[DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1342
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Miryoku » 02 wrz 2021, 15:52

Jako że wycwaniłam się i przygotowałam sobie ten komentarz przy pierwszym czytaniu, to zgodnie z obietnicą go dostarczam tutaj:

Świetny rozdział, aż kipi od emocji, a właśnie emocje są dla mnie najważniejsze w czytaniu. Scena z Livade jest cudowna i jeszcze bardziej mam ochotę szipować te dziewuchy :D Scena koszmaru wzięła mnie z zaskoczenia, zwłaszcza po takiej cukierkowej scenie, i niby wpadło mi do głowy, że to może być sen, ale nie byłam pewna i naprawdę myślałam, że zrobiłaś tu taki przeskok w czasie i teraz będzie buba. Ulżyło mi, gdy okazało się, że to faktycznie koszmar. Talarka jest przeurocza, też chcę taką! Może wyleczyłaby mnie z arachnofobii. Scena porodu to już w ogóle masakra pod względem emocji, chyba się spodziewałam, że Ti Pring będzie rodzić w bazie, będzie mieć pomoc Kamenów, a tu takie coś. Przeraża mnie wizja takiego porodu, więc momentami aż ciężko mi się to czytało - co jak najbardziej jest na plus.

A Ti Pau jest przesłodka z tymi uszkami i ogonkiem.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Vampircia » 07 wrz 2021, 18:05

Rozdział VI

- Adlin?! Jesteś tam?!
- Adlin! Trzymaj się, już do ciebie idziemy!
Początkowo głosy dochodziły jakby z oddali, ledwo słyszalne, niczym zanikające echo.
- Adlin!
Z czasem zrobiły się wyraźniejsze, donośniejsze, bardziej realne.
- Hej, Adlin! Żyjesz?
- Musisz się obudzić.
Czy to był sen, czy jawa? Ti Pring nie wiedziała, co się dzieje. Zaczynała powoli powracać do rzeczywistości, ale wciąż miała mętlik w głowie. Czuła, że ktoś nią potrząsa i mimowolnie otworzyła oczy. Zdała sobie sprawę, że nawoływanie jej się nie przyśniło. To Livade i Medulin przybyli z pomocą.
- Ale nas nastraszyłaś. - Dziewczyna odetchnęła z ulgą. - Jesteś cała?
- Tak... po prostu musiałam się zdrzemnąć – odparła pół-Wolkanka zmęczonym głosem.
Z rozczuleniem spojrzała na córeczkę, którą cały czas trzymała w ramionach. Medulin również wpatrywał się w niemowlę wzruszony.
- Jest śliczna - stwierdził i pogładził dziecko palcem po policzku. Nie płakało. Jedynie ziewnęło. - A ty niesamowita. Dokonałaś tego sama. - Podniósł wzrok na Ti Pring. Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- Dasz mi ją? Spróbujemy cię stąd jakoś wydostać – rzekła z troską Livade.
Pół-Wolkanka nie miała obiekcji, by na moment powierzyć Ti Pau przyjaciółce. Zauważyła przy okazji, że Kamenka z dzieckiem na rękach wygląda uroczo.
- Pomóż mi się wejść na grzbiet Talarki. – Ti Pring zwróciła się do Medulina. - Trudny teren to dla niej pestka. Zaniesie mnie do poduszkowca.
Zadanie nie było łatwe, ale Kamenowie, mimo niskiego wzrostu, do słabych nie należeli. Z asystą medyka, Ti Pring stanęła na nogi. A gdy mężczyzna ją podsadził, pół-Wolkanka, mimo bólu, zdołała się wdrapać na plecy wisłoczycy. Kobieta odetchnęła z ulgą i zdała sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie czuła się tak spełniona. Udało się. Urodziła Ti Pau o własnych siłach. To, co najgorsze, minęło. Teraz Ti Pring zamierzała nacieszyć się córeczką i wykorzystać do maksimum czas spokoju. Wiedziała, że prędzej czy później sielanka dobiegnie końca, ale już się z tym pogodziła. Czuła, że sobie poradzi.


Ti Pring obudziła się z uśmiechem na ustach. Musiała przyznać, że łóżko w ambulatorium było bardzo wygodne. Medulin twierdził, że zarówno ona, jak i Ti Pau są zdrowe, ale na wszelki wypadek wolał zostawić jej na obserwacji do następnego cyklu. Wszyscy Kamenowie okazali się bardzo pomocni i troskliwi. Wydawało się wręcz, że każdy z nich ma doświadczenie w zajmowaniu się małym dzieckiem. Dzięki ich wsparciu, pół-Wolkanka mogła spokojnie odpocząć, robiąc jedynie przerwy na karmienie.
Ambulatorium od reszty bazy oddzielała tylko kotara, więc Ti Pring wyraźnie słyszała rozmowy, stukot naczyń i odgłosy smażenia. Czyżby Kamenowie szykowali śniadanie? Zachęcona tą myślą kobieta wstała, przy okazji zdając sobie sprawę, że czuje się dużo lepiej. Medulin był naprawdę dobrym lekarzem.
Prowizoryczne łóżeczko dla dziecka zostało zrobione z podstawki na przyrządy. Gdy Ti Pring do niego podeszła, zauważyła, że Ti Pau wciąż śpi. Nie chcąc jej budzić, kobieta sama wyszła poza kotarę i zauważyła, że Kamenowie rzeczywiście zasiadają do wspólnego posiłku.
- Dzień dobry! - oznajmił ochoczo Pasadur. - Jak się czujesz?
- Całkiem nieźle – odparła z zadowoleniem Ti Pring i podeszła do jednego z krzeseł.
- Czekaj, czekaj... - Medulin szybko zgarnął poduszkę z posłania i położył ją na siedzeniu.
- Dzięki. - Ti Pring przyjacielsko poklepała lekarza po plecach i ostrożnie zajęła miejsce przy stole. Wciąż była trochę obolała, ale mniej niż się spodziewała. Kameńska medycyna na pewno zrobiła swoje.
Gotował Kanfanar. Pogwizdując nałożył pierwszą porcję na talerz i podał pół-Wolkance. Oprócz podsmażonych kostek białkowych, potrawa składała się również z tutejszych porostów oraz apetycznie wyglądających warzyw. Gdy Ti Pring spojrzała na towarzyszy, zauważyła, że wpatrują się w nią intensywnie. Chyba czekali aż zacznie jeść. Kobieta nabrała łyżką sporą ilość kolorowej mieszanki i spróbowała. Na moment zamknęła oczy, delektując się bogactwem smaków. Czuła słodycz, cierpkość, słone nuty i odrobinę pikantności. Kameńska kuchnia już wcześniej przypadła jej do gustu, ale tym razem kucharz przeszedł samego siebie.
- Warzywa powinny jeszcze trochę podrosnąć, ale nie mogłem się powstrzymać. Musiałem ich odrobinę dodać. W końcu świętujemy – wyjaśnił Kanfanar z podekscytowaniem.
- Niesamowite. Dawno czegoś takiego nie jadłam – pochwaliła Ti Pring, nabierając kolejną łyżkę przysmaku.
- Narodziny dziecka to ważne wydarzenie dla całego kolektywu – wytłumaczyła Livade. - Wszyscy poniekąd czujemy się matkami i ojcami.
- Każdy z nas nie raz pomagał w wychowaniu dziecka, więc gdybyś czegoś potrzebowała, to możesz na nas liczyć – dodała Uble, nalewając sobie wody z dzbanka.
- Jestem wam bardzo wdzięczna, ale myślę, że prędzej, czy później muszę się nauczyć radzić sobie sama. - Ti Pring również napełnia swoją szklankę i napiła się łyka.
Panowała wyjątkowo pozytywna, wesoła atmosfera. Po raz pierwszy od dawna pół-Wolkanka poczuła się jak w rodzinie i na moment zapomniała o wszelkich zmartwieniach. Po prostu cieszyła się wspólnym posiłkiem.
Gdy każdy skończył jeść, Pasadur odszedł od stołu i wyjął ze schowka przedmiot wyglądający jak nosidełko dla dziecka. Uble również wstała i wraz z kapitanem podeszła do Ti Pring. Zaskoczona pół-Wolkana podniosła się powoli i pytająco spojrzała na towarzyszy.
- To prezent od nas – przemówił kapitan. - Sami go z Uble zmajstrowaliśmy. Możesz to przypiąć do grzbietu Talarki albo ubrać na plecy. W ten sposób zabierzesz Ti Pau wszędzie, gdzie zechcesz.
Ti Pring zaniemówiła. Wzięła do rąk upominek i przez moment wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Przedmiot składał się z metalowych ram, sztywnego brązowego materiału i licznych pasów. Wyglądał jak kupiony w sklepie. Stworzenie czegoś takiego w tutejszych warunkach musiało być nie lada wyzwaniem.
- A tu coś ode mnie.
Kobieta nawet nie zauważyła, kiedy Kanfanar znalazł się przy niej, z dużą donicą w rękach.
- Podlewaj na początku każdego cyklu, to wkrótce obrodzi pysznymi owocami – wyjaśnił.
Ti Pring odstawiła nosidełko na podłogę i podobnie uczyniła z drugim podarkiem. Jak ona to wszystko ze sobą zabierze?
- Dziękuję wam, jesteście kochani – rzekła ze wzruszeniem.
- To jeszcze nie koniec – przemówił Medulin i wręczył pół-Wolkance wypchaną po brzegi torbę. - Ja nie będę zbyt oryginalny. Masz tu wszelkie potrzebne środki higieniczne.
Nim kobieta zdążyła cokolwiek powiedzieć, rozległ się płacz dziecka. Ti Pring natychmiast pognała do córeczki i wzięła ją w ramiona. Instynkt podpowiadał matce, by przystawić niemowlę do piersi, więc tak uczyniła. Usiadła na łóżku, obserwując małą z zachwytem.
- Ja też coś dla ciebie zrobiłam. A właściwie dla Ti Pau, jak już dorośnie – oznajmiła Livade, wyłaniając się zza kotary.
Dziewczyna podała pół-Wolkance naszyjnik składający się ze sznurka, zielonego kamienia i kilku złotych kulek. Ti Pring była pod wielkim wrażeniem. Z zachwytem oglądała każdy element upominku.
- Naprawdę zrobiłaś go sama? - spytała.
- Od podstaw – odparła Livade i usiadła obok przyjaciółki. - Sama wykopałam surowce. Złoto przetopiłam, a szmaragd oszlifowałam.
- Zaraz... chcesz powiedzieć, że to prawdziwe złoto i szmaragd? - zdumiała się Ti Pring.
- Najprawdziwsze.
Pół-Wolkanka nie mogła wyjść z zachwytu.
- Będę tego strzec jak oka w głowie – obiecała.
- Chyba nawet nie zdążyłam ci pogratulować – zauważyła Livade i spojrzała na dziecko. - Masz naprawdę piękną córeczkę.
- Nie musisz gratulować, ale mam nadzieję, że odwieziesz nas poduszkowcem, bo mam do zabrania sporą wyprawkę – zaśmiała się Ti Pring.
- Z wielką chęcią ci pomogę.
- Kurczę, spadłaś mi z nieba. Dosłownie.
- Nie znam tego powiedzenia, ale brzmi trafnie.
Tym razem obie przyjaciółki zachichotały. Pół-Wolkanka wreszcie czuła się naprawdę szczęśliwa. Szkoda tylko, że nie mogło trwać to wiecznie.


Ti Pring była pod wrażeniem, jak szybko wróciły jej siły. Znowu czuła niesamowitą energię, tak jakby jej ciało miało własny rozum i wiedziało, że Ti Pau należy chronić za wszelką cenę. Na szczęście, póki co, udawało się unikać większych zagrożeń. Do tego pół-Wolkanka pokładała w Talarce wielkie zaufanie. Wisłoczyca doskonale wiedziała, że dziecka należy strzec. Kiedy niemowlę było przypięte do jej grzbietu, Ti Pring mogła spokojnie koncentrować się na zdobywaniu pożywienia. Do tego Ti Pau rzadko płakała. Kobieta nie wiedziała, czy to cecha typowo saiyańska, czy po prostu tak się złożyło, ale zdecydowanie jej to odpowiadało.
Dalsze ograniczanie kontaktów z Kamenami w zasadzie nie miało sensu. Ti Pring czuła, że nieubłaganie zbliża się czas rozłąki i starała się korzystać z gościnności obcych, póki mogła. A trafiła się wyjątkowa okazja do wspólnej biesiady. Raz na kilkaset cykli planeta znajdowała się w takim położeniu, że na moment żadne ze słońc nie oświetlało jej powierzchni i zapadała kompletna ciemność. Tęsknota za prawdziwą nocą nie pozwalała przegapić tego wyjątkowego wydarzenia.
Hodowane przez Kanfanara warzywa zdążyły w pełni urosnąć i właśnie piekły się nad ogniskiem. Choć ich zapach nęcił niesamowicie, wszystkie oczy były skierowane w górę. Czerwona poświata znikła całkowicie, a na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Ti Pring przeszedł dreszcz. Tak dawno nie widziała tych maleńkich białych punkcików, że podekscytowała się jak dziecko dokonujące nowego odkrycia.
Wszyscy milczeli, jedynie odgłosy ogniska raz po raz przerywały ciszę. Zdawało się, że niektórzy wręcz wstrzymali oddech. Niebo sczerniało, ukazując całe gromady gwiazd. Wystarczyło oddalić się na chwilę od źródła światła, by ujrzeć przekrój galaktyki, ciągnący się po horyzont.
- Chcesz zobaczyć nasze słońce? To ta maleńka kropka obok tej jasnej. - Livade wskazała palcem w górę.
- Ta po lewej czy po prawej? - spytała Ti Pring, tuląc Ti Pau do piersi.
- Po prawej.
Przez moment kobiety wlepiały wzrok w bladą plamkę na nieboskłonie. Pół-Wolkanka się rozmarzyła. Wyobrażała sobie, jakby to było odwiedzić świat przyjaciółki, najlepiej jako wolna osoba. Ciekawe, czy zostałaby powitana z podobną gościnnością co tutaj.
- A twoją gwiazdę stąd widać? - spytała Livade.
- Niestety nie.
Nawet jeśli Ti Pring nie mogła dojrzeć słońca, pod którym przyszła na świat, i tak nie przestawała marzyć. Spoglądając w kosmos, widziała przeszłość. Światło potrzebowało lat, by pokonać międzygwiezdne dystanse. Gdyby kobieta posiadała wyjątkowo potężny teleskop, ujrzałaby światy takie, jakimi były kiedyś, jeszcze długo przed jej narodzinami. A jeśli znalazłaby się w odpowiedniej odległości, mogłaby nawet zobaczyć swoją młodszą wersję i dawnych kamratów.
- Szkoda, że nie możemy spoglądać w przyszłość – rzuciła w zadumie.
- W sensie? - zaciekawiła się Livade.
- Chodzi mi o to, że patrząc w gwiazdy, widzimy ich przeszłość, ale przyszłość jest zawsze niewidoczna.
- I może tak jest lepiej.
Kobiety jeszcze przez chwilę podziwiały widok, po czym głos Kanfanara przypomniał im o wyczekiwanym posiłku. Wszyscy zebrali się przy ognisku i rozpoczęli ucztę.


Gdy wzeszło słońce, Ti Pring pożegnała się, dosiadła Talarki i ruszyła w kierunku bazy. Ujrzenie gwiazd po tak długiej przerwie okazało się budującym doświadczeniem. Pół-Wolkanka nabrała pewności siebie. Przypomniała sobie, jak wielki jest wszechświat, i czuła, że zdoła znaleźć w nim bezpieczne miejsce. Nie zmieniało to jednak faktu, że Ti Pau musiała zostać powierzona dziadkom.
Mknąc przed siebie, kobieta próbowała opracować konkretny plan działania. Nie mogła tak po prostu wysłać wiadomości do rodziców. Służby specjalne od razu przechwyciłyby sygnał. Tutaj liczył się spryt i kontakty. Ti Pring swego czasu miała wielu informatorów, o których mało kto wiedział. Oby tylko nie została schwytana, nim do któregoś z nich dotrze.
Rozważania pół-Wolkanki zostały przerwane, gdy coś zabłysło nad horyzontem. Kobieta natychmiast weszła w tryb bojowy i zeskoczyła na ziemię.
- Kryj się! - krzyknęła do Talarki.
Wisłoczyca doskonale wiedziała, co robić. Szybko schowała się w najbliższej wnęce, strzegąc Ti Pau jak własnego potomstwa.
Ti Pring przywarła do skalnej ściany i z harpunem w dłoniach zaczęła się powoli skradać. Znowu zauważyła błysk i schowała się za wielkim głazem. Przez lornetkę dostrzegła metaliczny obiekt, raz po raz odbijający promienie słońca. Sprawiał wrażenie niewielkiego, ale to ani trochę nie uspokoiło pół-Wolkanki. Cokolwiek to było, właśnie zmierzało w jej stronę.
Teraz albo nigdy. Ti Pring wycelowała harpun i wstrzymała oddech. Miała tylko jedną szansę. Musiała trafić. Obserwując cel, próbowała wczuć się w jego ruchy oraz uwzględnić prędkość wiatru. Wyostrzyła zmysły, koncentrując się tylko na jednym zadaniu.
Kobieta wystrzeliła i po chwili obiekt spadł na ziemię. Nie tracąc ani sekundy, Ti Pring pobiegła sprawdzić, z czym ma do czynienia. Gnała z zawrotną prędkością, przeskakując wszelkie przeszkody. Jej serce waliło jak oszalałe, nie tylko z powodu wysiłku. Pół-Wolkankę ogarniał coraz większy lęk. Miała naprawdę złe przeczucia.
Cel znajdował się bliżej, niż sądziła. Był po prostu bardzo mały, nie większy od nosidełka dla Ti Pau. Impuls elektryczny z harpuna całkowicie go dezaktywował, ale kobiecie nie ulżyło. Wprost przeciwnie. Z przerażeniem wpatrywała się w wygrawerowany na spodku symbol trzech kół w okręgu. Planety Zjednoczone. Ti Pring właśnie zestrzeliła drona sił specjalnych.
- Nie... - wymamrotała. - Nie. Nie! - wrzasnęła i z wściekłością wbiła harpun w metalową obudowę.
Uderzała raz po raz, czując, że ogarnia ją istny szał. Tak niewiele brakowało. Tak dobrze jej szło. Była prawie gotowa do odlotu. Czemu akurat teraz? Przeklęte Planety Zjednoczone.
Gdy z drona została praktycznie miazga, pół-Wolkanka zacisnęła zęby i opanowała się. Nie mogła tracić ani sekundy. Szybko pobiegła w kierunku, z którego przybyła, i zagwizdała. Wisłoczyca natychmiast wyłoniła się zza skał i ruszyła w stronę swej pani. Ti Pring wskoczyła na grzbiet Talarki i upewniła się, czy z Ti Pau wszystko w porządku. Na szczęście nieświadome zagrożenia niemowlę wciąż spało.
- Do Kamenów! Pędem! - rozkazała kobieta.
Przylgnęła do pędzącego zwierzęcia i spojrzała przed siebie. Nie miała długiej drogi do przebycia, przynajmniej na razie. Wiedziała, co musi zrobić, i już teraz starała się pogrzebać emocje najgłębiej, jak potrafiła. To nie był czas na rozterki. Jeśli chciała to dobrze rozegrać, nie mogła pozwolić sobie na żadną chwilę słabości.
Sielanka dobiegła końca. Ti Pring wyzbyła się wszelkich złudzeń i przypomniała sobie, kim naprawdę jest – wojowniczką, żołnierką, do tego osobą poszukiwaną listem gończym. Bezpieczeństwo osób, które najbardziej ją wspierały, zostało zagrożone. Czuła, że najtrudniejsze właśnie ją czeka. Jeśli miała odlecieć z czystym sumieniem, musiała ubrudzić sobie ręce.


Gdy Ti Pring dotarła na miejsce, Pasadur i Uble akurat majstrowali przy wiertle. Na widok towarzyszki od razu przerwali pracę.
- Wszystko gra? - Mężczyzna odłożył narzędzia i ruszył w stronę pół-Wolkanki.
Kobieta nie odpowiedziała. Zeszła z wisłoczycy i zacisnęła pięści. Zrobiła kilka kroków w stronę kapitana. Widziała niepokój na jego twarzy, ale mimo to milczała i nie zdradzała żadnych emocji. Zdołała je uśpić. Liczył się cel, nic więcej. Zamierzała załatwić sprawę szybko.
- Hej! - mężczyzna podszedł jeszcze bliżej Ti Pring. - Co się z tobą...
Pasadur zgiął się w pół, gdy dostał pięścią w brzuch. Próbował jeszcze coś z siebie wykrztusić, ale pół-Wolkanka poprawiła ciosem w kark, doprowadzając Kamena do utraty przytomności. Ruszyła w stronę Uble, niewzruszona, nieugięta, z kamiennym wyrazem twarzy. Inżynier od razu zaczęła uciekać, ale Ti Pring strzeliła jej w plecy kulką energii. Niezbyt mocną, jednak wystarczającą, by powalić na ziemię.
Nim pół-Wolkanka udała się w głąb jaskini, zrobiła jeszcze coś, o czym marzyła od dawna. Skumulowała w dłoniach dużo większy pociski i skierowała go wprost na wiertło. Machina rozleciała się na kawałki, a Ti Pring z satysfakcją ruszyła w stronę bazy. Przynajmniej wyszedł jeden dobry uczynek.
Idąc, starała się nie myśleć o niczym, nie analizować, nie dopuszczać do głosu uczuć, po prostu robić swoje, jak na polu bitwy. Przyspieszyła kroku i wpadła do obozowiska jak burza. Kanfanar nie zdążył nawet odstawić konewki, bo od razu został znokautowany ciosem w twarz, na oczach Livade.
- Co się dzieje? Dlaczego to zrobiłaś? - krzyknęła przerażona dziewczyna.
Ti Pring zignorowała koleżankę i strzeliła w wychodzącego zza kotary Medulina.
- Przestań! - wrzasnęła Kamenka i chwyciła pół-Wolkankę za rękaw.
Kobieta spojrzała na przyjaciółkę i zauważyła, że ta cała drży ze strachu. Ti Pring zawahała się. Nie była pewna, czy jest gotowa na tak drastyczne rozstanie. Na moment prawie pozwoliła emocjom przejąć kontrolę, ale szybko sobie przypomniała, że nie ma chwili do stracenia i musi działać zgodnie z planem. Wzięła się w garść i złapała Kamenkę za kark.
- Do poduszkowca. Szybko – rzuciła beznamiętnie i wyprowadziła Livade na zewnątrz.
Pojazd dało się uruchomić tylko przy pomocy skanu siatkówki oka, więc pomoc dziewczyny była niezbędna.
- Otwieraj – rozkazała pół-Wolkanka.
- Powiesz mi chociaż, co się stało?
- Jak odpalisz silnik.
Livade nie protestowała. Weszła do poduszkowca i włączyła system.
- Przepraszam, ale to musi wyglądać przekonująco – powiedziała Ti Pring już łagodniejszym, mniej oziębłym głosem. - Wkrótce będziecie mieć towarzystwo i nikt nie może mieć nawet cienia podejrzeń, że ze mną współpracowaliście.
Pół-Wolkanka chwyciła Kamenkę pod ramię i wyciągnęła z pojazdu.
- Czekaj... - Livade spojrzała na przyjaciółkę zmieszana. - Chcesz powiedzieć, że...
- Szkoda, że musimy się pożegnać w ten sposób.
- Nie... nie musimy. Weź mnie ze sobą. Błagam. Nie chcę zostać tu bez ciebie. Weź mnie...
Ti Pring również cierpiała, ale nie mogła dłużej zwlekać. Wolkańskim chwytem w kark momentalnie pozbawiła dziewczynę świadomości, po czym poszła do magazynu i zabrała sporo racji żywnościowych. Po pierwsze chciała, by jej napad wyglądał realistycznie, a po drugie zapasy zawsze się przydawały. Wiedziała, że o Kamenów nie musi się martwić. Przedstawiciele Planet Zjednoczonych bez wątpienia przybędą ze wsparciem i jakoś się wszystko ułoży. Ważne, że teraz mogła skoncentrować się na sobie i Ti Pau.
Gdy tylko kobieta wyjechała z jaskini, zatrzymała pojazd i wysiadła, by pożegnać się z Talarką. Wisłoczyca chyba czuła, co się dzieje, bo zwiesiła nisko głowę, wydając z siebie ciche pomruki.
- Mnie też nie jest łatwo. - Ti Pring pogłaskała zwierzę po czaszce. - Było nam razem tak dobrze... Będę o tobie pamiętać. Mam nadzieję, że i ty mnie nie zapomnisz. Lubiłaś moje towarzystwo, prawda?
Talarka zastukała odnóżami, sygnalizując odpowiedź twierdzącą. Kobieta poklepała ją jeszcze po boku, po czym odwiązała ekwipunek oraz nosidełko. Zabrała wszystko do poduszkowca i przypięła Ti Pau do jednego z siedzeń.
- Jesteś wolna! - krzyknęła jeszcze do wisłoczycy, po czym odjechała.
Ti Pring mniej więcej wiedziała, jak steruje się kameńskim pojazdem, więc ustawiła prędkość na najszybszą i pomknęła w kierunku jaskini, w której ukryła statek. Westchnęła i poczuła ogarniający ją żal. Miała ochotę krzyczeć, ale powstrzymywała się. Jeszcze nie teraz. Nie mogła stracić nad sobą kontroli. Musiała się w stu procentach skoncentrować na ucieczce. Dopiero gdy Ti Pau będzie bezpieczna, przyjdzie czas na wyrzucenie z siebie całego smutku i frustracji.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1342
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Miryoku » 14 wrz 2021, 12:54

Wiedziałam, że zaraz zepsujesz tą kochaną i cukierkową atmosferę wielką bubą. Wiedziałam, a i tak przeżywałam to wszystko jak głupia. Ten fragment z prezentami to jest takie ciepełko w serduszku. Jeszcze takie urocze sceny z Livade, a tu taka chujnia.

I znowu mam ochotę napisać fika z perspektywy Livade, bo zastanawiam się, czy ona w momencie ataku na Kamenów kminiła coś w stylu "o ta zła Ti Pring oszukała mnie, że jest tylko biedną uciekinierką szukającą spokoju, a tu chodziło tylko o zdobycie naszego zaufania". Wprawdzie domyśliłam się od razu, że Ti Pring chce właśnie pozbawić przyjaciół możliwości zostania posądzenia o współpracę z przestępczynią, ale to musiało być straszne dla wszystkich, a najgorsze oczywiście dla Ti Pring. Szanuję ją bardzo za tę decyzję. W ogóle podoba mi się, że Ti Pring niby chce być bezlitosna, ale średnio jej to wychodzi i jak przychodzi co do czego, to się przywiązuje i troszczy o innych :D Jak Geralt czy coś.

A przy scenie rozstania z Talarką prawie miałam łzy w oczach. Mam nadzieję, że Talarka jakoś to zrozumie i poradzi sobie bez właścicielki :< Zostawianie zwierzaczków zawsze jest najgorsze.

Nie chcę czytać następnego rozdziału, boję się :<
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Vampircia » 15 wrz 2021, 16:13

Dziękuję za betowanie i za wszystkie komcie. Oto ostatni rozdział :-)

Rozdział VII

Na widok nienaruszonego statku Ti Pring poczuła nagły przypływ optymizmu. Jeszcze chwila i przy odrobinie szczęścia zostawi system Daszhund za sobą. Wiedziała, że zadra w sercu pozostanie, ale myśl, że Ti Pau już niebawem może trafić pod właściwą opiekę, motywowała do działania.
Kobieta upewniła się, że dziecko jest właściwie przypięte do fotela i zajęła miejsce przeznaczone dla pilota. Włączyła komputer pokładowy, uruchomiła silniki i wzięła głęboki wdech. Oby udało się bezpiecznie dotrzeć do celu. Zadanie do łatwych nie należało, ale skoro do tej pory Ti Pring radziła sobie całkiem dobrze, to czemu i tym razem miałoby się nie udać?
Najtrudniej było wydostać się z jaskini. Wymagało to wyjątkowego wyczucia i cierpliwości, a tego drugiego obecnie pół-Wolkance brakowało. Marzyła o tym, by jak najszybciej opuścić planetę, jednak musiała bardzo uważać, by nie uszkodzić statku. Nie mogła pozwolić sobie na najmniejszy błąd, więc leciała powoli, co jakiś czas wstrzymując oddech.
Gdy wehikuł wreszcie znalazł się na zewnątrz, Ti Pring wydała z siebie triumfalny okrzyk. Pokonała zaledwie mały wycinek drogi, ale i tak uważała to za wielki sukces. Każdy krok przybliżał ją do celu i dodawał coraz większej pewności siebie.
- Dobra. Spadamy stąd. Najwyższa pora, żebyś poznała dziadków – rzuciła do córki i wybrała odpowiednią komendę na panelu sterowania.
Statek pomknął ku niebu, a Ti Pring na moment zamknęła oczy, wyobrażając sobie, że gdzieś daleko wśród gwiazd czeka na nią lepsze życie. Bez strachu i uciekania. Nie miała pojęcia, co przyniesie przyszłość. Mogła jedynie liczyć na to, że jej spryt oraz doświadczenie okażą się wystarczające, by pokonać przeciwności losu. Lepiej pokładać wiarę we własne umiejętności, niż mieć nadzieję, że jakoś to będzie.
- Damy radę... - szepnęła pół-Wolkanka i nieco zwiększyła prędkość statku.
Jej serce biło coraz szybciej. Denerwowała się, ale czuła też podekscytowanie. Patrząc w ekran, widziała pomarańczowe niebo przechodzące powoli w czerń kosmosu. Jeszcze tylko kawałek. Statek zaraz opuści atmosferę i wreszcie będzie mogła włączyć prędkość warp. Gwiazdy już nęciły swym blaskiem. Tak odległe, a jednocześnie tak bliskie. Została dosłownie chwila.
- Wykryto obcy statek – zakomunikował komputer.
- Zidentyfikuj.
- Statek służb specjalnych Planet Zjednoczonych. Klasa S.
Ti Pring nie zniechęciła się. Jedynie minuty dzieliły ją od skoku w podprzestrzeń. Palec trzymała już w pogotowiu. Czekała tylko na odpowiedni moment. Co prawda mogła obejść protokoły bezpieczeństwa i spróbować wejść w warp już teraz, ale uznała to za zbyt duże ryzyko.
Zamigała kontrolka radia, ale Ti Pring postanowiła to zignorować. Wiedziała dokładnie, co usłyszy, jeśli otworzy kanał, a na współpracę iść nie zamierzała.
Na panelu pojawił się nowy komunikat. Obcy statek włączył uzbrojenie i mógł zaatakować w każdej chwili. Pół-Wolkanka musiała podjąć bardzo szybką decyzję: poddać się albo wejść w warp odrobinę za wcześnie. Ręka zaczęła jej drżeć. Ti Pring przez moment się wahała, ale doszła do wniosku, że nie ma wyboru. Musi uciekać.
ŁUP! Nim kobieta zdążyła aktywować prędkość nadświetlną, eksplozja rzuciła nią o panel sterowania. Rozległ się płacz Ti Pau. Pół-Wolkanka spojrzała na dziecko i odetchnęła z ulgą. Wciąż było przypięte do fotela. Ti Pring ponownie skupiła swoją uwagę na pilotażu i podjęła kolejną próbę skoku w podprzestrzeń. Zaklęła, kiedy zdała sobie sprawę, że strzał uszkodził napęd warp. Do tego statek częściowo stracił sterowność i zaczął opadać ku planecie. Pół-Wolkanka z przerażeniem uświadomiła sobie, w jakiej znalazła się sytuacji. Istniało tylko jedno wyjście: awaryjne lądowanie. Przez moment Ti Pring wahała się, czy powinna postawić na szali życie dziecka, ale szybko przypomniała sobie, że należy walczyć do samego końca. Warto było podjąć ryzyko dla wolności.
- Nie damy się tak łatwo – stwierdziła pełnym determinacji głosem i zdjęła Ti Pau z fotela. - No już... Spokojnie... Nie pozwolę, by stała ci się krzywda. - Pocałowała córkę w czubek głowy.
Ti Pring szybko przymocowała do siebie dziecko wraz z nosidełkiem, po czym zapięła pasy i położyła dłonie na panelu. Zamierzała wycisnąć ze statku, ile się tylko dało. Miała bardzo ograniczoną możliwość manewru, ale przynajmniej zdołała zwolnić. Wiedziała jednak, że czeka ją mało przyjemne lądowanie, bez gwarancji, że wyjdzie z niego cało.
- Jeszcze trochę... wytrzymaj... - szepnęła, gdy zaczęło porządnie trząść.
Statek nieubłaganie zbliżał się do powierzchni. Ti Pring wyhamowała na tyle, na ile to było możliwe, i ustawiła wehikuł we względnie poprawnej pozycji. Objęła Ti Pau jedną ręką, zaś drugą zaparła się o panel ze wszystkich sił, wyczekując zderzenia z gruntem.
Gdy statek zarył w skalne podłoże, zrobiło się strasznie. Trzęsło, rzucało, a z konsoli poleciały iskry. Przeciążenie niemalże wyrzuciło Ti Pring z fotela, ale na całe szczęście pasy wytrzymały. Po paru minutach wyboistej jazdy, wehikuł wreszcie się zatrzymał.
Kobieta potrzebowała chwili, by ochłonąć. Serce wciąż łomotało jej w piersi, oddychała ciężko i szybko. Ti Pau nie przestawała płakać, ale wszystko wskazywało na to, że nic jej nie jest. Musiała być przestraszona.

Wstaje świt, nadszedł czas,
Dzień próby czeka nas.

Ti Pring śpiewała po cichu saiyańską pieśń bojową, głaszcząc i tuląc dziecko. Podziałało, bo dziewczynka zaczęła się powoli uspokajać. Pół-Wolkanka przy okazji sprawdziła stan systemów. Wszystko wskazywało na to, że stara łajba dokonała żywota. Jednak kamery, o dziwo, wciąż działały. Kobieta zauważyła, że obcy statek zbliża się z dużą prędkością, ale mimo to skupiła uwagę na córce.
- Już dobrze... Już jest wszystko dobrze... - szepnęła do Ti Pau, po czym z powrotem umieściła nosidełko na fotelu.
Widząc, że dziewczynka przestała płakać, Ti Pring uśmiechnęła się do niej, po czym całkowicie stłamsiła w sobie emocje. Strach już nie istniał, jedynie chłodna kalkulacja. Należało walczyć do samego końca i nie przebierać w środkach.
Statek sił specjalnych wylądował. Uzbrojona grupa uderzeniowa opuściła pokład i ustawiła się przed wejściem do wraku. Nieco w tyle stał postawny mężczyzna trzymający komunikator. Jego czarny płaszcz i beżowe rękawice wskazywały na wysoką rangę. Zaś jaszczurzy ogon, niebieskawa cera i czarne rogi nie pozostawiały złudzeń – należał do rasy zmiennokształtnych. Zapewne był silnym wojownikiem, ale to jeszcze nie oznaczało, że Ti Pring nie mogła sobie z nim poradzić.
Zabłysła czerwona kontrolka radia. Pół-Wolkanka spojrzała na córkę i pogładziła ją po włosach.
- Teraz cichutko, dobrze? Bądź grzeczna – wyszeptała i otworzyła kanał.
- Wiemy, że tam jesteś. Wyjdź z uniesionymi rękami, to nie stanie ci się krzywda. Jeśli oddasz się w nasze ręce dobrowolnie, może to zadziałać na twoją korzyść w sądzie – przemówił głęboki głos dowódcy.
Ti Pring zamknęła kanał i wstała.
- Wszystko będzie dobrze – rzekła jeszcze do Ti Pau i ucałowała ją w czoło.
Kobieta ruszyła ku wyjściu, spokojnie, bez pośpiechu. Już nie myślała, nie czuła, nie analizowała. Pozwoliła, by instynkt sam ją poprowadził. Ręce trzymała uniesione wysoko, tak jak sobie życzyli. Schodząc po podeście, spoglądała w twarze równie wyprane z emocji jak jej własne oblicze. Pięć osób mierzyło prosto w nią, zaś zmiennokształtny zdawał się bacznie obserwować całą sytuację.
- Odwróć się. Ręce na kark – polecił.
Ti Pring uczyniła, co kazał, bez cienia wahania.
- Na kolana.
I tym razem pół-Wolkanka wykonała polecenie. Usłyszała kroki za plecami. Na moment poczuła się tak, jakby czas spowolnił. Jej zmysły uległy wyostrzeniu. Nawet najsłabsze dźwięki stały się wyraziste i dokładnie zdradzały, co działo się poza polem widzenia kobiety.
- Tylko bez żadnych sztuczek. Kapitan Żermeta już nie takich sprowadzał do parteru – pogroził funkcjonariusz, odpinając od pasa magnetyczne kajdany.
Ti Pring napięła wszystkie mięśnie. Miała dosłownie ułamek sekundy na wykonanie kilku ruchów. Skumulowała wewnątrz siebie siły witalne emanujące z każdej komórki ciała. Poczuła na nadgarstku muśnięcie metalu. Teraz. Cios w krocze. Chwyt pod ramię. Ludzka tarcza. Jeden z głowy. Strzał. Wyskok.
Kobieta zdała sobie sprawę, że dowódca zdążył zniwelować jej atak energetyczny swym własnym, ale przynajmniej wzbiły się tumany kurzu, zasłaniające szeregowym funkcjonariuszom pole widzenia. To był moment, który należało wykorzystać. Ti Pring wystrzeliła całą serię w kierunku chmury pyłu, wiedząc, że nawet jeśli nie zabije wszystkich przeciwników, to znacznie ich osłabi. Uchyliła się przed kolejnym świetlistym strumieniem i wylądowała na ziemi. Nie musiała czekać, aż kurz opadnie, doskonale wyczuwała energię swych wrogów. Rzuciła się w stronę kapitana Żermety, wyprowadzając cios w brzuch. Przypuszczała, że zmiennokształtny zdąży go zablokować i o to zresztą jej chodziło. Zmyłka. W ostatniej chwili Ti Pring zmieniła atak na potężne uderzenie w gardło. Zaskoczony przeciwnik nie miał szans na unik. Gdy próbował desperacko złapać oddech, pół-Wolkanka szykowała się już do kolejnego ciosu. Coś jej jednak przeszkodziło. Usłyszała świst i złapała między palce strzałkę. Zauważyła mierzącego do niej zakrwawionego funkcjonariusza. Nie zdążył ponowić ataku, gdyż kolejna kula energii posłała go na tamten świat.
Należało wyeliminować wszystkich. Kobieta naliczyła czworo martwych. Został kapitan i jego ranna podwładna. Leżąca wojowniczka próbowała sięgnąć po znajdującą się nieopodal broń. Pół-Wolkanka zaatakowała, ale Żermeta zablokował linię strzału i odbił energetyczną kulę. Ti Pring nie zniechęciła się. Mogła wygrać, ale musiała postawić na szybkość i nie dać zmiennokształtnemu czasu na metamorfozę. Wyprowadziła całą serię ciosów, z pozoru chaotycznych. Wszystko jednak zostało przemyślane. Dowódca miał problem z przewidywaniem ruchów przeciwniczki, co jeszcze bardziej zmotywowało Ti Pring. Cios z półobrotu. Podcięcie. Wyskok. Lądowanie na czaszce funkcjonariuszki. Pięciu martwych.
Ti Pring oblizała wargi i z wrednym uśmiechem spojrzała na kapitana. Wpadła w istny szał bitewny. Była nie do zatrzymania, niczym drapieżnik strzegący swych młodych. Z łatwością zablokowała atak i uderzyła głową w czaszkę przeciwnika. Mężczyzna na moment się zachwiał. Kobieta zaatakowała ponownie, ale Żermeta złapał ją za pięść. Ti Pring wyprowadziła cios drugą ręką, skończyło się to jednak w ten sam sposób. Nie szkodzi. Pół-Wolkanka miała jeszcze w sobie sporo energii. Zaczęła napierać na zmiennokształtnego. Po jego twarzy widziała, że jest zaskoczony. Nic dziwnego. Podczas pobytu na Daszhund 7 stała się potężniejsza. Wysoka grawitacja, trening, hormony – wszystko to pomogło jej przekroczyć dawne limity. Ti Pring czuła się wręcz niepokonana. Nikt nie miał prawa stanąć jej na drodze. Zamierzała dopiąć swego za wszelką cenę.
Od ilości nagromadzonej energii powietrze zawirowało, unosząc pył i żwir. Kobieta zmarszczyła brwi i jeszcze bardziej naprężyła mięśnie. Przeciwnik jednak również zwiększył moc i Ti Pring mogłaby przysiąc, że nieco urósł. W jego oczach dostrzegła pewność siebie. Niedobrze. Pół-Wolkanka zaparła się nogami, dając z siebie absolutnie wszystko, ale to nie wystarczało.
Nagle rogi zmiennokształtnego odpadły, a czaszka uległa wygładzeniu.
„O kurwa” - przeklęła w myślach Ti Pring, próbując się wyrwać, ale wielkie łapska mężczyzny, zakleszczone na jej pięściach, uniemożliwiały zmianę strategii.
Było już za późno. Metamorfoza może nie należała do spektakularnych, ale wystarczyła, by przechylić szalę na korzyść kapitana. Mężczyzna wyprowadził cios w brzuch, kompletnie krusząc pancerz wojowniczki i odrzucając ją na kilka metrów. Po upadku Ti Pring szybko się pozbierała i złapała za żebra. Była na siebie wściekła. Wystarczył jeden moment przesadnej pewności siebie, by stracić gardę. Nie sądziła jednak, że Żermeta potrafi dokonać tak szybkiej przemiany.
Zmiennokształtny rzucił się na kobietę z pięściami. Pół-Wolkanka wciąż miała sporo siły, ale kapitan był teraz szybszy i potężniejszy. Blokując jego ciosy, Ti Pring zaczynała się męczyć, zaś on tryskał energią. Momentalnie znalazł się za plecami przeciwniczki i przyłożył jej łokciem w kark, po raz kolejny posyłając na ziemię. Kobieta z trudem usunęła się przed miażdżącym ciosem z wyskoku i uświadomiła sobie, że kapitan już nie chce jej aresztować. Walczył, by zabić. Pół-Wolkanka zrobiła unik, gdy mężczyzna wyprowadził kopniak z półobrotu. Kolejny cios również zablokowała. Trzeci okazał się za szybki. Ti Pring dostała w twarz. Głowa jej odskoczyła, ale tym razem wojowniczka nie upadła, jedynie splunęła krwią. Zamierzała przeciwnikowi oddać, ale nim zdążyła wyprowadzić atak, zmiennokształtny chwycił ją za szyję i przycisnął do obudowy stojącego obok statku. Kobieta zaczęła desperacko wierzgać, wiedząc, że jeśli czegoś natychmiast nie zrobi, jej gardło zostanie za chwilę doszczętnie zmiażdżone. Czuła, że życie zaczyna z niej powoli uchodzić, ale nie potrafiła zaakceptować myśli o porażce. Nie mogła tak skończyć. Przecież przysięgła sobie, że bezpiecznie dowiezie Ti Pau do dziadków. Nic bardziej się nie liczyło. Nawet kostucha musiała ustąpić.
Ostatnim zrywem sił Ti Pring dotknęła twarzy mężczyzny i weszła w trans. Postanowiła dokonać wolkańskiego zlania jaźni. Nie była to technika służąca do walki, ale kobiecie nie pozostało nic innego. Jeśli nie mogła zadać przeciwnikowi fizycznego bólu, to przynajmniej okaleczy jego umysł. Skoncentrowała się na najgorszych wspomnieniach. Wojny, śmierć, tortury, negatywne emocje w najskrajniejszej postaci. Gniew, wściekłość, cierpienie, żądza krwi – wszystko skumulowane do jednego potężnego impulsu.
Ti Pring upadła, gdy zmiennokształtny wreszcie rozluźnił uścisk. Z trudem łapała powietrze. Czuła, że długo walczyć już nie da rady, ale wyglądało na to, że przeciwnik jest również mocno osłabiony. Kurczowo trzymał się za głowę, wył, jęczał i dyszał. Pół-Wolkanka zmobilizowała resztki energii i zaatakowała pięściami. Mężczyzna zablokował kilka uderzeń, ale kolana celującego w brzuch już nie zatrzymał. Zgiął się w pół. Ti Pring poprawiła ciosem w kark z obu pięści, po czym skoczyła wysoko i wymierzyła kopniak w kręgosłup kapitana. Usłyszała chrupnięcie. Wylądowała i szturchnęła stopą bezwładne ciało. Idealnie. Żywy, ale nogą i ręką już nie ruszy.
Dopiero teraz, gdy emocje częściowo opadły, obrażenia zaczęły dawać się pół-Wolkance we znaki. Musiała jednak jeszcze trochę wytrzymać. Zignorowała ból, chwyciła zmiennokształtnego za kołnierz i zaczęła go wlec w kierunku statku sił specjalnych.
- Wiem... co chcesz zrobić... - wydyszał Żermeta. - Nie uda ci się...
- To się zobaczy – mruknęła groźnie Ti Pring i wciągnęła mężczyznę na pokład.
Do uruchomienia systemów statku potrzebny był skan twarzy. Kobieta chwyciła oburącz głowę zmiennokształtnego, uniosła wysoko, a chwilę później miała już komputer pokładowy do dyspozycji.
Pół-Wolkanka puściła bezwładne ciało, po czym przykucnęła obok sparaliżowanego mężczyzny, patrząc mu z pogardą w oczy.
- Zrobimy tak... Zaraz połączę się z centralą, a ty bez zająknięcia powiesz, że jestem martwa – wytłumaczyła.
Kapitan spojrzał na Ti Pring z politowaniem.
- I niby w jaki sposób zamierzasz mnie do tego zmusić? - rzucił lekko rozbawiony.
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i schyliła nad mężczyzną.
- Tak się składa, że podczas zlania jaźni miałam okazję zajrzeć w głąb twojego umysłu – rzekła spokojnie. - I znalazłam tam wiele ciekawych rzeczy. Na przykład twoja żona, Losta, jest doprawdy piękną kobietą. Musisz bardzo za nią tęsknić. Za dziećmi pewnie też. Jedna dziewczynka, dwóch chłopców... Rodzina jak z obrazka. I ten piękny dom w siódmej dzielnicy...
Do Żermety chyba dotarło, co Ti Pring próbuje mu uświadomić, bo nie wyglądał już na pewnego siebie. Dało się dostrzec strach w jego oczach.
- Ani się waż! - warknął.
- Ani się waż co? - syknęła pół-Wolkanka. - Boisz się, że zrobię coś twoim bliskim? I, kurwa, bardzo dobrze, że się boisz. Bez problemu znajdę twoją rodzinę, a jak już to zrobię, to będę ich mordować jedno po drugim! Zacznę od twojej żony, żeby dzieci patrzyły, a potem zajebię każde z nich i zrobię to w najgorszy możliwy sposób! - wrzasnęła Ti Pring, uwalniając cały gniew. - Albo będziesz współpracować, albo urządzę w twoim domu krwawą łaźnię, ty zasrana, rządowa spierdolino!
Pół-Wolkanka już od dawna nie czuła takiej wściekłości i zrobiło jej się lepiej, gdy negatywne emocje wreszcie znalazły ujście. Nie przestawała świdrować kapitana spojrzeniem. Na razie milczał, ale Ti Pring była cierpliwa. Wytrzymała już tyle, że kilka minut w te czy we wte nie robiło różnicy.
- Zgoda... - mężczyzna w końcu dał za wygraną.
- Otwieram kanał – rzuciła beznamiętnie kobieta i uruchomiła radio.
- Tu kapitan Żermeta z czternastego oddziału. Cel został wyeliminowany. Powtarzam: cel został wyeliminowany – oznajmił zmiennokształtny z zadziwiającym opanowaniem.
- Przyjęłam – odpowiedział damski głos.
Gdy transmisja dobiegła końca, Ti Pring skręciła kapitanowi kark, po czym wywlekła truchło na zewnątrz. Pobiegła do wraku i natychmiast wzięła płaczącą Ti Pau w ramiona. Dziewczynka od razu zaczęła się uspokajać.
- Przepraszam, że tyle to trwało – szepnęła kobieta, całując dziecko po głowie. - Obiecuję, że od tej pory będzie już wszystko dobrze.
Statek sił specjalnych należał teraz do Ti Pring, ale przed odlotem pół-Wolkanka musiała jeszcze poszukać apteczki. Poziom adrenaliny opadł i rany doskwierały jej coraz bardziej. Była pewna, że ma pogruchotane żebra. Gdy tylko znalazła odpowiedni specyfik, przystawiła dozownik do szyi i wstrzyknęła sobie podwójną dawkę. Środek przeciwbólowy zaczął działać niemalże od razu, więc kobieta odetchnęła z ulgą, a dzięki substancji wzmacniającej organizm czuła się na siłach, by pilotować.
Spojrzała jeszcze na córkę, uśmiechnęła się do niej i wystartowała. Tym razem obyło się bez pościgów i strzałów. Statek bezpiecznie wyleciał poza atmosferę, po czym wszedł w prędkość warp. Ti Pring wreszcie poczuła prawdziwy spokój. Przestała się martwić. Miała do dyspozycji tutejszą bazę danych, a to oznaczało, że prawdopodobnie może znaleźć informacje na temat miejsca pobytu rodziców. Wiedziała, że pożegnanie z Ti Pau będzie trudne, ale pragnęła dla córki wszystkiego, co najlepsze. Była gotowa odsunąć się na dalszy plan.

***

- Kurczę... wzruszyłam się... - westchnęła Ti Pau, po czym wstała i rozprostowała kończyny.
Ti Pring siedziała na trawie, spoglądając na ziemski księżyc w pełni. Przypomniała sobie, co ten widok robi z Saiyanami. Dobrze, że dziadkowie zdecydowali się amputować wnuczce ogon. Zresztą dla matki była piękna i bez niego. Wysportowana, a jednocześnie kobieca, niewysoka, o delikatnych rysach twarzy. Jednak gdy marszczyła brwi, przypominała ojca.
- Chciałaś poznać historię swoich narodzin, to masz – rzekła pół-Wolkanka.
- Czyli... dostarczyłaś mnie bezpiecznie do dziadków i co dalej?
- Dalej uciekałam.
- A Livade? Spotkałyście się jeszcze?
- Tylko raz. W sądzie. - Ti Pring spuściła wzrok i zaczęła się bawić źdźbłem trawy. - Gdy do Livade dotarła wieść o moim pojmaniu, postanowiła zmienić zeznania i wyznała całą prawdę. Próbowałam ją powstrzymać... Ale ona się uparła. Myślała, że jak powie o mnie same dobre rzeczy, to złagodzą mi wyrok.
- I? - Ti Pau przykucnęła obok matki.
- I mimo jej najszczerszych chęci i tak dostałam najwyższy wymiar kary.
- Czyli śmierć?
- Tak, ale uciekłam. - Ti Pring się podniosła i otrzepała spodnie z trawy. - Tylko błagam, już zostawmy dzisiaj ten temat. Innym razem ci opowiem. Zresztą, jak już mowa o Livade... - Kobieta sięgnęła do kieszeni kurtki. - Uznałam, że twoje osiemnaste urodziny, to dobry moment.
Pół-Wolkanka podała córce naszyjnik, który dostała przed wieloma laty. Szmaragd i złoto wciąż nie straciły swego blasku. Ti Pring włączyła latarkę, by dziewczyna mogła lepiej obejrzeć prezent. Na jego widok Ti Pau aż otworzyła szeroko usta, po czym wykrzyknęła w zachwycie.
- Łał! To jest... ten sam?
- Dokładnie ten sam. Cząstka planety, na której przyszłaś na świat.
Ti Pau rzuciła się matce na szyję. Od samego początku pół-Wolkanka brała bardzo niewielki udział w życiu swego dziecka, więc poczuła się zawstydzona. Czasem myślała wręcz, że zrobiła błąd, wychodząc z cienia. Jednak wszystko wskazywało na to, że dziewczyna potrzebowała wspólnej bliskości. Ti Pring nie do końca rozumiała, jak Ti Pau mogła ją zaakceptować, ale tak się po prostu stało. Kobieta przytuliła córkę i pogłaskała po pokrytej gęstymi włosami głowie.
- Powinnaś odszukać Livade. Dowiedzieć się, czy u niej wszystko w porządku – stwierdziła dziewczyna.
- Masz rację. Powinnam – szepnęła pół-Wolkanka, zła, że nie podjęła odpowiednich kroków wcześniej.
Kobiety oderwały się od siebie i niemal jednocześnie spojrzały w niebo.
- Zabierz mnie kiedyś ze sobą w gwiazdy – poprosiła Ti Pau. - Chciałabym przeżyć przygodę.
- Myślę, że tutaj jest ci lepiej.
- Nie mówię o czymś niebezpiecznym. Chciałabym po prostu zobaczyć inne światy.
- Pomyślimy – odparła Ti Pring i poklepała córkę po plecach. - A teraz wracajmy. Goście pewnie się za tobą stęsknili.


Domy na Omis wyglądały jak z bajki. Miały kształt kopuły i pokrywały je pnącza pełne kolorowych kwiatów. Do tego w okolicy nie brakowało drzew, parków i jezior. Nic dziwnego, że wiele lat temu, gdy Ti Pring próbowała zdezerterować, właśnie tę planetę obrała za cel.
Gdy kobieta stanęła przed bramą, podleciał do niej niewielki robot w kształcie cylindra, a jego kontrolki zamigały na pomarańczowo.
- Proszę podać swoje imię oraz cel wizyty – przemówił miękkim, męskim głosem.
- Adlin. Spotkanie towarzyskie.
- Proszę poczekać. Zaraz przekażę.
Robot odfrunął, a Ti Pring zaczęła nerwowo tupać nogą. Oby adres się zgadzał. Korzystając z chwili czasu, poprawiła jeszcze fryzurę. Lubiła nosić włosy spięte z tyłu, jak swego czasu w wojsku, i miała nadzieję, że nie będzie jej przez to trudniej rozpoznać. Wolkanie żyli ponad dwa razy dłużej od ludzi i wolno się starzeli, więc z twarzy kobieta praktycznie się nie zmieniła.
W końcu brama otworzyła się. Ti Pring weszła na podwórko i zaczęła powoli zmierzać ku domostwu. Przystanęła, gdy zza drzwi wyłoniła się maleńka kobieta o dwóch przepięknych blond warkoczach. Pół-Wolkanka chciała się przywitać, ale na widok dawnej towarzyszki słowa uwięzły jej w gardle. Przez moment Kamenka również stała w milczeniu, ale szybko się ożywiła, podbiegła do Ti Pring, i uściskała ją mocno.
- Myślałam, że nie żyjesz... - powiedziała przez łzy.
- Na całe szczęście cała galaktyka tak myśli. - Pół-Wolkanka z uśmiechem popatrzyła na Livade. Kamenka wyglądała teraz nieco poważniej, ale też niewiele się postarzała.
- Chodź... - Gospodyni chwyciła przyjaciółkę za rękę i pociągnęła w stronę otwartych drzwi. - Wiem, że mamy sporo do nadrobienia, ale w pierwszej kolejności muszę ci coś pokazać.
Kobiety weszły do środka i Ti Pring od razu rzucił się w oczy brak oddzielnych pomieszczeń. Choć tutaj było zdecydowanie więcej barw, miejsce skojarzyło jej się z kolonią na Daszhund 7. Momentalnie powróciły wspomnienia, te dobre i te złe.
- Mieszkasz sama czy z rodziną? - spytała pół-Wolkanka.
- Z rodziną. Poszczęściło mi się i swat znalazł mi cudownego męża. Mamy trójkę dzieci, dwie dziewczyny i chłopaka. Akurat są w szkole, a mąż w pracy. Ma dobrą fuchę w tutejszej kopalni.
Livade nie zatrzymywała się. Prowadziła przyjaciółkę dalej.
- Co się właściwie z tobą działo? Bałam się, że ta zmiana zeznań cię pogrąży – zatroskała się Ti Pring.
- Miałam dobrego obrońcę. Co prawda straciłam posadę ambasadorki, ale nie poniosłam większych konsekwencji. Nigdy nawet przez moment nie żałowałam swojej decyzji. Zresztą całkowicie spełniam się w roli żony i matki. - Livade przystanęła przed tylnym wejściem i spojrzała na przyjaciółkę. - Gotowa? - spytała.
Ti Pring przytaknęła i po chwili obie kobiety weszły do ogrodu. Na reakcję pół-Wolkanki nie trzeba było długo czekać. Otworzyła usta ze zdumienia.
- Niemożliwe... - wymamrotała.
- A jednak.
Talarka przybiegła w te pędy i zaczęła wesoło przebierać odnóżami na widok swej dawnej pani. Ti Pring z fascynacją dotknęła pancerza wisłoczy, przypominając sobie wszystkie cudowne chwile, które spędziły razem na bezkresnych pustkowiach Daszhund 7.
- Nie mogłam jej tak po prostu zostawić – wyjaśniła Livade. - Oczywiście, jeśli chciałabyś ją zabrać ze sobą...
- Nie... Myślę, że zdążyła się do ciebie przyzwyczaić – odparła ze spokojem Ti Pring, głaszcząc czule Talarkę. - Zresztą ja i tak nie jestem w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Kiedy przybyłam na ojczystą planetę matki, myślałam, że już się tam zadomowię. Nawet byłam zaręczona. Ale potem pojawił się on.
- Ten on?
- Tak, ten on. Na początku było dziwnie, ale... Przekonał mnie w końcu, że nie zmienię tego, kim jestem. I jakoś tak popłynęłam z prądem. A teraz szlajamy się razem po galaktyce.
- A co z Ti Pau?
- Pozdrawia cię i dziękuje za prezent. Dziadkowie ją wychowali i odwalili kawał dobrej roboty. Co prawda mówiłam im wyraźnie, żeby nie zdradzali, kim są jej rodzice, ale nie posłuchali – westchnęła Ti Pring i wskoczyła na grzbiet Talarki. Niemalże zapomniała, jakie to uczucie. - A Pasadur i reszta?
- Zostali bohaterami, rzecz jasna. Od lat nie utrzymujemy kontaktu, więc szczegółów ci nie powiem.
Pół-Wolkanka zrobiła dwie rundy wokół ogrodu, ciesząc się przy tym jak dziecko. Zsiadła z wisłoczycy, poklepała ją i spojrzała na roześmianą twarz Livade.
- Wciąż ma parę, co? - zauważyła Kamenka. - A teraz proponuję coś zjeść. Trzeba nabrać sił. Przypuszczam, że zejdzie nam do wieczora.
- Albo i do rana. Jakby co, zapraszam do siebie na pokład.
- Kusząca propozycja.
Kobiety zachichotały i weszły z powrotem do środka. Ti Pring czuła, że na jednym spotkaniu się nie skończy. Zamierzała wynagrodzić Livade wszystkie stracone lata.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1342
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Miryoku » 20 wrz 2021, 18:45

Dobra, czas napisać jakiś bardziej konstruktywny komentarz niż pełne fangirlowania piski.

Rozdział jest świetny, bardzo mi się podobało zakończenie. Nie spodziewałam się tej sceny po latach, a już tym bardziej nie spodziewałam się ponownego spotkania z Livade i Talarką. Nie mogłam nie zacząć się wtedy turlać po łóżku z radości. Cóż, mam słabość do szczęśliwych zakończeń. Podoba mi się też, w jaki sposób podgrzałaś na koniec temperaturę, ta próba ucieczki, a później walka... To było cudowne. Bardzo się denerwowałam podczas czytania, przyznaję. A tu trzeba było sprawdzać przecinki i inne bzdety zamiast skupiać się tylko na akcji XD Byłam ciekawa, co Ti Pring zrobi z Żermetą i cieszę się, że skończyło się tak, jak się skończyło. To pasowało do charakteru postaci.

W ogóle to ten fik dostarczył mi dużo więcej wrażeń, niż się spodziewałam, gdy zaczynałam go czytać. I cieszę się, że poprosiłaś mnie o betowanie, bo gdybym go nie przeczytała, to pozbawiłabym się porządnego kawałka rozrywki i emocji. Zawsze lubiłam Ti Pring i Twoje pisanie, ale to chyba najlepsze, co czytałam od Ciebie. I bardzo miło tak patrzeć, jak się rozwijasz pisarsko, jak Twój styl się zmienia, jak postacie nabierają coraz większego charakteru.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Vampircia » 20 wrz 2021, 19:03

Jest mi bardzo miło. Twoje słowa niezwykle mnie podbudowały. Kiedyś bałam się, że już nic więcej nie napiszę, a tu taka niespodzianka. Mam nadzieję, że to nie koniec przygody z pisaniem.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 652
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Skorpion » 25 paź 2021, 18:52

Z godnie z rekomendacjami zabrałem się za Dla Ciebie. Przeczytałem dzisiaj tylko jeden rozdział poprzez błąd strategiczny. Założyłem sobie, że jeden rozdział to akurat w sam raz na jazdę do i z pracy. Trochę przeczytam, trochę się prześpię, wiecie, dzień jak co dzień. Byłem bardzo w szoku, gdy przeczytałem połowę pomiędzy przystankami Bolechowo - Owińska. Jutro muszę zabrać więcej rozdziałów, bo w ten sposób to donikąd nie dojdziemy.

Ti Pring kojarzę bardzo dobrze. Było to moje pierwsze lub jedno z pierwszych opowi/ff, które przeczytałem na forum i do którego napisałem parodię. I chyba nie będzie przesadą jeśli powiem, że jest to jedna z najbardziej znanych postaci w literaturze forumowej. Vampi stworzyła wiele historii o Ti Pring - niektóre są już za mną, a inne przede mną.

Pierwszy rozdział przedstawia Ti Pring i jej ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości po rozbiciu rządów Friezy. Historia w mojej głowie automatycznie umieściła się po Desperacji i chociaż nie ma wymogu znajomości wcześniejszej części to czułem, że jest to kontynuacja. Mimo wszystko jest napisana w taki sposób, że łatwo wchodzi się w historię. Przyznam, że chyba nawet lepiej by się czytało bez znajomości wcześniejszych historii, czy nawet fandomu, bo otwierałoby to nowe furtki do spekulacji na temat przeszłości bohaterki.

Naprawdę cieszę się, że znowu zaczęłaś pisać po dłuższej przerwie i nie wiem, czy przerwa na ciebie tak wpłynęła, czy jakaś praktyka, ale zrobiłaś ogromny postęp. Przeczytałem na raz, z ogromną przyjemnością. Fantastycznie operujesz językiem, całość po prostu płynie. Momentami zapominałem, że czytam jakieś opowie na forum. Przy większości rzeczy mam świadomość, że są opowiadaniami i fikami (i nie jest to żadna wada, piszę żeby nikt się nie obrażał ;-) ), a czytając Dla Ciebie zapominałem o tym, bo czytało się jak dobrą książkę przygodową. W zasadzie tylko dwa razy przypomniałaś mi przez treść, że to ff, a nie książka - przejście ze statku na planetę i przy użyciu energii do otwarcia zamka/drzwi? Myślę, że spokojnie mogłabyś zmienić nazwy na własne i proszę, masz autorskie opowiadanie. Planeta, której nazwy nie pamiętam i życie na niej skojarzyło mi się z książką Marsjanin, ale tylko pod pewnymi względami, bo twoje lepiej napisane.

Jedna uwaga techniczno-fabularna XD, nie wiem, czy to twoje niedopatrzenie, czy ma to czemuś dalej służyć, czy sama bohaterka po prostu nie ogarnęła, ale chodzi mi o rozwalanie energią zamka w bunkrze. Rozumiem, że chodzi o energię KI i cały czas krążymy po świecie DBZ? Bo tak sobie myślę, że wcale nie musiała używać energii do zniszczenia zamka i narażać się na odkrycie (choć jestem pewien, że takie coś nie zwróci nie wiadomo jakiej uwagi). Jeśli energia ki odpowiada za siłę to spokojnie mogła wyłamać/wyważyć/cokolwiek innego zamek za pomocą zwykłej siły. Jestem pewien, że o ile dla zwykłego człowieka byłoby to niemożliwe tak dla osoby z armii Frezera takie wyrwanie drzwi nie byłoby wielkim problemem.

Generalnie, pisz dalej!!!11111 Fantastyczne.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Vampircia » 25 paź 2021, 19:03

To miało się dziać zaraz po "Desperacji", ale jeśli sprawdza się jako samodzielne opko to bardzo fajnie. Cieszę się, że na razie ci się podoba.
Jedna uwaga techniczno-fabularna XD, nie wiem, czy to twoje niedopatrzenie, czy ma to czemuś dalej służyć, czy sama bohaterka po prostu nie ogarnęła, ale chodzi mi o rozwalanie energią zamka w bunkrze. Rozumiem, że chodzi o energię KI i cały czas krążymy po świecie DBZ? Bo tak sobie myślę, że wcale nie musiała używać energii do zniszczenia zamka i narażać się na odkrycie (choć jestem pewien, że takie coś nie zwróci nie wiadomo jakiej uwagi). Jeśli energia ki odpowiada za siłę to spokojnie mogła wyłamać/wyważyć/cokolwiek innego zamek za pomocą zwykłej siły. Jestem pewien, że o ile dla zwykłego człowieka byłoby to niemożliwe tak dla osoby z armii Frezera takie wyrwanie drzwi nie byłoby wielkim problemem.

W sumie masz rację. Niedopatrzenie. Chyba po prostu uznałam, że ten strzał da lepszy efekt.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 652
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Skorpion » 20 lis 2021, 17:13

Czwarty raz zabieram się za pisanie komentarza. Trwa to już około tygodnia. Przeczytałem jeszcze wcześniej, przed usterką z internetem i innymi problemami. Mimo to mam nadzieję, że dobrze pamiętam treść rozdziału 2. Za nim przejdę do samego rozdziału to dwie techniczne sprawy.

Kiedy opracowywaliśmy jej technologię na Kamenie, szacowaliśmy, że osiągnie dziewięćdziesiąt procent prędkości światła,więc

Spacja. To nawet nie moje znalezisko. Przy pdfowaniu podkreśliło mi jako błąd.

- Jestem w pierwszej kolejności górnikiem i geologiem, dopiero potem kapitanem – rzekł stanowczo Pasadur i skrzyżował ręce na piersi. - Nie mogę się tak po prostu podda. - W jego oczach dało się dostrzec błysk pewności siebie.

Poddać. Zżarłaś literkę.


Pierwszy rozdział stanowił dla mnie wgryzienie się w historię i zachęcił do dalszego czytania. Z kolei drugi zmusza mnie do pewnych spekulacji odnośnie fabuły. No wiesz, takiego „teraz Ti Pring powinna to i tamto”, "na pewno historia pójdzie w tym kierunku". Pewnie i tak mnie zaskoczysz i zrobisz coś innego, a więc daruję sobie spekulowanie. Dobra, nie daruję, bo to silniejsze ode mnie, a fakt, że dałem się ponieść fantazji i będę pisał głupoty to już zupełnie inna sprawa.
Ti Pring od pewnego czasu żyje na D7. I żyje jej się całkiem spoko, bo określa swój pobyt tam jako „wakacje”. Tylko od czasu do czasu pojawiają się myśli, co dalej. To całkiem naturalne myśli i ze względu na dalszy rozwój wypadków pewnie te myśli będą się nasilały.
Wielkim wydarzeniem rozdziału był przylot gości i sąsiedzkie stosunki między bohaterką, a nową rasą kosmitów (nie pamiętam imion). Mam nadzieję, że w kolejnych rozdziałach poświęcisz więcej czasu tej relacji. Sąsiedzi są ciekawi. Spodobało mi się jak dobrze scharakteryzowałaś ich rasę (kulturę, cechy charakteru) poprzez wygląd bazy i specyficzną formę przywitania (o tym drugim mam małe ale). Dzięki temu zabiegowi dowiedzieliśmy się, że to minimaliści, są ufni, dość ciekawscy i trochę... januszowaci (przyszło mi to do głowy, gdy po zapytaniu o napój/zioła kapitan rzucił, a co da w zamian XD). Od razu wracając do przywitania - jako czytelnik - miałem trochę takie... "czy oni się dobrze czują", no bo jednak Ti Pring to "obca forma życia" dla nich. Nie mają pewności jak się zachowa, a co jeśli przy uścisku wystrzeliwuje z siebie kolce? Albo prościej (bardziej na czasie) może choruje na jakieś nieznane choroby, na które załoga nie jest odporna lub odwrotnie - oni mogą mieć zarazki, na które Ti Pring nie będzie odporna. Nie bierz tego do siebie, bo są to tylko takie rozkminy na temat ostrożności/procedur grupy badawczej.
Faceci z załogi raczej zostali z boku. Może to się zmieni w kolejnych rozdziałach. Najwięcej uwagi poświęciłaś młodej psycholog. Czy to będzie jakieś yuri? Trochę poczułem yurizm młodej w stronę Ti Pring. Nie jestem tylko pewien, czy nie zszokuje jej to jeszcze bardziej od ich przywitania. No i w oczy rzuciła się też inżynier, która skojarzyła mi się z postacią doktor z wcześniejszego opowiadania.
Na koniec muszę wspomnieć o dziecku. Eh, czy ja wspominałem, że nie byłem fanem Ti Pau? Ale jestem ciekawy, jak tym razem poprowadzisz historię. Co ciekawe byłem przekonany, że minęło sporo czasu od wylądowania Ti Pring na planecie do pojawienia się na niej gości, a tu jednak wszystko wskazuje, że nie aż tak wiele.
Ostatnio wspominałem, że rozdział pierwszy skojarzył mi się z Marsjaninem, ten już trochę z Prometeuszem. I na koniec napiszę o swoich oczekiwaniach/przewidywaniach. Mam nadzieję, że kolejne rozdziały poświęcisz na budowaniu relacji sąsiedzkich, być może przewartościowaniu życia Ti Pring, jakimś ważniejszym decyzjom, a koniec końców jakiejś wielkiej bitwie pomiędzy bohaterami, a wisłoczami.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Vampircia » 20 lis 2021, 18:11

Skorpion pisze:Od razu wracając do przywitania - jako czytelnik - miałem trochę takie... "czy oni się dobrze czują", no bo jednak Ti Pring to "obca forma życia" dla nich.

Bardzo słuszna uwaga. Widocznie tak bardzo zależało mi na pokazaniu obcego powitania, że pominęłam ten aspekt. Trochę mi głupio, bo z reguły sama się czepiam o takie rzeczy w s-f :lol: Ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że chciałam pokazać Kamenów jako bardzo ufną rasę, aż do przesady. Fajnie się czyta twoje rozkminy na temat tego, co będzie dalej. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. Jestem ci bardzo wdzięczna za tak wnikliwy komentarz.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 652
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Skorpion » 30 lis 2021, 21:08

Na początek trzy sprawy techniczne.
Minęło wystarczająco czasu, by pół-Wolkanka zdołała już ich trochę poznać
Już wydaje mi się zbędne w tym zdaniu.
Czasem sama, czasem z kimś, a czasem tak jak teraz - z siedzącym przy oginisku roześmianym towarzystwem pijącym bimber.
literówka
Wszakże koloniści nie mieli bladego pojęcia o reszcie wszechświat i nie umieli nawet nawiązać kontaktu podprzestrzennego ze swoim światem
-a

Ciekawe do czego się tym razem doczepi, nie? Rozdział był krótszy od poprzednich wydaje mi się mniej intensywny. Skupiłaś się na głębszym scharakteryzowaniu kultury Kamenów. Drugim ważnym wątkiem, czy raczej zapowiedzią tego, co będzie się działo są jeszcze nie do końca jasne plany Ti Pring.
Czytając o Kamenach dzisiaj moją pierwszą myślą było, Jezu, jacy oni wyidealizowani. W sensie nie ma w tym nic złego, fajnie, że ktoś jest dobry po prostu bo taką ma naturę, a nie wszyscy źli, noale mogli chociaż fałszować XD W ogóle nie złym plot twistem byłoby, gdyby Ti Pring nieświadomie sama ich by idealizowała. Wydaje mi się, że jest to historia o poszukiwaniu rodziny i temu, że bohaterka znalazła swoją w grupie kolonistów. Pomijam już, że coraz mocniej krzyczy do mnie „yuri, yuri, no pocałujcie się już”.
Trochę jestem zły na Ti Pring z dwóch powodów. Nie wiem, czy potrafię to teraz sensownie wyłożyć. Wiem, że pewnie żadnego zagrożenia ze strony nowych przyjaciół nie ma i ten akapit piszę dla samego pisania, ale cholernie łatwo podłożyła się ujawniając tyle informacji o sobie. To już nie kwestia tego, że jej yuristyczna miłość (sorry nadal nie ogarniam imion) może domyśli się czegoś, ale czy już. Najpierw wspomina o wojsku, potem planach dezercji, a teraz przez jakiś przypadek koloniści znajdują ją samą na jakiejś opuszczonej planecie. Tak na logikę, może ona jest niebezpieczna? Nie wiem, czy w razie potrzeby dałaby radę wcisnąć im „blef”. Naiwny może są, ale chyba nie głupi? I druga sprawa to straszne cudowanie z tym odnalezieniem rodziców i oddaniem im dziecka. Raz, że to niebezpieczne nie tylko dla niej, a dwa jak ona sobie to wyobraża? Tak po prostu poleci na Wolkan i rzuci: ”hej,sorki, że nie dawałam znaku życia, ale się ukrywam i dalej się ukrywam więc zostawiam tylko TO i spadam, bo przygody czekają, narka”. Mam nadzieję, że to było takie bardziej gdybanie o niczym.
Ostatnia sprawa to mówienie o logicznym postępowaniu Ti Pring,które właśnie nie jest dla mnie zupełnie logiczne, ale jeszcze raz nie znam Wolkan i jest to wyłącznie spojrzenie mój odbiór tego co logiczne, a ich jako obcej rasy może być inny. Wydaje mi się, że urodzenie dziecka, „przedłużenie sobie przez to życia/podanie dalej genów” wydaje się bardzo logiczne nawet w sytuacji, w której grozi ci śmierć. No ok, można kłócić się, że nie jest to logiczne, bo dziecko (jakaś część mnie wierzy, że to inny timeline i nie jest to Ti Pau XD) będzie uciekinierem jak matka, że grozi mu niebezpieczeństwo itp. ale chyba nie miałaby problemów oddać młodego komuś pod opiekę.
Dzisiaj strasznie chaotycznie, ale zmęczony jestem i nie wiem co mógłbym napisać jeszcze.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [DBZ / Star Trek] Ti Pring: Dla Ciebie

Postautor: Vampircia » 01 gru 2021, 12:25

Jak zwykle dziękuję za komentarz. Pisząc, wiedziałam, że postępowanie Ti Pring może być dyskusyjne, ale wyszłam z założenia, że każdy może mieć chwile słabości, a Ti Pring to nie Chuck Norris i też popełnia błędy.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Dragon Ball/Z/GT/Super”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość