[Attack on Titan] Połamane skrzydła

Tutaj zamieszczamy fanfiki do wszelkich japońskich komiksów i animacji.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Lisbeth77
debiutant
Posty: 81
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47
Kontaktowanie:

[Attack on Titan] Połamane skrzydła

Postautor: Lisbeth77 » 16 kwie 2020, 17:07

Tytuł: Połamane skrzydła
Fandom: Attack on Titan
Gatunek: dramat? przemyślenia?
Ostrzeżenia: brak
Znajomość fandomu: wskazana, umiejscowiłam akcję tuż przed ostatnim arc'em z anime, bohaterowie szykują się do odbicia Shinganshiny i poznania tajemnicy, znajdującej się w piwnicy Erena.
Od autora: Tekst powstał w ramach konkursu na Songfick (viewtopic.php?f=38&t=1372) a zainspirowała mnie do niego piosenka w wykonaniu Darii Zawałow pt. "Jeszcze w zielone gramy". Znałam tę piosenkę wcześniej, ale nigdy nie myślałam o niej w kontekście żadnego z fandomów. Gdy szukałam inspiracji, utwór od razu skojarzył mi się z bohaterami z anime, "granie w zielone" skojarzyło mi się z zielonymi kubraczkami zwiadowców, a muzyka wydała mi się nagle bardzo rytmiczna i wojownicza. Stwierdziłam, że nie wkleję piosenki, w trakcie czytania chyba łatwo będzie wyłapać, które fragmenty "zaczerpnęłam" z utworu.



Połamane skrzydła




Eren postawił ostatnie pudło na podłodze i wyprostował się.

– To już chyba wszystko.

– Miło ze strony mieszkańców Trostu, że przekazali tak wiele pożywienia dla sierot – stwierdził stojący tuż obok przyjaciela Armin. Obrzucił spojrzeniem kartony, które piętrzyły się teraz prawie pod sam sufit pomieszczenia, w którym się znajdowali.

– Dzieciaki będą miały gdzie mieszkać. I co jeść – dodała Mikasa i oparła się o ścianę.

– Taak. Historia jest niesamowita, że udało jej się tyle osiągnąć – zauważył Eren, po czym skinął głową na przyjaciół. – Napijmy się wody, co?

Przyjaciele wyszli przed budynek i usiedli na trawie, w cieniu. Powoli wymieniali się bukłakiem z wodą, dopóki każde z nich nie ugasiło pragnienia. Na chwilę zapadła cisza. Wiatr delikatnie rozwiewał ich włosy, przyjemnie chłodził i koił po gorącym dniu.

– To już jutro – Armin powiedział na głos myśl, która tkwiła w głowie każdego z nich. – Wiem, że pewnie się martwicie, ale jesteśmy przygotowani. Będzie dobrze.

Blondyn spojrzał na przyjaciół, gdyż nic nie odpowiadali. Bał się trochę zobaczyć ich twarze, bał się ujrzeć w ich oczach lęk lub zwątpienie. W końcu nie mieli pojęcia, co ich czeka, nie wiedzieli, czy ekspedycja zakończy się sukcesem, czy może przeszkodzą im ich wrogowie.

Zdziwił się, gdy zarówno w oczach Erena jak i Mikasy ujrzał płomienie stanowczości i pragnienie walki. Wyczuł, że cokolwiek się stanie, jego przyjaciele się nie poddadzą. Widok ten napełnił jego serce wiarą i spokojem. Nie wiedzieli, co się wydarzy, ale wspólnie stawią czoła wszelkim przeciwnościom losu. Kiedyś w takim momencie zapewne trząsłby się ze strachu i lękał o swoje życie, jednak wraz z Erenem i Mikasą przeszedł już tak wiele i wiedział, że może na nich liczyć.

Cokolwiek na nich czeka, na pewno wspólnie się z tym zmierzą – tak powinien sobie powtarzać. Byli już przecież w niejednych tarapatach, nie mając pojęcia, czy uda im się z nich wyjść. I zawsze właśnie tak się działo. To jeszcze nie był moment, w którym powinni się bać. To jeszcze nie był czas na płacz, strach i użalanie się nad sobą.

Jeszcze nie teraz.

*


Sasha przeciągnęła się, a potem opadła na miękką trawę, rozciągając się na niej wygodnie, niczym leniwy kot. Connie złapał ją za czubek głowy i odsunął od siebie, marszcząc czoło.

– Hej, nie rozpychaj się tak! Nie jesteś tutaj sama!

– Czy wy nie możecie być cicho? – mruknął Jean, podnosząc się ze swojego legowiska.

Trójka przyjaciół grzała się w promieniach zachodzącego słońca, leżąc na pagórku, tuż za przytułkiem dla sierot, założonym przez nową Królową. Historia sprawowała ten urząd dopiero od dwóch miesięcy, jednak przez ten czas udało jej się wiele osiągnąć. Zwiadowcy, poza przygotowywaniem się do ekspedycji, znaleźli czas na to, aby jej pomóc.

– Jestem głodna – zakomunikowała Sasha, siadając nagle prosto i wpatrując się przed siebie poważnym wzrokiem.

– Haa? – zdziwił się Connie, również siadając prosto. – A kiedy ty nie jesteś głodna?

– Zjedzmy dzisiaj coś wyjątkowego – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się do przyjaciół. – Wiecie, to może być nasza ostatnia kolacja, jeśli coś pójdzie nie tak.

– Rozumiem twój punkt widzenia… – zaczął Connie, krzyżując ręce na piersiach. – Tylko coś mi się wydaje, że nie jest ci potrzebny specjalny powód do tego, aby nażreć się na kolację. Ale masz rację, jeśli coś się jutro spieprzy, to po nas.

– Uda nam się – powiedział niespodziewanie Jean, lekko zaciskając pięści. Sasha i Connie spojrzeli na niego ze zdziwieniem. – To nie będzie koniec.

Blondyn poderwał się nagle na równe nogi. Jego twarz była napięta od emocji.

– Wciąż mamy plany do zrealizowania… Ty! – Jean wycelował palcem w Sashę. – Mówiłaś, że chcesz upiec nam jakieś specjalne ciasto, które robi twoja rodzina! Na pewno będziemy mieć jeszcze okazję do tego, aby go spróbować! – mówił Jean, po czym spojrzał na Conniego. – A ty… Obiecałeś swojej mamie, że do niej wrócisz! I że zrobisz wszystko, aby jej pomóc! Nie wiem jak to zrobimy, ale znajdziemy sposób, aby przywrócić ją do normalności!

W oczach Jeana nagle pojawiły się łzy. Chłopak obrócił się tyłem do swoich rozmówców i zmrużył oczy w promieniach słońca. Usłyszał, jak jego przyjaciele podnoszą się z miejsc. Poczuł po chwili, jak Sasha uwiesiła się jego ramienia, a Connie położył dłoń na jego barku.

– Masz rację. Uda nam się – przyznał Springer i roześmiał się głośno. – Wychodziliśmy z gorszych tarapatów. Nie jest jeszcze tak źle, żeby rozpaczać. Zdobędziemy nowe informacje i wrócimy do domu. I zrobimy wszystko to, o czym mówisz.

– I zjemy mięso… – dodała Sasha, śliniąc się pod nosem.

Jean uśmiechnął się i odetchnął, odganiając czarne myśli.

Nie powinni martwić się na zapas. Każda ekspedycja była powodem do niepokoju, ale strach był zdradliwy. Nie należało się skupiać na nim. Mógł liczyć na swoich przyjaciół, mógł liczyć na kapitanów i dowódcę. Wszyscy mieli ten sam cel. Wciąż mieli siłę, plany do zrealizowania.

To jeszcze nie był moment na załamywanie się.

Jeszcze nie.

*


Hanji poprawiła swoje okulary, aby się upewnić, czy dobrze widzi. Ujęła w dłoń kosmyk włosów Erwina i otwarła usta ze zdumienia.

– Levi! Nasz dowódca się starzeje!

Levi spojrzał na dwójkę przyjaciół znad biurka, przy którym siedział. Pił akurat herbatę, pogrążony we własnych myślach. Nie wiedział, o co chodziło okularnicy, ale znając ją, był pewien, że za chwilę podzieli się z nimi swoim odkryciem.

– Hanji, coś nie tak? – spytał Erwin, spoglądając na towarzyszkę i przygładzając lewą dłonią swoje włosy. Dbał o nie prawie tak samo jak o ludzkość wewnątrz murów.

– Masz siwe pasemko! Chyba ostatnio za bardzo się przejmujesz pracą – powiedziała kobieta i usiadła na krawędzi biurka dowódcy.

– Mówiłem mu to – mruknął cicho Levi i wziął łyk herbaty. – Ale jest uparty i nie chce odpuścić.

– Rozmawialiśmy już o tym! Muszę być z wami, kiedy w końcu dotrzemy do piwnicy Erena – powiedział Erwin, jakby to było oczywiste. – Wiem, że może nie wyglądam zbyt sprawnie, ale naprawdę muszę tam być. Muszę jeszcze raz wziąć udział w wyprawie. Zwłaszcza teraz.

Hanji i Levi wymienili spojrzenia, jednak nic nie odpowiedzieli. Levi w spokoju dopił do końca swoją herbatę.

– To już jutro, co? – spytała Hanji, uśmiechając się pod nosem i wpatrując w zachodzące słońce za oknem. Zmrużyła oczy. – Czuję się trochę jak przed swoją pierwszą wyprawą, a przecież było ich już tyle… No nic, na pewno damy radę. Takie stare wrony jak my nie powinny się niczym przejmować, mam rację?

– Na pewno przyda się nasze doświadczenie – odparł Erwin, opierając głowę na swojej jedynej dłoni i również patrząc w okno. – Było różnie, ale zawsze jakoś sobie radziliśmy. Możemy upadać, jednak zawsze się podniesiemy.

– Coś w tym jest… Dobra, moje skarby, co powiecie na kolację? Jest już późno, nic dla nas nie zostanie.

Hanji i Erwin ruszyli w kierunku drzwi, Levi powiedział im jednak, że musi jeszcze coś zrobić i dołączy do nich za chwilę.

Mężczyzna otworzył szufladę swojego biurka. Znajdowały się w niej wycięte z mundurów naszywki, przedstawiające skrzydła. Każda naszywka symbolizowała jedno życie, jednego żołnierza, którego stracili podczas wypraw. Niektóre ze skrzydeł były poplamione, inne podarte w kilku miejsach. Ackerman wpatrywał się w ten stosik, a jego spojrzenie było nieruchome. Oddałby wiele, aby liczba naszywek w jego kolekcji już nigdy się nie powiększyła. Wiedział, że to niemożliwe.

Zamknął szufladę i ciężko westchnął.

Wiedział jednak, że dopóki w ich szeregach byli ludzie gotowi do poświęceń, nie mogli przegrać. Zrobią to, co będzie konieczne, aby pomóc ludzkości i pokonać wrogów. Nie wiedział, jak zakończy się ta walka i ile będą musieli utracić, jednak jeszcze nie było powodów do niepokoju. Wciąż żyli, wciąż mieli parę asów w rękawie. Nie poddadzą się tak łatwo. To nie był jeszcze czas na to, aby się martwić, bać czy rozpaczać.

Może kiedyś tak, ale jeszcze nie teraz.

*


Reiner wpatrywał się w kierunku zachodzącego słońca, podziwiając widok z samego muru. Wiał tutaj silny wiatr, w końcu znajdowali się dość wysoko, jednak nawet mimo tego świat dookoła wydawał się tak cichy, tak spokojny. Chłopak wiedział, że niedługo to się zmieni, jeśli zwiadowcy zdecydują się na wyprawę. A zapewne tak będzie.

Spojrzał w bok, gdzie Bertholdt chwilę temu rozłożył się wygodnie, a obecnie spał w najlepsze. Albo tylko udawał, ciężko było stwierdzić. Ciężko było zasnąć, gdy miało się głowę pełną od myśli.

Udawanie. W tym byli chyba dobrzy.

Reiner sięgnął po srebrny kubek, w którym zostało mu chyba jeszcze trochę herbaty. Dostrzegł swoje odbicie na powierzchni naczynia i zawahał się. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przyglądał się swojej twarzy. I nie był pewien, czyją twarz widział.

Zwiadowcy, którym był przez ostatnie lata?

Żołnierza, który przysiągł zagładę wszystkim tytanom?

Wojownika, który obiecał sobie, że zrobi wszystko, aby powrócić do domu?

Przyjaciela, dbającego o swoich towarzyszy?

Czy może…

Zdrajcy, który kłamał i krzywdził bez końca?

Reiner odstawił kubek. Nie miało to już znaczenia, kim był do tej pory. Od teraz miał tylko jedno zadanie i to właśnie na nim powinien się skupić. Wszystkie twarze, wszystkie oblicza, które przyjmował, wszystkie role, które odgrywał, były tylko środkami, prowadzącymi go do celu. Nie zostało mu wiele do zrobienia. Powrót do domu był na wyciągnięcie ręki. Jeszcze nie utracili nadziei, choć wielokrotnie sądzili, że odniosą porażkę. Tak się jednak nie stało. Jeszcze nie powinni się poddawać ani wątpić w swoje możliwości. To jeszcze nie był koniec.

Jeszcze nie.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Wróć do „Anime/Manga”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość