudno wyprzeć z pamięci.

– Aż trudno uwierzyć, że coś takiego zrobił ślizgon – mruknęła, niezbyt dobrze maskując czająca się w głosie nutkę wesołości.

Severus posłał jej pełne jadu spojrzenie.

– Cóż, idioci zdarzają się w nawet w Slytherinie, chociaż w moim domu to rzadkość, czego nie można powiedzieć o innych.

– Masz na myśli bardziej Hufflepuff czy Gryffindor? – zapytała zaczepnie, ale bez złości. Dobrze zdawała sobie sprawę z opinii Mistrza Eliksirów o gryfonach i nauczyła się tym nie przejmować. Co nie znaczyło, że nie lubiła go zapędzać, tak jak teraz, w kozi róg i patrzeć ten usiłuje znaleźć dyplomatyczną odpowiedź.

– Po równi Hufflepuff, Gryffindor jak i Ravenclaw. Teoretycznie w tym ostatnim powinna znajdować jedynie inteligencka śmietanka, niestety i owa śmietanka bywa zwarzona irracjonalizmem, marzycielstwem oraz brakiem jakiegokolwiek rozsądku. Przykładem tego jest chociażby ten świr, Ksenofilius Lovegood. W przyszłym roku do szkoły ma trafić jego córka, Merlinie miej nas w opiece.

Minerwa uniosła brew. Wiedziała, że coś zaszło między Severusem i Ksenofiliusem, ale nie miała pojęcia co, gdzie ani kiedy. Rozumiałaby jego niechęć, gdyby chodzili razem do szkoły – Snape często wdawał się w utarczki z kolegami – jednak obydwu dzieliła dekada, więc nie mieli takiej okazji.

– No, skończone. Wszystko powinno być w porządku – dobiegł ich zza parawanu radosny głos Poppy.

Nie tracąc czasy, Minerwa zajrzała do małej Potter. Dziewczynka, tak jak uprzednio siedziała na kozetce, wodząc wokół mętnym wzrokiem. Z tą różnicą, że tym razem siedziała sama, bez niczyjej pomocy, a nawet z zadowoleniem machała nogami. W dodatku Pomona uśmiechała się, co stanowiło jasny znak, że wszystko będzie dobrze.

– Na pewno? – zapytała mimo wszystko.

– Oczywiście, na szczęście zareagowaliście błyskawicznie, więc nie musiałam się specjalnie wysilać. Jednak lepiej, żeby została tu do jutra. Może być nieco… Zdezorientowana. Mieć zaburzoną koordynację, mówić za dużo, za swobodnie i za szczerze. Trochę jakby była pijana, a trochę jak pod wpływem pomniejszego eliksiru prawdy.

– Eliksiru prawdy? Och to można wykorzystać – usłyszała zza pleców jadowity głos Severusa.

– Severusie… – zaczęła ostrzegawczo Pomona, ale nic to nie dało.

– Może nam powiesz, Potter, co tak właściwie stało się na błoniach?

Harriet nader chętnie odpowiedziała. Czy raczej opowiedziała, bo z teoretycznie krótkich wyjaśnień zrobiła pełną zwrotów akcji historyjkę, co rusz ubarwianą słowami typu „debil", „idiota", „kretyn". Adresatami tych mało wybrednych epitetów byli po równi Wesley i Malfoy oraz – o dziwo –ona sama. Trzeba było to małej przyznać, miała dość krytyczne podejście do siebie, chociaż jednocześnie niepozbawione dystansu.

– Proszę, proszę, Severusie. Potter, opisując innych, używa słowa „idiota" niemal równie często jak ty. Czyżby bratnia dusza? – rzuciła jadowicie Poppy.

Mistrz eliksirów rzucił Pomfrey tak zimne spojrzenie, że powinno ją natychmiast zmrozić, zmieniając w lodową figurę. Pielęgniarka jednak się tylko uśmiechnęła.

– To za przesłuchiwanie moich pacjentów bez zezwolenia – mruknęła. – Robienie tego, kiedy Potter nie może kontrolować swoich słów, było nie fair. Poza tym nie skończyłam jeszcze przeprowadzać wywiadu.

– A czego jeszcze potrzebujesz się dowiedzieć?

– Na przykład, tak dla bezpieczeństwa, chciałabym zapytać, czy już wcześniej się uderzyła w głow…

– Na pierwszej transmutacji – odpowiedziała natychmiast Harriet z wyraźną wesołością w głosie. – Ale nie mocno. Próbowałam pogłaskać profesor McGonagall, bo była kotkiem, ale nagle zmieniła mi się w człowieka i się wystraszyłam, i się wywróciłam, bo głupi wujkowie nie powiedzieli mi, że tu są jacyś animagowie. Znaczy jeden. I dobrze, że tylko jeden, bo z moim pechem jeszcze bym jakiegoś nadepnęła albo na nim usiadła.

Minerwa westchnęła w duchu, kiedy po twarzach pielęgniarki i pozostałych profesorów przebiegły uśmiechy.

– No tak, to musiało być dziwne – mruknęła Pomona, spoglądając na dziewczynkę z wyraźnym rozbawieniem.

– Nie dziwne, tylko zaskakujące. Dziwne byłoby gdybym wiedziała, że kicia to pani profesor, a i tak chciałabym ja pogłaskać. Albo gdyby mi pozwoliła. Albo jedno i drugie. A swoją drogą sporo uczniów ma koty, także kocury w tym takie niemagiczne i nie zawsze kastrowane. Pani profesor się nie boi, że kiedyś któryś na nią skoczy?

Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć o co chodziło dziewczynce. Pomona jawnie parsknęła śmiechem, Severus nagle zainteresował się czymś na suficie, usilnie tłumiąc uśmiech, a Poppy zachichotała pod nosem. Natomiast na twarzy Harriet wykwitł wyraz uprzejmego wyczekiwania. Ewidentnie nie zdawała sobie z… efektu komediowego swoich słów.

– Bez obawy. Zwierzęta nie wykazują romantycznego zainteresowania animagami. Poza tym, aby zwierzęta się parzyły, samica musi być w rui, a ludzie szczęśliwie rui nie mają – wyjaśniła dziewczynce Minerwa, posyłając swoim kolegom i setnie ubawionej pielęgniarce kolejne, srogie spojrzenie.

– Aha. To szczęście. Przynajmniej dla niektóry, bo pewnie by się znaleźli tacy, którym by to nie przeszkadzało. A czy…

– Porozmawiamy o tym jutro rano, na razie nie powinnaś za dużo mówić – przerwała małej Poppy, jednocześnie zasłaniając jej usta i ratując tym sytuację. Bo nie ulegało wątpliwości, że o cokolwiek Potter nie chciała zapytać, było to coś strasznego. – Bez obawy, nie będzie tego pamiętała. A właściwie niczego z najbliższych pięciu, a może nawet sześciu godzin.

– Ale oni będą pamiętać – Minerwa rzuciła kolejne ostre spojrzenie Pomonie, która nie przestawała chichotać. Mało tego, w granatowych oczach wiekowej czarownicy pojawiły się pełne rozbawienia diabliki, świadczące o tym, że nie prędko powoli jej zapomnieć o niezręcznej rozmowie. Snape przynajmniej udawał powagę, zmieniając obiekt zainteresowania z sufitu na noski swych butów.

– W każdym razie dobrze, że wszystko skończyło się dobrze. – Westchnęła zerkając na tykający na ścianie zegar. – Lekcja latania pewnie dobiegła końca. Chyba powinniśmy się zbierać, bo Hooch będzie na nas czekać.

Pozostali dwaj opiekunowie ruszyli do drzwi gabinetu, ale gdy tylko te się za nimi zamknęły, usłyszeli ociekający fałszywą słodyczą głos Pomony:

– Wiesz co, Mini? Naprawdę nie wiem czy będę się mogła skupić na wymyślaniu kary dla naszych łobuziaków…

Minerwa w duchu jęknęła. Cokolwiek nadchodziło, nie mogło to być NIC dobrego.

– …bo wizja ciebie marcującej po kątach z niekastrowanymi kocurami będzie mnie prześladować do końca tygodnia.

– Pomono!

Nauczycielka zielarstwa zachichotała diabolicznie, a zarazem jakoś tak nieprzyzwoicie, natomiast Severus przyspieszył kroku, zapewne po to, żeby żadna z nich nie zauważyła, jak się dusi ze śmiechu. Zupełnie, jakby ukazanie komuś swojej szeroko uśmiechniętej twarzy miało go kosztować życie.

Minerwa poczuła jak policzki zaczynają ją piec. No naprawdę… Żeby w tym wieku dać się wprawić w takie zażenowanie? Nie do pomyślenia. I to przez kogo? Przez przypominającą wesołego ziemniaka koleżankę oraz – pośrednio – ledwie jedenastoletnią uczennicę. Powinna być ponad to. Powinna. Ale czy była to inna sprawa.

„Za dziesięć lat będzie cię to bawić" – pomyślała przelotnie, z niejaką nadzieją.

Harriet obudziła się, a była to pobudka całkiem przyjemna. Po pierwsze czuła się wyspana. Po drugie przyjemnie rozluźniona i jakaś taka… odstresowana. Do tego obecność miękkiej, świeżo wykrochmalonej pościeli, ze szczególnym uwzględnieniem miękkiej podusi, również przypadła jej do gustu. A śpiąca w nogach sowa przyjemnie grzała w stopy.

Ziewnęła, otworzyła oczy i z lekkim zdziwieniem rozejrzała się wokół. Zamiast przyjemnych barw dormitorium i zdobiących ściany wiejskich pejzaży ujrzała biel. Wiele bieli. Do tego parawany, parę umywalek, szafki na leki… Ach tak. Skrzydło szpitalne. Niejasno pamiętała, że chyba oberwała drzwiami. I zwymiotowała na profesor McGonagall. No pięknie… Tylko tego brakowało, żeby jeszcze ona się do niej zraziła, zupełnie jakby niechęć profesora Snape'a nie wystarczyła.

Tak, skrzydło szpitalne. Podejrzewała, że przy swoim pechu jeszcze nie raz w nim wyląduje, chociaż miała nieśmiałą nadzieję, że może jednak nie. Jednak coś było nie tak. Coś…

A tak, śpiąca w nogach Stella. Jakoś wątpiła, żeby pozwalano tu przebywać zwierzętom, w tym sowom. Zatem dlaczego…?

– Och, kochanie, widzę, że już wstałaś – zaszczebiotała pielęgniarka, jednocześnie obdarzając Stellę niezwykle wrogim spojrzeniem. Sowa oczywiście nic sobie z tego nie zrobiła, jedynie przeciągnęła się i potężnie ziewnęła. – Doskonale. Zaraz dostaniesz coś do jedzenia, potem będziesz mogła się umyć i przebrać. Skrzaty domowe przyniosły twoje ubrania z dormitorium… A tak w ogóle pamiętasz, co się stało? Czemu to jesteś?

– Zostałam uderzona drzwiami. Chyba przez profesor McGonagall. I chyba na nią zwymiotowałam… Chociaż mam nadzieję, że nie.

– No o tym noc mi nie wiadomo… Chociaż istotnie nieco dziwnie pachniała, kiedy tu przyszła.

„No pięknie" – pomyślała Harriet, ale szybko skierowała myśli na inny tor. Niemal równie nieprzyjemny.

– Ym… Mam nadzieję, że Stella nie narobiła kłopotów.

Uśmiech na twarzy pielęgniarki stężał i stał się jakiś taki… Drewniany? Inaczej nie mogła tego nazwać. Jednak nadal tam tkwił, więc raczej nie groziło jej nic nieprzyjemnego. Raczej.

– Trzeba przyznać, że twoja sowa jest WIĘCEJ niż tylko uparta. Przyleciała tu niedługo po twoim przybyciu, podstępem wdarła się do środka i za nic nie dała się wyprosić, a próbowałam wiele razy. W końcu musiałam odpuścić, zresztą wyganianie jej trochę mijało się z celem, biorąc pod uwagę, że była tu też sowa Draco Malfoy'a. Poza tym twoje ptaszysko dotrzymywało jej towarzystwa i dodawało otuchy, więc przydało się na coś.

A no właśnie! Ocypete!

– Co z nią? Sówka dobrze się czuje?

– Tak – uśmiech pielęgniarki na powrót stał się łagodny. – Doszła do siebie i rano Draco ją odebrał. Spytałam nawet, czy nie chciałby zostać i ci podziękować, ale cóż… Z dość zabawną miną stwierdził, że powinien czym prędzej zaopiekować się pupilką.

Harriet jakoś to nie zdziwiło. Zdziwiła ją jednak – pozytywnie – pewna złośliwość w tonie pielęgniarki.

„Babka wygląda na równą. To świetnie, bo pewnie jeszcze nie raz się zobaczymy".

– Jakoś mnie to nie dziwi. Zresztą nie jego ratowałam, tylko sówkę. Gdyby to on miał uderzyć w wierzbę bijącą, chyba bym się nie ruszyła z miejsca.

– Och naprawdę? – zapytała pielęgniarka, uśmiechając się krzywo. – A to czemu? Jego niekłamany urok osobisty, czy coś więcej?

– Raczej to, że tak ogólnie to chyba wolę zwierzątka od ludzi i jakoś do ludzi nie mam takich odruchów, a przynajmniej nie tych, których ledwo znam i średnio lubię. Poza tym Ocypete jest od niego o wiele śliczniejsza… chociaż nie tak ładna jak Stella – dodała szybko, czując na sobie zawistny wzrok sowy.

– No, nie powiem, żebym nie rozumiała, chociaż tak ogólnie, średnio przepadam za zwierzętami. Ale zdajesz sobie sprawę, że to co zrobiłaś, było cholernie głupie i niebezpieczne?

– No tak, ale, jak już powiedziałam, to był odruch. Zorientowałam się, co robię, dopiero lecąc między gałęziami wściekłej wierzby i może mi pani wierzyć, solidnie wyzywałam siebie od idiotek.

– Domyślam się. Relacja, którą zdałaś profesorom, aż się roiła od tego typu określeń.

Zaskoczona Harriet zamrugała, a pani Pomfrey z uśmiechem opowiedziała jej wydarzenia wczorajszego dnia, wliczając w to dowcip Wesleyów z toaletami, aczkolwiek nie chciała zdradzić, kto padł jego bezpośrednią ofiarą. Oficjalnym powodem, dla którego o nim wspomniała, było ostrzeżenie jej przed niespodziankami mogącymi się jeszcze czaić w toaletach, a konkretniej rzecz ujmując w rurach. Jednak Harriet domyśliła się, że chodziło też o to, aby usprawiedliwić McGonagall, chociaż – jej zdaniem – nie było czego usprawiedliwiać, bo wypadki się zdarzają. Szczególnie jej.

Po streszczeniu ubiegłego dnia, pielęgniarka zaczęła dokładnie wypytywać Harriet o samopoczucie i o to, co pamięta ze wczoraj. Kiedy się okazało, że – od momentu uderzenia – naprawdę niewiele, kobieta wyraźnie się spięła i natychmiast rozpoczęła „badanie kontrolne". Te jednak wykazało, że wszystko jest w porządku i raczej nie trzeba się przejmować.

– Mimo wszystko byłabym spokojniejsza, gdybyś zajrzała do mnie dzisiaj wieczorem –mruknęła, przyglądając się dziewczynce uważnie. – Urazów mózgu nawet czarodzieje nie mogą lekceważyć. I unikaj dzisiaj nadmiernego wysiłku oraz gwałtownych ruchów głową. Nade wszystko jednak, staraj się nie upadać, dobrze?

Harriet, doskonale świadoma swojego talentu do przyciągania dziwnych zdarzeń, tylko westchnęła ciężko.

– Proszę pani, ja upadków nigdy nie planuję. To one planują przytrafić się mnie.

Powoli schodziła po krętych schodach, uważnie stawiając kroki, nieprzyzwyczajona do tego typu stopni. Wystarczył jeden nieostrożny krok, żeby bardzo szybko znalazła się na dole, ale oszczędność czasu nie była warta potencjalnych obrażeń. Naprawdę chciała uczynić zadość prośbie pani Pomfrey odnośnie wywrotek, zarówno dla siebie jak i dla niej. Poza tym miała przeczucie, że jeżeli po raz kolejny trafi do skrzydła szpitalnego zamiast do pokoju nauczycielskiego, to profesor Sprout uzna, że ewidentnie miga się od szlabanu… czy innej kary, o jakiej zadecydowała w dniu wczorajszym wraz z Snape'em, McGonagall i oczywiście Hooch.

Westchnęła. Miała jakieś takie niemiłe uczucie, że skoro w naradzie brał udział mistrz eliksirów, będzie to coś strasznego. Zresztą i profesor Hooch nie wyglądała na osobę, która ot tak puszcza płazem przewinienia.

Ech, chyba szybko się dowie, czemu woźny zawdzięcza swą złą sławę.

Profesor Sprout, jak wieść niosła, zwykle przesiadywała w jednej ze szklarni, gdzie też urządziła sobie gabinet. Dlaczego zatem pani Pomfrey poleciła jej stawić się w pokoju nauczycielskim? Nie miała pojęcia, ale po wypadku z drzwiami we wszystkim doszukiwała się złych omenów. Mimo to dzielnie w nie, znaczy w drzwi, zapukała, a po chwili rozległo się melodyjne, ale jednocześnie stanowcze „proszę".

Nieśmiało wśliznęła się do środka, jednocześnie usiłując objąć wzrokiem pokój nauczycielski, którego nie miała jeszcze okazji obejrzeć, chociaż tak właściwie nie chciała. W poprzedniej szkole trafiała do niego, tylko kiedy wpadała w kłopoty i najwyraźniej nie miało się to zmienić.

Jeżeli chodzi o układ, pomieszczenie przypominało większość pokoi nauczycielskich na całym świecie – na środku długi stół otoczony krzesłami, pod jedną ze ścian szafy i komody o bliżej nieokreślonej zawartości, nieopodal zegar, a po przeciwległej stronie zestaw kawowo-herbaciany, niewielka umywaleczka i całkiem mugolska tablica korkowa, upstrzona planami zajęć, notatkami i dziesiątkami rozmaitych harmonogramów. Różnica tkwiła w wystroju. Meble przywodziły na myśl wiejski dworek angielski, na ścianach, wisiały wielkie obrazy w zdobnych ramach, głównie portrety różnorakich, zapewne znanych, osobistości, zegar był zegarem nie wiszącym, tylko stojącym, takim staromodnym z wahadłem, a większość podłogi okrywał gruby, tkany dywan. Temu ostatniemu nie dziwiła się – podczas wielogodzinnych zebrań od kamiennych bloków musiało okropnie ciągnąć po stopach. Chociaż w walce z chłodem zapewne pomagał niemały kominek. Przynajmniej zimą. Obecnie ów był wygaszony i sprawiał raczej ponure wrażenie, zaś stojące wokół niego, nieco wyliniałe fotele odwrócono w kierunku stołu.

Wystarczył jej jeden rzut oka na profesor Sprout, aby zrozumieć, czemu akurat dzisiaj opiekunka darowała sobie siedzenie w szklarni. Z obu stron kobiety piętrzyły się niemałe stosy papierów, prawdopodobnie testów. Kobieta pochylała się nad nim, tu i ówdzie podkreślając coś, przekreślając i znacząc. Pióro wieczne w jej palcach przypominało miecz, czarne litery szeregi przeciwników, a ślady czerwonego atramentu, śmiertelne razy. Do tego te notatki wykonane pięknym, miękkim pismem, dość kontrastującym z powierzchownością nauczycielki, która zdawała się wizualnym synonimem słowa „praktyczność".

Srebrzysta stalówka jakby z wahaniem zatańczyła nad gładką powierzchnią papieru i po chwili nakreśliła „Z". Harriet, która zdążyła się już nauczyć co nieco o Hogwarckim systemie nauczania, wiedziała, co oznacza litera. „Zadowalający", najniższa ocena spośród tych pozytywnych. Nieco wyższą było „P", czyli „Powyżej Oczekiwań", a najwyższą „W" to jest „Wybitny". O dziwo istniały aż trzy stopnie negatywne, „Nędzy", trochę gorszy „Okropny" i najgorszy „Troll". Osobiście nie widziała w tym sensu. No, może jeszcze rozumiałaby tą skalę w kontekście zajęć praktycznych, gdzie „Nędzny" znaczyłby „nie umie wystarczająco dużo", a „Troll" oznajmiałby „zabierzcie mu różdżkę, bo jeszcze zrobi sobie albo komuś krzywdę". Jednak zajęcia teoretyczne? Jak można mieć ujemną wiedzę teoretyczną?

W każdym razie, fakt sprawdzania tak dużej ilości prac, tłumaczył opiekunkę Hufflepuffu. W końcu w szklarniach, jak powszechnie wiadomo, panuje spora wilgoć, a wilgoć, atrament i papier to nieszczególnie dobre zestawienie.

– Nauczyciele zawsze przeprowadzają w klasach trzecich i piątych testy kontrolne, żeby sprawdzić, ile dzieciaki się nauczyły w poprzednich latach, ale uczniów jakoś zawsze to zaskakuje. Szczególnie trzecioklasistów. Piątoklasiści, że czekają ich SUMy, podchodzą do wszystkiego nieco poważniej, jednak zwykle i tak się do nich nie uczą. Mówią, że chcą sprawdzić, ile nie wiedzą, żeby wiedzieć, czego mają się nauczyć. – Profesor z cichym westchnieniem odłożyła test na jedną z kupek papieru i sięgnęła po następny test, który rozprostowała na stole. – Co nie zmienia faktu, że i tak będą musieli wszystko powtórzyć, żeby się przygotować do egzaminów, a taką filozofią tylko odwlekają nieuniknione.

Harriet przekrzywiła głowę.

– Nieunikniona też jest śmierć, ale to nieznaczny, ze wszyscy powinniśmy umrzeć już teraz, bo i tak to nas czeka, prawda?

Profesor posłała jej zaskoczone spojrzenie znad testu, po czym zamrugała i uśmiechnęła się półgębkiem, jednocześnie odkładając pióro na miejsce.

– Może coś w tym jest… ale może przejdźmy do ciebie. – Odwróciła krzesło w jej stronę. – Jak się czujesz? Z głową wszystko dobrze?

– No tak… Nie licząc tego okropnego śladu.

Profesor z trudem stłumiła uśmiech, a Harriet westchnęła ciężko. Wchodząc do łazienki, przeżyła niemiłe zdziwienie, kiedy spojrzała w lustro i na swoim czole nie zobaczyła blizny w kształcie błyskawicy, ale też ciemnofioletowa chmurę, bo właśnie taki kształt przybrał siniec na środku jej czoła. Całość przypominała znaczek burzy, taki sam jak w telewizyjnej prognozie pogody.

Niestety okropnego sińca nie można było magicznie usunąć, bo widniejąca tuż pod nim blizna zaburzała procesy gojenia i „wymagałoby to znacznie więkcej magii niż to warte", jak to określiła pielęgniarka. Naprawdę szkoda, bo dziewczyna miała nieprzyjemne przeczucie, że chmurka burzowa bardzo spodoba się innym uczniom, szczególnie Malfoyowi i Zachariaszowi. Acha, no i był jeszcze profesor Snape. Co prawda ledwie go znała, ale jakoś nie sądziła, że pominie milczeniem tak kuriozalny widok.

– Cóż, kara za nierozsądne zachowanie – zachichotała kobieta. – Bo wiesz, że to, co zrobiłaś było głupie i skrajnie niebezpieczne?

– Tak. Ale to był odruch. Ja W OGÓLE nie myślałam, co robię… Zorientowałam się dopiero po złapaniu tej sowy i nie było to przyjemne. Chyba już w życiu nie wsiądę na miotłę.

– Hm… Profesor Hooch również powiedziała coś podobnego. Stwierdziła, że dawno nie widziała kogoś tak przepełnionego ulgą po zejściu z miotły i pewnie zagonienie cię na nią będzie wymagało niemało wysiłku. Dlatego stwierdziła, że najlepszą kara dla ciebie zostanie ścigającą.

– Ścigająca co?

– Ścigającą drużyny quidditcha Hufflepuffu.

Harriet poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, a żołądek wywraca się na drugą stronę.

– A-ale czemu? Przecież…

– To, że ktoś czegoś nie lubi, nie znaczy, że nie jest w czymś dobry i na odwrót. Profesor Hooch obstaje, że jesteś piekielnie dobra w lataniu i świetna w unikach, więc nadajesz się do tego jak nikt inny, a nasza drużyna bardzo potrzebuje dobrego ścigającego. Natomiast to, że uważasz miotłę za najgorszego wroga… Cóż, to ma być kara, prawda?

– A nie mogę mieć jakiegoś szlabanu z panem woźnym Filchem? – spojrzała na opiekunkę błagalnie. – Mogę wyszorować wszystkie szkolne toalety szczoteczką do zębów. W kajdanach. Na bosaka.

Profesor Sprout nawet nie próbowała ukryć rozbawienia, które wręcz emanowało z okrągłej, dobrodusznej twarzy.

– Przykro mi, to już postanowione. W piątek zaraz po zajęciach masz zjawić się na boisku do quidditcha, będziesz miała trening wprowadzający. I nie łam się, będzie dobrze – nauczycielka puściła do niej oko.

Harriet posłała nauczycielce wymuszony uśmiech, wymamrotała coś nieokreślonego i nieśpiesznie wyszła z pokoju nauczycielskiego.

Kiedy zamknęła za sobą drzwi i wyjrzała przez okno, wychodzące – o ironio – na boisko do quidditcha, broda niebezpiecznie jej zadrżała. To było niesprawiedliwe. Owszem, zachowała się głupio, nierozsądnie i zasłużyła na karę, którą była gotowa przyjąć z pokorą. Ale to… To nie kara, tylko okrucieństwo. Przez jeden wygłup miała przez cały rok latać na tej cholernej miotle i narażać życie? Bo co? Bo drużynie Hufflepuffu brakowało idioty, który lawirowałby pomiędzy morderczymi piłkami-zbijakami, tak zwanymi tłuczkami, a także członkami przeciwnej drużyny? To nie fair!

– Życie mnie nie lubi – wymamrotała wbijając spojrzenie w podłogę, czując, że jeżeli jeszcze trochę popatrzy na to przeklęte boisko, to się rozpłacze.

Tak, nie znosiła latania, a przynajmniej latania na miotle, to mogła powiedzieć z całą pewnością. Do tego wszystko pogarszał fakt, że nie cierpiała sportów drużynowych. Nigdy nie była w nich dobra, przez co zwykle pogrążała swoją drużynę, a koledzy z klasy jasno dawali jej do zrozumienia, że wszystko to jej wina. Zresztą robili to nawet wtedy, kiedy nie była to jej wina. Chude, niezgrabne dziwadło o wiecznie potarganych, czarnych włosach stanowiło wygodnego kozła ofiarnego. W dodatku na lekcjach wychowania fizycznego nie było Dudley'a, który mógłby ją wesprzeć, a dziewczynki potrafiły być równie okrutne, co chłopcy, a może nawet okrutniejsze. Na pewno gorsze w nich było to, że one NIGDY nie odpuszczały, kiedy znielubiona dziewczyna się rozpłakała, przeciwnie. Wtedy dopiero przeprowadzały zmasowany atak. W tym względzie niewiele różniły się od jej ojca, dlatego szybko pojęła zależność i nigdy nie płakała… A przynajmniej nie przy nich. Teraz znowu… Teraz wszystko miało wrócić. I to jeszcze takiej formie, jakby zwyczajna siatkówka nie była wystarczająco okropna.

Wysokość, atakujące człowieka piłki i inni gracze… okropność

– Spokojnie… Tylko spokojnie. Może nie będzie tak źle – mruknęła, po czym jęknęła ciężko. – Kogo ty oszukujesz? Będzie okropnie!

Usiadła pod ścianą, objęła kolana ramionami wsparła na nich twarz. Naprawdę, chciała wracać do domu… Nie. Nie chciała. Dom oznaczał tatę. Chciałaby to trafić do jakiejś szkoły razem z Dudleyem. Dlaczego nie mogła być mugolem tak jak on? Albo dlaczego on nie był czarodziejem? O! To by jej odpowiadało. Gdyby okazał się czarodziejem, jego rodzice musieliby zmienić stosunek do magii, a może wtedy zaakceptowaliby ją nieco bardziej. Przynajmniej odrobinę. Może nawet, gdyby się naprawdę postarała, ciocia polubiłaby ją? Chociaż troszeczkę.

„Nie oszukuj siebie. Z rodziny jedynie Dudley cię kocha. Masz tylko jego i to się nie zmieni."

Była losowi wdzięczna za kuzyna jak za nic innego, ale jakoś na tę myśl żal ścisnął jej serce. Tym bardziej, że momentami czuła jakby była dla niego zbędnym ciężarem. Wiedziała, że to głupie, bo chłopak uwielbiał ją, ale… Ale poza nią miał też innych kolegów. Znajomych. Ona znowu miała tylko jego i cały czas na nim wisiała jak jakiś pasożyt emocjonalny.

„Jestem od niego uzależniona jak narkomanka. Od jego dobroci."

Ledwie to pomyślała, poczuła, że coś szczypie ją w palec. Podniosła głowę i zobaczyła Stellę patrzącą na nią z troską. Sowa oczywiście nie rozumiała, o co chodzi, ale wyczuła, że jej pani jest okropnie zdołowana i tyle wystarczyło, aby zareagowała w najodpowiedniejszy sposób – podeszła do dziewczynki i skrzecząc cicho, wtuliła się w nią.

Broda Harriet ponownie zadrżała i dziewczynka przytuliła Stellę, dociskając zaskoczoną sowę do swojego ciała i topiąc twarz w miękkich piórach.

– Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że jesteś przy mnie.

Tuliła pupilkę jeszcze chwilę, po czym puściła nieco wymiętoszoną ptaszynę, która posłała jej pytające spojrzenie.

– Nic się nie stało. – Pogładziła sowę po głowie. – Po prostu mam zły dzień i chyba zaliczyłam taki kryzys pierwszoroczniaka. Ale nie ma co się łamać. Co ma być to będzie. A teraz… Teraz…

Zmarszczyła brwi, mając wrażenie, że o czymś zapomniała. Po chwili doznała olśnienia. Hagrid! Zaprosił ją do siebie, prawda? Miała przyjść go odwiedzić.

– O cholera… mało brakowało, a bym go wystawiła. A okropnie jest zostać wystawionym – wyszeptała pod nosem. – Chyba czas się zbierać. Jak myślisz? Jesteś gotowa bliżej zapoznać się z Hagridem i jego psiskiem Kłem?

Stella przekrzywiła głowę. Harriet uznała to za tak.

Kieł siedział w kącie, ewidentnie usiłując myśleć o czymś przyjemnym i za wszelką cenę nie spoglądać na nastroszoną, przypominającą rozłożony parasol sowę śnieżną. Wyglądało to dość dziwnie, bo pies bardziej przypominał długouchego niedźwiedzia niż jakiegoś tam kundla, a Stella… Cóż, może i nie była najmniejszym z ptaków, ale na pewno nie mogła się równać wielkością z ogromnym brytanem. Obecnie wyraźnie przestraszonym i skomlącym płaczliwie. Biedny czworonóg, pewnie nie wiedział, za co go to wszystko spotkało. Przecież tylko chciał się przywitać z nowym ludziem, a tu nagle jakiś biały, szponiasty potwór go zaatakował i podziobał.

– Przepraszam, mówiłam, że jest zazdrosna – mruknęła Harriet, posyłając pupilce pełne nagany spojrzenie, z którego sowa nic sobie nie robiła.

– A to ci dopiero! – Hagrid wyglądał na setnie ubawionego. – Charakterne ptaszysko ci kupiłem, nie ma co.

Kieł zaskomlał żałośnie, a sowa nastroszyła się jeszcze bardziej.

– Wstydź się. Zostaw biedulka w spokoju!

Nastroszone pióra Stelli nieco opadły, kiedy sowa spojrzała na nią, skrzecząc wymownie.

– Dobrze wiesz, że ciebie zawsze będę lubić najbardziej ze wszystkich stworzeń biegających, latających czy nawet pływających. Kieł chciał się tylko zaprzyjaźnić. Ze mną, ale Z TOBĄ też. A ty co zrobiłaś? Patrz. Teraz biedny płacze przez ciebie.

Jakby w odpowiedzi pies zaskomlał wyjątkowo żałośnie.

Sowa uspokoiła się, a nawet w złotych oczach zalśniło coś w rodzaju wstydu. Zaskrzeczała, jakby chcąc się usprawiedliwić.

– Tak, tak, tak. W każdym razie, zostaw go w spokoju, co?

Stella zaskrzeczała i zatrzepotała skrzydłami, a Hagrid parsknął śmiechem.

– No naprawdę, świetna z was para. Jeszcze trochę, a pomyślę, że sowa to twój chowaniec czy coś.

– Chowaniec?

– No ta… Chowaniec to taka bajda wymyślona trochę przez mugoli, trochę przez czarodziejów. Według niej chowaniec to jakby magiczny sługus w ciele zwierza. – Hagrid chrząknął. – Kiedyś mówiono, że można wezwać stwory z innych warstw świata. Jedni twierdzili, że demony, inni, że po prostu stwory. One potem miały się wcielać w wybrane przez czarodzieja niemagicznego zwierza i robi z niego magicznego. Takie bardzo, bardzo magicznego. Rozumnego prawie jak człek, a może i nawet rozumniejszego, ale nie na ludzki sposób. Bo też niby są z innego, nieludzkiego miejsca.

Harriet zamyśliła się… Chowanie. Bardzo magiczne nie do końca zwierzę służące czarodziejowi. Taki stwór mógłby być więcej niż użyteczny, niestety, nawet gdyby chowańce nie stanowiły jedynie legendy, przedsięwzięcie nie miałoby najmniejszych szans realizacji. Nie z zaborczą Stellą u boku.

– Chowaniec, nie chowaniec, jeżeli stwierdziłabyś, że jakiś zwierzopodobny stwór może cię zastąpić, zadziobałabyś go na miejscu, prawda? – Zapytała sowę.

Stella, która nie zauważyła, że Kieł wyszedł ze swojego kąta, wyprostowała się na całą wysokość i zaskrzeczała dumnie. Pies wykorzystał, że sowa jest zajęta popisami, podszedł bliżej i cichcem zaczął ją obwąchiwać… Chociaż cichcem to może niezbyt dobre określenie, bo niuchanie było aż nazbyt dobrze słyszalne. Nic więc dziwnego, że ptak niemal natychmiast się odwrócił i zgorszony naruszeniem swojej prywatności zaskrzeczał buntowniczo. Kieł natychmiast podkulił ogon i położył uszył po sobie, po czym, najwyraźniej chcąc dać wyraz przyjaznym intencjom, wysunął swój ogromny jęzor i liznął.

Polizanie przez Kła było jak potarcie przez bardzo, ale to bardzo mokry ręcznik. Ociekająca śliną sowa, ze wstrętem zatrzepotała skrzydłami i czym prędzej uciekła pod krzesło Harriet. Brytan, najwyraźniej nie rozumiejąc, co się stało i czemu po raz kolejny sowa odrzuciła jego przyjaźń, zaskomlał cicho.

– No przykro mi stary, to taki typ – wykrztusił duszący się ze śmiechu Hagrid. – Tu trza troszku ostrożniej.

Przez twarz Harriet przebiegł słaby uśmiech, kiedy spoglądała na kręcącego łbem, skołowanego psa. Poczciwy czworonóg pasował do Hagrida, a do obydwu pasowało to miejsce. Ta chatka. Zbudowana z drewnianych bel o dachu z wierzbowych witek, który kształtem do złudzenia przypominał czarodziejską tiarę. Niewielka, ale od środka zaskakująco przestronna i widna. Przesączające się przez okrągłe okienka światło padało na drewniane ściany, nadając im złocistego połysku i eksponując rozłożone na półkach bibeloty, w sporej mierze wykonane z drewna, prawdopodobnie przez samego gajowego – dziewczynka dostrzegła na kuchennym kredensie dłuto, jakieś dziwaczne nożyki oraz kilka puszek z farbą oraz pędzelki. Zresztą również stół i krzesła wyglądały na jego robotę, podobnie stojące w rogu pomieszczenia, ogromne łóżko okryte pikowaną narzutą z wielobarwnych łat oraz ponadgabarytowa balia tudzież drewniana wanna. Jednak kredens i stojąca nieopodal łóżka, masywna szafa były kupne, ale pasowały do reszty, w tym do zbudowanego z otoczaków, kamiennego kominka. Obrazu dopełniał zapach. Przyjemny, żywiczny z dodatkiem nuty dymu, aromatu domowych wypieków i wędlin, które zwieszały się a konopnych sznurkach ze stropu.

Gajowy, stolarz, wędliniarz i piekarz. Wyglądało na to, że gospodarz ma wiele talentów.

Kiedy w lekkiej zadumie, rozglądała się wokół, poczuła na sobie wzrok Hagrida. Odwróciła głowę i napotkała spojrzenie dwojga czarnych, przypominających żuki oczu, niezwykle łagodnych i dobrotliwych… A obecnie również nieco zmartwionych.

– No Harriet, jakaś przygaszona jesteś. Chodzi o tego chmurowego sińca? Jak tak, to nie przejmuj się. Dzieciaki pewno się będą śmiać, ale minie tydzień i zapomną. Ważne to zacisnąć zęby i nie płakać, tylko śmiać się razem z nimi.

Zamrugała zdziwiona. Hagrid, jako jedyny znany jej dorosły, dał względnie dobrą radę odnośnie radzenia sobie ze szkolnymi „śmieszkami".

– Nie, nie chodzi o to. Do nabijania się jestem przyzwyczajona. Chodzi o karę za aferę z lekcją latania… Słyszałeś o tym?

– Cholibka, chyba wszyscy o tym słyszeli! Hooch twierdzi, że latasz nawet lepiej od swojego staruszka… Ale trza powiedzieć, że to co zrobiłaś, było CHOLERNIE głupie. Chociaż rozumim. Też dla zwierzaków narobiłem wielu głupot. No to, o co chodzi z tą karą?

Harriet westchnęła. Po tym, jak podchodził do jej obaw związanych z samą lekcją latania, wątpiła, że zrozumie, o co jej chodzi, ale powiedzieć mogła. Poza tym bardzo chciała się komuś wyżalić, a gajowy był jedynym, chętnym uchem.

– Chodzi o to, że chociaż latam na miotle może nawet lepiej od taty, to latać NIE CIERPIĘ. Chyba nigdy nie byłam szczęśliwsza, jak wtedy, kiedy po tym wszystkim, co nawyprawiałam, profesor Hooch sprowadziła mnie na ziemię. Miałam nadzieję, że zepnę się, jakoś odbębnię te lekcje i już NIGDY nie wsiądę na miotłę, ale… Ale profesor Hooch stwierdziła, że najlepszą karą będzie, żebym dołączyła do drużyny quidditcha, bo brakuje im ścigającego. I teraz cały rok będę musiała robić coś, czego nie znoszę, a co jest bardzo niebezpieczne. Mało tego, jak coś pójdzie nie tak i Hufflepuff przegra, pewnie będzie na mnie. Zawsze jest na mnie.

– Zrzucać winę na jednego ścigającego? Nie… Co innego, gdybyś była szukającym, ewentualnie obrońcą, ale ścigający… Raczej nic ci nie grozi. No i quidditch nie jest wcale taki niebezpieczny.

– Jak to nie? Tłuczki, brak kasków, groźba upadku z wysokości i kolizji z innym graczem. Zderzenie przy dużej prędkości to nic przyjemnego, a jeżeli do tego ktoś się nadzieje na kij miotły przeciwnika… Coś okropnego. Poza tym wujek Syriusz nie raz opowiadał jak to pałkarze się zapominają i zamiast w tłuczki wala w innych graczy!

– Na każdym meczu jest co najmniej dwóch przechwytujących, to jest czarodziejów na ziemi, którzy lewitują tych, co spadli z mioteł, co by się nie pozabijali. Tłuczki nie uderzają w głowy… No, przynajmniej nie celują w nie. Są tak zaczarowane, co by chcieć uderzyć w tułów i unikać łepetyn. Czasami jakiś trafi w nogę czy rękę, ale o głowy to one się tylko ocierają.

Harriet popatrzyła na wielkoluda. Musiała przyznać, że nieco ją pocieszył. Nawet trochę więcej niż tylko nieco. Miło było pomyśleć, że czarodzieje nie są aż tak szaleni, jeżeli idzie o sport, jak myślała. Szkoda tylko, że akurat o tym wujkowie ani razu nie wspomnieli w swoich barwnych opowieściach.

– Acha… Ale nadal latać na miotle nie znoszę. Przeraża mnie to.

– Czemu? Boisz się wysokości?

– Nie, wysokość lubię i to nawet bardzo, pod warunkiem, że znajduję się na czymś przyczepionym do ziemi. Chodzi o to… – Westchnęła ciężko. – No bo miotła to tylko kijek i trochę witek. Niby wiem, że to magiczny kijek i tak dalej, ale nie widzę i nie czuję tego. Z lataniem nie jest jak z czarowaniem. Podczas czarowania czuję magię, to jak wypływa ze mnie, a przy lataniu… To takie „uwierz, że te ten kijek wzniesie się i nie spadnie, chociaż nie ma żadnych skrzydeł ani silnika".

– A no tak. Przy takim patrzeniu to może być pewien problem. – Hagrid zmarszczył swoje krzaczaste, podobne do gąsienic brwi, myśląc o czymś intensywnie. – Może by ci było trochę pewniej, jakbyś pierw polatała na czymś co ma skrzydła? Mam hipogryfy i mogłabyś potrenować z jednym, takim najłagodniejszym. To trochę niedozwolone, ale jak będziesz nisko lecieć to drzewa cię zasłonią i powinno być dobrze.

– Hagrid, ledwie wczoraj narozrabiałam i dostałam karę. Nie chcę znowu wpaść w kłopoty, a tym bardziej jeszcze ciebie w to wciągnąć. – Westchnęła mocno, zerkając na belki stropowe chatki i hagridową kolekcję domowych wędlin. – Po prostu muszę jakoś to wszystko przetrwać… Chociaż pomogłoby, gdybym mogła od czasu do czasu wpaść do ciebie i porządnie ponarzekać.

Gajowy parsknął śmiechem i pokręcił głową.

– No naprawdę… Wiesz co naprawę pomoże? – zapytał, a w jego czarnych oczach coś błysnęło.

Potrząsnęła głowa, ciekawa co też takiego wielkolud wymyślił.

– Hagridowy sposób na smutki. Pyszne kakao z dodatkiem czekolady, śmietany i piankami oraz placek pigwowy – mówiąc to, mężczyzna wstał i podszedł do kredensu, z którego zdjął największy placek, jaki Harriet widziała. Wyglądał jak deser dla dziesięcioosobowej rodziny łasuchów. – Jak coś, to pigwy to takie jakby bardzo kwaśne jabłka, tyle, że rosną na krzakach. Jeść się ich na surowo nie da, ale na nalewkę lub ciasto to pyszota.

Harriet poczuła, jak usta same wyginają jej się w szerokim uśmiechu.

– Hagrid jesteś najlepszym psychologiem na świecie – mruknęła chłonąc nęcący zapach otaczający placek.

– No ba! Najlepszy lek na smutki to kilka kilogramów ciasta i kakao.

Harriet nie powiedziałaby, że to, co dostała, to był kubek kakao, bo ceramiczne naczynie, w którym podał napój, przypominało bardziej wiaderko z uchem. Oczywiście bynajmniej jej to nie przeszkadzało, podobnie jak to, że kawałek hagridowego ciasta był równie wielki co cała szarlotka w Kotle.

Łasując, z przyjemnością słuchała opowieści Hagrida o zakazanym lesie, stworzeniach, które hodował, jego mniejszych i większych przygodach oraz szkole. Nauczycielach, uczniach. Parokrotnie wspominał jej matkę, ojca oraz wujków, jednak widząc, że niezbyt ją to interesuje, porzucił temat. Miał o wiele więcej ciekawych rzeczy do opowiedzenia – w końcu widział tyle roczników, które przewinęły się przez Hogwart, a większość z nich osobiście przeprawiał przez jezioro.

Tak, opowieści Hargrida były naprawdę niezwykłe, nie tak jak te Harriet traktujące głównie o mugolskim świecie, aczkolwiek wielkolud zdawał się uważać inaczej. Najwyraźniej nieczęsto miał kontakt z niemagicznymi, bo minę miał jak dziecko słuchające bajek. Telewizja, telefony, komputery, nowoczesne samochody… Interesowało go wszystko i o wszystko pytał, również o rzeczy, które Harriet nawet na myśl by nie przyszły – na przykład „co to są te słupki koło parkingów, do których mugole wrzucają pieniądze?" – a był przy tym naprawdę zabawny, do tego stopnia, że wręcz uroczy. Otóż do wszystkiego odnosił się sceptycznie, burczał o „mugolskich wymysłach", ale mimo to drążył temat, po to by koniec końców mruknąć „dziwactwo, mugolskie dziwactwo, ale ma sens".

– Ciekawe skąd mugolom przychodzą to głów te wszystkie pomysły – mruknął w końcu, krzyżując ręce na piersi.

Harriet uniosła brwi. Odpowiedź wydawała się jej wręcz oczywista.

– No bo są ciekawi wszystkiego dookoła, tak jak i czarodzieje, ale nie mają magii. No i bez zmysłu wynalazczego byłoby im okropnie trudno przeżyć. Czarodziejom, żeby mieć co jeść, ogrzać się i uleczyć zawsze starczała magia, mugole od samego początku musieli kombinować. To oni nauczyli się wytapiać metale, oswajać zwierzęta, polować. Wymyślili łuki, włócznie, tkaniny, garncarstwo, rolnictwo i pismo. Bez tego mieliby naprawdę trudno. No i sztuka… To chyba też głównie ich działka. W końcu do oni zaczęli tworzyć papier i pergaminy oraz płótna, więc i pierwsi zaczęli na nich mazać. A że jest ich więcej, to też częściej się kłócą i ze sobą wojują, więc i w wojnach mają większe doświadczenie.

– Ha! Jeszcze powiedz, że bez mugoli czarodzieje nie daliby sobie rady.

– Jasne, że daliby sobie radę, ale byliby bardzo mocno do tyłu ze wszystkim. Może nawet z magią. W końcu to mugole wymyślili garnki, a bez garnków nie byłoby kociołków, a bez kociołków nie byłoby eliksirów, prawda?

– W sumie racja… ale nie mów tego profesorowi Snape'owi. Znaczy, pewnie o tym wie, ale raczej nie podoba mu się to.

Zachichotała.

– Się wie – mruknęła, błyskając zębami.

– A mówiłaś jeszcze o tych komputerach… Znaczy, że można na nich grać.

– Tak! Świetna rzecz. Jak pada, a tata i wujostwo się nie czepiają, potrafię grać z Dudleyem całymi dniami.

– Nie nudzi ci się to?

– Nie, no co ty. Gry na komputer, te dobre, potrafią być jak książki, ale takie połączone z robieniem rzeczy. Dudley ma taką jedną, w której jest się tajnym agentem z przyszłości i trzeba prowadzić różne śledztwa, a czasem nawet się bić… To prawie tak jakbyś ty naprawdę to robił. Ty znaczy osoba która to gra. Przeżywasz przygodę, ale jednocześnie siedzisz w domu i jesteś najzupełniej bezpieczny…


Wróć do „Harry Potter”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość